Czy w myśleniu należy kierować się intuicją?

Historycznie rzecz ujmując, moje nastawienie do intuicji było w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym otwarcie wrogie. Mówiłem, pisałem i myślałem o intuicji jako o relikcie ewolucji, koniecznym złu, gorszym, acz szybszym myśleniu itd. Niewiele miałem dla niej ciepłych słów. Nie ufałem swojej intuicji. Dalej jej nie ufam. Dlatego kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tytułowe pytanie, wydawało mi się, że moja odpowiedź będzie klarowna i druzgocąca dla tej funkcji naszego umysłu. Myliłem się. Moja intuicja po raz kolejny mnie zawiodła.

Intuicyjne rozumienie intuicji

Zamiast próbować zdefiniować intuicję – co może, ale nie musi przynieść jakiś rezultat – odwołam się do niej samej. To znaczy: spróbuję opisać moje intuicyjne rozumienie intuicji. Jak to z nią bywa, nie będzie tu ścisłości – i już mamy pierwszą cechę! Intuicja nie jest ścisła. Jest przybliżona. Jest metaforyczna. To jej wielki wyznacznik. Trudno, a może wręcz nie da się, wyrazić intuicji bez metafory czy analogii.

Mieć intuicję to znaczy rozumieć… z grubsza. To znaczy wiedzieć, ale niekoniecznie na tyle, by być w stanie wiedzę przekazać. Aby zrozumieć w pełni, trzeba czegoś więcej, można to „więcej” nazwać wiedzą albo poznaniem. Aby wiedzieć także trzeba mieć coś więcej – można to nazwać rozumieniem albo logiką.

Inne podejście to próba zrozumienia intuicji w opozycji do definicji. Definicja jest opisaniem jednego słowa za pomocą innych słów, co czasem pomaga nam je zrozumieć, czasem przeszkadza. Intuicja to rozumienie słowa, którego czasem nie da się w słowa ująć. Co ciekawe, jeżeli słowo jest nam znane, to musimy mieć jego intuicję, ale można znać słowo nie znając jego definicji. Więcej jeszcze: intuicję można mieć tam, gdzie nie ma słowa, może się ona odnosić do czegoś nienazwanego, podczas gdy definicja zawsze odnosi się do jakiejś nazwy.

Intuicja jako szybsze myślenie

Mój dawny pogląd na intuicję sprowadzał ją do szybszego myślenia. Uważałem, że są to z grubsza takie same procesy myślowe, jakie przeprowadzamy świadomie, tylko odbywające się w podświadomości. Dzięki temu miały być szybsze, ale brakowało nam wglądu w ich przebieg. Nie znaliśmy założeń, na jakich się opierały.

Intuicja budziła we mnie lęk. Bałem się jej i jej nie ufałem. Uważałem, że sferę oddziaływania intuicji należy zawężać, czyli jak najwięcej procesów myślowych wydobywać do świadomości. Postulowałem, że musi ona być kształtowana, poprawiana przez nieustanny wysiłek, którego najważniejszym elementem była praca z przekonaniami. Twierdziłem, że intuicja zwykle się myli i poleganie na niej jest prostą drogą do katastrofy.

Wszystko powyższe z grubsza uważam nadal. Intuicja to jest szybsze myślenie, choć nie jestem już pewny, czy jest ona kalką myślenia świadomego. Nie mamy wglądu w jej przebieg i nie znamy przekonań, na których się zasadza, i kształtowanie tych ostatnich jest ważnym elementem pracy nad intuicją. Bo warto nad nią pracować. Nadal uważam, że intuicję można i należy ulepszać, jednak nie uważam już, że obecnie jest fundamentalnie zepsuta. Wiem doskonale, że ona często się myli, nawet zwykle się myli, ale już nie uważam tego za jej wadę – przeciwnie, to jej największa zaleta.

Intuicja jako źródło błędów

Proces biologicznej ewolucji ma dwa kluczowe elementy. Pierwszy to dobrze wszystkim znany proces selekcji naturalnej. Pewne cechy danego organizmu sprzyjają przetrwaniu w danym środowisku, czy, precyzyjniej, sprzyjają rozmnażaniu się i przekazywaniu genów. Można powiedzieć, że środowisko „wybiera” pewne atrybuty i promuje jednostki je posiadające. Z czasem gatunki przystosowują się coraz lepiej do swojego otoczenia.

Drugi element, o którym często zapominamy, to błąd w procesie kopiowania DNA. Proces ten jest bardzo precyzyjny. Czy to przy podziale komórki, czy przy połączeniu się nasienia z komórką jajową, DNA komórki docelowej będzie kopią materiału źródłowego. Jednak aby ewolucja mogła mieć miejsce, to ten proces nie może być doskonały. Muszą w nim występować okazjonalne błędy, bo to one są źródłem nowych cech! Bez nich DNA nie może się zmienić, ewolucja nie może zajść.

A co jeśli wyobrazimy sobie, że bardzo podobny mechanizm zachodzi w naszym myśleniu? Co jeśli doskonałe myślenie oznacza kompletną stagnację i niemożność postępu?

Wyobraźcie sobie strukturę intelektualną, chociażby na przykładzie języka, która jest idealnie dopasowana. Wszystkie elementy współgrają ze sobą, każde słowo jest dobrze zdefiniowane. Zdania wynikają z siebie bez błędów i wątpliwości. Postuluję, że w takiej strukturze nie da się pomyśleć nic nowego. Każde wypowiedziane w niej zdanie będzie tylko powtórzeniem lub trywialną konsekwencją tych już znanych.

Jasne, że taką strukturę można rozszerzyć. Można coś do niej dodać i uzyskać w ten sposób nową jakość. Jednak ta operacja wymaga wyjścia poza samą strukturę – w matematyce byłoby to przykładowo dodanie nowych aksjomatów. Ale czy człowiek może kiedykolwiek wyjść poza strukturę swojego myślenia?

Wydaje się, że jest taka możliwość, bo przecież możemy się uczyć, czy – bardziej adekwatnie do naszego przypadku – możemy być uczeni. Ktoś może dodać nową zawartość do naszego systemu pojęciowego. Czyli myślenie jednostki może się zmieniać, nawet jeśli jest idealne. Ale co z myśleniem ludzkości? Innymi słowy, skąd się wzięły jakiekolwiek idee? Gdzie po raz pierwszy się narodziły?

Tutaj z pomocą przychodzi nam intuicja i ten fantastyczny fakt, że nasze myślenie nie jest, nie było, nie będzie i być nie powinno doskonałe. Nie twierdzę, że intuicja jest jedynym źródłem błędów w myśleniu. Każdy z nas nieraz popełniał błędy logiczne, ulegał zniekształceniom poznawczym – to też źródła pomyłek. Jednak nie ma drugiego źródła tak płodnego jak intuicja. Tak płodnego i jednocześnie tak nieoczywistego, bo błędy płynące z intuicji wydają się zwyczajnie ciekawsze niż te powstałe w wyniku chybionej logiki.

A jeżeli błędy te mają stać się zalążkiem nowych idei, tak jak błędy w DNA są zalążkiem nowych cech organizmu, to lepiej, żeby były ciekawe! Z tymi nieciekawymi wiążą się bowiem poważne zagrożenia, o których za chwilę.

Nie ma wiedzy bez intuicji

Konkluzja poprzedniego rozdziału jest taka, że nie ma wiedzy bez intuicji. Konkretniej: nie ma nowej wiedzy bez intuicji, ale że każda wiedza była kiedyś nowa, to nie ma wiedzy bez intuicji. Jest taka myśl, iż nie da się nauczyć człowieka tego, o czym myśli, że już to wie. Budując na niej: nie może wymyślić nic nowego ktoś, kto myśli, że już wszystko wie. Więcej nawet: nie może pomyśleć nic nowego ktoś, kto faktycznie wszystko wie – przynajmniej w obrębie jakiegoś systemu pojęć.

Ale to jeszcze nie wszystko. Postuluję, że generalnie nie może istnieć wiedza prawdziwa (albo zrozumienie prawdziwe) bez intuicji. Idea za tym stwierdzeniem przedstawia się następująco: prawdziwe rozumienie jest cyklem mającym trzy składniki. Pierwszy z nich to wiedza rozumiana jako informacja lub fakt o świecie. Drugim elementem cyklu jest logika oznaczająca rozumienie, intelekt czy sąd – zwróćcie uwagę, że jest to pojęcie szersze niż klasyczny rachunek zdań. Trzecim wreszcie elementem cyklu jest intuicja, rozumiana jak wyżej.

Ten cykl nie ma określonego kierunku przepływu, myśli i idee mogą w nim krążyć w obu kierunkach. Rozważmy kilka prostych przykładów przepływów. Pierwszy z nich rozpoczyna się od wiedzy, może to być obserwacja jakiegoś zdarzenia. Obserwacja ta zostaje poddana intelektualnej ocenie, stawiane są pytania: co się wydarzyło? Czy to dobrze czy źle? Jak to rozumiemy? Odpowiedzi na te pytania trafiają do intuicji i tworzą w niej nowe przekonanie albo modyfikują istniejące. Intuicja zostaje wyposażona w nowe właściwości, które mogą stać się działaniem tu i teraz albo automatyczną odpowiedzią w przyszłości.

Drugi przebieg cyklu to odwrócenie kierunku, czyli zaczynając od obserwacji zdarzenia przechodzimy do intuicji, reagujemy na nie intuicyjnie. Intelekt wchodzi na kolejnym etapie, oceniając i badając intuicyjną reakcję. Efekty tego badania stają się częścią naszego rozumienia sytuacji, częścią naszej wiedzy.

Jest tutaj wiele otwartych pytań. Pierwsze z nich: czy cykle dotyczące różnych obserwacji, różnych przekonań itp. są od siebie oddzielone czy jest to może jeden wielki poplątany cykl? Jak cykl łączy się z działaniem? Czy każdy z jego trzech elementów może być punktem wyjścia do działania? A może tylko intuicja i intelekt podczas gdy wiedza pozostaje bierna? Czy da się stwierdzić, co jest faktycznie pierwsze, co inicjuje cykl? Może na podstawie zachowania małych dzieci dałoby się to rozstrzygnąć? Kiedy ten cykl się zaczyna w naszym życiu?

Niezależnie jednak od odpowiedzi na te pytania, jest jasne, że w tym modelu intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Jest zarówno źródłem, jak i tworem prostej wiedzy i logiki. Z niej wypływają interpretacje rzeczywistości. Z niej wypływają pomysły do logicznego zbadania.

Może ten cykl zawsze musi się zaczynać od intuicji? Od jakiegoś założenia, które zostało przyjęte bez sprawdzenia?

Nie da się funkcjonować bez intuicji

Przypuszczamy, że intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Pójdźmy jeszcze krok dalej i zastanówmy się, czy intuicja nie jest też niezbędnym elementem naszego funkcjonowania, czyli że bez intuicji nie bylibyśmy w stanie myśleć i działać.

Każde nasze działanie jest intuicyjne. W poprzednim rozdziale pytaliśmy, z którego miejsca w cyklu może zacząć się działanie. Tutaj postuluję, że każde działanie rozpoczyna się od intuicji. Nie oznacza to, że logika i wiedza nie mają wpływu na nasze działania – mają, ale tylko o tyle, o ile są w stanie przekształcić intuicję.

Moje przypuszczenie zasadza się na biologicznej obserwacji tego, jak skomplikowane jest każde nasze działanie. Nawet patrząc na nie czysto fizjologicznie, podniesienie szklanki z herbatą to proces, który angażuje miliardy komórek. W jego trakcie wydzielane są hormony, napinają się mięśnie i tysiące impulsów z informacjami przebiega w tę i z powrotem po włóknach nerwowych. Ustalane są kąty, płaszczyzny i siły, tak że herbata, zazwyczaj, nie wylewa się z kubka. Wszystko to dzieje się w ułamku sekundy.

Ale to nie tylko mięśnie. To także sama decyzja, czy chcę wziąć łyka herbaty, jeśli to z tego powodu unoszę szklankę. Sygnały z ciała o stopniu jego nawodnienia mieszają się ze wspomnieniami smaku herbaty i jej uśmierzających pragnienie właściwości. Gdzieś tam w tle przebiegają alternatywy: szklanka wody, kostka lodu, soczek. Herbata jest jednak tu pod ręką, jest pyszna, jest gorąca – musimy pamiętać, by łykać ją ostrożnie – i lekko pobudza dzięki zawartości kofeiny. Ponownie, to wszystko musi się wydarzyć w ułamku sekundy.

Te procesy nie miałyby szans zajść, jeśli nie byłyby napędzane przez intuicję i automatyzmy – które można rozumieć jako pewne formy intuicji. Dlatego też twierdzę, że nie da się działać i funkcjonować bez intuicji i jedyne, co możemy robić, to dbać o jej jakość. Na początku pisałem o intuicji jako o szybkim myśleniu, ale może to jest jedyne praktyczne myślenie?

Jest taka stoicka koncepcja exetazein, którą ja rozumiem jako uwewnętrznienie ćwiczeń stoickich, uczynienie z nich nawyku, odruchu, automatycznego elementu funkcjonowania. Koncepcję tę możemy rozumieć jako intuicję rozwiniętą na stoicką modłę. W trakcie pracy nad sobą modyfikujemy ją tak głęboko i w sposób celowy, tak że staje się manifestacją filozoficznych cnót.

Iluzja cyklu

Kiedy pisaliśmy o cyklu intuicja-wiedza-logika traktowaliśmy go w taki sposób, jakby każdy z tych etapów mógł rozgrywać się samodzielnie. To założenie nie musi jednak być prawdziwe. Alternatywą jest rozgrywanie się trzech elementów „cyklu” jednocześnie, bez ścisłego rozdziału na fazy. W tym rozumieniu intuicja, logika i wiedza są tylko punktami skupienia czy etykietami, które przypisujemy pewnym formom funkcjonowania naszej myśli.

W rzeczywistości jednak wszystkie one mogą zachodzić jednocześnie, a jedyne co się zmienia to intensywność każdej z tych kompetencji. To sprowadza nas do rozumienia myślenia jako procesu amorficznego – może nawet nie procesu, bo to już sugeruje kierunkowość – działania amorficznego, bez wyraźnie określonych etapów, struktury i kierunku.

