Jestem centrum wszechświata. Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, także jesteś centrum wszechświata. Rozglądamy się wokół i wszystko wskazuje na prawdziwość tych stwierdzeń. Świat nas otacza, jesteśmy w jego centrum. Dziwna perspektywa? Może nawet niebezpieczna? Wiecie, co jest najdziwniejsze? Ona jest prawdziwa. Jeśli wszechświat rozpoczął swoje istnienie od jednego punktu, jak głosi teoria wielkiego wybuchu, to środek wszechświata jest wszędzie, każdy jego punkt jest środkiem. Gdzie byśmy się nie znajdowali, jeśli spojrzymy wokół, zobaczymy kulę o 15 miliardach lat świetlnych średnicy.
Z tej obserwacji wynika też, że bycie środkiem wszechświata nie jest niczym szczególnym, bo każdy nim jest. Warto zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, uchwycić nową perspektywę – nazwijmy ją „perspektywą kosmiczną”. Z niej dostrzeżemy, że wyjątkowość jest iluzją – tworem geometrii czasoprzestrzeni i geometrii naszej psychologii – ale jednocześnie uzmysłowi nam, że pozostajemy centrum własnego wszechświata i z tym faktem nie ma sensu się kłócić.
Cel
Perspektywa kosmiczna to tradycyjne stoickie ćwiczenie, opierające się na wyobrażeniu sobie siebie w szerszej perspektywie, jako części większej całości. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że chodzi o oddalenie się od siebie i formalnie tak to ćwiczenie przebiega. Jednak oddalenie nie jest celem ćwiczenia – przecież po każdym jego zastosowaniu wracamy i jesteśmy równie blisko, a może bliżej, niż zaczynaliśmy.
Celem perspektywy kosmicznej jest właśnie zbliżenie do samego siebie. Ma prowadzić nas do zrozumienia, że jesteśmy centrum swego wszechświata i to jedynym, jakie będziemy mieli. Cały ogrom, który właśnie dostrzegliśmy: ludzie, kraje, planety, gwiazdy, tysiąclecia i miliony lat – one istnieją i w porównaniu z nimi nasza fizyczność i czas są tylko pyłem i mgnieniem, ale jedynymi, które od nas zależą. Wielka reszta jest pełna rzeczy niezależnych, których istnienie i koleje możemy tylko zaakceptować.
Perspektywa w przestrzeni
Najpopularniejszym sposobem na praktykowanie perspektywy kosmicznej jest wyobrażanie oddalania się od siebie w przestrzeni. Celem jest świadomość, jak niewielkim wycinkiem fizycznej rzeczywistości jesteśmy, czyli jak się prezentujemy w perspektywie kosmosu – stąd nazwa ćwiczenia.
Przykładowa praktyka wygląda następująco: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.
Wyobraź sobie siebie widzianego od góry, jakbyś zawisł nad swoim ciałem i je obserwował. Wyobraź sobie wyraźnie, jak wyglądasz z tej perspektywy. Niech ten obraz się wyklaruje.
Zacznij oddalać się od ciała, jakbyś unosił się ku górze. Masz patrzyć na siebie z coraz większego oddalenia. O ile nie ćwiczysz pod otwartym niebem, gdzieś po drodze winny się pojawić sufity i dachy – traktuj je tak, jakby były przezroczyste. Utrzymuj wizję swego ciała, nawet gdy wzniesiesz się ponad dachy.
Niech wznoszenie będzie powolne, na tyle, byś utrzymał klarowność wizji, by obraz się nie rozmył. Możesz się zatrzymywać, by wyostrzyć wyobrażenie i poświęcić chwilę na kontemplację siebie na coraz większym tle.
Wznoś się, aż zobaczysz całą planetę. Teraz jesteś już maciupki i ledwo cię widać. Jesteś małą kropeczką, światełkiem na wielkim globie. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.
Zacznij oddalać się jeszcze bardziej. Możesz przyspieszyć – już straciłeś siebie z oczu, jesteś za mały, by pozostać widocznym. Oddalaj się, dopóki Ziemia nie stanie się kropką w Układzie Słonecznym. Dostrzeż kulę Słońca w środku, gazowe giganty na obrzeżach i okruch Ziemi, ledwo widoczny w okolicy naszej gwiazdy. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.
Możesz oddalać się jeszcze dalej, aż do momentu, kiedy ujrzysz całą Drogę Mleczną – naszą galaktykę, gdy Słońce stanie się tylko malutkim ziarenkiem na jej tle.
Przejdź drogę powrotną. Możesz to uczynić w miarę szybko, jakbyś był przyciągany ponownie do swego ciała. Zobacz siebie z góry z wysokości jednego metra. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.
Perspektywa w czasie
Drugi najczęściej spotykany sposób na praktykę ćwiczenia to oddalanie się w czasie. Wyobrażamy sobie ogrom czasu, który upłynął przed nami i który upłynie po naszym odejściu.
Początek jest taki sam: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój swój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.
Wyobraź sobie siebie w takim wieku, jaki masz obecnie, ubranego w codzienne ciuchy. Wyobraź sobie, że idziesz bez celu ulicą swego miasta.
Rozpocznij od kierunku wstecz w czasie. Wyobraź sobie, że młodniejesz. Nadal idziesz, ale twoja twarz pozbywa się zmarszczek, zmieniają się ciuchy, przekształca się także miasto wokół ciebie – znikają nowe budynki, zmieniają się marki samochodów na ulicach.
Cofaj się, aż zobaczysz siebie jako dziecko, kroczące przez świat, jaki pamiętasz ze swoich najwcześniejszych wspomnień. Jeśli jest to dla ciebie komfortowe, możesz wyobrazić sobie siebie w łonie matki. Jeśli budzi to dyskomfort, odpuść – to nic kluczowego.
Dotarłeś do świata przed twoim narodzeniem. Wyobraź sobie twoją miejscowość taką, jaka była w twoich najstarszych wspomnieniach. Możesz spojrzeć z poziomu ulicy lub z lotu ptaka. Zacznij cofać się w czasie, skupiony na mieście. W pewnym momencie samochody ustąpią dorożkom, zabudowa się skurczy, stroje ludzi będą się zmieniać. Nie musisz przechodzić przez każdą epokę, ale uchwyć kilka z nich – może takie, które przyciągały uwagę na lekcjach historii.
Wreszcie miasto zniknie i ustąpi miejsca puszczy. Pomyśl o starożytnym Rzymie lub Grecji. Wyobraź sobie budowle, które dziś są ruiną, w czasach świetności – Koloseum, Partenon, hipodromy, akwedukty. Cofaj się dalej i te budowle znikną, ustąpią miejsca drewnianym chatom.
Dotrzesz do czasu, gdy nie było jeszcze na Ziemi człowieka. Może wyobrażasz sobie czas dinozaurów. Wyobraź sobie planetę i kontynenty wędrujące po jej oceanach w ogromnych skalach czasowych. Wyobraź sobie rozpad Pangei, wielkiego prakontynentu. Ameryki odrywają się od Europy i Afryki.
Możesz cofać się jeszcze dalej, do czasów powstawania Ziemi czy nawet wielkiego wybuchu.
Wróć do teraźniejszości. Weź kilka głębokich wdechów i rusz w przyszłość w podobny sposób. Wyobraź sobie siebie starzejącego się, idącego ulicami miasta. Spróbuj zgadnąć, jak zmieni się świat wokół ciebie.
Przyjdzie czas, gdy już cię nie będzie. Wyobraź sobie miasto – jak się rozwija i przekształca. Może pojawiają się w nim latające samochody. Powstają strzeliste drapacze chmur. Trwa rozwój.
Wyobraź sobie miasto, które się rozpada i starzeje. Może jest opuszczone, może nie ma już w nim ludzi. Ruiny budynków walą się w proch. Może nadal są tu ludzie, przychodzą i odchodzą, pokolenie za pokoleniem. Wyobraź sobie planetę jako całość – kontynenty nadal dryfują, może jakieś się zderzą, uformują nowy?
Możesz iść dalej w tym wyobrażeniu, aż do czasu, gdy Słońce zacznie umierać i pochłonie Ziemię, a nawet dalej – do śmierci cieplnej wszechświata.
Wróć do teraźniejszości. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.
Szczegóły techniczne
Dobrze wykonane ćwiczenie perspektywy kosmicznej wymaga sporej dozy skupienia, dlatego najlepiej zabezpieczyć na jego wykonanie spokojny czas i miejsce.
Dobrym momentem jest wieczorny przegląd siebie, jeśli masz w nim dość czasu. Jeśli nie, zarezerwuj czas osobno.
Warto zadbać, by w pomieszczeniu, w którym praktykujesz, było ciemno, cicho i wygodnie. Chodzi o to, by jak najmniej było elementów, które cię rozpraszają.
Perspektywa kosmiczna wymaga silnej wyobraźni. Dla wielu osób będzie niemożliwe, by ją wykonać, przynajmniej nie od razu. To nic niezwykłego – nie zrażaj się tym. Jest to kwestia praktyki, tak jak przy wielu innych ćwiczeniach – z czasem będzie łatwiej.
Może się okazać, że bariera wejścia jest tak duża, że nie jesteś w stanie zacząć. Wtedy z pomocą przyjdą inne ćwiczenia wzmacniające wyobraźnię: przegląd siebie, wizualizacja mistrza etc., czy coś tak prostego jak tworzenie i odgrywanie w myślach prostych historyjek. Z czasem wyobraźnia nabierze giętkości wystarczającej, by ponownie spróbować z perspektywą kosmiczną.
Podsumowanie
Perspektywa kosmiczna objawiła nam się jako paradoks: jest sposobem na oddalenie się od siebie, który nas do siebie zbliża. W tej pozornej sprzeczności zawiera się jej istota. W tym procesie jest element uwalniający – zrozumienie, że jesteśmy częścią czegoś większego, pewnej całości, która z nami czy bez nas będzie się toczyć, zdejmuje ciężar losów świata z naszych barków. Kiedy wypchniemy siebie z centrum wszechświata dzięki właściwej perspektywie, zrozumiemy, że nasza moc i nasza odpowiedzialność są cały czas z nami, w sferze naszych myśli, pragnień, decyzji. To paradoksalnie przywróci nas ponownie do centrum, ale z nowym spojrzeniem.
Za każdym razem, gdy oddalamy się ku nieskończoności, powracamy nie do pozycji wyjściowej, ale do miejsca odrobinkę bliżej nas samych. Właściwie zawsze tam byliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, zaprzątnięci problemami świata. Dzięki tej podróży możemy spojrzeć na siebie w nowy sposób, z bliższej perspektywy.
Pytanie, które wtedy się rodzi: co nowego mogę w sobie dostrzec po powrocie z wielkiego kosmosu?
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Stoicki mistrz to ideał, do którego aspirujący filozof powinien dążyć. Jeśli oddajecie się lekturze tekstów starożytnych stoików, możecie odnieść wrażenie, że wszystko, co piszą, jest różnymi ujęciami i perspektywami na postać stoickiego mędrca. Trop ten widoczny jest wyraźnie u Epikteta – nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego teksty to „notatki z wykładów”. Wciąż wyraźny jest w listach Seneki – to też nic dziwnego, miały one charakter dydaktyczny. Najmniej widoczny jest u Marka Aureliusza – przewija się z rzadka; jego pisma to notatki na własny użytek, gdzie postać mędrca nie była tak istotna.
Im bardziej dydaktyczny stoicki tekst, tym więcej odwołań do ideału filozofa. W tym ujawnia się dydaktyczna natura tej koncepcji. Mistrz jest naszym probierzem, wzorcem, do którego porównujemy swoje czyny i myśli, by określić, gdzie znajdujemy się na drodze sztuki życia. Jest źródłem wskazówek, jak powinniśmy postępować w konkretnych sytuacjach; może być praktyczną inspiracją do podejmowania decyzji w zgodzie z kanonem filozofii.
Mistrz łączy wiele funkcji: od aspiracyjnego ideału, przez punkt odniesienia, aż po narzędzie podejmowania decyzji. Jego siła wiąże się z naszą podatnością na podążanie za przykładem i przywództwem, która objawia się nawet wtedy, gdy wódz jest tworem wyobraźni. Z tego samego źródła płyną jego słabości i zagrożenia, niewiele różniące się od ryzyk związanych z podążaniem za realnym przywódcą politycznym czy religijnym. Są to: ryzyko jednowymiarowego spojrzenia na świat; ryzyko przelewania własnych wad na jego postać; ślepe podążanie; dogmatyzm itd. Warto zdawać sobie z nich sprawę, pracując w praktyce nad naszym mistrzem.
Przejdźmy teraz do określenia, na czym polega wizualizacja mistrza, jak ją przeprowadzać i do czego ją wykorzystywać.
Jak stworzyć wyobrażenie mistrza?
Pierwszym krokiem w naszym ćwiczeniu jest stworzenie postaci, która będzie służyć za wzorzec. Nasuwają się dwa podejścia: zacząć od istniejącej osoby i wyposażyć ją w pożądane cechy lub zacząć od zera – od hipotetycznego człowieka. Zaletą pierwszego jest oszczędność czasu, bo pewne cechy są już dane, oraz łatwość utożsamienia się – mamy imię, a czasem także wizerunek, do którego możemy się odwołać. Zaletą drugiego jest brak obciążenia niepożądanymi cechami i czynami oraz pełna swoboda w kształtowaniu
Jeżeli wybierzecie pierwszą opcję, sugeruję, byście wybrali osobę nieżyjącą – najlepiej od dawna. Chodzi o to, by była mała szansa, że ktoś wyciągnie jej przysłowiowego „trupa z szafy” i będziecie musieli od nowa tworzyć swoją wizualizację. Dawno zmarli antyczni filozofowie świetnie nadają się na bazę dla mistrza, ale inne historyczne postacie również spełnią tę rolę.
