
Dawno temu, sto lat albo i więcej, ludzie podróżowali po świecie głównie na własnych nogach. Gdy trzeba było pójść na targ, zakładali buty (jeśli je mieli) i ruszali w drogę. Niektórzy mieli wozy i wózki oraz konie, które mogły je ciągnąć – gdy na targ trzeba było zawieźć własne towary, taki środek transportu był jak znalazł.
Bryczki, karoce i wozy nadawały się również do podróży na większe odległości: a to do miasta powiatowego, do urzędu, a to do wojewódzkiego – do teatru. W owych miastach można było poruszać się pieszo albo wynająć dorożkę. W niektórych z nich kursowały tramwaje – również ciągnięte przez konie – którymi przejazd był o wiele tańszy, choć trzeba było trzymać się wytyczonych linii.
Gdy przychodził czas na wielką wyprawę, z pomocą przychodziły koleje żelazne. Sieć połączeń nie była szczególnie rozbudowana, ale większe miasta były połączone – jeśli nie pełnowymiarową koleją, to może wąskotorówką. Aby dojechać do stolicy, nie było lepszego rozwiązania niż kolej.
Nie da się ukryć – w tamtych czasach ludzie nie byli mobilni. Podróżowanie zabierało wiele czasu i pochłaniało sporo energii fizycznej. Wiele osób, zwłaszcza biedniejszych, nigdy nie miało szansy na podróż dalszą niż do najbliższego targu czy miasta powiatowego. Wynalezienie roweru nieco pomogło, ale i ten środek transportu miał swoje ograniczenia.
W czasach przed wielkimi wojnami pojawił się na świecie nowy wynalazek – automobil. Wykorzystujący spalanie ropy do napędzania kół, mógł rozpędzić się do prędkości dotąd zarezerwowanych dla pociągów. W przeciwieństwie do nich nie był jednak przywiązany do torów.
Początkowo automobil był zabawką bogatych elit. Niedługo później zaczęto wykorzystywać go w transporcie towarów – okazało się bowiem, że pakowny pojazd może przewieźć więcej w krótszym czasie niż wóz zaprzężony w konie. Zaletę tę szybko dostrzegły także armie świata i automobile – niektóre nawet opancerzone – stały się standardowym wyposażeniem wojskowym podczas globalnych konfliktów. Mimo to większość ludzi funkcjonowała bez automobilów. Pozostawały one towarem niszowym.
Po wielkiej wojnie na świecie – również w Stanach Zjednoczonych – pozostało wiele fabryk produkujących opancerzone automobile, tzw. czołgi. Gdy zamówienia wojskowe się skończyły, właściciele tych fabryk musieli znaleźć inne zastosowanie dla zainwestowanego kapitału. Zatrudnili więc najlepszych specjalistów od reklamy, powierzając im jedno zadanie: przekonać przeciętnego Amerykanina, że samochód (nowa nazwa automobilu) jest mu niezbędny.
Tęgie głowy reklamy pracowały od świtu do nocy. W czasie tej pracy miały przed oczami wielkie przestrzenie amerykańskiego interioru – areny wielotygodniowych wypraw konnych, spędów bydła, napadanych dyliżansów. Czego potrzebował mieszkaniec tych rozległych prerii, by być szczęśliwym? Szybkiego i sprawnego środka przemieszczania się. Samochód dałby mu wolność…
Tęgie głowy reklamy nie myślały jednak wąsko – tylko o mieszkańcach środkowych stanów. O, nie. Koncepcja wolności jest uniwersalna i może przemówić do każdego. Zaczęli więc kreślić wielką narrację, która trwa po dziś dzień. Jeśli utarte szlaki linii kolejowych zbyt cię krępują. Jeśli twoje własne nogi lub rower mają za mały zasięg, by ponieść cię do celu. Jeśli komunikacja miejska nigdy nie jedzie tam, gdzie chcesz trafić. To mamy dla ciebie rozwiązanie. Twój klucz do wolności: samochód.