Współczesne myślenie jest silnie inspirowane pojęciami procesu, algorytmu, struktury danych, zaczerpniętymi z informatyki i programowania komputerów – choć niektóre z nich mają niewątpliwie wcześniejszy rodowód. To może sprawiać, że jesteśmy poddani zniekształceniu poznawczemu. Próbujemy dopasować nasze myślenie o myśleniu do schematów skonstruowanych dla maszyn liczących – maszyn, które miały myślenie symulować przynajmniej w pewnych aspektach.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego metody stworzone, by automatycznie dodawać dwa do dwóch miałyby być skuteczne w opisywaniu ludzkich procesów myślowych? Mają wprawdzie tę zaletę, że są proste i dość łatwo jest nam o nich mówić. Prostota może być jednak zwodnicza, może zachęcać nas do korzystania z tego rozwiązania, nawet jeśli nie do końca pasuje do sytuacji. Warto się tu zatrzymać i zastanowić, czy nie robimy tego tylko dlatego, że myślenie o działaniu amorficznym jest tak boleśnie trudne.

Pułapka wiedzy

Można powiedzieć, że głęboka i precyzyjna wiedza jest wrogiem twórczego działania. Im lepiej znamy tematy, tym trudniej nam stworzyć coś co wyłamie się ze schematu, w którym operujemy. Będziemy raczej odtwarzać to co znamy, niż tworzyć coś nowego. Tak jest dla nas niewątpliwie bezpieczniej i nie jest to nic fundamentalnie złego. Jeśli chcemy wykonywać, możemy nauczyć się schematów i ignorować naszą intuicję.

To bywa skuteczną strategią, a czasem jest koniecznością. W końcu tworzenie precyzyjnej maszyny, budowanie mostu, pisanie ustawy, rozwiązywanie równania matematycznego to nie miejsce na intuicyjne spekulacje.

Warto jednak, byśmy zdawali sobie sprawę, że płacimy za to cenę. Nie będziemy twórczy, nie odkryjemy nic nowego, nie zrewolucjonizujemy swej dziedziny. Jeżeli chcemy osiągnąć którąś z tych rzeczy, to musimy odpuścić precyzję i zostawić nieco miejsca intuicji. Dodatkowo, co często jest najtrudniejsze, musimy pogodzić się z tym, że wielokrotnie więcej razy się pomylimy niż będziemy mieli rację.

Zmiana wymaga popełniania błędów i nie chodzi tu o to, że jak uczymy się czegoś nowego, to robimy coś źle, bo jeszcze tego nie umiemy. Chodzi o to, że proces zmiany to proces popełniania błędów, odrzucania tych nieprzydatnych, zachowywania obiecujących i popełniania ich ponownie. Błąd nie jest konsekwencją zmiany. On jest jej paliwem.

Jeżeli rezygnujemy z popełniania błędów, jeżeli zakładamy, że wiemy i znamy jakiś temat, jeżeli uznajemy, że potrafimy coś robić, to zamykamy sobie drogę do zmiany. To jest pułapka wiedzy i umiejętności. Jeżeli zdecydujemy się w niej zamknąć, to róbmy to świadomie.

Pułapka braku kompetencji

Przywołaliśmy wcześniej metaforę ewolucji do zobrazowania twórczej roli intuicji. Powróćmy do niej teraz, by zobrazować największe zagrożenie, jakie jest związane z naszą intuicją.

Ewolucja, żeby mogła zachodzić, potrzebuje nie tylko błędów kopiowania. Potrzebuje też mechanizmu ich selekcji. Muszą być elementy w środowisku, które premiują pewne cechy, a defaworyzują inne. Dzięki temu nieprzydatne zmiany i mutacje wymierają, a korzystne są propagowane naprzód do kolejnych pokoleń. Błąd kopiowania generuje błędy. Selekcja wybiera z nich te korzystne.

Rozwój myśli podobnie: nie wystarczą same intuicyjne pomyłki, niezbędny jest mechanizm ich oceniania i doboru. Jeżeli nie mamy takowego mechanizmu, to polegając na intuicji nie stworzymy nic nowego, tylko wygenerujemy ogromny, potencjalnie niebezpieczny chaos.

Praktyczny przykład: wiedza medyczna. Każdy z nas posiada jakąś intuicję co do swojego zdrowia. Wyobrażamy sobie, ba, jesteśmy święcie przekonani, że wiemy, co nam służy. To najprawdopodobniej iluzja.

Nasza intuicja może generować myśli i pomysły w każdej dziedzinie, od wiązania sznurowadeł po loty w kosmos. Generuje je także w obszarze wiedzy medycznej. Wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszego zdrowia. Pamiętamy zresztą z przeszłości, że poradziliśmy sobie z jakimś bólem głowy czy przeziębieniem. To utwierdza nas w przekonaniu, że możemy polegać na swojej intuicji.

To błąd. O ile nie ma wśród nas lekarzy, to nie mamy kompetencji do tego, by określić, czy nasza intuicja medyczna jest poprawna. To tak samo, jakby ewolucja miała zachodzić na podstawie samych błędów kopiowania z wadliwym albo całkiem bez mechanizmu selekcji. Najpewniejszym efektem takiego działania będzie niebezpieczny chaos.

Nie ufajmy swojej intuicji w sprawach medycznych, polegajmy na opinii lekarzy. Ta sama logika ma zastosowanie do polityki, wojskowości, fizyki, chemii, psychologii, socjologii, historii, ekologii etc. Jeśli nie mamy kompetencji w jakiejś dziedzinie szczegółowej, to zawieśmy naszą intuicję na kołku i zaufajmy specjalistom lub zacznijmy pracować nad zdobyciem koniecznej wiedzy. Zawód lekarza to jedyne 10–12 lat nauki i możemy zacząć na swej intuicji polegać!

Podsumowanie

Intuicja to nie luksus ani przeszkoda. Intuicja to egzystencjalna konieczność. Jest częścią naszego myślenia i rozumienia świata, czy się nam to podoba, czy nie. Prawdziwą sztuką jest zrozumieć, kiedy możemy jej zaufać, kiedy chcemy jej zaufać, a kiedy ufać jej nie powinniśmy za nic.

Możemy nad nią pracować, wzbogacać ją o nowe kompetencje, ale nie łudźmy się, że kiedykolwiek uczynimy ją idealną. Zamiast tego bądźmy świadomi jej ograniczeń, unikajmy zagrożeń, które w sobie niesie, a stanie się dla nas potężnym narzędziem.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Przegląd i podsumowanie ćwiczeń stoickich

Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie wszystkiemu temu, o czym nie wspomnieliśmy przez ostatnie kilka tygodni, a co składa się na pełny arsenał stoickich ćwiczeń. Nie będziemy zagłębiać się w szczegóły, ale postaramy się naświetlić idee każdego z nich. To pomoże nam zdecydować, na które chcielibyśmy spojrzeć szczegółowo oraz które z nich dobrze pasują do naszej praktyki.

Dużą część dzisiejszego wpisu zajmą źródła dalszej lektury. Będą one odnosić się oczywiście do ćwiczeń, które omówiliśmy dzisiaj, ale znajdą się także materiały o tych ćwiczeniach, które omawialiśmy w poprzednich artykułach. Dzięki temu zestawieniu będziecie mogli poszukać nowych perspektyw i pogłębienia wiedzy o tych ćwiczeniach, które przypadły wam do gustu.

Jak się domyślacie z tego wstępu, ten artykuł jest też zamknięciem cyklu o ćwiczeniach stoickich. To nie oznacza, że temat ten nie zagości na blogu ponownie, wręcz przeciwnie: można się spodziewać, że cała seria będzie w przyszłości bazą do dalszych rozważań i dyskusji. Na razie jednak temat zamykamy i podsumowujemy.

Definicja fizyczna

„(…) należy powziąć wyobrażenie, mając przed sobą mięso czy inne potrawy, że to jest zaledwie trup ryby, tamto zaś trup ptaka czy świni; i znów, że falern jest zwykłym sokiem z kistki winogron, a ta szata barwiona purpurą to owcze włosy zanurzone we krwi małży; a co do spraw związanych z obcowaniem płciowym – pocieranie narządu i wydalenie śluzu w jakimś skurczu; jakie są wyobrażenia dosięgające samych rzeczy i przenikające w nie, dzięki czemu widzimy, jaka to rzecz jest – tak też należy czynić przez całe życie”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

Definicja fizyczna to bardzo proste ćwiczenie w wykonaniu: kiedy napotykasz coś, co budzi Twoje emocje, szczególnie jeśli budzi Twoje pożądanie, przeanalizuj ten obiekt pod kątem jego fizycznej budowy. Człowiek, nawet najpiękniejszy, to przecież zlepek tłuszczu i mięsa, nawinięty na kości i chrząstki i obciągnięty skórą. Kojarzysz szkice anatomiczne z lekcji biologii albo z gabinetu lekarskiego? Takie, które pokazują układ mięśniowy człowieka, jakby obdarty ze skóry? Twój obiekt pożądania z grubsza tak właśnie wygląda. A pod tym jest jeszcze trochę kości i ścięgien.

Po co praktykujemy to ćwiczenie? Aby zdystansować się do nęcących nas rzeczy niezależnych. Celem jest osłabienie porywów pożądliwości, byśmy mogli podejmować bardziej racjonalne wybory w sytuacjach, gdy coś nas kusi. Można też tę technikę stosować do rzeczy niezależnych, które budzą w nas strach. Jeśli obawiamy się jakiegoś człowieka, to uświadomienie sobie, że on też jest zbudowany z tłuszczu, mięsa i kości, i że on też spożywa pokarmy, wydala je i puszcza wiatry, może pomóc nam obniżyć lęk.

Dwa uchwyty

„Każda rzecz ma dwa uchwytu: jeden, za który można ją unieść i drugi, za który unieść jej nie sposób. Jeśli twój brat zachowuje się wobec ciebie krzywdząco, nie sięgaj po uchwyt związany z tym niesprawiedliwym postępowaniem, ponieważ tego uchwytu nie da się unieść; złap zamiast tego drugi uchwyt – to, że jest twoim bratem, że wychował się razem z tobą – a zapanujesz nas sytuacją, robiąc użytek z tego uchwytu, który można unieść”
Epiktet, „Enecheiridion”

Do każdej sprawy, która budzi w nas trudne emocje, możemy podejść co najmniej z dwóch perspektyw: możemy koncentrować się na tym, co jest w tej sytuacji złe i trudne lub na tym, co w niej jest dobrego. Jeżeli wybierzemy pierwszą z dróg, doświadczymy nakręcania się naszych emocji. Jeśli był w nas gniew, to będzie się on wzmagał. Jeśli strach, to będzie gęstniał. Z czasem uczynią one całą sytuację niemożliwą do zniesienia, będzie musiało dojść do wybuchu. Jeżeli skoncentrujemy się na tym, co w tej sytuacji dobre, trudne emocje będą gasły, a my znajdziemy siłę, by ten stan rzeczy udźwignąć.

Ćwiczenie to ma szczególnie istotną rolę w pielęgnowaniu naszych relacji z innymi ludźmi. Dzięki niemu zmniejszamy szansę, by sytuacje potencjalnie konfliktowe rozbijały nasze związki. Zachęca nas do skupienia się na tym, co dobre i budujące. Nawet jeśli istnieje realny konflikt wymagający rozwiązania, dzięki właściwemu wyborowi uchwytu możemy go rozwiązać w produktywny i cywilizowany sposób.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „O dwóch uchwytach”

Dobrowolny dyskomfort

„(…) postanowiłem doradzić i tobie, byś oznaczył dla siebie kilka dni, w których – zadowalając się bardzo niewielką ilością jak najprostszego pożywienia tudzież grubą i szorstką odzieżą – zadawałbyś sobie pytanie: Czyżby to było to, czegośmy się tak obawiali?”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XVIII

Jeśli słyszeliście kiedyś o osobach praktykujących zimne prysznice czy zanurzanie się w lodowatej wodzie, to słyszeliście o ćwiczeniu się w dobrowolnym dyskomforcie. Nazwa mówi tu wszystko. Ćwiczenie polega na zdecydowaniu, by postawić samych siebie w sytuacji, gdy odczuwamy jakąś nieprzyjemność. Czy jest to zimna woda pod prysznicem, czy dzień głodówki, czy noc przespana na twardej podłodze, nie ma znaczenia – ważne jest, by było niewygodnie i by był to nasz wybór.

Cele tego ćwiczenia są wielorakie. Z jednej strony to sposób na zahartowanie się na przeciwności losu, czyli przygotowanie swego ducha na moment, gdy zaznamy dyskomfortu niedobrowolnego. Abyśmy mogli go lepiej znieść, ćwiczymy się zawczasu. Z drugiej strony to sposób na nabranie perspektywy i zrozumienie, że to, czego zwykliśmy unikać, nie jest wcale takie straszne, czyli redukujemy nasz lęk. Wreszcie jest to sposób na upraszczanie naszego życia. Daje nam zrozumienie, że możemy swobodnie i dobrze funkcjonować, bez pewnych elementów, które uznawaliśmy dotychczas za niezbędne. W efekcie pozbywamy się ich z naszego życia.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Prosty stoik wakacyjny: idea wyrzeczeń”

Słuchanie, mówienie i czytanie

To nie pomyłka – wszystkie te trzy aktywności to realne ćwiczenia stoickie. Każde z nich jest osobną praktyką, ale zgrupowałem je razem, bo idea, która im przyświeca, jest podobna. Polegają one na uważnym i skupionym słuchaniu, mówieniu czy pisaniu. Jeśli słuchasz, skoncentruj się na tym, co słyszysz, a nie na ripoście, która przyszła ci na myśl. Staraj się zrozumieć drugiego człowieka. Jeśli mówisz, bądź oszczędny w słowach, staraj się być precyzyjny, dostosowuj komunikat do odbiorcy – pamiętaj, że to nie ty jesteś celem swojej przemowy, tylko drugi człowiek. Kiedy czytasz, wybieraj mądrą lekturę, koncentruj się na treści, notuj najważniejsze myśli, wracaj i czytaj ponownie. Nie idzie o ilość przeczytanych książek, tylko o jakość lektury.