Mając bazę, możemy zacząć tworzyć. Świetnym punktem wyjścia jest nasze rozumienie dobra i zła (etyka lub moralność) oraz nasza hierarchia wartości, którą warto opracować przed podjęciem się dzisiejszego ćwiczenia.
Sama procedura jest prosta: staramy się wyobrazić sobie człowieka, który posiada wszystkie cechy, jakie zaliczylibyśmy do dobrych, oraz który nie tylko wyznaje, ale konsekwentnie realizuje istotne dla nas wartości. Jeżeli mamy jasność co do naszych poglądów w tych dwóch sferach, proces ten będzie prosty. Kłopoty mogą pojawić się wtedy, gdy trafimy na luki lub nieostre koncepcje w naszej moralności i wartościach. Zamiast jednak traktować to jako przeszkodę, niech będzie okazją do lepszego zrozumienia tych sfer.
Drugą przeszkodą, bardziej techniczną, jest kwestia posiadania dość „giętkiej” wyobraźni, by być w stanie stworzyć wizualizację, do której będziemy mogli się odnieść. Tutaj pomocne będzie użycie konkretnej osoby jako bazy, tak byśmy mieli fizyczny obraz (nawet jeśli wzięty z antycznego posągu), na którym możemy się oprzeć. Kolejną przydatną taktyką jest wyobrażanie sobie mistrza w konkretnych życiowych sytuacjach, które kojarzymy z dobrem lub jedną z wartości. Chodzi o odgrywanie w głowie scenek obrazujących, jak mistrz reaguje, myśli i działa w danych okolicznościach. Im więcej ich zwizualizujemy, tym bardziej namacalna stanie się ta postać.
Gdy zbudujemy mistrza, przyjdzie czas na wykorzystanie go w praktycznych sytuacjach dnia codziennego. Niesie to dodatkowy poziom komplikacji: nawet jeśli mistrz jako ideał jest doskonały, nasz dostęp do niego taki nie jest. Możemy mylić się co do tego, jak postąpiłby w danej sytuacji. A nawet gdy trafnie to rozpoznamy, nie oznacza to jeszcze, że będziemy w stanie tak postąpić. Możemy myśleć o tym jako o trzech etapach: budowanie ideału (o tym pisaliśmy), interpretacja w konkretnym przypadku oraz wdrażanie wniosków w działaniu. Dwa ostatnie etapy wymagają praktyki i treningu, by mogły zadziałać. Spójrzmy teraz na kilka sposobów ich realizacji.
Mistrz jako gwiazda polarna
Podstawowym zastosowaniem koncepcji mistrza jest traktowanie go jako celu, do którego dążymy. Możemy w ramach przeglądów siebie wizualizować go, by utrwalać obraz ideału. Mistrz jest w tym podejściu rodzajem gwiazdy polarnej – znacznika na horyzoncie, do którego dążymy, ale który pozostaje nieosiągalny.
Uświadomienie sobie tej prawdy jest ważne w praktykowaniu wizualizacji mistrza: osiągnięcie ideału to fantazja, dążenie do ideału to rzeczywistość. Nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że nikt nigdy nie osiągnął ani nie osiągnie takiego stanu charakteru i ducha, ale możemy powiedzieć, że jego osiągnięcie jest bardzo mało prawdopodobne. Nie znam nikogo, kto spełniłby wzorzec stoickiego mistrza. Antyczni przywoływali w tym kontekście Sokratesa, ale i on – w mojej opinii, taki, jak wyłania się z platońskich dialogów – nie osiągnął ideału.
Sensem istnienia gwiazdy polarnej nie jest dotarcie do niej, lecz wyznaczanie stałego kierunku. Tak też możemy myśleć o naszym mistrzu – jako o latarni morskiej, na którą kierujemy nasz statek. Nie musimy do niej dotrzeć, by skorzystać z jej światła.
Mistrz jako probierz naszych działań
Drugie zastosowanie idei mistrza to wykorzystanie jej jako miary naszych działań. Chodzi mi tu konkretnie o działania przeszłe, czyli spojrzenie na to, co uczyniliśmy, i refleksję, co inaczej zrobiłby w tej sytuacji mistrz.
Ważne, by w toku owych porównań nie przejść w tryb oceniania siebie, czyli żeby nasz mistrz nie stał się wcieleniem wewnętrznego krytyka. Jeśli tak się stanie, praktykowanie tego ćwiczenia zamiast pomagać – będzie szkodzić. Bądźmy więc uważni na ton i charakter porównania. Celem jest zrozumienie, co możemy poprawić, a nie karcenie się za błędy.
Naturalnym momentem dla tego zastosowania jest wieczorny przegląd siebie. Warto uczynić mistrza stałym narzędziem w procesie medytacji kończącej dzień. Nie sugeruję, by każdą drobną decyzję konfrontować z ideałem, ale te najpoważniejsze oraz najtrudniejsze warto z nim zestawić. W tym przypadku wizualizacja mistrza jest narzędziem dodatkowym, ale przydatnym
Mistrz jako element wspierający decyzję
Kolejne zastosowanie ma charakter doraźny, w tym sensie, że mistrza używamy w momencie podejmowania decyzji. W kontekście dwóch poziomów sądu mówiliśmy o tym, że krótki czas między pierwszą reakcją (emocją) a działaniem jest przestrzenią na namysł i decyzję. Czy raczej: powinniśmy tworzyć tę przestrzeń, by nie reagować automatycznie. W tych kilku sekundach jest miejsce dla dobrze przepracowanej postaci mistrza.
Dlaczego piszę o „dobrze przepracowanej” postaci mistrza, a nie po prostu o postaci mistrza? Ze względu na bardzo krótki czas, jaki mamy zazwyczaj na reakcję. Żeby mistrz był skuteczny, musi być dostępny i klarownie zdefiniowany. Jeżeli potrzebujemy czasu, by tę postać przywołać, a do tego musimy się długo zastanawiać, jak by się zachowała, to w kilka sekund niczego nie uzyskamy. Jeśli natomiast wykonaliśmy pracę i możemy mistrza przywołać w ułamku sekundy oraz doskonale wiemy, jak postąpiłby w danej sytuacji, to będzie on dla nas wsparciem w momencie decyzji.
Nie każda decyzja w naszym życiu ma tak natychmiastowy charakter – w wielu przypadkach czasu do namysłu jest więcej. W takich sytuacjach mistrz, nawet nie w pełni wypracowany, jest przydatną koncepcją. Jak w przypadku szybkich decyzji, zadajemy sobie pytanie: co mistrz zrobiłby w tej sytuacji i staramy się odpowiedzieć. Piszę: „staramy się”, bo sukces nie jest to oczywisty. Nawet gdy wiemy, co powinniśmy zrobić, nie znaczy to, że będziemy w stanie tak postąpić. I choć warto się starać dorównać ideałowi, to nie warto się dołować tym, że go nie osiągnęliśmy. Perfekcjonizm nie jest dobrym partnerem, a szczególnie w pracy z ideałem mistrza, co może być nieco zaskakujące.
Podsumowanie
Wzorowanie się na innych jest znaną i historycznie sprawdzoną techniką rozwijania się i uczenia. Już w najmłodszym wieku, duża część naszej edukacji opiera się na obserwacji „mistrzów” – naszych rodziców, nauczycieli, krewnych. W okresie dojrzewania naszymi wzorcami stają się gwiazdy show-biznesu, osoby publiczne i – przede wszystkim – nasi rówieśnicy. W wieku dorosłym nie ma już oczywistych ideałów, za którymi moglibyśmy podążać.
Jeżeli chcemy nadal korzystać z dobrodziejstw wzorowania się na mistrzach, musimy stworzyć ich sami. Nie bez powodu używam tu słowa „stworzyć” zamiast „wybrać”. Istnieje istotna różnica między podążaniem za konkretnym człowiekiem – przywódcą politycznym, religijnym czy społecznym – a wytworzeniem idealnego wzorca człowieka, do którego dążymy. Dziś pisałem o tym drugim podejściu: o „mistrzu” jako abstrakcyjnej konstrukcji, która personifikuje ideały. Konstrukcji, którą możemy świadomie modyfikować i która pozostaje od nas zależna. I to ostatnie jest kluczowe: podążając za przywódcą, oddajemy się w ręce czegoś od nas niezależnego; podążając ku wymyślonemu ideałowi, pozostajemy zależni od tego, nad czym mamy kontrolę.
Obie ścieżki niosą ryzyko zejścia na manowce, jednak jest ono większe w przypadku wpływu zewnętrznego. Choć wybranie lidera, którego będziemy naśladować, jest prostsze niż świadome „stworzenie” go, to zyski płynące z tego drugiego podejścia są warte włożonego wysiłku. Zapoznaliście się dzisiaj z technicznymi aspektami realizacji tej ścieżki. Zachęcam do eksperymentowania z nią –jako alternatywą dla politycznych, społecznych czy religijnych wzorców. Warto bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie: za jakim mistrzem chcę podążać?
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Człowiek jest plątaniną przenikających się przekonań. Formują się one w toku ludzkiego życia. Część z nich można wywieść z dziedzictwa ewolucyjnego, z genów. Wiele formuje się w procesie wychowania i socjalizacji – są plonem dzieciństwa. W dorosłości nabywamy nowe, zmieniamy istniejące i pozbywamy się starych.
Przekonania nie muszą być świadome i to dwojako. Po pierwsze, możemy być nieświadomi, że przekonanie w nas powstaje – tyczy się to szczególnie tych z dzieciństwa, ale nie ogranicza się do nich. Po drugie, choć przekonanie powstało świadomie, z czasem zostaje zepchnięte do nieświadomego, czy to poprzez zapomnienie, czy tłumienie.
Dziś spojrzymy na technikę pracy z przekonaniami, nim jednak do niej przejdziemy, dookreślimy, nie siląc się na rygor definicyjny, co rozumieć będziemy pod tym pojęciem.
W najprostszym ujęciu przekonanie to zdanie logiczne, co do którego prawdziwości wierzymy. Tutaj moglibyśmy się zatrzymać: zbiór przekonań to zbiór naszych osobistych prawd. Warto jednak dodać, że zbiór ten jest wielce różnorodny: od prostych obserwacji rzeczywistości (np. Słońce wschodzi na wschodzie, mam dwie ręce etc.) po złożone przekonania etyczne (np. zabicie człowieka jest złe, mówienie prawdy jest dobre etc.).
Dla naszych celów istotny będzie ten drugi biegun, choć zaznaczam, że regularne sprawdzanie przekonań o „faktach” też jest wskazane (pozdrawiam z tego miejsca antyszczepionkowców i płaskoziemców). Szczególnie interesujące będą dla nas przekonania zawierające następujące słowa: „muszę”, „powinienem/powinnam”, „koniecznie”, „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „każdy”, „oczywiście”, „niemożliwe”, „pewne”, „dobre”, „złe”, „straszne”, „nie do zniesienia” – wraz z innymi formami gramatycznymi oraz synonimami. Wyłaniają się tu trzy kategorie: 1. przekonania o konieczności („muszę”, „zawsze”, „wszyscy”, „nigdy” etc.); 2. przekonania etyczne („dobre”, „złe”); 3. przekonania o cierpieniu / o zranionym ego („straszne”, „krzywda”, „cierpienie” etc.). Przede wszystkim dla nich praktykujemy dialog z przekonaniami, przy czym kategorię 1 i 3 chcemy zminimalizować, a kategorię 2 uporządkować.
Przejdźmy do metod pracy z przekonaniami. Podzielę się z wami tymi sposobami, które sam stosuję, jednak chciałbym zwrócić uwagę na zestaw metod terapii poznawczo-behawioralnej. Wiele z nich to techniki pracy z przekonaniami, które są stosowane w praktyce terapeutycznej, ale mogą być zaadaptowane do stosowania na własną rękę, w sytuacjach niewymagających interwencji specjalisty. Szczegóły technik terapii poznawczej znaleźć można między innymi w „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka” Roberta Leahy’ego. Pamiętajcie jednak, że praktyka na własną rękę nie zastępuje pomocy specjalisty.
Pierwszym krokiem w pracy z przekonaniem jest zdanie sobie sprawy, że je posiadamy. Wraca tu wspomniana już wcześniej na blogu, w kontekście dwóch poziomów sądu, uważność. Podobnie moją rekomendacją jest stosowanie znanych technik, których szczegóły dostępne są w internecie i literaturze, plus stosowanie „wstecznej uważności”, czyli analizowania przeszłych zdarzeń. W kontekście dzisiejszego ćwiczenia skupiamy się na zrozumieniu, jakie przekonania zostały aktywowane w intensywnych (emocjonalnie, intelektualnie) momentach minionego dnia.
Pytaniami przewodnimi przy tej technice są: dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Jaki miałem powód/argument, by tak zareagować? Formę pytania można dostosować do sytuacji, ale kluczowe jest, by wyjść poza „co zrobiłem” do „dlaczego?”, bo to ma szansę odsłonić przekonanie. Warto odnotować, że przekonania mogą się nawarstwiać i to, co zauważymy jako pierwsze, to przekonanie wtórne, wynikające z czegoś głębszego. Proces odkrywania może potrwać długo i doznawać opóźnień oraz wymagać wracania do niektórych przekonań.
