Czy ja myślące jest w nas jedno, czy to raczej stały dialog różnych ośrodków myśli?

Pytanie, które sobie dzisiaj stawiamy, jest fundamentalne dla zrozumienia ludzkiej konstrukcji psychicznej. Czy jesteśmy kolekcją wielu różnych „osób” zmieniających się zależnie od okoliczności u steru ciała? Czy może nasza osobowość jest monolitycznym tworem, skomplikowanym i wielowymiarowym, ale jednak jednolitym? Nie odpowiemy na to pytanie w pełni, ale zastanowimy się, czy mamy do czynienia z prostą dychotomią. Zaproponujemy kilka możliwości interpretacji i rozważmy argumenty za i przeciw przyjęcia którejś z nich. Wreszcie zadamy pytanie o to, czy te rozważania mają znaczenie, czyli czy odpowiedź na dzisiejsze pytanie niesie ze sobą jakieś praktyczne konsekwencje.

Pozorna dychotomia?

Pytanie zadane w tytule zdaje się sugerować następującą dychotomię: albo ja myślące jest jedno (monolit) albo jest wiele ośrodków myśli (wiele ja). Na pierwszy rzut oka ta dychotomia jest sensowna, rozważmy jednak następujące alternatywy:

  1. ja płynne (ciągłe) – wprawdzie technicznie jest to jedno ja, ale nie ma monolitycznego charakteru. Może mieć w sobie ośrodki skupienia, centra myśli i przekonań, które wykazują silną niezależność. To jedno ja, które manifestuje się jako wiele ośrodków myśli;
  2. ja continuum – ja nie składa się z dyskretnych oddzielnych osobowości, ale jest czymś ciągłym i może płynnie przechodzić między stanami. Myśl podobna do pierwszej, ale bez koncepcji „punktów skupienia”. Ten przypadek będzie się manifestował bardziej jako jedno ja, które zmienia się, ewoluuje;
  3. Ja, które rozpada się i łączy w czasie. W pewnych okresach jest tylko jedno ja, w innych rozkłada się ono na wiele ośrodków myśli. To hybryda naszych dwóch biegunów;
  4. wiele ośrodków myśli, które nie są w dialogu. To nawiązanie do pełnej wersji pytania, które zakłada, że w przypadku wielu ośrodków myśli będą się one porozumiewać. To założenie nie jest konieczne.

Przypuszczam, że można podać jeszcze więcej alternatywnych podejść. Pozostaje jednak do rozważenia, czy te możliwości unieważniają sens początkowego pytania? Jeżeli pytamy o fundamentalną naturę konstrukcji człowieka, to te różnice są ważkie i nie powinniśmy pozostawać przy prostej dychotomii. Jednak jeżeli bardziej interesują nas praktyczne aspekty, to pierwsze dwa przypadki można rozumieć jako nieistotne wariacje opcji wielu ośrodków myśli, podobnie punkt czwarty, jeśli rozluźnimy wymaganie dialogu między ośrodkami. Pozostanie nam punkt trzeci, który jest trudny do zignorowania także z praktycznego punktu widzenia. W związku z tym dodam tę opcję do dalszych rozważań, by sprawdzić, czy wnosi coś fundamentalnie odmiennego.

Od choroby do normy

Jako pierwszą przesłankę w naszej dyskusji chciałbym podnieść stan chorobowy związany z rozszczepieniem jaźni. To rzadko spotykane zaburzenie objawia się wytworzeniem u osoby nim dotkniętej dwóch lub więcej osobowości. Osobowości te mają różne charaktery, wspomnienia, wiek czy imię. Funkcjonują w dużej mierze jako niezależne byty, często nie mając świadomości istnienia pozostałych osobowości.

Ten przypadek zdaje się jasno korespondować z koncepcją wielu ośrodków myśli. Trudno sobie wyobrazić, by poziom rozdzielenia u osoby dotkniętej rozszczepieniem jaźni mógł mieć miejsce, jeśli jest w nas jedno ja. Bez trudu natomiast da się go pogodzić z koncepcją wielu ośrodków myśli, które w przypadku tego zaburzenia tracą ze sobą kontakt.

Ten przypadek jest spójny z koncepcją hybrydową, czyli ja, które może się łączyć i rozdzielać. Przykładowo przed rozwinięciem się choroby pacjent miał jedno ja, które uległo rozdzieleniu na kilka w wyniku jej działania. Można też sobie wyobrazić, że istnieje jedna osobowość łącząca wszystkie, od której oddzielają się, w sprzyjających warunkach, poszczególne osobowości.

To powiedziawszy, warto zwrócić uwagę, iż nie możemy z całą pewnością ekstrapolować stanu chorobowego, jakim jest rozszczepienie jaźni, na funkcjonowanie zdrowego umysłu. Może być tak, iż poprawnie funkcjonujący mózg wytwarza jedno ja i tylko w przypadku zaburzeń może ono ulec rozpadowi. Nie jest to więc finalna odpowiedź na nasze pytanie, ale jest to dowód, że podział na wiele ośrodków myśli jest możliwy.

Obserwacja samego siebie

W swoim codziennym funkcjonowaniu rozpoznaję kilka różnych sposobów myślenia, które manifestują się w zależności od sytuacji. W niektórych przypadkach mogę wybrać, by wejść w dany tryb, w innych jeden z trybów uruchamia się automatycznie. Kilka przykładów: ja refleksyjne (w przeglądzie siebie), ja działające (w intensywnej pracy), ja rozemocjonowane (w porywie emocji) itp.

Te sposoby myślenia są od siebie na tyle odmienne, iż interpretuję je jako oddzielne ja. Efekt jest na tyle wyraźny, że mogą one wejść ze sobą w dialog. Szczególnie w przypadku „ja refleksyjnego”, w toku przeglądu siebie (LINK) zwraca się ono do pozostałych ja w formie monologu niekiedy przechodzącego w rozmowę.

Konsekwencje aktywności jednego z tych sposobów myślenia są daleko idące. Zmienia się moje zachowanie, czyli podejmuję inne decyzje na podstawie tych samych danych wejściowych. Zmienia się mój sposób mówienia, moje słownictwo itp. To głębokie przeobrażenia, które mogą wskazywać na różnice w celach, wartościach a nawet różnice etyczne pomiędzy poszczególnymi trybami.

Choć wszystko, co powyżej napisałem może być wyjaśnione przez różne tryby funkcjonowania jednego ja, jak i przez wiele ośrodków myśli, intensywność tego podziału – zwłaszcza zmiany w sferze wartości i etyki – skłania mnie ku tej drugiej opcji. W tym kontekście pojawia się też pytanie ze wstępu: czy jeśli jedno ja manifestuje się w praktyce w sposób nierozróżnialny od wielu, to rozróżnianie ich ma jakiś cel? Warto tu też nadmienić że powyższa obserwacja jest zasadniczo spójna z trzecią alternatywą, czyli ja, które może się dzielić lub łączyć w jedną całość.

Czy to mocna przesłanka za koncepcją różnych ośrodków myśli? Niezbyt. Warto unikać odniesień do własnego doświadczenia, kiedy próbujemy rozstrzygnąć jakieś pytanie – chyba, że to pytanie konkretnie o nasze doświadczenia, preferencje, odczucia. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, badania naukowe są lepszym przybliżeniem prawdy niż doświadczenie jednostki, nawet jeśli ową jednostką jesteśmy my sami. Po drugie, gdy nie ma konsensusu naukowego, ale jest statystyka, jest ona lepszym przybliżeniem prawdy niż nasze doświadczenie – jest ono tylko jednym punktem danych pośród tysięcy uwzględnionych w statystyce. Po trzecie, nasze doświadczenia dotknięte są zwykle błędami poznawczymi. Przykładowo, ja zaczynając pisać ten artykuł miałem półświadome przekonanie, że odpowiedzią na pytanie w tytule jest: oczywiście, że jest wiele ośrodków myśli. To oznacza, że moje myślenie jest wypaczone pod tą tezę! Z tego powodu warto zawsze sceptycznie podchodzić do konkretnych wniosków – szczególnie własnych – a koncentrować się na zasadności argumentów.

Obserwacja innych

Choć wobec innych nie mamy tego poziomu wglądu jak względem samych siebie, to w zamian mamy większą dozę obiektywności. W związku z tym obserwowanie słów i zachowań innych osób jest interesującą poszlaką w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie.

Widzę u innych ludzi, jak zmienia się ich zachowanie w zależności od grupy, w której się znajdują. Modyfikacji ulega język, jakiego używają, ich mowa ciała, ton głosu itd. Najbardziej wyraźnie tę różnicę można dostrzec pomiędzy sytuacją formalną a sytuacją towarzyską – różnice we wszystkich wymienionych elementach bywają wtedy głębokie i wyraźne.

Kolejna obserwacja to zmiana deklarowanych poglądów, znowu w zależności od grupy osób, w której ktoś się znajduje. Zazwyczaj jest to połączone z elementem dostosowania się do standardu panującego w danej zbiorowości. Czasem ma to formę jedynie potakiwania, czasami faktycznego głoszenia.

Ostatnia obserwacja, to zmiana czynów, co możemy rozumieć jako realną zmianę poglądów i wartości – człowiek realizuje inne poglądy i wartości zależnie od kontekstu społecznego w którym się znajduje. Ta zmiana jest najgłębsza ze wszystkich wymienionych. Dwie pozostałe można wytłumaczyć jednym ja, które przystosowuje się do sytuacji, zachowuje się oportunistycznie. Tę jednak ciężej uzasadnić w ten sposób, a nawet jeśli to rodzi się pytanie: jak taka osoba unika beznadziejnego konfliktu moralnego, jeśli mamy do czynienia z jednym ja?

Te obserwacje choć ciekawe mają swoje ograniczenia. Po pierwsze, nie prowadzę ścisłego rejestru zachowań innych ludzi, brak mi więc twardych danych. Po drugie wielu ludzi znam tylko z jednego typu sytuacji, na przykład z gruntu towarzyskiego, nie mam więc porównania. Po trzecie nie mam dostępu do procesów myślowych tkwiących za tymi zewnętrznymi przejawami, nie mogę więc mieć pewności, że u ich podstawy leżą realnie oddzielone ja.

Czy to mocna przesłanka? Przy odpowiednio dużej ilości obserwacji, potencjalnie tak. Na pewno jest silniejsza od poprzedniej, bo obserwacja kilku osób, to więcej niż obserwacja jednej(siebie). Żeby jednak nabrała mocy to potrzebowalibyśmy zgromadzić dobrą statystykę z tysięcy przypadków, zebraną zgodnie ze sztuką itd. Ja takich statystyk nie posiadam, nie mogę więc wyciągać ostatecznych wniosków.

Istnienie konfliktów wewnętrznych

Ludzie bywają skonfliktowani wewnętrznie. Znamy to z własnego doświadczenia, z tych trudnych momentów w życiu, gdy musimy wybierać, a nie potrafimy określić, która opcja jest właściwa. Znamy to z opowieści innych ludzi i ich zmagań z niemożnością pogodzenia duchowych sprzeczności. Znamy to wreszcie z literatury, gdzie motyw moralnych i etycznych rozterek jest jednym z najpowszechniejszych tropów literackich. Historie osnute wokół konfliktów wewnętrznych fascynują nas nieodmiennie od wieków i nie bez powodu – w historiach tych bowiem rozpoznajemy siebie.

Skoro istnienie konfliktu wewnętrznego wydaje się być wielce prawdopodobne, to rodzi się pytanie: czy jedno ja może być skonfliktowane? Inaczej można to ująć, pytając: czy konflikt wymaga dwóch lub więcej stron?

Jeżeli założymy, że konflikt wewnętrzny jest bliski lub tożsamy w swojej mechanice ze „standardowymi” konfliktami międzyludzkimi, to musimy przyjąć, że istnieją w człowieku co najmniej dwie istoty (ośrodki myśli), między którymi dochodzi do konfrontacji. Czyli konflikt wewnętrzny to różnica zdań co do tego, co ważne lub tego, co dobre między dwoma, względnie niezależnymi, przejawami naszej osobowości.

To założenie nie musi być jednak prawdziwe. Zaproponuję tu jedną alternatywę: konflikt wewnętrzny to nie spór między dwiema stronami to sytuacja, w której jest niezwykle trudne, a wręcz niemożliwe, oszacowanie prawdopodobieństwa skutków naszych działań, prowadzące do tego, że nie mamy dobrej przesłanki, by dokonać wyboru. Innymi słowy, konflikt wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy przewidzieć następstw naszej decyzji, w związku z czym nie potrafimy zdecydować. Ta interpretacja nie wymaga istnienia wielu ośrodków myśli, choć im nie przeczy.

Ze względu na wspomnianą alternatywę tej przesłanki także nie możemy zaliczyć do szczególnie mocnych. Polega ona nadmiernie na jednej konkretnej interpretacji tego, czym jest konflikt wewnętrzny, która to interpretacja nie musi być słuszna.

Podsumowanie

Zebraliśmy kilka poszlak, które zdają się przemawiać za koncepcją dialogu różnych ośrodków myśli, nie wykluczając przy tym trzeciej alternatywy, o której wspomnieliśmy, czyli opcji hybrydowej. Żadna z przytoczonych poszlak nie jest moim zdaniem ostateczna, razem wzięte również nie wydają się stanowić przekonującego dowodu. Należy więc powiedzieć, że pytanie tytułowe pozostaje nierozstrzygnięte, z lekkim wskazaniem na wiele ośrodków myśli.

Zaznaczę tu, że mogą istnieć dane i badania z dziedziny nauk szczegółowych, których tu nie rozpatrzyliśmy, a które mogą stanowić mocniejsze dowody. Przykładowo, mogły być prowadzone badania zbierające statystyki tego, jak ludzie subiektywnie postrzegają swoje myślenie, albo badania wokół koncepcji konfliktu wewnętrznego, czy też badania kliniczne nad rozproszeniem jaźni. Każde z nich może stanowić istotny argument w dzisiejszej dyskusji. Na potrzeby tego artykułu celowo nie przeprowadziliśmy badań w tym kierunku, jako że naszym celem było przedstawienie pierwszego, intuicyjnego spojrzenia na ten problem – można powiedzieć, że badaliśmy zdanie laika w tej kwestii.

