Rola filozofii w procesie wychodzenia z uzależnienia

Rola filozofii życia w procesie wychodzenia z uzależnienia

Dzisiejszy tekst będzie oparty na moich osobistych doświadczeniach. Jak zapewne większość czytelników bloga wie, jestem osobą uzależnioną od alkoholu i pozostaję trzeźwy od prawie czterech lat. Uważam, że w mojej drodze trzeźwienia niebagatelną rolę odegrała filozofia – konkretnie stoicyzm. Chciałbym dzisiaj przedstawić wam poszczególne etapy mojego zainteresowania tą antyczną szkołą myśli i to, jak oddziaływały one z procesem radzenia sobie z chorobą alkoholową.

Będę starał się wskazać, w jakich aspektach stoicyzm był dla mnie pomocny i w jaki sposób przyczynia się nadal do mojego trwania w trzeźwości. Na dziś nie chcę wyciągać ogólnych wniosków ze studium mojego przypadku, choć uważam, że jest w nim potencjał do dalszych badań. W następnych krokach i kolejnych artykułach będę chciał spróbować umieścić zaobserwowane przeze mnie efekty w ramach wiedzy naukowej o terapii uzależnień, tak jak ją rozumiem.

Na dziś jednak skoncentrujmy się na wydarzeniach z mojego życia, pamiętając, by nie poddać się pokusie nadmiernego uogólniania tego jednostkowego, koniec końców, przypadku.

Rozdział 1: Czas chwilę po rozstaniu się z alkoholem. Pierwsze tygodnie. Co robić ze swoim czasem?

Kiedy wracam myślami do pierwszych dni po zaprzestaniu picia, dwie emocje wysuwają się na pierwszy plan. Jedną z nich jest żal – smutek po stracie. Wspominam te dni jako przesiąknięte przekonaniem, że coś cennego się kończy, że to, co przede mną będzie gorsze lub niepełne. Wiązało się to z brakiem pomysłu na to, jak zagospodarować swój czas. To mistyczne pytanie prześladujące wszystkich świeżych alkoholików: co się robi w piątek wieczór, jak się nie pije?

Druga emocja, która odcisnęła się piętnem na moich wspomnieniach z tamtych dni, to był strach. Mój stary towarzysz, którego alkohol miał niby odpędzać, a którego w rzeczywistości wywoływał, pogłębiał i zapraszał. Czego się bałem? Wszystkiego, ale było kilka aspektów, które jawiły się jako szczególnie straszne. Samotność – w głowie miałem wizję, że utracę wszystkich przyjaciół i znajomych, tak jakby jedyne co nas łączyło to alkohol. Wstyd – paniczny lęk przed oceną przez innych jako ktoś słaby i żałosny, tak jakby opinia ludzi determinowała kim jestem. Nuda – i ponownie to samo pytanie: co się robi w piątek wieczór, jak się nie pije?

Na początku odpowiedź brzmiała: w piątek wieczór ogląda się seriale, gra w gry i je dużo tłustych lub słodkich przekąsek. Na tamtą chwilę musiało to wystarczyć, ale już wtedy przeczuwałem, że to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę.

Rozdział 2: Pierwsza książka o stoicyzmie, przypadkowo złapana w księgarni, gdy czekałem na wizytę u lekarza. Fascynacja.

Krótko po rozpoczęciu trzeźwego życia zdecydowałem się na wykonanie przeglądowych badań medycznych. Chciałem sprawdzić, jak się ma moje ciało po tych latach zmagań z alkoholem, określić, w pewnym sensie, gdzie zaczynam i uzyskać wskazówki co do kierunku przyszłego dbania o zdrowie. Badania odbywały się w przychodni jednej z większych medycznych sieci, która zlokalizowana była w obecnie wyburzanych Arkadach Wrocławskich.

Pomiędzy poszczególnymi badaniami były przerwy różnej długości. Korzystałem z nich, aby wyjść do galerii handlowej, wypić kawę i rozejrzeć się po sklepach. Tak zbłądziłem między innymi do jednej z księgarni. Czas był to dla mnie trudny, szukałem nowych rozwiązań i podejść do życia, a to przyciągnęło mnie do sekcji z wszelkimi poradnikami. Rozglądałem się po półeczkach, aż mój wzrok przykuła książka „Jak zostać stoikiem. Odporność emocjonalna i pozytywne nastawienie” autorstwa Matthew van Natta.

Już wtedy wiedziałem, że uzależnienie jest chorobą emocji – o czym dowiadywałem się przede wszystkim ze świetnych rozmów w podcaście „Sekielski o nałogach”, w którym i sam później wystąpiłem – przez co „odporność emocjonalna” w tytule wielce mnie zainteresowała. Nie wiedziałem jeszcze, co to jest stoicyzm. Miałem o nim dość mgliste popkulturowe pojęcie związane głównie z frazą „stoicki spokój”, ale zarówno odporności, jak i pozytywnego nastawienia mi brakowało. Skusiłem się więc na zakup książki.

Książka ta nie jest zbyt długa ani gęsta tekstowo, ale jest pełna interesujących treści. Bardzo wyraźnie jest w niej widoczne stoickie nastawienie raczej na praktykę, niż na teorię – to pokłosie późnego stoicyzmu rzymskiego – w którym każdy aspekt jest omawiany jako abstrakt, ale równocześnie rozwijany w konkretnych ćwiczeniach i działaniach, które można podjąć w życiu.

Najważniejszą lekcją teoretyczną, jaką wyciągnąłem z tej lektury – lekcją, którą staram się sobie przyswoić do dnia dzisiejszego i zapewne będę ją repetował do końca moich dni – jest podział na rzeczy zależne i niezależne. Z perspektywy osoby wychodzącej z uzależnienia, dla której szukanie przyczyn swoich nieszczęść w świecie zewnętrznym – a nigdy w sobie – jest równie naturalne, jak oddychanie, ten podział to absolutna rewolucja. Zaakceptowanie jego prawdziwości oznacza przyznanie, że to ja odpowiadam za obecny stan mojego życia, mojego umysłu, moich relacji itp. Okoliczności zewnętrzne były, jakie były, ale to nie one zdecydowały o moich latach nieszczęścia, to moje wybory owo nieszczęście stworzyły.

W odkryciu tej prawdy mieści się jednocześnie ogromny ciężar oraz wielka lekkość i wolność. Ciężar objawia się pod postacią poczucia winy, które osobie uzależnionej jest nieobce, a zdanie sobie sprawy z kluczowej roli, jaką odegrała we własnym nieszczęściu, może je pogłębić. Nie jest łatwym przeżyciem dostrzec, że przez ostatnie dwadzieścia lat byłem nieszczęśliwy i autodestrukcyjny, a następnie dowiedzieć się, że to nie splot losu, tylko moje własne decyzje były odpowiedzialne za ten stan rzeczy.

Z drugiej strony idea zależne/niezależne to najlepsza droga do wolności i lekkości ducha, jaką znam, bo choć składa na nasze barki odpowiedzialność za nasze decyzje, działania, wybory i wszystko, co od nas zależne, to jednocześnie oddaje w nasze ręce pełną sprawczość w ich domenie! Jeżeli jestem człowiekiem, który uważa, że los ma wpływ na jego szczęśliwość, to oddaje fragment sprawczości nad swym życiem – tym, co w nim naprawdę ważne – w ręce sił obcych, nieznanych, nieprzewidywalnych i niekontrolowanych. Jeśli jestem człowiekiem, który rozumie, co jest od niego zależne, a co nie, i że szczęście tkwi tylko w rzeczach zależnych, to cała sprawczość nad moim życiem jest w moich rękach.

Ziarno tej nauki zostało we mnie zasiane na początku mojej drogi przez książkę van Natta, za co będę zawsze wdzięczny.

Rozdział 3: Stoic Way – kurs stoicyzmu rozpisany na sześć miesięcy autorstwa Tomasza Mazura. Długi ciąg praktyki. Pierwsze zarysy hierarchii wartości. Pierwsze zarysy etyki.

Trzy kolejne rozdziały tej historii są ze sobą przemieszane, to znaczy działy się w pewnej mierze równocześnie. Okres ten nazwałbym burzliwym czasem poszukiwań własnej drogi w stoicyzmie, co splatało się z poszukiwaniem własnej drogi w trzeźwości.

Po lekturze książki van Natta miałem apetyt na więcej treści stoickich. Szczególnie interesowało mnie zdobycie praktycznych umiejętności, opanowanie nowych technik i ćwiczeń. Teoria była istotna tylko o tyle, o ile pomagała mi lepiej wykonywać i rozumieć ćwiczenia. Z perspektywy trzeźwienia stoicyzm był dla mnie jednym ze sposobów na wypełnienie czasu, który wcześniej poświęcony był na picie, a który teraz pozostawał niepokojąco pusty.

Przeczesywałem internet w poszukiwaniu interesujących materiałów. Zależało mi, by znaleźć coś w języku polskim – temat był wciąż dla mnie nowy, więc bariera językowa mogłaby znacząco utrudnić korzystanie z treści anglojęzycznych. Doprowadziło mnie to do kursu „Stoic Way”. Pomimo angielskiego tytułu był on stworzony w języku polskim przez polskiego filozofa, stoika Tomasza Mazura.

Rozpisano go na sześć miesięcy, z których każdy miał swój motyw przewodni. Kurs był mieszanką wykładów nakreślających teorię i podstawowe elementy praktyki, oraz ćwiczeń i zadań do wykonania we własnym zakresie. Materiał był szeroki i bogaty, a sam kurs zupełnie darmowy. Zdecydowałem się, by z niego skorzystać.

To, co mnie początkowo przyciągnęło do kursu to jego ustrukturyzowana natura. Zaangażowanie się w niego oznaczało, że przez najbliższe sześć miesięcy miałem bardzo konkretny plan działania. Wybieram sobie jeden dzień w tygodniu – kurs podzielony był dodatkowo na tygodniowe sekcje, o ile dobrze pamiętam – w którym zasiadam do pracy i realizuję zadanie, które mnie rozwija. Dostrzegacie chyba korzyść, jaka płynie z tego dla człowieka, który musi znaleźć sposób, by zagospodarować sobie nagle zwolnione piątkowe wieczory.

W miarę jak kurs się rozwijał, podbierałem z niego coraz więcej przydatnych w codziennym trzeźwieniu rzeczy. Najważniejsze spośród nich, które są ze mną do dziś, to pewne stoickie rutyny. Pierwsza to przegląd siebie, czyli sesja medytacji poświęcona zaplanowaniu dnia (przegląd poranny) lub podsumowaniu dnia (przegląd wieczorny). Pomijając nawet korzyści płynące z refleksyjnego zatrzymania się nad życiem, dla trzeźwiejącego alkoholika najważniejsze w tym ćwiczeniu było trenowanie systematyczności i wytrwałości. Osoby uzależnione są notorycznie skłonne do porzucania zajęć wymagających oddania i wysiłku – uciekają od nich w natychmiastową gratyfikację. Codzienne powtarzanie przeglądu siebie buduje kompetencję odraczania gratyfikacji – inwestowania czasu i wysiłku tu i teraz, by osiągnąć większy zysk w przyszłości – oraz kompetencję systematyczności i wytrwałości w działaniu, których osobom uzależnionym zwykle brakuje.

Zapewne nie byłoby dziś tego artykułu na blogu, gdybym nie nauczył się systematycznej pracy w trakcie wykonywania kursu „Stoic Way”.

Przyszłościowo patrząc, istotną konsekwencją zapoznania się z tym kursem było poznanie twórczości filozoficznej Tomasza Mazura, która do dziś jest ze mną i wywiera na moje myślenie ważki wpływ. Zresztą to nazwisko przewinie się jeszcze w kolejnych rozdziałach tej opowieści.

Rozdział 4: Klasycy: Marek Aureliusz, Epiktet, Seneka.

Nie pamiętam już dzisiaj, czy najpierw przeczytałem Epikteta czy Marka Aureliusza. Nie ma to jednak specjalnego znaczenia, ważne jest, że zarówno van Natt jak i Tomasz polecali lekturę klasyków, a ja z tych poleceń skorzystałem.

Lektura klasycznych tekstów filozoficznych nie jest łatwa. Trudno jest współczesnemu człowiekowi, przyzwyczajonemu do klarownej struktury (teza, argumenty, wniosek) zrozumieć chaotyczną naturę myśli starożytnej. Tak bardzo oczekujemy od tekstu konkretnych wiadomości lub odpowiedzi, że nie dopuszczamy nawet do świadomości, że tekst może mieć na celu tylko – czy raczej „aż” – pobudzenie nas do samodzielnego myślenia.

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Markiem Aureliuszem i Epiktetem, byłem wciąż mocno zagubionym człowiekiem, który szukał jasnych wskazówek, a nie mglistych przemyśleń. To właśnie na ich tekstach uczyłem się, że inspiracja do samodzielnych rozważań jest ważniejsza niż spójny wywód oraz że ja sam mogę „wymyślać” swoją drogę, inspirując się słowami innych, a nie je odtwarzać.

To kolejna niezwykle istotna lekcja dla osoby wychodzącej z uzależnienia. Nałogowiec czuje się najpewniej wtedy, kiedy inni za niego myślą i decydują. Dzięki temu ma dużo czasu i swobody, żeby oddawać się swoim nałogom. Ciężko myśli się samodzielnie z umysłem stłumionym przez alkohol. Ciężko podejmuje się decyzje, kiedy czuje się lęk przed odpowiedzialnością. Trzeźwiejący alkoholik nie umie i nie chce myśleć i decydować za siebie – musi się tego nauczyć.

Ja uczę się tego – bo proces nadal trwa – w ramach lektury starożytnych tekstów filozoficznych, które ze swej konstrukcji i założeń mają mnie do samodzielnego myślenia zachęcać. Ale co się nakląłem na ich bełkotliwość i mętność – nim zrozumiałem, że to ja źle je czytam – to moje. Proces tej zmiany jest bolesny i dość przerażający, bo wymaga odrzucenia poczucia bezpieczeństwa tkwiącego w utartych schematach.

Z czasem starożytne teksty stały się okazją do pogłębienia rozumienia pewnych stoickich koncepcji – nie poprzez przyswajanie myśli Seneki czy Epikteta, ale poprzez rozważanie ich słów i wyciąganie własnych wniosków. Oczywiście nierzadko wnioski owe były z myślą starożytnych zgodne, ale wielka wartość tkwiła w procesie samodzielnego do nich dochodzenia.