Ludzie chcieli być wolni tak desperacko, że uwierzyli w slogan producentów samochodów. Tym łatwiej, że było w nim ziarno prawdy. Przecież samochód zaspokajał realne potrzeby transportowe, usprawniał przepływ towarów, niwelował wykluczenie komunikacyjne. W rozległych stepach i rosnących przedmieściach samochód faktycznie był przydatny i uwalniał człowieka od wielu ograniczeń. Niestety – na ulicach wielkich miast, wciąż przystosowanych do dorożek i tramwajów – sytuacja rozwijała się nieco inaczej.
Ludzie stanęli w pierwszych korkach. To napełniło ich świętym oburzeniem! Przecież obiecano im wolność, a nie uwięzienie w metalowej puszce, otoczonej przez inne metalowe puszki. Szybko zidentyfikowali przyczynę: stare, wąskie drogi. Rozwiązanie było proste – potrzeba więcej asfaltu i betonu, szerszych dróg.
Wolność wolnością, ale szybko okazało się, że potrzeba coraz więcej ograniczeń i obostrzeń, by ruch w wielkich miastach mógł w ogóle funkcjonować. Na skrzyżowaniach wyrastały sygnalizacje świetlne. Wprowadzano coraz ściślejsze ograniczenia prędkości, zakazy zatrzymywania się, zawracania, skrętu. Gęsta plątanina przepisów – by ludzie wreszcie mogli być wolni.
Zamknięci w swoich puszeczkach, narzekali, że zrobiło się strasznie głośno w tych miastach. Kiedyś było dużo spokojniej. To pewnie ta młodzież, z jej nowomodną muzyką.
Zaczęło też śmierdzieć. Już nie końskim łajnem, tylko spalinami. No to narzekali, kaszląc i popędzając swoje wehikuły wolności.
Znowu stanęli w korkach. Widać asfalt i beton, który wylano, nie były wystarczające. Potrzeba było więcej. Że nie ma już miejsca? Nonsens – można przecież wyburzyć setki domów i w ich miejsce wybudować autostradę. Wolność jest najważniejsza! Przecież mieszkańcy tych domów nie chcą stać na drodze społeczeństwa do wolności.
W miarę jak rosła potrzeba wolności, rosły też samochody. Kompaktowe automobile zastąpiły monstra udające pickupy, przypominające nieco czołgi – niedorzecznie niepasujące do skali miejskiego otoczenia, niepełniące żadnej funkcji poza głaskaniem zatrwożonego ego swych właścicieli. To oznaczało więcej hałasu, więcej spalin i więcej betonu, by je wszystkie pomieścić.
Minęło wiele lat od wynalezienia automobilu. Minęło wiele od omyłkowego utożsamienia posiadania auta z wolnością. Do dziś jednak ludzie stoją na ulicach w swoich metalowych puszeczkach – w korkach i na światłach – i śnią swój szalony sen o wolności. Próbują rozwiązywać miriady problemów, które generuje ten koszmar: a to wymyślą filtr spalin, żeby dymić mniej, a to zrobią samochód elektryczny – by dymić gdzie indziej. Mierzą się z kolejnymi wiatrakami, w trosce o swoją wolność, zapominając, ile swobody tkwiło w zwykłym spacerze piechotą przez miasto.
Czy samochód stworzył więcej problemów, niż rozwiązał?
Bo na pewno wiele rozwiązał, szczególnie w komunikacji na średnich dystansach. Skomunikował ze światem miejsca, które, ze względu na swą wielkość, nigdy nie doczekałyby się kolei, włączył je w obieg cywilizacji. Dziś nie ma już znaczenia, który z tych aspektów przeważał – samochód jest częścią naszej rzeczywistości, a to, co możemy zrobić, to nauczyć się korzystać z niego z większym rozsądkiem.
A jeśli to nie samochód daje wolność?
W tej historii nie chodzi tylko o samochody.
Nie chodzi też o korki, beton czy spaliny. To wszystko są objawy czegoś głębszego: naszego marzenia o wolności – i sposobu, w jaki próbowaliśmy to marzenie zrealizować.