Gdy mamy zidentyfikowane przekonanie, nad którym chcemy pracować, możemy przejść do drugiego etapu. W nim celem jest zbadanie przekonania pod kątem prawdziwości i logicznej spójności. Nie chodzi o obalenie go! Rozpoczynając proces, nie zakładamy, iż jest ono niesłuszne, ale że poddajemy je badaniu w celu sprawdzenia. Jeżeli przekonanie wytrzyma skrupulatne testy, to pozostaje jako element naszego rozumienia świata, a my nabieramy wiary w jego solidność.
Proponuję dwa podejścia do pracy z przekonaniami. Pierwsze to postawienie siebie w roli oskarżyciela przekonania, adwokata diabła, który chce rzucić cień na świętość, w którą wierzyliśmy od zawsze. Naszym zadaniem jest tworzenie scenariuszy, które jawnie zaprzeczają przekonaniom – pamiętając, że jeśli coś ma być zawsze prawdziwe, to wystarczy jeden kontrprzykład, by to obalić. Mamy wyszukiwać wyjątki w rzekomych regułach. Mamy próbować udowodnić, że prawdziwe jest coś przeciwnego.
Jeżeli znamy logiczne uzasadnienie dla badanego zdania, to szukamy luki w prowadzącej do niego argumentacji, błędów i niespójności. Szukamy danych i badań naukowych, które przeczą naszym przekonaniom. Jesteśmy po to, by wyciągnąć na światło dzienne wszelkie kontrargumenty i nieścisłości.
Możemy wejść w ten proces z pełnym zapałem i gorliwością, nic nie ryzykując. Bo jeśli nasze przekonanie jest słuszne, to nieważne, ile czasu poświęcimy na próby obalenia go – nigdy nam się to nie uda. Możemy śmiało atakować i tylko upewnimy się i umocnimy naszą wiarę. W końcu nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest. Prawda?
Na końcu tego procesu powinniśmy albo uprawdopodobnić nasze przekonania, albo obalić je lub skonkludować, że najprawdopodobniej jest błędne. Zazwyczaj, jeśli podejdziemy do sprawy rygorystycznie, będziemy operować prawdopodobieństwem i nie dostąpimy pewności. Pamiętajmy jednak, że twierdzenie, które jest najprawdopodobniej fałszywe, powinno być w praktyce odrzucone.
Druga metoda to rozmowa z samym sobą, ale nie byle jaka, bo w formie sokratejskiego dialogu. Naszym zadaniem jest stawianie serii pytań, wychodząc od bazowego przekonania. Mają nam one pozwolić lepiej zrozumieć, dlaczego wierzymy w daną myśl. Zacznijmy od prostego: „Dlaczego uważasz, że…” i tutaj wstawmy treść przekonania. W tej rozmowie nie ma drugiej osoby, musimy odpowiedzieć sobie sami. Starajmy się być w tych odpowiedziach wyczerpujący, lecz konkretni, nie rozwlekajmy ich w długie elaboraty – mają przedstawić esencję, a nie służyć przekonaniu kogoś do naszych racji.
Mając pierwszą odpowiedź, mamy materiał potrzebny do sformułowania kolejnych pytań. Jakie one będą, zależy od badanych treści. Ich celem powinno być dążenie do zrozumienia naszego stanowiska i rozjaśnienia wątpliwości, jakie się nam nasuwają. Może jedno ze słów jest niejasne i warto zapytać o jego sens? Może wewnątrz odpowiedzi kryje się kolejne przekonanie, które warto sprawdzić? Starajmy się nie przyjmować niczego za pewnik. Pytajmy o uzasadnienie nawet oczywistych zdań. Jeśli takie faktycznie są, znajdziemy je szybko. Jeśli nam się nie uda, to ujawnimy trop do zbadania, kolejne przekonanie do pracy.
Dialog powinien trwać aż do momentu, kiedy poczujemy, że wyklarowaliśmy, czy przekonanie jest słuszne, czy też nie. Może je obaliliśmy, może zachowaliśmy w całości, a może zmodyfikowaliśmy. Na końcu procesu mamy więcej zaufania do tego, w co wierzymy, co nie jest tym samym co pewność. Z pewnością można twierdzenia odrzucać, ale niezwykle trudno z pewnością ich dowodzić. Jeśli na końcu nabraliśmy pewności, że przekonanie jest fałszywe, to jest to akceptowalny wynik. Jeśli natomiast nabraliśmy pewności, że zdanie jest prawdziwe, to najpewniej zbłądziliśmy i powinniśmy tylko stwierdzić, że jest bardziej prawdopodobne.
Konkludując dzisiejszy artykuł, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeden fakt. Po udowodnieniu, że jakieś przekonanie jest fałszywe lub powinno być zmienione, jest jeszcze proces praktycznej zmiany zachowania i sposobu bycia, czyli zrealizowanie naszych logicznych wniosków w rzeczywistości. Nie należy go ignorować i zakładać, że samo rozumowanie wystarczy. Nowe przekonania trzeba praktykować, bo do starych jesteśmy przyzwyczajeni i będą one wracać jak bumerang.
Tak jak przy wszystkich ćwiczeniach stoickich, tak i tu, powtarzanie i praktyka są ścieżką do sukcesu. To, co opisałem powyżej, nie jest magiczną różdżką na nasze błędy myślenia. To początek pracy nad sobą i drogi trwałej zmiany. W nieunikniony sposób będziemy na tej drodze zwalniać i się cofać. Będzie się zdarzać, że do jednego przekonania konieczne będzie kilka podejść, bo wróci ono z nowymi argumentami. Albo że poczujemy się jak człowiek obierający cebulę, gdzie praca nad jednym przekonaniem odsłoni kolejne, które było jego źródłem, a po nim kolejne i kolejne.
To żmudny proces, ale wart wykonywania, bo każdy jego krok, każde powtórzenie poprawia spójność i jakość myślenia. Zbliża nas do lepszego zrozumienia rzeczywistości i naszego w niej miejsca. Przyciąga nas do prawdy na tyle, na ile jesteśmy się do niej w stanie zbliżyć.
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Czy zdarzyło wam się kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? W gniewie powtórzyliście jego słowa, pogłębiło się poczucie obrazy, zdecydowaliście się odpowiedzieć słowami, które uznaliście za mocne, a wasz gniew wzrósł. Może ta osoba także odpowiedziała i sytuacja eskalowała.
Czy zdarzyło się wam kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? Zatrzymaliście się na moment. Zaczerpnęliście dwa oddechy. Zapytaliście siebie: czy jego zdanie jest istotne? Czy w jego słowach jest ziarno prawdy? Spojrzeliście na to, co powiedział, jako na informację zwrotną, którą można przyjąć lub odrzucić. Gniewu już z wami nie było. Nie odpowiedzieliście nic lub odpowiedzieliście ze spokojem. Sytuacja się rozwiązała.
Te dwa przykłady, które rozpoczęły się tak samo, jednak dotarły do zupełnie odmiennych konkluzji, ilustrują esencję stoickiego ćwiczenia znanego pod nazwą dwóch poziomów sądu. Opiera się ono na obserwacji, że między naszym pierwszym wrażeniem i związanym z nim zalążkiem emocji, wstępnym sądem, a reakcją i działaniem znajduje się przestrzeń, w której jest miejsce na drugi sąd – na ponowne spojrzenie i zmianę wstępnego wyobrażenia.
Dla jasności dzisiejszego wywodu konieczne jest wyjaśnienie zawiłości związanych z pojęciem emocji. Ten termin ma dwa znaczenia, z których jedno zawiera się w drugim. Oba funkcjonują w naszej intuicji językowej, mieszają się ze sobą i są praktycznie używane.
Pierwsze, szerokie, rozumienie utożsamia „emocje” ze stanami afektywnymi. W tej interpretacji miłość, smutek i złość są ich przykładami. Jest to potocznie najczęstsza intuicja tego pojęcia. Na nasze potrzeby jest ona zbyt szeroka – nie będziemy używać pojęcia emocji w tym sensie.
Drugie, wąskie, rozumienie ogranicza „emocje” do krótkotrwałych, silnych stanów afektywnych, których biologicznym celem jest mobilizacja do reakcji na zagrożenie lub szansę. Emocje o zabarwieniu nieprzyjemnym mają nas zniechęcać do robienia czegoś, a te o zabarwieniu przyjemnym – do powtarzania wywołujących je aktywności. W najprostszej wersji wyróżnia się cztery podstawowe emocje: radość, smutek, strach i złość. W tym właśnie sensie używać będziemy tego pojęcia.
Praktykowanie poziomów sądu podzieliłbym na dwa etapy. Drugi z nich to sam sąd i przyzwolenie, jakie dajemy na rozwinięcie się i wzmocnienie emocji. Pierwszy, mniej oczywisty, to uważność, która pozwala dostrzec, że proces się zaczął i mamy okazję do interwencji – to konieczność, bez której ćwiczenie nie może mieć miejsca.
Technik ćwiczenia uważności jest wiele i są dobrze znane oraz łatwe do odnalezienia w internecie czy literaturze. Są to techniki oddechowe, medytacyjne i inne. Nie będę tu ich powielał – powiem tylko, że są one dobrym narzędziem na nasze potrzeby, czyli do trenowania pierwszego etapu dwóch poziomów sądu. Zachęcam do ich stosowania, zwłaszcza że korzyści z nich płynące wykraczają poza dzisiejszy temat.
Jest jedno specjalne i nietypowe podejście do uważności, na które chciałbym zwrócić uwagę – technika, która mi osobiście pomaga w praktyce. Chodzi o coś, co nazywam „wsteczną uważnością” albo refleksją nad emocjami. Jest ona przydatna szczególnie wtedy, gdy nie mamy jeszcze zdolności i zasobów, by zachować uważność w momencie kryzysu.
Polega ona na tym, by po czasie, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie, gdy przechodzimy przez miniony dzień, zatrzymać się nad zdarzeniami, w czasie których wyzwoliła się w nas silna emocja. Chcemy zastanowić się: co było bodźcem, który zainicjował proces? Jakie przekonanie zostało aktywowane (dlaczego uznaliśmy, że coś jest dobre lub złe)? Jaką emocję uformowaliśmy? Czy ona eskalowała, a jeśli tak, to dlaczego? Jaką formę przybrała po eskalacji? Do jakich działań doprowadziła? Czy były to słuszne i produktywne działania?
Sugeruję tu szczegółowe spojrzenie. Ideą, która przyświeca temu podejściu, jest utorowanie w przyszłości łatwiejszego uchwycenia momentu podobnej reakcji. Myśląc o tym, sprawiamy, że jest większa szansa, iż nasz mózg rozpozna podobną sytuację i „aktywuje” uważność. To inwestycja w przyszłe reakcje.
Kiedy wypracujemy sobie uważność, możemy zacząć praktykować elementy kontroli. Kluczem do udanego wykonania dwóch poziomów sądu jest nie zmuszanie się do zdominowania swojej emocji. Innymi słowy, powinniśmy uważać, by nie starać się w tym procesie emocji stłumić, bo nie o to chodzi. W tej wersji ćwiczenia emocja już z nami jest – zamiecenie jej pod dywan nie pomoże, a nawet może nam zaszkodzić.
Nie tłumimy więc, tylko stawiamy pytanie: jak chcę zareagować w związku z zaistniałą sytuacją i z emocją, którą czuję? To, że odczuwam gniew, nie oznacza, że jestem zobowiązany do tego, by krzyczeć czy kogoś uderzyć. To, jak zareaguję, zależy ode mnie, ale muszę tę decyzję świadomie podjąć. Jeśli to zaniedbam, włączy się automatyczna reakcja – niejednokrotnie taka, której będę żałował. Pochodzą bowiem one z innego etapu ewolucji niż ten, na którym się znajdujemy, i często są nieadekwatne do sytuacji.
Ponownie – kluczem do sukcesu w tym ćwiczeniu nie jest forsowanie czy usilne próby zatrzymania czegoś. Kluczem jest stworzenie sobie przestrzeni w czasie – dosłownie kilku sekund. Przestrzeni wystarczającej, by wyższe procesy w mózgu miały możliwość zadziałać, rozpocząć analizę i podjąć decyzję, co dalej zrobić. Tylko tyle i aż tyle: dwie–trzy sekundy między emocją a reakcją to czas potrzebny, by w sprawę wmieszały się ośrodki kontroli w mózgu i byśmy mogli wypracować nową odpowiedź na emocję. Odpowiedź ta niekiedy będzie dokładnie taka sama jak dyktowana przez emocję – zwykle jednak dojdzie do jej modyfikacji lub nadpisania.
Jak to zrobić? Tutaj także jest niemało technik, dyskutowanych chociażby w kontekście terapii poznawczo-behawioralnej. Jedna z nich to zaczerpnąć dwa głębokie wdechy przez nos, z pełną kontrolą. Skoncentrować się na precyzyjnym oddychaniu. To są dwie–trzy sekundy, które mózg może wykorzystać na analizę. Alternatywnie możemy powtórzyć w myślach krótką mantrę. Technik jest wiele – musimy wybrać jedną, która najbardziej nam odpowiada, i ćwiczyć.
Podsumowując dzisiejszy wywód, pracując nad wyrobieniem odruchu działania na dwóch poziomach sądu, powinniśmy zacząć od praktykowania uważności, która pozwoli pochwycić moment pojawienia się emocji. Następnie winniśmy zacząć praktykować dawanie sobie odrobiny czasu między emocją a reakcją – dość, by umysł miał okazję wkroczyć z analizą sytuacji.
