Emocje czyli interpretacja stanu ciał w kontekście – część 1

Sens słowa „emocja”

Słowo „emocja” ma dwa znaczenia. W języku potocznym jest szerokim pojęciem, które obejmuje zarówno intensywne, krótkotrwałe zjawiska, jak złość czy strach, jak i długotrwałe fenomeny, jak miłość, smutek czy nienawiść. To znaczenie w kontekście naukowym określa się zwykle pojęciem afektu lub stanu afektywnego. W tymże kontekście słowo „emocja” odnosi się natomiast jedynie do intensywnych i krótkotrwałych stanów mobilizujących do działania.

Ja pisząc o emocjach, odnoszę się zawsze i mam nadzieję, konsekwentnie do tego drugiego znaczenia. Pierwsze, choć o wiele powszechniejsze w potocznym języku, jest tak szerokie, że ciężko powiedzieć o nim coś konkretnego.

Nie inaczej będzie dzisiaj. Rozważając potencjalny mechanizm powstawania emocji, będę odnosił się do wąskiego rozumienia tego słowa. Nie sugeruję i nie przypuszczam, by omówiony tu schemat miał zastosowanie do wyjaśnienia powstawania uczuć czy nastrojów. Przeciwnie, przypuszczam, że obie te kategorie zjawiska mają zupełnie odmienne źródła i miejsce w naszym umyśle, a ich związek z emocjami, choć niewątpliwie istnieje, jest o wiele słabszy niż intuicyjnie zakładamy.

Czyli na użytek dzisiejszego tekstu – i wszelkich moich tekstów przeszłych i przyszłych – przez emocję należy rozumieć stan krótkotrwałego, intensywnego pobudzenia mobilizujący do uniknięcia zagrożenia lub wyzyskania szansy. W tym rozumieniu emocjami są: strach, złość,  wstręt, radość, zaskoczenie, smutek. W tym rozumieniu emocjami nie są: miłość, żal, wstyd, nienawiść, wszelkie nastroje itd. Zjawiska te trafiają odpowiednio do kategorii uczuć (miłość, wstyd) i nastrojów. Wszystkie te zjawiska zgrupowane są pod pojęciem stanu afektywnego.

Natura emocji i mechanizm ich powstawania są przedmiotem badań i dyskusji filozofów i naukowców już od czasów starożytnych. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, iż jest to zjawisko, które jest nieodłącznym elementem codziennej ludzkiej egzystencji, a jego siła i moc sprawcza są dla nas źródłem fascynacji i lęku.

W dzisiejszych czasach dyskusja nad modelem powstawania emocji pozostaje żywa i skomplikowana. Przewijają się w badaniach naukowych liczne koncepcje, czasem ze sobą konkurujące, czasem koegzystujące pokojowo. Nie mam tu ambicji przedstawiania całości tego sporu, którego zresztą nie znam wystarczająco dogłębnie, by takiego przeglądu dokonać. Skoncentruję się na dwóch podejściach i zarysuję je w sposób bardziej spolaryzowany, niż są najpewniej współcześnie rozumiane. Miejcie więc na uwadze, że dokonuję tu dwóch uproszczeń: sprowadzam dyskusję o naturze emocji do tylko dwóch podejść i te dwa podejścia upraszczam i wyostrzam, by uwypuklić ich charakter. Bierzcie też poprawkę, że moja „sympatia” leży bliżej podejścia drugiego, w związku z czym najpewniej doświadczam związanych z tym błędów poznawczych, które mają swoje odbicie w tekście.

Emocja zlokalizowana w umyśle

Pierwsza z koncepcji zakłada, że źródło emocji znajduje się w umyśle. Nie różnicując, czy jest to działanie świadome czy podświadome, emocja jest dobierana w wyniku analizy sytuacji przez mózg. Sygnał emocjonalny jest następnie wysyłany do ciała, które reaguje w charakterystyczny dla danej emocji sposób – przyspieszenie tętna, wzmożone wydzielanie hormonów itp.

W tym rozumieniu umysł rozpoznaje zagrożenie lub szansę, a następnie aktywuje jedną z dostępnych emocji, która mobilizuje zasoby ciała do walki, ucieczki lub skorzystania z dostępnej możliwości. Emocja istnieje jako konkretny archetyp czy wzorzec w umyśle, który jest składowany i wybierany, gdy umysł uzna go za przydatny. Emocje są „wyewoluowanymi” funkcjami mózgu. W związku z tym są względnie uniwersalne dla całego gatunku. Ty i ja mamy w sobie ten sam „moduł” złości, złość to dla nas to samo.

Kluczowe dane, na podstawie których mózg formuje odpowiedź pochodzą ze zmysłów. Ich analiza, świadoma lub nie, prowadzi do decyzji o aktywacji odpowiedzi emocjonalnej.

W tym ujęciu emocje są zasadniczo trafne, o ile dane ze zmysłów oddają rzeczywistość, a sam proces decyzyjny jest dobrze zdefiniowany i niezaburzony. Przy czym warto dodać, że na proces decyzyjny składa się nie tylko algorytm analizy danych, ale także kontekst, do którego przynależy wiedza o wcześniejszych wydarzeniach oraz towarzyszące długotrwałe stany afektywne (uczucia i nastroje).

Emocja tworzona przez umysł

Druga koncepcja zakłada, że sygnał do powstania emocji pochodzi z ciała. W tym ujęciu emocja jest interpretacją stanu ciała dokonaną przez umysł (zwykle nieświadomy) w danym kontekście. Mózg nieustannie zbiera informacje interoceptywne o funkcjonowaniu organizmu, kiedy w tych informacjach pojawia się odstępstwo od przewidywanych wartości, mogą one stać się podstawą dalszego przetwarzania. Jest ona dokonywana w kontekście nadawanym przez obserwacje zmysłowe, uprzednie doświadczenia oraz długotrwałe stany afektywne. Wynikiem tej analizy może być emocja.

W tym rozumieniu ciało reaguje w automatyczny sposób na szanse i zagrożenia, a umysł, zależnie od kontekstu, interpretuje te reakcje jako odpowiednią emocję. Kluczowe informacje pochodzą z interocepcji badającej stan organizmu. Ich analiza prowadzi do aktywacji odpowiedniej emocji.

W tym ujęciu emocje są zasadniczo trafne, jeśli kontekst jest określony poprawnie, algorytmy decyzyjne działają prawidłowo i dane interoceptywne nie są zafałszowane.

W tym podejściu nie istnieje żaden wzorzec emocji w mózgu. Jest ona każdorazowo tworzona na nowo i tylko wtórnie, w zależności od kontekstu, klasyfikowana jako jedna ze znanych emocji. Granice między emocjami są płynne, a sama klasyfikacja jest indywidualna i inspirowana kulturowo. Emocje nie są uniwersalne i to, co ja nazywam złością jest czymś zgoła odmiennym od tego, co ty nazywasz złością. Co więcej, to, co ja nazywam złością dzisiaj, nie jest tym samym, co nazwę złością jutro. Klasyfikowanie ich wspólnie opiera się bardziej na kontekście i skutkach niż na samym stanie umysłu.

Pozytywne sprzężenie zwrotne

Aktywacja emocji może prowadzić do dalszego nasilenia sygnałów z organizmu, co prowadzi do pętli sprzężenia zwrotnego. Oczywiście pętla ta musi być regulowana przez mechanizmy hamujące, abyśmy przysłowiowo nie pękli ze złości. W tym miejscu mechanizm drugi zaczyna przypominać mechanizm pierwszy, z informacją wysyłaną z mózgu, by zmienić stan ciała w odpowiedzi na zagrożenie lub szansę. Co może sugerować, że dychotomia, którą tu proponuję jest częściowo iluzoryczna.

Widzicie już zapewne, że obie koncepcje są dość zbliżone. Różnice tkwią w identyfikacji punktu startowego (co w przypadku pętli może być trywialnie nieistotne) oraz w innym rozłożeniu nacisku między introcepcją a zmysłami zewnętrznymi. Bardziej fundamentalny rozdźwięk tkwi w pytaniu o istnienie archetypu emocji, czyli rozróżnienia między strach to konkretny obwód w mózgu, a strach to etykieta przydawana pewnej grupie reakcji na stan ciała i kontekst.

W tekście skoncentruję się na podejściu drugim, konstruktywistycznym, ale pamiętajmy o wspomnianych tu podobieństwach i miejmy na uwadze, że model ten musi być najpewniej rozbudowany i uzupełniony.

Bodziec do działania

Emocja jest mobilizacją do działania. Jednym z mechanizmów jej wygaszenie – czyli zatrzymanie pętli sprzężenia zwrotnego – jest osiągnięcie celu: w przypadku strachu – to skuteczna ucieczka przed zagrożeniem, w przypadku złości – pokonanie przeciwnika, w przypadku radości – skorzystanie z okazji itp. Kiedy cel zostanie osiągnięty, mechanizmy hamujące uspokajają ciało i wytłumiają emocje w umyśle.

Nie oznacza to jednak, że emocja jest przymusem do działania. Wiemy doskonale z własnego doświadczenia, że możemy czuć złość (a nawet wściekłość), a pomimo tego nie zaatakować osoby lub przedmiotu stanowiących obiekt naszej emocji. Nawet w takich sytuacjach – gdy cel nie zostaje osiągnięty – emocja nie prowadzi do katastrofalnej pętli sprzężenia zwrotnego – możemy pękać ze złości w przenośni, ale nie pękniemy dosłownie.

Bez świadomości refleksyjnej

Stawiam hipotezę, iż w przypadku braku świadomych procesów decyzyjnych lub w przypadku ich bierności emocja jest jednocześnie sygnałem, mobilizacją do działania i decyzją o jego podjęciu. Pojawienie się pętli emocjonalnej musi z konieczności prowadzić do przewidzianych biologicznie dla tej emocji działań, które będą trwały aż do rozwiązania bodźca lub wyczerpania się zapasów energetycznych potrzebnych do reakcji.

Jest tu jednak jeden niezwykle istotny niuans: częścią przewidzianego biologicznie działania może być etap zebrania dodatkowych informacji i ponownej oceny sytuacji, który może prowadzić do wygaszenia emocji bez pojawienia się finalnej reakcji.

Obraz, który mi się tu narzuca, to sarna, która usłyszała trzask gałązki w lesie. Może się rzucić natychmiast do ucieczki, ale może też zamrzeć na chwilę w bezruchu, unieść głowę i nasłuchiwać. W ciągu tych kilku sekund zbierając dodatkowe informacje i starając się rozstrzygnąć, czy to fałszywy alarm, czy też nie. Sarna stara się zdecydować, czy wydać solidną porcję energii na ucieczkę, czy zaryzykować pozostanie w miejscu i w konsekwencji atak drapieżnika.

Taka reakcja, moim zdaniem, nie wymaga świadomości, czy raczej nie wymaga świadomości refleksyjnej. Rozumiem ją raczej jako element złożonej reakcji na bodziec z ciała zinterpretowany w kontekście sytuacji – czyli na emocję.

Na ile zatrzymanie tego automatycznego procesu wymaga świadomości podobnej do naszej ludzkiej, jest pytaniem fascynującym i trudnym. Wydaje mi się, że jest obserwacyjnie dość oczywiste, że zarówno człowiek, jak i inne zwierzęta mogą reagować automatycznie na stan ciała zinterpretowany w postaci emocji z właściwie całkowitym pominięciem procesów świadomych. Jednak w przypadku człowieka interesująco robi się, gdy świadomość wmiesza się w sytuację.

Ze świadomością refleksyjną

Świadomość, a szczególnie jej refleksyjna wersja, pozwala na bardziej zróżnicowane przetwarzanie emocji. W najprostszym rozumieniu pozwala dokonać tej samej analizy, którą wykonuje zamierająca w bezruchu sarna, tylko w znacząco szerszym kontekście. Pozwala przeanalizować długofalowe skutki podjęcia jakiegoś działania: jeżeli uderzę wkurzającego szefa to stracę pracę, nie będę miał pieniędzy i mój dobrostan będzie zagrożony. Pozwala odnieść dane działanie do naszych wartości: jest dla mnie ważne, by funkcjonować z innymi ludźmi bez przemocy, w związku z tym nie uderzę szefa, nieważne jak bardzo sobie na to zasłużył. Pozwala nam zastosować kryterium etyczne i moralne do danej sytuacji: fizyczna przemoc nie sprzyja niczyjej refleksyjności, w związku z czym jest niemoralne używać jej do rozstrzygania sporów.

Każdy z wymienionych kontekstów wykracza zdecydowanie poza proste zebranie dodatkowych informacji i ewentualną zmianę decyzji. To nasz zysk ewolucyjny, prowadzi to bowiem do lepszej optymalizacji wykorzystania energii i w efekcie większych szans na przetrwanie. W pewnym uproszczeniu możemy powiedzieć, że mamy nieco większe możliwości wykrywania fałszywych alarmów emocjonalnych niż inne zwierzęta.

Emocja w kontekście naszej świadomości jest jakby bardzo silną sugestią ciała i umysłu podświadomego do zajęcia się danym problemem. W tym jednym sensie przypomina myśli swobodne, które pojawiają się, gdy „nie myślimy o niczym” – je także można rozumieć jako sugestię tematów dla świadomości. Emocja jest jednak stanem zdecydowanie szerszym, angażującym wiele organów ciała i systemów przetwarzania w mózgu – nieporównywalnie więcej niż pojedyncza myśl.

Pomimo tej siły i intensywności, emocja może zostać przez świadomość odrzucona. To nie jest łatwe, o czym może zaświadczyć każdy z nas, który kiedyś „dał się ponieść emocji”. Ciało i podświadomość wspólnie tworzą grupę nacisku, lansującą ten konkretny temat jako niezwykle istotny.

Wydaje się, że jest więcej niż jeden sposób na odrzucenie emocji. Przykładowo, świadomość może pozwolić emocji kręcić swoją pętlę, ale podjąć działania z emocją niezgodne. W założeniu będzie ona słabła, gdy praktyka pokaże, że zagrożenie było iluzoryczne. Przykład: kiedy czujemy strach przed wyjściem na scenę by wygłosić mowę, możemy nie czyniąc ze strachem nic, wyjść i zrobić swoje, przez cały czas go czując. Inny sposób to wygaszenie emocji, uspokojenie się, często związane z manipulacją stanem ciała. W przykładzie ze strachem możemy poświęcić kilka minut na ćwiczenia uspokajające oddech i oczyszczające umysł, co, jeśli całkowicie nie wyeliminuje, to przynajmniej ograniczy strach.

Możemy też próbować emocję zignorować, odepchnąć od siebie, stłumić, co może chwilowo przynieść ulgę, ale może też mieć nieprzyjemne reperkusje.

Hipoteza: pętla wzmocnienia może trwać w podświadomości

Gdyby świadomość dysponowała przełącznikiem, który mógłby kompletnie wyeliminować daną emocję, to może byłoby sensowne, by od czasu do czasu go użyć. Taki przełącznik jednak nie istnieje, a zakładanie, że jest inaczej, może okazać się dość niebezpieczne.

Moja hipoteza jest następująca: nawet jeśli świadomie odrzucimy emocję i będziemy ją tłumić, to związane z nią procesy mogą się dalej toczyć podświadomie. Pętla wzmocnienia, o której wspomniałem wyżej może toczyć się bez udziału świadomości. Co więcej, jeżeli nie podejmujemy działań zmierzających do zbadania i rozstrzygnięcia zagrożenia lub szansy, na które emocja jest nakierowana, nie korzystamy z jednego z głównych mechanizmów regulacji emocji, jakim jest działanie w kierunku jej celu lub ponowne zbadanie zasadności celu.

Efekt tłumienia jest w efekcie odwrotny od zamierzonego: emocja trwa dłużej i jest bardziej intensywna. Nie ma tu specjalnego znaczenia, że odepchnęliśmy ją od świadomości. Nasze decyzje tak czy owak będą znajdować się pośrednio pod jej wpływem, a nasze ciało będzie wydawać energię i spinać się w gotowości do działania.

Podsumowanie części pierwszej

W dzisiejszym artykule wprowadziliśmy koncepcję emocji (wąsko rozumianej) konstruowanej przez umysł w odpowiedzi na bodźce z ciała. Emocja to interpretacja sygnału ciała w kontekście, a nazwa, którą jej świadomie nadajemy to etykietka wybrana w wyniku tej interpretacji. W tym rozumieniu emocje nie muszą być uniwersalnymi tworami ani fundamentalnymi właściwościami czy obwodami naszego mózgu, są indywidualne – w sensie, że każda osoba rozumie daną emocję nieco inaczej; są kulturowe – w sensie, że kultura operuje pewnym zbiorem pojęć je opisujących; są unikalne – w sensie, że żadne dwa doświadczenia emocji nie są identyczne, ani w odczuciu, ani we wzorcach aktywności mózgu.

Rozwinęliśmy tę koncepcję i staraliśmy się zrozumieć nieco lepiej, jak może przebiegać oddziaływanie pomiędzy emocją a świadomym umysłem. Zaproponowaliśmy kilka mechanizmów, które mogą zachodzić w tym obszarze styku. W skrócie, proponujemy rozumienie świadomości jako narzędzia do, między innymi, dalszej interpretacji i przetwarzania emocji. Zasugerowaliśmy szczególną rolę świadomości refleksyjnej jako kolejnej instancji w procesie pracy umysłu nad emocją – do jej niezwykłej roli wrócimy jeszcze w kolejnej części. Za tydzień będziemy kontynuować dzisiejszy temat. Spojrzymy na kilka praktycznych konsekwencji, jakie mogą płynąć z takiego rozumienia emocji. Zgłębimy kwestie zarządzania zarówno stanem ciała, jak i kontekstem w celu lepszego wykorzystania zjawisk emocjonalnych. Szczególną uwagę poświęcimy świadomości refleksyjnej i jej niezwykłej roli w modyfikowaniu kontekstu i algorytmów interpretacji. Poruszymy też istotny temat błędów, patologii i zewnętrznego zaburzania procesów emocjonalnych.

Zewnętrzne algorytmy i nowe modele ewolucji

Ewolucja człowieka zaczęła się 300 tysięcy lat temu wraz z pojawieniem się homo sapiens… a może raczej siedem milionów lat temu, kiedy pojawiły się pierwsze hominidy? Pewnie i to za mało, bo przecież, w pewnym sensie, ewolucja człowieka zaczęła się wraz z pierwszymi prekariotami około czterech miliardów lat temu – czyli wtedy, kiedy zaczęła się na Ziemi ewolucja życia w ogóle.

Historia ewolucji życia i człowieka, choć ważna i ciekawa, jest jednak mniej istotna niż jej teraźniejszość i przyszłość. Być może niekiedy wydaje się nam, że wraz z pojawieniem się Homo sapiens proces ewolucji tej gałęzi życia się zatrzymał. Ja przyznam, że niekiedy takie właśnie mam skojarzenie czy intuicję – że człowiek, taki jak jest obecnie, jest szczytem i zwieńczeniem ewolucyjnego procesu. To przekonanie nie jest szczególnie zaskakujące w ustach przedstawiciela tego właśnie gatunku: jest ono głęboko antropocentryczne w swojej treści. W rzeczywistości nie ma powodu przypuszczać ani że człowiek jest zwieńczeniem ewolucji – wszak ewolucja to nie góra, która ma szczyt – ani że nasza ewolucja stanęła w miejscu.

Proces ewolucji na Ziemi toczy się nadal i nasz gatunek podlega mu tak jak wszystkie inne. To ostatnie nie musi być do końca prawdą. Jak bowiem przebiega obecnie ewolucja człowieka? Jeżeli spojrzymy na ewolucję nieco szerzej niż tylko na adaptację genomu w wyniku selekcji przez środowisko, jako na proces przyrostu informacji strukturalnej (porządkującej) w systemie otwartym (pobierającym energię z zewnątrz), przebiegającym poprzez powielanie, błędy replikacji (zmiany) i selekcję form najlepiej przetwarzających energię, to szybko zauważymy, że pula możliwych mechanizmów ewoluowania poszerza się.

Widzę cztery ścieżki, którymi może przebiegać ewolucja naszego gatunku. Potencjalnie można je skoncentrować do trzech (włączając trzecią w obręb drugiej), ale możliwe jest też, że istnieją ścieżki, o których nie pomyślałem. Cztery opcje, które narzucają mi się przy tych rozważaniach przedstawiają się następująco:

  1. Ewolucja biologiczna – Darwin, geny, selekcja naturalna. Temat, mam nadzieję, znany, nie będę go więc rozwijał.
  2. Ewolucja społeczno-kulturowa – nośnikami informacji są opowieści, historie, zasady, rytuały itp. przekazywane z pokolenia na pokolenie. Mechanizmem selekcji jest nacisk innych kultur, próbujących pochłonąć się nawzajem, zdominować, zniszczyć lub zjednoczyć (ten ostatni mechanizm jest, moim zdaniem, najciekawszy i najbardziej obiecujący).
  3. Indywidualnie refleksyjna – nośnikami informacji jest sztuka życia, zasady filozoficzne i etyczne, którymi kieruje się jednostka. Mechanizmem selekcji jest nośność danej postawy i liczba naśladowców. Ten punkt można traktować jako część ewolucji społeczno-kulturowej.
  4. Technologiczna – konkretnie związana z maszynami myślącymi, to algorytmy i struktury danych składowane w komputerach i sieciach. To maszyny wykonujące za nas zadania, algorytmy delegowane na komputery. Mechanizmem selekcji jest dostęp do energii zasilania. Póki co ta gałąź nie jest połączona bezpośrednio z naszym ciałem, nie jest internalizowana w pewnym sensie. W przyszłości może się to jednak zmienić.

Dzisiejszy tekst chciałbym poświęcić czwartej w powyższych opcji. Nim jednak do niej przejdę, chciałbym zaznaczyć, że nie przypuszczam, by te opcję były wzajemnie wykluczające się. Przeciwnie, przyjmuję hipotezę roboczą, iż wszystkie cztery działają w nas jednocześnie. Ze względu na różnicę w skalach czasowych na jakich zachodzą zmiany w każdej z nich, ta jednoczesność może jednak nie być oczywista.

Ewolucja technologiczna brzmi bardzo skomplikowanie i zaawansowanie. Jednak nie dajmy się zwieść pozorom, nie jest ona bowiem dzieckiem ostatnich lat – trwa, odkąd człowiek nauczył się stosować dźwignię, wytwarzać koło czy zapisywać myśli na papirusie. Jej przejawem jest pralka automatyczna, która oszczędza nam czas spędzany na praniu. Jej przejawem jest lista kontaktów w telefonie (albo w kajeciku dla analogowców), która pozwala nam „zapamiętać” setki numerów zamiast kilkunastu. Wszyscy ewoluujemy technologicznie jako ludzkość, jako społeczeństwa i jako jednostki. Cały szkopuł w tym, by zacząć to robić bardziej świadomie i systematycznie.

Na początku skupiam się na tym rodzaju ewolucji z kilku powodów. Po pierwsze, jak wspomniałem powyżej, już jesteśmy w jej trakcie – to jest też prawdą w przypadku ewolucji społeczno-kulturowej i biologicznej. Po drugie, działa ona w relatywnie krótkich skalach czasowych i jej skutki można obserwować po dniach czy tygodniach – to zdecydowanie szybciej niż dziesiątki lat potrzebne do zmian społeczno-kulturowych, by nie wspomnieć nawet o milionach lat potrzebnych na solidne zmiany w DNA. Po trzecie, jej przebieg jest w znacznym stopniu naszym dziełem. Sam postęp technologiczny to jest dzieło wspólne, ale jego wykorzystanie to już indywidualna inwencja – w przypadku zmian biologicznych nie mamy żadnej sprawczości, a w zmianach społeczno-kulturowych jesteśmy jednym głosem pośród wielu. To sprawia, że ewolucja techniczna wraz ze swoją towarzyszką – ewolucją indywidualnej refleksyjności, jest doskonałym wyborem na ścieżkę świadomego rozwoju.

Jak już wspomniałem, wszyscy praktykujemy ewolucję technologiczną w mniej lub bardziej świadomy sposób. Chciałbym wam zaproponować pewną zabawę z samym sobą, której celem jest lepsze zrozumienie i ukierunkowanie tego procesu. Podzielmy to zadanie na kilka etapów, od lepszego poznania stanu obecnego po jasny plan na przyszłość i zaplanowanie konkretnych wdrożeń i ulepszeń.