Ostatecznie pytanie, które ciąży nad całą powyższą analizą jest jeszcze innego rodzaju: czy to ma znaczenie? To znaczy, czy ma znaczenie, czy osobowość jest jedna czy rozproszona? Czy praktycznie możemy oczekiwać jakichś realnych różnic? Gdzie by takie różnice się przejawiały? Czy koncepcja jednego ja wyklucza istnienie nie tylko konfliktu ale i dialogu wewnętrznego? Czy to, jak żyjemy zależy od odpowiedzi na dzisiejsze pytanie?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czym jest synkatathesis (akt przyzwolenia)?

Preambuła

Dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów inspirowanych serią pytań i tematów, które uczestnicy Kolonii Stoickich otrzymali, z zadaniem wyboru jednego i przygotowania wystąpienia na jego temat. Tak się składa, że wszystkie te tematy są ciekawe i warte zastanowienia, pozwoliłem sobie, wobec tego, pożyczyć ich ideę i oprzeć na nich kilkanaście kolejnych blogowych tematów (nie wykluczając krótkich przerw). Zagadnieniem przewodnim całego cyklu jest myślenie i jego jakość.

Wstęp

Synkatathesis to grecki termin tłumaczony zwykle jako przyzwolenie lub akt przyzwolenia (także zgoda, akceptacja, uznanie za prawdę). Jest to decyzja, by zaakceptować wyobrażenie (phantasia) jako prawdziwe. Jako taka stanowi zwieńczenie cyklu poznawczego, który rozpoczyna się od aisthesis (wrażenie, doświadczenie, odczucie) – aktu wspólnego ludziom i zwierzętom, polegającego, w uproszczeniu, na zarejestrowaniu bodźca. W ludzkim umyśle, w odpowiedzi na aisthesis, tworzy się jego obraz w wyobraźni (phantasia), dopiero z tym obrazem pracuje nasz umysł. Phantasia (wyobraźnia, obraz, zjawisko, pozór) może być prawdziwe – czyli wiernie oddawać istotę aisthesis – albo fałszywe – zniekształcać wrażenie fałszywymi sądami. Ostatnim etapem tego cyklu jest synkatathesis – decyzja, czy phantasia jest prawdziwe, czy fałszywe i podjęcie działania odpowiedniego do tej decyzji. W tym schemacie aisthesis jest od nas całkowicie niezależne, nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza. Phantasia jest od nas niezależna w momencie, gdy już się stała, ale w zasadzie możemy modyfikować to, jakich phantasia będziemy dokonywać w przyszłości, pracując nad naszymi wyobrażeniami. Synkatathesis jest od nas w pełni zależne, a przynajmniej powinno takie być. W dalszej części artykułu zastanowimy się, jak mogą powstawać luki w tej zależności.

Przyzwolenie jednokrotne

Według stoików, każda decyzja składa się z trzech etapów, o których wspomnieliśmy we wstępie. Wszystko zaczyna się od aisthesis, czyli wrażenia lub bodźca. We współczesnym języku możemy ten element zrozumieć jako sygnał wygenerowany przez jeden ze zmysłów i przekazany do mózgu. Warto tu na marginesie wspomnieć, że zmysły zbierają sygnały zarówno z naszego otoczenia, jak i z wnętrza naszego ciała. Ostatecznie mamy tu do czynienia z impulsem elektrycznym i chemicznym, który dociera z peryferii układu nerwowego do jego centrum. Impuls ten ma jakiś obiektywny kształt i niesie realną informację. Celowo piszę tu o kształcie i informacji jako realnej, zamiast pisać o rzeczywistym wydarzeniu czy obiekcie, które opisują, bo realność tych pierwszych jest, z perspektywy naszego umysłu/mózgu, pewna, ale tych drugich już nie. Zmysły mogą wysyłać fałszywe sygnały – jest to zwykle objaw choroby lub manipulacji – a mózg nie ma pozazmysłowych sposobów ich weryfikacji.

Aby wrażenie zmysłowe mogło zostać poddane dalszej, nazwijmy to, obróbce, musi zostać przekształcone z wejściowego impulsu elektrochemicznego na obraz, czyli phantasia. Słowo obraz należy tu rozumieć luźno, jako kolekcję obrazów, dźwięków, słów, nastrojów itp. Należy też przypuścić, że na jedną phantasia złoży się wiele aisthesis – mózg nie rozpatrzy każdego impulsu zmysłowego z osobna, ale już na tym etapie zsyntetyzuje je w jeden twór. W tym momencie możemy mieć do czynienia z poważnymi zniekształceniami. Po pierwsze, synteza wielu wrażeń w jedno wyobrażenie może przebiec niepoprawnie: ważne impulsy zostaną pominięte, bo będą zbyt słabe, mało istotne zostaną wyolbrzymione, niepowiązane wrażenia zostaną mylnie włączone do analizy. Przykład: ściśnięcie żołądka wywołane lekkim głodem zostaje złączone z widokiem osoby i zostaje zinterpretowane jako oznaka strachu. Po drugie, powstawanie phantasia jest efektem wyuczonych (wypracowanych) mechanizmów poznawczych. Mózg na różnych etapach naszego życia uczy się, jak interpretować konkretne sygnały i ich połączenia. Te wyuczone mechanizmy mogą zawierać błędy i zniekształcenia. Przykładowo, osoba, która wykształciła tendencję do postrzegania świata pesymistycznie, będzie skłonna interpretować widok chmury na horyzoncie jako zapowiedź nieprzyjemnego deszczu. Mechanizmy te będą przybierać przeróżne formy: nastrój, cecha charakteru, tendencyjność w myśleniu, wybiórcza ślepota itd. Większość z nich będzie czasem przydatna (wezmę parasol i nie zmoknę), a czasem niekorzystna (nie wyjdę z domu, bo może padać).

Formowanie się phantasia to ciekawy i złożony temat wykraczający jednak poza ramy dzisiejszego tekstu, bowiem naszym punktem kluczowym jest kolejny etap tego procesu, czyli synkatathesis.

Człowiek – i o ile wiemy, jest to jego unikalna właściwość – jest wyposażony w zdolność przyjęcia lub odrzucenia wyobrażenia. Oznacza to, że nim phantasia przerodzi się w działanie – coś, co byłoby bardziej charakterystyczne dla reakcji zwierzęcia – jest moment, w którym świadomie możemy ją przyjąć, odrzucić lub zmodyfikować. To właśnie synkatathesis – akceptacja wyobrażenia. Sama koncepcja jest w ogólnym zarysie prosta: do świadomości dociera phantasia, tam poddawana jest analizie. Badana jest jej logiczna spójność. Jest konfrontowana z przeszłymi doświadczeniami. Jest oceniana w kontekście wartości i potrzeb. Jeśli sytuacja tego wymaga, wyciągane są ciężkie działa: oceny etycznej i moralnej. W zależności od wyników tych testów następuje decyzja co dalej z naszym wyobrażeniem uczynić.

Ogólna idea jest prosta, ale już samo pobieżne spojrzenie na katalog potencjalnych badań, jakimi poddana może być phantasia, powinno nam uzmysłowić, że w praktyce wcale tak prosto nie jest.  To ma dwie ważne konsekwencje. Pierwsza konsekwencja to, że nasz leniwy mózg będzie starał się ten etap upraszczać, minimalizować, a nawet pomijać. Jest to całkiem logiczne, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy oszczędzania energii – a jest to według niektórych koncepcji główna kompetencja naszego mózgu – uruchamianie tak intensywnego procesu przy każdej drobnostce oznacza zużycie konkretnych kalorii, a jeśli to nas nie przekonuje, to rozważmy ile czasu, naszej mocy obliczeniowej, musimy poświęcić na takie badanie. W praktyce synkatathesis dla każdej phantasii może nie być możliwa. Druga konsekwencja to, że trudno oczekiwać, by proces przyzwolenia, za każdym razem przebiegł bezbłędnie. W tak skomplikowanych układach jest zbyt wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak, by móc spodziewać się zawsze poprawnego wyniku.

Jeśli idzie o pierwszą z konsekwencji, zaproponuję potencjalny sposób, w jaki nasze umysły radzą sobie z nią. Jeśli idzie o drugą, to wypada ją zaakceptować i jednocześnie uzmysłowić sobie, że synkatathesis to umiejętność jak każda inna pod tym względem, że aby dobrze działała, musi być trenowana i poddawana częstym refleksyjnym przeglądom i modyfikacjom. Na swój sposób praca nad tą zdolnością jest zasadniczym sensem stoickiego życia.

Przyzwolenie wielokrotne – nawyki

Każdego dnia nasz umysł przyjmuje tysiące wrażeń zmysłowych. Jeżeli każda z tych aisthesis miałaby być najpierw zamieniona na phantasia, a następnie poddana weryfikacji w synkatathesis, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Kiedy wiążemy buty, zapewne jest tak, że zaczynamy zazwyczaj od tego samego, albo lewego, albo prawego. O ile jakieś okoliczności nie sprawią, że taka kolejność będzie niepraktyczna, to nie musimy się nad tym zastanawiać, po prostu to robimy. Nie ma potrzeby, by poddawać nasze wyobrażenie o tym, który but należy zawiązać najpierw ocenie w synkatathesis. Czynność ta ma niewielkie znaczenie, nie ma żadnych implikacji moralnych, nie odnosi się do sfery wartości oraz jest przez nas wypraktykowana przez lata jej powtarzania. Możemy sobie więc pozwolić na zastosowanie skrótu.

Taki skrót określamy mianem nawyku. Wypracowaliśmy sobie nawyk wiązania najpierw prawego, a potem lewego buta i teraz stosujemy go automatycznie. Gdzieś na początku naszej przygody ze sznurowadłami musieliśmy jeszcze decydować, od której strony zacząć. Możliwe nawet, że mieliśmy wtedy praktyczne rozważania nad tym, jak jest nam wygodniej – mogą być chociażby dobre przesłanki do podjęcia tej decyzji związane z naszą dominującą ręką. W tamtych czasach praktykowaliśmy synkatathesis, by decydować, czy zawiązać najpierw prawy, czy lewy but.

Wypraktykowane w wielokrotnym powtarzaniu synkatathesis staje się nawykiem. Oczywiście do powstania nawyku koniecznym jest, by nasze wybory były spójne, byśmy w przeważającej większości przypadków podejmowali tę samą decyzję. Jeżeli stajemy często w jakiejś sytuacji, ale nasze wybory zmieniają się w nieprzewidywalny sposób za każdym razem, to nie dojdzie do wykształcenia się nawyku. Nawyk nie powstanie też, jeżeli sytuacja jest wyjątkowa, czyli zdarza się z niewielką częstotliwością.

Nawyki to potężne narzędzie poprawy efektywności naszego funkcjonowania. Pomyślcie, jak szybko i sprawnie idzie wam wiązanie butów. Jak niewiele zastanowienia wkładacie w tę obiektywnie dość skomplikowaną czynność. Tysiące nawyków, które wypracowaliśmy, każdego dnia optymalizują nasze działania, oszczędzając nam czas i energię.

Nawyki nie są jednak pozbawione pułapek i zagrożeń, szczególnie dlatego, że wiele z nich dotyczy spraw o wiele poważniejszych, bardziej skomplikowanych i trudniejszych w ocenie niż to, którego buta zawiązać najpierw. Wiele z naszych nawyków ma realny wpływ na nasze zdrowie, życie i działania moralne.

O kształtowaniu nawyków napisano i powiedziano wiele. W tym miejscu chciałbym zwrócić tylko waszą uwagę, że żaden nawyk nie jest wiążący. Generalnie mamy dostęp do argumentacji i procedury stojącej za nawykiem – w sensie wiemy, co i dlaczego robimy. W związku z tym mamy możliwość dokonania innego wyboru za każdym razem, gdy stajemy przed nawykowym działaniem. To niekoniecznie jest łatwe, ale na pewno jest osiągalne, a z każdą niezależną decyzją będzie łatwiej i łatwiej by nawyk przełamać.

Przyzwolenie podświadome – charakter

W ostatniej części tego artykułu chciałbym zaproponować pójście o krok dalej i rozważenie tego, co może się stać, gdy automatyczny synkatathesis przejdzie do podświadomości. Rozumiem to jako wyższy poziom nawyku, schemat, który jest jeszcze bardziej utrwalony i automatyczny.

Postuluję, że nawyk, który stał się podświadomym staje się tym, co zazwyczaj określamy mianem cechy charakteru czy usposobienia osoby. Przykładowo, ktoś kto dokonuje regularnie wyboru by spędzać czas bez towarzystwa innych osób, wytwarza w sobie nawyk samotnika. W miarę upływu czasu cały proces decyzyjny przechodzi do podświadomości. Rozumiem to jako dalszą optymalizację procesu. Nawyk jest działaniem bardzo skróconym, ale jednak świadomym. W zasadzie wiemy dlaczego robimy to co robimy i, nawet jeśli nie w momencie działania, to po fakcie jesteśmy w stanie odtworzyć nasze uzasadnienie. Przeniesienie tej maszynerii do podświadomości, choć skutkuje utratą łatwego wglądu w jej logikę, pozwala nam zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i energii.

Kiedy nawyk staje się podświadomy, przekształca się w cechę charakteru. Tak nasz przykładowy człowiek wybierający samotność nabiera z czasem cechy samotnika. To ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, tracimy dostęp do powodów naszego działania, nie do końca wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Po drugie, przestajemy myśleć o tych sytuacjach w kontekście wyboru, a zaczynamy myśleć o nich w kontekście preferencji. Przykładowo, nie wybieram dziś samotności, ja ją preferuję. Po trzecie, odbieramy sobie sprawczość w danej sprawie, co powiązane jest z poprzednim punktem – to już nie jest mój wybór, tak po prostu jest, taki po prostu jestem. Po czwarte, zaczynamy myśleć o tych cechach jako o niezmiennych właściwościach – jak w poprzednim punkcie, taki po prostu jestem, przecież tego nie zmienię.

Podobnie jak w przypadku nawyków, posiadanie cech charakteru nie jest niczym złym, wręcz jest to niezbędne przystosowanie ewolucyjne, które pozwala nam kompresować czas potrzebny na decyzję i w efekcie skutecznie działać w skomplikowanym świecie. Nie ma też powodów, żeby uważać, że te czy inne cechy charakteru są obiektywnie lepsze lub gorsze – jest raczej kwestią indywidualnych preferencji i wartości, które z nich chcielibyśmy przyjąć.