Na początkułatwiej będzie nam osiągnąć ten efekt w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z niezbyt intensywną emocją. Z czasem, w miarę praktyki, będziemy mogli dotykać coraz trudniejszych, intensywniejszych sytuacji.
To są dwa istotne czynniki: czas i praktyka. Tak jak w każdym właściwie ćwiczeniu stoickim, nie osiągniemy żadnych efektów, jeśli nie zainwestujemy czasu i nie będziemy praktykować. Nie ma tu drogi na skróty. Jeśli chcemy emocjami zarządzać, zamiast je tłumić, to musimy ćwiczyć wytrwale i pogodzić się z faktem, że postępy zajmą lata, że czasem nastąpi regres, że prędzej czy później przyjdzie zdarzenie tak intensywne, że wytrąci nas z rytmu.
Doskonałość nie jest naszym celem. Celem jest poprawa i usprawnienie funkcjonowania, zbliżenie się do działania w trybie nieustającej refleksji. Dzisiejsze ćwiczenie jest jednym z tych, które mają nas do tego celu zbliżyć. Nie zrażajcie się, że nie zawsze będzie wychodzić, że początki mogą być trudne. Ruch jest wszystkim, cel jest niczym.
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Powtarzanie jest podstawą nauki – to znana maksyma, którą słyszał każdy uczeń. Kryje się za nią konkretna neurologiczna prawda: to, co często i regularnie powtarzamy, jest łatwiej dostępne dla naszego umysłu do szybkiego przywołania. Coś, co słyszeliśmy czy powiedzieliśmy raz, możemy pamiętać równie dobrze jak to, co powtórzyliśmy sto razy. Jednak czas potrzebny na przywołanie tego z pamięci długotrwałej będzie wielokrotnie dłuższy.
To, co najważniejsze, powinniśmy trzymać zawsze na podorędziu. Tak jest z przedmiotami użytkowymi, tak jest też z zasadami, którymi kierujemy się w życiu. Te kilka najważniejszych powinno być dostępnych dla nas w każdej chwili i z wielką łatwością. Z tego też powodu starożytni stoicy praktykowali ćwiczenie polegające na powtarzaniu zasad. Dzisiaj spojrzymy na nie bliżej.
Zamysł stojący za ćwiczeniem powtarzania zasad jest prosty: każdego dnia – lub kilkukrotnie w ciągu dnia – powtarzamy kilka kluczowych dla nas fraz i sentencji, by utrwalić je w pamięci i mieć na mentalnym podorędziu w każdej chwili. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, sprecyzujmy więc kilka nasuwających się pytań dotyczących tej praktyki.
Jakie powinny być zasady, które powtarzamy? Czy ich wybór jest dowolny? W pewnym sensie tak – jest dowolny, ponieważ każdy człowiek będzie miał inny zbiór myśli i zasad, które zechce powtarzać. Nie istnieje żadna z góry przepisana lista. Z innej strony patrząc, dowolny jednak nie jest, ponieważ można określić kilka rozsądnych ograniczeń dla wyboru zasad:
Zasady powinny być znaczące. Powinny dotyczyć istotnych aspektów życia i nieść w sobie nietrywialny sens. Powtarzanie co dzień, żeby zakładać szalik, gdy jest zimno, nie spełnia tego kryterium, mimo że jest zupełnie rozsądną zasadą. Powtarzanie, że moje ciało jest ode mnie niezależne, pozwala nabrać do niego dystansu i nadaje się jako jedna z zasad.
Powinny być wspierające i budujące, a nie autodestrukcyjne i krytyczne. Powtarzanie, że dbałość o zdrowie ciała pozwala zachować energię dla ducha, jest dobrą zasadą. Powtarzanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, jest niebezpieczne i potencjalnie destrukcyjne.
Powinny być zrozumiałe. Rozważanie w myślach efemerycznych i niejasnych haiku może być fantastycznym, godnym polecenia doznaniem, ale ćwiczenie powtarzania zasad to nie miejsce na nie. Zasady winny być klarowne, przy czym nie muszą być klarowne dla nikogo innego poza nami samymi. Jeśli ja rozumiem frazę, którą powtarzam, nie muszę być w stanie wyjaśnić jej znaczenia nikomu innemu.
Powinny odnosić się do wartości. Idealny zestaw powtarzanych zasad jest odbiciem naszego zbioru wartości i norm etycznych – niech podkreśla i wspiera ich rozumienie. Jeśli moją wartością jest sprawiedliwość, motywacyjny cytat z Luthera Kinga jest świetną zasadą do powtarzania. Nie tak dobry byłby cytat o czułości – choć to piękna wartość i cecha – jeśli nie ma jej w mojej hierarchii.
Powinny być plastyczne i podatne na zmiany. Tak jak hierarchia wartości może się zmieniać, tak i lista naszych zasad powinna być otwarta na ewolucję i zmiany. Niech nie stanie się ona półreligijnym tworem, jakimś osobistym dekalogiem, który musi pozostać nienaruszony. Bądźmy otwarci na zmianę!
Listy zasad, tak jak hierarchie wartości, są niezwykle indywidualnymi tworami i nikt nie jest zmuszony, by trzymać się wymienionych wyżej punktów. Mogę jedynie zachęcić, by przynajmniej wziąć je pod uwagę, ponieważ ćwiczenie to ma dwa ostrza – niewprawnie użyte może stać się źródłem mroku i cierpienia w naszym życiu.
Jak powinniśmy praktykować samo ćwiczenie? Jest kilka kluczowych aspektów, które warto rozważyć, zabierając się do praktyki. Dotyczą one miejsca i czasu, formy samych zasad oraz sposobu ich powtarzania:
Świetnym momentem na przeprowadzenie tego ćwiczenia jest poranek. Może to być część porannego przeglądu siebie albo osobna aktywność. Poranek jest korzystny, bo toruje nasz umysł na nadchodzący dzień – będziemy mieli nasze zasady na podorędziu. Osobiście powtarzanie zasad jest dla mnie pierwszą czynnością po podniesieniu się z łóżka
Nie ma potrzeby poświęcać na ten rytuał więcej niż kilku minut. Jeśli nasze zasady zaczynają zajmować 10 minut lub więcej, warto zastanowić się nad skróceniem listy, przycięciem niektórych zasad lub zastąpieniem ich krótszymi odpowiednikami.
Miejsce jest dowolne, byle czuliśmy się w nim komfortowo, wypowiadając nasze zasady na głos.
Zdecydowanie rekomenduję głośne wypowiadanie zasad zamiast powtarzania ich tylko w myślach. Zaangażujmy nieco więcej z naszego ciała do tej czynności – zwiększa to naszą zdolność zapamiętywania. Niech to będzie także rozgrzewka dla naszych strun głosowych przed nadchodzącym dniem.
Cytaty są naturalnym zasobem, z którego warto czerpać swoje zasady. Oczywiście możemy je układać samodzielnie, szczególnie jeśli ktoś ma poetycko-pisarskie zacięcie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ktoś kiedyś zdołał już ująć lepiej to, co my właśnie próbujemy powiedzieć. Nie strońmy od cytowania – korzystajmy z zasobu kultury człowieka.
Niech zasady będą możliwie treściwe. Jedno zdanie to optimum. Nie każdą myśl i wartość da się wyrazić tak zwięźle, ale jeśli to możliwe, znajdźmy jednozdaniową syntezę. Niech nie przekraczają dwóch lub trzech zdań. Nie chcemy powtarzać co rano strony A4 zwartego tekstu – to nastawia nas na porażkę, jeśli chodzi o ich zapamiętanie.
Forma, w jakiej chcecie praktykować to ćwiczenie, jest bardziej płynna niż jego treść – w tym sensie, że o ile wypaczona treść może być dla nas groźna, o tyle wypaczona forma może być co najwyżej nieskuteczna. Sugeruję, byście zaczęli według podanych wyżej zasad, a wraz z praktyką modyfikowali je pod swoje możliwości i preferencje.
Myśl najczęściej powtarzana staje się myślą najłatwiej dostępną. Zdając sobie z tego sprawę, możemy zacząć świadomie kształtować to, jakie idee stają się nam najbliższe. Wybierając mądrze swoje zasady, możemy wzmacniać kondycję naszego charakteru i ducha.
Powtarzanie zasad jest ćwiczeniem prostym do wykonania, choć wymagającym pewnego wysiłku w przygotowaniu – podczas dobierania odpowiednich zdań i słów, które staną się jego treścią. Warto jednak wykonać ten początkowy wysiłek, bo z czasem, systematycznie praktykując, zbudujemy w sobie zasób łatwo dostępnych, twórczych norm. A czy ty już wiesz, co znalazłoby się na twojej liście?
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Często popełnianym błędem we współczesnym rozumieniu stoicyzmu jest podchodzenie do niego jako do doraźnego środka zaradczego na bolączki codzienności. Wyobrażamy sobie, że w chwili, w której poczujemy gniew, sięgniemy po stoickie ćwiczenie i uśmierzymy go od ręki. Takie podejście nie działa i może być co najwyżej źródłem głębokiej frustracji dla użytkownika. Praktykowanie stoicyzmu jest ciągłym procesem. Jego skuteczność oparta jest na systematycznym powtarzaniu ćwiczeń i zachowań, tak by w dłuższej perspektywie czasu uzyskać korzystny efekt dla naszego stanu ducha.
Trzonem procesu stoickiego życia jest koncepcja codziennej medytacji określanej współcześnie jako przegląd siebie. Praktyka ta przez starożytnych stoików była określana mianem „rachunku sumienia”. Termin ten przeniknął jednak ze stoicyzmu do chrześcijańskich wierzeń i rytuałów i ma współcześnie zabarwienie silnie związane z religią. Aby nie tworzyć mylących korelacji, trzymać się będziemy współczesnego określenia, które pod wieloma względami lepiej oddaje sens samego ćwiczenia.
Przegląd siebie praktykowany jest zazwyczaj w dwóch trybach. Pierwszy z nich to poranny przegląd siebie, czyli medytacja nastawiona na przemyślenie nadchodzącego dnia i zaplanowanie go w taki sposób, by maksymalizować wartościowe życie. Drugi to wieczorny przegląd siebie nastawiony na refleksję nad mijającym dniem – pewnego rodzaju rozliczenie siebie z dokonanych czynów.
Dlaczego w ogóle praktykujemy przegląd siebie? Można by pomyśleć, że bycie w stanie refleksyjnego namysłu nad naszymi czynami powinno być czymś stałym. W pewnym sensie w każdej chwili winniśmy przeglądać siebie. To założenie jest właściwie słuszne i jest ono jedną z cech – może jedyną ważną cechą? – stoickiego mistrza. To ideał, do którego powinniśmy zmierzać. Realia są jednak takie, że w trakcie dnia, kiedy jesteśmy zajęci przeróżnymi zadaniami i kiedy o naszą uwagę konkurują rozmaite bodźce, niezwykle trudno jest zachować stan refleksji.
Póki więc nie osiągniemy ideału mędrca, posiłkujemy się wydzielaniem kawałka czasu z każdego dnia, który zabezpieczamy na poczet namysłu i refleksji. Tym czasem są właśnie przeglądy siebie. Spójrzmy teraz na każdy z nich z osobna i zastanówmy się, jakie towarzyszą im zadania i pytania.
Poranny przegląd siebie to czas na zaplanowanie nadchodzącego dnia. W jego trakcie spoglądamy na zadania, które nas czekają – co mamy dzisiaj do wykonania? Czy czeka nas coś szczególnie trudnego? Czy jest dziś coś, czego się obawiamy, co budzi w nas lęk? Następnym elementem jest przyjrzenie się planowanym aktywnościom i ocenienie ich pod kątem zgodności z naszymi wartościami. Czy to, co mamy dziś zrobić, jest wartościowe? Czy jest zgodne z tym, co uważam za słuszne? Jeżeli widzimy jakieś konflikty, warto się nad nimi pochylić nieco głębiej.
Poza obowiązkami, które wynikają z naszego grafiku dnia, mamy zwykle czas do zagospodarowania. Poranny przegląd siebie jest idealnym momentem, by pomyśleć, jak ten czas chcemy wykorzystać. Co dziś uczynię z moim czasem wolnym? Na co go spożytkuję? Czy potrzebuję dzisiaj odpoczynku, czy może mam siłę, by poświęcić się pracy nad sobą?
Z porannego przeglądu siebie winniśmy wyjść z dobrym pojęciem o tym, jak chcemy, by nasz dzisiejszy dzień przebiegł, ze świadomością, że okoliczności niezależne mogą wymusić jego modyfikacje. Nie ma konieczności, by mieć ów plan w punktach i na piśmie – może być w naszej głowie w formie luźnych celów. Jeżeli jednak ktoś preferuje formę pisemną, ona również się sprawdzi, a jej zaletą jest łatwość powrotu do planu, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie.
Wieczorny przegląd siebie to czas na rozliczenie mijającego dnia. Nie chodzi jednak o wytykanie sobie błędów i karanie się za nie, lecz o czułą i budującą refleksję nad jego przebiegiem, skoncentrowaną na wyciągnięciu konstruktywnych wniosków na przyszłość, a nie na ocenianiu przeszłych zdarzeń. Zasiadamy do niego wieczorem; jeśli to możliwe, niech będzie ostatnią rzeczą, jaką czynimy przed snem.
W jego trakcie przypominamy sobie przebieg minionego dnia. Zastanawiamy się, które wydarzenia były w nim kluczowe. Czy jakieś wydarzenie wywołało silne emocje? Dlaczego te emocje się pojawiły? Jak na nie zareagowałem? Patrzymy zarówno na rzeczy planowane, jak i niespodziewane. Czy wykonałem swój plan dnia? Jeśli nie – dlaczego? Co mi przeszkodziło? Czy wydarzyło się coś niespodziewanego, co zmusiło mnie do modyfikacji planów?