Jedna z koncepcji, która zaczęła we mnie kiełkować w tym czasie i która wróci jeszcze w kolejnych rozdziałach, to hierarchia wartości czyli określenie tego, co jest w życiu ważne.

Rozdział 5: Ryan Holiday. Stoicyzm uproszczony. Jeden cytat dziennie. Rutyna w stoickiej praktyce.

Ryan Holiday jest popularną, choć kontrowersyjną, postacią we współczesnym amerykańskim stoicyzmie. Jego flagowymi produktami są książki zbudowane na strukturze zbioru krótkich esejów, rozpoczynających się krótkim cytatem, a następnie omawiających ten cytat w duchu stoickim. Ze względu na skrótową formę, zwykle nie zagłębiają się one w niuanse stoickiej myśli, raczej koncentrują się na praktycznych, niekiedy powierzchownych obserwacjach.

Z twórczością tego stoika zapoznałem się niedługo po tym, gdy zacząłem pracować nad wspomnianym wyżej kursem stoickim. Był to okres, gdy potrzebowałem wielu „wypełniaczy czasu” i książki Holidaya takimi właśnie wypełniaczami się stały. Nieoczywistym acz kluczowym benefitem w pracy z tymi książkami była forma ich publikacji, a konkretnie fakt, iż zostawiały dużo „białej przestrzeni” na stronicach. To zainspirowało mnie do używania ich jako pretekstu do przemyśleń.

Po lekturze każdego z rozdziałów brałem do ręki długopis i zaczynałem spisywać moje przemyślenia na jego temat. Czy się zgadza, czy też nie, a jeśli tak, to dlaczego. Czy widzę jakieś odniesienia do mojego własnego życia i doświadczenia. Uczyniłem z tego zajęcia część mojej rutyny wieczornej i codziennie siadałem do lektury i notatek. Był to kolejny świetny sposób na ćwiczenie się w wytrwałości i odroczonej gratyfikacji.

Kluczowym elementem, który wydobyłem z pracy z twórczością Holiday’a, było zrozumienie, jak istotny jest w stoicyzmie i w naszym życiu w ogóle kontakt z drugim człowiekiem. Wiedziałem już wcześniej, że element służby i pracy dla społeczeństwa jest obecny u starożytnych myślicieli, ale był to dla mnie abstrakcyjny i nieistotny dodatek. To moje spojrzenie wiązało się ściśle z typowym dla osoby uzależnionej lękiem przed innymi ludźmi (przed ich oceną i przed odrzuceniem), który sprawia, że wielu czynnych nałogowców oraz wiele osób próbujących wyjść z nałogu „na własną rękę” izoluje się od ludzi, a w efekcie ponosi porażkę w swoich próbach wyjścia z uzależnienia. Do tego dochodził jeszcze, równie typowy, aspekt narcyzmu i poczucia bycia lepszym od innych – nawet jeśli oznaczało to bycie lepszym „pijakiem”.

Narcyzm i lęk przed odrzuceniem są ze sobą ściśle powiązane i stanowią zarówno przyczynę, jak i skutek uzależnienia. Mniej więcej w tym czasie, gdy zapoznawałem się z twórczością Holidaya, zacząłem uczęszczać na grupową terapię uzależnień, na której jednym z celów terapeutycznych jest nauczenie się bycia w grupie, zmniejszenie lęku przed odrzuceniem i odsłonięcie oraz zakwestionowanie rysów narcystycznych. Lektura książek Ryana, który kładzie duży nacisk na społeczny aspekt stoicyzmu, wpasowywała się świetnie w pracę wykonywaną na terapii i pozwalała mi pogłębiać ją i czynić konkretne postępy.

Z narcyzmem i tendencjami izolacjonistycznymi zmagam się do dziś, ale jest to zmaganie, które niesie nadzieję na trwałe postępy. Podwaliny pod nie zostały zaś zbudowane na terapii grupowej i w pracy z tekstami Holidaya, za co pozostaję wdzięczny.

W dziełach Holidaya przewijał się jeszcze jeden, wspomniany już przeze mnie, koncept: hierarchia wartości. Określenie, co jest dla mnie ważne w życiu, było następnym wielkim etapem w mojej stoickiej pracy i, o czym jestem przekonany, absolutnie kluczowym elementem w leczeniu uzależnienia.

Rozdział 6: Hierarchia wartości. Przekształcenie zarysu we względnie spójną całość. Kluczowa wartość dla procesu trzeźwienia.

Przechodzimy teraz do moim zdaniem, najważniejszych elementów filozofii w kontekście wychodzenia z uzależnienia. Swoje zdanie opieram na obserwacji, iż nałóg pozostawia za sobą pustkę. W kontekście terapii mówi się często o owej pustce czy wydrążeniu w kontekście grupy towarzyskiej (utrata znajomych), czasu (co robić z czasem gdy nie pijesz) czy emocji (brak narzędzi do pracy z nimi). Dla powodzenia procesu trzeźwienia jest niezwykle istotne, by uzupełnić te luki. Terapia pomaga w radzeniu sobie z deficytami w sferze emocji oraz czasu (umiejętność jego zagospodarowania), w mniejszym stopniu pracuje w sferze grupy towarzyskiej. W tym aspektem pomaga w szczególny sposób wspólnota AA (lub inne wspólnoty samopomocowe), które również sprzyjają pożytecznemu wypełnieniu czasu.

Są jednak jeszcze inne luki, które zostawia za sobą nałóg, a o których niewiele się mówi w kontekście terapii i przez to pozostawia je nieco zaniedbanymi. Chodzi mi tu konkretnie o pustkę w sferze wartości i pustkę w sferze moralności (pytania o dobro i zło).

Dla osoby w czynnym nałogu sprawa jest prosta: dobro to być pod wpływem substancji, zło to być trzeźwym. To bardzo prosta i klarowna etyka, usprawiedliwiająca każdą podłość w imię zdobycia narkotyku i zakazująca poważnego próbowania abstynencji. Sfera wartości jest równie prosta: jedyną wartością jest substancja. Wszystko inne może być wartościowe tylko o tyle, o ile pozwala substancję zdobyć. W tym kontekście praca może być wartościowa, jeśli przynosi pieniądze, za które możemy się nawalić. Rodzina może być wartościowa, jeśli opiekuje się uzależnionym i umożliwia mu swobodne oddawanie się nałogowi. W momencie, gdy przestają spełniać te zadania zostają odrzucone, bo jedynym dobrem i jedyną wartością jest substancja.

UWAGA: piszę tu „substancja”, bo tak jest mi gramatycznie łatwiej złożyć te zdania. Równie dobrze może chodzić o kompulsywne zachowania (hazard, seks itp.) czy inne czynniki uzależniające. Miejcie, proszę, na uwadze to uproszczenie!

W momencie, gdy zaczyna się proces trzeźwienia w sferze wartości i etyki osoby uzależnionej pojawia się ogromna luka. Od jej skutecznego wypełnienia może zależeć sukces procesu terapeutycznego.

Zburzenie nałogu jako probierza dobra i zła sprawia, że nie mamy już kompasu moralnego. Choć ten, który utraciliśmy, był wypaczony i mylący, to jednak pozwalał podejmować decyzje moralne i nadawał kierunek. Kierunek ku przepaści, ale jednak jakiś. Teraz nawet proste życiowe wybory okazują się trudne, jeśli tylko mają komponent moralny – nie wiem, na jakiej podstawie podejmować decyzje.

Wyczyszczenie sfery wartości z elementów nałogu jest równie kłopotliwe. Posiadanie wartości pozwala nam planować i określać kierunek naszych działań. Jest istotnym komponentem nadawania sensu naszemu życiu i stymulowania naszej aktywności. Po przetrzeźwieniu pozostajemy z pytaniem, co teraz mamy robić. Na jakiś czas dobrą i wystarczającą odpowiedzią jest: chodzić na terapię, przestrzegać zaleceń, chodzić na mitingi czy wykonywać program 12 kroków. Przez pierwszy rok pewnie nic więcej nie potrzebujemy. Z czasem jednak jasne się stanie, że to za mało i w dłuższej perspektywie musimy zbudować swój system wartości.

W obu tych aspektach moim rozwiązaniem okazał się stoicyzm. To nie znaczy, że wiedziałem, co robię podejmując się stoickiej pracy, raczej miałem sporo szczęścia, że akurat ta filozofia pojawiła się w moim życiu w odpowiednim momencie.

Stoicyzm jest filozofią moralną, a to oznacza, że poza wieloma użytecznymi technikami praktyki życiowej, niesie też konkretne rozumienie dobra i zła. Jest ono po części zawarte w dychotomii zależne i niezależne – dobro i zło są tylko pośród rzeczy zależnych. A po części w stwierdzeniu, że dobre jest to, co jest zgodne z ludzką naturą, a cechą szczególną ludzkiej natury jest jej refleksyjność. Innymi słowy dobre jest posiadanie cnotliwego charakteru, w którym kardynalną cnotą jest refleksyjność właśnie.

Stoicyzm nie niesie ze sobą narzuconego systemu wartości, ale jest fantastyczną platformą do budowania go na własną rękę. Jak wspominałem wyżej, zarówno kurs „Stoic Way”, antyczne teksty, jak i prace Holidaya zachęcały mnie do tego, by zastanawiać się nad wartościami i świadomie i konsekwentnie budować ich hierarchię właściwą do moich potrzeb.

Praca z hierarchią wartości i etyką stoicką to kolejny wielki krok w moim rozwoju jako stoika i w procesie mojego trzeźwienia. Przypuszczam, że nie byłbym w stanie utrzymać abstynencji i pozostać na ścieżce zdrowia, gdybym nie wykonał tej pracy.

Nie twierdzę, że stoicyzm jest jedynym źródłem ram etycznych i wartości. Przeciwnie, większość szkół filozoficznych, które mają praktyczny aspekt, będzie równie skuteczna w dostarczeniu tych środków. Jest też jasne, że systemy religijne dają swoje odpowiedzi na obie te kwestie – co może tłumaczyć, dlaczego wiara bywa pomocna w procesie trzeźwienia (choć trzeba pamiętać, że tutaj pomocny jest także element społeczności i wspólnoty). Wspólnota AA, ze swoim programem 12 kroków i elementami religijno-filozoficznymi, może też być źródłem norm etycznych i wartości.

Gdziekolwiek osoba uzależniona znajduje odpowiedzi na te pytania, znalezienie ich, nawet wstępnych, jest moim zdaniem niezwykle istotne dla procesu trzeźwienia i możliwe, że póki co, niedoceniane w procesie terapeutycznym.

Rozdział 7: Pierwsze próby pisania o stoicyzmie. Dążenie do zrozumienia moich pobudek i decyzji.

Ostatni rozdział tej historii to ten, który rozgrywa się tu i teraz, na waszych oczach, czyli moje próby pisania o swojej historii, uzależnieniu i stoicyzmie. Najlepiej można zrozumieć dane zagadnienie, jeśli próbuje się je wyjaśnić komuś innemu. To właśnie dzisiaj robię, pisząc te posty. Czasem tym kimś, komu składam wyjaśnienia, jesteś Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, czasem jestem nim ja sam.

Twórczość ta nie mogłaby mieć miejsca gdyby nie podbudowa wykonana w poprzednich rozdziałach. Gdyby nie wypracowana w wieczornych przeglądach siebie systematyczność i gdyby nie dopieszczona hierarchia wartości, dzięki której wiem, że pisanie jest dla mnie ważne i nawet jeśli mi się w danej chwili pisać nie chcę, to do niego siadam, bo mam na oku długofalowy cel – nie ma szans bym publikował regularnie przez rok z okładem. Gdyby nie czas spędzony na lekturze klasyków, na podcastach Tomasza Mazura, na książkach i podcastach Piotra Stankiewicza, na twórczości Holidaya – nie miałbym wypracowanej wiedzy i po prostu nie miałbym dobrych tematów.

Dzisiaj mam całkiem dobre pojęcie, na czym polega sens życia i jakie przyświecają mi wartości. Pomimo tego wiem, że popełniam błędy i jest w moim funkcjonowaniu, moim charakterze i mojej psychice jeszcze wiele do poprawy i ulepszenia. Stoję jednak pewnie na podstawach, które już wypracowałem – na najważniejszej z naszych zdolności, zdolności do uczenia się i zmiany.

Proces trwa nadal. Pisanie trwa nadal. Zmierzam krok po kroku do pełniejszego zrozumienia moich decyzji, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, oraz do świadomego kształtowania mechanizmów, które odpowiadają za ich podejmowanie. Wciąż fascynuje mnie cały tabun różnych tematów: od etyki, poprzez neuronaukę, socjologię i wiedzę o kulturze, po prawo i zasady funkcjonowania ludzkich społeczności. Na zgłębienie ich wszystkich, nie starczy mi czasu w życiu. Muszę zdecydować, czy zajmę się jedną z nich szczegółowo, czy raczej trochę poznam każdą z nich.

Jeszcze nie wiem, jaką pójdę ścieżką, ale ufam swoim zdolnościom do dokonania sensownego wyboru, trzymania się go, póki będzie miał sens i radykalnego odrzucenia go gdy okaże się, że potrzebna jest zmiana kursu. Bo ważny jest nie tyle cel, do którego zmierzamy, nie tyle jego osiągnięcie, co zdolność, by go aktywnie i mądrze wybierać, a reszta to już tylko życie…

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Plon stoickich warsztatów

Dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić ponownemu spojrzeniu na niedawne warsztaty stoickie, zorganizowane przez Tomasza Mazura, w których miałem przyjemność wziąć udział. Nie będę wam raportował rozkładu dnia, ćwiczeń czy treści rozmów – jeśli chcecie poznać takie szczegóły, musicie wybrać się sami – zamiast tego spojrzymy wspólnie na kilka kluczowych myśli czy pytań, które miały swój początek na warsztatach i nadal we mnie pracują.