Jest jednak potencjał do zła, który tkwi we wspomnianych wyżej konsekwencjach. Obraca się to wokół założenia, że cechy charakteru są niezmienne. To jest złe założenie. W proponowanym przeze mnie spojrzeniu, cechy charakteru są w swojej esencji wyborami, a jako takie mogą być zmieniane i podejmowane na nowo w każdej sytuacji.

To, że chcę być sam, to nie jest wyrok losu czy niezmienna konieczność. To jest wybór i nie chodzi mi o to, że chcę być sam, więc decyduję się być sam. Nie. Wyborem jest już samo „chcę”, ta chęć bycia w samotności jest wyborem, pomimo że sobie tego zazwyczaj nie uświadamiamy.  Nawet jeśli mamy skłonność do introwersji – która jest kategoryzowana jako cecha osobowości, a modyfikowanie tychże może nie być możliwe – co może sprzyjać wytworzeniu się nawyku, a następnie charakteru samotnika, to go nie gwarantuje. Można być towarzyskim introwertykiem i samotniczym ekstrawertykiem.

Powyższe rozważanie nie oznacza, że musimy zaraz rzucić się, by zmieniać swoje cechy charakteru. Jeśli, te które mamy dobrze nam służą i idą w parze z naszymi wartościami i tym czego chcemy od życia, to świetnie. Warto jednak, byśmy zadawali sobie pytania o nasz charakter. To szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż gro naszych cech wykształciło się i utrwaliła w dzieciństwie – czyli w czasach gdy nasze możliwości, trudności i aspiracje były fundamentalnie odmienne od tego z czym mamy do czynienia dziś i mogą nam już nie służyć.

Podsumowanie

Synkatathesis jest ostatnim etapem procesu przyswajania i przetwarzania rzeczywistości dokonywanego przez nasz umysł. To jego najbardziej wymagająca energetycznie i czasowo część. Jednocześnie we wszystkich sytuacjach, które wymagają głębszego zastanowienia moralnego lub namysłu nad wartościami, to najważniejszy etap. W nim zawiera się bowiem nasza ludzka zdolność do niepoddawania się instynktom i pierwszym wrażeniom. W nim jest przestrzeń na refleksje.

W praktyce synkatathesis musi być przez mózg kompresowany. Jest zbyt długie, zbyt czasochłonne, by mogło funkcjonować w ten sam, w pełni świadomy sposób wobec każdego wrażenia i każdej związanej z nim decyzji. W efekcie wyrabiamy sobie nawyki, czyli automatyczne przyzwolenia założone z góry dla podobnych do siebie sytuacji. To narzędzie optymalizacji, które cementuje pożyteczne procesy bez konieczności powtarzania za każdym razem argumentacji. Jest to także system, który może utrwalać szkodliwe zachowania i jako taki powinien podlegać okresowej kontroli i modyfikacji.

Sugeruję, że jest jeszcze jeden etap automatyzacji synkatathesis – przekształcenie nawyku w cechę charakteru. Oznacza to przeniesienie procesu decyzyjnego do podświadomości, co pozwala wykonywać go jeszcze szybciej i jeszcze mniejszym kosztem energetycznym. Korzyści z tego rozwiązania są równie oczywiste, co przy nawykach – nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek nie posiadający żadnej cech charakteru. Oczywiste są także idące z nim zagrożenia utrwalania szkodliwych zachować i tendencji. Tak jak przeglądamy i zmieniamy swoje nawyki, tak powinniśmy przeglądać swój charakter i pracować nad ukrytymi w nim synkatathesis. Trud ten, a nie jest to zajęcie łatwe, to fundamentalna ścieżka stoickiego życia.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Przegląd i podsumowanie ćwiczeń stoickich

Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie wszystkiemu temu, o czym nie wspomnieliśmy przez ostatnie kilka tygodni, a co składa się na pełny arsenał stoickich ćwiczeń. Nie będziemy zagłębiać się w szczegóły, ale postaramy się naświetlić idee każdego z nich. To pomoże nam zdecydować, na które chcielibyśmy spojrzeć szczegółowo oraz które z nich dobrze pasują do naszej praktyki.

Dużą część dzisiejszego wpisu zajmą źródła dalszej lektury. Będą one odnosić się oczywiście do ćwiczeń, które omówiliśmy dzisiaj, ale znajdą się także materiały o tych ćwiczeniach, które omawialiśmy w poprzednich artykułach. Dzięki temu zestawieniu będziecie mogli poszukać nowych perspektyw i pogłębienia wiedzy o tych ćwiczeniach, które przypadły wam do gustu.

Jak się domyślacie z tego wstępu, ten artykuł jest też zamknięciem cyklu o ćwiczeniach stoickich. To nie oznacza, że temat ten nie zagości na blogu ponownie, wręcz przeciwnie: można się spodziewać, że cała seria będzie w przyszłości bazą do dalszych rozważań i dyskusji. Na razie jednak temat zamykamy i podsumowujemy.

Definicja fizyczna

„(…) należy powziąć wyobrażenie, mając przed sobą mięso czy inne potrawy, że to jest zaledwie trup ryby, tamto zaś trup ptaka czy świni; i znów, że falern jest zwykłym sokiem z kistki winogron, a ta szata barwiona purpurą to owcze włosy zanurzone we krwi małży; a co do spraw związanych z obcowaniem płciowym – pocieranie narządu i wydalenie śluzu w jakimś skurczu; jakie są wyobrażenia dosięgające samych rzeczy i przenikające w nie, dzięki czemu widzimy, jaka to rzecz jest – tak też należy czynić przez całe życie”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

Definicja fizyczna to bardzo proste ćwiczenie w wykonaniu: kiedy napotykasz coś, co budzi Twoje emocje, szczególnie jeśli budzi Twoje pożądanie, przeanalizuj ten obiekt pod kątem jego fizycznej budowy. Człowiek, nawet najpiękniejszy, to przecież zlepek tłuszczu i mięsa, nawinięty na kości i chrząstki i obciągnięty skórą. Kojarzysz szkice anatomiczne z lekcji biologii albo z gabinetu lekarskiego? Takie, które pokazują układ mięśniowy człowieka, jakby obdarty ze skóry? Twój obiekt pożądania z grubsza tak właśnie wygląda. A pod tym jest jeszcze trochę kości i ścięgien.

Po co praktykujemy to ćwiczenie? Aby zdystansować się do nęcących nas rzeczy niezależnych. Celem jest osłabienie porywów pożądliwości, byśmy mogli podejmować bardziej racjonalne wybory w sytuacjach, gdy coś nas kusi. Można też tę technikę stosować do rzeczy niezależnych, które budzą w nas strach. Jeśli obawiamy się jakiegoś człowieka, to uświadomienie sobie, że on też jest zbudowany z tłuszczu, mięsa i kości, i że on też spożywa pokarmy, wydala je i puszcza wiatry, może pomóc nam obniżyć lęk.

Dwa uchwyty

„Każda rzecz ma dwa uchwytu: jeden, za który można ją unieść i drugi, za który unieść jej nie sposób. Jeśli twój brat zachowuje się wobec ciebie krzywdząco, nie sięgaj po uchwyt związany z tym niesprawiedliwym postępowaniem, ponieważ tego uchwytu nie da się unieść; złap zamiast tego drugi uchwyt – to, że jest twoim bratem, że wychował się razem z tobą – a zapanujesz nas sytuacją, robiąc użytek z tego uchwytu, który można unieść”
Epiktet, „Enecheiridion”

Do każdej sprawy, która budzi w nas trudne emocje, możemy podejść co najmniej z dwóch perspektyw: możemy koncentrować się na tym, co jest w tej sytuacji złe i trudne lub na tym, co w niej jest dobrego. Jeżeli wybierzemy pierwszą z dróg, doświadczymy nakręcania się naszych emocji. Jeśli był w nas gniew, to będzie się on wzmagał. Jeśli strach, to będzie gęstniał. Z czasem uczynią one całą sytuację niemożliwą do zniesienia, będzie musiało dojść do wybuchu. Jeżeli skoncentrujemy się na tym, co w tej sytuacji dobre, trudne emocje będą gasły, a my znajdziemy siłę, by ten stan rzeczy udźwignąć.

Ćwiczenie to ma szczególnie istotną rolę w pielęgnowaniu naszych relacji z innymi ludźmi. Dzięki niemu zmniejszamy szansę, by sytuacje potencjalnie konfliktowe rozbijały nasze związki. Zachęca nas do skupienia się na tym, co dobre i budujące. Nawet jeśli istnieje realny konflikt wymagający rozwiązania, dzięki właściwemu wyborowi uchwytu możemy go rozwiązać w produktywny i cywilizowany sposób.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „O dwóch uchwytach”

Dobrowolny dyskomfort

„(…) postanowiłem doradzić i tobie, byś oznaczył dla siebie kilka dni, w których – zadowalając się bardzo niewielką ilością jak najprostszego pożywienia tudzież grubą i szorstką odzieżą – zadawałbyś sobie pytanie: Czyżby to było to, czegośmy się tak obawiali?”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XVIII

Jeśli słyszeliście kiedyś o osobach praktykujących zimne prysznice czy zanurzanie się w lodowatej wodzie, to słyszeliście o ćwiczeniu się w dobrowolnym dyskomforcie. Nazwa mówi tu wszystko. Ćwiczenie polega na zdecydowaniu, by postawić samych siebie w sytuacji, gdy odczuwamy jakąś nieprzyjemność. Czy jest to zimna woda pod prysznicem, czy dzień głodówki, czy noc przespana na twardej podłodze, nie ma znaczenia – ważne jest, by było niewygodnie i by był to nasz wybór.

Cele tego ćwiczenia są wielorakie. Z jednej strony to sposób na zahartowanie się na przeciwności losu, czyli przygotowanie swego ducha na moment, gdy zaznamy dyskomfortu niedobrowolnego. Abyśmy mogli go lepiej znieść, ćwiczymy się zawczasu. Z drugiej strony to sposób na nabranie perspektywy i zrozumienie, że to, czego zwykliśmy unikać, nie jest wcale takie straszne, czyli redukujemy nasz lęk. Wreszcie jest to sposób na upraszczanie naszego życia. Daje nam zrozumienie, że możemy swobodnie i dobrze funkcjonować, bez pewnych elementów, które uznawaliśmy dotychczas za niezbędne. W efekcie pozbywamy się ich z naszego życia.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Prosty stoik wakacyjny: idea wyrzeczeń”

Słuchanie, mówienie i czytanie

To nie pomyłka – wszystkie te trzy aktywności to realne ćwiczenia stoickie. Każde z nich jest osobną praktyką, ale zgrupowałem je razem, bo idea, która im przyświeca, jest podobna. Polegają one na uważnym i skupionym słuchaniu, mówieniu czy pisaniu. Jeśli słuchasz, skoncentruj się na tym, co słyszysz, a nie na ripoście, która przyszła ci na myśl. Staraj się zrozumieć drugiego człowieka. Jeśli mówisz, bądź oszczędny w słowach, staraj się być precyzyjny, dostosowuj komunikat do odbiorcy – pamiętaj, że to nie ty jesteś celem swojej przemowy, tylko drugi człowiek. Kiedy czytasz, wybieraj mądrą lekturę, koncentruj się na treści, notuj najważniejsze myśli, wracaj i czytaj ponownie. Nie idzie o ilość przeczytanych książek, tylko o jakość lektury.

Celem dyscypliny w słuchaniu i mówieniu jest polepszenie naszych relacji z innymi ludźmi. Te dwie czynności są podstawą budowania więzi przez człowieka. Korzystajmy z nich mądrze i sumiennie, a skorzysta na tym nasz kontakt z innymi ludźmi. Pamiętajmy przy tym o złotej zasadzie: słuchajmy co najmniej dwa razy więcej niż mówimy. Cel uważnego czytania jest bardziej indywidualny – chodzi tu o doznanie możliwie pełnego doświadczenia kontaktu z lekturą. Celem czytania nie jest odhaczenie jak największej liczby tytułów, tylko uzyskanie jak najgłębszej refleksji. To inny rodzaj czytania niż czytanie rozrywkowe. Możemy znaleźć czas na oba, pamiętając, że to dość odmienne aktywności.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Po prostu pisz”

Dyscyplina przyzwolenia

„Źródłem ludzkich zmartwień nie są zdarzenia, lecz opinie na ich temat; śmierć nie jest na przykład niczym strasznym; gdyby bowiem zasługiwała na takie miano, byłaby tak postrzegana przez Sokratesa. Przerażenie wynika z opinii na temat śmierci – poglądu, zgodnie z którym jest ona czymś strasznym.”
Epiktet, „Encheiridion”

Dyscyplina przyzwolenia jest blisko związana z ćwiczeniem dwóch poziomów sądu. Można nawet powiedzieć, że jest jego wersją wykonywaną „na bieżąco”. Zdarzenia, których doświadczamy, wywołują w nas wrażenia automatyczne. Pojawienie się tych wrażeń jest od nas niezależne. To, czy zadziałamy w zgodzie z nimi, jest od nas zależne. To jest moment przyzwolenia. Kiedy przychodzi do nas wrażenie, decydujmy, czy chcemy na nie przyzwolić, czy też nie.

Celem tej dyscypliny jest poprawienie jakości naszych bieżących działań i decyzji. Poprzez niedopuszczanie błędnych lub nadmiernych wrażeń uzyskujemy przestrzeń na świadomą ocenę sytuacji, która prowadzi do lepszej jakości decyzji. Wbijamy klin między impuls a działanie i robimy to na bieżąco, w miarę jak sytuacja się rozwija.

Dyscyplina miłości

Czy miłość jest ćwiczeniem stoickim? A do tego dyscypliną? Przecież miłość to poryw serca, romantyczna, ulotna idea, najsłodsza emocja. Cóż to za herezje? To nie herezje, to rzeczywistość. Miłość nie jest emocją, czyli chwilowym porywem mobilizującym nas do jednorazowego działania – choć często bywa mylona z pożądaniem, które już można określić mianem emocji. Miłość jest uczuciem, czyli trwałym stanem naszego umysłu, który w szczególny sposób wyróżnia jedną lub wiele relacji, w których jesteśmy. Miłość to efekt wieloletniej pracy i choć nie jest tożsama z przywiązaniem, to jest ono dla niej istotne. Miłość trzeba i warto trenować. Jak? O tym wkrótce w artykule na blogu.