Celem dyscypliny w słuchaniu i mówieniu jest polepszenie naszych relacji z innymi ludźmi. Te dwie czynności są podstawą budowania więzi przez człowieka. Korzystajmy z nich mądrze i sumiennie, a skorzysta na tym nasz kontakt z innymi ludźmi. Pamiętajmy przy tym o złotej zasadzie: słuchajmy co najmniej dwa razy więcej niż mówimy. Cel uważnego czytania jest bardziej indywidualny – chodzi tu o doznanie możliwie pełnego doświadczenia kontaktu z lekturą. Celem czytania nie jest odhaczenie jak największej liczby tytułów, tylko uzyskanie jak najgłębszej refleksji. To inny rodzaj czytania niż czytanie rozrywkowe. Możemy znaleźć czas na oba, pamiętając, że to dość odmienne aktywności.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Po prostu pisz”

Dyscyplina przyzwolenia

„Źródłem ludzkich zmartwień nie są zdarzenia, lecz opinie na ich temat; śmierć nie jest na przykład niczym strasznym; gdyby bowiem zasługiwała na takie miano, byłaby tak postrzegana przez Sokratesa. Przerażenie wynika z opinii na temat śmierci – poglądu, zgodnie z którym jest ona czymś strasznym.”
Epiktet, „Encheiridion”

Dyscyplina przyzwolenia jest blisko związana z ćwiczeniem dwóch poziomów sądu. Można nawet powiedzieć, że jest jego wersją wykonywaną „na bieżąco”. Zdarzenia, których doświadczamy, wywołują w nas wrażenia automatyczne. Pojawienie się tych wrażeń jest od nas niezależne. To, czy zadziałamy w zgodzie z nimi, jest od nas zależne. To jest moment przyzwolenia. Kiedy przychodzi do nas wrażenie, decydujmy, czy chcemy na nie przyzwolić, czy też nie.

Celem tej dyscypliny jest poprawienie jakości naszych bieżących działań i decyzji. Poprzez niedopuszczanie błędnych lub nadmiernych wrażeń uzyskujemy przestrzeń na świadomą ocenę sytuacji, która prowadzi do lepszej jakości decyzji. Wbijamy klin między impuls a działanie i robimy to na bieżąco, w miarę jak sytuacja się rozwija.

Dyscyplina miłości

Czy miłość jest ćwiczeniem stoickim? A do tego dyscypliną? Przecież miłość to poryw serca, romantyczna, ulotna idea, najsłodsza emocja. Cóż to za herezje? To nie herezje, to rzeczywistość. Miłość nie jest emocją, czyli chwilowym porywem mobilizującym nas do jednorazowego działania – choć często bywa mylona z pożądaniem, które już można określić mianem emocji. Miłość jest uczuciem, czyli trwałym stanem naszego umysłu, który w szczególny sposób wyróżnia jedną lub wiele relacji, w których jesteśmy. Miłość to efekt wieloletniej pracy i choć nie jest tożsama z przywiązaniem, to jest ono dla niej istotne. Miłość trzeba i warto trenować. Jak? O tym wkrótce w artykule na blogu.

Celem praktykowania miłości jest… sama miłość. To tak jak w przypadku uważności – celem jej praktykowania jest sama uważność, bycie uważnym. Celem praktykowania miłości jest miłowanie, bycie miłośnikiem. Oczywiście to też będzie miało dalsze konsekwencje – chociażby to, że będziemy częściej i więcej miłowani przez innych – ale są one tylko miłym dodatkiem, skutkiem ubocznym, a nie właściwym celem.

Jawność

„I choć daleko wznioślej jest żyć w ten sposób, jak gdyby się znajdowało pod okiem jakiegoś szlachetnego i zawsze obecnego męża, ja jednak poprzestałbym nawet na tym, byś – cokolwiek czynisz – czynił tak, jakby przyglądał się temu ktoś pierwszy lepszy: to samotność skłania nas do wszystkiego złego.”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XXV

Co by było, gdyby wszyscy mogli widzieć to, co właśnie robisz? Czy poczułbyś wstyd? Jeśli tak, to dlaczego? Dlaczego miałbyś się wstydzić bardziej wzroku innych niż swojego? Te pytania leżą u podstaw dyscypliny jawności, którą czasem określa się też mianem „życia na widoku”. Nie chodzi w niej jednak o to, by faktycznie na ten widok się wystawiać, ale o to, by nie czynić niczego, co sprawiłoby, że poczulibyśmy wstyd, gdyby na widoku się znalazło. Zwróćcie uwagę, że nie jest to kwestia aprobaty otoczenia! Nie pytamy, czy to się innym ludziom spodoba. Pytamy, czy my poczulibyśmy wstyd, gdyby inni to zobaczyli.

Celem ćwiczenia jawności jest rozpoznanie tych naszych czynów, których sami nie akceptujemy, czyli de facto rozpoznanie naszych słabości i wad charakteru. W tym sensie jest to ćwiczenie, w którym zdobywamy informacje do późniejszego wykorzystania w pracy z przekonaniami. Drugorzędnym celem jest po prostu powstrzymanie się przed uczynieniem czegoś, czego później mielibyśmy się wstydzić.

Redukcja krzywd

„Pamiętaj, że znieważ cię nie ten, kto cię lży lub wymierza ci cios, lecz twoja opinia, zgodnie z którą te działania stanowią zniewagę. Gdy więc ktoś cię rozsierdzi, wiedz, że w istocie rozzłościła cię twój własna opinia”
Epiktet, „Encheiridion”

Redukcja krzywd to właściwie wariacja na temat dwóch poziomów sądu wykonanych po fakcie. W artykule poświęconym temu ćwiczeniu zahaczyliśmy o ten koncept. Nie będę go więc tutaj zgłębiał nadmiernie. Praktyka redukcji krzywd polega na analizie wydarzenia, które wzbudziło w nas silną emocję. Chcemy dotrzeć do podstawowych faktów, naszych przekonań, które zostały aktywowane i przewartościować wstępną reakcję w sposób silniej zgodny z rzeczywistością.

Celem ćwiczenia redukcji krzywd jest uspokojenie silnych emocji, które uzyskały szczególną trwałość i które trzymają się nas czy nas prześladują. Dzięki zrozumieniu ich źródła i przeanalizowaniu sytuacji, która to analiza zwykle prowadzi nas do wniosku, iż nie jest tak źle, jak emocja sugeruje, obniżamy poziom umysłowego wzburzenia, którego doświadczyliśmy. Dzięki temu przerywamy proces zadawania samemu sobie cierpienia i krzywdzenia samych siebie.

Exetazein

„Nie niepokój się o przyszłość. Przyjdziesz do niej, jeśli trzeba będzie, z takim samym umysłem, który teraz prowadzi cię przez sprawy teraźniejsze, po odpowiednim zbadaniu ich (exetazein).”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

„Czemu miałbym obawiać się jakiegoś błędu, skoro mogę powiedzieć: ‚Pamiętaj, abyś tego więcej nie robił, teraz ci wybaczam’?”
Seneka, „O gniewie”

„Poddaj próbie każde wyobrażenie!”
Epiktet, „Diatryby”

Ćwiczenie nad ćwiczeniami, które w pewnym sensie ćwiczeniem wcale nie jest. Exetazein to w moim rozumieniu stan charakteru, którego nieodłączną częścią stały się wszystkie lub niektóre z pozostałych ćwiczeń. Oznacza to, że osiągnięcie exetazein to uczynienie stoickiej dyscypliny automatyzmem naszego postępowania. W tym sensie ukuję wyrażenie „osiągnąć exetazein w ćwiczeniu X”. Przykładowo, jeśli powiem, że osiągnąłem exetazein w ćwiczeniu wizualizacji mistrza, to znaczy, że nie muszę specjalnie tworzyć okoliczności i aktywować wyobraźni, by odwołać się do ideału mędrca, zawsze i w każdym momencie mam go dostępnego. Kiedy tylko jest mi potrzebny, nie muszę nawet o tym myśleć, pojawia mi się w umyśle i dokonywane jest porównanie z nim.

Celem exetazein jest dobre życie. Dość trywialne stwierdzenie, ale w pewnym sensie to jest cel całej praktyki stoickiej. Można powiedzieć, że człowiek, który osiągnął exetazein w każdym z ćwiczeń to nasz nieosiągalny mistrz! Każdy krok w tym kierunku to natomiast wielka zdobycz dla jakości naszego życia i potężna siła, która staje się naszą wbudowaną właściwością, zamiast zewnętrznym narzędziem, po które sięgamy w potrzebie.

Dalsza lektura lub słuchowisko

Do wszystkich: https://zestoickimspokojem.pl/

Hierarchia wartości

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym różnią się cele od wartości”

Przegląd siebie

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym jest i jak skutecznie praktykować przegląd siebie?”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Przegląd siebie – analiza pogłębiona”

Dwa poziomy sądu

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Chryzyp i dwa poziomy sądu”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jeszcze o dwóch poziomach sądu”

Perspektywa kosmiczna

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Pamiętaj o perspektywie kosmicznej”

Premeditatio Malorum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 1”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 2”

Melete Thanatou

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jak praktykować stoicką technikę melete thanatou?”

Premeditatio Bonum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Nowe ćwiczenie: premeditatio bonum”

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Premeditatio bonum

Premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) nie jest klasycznym ćwiczeniem stoickim. Próżno szukać wzmianki o nim w dziełach Epikteta, Seneki czy Marka Aureliusza. Pomimo tego, jak zapewne zauważyliście, to właśnie ono użyczyło nazwy blogowi, który właśnie czytacie.

Nietrudno zgadnąć, że premeditatio bonum jest blisko związane z premeditatio malorum, które zapewne jest Wam już dobrze znane. Jeżeli dodamy tutaj, że bonum tłumaczy się z łaciny jako „dobro”, podczas gdy malorum jako „zło”, to można domniemywać, że będziemy mieli do czynienia z przeciwieństwem klasycznego ćwiczenia.

W jednym zdaniu: premeditatio bonum jest ćwiczeniem analogicznym do premeditatio malorum, w którym jednak wyobrażamy sobie pozytywny przebieg czekających nas wyzwań. W jakimś sensie na tym moglibyśmy poprzestać. Uważni czytelnicy bloga zauważą, że całe akapity w tekście poniżej są łudząco podobne do tych z opisu ćwiczenia wzorcowego. Jednak diabeł tkwi w szczegółach i właśnie na te ważne detale chcę zwrócić Waszą uwagę.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza Twoją kontrolę, mogące jednocześnie wpłynąć znacząco na rozwój tej sytuacji. Wyobraź sobie jej scenerię. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce rozpoczęcia „akcji” – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą w niej uczestniczyć. Bądź dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla Twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

Rozpocznij odgrywanie sceny. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie korzystny dla Ciebie sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się udać – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najlepszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Ale nie zatrzymuj ćwiczenia w tym momencie. Wyobraź sobie kilka innych możliwych scenariuszy, takich, które nie są idealne, ale nadal pomyślne. Nie wchodź w szczegóły tych wersji wydarzeń, przejrzyj je tylko powierzchownie.

UWAGA: Ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między premeditatio bonum a „pozytywną wizualizacją”. Nie interesuje nas zaklinanie rzeczywistości, tylko zmuszenie naszego umysłu do oszacowania prawdopodobieństwa pomyślnego przebiegu spraw. Nasza medytacja nie ma magicznie zmienić czegoś w sferze rzeczy niezależnych, lecz ma nam uświadomić, że powodzenie jest równie (albo i niekiedy bardziej) prawdopodobne co porażka.

Zastanów się, co zrobisz po tym zdarzeniu, gdy już zakończy się dla Ciebie powodzeniem. Jak to wpłynie na Twoje życie? Gdzie się udasz? Co poczujesz? Nie musisz być tu tak dokładny jak w przypadku premeditatio malorum, ale warto ten krok wykonać w celu uświadomienia sobie, że życie będzie toczyć się dalej swoim trybem, nawet po najświetniejszym sukcesie; tak samo zresztą, jak toczyłoby się po porażce.

UWAGA: Pozwól, by emocje opadły. Choć tym razem poczujesz raczej radość niż smutek, wciąż jednak nie chcesz wychodzić z medytacji nabuzowany emocjonalnie.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa powodzenia i emocje się uspokoiły, możesz zakończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy Twoje spojrzenie na czekającą Cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź, jakie emocje lub wyobrażenia są za to odpowiedzialne. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Cel praktyki

Nadrzędny cel praktyki premeditatio bonum zawiera się w kroku, w którym wyobrażamy sobie mnogość różnych scenariuszy przyszłego zdarzenia. Chodzi o to, by spojrzeć na czekające nas wyzwanie realnie, podobnie zresztą jak przy premeditatio malorum, starając się sprawić, by nadmiar lęku lub optymizmu nie przesłonił nam wizji najbardziej prawdopodobnego obrotu sprawy. A jest nim to, że czynniki zewnętrze zapewne ułożą się przeciętnie, ani szczególnie źle, ani szczególnie dobrze. Jest też prawdopodobne, że z sytuacji wyjdziemy obronną ręką, tak jak wychodziliśmy już z wielu podobnych w przeszłości.

Aby ująć to nieco zwięźlej: naszym celem jest osiągnięcie stanu racjonalnego optymizmu w konfrontacji z czekającymi nas wyzwaniami. Cel ten jest wspólny dla obu wersji ćwiczenia, różni się natomiast sposób, za pomocą którego do tego celu zmierzamy. Dodatkowa istotna różnica między nimi tkwi w tym, że premeditatio bonum nie konfrontuje nas z trudnymi emocjami, co z jednej strony nie daje nam szansy, by się na nie uodpornić, z drugiej jednak – czyni ćwiczenie łatwiejszym do wykonania.

Kiedy i jak praktykować premedtiatio bonum

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak, by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio bonum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam np. grozić spóźnienie do pracy.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanym „sukcesie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może być zbadanie, która z naszych wartości może na danej sytuacji szczególnie skorzystać.

Powyższe uwagi są explicite wzięte z praktyki premeditatio malorum. Teraz zaproponuję kilka innych, związanych już bezpośrednio z dzisiejszym ćwiczeniem.

Premedtiatio bonum jest szczególnie polecane osobom, które mają kłopoty z nadmiernym lękiem. Jeżeli perspektywa konfrontacji z trudnymi sytuacjami budzi w Was szczególnie silny niepokój, może się okazać, że premeditatio malorum zaszkodzi Wam zamiast pomóc. Dlatego podaję dziś bezpieczną alternatywę, w której nie musicie się aż tak radykalnie konfrontować ze swoimi starchami.

Jeżeli macie tendencje do czarnowidztwa, z natury swej i tak już rozważacie głównie negatywne scenariusze i te rozważania kładą się cieniem na Waszym nastroju, a w efekcie i na waszych działaniach – premeditatio bonum jest ćwiczeniem właśnie dla Was. Jego esencją jest urealnienie wyzwań poprzez przeniesienie ich ze sfery lęku przed niepowodzeniem do sfery oczekiwania umiarkowanego powodzenia. Dobrze wykonane stanowi kontrę dla katastrofizacji.