Pierwszy etap to poznanie siebie jako istoty technologicznej. Rozejrzyj się po swoim życiu i swojej codzienności. Jak już w tej chwili wykorzystujesz technologię (szeroko rozumianą) do tego, by usprawniać swoje działanie? Skoncentruj się na sprawach drobniejszych – zapewne schronienie przed żywiołami zapewnia Ci zaawansowany technologicznie budynek, ale raczej nie dokonasz w tej sferze wielkich zmian, o ile nie jesteś inżynierem budownictwa z pomysłem na nową technologię mieszania cementu. Myśl o rzeczach, na które masz bezpośredni wpływ, które są twoim wyborem. Kilka przykładów:

  • zapisywanie daty i godziny spotkań w kalendarzu (cyfrowym lub papierowym);
  • prowadzenie pamiętnika (papierowo, cyfrowo, głosowo);
  • porównywanie parametrów sprzętu elektronicznego w Internecie;
  • komunikowanie się z bliskimi przez wiadomości tekstowe;
  • wyszukiwanie porad, jak coś naprawić na YouTube.

Przykłady można by mnożyć. Spróbujcie stworzyć swoją własną listę. Aby nie była zbyt długa, skoncentrujcie się na najczęstszych i najważniejszych dla was aktywnościach.

Kiedy będziecie mieli już listę tego, co robicie obecnie, zastanówcie się, jak można te dziedziny usprawnić. Oto kilka pytań, które mogą być w tym pomocne:

  • Czy mogę zastosować szybszą technologię (np. cyfrowy kalendarz zamiast papierowego)?
  • Czy mogę określić procedurę działania krok po kroku, by zoptymalizować proces?
  • Czy faktycznie potrzebuję tej aktywności? Czy ona naprawdę oszczędza moje zasoby? Czy ma wartość dodaną?
  • Czy mogę uczynić ten proces cyklicznym (np. powtarzać go co tydzień, zamiast w przypadkowych momentach)?

Pytań na pewno znajdzie się więcej. Pamiętajcie przy tym, że nie musicie być niewolnikami efektywności. Może kalendarz cyfrowy jest szybszy od papierowego, ale jeśli będziecie mieli mniejszą ochotę, by z niego korzystać, zmiana może być stratą, a nie zyskiem.

Kiedy już przeanalizujecie swoje „technologiczne rozszerzenia” i wypatrzycie kilka nadających się do optymalizacji, zacznijcie je wdrażać. O ile nie są to zupełnie drobne korekty, warto wprowadzać je sekwencyjnie, tak by nie brać na siebie za wiele na raz.

Drugi etap to zorientowanie się, gdzie są możliwości technologiczne, z których obecnie nie korzystamy. Nie jest tak łatwo dostrzec tego, czego nie robimy, dlatego ten etap jest obiektywnie trudny. W związku z tym proponuję, by podzielić go na dwa.

Pierwszy z nich to obserwowanie tego, co robią inni. Na najbliższym spotkaniu ze znajomymi bądźcie szczególnie uważni i zwróćcie uwagę, co robią wasi przyjaciele, co może być uznane za korzystanie z technologii do poszerzenia swojej funkcjonalności. Jeśli coś zwróci waszą uwagę, podpytajcie ich o to. Czy to faktycznie sposób na optymalizację? Jak im się sprawdza? Co dokładnie osiągają i czy polecają dane podejście? Bardzo możliwe, że dla wielu z was takie konwersacje są częścią relacji z innymi już od dawna.

Zerknijcie też na ludzi w tramwaju, na ulicy czy w sklepie. Czy możecie dostrzec coś, co dla was jest nieznane, a co ma znamiona technologicznego rozszerzenia ludzkiej funkcjonalności? Jeśli jesteście super-ekstrawertyczni, to i w tym wypadku możecie podpytać o charakter danej aktywności. Przypuszczam jednak, że większość z nas będzie opierać się na niemych domysłach. Skonfrontujcie te domysły z wiedzą zgromadzoną w Internecie – potężnym zasobie, który rozszerza nasze funkcjonowanie już dziś – może uda się wam znaleźć odpowiedź, której szukacie.

Po zebraniu danych i stworzeniu listy kilku szczególnie interesujących ulepszeń, możecie przystąpić do ich wdrażania. Oczywiście na tę listę nie musi trafić wszystko, co zaobserwowaliście. Nawet lepiej, jeśli jest tam nie więcej niż dwa czy trzy elementy. Unikniecie wtedy przytłoczenia i poczucia, że tego i tak się nie da zrobić, więc nie warto nawet zaczynać. Wybierzcie te najbardziej obiecujące, te, które dotykają najważniejszych dla was aspektów funkcjonowania, te, które będzie wam względnie łatwo wdrożyć.

Etap trzeci, albo druga część etapu drugiego, to popuszczenie wodzy wyobraźni. Podumajcie trochę o tym, co robicie na co dzień i od święta i poszukajcie kompletnie nowych przestrzeni do technologicznej ewolucji. Oto kilka pytań, które mogą się okazać w tych poszukiwaniach pomocne:

  • Jakie czynności chętnie bym zautomatyzował, abstrahując od tego, czy to możliwe, czy nie?
  • Jakie czynności i zadania w moim życiu można sprowadzić do liczb, rachunków i logicznych alternatyw? Maszyny radzą sobie z matematyką i logicznymi algorytmami lepiej niż ludzie.
  • Jakich czynności nie chcę, ale muszę wykonywać?
  • Jakie czynności powtarzam regularnie?
  • Jakie czynności w moim życiu są bardzo powtarzalne?

Oczywiście nie z każdej odpowiedzi wypływa potencjał do automatyzacji. Bo choć zęby myjemy dwa razy dziennie, to jeśli mamy już elektryczną szczoteczkę, to raczej nie zainwestujemy w robotyczne ramię, by trzymało ją za nas. Jeśli natomiast nie mamy szczoteczki elektrycznej, to może tu być potencjał do prostego rozwoju.

Tu gra rolę nasza kreatywność i konkretne wyzwania, przed którymi stajemy, ale podzielę się z wami kilkoma pomysłami, które mi chodzą po głowie ostatnimi czasy, może was zainspirują:

  • Próbuje zbudować – na razie bez sukcesu – algorytm, który pozwoli mi wybrać obiektywnie najlepszy skyr pośród tych dostępnych w Lidlu i Auchan (moje najbliższe sklepy). Algorytm ma być prostym porównaniem kilku obiektywnych parametrów (zawartość białka, cukry, tłuszczu, kraj pochodzenia, cena itp.). Daną wyjściową jest nazwa skyru, który mam kupić. Celem jest odizolowanie się od presji reklamy (nazwa, kolor opakowania itp. nie mają już znaczenia). Na razie największą przeszkodą jest zebranie danych (szczególnie z Lidla). Być może istnieją już jakieś aplikacje, które wykonują podobne zadania.
  • Dziennik w postaci zapisów audio to coś, co rozważam jako codzienny rytuał. Dzienniki są sposobem na rozszerzenie możliwości naszej pamięci, która jest generalnie bardzo zawodna, jeśli idzie o odtwarzanie szczegółów, choć jest bardzo dobra, kiedy idzie o odtwarzanie kontekstu. Z badań wynika, że nasz mózg zmyśla elementy wspomnień, fabrykuje je w całości, zniekształca i wykrzywia. Nie można mu ufać, jeśli chodzi o przypominanie sobie detali (pamiętajcie: naoczni świadkowie o wiele częściej się mylą niż mają rację; w związku z czym  jeśli naoczny świadek wskazał kogoś jako winnego, to powinniśmy go uniewinnić!). Zdjęcia i pamiętniki są sposobem na przywołanie detali, gdy będą potrzebne. Formę audio rozważam, bo forma pisemna słabo się u mnie przyjmuje (może za dużo piszę innych tekstów).
  • Do liczenia kalorii używam aplikacji, a właściwie używałem, bo chwilowo zarzuciłem ten proceder – mam bowiem poczucie, pewnie mylne, że już bez jej pomocy jestem w stanie ograniczać ilość spożywanego pokarmu. Pamiętajcie, że na oko to sołtys umarł – liczenie kalorii w ten sposób jest nieefektywne i prowadzi nas na manowce. Aplikacji nie oszukasz (o ile wpiszesz do niej wszystko, co jesz). Każdemu, kto chce ograniczyć spożycie, polecam skorzystać. Nie trzeba nawet swojego Excela robić, są darmowe rozwiązania dostępne na rynku.

Czwarty etap to zebranie przemyśleń i wniosków z poprzednich etapów i stworzenie krótkiej listy pomysłów, które faktycznie chcemy wdrożyć.  Tutaj zaczyna się ciężka praca. Jak zwykle w przypadku procesu zmiany, można się spodziewać pewnej dozy dyskomfortu, zmęczenia, zniechęcenia. Zależnie od tego, jakie dokładnie pomysły wdrażamy, efekt ten będzie silniejszy lub słabszy, ale warto się przygotować na to, że pojawi się w każdym przypadku. Nie będę się tu zagłębiał szczególnie mocno w techniki skutecznego wprowadzania zmian – napisano na ten temat wiele książek, a i na tym blogu wspominałem o tym kilka razy i pewnie jeszcze w przyszłości do tematu wrócę.

Piąty etap to domknięcie pętli, czyli analiza tego, co zmieniliśmy. To moment, by zastanowić się, czy nowe narzędzia faktycznie przynoszą spodziewane korzyści. Jeśli nie, warto je porzucić, nie dając się zwieść temu, że zainwestowaliśmy czas w ich wdrożenie – jeśli nam nie służą, nie inwestujmy zasobów w ich utrzymanie. Spodziewam się, że właściwie u każdego, kto podejdzie do tego ćwiczenia poważnie, pojawią się jakieś pomysły, które po wdrożeniu okażą się rozczarowujące. To naturalny element procesu „ewoluowania”. Koncentrujmy się na tych, które działają i je utrwalajmy.

To także dobra chwila, by pochylić się nad procesem wdrożenia i zastanowić się, czy on przebiegł gładko i skutecznie. Zazwyczaj jest coś do poprawienia. Czasem okazuje się, że jakieś obiecujące pomysły nie zostały wdrożone wcale, bo z tego czy innego powodu okazało się to zbyt trudne. Wróćmy do niego i spróbujmy ponownie.

Wreszcie ten etap to czas na zastanowienie się, czy są kolejne pomysły narzędzi i ulepszeń, które możemy wprowadzić. Mamy już doświadczenie z pierwszej rundy, a to będzie pomocne w tworzeniu nowych intrygujących wyzwań.

Od czasu wynalezienia rysunku naskalnego człowiek próbuje wspomagać funkcjonowanie swojego umysłu przy pomocy technologii. Od czasu wynalezienia worka na jagódki człowiek próbuje wspomagać swoją fizyczność przy pomocy technologii. Wiele z tych ulepszeń przychodzi do nas w sposób organiczny – pojawia się w kulturze i społeczeństwie, a my je podłapujemy.

W takim trybie ich przyswajania czai się pewna doza ryzyka. Możemy bowiem wprowadzić do swojego życia metody i przedmioty, które zamiast pomagać nam wzmocnić funkcjonowanie naszego umysłu, zaczną je osłabiać. Ryzyko uzależnienia wiążące się czy to z zachowaniami (media społecznościowe) czy z substancjami (alkohol) jest tego koronnym przykładem. Nie każda nowinka techniczna, nie każdy wynalazek, nie każdy produkt będą dla nas korzystne – konieczna jest nasza uważność, by ustrzec się przed tymi, które chcą nas zwieść.

Dlatego też jest cenne i ważne, by chwycić stery naszej ewolucji technologicznej we własne ręce i świadomie tworzyć (lub adaptować) narzędzia, które faktycznie będą stanowić cenne rozszerzenie możliwości naszego mózgu. Nie każde z tych rozwiązań musi być naszym odkryciem, w końcu wiele problemów, z którymi spotykamy się na co dzień, zostało już rozwiązanych przez kogoś wprawnego w technologii. Wciąż jednak to my musimy dokonać świadomego i rozsądnego wyboru, z których skorzystać. To wymaga od nas dozy refleksji, zrozumienia swoich własnych potrzeb i inwestycji czasu, by implementować i sprawdzać poszczególne rozwiązania. Jest to wysiłek, natomiast gra wydaje się być warta świeczki.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Minimum błędu predykcji

Dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić na przedstawienie Wam niezwykle ciekawej teorii opisującej działanie ludzkiego mózgu. Choć nie jestem neurobiologiem, to postaram się przedstawić moje rozumienie tej koncepcji, bez silenia się na techniczny żargon czy matematyczny lub formalny rygor. W przyszłości, jeśli moje zainteresowanie tematem się utrzyma i zgłębię go na bardziej zaawansowanym poziomie, jest szansa na konkretniejsze teoretyczne treści. Dziś pozostanę przy pewnej intuicji, koncepcyjnym narzędziu do myślenia o myśleniu, czyli działaniu naszego mózgu.

Mózg jest systemem, który szuka stanu minimalnego błędu predykcji przy uwzględnieniu ograniczeń płynących z kosztów energetycznych działań. Przestrzeń, którą przeszukuje pod tym kątem, jest wielowymiarowa, a jej osie to szeroko rozumiane dane zmysłowe (zmysły wewnętrzne i zewnętrzne, właściwie każdy kanał wejściowy do mózgu). Przeszukiwanie odbywa się poprzez aktywacje kanałów wyjściowych – przesyłanie informacji/poleceń do ciała. Każde działanie to funkcja przekształcająca jeden stan w przestrzeni zmysłów w inny. Funkcja ta ma liczne zmienne ukryte, czyli aspekty, których mózg nie kontroluje – to wszystko, co wydarza się w zewnętrznym świecie.

I tak pobierając dane od zmysłów, mózg konfrontuje je z predykcją, którą stworzył (w uproszeniu, wszystko, co widzimy i czujemy może być rozumiane jako symulacja wykonana przez mózg ułamek sekund wcześniej, niż się faktycznie wydarzyło), kiedy coś się nie zgadza, robi dwie rzeczy: koryguje predykcję i wysyła sygnał na wyjście, by zmodyfikować stan świata. W takiej pętli sobie żyjemy. Nasz mózg nieustannie przewiduje przyszłość i stara się wprowadzić siebie i świat w stan, w którym te przewidywania będą możliwie trafne, a zużycie energii będzie możliwie minimalne.

Ten proces jest niezwykle złożony. Mówimy tu o tysiącach źródeł informacji i tysiącach kanałów wyjścia, na które można wpływać. Co więcej, są jeszcze wspomniane zmienne ukryte, czyli wszystko to, czego nasze zmysły nie uchwyciły, a co wpływa lub wpłynie w przyszłości na stan naszej rzeczywistości. Czy jest praktycznie przydatne, by rozważać te procesy biorąc pod uwagę ich przytłaczającą złożoność? Tak, choć żeby móc coś z nich wyciągnąć, musimy wznieść się na wyższy poziom abstrakcji – co zresztą nasz mózg także czyni. Potrzebujemy ogólniejszych, syntetycznych „zmiennych”, bo analiza na poziomie pojedynczych impulsów zmysłowych jest zbyt skomplikowana.

Parafrazując powyższą koncepcję: mózg to jednostka obliczeniowa, której zadaniem jest tworzenie predykcji danych, które otrzymuje na wejściu, optymalizując jednocześnie pod kątem zużycia energii. Ta jednostka obliczeniowa jest podłączona do danych wejściowych oraz do kanałów wyjściowych, na które może wysyłać sygnały. Kanały wejściowe to dane zmysłowe (wewnętrzne i zewnętrzne). Kanały wyjścia to sygnały wysyłane do ciała – mięśni, gruczołów itp.

Jako bazę dalszych rozważań wykorzystam temat z poprzedniego newslettera, czyli interpretacje nawyków i pracy z nimi w powyższym schemacie. W tym sensie dzisiejszy artykuł jest rozwinięciem poprzedniego, przenosząc nacisk z praktycznych zastosowań na bardziej teoretyczne rozważania.

Aby nie zapaść się zbyt głęboko w abstrakcję, weźmy na tapet konkretne zachowanie, które często jest nawykowe, a które niekoniecznie służy nam długofalowo. Czyli jest to nawyk, który warto zmienić. Niech naszym przykładem będzie jedzenie słonych i słodkich przekąsek – temat znany prawie każdemu z nas. Pomimo że wiemy, jak wiele kalorii kryje się w niewinnej paczce chipsów, wciąż, gdy zasiadamy przed telewizorem na seans ulubionego serialu lub gdy zabieramy się ze znajomymi do partii w planszówki, przed nami stoją michy wypełnione chrupkimi Lay’s.

W przypadku przekąsek nasz mózg musi balansować kilka zmiennych:

1. głód – było nie było, przekąski zaspokajają nasze zapotrzebowanie na kalorie,

2. odczucie przyjemności – powiązane z powyższym, jedzenie jest przyjemne, bo zaspokaja głód. Smak słodki i smak słony są szczególnie przyjemne,

3. długofalowe zachowanie zdrowia – nie każde jedzenie jest tak samo dobre dla naszego zdrowia. Jeśli będziemy jeść zbyt wiele chipsów, to za kilka lat przyjemność ustąpi cierpieniu związanemu z chorobą,

4. liczba spożywanych chipsów i ciasteczek – to nasze działanie nawykowe,

5. liczba spożywanych warzyw – to alternatywne działanie.

Pierwsze trzy punkty to syntetyczne sygnały „zmysłowe”, o których wspominałem wcześniej. W praktyce pod pojęciem „głód” dla mózgu kryją się tysiące różnych sygnałów: o poziomie pokarmu w żołądku, o stężeniu hormonów trawiennych, o zawartości glukozy we krwi itd. Zbieramy je tutaj do jednego worka i nazywamy ten worek „głodem”. Jeśli chcielibyśmy te rozważania podnieść na bardziej ścisły poziom, musielibyśmy każdy z powyższych worków możliwie szczegółowo zdefiniować, ale na potrzeby budowania intuicji o systemie pozostaniemy na powyższym poziomie precyzji.

Dwa ostatnie punkty to syntetyczne „działania”, czyli sygnały, które mózg wysyła do ciała – czy w tym konkretnym przypadku rezultaty wysłania danych sygnałów. Nie ma wątpliwości, że dostępnych działań, które mogą być istotne dla naszego doświadczenia, jest więcej (np. liczba spożywanych orzechów, czas spędzony na głodówce, liczba przebiegniętych kilometrów). Dla prostoty pozostaniemy przy powyższym uproszczonym zestawie zmysłów i działań.

Nie będziemy się tu zastanawiać, skąd ten nawyk się wziął, przyjmujemy po prostu fakt, że obecnie mamy nawyk podjadania chipsów i ciastek. Ale co to właściwie znaczy w naszym modelu, że mamy nawyk? To znaczy, że nasz mózg spodziewa się, że pewne działanie (jedzenie ciastków) spowoduje pewien efekt (odczucie przyjemności i zaspokojenie głodu). To zachowanie ma niski błąd predykcji oraz wysoką podaż energii. Stało się preferowane, to znaczy, że w przestrzeni rozwiązań, którą nieustannie analizuje nasz mózg, jest z nim związana dolina, w której tkwimy. Jedzenie chipsów jest „bezpieczne”, bo ma znany i lubiany efekt. Im częściej powtarzamy to zachowanie, tym efekt staje się bardziej potwierdzony, dolinka robi się głębsza – nawyk staje się silniejszy. Co ważne, gdy zaprzestajemy jedzenia czipsów, odczuwamy dyskomfort i brak. Trafiamy na „stok” doliny – błąd predykcji rośnie.

Gdybyśmy nie mieli intelektu i refleksyjności, bylibyśmy skazani na tkwienie w naszym obecnym minimum (chyba że świat zewnętrzny zrobiłby coś, co by nas z niego wyrwało). Takie zachowania obserwujemy u zwierząt: pies, który ma nieograniczony dostęp do smaczków, będzie je jadł, dopóki nie wypełni brzuszka. Jak tylko minie odczucie sytości, zacznie jeść znowu. Nie zatrzyma się, by zastanowić się, czy nie doprowadzi go to do otyłości, a w konsekwencji do zawału. Nie ma narzędzi, by przeanalizować przestrzeń rozwiązań w odległym czasie, jest w stanie zbadać względnie bliską przyszłość, a dla niej najmniejszy błąd predykcji i zysk energetyczny są związane z pochłanianiem smaczków. Nie jest tak do końca, iż zwierzęta nie mają możliwości adaptacji i predykcji, ale ich zdolności w tym względzie są ograniczone, szczególnie gdy przyjdzie im się spotkać z wytworami ludzkiej cywilizacji obfitości.

My jesteśmy wyposażeni w aparat do analizy przyszłych konsekwencji, choć nie oznacza to, że będziemy w stanie go użyć ani że będziemy potrafili go dobrze wykorzystać – daje nam szansę.

Pierwszy krok, który musimy wykonać, to zdać sobie sprawę, że zmiana jest potrzebna i że jest możliwa.

Uświadamianie sobie potrzeby zmiany to umiejętność spojrzenia na przestrzeń rozwiązań i wyobrażenie sobie, jak ona się zmieni w czasie. Oczywiście jakość tego wyobrażenia będzie zależeć od jakości informacji, które posiadamy. W naszym przykładzie, jeśli nie wiemy nic o cholesterolu, jego wpływie na układ krwionośny i jego powiązaniu z tłustym i słodkim jedzeniem, to przyszłość, którą przewidzimy, będzie równie przyjemna co teraźniejszość. Nie dostrzeżemy potrzeby zmiany i kiedy przyjdzie nieuchronnie choroba powiązana z naszym stylem życia, w zaskoczeniu będziemy się zmagać z błędem predykcji. Dlatego tak istotne jest, by być dobrze poinformowanym o dowodach naukowych na szkodliwość lub dobroczynność pewnych aspektów naszego stylu życia, bez tego nigdy nie dostrzeżemy powodu do zmiany. Połóżmy tutaj nacisk na „dobrze poinformowanym”, bo jeśli nasza wiedza nie ma oparcia w faktach i wywodzi się z guseł, haseł reklamowych czy naszych własnych jednostkowych doświadczeń, to symulacja przyszłości, którą zbudujemy, będzie miała mało wspólnego z rzeczywistością.

Gdyby jedzenie chipsów i ciastek nie miało żadnych negatywnych reperkusji, to byłby koniec historii. Moglibyśmy swobodnie tkwić w tym minimum, a energię poświęcać na inne zagadnienia życia. Tak jednak nie jest. Dzięki naszym agentom specjalnym: refleksyjności i ciekawości poznawczej jesteśmy w stanie stwierdzić, że takie zachowanie w dłuższej perspektywie czasu sprowadzi na nas więcej cierpienia niż obecnie daje przyjemności lub, innymi słowy, spowoduje gigantyczny błąd predykcji (bo choroba to cała puszka Pandory błędów predykcji) i ogromny ubytek energii (bo zdrowienie to kosztowny proces dla organizmu).

Kiedy już wiemy, że, aby zminimalizować globalny błąd predykcji i zmaksymalizować podaż energii, konieczne są zmiany, przychodzi nam zmierzyć się z procesem ich przeprowadzania. Prawdopodobnie największą komplikacją tego procesu jest to, że aby opuścić nasze lokalne minimum, zazwyczaj musimy przejść przez próg dyskomfortu, znaczących błędów poznawczych i wydać dużo energii. Standardowe mechanizmy działania nie będą „chciały” podążać takimi ścieżkami. W końcu ich zadaniem jest minimalizowanie błędu predykcji i zużycia energii. Będą się więc starały przywrócić nas na znaną, łatwą ścieżkę – tu wracamy do kazusu zwierzaka, który ma do dyspozycji tylko badanie natychmiastowego błędu predykcji, w związku z czym nigdy nie zejdzie z kursu chwilowej przyjemności (o ile nie wymuszą tego okoliczności).

Zadaniem naszej refleksyjności, intelektu i „silnej woli” jest utrzymanie nas na właściwym kursie, aż dotrzemy do nowego minimum. W naszym przypadku będzie to chrupanie marchewki zamiast chipsów.

Co nam będzie w tym przeszkadzać, a co pomagać?

Rozpoznanie zmiennych ukrytych – nie wszystkich, bo to zadanie przerastające nasze możliwości, ale przynajmniej niektórych z nich. Innymi słowy, warto poznać okoliczności (kiedy oglądam serial, to jem chipsy) i stany emocjonalne (kiedy jestem smutny, jem ciastka), które towarzyszą zachowaniu, które chcę zmienić. Nie jemy ich przecież na okrągło. Kiedy nasz umysł ma tendencję do wchodzenia w to niepożądane minimum? W leczeniu uzależnień mówi się o „wyzwalaczach głodu”, czyli o tym, co nam przypomina o używaniu substancji – ten sam koncept działa przy nawykach!