Celem praktykowania miłości jest… sama miłość. To tak jak w przypadku uważności – celem jej praktykowania jest sama uważność, bycie uważnym. Celem praktykowania miłości jest miłowanie, bycie miłośnikiem. Oczywiście to też będzie miało dalsze konsekwencje – chociażby to, że będziemy częściej i więcej miłowani przez innych – ale są one tylko miłym dodatkiem, skutkiem ubocznym, a nie właściwym celem.

Jawność

„I choć daleko wznioślej jest żyć w ten sposób, jak gdyby się znajdowało pod okiem jakiegoś szlachetnego i zawsze obecnego męża, ja jednak poprzestałbym nawet na tym, byś – cokolwiek czynisz – czynił tak, jakby przyglądał się temu ktoś pierwszy lepszy: to samotność skłania nas do wszystkiego złego.”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XXV

Co by było, gdyby wszyscy mogli widzieć to, co właśnie robisz? Czy poczułbyś wstyd? Jeśli tak, to dlaczego? Dlaczego miałbyś się wstydzić bardziej wzroku innych niż swojego? Te pytania leżą u podstaw dyscypliny jawności, którą czasem określa się też mianem „życia na widoku”. Nie chodzi w niej jednak o to, by faktycznie na ten widok się wystawiać, ale o to, by nie czynić niczego, co sprawiłoby, że poczulibyśmy wstyd, gdyby na widoku się znalazło. Zwróćcie uwagę, że nie jest to kwestia aprobaty otoczenia! Nie pytamy, czy to się innym ludziom spodoba. Pytamy, czy my poczulibyśmy wstyd, gdyby inni to zobaczyli.

Celem ćwiczenia jawności jest rozpoznanie tych naszych czynów, których sami nie akceptujemy, czyli de facto rozpoznanie naszych słabości i wad charakteru. W tym sensie jest to ćwiczenie, w którym zdobywamy informacje do późniejszego wykorzystania w pracy z przekonaniami. Drugorzędnym celem jest po prostu powstrzymanie się przed uczynieniem czegoś, czego później mielibyśmy się wstydzić.

Redukcja krzywd

„Pamiętaj, że znieważ cię nie ten, kto cię lży lub wymierza ci cios, lecz twoja opinia, zgodnie z którą te działania stanowią zniewagę. Gdy więc ktoś cię rozsierdzi, wiedz, że w istocie rozzłościła cię twój własna opinia”
Epiktet, „Encheiridion”

Redukcja krzywd to właściwie wariacja na temat dwóch poziomów sądu wykonanych po fakcie. W artykule poświęconym temu ćwiczeniu zahaczyliśmy o ten koncept. Nie będę go więc tutaj zgłębiał nadmiernie. Praktyka redukcji krzywd polega na analizie wydarzenia, które wzbudziło w nas silną emocję. Chcemy dotrzeć do podstawowych faktów, naszych przekonań, które zostały aktywowane i przewartościować wstępną reakcję w sposób silniej zgodny z rzeczywistością.

Celem ćwiczenia redukcji krzywd jest uspokojenie silnych emocji, które uzyskały szczególną trwałość i które trzymają się nas czy nas prześladują. Dzięki zrozumieniu ich źródła i przeanalizowaniu sytuacji, która to analiza zwykle prowadzi nas do wniosku, iż nie jest tak źle, jak emocja sugeruje, obniżamy poziom umysłowego wzburzenia, którego doświadczyliśmy. Dzięki temu przerywamy proces zadawania samemu sobie cierpienia i krzywdzenia samych siebie.

Exetazein

„Nie niepokój się o przyszłość. Przyjdziesz do niej, jeśli trzeba będzie, z takim samym umysłem, który teraz prowadzi cię przez sprawy teraźniejsze, po odpowiednim zbadaniu ich (exetazein).”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

„Czemu miałbym obawiać się jakiegoś błędu, skoro mogę powiedzieć: ‚Pamiętaj, abyś tego więcej nie robił, teraz ci wybaczam’?”
Seneka, „O gniewie”

„Poddaj próbie każde wyobrażenie!”
Epiktet, „Diatryby”

Ćwiczenie nad ćwiczeniami, które w pewnym sensie ćwiczeniem wcale nie jest. Exetazein to w moim rozumieniu stan charakteru, którego nieodłączną częścią stały się wszystkie lub niektóre z pozostałych ćwiczeń. Oznacza to, że osiągnięcie exetazein to uczynienie stoickiej dyscypliny automatyzmem naszego postępowania. W tym sensie ukuję wyrażenie „osiągnąć exetazein w ćwiczeniu X”. Przykładowo, jeśli powiem, że osiągnąłem exetazein w ćwiczeniu wizualizacji mistrza, to znaczy, że nie muszę specjalnie tworzyć okoliczności i aktywować wyobraźni, by odwołać się do ideału mędrca, zawsze i w każdym momencie mam go dostępnego. Kiedy tylko jest mi potrzebny, nie muszę nawet o tym myśleć, pojawia mi się w umyśle i dokonywane jest porównanie z nim.

Celem exetazein jest dobre życie. Dość trywialne stwierdzenie, ale w pewnym sensie to jest cel całej praktyki stoickiej. Można powiedzieć, że człowiek, który osiągnął exetazein w każdym z ćwiczeń to nasz nieosiągalny mistrz! Każdy krok w tym kierunku to natomiast wielka zdobycz dla jakości naszego życia i potężna siła, która staje się naszą wbudowaną właściwością, zamiast zewnętrznym narzędziem, po które sięgamy w potrzebie.

Dalsza lektura lub słuchowisko

Do wszystkich: https://zestoickimspokojem.pl/

Hierarchia wartości

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym różnią się cele od wartości”

Przegląd siebie

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym jest i jak skutecznie praktykować przegląd siebie?”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Przegląd siebie – analiza pogłębiona”

Dwa poziomy sądu

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Chryzyp i dwa poziomy sądu”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jeszcze o dwóch poziomach sądu”

Perspektywa kosmiczna

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Pamiętaj o perspektywie kosmicznej”

Premeditatio Malorum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 1”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 2”

Melete Thanatou

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jak praktykować stoicką technikę melete thanatou?”

Premeditatio Bonum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Nowe ćwiczenie: premeditatio bonum”

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Melete thanatou

Jak często myślicie o swojej śmierci?

Wielu ludzi obruszy się na sam widok tego pytania. Powiedzą coś o przyciąganiu nieszczęścia, czarnowidztwie czy psuciu humoru. To naturalna reakcja. Strach przed śmiercią jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Nic dziwnego, że nie chcemy myśleć o źródle tych lęków. To podejście, tak naturalne i zrozumiałe, jest jednak według stoików (i nie tylko według nich) z gruntu błędne.

Unikanie źródła lęku sprawia bowiem, że lęk ów się wzmaga. To paradoks znany i potwierdzany też w terapii poznawczo-behawioralnej. Za każdym razem, gdy pod wpływem strachu decydujemy, by czegoś nie robić lub o czymś nie myśleć, zwiększamy strach, jaki odczujemy w przyszłości w podobnych sytuacjach. Choć jest to zależność zaskakująca, dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje ucieczkę jako sukces w kontekście naszego przetrwania. Najlepiej pokażmy to na przykładzie.

Powiedzmy, że mam lęk wysokości i znalazłem się kilka kroków od krawędzi klifu. Jeśli pod wpływem emocji odwrócę się i oddalę od przepaści, mój mózg odnotuje to tak: byliśmy się w stanie zagrożenia życia, poczuliśmy lęk, uciekliśmy przed niebezpieczeństwem. A zatem nadal żyjemy – dzięki naszej ucieczce i lękowi! W przyszłości będziemy więc bać się jeszcze bardziej, bo to nas najwidoczniej chroni. W tym pozornym szaleństwie jest dobrze uzasadniona ewolucyjnie metoda.

Jednak tak naprawdę to właśnie działanie przeciwne, czyli konfrontowanie się ze źródłem lęku, jest sposobem na jego zredukowanie. Ćwiczenie melete thanatou, czyli rozmyślania nad śmiercią, to narzędzie zalecane przez starożytnych do pracy nad strachem przed kresem naszego istnienia. Esencją ćwiczenia jest zastąpienie ucieczki przed niepokojącymi myślami przez świadome i rozważne zagłębienie się w ich treść. Zamiast odwracania głowy od rzeczywistości, technika ta zaleca skonfrontowanie się z naszą śmiertelną naturą – nieintuicyjnym, ale niechybnym efektem będzie redukcja lęku.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Wyobraź sobie siebie w podeszłym wieku leżącego na szpitalnym łóżku w otoczeniu rodziny i przyjaciół, także już postarzałych. Leżysz z zamkniętymi oczami, oddychasz ciężko i bardzo płytko.

Przenieś się w wyobraźni do Twego umierającego ciała. Masz zamknięte oczy, nie widzisz ludzi wokół, ale czujesz ich obecność, ktoś trzyma Cię za rękę. Oddychasz z trudem, ale nie czujesz bólu ani strachu. Wyobraź sobie, że Twój umysł wchodzi w taki stan jak przed zaśnięciem. Świadomość odpływa i wraca, odpływa i wraca, aż wreszcie znika.

Od tego momentu zaproponuję kilka wariantów dalszego etapu ćwiczenia.

Wariant pierwszy (według mnie najtrudniejszy) to próba wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Postaraj się uchwycić, jak by to było, gdybyś całkowicie nie istniał. Możesz się wspomóc podobieństwem snu i śmierci, czyli skoncentrować się na myśli, że zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Określam ten wariant jako najtrudniejszy, bo nie jest łatwo poczuć stan, którego nigdy nie doświadczyliśmy – przecież jedyne, co znamy to stan istnienia; nie mamy pojęcia, co znaczy nie istnieć. Po drugie, we mnie przynajmniej, wizja ta wywołuje ogromny niepokój i chęć ucieczki – co zresztą sprawia, że przewrotnie właśnie ten wariant zwykłem praktykować.

Wariant drugi (klasyczny) to wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Jeśli chcesz, możesz użyć sceny przy łożu śmierci, z rodziną zgromadzoną wokół. Wyobraź sobie Twoje martwe już teraz ciało, leżące na katafalku, otoczone kręgiem bliskich. Zastanów się, jakie słowa by padły, gdyby wygłaszano mowę pogrzebową. Jeżeli czujesz się na siłach, wyobraź sobie całość Twojego epitafium. Możesz skoncentrować się na dwóch wersjach: pierwsza to stan aktualny – co spodziewałbyś się usłyszeć, gdyby pogrzeb odbył się dziś? W drugiej wersji skup się na wyobrażeniu tego, co chętnie byś w takiej mowie o sobie usłyszał – co miałoby być treścią tej mowy? Jak chciałbyś być wspominany, gdyby zależało to od Ciebie?

Trzeci wariant (bliski perspektywie kosmicznej) to wyobrażenie sobie świata bez Ciebie. Jak toczyłyby się sprawy, gdybyś umarł? Co by się stało z Twoim dobytkiem? Jak potoczyłyby się losy Twoich bliskich? Wyobraź sobie ciąg dalszy istnienia świata po Twojej śmierci. Jeśli ułatwi Ci to wizualizację, możesz umieścić się w roli ducha obserwującego rzeczywistość po wyjściu z ciała. Nie traktuj jednak tej metafory zbyt dosłownie – to tylko narzędzie, które ma pomóc w wizualizacji, a nie sugestia konkretnego życia po śmierci.

Nie ma przeszkód, by wykorzystywać w ćwiczeniu więcej niż jeden z podanych wyżej wariantów. Przykładowo możesz spędzić chwilę wyobrażając sobie niebyt, by następnie przejść do projekcji Twego epitafium. Warto też stosować te warianty zamiennie w kolejnych sesjach melete thanatou.

Kończąc ćwiczenie powróć do tu i teraz. Możesz dać sobie chwilę, by poczuć na nowo swoje ciało, by ponownie poczuć, że żyjesz. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Zauważ, jak unosi się i opada klatka piersiowa. Posłuchaj bicia swojego serca. Uspokój myśli, rozluźnij się i otwórz oczy.

Rady techniczne i koncepcyjne

Ćwiczenie melete thanatou ma na celu redukcję lęku przed śmiercią i, w konsekwencji, lęku w ogóle. Jeżeli w Waszym przypadku prowadzi do przeciwnego skutku, czyli wzmożonego strachu, zatrzymajcie się i nie kontynuujcie tej praktyki bez konsultacji ze specjalistą. Podobnie jak w przypadku premeditatio malorum, warto zachować rozsądek i nie brnąć w coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak zaznaczę, że strach odczuwany w czasie ćwiczenia, nie jest powodem, by rezygnować, jest to bowiem część procesu. Jeżeli ów dręczący niepokój rozlewa się na nasze funkcjonowanie po ćwiczeniu, należy mu się przyjrzeć i zastanowić nad zmodyfikowaniem dalszej praktyki z użyciem tej metody.

Przedstawione powyżej warianty nie są jedynymi możliwymi, zachęcam więc do eksperymentowania i szukania ścieżek, które będą dla Was najkorzystniejsze. Ta uwaga dotyczy nie tylko środkowej części ćwiczenia, ale także jego otwarcia. Jeśli macie inną koncepcję rozpoczęcia ćwiczenia, śmiało ją wypróbujcie.

W części środkowej sugeruję sprawdzenie wszystkich wersji. Jednego dnia pierwszą, kolejnego drugą i następnego trzecią. Chodzi o to, by nie zakładać z samego opisu, że któraś z nich będzie najodpowiedniejsza. Kiedy przyjdzie do decyzji, zróbcie coś nieintuicyjnego: wybierzcie do użytku tę wersję, która wywołała najsilniejszy dyskomfort. Brzmi dziwnie, ale to właśnie z dyskomfortem pracujemy – im więcej go sobie wyobrazimy i poczujemy, w bezpiecznych warunkach ćwiczeniowych, tym lepiej.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy dyskomfort staje się tak silny, że nie jesteście w stanie doprowadzić ćwiczenia do końca i odczuwacie trudności w zmotywowaniu się do kontynuowania. W takim wypadku sięgnijcie po wersję lżejszą, taką, która umożliwi Wam optymalne przeprowadzenie ćwiczenia.