Podsumowanie

Premeditatio bonum jest odpowiedzią na wyzwanie dzisiejszych czasów, jakim jest wysoki poziom lęku u ludzi w społeczeństwach rozwiniętych. Nie siląc się tu na diagnozę tego stanu, odnotowujemy go jedynie jako fakt – zaburzenia lękowe czy trudności z opanowaniem emocji są zjawiskami powszechnymi w naszym kręgu kulturowym. Sprawia to, że niektóre ze starożytnych ćwiczeń stoickich trafiają współcześnie na niezbyt podatny grunt.

Pomimo tego można, wyłapując ich fundamentalne założenia i posiłkując się dozą kreatywności, zbudować nowe wersje, które lepiej sprawdzą się u współczesnych, zachowując przy tym siłę oddziaływania pierwowzoru. Niech przykład premeditatio bonum będzie dla nas zachętą do własnych eksperymentów ze stoickimi technikami. Stoicyzm jest filozofią żywą, uprawianą czynnie przez tysiące, a może miliony, ludzi na całym świecie. Warto byśmy korzystali z naszego intelektualnego i kreatywnego potencjału do rozwijania i wzbogacania naszej praktyki.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy w dwudziestym pierwszym wieku doczekali się nowych stoickich myślicieli na miarę Seneki czy Epikteta; dlaczego by nie tworzyć dzisiaj nowych treści w obrębie w tej filozoficznej szkoły? Więcej nawet, jeśli ma ona pozostać żywą, skuteczną i adekwatną, musi się zmieniać. Musi przejść ewolucję pod wpływem nowych odkryć naukowych i lepszego zrozumienia kondycji człowieka, jakiego nabraliśmy przez wieki. Na nas spoczywa wykonanie tej pracy.

Na koniec chciałbym skierować Was do źródła, z którego zaczerpnąłem idee premeditatio bonum, czyli do podcastu „Ze stoickim spokojem”. Poniżej link do odcinka, w którym autor podcastu, Tomasz Mazur, opowiada o tym właśnie nowym ćwiczeniu zaproponowanym przez jednego ze słuchaczy:

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Melete thanatou

Jak często myślicie o swojej śmierci?

Wielu ludzi obruszy się na sam widok tego pytania. Powiedzą coś o przyciąganiu nieszczęścia, czarnowidztwie czy psuciu humoru. To naturalna reakcja. Strach przed śmiercią jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Nic dziwnego, że nie chcemy myśleć o źródle tych lęków. To podejście, tak naturalne i zrozumiałe, jest jednak według stoików (i nie tylko według nich) z gruntu błędne.

Unikanie źródła lęku sprawia bowiem, że lęk ów się wzmaga. To paradoks znany i potwierdzany też w terapii poznawczo-behawioralnej. Za każdym razem, gdy pod wpływem strachu decydujemy, by czegoś nie robić lub o czymś nie myśleć, zwiększamy strach, jaki odczujemy w przyszłości w podobnych sytuacjach. Choć jest to zależność zaskakująca, dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje ucieczkę jako sukces w kontekście naszego przetrwania. Najlepiej pokażmy to na przykładzie.

Powiedzmy, że mam lęk wysokości i znalazłem się kilka kroków od krawędzi klifu. Jeśli pod wpływem emocji odwrócę się i oddalę od przepaści, mój mózg odnotuje to tak: byliśmy się w stanie zagrożenia życia, poczuliśmy lęk, uciekliśmy przed niebezpieczeństwem. A zatem nadal żyjemy – dzięki naszej ucieczce i lękowi! W przyszłości będziemy więc bać się jeszcze bardziej, bo to nas najwidoczniej chroni. W tym pozornym szaleństwie jest dobrze uzasadniona ewolucyjnie metoda.

Jednak tak naprawdę to właśnie działanie przeciwne, czyli konfrontowanie się ze źródłem lęku, jest sposobem na jego zredukowanie. Ćwiczenie melete thanatou, czyli rozmyślania nad śmiercią, to narzędzie zalecane przez starożytnych do pracy nad strachem przed kresem naszego istnienia. Esencją ćwiczenia jest zastąpienie ucieczki przed niepokojącymi myślami przez świadome i rozważne zagłębienie się w ich treść. Zamiast odwracania głowy od rzeczywistości, technika ta zaleca skonfrontowanie się z naszą śmiertelną naturą – nieintuicyjnym, ale niechybnym efektem będzie redukcja lęku.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Wyobraź sobie siebie w podeszłym wieku leżącego na szpitalnym łóżku w otoczeniu rodziny i przyjaciół, także już postarzałych. Leżysz z zamkniętymi oczami, oddychasz ciężko i bardzo płytko.

Przenieś się w wyobraźni do Twego umierającego ciała. Masz zamknięte oczy, nie widzisz ludzi wokół, ale czujesz ich obecność, ktoś trzyma Cię za rękę. Oddychasz z trudem, ale nie czujesz bólu ani strachu. Wyobraź sobie, że Twój umysł wchodzi w taki stan jak przed zaśnięciem. Świadomość odpływa i wraca, odpływa i wraca, aż wreszcie znika.

Od tego momentu zaproponuję kilka wariantów dalszego etapu ćwiczenia.

Wariant pierwszy (według mnie najtrudniejszy) to próba wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Postaraj się uchwycić, jak by to było, gdybyś całkowicie nie istniał. Możesz się wspomóc podobieństwem snu i śmierci, czyli skoncentrować się na myśli, że zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Określam ten wariant jako najtrudniejszy, bo nie jest łatwo poczuć stan, którego nigdy nie doświadczyliśmy – przecież jedyne, co znamy to stan istnienia; nie mamy pojęcia, co znaczy nie istnieć. Po drugie, we mnie przynajmniej, wizja ta wywołuje ogromny niepokój i chęć ucieczki – co zresztą sprawia, że przewrotnie właśnie ten wariant zwykłem praktykować.

Wariant drugi (klasyczny) to wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Jeśli chcesz, możesz użyć sceny przy łożu śmierci, z rodziną zgromadzoną wokół. Wyobraź sobie Twoje martwe już teraz ciało, leżące na katafalku, otoczone kręgiem bliskich. Zastanów się, jakie słowa by padły, gdyby wygłaszano mowę pogrzebową. Jeżeli czujesz się na siłach, wyobraź sobie całość Twojego epitafium. Możesz skoncentrować się na dwóch wersjach: pierwsza to stan aktualny – co spodziewałbyś się usłyszeć, gdyby pogrzeb odbył się dziś? W drugiej wersji skup się na wyobrażeniu tego, co chętnie byś w takiej mowie o sobie usłyszał – co miałoby być treścią tej mowy? Jak chciałbyś być wspominany, gdyby zależało to od Ciebie?

Trzeci wariant (bliski perspektywie kosmicznej) to wyobrażenie sobie świata bez Ciebie. Jak toczyłyby się sprawy, gdybyś umarł? Co by się stało z Twoim dobytkiem? Jak potoczyłyby się losy Twoich bliskich? Wyobraź sobie ciąg dalszy istnienia świata po Twojej śmierci. Jeśli ułatwi Ci to wizualizację, możesz umieścić się w roli ducha obserwującego rzeczywistość po wyjściu z ciała. Nie traktuj jednak tej metafory zbyt dosłownie – to tylko narzędzie, które ma pomóc w wizualizacji, a nie sugestia konkretnego życia po śmierci.

Nie ma przeszkód, by wykorzystywać w ćwiczeniu więcej niż jeden z podanych wyżej wariantów. Przykładowo możesz spędzić chwilę wyobrażając sobie niebyt, by następnie przejść do projekcji Twego epitafium. Warto też stosować te warianty zamiennie w kolejnych sesjach melete thanatou.

Kończąc ćwiczenie powróć do tu i teraz. Możesz dać sobie chwilę, by poczuć na nowo swoje ciało, by ponownie poczuć, że żyjesz. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Zauważ, jak unosi się i opada klatka piersiowa. Posłuchaj bicia swojego serca. Uspokój myśli, rozluźnij się i otwórz oczy.

Rady techniczne i koncepcyjne

Ćwiczenie melete thanatou ma na celu redukcję lęku przed śmiercią i, w konsekwencji, lęku w ogóle. Jeżeli w Waszym przypadku prowadzi do przeciwnego skutku, czyli wzmożonego strachu, zatrzymajcie się i nie kontynuujcie tej praktyki bez konsultacji ze specjalistą. Podobnie jak w przypadku premeditatio malorum, warto zachować rozsądek i nie brnąć w coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak zaznaczę, że strach odczuwany w czasie ćwiczenia, nie jest powodem, by rezygnować, jest to bowiem część procesu. Jeżeli ów dręczący niepokój rozlewa się na nasze funkcjonowanie po ćwiczeniu, należy mu się przyjrzeć i zastanowić nad zmodyfikowaniem dalszej praktyki z użyciem tej metody.

Przedstawione powyżej warianty nie są jedynymi możliwymi, zachęcam więc do eksperymentowania i szukania ścieżek, które będą dla Was najkorzystniejsze. Ta uwaga dotyczy nie tylko środkowej części ćwiczenia, ale także jego otwarcia. Jeśli macie inną koncepcję rozpoczęcia ćwiczenia, śmiało ją wypróbujcie.

W części środkowej sugeruję sprawdzenie wszystkich wersji. Jednego dnia pierwszą, kolejnego drugą i następnego trzecią. Chodzi o to, by nie zakładać z samego opisu, że któraś z nich będzie najodpowiedniejsza. Kiedy przyjdzie do decyzji, zróbcie coś nieintuicyjnego: wybierzcie do użytku tę wersję, która wywołała najsilniejszy dyskomfort. Brzmi dziwnie, ale to właśnie z dyskomfortem pracujemy – im więcej go sobie wyobrazimy i poczujemy, w bezpiecznych warunkach ćwiczeniowych, tym lepiej.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy dyskomfort staje się tak silny, że nie jesteście w stanie doprowadzić ćwiczenia do końca i odczuwacie trudności w zmotywowaniu się do kontynuowania. W takim wypadku sięgnijcie po wersję lżejszą, taką, która umożliwi Wam optymalne przeprowadzenie ćwiczenia.

Kiedy ćwiczyć?

Dobrym momentem na praktykowanie melete thanatou jest wieczorny przegląd siebie. Natura ćwiczenia pasuje zgrabnie do podsumowania i zamknięcia dnia. Jedyny szkopuł to czas: melete thanatou jest czasochłonne i może sprawić, że wieczorna medytacja rozrośnie się nadmiernie, co utrudni jej praktykowanie. Jeśli znajdziecie się w takim położeniu, spróbujcie raczej znaleźć czas na osobną sesję w ciągu dnia .

Melete thantou, w przeciwieństwie do premeditatio malorum, jest ćwiczeniem, które praktykujemy regularnie, a nie doraźnie. Jeśli to możliwe, codzienna praktyka będzie optymalna. Jednak jeśli to nadmierne wymaganie czasowe, praktykowanie co kilka dni czy nawet raz w tygodniu także przyniesie efekt.

Szczegółowo przeprowadzona sesja może zająć 15-20 minut, choć standardowo spodziewałbym się, że zamkniecie się w 10 minutach. Jeżeli zauważycie, że czas ćwiczenia spada do mniej niż 5 minut, może to oznaczać, że „gonicie” przez nie, potencjalnie ze względu na lęk i dyskomfort, które mu towarzyszą. W takiej sytuacji postarajcie się jednak nieco-zwolnić tempo, co na pewno wpłynie korzystnie na efekty.

Mądrym pomysłem jest połączenie melete thanatou z jedną z praktyk afirmacyjnych, na przykład z ćwiczeniem wdzięczności, polegającym na  wymienianiu trzech rzeczy, za które jesteśmy w danym dniu wdzięczni. Zastosowana bezpośrednio po kontemplacji śmierci, praktyka wyrażania wdzięczności może pomóc sprawniej wrócić do tematów związanych z życiem.

Chcąc wejść na wyższy poziom Waszej praktyki, połączcie dzisiejsze ćwiczenie z pracą z przekonaniami. Ostatecznie lęk przed śmiercią jest związany z przekonaniem, że śmierć jest czymś złym. Rozpracowanie i osłabienie tego przekonania, jest mocną bazą, stabilnym wsparciem dla kontemplacji naszej śmiertelności.

Podsumowanie

Efektem regularnego praktykowania melete thanatou jest redukcja lęku przed śmiercią. Nie bez powodu używam słowa „redukcja” zamiast „eliminacja”. Nie należy oczekiwać, że uda nam się z użyciem tej techniki usunąć najbardziej pierwotny i głęboki ludzki lęk. Stawianie poprzeczki tak wysoko jest błędem, który sprowadziłby na nas frustrację i przekonanie o nieskuteczności tej praktyki. Nie oznacza to jednak, że nieosiągalna jest realna i głęboka ulga. Strach nie jest stanem zero-jedynkowym: wiemy to z własnego doświadczenia, chociażby z obserwacji, że przykładowo, pająków boimy się bardziej niż węży. Przesuwając się w dół na spektrum intensywności tej emocji, zaznamy poprawy naszego funkcjonowania.

Strach przed śmiercią zajmuje szczególne miejsce w naszej psychice – jest fundamentem, na którym wznoszą się inne lęki. Czymże bowiem jest lęk wysokości, jeśli nie przerażeniem, że umrzemy w wyniku upadku? Czym jest strach przed pająkiem, jeśli nie wizją śmierci w wyniku działania jadu? Te przykłady są klarowne, lecz jest jeszcze jeden, niezwykle ważny, nieco bardziej skomplikowany. To relacja między strachem przed śmiercią a strachem przed porzuceniem (w tym przez grupę). Te dwa porównywalne w skali widma wiszą nad naszym życiem i kształtują nasze działania w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Czy te byty są niezależne? Być może, ale możliwym też jest, że strach przed ostracyzmem jest pochodną strachu przed śmiercią, gdyż w dawnych czasach bycie wygnanym przez plemię było gwarancją utraty życia.

Jeśli każdy z lęków wywodzi się z lęku przed śmiercią, to praca nad tym właśnie lękiem jest pracą nad wszystkimi pozostałymi. Nie bez powodu ćwiczenie melete thanatou starożytni oddzielali od, blisko z nim związanego, premeditation malorum. To ostatnie miało doraźnie stępiać ostrze pomniejszych lęków, podczas gdy to pierwsze było pracą nad fundamentem naszej konstrukcji psychicznej. Jego szczególna waga i rola uzasadniają traktowanie go jako oddzielnej praktyki.