Traktujcie poniższe teksty raczej jako surowe pytania, próby ich ukonkretnienia czy – w najlepszym wypadku – pierwsze zalążki odpowiedzi. Niczego poniżej nie jestem pewien, wiem tyle, że nic nie wiem, ale może już prawie potrafię zadać właściwe pytanie. To nie jest esej z tezą, nie ma tu myśli przewodniej, co najwyżej luźne powiązania. To zapis nowych kierunków w moim myśleniu, które zrodziły się w trakcie warsztatów. Na chwilę obecną panuje w nich pewien chaos, który – mam nadzieję – będzie twórczy.

Lektura jako doświadczenie

Jestem nauczony traktować lekturę jako źródło informacji – to jej główne zastosowanie. Drugim zastosowaniem jest rozrywka poprzez aktywowanie emocji (strachu w horrorze, podniecenia w romansie).

W związku z tą pierwszą funkcją oczekuję, że to, co czytam, będzie miało klarowną strukturę, będzie operowało dobrze zdefiniowanymi pojęciami w spójny, zrozumiały i jednoznaczny sposób. W skrócie: że informacja będzie zrozumiała i podana bez wieloznaczności.

Podobnie przy drugiej funkcji. Tutaj dopuszczam wprawdzie pewne elementy niedopowiedzenia czy tajemnicy – w końcu nie chcę, by autor kryminału zdradzał mi w drugim zdaniu, kto zabił. Ale czy nie oczekuję, że dowiem się na koniec jednoznacznie, kto jest mordercą? Czy jestem w stanie wybaczyć twórcy, który odmówi mi konkluzji?

Tu nasuwa się pytanie o poezję: jaką ona pełni funkcję? Czy jest to funkcja rozrywkowa, czy jeszcze inna? Na pewno brakuje jej klarowności i jednoznaczności!

Tutaj pojawia się myśl z warsztatów: w starożytności czytanie niebranżowe (kupieckie, prawnicze) było raczej źródłem doświadczenia i przeżycia, a nie informacji. Miało wywołać pewien stan, miało coś czytelnikowi zrobić.

Czy to ten rodzaj czytania, którego można szukać w poezji? Czy ja jestem w stanie tak czytać, czy mogę się oddzielić od oczekiwania informacji na rzecz przeżycia?

Siła rytuału

Kontynuując temat z poprzedniego punktu – czytanie jako doświadczenie – nasuwa mi się pytanie: a może czytanie jako rytuał?

To eksperyment, który wykonuję na samym sobie: staram się ubrać wieczorne czytanie w elementy rytualne i obserwować skutki. Łączę to z parzeniem kawy, z przygaszonymi światłami (ale na tyle jasnymi, by wzroku nie stracić), zapaloną świecą etc. Jest w tym przerost formy nad treścią, ale czy nie o to właśnie w rytuale chodzi?

Fascynuje mnie siła rytuału i jego powszechność w kulturach świata: od masowych obrzędów religijnych po proste parzenie herbaty w domu. Ludzkość rytualizuje swoje zachowania. Dlaczego? Czy jest w nich utrwalająca moc? Czy dają poczucie bezpieczeństwa? Czy pomagają w uczynieniu z prostej czynności wspomnianego wyżej przeżycia?

Jednoznaczność a wieloznaczność

Dalej, drążąc temat lektury i treści, jaką niesie, pojawia się kwestia jednoznaczności i wieloznaczności przekazu. W trakcie warsztatów padło zdanie, parafrazuję: im bardziej abstrakcyjne dzieło, tym więcej znaczeń; im bardziej literalne, tym znaczeń mniej. Bardzo logiczna obserwacja, która jednak nigdy wcześniej mnie nie uderzyła. Czy idealnie abstrakcyjne dzieło to takie, które ma tyle znaczeń, ilu ma widzów?

Co jest lepsze: jednoznaczność czy wieloznaczność? Odruchowo chcę powiedzieć, że ta pierwsza. Tak jestem przyuczony – przypuszczam, że to element kodu kulturowego naszej europejskiej myśli. Co, jeśli się mylę? Jeśli to wieloznaczność pozwala na lepsze zrozumienie? To brzmi dla mnie paradoksalnie, ale może ten dysonans, który odczuwam, jest efektem kodu kulturowego właśnie, a nie realnej oceny sytuacji? Co, jeśli zostałem nazbyt skutecznie przekonany, że jednoznaczność jest od wieloznaczności lepsza?

A może to pierwsze pytanie jest już źle postawione? Może nie ma wcale relacji lepsza/gorsza między jednoznacznością i wieloznacznością? Od kontekstu i celu może zależeć, której z nich warto użyć. Może są pewne pytania, na które odpowiada tylko jedna z nich, a druga nie potrafi? Może jest wiele pytań, na które obie potrafią odpowiedzieć?

Czy mówienie o „odpowiedzi na pytanie” ma sens w wieloznaczności? Czy powinniśmy wtedy mówić o „odpowiedziach na pytanie”? A może nawet i to już za dużo?  

Ograniczenia języka – zarys

Jeszcze jeden krok głębiej schodząc, ale pozostając w duchu zagadnienia poprzedniego: gdzie kończy się użyteczność języka jako środka prowadzącego do zrozumienia?

Czy wszystko da się wyrazić w języku? Czy wszystko można zdefiniować, a następnie ująć w spójne zdania? Język naturalny jest w swojej naturze wieloznaczny. Pojedyncza litera może jednocześnie znaczyć wiele, a sprawa komplikuje się, kiedy łączymy litery w słowa, a słowa w zdania. Na każdym z tych poziomów komunikat może mieć wiele jednoczesnych znaczeń. Czy potrafimy dostrzec tę wieloznaczność? Co, jeśli nie doceniamy jej rozległości? Co, jeśli wydaje się nam, że większość komunikatów, które wysyłamy i odbieramy, jest jednoznaczna, podczas gdy tak nie jest?

Czy to językowi pomaga, czy szkodzi? Czy warto poświęcać trud na ścisłe definiowanie pojęć, na eliminację wieloznaczności? Czy ten proces pozwala nam zrozumieć lepiej czy gorzej? A może nie ma na zrozumienie wpływu?

Tworzymy liczne metajęzyki: matematykę, język prawa etc. Stoją one na różnym poziomie precyzji i jednoznaczności, ale – o ile mi wiadomo – żaden z nich nie jest jednoznaczny. Nawet matematyka musi w pewnym momencie zatrzymać się na niedefiniowalnych pojęciach pierwotnych i aksjomatach. Czy da się stworzyć jednoznaczny język? Czy warto?

Co, jeśli z jednoznacznością czy bez niej zawsze pozostaną kluczowe aspekty bytu, których nie da się zrozumieć przy pomocy języka? Czy wciąż warto próbować? Czy próby, nawet skazane na niepowodzenie, mogą nas do zrozumienia przybliżyć?

No i podsumowujące pytanie: dlaczego mamy oczekiwać, że narzędzie, które ewolucyjnie powstało po to, by dwie małpy mogły się dogadać w sprawie bananów, miałoby się nadawać do rozwiązania tajemnic bytu?

Moralność jako wyposażenie indywidualne

Moralność jawi mi się obecnie jako wyposażenie ściśle indywidualne. To znaczy: każdy z nas tworzy swoją własną moralność, decyduje, co moralne jest, a co nie jest. Wiadomo, że dzieje się to pod wpływem kultury, wychowania, lektury etc. Ale ostatecznie to ja odpowiadam za jej kształt.

Prawo jest zewnętrzną strukturą, przy pomocy której prawodawca określa, jak chce, bym się zachowywał w relacjach z innymi. Moralność jest wewnętrzną strukturą, która określa, jak ja chcę się zachowywać w relacji ze światem. W tym sensie prawo jest takie samo dla wszystkich, moralność jest indywidualna. Prawo można łamać (choć wiążą się z tym konsekwencje), moralności się złamać nie da.

To ostatnie stwierdzenie – „moralności się złamać nie da” – może brzmieć nieco dziwnie, jakby sugerowało, że niemożliwe jest postępowanie niemoralne. W pewnym sensie tak to rozumiem. Jest to rozwinięcie sokratejskiej, przejętej przez stoików, myśli, że wszelkie zło jest efektem błędnego sądu. Czyli każdy człowiek postępuje według swej moralności, ale niektórzy ludzie mają błędnie ustawioną moralność albo błędnie odczytują sytuację.

Moja myśl wykracza tu kawałek dalej i mówi, że oceny moralne zawsze są subiektywne i względne. Tej myśli pewny nie jestem, ale wydaje mi się prawdopodobna – nie widzę, skąd miałaby się wziąć uniwersalna moralność. Subiektywność nie oznacza jednak dowolności. Wyobrażam sobie, że nasze moralności są w nieustającym dialogu: poprzez swoje czyny komunikujemy swoją moralność innym i odczytujemy ich moralność. Czasem dyskutujemy o niej słowem, próbujemy zrozumieć się nawzajem i szukać płaszczyzny porozumienia.

Pytań mam nadal wiele: czy musimy mieć wspólną moralność? Potrzebujemy wspólnego prawa, ale czy warto tego samego wymagać od moralności? Czy możemy bez kłopotu tkwić w takiej wiecznej debacie moralnej?

W obrębie jednej kultury zwykle dość łatwo uzgodnić nam podstawowe zasady moralne. Czy kultura stanowi wspólną platformę, na której każdy buduje moralność? Czy wspólne źródło prowadzi do podobnych efektów? Czy zawsze musi tak prowadzić? Może są liczne platformy, na których moralność da się budować (stoicyzm, chrześcijaństwo, buddyzm etc.)? Czy jest sposób, by stwierdzić, czy któraś jest lepsza od innych? W efekcie: czy da się znaleźć uniwersalną podstawę moralności? Czy moralności na niej zbudowane będą zawsze zgodne?

Granice mojej odpowiedzialności

A teraz praktycznie, w nawiązaniu do poprzedniego: jak powinienem skonstruować swoją moralność? W szczególności – jak powinienem ustawiać granice swojej odpowiedzialności? Rozumiem przez to przede wszystkim pytanie o to, jak efektywnie przeprowadzić rozgraniczenie między tym, co korzystne dla mnie, a tym, co korzystne dla ogółu.

Niezależnie od tego, co mówi prawo, ja mogę i powinienem podjąć trud zrozumienia, jak moje zachowania wpływają na świat wokół mnie, na innych ludzi, i tak dostosowywać swoje działania, by nie czynić im krzywdy. Jak jednak przeprowadzić skutecznie takie granice w świecie, który jest niebywale skomplikowany i współzależny?

Krótka lista wybranych dylematów, które się z tym wiążą, a które nie są i – w mojej opinii – nie powinny być regulowane prawnie:

  • Czy powinienem mieć samochód? Pozwala mi realizować pasje, ale pochłania cenne zasoby naturalne. Istnieją alternatywy: transport zbiorowy, zmiana pasji.
  • Czy powinienem jeść mięso? Smak mięsa jest przyjemny, mięso dostarcza kalorii. Zwierzęta cierpią przy jego produkcji, środowisko jest zanieczyszczane.
  • Czy mógłbym sprzedawać lub produkować alkohol i papierosy? Ludzie chcą kupować i używać tych produktów. Te produkty czynią im krzywdę.
  • Etc.

Pomysł na książkę: ćwiczenia stoickie dogłębnie

Na zakończenie dodam jeszcze, że systematycznie klaruje mi się wizja tego, jak powinna wyglądać książka, którą planuję napisać (jedna z książek, które planuję napisać).

Pomysł zrodził się jeszcze przed warsztatami, na warsztatach i teraz w Bieszczadach jednak się klarował i ewoluował. Osią planowanej książki pozostaną ćwiczenia stoickie – te bardziej znane i popularne. Chcę je opracować pod następującymi aspektami: rys historyczny, efekt well-beingowy (terapia CBT), efekt etyczny (jak się mają do stoickiej etyki współczesnej, cztery ciała człowieka), przegląd form praktykowania, wzorcowa praktyka w szczegółach.

Projekt nabiera koncepcyjnych rumieńców, ale ruszyły też już pierwsze prace badawcze!

Podsumowanie

Nie wątpię, że wiele z powyższych myśli będzie jeszcze na bloga wracać. Tyle ciekawych pytań, tak mało odpowiedzi, ale może to dobrze – ciekawiej jest szukać, niż dostać wszystko podane na tacy.

W newsletterze z tego tygodnia poruszam jeszcze dwa dodatkowe tematy:

  • Czy nasza kultura powinna dążyć do zwycięstwa nad innymi?
  • Wiele twarzy głębokiego spokoju

Jeśli jesteś ciekaw tych zagadnień, zasubskrybuj już dziś!

Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dlaczego pijemy? (Podcast)

Dziś zapraszam do obejrzenia trzeciego już odcinka podcastu Premeditatio Bonum.

Rozprawiam w nim o powodach dla których spożywamy alkohol i potrzebach do których zaspokajania jest on używany.

Celem jest rozpoznanie co musimy zaoferować, by skutecznie konkurować z ofertą jaką alkohol niesie swoim użytkownikom.

W ramach eksperymentowania, za tydzień ukarze się na blogu pisemna wersja tego odcinka – uładzona i zredagowana – dla tych z was, którzy preferują lekturę!

Zachęcam do słuchania, komentowania, subskrypcji kanałów i dawania łapek w górę!

YouTube: https://youtu.be/tV42w19F0AQ

Spotify: https://open.spotify.com/episode/651n2MkrynubcdVfzjKzmF?si=AelzfsrXRge_JPnaNB9M-g

Strona bloga i podcastu na Facebooku: facebook.com/PremeditatioBonum

Empatia

Odkąd pamiętam, wolałem słuchać niż mówić. Uwielbiam zagłębiać się w czyjąś opowieść. Wyczulić się na niuanse głosu: kiedy się wzniesie, a kiedy zadrży. Chciwie wpatruję się w oczy i mimikę opowiadającego. Tyleż można wyczytać z tych wszystkich znaków! Im więcej potrafiłem odczytać, tym czułem się bezpieczniej, strach malał.

Dzięki temu mogę wskoczyć w buty opowiadających, poczuć ich emocje, zobaczyć świat z ich perspektywy. Mogę ich zrozumieć, mogę się stać dla nich lustrem.

Nie zawsze wiem, jak pomóc albo nawet jak zareagować, ale zwykle wiem, jak dopasować się do drugiej osoby tak, by poczuła się wysłuchana i zrozumiana. Z łatwością staję się empatycznym kompanem, przez którego można przepuścić nawet najtrudniejsze zmartwienia.