Kiedy ćwiczyć?

Dobrym momentem na praktykowanie melete thanatou jest wieczorny przegląd siebie. Natura ćwiczenia pasuje zgrabnie do podsumowania i zamknięcia dnia. Jedyny szkopuł to czas: melete thanatou jest czasochłonne i może sprawić, że wieczorna medytacja rozrośnie się nadmiernie, co utrudni jej praktykowanie. Jeśli znajdziecie się w takim położeniu, spróbujcie raczej znaleźć czas na osobną sesję w ciągu dnia .

Melete thantou, w przeciwieństwie do premeditatio malorum, jest ćwiczeniem, które praktykujemy regularnie, a nie doraźnie. Jeśli to możliwe, codzienna praktyka będzie optymalna. Jednak jeśli to nadmierne wymaganie czasowe, praktykowanie co kilka dni czy nawet raz w tygodniu także przyniesie efekt.

Szczegółowo przeprowadzona sesja może zająć 15-20 minut, choć standardowo spodziewałbym się, że zamkniecie się w 10 minutach. Jeżeli zauważycie, że czas ćwiczenia spada do mniej niż 5 minut, może to oznaczać, że „gonicie” przez nie, potencjalnie ze względu na lęk i dyskomfort, które mu towarzyszą. W takiej sytuacji postarajcie się jednak nieco-zwolnić tempo, co na pewno wpłynie korzystnie na efekty.

Mądrym pomysłem jest połączenie melete thanatou z jedną z praktyk afirmacyjnych, na przykład z ćwiczeniem wdzięczności, polegającym na  wymienianiu trzech rzeczy, za które jesteśmy w danym dniu wdzięczni. Zastosowana bezpośrednio po kontemplacji śmierci, praktyka wyrażania wdzięczności może pomóc sprawniej wrócić do tematów związanych z życiem.

Chcąc wejść na wyższy poziom Waszej praktyki, połączcie dzisiejsze ćwiczenie z pracą z przekonaniami. Ostatecznie lęk przed śmiercią jest związany z przekonaniem, że śmierć jest czymś złym. Rozpracowanie i osłabienie tego przekonania, jest mocną bazą, stabilnym wsparciem dla kontemplacji naszej śmiertelności.

Podsumowanie

Efektem regularnego praktykowania melete thanatou jest redukcja lęku przed śmiercią. Nie bez powodu używam słowa „redukcja” zamiast „eliminacja”. Nie należy oczekiwać, że uda nam się z użyciem tej techniki usunąć najbardziej pierwotny i głęboki ludzki lęk. Stawianie poprzeczki tak wysoko jest błędem, który sprowadziłby na nas frustrację i przekonanie o nieskuteczności tej praktyki. Nie oznacza to jednak, że nieosiągalna jest realna i głęboka ulga. Strach nie jest stanem zero-jedynkowym: wiemy to z własnego doświadczenia, chociażby z obserwacji, że przykładowo, pająków boimy się bardziej niż węży. Przesuwając się w dół na spektrum intensywności tej emocji, zaznamy poprawy naszego funkcjonowania.

Strach przed śmiercią zajmuje szczególne miejsce w naszej psychice – jest fundamentem, na którym wznoszą się inne lęki. Czymże bowiem jest lęk wysokości, jeśli nie przerażeniem, że umrzemy w wyniku upadku? Czym jest strach przed pająkiem, jeśli nie wizją śmierci w wyniku działania jadu? Te przykłady są klarowne, lecz jest jeszcze jeden, niezwykle ważny, nieco bardziej skomplikowany. To relacja między strachem przed śmiercią a strachem przed porzuceniem (w tym przez grupę). Te dwa porównywalne w skali widma wiszą nad naszym życiem i kształtują nasze działania w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Czy te byty są niezależne? Być może, ale możliwym też jest, że strach przed ostracyzmem jest pochodną strachu przed śmiercią, gdyż w dawnych czasach bycie wygnanym przez plemię było gwarancją utraty życia.

Jeśli każdy z lęków wywodzi się z lęku przed śmiercią, to praca nad tym właśnie lękiem jest pracą nad wszystkimi pozostałymi. Nie bez powodu ćwiczenie melete thanatou starożytni oddzielali od, blisko z nim związanego, premeditation malorum. To ostatnie miało doraźnie stępiać ostrze pomniejszych lęków, podczas gdy to pierwsze było pracą nad fundamentem naszej konstrukcji psychicznej. Jego szczególna waga i rola uzasadniają traktowanie go jako oddzielnej praktyki.

Nie będę Was przekonywał, że jest to ćwiczenie łatwe. Wiąże się ono w sposób nieunikniony z dyskomfortem i narażaniem się na trudne emocje. Kontemplowanie własnej śmierci raczej nie jest przyjemne. Chciałbym Was jednak zachęcić, byście spojrzeli na nie jako na przykład odroczonej gratyfikacji: dziś podejmujecie wysiłek, znosicie niewygodę, może nawet ból i cierpienie, ale czynicie to, by w perspektywie czasu uzyskać równowagę i błogość. To inwestycja w spokój ducha, która spłaci się z nawiązką.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Premeditatio malorum

Premeditatio malorum można tłumaczyć z łaciny w dosłowny, acz nieszczególnie zręczny sposób, jako uprzednie rozmyślania nad złem lub nieszczęściem.  Zręczniejsze sformułowanie podchwyciłem od osoby lubującej się w zabawach językowych: „przedmysł niepowodzeń”. Słówko „przedmysł” jest tworem nowym, ale oddającym moim zdaniem lepiej ducha łacińskiego praemeditatio. Słówko „niepowodzenie”, choć nie tak nowatorskie, oddaje  jednak dobrze istotę tego, iż malorum odnosi się do zrządzeń losu, czegoś, co nam się przytrafia, a nie do naszych własnych czynów.

To byłby pierwszy poziom rozumienia omawianego ćwiczenia: gdy mianowicie jego treścią jest rozpatrywanie  możliwych niepomyślnych obrotów zdarzeń niezależnych od nas, zanim   nam się one przytrafią. Zwykle są one choć odrobinę spodziewane,  dotyczą bowiem znanych w ogólnym zarysie wyzwań stojących przed nami. Rzadziej, acz też skutecznie, odnosimy przedmysł do ogólnych zagrożeń: śmierci, choroby, utraty bliskiego etc.

Znając ramy, przejdźmy przez etapy praktyki, zwracając uwagę na pewne niuanse, które są na tyle istotne, że stanowią o różnicy między premeditatio malorum a czarnowidztwem.

Praktyka

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza twoją  kontrolę, a które mogą zadecydować o jej rozwoju. Wyobraź sobie scenerię tej sytuacji. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce, gdzie się zacznie – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą niej uczestniczyć. Bądź  dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

WAŻNE: nie czyń z ludzi ich karykatur. Nawet jeśli spodziewasz się konfrontacji, staraj się nie wyolbrzymiać żadnych ich cech. Przesadnie wykrzywione złością twarze nie pomogą Ci zanurzyć się w sytuację, a mogą wzmocnić w Tobie negatywne  nastawienie. Nie ma potrzeby, by kogokolwiek w wyniku tej praktyki bardziej „znielubić”.Rozpocznij odgrywanie sytuacji. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie niekorzystny sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się nie powieść – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

UWAGA: element emocjonalny jest najtrudniejszy do odtworzenia w całym ćwiczeniu, ale też niezwykle istotny. Instynktownie staramy się unikać nieprzyjemnych emocji, tutaj zaś celowo chcemy się z nimi spotkać i je poczuć. To wymaga przełamania naturalnego oporu. Choć może to generować dyskomfort, pamiętaj, iż długofalowo przyniesie Ci korzyść.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Nie zatrzymuj ćwiczenia  w tym momencie. Zastanów się, co mógłbyś zrobić dalej. Chodzi o to, byś zaplanował swoje kolejne kroki po przewidywanej katastrofie. Rozważ, czy jest coś, co możesz zrobić, by ograniczyć jej skutki. Myśl o tym, jakie działanie podejmiesz zaraz po. Czy pójdziesz do domu, by ochłonąć? Czy zadzwonisz do przyjaciela? Planuj swoją krótkoterminową taktykę i długoterminową strategię, koncentrując się na tym, co kontrolujesz.

UWAGA: ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między  premeditatio malorum a czarnowidztwem. Mamy wyjść o krok dalej niż wyobrażenie sobie, że coś  pójdzie  nie po naszej myśli. Mamy zacząć tworzyć plan awaryjny. To ma podwójny skutek: jesteśmy zawczasu przygotowani na sytuację, w której trzeba będzie działać i przekonujemy się naocznie, że jakkolwiek wielkie byłoby wyobrażone nieszczęście, świat się w jego wyniku nie skończy.

Kiedy stworzysz zarys planu działania, zacznij go sobie wyobrażać. Nie musisz przechodzić przez całość – niejednokrotnie takie plany jawią się jako czasochłonne i złożone. Wystarczy, że wyraźnie zwizualizujesz sobie kilka pierwszych kroków. Kluczowym jest poczuć, że, po pierwsze emocje opadają, gdy zdarzenie się kończy. Po drugie, że masz dozę sprawczości  – nie odebrano Ci wszak kontroli nad tym, co jest od ciebie zależne. Po trzecie wreszcie, że nawet po największym nieszczęściu zwykle życie toczy się dalej.

UWAGA: pamiętaj, by wyobrazić sobie owo wygaszanie emocji, które następuje, gdy sytuacja dobiega końca. Nie wychodź z tej medytacji nabuzowany strachem czy gniewem. Tak jak w życiu, tak i w wizualizacji emocje powinny opaść.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa niepowodzenia i emocje już opadły, możesz skończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by  się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy twoje spojrzenie na czekającą cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź jakie emocje lub wyobrażenia to spowodowały. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na  pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Uwagi techniczne

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio malorum (przedmysł niepowodzeń) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak,  by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio malorum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że trudna rozmowa z szefem, do której się szykowaliśmy, będzie rezultatem naszego spóźnienia, bo poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam grozić spóźnienie.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanej „katastrofie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może też być zbadanie, czy któraś z wartości cierpi w rozważanej sytuacji. Jeśli nie, ułatwi nam to ustawienie całego zdarzenia w spokojniejszej perspektywie.

Konkluzja

Celem, jaki osiągamy praktykując premeditatio malorum, jest zwiększona odporność na wyzwania. Dzięki tej praktyce jesteśmy lepiej przygotowani na to, co może nastąpić. Oswajamy trudne emocje, które powstają w sytuacji kryzysowej, jeszcze zanim się pojawią, dzięki czemu stępiamy ich ostrze i odbieramy im siłę.

Dzięki takiej postawie możemy reagować i działać w sposób możliwie optymalny, gdyż nasze decyzje nie są zakłócane przez uderzenia emocjonalne. Rozumiemy wtedy lepiej, jakie stoją przed nami wyzwania i jakie mamy opcje, by  im stawić czoła.  Poprawiamy zatem jakość naszego działania.

Przygotowani na ewentualną porażkę, możemy ją znieść z minimalną szkodą i stworzyć okazję do tego, by sukces lub wynik neutralny były pozytywną niespodzianką. Świadomość, że po domniemanej porażce jest mimo wszystko jakaś przyszłość, a nasze pole do działania się nie zamyka, motywuje nas, by nie wpadać w rozpacz, tylko skoncentrować się na tym, co od nas zależne.

Choć momentami trudne i niekomfortowe, premeditatio malorum niesie ze sobą szeroki wachlarz zalet. Warto spróbować  skorzystać z tego ćwiczenia, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną trudną chwilą w życiu.

Czy jest jakieś wyzwanie, które na Was czeka, gdzie premeditatio malorum mogłoby okazać się pomocne? Czy macie odwagę, by go spróbować?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów na newsletterze, pomagała Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Perspektywa kosmiczna

Jestem centrum wszechświata. Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, także jesteś centrum wszechświata. Rozglądamy się wokół i wszystko wskazuje na prawdziwość tych stwierdzeń. Świat nas otacza, jesteśmy w jego centrum. Dziwna perspektywa? Może nawet niebezpieczna? Wiecie, co jest najdziwniejsze? Ona jest prawdziwa. Jeśli wszechświat rozpoczął swoje istnienie od jednego punktu, jak głosi teoria wielkiego wybuchu, to środek wszechświata jest wszędzie, każdy jego punkt jest środkiem. Gdzie byśmy się nie znajdowali, jeśli spojrzymy wokół, zobaczymy kulę o 15 miliardach lat świetlnych średnicy.

Z tej obserwacji wynika też, że bycie środkiem wszechświata nie jest niczym szczególnym, bo każdy nim jest. Warto zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, uchwycić nową perspektywę – nazwijmy ją „perspektywą kosmiczną”. Z niej dostrzeżemy, że wyjątkowość jest iluzją – tworem geometrii czasoprzestrzeni i geometrii naszej psychologii – ale jednocześnie uzmysłowi nam, że pozostajemy centrum własnego wszechświata i z tym faktem nie ma sensu się kłócić.

Cel

Perspektywa kosmiczna to tradycyjne stoickie ćwiczenie, opierające się na wyobrażeniu sobie siebie w szerszej perspektywie, jako części większej całości. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że chodzi o oddalenie się od siebie i formalnie tak to ćwiczenie przebiega. Jednak oddalenie nie jest celem ćwiczenia – przecież po każdym jego zastosowaniu wracamy i jesteśmy równie blisko, a może bliżej, niż zaczynaliśmy.

Celem perspektywy kosmicznej jest właśnie zbliżenie do samego siebie. Ma prowadzić nas do zrozumienia, że jesteśmy centrum swego wszechświata i to jedynym, jakie będziemy mieli. Cały ogrom, który właśnie dostrzegliśmy: ludzie, kraje, planety, gwiazdy, tysiąclecia i miliony lat – one istnieją i w porównaniu z nimi nasza fizyczność i czas są tylko pyłem i mgnieniem, ale jedynymi, które od nas zależą. Wielka reszta jest pełna rzeczy niezależnych, których istnienie i koleje możemy tylko zaakceptować.