Wolność, którą obiecały nam samochody, była kusząca, ale fałszywa. Jej fałsz tkwił w tym, że w nieuprawniony sposób rozszerzała „wolność do podróżowania” na wolność w ogóle. Opierała się na uproszczeniu: „kup coś, a będziesz wolny”. I wielu z nas w to uwierzyło – nie tylko w przypadku aut. Kupujemy specyficzne wolności cząstkowe, łudząc się, że da nam to wolność przez wielkie W.
W tej samej logice kupujemy smartfony, które mają nas zbliżać, a sprawiają, że jesteśmy rozproszeni. Kupujemy większe mieszkania, by „mieć przestrzeń”, a potem nie mamy czasu, by w nich naprawdę być. Kupujemy wycieczki, by „odpocząć”, ale wracamy zmęczeni jeszcze bardziej. Rozwiązując jeden problem generujemy dwa kolejne.
Trudno to dostrzec, zwłaszcza że czasem zakupy faktycznie rozwiązują realny problem i niosą wartość! Często jednak wpadamy w pułapkę iluzji, że posiadanie jest rozwiązaniem.
Zamiast zadawać pytania – próbujemy kupić na nie odpowiedzi.
Zamiast zrozumieć istotę trapiących nas problemów – próbujemy kupić gotowe rozwiązania.
Otaczamy się przedmiotami, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę, podczas gdy rośnie nasza bezradność.
I może właśnie dlatego ta historia o samochodzie tak do nas przemawia. Bo widzimy w niej siebie – zmęczonych, zaganianych, zagubionych na drodze do szczęścia i wolności. Wydaliśmy niemałe pieniądze – czy dostaliśmy to czego oczekiwaliśmy?
Czy na pewno wiesz, co kupujesz?
Może warto się na chwilę zatrzymać – i zadać sobie kilka niewygodnych, ale ważnych pytań:
- Co próbuję sobie naprawdę dać, kiedy coś kupuję?
Może nie chcę nowego auta, tylko swobody w decydowaniu, dokąd zmierzam.
Może nie potrzebuję lepszych słuchawek, tylko ciszy.
Może nie potrzebuję dalekich krain – tylko odpoczynku od codzienności. - Co próbuję uciszyć, gdy kupuję?
Lęk? Poczucie braku wpływu? Samotność?
Czasem nowy zakup daje namiastkę kontroli nad światem, w którym coraz mniej ode mnie zależy. - Czy to, co kupuję, naprawdę rozwiązuje mój problem – czy tylko go maskuje?
Samochód miał skrócić czas podróży, a wprowadził koszty, stres, korki, zobowiązania. Czy koszty, które wygenerował nie przeważyły aby nad korzyściami?
Może tak samo działa wiele innych decyzji, które podejmuję bez refleksji?
Kiedy konsumpcja staje się formą ucieczki
Nie chodzi o to, że nie wolno nam niczego chcieć. Ani o to, że każda decyzja zakupowa jest zła. Chodzi o to, że kupujemy rzeczy nie po to, by coś zdobyć – ale by czegoś nie czuć.
Konsumpcja może być formą znieczulenia. Próbą regulowania emocji.
A gdy robimy to regularnie, życie zaczyna przypominać jazdę po spirali:
czasem szybciej, częściej – ale wciąż w kółko, a to już symptom uzależnienia.
Wolność nie rodzi się z posiadania, tylko z rozumienia siebie
Prawdziwa wolność nie zaczyna się od kupienia samochodu. Zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja. Tam, gdzie potrafię odróżnić:
„chcę” od „potrzebuję”,
„to mnie wspiera” od „to mnie odciąga od siebie”,
„to rozwiązanie” od „to ucieczka”.
Wolność nie polega na tym, że mogę wszędzie dojechać. Polega na tym, że rozumiem, gdzie jestem – i dokąd, oraz dlaczego, chcę dotrzeć. Na tym, że rozumiem jakich zasobów potrzebuje w podróży.
Mało prawdopodobne, bym potrzebował samochodu, żeby tam trafić. W tej drodze bardziej przyda mi się lekkość ducha, bo zwykle nie musimy się fizycznie przemieszczać, by dotrzeć do celu.
Czasem lepiej się zatrzymać i zapytać:
czy „wolność”, którą kupuję, to rzeczywiste dobro – czy tylko iluzja?
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.
