Blog

Religia a filozofia w procesie wychodzenia z uzależnienia i nie tylko. Część 1

Elementy praktyki religijnej bywają częścią procesu zmian, jaki zachodzi podczas wychodzenia z nałogu. Trzeźwiejące osoby uzależnione niejednokrotnie zwracają się w kierunku religii i koncepcji Boga w nadziei uzyskania wsparcia w trudnym okresie początkowej abstynencji oraz na dalszej drodze trzeźwości. Temat ten jest znany i choć współcześnie terapia kładzie nacisk na pojęcie „duchowości” zamiast na pojęcie „wiary”, nie zmienia to faktu, iż zorganizowane religie mają swój udział w zdrowieniu wielu osób.

Odwołania do Boga płyną zresztą nie tylko ze strony organizacji religijnych. Największa na świecie grupa samopomocowa, wspólnota Anonimowych Alkoholików, ma wpisane w swoje założenia pojęcie Boga. W jej programie 12 kroków czytamy między innymi:

  • Krok 3: „Podjęliśmy decyzję, aby powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, tak jak Go rozumieliśmy”.
  • Krok 5: „Wyznaliśmy Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi istotę naszych błędów”.
  • Krok 6: „Staliśmy się całkowicie gotowi, żeby Bóg usunął wszystkie te wady charakteru”.

Podobny duch pobrzmiewa i w pozostałych krokach. Pomimo zastrzeżenia z kroku trzeciego: „tak jak Go rozumieliśmy”, trudno nie dostrzec w tej strukturze silnych inspiracji religijnych.

Obecność koncepcji powiązanych z wiarą w dziedzinie leczenia uzależnień jest faktem. Pomimo że terapia jako taka stroni od odwołań do Boga i religii, to motywy te przewijają się w grupach wsparcia i w doświadczeniach wielu trzeźwiejących alkoholików. W dzisiejszym artykule chciałbym zaproponować pewną interpretację roli, jaką religia może pełnić w tym procesie oraz zasygnalizować, w jaki sposób rolę tę może przejąć świecka filozofia.

W toku tego wywodu zaproponuję interpretację religii jako nurtu filozoficznego opartego na konkretnych aksjomatach. Zestawię ją z nurtami filozofii życia, wskazując na podobieństwa, jak i różnice w zbiorze podstawowych założeń. Następnie rozważę zasadniczą różnicę między nimi, płynącą z rozbudowanej struktury organizacyjnej, jaką zwykle posiada religia – pochylę się nad zaletami i zagrożeniami płynącymi z jej istnienia. Na koniec zasygnalizuję, jak osoby odrzucające aksjomaty religijne mogą wykorzystać filozofię do wsparcia swojego procesu zdrowienia oraz w których aspektach muszą sięgnąć do pozafilozoficznych środków.

Nim przejdziemy do treści wywodu, pragnę jasno powiedzieć, iż nie sugeruję, iż religia lub filozofia mogą zastąpić terapię uzależnień. Cały poniższy wywód tyczy się osób, które są w terapii i realizują jej założenia, a elementy filozoficzne, religijne czy samopomocowe są elementem wspierającym ten proces. Jeżeli nie chcesz iść na terapię i liczysz, że religia bądź filozofia ją zastąpią, to się mylisz i popełniasz błąd – w świetle współczesnej wiedzy medycznej terapia uzależnień jest najlepszą szansą na walkę z nałogiem.

Podobieństwo między filozofią (szkołą filozoficzną) a religią

Celem tego rozdziału nie jest dowodzenie twierdzenia, że religia i filozofia to to samo. Celem jest wskazanie, że są pewne istotne podobieństwa w konstrukcji i celach wiary religijnej oraz filozofii jako sztuki życia. Na tychże podobieństwach będę się koncentrował, pomijając różnice, jakie niewątpliwie występują między tymi dwiema kategoriami. Kilka z tych różnic poruszę w drugiej części artykułu. Szczególną uwagę będę poświęcał tym podobieństwom (i tym różnicom), które w mojej opinii są istotne dla procesu trzeźwienia i w tym kontekście ostatecznie chcę o nich mówić.

Nie ma ambicji definiowania religii i filozofii ani roztrząsania subtelnych różnic między nimi. Do dzisiejszych rozważań wystarczy powszechna intuicja pojęcia religii. Dodam do niej tylko propozycję prostych aksjomatów leżących u jej podstaw i określę kilka sfer życia, które organizuje, a które są istotne dla pracy nad uzależnieniem.

Filozofii jako sztuce życia poświęcę więcej miejsca, ponieważ jej intuicyjne rozumienie byłoby dla naszych rozważań mylące. Naświetlę więc moje rozumienie tego pojęcia, tak aby nie pomylono go przypadkiem z filozofią akademicką czy historią filozofii, które nie mają specjalnego zastosowania do poniższych rozważań.