Unikanie linii największego oporu – drastyczne skoki błędu predykcji spotkają się z drastyczną korektą mechanizmów automatycznych i będą wymagać wielkich ilości energii, by utrzymać kurs. Gdy jest to możliwe, stopniowa zmiana i akomodacja w nowej normie (systematyczne obniżanie bariery do nowego optimum) są preferowane ponad terapię szokową. Czyli zamiast rezygnować z chipsów całkowicie zrób pół na pół, jedna miska marchewki, jedna chipsów. Później zmień chipsy na mniej kaloryczną wersję albo wersję o mniej intensywnym smaku. Tu jednak uwaga. To nie zawsze działa! Nieco więcej o tym za chwilę, ale w szczególności w uzależnieniach czy przy używaniu substancji psychoaktywnych ta strategia jest zazwyczaj kontrproduktywna.

Trzymanie oka na kursie – korzystaj ze swojej refleksyjności i intelektu, by przypominać sobie, dokąd i dlaczego dążysz. To trochę tak, jakbyś co jakiś czas spoglądał na przestrzeń rozwiązań z lotu ptaka i upewniał się, że twój cel dalej tam jest i że się do niego zbliżasz. Jeśli jesteśmy zbyt blisko tego, co dzieje się dzisiaj, możemy wyolbrzymiać nasze trudności. Może się nam wydawać, że przed nami jest jeszcze jakaś wielka góra do pokonania, a to może nas przekonać do tego, że nie warto inwestować w zmianę. Zobaczmy naszą górę z pewnego oddalenia, by zrozumieć, że nie jest aż taka straszna. Na początku stworzyliśmy pewną mapę przestrzeni rozwiązań, według której chcemy podążać – musimy ją regularnie odświeżać w pamięci, by się nie zatarła.

Inne zmienne i parametry – im więcej parametrów rozważamy, tym więcej otwiera się przed nami opcji. Możemy wykorzystać inne zmienne, by wspierać (ale także sabotować) nasze starania. Przykładowo w naszych rozważaniach możesz spotykać się z przyjaciółmi, by wypełnić swój czas i „nie myśleć” o chrupkach i ciastkach. Jeśli jednak spotkasz się z kimś, kto wyciągnie zza pazuchy karton Lay’sów paprykowych, to twoich wysiłków nie wspomoże, a raczej im przeszkodzi. To się wiąże z rozpoznawaniem ukrytych zmiennych, tyle że tutaj chcemy rozpoznać dodatkowe możliwości działania, które mamy do dyspozycji. Przy czym, praktyczna uwaga: nie każde nasze działanie będzie miało realne znaczenie w kontekście danego problemu i czasem nie warto niepotrzebnie komplikować.

Nie ma zmiany bez wysiłku i czasu – jeśli zmiana ma nastąpić, to będzie wymagała czasu i wysiłku. Im dłużej kultywowałeś jakiś nawyk, tym więcej wysiłku będzie kosztowało zmienienie go (tym głębszy dołek wydeptałeś). Nie warto się co do tego oszukiwać, bo pierwsze oznaki bólu czy dyskomfortu sprawią, że wrócisz na znany szlak niskiego błędu predykcji i dużej podaży energii. W bardzo niewielu przypadkach zmiana będzie płynna i bezbolesna. Warto sobie „zabudżetować”, i to z nawiązką, energię, wysiłek i dyskomfort, które będą potrzebne na drodze do zmiany.

Utrudnienie dostępu do starego szlaku, ułatwienie do nowego – zarządzajmy okolicznościami tak, by możliwie utrudnić sobie wejście w stary nawyk, a ułatwić wejście w nowy. Jeśli chcesz jeść mniej chipsów, to nie powinieneś mieć w domu chipsów. Chcesz zamiast tego jeść więcej marchewki? Niech twoja lodówka będzie wyładowana nią po brzegi. Budujesz w ten sposób małe górki i dolinki w przestrzeni rozwiązań, sprawiasz, że nawyk, z którym walczysz, kosztuje nieco więcej energii. To delikatnie ukierunkowuje twoje automatyzmy. Czy to oznacza, że nigdy nie złapie cię chętka na chrupki i nie polecisz po nie do sklepu? Nie, ale przynajmniej będziesz musiał włożyć wysiłek w ubranie się, wyjście itd., a to pomoże obniżyć prawdopodobieństwo i częstotliwość tej czynności.

Powtarzanie to podstawa nauki – mózg lubi mały błąd predykcji płynący ze stabilnego rozwiązania, a stabilne rozwiązanie to takie, które wielokrotnie powtarzaliśmy, uzyskując spodziewany i pożądany rezultat. Powtarzaj nowy nawyk jak najczęściej i wydeptuj nową dolinkę w przestrzeni rozwiązań. Spraw, by to co cię trzymało w złym nawyku, teraz trzymało Cię w dobrym. Uczyń nowe zachowanie znajomym tak, by wyjście z niego skutkowało błędem prognozy. To ważne, bo stara dolinka będzie obecna jeszcze przez długi czas i będzie też ryzyko ponownego wpadnięcia w nią.

Często chodzi o balans, a nie o eliminacje – najbardziej trwałe i stabilne rozwiązanie wcale nie musi oznaczać całkowitej eliminacji czegoś z naszego życia. Bywa tak, że optimum jest przy zdrowych proporcjach, bywa tak, że optimum jest stanem oscylującym. Czyli sześć dni w tygodniu chrupię sobie marchewkę, ale w sobotę na planszówkach zjem małą paczkę chipsów. Takie rozwiązanie może się okazać o wiele łatwiejsze do utrzymania, dające przy tym dobre skutki zdrowotne. Gdybyśmy próbowali naciskać na stan, w którym nigdy nie jemy chipsów, to może się okazać, że będziemy z niego „wypadać” – takie rozwiązanie będzie niestabilne. To nas powinno zachęcić do eksperymentowania, próbowania drobnych zmian w naszych nawykach i szukania możliwie stabilnego optimum (czasem będzie to wymagało wprowadzenia dodatkowych zmiennych!). Pamiętajmy, że celem zwykle nie jest całkowita eliminacja jakiejś zmiennej, tylko optymalizacja błędu predykcji i zużycia energii w długiej perspektywie czasu.

Tutaj jednak ważna uwaga na marginesie:

Są krytyczne wyjątki od koncepcji równowagi. W niektórych systemach nie ma innej drogi do trwałości, jak wyzerowanie danej zmiennej. Przykład to uzależnienia od substancji psychoaktywnych: nie ma stabilnego rozwiązania dla „niewielkiego” używania. Możliwe jest tymczasowe utrzymywanie takich rozwiązań poprzez inwestowanie znacznych ilości energii – stan przez fachowców zwany „dupościskiem”. Jednak prędzej czy później energia się wyczerpie i system wróci do stanu równowagi, czyli intensywnego używania. Jednocześnie tak duży wydatek energii idący na utrzymanie niestabilnej sytuacji oznacza, że brakuje energii na normalne życie, co będzie przejawiać się agresją, bylejakością lub innymi niekonstruktywnymi zachowaniami.

W pierwszym przybliżeniu nałogowiec ma dwa stabilne stany równowagi: całkowita abstynencja oraz niekontrolowane używanie. Problem jest jednak bardziej złożony. Tutaj rozważamy jedną zmienną: używanie substancji lub kompulsji, ale człowiek jest bardziej złożonym systemem. Do naszych rozważań możemy dodać syntetyczny parametr „rozwój osobisty” rozumiany jako praca nad swoim charakterem, refleksja, zmiana na lepsze. Praktyka terapii uzależnień uczy nas, że to parametr niezwykle istotny dla osoby uzależnionej. Dodając go do modelu, pierwszy stan równowagi możemy rozbić na dwa: całkowita abstynencja połączona z pracą nad sobą (stabilny) oraz całkowita abstynencja bez pracy nad sobą – dupościsk (niestabilny).

Tutaj też zauważmy: to powyższe jest uproszczeniem, przecież praca nad sobą to zmienna stopniowalna, ciągła. Można nad sobą pracować mniej lub bardziej i nasze dwa przypadki są punktami ekstremalnymi na spektrum. Także spożywanie substancji można rozumieć jako spektrum – tyle, że tutaj dla nałogowca stabilne są tylko zero używania i niekontrolowane używanie, podczas gdy przy rozwoju możemy zgadywać, że będzie więcej stabilnych rozwiązań.

W pewnym sensie cała nasza aktywność polega na szukaniu stanów równowagi (także równowagi dynamicznej) w przestrzeni rozwiązań i to konkretnie takich, w których błąd predykcji i zużycie energii są możliwie niskie. My jesteśmy zestawem algorytmów, które tę przestrzeń przeszukują. Jest względnie jasne, że te algorytmy dzielą się na wyspecjalizowane grupy, może nawet tworzą poziomy abstrakcji (stopień szczegółowości i syntezy) i budują wewnętrzną strukturę – warstwa fizyczna, warstwa społeczna, warstwa indywidualna, warstwa refleksyjna. Ciekawym pytaniem jest, które z tych algorytmów dzielimy z innymi istotami żywymi (albo z komputerami!) i które z nich są konieczne, by mówić o świadomości?

Lista interesujących konsekwencji i pytań wokół tego sposobu myślenia o człowieku jest dłuższa, oto kilka z nich:
Algorytm potrzebują punktów startowych. Jak one powstają? Czy to rola tego, co nazywamy intuicją? W tym temacie kilka słów w dzisiejszym newsletterze.
Jak wygląda reprezentacja przestrzeni stanów i naszej w niej trajektorii w czasie na poziomie świadomym? Czy to to, co nazywamy opowieścią o sobie?
Jak w to wpisują się inni ludzie? Gdzie jest miejsce w przestrzeni błędu predykcji i energii na rozmnażanie?
Czy w obrębie rodziny też zachodzi optymalizacja błędu predykcji i zużycia energii? A w obrębie stada czy społeczeństwa?

Na dziś pytania te pozostają otwarte, acz będę do nich jeszcze w przyszłości niewątpliwie wracał. Może któreś z nich szczególnie Was zainteresowało i chcielibyście podzielić się swoimi przemyśleniami? Zapraszam do komentowania!

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Religia a filozofia w procesie wychodzenia z uzależnienia i nie tylko. Część 2

Dziś kontynuujemy temat rozpoczęty dwa tygodnie temu, czyli zastanowienie nad tym, jakie dziedziny życia mogą być pokrywane zarówno przez religię jak i przez filozofię. Spojrzeliśmy na sprawę ogólnie, a teraz chcemy wyostrzyć to spojrzenie i skoncentrować się na kilku elementach ludzkiego funkcjonowania, które są w mojej opinii istotne dla procesu trzeźwienia, a które mogą być skutecznie realizowane zarówno w praktyce religijnej jak i filozoficznej.

Celem artykułu jest zwrócenie uwagi, iż osoby trzeźwiejące, które nie akceptują idei Boga czy bogów, mają do dyspozycji alternatywne narzędzia o charakterze świeckim i intelektualnym. Jest to obserwacja o tyle moim zdaniem istotna, iż wiele nurtów wspierających proces trzeźwienia jest osadzonych na motywach religijnych – tyczy się to wspólnot AA, NA i im podobnych, a także jawnie religijnych grup wsparcia.

W jednym z poprzednich artykułów na podstawie własnej historii nakreśliłem kilka sfer ludzkiego funkcjonowania, które w moim doświadczeniu były istotne dla procesu trzeźwienia, a konkretnie których pozytywne wypełnienie było ważne dla utrzymania abstynencji. Najszersza lista, jaką jestem w stanie określić, przedstawia się następująco:

  • emocje,
  • relacje,
  • finanse (byt materialny),
  • odpoczynek i rozrywka,
  • stabilność życia,
  • wartości,
  • etyka i moralność,
  • poczucie sensu.

W przypadku sfery relacji dodam jeszcze, że dostrzegam tu kilka warstw: mentoring (wsparcie doświadczonej osoby), poczucie przynależności i akceptacja grupy oraz bliskie relacje indywidualne (w tym romantyczne).

Na pierwszym miejscu nie bez powodu wymieniam emocje – uzależnienie jest bowiem chorobą emocji i to na tej sferze koncentruje się proces leczenia, to jest centralny punkt pracy w terapii uzależnień – zarówno grupowej, jak i indywidualnej. Niemalże wszystko, co robi osoba zdrowiejąca powinno mieć na uwadze ten aspekt, wspierać go i chronić. Choć ani filozofia, ani religia bezpośrednio nie zajmują się emocjami – to jednak obie tę sferę dotykają. Warto mieć to na uwadze, używając ich w swoich staraniach o zdrowie – i to zarówno pod kątem wspierania zdrowia emocjonalnego jak i unikania wielkich emocjonalnych wstrząsów, które mogłyby zagrozić trzeźwości.

Spośród powyższych wyróżniam trzy sfery, w których filozofia i religia są konkurującymi alternatywami. Są to: etyka i moralność, poczucie sensu oraz sfera wartości. Aspekty te nie są akcentowane w ramach terapii uzależnień, która stara się pozostawać neutralna światopoglądowo, podczas gdy o tych zagadnieniach nie sposób dyskutować bez przybierania konkretnej postawy wobec świata i bez dokonywania oceny rzeczywistości. Jednocześnie każda z tych sfer jest istotna dla pełni funkcjonowania dorosłej istoty ludzkiej.

Dodatkowe aspekty adresowane przez religię

Współczesne doktryny religijne są kompleksowymi systemami obejmującymi liczne aspekty ludzkiego funkcjonowania. Szkoły filozoficzne, nawet w czasach swego pełnego rozkwitu, nie miały aspiracji i środków do podobnego totalizmu. W efekcie jest wiele sfer funkcjonowania, w których religia proponuje (lub narzuca) swoje rozwiązania, a które pozostają nietknięte przez filozofię życia. W związku z tym religia może służyć osobie trzeźwiejącej jako środek zagospodarowywania tych sfer, natomiast amatorzy filozofii muszą poszukać innych narzędzi do ich organizowania. Szczęśliwie takich alternatyw współcześnie nie brakuje.

Są trzy sfery, w przypadku których wydaje mi się, że religia – w szczególności jej zorganizowane wersje – oferuje gotowe rozwiązania dla swoich wiernych. Rozwiązania, które osoba trzeźwiejąca może wziąć jako swoje, niejako prosto z „półki”. Te sfery to: społeczność i poczucie przynależności, mentoring i przewodnictwo oraz rytuał i płynące z niego poczucie bezpieczeństwa.

Najbardziej oczywista wydaje się kwestia rytuału, a przynajmniej jest jasne, że większość religii oferuje jakąś jego formę. Mniej klarowne może być, dlaczego klasyfikuję to jako istotną sferę. Wynika to z obserwacji: człowiek zdaje się potrzebować jakiejś formy rytuału, pewnych powtarzalnych zdarzeń, słów i działań. Nie wydaje się przy tym, by musiały one mieć jakiś praktyczny sens czy zastosowanie. Przypuszczam, że ich wartość tkwi w poczuciu bezpieczeństwa, jakie dają, bezpieczeństwa związanego ze stałością. W newsletterze piszę dziś o błędach prognozy i tym, jak bardzo nie lubi ich nasz mózg. Rytuał jest przeciwieństwem takiego błędu, jest kompletnie przewidywalny i z tego płynie spokój.

Dzisiejszy świat oferuje tysiące mniejszych i większych rytuałów. Od ceremonii parzenia herbaty po wspólne wyprawy na sesję relaksacyjną do spa. Możliwości jest multum. Możemy tworzyć swoje własne mniejsze i większe rytuały. Możemy znajdować w Internecie ludzi, którzy chętnie podzielą się z nami jakimiś swoimi zachowaniami rytualnymi. Tutaj człowiek obyty może dość łatwo zastąpić obrzędy religijne.

Religie mają tendencję do tworzenia wokół siebie społeczności. Choć w różnych denominacjach przybierają one różne formy, od „rodzinnej” w niewielkich sektach po wielotysięczne parafie w kościele katolickim, to pewna forma organizacji zbiorowego życia się w nich pojawia. Wierni korzystają z dostępnych możliwości w różnym stopniu, zależnie od indywidualnych potrzeb – o ile, oczywiście, dana religia nie wymusza czy wymaga pewnego stopnia zaangażowania. Osoba uzależniona może łatwo znaleźć i skorzystać z tej czy innej formy organizacji zbiorowych aktywności i wejść w społeczność – szczególnie że grupy te będą niejednokrotnie wykazywać rys abstynencji i wstrzemięźliwości.

Teoretycznie osoba areligijna nie powinna mieć szczególnych problemów w znalezieniu dla siebie społeczności, do której mogłaby wstąpić. W końcu współczesny świat połączony Internetem daje szerokie pole gromadzenia się wokół zajęć i zainteresowań. To jest zasadniczo prawda. Komplikacja pojawia się wtedy, gdy okazuje się, że element socjalizacji w tych grupach skupiony jest wokół używania jakiejś substancji – w kulturze Europy północnej zwykle jest to alkohol. Szeroki wybór okazuje się iluzją, uczestniczenie bowiem w tych grupach prowadziłoby do sytuacji zagrażających. Istnieją grupy AA oraz stowarzyszenia abstynenckie, które są realną opcją – trzeba jednak zauważyć, że często mają one pewien rys religijny. Wciąż – szukajcie, a znajdziecie, współczesny świat jest bogaty i otwarty. Można więc przy odpowiednim zaangażowaniu znaleźć coś dla siebie.

Mentoring może być dość zaskakującym elementem na tej liście, ale jest on istotniejszym elementem naszego życia niż zwykliśmy przypuszczać. Przez mentora rozumiem tu osobę, do której można się zwrócić z nurtującymi nas pytaniami i uzyskać od niej, jeśli nie od razu odpowiedzi, to dyskusję i wsparcie. Z założenia powinna to być osoba zaufana, na której dyskrecji możemy polegać. W religiach taką rolę zwykł pełnić kapłan, choć może to być również osoba świecka, szczególnie aktywna w społeczności religijnej i obeznana z jej arkanami. Mentoring religijny obracać się będzie wokół zasad wiary i ich stosowania w codzienności, ale łatwo może się rozszerzyć na pytania o sens, wartości i moralność w ogólnym sensie.

Dla osoby areligijnej nie będzie łatwo wypełnić tę lukę. W niewielkim stopniu mentorem może być terapeuta, ale to zależy od relacji terapeutycznej. Oczywiście jest na rynku wielu coachów, ale to znowu dość transakcyjna relacja, bardziej o charakterze doraźnym, często odnosząca się do bardzo konkretnego zagadnienia, a nie do szerszych pytań. Tu i ówdzie pojawiają się „konsultanci filozoficzni”, czyli osoby, z którymi można podyskutować na ogólne tematy filozoficzne – wszystko to jednak jest mało dostępne, a do tego za opłatą. Alternatywą jest zbudowanie relacji mentorskiej z przyjacielem lub inną bliską osobą – jest to jednak niemałe wyzwanie, które może mieć nieprzewidywalny wpływ na istniejącą wcześniej relację.

Jak nałóg pustoszy trzy sfery wspólne

Wróćmy teraz do trzech punktów styku między religią a filozofią i przyjrzyjmy się, jak uzależnienie pustoszy, wydrąża te sfery. Da to nam lepsze pojęcie o tym, nad czym przyjdzie nam pracować w procesie trzeźwienia.

Dla osoby uzależnionej istnieje tylko jedno dobro: obiekt uzależnienia. Działania moralne są oceniane najpierw pod kątem tego, czy dają więcej obiektu uzależnienia. Tylko jeśli są wobec niego obojętne, inne kryteria mogą wejść do gry. Ta jednowymiarowość etyki nie musi być wcale wyraźnie dostrzegalna. Wiele sytuacji w życiu nie tworzy konfliktu między obiektem uzależnienia a innymi „dobrami” funkcjonującymi w kulturze. Dopiero w sytuacjach ciągów używania i sytuacjach realnego zagrożenia dla źródła obiektu uzależnienia szczególna moralność nałogowca wychodzi na jaw.

Wartościowe dla uzależnionego jest to, co sprawi, że będzie miał więcej obiektu uzależnienia, i że będzie mógł go swobodniej używać. Odrazę budzi natomiast to, co w używaniu przeszkadza. To prosty system. Praca przynosi pieniądze, które płacą za obiekt uzależnienia? Świetnie! Praca jest więc wartościowa. Rodzina domaga się uwagi, czasu i pieniędzy, przez co nie można spokojnie używać? Fatalnie! Albo się dostosują, albo trzeba ich zostawić w diabły. Praca zaczęła zabierać zbyt wiele czasu i przeszkadza w używaniu? Trudno, ce la vie, najwyższa pora, by ją porzucić. System prosty i bezwzględny zarazem.

Pytanie o sens życia jest jednym z najgłębszych i najbardziej skomplikowanych, przed jakim staje człowiek, ale nie gdy ten człowiek jest nałogowcem. Wtedy sens życia jest klarowny i jest nim używanie obiektu uzależnienia. Póki jest to możliwe, póki przynajmniej można liczyć, że go użyjemy, póty życie ma sens. Jeśli tracimy możliwość jego używania, pojawia się natomiast rozpacz i poczucie beznadziei. Następuje kryzys sensu, który w skrajnych wypadkach może wręcz prowadzić do śmierci.

Proces trzeźwienia – jak zastępować elementy religijne filozofią

W tej części korzystał będę z własnego doświadczenia.  Każda osoba zainteresowana ich stosowaniem musi ocenić w kontekście własnej sytuacji, czy to podejście będzie dla niej korzystne. W tym miejscu podkreślę też raz jeszcze, iż ani filozofia, ani religia (ani grupa samopomocowa, ani rodzina itd.) nie zastępują terapii leczenia uzależnień! Jestem przekonany, iż mogą być dla niej wsparciem, ale nie są dla niej substytutem.

W sferze etyki i moralności religia zazwyczaj oferuje gotowe rozwiązania. To znaczy, że daje do dyspozycji konkretne wskazówki spisane w swojej świętej księdze, które można brać i stosować na co dzień. W gigantycznym skrócie: dobre jest to, co jest zgodne z wolą Boga, a wola Boga jest wyrażona w tym czy owym piśmie. Diabeł oczywiście tkwi w szczegółach i trudności pojawiają się tam, gdzie potrzebna jest interpretacja, szczególnie że święte księgi zwykły liczyć sobie już kilka tysięcy lat i niekoniecznie chwytają specyfikę współczesnego świata. Te bardziej zorganizowane spośród religii mają i na to odpowiedź w postaci całej struktury interpretującej i tłumaczącej pisma: od papieża i doktorów teologii po proboszcza w małej wiejskiej parafii.

Ścieżka filozofii życia do etyki i moralności jest bardziej wymagająca niż religijna alternatywa. W dzisiejszych czasach nie istnieją już formalne szkoły filozoficzne, gdzie nauczyciele i mistrzowie mogliby prowadzić akolitów przez niuanse rozumienia dobra i zła w danym systemie myśli. Większość filozofów zajmuje się zbieraniem informacji historycznych lub oderwanymi analizami niuansów języka i choć znajdą się nadal wyjątki i nauczyciele w starym stylu (Mazur, Stankiewicz), to jednak akolita filozofii życia zdany jest w dużej mierze na własny umysł. Z pomocą przyjdą mu księgi spisane przez dawnych filozofów i opracowania historyczne i kompendia tworzone przez współczesnych badaczy. Internet ułatwia korzystanie z tego bogatego zasobu wiedzy. Nie ma dwóch zdań, że to praca wymagająca poważnego wysiłku, ale może z niej wyniknąć piękna moralność i ogromna satysfakcja, jaką daje jedynie wewnętrzna praca intelektualna.

W sferze wartości, czyli tego, co warto robić w życiu, religia nie jest tak konsekwentna, jak w kwestii etyki i moralności. Oczywiście oferuje pewien zestaw wartości, mówimy przecież na przykład o wartościach chrześcijańskich, ale wciąż ten katalog wydaje się być na tyle szeroki, że na barkach poszczególnych wiernych spoczywa wybranie z niego tego, co faktycznie jest kluczowe w ich życiu. Religijny mentor może w tym pomóc, ale przecież nie każdy takowego posiada. Dodatkowo zestaw wartości, które religia przynosi, zdaje się być częściowo przeterminowany, to znaczy, że nadal jest w nim wiele z tego, co było cenne dla nomadów na pustyni Arabii, a dziś niekoniecznie zachowuje urok. Zależnie od danego wyznania jego wartości mogą być mniej lub bardziej uwspółcześnione, a im są bardziej tradycyjne, tym więcej generują napięć wewnątrz danej religii i na styku z innymi.