Wieczorny przegląd siebie to także moment na zastanowienie się nad zrealizowanymi wartościami. Mieliśmy pewien plan, wchodząc w dzień chcieliśmy, by był wartościowy – do jakiego stopnia udało nam się to osiągnąć? Czy jest coś, co chcielibyśmy w przyszłości poprawić? Czy jakaś wartość sprawiała nam dziś szczególny kłopot? Czy któraś była dla nas szczególnie ważna i łatwa? Zastanowienie nad wartościami pozwala nam nawiązać do ich hierarchii – weryfikujemy wartości deklarowane i porównujemy je z wartościami faktycznie realizowanymi.
Z wieczornego przeglądu siebie powinniśmy wyjść z wnioskami, jak możemy poprawić to, co się nie udało lub poszło nie do końca tak, jakbyśmy chcieli. Z obserwacją tego, co poszło nam świetnie i co możemy oraz powinniśmy kontynuować w przyszłości. Jeśli czegoś zaniedbaliśmy lub nie zdołaliśmy dokonać, warto mieć klarowną wizję powrotu do tego kolejnego dnia, jeśli to możliwe. Wreszcie powinniśmy wyjść z tego procesu z radością i wdzięcznością za dobrze przeżyty, refleksyjny dzień.
Uważam, iż bez jakiejś formy przeglądu siebie nie ma praktykowania stoicyzmu – więcej nawet, nie ma praktykowania jakiejkolwiek filozofii życia. Procedura ta nie musi być tak ściśle określona i osadzona w czasie jak to, co opisaliśmy powyżej, ale jakaś forma systematycznej refleksji jest niezbędna do czynienia postępów w sztuce dobrego życia.
Nasze przeglądy nie muszą być długie – pięć, dziesięć minut rano i wieczorem to już dobry początek, by zacząć pracować ze sobą. Ważniejsze niż długość samych sesji jest systematyczność ich praktykowania. Tylko jeśli będziemy konsekwentni i przez dłuższy czas pozostaniemy z tym ćwiczeniem, przyniesie ono rezultaty. Potrzebujemy cierpliwości i tak deficytowej w dzisiejszych czasach zdolności do odroczenia gratyfikacji, by w pełni wykorzystać dostępny tu potencjał.
Zachęcam was serdecznie do podjęcia eksperymentu z przeglądem siebie. Zapewniam was, że nie musicie być stoikami, by go praktykować. Możecie w jego ramach badać waszą preferowaną filozofię życia – ważniejsza bowiem od filozoficznych detali jest postawa refleksji i rozwoju.
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Wszyscy dokonujemy codziennie dziesiątków wyborów – od tych najdrobniejszych po wielkie życiowe decyzje. Zbieramy informacje o faktach towarzyszących naszym decyzjom. Zasięgamy rad i opinii bliskich. Przypominamy sobie podobne sytuacje z przeszłości i ekstrapolujemy z nich wskazówki na dziś. Staramy się przewidzieć konsekwencje naszej decyzji i to, jak ukształtuje ona przyszłość. Wreszcie przywołujemy to, co dla nas ważne, i sprawdzamy, czy decyzja temu właśnie służy.
W pośpiechu codzienności rzadko przeprowadzamy swoje decyzje świadomie, z takim rygorem i zaangażowaniem jak opisany wyżej. Polegamy na schematach, przyzwyczajeniach, szybkich i skróconych rozważaniach, pozwalamy, by większość pracy wykonała za nas podświadomość i wydajne procesy półświadome. Nie zasięgamy rad, nie przewidujemy świadomie konsekwencji ani nie badamy tego, co dla nas ważne. Póki decyzje, o których mowa, dotyczą drobnych codziennych spraw, ta metoda jest słuszna i skuteczna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do spraw kluczowych, wielkich decyzji stosujemy tę samą procedurę co do rozstrzygnięcia, co zjeść na śniadanie.
Nie będę zajmował się dziś całym procesem decyzyjnym. Chcę skupić się na jednym z jego aspektów, który jest kluczowy z punktu widzenia filozofii praktycznej (sztuki życia), w szczególności w jej stoickim wydaniu. Chodzi tu o określenie, co jest dla nas ważne, czyli o hierarchię przyświecających nam wartości.
Czy zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was najważniejsze w życiu? Co jest numerem jeden, za co gotowi bylibyście poświęcić wszystko inne? Może pomyśleliście teraz o rodzinie. Rodzina jest najważniejsza. Ale co rozumieć przez rodzinę? Czy wujek z Ameryki, którego widzieliście raz w życiu, też się do niej zalicza? Czy może chodzi o bliską rodzinę: partnera, dzieci, rodziców? Mogło przyjść wam też do głowy zdrowie – często mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. No właśnie: jeśli najważniejsze, to czy ważniejsze od rodziny? Czy wasze zdrowie jest dla was ważniejsze niż wasze dzieci? Wasz partner / wasza partnerka? Wasi rodzice? Wujek z Ameryki? A gdzie w tym wszystkim miejsce na pieniądze? Jasne, może to nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale pewna ich ilość jest potrzebna, byśmy my i nasze dzieci mieli co jeść. Gdzie je umieścimy? Czy wujek z Ameryki jest ważniejszy choćby od nich?
Na podstawie powyższego możemy stwierdzić, że wartości – a w szczególności relacje między nimi, ich hierarchia – to skomplikowany temat. Pewnie każdy z nas ma jakąś intuicję w tej kwestii. Potrafimy „wyczuć”, jaka jest właściwa odpowiedź na postawione powyżej pytania, i wiemy doskonale, że biedny wujek z Ameryki szczytu naszej listy nie osiągnie. Intuicje te nie są łatwo przekładalne na słowa. Nie jest tak prosto wypowiedzieć je w formie klarownych, logicznych argumentów, nie odwołując się do instancji: „tak jest, bo tak czuję”. W praktyce do podejmowania decyzji „tak czuję” nam wystarcza. Pojawia się jednak ważne i niepokojące pytanie: czy nasze intuicje w sferze wartości są poprawne? Co jeśli nasze „czucie” zwodzi nas na manowce? Co jeśli konsekwentnie wybieramy źle?
Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania i efektywnie umocnić nasze intuicje, możemy sięgnąć do stoickiej techniki namysłu nad wartościami i pracy z ich hierarchią. Celem ćwiczenia jest jawne zbudowanie tejże, regularne weryfikowanie jej poprawności, dostosowywanie jej w toku przemian naszego życia i jego priorytetów, planowanie dni pod kątem wartości, praktykowanie ich oraz regularne sprawdzanie, jak się z tej praktyki wywiązujemy. Poniżej skoncentruję się na pierwszym kroku, zaproponuję wam krótką procedurę oraz kilka kluczowych pytań, nad którymi warto się w jej trakcie pochylić.
Budowanie świadomej hierarchii wartości zacznij od swoich intuicji. Usiądź wygodnie z długopisem i kartką papieru i zanotuj hasłowo to, co dla ciebie jest ważne w życiu. Staraj się wypisać wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Śledź kolejność, w jakiej poszczególne myśli się pojawiają – możesz je po prostu ponumerować lub pisać w formie listy. Odłóż kartkę na bok, zajmij się swoimi codziennymi sprawami.
Jeśli masz trudności ze zwerbalizowaniem konkretnych wartości, istnieją pomoce do tego typu ćwiczeń: fiszki z nadrukowanymi nazwami wartości (rodzina, zdrowie, pieniądze itd.). Zamiast wypisywać listę z głowy, możesz zaopatrzyć się w nie i wybrać kilkanaście takich, które z tobą rezonują.
Wróć do swojej listy następnego dnia. Przeczytaj ją uważnie. Weź długopis i zacznij skreślać. Twoim celem jest skrócenie listy do pięciu najważniejszych wartości. Niech zostanie na niej to, co jest dla ciebie najcenniejsze. Jeśli coś skreślisz, to nie znaczy, że uznajesz to za nieważne, niewarte zachodu czy niedobre – odnotowujesz tylko, że dla ciebie są rzeczy ważniejsze. Skreślenie nie oznacza też, że od dziś całkowicie zaniedbasz ten aspekt życia. Gdy pozostaniesz z pięcioma, przepisz je „na czysto”, kartkę z długą listą wyrzuć albo schowaj głęboko do szuflady, odłóż długopis, zajmij się swoim dniem.
Kolejnego dnia wróć do swojej listy. Przed tobą ostatni krok, czyli uporządkowanie tych pięciu wartości od najważniejszej do najmniej ważnej. Przy czym „najmniej ważna” nie oznacza „nieważna”! Zastanów się, która z nich jest dla ciebie absolutnie kluczowa. Dla której poświęcisz pozostałe? To twoja wartość numer jeden. Porządkuj je dalej. Myśl przy tym o swoich celach i aspiracjach. Nie koncentruj się na tym, ile dziś każdej z nich poświęcasz czasu. Pytaj raczej: której z nich chciałbym / chciałabym poświęcać go więcej?
Tutaj może pojawić się wątpliwość: czasem najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale czasem najważniejsza jest praca, która daje nam środki do życia. Tak, wszystkie te wartości mają swój czas i miejsce – nie kwestionujemy tego. Pytamy: która ma mieć najwięcej miejsca? Oraz: jeśli musiałbyś / musiałabyś wybrać pomiędzy dwiema z nich, którą wybierzesz? W praktyce wszystkie z nich będziesz realizować; co więcej, będziesz też realizować wartości, które wczoraj skreśliłeś / skreśliłaś. Hierarchia ma nam służyć do określenia skali i rozstrzygania konfliktów, nie do zamykania się na wąski przedział doświadczeń.
Pracuj, aż uporządkujesz swoją listę. Może się zdarzyć, że była ona już od pierwszego dnia uporządkowana i twoje intuicyjne („co pierwsze przyszło mi do głowy”) ułożenie było ostateczne. Nie zakładaj jednak, że tak się stało. Sprawdź to w spokojnym namyśle. Przepisz swoją listę na czysto i zachowaj ją do przyszłej praktyki.
Nim podsumujemy nasze rozważania, chciałbym zwrócić waszą uwagę na trzy kluczowe pytania / koncepcje, które warto mieć na uwadze, pracując z hierarchią wartości.
Pierwsze z nich to pytanie: co jest dla mnie konieczne? Bez czego nie mogę żyć? Przykładowo: bez jedzenia nie będę mógł egzystować. W dzisiejszych czasach do zdobywania jedzenia służą pieniądze. Potrzebuję więc pewnej ilości pieniędzy, by egzystować – te zasoby są dla mnie konieczne. O konieczności sugerowałbym myśleć wąsko, to znaczy ograniczyć się faktycznie do tego, co jest niezbędne do biologicznego przetrwania naszego i tych, którzy od nas zależą. Nie mówmy więc: „koniecznie muszę pojechać na wakacje na Bahamy”, bo jakkolwiek byłyby one przyjemne i relaksujące, nie stanowią biologicznej konieczności.
Czy umieszczać to, co konieczne, na liście wartości? Tak, sugerowałbym to zawrzeć. Jeśli nie chcesz tego robić, staraj się przynajmniej mieć na uwadze, pracując z wartościami, że życie ma swoje konieczności, którym naturalnie będziesz poświęcać czas. Ja osobiście wprowadziłem do swojej hierarchii wartości pojęcie „zabezpieczenia zasobów”, w którym mieszczę kwestię koniecznych zarobków i utrzymania dobrego zdrowia.
Druga koncepcja dotyczy nadawania odpowiedniego priorytetu dbałości o siebie. Kto z was leciał samolotem, kojarzy zapewne wskazówkę, by w razie awarii najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku, które jest pod naszą opieką. Odruchowo możecie wypełnić swoją hierarchię wartości pięknymi, altruistycznymi ideami – uczono nas, że pomaganie innym i bezinteresowność są dobre, a dbanie o swoje interesy, jeśli nie złe, to przynajmniej podejrzane. Przełamcie ten schemat, przypominając sobie, że jeśli my sami nie będziemy w dobrym stanie, nie będziemy mogli służyć pomocą naszym bliskim.
To może powodować poważny dyskomfort, ale, myśląc o swoich wartościach, starajcie się ustawić priorytet na swoim dobrostanie. Jeżeli wasza psychika, wasze zdrowie, wasze życie nie będą w należytym porządku, to dla bliskich będziecie bardziej zawadą niż pomocą.
Trzeci aspekt to kwestia zobowiązań. W toku swojego życia podejmujemy przeróżne zobowiązania. Czasem robimy to jawnie, na przykład zatrudniając się do pracy i akceptując listę obowiązków. Czasem poprzez domniemanie – na przykład sprowadzając na świat dziecko. Warto pamiętać, myśląc o hierarchii wartości, o zobowiązaniach, które już podjęliśmy i które chcemy podjąć w przyszłości. Warto, by znalazły one swoje odzwierciedlenie na naszej liście.
Pamiętajmy przy tym, że zobowiązanie zobowiązaniu nierówne. Niektóre z naszych zobowiązań są nimi w słabym sensie. To znaczy, że jeśli uchylimy się od ich wykonania, istnieje wiele osób, które mogą je za nas podjąć. Świat się od tego nie zawali, nikt nie ucierpi. Przykładowo: jeśli jestem pracownikiem biurowym w wielkiej korporacji i wyjdę pewnego dnia z biura, trzaskając drzwiami, by już nigdy nie wrócić – świat się nie zawali. Inni podejmą moje zadania, z czasem zatrudnią kogoś na moje miejsce. To zobowiązanie w słabym sensie.