Nie będę Was przekonywał, że jest to ćwiczenie łatwe. Wiąże się ono w sposób nieunikniony z dyskomfortem i narażaniem się na trudne emocje. Kontemplowanie własnej śmierci raczej nie jest przyjemne. Chciałbym Was jednak zachęcić, byście spojrzeli na nie jako na przykład odroczonej gratyfikacji: dziś podejmujecie wysiłek, znosicie niewygodę, może nawet ból i cierpienie, ale czynicie to, by w perspektywie czasu uzyskać równowagę i błogość. To inwestycja w spokój ducha, która spłaci się z nawiązką.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Perspektywa kosmiczna

Jestem centrum wszechświata. Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, także jesteś centrum wszechświata. Rozglądamy się wokół i wszystko wskazuje na prawdziwość tych stwierdzeń. Świat nas otacza, jesteśmy w jego centrum. Dziwna perspektywa? Może nawet niebezpieczna? Wiecie, co jest najdziwniejsze? Ona jest prawdziwa. Jeśli wszechświat rozpoczął swoje istnienie od jednego punktu, jak głosi teoria wielkiego wybuchu, to środek wszechświata jest wszędzie, każdy jego punkt jest środkiem. Gdzie byśmy się nie znajdowali, jeśli spojrzymy wokół, zobaczymy kulę o 15 miliardach lat świetlnych średnicy.

Z tej obserwacji wynika też, że bycie środkiem wszechświata nie jest niczym szczególnym, bo każdy nim jest. Warto zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, uchwycić nową perspektywę – nazwijmy ją „perspektywą kosmiczną”. Z niej dostrzeżemy, że wyjątkowość jest iluzją – tworem geometrii czasoprzestrzeni i geometrii naszej psychologii – ale jednocześnie uzmysłowi nam, że pozostajemy centrum własnego wszechświata i z tym faktem nie ma sensu się kłócić.

Cel

Perspektywa kosmiczna to tradycyjne stoickie ćwiczenie, opierające się na wyobrażeniu sobie siebie w szerszej perspektywie, jako części większej całości. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że chodzi o oddalenie się od siebie i formalnie tak to ćwiczenie przebiega. Jednak oddalenie nie jest celem ćwiczenia – przecież po każdym jego zastosowaniu wracamy i jesteśmy równie blisko, a może bliżej, niż zaczynaliśmy.

Celem perspektywy kosmicznej jest właśnie zbliżenie do samego siebie. Ma prowadzić nas do zrozumienia, że jesteśmy centrum swego wszechświata i to jedynym, jakie będziemy mieli. Cały ogrom, który właśnie dostrzegliśmy: ludzie, kraje, planety, gwiazdy, tysiąclecia i miliony lat – one istnieją i w porównaniu z nimi nasza fizyczność i czas są tylko pyłem i mgnieniem, ale jedynymi, które od nas zależą. Wielka reszta jest pełna rzeczy niezależnych, których istnienie i koleje możemy tylko zaakceptować.

Perspektywa w przestrzeni

Najpopularniejszym sposobem na praktykowanie perspektywy kosmicznej jest wyobrażanie oddalania się od siebie w przestrzeni. Celem jest świadomość, jak niewielkim wycinkiem fizycznej rzeczywistości jesteśmy, czyli jak się prezentujemy w perspektywie kosmosu – stąd nazwa ćwiczenia.

Przykładowa praktyka wygląda następująco: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie widzianego od góry, jakbyś zawisł nad swoim ciałem i je obserwował. Wyobraź sobie wyraźnie, jak wyglądasz z tej perspektywy. Niech ten obraz się wyklaruje.

Zacznij oddalać się od ciała, jakbyś unosił się ku górze. Masz patrzyć na siebie z coraz większego oddalenia. O ile nie ćwiczysz pod otwartym niebem, gdzieś po drodze winny się pojawić sufity i dachy – traktuj je tak, jakby były przezroczyste. Utrzymuj wizję swego ciała, nawet gdy wzniesiesz się ponad dachy.

Niech wznoszenie będzie powolne, na tyle, byś utrzymał klarowność wizji, by obraz się nie rozmył. Możesz się zatrzymywać, by wyostrzyć wyobrażenie i poświęcić chwilę na kontemplację siebie na coraz większym tle.

Wznoś się, aż zobaczysz całą planetę. Teraz jesteś już maciupki i ledwo cię widać. Jesteś małą kropeczką, światełkiem na wielkim globie. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Zacznij oddalać się jeszcze bardziej. Możesz przyspieszyć – już straciłeś siebie z oczu, jesteś za mały, by pozostać widocznym. Oddalaj się, dopóki Ziemia nie stanie się kropką w Układzie Słonecznym. Dostrzeż kulę Słońca w środku, gazowe giganty na obrzeżach i okruch Ziemi, ledwo widoczny w okolicy naszej gwiazdy. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Możesz oddalać się jeszcze dalej, aż do momentu, kiedy ujrzysz całą Drogę Mleczną – naszą galaktykę, gdy Słońce stanie się tylko malutkim ziarenkiem na jej tle.

Przejdź drogę powrotną. Możesz to uczynić w miarę szybko, jakbyś był przyciągany ponownie do swego ciała. Zobacz siebie z góry z wysokości jednego metra. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Perspektywa w czasie

Drugi najczęściej spotykany sposób na praktykę ćwiczenia to oddalanie się w czasie. Wyobrażamy sobie ogrom czasu, który upłynął przed nami i który upłynie po naszym odejściu.

Początek jest taki sam: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój swój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie w takim wieku, jaki masz obecnie, ubranego w codzienne ciuchy. Wyobraź sobie, że idziesz bez celu ulicą swego miasta.

Rozpocznij od kierunku wstecz w czasie. Wyobraź sobie, że młodniejesz. Nadal idziesz, ale twoja twarz pozbywa się zmarszczek, zmieniają się ciuchy, przekształca się także miasto wokół ciebie – znikają nowe budynki, zmieniają się marki samochodów na ulicach.

Cofaj się, aż zobaczysz siebie jako dziecko, kroczące przez świat, jaki pamiętasz ze swoich najwcześniejszych wspomnień. Jeśli jest to dla ciebie komfortowe, możesz wyobrazić sobie siebie w łonie matki. Jeśli budzi to dyskomfort, odpuść – to nic kluczowego.

Dotarłeś do świata przed twoim narodzeniem. Wyobraź sobie twoją miejscowość taką, jaka była w twoich najstarszych wspomnieniach. Możesz spojrzeć z poziomu ulicy lub z lotu ptaka. Zacznij cofać się w czasie, skupiony na mieście. W pewnym momencie samochody ustąpią dorożkom, zabudowa się skurczy, stroje ludzi będą się zmieniać. Nie musisz przechodzić przez każdą epokę, ale uchwyć kilka z nich – może takie, które przyciągały uwagę na lekcjach historii.

Wreszcie miasto zniknie i ustąpi miejsca puszczy. Pomyśl o starożytnym Rzymie lub Grecji. Wyobraź sobie budowle, które dziś są ruiną, w czasach świetności – Koloseum, Partenon, hipodromy, akwedukty. Cofaj się dalej i te budowle znikną, ustąpią miejsca drewnianym chatom.

Dotrzesz do czasu, gdy nie było jeszcze na Ziemi człowieka. Może wyobrażasz sobie czas dinozaurów. Wyobraź sobie planetę i kontynenty wędrujące po jej oceanach w ogromnych skalach czasowych. Wyobraź sobie rozpad Pangei, wielkiego prakontynentu. Ameryki odrywają się od Europy i Afryki.

Możesz cofać się jeszcze dalej, do czasów powstawania Ziemi czy nawet wielkiego wybuchu.

Wróć do teraźniejszości. Weź kilka głębokich wdechów i rusz w przyszłość w podobny sposób. Wyobraź sobie siebie starzejącego się, idącego ulicami miasta. Spróbuj zgadnąć, jak zmieni się świat wokół ciebie.

Przyjdzie czas, gdy już cię nie będzie. Wyobraź sobie miasto – jak się rozwija i przekształca. Może pojawiają się w nim latające samochody. Powstają strzeliste drapacze chmur. Trwa rozwój.

Wyobraź sobie miasto, które się rozpada i starzeje. Może jest opuszczone, może nie ma już w nim ludzi. Ruiny budynków walą się w proch. Może nadal są tu ludzie, przychodzą i odchodzą, pokolenie za pokoleniem. Wyobraź sobie planetę jako całość – kontynenty nadal dryfują, może jakieś się zderzą, uformują nowy?

Możesz iść dalej w tym wyobrażeniu, aż do czasu, gdy Słońce zacznie umierać i pochłonie Ziemię, a nawet dalej – do śmierci cieplnej wszechświata.

Wróć do teraźniejszości. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Szczegóły techniczne

Dobrze wykonane ćwiczenie perspektywy kosmicznej wymaga sporej dozy skupienia, dlatego najlepiej zabezpieczyć na jego wykonanie spokojny czas i miejsce.

Dobrym momentem jest wieczorny przegląd siebie, jeśli masz w nim dość czasu. Jeśli nie, zarezerwuj czas osobno.

Warto zadbać, by w pomieszczeniu, w którym praktykujesz, było ciemno, cicho i wygodnie. Chodzi o to, by jak najmniej było elementów, które cię rozpraszają.

Perspektywa kosmiczna wymaga silnej wyobraźni. Dla wielu osób będzie niemożliwe, by ją wykonać, przynajmniej nie od razu. To nic niezwykłego – nie zrażaj się tym. Jest to kwestia praktyki, tak jak przy wielu innych ćwiczeniach – z czasem będzie łatwiej.

Może się okazać, że bariera wejścia jest tak duża, że nie jesteś w stanie zacząć. Wtedy z pomocą przyjdą inne ćwiczenia wzmacniające wyobraźnię: przegląd siebie, wizualizacja mistrza etc., czy coś tak prostego jak tworzenie i odgrywanie w myślach prostych historyjek. Z czasem wyobraźnia nabierze giętkości wystarczającej, by ponownie spróbować z perspektywą kosmiczną.

Podsumowanie

Perspektywa kosmiczna objawiła nam się jako paradoks: jest sposobem na oddalenie się od siebie, który nas do siebie zbliża. W tej pozornej sprzeczności zawiera się jej istota. W tym procesie jest element uwalniający – zrozumienie, że jesteśmy częścią czegoś większego, pewnej całości, która z nami czy bez nas będzie się toczyć, zdejmuje ciężar losów świata z naszych barków. Kiedy wypchniemy siebie z centrum wszechświata dzięki właściwej perspektywie, zrozumiemy, że nasza moc i nasza odpowiedzialność są cały czas z nami, w sferze naszych myśli, pragnień, decyzji. To paradoksalnie przywróci nas ponownie do centrum, ale z nowym spojrzeniem.

Za każdym razem, gdy oddalamy się ku nieskończoności, powracamy nie do pozycji wyjściowej, ale do miejsca odrobinkę bliżej nas samych. Właściwie zawsze tam byliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, zaprzątnięci problemami świata. Dzięki tej podróży możemy spojrzeć na siebie w nowy sposób, z bliższej perspektywy.

Pytanie, które wtedy się rodzi: co nowego mogę w sobie dostrzec po powrocie z wielkiego kosmosu?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Wizualizacja mistrza

Stoicki mistrz to ideał, do którego aspirujący filozof powinien dążyć. Jeśli oddajecie się lekturze tekstów starożytnych stoików, możecie odnieść wrażenie, że wszystko, co piszą, jest różnymi ujęciami i perspektywami na postać stoickiego mędrca. Trop ten widoczny jest wyraźnie u Epikteta – nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego teksty to „notatki z wykładów”. Wciąż wyraźny jest w listach Seneki – to też nic dziwnego, miały one charakter dydaktyczny. Najmniej widoczny jest u Marka Aureliusza – przewija się z rzadka; jego pisma to notatki na własny użytek, gdzie postać mędrca nie była tak istotna.

Im bardziej dydaktyczny stoicki tekst, tym więcej odwołań do ideału filozofa. W tym ujawnia się dydaktyczna natura tej koncepcji. Mistrz jest naszym probierzem, wzorcem, do którego porównujemy swoje czyny i myśli, by określić, gdzie znajdujemy się na drodze sztuki życia. Jest źródłem wskazówek, jak powinniśmy postępować w konkretnych sytuacjach; może być praktyczną inspiracją do podejmowania decyzji w zgodzie z kanonem filozofii.

Mistrz łączy wiele funkcji: od aspiracyjnego ideału, przez punkt odniesienia, aż po narzędzie podejmowania decyzji. Jego siła wiąże się z naszą podatnością na podążanie za przykładem i przywództwem, która objawia się nawet wtedy, gdy wódz jest tworem wyobraźni. Z tego samego źródła płyną jego słabości i zagrożenia, niewiele różniące się od ryzyk związanych z podążaniem za realnym przywódcą politycznym czy religijnym. Są to: ryzyko jednowymiarowego spojrzenia na świat; ryzyko przelewania własnych wad na jego postać; ślepe podążanie; dogmatyzm itd. Warto zdawać sobie z nich sprawę, pracując w praktyce nad naszym mistrzem.

Przejdźmy teraz do określenia, na czym polega wizualizacja mistrza, jak ją przeprowadzać i do czego ją wykorzystywać.

Jak stworzyć wyobrażenie mistrza?

Pierwszym krokiem w naszym ćwiczeniu jest stworzenie postaci, która będzie służyć za wzorzec. Nasuwają się dwa podejścia: zacząć od istniejącej osoby i wyposażyć ją w pożądane cechy lub zacząć od zera – od hipotetycznego człowieka. Zaletą pierwszego jest oszczędność czasu, bo pewne cechy są już dane, oraz łatwość utożsamienia się – mamy imię, a czasem także wizerunek, do którego możemy się odwołać. Zaletą drugiego jest brak obciążenia niepożądanymi cechami i czynami oraz pełna swoboda w kształtowaniu

Jeżeli wybierzecie pierwszą opcję, sugeruję, byście wybrali osobę nieżyjącą – najlepiej od dawna. Chodzi o to, by była mała szansa, że ktoś wyciągnie jej przysłowiowego „trupa z szafy” i będziecie musieli od nowa tworzyć swoją wizualizację. Dawno zmarli antyczni filozofowie świetnie nadają się na bazę dla mistrza, ale inne historyczne postacie również spełnią tę rolę.