W pracy nad wartościami filozofia ma, moim zdaniem, znacząco lepsze narzędzia niż religia. W wielu praktykach filozoficznych aksjologia (czyli nauka o wartościach) jest centralnym elementem pracy filozoficznej. Na tym blogu możecie znaleźć wiele artykułów poświęconych pracy z hierarchią wartości:

Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie

O hierarchii wartości w grach

O wartościach

Inni twórcy i filozofowie także wiele uwagi poświęcili metodom docierania do możliwie funkcjonalnego zbioru kluczowych wartości. Dodatkowym atutem filozofii w tej kwestii jest fakt, iż nie jest ona obciążona, w tym samym stopniu co religia, historycznymi zaszłościami. Oczywiście w szkołach wywodzących się ze starożytności będą obecne pewne zaszłości doktrynalne, ale nie ma żadnego centralnego organu, który mógłby chociażby próbować wymusić stosowanie się do nich. Łatwo jest więc je weryfikować i odrzucać te, które weryfikacji z perspektywy czasu nie przetrwały. Na tym polu nawet człowiek religijny może skorzystać z metod opracowanych przez filozofów życia.

Poczucie sensu płynące z wierzeń religijnych wiąże się, w mojej opinii, z perspektywą życia po śmierci. Docześnie żyjemy po to, by zapracować sobie na wieczną bliskość bóstwa. To rodzaj eksportowania problemu: nie do końca wiemy, jak nadać sens doczesności, stwierdzamy więc, że jej sensem jest dostąpienie wieczności, a sensem wieczności jest Bóg. Jeżeli ktoś akceptuje istnienie Boga i jego autorytet jako źródła sensu, to ta logika działa. Chciałbym tu odnotować, że temat sensu jest trudny i zdaję sobie sprawę, że go upraszczam. Przykładowo powyższa myśl odnosi się głównie do religii abrahamowych, ale nie znam wystarczająco dobrze innych grup religijnych, by odnosić się do ich podejścia do sensu. Nawet moje zrozumienie sensu w chrześcijaństwie czy islamie jest dość pobieżne i może być mocno tendencyjne – ze względu na moją niechęć do tych religii.

W filozofii pytanie o sens nie jest wcale o wiele łatwiejsze niż w religii, a może powinniśmy wręcz powiedzieć: jest o wiele trudniejsze. W moim doświadczeniu sens jest procesem, czymś, co się staje i formuje wraz z ewolucją naszej myśli i refleksyjną pracą filozoficzną. Powtarzam sobie, jak mantrę, w czasie przeglądów siebie, że refleksja jest sensem życia i refleksja tworzy sens życia – ale sam nie wiem, czy w pełni rozumiem to stwierdzenie. Wiem na pewno, że filozofia życia oferuje unikalne narzędzia do stawiania pytań o sens i nie ma lepszego sposobu, by próbować go uchwycić niż w praktycznym refleksyjnym życiu i działaniu. Viktor Frankl powiedział coś w stylu, parafrazując: to nie my stawiamy pytanie o sens. To świat nas o niego pyta, a nasze życie jest odpowiedzią. Może tak faktycznie jest, może nie, ale ta myśl wydaje mi się całkiem niezłym punktem wyjścia do pytania o sens życia.

Podsumowanie

Wychodzenie z uzależnienia to trudny i złożony proces. Jego centralnym i najważniejszym punktem jest terapia uzależnień, która pracuje przede wszystkim na wypaczonej chorobą sferze naszych emocji. Grupy samopomocowe dają nam możliwość spędzania czasu i poczucie przynależności i wspólnoty. Jednak człowiek uzależniony prędzej czy później stanie przed podobnymi egzystencjalnymi dylematami co ludzie zdrowi. Będzie pytał, po co i dlaczego żyje? Co jest dla niego naprawdę wartościowe? Czym jest dobro, a czym jest zło?

Terapia zazwyczaj nie będzie przynosić bezpośrednio odpowiedzi na te pytania, jednak ma pewną intuicję, że bez zaadresowania tych pytań utrzymanie trzeźwości i kontynuowanie procesu zdrowienia może być niezwykle trudne.

Osoby wierzące mogą się z tymi pytaniami zwrócić do swych świętych ksiąg, kapłanów i podnosić je w modlitwach. Osoby niereligijne potrzebują alternatywy. Dla mnie taką alternatywą okazała się filozofia stoicka. Intuicja podpowiada mi, że podążanie za jedną z filozofii życia może stanowić dla wielu osób pomoc w dobrym uporządkowaniu tych trudnych, acz istotnych aspektów człowieczeństwa.

Nałóg wypełniał je wiórami, zdawały się pełne, ale, gdy przyszło co do czego, wyjrzała zza nich pustka. Teraz w trzeźwieniu przychodzi czas, by tę pustkę pięknie wypełnić.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Religia a filozofia w procesie wychodzenia z uzależnienia i nie tylko. Część 1

Elementy praktyki religijnej bywają częścią procesu zmian, jaki zachodzi podczas wychodzenia z nałogu. Trzeźwiejące osoby uzależnione niejednokrotnie zwracają się w kierunku religii i koncepcji Boga w nadziei uzyskania wsparcia w trudnym okresie początkowej abstynencji oraz na dalszej drodze trzeźwości. Temat ten jest znany i choć współcześnie terapia kładzie nacisk na pojęcie „duchowości” zamiast na pojęcie „wiary”, nie zmienia to faktu, iż zorganizowane religie mają swój udział w zdrowieniu wielu osób.

Odwołania do Boga płyną zresztą nie tylko ze strony organizacji religijnych. Największa na świecie grupa samopomocowa, wspólnota Anonimowych Alkoholików, ma wpisane w swoje założenia pojęcie Boga. W jej programie 12 kroków czytamy między innymi:

  • Krok 3: „Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy”.
  • Krok 5: „Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów”.
  • Krok 6: „Staliśmy się całkowicie gotowi, żeby Bóg usunął wszystkie te wady charakteru”.

Podobny duch pobrzmiewa i w pozostałych krokach. Pomimo zastrzeżenia z kroku trzeciego: „tak jak Go rozumieliśmy”, trudno nie dostrzec w tej strukturze silnych inspiracji religijnych.

Obecność koncepcji powiązanych z wiarą w dziedzinie leczenia uzależnień jest faktem. Pomimo że terapia jako taka stroni od odwołań do Boga i religii, to motywy te przewijają się w grupach wsparcia i w doświadczeniach wielu trzeźwiejących alkoholików. W dzisiejszym artykule chciałbym zaproponować pewną interpretację roli, jaką religia może pełnić w tym procesie oraz zasygnalizować, w jaki sposób rolę tę może przejąć świecka filozofia.

W toku tego wywodu zaproponuję interpretację religii jako nurtu filozoficznego opartego na konkretnych aksjomatach. Zestawię ją z nurtami filozofii życia, wskazując na podobieństwa, jak i różnice w zbiorze podstawowych założeń. Następnie rozważę zasadniczą różnicę między nimi, płynącą z rozbudowanej struktury organizacyjnej, jaką zwykle posiada religia – pochylę się nad zaletami i zagrożeniami płynącymi z jej istnienia. Na koniec zasygnalizuję, jak osoby odrzucające aksjomaty religijne mogą wykorzystać filozofię do wsparcia swojego procesu zdrowienia oraz w których aspektach muszą sięgnąć do pozafilozoficznych środków.

Nim przejdziemy do treści wywodu, pragnę jasno powiedzieć, iż nie sugeruję, iż religia lub filozofia mogą zastąpić terapię uzależnień. Cały poniższy wywód tyczy się osób, które są w terapii i realizują jej założenia, a elementy filozoficzne, religijne czy samopomocowe są elementem wspierającym ten proces. Jeżeli nie chcesz iść na terapię i liczysz, że religia bądź filozofia ją zastąpią, to się mylisz i popełniasz błąd – w świetle współczesnej wiedzy medycznej terapia uzależnień jest najlepszą szansą na walkę z nałogiem.

Podobieństwo między filozofią (szkołą filozoficzną) a religią

Celem tego rozdziału nie jest dowodzenie twierdzenia, że religia i filozofia to to samo. Celem jest wskazanie, że są pewne istotne podobieństwa w konstrukcji i celach wiary religijnej oraz filozofii jako sztuki życia. Na tychże podobieństwach będę się koncentrował, pomijając różnice, jakie niewątpliwie występują między tymi dwiema kategoriami. Kilka z tych różnic poruszę w drugiej części artykułu. Szczególną uwagę będę poświęcał tym podobieństwom (i tym różnicom), które w mojej opinii są istotne dla procesu trzeźwienia i w tym kontekście ostatecznie chcę o nich mówić.

Nie ma ambicji definiowania religii i filozofii ani roztrząsania subtelnych różnic między nimi. Do dzisiejszych rozważań wystarczy powszechna intuicja pojęcia religii. Dodam do niej tylko propozycję prostych aksjomatów leżących u jej podstaw i określę kilka sfer życia, które organizuje, a które są istotne dla pracy nad uzależnieniem.

Filozofii jako sztuce życia poświęcę więcej miejsca, ponieważ jej intuicyjne rozumienie byłoby dla naszych rozważań mylące. Naświetlę więc moje rozumienie tego pojęcia, tak aby nie pomylono go przypadkiem z filozofią akademicką czy historią filozofii, które nie mają specjalnego zastosowania do poniższych rozważań.

Prosty model filozofii (szkoły filozoficznej) i religii

Założeniem modelu jest, iż zarówno filozofie życia, jak i religie opierają swoje twierdzenia na pewnym zbiorze aksjomatów, czyli zdań logicznych, które są uznawane za prawdziwe bez dowodu. Zdaniom tym mogą towarzyszyć pojęcia pierwotne, czyli słowa, które przyjmujemy bez definicji i uznajemy je za w pełni zrozumiałe, mimo to. Na całą resztę systemu myślowego możemy patrzeć jako na zdania wywnioskowane z systemu aksjomatów i pojęć pierwotnych przy pomocy reguł wnioskowania.

Takie spojrzenie jest uproszczeniem i „matematyzacją” zarówno filozofii życia, jak i religii. Nie odnosimy się tu do źródeł aksjomatów i możliwości (lub jej braku) ich weryfikacji. Nie odnosimy się też do źródeł reguł dowodzenia i innych fundamentalnych pytań filozoficznych. Są to ważne i trudne pytania, ale na potrzeby dzisiejszego wywodu pominiemy je, świadomi, że dokonujemy uproszczenia.

Religia

W tym prostym modelu religię możemy rozumieć jako model myśli oparty na przyjęciu dwóch aksjomatów:

  • Istnieje Bóg (lub bogowie).
  • Bóg i jego właściwości są opisane przez konkretną świętą księgę.

Można sobie wyobrazić nurt myśli, który przyjmuje tylko pierwszy aksjomat – wiara w Boga bez odnoszenia się do żadnego religijnego tekstu. Może też być konieczne dodanie kolejnych aksjomatów, na przykład, katolik doda jeszcze aksjomat: Kościół Rzymski zna jedyną właściwą interpretację świętej księgi.

Jeśli ten system wydaje się wam podejrzanie prosty, to uspokoję was, iż taki wcale nie jest. Jeśli spojrzymy uczciwie na drugi z aksjomatów, to szybko dojdziemy do wniosku, że to tak naprawdę tysiące zdań, których prawdziwość przyjmujemy bez dowodu – wszystko, co napisano w świętej księdze, samo staje się aksjomatem! Badanie tego zbioru, tego, czy jest, czy nie jest wewnętrznie sprzeczny, to jedno z zadań teologii, na temat którego napisano wiele opasłych tomów.

Filozofia życia

Poświęćmy teraz nieco uwagi filozofii życia. Jest to istotne o tyle, że współczesne rozumienie słowa „filozofia” jest dalekie od tej koncepcji, co prowadzi do nieporozumień, jeśli używane jest bez dodatkowego komentarza – miałem okazję się o tym przekonać w kilku interesujących dyskusjach.

W skrócie, ale treściwie: filozofia życia to praktykowanie podejmowania dobrych decyzji i dokonywania słusznych wyborów.

Jej trzy najważniejsze aspekty to:

Budowanie poczucia sensu: wiem, dlaczego robię raczej coś niż nic.

Tworzenie i realizowanie hierarchii wartości: mam na podorędziu hierarchię wartości, która pozwala mi sprawnie dokonywać codziennych wyborów.

Formowanie i ewolucja postawy etycznej: wiem, co dla mnie oznacza dobro i zło oraz jak tę wiedzę zastosować do rozwiązywania dylematów moralnych i kształtowania swojego charakteru.

Filozofia życia to nasze podejście do codziennych decyzji i tego, jak kształtujemy swój charakter.

Czym filozofia życia nie jest?

Filozofia życia to nie filozofia „teoretyczna”, która poświęca się zgłębianiu fundamentalnych zagadnień (czym jest dowód? co to znaczy wiedzieć?), szczegółowemu definiowaniu pojęć i zagadnień oraz budowaniu spójnego systemu myślowego. Filozof-praktyk może i powinien korzystać z dokonań teoretyków, ale pamiętając przy tym, że kluczowa jest praktyka. Jeśli ma zdolności i czas, by łączyć te dwie rzeczy – świetnie. W praktyce jednak niewielu może sobie na to pozwolić.

Filozofia życia to nie historia filozofii. Praktykujący filozof może korzystać z odkryć tej nauki, ale sam jej zazwyczaj nie uprawia.

Filozofia życia nie jest jedną z wyspecjalizowanych „filozofii dziedzin szczegółowych”. Nie stoi w jednym szeregu z filozofią prawa, filozofią nauki czy filozofią sztuki. To cenne dziedziny mające wiele zalet i zastosowań, które jednak nie są pomocne w odpowiadaniu na pytanie, jak żyć, a mogą w tym wręcz przeszkadzać.

Aksjomaty filozofii życia na przykładzie stoicyzmu

W krótkim rozważaniu o religii zaproponowałem dwa aksjomaty, które wydają się być fundamentalne dla jej konstrukcji. Spróbujmy określić podobne zasady, które byłyby fundamentalne dla filozofii stoickiej, choć bez ambicji określenia pełnej listy koniecznych prawd.

Pierwszym kandydatem na stoicki aksjomat jest zasada zależne/niezależne. Może być na przykład w wydaniu Epikteta:

Naszym najważniejszym życiowym zadanie jest nauczyć się rozróżniać rzeczy należące do dwóch kategorii: wydarzenie zewnętrzne (tych nie możemy kontrolować) i dokonywane w związku z tymi wydarzeniami wewnętrzne wybory nad którymi mamy kontrolę. Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje.

Ten jeden aksjomat jednak nie wystarczy do zbudowania całej myśli stoickiej. Warto byłoby do niego dorzucić coś o refleksyjności (czyli klasycznie mówiąc, kształtowaniu charakteru):

Człowiek powinien żyć w zgodzie ze swoją naturą, a esencją jego natury jest zdolność do refleksji.

To już całkiem sporo, ale wciąż najpewniej nie wystarczy, by budować całą filozofię. Nie wnikając już w szczegóły, najpewniej powinniśmy też przyjąć aksjomatycznie następujące idee: monizm ontologiczny (świat jest jednością), świat jest poznawalny, świat jest materialny (materializm), determinizm, kosmopolityzm i kilka jeszcze innych idei.

Jest moją obserwacją, iż poleganie na podziale na rzeczy zależne i niezależne i na kluczowej roli refleksji to już bardzo dużo z praktycznego punktu widzenia. Na samych tych dwóch myślach można budować skuteczną filozofię moralnego działania. Ta obserwacja otwiera pole do dociekań nad minimalnym koniecznym zbiorem aksjomatów, które pozwalają wydedukować stoicyzm. Nie podejmuję się tego pytania rozstrzygać, choć przypuszczam, że zbiór ten ma więcej niż dwa elementy.

Odnotujmy, że zasady te zawierają w sobie pewne pojęcia pierwotne. Kluczowe z nich to refleksyjność, dobro, zło, wybór, natura. Jest kwestią otwartą, czy można je skutecznie zdefiniować.

Aspekty życia adresowane przez te systemy

Systemy religijne i filozoficzne przekładają się na konkretne aspekty ludzkiego funkcjonowania. Jest w miarę oczywiste, że religia zatacza szersze kręgi i wnika w więcej sfer życia niż filozofia. Aby wymienić tylko te, które są związane z procesem trzeźwienia:

  • relacje,
  • odpoczynek i rozrywka,
  • stabilność życia,
  • wartości,
  • etyka i moralność,
  • poczucie sensu.

Przy czym relacje można dalej podzielić na:

  • poczucie przynależności,
  • mentoring,
  • relacje intymne (fizyczne i emocjonalne).

Religia niewątpliwie wchodzi w dwie pierwsze grupy i do pewnego stopnia zarządza trzecią.

Filozofia może stanowić realną alternatywę dla religii w następujących trzech sferach:

  • wartości,
  • etyka i moralność,
  • poczucie sensu.

Podsumowanie

Religia tradycyjnie stanowi źródło norm moralnych, aksjologicznych, społecznych, rytualnych itd. wykorzystywanych w społeczeństwie. Większość z nas wychowanych w Polsce, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, przejęło i praktykuje wiele norm i zasad wynikających z teologicznych rozważań katolicyzmu. Stały się one częścią kodu kulturowego i są nam przekazywane z wielu źródeł w czasie naszego rozwoju dziecięcego i dalej w dorosłości.

W czasach przedchrześcijańskich część z funkcji, które przejęło później chrześcijaństwo, spełniały szkoły filozoficzne. Szczególnie w sferze moralności, aksjologii i praktyki życia, były głównym źródłem inspiracji dla wyższych i średnich sfer imperium. Pogańskie kulty i obrzędy wypełniały przestrzeń rytuału i nadziei na życie po śmierci, ale nie miały szczególnych aspiracji etycznych czy światopoglądowych. Chrześcijaństwo połączyło te dziedziny, dodało do tego skuteczną hierarchiczną organizację i element budowania wspólnoty. Stało się kompleksowym rozwiązaniem, dobrym dla szewca i Cezara.

Wielkie szkoły filozoficzne starożytnego Rzymu były stopniowo marginalizowane i wchłaniane przez myśl chrześcijańską między IV a VI wiekiem naszej ery. Jest jasnym, że myśl religijna przejęła wiele twierdzeń i rozwiązań wypracowanych przez greckich i rzymskich filozofów, ale dogłębnie przekształcało je przez kolejne dwa tysiące lat trwania swojej dominacji. Dzisiaj na progu XXI wieku agnostycy stają przed wyzwaniem, jak rozsupłać węzeł chrześcijańskiej kultury i wydobyć z niego na powrót nici filozofii.

A jest to potrzebne chociażby ze względu na uczynienie procesu wychodzenia z uzależnienia w pełni przyjaznym dla agnostyka. Musimy złapać nić etyki, aksjologii i źródła sensu, tak byśmy mogli ją snuć przy pomocy narzędzi filozoficznych niezależnych od religii. Ale ważne jest też zrozumieć, w jakich aspektach zdrowienia z nałogu, filozofia nie zastąpi religii, tak byśmy mogli znaleźć inne alternatywy.

Zakończenie

W tym miejscu chciałbym postawić kropkę w pierwszej części artykułu. Za tydzień przejdziemy już do konkretów związanych z trzeźwieniem. W jakich sferach możemy śmiało zastąpić narrację religijną rozmyślaniami filozoficznymi? W jakich musimy polegać na innych środkach?

Rola filozofii w procesie wychodzenia z uzależnienia

Rola filozofii życia w procesie wychodzenia z uzależnienia

Dzisiejszy tekst będzie oparty na moich osobistych doświadczeniach. Jak zapewne większość czytelników bloga wie, jestem osobą uzależnioną od alkoholu i pozostaję trzeźwy od prawie czterech lat. Uważam, że w mojej drodze trzeźwienia niebagatelną rolę odegrała filozofia – konkretnie stoicyzm. Chciałbym dzisiaj przedstawić wam poszczególne etapy mojego zainteresowania tą antyczną szkołą myśli i to, jak oddziaływały one z procesem radzenia sobie z chorobą alkoholową.

Będę starał się wskazać, w jakich aspektach stoicyzm był dla mnie pomocny i w jaki sposób przyczynia się nadal do mojego trwania w trzeźwości. Na dziś nie chcę wyciągać ogólnych wniosków ze studium mojego przypadku, choć uważam, że jest w nim potencjał do dalszych badań. W następnych krokach i kolejnych artykułach będę chciał spróbować umieścić zaobserwowane przeze mnie efekty w ramach wiedzy naukowej o terapii uzależnień, tak jak ją rozumiem.

Na dziś jednak skoncentrujmy się na wydarzeniach z mojego życia, pamiętając, by nie poddać się pokusie nadmiernego uogólniania tego jednostkowego, koniec końców, przypadku.

Rozdział 1: Czas chwilę po rozstaniu się z alkoholem. Pierwsze tygodnie. Co robić ze swoim czasem?

Kiedy wracam myślami do pierwszych dni po zaprzestaniu picia, dwie emocje wysuwają się na pierwszy plan. Jedną z nich jest żal – smutek po stracie. Wspominam te dni jako przesiąknięte przekonaniem, że coś cennego się kończy, że to, co przede mną będzie gorsze lub niepełne. Wiązało się to z brakiem pomysłu na to, jak zagospodarować swój czas. To mistyczne pytanie prześladujące wszystkich świeżych alkoholików: co się robi w piątek wieczór, jak się nie pije?

Druga emocja, która odcisnęła się piętnem na moich wspomnieniach z tamtych dni, to był strach. Mój stary towarzysz, którego alkohol miał niby odpędzać, a którego w rzeczywistości wywoływał, pogłębiał i zapraszał. Czego się bałem? Wszystkiego, ale było kilka aspektów, które jawiły się jako szczególnie straszne. Samotność – w głowie miałem wizję, że utracę wszystkich przyjaciół i znajomych, tak jakby jedyne co nas łączyło to alkohol. Wstyd – paniczny lęk przed oceną przez innych jako ktoś słaby i żałosny, tak jakby opinia ludzi determinowała kim jestem. Nuda – i ponownie to samo pytanie: co się robi w piątek wieczór, jak się nie pije?

Na początku odpowiedź brzmiała: w piątek wieczór ogląda się seriale, gra w gry i je dużo tłustych lub słodkich przekąsek. Na tamtą chwilę musiało to wystarczyć, ale już wtedy przeczuwałem, że to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę.

Rozdział 2: Pierwsza książka o stoicyzmie, przypadkowo złapana w księgarni, gdy czekałem na wizytę u lekarza. Fascynacja.

Krótko po rozpoczęciu trzeźwego życia zdecydowałem się na wykonanie przeglądowych badań medycznych. Chciałem sprawdzić, jak się ma moje ciało po tych latach zmagań z alkoholem, określić, w pewnym sensie, gdzie zaczynam i uzyskać wskazówki co do kierunku przyszłego dbania o zdrowie. Badania odbywały się w przychodni jednej z większych medycznych sieci, która zlokalizowana była w obecnie wyburzanych Arkadach Wrocławskich.

Pomiędzy poszczególnymi badaniami były przerwy różnej długości. Korzystałem z nich, aby wyjść do galerii handlowej, wypić kawę i rozejrzeć się po sklepach. Tak zbłądziłem między innymi do jednej z księgarni. Czas był to dla mnie trudny, szukałem nowych rozwiązań i podejść do życia, a to przyciągnęło mnie do sekcji z wszelkimi poradnikami. Rozglądałem się po półeczkach, aż mój wzrok przykuła książka „Jak zostać stoikiem. Odporność emocjonalna i pozytywne nastawienie” autorstwa Matthew van Natta.

Już wtedy wiedziałem, że uzależnienie jest chorobą emocji – o czym dowiadywałem się przede wszystkim ze świetnych rozmów w podcaście „Sekielski o nałogach”, w którym i sam później wystąpiłem – przez co „odporność emocjonalna” w tytule wielce mnie zainteresowała. Nie wiedziałem jeszcze, co to jest stoicyzm. Miałem o nim dość mgliste popkulturowe pojęcie związane głównie z frazą „stoicki spokój”, ale zarówno odporności, jak i pozytywnego nastawienia mi brakowało. Skusiłem się więc na zakup książki.