Przykład(y)

Ciężko jest mi podać jeden przykład. Zamiast tego przytoczę kilka ogólniejszych sytuacji, w których empatia się objawia.

Trudny dzień w pracy. Kiedy ktoś ze znajomych ma naprawdę ciężki dzień, potrafię to dostrzec. Choć zazwyczaj nic nie mogę z tym zrobić, mogę tej osoby wysłuchać i pobyć z nią chwilę.

Zmęczenie. Zauważyłem, iż łatwo mi rozpoznać u innych objawy zmęczenia. Niezależnie od tego, jakie są ich przyczyny, są pewne znaki, na które zwracam uwagę. Ponownie, niewiele mogę z tym zrobić, ale mogę wesprzeć dobrym słowem.

Słuchacz. Z moim mówieniem bywa różnie, ale ze słuchaniem jest właściwie zawsze dobrze. Potrafię to jak mało kto. Czy jest to zabawna historyjka, czy trudny temat wymagający uwagi, bliskie osoby znajdą we mnie przyjazne i cierpliwe ucho.

Po prostu być. Bywa, że najlepsze, co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu być. Nic nie mówić, niczego nie robić. Ja się do tego świetnie nadaję – jestem cichym, ale obecnym kompanem na momenty smutku i zadumy.

Skąd to się bierze?

To może zaskoczyć, ale jest to efekt uboczny lękowego stylu przywiązania!
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo. W ten sposób możemy uniknąć starcia z zagniewaną osobą, możemy dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Ten mechanizm z dzieciństwa przekłada się na szczególne wyczulenie na stany innych w dorosłości. Nadal szukamy tych samych zagrożeń emocjonalnych, których wypatrywaliśmy kiedyś, ale teraz możemy użyć naszych obserwacji, by nieść innym wsparcie, a nie tylko unikać niebezpieczeństwa.
To, co kiedyś miało chronić, może zacząć łączyć – tak z lęku rodzi się empatia jako dojrzałe zastosowanie lękowej czujności.

Ograniczenia i wyjątki

Żaden zmysł nie jest doskonały. Także i moja empatia może zawieść. Nieraz zdarzało mi się pomylić i błędnie rozpoznać czyjś stan emocjonalny, co skutkowało nietrafionymi działaniami z mojej strony. Zwykle nie prowadzi to do poważnych konsekwencji, ale bywa niezręczne.

Z powyższego wynika też, że niejednokrotnie nie korzystam ze swojej empatycznej intuicji, czyli rozpoznaję pewien stan innej osoby, ale nie poruszam tematu. To próba uniknięcia pomyłki poprzez niepodejmowanie ryzyka. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy intuicja dotyczy spraw błahych lub takich, w których nie mam nic do zaoferowania.

Podobna wstrzemięźliwość zwykle (choć nie zawsze) towarzyszy mi w przypadku spraw prywatnych lub intymnych. Kardynalny przykład: kiedy mam podejrzenia, że jakaś znajoma kobieta jest w ciąży. Nawet jeśli mam 99% pewności, że tak jest, nie poruszę tego tematu, póki sama o tym nie wspomni.

Jak to się objawia w relacjach?

Szybko i bez tłumaczenia potrafię wyczuć, w jakim stanie jest osoba, z którą rozmawiam. Zazwyczaj nie trzeba mi nawet mówić, że jest się smutnym, szczęśliwym czy zmęczonym – ja już to wiem. To przekłada się też na szybsze dostosowanie się do sytuacji i adekwatną do niej reakcję.

Nie kwestionuję odczuć i emocji drugiej osoby. Nie mówię żadnych: „A dlaczego miałoby ci być smutno?”, „Czym ty możesz być zmęczona?”. To, że mogę wejść w buty osoby, z którą rozmawiam, sprawia, że tego typu odzywki nie mają dla mnie sensu.

Moja reakcja i zachowanie (o ile sytuacja mnie nie przerasta) są dobrze dopasowane do rozmówcy. Nie zbaczam z tematu, nie mówię bez związku, trzymam się tego, co druga strona czuje i okazuje. Dzięki temu łatwo jest się przede mną otworzyć i wygadać. Dodatkowo lubię słuchać, i ludzie to dostrzegają, co jeszcze bardziej ułatwia otwieranie się.

Zakończenie

Uwielbiam słuchać. Bardzo lubię pomagać – a pomaganie musi wypływać ze zrozumienia. Dlatego wolę milczeć i chłonąć to, co mają do powiedzenia inni. Potrafię to robić, bo praktykuję.

Jak długo jednak można się w milczeniu przysłuchiwać i przyglądać? Kiedy przyjdzie ten czas, gdy druga strona poczuje się nie tyle wysłuchana, co raczej śledzona?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

O Opoce

Przeciwności losu nie wstrząsają mną specjalnie. Kiedy przychodzi mi się mierzyć z trudną wiadomością, zamieram na moment, ale już po chwili jestem gotowy do działania. Mój umysł odgradza się od emocji, zachowując dzięki temu zdolność do podejmowania racjonalnych działań i decyzji.
W trudnych sytuacjach można się na mnie oprzeć i nie ma ryzyka, że się załamię. Potrafię utrzymać siebie i innych bez poddawania się rozpaczy. W trudnych chwilach, kiedy potrzebna jest spokojna przystań i opoka, ja nią jestem.

Przykład

Najważniejszym przykładem przydatności tej cechy był czas tuż po śmierci taty. Była nagła i zaskakująca. Wtrąciła rodzinę w trudny emocjonalnie okres. Na mnie także odcisnęła swoje piętno, jednak dość szybko odciąłem się od intensywnych emocji. Odzyskałem spokój.

Zachowywałem przytomność umysłu, by zajmować się prostymi, życiowymi sprawami – jedzeniem czy piciem. Krzątałem się po domu i ogarniałem drobnostki. W tej krzątaninie był element rozładowywania napięcia, ale też konieczność, do której nikt inny nie miał serca.

Miałem spokój, którego inni potrzebowali. Utrzymywałem go przez długi czas, pozostając dostępnym wsparciem. To była jedna z najcięższych prób mojego opanowania, jakie przeżyłem.

Więcej przykładów

Niedawno spędziłem nieco czasu, pomagając mamie w wybieraniu elementów do urządzenia mieszkania.
Mama była nieco zestresowana całą sytuacją.
Moją rolą w całej sprawie było zachowanie spokoju. Nie doradzałem, co wybierać, tylko potwierdzałem i potakiwałem. Nie dzieliłem się żadną ekspercką wiedzą, bo jej nie mam. Po prostu zachowywałem spokój.
To była konkretna pomoc, którą mama doceniła.

Kiedy nastaje jakaś sytuacja kryzysowa – choroba w rodzinie lub coś podobnego – zachowuję spokój. Nie daję się ponieść ani hurraoptymistycznym rozważaniom, ani najczarniejszym scenariuszom. Pozostaję wyważony.
Kiedy sprawy zaczynają przybierać niepomyślny obrót, nie panikuję i nie tracę głowy. Chętnie pomagam innym i daję proste wsparcie w postaci swojej spokojnej obecności i logicznego słowa.

W pracy, kiedy dzieje się coś trudnego, emanuję spokojem. W konfrontacji z trudnym klientem czy ze skomplikowaną sytuacją w zespole mogę zachować spokój.
W wielu przypadkach pozostaję analityczny i logiczny, nawet jeśli w innych osobach buzują emocje.
Utrzymuję koncentrację na celu, zamiast wdawać się w sprzeczki i przepychanki słowne.
Odcinam się od opinii o osobach i koncentruję na zadaniu – to działa uspokajająco i pozwala osiągać lepsze wyniki.

Spójrzmy na przyczynę takiego stanu rzeczy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź kryje się w unikającym stylu przywiązania.

Powoduje on tendencję do nieangażowania się emocjonalnie w otaczające mnie wydarzenia oraz do niskiej odpowiedzi emocjonalnej na stres. Nie byłoby prawdą powiedzieć, że wydarzenia zupełnie na mnie nie wpływają. Jednak ten wpływ jest niewielki i łatwo go zatrzymać.

Ten mechanizm daje mi poczucie kontroli. Pozwala mi nie podążać za porywami serca w kierunku relacji, których racjonalnie nie pragnę. Unikam w ten sposób odrzucenia i zachowuję bezpieczny dystans.

Mechanizm uaktywnia się, gdy pojawia się silna emocja. Nim wzbierze ona falą, która odbiera kontrolę racjonalnemu umysłowi, zostaje stłumiona. W takiej osłabionej formie dopiero jest przetwarzana przez umysł. Unikam utraty kontroli i pogłębiania się emocji.

Ograniczenia i wyjątki

Kiedy jestem sam i nikt nie widzi, moja emocjonalna garda słabnie. Nie znika całkowicie, ale jest bardziej przepuszczalna. Ma to swoje dobre i złe strony.
Dobre, bo czuję większą swobodę, by śmiać się i radować.
Złe, bo czuję większą swobodę, by wyzwalać złość i agresję.

Pęknięcia w mojej pozycji jako opoki mogą wywołać dwie emocje: złość i radość.

Złość ma generalną tendencję do przenikania przez moją opokę najsilniej ze wszystkich emocji. Jeżeli obserwujecie mnie wyrażającego jakąś emocję, to najpewniej jest to jakaś forma złości.
Złość służy mi do przykrywania innych emocji. Jest pewnego rodzaju maską dla smutku, żalu, rozpaczy itd. Dlatego też ma tendencję do ujawniania się w największym stopniu i w nieodpowiednich momentach.
Pod wpływem złości grozi mi, że z opoki mogę zmienić się w agresora.

Radość jest druga pod względem siły przebicia. Przychodzi mi łatwo. Szczególnie w grupie ludzi wyzwala się najintensywniej.
Wspólna radość łączy grupę. Dlatego jest tak ekspresyjna w sytuacjach interakcji z innymi ludźmi. Śmiech jest uniwersalnym językiem, który przychodzi nam łatwo.
Pod wpływem radości z opoki staję się towarzyszem zabaw.

Jak to się objawia w relacjach?

Nawet w najtrudniejszych chwilach możesz na mnie polegać. Wszyscy wokół mają poczucie, że wali się świat – ja zachowuję spokój i klarowność myślenia.
Możesz się do mnie zwrócić o wsparcie, a ja ci go udzielę ze spokojem i łagodnością. Będę elementem oporu przeciwko nawale emocji. Stałym punktem.
Daj mi zadanie, a ja je wykonam bez kłótni i chaosu. Będę pracował spokojnie nad naszym wspólnym celem i dowiozę to, co dowieść się da. Nie złamią mnie intensywne emocje.

Zajmę się wszystkimi przyziemnymi sprawami wtedy, gdy ty nie jesteś w stanie o nich nawet myśleć.
Gdy nic nie można zrobić, jestem ramieniem, na którym możesz się wesprzeć. Nie mam wielu słów pociechy, ale mam spokój i stateczność, które są kojące w chwilach wielkiej straty i ciężkiej próby.
Śmiało wesprzyj się na mnie, jeśli tego potrzebujesz. Nie bój się – nie złamiesz mnie. Razem wytrwamy dłużej!

Jeśli potrzebujesz rady w trudnej sytuacji, zawsze mogę jej udzielić na spokojnie, bez poddawania się emocjom. Przeanalizuję logicznie twoją sytuację i sformułuję na podstawie tej analizy rekomendację.
Jeśli potrzebujesz trzeźwego spojrzenia, mam je zawsze do dyspozycji i chętnie się nim z tobą podzielę.

Pamiętaj jednak, że moja odporność ma swoje granice, a mój spokój – z pomocnego może stać się paraliżujący.

Zakończenie

Cieszę się, że mogę być oparciem w trudnych sytuacjach. To satysfakcjonujące uczucie. Jasne, czasem bywa też męczące, ale nie na tyle, by stanowiło to realny problem.
Medal ten ma jednak i drugą stronę: gdy spokój zamienia się w zamrożenie emocjonalne. Kiedy emocje nie są pod kontrolą, tylko są uwięzione pod taflą lodowej blokady. Wtedy do głosu dochodzi Pan Lodu…

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Samodzielność czy izolacja

Samodzielność jest cechą przydatną w życiu. Pozwala nam ogarniać codzienne sprawy. Usamodzielnianie się jest naturalnym procesem dorastania.
Proszenie o pomoc jest elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Dzięki niemu osiągamy więcej niż w pojedynkę. To mechanizm tworzenia bezpieczeństwa w grupie i sposób na jej integrację.
Potrzeba samodzielności może się jednak stać tak dominująca, że uniemożliwia nam proszenie o pomoc. Stajemy się samodzielni do absurdu. Choć widzimy, że nasze decyzje są szkodliwe, nie potrafimy ich zmienić, bo naruszyłyby naszą potrzebę samodzielności.

W moim życiu dostrzegam wiele zaradności. Łatwo uczę się nowych umiejętności i wykorzystuję je, by rozwiązywać codzienne trudności. Chętnie pomagam innym i czerpię z tego radość. Nie potrzebuję wsparcia w codziennych sprawach. Jestem samodzielny.
Samodzielność jest dla mnie tak ważna, że uczyniłem z niej konieczność. Stałem się Rafałkiem-samosią, który wszystko chce zrobić sam. Nie potrafię prosić o pomoc, chyba że w ostateczności. Nawet kiedy widzę, że moje starania nie przynoszą rezultatu, zacinam się i brnę dalej. Izoluję się od wsparcia innych.

Jak to się łączy

W moim przypadku zaradność i nieumiejętność proszenia o pomoc są manifestacjami mechanizmu psychicznego. Mają swoje źródło w lęku przed odrzuceniem i unikającym stylu przywiązania.
W każdym z nas, kiedy prosimy o pomoc, jest obawa, że spotkamy się z odmową. Ci, których pomocy szukamy, nie zawsze mogą czy chcą jej nam udzielić. Ta obawa napędza nas do uczenia się najpotrzebniejszych umiejętności. Towarzyszy nam w procesie usamodzielniania się od rodziców. W miarę jak ograniczają oni swą pomoc, uczymy się zaspokajać swoje potrzeby na własną rękę.
To zdrowy mechanizm, który towarzyszy nam przez całe życie. Gdy pojawiają się potrzeby i możemy je zaspokoić samodzielnie, uczymy się tego, szczególnie gdy jakaś potrzeba wymaga częstego zaspokajania.