Mając bazę, możemy zacząć tworzyć. Świetnym punktem wyjścia jest nasze rozumienie dobra i zła (etyka lub moralność) oraz nasza hierarchia wartości, którą warto opracować przed podjęciem się dzisiejszego ćwiczenia.

Sama procedura jest prosta: staramy się wyobrazić sobie człowieka, który posiada wszystkie cechy, jakie zaliczylibyśmy do dobrych, oraz który nie tylko wyznaje, ale konsekwentnie realizuje istotne dla nas wartości. Jeżeli mamy jasność co do naszych poglądów w tych dwóch sferach, proces ten będzie prosty. Kłopoty mogą pojawić się wtedy, gdy trafimy na luki lub nieostre koncepcje w naszej moralności i wartościach. Zamiast jednak traktować to jako przeszkodę, niech będzie okazją do lepszego zrozumienia tych sfer.

Drugą przeszkodą, bardziej techniczną, jest kwestia posiadania dość „giętkiej” wyobraźni, by być w stanie stworzyć wizualizację, do której będziemy mogli się odnieść. Tutaj pomocne będzie użycie konkretnej osoby jako bazy, tak byśmy mieli fizyczny obraz (nawet jeśli wzięty z antycznego posągu), na którym możemy się oprzeć. Kolejną przydatną taktyką jest wyobrażanie sobie mistrza w konkretnych życiowych sytuacjach, które kojarzymy z dobrem lub jedną z wartości. Chodzi o odgrywanie w głowie scenek obrazujących, jak mistrz reaguje, myśli i działa w danych okolicznościach. Im więcej ich zwizualizujemy, tym bardziej namacalna stanie się ta postać.

Gdy zbudujemy mistrza, przyjdzie czas na wykorzystanie go w praktycznych sytuacjach dnia codziennego. Niesie to dodatkowy poziom komplikacji: nawet jeśli mistrz jako ideał jest doskonały, nasz dostęp do niego taki nie jest. Możemy mylić się co do tego, jak postąpiłby w danej sytuacji. A nawet gdy trafnie to rozpoznamy, nie oznacza to jeszcze, że będziemy w stanie tak postąpić. Możemy myśleć o tym jako o trzech etapach: budowanie ideału (o tym pisaliśmy), interpretacja w konkretnym przypadku oraz wdrażanie wniosków w działaniu. Dwa ostatnie etapy wymagają praktyki i treningu, by mogły zadziałać. Spójrzmy teraz na kilka sposobów ich realizacji.

Mistrz jako gwiazda polarna

Podstawowym zastosowaniem koncepcji mistrza jest traktowanie go jako celu, do którego dążymy. Możemy w ramach przeglądów siebie wizualizować go, by utrwalać obraz ideału. Mistrz jest w tym podejściu rodzajem gwiazdy polarnej – znacznika na horyzoncie, do którego dążymy, ale który pozostaje nieosiągalny.

Uświadomienie sobie tej prawdy jest ważne w praktykowaniu wizualizacji mistrza: osiągnięcie ideału to fantazja, dążenie do ideału to rzeczywistość. Nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że nikt nigdy nie osiągnął ani nie osiągnie takiego stanu charakteru i ducha, ale możemy powiedzieć, że jego osiągnięcie jest bardzo mało prawdopodobne. Nie znam nikogo, kto spełniłby wzorzec stoickiego mistrza. Antyczni przywoływali w tym kontekście Sokratesa, ale i on – w mojej opinii, taki, jak wyłania się z platońskich dialogów – nie osiągnął ideału.

Sensem istnienia gwiazdy polarnej nie jest dotarcie do niej, lecz wyznaczanie stałego kierunku. Tak też możemy myśleć o naszym mistrzu – jako o latarni morskiej, na którą kierujemy nasz statek. Nie musimy do niej dotrzeć, by skorzystać z jej światła.

Mistrz jako probierz naszych działań

Drugie zastosowanie idei mistrza to wykorzystanie jej jako miary naszych działań. Chodzi mi tu konkretnie o działania przeszłe, czyli spojrzenie na to, co uczyniliśmy, i refleksję, co inaczej zrobiłby w tej sytuacji mistrz.

Ważne, by w toku owych porównań nie przejść w tryb oceniania siebie, czyli żeby nasz mistrz nie stał się wcieleniem wewnętrznego krytyka. Jeśli tak się stanie, praktykowanie tego ćwiczenia zamiast pomagać – będzie szkodzić. Bądźmy więc uważni na ton i charakter porównania. Celem jest zrozumienie, co możemy poprawić, a nie karcenie się za błędy.

Naturalnym momentem dla tego zastosowania jest wieczorny przegląd siebie. Warto uczynić mistrza stałym narzędziem w procesie medytacji kończącej dzień. Nie sugeruję, by każdą drobną decyzję konfrontować z ideałem, ale te najpoważniejsze oraz najtrudniejsze warto z nim zestawić. W tym przypadku wizualizacja mistrza jest narzędziem dodatkowym, ale przydatnym

Mistrz jako element wspierający decyzję

Kolejne zastosowanie ma charakter doraźny, w tym sensie, że mistrza używamy w momencie podejmowania decyzji. W kontekście dwóch poziomów sądu mówiliśmy o tym, że krótki czas między pierwszą reakcją (emocją) a działaniem jest przestrzenią na namysł i decyzję. Czy raczej: powinniśmy tworzyć tę przestrzeń, by nie reagować automatycznie. W tych kilku sekundach jest miejsce dla dobrze przepracowanej postaci mistrza.

Dlaczego piszę o „dobrze przepracowanej” postaci mistrza, a nie po prostu o postaci mistrza? Ze względu na bardzo krótki czas, jaki mamy zazwyczaj na reakcję. Żeby mistrz był skuteczny, musi być dostępny i klarownie zdefiniowany. Jeżeli potrzebujemy czasu, by tę postać przywołać, a do tego musimy się długo zastanawiać, jak by się zachowała, to w kilka sekund niczego nie uzyskamy. Jeśli natomiast wykonaliśmy pracę i możemy mistrza przywołać w ułamku sekundy oraz doskonale wiemy, jak postąpiłby w danej sytuacji, to będzie on dla nas wsparciem w momencie decyzji.

Nie każda decyzja w naszym życiu ma tak natychmiastowy charakter – w wielu przypadkach czasu do namysłu jest więcej. W takich sytuacjach mistrz, nawet nie w pełni wypracowany, jest przydatną koncepcją. Jak w przypadku szybkich decyzji, zadajemy sobie pytanie: co mistrz zrobiłby w tej sytuacji i staramy się odpowiedzieć. Piszę: „staramy się”, bo sukces nie jest to oczywisty. Nawet gdy wiemy, co powinniśmy zrobić, nie znaczy to, że będziemy w stanie tak postąpić. I choć warto się starać dorównać ideałowi, to nie warto się dołować tym, że go nie osiągnęliśmy. Perfekcjonizm nie jest dobrym partnerem, a szczególnie w pracy z ideałem mistrza, co może być nieco zaskakujące.

Podsumowanie

Wzorowanie się na innych jest znaną i historycznie sprawdzoną techniką rozwijania się i uczenia. Już w najmłodszym wieku, duża część naszej edukacji opiera się na obserwacji „mistrzów” – naszych rodziców, nauczycieli, krewnych. W okresie dojrzewania naszymi wzorcami stają się gwiazdy show-biznesu, osoby publiczne i – przede wszystkim – nasi rówieśnicy. W wieku dorosłym nie ma już oczywistych ideałów, za którymi moglibyśmy podążać.

Jeżeli chcemy nadal korzystać z dobrodziejstw wzorowania się na mistrzach, musimy stworzyć ich sami. Nie bez powodu używam tu słowa „stworzyć” zamiast „wybrać”. Istnieje istotna różnica między podążaniem za konkretnym człowiekiem – przywódcą politycznym, religijnym czy społecznym – a wytworzeniem idealnego wzorca człowieka, do którego dążymy. Dziś pisałem o tym drugim podejściu: o „mistrzu” jako abstrakcyjnej konstrukcji, która personifikuje ideały. Konstrukcji, którą możemy świadomie modyfikować i która pozostaje od nas zależna. I to ostatnie jest kluczowe: podążając za przywódcą, oddajemy się w ręce czegoś od nas niezależnego; podążając ku wymyślonemu ideałowi, pozostajemy zależni od tego, nad czym mamy kontrolę.

Obie ścieżki niosą ryzyko zejścia na manowce, jednak jest ono większe w przypadku wpływu zewnętrznego. Choć wybranie lidera, którego będziemy naśladować, jest prostsze niż świadome „stworzenie” go, to zyski płynące z tego drugiego podejścia są warte włożonego wysiłku. Zapoznaliście się dzisiaj z technicznymi aspektami realizacji tej ścieżki. Zachęcam do eksperymentowania z nią –jako alternatywą dla politycznych, społecznych czy religijnych wzorców. Warto bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie: za jakim mistrzem chcę podążać?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Praca z przekonaniami

Człowiek jest plątaniną przenikających się przekonań. Formują się one w toku ludzkiego życia. Część z nich można wywieść z dziedzictwa ewolucyjnego, z genów. Wiele formuje się w procesie wychowania i socjalizacji – są plonem dzieciństwa. W dorosłości nabywamy nowe, zmieniamy istniejące i pozbywamy się starych.

Przekonania nie muszą być świadome i to dwojako. Po pierwsze, możemy być nieświadomi, że przekonanie w nas powstaje – tyczy się to szczególnie tych z dzieciństwa, ale nie ogranicza się do nich. Po drugie, choć przekonanie powstało świadomie, z czasem zostaje zepchnięte do nieświadomego, czy to poprzez zapomnienie, czy tłumienie.

Dziś spojrzymy na technikę pracy z przekonaniami, nim jednak do niej przejdziemy, dookreślimy, nie siląc się na rygor definicyjny, co rozumieć będziemy pod tym pojęciem.

W najprostszym ujęciu przekonanie to zdanie logiczne, co do którego prawdziwości wierzymy. Tutaj moglibyśmy się zatrzymać: zbiór przekonań to zbiór naszych osobistych prawd. Warto jednak dodać, że zbiór ten jest wielce różnorodny: od prostych obserwacji rzeczywistości (np. Słońce wschodzi na wschodzie, mam dwie ręce etc.) po złożone przekonania etyczne (np. zabicie człowieka jest złe, mówienie prawdy jest dobre etc.).

Dla naszych celów istotny będzie ten drugi biegun, choć zaznaczam, że regularne sprawdzanie przekonań o „faktach” też jest wskazane (pozdrawiam z tego miejsca antyszczepionkowców i płaskoziemców). Szczególnie interesujące będą dla nas przekonania zawierające następujące słowa: „muszę”, „powinienem/powinnam”, „koniecznie”, „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „każdy”, „oczywiście”, „niemożliwe”, „pewne”, „dobre”, „złe”, „straszne”, „nie do zniesienia” – wraz z innymi formami gramatycznymi oraz synonimami. Wyłaniają się tu trzy kategorie:
1. przekonania o konieczności („muszę”, „zawsze”, „wszyscy”, „nigdy” etc.);
2. przekonania etyczne („dobre”, „złe”);
3. przekonania o cierpieniu / o zranionym ego („straszne”, „krzywda”, „cierpienie” etc.).
Przede wszystkim dla nich praktykujemy dialog z przekonaniami, przy czym kategorię 1 i 3 chcemy zminimalizować, a kategorię 2 uporządkować.

Przejdźmy do metod pracy z przekonaniami. Podzielę się z wami tymi sposobami, które sam stosuję, jednak chciałbym zwrócić uwagę na zestaw metod terapii poznawczo-behawioralnej. Wiele z nich to techniki pracy z przekonaniami, które są stosowane w praktyce terapeutycznej, ale mogą być zaadaptowane do stosowania na własną rękę, w sytuacjach niewymagających interwencji specjalisty. Szczegóły technik terapii poznawczej znaleźć można między innymi w „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka” Roberta Leahy’ego. Pamiętajcie jednak, że praktyka na własną rękę nie zastępuje pomocy specjalisty.

Pierwszym krokiem w pracy z przekonaniem jest zdanie sobie sprawy, że je posiadamy. Wraca tu wspomniana już wcześniej na blogu, w kontekście dwóch poziomów sądu, uważność. Podobnie moją rekomendacją jest stosowanie znanych technik, których szczegóły dostępne są w internecie i literaturze, plus stosowanie „wstecznej uważności”, czyli analizowania przeszłych zdarzeń. W kontekście dzisiejszego ćwiczenia skupiamy się na zrozumieniu, jakie przekonania zostały aktywowane w intensywnych (emocjonalnie, intelektualnie) momentach minionego dnia.

Pytaniami przewodnimi przy tej technice są: dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Jaki miałem powód/argument, by tak zareagować? Formę pytania można dostosować do sytuacji, ale kluczowe jest, by wyjść poza „co zrobiłem” do „dlaczego?”, bo to ma szansę odsłonić przekonanie. Warto odnotować, że przekonania mogą się nawarstwiać i to, co zauważymy jako pierwsze, to przekonanie wtórne, wynikające z czegoś głębszego. Proces odkrywania może potrwać długo i doznawać opóźnień oraz wymagać wracania do niektórych przekonań.

Gdy mamy zidentyfikowane przekonanie, nad którym chcemy pracować, możemy przejść do drugiego etapu. W nim celem jest zbadanie przekonania pod kątem prawdziwości i logicznej spójności. Nie chodzi o obalenie go! Rozpoczynając proces, nie zakładamy, iż jest ono niesłuszne, ale że poddajemy je badaniu w celu sprawdzenia. Jeżeli przekonanie wytrzyma skrupulatne testy, to pozostaje jako element naszego rozumienia świata, a my nabieramy wiary w jego solidność.

Proponuję dwa podejścia do pracy z przekonaniami. Pierwsze to postawienie siebie w roli oskarżyciela przekonania, adwokata diabła, który chce rzucić cień na świętość, w którą wierzyliśmy od zawsze. Naszym zadaniem jest tworzenie scenariuszy, które jawnie zaprzeczają przekonaniom – pamiętając, że jeśli coś ma być zawsze prawdziwe, to wystarczy jeden kontrprzykład, by to obalić. Mamy wyszukiwać wyjątki w rzekomych regułach. Mamy próbować udowodnić, że prawdziwe jest coś przeciwnego.