Perspektywa w przestrzeni

Najpopularniejszym sposobem na praktykowanie perspektywy kosmicznej jest wyobrażanie oddalania się od siebie w przestrzeni. Celem jest świadomość, jak niewielkim wycinkiem fizycznej rzeczywistości jesteśmy, czyli jak się prezentujemy w perspektywie kosmosu – stąd nazwa ćwiczenia.

Przykładowa praktyka wygląda następująco: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie widzianego od góry, jakbyś zawisł nad swoim ciałem i je obserwował. Wyobraź sobie wyraźnie, jak wyglądasz z tej perspektywy. Niech ten obraz się wyklaruje.

Zacznij oddalać się od ciała, jakbyś unosił się ku górze. Masz patrzyć na siebie z coraz większego oddalenia. O ile nie ćwiczysz pod otwartym niebem, gdzieś po drodze winny się pojawić sufity i dachy – traktuj je tak, jakby były przezroczyste. Utrzymuj wizję swego ciała, nawet gdy wzniesiesz się ponad dachy.

Niech wznoszenie będzie powolne, na tyle, byś utrzymał klarowność wizji, by obraz się nie rozmył. Możesz się zatrzymywać, by wyostrzyć wyobrażenie i poświęcić chwilę na kontemplację siebie na coraz większym tle.

Wznoś się, aż zobaczysz całą planetę. Teraz jesteś już maciupki i ledwo cię widać. Jesteś małą kropeczką, światełkiem na wielkim globie. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Zacznij oddalać się jeszcze bardziej. Możesz przyspieszyć – już straciłeś siebie z oczu, jesteś za mały, by pozostać widocznym. Oddalaj się, dopóki Ziemia nie stanie się kropką w Układzie Słonecznym. Dostrzeż kulę Słońca w środku, gazowe giganty na obrzeżach i okruch Ziemi, ledwo widoczny w okolicy naszej gwiazdy. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Możesz oddalać się jeszcze dalej, aż do momentu, kiedy ujrzysz całą Drogę Mleczną – naszą galaktykę, gdy Słońce stanie się tylko malutkim ziarenkiem na jej tle.

Przejdź drogę powrotną. Możesz to uczynić w miarę szybko, jakbyś był przyciągany ponownie do swego ciała. Zobacz siebie z góry z wysokości jednego metra. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Perspektywa w czasie

Drugi najczęściej spotykany sposób na praktykę ćwiczenia to oddalanie się w czasie. Wyobrażamy sobie ogrom czasu, który upłynął przed nami i który upłynie po naszym odejściu.

Początek jest taki sam: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój swój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie w takim wieku, jaki masz obecnie, ubranego w codzienne ciuchy. Wyobraź sobie, że idziesz bez celu ulicą swego miasta.

Rozpocznij od kierunku wstecz w czasie. Wyobraź sobie, że młodniejesz. Nadal idziesz, ale twoja twarz pozbywa się zmarszczek, zmieniają się ciuchy, przekształca się także miasto wokół ciebie – znikają nowe budynki, zmieniają się marki samochodów na ulicach.

Cofaj się, aż zobaczysz siebie jako dziecko, kroczące przez świat, jaki pamiętasz ze swoich najwcześniejszych wspomnień. Jeśli jest to dla ciebie komfortowe, możesz wyobrazić sobie siebie w łonie matki. Jeśli budzi to dyskomfort, odpuść – to nic kluczowego.

Dotarłeś do świata przed twoim narodzeniem. Wyobraź sobie twoją miejscowość taką, jaka była w twoich najstarszych wspomnieniach. Możesz spojrzeć z poziomu ulicy lub z lotu ptaka. Zacznij cofać się w czasie, skupiony na mieście. W pewnym momencie samochody ustąpią dorożkom, zabudowa się skurczy, stroje ludzi będą się zmieniać. Nie musisz przechodzić przez każdą epokę, ale uchwyć kilka z nich – może takie, które przyciągały uwagę na lekcjach historii.

Wreszcie miasto zniknie i ustąpi miejsca puszczy. Pomyśl o starożytnym Rzymie lub Grecji. Wyobraź sobie budowle, które dziś są ruiną, w czasach świetności – Koloseum, Partenon, hipodromy, akwedukty. Cofaj się dalej i te budowle znikną, ustąpią miejsca drewnianym chatom.

Dotrzesz do czasu, gdy nie było jeszcze na Ziemi człowieka. Może wyobrażasz sobie czas dinozaurów. Wyobraź sobie planetę i kontynenty wędrujące po jej oceanach w ogromnych skalach czasowych. Wyobraź sobie rozpad Pangei, wielkiego prakontynentu. Ameryki odrywają się od Europy i Afryki.

Możesz cofać się jeszcze dalej, do czasów powstawania Ziemi czy nawet wielkiego wybuchu.

Wróć do teraźniejszości. Weź kilka głębokich wdechów i rusz w przyszłość w podobny sposób. Wyobraź sobie siebie starzejącego się, idącego ulicami miasta. Spróbuj zgadnąć, jak zmieni się świat wokół ciebie.

Przyjdzie czas, gdy już cię nie będzie. Wyobraź sobie miasto – jak się rozwija i przekształca. Może pojawiają się w nim latające samochody. Powstają strzeliste drapacze chmur. Trwa rozwój.

Wyobraź sobie miasto, które się rozpada i starzeje. Może jest opuszczone, może nie ma już w nim ludzi. Ruiny budynków walą się w proch. Może nadal są tu ludzie, przychodzą i odchodzą, pokolenie za pokoleniem. Wyobraź sobie planetę jako całość – kontynenty nadal dryfują, może jakieś się zderzą, uformują nowy?

Możesz iść dalej w tym wyobrażeniu, aż do czasu, gdy Słońce zacznie umierać i pochłonie Ziemię, a nawet dalej – do śmierci cieplnej wszechświata.

Wróć do teraźniejszości. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Szczegóły techniczne

Dobrze wykonane ćwiczenie perspektywy kosmicznej wymaga sporej dozy skupienia, dlatego najlepiej zabezpieczyć na jego wykonanie spokojny czas i miejsce.

Dobrym momentem jest wieczorny przegląd siebie, jeśli masz w nim dość czasu. Jeśli nie, zarezerwuj czas osobno.

Warto zadbać, by w pomieszczeniu, w którym praktykujesz, było ciemno, cicho i wygodnie. Chodzi o to, by jak najmniej było elementów, które cię rozpraszają.

Perspektywa kosmiczna wymaga silnej wyobraźni. Dla wielu osób będzie niemożliwe, by ją wykonać, przynajmniej nie od razu. To nic niezwykłego – nie zrażaj się tym. Jest to kwestia praktyki, tak jak przy wielu innych ćwiczeniach – z czasem będzie łatwiej.

Może się okazać, że bariera wejścia jest tak duża, że nie jesteś w stanie zacząć. Wtedy z pomocą przyjdą inne ćwiczenia wzmacniające wyobraźnię: przegląd siebie, wizualizacja mistrza etc., czy coś tak prostego jak tworzenie i odgrywanie w myślach prostych historyjek. Z czasem wyobraźnia nabierze giętkości wystarczającej, by ponownie spróbować z perspektywą kosmiczną.

Podsumowanie

Perspektywa kosmiczna objawiła nam się jako paradoks: jest sposobem na oddalenie się od siebie, który nas do siebie zbliża. W tej pozornej sprzeczności zawiera się jej istota. W tym procesie jest element uwalniający – zrozumienie, że jesteśmy częścią czegoś większego, pewnej całości, która z nami czy bez nas będzie się toczyć, zdejmuje ciężar losów świata z naszych barków. Kiedy wypchniemy siebie z centrum wszechświata dzięki właściwej perspektywie, zrozumiemy, że nasza moc i nasza odpowiedzialność są cały czas z nami, w sferze naszych myśli, pragnień, decyzji. To paradoksalnie przywróci nas ponownie do centrum, ale z nowym spojrzeniem.

Za każdym razem, gdy oddalamy się ku nieskończoności, powracamy nie do pozycji wyjściowej, ale do miejsca odrobinkę bliżej nas samych. Właściwie zawsze tam byliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, zaprzątnięci problemami świata. Dzięki tej podróży możemy spojrzeć na siebie w nowy sposób, z bliższej perspektywy.

Pytanie, które wtedy się rodzi: co nowego mogę w sobie dostrzec po powrocie z wielkiego kosmosu?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Praca z przekonaniami

Człowiek jest plątaniną przenikających się przekonań. Formują się one w toku ludzkiego życia. Część z nich można wywieść z dziedzictwa ewolucyjnego, z genów. Wiele formuje się w procesie wychowania i socjalizacji – są plonem dzieciństwa. W dorosłości nabywamy nowe, zmieniamy istniejące i pozbywamy się starych.

Przekonania nie muszą być świadome i to dwojako. Po pierwsze, możemy być nieświadomi, że przekonanie w nas powstaje – tyczy się to szczególnie tych z dzieciństwa, ale nie ogranicza się do nich. Po drugie, choć przekonanie powstało świadomie, z czasem zostaje zepchnięte do nieświadomego, czy to poprzez zapomnienie, czy tłumienie.

Dziś spojrzymy na technikę pracy z przekonaniami, nim jednak do niej przejdziemy, dookreślimy, nie siląc się na rygor definicyjny, co rozumieć będziemy pod tym pojęciem.

W najprostszym ujęciu przekonanie to zdanie logiczne, co do którego prawdziwości wierzymy. Tutaj moglibyśmy się zatrzymać: zbiór przekonań to zbiór naszych osobistych prawd. Warto jednak dodać, że zbiór ten jest wielce różnorodny: od prostych obserwacji rzeczywistości (np. Słońce wschodzi na wschodzie, mam dwie ręce etc.) po złożone przekonania etyczne (np. zabicie człowieka jest złe, mówienie prawdy jest dobre etc.).

Dla naszych celów istotny będzie ten drugi biegun, choć zaznaczam, że regularne sprawdzanie przekonań o „faktach” też jest wskazane (pozdrawiam z tego miejsca antyszczepionkowców i płaskoziemców). Szczególnie interesujące będą dla nas przekonania zawierające następujące słowa: „muszę”, „powinienem/powinnam”, „koniecznie”, „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „każdy”, „oczywiście”, „niemożliwe”, „pewne”, „dobre”, „złe”, „straszne”, „nie do zniesienia” – wraz z innymi formami gramatycznymi oraz synonimami. Wyłaniają się tu trzy kategorie:
1. przekonania o konieczności („muszę”, „zawsze”, „wszyscy”, „nigdy” etc.);
2. przekonania etyczne („dobre”, „złe”);
3. przekonania o cierpieniu / o zranionym ego („straszne”, „krzywda”, „cierpienie” etc.).
Przede wszystkim dla nich praktykujemy dialog z przekonaniami, przy czym kategorię 1 i 3 chcemy zminimalizować, a kategorię 2 uporządkować.

Przejdźmy do metod pracy z przekonaniami. Podzielę się z wami tymi sposobami, które sam stosuję, jednak chciałbym zwrócić uwagę na zestaw metod terapii poznawczo-behawioralnej. Wiele z nich to techniki pracy z przekonaniami, które są stosowane w praktyce terapeutycznej, ale mogą być zaadaptowane do stosowania na własną rękę, w sytuacjach niewymagających interwencji specjalisty. Szczegóły technik terapii poznawczej znaleźć można między innymi w „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka” Roberta Leahy’ego. Pamiętajcie jednak, że praktyka na własną rękę nie zastępuje pomocy specjalisty.

Pierwszym krokiem w pracy z przekonaniem jest zdanie sobie sprawy, że je posiadamy. Wraca tu wspomniana już wcześniej na blogu, w kontekście dwóch poziomów sądu, uważność. Podobnie moją rekomendacją jest stosowanie znanych technik, których szczegóły dostępne są w internecie i literaturze, plus stosowanie „wstecznej uważności”, czyli analizowania przeszłych zdarzeń. W kontekście dzisiejszego ćwiczenia skupiamy się na zrozumieniu, jakie przekonania zostały aktywowane w intensywnych (emocjonalnie, intelektualnie) momentach minionego dnia.

Pytaniami przewodnimi przy tej technice są: dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Jaki miałem powód/argument, by tak zareagować? Formę pytania można dostosować do sytuacji, ale kluczowe jest, by wyjść poza „co zrobiłem” do „dlaczego?”, bo to ma szansę odsłonić przekonanie. Warto odnotować, że przekonania mogą się nawarstwiać i to, co zauważymy jako pierwsze, to przekonanie wtórne, wynikające z czegoś głębszego. Proces odkrywania może potrwać długo i doznawać opóźnień oraz wymagać wracania do niektórych przekonań.

Gdy mamy zidentyfikowane przekonanie, nad którym chcemy pracować, możemy przejść do drugiego etapu. W nim celem jest zbadanie przekonania pod kątem prawdziwości i logicznej spójności. Nie chodzi o obalenie go! Rozpoczynając proces, nie zakładamy, iż jest ono niesłuszne, ale że poddajemy je badaniu w celu sprawdzenia. Jeżeli przekonanie wytrzyma skrupulatne testy, to pozostaje jako element naszego rozumienia świata, a my nabieramy wiary w jego solidność.

Proponuję dwa podejścia do pracy z przekonaniami. Pierwsze to postawienie siebie w roli oskarżyciela przekonania, adwokata diabła, który chce rzucić cień na świętość, w którą wierzyliśmy od zawsze. Naszym zadaniem jest tworzenie scenariuszy, które jawnie zaprzeczają przekonaniom – pamiętając, że jeśli coś ma być zawsze prawdziwe, to wystarczy jeden kontrprzykład, by to obalić. Mamy wyszukiwać wyjątki w rzekomych regułach. Mamy próbować udowodnić, że prawdziwe jest coś przeciwnego.

Jeżeli znamy logiczne uzasadnienie dla badanego zdania, to szukamy luki w prowadzącej do niego argumentacji, błędów i niespójności. Szukamy danych i badań naukowych, które przeczą naszym przekonaniom. Jesteśmy po to, by wyciągnąć na światło dzienne wszelkie kontrargumenty i nieścisłości.