Jednak nie każdą potrzebę można zaspokoić w pojedynkę. Nie każdą trzeba – wiele z nich inni ludzie chętnie zaspokoją, czy to za opłatą, czy z dobrej woli. Nie każdą warto – te, które ktoś potrafi ogarnąć lepiej niż my.
W takich sytuacjach prosimy o pomoc.
Problem pojawia się, gdy lęk przed odmową urasta do takich rozmiarów, że motywuje nas nie tylko do uczenia się samodzielności, ale do dążenia do samowystarczalności. Gdy staje się tak intensywny, że boimy się poprosić o pomoc, nawet wtedy, gdy jest to wskazane.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a samowystarczalność jest utopią. Próbując do niej dążyć, sprawiamy, że chęć robienia samemu z zasobu staje się ograniczeniem. Zawężamy swoje możliwości. Stajemy się samotnikami, izolowanymi w swoich potrzebach.

Gdzie jestem

Oba opisane tryby występują w moim życiu. Pytanie, który z nich jest dominujący? Na chwilę obecną dominuje tryb Rafałka-samosi, czyli jestem przechylony w stronę izolacji. Najważniejszą obserwacją, która prowadzi mnie do tego wniosku, jest to, jak trudno jest mi prosić o pomoc. Trudno jest mi sobie przypomnieć więcej niż jedną czy dwie sytuacje z ostatniego roku, w których zdecydowałem się o nią poprosić. Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej naświetlić sytuację.

Pierwszy przykład z pracy. Miałem kilka projektów, które upadły na ostatniej prostej, czyli na etapie poproszenia ekspertów o informację zwrotną. Wolałem zarzucić projekt, niż zwrócić się o pomoc. Pogrzebałem kilka inicjatyw i swoje szanse na awans i karierę.

Drugi przykład to sytuacja, w której odrzucam pomoc, nawet gdy została mi zaoferowana. Koleżanka zaproponowała, że może rzucić okiem na mój profil na Tinderze, żeby coś w nim poprawić. Ja przytaknąłem, podziękowałem za ofertę i nigdy nie wróciłem do tematu. Niedługo potem, zniechęcony, zawiesiłem swoje konto.

Z drugiej strony, trzeba powiedzieć, że jestem dość ogarniętym kawalerem. Obiad ugotuję, pranie zrobię, mieszkanie posprzątam, gwoździa wbiję, gniazdko wymienię, koło zmienię i tak dalej. Nie wszystko zrobię najlepiej czy szybko, ale zrobię.
Do tego projekty, które mogę realizować w pełni w pojedynkę, idą jak burza! Świetnie mi się działa w takim trybie. Za przykład może posłużyć ten blog. Zbliżam się do roku cotygodniowego publikowania wartościowych tekstów.

Optymalny stan

Zamiast określenia idealnej sytuacji, zaproponuję kilka etapów, poprzez które można do niej dotrzeć, a każdy jest preferowany ponad poprzednim. W dalszych rozważaniach wykorzystam perspektywę stoicką jako ramy do pracy nad sobą.

Pierwszy etap: Nauczyć się prosić o pomoc wbrew lękowi.
Na tym etapie nadal odczuwamy strach, gdy mamy poprosić o wsparcie, ale działamy pomimo niego. Ten etap jest spektrum, czyli przechodzi od: „czasem uda mi się pokonać lęk” do „pokonuję lęk za każdym razem”. Drugi koniec spektrum to już zdrowe funkcjonowanie, choć naznaczone dawką lęku.

Drugi etap: Zastąpić lęk niepokojem.
Na tym etapie, a przeplata się on z etapem pierwszym, dążymy do redukcji lęku. Ponownie jest to spektrum, na którego końcu znajduje się niepokój, rozumiany tu jako słabsza wersja lęku. Mniejszy lęk oznacza, że łatwiej jest go przezwyciężyć i wbrew niemu działać. Spełnienie tego etapu oznacza wolność od lęku związanego z proszeniem o pomoc.

Trzeci etap: Zastąpić niepokój ostrożnością.
Kto nie jest stoikiem, może zatrzymać się na etapie drugim. Dla stoika jest jeszcze praca do wykonania. Wyjaśnię pokrótce, o co chodzi z „ostrożnością” w tym kontekście.
Na ostrożność składają się trzy rzeczy: zrozumienie, że to, co od nas niezależne, może potoczyć się nie po naszej myśli, przewidywanie skutków i przezorne planowanie tego, co od nas zależne. W skrócie można by to określić jako połączenie akceptacji i przezorności. To stoicka alternatywa dla strachu.
Kiedy strach i niepokój związany z odrzuceniem prośby o pomoc zastąpimy ostrożnością, osiągniemy optymalny stan. Ostrożność powie nam, że nasza prośba może zostać przyjęta lub odrzucona – to od nas niezależne. Rozważy za i przeciw prośby i zdecyduje, czy ją wysunąć, oraz przygotuje plan na wypadek odrzucenia.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Ćwiczenia w tej sekcji są moimi prywatnymi pomysłami do pracy z opisanymi mechanizmami. Nie stanowią porady psychologicznej czy medycznej. Używajcie rozsądnie.

Ćwiczenie pierwsze: Zidentyfikuj potrzebę i poproś o pomoc.
Oczywisty pierwszy krok. Wymaga uważności i świadomego analizowania potrzeb. Dobrym momentem jest poranny przegląd siebie, zastanowienie się nad nadchodzącym dniem i rozpoznanie czekających nas wyzwań.
Wybierzmy jedno, przy którym pomocy może nam udzielić ktoś zaufany i bezpieczny. Niech to będzie coś drobnego.
Poprośmy tę osobę o pomoc wbrew oporowi. Jeśli dziś się nie uda, spróbujmy jutro.

Ćwiczenie drugie: Premeditatio Malorum.
To klasyczne ćwiczenie stoickie ma zastosowanie do naszej pracy. Łacińska nazwa tłumaczy się jako „uprzednie rozmyślania nad złem”, a polega na wyobrażaniu sobie negatywnego scenariusza wydarzenia, które budzi w nas lęk. Wyobrażamy sobie konsekwencje oraz naszą reakcję. Co się faktycznie stanie? Co uczynimy, gdy to się stanie? Jak zareagujemy?
Celem jest stępienie ostrza lęku, w myśl zasady, że dobrze poznane zagrożenie jest mniej straszne niż niepewność.
Uważajmy jednak – jeśli ćwiczenie wywołuje u nas depresyjne nastroje lub silny lęk, zaprzestańmy go.

Ćwiczenie trzecie: Zależne/niezależne.
Równie klasyczne ćwiczenie polegające na analizowaniu sytuacji pod kątem tego, co jest od nas zależne, a co nie. Za Epiktetem:
„Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas: ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem.”
To ćwiczenie może być wykonywane w połączeniu z Premeditatio Malorum lub niezależnie. Jego celem jest skoncentrowanie uwagi na tym, co kontrolujemy, i stworzenie dystansu, a przez to zmniejszenie lęku o to, czego nie kontrolujemy.
To ćwiczenie jest krokiem ku zastąpieniu lęku przeczuwaniem.

Ćwiczenie czwarte: Praca z przekonaniami.
To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszym lękiem, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i lęku nie powodują.
Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą lękowi przed proszeniem o pomoc. Jak to wewnętrznie uzasadniamy? Co, poza strachem, czujemy?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się na tym etapie dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy mój strach jest racjonalny?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.
To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.
Jeśli uda się nam je zakończyć, to oznaczałoby, że właśnie osiągnęliśmy optymalny stan i możemy sobie pogratulować, bo jesteśmy pierwszymi ludźmi w historii, którym się to udało.

Podsumowanie

Dzisiejsze rozważania kończymy pozytywną i praktyczną nutą. Choć mogą trapić nas trudności w proszeniu o wsparcie tam, gdzie jest ono potrzebne, nie stanowią wyroku. Są praktyczne kroki, które możemy podejmować, by modyfikować swoje schematy oraz łagodzić ich wpływ na codzienne funkcjonowanie.
Kluczowe jest, by przygotować się na długą drogę i proces, który nie musi być monotoniczny. Wdrożenie zaproponowanych tu metod to praca na miesiące i lata, podczas których możemy być pewni, że po wzlotach przyjdą upadki. Wiemy jednak, że skomplikowane i głębokie problemy nie mają łatwych rozwiązań.

Dobra wiadomość jest taka, że już z samego podążania tą drogą można czerpać radość i spełnienie!

A gdzie dla was przebiega granica między samodzielnością a izolacją?
Czy potraficie znaleźć idealną drogę pośrednią?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wstydzie, lęku i egocentryzmie

W miarę postępu w terapii, autor analizuje wewnętrzne mechanizmy związane z brakiem bezpieczeństwa i wstydem. Odkrywa swoje lęki przed oceną, unika bliskości oraz tłumi emocje. Mimo fantazji o lepszym świecie, czuje się ofiarą niesprawiedliwości. Dąży do zrozumienia swoich strategii radzenia sobie z bólem i odrzuceniem.

W miarę jak postępuję naprzód w terapii, odkrywam nowe sposoby patrzenia na swoje funkcjonowanie i kręcące nim mechanizmy. Systematycznie, buduję obraz mojego świata wewnętrznego, który tłumaczy to, co widzę w swoim zachowaniu. Przedstawię moją obecną analizę i interpretację kluczowych aspektów oraz opiszę obraz, który się z nich wyłania.

Czuły na brak bezpiecznego portu [Wysoka reaktywność, brak bezpiecznych więzi]

Jestem czuły na bodźce, typ obserwatora. Uważnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, i chłonę to, co widzę. Zwykle nie wspominam o tym, co zauważyłem ani jakie wyciągnąłem z tego wnioski – zachowuję je dla siebie.
Łatwo ulegam przebodźcowaniu. Duże grupy ludzi są dla mnie męczące, bo to właśnie na nich reaguję. To gesty, słowa, mimika – wszystkie te drobnostki przyciągają moją uwagę.
Już od małego bliskie relacje były dla mnie trudne. Innym osobą dają one poczucie bezpieczeństwa, dla mnie są czymś zagrażającym. Spodziewam się w nich krytyki, transakcyjności oraz braku zaufania i bezpieczeństwa.
Używam mojej bolesnej supermocy uważności, by czujnie unikać bliskości – nie dam się więcej zranić.

Nieustające czuwanie [Wrażliwość na ocenę]

Każdy twój ruch, przypadkowy gest, westchnienie czy mina są zauważane i rejestrowane. Przyglądam się wszystkim w otoczeniu. Nieustannie badam, czy nie dostrzegę śladu niechęci.
Powiedziałem żart. Czy się zaśmiała? Jeśli nie – dlaczego? Czy żart był słaby? A inni? Czy się śmieją albo chociaż uśmiechają? Dłonie stają się wilgotne od potu. Wydaje mi się, że się odsunął z niechęcią. Czy to przez żart? Mój żołądek spina się w kulkę.
Czuwam bez ustanku. Zmysły są wyostrzone. Nasłuchuję skrawków rozmów, tak jakby każda była o mnie. Interpretuję je w ten sposób. Badam, co to może oznaczać. Czuję ulgę, gdy zorientuję się, że sprawa mnie nie dotyczy. Mogę przenieść uwagę na kolejną osobę i z jej zachowania wyczytywać, co o mnie sądzi.
Muszę pozostawać w gotowości, nie ma wyboru. Muszę uważnie monitorować innych i siebie, by sprawdzić, czy nie robię czegoś, co mogłoby się nie spodobać. Jeżeli opuszczę gardę choćby na chwilę, zorientują się. Zobaczą to, czego się tak wstydzę.

Na początku był wstyd [Toksyczny wstyd]

To się wszystko zaczęło od wstydu. Czego się tak wstydziłem? To tajemnica! Wiedzcie tylko, że muszę dbać o to, by nikt jej nie poznał – to stąd ta cała czujność.
Ja siebie widzę takim, jakim jestem, nikt inny nie może mnie zobaczyć! To by była katastrofa. Ten ktoś by się dowiedział i jak nic mnie porzucił, a nie mogę na to pozwolić. Muszę się ukrywać, maskować to, kim jestem – bo się wstydzę.
Czy ty dostrzegasz część prawdziwego mnie? To niedobrze! Czuję palpitacje serca! Muszę działać. Odwrócić twoją uwagę albo uciec. Kiedy zniknę ci z oczu, zapomnisz o mnie i ten przebłysk, który ujrzałeś, zatrze się szybko w pamięci.
To tak już jest, że jak tylko ktoś się do mnie zbliży, to ja znajdę sposób, żeby stworzyć między nami dystans. Nikt rozsądny nie chce, żeby inni poznawali jego wstydliwe sekrety. Mój wstydliwy sekret jest ogromny. Tak wielki, że nie mogę pokazać ani kawałka siebie, bo natychmiast się wyda. Zdradzę wam w zaufaniu, że jest za wielki nawet dla mnie i ja sam nie wiem, co to jest, czego się wstydzę. Może to wszystko, co jest moje, a może nic?
Zresztą, nieważne, co to jest – mój wstyd nie interesuje się prawdą. Ważne, że wiem doskonale, iż nawet teraz rodzi się wam w głowach ocena, która będzie dla mnie druzgocąca – i nie liczy się, czy tak faktycznie jest.