Jeżeli znamy logiczne uzasadnienie dla badanego zdania, to szukamy luki w prowadzącej do niego argumentacji, błędów i niespójności. Szukamy danych i badań naukowych, które przeczą naszym przekonaniom. Jesteśmy po to, by wyciągnąć na światło dzienne wszelkie kontrargumenty i nieścisłości.

Możemy wejść w ten proces z pełnym zapałem i gorliwością, nic nie ryzykując. Bo jeśli nasze przekonanie jest słuszne, to nieważne, ile czasu poświęcimy na próby obalenia go – nigdy nam się to nie uda. Możemy śmiało atakować i tylko upewnimy się i umocnimy naszą wiarę. W końcu nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest. Prawda?

Na końcu tego procesu powinniśmy albo uprawdopodobnić nasze przekonania, albo obalić je lub skonkludować, że najprawdopodobniej jest błędne. Zazwyczaj, jeśli podejdziemy do sprawy rygorystycznie, będziemy operować prawdopodobieństwem i nie dostąpimy pewności. Pamiętajmy jednak, że twierdzenie, które jest najprawdopodobniej fałszywe, powinno być w praktyce odrzucone.

Druga metoda to rozmowa z samym sobą, ale nie byle jaka, bo w formie sokratejskiego dialogu. Naszym zadaniem jest stawianie serii pytań, wychodząc od bazowego przekonania. Mają nam one pozwolić lepiej zrozumieć, dlaczego wierzymy w daną myśl. Zacznijmy od prostego: „Dlaczego uważasz, że…” i tutaj wstawmy treść przekonania. W tej rozmowie nie ma drugiej osoby, musimy odpowiedzieć sobie sami. Starajmy się być w tych odpowiedziach wyczerpujący, lecz konkretni, nie rozwlekajmy ich w długie elaboraty – mają przedstawić esencję, a nie służyć przekonaniu kogoś do naszych racji.

Mając pierwszą odpowiedź, mamy materiał potrzebny do sformułowania kolejnych pytań. Jakie one będą, zależy od badanych treści. Ich celem powinno być dążenie do zrozumienia naszego stanowiska i rozjaśnienia wątpliwości, jakie się nam nasuwają. Może jedno ze słów jest niejasne i warto zapytać o jego sens? Może wewnątrz odpowiedzi kryje się kolejne przekonanie, które warto sprawdzić? Starajmy się nie przyjmować niczego za pewnik. Pytajmy o uzasadnienie nawet oczywistych zdań. Jeśli takie faktycznie są, znajdziemy je szybko. Jeśli nam się nie uda, to ujawnimy trop do zbadania, kolejne przekonanie do pracy.

Dialog powinien trwać aż do momentu, kiedy poczujemy, że wyklarowaliśmy, czy przekonanie jest słuszne, czy też nie. Może je obaliliśmy, może zachowaliśmy w całości, a może zmodyfikowaliśmy. Na końcu procesu mamy więcej zaufania do tego, w co wierzymy, co nie jest tym samym co pewność. Z pewnością można twierdzenia odrzucać, ale niezwykle trudno z pewnością ich dowodzić. Jeśli na końcu nabraliśmy pewności, że przekonanie jest fałszywe, to jest to akceptowalny wynik. Jeśli natomiast nabraliśmy pewności, że zdanie jest prawdziwe, to najpewniej zbłądziliśmy i powinniśmy tylko stwierdzić, że jest bardziej prawdopodobne.

Konkludując dzisiejszy artykuł, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeden fakt. Po udowodnieniu, że jakieś przekonanie jest fałszywe lub powinno być zmienione, jest jeszcze proces praktycznej zmiany zachowania i sposobu bycia, czyli zrealizowanie naszych logicznych wniosków w rzeczywistości. Nie należy go ignorować i zakładać, że samo rozumowanie wystarczy. Nowe przekonania trzeba praktykować, bo do starych jesteśmy przyzwyczajeni i będą one wracać jak bumerang.

Tak jak przy wszystkich ćwiczeniach stoickich, tak i tu, powtarzanie i praktyka są ścieżką do sukcesu. To, co opisałem powyżej, nie jest magiczną różdżką na nasze błędy myślenia. To początek pracy nad sobą i drogi trwałej zmiany. W nieunikniony sposób będziemy na tej drodze zwalniać i się cofać. Będzie się zdarzać, że do jednego przekonania konieczne będzie kilka podejść, bo wróci ono z nowymi argumentami. Albo że poczujemy się jak człowiek obierający cebulę, gdzie praca nad jednym przekonaniem odsłoni kolejne, które było jego źródłem, a po nim kolejne i kolejne.

To żmudny proces, ale wart wykonywania, bo każdy jego krok, każde powtórzenie poprawia spójność i jakość myślenia. Zbliża nas do lepszego zrozumienia rzeczywistości i naszego w niej miejsca. Przyciąga nas do prawdy na tyle, na ile jesteśmy się do niej w stanie zbliżyć.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dwa poziomy sądu

Czy zdarzyło wam się kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? W gniewie powtórzyliście jego słowa, pogłębiło się poczucie obrazy, zdecydowaliście się odpowiedzieć słowami, które uznaliście za mocne, a wasz gniew wzrósł. Może ta osoba także odpowiedziała i sytuacja eskalowała.

Czy zdarzyło się wam kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? Zatrzymaliście się na moment. Zaczerpnęliście dwa oddechy. Zapytaliście siebie: czy jego zdanie jest istotne? Czy w jego słowach jest ziarno prawdy? Spojrzeliście na to, co powiedział, jako na informację zwrotną, którą można przyjąć lub odrzucić. Gniewu już z wami nie było. Nie odpowiedzieliście nic lub odpowiedzieliście ze spokojem. Sytuacja się rozwiązała.

Te dwa przykłady, które rozpoczęły się tak samo, jednak dotarły do zupełnie odmiennych konkluzji, ilustrują esencję stoickiego ćwiczenia znanego pod nazwą dwóch poziomów sądu. Opiera się ono na obserwacji, że między naszym pierwszym wrażeniem i związanym z nim zalążkiem emocji, wstępnym sądem, a reakcją i działaniem znajduje się przestrzeń, w której jest miejsce na drugi sąd – na ponowne spojrzenie i zmianę wstępnego wyobrażenia.

Dla jasności dzisiejszego wywodu konieczne jest wyjaśnienie zawiłości związanych z pojęciem emocji. Ten termin ma dwa znaczenia, z których jedno zawiera się w drugim. Oba funkcjonują w naszej intuicji językowej, mieszają się ze sobą i są praktycznie używane.

Pierwsze, szerokie, rozumienie utożsamia „emocje” ze stanami afektywnymi. W tej interpretacji miłość, smutek i złość są ich przykładami. Jest to potocznie najczęstsza intuicja tego pojęcia. Na nasze potrzeby jest ona zbyt szeroka – nie będziemy używać pojęcia emocji w tym sensie.

Drugie, wąskie, rozumienie ogranicza „emocje” do krótkotrwałych, silnych stanów afektywnych, których biologicznym celem jest mobilizacja do reakcji na zagrożenie lub szansę. Emocje o zabarwieniu nieprzyjemnym mają nas zniechęcać do robienia czegoś, a te o zabarwieniu przyjemnym – do powtarzania wywołujących je aktywności. W najprostszej wersji wyróżnia się cztery podstawowe emocje: radość, smutek, strach i złość. W tym właśnie sensie używać będziemy tego pojęcia.

Praktykowanie poziomów sądu podzieliłbym na dwa etapy. Drugi z nich to sam sąd i przyzwolenie, jakie dajemy na rozwinięcie się i wzmocnienie emocji. Pierwszy, mniej oczywisty, to uważność, która pozwala dostrzec, że proces się zaczął i mamy okazję do interwencji – to konieczność, bez której ćwiczenie nie może mieć miejsca.

Technik ćwiczenia uważności jest wiele i są dobrze znane oraz łatwe do odnalezienia w internecie czy literaturze. Są to techniki oddechowe, medytacyjne i inne. Nie będę tu ich powielał – powiem tylko, że są one dobrym narzędziem na nasze potrzeby, czyli do trenowania pierwszego etapu dwóch poziomów sądu. Zachęcam do ich stosowania, zwłaszcza że korzyści z nich płynące wykraczają poza dzisiejszy temat.

Jest jedno specjalne i nietypowe podejście do uważności, na które chciałbym zwrócić uwagę – technika, która mi osobiście pomaga w praktyce. Chodzi o coś, co nazywam „wsteczną uważnością” albo refleksją nad emocjami. Jest ona przydatna szczególnie wtedy, gdy nie mamy jeszcze zdolności i zasobów, by zachować uważność w momencie kryzysu.

Polega ona na tym, by po czasie, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie, gdy przechodzimy przez miniony dzień, zatrzymać się nad zdarzeniami, w czasie których wyzwoliła się w nas silna emocja. Chcemy zastanowić się: co było bodźcem, który zainicjował proces? Jakie przekonanie zostało aktywowane (dlaczego uznaliśmy, że coś jest dobre lub złe)? Jaką emocję uformowaliśmy? Czy ona eskalowała, a jeśli tak, to dlaczego? Jaką formę przybrała po eskalacji? Do jakich działań doprowadziła? Czy były to słuszne i produktywne działania?

Sugeruję tu szczegółowe spojrzenie. Ideą, która przyświeca temu podejściu, jest utorowanie w przyszłości łatwiejszego uchwycenia momentu podobnej reakcji. Myśląc o tym, sprawiamy, że jest większa szansa, iż nasz mózg rozpozna podobną sytuację i „aktywuje” uważność. To inwestycja w przyszłe reakcje.

Kiedy wypracujemy sobie uważność, możemy zacząć praktykować elementy kontroli. Kluczem do udanego wykonania dwóch poziomów sądu jest nie zmuszanie się do zdominowania swojej emocji. Innymi słowy, powinniśmy uważać, by nie starać się w tym procesie emocji stłumić, bo nie o to chodzi. W tej wersji ćwiczenia emocja już z nami jest – zamiecenie jej pod dywan nie pomoże, a nawet może nam zaszkodzić.

Nie tłumimy więc, tylko stawiamy pytanie: jak chcę zareagować w związku z zaistniałą sytuacją i z emocją, którą czuję? To, że odczuwam gniew, nie oznacza, że jestem zobowiązany do tego, by krzyczeć czy kogoś uderzyć. To, jak zareaguję, zależy ode mnie, ale muszę tę decyzję świadomie podjąć. Jeśli to zaniedbam, włączy się automatyczna reakcja – niejednokrotnie taka, której będę żałował. Pochodzą bowiem one z innego etapu ewolucji niż ten, na którym się znajdujemy, i często są nieadekwatne do sytuacji.

Ponownie – kluczem do sukcesu w tym ćwiczeniu nie jest forsowanie czy usilne próby zatrzymania czegoś. Kluczem jest stworzenie sobie przestrzeni w czasie – dosłownie kilku sekund. Przestrzeni wystarczającej, by wyższe procesy w mózgu miały możliwość zadziałać, rozpocząć analizę i podjąć decyzję, co dalej zrobić. Tylko tyle i aż tyle: dwie–trzy sekundy między emocją a reakcją to czas potrzebny, by w sprawę wmieszały się ośrodki kontroli w mózgu i byśmy mogli wypracować nową odpowiedź na emocję. Odpowiedź ta niekiedy będzie dokładnie taka sama jak dyktowana przez emocję – zwykle jednak dojdzie do jej modyfikacji lub nadpisania.

Jak to zrobić? Tutaj także jest niemało technik, dyskutowanych chociażby w kontekście terapii poznawczo-behawioralnej. Jedna z nich to zaczerpnąć dwa głębokie wdechy przez nos, z pełną kontrolą. Skoncentrować się na precyzyjnym oddychaniu. To są dwie–trzy sekundy, które mózg może wykorzystać na analizę. Alternatywnie możemy powtórzyć w myślach krótką mantrę. Technik jest wiele – musimy wybrać jedną, która najbardziej nam odpowiada, i ćwiczyć.

Podsumowując dzisiejszy wywód, pracując nad wyrobieniem odruchu działania na dwóch poziomach sądu, powinniśmy zacząć od praktykowania uważności, która pozwoli pochwycić moment pojawienia się emocji. Następnie winniśmy zacząć praktykować dawanie sobie odrobiny czasu między emocją a reakcją – dość, by umysł miał okazję wkroczyć z analizą sytuacji.

Na początkułatwiej będzie nam osiągnąć ten efekt w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z niezbyt intensywną emocją. Z czasem, w miarę praktyki, będziemy mogli dotykać coraz trudniejszych, intensywniejszych sytuacji.

To są dwa istotne czynniki: czas i praktyka. Tak jak w każdym właściwie ćwiczeniu stoickim, nie osiągniemy żadnych efektów, jeśli nie zainwestujemy czasu i nie będziemy praktykować. Nie ma tu drogi na skróty. Jeśli chcemy emocjami zarządzać, zamiast je tłumić, to musimy ćwiczyć wytrwale i pogodzić się z faktem, że postępy zajmą lata, że czasem nastąpi regres, że prędzej czy później przyjdzie zdarzenie tak intensywne, że wytrąci nas z rytmu.

Doskonałość nie jest naszym celem. Celem jest poprawa i usprawnienie funkcjonowania, zbliżenie się do działania w trybie nieustającej refleksji. Dzisiejsze ćwiczenie jest jednym z tych, które mają nas do tego celu zbliżyć. Nie zrażajcie się, że nie zawsze będzie wychodzić, że początki mogą być trudne. Ruch jest wszystkim, cel jest niczym.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Powtarzanie zasad

Powtarzanie jest podstawą nauki – to znana maksyma, którą słyszał każdy uczeń. Kryje się za nią konkretna neurologiczna prawda: to, co często i regularnie powtarzamy, jest łatwiej dostępne dla naszego umysłu do szybkiego przywołania. Coś, co słyszeliśmy czy powiedzieliśmy raz, możemy pamiętać równie dobrze jak to, co powtórzyliśmy sto razy. Jednak czas potrzebny na przywołanie tego z pamięci długotrwałej będzie wielokrotnie dłuższy.

To, co najważniejsze, powinniśmy trzymać zawsze na podorędziu. Tak jest z przedmiotami użytkowymi, tak jest też z zasadami, którymi kierujemy się w życiu. Te kilka najważniejszych powinno być dostępnych dla nas w każdej chwili i z wielką łatwością. Z tego też powodu starożytni stoicy praktykowali ćwiczenie polegające na powtarzaniu zasad. Dzisiaj spojrzymy na nie bliżej.