Książka ta nie jest zbyt długa ani gęsta tekstowo, ale jest pełna interesujących treści. Bardzo wyraźnie jest w niej widoczne stoickie nastawienie raczej na praktykę, niż na teorię – to pokłosie późnego stoicyzmu rzymskiego – w którym każdy aspekt jest omawiany jako abstrakt, ale równocześnie rozwijany w konkretnych ćwiczeniach i działaniach, które można podjąć w życiu.

Najważniejszą lekcją teoretyczną, jaką wyciągnąłem z tej lektury – lekcją, którą staram się sobie przyswoić do dnia dzisiejszego i zapewne będę ją repetował do końca moich dni – jest podział na rzeczy zależne i niezależne. Z perspektywy osoby wychodzącej z uzależnienia, dla której szukanie przyczyn swoich nieszczęść w świecie zewnętrznym – a nigdy w sobie – jest równie naturalne, jak oddychanie, ten podział to absolutna rewolucja. Zaakceptowanie jego prawdziwości oznacza przyznanie, że to ja odpowiadam za obecny stan mojego życia, mojego umysłu, moich relacji itp. Okoliczności zewnętrzne były, jakie były, ale to nie one zdecydowały o moich latach nieszczęścia, to moje wybory owo nieszczęście stworzyły.

W odkryciu tej prawdy mieści się jednocześnie ogromny ciężar oraz wielka lekkość i wolność. Ciężar objawia się pod postacią poczucia winy, które osobie uzależnionej jest nieobce, a zdanie sobie sprawy z kluczowej roli, jaką odegrała we własnym nieszczęściu, może je pogłębić. Nie jest łatwym przeżyciem dostrzec, że przez ostatnie dwadzieścia lat byłem nieszczęśliwy i autodestrukcyjny, a następnie dowiedzieć się, że to nie splot losu, tylko moje własne decyzje były odpowiedzialne za ten stan rzeczy.

Z drugiej strony idea zależne/niezależne to najlepsza droga do wolności i lekkości ducha, jaką znam, bo choć składa na nasze barki odpowiedzialność za nasze decyzje, działania, wybory i wszystko, co od nas zależne, to jednocześnie oddaje w nasze ręce pełną sprawczość w ich domenie! Jeżeli jestem człowiekiem, który uważa, że los ma wpływ na jego szczęśliwość, to oddaje fragment sprawczości nad swym życiem – tym, co w nim naprawdę ważne – w ręce sił obcych, nieznanych, nieprzewidywalnych i niekontrolowanych. Jeśli jestem człowiekiem, który rozumie, co jest od niego zależne, a co nie, i że szczęście tkwi tylko w rzeczach zależnych, to cała sprawczość nad moim życiem jest w moich rękach.

Ziarno tej nauki zostało we mnie zasiane na początku mojej drogi przez książkę van Natta, za co będę zawsze wdzięczny.

Rozdział 3: Stoic Way – kurs stoicyzmu rozpisany na sześć miesięcy autorstwa Tomasza Mazura. Długi ciąg praktyki. Pierwsze zarysy hierarchii wartości. Pierwsze zarysy etyki.

Trzy kolejne rozdziały tej historii są ze sobą przemieszane, to znaczy działy się w pewnej mierze równocześnie. Okres ten nazwałbym burzliwym czasem poszukiwań własnej drogi w stoicyzmie, co splatało się z poszukiwaniem własnej drogi w trzeźwości.

Po lekturze książki van Natta miałem apetyt na więcej treści stoickich. Szczególnie interesowało mnie zdobycie praktycznych umiejętności, opanowanie nowych technik i ćwiczeń. Teoria była istotna tylko o tyle, o ile pomagała mi lepiej wykonywać i rozumieć ćwiczenia. Z perspektywy trzeźwienia stoicyzm był dla mnie jednym ze sposobów na wypełnienie czasu, który wcześniej poświęcony był na picie, a który teraz pozostawał niepokojąco pusty.

Przeczesywałem internet w poszukiwaniu interesujących materiałów. Zależało mi, by znaleźć coś w języku polskim – temat był wciąż dla mnie nowy, więc bariera językowa mogłaby znacząco utrudnić korzystanie z treści anglojęzycznych. Doprowadziło mnie to do kursu „Stoic Way”. Pomimo angielskiego tytułu był on stworzony w języku polskim przez polskiego filozofa, stoika Tomasza Mazura.

Rozpisano go na sześć miesięcy, z których każdy miał swój motyw przewodni. Kurs był mieszanką wykładów nakreślających teorię i podstawowe elementy praktyki, oraz ćwiczeń i zadań do wykonania we własnym zakresie. Materiał był szeroki i bogaty, a sam kurs zupełnie darmowy. Zdecydowałem się, by z niego skorzystać.

To, co mnie początkowo przyciągnęło do kursu to jego ustrukturyzowana natura. Zaangażowanie się w niego oznaczało, że przez najbliższe sześć miesięcy miałem bardzo konkretny plan działania. Wybieram sobie jeden dzień w tygodniu – kurs podzielony był dodatkowo na tygodniowe sekcje, o ile dobrze pamiętam – w którym zasiadam do pracy i realizuję zadanie, które mnie rozwija. Dostrzegacie chyba korzyść, jaka płynie z tego dla człowieka, który musi znaleźć sposób, by zagospodarować sobie nagle zwolnione piątkowe wieczory.

W miarę jak kurs się rozwijał, podbierałem z niego coraz więcej przydatnych w codziennym trzeźwieniu rzeczy. Najważniejsze spośród nich, które są ze mną do dziś, to pewne stoickie rutyny. Pierwsza to przegląd siebie, czyli sesja medytacji poświęcona zaplanowaniu dnia (przegląd poranny) lub podsumowaniu dnia (przegląd wieczorny). Pomijając nawet korzyści płynące z refleksyjnego zatrzymania się nad życiem, dla trzeźwiejącego alkoholika najważniejsze w tym ćwiczeniu było trenowanie systematyczności i wytrwałości. Osoby uzależnione są notorycznie skłonne do porzucania zajęć wymagających oddania i wysiłku – uciekają od nich w natychmiastową gratyfikację. Codzienne powtarzanie przeglądu siebie buduje kompetencję odraczania gratyfikacji – inwestowania czasu i wysiłku tu i teraz, by osiągnąć większy zysk w przyszłości – oraz kompetencję systematyczności i wytrwałości w działaniu, których osobom uzależnionym zwykle brakuje.

Zapewne nie byłoby dziś tego artykułu na blogu, gdybym nie nauczył się systematycznej pracy w trakcie wykonywania kursu „Stoic Way”.

Przyszłościowo patrząc, istotną konsekwencją zapoznania się z tym kursem było poznanie twórczości filozoficznej Tomasza Mazura, która do dziś jest ze mną i wywiera na moje myślenie ważki wpływ. Zresztą to nazwisko przewinie się jeszcze w kolejnych rozdziałach tej opowieści.

Rozdział 4: Klasycy: Marek Aureliusz, Epiktet, Seneka.

Nie pamiętam już dzisiaj, czy najpierw przeczytałem Epikteta czy Marka Aureliusza. Nie ma to jednak specjalnego znaczenia, ważne jest, że zarówno van Natt jak i Tomasz polecali lekturę klasyków, a ja z tych poleceń skorzystałem.

Lektura klasycznych tekstów filozoficznych nie jest łatwa. Trudno jest współczesnemu człowiekowi, przyzwyczajonemu do klarownej struktury (teza, argumenty, wniosek) zrozumieć chaotyczną naturę myśli starożytnej. Tak bardzo oczekujemy od tekstu konkretnych wiadomości lub odpowiedzi, że nie dopuszczamy nawet do świadomości, że tekst może mieć na celu tylko – czy raczej „aż” – pobudzenie nas do samodzielnego myślenia.

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Markiem Aureliuszem i Epiktetem, byłem wciąż mocno zagubionym człowiekiem, który szukał jasnych wskazówek, a nie mglistych przemyśleń. To właśnie na ich tekstach uczyłem się, że inspiracja do samodzielnych rozważań jest ważniejsza niż spójny wywód oraz że ja sam mogę „wymyślać” swoją drogę, inspirując się słowami innych, a nie je odtwarzać.

To kolejna niezwykle istotna lekcja dla osoby wychodzącej z uzależnienia. Nałogowiec czuje się najpewniej wtedy, kiedy inni za niego myślą i decydują. Dzięki temu ma dużo czasu i swobody, żeby oddawać się swoim nałogom. Ciężko myśli się samodzielnie z umysłem stłumionym przez alkohol. Ciężko podejmuje się decyzje, kiedy czuje się lęk przed odpowiedzialnością. Trzeźwiejący alkoholik nie umie i nie chce myśleć i decydować za siebie – musi się tego nauczyć.

Ja uczę się tego – bo proces nadal trwa – w ramach lektury starożytnych tekstów filozoficznych, które ze swej konstrukcji i założeń mają mnie do samodzielnego myślenia zachęcać. Ale co się nakląłem na ich bełkotliwość i mętność – nim zrozumiałem, że to ja źle je czytam – to moje. Proces tej zmiany jest bolesny i dość przerażający, bo wymaga odrzucenia poczucia bezpieczeństwa tkwiącego w utartych schematach.

Z czasem starożytne teksty stały się okazją do pogłębienia rozumienia pewnych stoickich koncepcji – nie poprzez przyswajanie myśli Seneki czy Epikteta, ale poprzez rozważanie ich słów i wyciąganie własnych wniosków. Oczywiście nierzadko wnioski owe były z myślą starożytnych zgodne, ale wielka wartość tkwiła w procesie samodzielnego do nich dochodzenia.

Jedna z koncepcji, która zaczęła we mnie kiełkować w tym czasie i która wróci jeszcze w kolejnych rozdziałach, to hierarchia wartości czyli określenie tego, co jest w życiu ważne.

Rozdział 5: Ryan Holiday. Stoicyzm uproszczony. Jeden cytat dziennie. Rutyna w stoickiej praktyce.

Ryan Holiday jest popularną, choć kontrowersyjną, postacią we współczesnym amerykańskim stoicyzmie. Jego flagowymi produktami są książki zbudowane na strukturze zbioru krótkich esejów, rozpoczynających się krótkim cytatem, a następnie omawiających ten cytat w duchu stoickim. Ze względu na skrótową formę, zwykle nie zagłębiają się one w niuanse stoickiej myśli, raczej koncentrują się na praktycznych, niekiedy powierzchownych obserwacjach.

Z twórczością tego stoika zapoznałem się niedługo po tym, gdy zacząłem pracować nad wspomnianym wyżej kursem stoickim. Był to okres, gdy potrzebowałem wielu „wypełniaczy czasu” i książki Holidaya takimi właśnie wypełniaczami się stały. Nieoczywistym acz kluczowym benefitem w pracy z tymi książkami była forma ich publikacji, a konkretnie fakt, iż zostawiały dużo „białej przestrzeni” na stronicach. To zainspirowało mnie do używania ich jako pretekstu do przemyśleń.

Po lekturze każdego z rozdziałów brałem do ręki długopis i zaczynałem spisywać moje przemyślenia na jego temat. Czy się zgadza, czy też nie, a jeśli tak, to dlaczego. Czy widzę jakieś odniesienia do mojego własnego życia i doświadczenia. Uczyniłem z tego zajęcia część mojej rutyny wieczornej i codziennie siadałem do lektury i notatek. Był to kolejny świetny sposób na ćwiczenie się w wytrwałości i odroczonej gratyfikacji.

Kluczowym elementem, który wydobyłem z pracy z twórczością Holiday’a, było zrozumienie, jak istotny jest w stoicyzmie i w naszym życiu w ogóle kontakt z drugim człowiekiem. Wiedziałem już wcześniej, że element służby i pracy dla społeczeństwa jest obecny u starożytnych myślicieli, ale był to dla mnie abstrakcyjny i nieistotny dodatek. To moje spojrzenie wiązało się ściśle z typowym dla osoby uzależnionej lękiem przed innymi ludźmi (przed ich oceną i przed odrzuceniem), który sprawia, że wielu czynnych nałogowców oraz wiele osób próbujących wyjść z nałogu „na własną rękę” izoluje się od ludzi, a w efekcie ponosi porażkę w swoich próbach wyjścia z uzależnienia. Do tego dochodził jeszcze, równie typowy, aspekt narcyzmu i poczucia bycia lepszym od innych – nawet jeśli oznaczało to bycie lepszym „pijakiem”.

Narcyzm i lęk przed odrzuceniem są ze sobą ściśle powiązane i stanowią zarówno przyczynę, jak i skutek uzależnienia. Mniej więcej w tym czasie, gdy zapoznawałem się z twórczością Holidaya, zacząłem uczęszczać na grupową terapię uzależnień, na której jednym z celów terapeutycznych jest nauczenie się bycia w grupie, zmniejszenie lęku przed odrzuceniem i odsłonięcie oraz zakwestionowanie rysów narcystycznych. Lektura książek Ryana, który kładzie duży nacisk na społeczny aspekt stoicyzmu, wpasowywała się świetnie w pracę wykonywaną na terapii i pozwalała mi pogłębiać ją i czynić konkretne postępy.

Z narcyzmem i tendencjami izolacjonistycznymi zmagam się do dziś, ale jest to zmaganie, które niesie nadzieję na trwałe postępy. Podwaliny pod nie zostały zaś zbudowane na terapii grupowej i w pracy z tekstami Holidaya, za co pozostaję wdzięczny.

W dziełach Holidaya przewijał się jeszcze jeden, wspomniany już przeze mnie, koncept: hierarchia wartości. Określenie, co jest dla mnie ważne w życiu, było następnym wielkim etapem w mojej stoickiej pracy i, o czym jestem przekonany, absolutnie kluczowym elementem w leczeniu uzależnienia.

Rozdział 6: Hierarchia wartości. Przekształcenie zarysu we względnie spójną całość. Kluczowa wartość dla procesu trzeźwienia.

Przechodzimy teraz do moim zdaniem, najważniejszych elementów filozofii w kontekście wychodzenia z uzależnienia. Swoje zdanie opieram na obserwacji, iż nałóg pozostawia za sobą pustkę. W kontekście terapii mówi się często o owej pustce czy wydrążeniu w kontekście grupy towarzyskiej (utrata znajomych), czasu (co robić z czasem gdy nie pijesz) czy emocji (brak narzędzi do pracy z nimi). Dla powodzenia procesu trzeźwienia jest niezwykle istotne, by uzupełnić te luki. Terapia pomaga w radzeniu sobie z deficytami w sferze emocji oraz czasu (umiejętność jego zagospodarowania), w mniejszym stopniu pracuje w sferze grupy towarzyskiej. W tym aspektem pomaga w szczególny sposób wspólnota AA (lub inne wspólnoty samopomocowe), które również sprzyjają pożytecznemu wypełnieniu czasu.

Są jednak jeszcze inne luki, które zostawia za sobą nałóg, a o których niewiele się mówi w kontekście terapii i przez to pozostawia je nieco zaniedbanymi. Chodzi mi tu konkretnie o pustkę w sferze wartości i pustkę w sferze moralności (pytania o dobro i zło).

Dla osoby w czynnym nałogu sprawa jest prosta: dobro to być pod wpływem substancji, zło to być trzeźwym. To bardzo prosta i klarowna etyka, usprawiedliwiająca każdą podłość w imię zdobycia narkotyku i zakazująca poważnego próbowania abstynencji. Sfera wartości jest równie prosta: jedyną wartością jest substancja. Wszystko inne może być wartościowe tylko o tyle, o ile pozwala substancję zdobyć. W tym kontekście praca może być wartościowa, jeśli przynosi pieniądze, za które możemy się nawalić. Rodzina może być wartościowa, jeśli opiekuje się uzależnionym i umożliwia mu swobodne oddawanie się nałogowi. W momencie, gdy przestają spełniać te zadania zostają odrzucone, bo jedynym dobrem i jedyną wartością jest substancja.

UWAGA: piszę tu „substancja”, bo tak jest mi gramatycznie łatwiej złożyć te zdania. Równie dobrze może chodzić o kompulsywne zachowania (hazard, seks itp.) czy inne czynniki uzależniające. Miejcie, proszę, na uwadze to uproszczenie!

W momencie, gdy zaczyna się proces trzeźwienia w sferze wartości i etyki osoby uzależnionej pojawia się ogromna luka. Od jej skutecznego wypełnienia może zależeć sukces procesu terapeutycznego.

Zburzenie nałogu jako probierza dobra i zła sprawia, że nie mamy już kompasu moralnego. Choć ten, który utraciliśmy, był wypaczony i mylący, to jednak pozwalał podejmować decyzje moralne i nadawał kierunek. Kierunek ku przepaści, ale jednak jakiś. Teraz nawet proste życiowe wybory okazują się trudne, jeśli tylko mają komponent moralny – nie wiem, na jakiej podstawie podejmować decyzje.

Wyczyszczenie sfery wartości z elementów nałogu jest równie kłopotliwe. Posiadanie wartości pozwala nam planować i określać kierunek naszych działań. Jest istotnym komponentem nadawania sensu naszemu życiu i stymulowania naszej aktywności. Po przetrzeźwieniu pozostajemy z pytaniem, co teraz mamy robić. Na jakiś czas dobrą i wystarczającą odpowiedzią jest: chodzić na terapię, przestrzegać zaleceń, chodzić na mitingi czy wykonywać program 12 kroków. Przez pierwszy rok pewnie nic więcej nie potrzebujemy. Z czasem jednak jasne się stanie, że to za mało i w dłuższej perspektywie musimy zbudować swój system wartości.

W obu tych aspektach moim rozwiązaniem okazał się stoicyzm. To nie znaczy, że wiedziałem, co robię podejmując się stoickiej pracy, raczej miałem sporo szczęścia, że akurat ta filozofia pojawiła się w moim życiu w odpowiednim momencie.

Stoicyzm jest filozofią moralną, a to oznacza, że poza wieloma użytecznymi technikami praktyki życiowej, niesie też konkretne rozumienie dobra i zła. Jest ono po części zawarte w dychotomii zależne i niezależne – dobro i zło są tylko pośród rzeczy zależnych. A po części w stwierdzeniu, że dobre jest to, co jest zgodne z ludzką naturą, a cechą szczególną ludzkiej natury jest jej refleksyjność. Innymi słowy dobre jest posiadanie cnotliwego charakteru, w którym kardynalną cnotą jest refleksyjność właśnie.

Stoicyzm nie niesie ze sobą narzuconego systemu wartości, ale jest fantastyczną platformą do budowania go na własną rękę. Jak wspominałem wyżej, zarówno kurs „Stoic Way”, antyczne teksty, jak i prace Holidaya zachęcały mnie do tego, by zastanawiać się nad wartościami i świadomie i konsekwentnie budować ich hierarchię właściwą do moich potrzeb.

Praca z hierarchią wartości i etyką stoicką to kolejny wielki krok w moim rozwoju jako stoika i w procesie mojego trzeźwienia. Przypuszczam, że nie byłbym w stanie utrzymać abstynencji i pozostać na ścieżce zdrowia, gdybym nie wykonał tej pracy.

Nie twierdzę, że stoicyzm jest jedynym źródłem ram etycznych i wartości. Przeciwnie, większość szkół filozoficznych, które mają praktyczny aspekt, będzie równie skuteczna w dostarczeniu tych środków. Jest też jasne, że systemy religijne dają swoje odpowiedzi na obie te kwestie – co może tłumaczyć, dlaczego wiara bywa pomocna w procesie trzeźwienia (choć trzeba pamiętać, że tutaj pomocny jest także element społeczności i wspólnoty). Wspólnota AA, ze swoim programem 12 kroków i elementami religijno-filozoficznymi, może też być źródłem norm etycznych i wartości.

Gdziekolwiek osoba uzależniona znajduje odpowiedzi na te pytania, znalezienie ich, nawet wstępnych, jest moim zdaniem niezwykle istotne dla procesu trzeźwienia i możliwe, że póki co, niedoceniane w procesie terapeutycznym.

Rozdział 7: Pierwsze próby pisania o stoicyzmie. Dążenie do zrozumienia moich pobudek i decyzji.

Ostatni rozdział tej historii to ten, który rozgrywa się tu i teraz, na waszych oczach, czyli moje próby pisania o swojej historii, uzależnieniu i stoicyzmie. Najlepiej można zrozumieć dane zagadnienie, jeśli próbuje się je wyjaśnić komuś innemu. To właśnie dzisiaj robię, pisząc te posty. Czasem tym kimś, komu składam wyjaśnienia, jesteś Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, czasem jestem nim ja sam.

Twórczość ta nie mogłaby mieć miejsca gdyby nie podbudowa wykonana w poprzednich rozdziałach. Gdyby nie wypracowana w wieczornych przeglądach siebie systematyczność i gdyby nie dopieszczona hierarchia wartości, dzięki której wiem, że pisanie jest dla mnie ważne i nawet jeśli mi się w danej chwili pisać nie chcę, to do niego siadam, bo mam na oku długofalowy cel – nie ma szans bym publikował regularnie przez rok z okładem. Gdyby nie czas spędzony na lekturze klasyków, na podcastach Tomasza Mazura, na książkach i podcastach Piotra Stankiewicza, na twórczości Holidaya – nie miałbym wypracowanej wiedzy i po prostu nie miałbym dobrych tematów.

Dzisiaj mam całkiem dobre pojęcie, na czym polega sens życia i jakie przyświecają mi wartości. Pomimo tego wiem, że popełniam błędy i jest w moim funkcjonowaniu, moim charakterze i mojej psychice jeszcze wiele do poprawy i ulepszenia. Stoję jednak pewnie na podstawach, które już wypracowałem – na najważniejszej z naszych zdolności, zdolności do uczenia się i zmiany.

Proces trwa nadal. Pisanie trwa nadal. Zmierzam krok po kroku do pełniejszego zrozumienia moich decyzji, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, oraz do świadomego kształtowania mechanizmów, które odpowiadają za ich podejmowanie. Wciąż fascynuje mnie cały tabun różnych tematów: od etyki, poprzez neuronaukę, socjologię i wiedzę o kulturze, po prawo i zasady funkcjonowania ludzkich społeczności. Na zgłębienie ich wszystkich, nie starczy mi czasu w życiu. Muszę zdecydować, czy zajmę się jedną z nich szczegółowo, czy raczej trochę poznam każdą z nich.

Jeszcze nie wiem, jaką pójdę ścieżką, ale ufam swoim zdolnościom do dokonania sensownego wyboru, trzymania się go, póki będzie miał sens i radykalnego odrzucenia go gdy okaże się, że potrzebna jest zmiana kursu. Bo ważny jest nie tyle cel, do którego zmierzamy, nie tyle jego osiągnięcie, co zdolność, by go aktywnie i mądrze wybierać, a reszta to już tylko życie…

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Warsztaty stoickie – co to znaczy dobrze myśleć?

W dniach 3–7 czerwca odbyły się w ośrodku Pełnia pod Warszawą warsztaty stoickie, zwane także koloniami stoickimi. Ich tematem przewodnim było myślenie i pytanie: co to znaczy dobrze myśleć oraz jak owo myślenie ćwiczyć. Organizacją zajmowali się Tomasz Mazur i Jolanta Księżak – stoicki duet znany z organizacji popularnych Stoisk – czyli cyklicznych filozoficznych spotkań odbywających się zwykle w Warszawie.

Myślenie to trudna sztuka, tym trudniejsza, że zwykle jesteśmy przekonani, że potrafimy je uprawiać. Wychodzimy z założenia, że mamy rozsądek i potrafimy go używać. To nasz pierwszy fundamentalny błąd. Myślenie jest umiejętnością i sztuką, jako takie musi być ćwiczone, aby dobrze funkcjonowało. Jeśli nie jest, to mamy tylko złudzenie, że działa, podczas gdy w rzeczywistości plączemy się w błędach poznawczych, niepoprawnych wnioskowaniach i mylnych przekonaniach.

To temat niezwykle ważki, nie dziwi więc, że stoicy wzięli go poważnie na warsztat. Zaczęło się około 2300 lat temu, kiedy Zenonowi z Kition zatonął statek, co pociągnęło za sobą bardzo fortunne bankructwo. Bez grosza, samotny na ulicach Aten, Zenon zwrócił się o pociechę do filozofii. W niej to odkrył narzędzia do myślenia, które pozwoliły mu zapomnieć o zatopionym statku. Porzucił niepewne koleje handlu morskiego na rzecz stania w malowanym przejściu z kolumnami (Stoa Poikile) i nauczania o dobrym myśleniu każdego, kto też chciał sobie postać.