Boję się, że mnie źle ocenią [Lęk przed oceną]

A może właśnie boję się, że mnie dobrze ocenisz? Dobrze, czyli źle. Negatywnie. W końcu mam tak wiele powodów do wstydu, że nie potrafię żadnego nazwać. Naturalne jest, że kto na mnie spojrzy, zobaczy je od razu. Oceni, że jestem nic niewart.
Zdarzyło wam się kiedyś, w środku ważnego dnia, poplamić sosem swoją białą koszulę? Zero możliwości, by ją zmienić. Zero możliwości, by ją zdjąć. Przed wami najważniejsze spotkanie miesiąca. Czekają klienci, prezesi i kto tam jeszcze. Wy patrzycie w dół i jedyne, co widzicie, to plama na koszuli. Pytania w głowie: czy oni ją zobaczą? Jak mogę ją ukryć? Czy to koniec?
Moje życie to każdy dzień w poplamionej koszuli. Główne zadanie: nie dopuścić, byście zobaczyli plamę. Jeśli ją zobaczycie, to oczywiście przestaniecie się do mnie odzywać. Nie będziecie chcieli mnie znać.
Robię przeróżne wygibasy, byle tylko ukryć plamę. Trzymam dystans – bo z daleka trudniej dostrzec takie szczegóły. Odwracam się obojętnie plecami – bo wtedy jej nie widać. Rozpraszam waszą uwagę. Kieruję rozmowę na was – wtedy nie patrzycie na mnie. Najważniejsze: trzymam się w samotności – nikt mnie nie widzi i nie ocenia.
Nie chcę od was piątki. Jestem przecież przekonany, że na nią nie zasługuję. Rzecz w tym, by nie dostać jedynki. To by była katastrofa. Tego jednego się boję. Siedzę z tym strachem sam każdego dnia.
Jak fajnie byłoby być w świecie, w którym nikt nie ma mocy mnie ocenić! Albo w takim, w którym nie noszę żadnej plamy! Ale to tylko fantazja…

Z fantazją nie ma strachu! [Fantazje wielkościowe]

Stworzę sobie świat bez poplamionych koszul! Mam do dyspozycji niezmierzone przestrzenie wyobraźni. Kształtowałem je już nieraz według potrzeb. Tworzyłem nowego siebie. Tworzyłem otoczenie, którego potrzebowałem. Rzeczywistość jest przereklamowana. Dostać w niej to, co się chce, to przerażający proces. Zbudowanie fantastycznej krainy, w której jestem półbogiem, to ułamek sekundy i zero strachu!
Niejeden świat stworzyłem w ciągu swego życia. Nigdy ich nie liczyłem. Pewnie były to dziesiątki, jeśli nie setki. Choć przyznaję, że większość z nich pożyczyłem. Brałem scenografię z książki czy filmu. Czasem pożyczałem całą historię, lekko ją modyfikując.
Który z nich był pierwszy? Stawiałbym na Dziki Zachód z Winnetou i Old Shatterhandem. Później Tolkien. To mi się zdarzało jeszcze niedawno. Bywałem orkiem i bywałem elfem. Nie wybrzydzałem. Ważne było, żeby rola dawała poczucie siły. Żebym nie znał strachu.
Czy jako kapitan Gwiezdnej Floty, czy jako czarodziej w moim świecie – byłem nieustraszony, potężny i zawsze zwyciężałem. Nikt mnie nigdy nie opuszczał. Co najwyżej ja mogłem zostawić kogoś za sobą. Nieważne, skąd brałem scenografię. Ważne, że dawała mi moc.
Gdyby tak dało się żyć tylko fantazją! Niestety, czasami trzeba wyskoczyć do realnego świata. A tam… nic mnie tak nie wkurza jak mój własny strach.

Kiedy się wkurzę to się nie boję [Gniew zastępczy]

Gdy rozmawiamy sobie swobodnie, uśmiecham się, jestem miły. Chcesz mi dać informację zwrotną – drobną poprawkę w moim sposobie bycia. Nadal się uśmiecham, ale wiedz: właśnie się na ciebie wkurzyłem. Możesz to dostrzec po lekko zaciśniętych szczękach. Czasem zwijam dłoń w pięść. Zmieniam ton głosu – staje się twardszy, słychać w nim złość.
Bo jak śmiesz twierdzić, że nie jestem idealny? Czy ty próbujesz sugerować, że zrobiłem coś źle? Co za nonsens! Co za tupet! Nie ma takiej możliwości! Wczoraj wieczorem w fantazjach zniszczyłem całą planetę. A ty mówisz, że buty nie pasują mi do koszuli? To niemożliwe, żebyś dostrzegł słabość we mnie. Cokolwiek to jest – było zaplanowane.
Gdybym nie był taki wściekły, to jeszcze zacząłbym się bać. Bać, że dostrzegasz to, o czym nie wspominamy. Że za chwilę wstaniesz i odejdziesz. Że cię już nigdy nie zobaczę. Na szczęście złość jest tak cudnie zaborcza – nie zostawia miejsca na inne emocje. Jest łatwiejsza niż strach, bo daje złudzenie siły i kontroli – zupełnie jak fantazje.
Wewnętrzne napięcie rośnie. Mój ton staje się bardziej oschły. Słowa są jeszcze przyjazne, ale na końcu języka mam „Ty ku***!”. Dłonie zaciskają się w pięści. Na słowach może się nie skończyć. STOP! Nie ma zgody na takie wyskoki! Nie potrafię się bezpiecznie złościć? Tak bardzo nie radzę sobie z emocjami? No to szlaban na czucie – dla własnego bezpieczeństwa.

Nie wolno się złościć! [Tłumienie emocji]

Nie wolno się złościć! Te słowa są jak mantra, choć jej nie powtarzam. Nie ma takiej potrzeby – jest zakorzeniona w sposobie patrzenia na emocje. Złości czuć nie wolno!
Szkopuł w tym, że to się tak do końca nie da. Emocje mają to do siebie, że pojawiają się bez pozwolenia. Co gorsza – jedna z drugiej może wypączkować! Poczuć jedną, to zaryzykować poczucie kolejnej. A kto wie, może to będzie właśnie złość?
Z mojej perspektywy najlepiej byłoby nie czuć nic – bo wtedy nigdy bym się nie zezłościł. A przy okazji rozwiązałbym problem wstydu. Skoro tak się nie da, to jedyny wniosek: trzeba próbować. Ponosić porażkę za porażką, nie wyciągając wniosków, i udawać, że się nic nie czuje.
To jest trik! Jeśli będę udawał dość dobrze, to sam uwierzę w to, że nic nie czuję. To prawie to samo, co nic nie czuć! Nawet jeśli nie do końca – to przynajmniej nie grozi mi wtedy wyzywanie innych i wymachiwanie pięściami. To dobrze, prawda?
W świecie fantazji mogę nie mieć emocji, jeśli nie chcę. O ile lepiej by było, gdyby ten świat miał taką opcję. W fantazjach wszystko jest po mojej myśli. Tutaj wszystko działa przeciwko mnie. Jakbyście uwzięli się, żeby robić mi na złość. Żebym tylko nie był szczęśliwy. Czemu czuję, że mnie krzywdzicie?

Czemu świat nie jest taki jak ja chcę? [Poczucie krzywdy]

Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. No i ja jestem tym biednym. To już dawno przestało być śmieszne. Co bym sobie nie zaplanował, co bym nie pomyślał – zawsze ktoś albo coś staje mi na przeszkodzie. Złośliwość losu i ludzi, mówię wam!
Jak chcę zostać bogaty, to nie dostaję ani awansu, ani podwyżki. Na jedno i drugie zasłużyłem, ale zły szef, zła firma uwzięli się, żeby nie dawać. Jak chcę być piękny, to na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Jak chcę schudnąć, to każdy mi wciska ciasteczka, a do tego są święta – no i wiadomo, że kawałeczek serniczka jeszcze wejdzie. Kiedy chcę sławy, nikt o mnie nie mówi. Kiedy chcę chwili spokoju, wszyscy dzwonią, żeby się spotykać. Wiem, że to przesada, ale tak to momentami odczuwam.
Może to niesprawiedliwe wobec świata, ale nic na nim nie dzieje się po mojej myśli. Twierdzicie, że to mało prawdopodobne? W moim życiu nie siedzicie. Ja wiem lepiej i mówię wam, że wszystko co do jednego układa się na opak.
Dlaczego świat nie może się poukładać pod moją myśl? Gdyby tak stał się nieco bardziej taki, jakim ja go chcę – dla mnie to by była bomba! Już nie mówię, żeby wszystko miało się układać po mojemu, ale te parę spraw przecież mogłoby. Niestety, jestem na każdym kroku pokrzywdzony. To smutne, nie uważacie?
Zresztą, ja wam tego nie opowiadam, żeby się żalić – co to, to nie. Mi chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli mój ból. Bo może możecie mi pomóc?

Jestem taki biedny. Pomożesz mi? [Rola ofiary]

Nie mam zupełnie czasu! Tyle na głowie. Gonię resztkami sił, a tu jeszcze trzeba zrobić to czy tamto. Nie no, zrobię to, wiadomo, ale co się przy tym wycierpię, to moje. Słuchaj, wczoraj wróciłem po północy do domu. Nic nie spałem, ledwo co, a dzisiaj o szóstej już do pracy. No i jeszcze wieczorem trzeba śmieci wyrzucić… Naprawdę? Skoczysz je wyrzucić? Jesteś cudowny! A skoro i tak idziesz, to czy możesz zahaczyć o Żabkę i kupić mi ciasteczka i sok? Dzięki!
Ja jestem strasznie nieciekawy. Nic nie potrafię powiedzieć po ludzku. Bo się strasznie peszę. Będziecie się ze mną nudzili. Jak by tu był ten drugi, to on ma gadane. Ja niestety nie. Szkoda, że trafiliście na mnie. Tak? Jestem całkiem zabawny? To miło, że tak mówisz, ale mi się wydaje… No skoro nalegasz, to w sumie nie będę się kłócił. Jesteś przemiła!
Mogę to zrobić, pewnie. To moje zadanie w końcu. Jeszcze mi wpadło sprawdzenie danych. Będzie na to potrzeba czasu. Myślałem, że dzisiaj wyskoczę do kina, ale może w przyszłym tygodniu. Zebrało się sporo spraw. Czekają na raport. Niby parę slajdów, ale to jednak trzeba przysiąść, żeby to jakoś wyglądało. O, jeśli byłbyś w stanie to wziąć, to by mi mega pomogło! Dzięki!
No ale dlaczego ja? Przecież ja się na tym nie znam. Ja nie wiem. To mnie przerasta. Ja nie potrafię. Pomożesz? Super! Ty to potrafisz ogarnąć. Lepiej ty niż ja, bo ja na pewno coś zepsuję. Super, że już załatwione. To odezwę się jeszcze.
To naprawdę działa! Nie zawsze, ale jednak. Nigdy nie muszę mówić, czego potrzebuję. Ludzie, kiedy czują współczucie, sami zgadują, co to może być!
Jak się nad tym zastanowić, to bycie nieudacznikiem może być portem, w którym znajduje się schronienie. Czy jest w nim bezpiecznie? Czasem bywa…

I potem zaczynam od początku [Wzmocnienie cyklu]

To tylko namiastka prawdziwego bezpieczeństwa i przywiązania, ale nigdy ich nie miałem, więc wpisuje się w cały cykl. Wróciłem do początku – szukam w niewłaściwych miejscach bliskości, relacji, zaspokojenia potrzeb. Skoro się sprawdza, dlaczego miałbym z tego rezygnować?
Może dlatego, że kiedy się w tym zorientuję, to się tego wstydzę? Ale już przerobiliśmy moje metody radzenia sobie ze wstydem. Wszystkiego się wstydzę, to mogę i tego na dokładkę. Tylko muszę jeszcze ciaśniej zacisnąć pętlę kontroli nad emocjami. Więcej fantazji, więcej gniewu, więcej tłumienia emocji! Znam ten schemat jak własną kieszeń, mogę go powielać w nieskończoność.
Choć zdradzę wam w sekrecie, że to nie jedyny sposób, bym dostał to, czego chcę.
Może myślicie: „Hej, stary, po prostu tak nie rób i będzie w porządku!” Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Te mechanizmy są moją drugą naturą. To intuicja. Wiecie, jak trudno jest jej się przeciwstawić, nawet kiedy wiemy, że jest w błędzie?
Czasem się da. Kiedy wszystko idzie gładko, kiedy nic nie staje na mojej drodze, mogę ignorować swoją intuicję. Jest jednak wiele spraw, dużych i drobnych, które odpalają mnie jak lont w dynamice i kiedy już ruszą, nie sposób mnie zatrzymać.

Moje zapalniki [Wyzwalacze]

Konstruktywna krytyka [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie na spotkaniu w pracy, omawiamy aktualne tematy. Ktoś zwraca uwagę, że mógłbym poprawić kilka rzeczy w jednym z modeli, które stworzyłem – to słuszne, dobrze umotywowane uwagi. Czuję złość, wściekłość nawet. Odcinam tę emocję, spycham ją i tłumię. Na zewnątrz wydostaje się co najwyżej delikatna irytacja w głosie. Cała reszta spotkania to fantazjowanie, że mam rację, a mój krytyk się nie zna.

Poczucie bycia zdemaskowanym [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie przed laptopem w pracy, piszę odpowiedź na maila. Przychodzi wiadomość na komunikatorze: kolega zauważył, że jeden z elementów w bazie, za którą odpowiadam, ma dziwną wartość. Może wkradł się błąd?
Co za sku***! Co on sobie wyobraża? Na pewno nawet nie potrafi używać tych danych i nie wie, o co w nich chodzi. Sprawdzam jednocześnie problematyczny element. Faktycznie błąd. Ale ja jestem beznadziejny. Gdybym tylko cofnął czas i to zmienił, nie byłoby problemu.
Złość nadal we mnie kipi, ale wciskam ją coraz głębiej. Nie mam ochoty odpowiadać – może jutro. Niech sobie nie myśli, że jego obserwacja mnie zainteresowała!

Brak uwagi lub uznania [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Wysłałem wiadomość już dziesięć minut temu i sprawdzam dla pewności, czy na pewno poszła. Tak, jak najbardziej. Jeszcze nieodczytana, na komunikatorze jest ikonka, która o tym informuje. Coś długo, widać nie było okazji.
Ikonka zmieniła się na przeczytane pięć minut temu. Dlaczego nie odpisuje? Co zrobiłem nie tak? Pewnie powiedziałem coś głupiego. Czytam swoją wiadomość jeszcze raz. Niby nic, może trochę za poufały ton? Czemu ja jestem taki głupi? Już się wkurzyłem na siebie i na odbiorcę.
Wymyślam alternatywną wersję swojej wiadomości – taką rozsądniejszą. Jest super. Gniew powoli zapada się w podświadomość, ale wciąż nie mam uwagi, której szukam.
Piszę kolejną wiadomość niby na spokojnie, nie upominam się o odpowiedź, tylko dorzucam parę zdań. Wtrącam o tym, co mi się nie udało i jakie to były trudne parę dni. Nie muszę czekać długo, by druga strona zaczęła pisać odpowiedź.