Możemy wejść w ten proces z pełnym zapałem i gorliwością, nic nie ryzykując. Bo jeśli nasze przekonanie jest słuszne, to nieważne, ile czasu poświęcimy na próby obalenia go – nigdy nam się to nie uda. Możemy śmiało atakować i tylko upewnimy się i umocnimy naszą wiarę. W końcu nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest. Prawda?

Na końcu tego procesu powinniśmy albo uprawdopodobnić nasze przekonania, albo obalić je lub skonkludować, że najprawdopodobniej jest błędne. Zazwyczaj, jeśli podejdziemy do sprawy rygorystycznie, będziemy operować prawdopodobieństwem i nie dostąpimy pewności. Pamiętajmy jednak, że twierdzenie, które jest najprawdopodobniej fałszywe, powinno być w praktyce odrzucone.

Druga metoda to rozmowa z samym sobą, ale nie byle jaka, bo w formie sokratejskiego dialogu. Naszym zadaniem jest stawianie serii pytań, wychodząc od bazowego przekonania. Mają nam one pozwolić lepiej zrozumieć, dlaczego wierzymy w daną myśl. Zacznijmy od prostego: „Dlaczego uważasz, że…” i tutaj wstawmy treść przekonania. W tej rozmowie nie ma drugiej osoby, musimy odpowiedzieć sobie sami. Starajmy się być w tych odpowiedziach wyczerpujący, lecz konkretni, nie rozwlekajmy ich w długie elaboraty – mają przedstawić esencję, a nie służyć przekonaniu kogoś do naszych racji.

Mając pierwszą odpowiedź, mamy materiał potrzebny do sformułowania kolejnych pytań. Jakie one będą, zależy od badanych treści. Ich celem powinno być dążenie do zrozumienia naszego stanowiska i rozjaśnienia wątpliwości, jakie się nam nasuwają. Może jedno ze słów jest niejasne i warto zapytać o jego sens? Może wewnątrz odpowiedzi kryje się kolejne przekonanie, które warto sprawdzić? Starajmy się nie przyjmować niczego za pewnik. Pytajmy o uzasadnienie nawet oczywistych zdań. Jeśli takie faktycznie są, znajdziemy je szybko. Jeśli nam się nie uda, to ujawnimy trop do zbadania, kolejne przekonanie do pracy.

Dialog powinien trwać aż do momentu, kiedy poczujemy, że wyklarowaliśmy, czy przekonanie jest słuszne, czy też nie. Może je obaliliśmy, może zachowaliśmy w całości, a może zmodyfikowaliśmy. Na końcu procesu mamy więcej zaufania do tego, w co wierzymy, co nie jest tym samym co pewność. Z pewnością można twierdzenia odrzucać, ale niezwykle trudno z pewnością ich dowodzić. Jeśli na końcu nabraliśmy pewności, że przekonanie jest fałszywe, to jest to akceptowalny wynik. Jeśli natomiast nabraliśmy pewności, że zdanie jest prawdziwe, to najpewniej zbłądziliśmy i powinniśmy tylko stwierdzić, że jest bardziej prawdopodobne.

Konkludując dzisiejszy artykuł, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeden fakt. Po udowodnieniu, że jakieś przekonanie jest fałszywe lub powinno być zmienione, jest jeszcze proces praktycznej zmiany zachowania i sposobu bycia, czyli zrealizowanie naszych logicznych wniosków w rzeczywistości. Nie należy go ignorować i zakładać, że samo rozumowanie wystarczy. Nowe przekonania trzeba praktykować, bo do starych jesteśmy przyzwyczajeni i będą one wracać jak bumerang.

Tak jak przy wszystkich ćwiczeniach stoickich, tak i tu, powtarzanie i praktyka są ścieżką do sukcesu. To, co opisałem powyżej, nie jest magiczną różdżką na nasze błędy myślenia. To początek pracy nad sobą i drogi trwałej zmiany. W nieunikniony sposób będziemy na tej drodze zwalniać i się cofać. Będzie się zdarzać, że do jednego przekonania konieczne będzie kilka podejść, bo wróci ono z nowymi argumentami. Albo że poczujemy się jak człowiek obierający cebulę, gdzie praca nad jednym przekonaniem odsłoni kolejne, które było jego źródłem, a po nim kolejne i kolejne.

To żmudny proces, ale wart wykonywania, bo każdy jego krok, każde powtórzenie poprawia spójność i jakość myślenia. Zbliża nas do lepszego zrozumienia rzeczywistości i naszego w niej miejsca. Przyciąga nas do prawdy na tyle, na ile jesteśmy się do niej w stanie zbliżyć.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dwa poziomy sądu

Czy zdarzyło wam się kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? W gniewie powtórzyliście jego słowa, pogłębiło się poczucie obrazy, zdecydowaliście się odpowiedzieć słowami, które uznaliście za mocne, a wasz gniew wzrósł. Może ta osoba także odpowiedziała i sytuacja eskalowała.

Czy zdarzyło się wam kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? Zatrzymaliście się na moment. Zaczerpnęliście dwa oddechy. Zapytaliście siebie: czy jego zdanie jest istotne? Czy w jego słowach jest ziarno prawdy? Spojrzeliście na to, co powiedział, jako na informację zwrotną, którą można przyjąć lub odrzucić. Gniewu już z wami nie było. Nie odpowiedzieliście nic lub odpowiedzieliście ze spokojem. Sytuacja się rozwiązała.

Te dwa przykłady, które rozpoczęły się tak samo, jednak dotarły do zupełnie odmiennych konkluzji, ilustrują esencję stoickiego ćwiczenia znanego pod nazwą dwóch poziomów sądu. Opiera się ono na obserwacji, że między naszym pierwszym wrażeniem i związanym z nim zalążkiem emocji, wstępnym sądem, a reakcją i działaniem znajduje się przestrzeń, w której jest miejsce na drugi sąd – na ponowne spojrzenie i zmianę wstępnego wyobrażenia.

Dla jasności dzisiejszego wywodu konieczne jest wyjaśnienie zawiłości związanych z pojęciem emocji. Ten termin ma dwa znaczenia, z których jedno zawiera się w drugim. Oba funkcjonują w naszej intuicji językowej, mieszają się ze sobą i są praktycznie używane.

Pierwsze, szerokie, rozumienie utożsamia „emocje” ze stanami afektywnymi. W tej interpretacji miłość, smutek i złość są ich przykładami. Jest to potocznie najczęstsza intuicja tego pojęcia. Na nasze potrzeby jest ona zbyt szeroka – nie będziemy używać pojęcia emocji w tym sensie.

Drugie, wąskie, rozumienie ogranicza „emocje” do krótkotrwałych, silnych stanów afektywnych, których biologicznym celem jest mobilizacja do reakcji na zagrożenie lub szansę. Emocje o zabarwieniu nieprzyjemnym mają nas zniechęcać do robienia czegoś, a te o zabarwieniu przyjemnym – do powtarzania wywołujących je aktywności. W najprostszej wersji wyróżnia się cztery podstawowe emocje: radość, smutek, strach i złość. W tym właśnie sensie używać będziemy tego pojęcia.

Praktykowanie poziomów sądu podzieliłbym na dwa etapy. Drugi z nich to sam sąd i przyzwolenie, jakie dajemy na rozwinięcie się i wzmocnienie emocji. Pierwszy, mniej oczywisty, to uważność, która pozwala dostrzec, że proces się zaczął i mamy okazję do interwencji – to konieczność, bez której ćwiczenie nie może mieć miejsca.

Technik ćwiczenia uważności jest wiele i są dobrze znane oraz łatwe do odnalezienia w internecie czy literaturze. Są to techniki oddechowe, medytacyjne i inne. Nie będę tu ich powielał – powiem tylko, że są one dobrym narzędziem na nasze potrzeby, czyli do trenowania pierwszego etapu dwóch poziomów sądu. Zachęcam do ich stosowania, zwłaszcza że korzyści z nich płynące wykraczają poza dzisiejszy temat.

Jest jedno specjalne i nietypowe podejście do uważności, na które chciałbym zwrócić uwagę – technika, która mi osobiście pomaga w praktyce. Chodzi o coś, co nazywam „wsteczną uważnością” albo refleksją nad emocjami. Jest ona przydatna szczególnie wtedy, gdy nie mamy jeszcze zdolności i zasobów, by zachować uważność w momencie kryzysu.

Polega ona na tym, by po czasie, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie, gdy przechodzimy przez miniony dzień, zatrzymać się nad zdarzeniami, w czasie których wyzwoliła się w nas silna emocja. Chcemy zastanowić się: co było bodźcem, który zainicjował proces? Jakie przekonanie zostało aktywowane (dlaczego uznaliśmy, że coś jest dobre lub złe)? Jaką emocję uformowaliśmy? Czy ona eskalowała, a jeśli tak, to dlaczego? Jaką formę przybrała po eskalacji? Do jakich działań doprowadziła? Czy były to słuszne i produktywne działania?

Sugeruję tu szczegółowe spojrzenie. Ideą, która przyświeca temu podejściu, jest utorowanie w przyszłości łatwiejszego uchwycenia momentu podobnej reakcji. Myśląc o tym, sprawiamy, że jest większa szansa, iż nasz mózg rozpozna podobną sytuację i „aktywuje” uważność. To inwestycja w przyszłe reakcje.

Kiedy wypracujemy sobie uważność, możemy zacząć praktykować elementy kontroli. Kluczem do udanego wykonania dwóch poziomów sądu jest nie zmuszanie się do zdominowania swojej emocji. Innymi słowy, powinniśmy uważać, by nie starać się w tym procesie emocji stłumić, bo nie o to chodzi. W tej wersji ćwiczenia emocja już z nami jest – zamiecenie jej pod dywan nie pomoże, a nawet może nam zaszkodzić.

Nie tłumimy więc, tylko stawiamy pytanie: jak chcę zareagować w związku z zaistniałą sytuacją i z emocją, którą czuję? To, że odczuwam gniew, nie oznacza, że jestem zobowiązany do tego, by krzyczeć czy kogoś uderzyć. To, jak zareaguję, zależy ode mnie, ale muszę tę decyzję świadomie podjąć. Jeśli to zaniedbam, włączy się automatyczna reakcja – niejednokrotnie taka, której będę żałował. Pochodzą bowiem one z innego etapu ewolucji niż ten, na którym się znajdujemy, i często są nieadekwatne do sytuacji.

Ponownie – kluczem do sukcesu w tym ćwiczeniu nie jest forsowanie czy usilne próby zatrzymania czegoś. Kluczem jest stworzenie sobie przestrzeni w czasie – dosłownie kilku sekund. Przestrzeni wystarczającej, by wyższe procesy w mózgu miały możliwość zadziałać, rozpocząć analizę i podjąć decyzję, co dalej zrobić. Tylko tyle i aż tyle: dwie–trzy sekundy między emocją a reakcją to czas potrzebny, by w sprawę wmieszały się ośrodki kontroli w mózgu i byśmy mogli wypracować nową odpowiedź na emocję. Odpowiedź ta niekiedy będzie dokładnie taka sama jak dyktowana przez emocję – zwykle jednak dojdzie do jej modyfikacji lub nadpisania.

Jak to zrobić? Tutaj także jest niemało technik, dyskutowanych chociażby w kontekście terapii poznawczo-behawioralnej. Jedna z nich to zaczerpnąć dwa głębokie wdechy przez nos, z pełną kontrolą. Skoncentrować się na precyzyjnym oddychaniu. To są dwie–trzy sekundy, które mózg może wykorzystać na analizę. Alternatywnie możemy powtórzyć w myślach krótką mantrę. Technik jest wiele – musimy wybrać jedną, która najbardziej nam odpowiada, i ćwiczyć.

Podsumowując dzisiejszy wywód, pracując nad wyrobieniem odruchu działania na dwóch poziomach sądu, powinniśmy zacząć od praktykowania uważności, która pozwoli pochwycić moment pojawienia się emocji. Następnie winniśmy zacząć praktykować dawanie sobie odrobiny czasu między emocją a reakcją – dość, by umysł miał okazję wkroczyć z analizą sytuacji.

Na początkułatwiej będzie nam osiągnąć ten efekt w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z niezbyt intensywną emocją. Z czasem, w miarę praktyki, będziemy mogli dotykać coraz trudniejszych, intensywniejszych sytuacji.

To są dwa istotne czynniki: czas i praktyka. Tak jak w każdym właściwie ćwiczeniu stoickim, nie osiągniemy żadnych efektów, jeśli nie zainwestujemy czasu i nie będziemy praktykować. Nie ma tu drogi na skróty. Jeśli chcemy emocjami zarządzać, zamiast je tłumić, to musimy ćwiczyć wytrwale i pogodzić się z faktem, że postępy zajmą lata, że czasem nastąpi regres, że prędzej czy później przyjdzie zdarzenie tak intensywne, że wytrąci nas z rytmu.

Doskonałość nie jest naszym celem. Celem jest poprawa i usprawnienie funkcjonowania, zbliżenie się do działania w trybie nieustającej refleksji. Dzisiejsze ćwiczenie jest jednym z tych, które mają nas do tego celu zbliżyć. Nie zrażajcie się, że nie zawsze będzie wychodzić, że początki mogą być trudne. Ruch jest wszystkim, cel jest niczym.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Powtarzanie zasad

Powtarzanie jest podstawą nauki – to znana maksyma, którą słyszał każdy uczeń. Kryje się za nią konkretna neurologiczna prawda: to, co często i regularnie powtarzamy, jest łatwiej dostępne dla naszego umysłu do szybkiego przywołania. Coś, co słyszeliśmy czy powiedzieliśmy raz, możemy pamiętać równie dobrze jak to, co powtórzyliśmy sto razy. Jednak czas potrzebny na przywołanie tego z pamięci długotrwałej będzie wielokrotnie dłuższy.

To, co najważniejsze, powinniśmy trzymać zawsze na podorędziu. Tak jest z przedmiotami użytkowymi, tak jest też z zasadami, którymi kierujemy się w życiu. Te kilka najważniejszych powinno być dostępnych dla nas w każdej chwili i z wielką łatwością. Z tego też powodu starożytni stoicy praktykowali ćwiczenie polegające na powtarzaniu zasad. Dzisiaj spojrzymy na nie bliżej.