Kontynuując ten nośny trend, w zeszłym roku i na początku tego odbył się cykl Stoisk (LINK), którego tematem przewodnim było dobre myślenie i metody dążenia do tegoż. Choć nie było kolumn, a uczestnicy nie musieli stać, bo krzesła były zapewnione, zasadnicze pytania, które stawiano, nie zmieniły się znacznie od czasów Zenona. Nauki szczegółowe i filozofia odpowiedziały w międzyczasie na kilka, kilka nowych postawiły, ale temat pozostaje teoretycznie frapujący i praktycznie niezbędny. Kulminacją cyklu Stoisk były warsztaty, w których miałem przyjemność uczestniczyć.

Jak wyglądają warsztaty stoickie?

Na dobry początek chciałbym rozwiać kilka stereotypów, które mogą wam przyjść na myśl, gdy myślicie o spotkaniu stoików:

  • wolno siedzieć, wprawdzie zwykle nie ma krzeseł, ale są koce, poduszeczki i można sobie klapnąć na podłodze;
  • można, a nawet należy żartować, nikt nie zostanie zastrzelony za wybuchnięcie śmiechem;
  • nie trzeba nosić togi, mieć brody ani mówić po grecku.

Jak więc to wygląda w praktyce?

Standardowy dzień zawiera w sobie pięć sesji, każda z nich ma swój temat i tryb. Oczywiście, połączone są przez myśl przewodnią warsztatów, ale nie ma wymogu uczestniczenia w poprzednich sesjach, by zrozumieć obecną. Każda z nich stanowi w tym sensie zamkniętą całość.

Moduły są zwykle silnie interaktywne. Prowadzący zagaja temat, ale większość czasu poświęcona jest na dyskusję uczestników. Nie ma przymusu zabierania głosu w dyskusji, można poświęcić się słuchaniu. Jednak cenne jest wyrażenie własnego zdania i otrzymanie informacji zwrotnej od grupy. Przyjazny i nieoceniający charakter sprzyja przełamywaniu nieśmiałości uczestników.

Część zajęć zorganizowana jest jako praca w grupach. Uczestnicy dzielą się na mniejsze jednostki i opracowują pewne zagadnienie. Efekty pracy następnie przedstawiają na forum. Novum na ostatnich warsztatach było zaproponowanie uczestnikom z wyprzedzeniem listy tematów do wyboru. Każdy chętny mógł przygotować wypowiedź i zaprezentować ją przed grupą. Dyskusje po każdym z wystąpień były przebogatym źródłem nowych myśli i kierunków rozwijających początkowe założenia prelegenta.

Program warsztatów nie jest ciasno upakowany. Pięć standardowych sesji to około siedmiu godzin, przedzielonych przerwami kawowymi i dwugodzinną przerwą na obiad i złapanie oddechu. Może się wydawać, że to niewiele, jednak w praktyce i to jest wielce wyczerpujące. Rozmowy i tematy są tak intensywne, że prawie każdy prędzej czy później odpuszcza sobie jedną lub dwie sesje, by zebrać siły i myśli.

Poza zaplanowanymi sesjami odbywają się liczne rozmowy kuluarowe. W końcu mamy tu grupkę osób żywo zainteresowanych filozofią, zamkniętą na niewielkiej przestrzeni w oddaleniu od cywilizacji – debaty będą się samorzutnie formować. Dla dodania im dodatkowego materiału, każdy dzień kończy się wspólnym oglądaniem filmu i krótką dyskusją na jego temat, która może się rozciągnąć w kuluary.

Warsztaty są fantastycznym doświadczeniem, ale są przy tym niezwykle wyczerpujące. Ja doświadczyłem „odcięcia prądu” po pierwszych trzech dniach, kiedy to po pierwszej porannej sesji udałem się do pokoju by odsapnąć chwilkę, a obudziłem się dwie godziny później. Pięć dni warsztatów kosztowało mnie więcej energii niż trzy dni jazdy na rowerze po 100 kilometrów dziennie. Szczęśliwie kalorie, które nasze biedne mózgi spalały w poszukiwaniu sensu, były uzupełniane przez pyszne wegańskie jedzonko serwowane przez przemiłą gospodynię.

Jeśli filozofia was pasjonuje, zachęcam do spróbowania tej formy spędzania czasu. Możliwe, że spodoba się wam równie mocno jak mi!

Wystąpienie o intuicji

Tematem mojego wystąpienia było pytanie: czy w myśleniu należy kierować się intuicją? Jeśli tak, na czym by to miało polegać? Pierwszy zarys mojego podejścia do tematu możecie znaleźć w poprzednim wpisie na blogu (LINK). Na warsztatach zaproponowałem już zmodyfikowaną i uproszczoną wersję. Opierała się ona na trzech zastosowaniach dla intuicji:

  • źródło błędu, który może się okazać nową pożądaną opcją;
  • rozumienie słów bardziej fundamentalne i uniwersalne niż ich definicje;
  • intelektualne siły szybkiego reagowania.

W swoim wystąpieniu zawarłem dwa ostrzeżenia przed sytuacjami krańcowymi:

  • za mało intuicji, to luka w kreatywności;
  • intuicja bez kontroli i selekcji intelektu to chaos.

Dyskusja po moim wystąpieniu przyniosła wiele interesujących aspektów, które pozwoliły mi przebudować i rozwinąć tę wizję.

Pierwsza obserwacja to jak szeroko zakreślam ramy intuicji. Zastosowania intuicji, na które się powołuje, sugerują, że traktuję ją niemalże jako synonim procesów podświadomych. Mieszczę w niej drugi system Kahnemana (myślenie szybkie). Mieszczę przeddefinicyjne rozumienie słów. Mieszczę wreszcie automatyczną generację myśli.

Druga obserwacja to różnica między błędem a możliwością/opcją w kontekście metafory ewolucji, ale także dla intuicji. To rozróżnienie może wydawać się nieistotnym niuansem, ale ma praktyczne zalety. Słowo „możliwość” jest nieoceniające i niezwiązane z decyzją lub wyborem, zdaje się też lepiej pasować do doświadczenia automatycznych myśli (pomysłów, rozwiązań), które prezentują możliwe rozwiązania pod osąd intelektu.

Trzecia obserwacja to pytanie, co czyni kreatywność płynącą z intuicji lepszą/inną niż kreatywność rekombinacji tego co znane? Czy intuicja jest potrzebna dorosłemu, współczesnemu człowiekowi? Kładę tu nacisk na „dorosłego” człowieka, bo przypuszczam, że dziecku intuicja jest niezbędna w procesie uczenia się. Kładę nacisk na „współczesnego” człowieka, bo przypuszczam, że pierwsze słowa czy idee przedjęzykowe musiały mieć źródło w intuicji.

Nowa koncepcja intuicji

Dzięki dyskusjom z warsztatów mogłem dokonać kolejnego kroku na drodze do lepszego zrozumienia intuicji. Starałem się tu oprzeć na wyobrażeniu sobie miejsca intuicji w procesie myślenia, który, w pewnym uproszczeniu, można rozumieć jako proces podejmowania decyzji. Celem, który mi przyświecał, było zredukowanie trudności związanych z szerokim zakresem pojęcia i z podejrzanym użyciem słowa „błąd” w poprzednich rozważaniach.

Proponuje, by myśleć o intuicji jako o generatorze możliwości. Ma to dwa cele: niweluje kłopot z nacechowanym negatywnie pojęciem „błąd”. Zamiast sugerować, że intuicja popełnia błędy, mówimy, że intuicja podsuwa nam możliwości, które intelekt sprawdza pod kątem przydatności. W tym rozumieniu intuicja nie ocenia, a więc i nie popełnia błędów. Przez analogię do burzy mózgów: na etapie koncepcyjnym nie ma złych pomysłów, zbieramy wszystko jak leci i dopiero w kolejnym kroku weryfikujemy.

Drugim celem nowego rozumienia intuicji jest zawężenie jej zakresu, z zachowaniem elementów wszystkich trzech wspomnianych wyżej zastosowań. Nie jest ona już tożsama z intelektualnymi siłami szybkiego reagowania (systemem drugim), jest natomiast ich nieodłączną częścią. Pozostaje też punktem wyjścia dla rozumienia słowa, które to rozumienie może być dodatkowo przetworzone przez algorytm rozumienia, jeśli jest taka potrzeba – czyli podobnie jest niezbędnym elementem rozumienia słowa, ale nie jedynym. Pozostaje też źródłem możliwości (poprzednio nazywanych „błędami”), jako punkt wyjścia naszych algorytmów.

Wszystko jest algorytmem. Nasze myśli, decyzje, emocje itp. są algorytmami lub wynikami ich działania. To założenie numer jeden.

Każdy algorytm potrzebuje punktu startowego. Dla niektórych algorytmów punkt startowy może być losowy, ale jakiś być musi. Wiele algorytmów wygeneruje odmienny wynik w zależności od wybranego punktu początkowego. To założenie numer dwa.

Intuicja jest algorytmem (bo wszystko jest, patrz założenie pierwsze), który generuje punkty startu dla innych algorytmów. Skąd się bierze punkt startowy dla algorytmu intuicji? Nie wiem. Może jest to ogólny stan umysłu w danej chwili. Czy inne algorytmy nie mogłyby użyć tego stanu jako swojego punktu startowego? Mogłyby, ale działają lepiej, jeśli otrzymają konkretniejszy i wstępnie przygotowany stan wejściowy. W tym rozumieniu rolą intuicji jest wziąć obecną „falę predykcji” mózgu i przetworzyć ją na akceptowalny stan wejściowy do aktywującego się algorytmu.

W uproszczeniu: intuicja przetwarza strumień świadomości, który nasz mózg nieustannie generuje („fala predykcji”), przecina go, kompresuje, wstępnie przetwarza i generuje pakiet danych wejściowych dla wszelkich innych algorytmów, w szczególności dla algorytmów wyższego poziomu, czyli logicznych analiz rzeczywistości.

Dygresja: czy fala predykcji też jest algorytmem? Tak, przecież wszystko jest algorytmem. Co generuje stan początkowy dla niej? Fascynujące pytanie! Wyobrażam sobie, że fala predykcji jest algorytmem trwałym, to znaczy, trwa od momentu… no właśnie jakiego? Urodzenia? No nie wiem, przecież dziecko w łonie matki ma już działający mózg. Poczęcia? Za wcześnie, mózg jeszcze się nie uformował nawet zalążkowo. Gdzieś tam musi być moment inicjacji tego algorytmu, ale jak i co go inicjuje, to nie mam pojęcia. Wiem, że są badania prowadzone w tym kierunku – fascynująca sprawa!

Rozważmy teraz kilka kombinacji, które mogą występować w relacji między intuicją a przeróżnymi algorytmami naszego funkcjonowania. Nie sugerujemy tutaj, że to wyczerpująca lista, ani że jest w pełni poprawna. To intuicja, czyli punkt startowy dla algorytmów dalszego badania zagadnienia 😉

Pozwolę sobie tu wprowadzić pewną nomenklaturę, będę mianowicie mówił o „precyzji”, zarówno w odniesieniu do intuicji, jak i algorytmu. To podejrzany termin, bo sugeruje, że istnieje jakieś kryterium owej „precyzji”. W pewnym sensie, po platońsku insynuuje, że istnieją ideały decyzji, a owa „precyzja” mierzy odległość stanu początkowego (intuicji) lub wyniku algorytmu (decyzji) od owych ideałów. Na razie skapituluję w tym miejscu i powiem, że to jest trzecie założenie. W przyszłości jest potencjał do rozluźnienia tegoż.

Dygresja: czytelnik może zapytać: dlaczego nie przyjmiesz za miarę „precyzji” różnicy od fali predykcji? Bronię się przed tym rękami i nogami, bo: fala predykcji to nie rzeczywistość, chociaż lepszego odniesienia do rzeczywistości nie mamy. Gdyby ona była miarą, intuicja byłaby właściwie zawsze precyzyjna, albo tym byłąby precyzyjniejsza im mniej by robiła, skoro jej stanem początkowym jest fala predykcji. Co jeśli wynik działania algorytmu modyfikuje falę predykcji – co zapewne każdy algorytm w końcu robi? W takim rozumieniu każdy algorytm jest precyzyjny z automatu, bo zgadza się z falą predykcji, którą sam wytworzył/zmodyfikował. Nie wiem jednak czy ostatecznie jest możliwość ucieczki od tych kłopotów.

Czyli zakładamy, że istnieje jakaś idealna decyzja/stan do którego dążą nasze algorytmy. Odległość od tego stanu jest precyzją algorytmu. Stan idealny może być nieznany w pełni. Między innymi dlatego „precyzja” jest pojęciem probabilistycznym, czyli mówimy raczej o prawdopodobieństwie, że nasza predykcja jest blisko bądź daleko od ideału. Możliwe, że to rozróżnienie jest czysto techniczne.

Pokuśmy się o drobną metaforę muzyczną, by zwizualizować kilka podstawowych możliwości.

Jeśli ktoś bez doświadczenia muzycznego próbuje nauczyć się grać, zarówno jego intuicja, jak i jego algorytmy będą nieprecyzyjne. Można się spodziewać braku harmonii w pierwszych próbach i powolnych postępów – szczególnie bez nauczyciela. Tak by było w moim przypadku.

Ktoś, kto wiele czasu spędził grając po swojemu na jakimś instrumencie, będzie miał dobrą intuicję. Z łatwością przyjdzie mu zaimprowizować melodię, ale jeśli nie ma formalnego wykształcenia muzycznego, nie będzie w stanie jej ulepszyć czy rozwinąć do symfonii – jego algorytm jest słaby. To sytuacja amatora grającego co noc w knajpie na pianinie.

Jeżeli ktoś ma wykształcenie muzyczne, opanował harmonię, nuty i inne elementy fachu, ale nie ma biegłości w graniu na instrumencie, to ten ktoś ma nieprecyzyjną intuicję, ale precyzyjny algorytm. Jego pierwsze melodie będą zapewne słabe, ale będzie w stanie je ulepszyć i rozwinąć w kolejnych próbach. To przykład doświadczonego muzyka zasiadającego do nowego instrumentu.

Wreszcie, mamy wirtuoza który spędził tysiące godzin przy fortepianie i jednocześnie posiadł głęboką wiedzę o kształtowaniu muzyki. To Chopin łączący precyzyjną intuicję i świetny algorytm. Człowiek, który zaimprowizuje piękną melodię, a potem jeszcze ją ulepszy.

Taki podział jest oczywiście umowny i nigdy nie jest zero-jedynkowy. Precyzja intuicji i algorytmu jest wartością ciągłą.

Wiele intuicji?

W myśl powyższej koncepcji wydaje się jasne, iż mamy wiele intuicji, albo inaczej rzecz ujmując nasza intuicja różnie się spisuje w zależności od dziedziny, w której ją wykorzystujemy. Brzmią tu echa ostrzeżenia, które przytaczaliśmy w poprzednim artykule: nie ufajmy naszej intuicji w dziedzinach, w których nie mamy wiedzy zdolnej zweryfikować jej dokładność.

Jako przykład użyliśmy wtedy medycyny: większość z nas nie ma precyzyjnej intuicji medycznej. Nie wiemy, co jest dla naszego ciała dobre. Nasza intuicja nadal będzie generować możliwości – bo wydaje się, że jest w stanie to robić kompletnie niezależnie od naszych realnych kompetencji, w pewnym stopniu losowo. Nie mamy też algorytmu (medycznego wykształcenia i narzędzi) by zweryfikować i ulepszyć zaproponowany przez intuicję stan początkowy.

Jednocześnie w innych dziedzinach, które są nam znane, na które poświęciliśmy wiele czasu, możemy mieć precyzyjną intuicję i świetne algorytmy zdolne ją rozwijać i weryfikować.

Sztuką jest zrozumieć, że nasza intuicja nie jest równie skuteczna w każdym aspekcie naszego działania oraz że dziedzin, na których się nie znamy zawsze będzie więcej niż tych w których jesteśmy kompetentni.

Co ocenia jakość intuicji (i algorytmu)?

Skoro zaczynamy mówić o intuicji precyzyjnej bądź nieprecyzyjnej oraz o algorytmach precyzyjnych bądź nieprecyzyjnych, oczywistym jest, że musi być coś, co te kompetencje ocenia. Tym czymś jest algorytm – bo wszystko jest algorytmem – służący do oceny innych algorytmów.

To oznacza, że mamy dodatkowy meta-poziom w naszym umyśle: warstwę kontrolującą inne algorytmy. Wydaje się, że warstwa ma kompetencje, by ocenić zarówno precyzję intuicji, jak i precyzję algorytmu i odrzucić efekty ich działania. W szczególności może też nakazać im zadziałać jeszcze raz albo uczynić ich działanie bardziej świadomym.

Uważajmy jednak, bo ten algorytm, tak jak każdy inny, może być nieprecyzyjny i może dawać nam mylące informacje o jakości naszego myślenia!

Co modyfikuje intuicję (i algorytm)?

Na samej obserwacji i ocenie nie koniec. Nasze zdolności do uczenia się wykraczającego poza poznawanie nowych faktów sugerują, że mamy kompetencje do modyfikowania działania intuicji i algorytmu. Ta kompetencja sama jest algorytmem – bo wszystko jest algorytmem – służącym do zmieniania innych algorytmów.

Należy do tego samego meta-poziomu co poprzedni algorytm. Wzięte razem mogą one stanowić rdzeń naszych zdolności do automodyfikacji. Tomasz Mazur zwykł nazywać tę kompetencję refleksyjnością i stawiać ją w centrum naszego doświadczenia człowieczeństwa.

Pytania super-meta: czy tak rozumiana refleksyjność może modyfikować samą siebie? Czy refleksyjność korzysta z intuicji do generowania swojego stanu początkowego?

Dobór stanu początkowego a wynik algorytmu

Jest wiele algorytmów, których wynik zależy od doboru stanu początkowego. Klasycznym przykładem są tu algorytmy poszukiwania maksimum funkcji. Większość z nich jest bardzo sprawna w wyszukiwaniu lokalnych ekstremów, konkretnie tych niedaleko których znajdował się punkt początkowy.

To precyzyjne i szybkie algorytmy. Problem polega na tym, że tak długo, jak będą otrzymywać stany początkowe bliskie lokalnemu rozwiązaniu, to będą to rozwiązanie znajdować i nie pójdą ani kroku dalej. Gdzieś tam dalej może istnieć ekstremum w którym wartość funkcji jest o wiele większa, ale nasz precyzyjny algorytm pozostanie na nie ślepy dopóki nie dostanie całkiem nowych danych startowych.

To pułapka zbyt precyzyjnej intuicji i zbyt precyzyjnego algorytmu. Intuicja powinna od czasu do czasu serwować nam możliwości, które są odległe od znanych nam rozwiązań. Dzięki temu da szansę naszym algorytmom na wykrycie nowych możliwości. Jasne, że wiele z tych „nieprecyzyjnych” stanów początkowych doprowadzi donikąd, ale niektóre pozwolą nam odkryć złoto.

Dlatego czasem to laicy i outsiderzy (acz wykształceni w algorytmach dziedzinowych) dokonują przełomu w pewnych dziedzinach. Dlatego młodzi naukowcy są często tymi, którzy wpadają na nowe teorie. Dlatego „głupie” pytanie amatora otwiera niekiedy oczy fachowcom na możliwości, do których sami nie mieli szans dotrzeć.

To ogromny potencjał kreatywny, który tkwi w „nieprecyzyjnej” intuicji.

Podsumowanie

Po tych wszystkich rozważaniach pozostaje pytanie: czy to ma znaczenie? Czy zrozumienie, jak działa nasza intuicja wpływa jakkolwiek na nasze decyzje i działania?

Jeżeli prawdziwa jest hipoteza Tomasza Mazura, że póki umysł ma jeden czy dwa algorytmy, to mogą one sobie spokojnie funkcjonować bez nadzoru. Kiedy jednak system to setki algorytmów zazębiających się ze sobą, konieczne jest wydzielenie algorytmu zarządzającego innymi algorytmami – nazywamy ten algorytm refleksyjnością. Co więcej, jeśli refleksyjność owa, jak twierdzili i antyczni stoicy (nazywając ją inaczej), jest w naszej świadomej mocy, to możemy użyć jej w sposób celowy do zmieniania naszych intuicji i algorytmów.

W takim przypadku, zrozumienie, że proces dochodzenia do odpowiedzi wymaga dwóch elementów: stanu początkowego i algorytmu ten stan przetwarzającego, jest praktycznie istotne dla naszej pracy nad sobą. Możemy wybrać, nad czym chcemy pracować: kształtować intuicję czy ulepszać/zmieniać algorytmy.

Niezwykle istotna jest też płynąca z tej koncepcji świadomość, że w wielu miejscach możemy się mylić. Każdy z naszych algorytmów może dawać błędne rezultaty. Może się tak dziać dlatego, że sam jest wadliwy (nielogiczny), albo dlatego, że tendencyjnie dobieramy mu punkty startowe. A to pozwala nam stosować wobec swojego myślenia zasadę ograniczonego zaufania, bo w końcu „wiem, że nic nie wiem”.

Intuicja podpowiada mi, że warsztaty filozoficzne to cenny sposób spędzania czasu. Algorytm pracujący na tej intuicji potwierdza wstępny wniosek. Czy mam rację? Tego nie wiem na pewno, ale wiem, że wybiorę się na nie jeszcze nie raz.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy w myśleniu należy kierować się intuicją?

Historycznie rzecz ujmując, moje nastawienie do intuicji było w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym otwarcie wrogie. Mówiłem, pisałem i myślałem o intuicji jako o relikcie ewolucji, koniecznym złu, gorszym, acz szybszym myśleniu itd. Niewiele miałem dla niej ciepłych słów. Nie ufałem swojej intuicji. Dalej jej nie ufam. Dlatego kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tytułowe pytanie, wydawało mi się, że moja odpowiedź będzie klarowna i druzgocąca dla tej funkcji naszego umysłu. Myliłem się. Moja intuicja po raz kolejny mnie zawiodła.

Intuicyjne rozumienie intuicji

Zamiast próbować zdefiniować intuicję – co może, ale nie musi przynieść jakiś rezultat – odwołam się do niej samej. To znaczy: spróbuję opisać moje intuicyjne rozumienie intuicji. Jak to z nią bywa, nie będzie tu ścisłości – i już mamy pierwszą cechę! Intuicja nie jest ścisła. Jest przybliżona. Jest metaforyczna. To jej wielki wyznacznik. Trudno, a może wręcz nie da się, wyrazić intuicji bez metafory czy analogii.

Mieć intuicję to znaczy rozumieć… z grubsza. To znaczy wiedzieć, ale niekoniecznie na tyle, by być w stanie wiedzę przekazać. Aby zrozumieć w pełni, trzeba czegoś więcej, można to „więcej” nazwać wiedzą albo poznaniem. Aby wiedzieć także trzeba mieć coś więcej – można to nazwać rozumieniem albo logiką.

Inne podejście to próba zrozumienia intuicji w opozycji do definicji. Definicja jest opisaniem jednego słowa za pomocą innych słów, co czasem pomaga nam je zrozumieć, czasem przeszkadza. Intuicja to rozumienie słowa, którego czasem nie da się w słowa ująć. Co ciekawe, jeżeli słowo jest nam znane, to musimy mieć jego intuicję, ale można znać słowo nie znając jego definicji. Więcej jeszcze: intuicję można mieć tam, gdzie nie ma słowa, może się ona odnosić do czegoś nienazwanego, podczas gdy definicja zawsze odnosi się do jakiejś nazwy.

Intuicja jako szybsze myślenie

Mój dawny pogląd na intuicję sprowadzał ją do szybszego myślenia. Uważałem, że są to z grubsza takie same procesy myślowe, jakie przeprowadzamy świadomie, tylko odbywające się w podświadomości. Dzięki temu miały być szybsze, ale brakowało nam wglądu w ich przebieg. Nie znaliśmy założeń, na jakich się opierały.

Intuicja budziła we mnie lęk. Bałem się jej i jej nie ufałem. Uważałem, że sferę oddziaływania intuicji należy zawężać, czyli jak najwięcej procesów myślowych wydobywać do świadomości. Postulowałem, że musi ona być kształtowana, poprawiana przez nieustanny wysiłek, którego najważniejszym elementem była praca z przekonaniami. Twierdziłem, że intuicja zwykle się myli i poleganie na niej jest prostą drogą do katastrofy.