Poczucie bezsilności [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Gra była wyrównana, a teraz przeciwnik raz za razem dociąga kartę, jakiej potrzebuje, a ja same landy (których nie potrzebuję)! Nic z tym nie mogę zrobić. Moje decyzje są nieważne, ja jestem nieważny, bezsilny…
Złość na przeciwnika szybko rozwija się we wściekłość. Niby wiem, że nie kierują oni dociąganymi kartami bardziej niż ja, ale moja intuicja maluje ich jako winnych wszystkiemu. Tracę koncentrację i zaczynam popełniać błędy. To napędza schemat.
Gdybym tylko zagrał inaczej dwie tury temu. Gdybym tylko nie odpalał gry teraz, ale za godzinę, tak jak miałem w planach – miałbym innego przeciwnika i inne karty.
Dłoń zaciska się na myszce, czuję, jak jej obudowa zaczyna trzeszczeć. Przypominam sobie, jak rzuciłem myszką w monitor, rozbijając matrycę. Kosztowało mnie to 600 złotych. Spycham wściekłość w głąb.
Zawsze wszystko jest przeciwko mnie. Nawet to, co powinno być losowe. Pójdę pożalić się koledze na niesprawiedliwość losu, może da mi trochę współczucia.

Zazdrość [rola ofiary]
Kariera nie ma dla mnie znaczenia. To stwierdzenie jest prawdziwe. Kiedy w cyklu ewaluacyjnym nie dostaję awansu, uważam się za pokrzywdzonego i niesprawiedliwie potraktowanego. To zdanie też jest prawdziwe.
To nie jest tak, że się złoszczę. Nie, po prostu jestem rozczarowany i przekonany, że los mnie źle potraktował. Nie chcę tego awansu, nie obchodzi mnie, czy go dostanę, ale kiedy go nie dostaję, myślę sobie: a to draństwo! Co? Niby nie zasłużyłem? Nie należy mi się?
No i jest jeszcze zazdrość. Jak tylko pojawiają się informacje o kolegach i koleżankach, którzy awansowali, to im zazdroszczę. Patrzę na nich wilkiem – w mojej głowie; w rzeczywistości nie daję nic po sobie poznać – kwestionuję zasłużoność awansu, porównuję ich ze sobą i podkręcam moje poczucie bycia ofiarą systemu.
Całość trwa około tygodnia lub dwóch, kiedy obwieszczane są awanse. Potem mija i nie myślę o tym, aż do kolejnego cyklu. Chyba że ktoś wspomni o awansie przy śniadaniu. Wtedy przechodzę skróconą wersję powyższego procesu w pięć minut.

Po waszej stronie lustra [Efekty]

W tym paragrafie będę dużo zgadywał, bo nie widzę świata z waszej perspektywy, a przed informacją zwrotną osłaniam się jak diabeł przed wodą święconą. Wybaczcie mi omyłki i dajcie znać, jak to ze mną jest. Jak się prezentuję zewnętrznemu światu?

Wyobrażam sobie, że ludzie widzą mnie jako bardzo spokojnego i opanowanego. Kogoś, kto nigdy się nie złości. Może ktoś dostrzeże drobne poirytowanie, zmieniony ton głosu. Przypuszczają też, że ujawnia się mój wyfantazjowany egocentryzm i poczucie wyższości. Może to jest do zauważenia, że mam tendencję do patrzenia na innych z góry.

Zgaduję, że jawię się jako osoba wycofana i niezaangażowana. Zawsze na dystans, nigdy w pełni razem. Z tym może także wiązać się postrzeganie mnie jako kogoś pasywnego, niezainteresowanego kierowaniem czy zmierzaniem w jakimś kierunku.

Pewnie część osób widzi we mnie człowieka skrytego – i to na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony, kogoś, kto mało o sobie mówi, komu nic ciekawego się nie przydarza. Z drugiej strony, kogoś, kto ukrywa swoje emocje, nie okazuje ich, nie chce się nimi dzielić.

Mogę też zgadywać, że jestem postrzegany jako ktoś negatywnie nastawiony do życia. Osoba w typie: szklanka jest do połowy pusta, a zaraz zapewne się stłucze. Kogoś, kto wszystko, widzi w ciemnych barwach. Kogoś, kto opowiada o swoich trudnościach lub problemach, nie wspominając o sukcesach.

Zresztą, przeczytajcie po prostu ten rozdział i policzcie, ile wymieniłem pozytywów, a nawet jeśli wymieniłem jakiś, to czy nie próbuję go sprzedać jako ukryty problem.

To przeprowadza mnie do podsumowania. Ciężko się wyrwać ze swoich schematów, nawet jeśli doskonale zdajemy sobie sprawę, że są w nas aktywne. Przecież nawet ten tekst, jeśli się chwilę zastanowić, jest próbą zdobycia współczucia i sympatii! Kiedy zaczynałem go pisać, jeszcze o tym nie wiedziałem. Zorientowałem się w połowie, że moje intencje nie są żadną miarą czyste. Nie przestałem jednak, bo nawet jeśli jest efektem działania mechanizmu, może przynieść coś dobrego.

Całkiem na zakończenie dodam, że opisane dziś mechanizmy nie są jedynymi, które we mnie działają. Mam o więcej strategii unikania odrzucenia i bólu niż fantazjowanie i stawianie się w roli ofiary: dystansowanie, racjonalizacja, unikanie, substancje i zachowania kompulsywne. Jest tego sporo i w przyszłości mam nadzieję spojrzeć na nie bliżej.

A wy? Wiecie już, jakie mieszkają w was demony i jakie strategie przyjmujecie, by sobie z nimi radzić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wolności prościej

Autor rozważa kwestie wolności, koncentrując się na indywidualnych decyzjach oraz ich wpływie na refleksyjność. Odrzuca społeczne konteksty i prawne aspekty, skupiając się na osobistej definicji wolności jako stanu decyzyjności. Wskazuje na znaczenie wolności ekonomicznej, słowa i cielesnej dla poprawy refleksyjności, podkreślając ich rolę w samorozwoju.

Pora wykonać krok wstecz. Po interesujących dyskusjach, rozważaniach i lekturze, doszedłem do wniosku, że muszę się przegrupować w moich rozważaniach o wolności.

Zasadnicza refleksja: nie jestem przygotowany na rozważanie tematu w odniesieniu do społeczeństwa czy prawa.
Wniosek: porzucam rozważania z tej perspektywy.

Druga refleksja: mam nową zgrabną definicję wolności, warto rozważyć wolność osobistą w jej kontekście.

Trzecia refleksja: muszę zadać sobie pytanie: czemu służą te rozważania? Odpowiedź na nie będzie zadaniem na dziś.

Dlaczego poświęcam czas na rozważanie etyki, wartości, wolności i innych abstrakcyjnych pojęć?
Nie jestem zawodowym filozofem, więc nie chodzi o głębokie rozważania teoretyczne. Jestem człowiekiem, który codziennie podejmuje decyzje i chce to robić dobrze. To jest powód do poświęcania czasu na pracę nad etyką i jej konsekwencjami. Żeby poprawnie decydować, muszę wiedzieć, co jest dobre a co złe. Mogę w tym polegać na intuicji, ale intuicja może się mylić i choć warto z niej korzystać, to należy ją sprawdzać.

A co nie jest powodem tych rozważań? Nie jest nim chęć zmieniania świata. Nie jest nim konieczność decydowania, jakie stanowić prawo. Nie jest nim chęć zmieniania innych na moje podobieństwo.

Z powyższego wnioskuje, że moje skupienie powinno spoczywać na indywidualnych wyborach, a nie na analizie szerokiego kontekstu.
To się zgrywa z pierwszą z moich refleksji.

Dzisiejszym tematem jest wolność. Zacznę od przytoczenia definicji, której używam:
Wolność to stan jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości.
Wolność całkowite jednostki to zbiór wszystkich jej wolności cząstkowych.
Szczegółowe definicje znajdziecie tu.

Pierwsze pytanie, na które odpowiem to: dlaczego w ogóle zajmuje się tym pojęciem?

Wolność jest numerem jeden w mojej hierarchii wartości. Jest kluczowa, by podejmować słuszne decyzje!

Jak mogła trafić na szczyt mojej hierarchii, jeśli nie wiem, czym jest i jak ją rozumiem?

Polegałem na intuicji i na potocznym rozumieniu tego pojęcia. Nie potrafiłem sformułować definicji, ale potrafiłem wyczuć, jak się przejawia.

Czy nie mogę dalej polegać na intuicji?

Mogę i do pewnego stopnia będę, ale intuicja jest narzędziem niedoskonałym, powinna być konfrontowana z logicznymi argumentami. Inaczej istnieje ryzyko, że sprowadzi nas na manowce. Intuicyjne decyzje warto weryfikować, sprawdzać jak zostały podjęte i czy były poprawne.

Pora na kluczowe pytanie: dlaczego wolność jest na pierwszym miejscu mojej hierarchii wartości? Odpowiedź oprę na racjonalnym rozważaniu.

Zacznę od prostszego pytania: po co jest mi wolność?

Patrząc na definicję, zauważam, że wolność jednostki jest złożonym stanem. Mogę być wolny w jednej kwestii, jednocześnie nie mając wolności w innej. Biorąc nieco absurdalny przykład: wolno mi chodzić po chodniku, ale nie wolno mi latać nad blokami. Żeby zostać wolnym w tym drugim przypadku, musiałbym zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt (helikopter). Ze względu na tę właściwość, proste pytanie „po co mi wolność?” komplikuje się.

Na szczęście, mam do dyspozycji etykę, czyli rozumiem, co jest dobre a co złe. Przypomnę, że moja etyka, za jedyne dobro uznaje refleksyjność, czy też wzrost refleksyjności w świecie. Po definicję refleksyjności odsyłam do artykułu „O etyce stoickiej”.
Na tej podstawie domyślam się, że odpowiedź na pytanie „po co mi wolność?” powinna brzmieć: „po to, by zwiększać refleksyjność moją i innych”. Jak jednak mogę uzasadnić tę intuicyjną odpowiedź?

Pomocna okazuje się definicja wolności jako stanu jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości. Sprawczość zwykle zależy od czynników zewnętrznych (praw przyrody, praw ludzkich, zasobów finansowych, cech fizycznych), rzadziej od mojej woli. Z tego powodu pominę ją w rozważaniach i przyjmę, że dysponuję zbiorem sprawczości, że są rzeczy, które mogę uczynić, ale zawartość tego zbioru nie zależy (znacząco) ode mnie.

To pozwala mi skupić się na decyzyjności i powiedzieć, że dbanie o moją wolność, jest dbałością o najszerszy zakres decyzyjności. Czyli chcę bym miał możliwie dużo decyzji, które mogę podjąć. To nie znaczy, że wszystkie podejmę, jedynie, że mam najszerszy zakres możliwości decydowania.

A czym jest decyzyjność, jeśli nie jedną z podstaw refleksyjności? Można rozumieć refleksję jako formę decydowania: decydowanie o zmianach, które chcę uczynić w sobie. Poszerzanie zbioru decyzji dostępnych w procesie refleksji, bezpośrednio rozwija moje moralne dobro. Im więcej mam wolności do zmieniania siebie, tym bardziej jestem refleksyjny.

To rozumowanie prowadzi mnie do zawężonego pojęcia wolności, wolności szczegółowej odnoszącej się do procesów wewnętrznych przemian. Nie ma tu mowy o prawie do posiadania broni, wolności od tyranii, swobodzie ekonomicznej – są drugorzędne w rozumowaniu: dlaczego wolność jest ważna dla mnie. Nie chcę powiedzieć, że są pozbawione znaczenia, nic podobnego! Mają wpływ na moją refleksyjność, ale jest on niewielki w porównaniu z tą wolnością, którą w innym miejscu nazwałem wolnością sumienia.

W tym tkwi bardzo dobra wiadomość. Najważniejsza ze wszystkich wolności jest całkowicie zależna ode mnie! Żadna zewnętrzna siła nie może mi jej odebrać ani ograniczyć!

Co nie oznacza, że mam wolne sumienie! Co je pęta?
Mylne wyobrażenia, ideologię, błędne schematy poznawcze, lęki, tabu, wady charakteru, złe nawyki, nałogi, egocentryzm, egoizm…
Co na nowo otwiera temat sprawczości!

Co z resztą zbioru wolności?

Poza obszarem wolności sumienia pozostaje szerokie pole działań i decyzji. To tam najczęściej operuje prawo, polityka i nacisk społeczny. W tym tekście nie odniosę się do tych szerokich dziedzin. Jedyne co mnie interesuje, to które z wolności są wartościowe dla mnie. Czyli o które powinienem dbać, by kultywować swoją refleksyjność, abstrahując od stanu prawnego, polityki, dyktatów religijnych czy społecznych tabu.

Nim przejdziemy dalej, muszę poruszyć pytanie: czy to na pewno dalej jest wolność? Jeśli weźmiemy sprawczość w ściśle stoickim sensie, to opuszczając domenę wolności sumienia, zostawiłem ją za sobą! Przecież ode mnie zależą tylko moje sądy, myśli i decyzje. Wszystko, o czym będę mówić dalej, nie jest już wolnością w ścisły sensie, bo nie ma w tym prawdziwej sprawczości! Jedynie przypomina nieco wolność.

Wprowadzę dwa pojęcia: wolność faktyczna, czyli wolność sumienia i wolność pozorna, czyli tycząca się preferowanych stanów świata zewnętrznego i decyzyjności w ich względzie. Dla odróżnienia tą pierwszą będę pisał wielką literą.

Jakie elementy zbioru wpływają na moją refleksyjność?

Trzy sfery wydają się najważniejsze: ekonomia, słowo i ciało.

Wolność ekonomiczna to posiadanie wystarczającej ilości środków, by zakupić jedzenie, schronienie, książki, środki czystości, leki, komputer, dostęp do Internetu, elektryczność, wodę, ogrzewanie. Dodatkowo jest przydatnym dla mojego spokoju ducha, bym miał możliwość odłożenia co roku pewnej kwoty.

Nie interesuje mnie system, w jakim funkcjonuje, tylko jakie zasoby materialne potrzebuje i czy mogę o nie skutecznie zabiegać.
Pojawia się element sprawczości: czy mam możność zdobycia niezbędnych zasobów?