Zamysł stojący za ćwiczeniem powtarzania zasad jest prosty: każdego dnia – lub kilkukrotnie w ciągu dnia – powtarzamy kilka kluczowych dla nas fraz i sentencji, by utrwalić je w pamięci i mieć na mentalnym podorędziu w każdej chwili. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, sprecyzujmy więc kilka nasuwających się pytań dotyczących tej praktyki.

Jakie powinny być zasady, które powtarzamy? Czy ich wybór jest dowolny? W pewnym sensie tak – jest dowolny, ponieważ każdy człowiek będzie miał inny zbiór myśli i zasad, które zechce powtarzać. Nie istnieje żadna z góry przepisana lista. Z innej strony patrząc, dowolny jednak nie jest, ponieważ można określić kilka rozsądnych ograniczeń dla wyboru zasad:

  1. Zasady powinny być znaczące.
    Powinny dotyczyć istotnych aspektów życia i nieść w sobie nietrywialny sens. Powtarzanie co dzień, żeby zakładać szalik, gdy jest zimno, nie spełnia tego kryterium, mimo że jest zupełnie rozsądną zasadą. Powtarzanie, że moje ciało jest ode mnie niezależne, pozwala nabrać do niego dystansu i nadaje się jako jedna z zasad.
  2. Powinny być wspierające i budujące, a nie autodestrukcyjne i krytyczne.
    Powtarzanie, że dbałość o zdrowie ciała pozwala zachować energię dla ducha, jest dobrą zasadą. Powtarzanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, jest niebezpieczne i potencjalnie destrukcyjne.
  3. Powinny być zrozumiałe.
    Rozważanie w myślach efemerycznych i niejasnych haiku może być fantastycznym, godnym polecenia doznaniem, ale ćwiczenie powtarzania zasad to nie miejsce na nie. Zasady winny być klarowne, przy czym nie muszą być klarowne dla nikogo innego poza nami samymi. Jeśli ja rozumiem frazę, którą powtarzam, nie muszę być w stanie wyjaśnić jej znaczenia nikomu innemu.
  4. Powinny odnosić się do wartości.
    Idealny zestaw powtarzanych zasad jest odbiciem naszego zbioru wartości i norm etycznych – niech podkreśla i wspiera ich rozumienie. Jeśli moją wartością jest sprawiedliwość, motywacyjny cytat z Luthera Kinga jest świetną zasadą do powtarzania. Nie tak dobry byłby cytat o czułości – choć to piękna wartość i cecha – jeśli nie ma jej w mojej hierarchii.
  5. Powinny być plastyczne i podatne na zmiany.
    Tak jak hierarchia wartości może się zmieniać, tak i lista naszych zasad powinna być otwarta na ewolucję i zmiany. Niech nie stanie się ona półreligijnym tworem, jakimś osobistym dekalogiem, który musi pozostać nienaruszony. Bądźmy otwarci na zmianę!

Listy zasad, tak jak hierarchie wartości, są niezwykle indywidualnymi tworami i nikt nie jest zmuszony, by trzymać się wymienionych wyżej punktów. Mogę jedynie zachęcić, by przynajmniej wziąć je pod uwagę, ponieważ ćwiczenie to ma dwa ostrza – niewprawnie użyte może stać się źródłem mroku i cierpienia w naszym życiu.

Jak powinniśmy praktykować samo ćwiczenie? Jest kilka kluczowych aspektów, które warto rozważyć, zabierając się do praktyki. Dotyczą one miejsca i czasu, formy samych zasad oraz sposobu ich powtarzania:

  1. Świetnym momentem na przeprowadzenie tego ćwiczenia jest poranek.
    Może to być część porannego przeglądu siebie albo osobna aktywność. Poranek jest korzystny, bo toruje nasz umysł na nadchodzący dzień – będziemy mieli nasze zasady na podorędziu. Osobiście powtarzanie zasad jest dla mnie pierwszą czynnością po podniesieniu się z łóżka
  2. Nie ma potrzeby poświęcać na ten rytuał więcej niż kilku minut.
    Jeśli nasze zasady zaczynają zajmować 10 minut lub więcej, warto zastanowić się nad skróceniem listy, przycięciem niektórych zasad lub zastąpieniem ich krótszymi odpowiednikami.
  3. Miejsce jest dowolne, byle czuliśmy się w nim komfortowo, wypowiadając nasze zasady na głos.
  4. Zdecydowanie rekomenduję głośne wypowiadanie zasad zamiast powtarzania ich tylko w myślach. Zaangażujmy nieco więcej z naszego ciała do tej czynności – zwiększa to naszą zdolność zapamiętywania. Niech to będzie także rozgrzewka dla naszych strun głosowych przed nadchodzącym dniem.
  5. Cytaty są naturalnym zasobem, z którego warto czerpać swoje zasady. Oczywiście możemy je układać samodzielnie, szczególnie jeśli ktoś ma poetycko-pisarskie zacięcie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ktoś kiedyś zdołał już ująć lepiej to, co my właśnie próbujemy powiedzieć. Nie strońmy od cytowania – korzystajmy z zasobu kultury człowieka.
  6. Niech zasady będą możliwie treściwe.
    Jedno zdanie to optimum. Nie każdą myśl i wartość da się wyrazić tak zwięźle, ale jeśli to możliwe, znajdźmy jednozdaniową syntezę. Niech nie przekraczają dwóch lub trzech zdań. Nie chcemy powtarzać co rano strony A4 zwartego tekstu – to nastawia nas na porażkę, jeśli chodzi o ich zapamiętanie.

Forma, w jakiej chcecie praktykować to ćwiczenie, jest bardziej płynna niż jego treść – w tym sensie, że o ile wypaczona treść może być dla nas groźna, o tyle wypaczona forma może być co najwyżej nieskuteczna. Sugeruję, byście zaczęli według podanych wyżej zasad, a wraz z praktyką modyfikowali je pod swoje możliwości i preferencje.

Myśl najczęściej powtarzana staje się myślą najłatwiej dostępną. Zdając sobie z tego sprawę, możemy zacząć świadomie kształtować to, jakie idee stają się nam najbliższe. Wybierając mądrze swoje zasady, możemy wzmacniać kondycję naszego charakteru i ducha.

Powtarzanie zasad jest ćwiczeniem prostym do wykonania, choć wymagającym pewnego wysiłku w przygotowaniu – podczas dobierania odpowiednich zdań i słów, które staną się jego treścią. Warto jednak wykonać ten początkowy wysiłek, bo z czasem, systematycznie praktykując, zbudujemy w sobie zasób łatwo dostępnych, twórczych norm. A czy ty już wiesz, co znalazłoby się na twojej liście?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Przegląd siebie

Często popełnianym błędem we współczesnym rozumieniu stoicyzmu jest podchodzenie do niego jako do doraźnego środka zaradczego na bolączki codzienności. Wyobrażamy sobie, że w chwili, w której poczujemy gniew, sięgniemy po stoickie ćwiczenie i uśmierzymy go od ręki. Takie podejście nie działa i może być co najwyżej źródłem głębokiej frustracji dla użytkownika. Praktykowanie stoicyzmu jest ciągłym procesem. Jego skuteczność oparta jest na systematycznym powtarzaniu ćwiczeń i zachowań, tak by w dłuższej perspektywie czasu uzyskać korzystny efekt dla naszego stanu ducha.

Trzonem procesu stoickiego życia jest koncepcja codziennej medytacji określanej współcześnie jako przegląd siebie. Praktyka ta przez starożytnych stoików była określana mianem „rachunku sumienia”. Termin ten przeniknął jednak ze stoicyzmu do chrześcijańskich wierzeń i rytuałów i ma współcześnie zabarwienie silnie związane z religią. Aby nie tworzyć mylących korelacji, trzymać się będziemy współczesnego określenia, które pod wieloma względami lepiej oddaje sens samego ćwiczenia.

Przegląd siebie praktykowany jest zazwyczaj w dwóch trybach. Pierwszy z nich to poranny przegląd siebie, czyli medytacja nastawiona na przemyślenie nadchodzącego dnia i zaplanowanie go w taki sposób, by maksymalizować wartościowe życie. Drugi to wieczorny przegląd siebie nastawiony na refleksję nad mijającym dniem – pewnego rodzaju rozliczenie siebie z dokonanych czynów.

Dlaczego w ogóle praktykujemy przegląd siebie? Można by pomyśleć, że bycie w stanie refleksyjnego namysłu nad naszymi czynami powinno być czymś stałym. W pewnym sensie w każdej chwili winniśmy przeglądać siebie. To założenie jest właściwie słuszne i jest ono jedną z cech – może jedyną ważną cechą? – stoickiego mistrza. To ideał, do którego powinniśmy zmierzać. Realia są jednak takie, że w trakcie dnia, kiedy jesteśmy zajęci przeróżnymi zadaniami i kiedy o naszą uwagę konkurują rozmaite bodźce, niezwykle trudno jest zachować stan refleksji.

Póki więc nie osiągniemy ideału mędrca, posiłkujemy się wydzielaniem kawałka czasu z każdego dnia, który zabezpieczamy na poczet namysłu i refleksji. Tym czasem są właśnie przeglądy siebie. Spójrzmy teraz na każdy z nich z osobna i zastanówmy się, jakie towarzyszą im zadania i pytania.

Poranny przegląd siebie to czas na zaplanowanie nadchodzącego dnia. W jego trakcie spoglądamy na zadania, które nas czekają – co mamy dzisiaj do wykonania? Czy czeka nas coś szczególnie trudnego? Czy jest dziś coś, czego się obawiamy, co budzi w nas lęk? Następnym elementem jest przyjrzenie się planowanym aktywnościom i ocenienie ich pod kątem zgodności z naszymi wartościami. Czy to, co mamy dziś zrobić, jest wartościowe? Czy jest zgodne z tym, co uważam za słuszne? Jeżeli widzimy jakieś konflikty, warto się nad nimi pochylić nieco głębiej.

Poza obowiązkami, które wynikają z naszego grafiku dnia, mamy zwykle czas do zagospodarowania. Poranny przegląd siebie jest idealnym momentem, by pomyśleć, jak ten czas chcemy wykorzystać. Co dziś uczynię z moim czasem wolnym? Na co go spożytkuję? Czy potrzebuję dzisiaj odpoczynku, czy może mam siłę, by poświęcić się pracy nad sobą?

Z porannego przeglądu siebie winniśmy wyjść z dobrym pojęciem o tym, jak chcemy, by nasz dzisiejszy dzień przebiegł, ze świadomością, że okoliczności niezależne mogą wymusić jego modyfikacje. Nie ma konieczności, by mieć ów plan w punktach i na piśmie – może być w naszej głowie w formie luźnych celów. Jeżeli jednak ktoś preferuje formę pisemną, ona również się sprawdzi, a jej zaletą jest łatwość powrotu do planu, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie.

Wieczorny przegląd siebie to czas na rozliczenie mijającego dnia. Nie chodzi jednak o wytykanie sobie błędów i karanie się za nie, lecz o czułą i budującą refleksję nad jego przebiegiem, skoncentrowaną na wyciągnięciu konstruktywnych wniosków na przyszłość, a nie na ocenianiu przeszłych zdarzeń. Zasiadamy do niego wieczorem; jeśli to możliwe, niech będzie ostatnią rzeczą, jaką czynimy przed snem.

W jego trakcie przypominamy sobie przebieg minionego dnia. Zastanawiamy się, które wydarzenia były w nim kluczowe. Czy jakieś wydarzenie wywołało silne emocje? Dlaczego te emocje się pojawiły? Jak na nie zareagowałem? Patrzymy zarówno na rzeczy planowane, jak i niespodziewane. Czy wykonałem swój plan dnia? Jeśli nie – dlaczego? Co mi przeszkodziło? Czy wydarzyło się coś niespodziewanego, co zmusiło mnie do modyfikacji planów?

Wieczorny przegląd siebie to także moment na zastanowienie się nad zrealizowanymi wartościami. Mieliśmy pewien plan, wchodząc w dzień chcieliśmy, by był wartościowy – do jakiego stopnia udało nam się to osiągnąć? Czy jest coś, co chcielibyśmy w przyszłości poprawić? Czy jakaś wartość sprawiała nam dziś szczególny kłopot? Czy któraś była dla nas szczególnie ważna i łatwa? Zastanowienie nad wartościami pozwala nam nawiązać do ich hierarchii – weryfikujemy wartości deklarowane i porównujemy je z wartościami faktycznie realizowanymi.

Z wieczornego przeglądu siebie powinniśmy wyjść z wnioskami, jak możemy poprawić to, co się nie udało lub poszło nie do końca tak, jakbyśmy chcieli. Z obserwacją tego, co poszło nam świetnie i co możemy oraz powinniśmy kontynuować w przyszłości. Jeśli czegoś zaniedbaliśmy lub nie zdołaliśmy dokonać, warto mieć klarowną wizję powrotu do tego kolejnego dnia, jeśli to możliwe. Wreszcie powinniśmy wyjść z tego procesu z radością i wdzięcznością za dobrze przeżyty, refleksyjny dzień.

Uważam, iż bez jakiejś formy przeglądu siebie nie ma praktykowania stoicyzmu – więcej nawet, nie ma praktykowania jakiejkolwiek filozofii życia. Procedura ta nie musi być tak ściśle określona i osadzona w czasie jak to, co opisaliśmy powyżej, ale jakaś forma systematycznej refleksji jest niezbędna do czynienia postępów w sztuce dobrego życia.

Nasze przeglądy nie muszą być długie – pięć, dziesięć minut rano i wieczorem to już dobry początek, by zacząć pracować ze sobą. Ważniejsze niż długość samych sesji jest systematyczność ich praktykowania. Tylko jeśli będziemy konsekwentni i przez dłuższy czas pozostaniemy z tym ćwiczeniem, przyniesie ono rezultaty. Potrzebujemy cierpliwości i tak deficytowej w dzisiejszych czasach zdolności do odroczenia gratyfikacji, by w pełni wykorzystać dostępny tu potencjał.

Zachęcam was serdecznie do podjęcia eksperymentu z przeglądem siebie. Zapewniam was, że nie musicie być stoikami, by go praktykować. Możecie w jego ramach badać waszą preferowaną filozofię życia – ważniejsza bowiem od filozoficznych detali jest postawa refleksji i rozwoju.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.