Wszystko powyższe z grubsza uważam nadal. Intuicja to jest szybsze myślenie, choć nie jestem już pewny, czy jest ona kalką myślenia świadomego. Nie mamy wglądu w jej przebieg i nie znamy przekonań, na których się zasadza, i kształtowanie tych ostatnich jest ważnym elementem pracy nad intuicją. Bo warto nad nią pracować. Nadal uważam, że intuicję można i należy ulepszać, jednak nie uważam już, że obecnie jest fundamentalnie zepsuta. Wiem doskonale, że ona często się myli, nawet zwykle się myli, ale już nie uważam tego za jej wadę – przeciwnie, to jej największa zaleta.

Intuicja jako źródło błędów

Proces biologicznej ewolucji ma dwa kluczowe elementy. Pierwszy to dobrze wszystkim znany proces selekcji naturalnej. Pewne cechy danego organizmu sprzyjają przetrwaniu w danym środowisku, czy, precyzyjniej, sprzyjają rozmnażaniu się i przekazywaniu genów. Można powiedzieć, że środowisko „wybiera” pewne atrybuty i promuje jednostki je posiadające. Z czasem gatunki przystosowują się coraz lepiej do swojego otoczenia.

Drugi element, o którym często zapominamy, to błąd w procesie kopiowania DNA. Proces ten jest bardzo precyzyjny. Czy to przy podziale komórki, czy przy połączeniu się nasienia z komórką jajową, DNA komórki docelowej będzie kopią materiału źródłowego. Jednak aby ewolucja mogła mieć miejsce, to ten proces nie może być doskonały. Muszą w nim występować okazjonalne błędy, bo to one są źródłem nowych cech! Bez nich DNA nie może się zmienić, ewolucja nie może zajść.

A co jeśli wyobrazimy sobie, że bardzo podobny mechanizm zachodzi w naszym myśleniu? Co jeśli doskonałe myślenie oznacza kompletną stagnację i niemożność postępu?

Wyobraźcie sobie strukturę intelektualną, chociażby na przykładzie języka, która jest idealnie dopasowana. Wszystkie elementy współgrają ze sobą, każde słowo jest dobrze zdefiniowane. Zdania wynikają z siebie bez błędów i wątpliwości. Postuluję, że w takiej strukturze nie da się pomyśleć nic nowego. Każde wypowiedziane w niej zdanie będzie tylko powtórzeniem lub trywialną konsekwencją tych już znanych.

Jasne, że taką strukturę można rozszerzyć. Można coś do niej dodać i uzyskać w ten sposób nową jakość. Jednak ta operacja wymaga wyjścia poza samą strukturę – w matematyce byłoby to przykładowo dodanie nowych aksjomatów. Ale czy człowiek może kiedykolwiek wyjść poza strukturę swojego myślenia?

Wydaje się, że jest taka możliwość, bo przecież możemy się uczyć, czy – bardziej adekwatnie do naszego przypadku – możemy być uczeni. Ktoś może dodać nową zawartość do naszego systemu pojęciowego. Czyli myślenie jednostki może się zmieniać, nawet jeśli jest idealne. Ale co z myśleniem ludzkości? Innymi słowy, skąd się wzięły jakiekolwiek idee? Gdzie po raz pierwszy się narodziły?

Tutaj z pomocą przychodzi nam intuicja i ten fantastyczny fakt, że nasze myślenie nie jest, nie było, nie będzie i być nie powinno doskonałe. Nie twierdzę, że intuicja jest jedynym źródłem błędów w myśleniu. Każdy z nas nieraz popełniał błędy logiczne, ulegał zniekształceniom poznawczym – to też źródła pomyłek. Jednak nie ma drugiego źródła tak płodnego jak intuicja. Tak płodnego i jednocześnie tak nieoczywistego, bo błędy płynące z intuicji wydają się zwyczajnie ciekawsze niż te powstałe w wyniku chybionej logiki.

A jeżeli błędy te mają stać się zalążkiem nowych idei, tak jak błędy w DNA są zalążkiem nowych cech organizmu, to lepiej, żeby były ciekawe! Z tymi nieciekawymi wiążą się bowiem poważne zagrożenia, o których za chwilę.

Nie ma wiedzy bez intuicji

Konkluzja poprzedniego rozdziału jest taka, że nie ma wiedzy bez intuicji. Konkretniej: nie ma nowej wiedzy bez intuicji, ale że każda wiedza była kiedyś nowa, to nie ma wiedzy bez intuicji. Jest taka myśl, iż nie da się nauczyć człowieka tego, o czym myśli, że już to wie. Budując na niej: nie może wymyślić nic nowego ktoś, kto myśli, że już wszystko wie. Więcej nawet: nie może pomyśleć nic nowego ktoś, kto faktycznie wszystko wie – przynajmniej w obrębie jakiegoś systemu pojęć.

Ale to jeszcze nie wszystko. Postuluję, że generalnie nie może istnieć wiedza prawdziwa (albo zrozumienie prawdziwe) bez intuicji. Idea za tym stwierdzeniem przedstawia się następująco: prawdziwe rozumienie jest cyklem mającym trzy składniki. Pierwszy z nich to wiedza rozumiana jako informacja lub fakt o świecie. Drugim elementem cyklu jest logika oznaczająca rozumienie, intelekt czy sąd – zwróćcie uwagę, że jest to pojęcie szersze niż klasyczny rachunek zdań. Trzecim wreszcie elementem cyklu jest intuicja, rozumiana jak wyżej.

Ten cykl nie ma określonego kierunku przepływu, myśli i idee mogą w nim krążyć w obu kierunkach. Rozważmy kilka prostych przykładów przepływów. Pierwszy z nich rozpoczyna się od wiedzy, może to być obserwacja jakiegoś zdarzenia. Obserwacja ta zostaje poddana intelektualnej ocenie, stawiane są pytania: co się wydarzyło? Czy to dobrze czy źle? Jak to rozumiemy? Odpowiedzi na te pytania trafiają do intuicji i tworzą w niej nowe przekonanie albo modyfikują istniejące. Intuicja zostaje wyposażona w nowe właściwości, które mogą stać się działaniem tu i teraz albo automatyczną odpowiedzią w przyszłości.

Drugi przebieg cyklu to odwrócenie kierunku, czyli zaczynając od obserwacji zdarzenia przechodzimy do intuicji, reagujemy na nie intuicyjnie. Intelekt wchodzi na kolejnym etapie, oceniając i badając intuicyjną reakcję. Efekty tego badania stają się częścią naszego rozumienia sytuacji, częścią naszej wiedzy.

Jest tutaj wiele otwartych pytań. Pierwsze z nich: czy cykle dotyczące różnych obserwacji, różnych przekonań itp. są od siebie oddzielone czy jest to może jeden wielki poplątany cykl? Jak cykl łączy się z działaniem? Czy każdy z jego trzech elementów może być punktem wyjścia do działania? A może tylko intuicja i intelekt podczas gdy wiedza pozostaje bierna? Czy da się stwierdzić, co jest faktycznie pierwsze, co inicjuje cykl? Może na podstawie zachowania małych dzieci dałoby się to rozstrzygnąć? Kiedy ten cykl się zaczyna w naszym życiu?

Niezależnie jednak od odpowiedzi na te pytania, jest jasne, że w tym modelu intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Jest zarówno źródłem, jak i tworem prostej wiedzy i logiki. Z niej wypływają interpretacje rzeczywistości. Z niej wypływają pomysły do logicznego zbadania.

Może ten cykl zawsze musi się zaczynać od intuicji? Od jakiegoś założenia, które zostało przyjęte bez sprawdzenia?

Nie da się funkcjonować bez intuicji

Przypuszczamy, że intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Pójdźmy jeszcze krok dalej i zastanówmy się, czy intuicja nie jest też niezbędnym elementem naszego funkcjonowania, czyli że bez intuicji nie bylibyśmy w stanie myśleć i działać.

Każde nasze działanie jest intuicyjne. W poprzednim rozdziale pytaliśmy, z którego miejsca w cyklu może zacząć się działanie. Tutaj postuluję, że każde działanie rozpoczyna się od intuicji. Nie oznacza to, że logika i wiedza nie mają wpływu na nasze działania – mają, ale tylko o tyle, o ile są w stanie przekształcić intuicję.

Moje przypuszczenie zasadza się na biologicznej obserwacji tego, jak skomplikowane jest każde nasze działanie. Nawet patrząc na nie czysto fizjologicznie, podniesienie szklanki z herbatą to proces, który angażuje miliardy komórek. W jego trakcie wydzielane są hormony, napinają się mięśnie i tysiące impulsów z informacjami przebiega w tę i z powrotem po włóknach nerwowych. Ustalane są kąty, płaszczyzny i siły, tak że herbata, zazwyczaj, nie wylewa się z kubka. Wszystko to dzieje się w ułamku sekundy.

Ale to nie tylko mięśnie. To także sama decyzja, czy chcę wziąć łyka herbaty, jeśli to z tego powodu unoszę szklankę. Sygnały z ciała o stopniu jego nawodnienia mieszają się ze wspomnieniami smaku herbaty i jej uśmierzających pragnienie właściwości. Gdzieś tam w tle przebiegają alternatywy: szklanka wody, kostka lodu, soczek. Herbata jest jednak tu pod ręką, jest pyszna, jest gorąca – musimy pamiętać, by łykać ją ostrożnie – i lekko pobudza dzięki zawartości kofeiny. Ponownie, to wszystko musi się wydarzyć w ułamku sekundy.

Te procesy nie miałyby szans zajść, jeśli nie byłyby napędzane przez intuicję i automatyzmy – które można rozumieć jako pewne formy intuicji. Dlatego też twierdzę, że nie da się działać i funkcjonować bez intuicji i jedyne, co możemy robić, to dbać o jej jakość. Na początku pisałem o intuicji jako o szybkim myśleniu, ale może to jest jedyne praktyczne myślenie?

Jest taka stoicka koncepcja exetazein, którą ja rozumiem jako uwewnętrznienie ćwiczeń stoickich, uczynienie z nich nawyku, odruchu, automatycznego elementu funkcjonowania. Koncepcję tę możemy rozumieć jako intuicję rozwiniętą na stoicką modłę. W trakcie pracy nad sobą modyfikujemy ją tak głęboko i w sposób celowy, tak że staje się manifestacją filozoficznych cnót.

Iluzja cyklu

Kiedy pisaliśmy o cyklu intuicja-wiedza-logika traktowaliśmy go w taki sposób, jakby każdy z tych etapów mógł rozgrywać się samodzielnie. To założenie nie musi jednak być prawdziwe. Alternatywą jest rozgrywanie się trzech elementów „cyklu” jednocześnie, bez ścisłego rozdziału na fazy. W tym rozumieniu intuicja, logika i wiedza są tylko punktami skupienia czy etykietami, które przypisujemy pewnym formom funkcjonowania naszej myśli.

W rzeczywistości jednak wszystkie one mogą zachodzić jednocześnie, a jedyne co się zmienia to intensywność każdej z tych kompetencji. To sprowadza nas do rozumienia myślenia jako procesu amorficznego – może nawet nie procesu, bo to już sugeruje kierunkowość – działania amorficznego, bez wyraźnie określonych etapów, struktury i kierunku.

Współczesne myślenie jest silnie inspirowane pojęciami procesu, algorytmu, struktury danych, zaczerpniętymi z informatyki i programowania komputerów – choć niektóre z nich mają niewątpliwie wcześniejszy rodowód. To może sprawiać, że jesteśmy poddani zniekształceniu poznawczemu. Próbujemy dopasować nasze myślenie o myśleniu do schematów skonstruowanych dla maszyn liczących – maszyn, które miały myślenie symulować przynajmniej w pewnych aspektach.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego metody stworzone, by automatycznie dodawać dwa do dwóch miałyby być skuteczne w opisywaniu ludzkich procesów myślowych? Mają wprawdzie tę zaletę, że są proste i dość łatwo jest nam o nich mówić. Prostota może być jednak zwodnicza, może zachęcać nas do korzystania z tego rozwiązania, nawet jeśli nie do końca pasuje do sytuacji. Warto się tu zatrzymać i zastanowić, czy nie robimy tego tylko dlatego, że myślenie o działaniu amorficznym jest tak boleśnie trudne.

Pułapka wiedzy

Można powiedzieć, że głęboka i precyzyjna wiedza jest wrogiem twórczego działania. Im lepiej znamy tematy, tym trudniej nam stworzyć coś co wyłamie się ze schematu, w którym operujemy. Będziemy raczej odtwarzać to co znamy, niż tworzyć coś nowego. Tak jest dla nas niewątpliwie bezpieczniej i nie jest to nic fundamentalnie złego. Jeśli chcemy wykonywać, możemy nauczyć się schematów i ignorować naszą intuicję.

To bywa skuteczną strategią, a czasem jest koniecznością. W końcu tworzenie precyzyjnej maszyny, budowanie mostu, pisanie ustawy, rozwiązywanie równania matematycznego to nie miejsce na intuicyjne spekulacje.

Warto jednak, byśmy zdawali sobie sprawę, że płacimy za to cenę. Nie będziemy twórczy, nie odkryjemy nic nowego, nie zrewolucjonizujemy swej dziedziny. Jeżeli chcemy osiągnąć którąś z tych rzeczy, to musimy odpuścić precyzję i zostawić nieco miejsca intuicji. Dodatkowo, co często jest najtrudniejsze, musimy pogodzić się z tym, że wielokrotnie więcej razy się pomylimy niż będziemy mieli rację.

Zmiana wymaga popełniania błędów i nie chodzi tu o to, że jak uczymy się czegoś nowego, to robimy coś źle, bo jeszcze tego nie umiemy. Chodzi o to, że proces zmiany to proces popełniania błędów, odrzucania tych nieprzydatnych, zachowywania obiecujących i popełniania ich ponownie. Błąd nie jest konsekwencją zmiany. On jest jej paliwem.

Jeżeli rezygnujemy z popełniania błędów, jeżeli zakładamy, że wiemy i znamy jakiś temat, jeżeli uznajemy, że potrafimy coś robić, to zamykamy sobie drogę do zmiany. To jest pułapka wiedzy i umiejętności. Jeżeli zdecydujemy się w niej zamknąć, to róbmy to świadomie.

Pułapka braku kompetencji

Przywołaliśmy wcześniej metaforę ewolucji do zobrazowania twórczej roli intuicji. Powróćmy do niej teraz, by zobrazować największe zagrożenie, jakie jest związane z naszą intuicją.

Ewolucja, żeby mogła zachodzić, potrzebuje nie tylko błędów kopiowania. Potrzebuje też mechanizmu ich selekcji. Muszą być elementy w środowisku, które premiują pewne cechy, a defaworyzują inne. Dzięki temu nieprzydatne zmiany i mutacje wymierają, a korzystne są propagowane naprzód do kolejnych pokoleń. Błąd kopiowania generuje błędy. Selekcja wybiera z nich te korzystne.

Rozwój myśli podobnie: nie wystarczą same intuicyjne pomyłki, niezbędny jest mechanizm ich oceniania i doboru. Jeżeli nie mamy takowego mechanizmu, to polegając na intuicji nie stworzymy nic nowego, tylko wygenerujemy ogromny, potencjalnie niebezpieczny chaos.

Praktyczny przykład: wiedza medyczna. Każdy z nas posiada jakąś intuicję co do swojego zdrowia. Wyobrażamy sobie, ba, jesteśmy święcie przekonani, że wiemy, co nam służy. To najprawdopodobniej iluzja.

Nasza intuicja może generować myśli i pomysły w każdej dziedzinie, od wiązania sznurowadeł po loty w kosmos. Generuje je także w obszarze wiedzy medycznej. Wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszego zdrowia. Pamiętamy zresztą z przeszłości, że poradziliśmy sobie z jakimś bólem głowy czy przeziębieniem. To utwierdza nas w przekonaniu, że możemy polegać na swojej intuicji.

To błąd. O ile nie ma wśród nas lekarzy, to nie mamy kompetencji do tego, by określić, czy nasza intuicja medyczna jest poprawna. To tak samo, jakby ewolucja miała zachodzić na podstawie samych błędów kopiowania z wadliwym albo całkiem bez mechanizmu selekcji. Najpewniejszym efektem takiego działania będzie niebezpieczny chaos.

Nie ufajmy swojej intuicji w sprawach medycznych, polegajmy na opinii lekarzy. Ta sama logika ma zastosowanie do polityki, wojskowości, fizyki, chemii, psychologii, socjologii, historii, ekologii etc. Jeśli nie mamy kompetencji w jakiejś dziedzinie szczegółowej, to zawieśmy naszą intuicję na kołku i zaufajmy specjalistom lub zacznijmy pracować nad zdobyciem koniecznej wiedzy. Zawód lekarza to jedyne 10–12 lat nauki i możemy zacząć na swej intuicji polegać!

Podsumowanie

Intuicja to nie luksus ani przeszkoda. Intuicja to egzystencjalna konieczność. Jest częścią naszego myślenia i rozumienia świata, czy się nam to podoba, czy nie. Prawdziwą sztuką jest zrozumieć, kiedy możemy jej zaufać, kiedy chcemy jej zaufać, a kiedy ufać jej nie powinniśmy za nic.

Możemy nad nią pracować, wzbogacać ją o nowe kompetencje, ale nie łudźmy się, że kiedykolwiek uczynimy ją idealną. Zamiast tego bądźmy świadomi jej ograniczeń, unikajmy zagrożeń, które w sobie niesie, a stanie się dla nas potężnym narzędziem.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy ja myślące jest w nas jedno, czy to raczej stały dialog różnych ośrodków myśli?

Pytanie, które sobie dzisiaj stawiamy, jest fundamentalne dla zrozumienia ludzkiej konstrukcji psychicznej. Czy jesteśmy kolekcją wielu różnych „osób” zmieniających się zależnie od okoliczności u steru ciała? Czy może nasza osobowość jest monolitycznym tworem, skomplikowanym i wielowymiarowym, ale jednak jednolitym? Nie odpowiemy na to pytanie w pełni, ale zastanowimy się, czy mamy do czynienia z prostą dychotomią. Zaproponujemy kilka możliwości interpretacji i rozważmy argumenty za i przeciw przyjęcia którejś z nich. Wreszcie zadamy pytanie o to, czy te rozważania mają znaczenie, czyli czy odpowiedź na dzisiejsze pytanie niesie ze sobą jakieś praktyczne konsekwencje.

Pozorna dychotomia?

Pytanie zadane w tytule zdaje się sugerować następującą dychotomię: albo ja myślące jest jedno (monolit) albo jest wiele ośrodków myśli (wiele ja). Na pierwszy rzut oka ta dychotomia jest sensowna, rozważmy jednak następujące alternatywy:

  1. ja płynne (ciągłe) – wprawdzie technicznie jest to jedno ja, ale nie ma monolitycznego charakteru. Może mieć w sobie ośrodki skupienia, centra myśli i przekonań, które wykazują silną niezależność. To jedno ja, które manifestuje się jako wiele ośrodków myśli;
  2. ja continuum – ja nie składa się z dyskretnych oddzielnych osobowości, ale jest czymś ciągłym i może płynnie przechodzić między stanami. Myśl podobna do pierwszej, ale bez koncepcji „punktów skupienia”. Ten przypadek będzie się manifestował bardziej jako jedno ja, które zmienia się, ewoluuje;
  3. Ja, które rozpada się i łączy w czasie. W pewnych okresach jest tylko jedno ja, w innych rozkłada się ono na wiele ośrodków myśli. To hybryda naszych dwóch biegunów;
  4. wiele ośrodków myśli, które nie są w dialogu. To nawiązanie do pełnej wersji pytania, które zakłada, że w przypadku wielu ośrodków myśli będą się one porozumiewać. To założenie nie jest konieczne.

Przypuszczam, że można podać jeszcze więcej alternatywnych podejść. Pozostaje jednak do rozważenia, czy te możliwości unieważniają sens początkowego pytania? Jeżeli pytamy o fundamentalną naturę konstrukcji człowieka, to te różnice są ważkie i nie powinniśmy pozostawać przy prostej dychotomii. Jednak jeżeli bardziej interesują nas praktyczne aspekty, to pierwsze dwa przypadki można rozumieć jako nieistotne wariacje opcji wielu ośrodków myśli, podobnie punkt czwarty, jeśli rozluźnimy wymaganie dialogu między ośrodkami. Pozostanie nam punkt trzeci, który jest trudny do zignorowania także z praktycznego punktu widzenia. W związku z tym dodam tę opcję do dalszych rozważań, by sprawdzić, czy wnosi coś fundamentalnie odmiennego.

Od choroby do normy

Jako pierwszą przesłankę w naszej dyskusji chciałbym podnieść stan chorobowy związany z rozszczepieniem jaźni. To rzadko spotykane zaburzenie objawia się wytworzeniem u osoby nim dotkniętej dwóch lub więcej osobowości. Osobowości te mają różne charaktery, wspomnienia, wiek czy imię. Funkcjonują w dużej mierze jako niezależne byty, często nie mając świadomości istnienia pozostałych osobowości.

Ten przypadek zdaje się jasno korespondować z koncepcją wielu ośrodków myśli. Trudno sobie wyobrazić, by poziom rozdzielenia u osoby dotkniętej rozszczepieniem jaźni mógł mieć miejsce, jeśli jest w nas jedno ja. Bez trudu natomiast da się go pogodzić z koncepcją wielu ośrodków myśli, które w przypadku tego zaburzenia tracą ze sobą kontakt.

Ten przypadek jest spójny z koncepcją hybrydową, czyli ja, które może się łączyć i rozdzielać. Przykładowo przed rozwinięciem się choroby pacjent miał jedno ja, które uległo rozdzieleniu na kilka w wyniku jej działania. Można też sobie wyobrazić, że istnieje jedna osobowość łącząca wszystkie, od której oddzielają się, w sprzyjających warunkach, poszczególne osobowości.

To powiedziawszy, warto zwrócić uwagę, iż nie możemy z całą pewnością ekstrapolować stanu chorobowego, jakim jest rozszczepienie jaźni, na funkcjonowanie zdrowego umysłu. Może być tak, iż poprawnie funkcjonujący mózg wytwarza jedno ja i tylko w przypadku zaburzeń może ono ulec rozpadowi. Nie jest to więc finalna odpowiedź na nasze pytanie, ale jest to dowód, że podział na wiele ośrodków myśli jest możliwy.

Obserwacja samego siebie

W swoim codziennym funkcjonowaniu rozpoznaję kilka różnych sposobów myślenia, które manifestują się w zależności od sytuacji. W niektórych przypadkach mogę wybrać, by wejść w dany tryb, w innych jeden z trybów uruchamia się automatycznie. Kilka przykładów: ja refleksyjne (w przeglądzie siebie), ja działające (w intensywnej pracy), ja rozemocjonowane (w porywie emocji) itp.

Te sposoby myślenia są od siebie na tyle odmienne, iż interpretuję je jako oddzielne ja. Efekt jest na tyle wyraźny, że mogą one wejść ze sobą w dialog. Szczególnie w przypadku „ja refleksyjnego”, w toku przeglądu siebie (LINK) zwraca się ono do pozostałych ja w formie monologu niekiedy przechodzącego w rozmowę.

Konsekwencje aktywności jednego z tych sposobów myślenia są daleko idące. Zmienia się moje zachowanie, czyli podejmuję inne decyzje na podstawie tych samych danych wejściowych. Zmienia się mój sposób mówienia, moje słownictwo itp. To głębokie przeobrażenia, które mogą wskazywać na różnice w celach, wartościach a nawet różnice etyczne pomiędzy poszczególnymi trybami.

Choć wszystko, co powyżej napisałem może być wyjaśnione przez różne tryby funkcjonowania jednego ja, jak i przez wiele ośrodków myśli, intensywność tego podziału – zwłaszcza zmiany w sferze wartości i etyki – skłania mnie ku tej drugiej opcji. W tym kontekście pojawia się też pytanie ze wstępu: czy jeśli jedno ja manifestuje się w praktyce w sposób nierozróżnialny od wielu, to rozróżnianie ich ma jakiś cel? Warto tu też nadmienić że powyższa obserwacja jest zasadniczo spójna z trzecią alternatywą, czyli ja, które może się dzielić lub łączyć w jedną całość.

Czy to mocna przesłanka za koncepcją różnych ośrodków myśli? Niezbyt. Warto unikać odniesień do własnego doświadczenia, kiedy próbujemy rozstrzygnąć jakieś pytanie – chyba, że to pytanie konkretnie o nasze doświadczenia, preferencje, odczucia. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, badania naukowe są lepszym przybliżeniem prawdy niż doświadczenie jednostki, nawet jeśli ową jednostką jesteśmy my sami. Po drugie, gdy nie ma konsensusu naukowego, ale jest statystyka, jest ona lepszym przybliżeniem prawdy niż nasze doświadczenie – jest ono tylko jednym punktem danych pośród tysięcy uwzględnionych w statystyce. Po trzecie, nasze doświadczenia dotknięte są zwykle błędami poznawczymi. Przykładowo, ja zaczynając pisać ten artykuł miałem półświadome przekonanie, że odpowiedzią na pytanie w tytule jest: oczywiście, że jest wiele ośrodków myśli. To oznacza, że moje myślenie jest wypaczone pod tą tezę! Z tego powodu warto zawsze sceptycznie podchodzić do konkretnych wniosków – szczególnie własnych – a koncentrować się na zasadności argumentów.