Wolność słowa to dostęp do nieocenzurowanej myśli. Realizuje ją poprzez dostęp do Internetu, księgarni i bibliotek oraz w swobodnych dyskusjach z ludźmi.

Wolność cielesna to możność chronienia swego ciała, wystawiania go na szkodę i modyfikowania.

Czy te wolności podlegają ograniczeniom?

Żadna z nich nie może realizować się kosztem drugiego człowieka i jego refleksyjności. Moja refleksyjność nie jest lepsza ani gorsza od refleksyjności bliźniego i nie mam prawa jej faworyzować. W praktycznych sytuacjach nie da się stwierdzić, komu zasób przyda się bardziej, niedopuszczalne jest więc zawłaszczanie zasobów innych ludzi.

Jest złe, by moje używanie którejś z nich stwarzało zagrożenie, wyrządzało krzywdę lub zubożało drugiego – w kontekście wolności, ale przede wszystkim Wolności.

Jak wolność ekonomiczna wpływa na moją refleksyjność?

Tworzy bazę do rozmyślań poprzez zaspokojenie podstawowych potrzeb cielesnych i zapewnienie energii, a następnie wyposażenie mnie w narzędzia, które refleksję ułatwiają i usprawniają. Drugorzędny wpływ bierze się z zapewnienia bezpieczeństwa wykraczającego poza dziś, czyli zgromadzenia oszczędności.

Jak zdobywam wolność ekonomiczną?

Osobiście czynię to poprzez pracę zarobkową. To nie jedyny sposób, ale dość typowy. Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest to, że żyję w systemie społeczno-prawnym, który umożliwia takie zarobkowanie i względnie swobodne wydawanie zarobionych środków.  

Jak wolność słowa wpływa na moją refleksyjność?

Jej najważniejszym aspektem jest swoboda dyskusji i wymiany idei. Poddawanie własnych idei krytyce zewnętrznej jest cennym źródłem refleksji. Przyswajanie i krytykowanie idei innych jest źródłem nowych sposobów myślenia.

Ja zdobywam wolność słowa?

Moja sprawczość w tej dziedzinie to po pierwsze szczere wypowiadanie swoich poglądów na różnych forach i przyswajanie informacji zwrotnej.
Po drugie to aktywne szukanie myśli innych, by się z nimi skonfrontować.

Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest funkcjonowanie w systemie społeczno-prawnym, który nie cenzuruje idei.

Jak wolność cielesna wpływa na moją refleksyjność?

Po pierwsze bezpieczeństwo przed atakiem z zewnątrz na moje ciało pozwala mi skierować zasoby od obrony ku wewnętrznej refleksji.

Po drugie dbanie o zdrowie mojego ciała i umysłu pozwala mi zmaksymalizować zasoby, które mogę przeznaczyć na refleksję.

Po trzecie moje ciało jest narzędziem kontaktu ze światem zewnętrznym, ekspresji, dawania i przyjmowania informacji zwrotnej.

Jak zdobywam wolność cielesną?

Ta pierwsza zależy od systemu społeczno-prawnego, w którym funkcjonuje. Moja kontrola jest tu iluzoryczna.

Ta druga zależy po pierwsze od moich genów, na które nie mam wpływu. Po drugie od mojego stylu życia, nad którym mogę pracować, wybierając to, co jest zdrowe i korzystne dla mego ciała. Po trzecie od przypadku, decyzji innych ludzi, zjawisk przyrody etc.

Ta trzecia podobnie jak druga zależy od genów (uzdolnień) i przypadku (kontuzji, wypadków) oraz moich decyzji jak ze swego ciała korzystać.

Zdefiniowałem Wolność i wolność oraz odpowiedziałem pokrótce na pytanie, jak korzystamy z wolności?

Dlaczego przemknąłem jedynie nad Wolnością i jej wykorzystaniem?

Bo temat zasługuje na osobny artykuł, a sporo już o nim mówiłem w cyklu o decyzjach! Tylko podkreślę, iż Wolność jest zależna od nas samych i praca nad nią jest pracą nad sobą – czyli rozwojem osobistym, drugą z moich kluczowych wartości.

Dotychczasowe rozważania były wsobne, koncentrowały się na tym, co wolność robi dla mnie i jak mogę ją poszerzać. Jednak stoicka etyka mówi o refleksyjności w ogóle. W związku z tym pytam: jak moja wolność może przysłużyć się refleksyjności innych?

Na wstępie podkreślę, że pytanie nie jest „jak powinna wyglądać wolność innych”, tylko co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmienić świat na lepsze i jakie aspekty mojej wolności pozwalają mi pomagać i służyć innym ludziom?

Zacznijmy od pierwszego pytania: co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmieniać świat na lepsze?

To pytanie sprowadza się do rozdysponowywania zasobów. Są dwa zasoby, które mam do dyspozycji: czas i dobra materialne.

Zacznijmy od pieniędzy. Gdzie powinny iść, by najbardziej przysłużyć się wolności innych?

Optymalnie, zasoby, których nie zużywam na swoje potrzeby, powinny iść w kierunku dobroczynności.
Jeden obszary to pomaganie osobom w skrajne nędzy, w kryzysie bezdomności, w kryzysie uzależnienia, w innych kryzysach psychicznych i życiowy.
Drugi to edukacja dzieci i dorosłych.
Trzeci, który ze mną rezonuje, to medycyna szczególnie ta ratująca życie.

Wszystkie z tych działań służą tworzenie przestrzeni na refleksję korzystającym z nich ludziom. Choć nie ma gwarancji, że z niej skorzystają, to wiadomo, że pieniądze pozostające u mnie niczyjej refleksyjności się nie przysłużą. Szansa na sukces jest lepsza od pewności porażki.

Czy tak czynię?

Nie, daleko mi do tego ideału, ale staram się ku niemu zmierzać.

Gdzie powinien iść mój czas?

Część mojego czasu idzie na zarabianie pieniędzy o dysponowaniu którymi już wspomniałem. To, co pozostaje, powinno się koncentrować na kilku aspektach, czyli wartościach: rozwój osobisty, kultywowanie relacji z ludźmi, twórczość (szerzenie myśli). Na dalszych miejscach są: relaks i rozrywka obniżające poziom stresu, obowiązki domowe, dbanie o zdrowie, pomaganie innym.

Wszystkie powyższe odpowiedzi są ogólnikowe i brakuje im pełnego uzasadnienia. Przyjdzie na nie czas, gdy będę rozważał szczegółowo pozostałe wartości.

Nie jestem też tych odpowiedzi pewien, przeciwnie, mam przekonanie, że są inne równie korzystne opcje, o których nie pomyślałem. Możliwe nawet, że są lepsze, bardziej efektywne sposoby na wykorzystanie moich zasobów! Jestem otwarty na wszelkie sugestie, śmiało dawajcie mi znać jakie macie pomysły!

Jedno jest dla mnie jasne, szczególnie gdy chodzi o zasoby finansowe. Jeśli będą tkwić przy moim tyłku, to niczego dobrego nie zdziałają!

Chciałbym podsumować te rozważania. Podzieliłem wolność na dwa pojęcia: Wolność i wolność.

To pierwsze odnosi się do realnej sfery mojej sprawczości, czyli moich stanów wewnętrznych: wyobrażeń, decyzji, refleksji. Ten świat jest niezależny od ignorancji z zewnątrz, tylko ode mnie zależy ile dam sobie Wolności, bo tylko ja mogę ją odbierać i dawać. To, co zewnętrzne nie ma przystępu do tej wewnętrznej twierdzy. Wolność pozorna to obszary decyzji i zjawisk ode mnie niezależnych, czyli w których moja sprawczość jest minimalna i warunkowa. Nie oznacza to, że odrobiny sprawczości, którą w tych obszarach posiadam, nie warto wykorzystać, by poszerzać granice refleksyjności. Niektóre ze wspomnianych elementów znajdą manifestację w innych wartościach, które przedyskutuję w przyszłości.

O podejmowaniu decyzji – dyskusja

Post ten jest rozwinięciem postu „O podejmowaniu decyzji”, zainspirowanym dyskusją w komentarza, do zapoznania się z którą zachęcam!

„(…) czy emocjonalne reagowanie na sytuację zawsze można nazwać decyzją i czy powinniśmy w ogóle starać się tak je nazywać? Czy można w ogóle powiedzieć, że opisany w drugim przykładzie mężczyzna podjął decyzję w momencie, w którym okazał emocje? (…) „Decyzja” sprowadziła się tutaj do okazania lub nieokazania emocji, a nieokazywanie emocji nie jest zdrowym odruchem, do uzyskania którego warto dążyć.”

„(…) Możemy oczywiście mówić jeszcze o czymś takim jak działanie pod wpływem emocji – ale w takim przypadku nie obejmie ono przykładu nr 1, który sprowadza się do wulgarnej manifestacji uczuć, a nie decyzji podjętej z ich udziałem.”

Super komentarz, pokazujący ewidentną lukę w moich rozważaniach nad emocjonalnym okazywaniem emocji z poprzedniego artykułu. Poświęciłem nieco czasu na ponowne przemyślenia nad temat i doszedłem do poniższych poprawek.
Pierwsza rzecz, którą zauważam, to, że było przesadą pomijanie punktów (5) i (6) z ogólnego schematu podejmowania decyzji. Te punkty w nim występują. To, co jest kluczowe dla mnie przy emocjonalnym podejmowaniu decyzji, to zawężenie opcji, jakie mamy do wyboru (czy raczej, jakie wydaje się nam, że mamy do wyboru). To oczywiście wpływa na punkty (5) i (6), ale ich całkowicie nie unieważnia. Proponuje taki oto przykład:
Idę wieczorem przez ciemną uliczkę w centrum miasta. (1) Z cienia wyłania się sylwetka postawnego mężczyzny. Czuję strach. (2) Mam do wyboru: walczyć, uciekać lub zamrzeć bezruchu. (5) Walka: osoba przede mną jest większa niż ja. Nie potrafię się bić. Ucieczka: Osoba jest oddalona o 2 metry. Nie potrafię szybko biegać. Zamrzeć: Jest szansa, że jeśli nie będę rzucał się w oczy, to zagrożenie mnie po prostu ominie. (6) Opcje walki i ucieczki są skazane na porażkę. Zamrzeć daje szansę na uniknięcie starcia. (7) Wybieram zamarcie. (8) Zwalniam kroku i zamieram, czekając, aż tajemnicza postać mnie minie.
Analizując tę sytuację „na zimno”, można bez trudu wskazać o wiele więcej dostępnych opcji. Mogę iść przed siebie i jedynie kątem oka zerkać na tajemniczą postać. Mogę zacząć wołać o pomoc. Mogę powiedzieć: „Dobry wieczór, szanownemu panu”. Mogę zmrużyć oczy i spróbować lepiej przyjrzeć się mrocznej postaci (zdobyć więcej informacji). Jednak w trybie emocjonalnego podejmowania decyzji, na te dodatkowe niuanse nie ma miejsca. Nie sugeruje przy tym, że reakcja i decyzja emocjonalna jest zła, wręcz przeciwnie, w mroczny zaułku, w opisanej sytuacji, takie zawężenie spektrum decyzji i związane z nim przyspieszenie reakcji, może stanowić różnicę między życiem a śmiercią!
Drugi przykład, który chciałem tu podrzucić, to historia gwałtownego wybuchu miłości:
Podoba mi się pewna kobieta. (1) Spędziliśmy wiele godzin na interesującej rozmowie. Czuję podekscytowanie i pożądanie. (2) Mam do wyboru: kupić jej kwiaty, zaprosić ją na wspólne wakacje. (5) Kwiaty mogę kupić za rogiem. Zorganizowanie wakacji długo trwa. Wakacje zrobią większe wrażenie niż kwiaty. Kwiaty są tradycyjnym symbolem uczucia. (6) Wakacje są zbyt skomplikowane. (7) Wybieram kwiaty. (8) Lecę do kwiaciarni i kupuje największy bukiet róż.
Może to jest najlepsza możliwa decyzja w tej sytuacji. Problem polega na tym, że mam o wiele więcej opcji niż te dwie. Mogę do niej jutro zadzwonić i spytać jak się ma. Mogę jej powiedzieć, że mam wolny bilety do kina (cóż za przypadek 😉 ), czy nie chciałby się wybrać ze mną. I tak dalej i tak dalej. Ta decyzja może przynieść pożądane skutki (czyli, padniemy sobie w ramiona) i pomimo tego być złą decyzją! Może też przynieść opłakane skutku (czyli, dziewczyna powie, bym spadał z tymi kwiatami na drzewo) i pomimo tego być dobrą decyzją! Odpuściliśmy zbyt wiele opcji, by móc realnie rozstrzygać o poprawności naszej decyzji.
W moim schemacie emocjonalne podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3) i (4), zawężenia punktu (2) i związanego z tym zawężenia punktów (5) i (6). Opieram się na ograniczonym zasobie opcji:
Zdarzenie X wywołuje emocję Y, emocja Y podpowiada rozwiązania Z i W (pomija wiele innych), rozstrzygam wybór na korzyść Z, robię Z.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy emocja jest bardzo silna, nieadekwatnie do sytuacji. Silne emocje mocniej zawężają wybór opcji, w ekstremalnych przypadkach pozostawiając jedną. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

„Przychodzi mi też do głowy myśl, że ten „tryb” podejmowania decyzji ma bardzo zindywidualizowany charakter – jak wskazałeś, z uwagi na stan emocjonalny decydującego ma on de facto ograniczony wybór, ale w identycznej sytuacji katalog opcji do wyboru dla każdego będzie się przedstawiał nieco inaczej.(…)”

I tu także się zgadzam. Emocjonalne podejmowanie decyzji jest mocno zindywidualizowane i to nie tylko między różnymi osobami. Ta sama osoba może podjąć inne decyzje w bardzo podobnych sytuacjach, często zależnie od swojego stanu wewnętrznego. Przykładowo, inaczej będziemy reagować, inne decyzje podejmować, gdy jesteśmy najedzeni kontra, gdy jesteśmy głodni. To może być prawdą, właściwie dla każdego trybu podejmowania decyzji, ale w przypadku emocjonalnego wydaje się najbardziej uwypuklone.