Niektóre zobowiązania możemy wykonać tylko my albo jest bardzo niewiele osób, które mogłyby się ich podjąć, a ich niewykonanie sprowadzi na kogoś innego cierpienie. Przykładem jest bycie rodzicem. Jeśli pewnego dnia wyjdę z domu, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą partnera czy partnerkę i dzieci, może nie znaleźć się nikt, kto podejmie moje obowiązki, a moje odejście najpewniej wyrządzi realną szkodę opuszczonym dzieciom. Jako rodzic jestem – do pewnego stopnia – niezastąpiony w życiu mojego dziecka. To zobowiązanie w silnym sensie.
Naturalnie tej drugiej kategorii zobowiązań przypiszcie wyższą wagę niż pierwszej. Upewnijcie się, że wasza hierarchia wartości pozwala wam je spełnić, bo nikt inny tego za was nie zrobi.
Przeniesienie naszej hierarchii wartości ze sfery intuicji do sfery rozumnego namysłu to proces, który wymaga czasu i wysiłku. Samo jej wstępne zbudowanie zajmuje kilka dni – a to dopiero początek przygody. Kiedy mamy ją dostępną, możemy zacząć w praktyce testować, czy nasze życie i nasze intuicje zgadzają się z wnioskami, do których doszliśmy. Nasze rozważania miały w sobie aspekt tworzenia pewnej teorii; następnie przychodzi moment sprawdzenia jej w codziennym doświadczeniu.
Przy pierwszym spojrzeniu może to wydawać się skomplikowane i przytłaczające. Nie wątpię jednak, że gdy zabierzecie się do tego procesu, szybko zorientujecie się, że jest on nie tylko łatwiejszy, niż się wydaje, lecz także że niesie w sobie wiele satysfakcji. Ostatecznie wszystkie te kroki prowadzą nas do próby odpowiedzi na jedno proste pytanie, z którym was dzisiaj zostawię: Jaka jest twoja hierarchia wartości?
Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?
To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?
Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?
Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.
Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?
Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.
Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.
Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.
Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?
Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.
To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji: Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?
Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa: Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?
No i wreszcie: Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
Aby być szczęśliwym, swoje cele i pragnienia powinienem lokować tylko pośród rzeczy ode mnie zależnych. Gdy tak uczynię, będę miał pełną kontrolę nad tym, by spotykało mnie to, czego pragnę, i bym uniknął tego, czego spotkać nie chcę. Oto esencja stoickiej dychotomii kontroli i – w pewnym uproszczeniu – stoickiej recepty na spokój ducha, a wraz z nim szczęśliwe życie.
Recepta niezwykle prosta: zrozum, co od ciebie zależy, a co nie. Zdecyduj, że pragniesz tylko tego, co od ciebie zależne. Skoro jest od ciebie zależne, masz to zawsze pod ręką, na życzenie. Nasuwa się jednak kilka pytań.
Sytuacje życiowe bywają skomplikowane i niejednoznaczne – jak mam rozpoznać, co i kiedy ode mnie zależy? Jak to „zdecydować, że tego pragnę”? To pragnienie jest decyzją? Czy to, że coś jest ode mnie zależne, oznacza, że zawsze mogę sobie to dać lub tego uniknąć? To nie zgadza się z moją intuicją! Co z czynnikami zewnętrznymi? Czy nie we wszystkim, co robimy, działają inne siły?
Zacznijmy od pierwszego z pytań – jest najbardziej fundamentalne i jego klarowne zrozumienie pomoże nam w odpowiedzi na pozostałe dwa. W kwestii rozpoznania, co jest od nas zależne, a co nie, stoicyzm daje jasną i koncepcyjnie prostą odpowiedź. Sięgając do Epikteta:
Niektóre rzeczy leżą w naszej mocy, inne zaś nie. W naszej mocy leżą: osądy, dążenia, pragnienie, awersja, odwracanie się od rzeczy; innymi słowy, wszelkie nasze czyny. W naszej mocy nie leżą: ciało, majątek, reputacja, piastowane stanowiska, a więc to, co nie jest naszymi czynami.[1]
Naszym dziełem są stany naszego umysłu i ducha. To, co poza nie wykracza, nie jest od nas zależne. Zauważmy tu, że „zależy od nas” jest rozumiane bardzo wąsko – jako coś, co całkowicie od nas zależy i od niczego innego. Weźmy przykład ciała: większość z nas, według potocznego rozumienia, powiedziałaby, że nasze ciało jest od nas zależne. Czy jednak możemy aktem woli uleczyć chorobę? Czy możemy sprawić, by odrosła nam ręka? Nie. Ciało może zostać uwięzione przez innych ludzi, ciało może zostać przez nich zniszczone. Nie jest więc od nas w pełni zależne, czyli w stoickim rozumieniu jest od nas niezależne.
Tak drastyczne rozróżnienie może budzić sprzeciw współczesnego człowieka, który chce dopatrywać się kontroli tam, gdzie ma jej choć trochę. Nie będę tu polemizował z tym podejściem; dodam tylko na marginesie, że niektórzy współcześni stoicy mówią o trychotomii kontroli, dodając „rzeczy od nas częściowo zależne”.[2]
Zerknijmy od razu na trzecie z pytań, jako że powyższe uściślenie rozumienia tego, co zależne i co niezależne, odpowiada na nie. W rozumieniu stoickim to, co ode mnie zależne, jest zawsze pod moją kontrolą i tylko moją. Mogę to dowolnie zmienić; nikt inny nie może tego zmienić ani zaburzyć bez mojego przyzwolenia. Tam, gdzie czynniki zewnętrzne mają choć odrobinę sprawczości, sprawa nie jest od nas zależna. W szczególności wynik naszych działań nigdy nie jest od nas zależny!
Jako ostatnie rozważmy pytanie drugie. Czy pragnienia są kwestią wyboru? Prawdopodobnie intuicja podpowie większości z nas, że nie – pragnienia nie są kwestią wyboru. Pragniemy pewnych rzeczy i możemy te pragnienia zaspokoić (ulec im) albo ich nie zaspokoić (powstrzymać się lub pokonać pragnienie). Większość z nas pewnie stwierdzi też, że pragnienia należy zaspokajać, o ile nie szkodzą innym.
Stoicki punkt widzenia na tę kwestię jest diametralnie odmienny. Choć stoicy zgodzą się, że w momencie, w którym poczułem pragnienie, mam dwie wymienione powyżej opcje, to nie zgadzają się, że długofalowo pragnienia są poza naszą kontrolą. W skrócie: nie musisz pragnąć tego, czego pragniesz. To kwestia wyboru. Pragnienie jest jednym z przekonań, które żywimy – a może ma źródło w przekonaniu. Jest to przekonanie typu: „X jest dla mnie dobre”, gdzie X to coś, czego pragnę. Tu intuicyjnie nie ma kłopotu: jeśli jestem przekonany, że coś jest dla mnie dobre, to tego pragnę.
Haczyk tkwi w tym, że możemy modyfikować nasze przekonania. Możemy zmienić przekonanie „X jest dla mnie dobre” na przekonanie „X jest dla mnie obojętne”, „X jest dla mnie złe” lub „X jest dla mnie dobre, ale stoi w sprzeczności z Y, które jest dla mnie lepsze”. Wraz z taką zmianą następuje zmiana pragnień. Jeśli coś uznajemy za złe lub obojętne – nie pragniemy tego. Z dwóch wykluczających się opcji pragniemy tej, która jest bardziej wartościowa.
Czy proces takiej zmiany jest prosty? Nie – to czasochłonna i trudna praca, która przynosi czasem mieszane rezultaty. Nasze przekonania to skomplikowana plątanina, której niemała część pozostaje na co dzień skryta przed nami w podświadomości. Świadomie możemy mieć przekonanie, że zdrowa dieta jest ważniejsza niż smak pączków, ale podświadomie możemy nadal głęboko wierzyć, że pączki są dla nas najlepsze. Póki nie dotrzemy do tego nieświadomego przekonania i go nie podważymy, wciąż będziemy – od czasu do czasu – odczuwać pragnienie zjedzenia pączka. Zmiana jest więc trudna, ale możliwa.
Zależne są od nas nasze decyzje, pragnienia i sądy. To na nich powinniśmy się skoncentrować, jeśli chcemy osiągnąć zadowolenie i szczęście. Jeżeli naszym pragnieniem będzie podejmowanie dobrych decyzji i wydawanie trafnych sądów, to jego spełnienie znajdzie się całkowicie w naszych rękach. Nikt nas nie powstrzyma przed osiągnięciem spełnienia, nikt nam go nie odbierze. Jeśli pragnąć będziemy zdrowia, pieniędzy, sławy, pozycji społecznej czy miłości – spełnienie znajdzie się w rękach losu i przypadku. Czasem go dostąpimy, czasem nie będzie nam dane – będziemy mieć poczucie braku kontroli nad własnym szczęściem, a to może przywieść nas do frustracji, lęku, wstydu i całego anturażu trudnych emocji, które staną się naszą codziennością.
Bibligrafia:
[1] Epiktet. Wybrane diatryby i Encheiridion. Gliwice: Helion, 2021.
[2] William B. Irvine. Przewodnik dobrego życia. Starożytna sztuka stoickiej radości. Wydawnictwo Aktywa, 2023.
Newsletter
Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.
W artykule omówiono różne aspekty wolności z perspektywy etyki stoickiej. Istotne są: wolność sumienia, wyrażania myśli i słowa, które wspierają refleksyjność jednostki. Zidentyfikowano zagrożenia dla wolności, takie jak nieumiarkowanie czy wewnętrzne ograniczenia. Poruszano również role innych rodzajów wolności w kontekście osobistej i społecznej refleksji.
W poprzednim artykule zdefiniowaliśmy etykę stoicką i pokazaliśmy jak można wywieść z niej hierarchię wartości. Dzisiaj zagłębimy się w temat wolności. Rozważymy go z dwóch perspektyw: indywidualnej i społecznej. Zastanowimy się, jakie są jej przejawy, czy i dlaczego jest ona dobra i co jest dla niej zagrożeniem.
Dla przypomnienia fundamentalną tezą etyki stoickiej jest: dobrym jest to, co zwiększa refleksyjność w świecie. Dodane 8 kwietnia 2025: Wolność jednostki to stan jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości. Decyzyjność to stan zdolności do podejmowania decyzji. Sprawczość to stan zdolności do podejmowania działań zmierzających do urzeczywistnienia decyzji. Wolność społeczeństwa to suma wolności jego członków.
Rodzaje wolności
Wolność przejawia się w wielu postaciach i może być różnie rozumiana. Na potrzeby tej dyskusji nazwę i zdefiniuję kilka rodzajów wolności, które są powszechnie znane i nie budzą kontrowersji. Poddam je analizie w kontekście etyki stoickiej, by stwierdzić czy kwalifikują się jako dobro.
Wolność słowa Oznacza swobodę wypowiadania myśli, poglądów, pragnień i opinii, odbywającą się na piśmie, w mowie czy z użyciem innych form ekspresji. Swoboda oznacza brak kary, zagrożenia karą i lęku przed karą przy podejmowanie wymienionych aktywności. Przykładowe ograniczenia tej wolności: państwowe: cenzura artykułu w gazecie, społeczne: powszechnie uznawany za temat tabu, wewnętrzne: autocenzura wywołana toksycznym wstydem.
Wolność sumienia Oznacza swobodę do posiadania myśli, fantazji, emocji, ocen, moralności, wartości, refleksji, seksualności i decyzji. Nie dotyczy wyrażanie tych stanów wewnętrznych, tylko ich odczuwania. Przykładowe ograniczenia tej wolności: państwowe: indoktrynacja ideologiczna, grożąca karą za odstępstwa w myśleniu, społeczne: określanie pewnych preferencji seksualnych jako złych, wewnętrzna: tłumienie emocji, uważanych za niewłaściwe.
Wolność wyznania Oznacza swobodę do braku wiary, wiary w dowolne bóstwa lub ich nieistnienie, uznawania dowolnej etyki lub filozofii, a także do ich wyrażania i praktykowania. Jest połączeniem wolności słowa i myśli, w kontekście rozumienia szeroko pojętej duchowości. Przykładowe ograniczenia tej wolności: państwowe: zakaz wyznawania konkretnej religii, społeczne: wypędzanie wyznawców innej religii ze społeczności, ekonomiczne: zakazywanie handlu przedstawicielom danego wyznania, wewnętrzne: przyjmowanie bez kwestionowania religii rodziców.
Wolność poruszania się Oznacza swobodę do przemieszczania się, wyboru miejsca pobytu, podróżowania i wędrowania, z użyciem dowolnego środka transportu. Przykładowe ograniczenia tej wolności: państwowe: zakaz przekraczania granicy państwa, społeczne: przemoc wobec obcych na ulicy, ekonomiczne: brak środków na opłacenie podróży, wewnętrzne: lęk przed wyjściem z domu.
Wolność cielesna Oznacz swobodę do decydowania o swoim ciele, jego życiu, modyfikacjach, uszkodzeniach, poruszeniach, wyglądzie, także wolność od uszkodzenia i krępowania ciała przez osoby trzecie. Jest to udzielna władza nad ciałem i jego członkami. Przykładowe ograniczenia tej wolności: państwowe: zakaz przerywania ciąży, społeczne: pobicie do nieprzytomności przez opryszków na ulicy, wewnętrzne: obsesyjne objadanie się pomimo chęci utraty wagi.