Obserwacja innych

Choć wobec innych nie mamy tego poziomu wglądu jak względem samych siebie, to w zamian mamy większą dozę obiektywności. W związku z tym obserwowanie słów i zachowań innych osób jest interesującą poszlaką w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie.

Widzę u innych ludzi, jak zmienia się ich zachowanie w zależności od grupy, w której się znajdują. Modyfikacji ulega język, jakiego używają, ich mowa ciała, ton głosu itd. Najbardziej wyraźnie tę różnicę można dostrzec pomiędzy sytuacją formalną a sytuacją towarzyską – różnice we wszystkich wymienionych elementach bywają wtedy głębokie i wyraźne.

Kolejna obserwacja to zmiana deklarowanych poglądów, znowu w zależności od grupy osób, w której ktoś się znajduje. Zazwyczaj jest to połączone z elementem dostosowania się do standardu panującego w danej zbiorowości. Czasem ma to formę jedynie potakiwania, czasami faktycznego głoszenia.

Ostatnia obserwacja, to zmiana czynów, co możemy rozumieć jako realną zmianę poglądów i wartości – człowiek realizuje inne poglądy i wartości zależnie od kontekstu społecznego w którym się znajduje. Ta zmiana jest najgłębsza ze wszystkich wymienionych. Dwie pozostałe można wytłumaczyć jednym ja, które przystosowuje się do sytuacji, zachowuje się oportunistycznie. Tę jednak ciężej uzasadnić w ten sposób, a nawet jeśli to rodzi się pytanie: jak taka osoba unika beznadziejnego konfliktu moralnego, jeśli mamy do czynienia z jednym ja?

Te obserwacje choć ciekawe mają swoje ograniczenia. Po pierwsze, nie prowadzę ścisłego rejestru zachowań innych ludzi, brak mi więc twardych danych. Po drugie wielu ludzi znam tylko z jednego typu sytuacji, na przykład z gruntu towarzyskiego, nie mam więc porównania. Po trzecie nie mam dostępu do procesów myślowych tkwiących za tymi zewnętrznymi przejawami, nie mogę więc mieć pewności, że u ich podstawy leżą realnie oddzielone ja.

Czy to mocna przesłanka? Przy odpowiednio dużej ilości obserwacji, potencjalnie tak. Na pewno jest silniejsza od poprzedniej, bo obserwacja kilku osób, to więcej niż obserwacja jednej(siebie). Żeby jednak nabrała mocy to potrzebowalibyśmy zgromadzić dobrą statystykę z tysięcy przypadków, zebraną zgodnie ze sztuką itd. Ja takich statystyk nie posiadam, nie mogę więc wyciągać ostatecznych wniosków.

Istnienie konfliktów wewnętrznych

Ludzie bywają skonfliktowani wewnętrznie. Znamy to z własnego doświadczenia, z tych trudnych momentów w życiu, gdy musimy wybierać, a nie potrafimy określić, która opcja jest właściwa. Znamy to z opowieści innych ludzi i ich zmagań z niemożnością pogodzenia duchowych sprzeczności. Znamy to wreszcie z literatury, gdzie motyw moralnych i etycznych rozterek jest jednym z najpowszechniejszych tropów literackich. Historie osnute wokół konfliktów wewnętrznych fascynują nas nieodmiennie od wieków i nie bez powodu – w historiach tych bowiem rozpoznajemy siebie.

Skoro istnienie konfliktu wewnętrznego wydaje się być wielce prawdopodobne, to rodzi się pytanie: czy jedno ja może być skonfliktowane? Inaczej można to ująć, pytając: czy konflikt wymaga dwóch lub więcej stron?

Jeżeli założymy, że konflikt wewnętrzny jest bliski lub tożsamy w swojej mechanice ze „standardowymi” konfliktami międzyludzkimi, to musimy przyjąć, że istnieją w człowieku co najmniej dwie istoty (ośrodki myśli), między którymi dochodzi do konfrontacji. Czyli konflikt wewnętrzny to różnica zdań co do tego, co ważne lub tego, co dobre między dwoma, względnie niezależnymi, przejawami naszej osobowości.

To założenie nie musi być jednak prawdziwe. Zaproponuję tu jedną alternatywę: konflikt wewnętrzny to nie spór między dwiema stronami to sytuacja, w której jest niezwykle trudne, a wręcz niemożliwe, oszacowanie prawdopodobieństwa skutków naszych działań, prowadzące do tego, że nie mamy dobrej przesłanki, by dokonać wyboru. Innymi słowy, konflikt wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy przewidzieć następstw naszej decyzji, w związku z czym nie potrafimy zdecydować. Ta interpretacja nie wymaga istnienia wielu ośrodków myśli, choć im nie przeczy.

Ze względu na wspomnianą alternatywę tej przesłanki także nie możemy zaliczyć do szczególnie mocnych. Polega ona nadmiernie na jednej konkretnej interpretacji tego, czym jest konflikt wewnętrzny, która to interpretacja nie musi być słuszna.

Podsumowanie

Zebraliśmy kilka poszlak, które zdają się przemawiać za koncepcją dialogu różnych ośrodków myśli, nie wykluczając przy tym trzeciej alternatywy, o której wspomnieliśmy, czyli opcji hybrydowej. Żadna z przytoczonych poszlak nie jest moim zdaniem ostateczna, razem wzięte również nie wydają się stanowić przekonującego dowodu. Należy więc powiedzieć, że pytanie tytułowe pozostaje nierozstrzygnięte, z lekkim wskazaniem na wiele ośrodków myśli.

Zaznaczę tu, że mogą istnieć dane i badania z dziedziny nauk szczegółowych, których tu nie rozpatrzyliśmy, a które mogą stanowić mocniejsze dowody. Przykładowo, mogły być prowadzone badania zbierające statystyki tego, jak ludzie subiektywnie postrzegają swoje myślenie, albo badania wokół koncepcji konfliktu wewnętrznego, czy też badania kliniczne nad rozproszeniem jaźni. Każde z nich może stanowić istotny argument w dzisiejszej dyskusji. Na potrzeby tego artykułu celowo nie przeprowadziliśmy badań w tym kierunku, jako że naszym celem było przedstawienie pierwszego, intuicyjnego spojrzenia na ten problem – można powiedzieć, że badaliśmy zdanie laika w tej kwestii.

Ostatecznie pytanie, które ciąży nad całą powyższą analizą jest jeszcze innego rodzaju: czy to ma znaczenie? To znaczy, czy ma znaczenie, czy osobowość jest jedna czy rozproszona? Czy praktycznie możemy oczekiwać jakichś realnych różnic? Gdzie by takie różnice się przejawiały? Czy koncepcja jednego ja wyklucza istnienie nie tylko konfliktu ale i dialogu wewnętrznego? Czy to, jak żyjemy zależy od odpowiedzi na dzisiejsze pytanie?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czym jest synkatathesis (akt przyzwolenia)?

Preambuła

Dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów inspirowanych serią pytań i tematów, które uczestnicy Kolonii Stoickich otrzymali, z zadaniem wyboru jednego i przygotowania wystąpienia na jego temat. Tak się składa, że wszystkie te tematy są ciekawe i warte zastanowienia, pozwoliłem sobie, wobec tego, pożyczyć ich ideę i oprzeć na nich kilkanaście kolejnych blogowych tematów (nie wykluczając krótkich przerw). Zagadnieniem przewodnim całego cyklu jest myślenie i jego jakość.

Wstęp

Synkatathesis to grecki termin tłumaczony zwykle jako przyzwolenie lub akt przyzwolenia (także zgoda, akceptacja, uznanie za prawdę). Jest to decyzja, by zaakceptować wyobrażenie (phantasia) jako prawdziwe. Jako taka stanowi zwieńczenie cyklu poznawczego, który rozpoczyna się od aisthesis (wrażenie, doświadczenie, odczucie) – aktu wspólnego ludziom i zwierzętom, polegającego, w uproszczeniu, na zarejestrowaniu bodźca. W ludzkim umyśle, w odpowiedzi na aisthesis, tworzy się jego obraz w wyobraźni (phantasia), dopiero z tym obrazem pracuje nasz umysł. Phantasia (wyobraźnia, obraz, zjawisko, pozór) może być prawdziwe – czyli wiernie oddawać istotę aisthesis – albo fałszywe – zniekształcać wrażenie fałszywymi sądami. Ostatnim etapem tego cyklu jest synkatathesis – decyzja, czy phantasia jest prawdziwe, czy fałszywe i podjęcie działania odpowiedniego do tej decyzji. W tym schemacie aisthesis jest od nas całkowicie niezależne, nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza. Phantasia jest od nas niezależna w momencie, gdy już się stała, ale w zasadzie możemy modyfikować to, jakich phantasia będziemy dokonywać w przyszłości, pracując nad naszymi wyobrażeniami. Synkatathesis jest od nas w pełni zależne, a przynajmniej powinno takie być. W dalszej części artykułu zastanowimy się, jak mogą powstawać luki w tej zależności.

Przyzwolenie jednokrotne

Według stoików, każda decyzja składa się z trzech etapów, o których wspomnieliśmy we wstępie. Wszystko zaczyna się od aisthesis, czyli wrażenia lub bodźca. We współczesnym języku możemy ten element zrozumieć jako sygnał wygenerowany przez jeden ze zmysłów i przekazany do mózgu. Warto tu na marginesie wspomnieć, że zmysły zbierają sygnały zarówno z naszego otoczenia, jak i z wnętrza naszego ciała. Ostatecznie mamy tu do czynienia z impulsem elektrycznym i chemicznym, który dociera z peryferii układu nerwowego do jego centrum. Impuls ten ma jakiś obiektywny kształt i niesie realną informację. Celowo piszę tu o kształcie i informacji jako realnej, zamiast pisać o rzeczywistym wydarzeniu czy obiekcie, które opisują, bo realność tych pierwszych jest, z perspektywy naszego umysłu/mózgu, pewna, ale tych drugich już nie. Zmysły mogą wysyłać fałszywe sygnały – jest to zwykle objaw choroby lub manipulacji – a mózg nie ma pozazmysłowych sposobów ich weryfikacji.

Aby wrażenie zmysłowe mogło zostać poddane dalszej, nazwijmy to, obróbce, musi zostać przekształcone z wejściowego impulsu elektrochemicznego na obraz, czyli phantasia. Słowo obraz należy tu rozumieć luźno, jako kolekcję obrazów, dźwięków, słów, nastrojów itp. Należy też przypuścić, że na jedną phantasia złoży się wiele aisthesis – mózg nie rozpatrzy każdego impulsu zmysłowego z osobna, ale już na tym etapie zsyntetyzuje je w jeden twór. W tym momencie możemy mieć do czynienia z poważnymi zniekształceniami. Po pierwsze, synteza wielu wrażeń w jedno wyobrażenie może przebiec niepoprawnie: ważne impulsy zostaną pominięte, bo będą zbyt słabe, mało istotne zostaną wyolbrzymione, niepowiązane wrażenia zostaną mylnie włączone do analizy. Przykład: ściśnięcie żołądka wywołane lekkim głodem zostaje złączone z widokiem osoby i zostaje zinterpretowane jako oznaka strachu. Po drugie, powstawanie phantasia jest efektem wyuczonych (wypracowanych) mechanizmów poznawczych. Mózg na różnych etapach naszego życia uczy się, jak interpretować konkretne sygnały i ich połączenia. Te wyuczone mechanizmy mogą zawierać błędy i zniekształcenia. Przykładowo, osoba, która wykształciła tendencję do postrzegania świata pesymistycznie, będzie skłonna interpretować widok chmury na horyzoncie jako zapowiedź nieprzyjemnego deszczu. Mechanizmy te będą przybierać przeróżne formy: nastrój, cecha charakteru, tendencyjność w myśleniu, wybiórcza ślepota itd. Większość z nich będzie czasem przydatna (wezmę parasol i nie zmoknę), a czasem niekorzystna (nie wyjdę z domu, bo może padać).

Formowanie się phantasia to ciekawy i złożony temat wykraczający jednak poza ramy dzisiejszego tekstu, bowiem naszym punktem kluczowym jest kolejny etap tego procesu, czyli synkatathesis.

Człowiek – i o ile wiemy, jest to jego unikalna właściwość – jest wyposażony w zdolność przyjęcia lub odrzucenia wyobrażenia. Oznacza to, że nim phantasia przerodzi się w działanie – coś, co byłoby bardziej charakterystyczne dla reakcji zwierzęcia – jest moment, w którym świadomie możemy ją przyjąć, odrzucić lub zmodyfikować. To właśnie synkatathesis – akceptacja wyobrażenia. Sama koncepcja jest w ogólnym zarysie prosta: do świadomości dociera phantasia, tam poddawana jest analizie. Badana jest jej logiczna spójność. Jest konfrontowana z przeszłymi doświadczeniami. Jest oceniana w kontekście wartości i potrzeb. Jeśli sytuacja tego wymaga, wyciągane są ciężkie działa: oceny etycznej i moralnej. W zależności od wyników tych testów następuje decyzja co dalej z naszym wyobrażeniem uczynić.

Ogólna idea jest prosta, ale już samo pobieżne spojrzenie na katalog potencjalnych badań, jakimi poddana może być phantasia, powinno nam uzmysłowić, że w praktyce wcale tak prosto nie jest.  To ma dwie ważne konsekwencje. Pierwsza konsekwencja to, że nasz leniwy mózg będzie starał się ten etap upraszczać, minimalizować, a nawet pomijać. Jest to całkiem logiczne, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy oszczędzania energii – a jest to według niektórych koncepcji główna kompetencja naszego mózgu – uruchamianie tak intensywnego procesu przy każdej drobnostce oznacza zużycie konkretnych kalorii, a jeśli to nas nie przekonuje, to rozważmy ile czasu, naszej mocy obliczeniowej, musimy poświęcić na takie badanie. W praktyce synkatathesis dla każdej phantasii może nie być możliwa. Druga konsekwencja to, że trudno oczekiwać, by proces przyzwolenia, za każdym razem przebiegł bezbłędnie. W tak skomplikowanych układach jest zbyt wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak, by móc spodziewać się zawsze poprawnego wyniku.

Jeśli idzie o pierwszą z konsekwencji, zaproponuję potencjalny sposób, w jaki nasze umysły radzą sobie z nią. Jeśli idzie o drugą, to wypada ją zaakceptować i jednocześnie uzmysłowić sobie, że synkatathesis to umiejętność jak każda inna pod tym względem, że aby dobrze działała, musi być trenowana i poddawana częstym refleksyjnym przeglądom i modyfikacjom. Na swój sposób praca nad tą zdolnością jest zasadniczym sensem stoickiego życia.

Przyzwolenie wielokrotne – nawyki

Każdego dnia nasz umysł przyjmuje tysiące wrażeń zmysłowych. Jeżeli każda z tych aisthesis miałaby być najpierw zamieniona na phantasia, a następnie poddana weryfikacji w synkatathesis, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Kiedy wiążemy buty, zapewne jest tak, że zaczynamy zazwyczaj od tego samego, albo lewego, albo prawego. O ile jakieś okoliczności nie sprawią, że taka kolejność będzie niepraktyczna, to nie musimy się nad tym zastanawiać, po prostu to robimy. Nie ma potrzeby, by poddawać nasze wyobrażenie o tym, który but należy zawiązać najpierw ocenie w synkatathesis. Czynność ta ma niewielkie znaczenie, nie ma żadnych implikacji moralnych, nie odnosi się do sfery wartości oraz jest przez nas wypraktykowana przez lata jej powtarzania. Możemy sobie więc pozwolić na zastosowanie skrótu.

Taki skrót określamy mianem nawyku. Wypracowaliśmy sobie nawyk wiązania najpierw prawego, a potem lewego buta i teraz stosujemy go automatycznie. Gdzieś na początku naszej przygody ze sznurowadłami musieliśmy jeszcze decydować, od której strony zacząć. Możliwe nawet, że mieliśmy wtedy praktyczne rozważania nad tym, jak jest nam wygodniej – mogą być chociażby dobre przesłanki do podjęcia tej decyzji związane z naszą dominującą ręką. W tamtych czasach praktykowaliśmy synkatathesis, by decydować, czy zawiązać najpierw prawy, czy lewy but.

Wypraktykowane w wielokrotnym powtarzaniu synkatathesis staje się nawykiem. Oczywiście do powstania nawyku koniecznym jest, by nasze wybory były spójne, byśmy w przeważającej większości przypadków podejmowali tę samą decyzję. Jeżeli stajemy często w jakiejś sytuacji, ale nasze wybory zmieniają się w nieprzewidywalny sposób za każdym razem, to nie dojdzie do wykształcenia się nawyku. Nawyk nie powstanie też, jeżeli sytuacja jest wyjątkowa, czyli zdarza się z niewielką częstotliwością.

Nawyki to potężne narzędzie poprawy efektywności naszego funkcjonowania. Pomyślcie, jak szybko i sprawnie idzie wam wiązanie butów. Jak niewiele zastanowienia wkładacie w tę obiektywnie dość skomplikowaną czynność. Tysiące nawyków, które wypracowaliśmy, każdego dnia optymalizują nasze działania, oszczędzając nam czas i energię.

Nawyki nie są jednak pozbawione pułapek i zagrożeń, szczególnie dlatego, że wiele z nich dotyczy spraw o wiele poważniejszych, bardziej skomplikowanych i trudniejszych w ocenie niż to, którego buta zawiązać najpierw. Wiele z naszych nawyków ma realny wpływ na nasze zdrowie, życie i działania moralne.

O kształtowaniu nawyków napisano i powiedziano wiele. W tym miejscu chciałbym zwrócić tylko waszą uwagę, że żaden nawyk nie jest wiążący. Generalnie mamy dostęp do argumentacji i procedury stojącej za nawykiem – w sensie wiemy, co i dlaczego robimy. W związku z tym mamy możliwość dokonania innego wyboru za każdym razem, gdy stajemy przed nawykowym działaniem. To niekoniecznie jest łatwe, ale na pewno jest osiągalne, a z każdą niezależną decyzją będzie łatwiej i łatwiej by nawyk przełamać.

Przyzwolenie podświadome – charakter

W ostatniej części tego artykułu chciałbym zaproponować pójście o krok dalej i rozważenie tego, co może się stać, gdy automatyczny synkatathesis przejdzie do podświadomości. Rozumiem to jako wyższy poziom nawyku, schemat, który jest jeszcze bardziej utrwalony i automatyczny.

Postuluję, że nawyk, który stał się podświadomym staje się tym, co zazwyczaj określamy mianem cechy charakteru czy usposobienia osoby. Przykładowo, ktoś kto dokonuje regularnie wyboru by spędzać czas bez towarzystwa innych osób, wytwarza w sobie nawyk samotnika. W miarę upływu czasu cały proces decyzyjny przechodzi do podświadomości. Rozumiem to jako dalszą optymalizację procesu. Nawyk jest działaniem bardzo skróconym, ale jednak świadomym. W zasadzie wiemy dlaczego robimy to co robimy i, nawet jeśli nie w momencie działania, to po fakcie jesteśmy w stanie odtworzyć nasze uzasadnienie. Przeniesienie tej maszynerii do podświadomości, choć skutkuje utratą łatwego wglądu w jej logikę, pozwala nam zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i energii.

Kiedy nawyk staje się podświadomy, przekształca się w cechę charakteru. Tak nasz przykładowy człowiek wybierający samotność nabiera z czasem cechy samotnika. To ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, tracimy dostęp do powodów naszego działania, nie do końca wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Po drugie, przestajemy myśleć o tych sytuacjach w kontekście wyboru, a zaczynamy myśleć o nich w kontekście preferencji. Przykładowo, nie wybieram dziś samotności, ja ją preferuję. Po trzecie, odbieramy sobie sprawczość w danej sprawie, co powiązane jest z poprzednim punktem – to już nie jest mój wybór, tak po prostu jest, taki po prostu jestem. Po czwarte, zaczynamy myśleć o tych cechach jako o niezmiennych właściwościach – jak w poprzednim punkcie, taki po prostu jestem, przecież tego nie zmienię.

Podobnie jak w przypadku nawyków, posiadanie cech charakteru nie jest niczym złym, wręcz jest to niezbędne przystosowanie ewolucyjne, które pozwala nam kompresować czas potrzebny na decyzję i w efekcie skutecznie działać w skomplikowanym świecie. Nie ma też powodów, żeby uważać, że te czy inne cechy charakteru są obiektywnie lepsze lub gorsze – jest raczej kwestią indywidualnych preferencji i wartości, które z nich chcielibyśmy przyjąć.

Jest jednak potencjał do zła, który tkwi we wspomnianych wyżej konsekwencjach. Obraca się to wokół założenia, że cechy charakteru są niezmienne. To jest złe założenie. W proponowanym przeze mnie spojrzeniu, cechy charakteru są w swojej esencji wyborami, a jako takie mogą być zmieniane i podejmowane na nowo w każdej sytuacji.

To, że chcę być sam, to nie jest wyrok losu czy niezmienna konieczność. To jest wybór i nie chodzi mi o to, że chcę być sam, więc decyduję się być sam. Nie. Wyborem jest już samo „chcę”, ta chęć bycia w samotności jest wyborem, pomimo że sobie tego zazwyczaj nie uświadamiamy.  Nawet jeśli mamy skłonność do introwersji – która jest kategoryzowana jako cecha osobowości, a modyfikowanie tychże może nie być możliwe – co może sprzyjać wytworzeniu się nawyku, a następnie charakteru samotnika, to go nie gwarantuje. Można być towarzyskim introwertykiem i samotniczym ekstrawertykiem.

Powyższe rozważanie nie oznacza, że musimy zaraz rzucić się, by zmieniać swoje cechy charakteru. Jeśli, te które mamy dobrze nam służą i idą w parze z naszymi wartościami i tym czego chcemy od życia, to świetnie. Warto jednak, byśmy zadawali sobie pytania o nasz charakter. To szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż gro naszych cech wykształciło się i utrwaliła w dzieciństwie – czyli w czasach gdy nasze możliwości, trudności i aspiracje były fundamentalnie odmienne od tego z czym mamy do czynienia dziś i mogą nam już nie służyć.

Podsumowanie

Synkatathesis jest ostatnim etapem procesu przyswajania i przetwarzania rzeczywistości dokonywanego przez nasz umysł. To jego najbardziej wymagająca energetycznie i czasowo część. Jednocześnie we wszystkich sytuacjach, które wymagają głębszego zastanowienia moralnego lub namysłu nad wartościami, to najważniejszy etap. W nim zawiera się bowiem nasza ludzka zdolność do niepoddawania się instynktom i pierwszym wrażeniom. W nim jest przestrzeń na refleksje.

W praktyce synkatathesis musi być przez mózg kompresowany. Jest zbyt długie, zbyt czasochłonne, by mogło funkcjonować w ten sam, w pełni świadomy sposób wobec każdego wrażenia i każdej związanej z nim decyzji. W efekcie wyrabiamy sobie nawyki, czyli automatyczne przyzwolenia założone z góry dla podobnych do siebie sytuacji. To narzędzie optymalizacji, które cementuje pożyteczne procesy bez konieczności powtarzania za każdym razem argumentacji. Jest to także system, który może utrwalać szkodliwe zachowania i jako taki powinien podlegać okresowej kontroli i modyfikacji.

Sugeruję, że jest jeszcze jeden etap automatyzacji synkatathesis – przekształcenie nawyku w cechę charakteru. Oznacza to przeniesienie procesu decyzyjnego do podświadomości, co pozwala wykonywać go jeszcze szybciej i jeszcze mniejszym kosztem energetycznym. Korzyści z tego rozwiązania są równie oczywiste, co przy nawykach – nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek nie posiadający żadnej cech charakteru. Oczywiste są także idące z nim zagrożenia utrwalania szkodliwych zachować i tendencji. Tak jak przeglądamy i zmieniamy swoje nawyki, tak powinniśmy przeglądać swój charakter i pracować nad ukrytymi w nim synkatathesis. Trud ten, a nie jest to zajęcie łatwe, to fundamentalna ścieżka stoickiego życia.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).