Zamysł stojący za ćwiczeniem powtarzania zasad jest prosty: każdego dnia – lub kilkukrotnie w ciągu dnia – powtarzamy kilka kluczowych dla nas fraz i sentencji, by utrwalić je w pamięci i mieć na mentalnym podorędziu w każdej chwili. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, sprecyzujmy więc kilka nasuwających się pytań dotyczących tej praktyki.

Jakie powinny być zasady, które powtarzamy? Czy ich wybór jest dowolny? W pewnym sensie tak – jest dowolny, ponieważ każdy człowiek będzie miał inny zbiór myśli i zasad, które zechce powtarzać. Nie istnieje żadna z góry przepisana lista. Z innej strony patrząc, dowolny jednak nie jest, ponieważ można określić kilka rozsądnych ograniczeń dla wyboru zasad:

  1. Zasady powinny być znaczące.
    Powinny dotyczyć istotnych aspektów życia i nieść w sobie nietrywialny sens. Powtarzanie co dzień, żeby zakładać szalik, gdy jest zimno, nie spełnia tego kryterium, mimo że jest zupełnie rozsądną zasadą. Powtarzanie, że moje ciało jest ode mnie niezależne, pozwala nabrać do niego dystansu i nadaje się jako jedna z zasad.
  2. Powinny być wspierające i budujące, a nie autodestrukcyjne i krytyczne.
    Powtarzanie, że dbałość o zdrowie ciała pozwala zachować energię dla ducha, jest dobrą zasadą. Powtarzanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, jest niebezpieczne i potencjalnie destrukcyjne.
  3. Powinny być zrozumiałe.
    Rozważanie w myślach efemerycznych i niejasnych haiku może być fantastycznym, godnym polecenia doznaniem, ale ćwiczenie powtarzania zasad to nie miejsce na nie. Zasady winny być klarowne, przy czym nie muszą być klarowne dla nikogo innego poza nami samymi. Jeśli ja rozumiem frazę, którą powtarzam, nie muszę być w stanie wyjaśnić jej znaczenia nikomu innemu.
  4. Powinny odnosić się do wartości.
    Idealny zestaw powtarzanych zasad jest odbiciem naszego zbioru wartości i norm etycznych – niech podkreśla i wspiera ich rozumienie. Jeśli moją wartością jest sprawiedliwość, motywacyjny cytat z Luthera Kinga jest świetną zasadą do powtarzania. Nie tak dobry byłby cytat o czułości – choć to piękna wartość i cecha – jeśli nie ma jej w mojej hierarchii.
  5. Powinny być plastyczne i podatne na zmiany.
    Tak jak hierarchia wartości może się zmieniać, tak i lista naszych zasad powinna być otwarta na ewolucję i zmiany. Niech nie stanie się ona półreligijnym tworem, jakimś osobistym dekalogiem, który musi pozostać nienaruszony. Bądźmy otwarci na zmianę!

Listy zasad, tak jak hierarchie wartości, są niezwykle indywidualnymi tworami i nikt nie jest zmuszony, by trzymać się wymienionych wyżej punktów. Mogę jedynie zachęcić, by przynajmniej wziąć je pod uwagę, ponieważ ćwiczenie to ma dwa ostrza – niewprawnie użyte może stać się źródłem mroku i cierpienia w naszym życiu.

Jak powinniśmy praktykować samo ćwiczenie? Jest kilka kluczowych aspektów, które warto rozważyć, zabierając się do praktyki. Dotyczą one miejsca i czasu, formy samych zasad oraz sposobu ich powtarzania:

  1. Świetnym momentem na przeprowadzenie tego ćwiczenia jest poranek.
    Może to być część porannego przeglądu siebie albo osobna aktywność. Poranek jest korzystny, bo toruje nasz umysł na nadchodzący dzień – będziemy mieli nasze zasady na podorędziu. Osobiście powtarzanie zasad jest dla mnie pierwszą czynnością po podniesieniu się z łóżka
  2. Nie ma potrzeby poświęcać na ten rytuał więcej niż kilku minut.
    Jeśli nasze zasady zaczynają zajmować 10 minut lub więcej, warto zastanowić się nad skróceniem listy, przycięciem niektórych zasad lub zastąpieniem ich krótszymi odpowiednikami.
  3. Miejsce jest dowolne, byle czuliśmy się w nim komfortowo, wypowiadając nasze zasady na głos.
  4. Zdecydowanie rekomenduję głośne wypowiadanie zasad zamiast powtarzania ich tylko w myślach. Zaangażujmy nieco więcej z naszego ciała do tej czynności – zwiększa to naszą zdolność zapamiętywania. Niech to będzie także rozgrzewka dla naszych strun głosowych przed nadchodzącym dniem.
  5. Cytaty są naturalnym zasobem, z którego warto czerpać swoje zasady. Oczywiście możemy je układać samodzielnie, szczególnie jeśli ktoś ma poetycko-pisarskie zacięcie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ktoś kiedyś zdołał już ująć lepiej to, co my właśnie próbujemy powiedzieć. Nie strońmy od cytowania – korzystajmy z zasobu kultury człowieka.
  6. Niech zasady będą możliwie treściwe.
    Jedno zdanie to optimum. Nie każdą myśl i wartość da się wyrazić tak zwięźle, ale jeśli to możliwe, znajdźmy jednozdaniową syntezę. Niech nie przekraczają dwóch lub trzech zdań. Nie chcemy powtarzać co rano strony A4 zwartego tekstu – to nastawia nas na porażkę, jeśli chodzi o ich zapamiętanie.

Forma, w jakiej chcecie praktykować to ćwiczenie, jest bardziej płynna niż jego treść – w tym sensie, że o ile wypaczona treść może być dla nas groźna, o tyle wypaczona forma może być co najwyżej nieskuteczna. Sugeruję, byście zaczęli według podanych wyżej zasad, a wraz z praktyką modyfikowali je pod swoje możliwości i preferencje.

Myśl najczęściej powtarzana staje się myślą najłatwiej dostępną. Zdając sobie z tego sprawę, możemy zacząć świadomie kształtować to, jakie idee stają się nam najbliższe. Wybierając mądrze swoje zasady, możemy wzmacniać kondycję naszego charakteru i ducha.

Powtarzanie zasad jest ćwiczeniem prostym do wykonania, choć wymagającym pewnego wysiłku w przygotowaniu – podczas dobierania odpowiednich zdań i słów, które staną się jego treścią. Warto jednak wykonać ten początkowy wysiłek, bo z czasem, systematycznie praktykując, zbudujemy w sobie zasób łatwo dostępnych, twórczych norm. A czy ty już wiesz, co znalazłoby się na twojej liście?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Przegląd siebie

Często popełnianym błędem we współczesnym rozumieniu stoicyzmu jest podchodzenie do niego jako do doraźnego środka zaradczego na bolączki codzienności. Wyobrażamy sobie, że w chwili, w której poczujemy gniew, sięgniemy po stoickie ćwiczenie i uśmierzymy go od ręki. Takie podejście nie działa i może być co najwyżej źródłem głębokiej frustracji dla użytkownika. Praktykowanie stoicyzmu jest ciągłym procesem. Jego skuteczność oparta jest na systematycznym powtarzaniu ćwiczeń i zachowań, tak by w dłuższej perspektywie czasu uzyskać korzystny efekt dla naszego stanu ducha.

Trzonem procesu stoickiego życia jest koncepcja codziennej medytacji określanej współcześnie jako przegląd siebie. Praktyka ta przez starożytnych stoików była określana mianem „rachunku sumienia”. Termin ten przeniknął jednak ze stoicyzmu do chrześcijańskich wierzeń i rytuałów i ma współcześnie zabarwienie silnie związane z religią. Aby nie tworzyć mylących korelacji, trzymać się będziemy współczesnego określenia, które pod wieloma względami lepiej oddaje sens samego ćwiczenia.

Przegląd siebie praktykowany jest zazwyczaj w dwóch trybach. Pierwszy z nich to poranny przegląd siebie, czyli medytacja nastawiona na przemyślenie nadchodzącego dnia i zaplanowanie go w taki sposób, by maksymalizować wartościowe życie. Drugi to wieczorny przegląd siebie nastawiony na refleksję nad mijającym dniem – pewnego rodzaju rozliczenie siebie z dokonanych czynów.

Dlaczego w ogóle praktykujemy przegląd siebie? Można by pomyśleć, że bycie w stanie refleksyjnego namysłu nad naszymi czynami powinno być czymś stałym. W pewnym sensie w każdej chwili winniśmy przeglądać siebie. To założenie jest właściwie słuszne i jest ono jedną z cech – może jedyną ważną cechą? – stoickiego mistrza. To ideał, do którego powinniśmy zmierzać. Realia są jednak takie, że w trakcie dnia, kiedy jesteśmy zajęci przeróżnymi zadaniami i kiedy o naszą uwagę konkurują rozmaite bodźce, niezwykle trudno jest zachować stan refleksji.

Póki więc nie osiągniemy ideału mędrca, posiłkujemy się wydzielaniem kawałka czasu z każdego dnia, który zabezpieczamy na poczet namysłu i refleksji. Tym czasem są właśnie przeglądy siebie. Spójrzmy teraz na każdy z nich z osobna i zastanówmy się, jakie towarzyszą im zadania i pytania.

Poranny przegląd siebie to czas na zaplanowanie nadchodzącego dnia. W jego trakcie spoglądamy na zadania, które nas czekają – co mamy dzisiaj do wykonania? Czy czeka nas coś szczególnie trudnego? Czy jest dziś coś, czego się obawiamy, co budzi w nas lęk? Następnym elementem jest przyjrzenie się planowanym aktywnościom i ocenienie ich pod kątem zgodności z naszymi wartościami. Czy to, co mamy dziś zrobić, jest wartościowe? Czy jest zgodne z tym, co uważam za słuszne? Jeżeli widzimy jakieś konflikty, warto się nad nimi pochylić nieco głębiej.

Poza obowiązkami, które wynikają z naszego grafiku dnia, mamy zwykle czas do zagospodarowania. Poranny przegląd siebie jest idealnym momentem, by pomyśleć, jak ten czas chcemy wykorzystać. Co dziś uczynię z moim czasem wolnym? Na co go spożytkuję? Czy potrzebuję dzisiaj odpoczynku, czy może mam siłę, by poświęcić się pracy nad sobą?

Z porannego przeglądu siebie winniśmy wyjść z dobrym pojęciem o tym, jak chcemy, by nasz dzisiejszy dzień przebiegł, ze świadomością, że okoliczności niezależne mogą wymusić jego modyfikacje. Nie ma konieczności, by mieć ów plan w punktach i na piśmie – może być w naszej głowie w formie luźnych celów. Jeżeli jednak ktoś preferuje formę pisemną, ona również się sprawdzi, a jej zaletą jest łatwość powrotu do planu, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie.

Wieczorny przegląd siebie to czas na rozliczenie mijającego dnia. Nie chodzi jednak o wytykanie sobie błędów i karanie się za nie, lecz o czułą i budującą refleksję nad jego przebiegiem, skoncentrowaną na wyciągnięciu konstruktywnych wniosków na przyszłość, a nie na ocenianiu przeszłych zdarzeń. Zasiadamy do niego wieczorem; jeśli to możliwe, niech będzie ostatnią rzeczą, jaką czynimy przed snem.

W jego trakcie przypominamy sobie przebieg minionego dnia. Zastanawiamy się, które wydarzenia były w nim kluczowe. Czy jakieś wydarzenie wywołało silne emocje? Dlaczego te emocje się pojawiły? Jak na nie zareagowałem? Patrzymy zarówno na rzeczy planowane, jak i niespodziewane. Czy wykonałem swój plan dnia? Jeśli nie – dlaczego? Co mi przeszkodziło? Czy wydarzyło się coś niespodziewanego, co zmusiło mnie do modyfikacji planów?

Wieczorny przegląd siebie to także moment na zastanowienie się nad zrealizowanymi wartościami. Mieliśmy pewien plan, wchodząc w dzień chcieliśmy, by był wartościowy – do jakiego stopnia udało nam się to osiągnąć? Czy jest coś, co chcielibyśmy w przyszłości poprawić? Czy jakaś wartość sprawiała nam dziś szczególny kłopot? Czy któraś była dla nas szczególnie ważna i łatwa? Zastanowienie nad wartościami pozwala nam nawiązać do ich hierarchii – weryfikujemy wartości deklarowane i porównujemy je z wartościami faktycznie realizowanymi.

Z wieczornego przeglądu siebie powinniśmy wyjść z wnioskami, jak możemy poprawić to, co się nie udało lub poszło nie do końca tak, jakbyśmy chcieli. Z obserwacją tego, co poszło nam świetnie i co możemy oraz powinniśmy kontynuować w przyszłości. Jeśli czegoś zaniedbaliśmy lub nie zdołaliśmy dokonać, warto mieć klarowną wizję powrotu do tego kolejnego dnia, jeśli to możliwe. Wreszcie powinniśmy wyjść z tego procesu z radością i wdzięcznością za dobrze przeżyty, refleksyjny dzień.

Uważam, iż bez jakiejś formy przeglądu siebie nie ma praktykowania stoicyzmu – więcej nawet, nie ma praktykowania jakiejkolwiek filozofii życia. Procedura ta nie musi być tak ściśle określona i osadzona w czasie jak to, co opisaliśmy powyżej, ale jakaś forma systematycznej refleksji jest niezbędna do czynienia postępów w sztuce dobrego życia.

Nasze przeglądy nie muszą być długie – pięć, dziesięć minut rano i wieczorem to już dobry początek, by zacząć pracować ze sobą. Ważniejsze niż długość samych sesji jest systematyczność ich praktykowania. Tylko jeśli będziemy konsekwentni i przez dłuższy czas pozostaniemy z tym ćwiczeniem, przyniesie ono rezultaty. Potrzebujemy cierpliwości i tak deficytowej w dzisiejszych czasach zdolności do odroczenia gratyfikacji, by w pełni wykorzystać dostępny tu potencjał.

Zachęcam was serdecznie do podjęcia eksperymentu z przeglądem siebie. Zapewniam was, że nie musicie być stoikami, by go praktykować. Możecie w jego ramach badać waszą preferowaną filozofię życia – ważniejsza bowiem od filozoficznych detali jest postawa refleksji i rozwoju.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.