Wolność ekonomiczna Oznacza swobodę posiadania, gromadzenia i zachowania dóbr materialnych, oraz ich wymiany z innymi, także swobodę zatrudniania i bycia zatrudnionym za wynagrodzeniem. W dobra materialne włączam także własność intelektualną. Przykładowe ograniczenia tej wolności: państwowe: zakaz sprzedaży papierosów nieletnim, społeczne: obrabowanie mieszkania przez złodzieja, ekonomiczne: inflacja zmniejszająca wartość oszczędności, wewnętrzne: zakupoholizm.
Wolność z perspektywy jednostki
Stoickimi imperatywem etycznym jest zwiększanie refleksyjności w świecie, rozważając wolność z perspektywy jednostki, dla uproszczenia zawęzimy to kryterium do osobistej refleksyjności. Jej globalne aspekty rozważmy w ramach omówienia perspektywy społecznej. Różne wolności nie są jednakowo istotne dla refleksyjności jednostki, przykładowo wolność sumienia jest istotniejsza niż wolność przemieszczania się. Uszeregowałem je wstępnie według istotności i w tej kolejności omówię ich wpływ na refleksyjność
Fundamentem naszej refleksyjności jest wolność sumienia. Oznacza ona swobodę umysłu do przetwarzania informacji, decydowania, wyciągania wniosków – czyli bycia refleksyjnym. Ograniczenie tej wolności będzie godzić w naszą refleksyjność. Dobra wiadomość jest taka, że świat zewnętrzny nie zagrozi naszej swobodzie w tym zakresie, o ile mu na to nie pozwolimy. Zła wiadomość jest taka, że jej największy wróg czai się tuż, tuż – to my sami, a konkretnie nasz mózg.
Kojarzycie stan w chorobie, gdy myśli się plączą, trudno przypomnieć sobie fakty, wyciąganie wniosków i rozumienie są powolniejsze i ospałe? W tym stanie wolność myślenia jest ograniczona. Nie tracimy całkowicie zdolności refleksji, ale ich wydajność i poprawność spadają. Więc jest dobrym utrzymywanie ciała w zdrowiu, a gdy zachorujemy leczenia go. Naturalnie od czasu do czasu złapie nas przeziębienie czy inna infekcja, tego nie kontrolujemy. Inaczej sprawa się ma, gdy sami doprowadzamy się do takiego stanu: kiedy zaniedbujemy higienę snu, nie wysypiamy się i chodzimy zmęczeni, funkcjonowanie refleksyjności jest upośledzone. Kiedy jesteśmy pod wpływem alkoholu, tracimy wiele z wolności myśli, funkcjonowanie umysłu jest głęboko zaburzone – jakość i ilość naszej refleksyjności maleje. Gdy odczuwamy objawy kaca, zaburzenie trwa nadal – tracimy jeszcze więcej wydajności myślenia. Przykłady można mnożyć: od bezmyślnego gapienia się w telefon, do wstrzykiwania w żyłę heroiny – takie zachowania obniżają zdolność do refleksji, a decyzje o podejmowaniu ich są błędne.
Kojarzycie stan jasności myśli przychodzący po intensywnym wysiłku albo po dobrze przespanej nocy? Odpowiedzi na trudne pytania zjawiają się same, skomplikowane problemy upraszczają się i znajdujemy na nie rozwiązania, myśli, które nas nawiedzają, możemy przepracować i rozwikłać. To optimum funkcjonowania umysłu, czas, gdy wolność myśli osiąga maksimum. Jest korzystne dla refleksyjności, by jak najczęściej i jak najdłużej przebywać w tym stanie. Czy można w nim być nieustannie? Nie, z upływem czasu nasza energia się wyczerpuje, tracimy klarowność myśli. Póki nauka nie osiągnie przełomu w medycynie wydajności, lepiej pogodzić się z cyklicznością, której poddane są nasze ciała. Nie oznacza to, że powinniśmy spocząć na laurach, jest wiele działań, które możemy podjąć, by maksymalizować optimum funkcjonowania, przedłużać je i czynić częstszym. Po pierwsze, unikajmy tego, co szkodzi wolności myśli. Po drugie, dbajmy o zdrowie, ruch i wysiłek, dobre odżywianie, aktywne znajomości oraz uśmiech i radość życia. Po trzecie, twórzmy rutyny sprzyjające pracy mózgu: stałe pory snu, jedzenia, refleksji, lektury i tak dalej. Filozofia stoicka oferuje praktyki i ćwiczenia, których celem jest maksymalizowanie naszej refleksyjności. Warto z nich skorzystać! Wiele narzędzi terapii poznawczo-behawioralnej wywodzi się ze stoickich praktyk.
Czy mieliście kiedyś sytuację, gdy stłumiliście gniew, bo uznaliście, że nie powinniście go czuć? Czy zdarzyło się, że poczuliście wstyd z powodu fantazji seksualnej? Czy pojęliście decyzję, nie rozumiejąc, dlaczego taką właśnie? To kilka z setek sytuacji, w których sami ograniczamy naszą wolność sumienia. Może to być związane z oddziaływaniem naszej podświadomości, gdy pojawiają się emocje i decyzje, niewynikające ze świadomych procesów myślowych. Inna możliwa przyczyna, to wychowanie: „nie wolno ci się złościć!”. Jeszcze inna to tematy tabu, zabronione nawet w myśli. Wszystko to szkodzi refleksyjności. Ograniczając te zjawiska w naszym funkcjonowaniu, odzyskujemy swobodę myśli. Sposobów jak to zrobić jest wiele. Stoicyzm oferuje kilka skutecznych praktyk, wiele oferuje terapia i różne formy autoterapii. Niejedno można uzyskać z prostej, szczerej rozmowa z drugim człowiekiem. Kilka sposobów, szczególnie wokół decyzji, można także znaleźć na tym blogu.
Nie można przecenić znaczenia wolności sumienia dla jakości naszej refleksji. Jeśli zostanie nam odebrana, to refleksyjność zginę wraz z nią. Jej umniejszenie umniejsza w nas dobro. Nie przychodzi mi do głowy przypadek, w którym warto byłoby ją ograniczać – jeśli ktoś taki zna, chętnie się dowiem! Jest najważniejszą ze wszystkich wymienionych, więcej, jest najważniejszą wartością w ogóle. Jest jak maska tlenową w samolocie, najpierw zakładamy ją sobie, byśmy byli w stanie pomóc innym. Wolność sumienia jest jak ta maska, tyle że powinniśmy ją nosić na co dzień, a nie tylko w razie awarii.
Blisko związana z wolnością sumienia jest swoboda ich wyrażania, czyli wolność słowa. Rozumiem ją szeroko, jako dowolną formę ekspresji idei, emocji, przemyśleń. Jej dobroczynny wpływ na refleksyjność jest podwójny: wyrażanie myśli pozwala je uporządkować oraz uzyskać informację zwrotną, która jest paliwem dla dalszej refleksji. Kiedy inni wyrażają swoje przemyślenia, my je odbierać i używamy jako punktów wyjścia do dalszych rozważań. W obu sytuacjach refleksyjność rośnie!
Czy zdarzyło wam się, że opowiadaliście o swoim pomyśle i w miarę postępu wypowiedzi, sami zaczynaliście lepiej go rozumieć? Mnie zdarza się to często przy pisaniu. Sam akt przelewania myśli na papier pozwala przeanalizować je z innej perspektywy. Spojrzeć na nie z zewnątrz i poddać krytyce. Mogą ją przetrwać lub się rozpaść, w obu przypadkach refleksja zyskała na jakości. Korzystanie w pełni z tej możliwości jest możliwe, wtedy gdy nie odczuwam strachu przed uzewnętrznianiem swoich myśli. Dla efektu nie ma znaczenia, jakie jest źródło strachu, czy jest to siła zewnętrzna (cenzura prawna lub społeczna) czy wewnętrzna (autocenzura). Jest ważne, wtedy gdy staramy się je usunąć.
Czy zdarzyło się wam, że czyjaś rada po wysłuchaniu waszego problemu, pozwoliła go skutecznie rozwiązać? Nie wszystko możemy dostrzec. Szczególnie gdy jesteśmy blisko problemu, tracimy perspektywę, gubimy się w utartych schematach. Wtedy w odblokowaniu naszej myśli pomaga informacja zwrotna. Niekoniecznie musi nam podawać rozwiązanie na tacy, wystarczy, że zainspiruje do świeżego spojrzenia na zagadnienie. Resztę zrobi nasz refleksja kwitnąca pod wpływem zwrotki. Aby taki scenariusz mógł się urzeczywistnić, druga osoba musi być wolna od strachu przed wyrażaniem opinii, tak jak to opisaliśmy w poprzednim paragrafie.
Czy zdarzyło się wam, że po przeczytaniu książki wiele godzin myśleliście o perypetiach bohaterów, analizowaliście ich decyzje i alternatywne warianty historii? Dzieła sztuki inspirują naszą wyobraźnię, otwierają nowe horyzonty i rodzą myśli, których wcześniej w głowie nie było. Jest w nich siła komunikowania idei (szczególnie w literaturze) oraz inspirująca refleksję złożoność i głębia. Są w niej pytania i emocje, których sobie nie uświadamialiśmy. Nie każda książka, obraz czy opera obudzą tak potężne siły w naszym duchu, ale wiele z nich to uczyni, zasilając pokłady refleksyjności. By tego dokonać, sztuka musi być wolna od cenzury, kulturowego tabu czy norm estetycznych. Wtedy ma największy potencjał. Każde ograniczenie, niezależnie od intencji, jest ciosem, osłabiającym jej magię.
Czy zdarzyło się wam zapłakać na pięknej arii w operze? Sztuka to nie tylko inspiracja dla myśli, to także źródło pobudzenie naszych emocji. Ci z nas, jak ja, którzy mają kłopoty z odczuwaniem emocji z powodu chorobliwej autocenzury, korzystają szczególnie z doznań estetycznych. Są to nowe wrażenia do zbadania, nowe odczucia, które wprowadzamy w nasz świat. Takie przeżycie zachęca do pogłębionej pracy nad sobą, do usuwania podświadomych barier i rozwijania emocjonalności. Zakładam, że dla ludzi z emocjami zaprzyjaźnionymi, sztuka pogłębia ich zrozumienie i również stymuluje refleksyjność. Czyhają na nią te same zagrożenia jak w poprzednim paragrafie.
Szczególnym przypadkiem wolności słowa, połączonym z wolnością sumienia jest wolność wyznania. Nie będę się nad nią osobno rozwodził, dla indywidualnej refleksji wszystko, co jej dotyczy, zostało pokryte w poprzednich punktach – to się zmieni, gdy przejdziemy do refleksji społeczeństwa.
Za zdolność do zabezpieczania swego bytu odpowiada wolność ekonomiczna. To swoboda do posiadania, kupowania, sprzedawania i produkowania dóbr (w tym własnego czasu oraz własności intelektualnej). Współcześnie jest mylnie rozumiana jako mandat, by posiadać więcej: mamy wolność ekonomiczną, a to znaczy, że możemy mieć więcej. To jest półprawda, bowiem prawdą jest też stwierdzenie odwrotne: mamy wolność ekonomiczną to znaczy, że możemy mieć mniej, tyle ile nam potrzeba i nie więcej. Nie jest wolnym ekonomicznie ten, kto nie może przestać gromadzić coraz więcej!
Korzyści z wolności ekonomicznej to, przede wszystkim, zapewnienie sobie przetrwania – kto umrze z głodu, niczego refleksji nie podda. Więcej, kto musi walczyć o zapewnienie pożywienia i schronienia, nie ma zasobów na refleksyjne myślenie. Wolność do zapewnienia podstawy egzystencji jest niemal równie ważna, jak wolność sumienia. Dla człowieka jest niezwykle istotne, by miał swobodę zadbania o swoje podstawowe potrzeby. Jak może to osiągnąć, nie jest szczególnie istotne dla końcowego efektu.
Drugim progiem wolności ekonomicznej, która uwalnia refleksyjność, jest bezpieczeństwo materialne. Czyli taki stan posiadania, który pozwala bez obaw patrzeć na naszą przyszłość ekonomiczną. Gdy nie musimy się lękać utraty pracy, bo mamy środki, by przetrwać czas poszukiwania nowej. Nie musimy się lękać kryzysów ekonomicznych, bo mamy zasoby, które możemy awaryjnie zmobilizować. Efekt takiego bezpieczeństwa nie jest tak uderzający, jak minimum egzystencjalnego, ale uwalnia nasze umysł i możemy poświęcić się refleksji, zamiast martwieniu się co przyniesie następny miesiąc. Także w czasie kryzysu mamy dzięki niemu więcej swobody myślenia.
Tak jak w przypadku większości wolności największym zagrożeniem dla wolności ekonomicznej jesteśmy my sami, a konkretnie nasze nieumiarkowanie i chciwość. Co początkowo jest wolnością, może przekształcić się w pułapkę nieustannej pogoni za więcej. Kluczem jest zrozumienie, że majątek wykraczający ponad progi opisane wcześniej, jest z punktu widzenia refleksyjności nieomal całkowicie bezużyteczny. Pieniądze wychodzące ponad próg bezpieczeństwa ekonomicznego, nie wnoszą nic do naszego życia, a czas poświęcony na ich zdobywanie, często jest stracony. Łatwo jednak popełnić błąd uogólnienia i na podstawie tego, jak ważne jest minimum egzystencjalne przypisani równie wielką wartość pieniądzom w ogóle. To krok w pułapkę nieumiarkowania, oddania się magii „więcej”, zamiast błogości „wystarczy”. Tak swoboda ekonomiczna się kończy, bo obsesja zarabiania nie jest żadną swobodą – jest więzieniem. Wolność zmienia się w swoje zaprzeczenie, które zamiast zwiększać naszą refleksyjność, ogranicza ją.
Umieszczenie wolności cielesnej tak nisko na liście może zaskakiwać. Jednak ze stoickiego punktu widzenia, jest to niespecjalny istotny aspekt naszej wolności, co pokrótce uzasadnię. Nie należy tego rozumieć, jako określenie tej wolności bezwartościową! Ma aspekty, które są istotne, choć w większości objawią się one w rozważaniach z perspektywy społeczeństwa.
Jej korzystny wpływ objawia się tam, gdzie idzie z pomocą innym wartościom, stanowiąc wsparcie i umożliwiając ich realizowanie. Kiedy nasze ruchu są ograniczone przez słabość ciała, nie jesteśmy zdolni realizować wolności poruszania się, aspektów wolności słowa oraz wielu przejawów wolności ekonomicznej. Nasz byt ekonomiczny może być zależny od wolności cielesnej, jeśli wykonujemy pracę fizyczną. Wolność cielesna jest fundamentem, na którym budujemy bardziej, a zdrowy fundament jest konieczny dla wzniesienia stabilnej budowli.
Kolejna korzyść z posiadania wolności cielesnej to poczucie kontroli, które nam daje. Sprawczość nad własnym ciałem pozwala nam z większą pewnością i spokojem myśleć o przyszłości. Strach nie jest dobrym kompanem dla refleksyjności i jeśli żyjemy w lęku o siebie – przed napaścią na ulicy, niechcianą ciążą etc. – trudno jest zmobilizować zasoby umysłu do zajmowania się abstrakcjami. Jest to podobna sytuacja jak z wolnością ekonomiczną, gdzie, póki martwimy się o jedzenie i czynsz, nie zgłębiamy zawiłości filozofii.
Wolność cielesna ma potencjał, by przerodzić się w swoje zaprzeczenie. Zagrożenie to nie płynie z zewnątrz, tylko czyha w nas. Czasem jest to choroby, którą można i warto leczyć – otyłość olbrzymia, depresja etc. Czasem to choroby uzależnienia – od alkoholu lub innych narkotyków. Wtedy sprawa jest prosta – jestem chory, więc się leczę, leczenie bywa trudne, czasochłonne i nie zawsze skuteczne, ale nie ma wątpliwości, że jest konieczne. Częściej mamy podobne działania, które nie mają postaci chorobowej, są wadami charakteru: niesystematyczności diecie i ćwiczeniach fizycznych prowadząca do nadwagi, używanie substancji psychoaktywnych by emocje i się zrelaksować. W obu przypadkach twierdzimy, że realizujemy swoją wolność (do jedzenia, picia, palenia, zażywania tego, na co mamy ochotę), podczas gdy swoją wolność drastycznie ograniczamy. Nadwaga to ryzyko chorób naczyniowych, co prowadzić do przedwczesnej śmierci, a wcześniej do gorszego ukrwienia i funkcjonowania mózgu. Alkohol to czynnik ryzyka wielu chorób, ale przede wszystkim narkotyk upośledzający funkcje mózgu zaraz po spożyciu i w kolejnych dniach na kacu. Dodatkową kategorią, która może, acz nie musi być chorobą, to obsesja na punkcie wyglądu: nieustające kształtowanie sylwetki, bo nigdy nie jest dość dobra, liczne operacje plastyczne, bo nie akceptujemy w pełni swego ciała, anoreksja itd. – większość z nich może być nieszkodliwa, ale każde ma potencjał, by skraść nasze myśli w stopniu upośledzającym refleksyjność.
Ostatnie miejsce w hierarchii zajmuje wolność poruszania się, zazwyczaj obojętna dla refleksyjności. Tylko ekstremalne przypadki jej ograniczenia – np. lęk przed wyjściem z domu – poważnie szkodzą naszemu funkcjonowaniu intelektualnemu. Z drugiej strony, rzadko bywa korzystna, zazwyczaj jest dla nas po prostu obojętna.
Poznawanie innych kultur, kontakt z ludźmi z odmiennym spojrzeniem na świat, nauka nowych języków – to elementy, które niosą pewien pożytek dla naszego myślenia, poszerzają horyzonty. Podróżowanie zorientowane na chłonięcie takich aspektów jest korzystne i im więcej wolności, by ich doświadczać tym lepiej dla refleksyjności. Aby z tego dobrze korzystać, warto zadać sobie pytanie po podróży: czego mnie nauczyła? Jeśli nie potrafimy odpowiedzieć albo odpowiedź brzmi: niczego, spójrzmy krytycznie na nasze podróże, bo mogą być zwykłą stratą czasu.
Każdy z nas potrzebuje wypoczynku. Jest on niezwykle istotny dla refleksyjności, szczególnie gdy jest aktywny, pozwala oczyścić umysł, poukładać w głowie przemyślenia, nad którymi pracujemy. Regeneruje nasze zasoby energii. Pomaga w tym oderwanie się od codziennego otoczenia, które dystansuje nas od codziennych bolączek i natłoku spraw. W tym kontekście wolność przemieszczania się jest korzystna dla refleksyjności. Kwestią otwartą jest, jak daleko musimy się udać? Czy ma znaczeni, czy pojedziemy na Bahamy, czy do Białegostoku?
Brak wolności poruszania się stanowi problem w ekstremalnych formach, a także, gdy łączy się z trudnościami ekonomicznymi czy brakiem innych swobód, czyli jeśli odbiera nam możliwość wykorzystania innych wolności z listy. Na takie niebezpieczeństwa warto zwracać uwagę. Przemieszczanie się rzadko stanowi problem samo w sobie, o ile nie przerodzi się w obsesję, potrzebę nieustannego bycia w ruchu i niemożność pozostania w miejscu. Zdarza się to rzadko. Wolność poruszania się pozostaje wartością dającą niewielkie zyski i niosącą niewielkie ryzyko.
W tym miejscu zatrzymajmy nasze rozważania. Podejmiemy je w kolejnym artykule, omawiając temat wolność a dobro społeczeństwa oraz badając na kilka popularnych poglądów na temat wolności.
Aron Anderson w swojej prezentacji omawia trzy kluczowe zasady: wzięcie odpowiedzialności za rzeczywistość, zdobycie właściwej perspektywy oraz przyjęcie wdzięczności w życiu. Inspirując się myślami Marka Aureliusza i Epikteta, akcentuje znaczenie akceptacji losu i skupienia na tym, co zależy od nas, by osiągnąć spokój ducha.
Dziś chciałem poświęcić nieco uwagi ciekawej prezentacji Arona Andersona (anglojęzyczna): https://www.youtube.com/watch?v=kLnd1UGMLrw&t=609s&ab_channel=TEDxTalks Moim zamiarem jest ująć myśli w niej zawarte w kontekście doktryny stoickiej, ubarwiwszy je odrobinką własnych doświadczeń. Niech naszym przewodnikiem będzie myśl Marka Aureliusza (punkt 2 pomijam jako nieistotny dla tych rozważań): „Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy: 1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego; (…) 3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy; 4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”
Teraz zerknijmy na 3 elementy z prelekcji pana Andersona:
Take ownership (weź odpowiedzialność/zaakceptuj prawdę) Pierwszy z trzech punktów to wzięcie odpowiedzialności, lub inaczej akceptacja rzeczywistości. Koncepcja, którą poruszałem w niedawnym wpisie, do której będę niejednokrotnie wracał, bo uważam ją za fundamentalną. W cytacie z Marka Aureliusza mamy: „nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego”, to znaczy widzę rzeczywistość taką jaka jest, nie zniekształconą przez moje przekonania, nie oszukuję sam siebie, wiem jaka jest moim dziełem i moją odpowiedzialnością. Wiem co jest moją rolą w życiu, słowami Epikteta: „Pamiętaj, że jesteś aktorem w sztuce. Grasz postać zgodnie z wolą dramaturga. Jeśli sztuka jest krótka, to jest krótka; jeśli długa, to długa. Gdy dramaturg pragnie, byś odgrywał żebraka, nawet tę rolę graj dobrze, podobnie jak gdy jesteś kaleką, bogaczem lub przeciętnym człowiekiem. Na tym bowiem polega twoje zadanie, by dobrze odgrywać przypisaną ci rolę. Jej wybór należy do kogoś innego.” Epiktet, Enchiridion, 17 W moim osobistym doświadczeniu kluczowym elementem powrotu do rzeczywistości, było zaakceptowanie tego, że jestem uzależniony. Na bazie tej prawdy mogłem podejmować dobre decyzje i budować swoje życie na nowo. Prawda jest solidnym fundamentem. Kłamstwo jest piaskiem, na którym nie wzniesie się nic trwałego.
Get perspective (Zdobądź właściwą perspektywę) Drugi punkt Arona zgrywa się z 3 punktem Marka Aureliusz: „odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy”. Kiedy już zdobędziemy prawdziwy ogląd sytuacji, możemy rozgraniczyć to co od nasz zależy od tego co od nas nie zależy (fundamentalny stoicki podział świata na zależne i niezależne). Mając ten podział w ręku, możemy skoncentrować uwagę na tym co od nas zależne i kształtować to w najlepszy możliwy sposób. Może nie zależeć ode mnie, czy pozostał mi rok życia, jak w przypadku koleżanki, o której mówi Aron, ale zależy ode mnie w jakim duchu ten rok przeżyję. Nie mam gwarancji, że spełni się wszystko co sobie postanowię, ale mogę zagwarantować, że zrobię wszystko co w mojej mocy by tak się stało i że sukces i niepowodzenie przyjmę z jednakim spokojem ducha. To bardzo uwalniając perspektywa, słowami Marka Aureliusza: „Jeśli za dobre i złe uznamy tylko rzeczy zależne od naszego wyboru, nie będzie powodu do obwiniania bogów lub okazywania wrogości innym ludziom.” Marek Aureliusz, Rozmyślania, 6.41 Właściwa perspektywa wyswobadza nas od zawiści, złorzeczenia na los, użalania się. Uwalnia nas do czynienia tego co dobre i ważne. W moim doświadczeniu, zrozumienie: że jest ode mnie niezależne to, że mój mózg jest uzależniony od alkoholu (w AA powiedziano by: jestem bezsilny wobec alkoholu); że alkohol funkcjonuje i będzie funkcjonował w społeczeństwie; pozwoliło mi się skoncentrować na tym co jest ode mnie zależne: na nie przebywaniu w towarzystwie pijących, nie tolerowaniu alkoholu w moim domu, pilnowanie by być wypoczętym, najedzonym, spokojnym, nie samotnym (tzw. HALT) i szeroko mówiąc przestrzeganie zasad i zaleceń, uczestniczeniu w terapiach i praca nad sobą. Karty zostały rozdane, rola przydzielona, a do mnie należy zagrać najlepszą możliwą partię.
Embrace gratitude (amor fati, umiłowanie losu, wdzięczność) Ostatni punkt Arona zbiega się z ostatnim punktem Marka Aureliusza: „przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”. Stoicy wzywają do pełnej akceptacji naszego losu. Więcej jeszcze, do pragnienia tego co los nam zsyła i niczego innego: „Nie pragnij, by wszystko toczyło się zgodnie z twymi oczekiwaniami. Zamiast tego chciej, by wydarzyło się to, co rzeczywiście się wydarza. Wtedy twe życie będzie upływać pomyślnie.” Epiktet, Enchiridion, 8 Tak jak Aron mówi w swoim materiale, nie trudno być wdzięcznym gdy świat nas pieści, trudności pojawiają się wtedy gdy los się od nas odwraca. Sztuka (sztuczka) polega na tym, żeby przestać rozróżniać te dwa stany. To znaczy akceptować i przyjmować z wdzięcznością nasz los tak jak leci. Epiktet mówi: wszystkie twoje pragnienia mogą się spełnić, jeśli tylko zawsze będziesz pragnął dokładnie tego co ci się przydarza. Bardzo trudna sztuka, mi samemu daleko jest do jej realnego praktykowania. Zbliżam się do akceptacji losu, a i to jeszcze nie w pełni, umiłowanie wciąż przede mną. Jest to jednak ważne i w połączeniu z poprzednimi punktami stanowi jedną z możliwych dróg do spokoju ducha. Słowami Epikteta: „Dwie cechy sprawiają, że łatwo jest chwalić opatrzność za wszystko, co może się przydarzyć. Te cechy to: kompletny ogląd tego, co rzeczywiście wydarzyło się w danej sytuacji, i poczucie wdzięczności. Jaki jest sens oglądu bez wdzięczności? Co jest obiektem wdzięczności bez oglądu?” Epiktet, Diatryby, 1.6.1-2 Wdzięczność i prawdziwy ogląd czynią nasze spojrzenie na świat kompletnymi. Z mojego doświadczenia, a jak wspomniałem ta droga trwa, jest we mnie wiele wdzięczności za wspaniałych ludzi w moim życiu, za trzeźwy umysł, za wspaniałe czasy w których żyje, które oferują tak wiele możliwości rozwoju. Ale jest wciąż wiele gniewu i niezgody: na stracone lata, na rolę, którą alkohol pełni w naszym społeczeństwie etc.. Wciąż jeszcze przede mną, zrozumienie co w tym jest faktycznie w moje mocy a co nie, co mogę zmienić, a co warto zaakceptować by pewnego dnia pokochać.
PS.: Pozdrowienia dla Karola Klęczka za polecenie TEDx’a!