Prosty model filozofii (szkoły filozoficznej) i religii

Założeniem modelu jest, iż zarówno filozofie życia, jak i religie opierają swoje twierdzenia na pewnym zbiorze aksjomatów, czyli zdań logicznych, które są uznawane za prawdziwe bez dowodu. Zdaniom tym mogą towarzyszyć pojęcia pierwotne, czyli słowa, które przyjmujemy bez definicji i uznajemy je za w pełni zrozumiałe, mimo to. Na całą resztę systemu myślowego możemy patrzeć jako na zdania wywnioskowane z systemu aksjomatów i pojęć pierwotnych przy pomocy reguł wnioskowania.

Takie spojrzenie jest uproszczeniem i „matematyzacją” zarówno filozofii życia, jak i religii. Nie odnosimy się tu do źródeł aksjomatów i możliwości (lub jej braku) ich weryfikacji. Nie odnosimy się też do źródeł reguł dowodzenia i innych fundamentalnych pytań filozoficznych. Są to ważne i trudne pytania, ale na potrzeby dzisiejszego wywodu pominiemy je, świadomi, że dokonujemy uproszczenia.

Religia

W tym prostym modelu religię możemy rozumieć jako model myśli oparty na przyjęciu dwóch aksjomatów:

  • Istnieje Bóg (lub bogowie).
  • Bóg i jego właściwości są opisane przez konkretną świętą księgę.

Można sobie wyobrazić nurt myśli, który przyjmuje tylko pierwszy aksjomat – wiara w Boga bez odnoszenia się do żadnego religijnego tekstu. Może też być konieczne dodanie kolejnych aksjomatów, na przykład, katolik doda jeszcze aksjomat: Kościół Rzymski zna jedyną właściwą interpretację świętej księgi.

Jeśli ten system wydaje się wam podejrzanie prosty, to uspokoję was, iż taki wcale nie jest. Jeśli spojrzymy uczciwie na drugi z aksjomatów, to szybko dojdziemy do wniosku, że to tak naprawdę tysiące zdań, których prawdziwość przyjmujemy bez dowodu – wszystko, co napisano w świętej księdze, samo staje się aksjomatem! Badanie tego zbioru, tego, czy jest, czy nie jest wewnętrznie sprzeczny, to jedno z zadań teologii, na temat którego napisano wiele opasłych tomów.

Filozofia życia

Poświęćmy teraz nieco uwagi filozofii życia. Jest to istotne o tyle, że współczesne rozumienie słowa „filozofia” jest dalekie od tej koncepcji, co prowadzi do nieporozumień, jeśli używane jest bez dodatkowego komentarza – miałem okazję się o tym przekonać w kilku interesujących dyskusjach.

W skrócie, ale treściwie: filozofia życia to praktykowanie podejmowania dobrych decyzji i dokonywania słusznych wyborów.

Jej trzy najważniejsze aspekty to:

Budowanie poczucia sensu: wiem, dlaczego robię raczej coś niż nic.

Tworzenie i realizowanie hierarchii wartości: mam na podorędziu hierarchię wartości, która pozwala mi sprawnie dokonywać codziennych wyborów.

Formowanie i ewolucja postawy etycznej: wiem, co dla mnie oznacza dobro i zło oraz jak tę wiedzę zastosować do rozwiązywania dylematów moralnych i kształtowania swojego charakteru.

Filozofia życia to nasze podejście do codziennych decyzji i tego, jak kształtujemy swój charakter.

Czym filozofia życia nie jest?

Filozofia życia to nie filozofia „teoretyczna”, która poświęca się zgłębianiu fundamentalnych zagadnień (czym jest dowód? co to znaczy wiedzieć?), szczegółowemu definiowaniu pojęć i zagadnień oraz budowaniu spójnego systemu myślowego. Filozof-praktyk może i powinien korzystać z dokonań teoretyków, ale pamiętając przy tym, że kluczowa jest praktyka. Jeśli ma zdolności i czas, by łączyć te dwie rzeczy – świetnie. W praktyce jednak niewielu może sobie na to pozwolić.

Filozofia życia to nie historia filozofii. Praktykujący filozof może korzystać z odkryć tej nauki, ale sam jej zazwyczaj nie uprawia.

Filozofia życia nie jest jedną z wyspecjalizowanych „filozofii dziedzin szczegółowych”. Nie stoi w jednym szeregu z filozofią prawa, filozofią nauki czy filozofią sztuki. To cenne dziedziny mające wiele zalet i zastosowań, które jednak nie są pomocne w odpowiadaniu na pytanie, jak żyć, a mogą w tym wręcz przeszkadzać.

Aksjomaty filozofii życia na przykładzie stoicyzmu

W krótkim rozważaniu o religii zaproponowałem dwa aksjomaty, które wydają się być fundamentalne dla jej konstrukcji. Spróbujmy określić podobne zasady, które byłyby fundamentalne dla filozofii stoickiej, choć bez ambicji określenia pełnej listy koniecznych prawd.

Pierwszym kandydatem na stoicki aksjomat jest zasada zależne/niezależne. Może być na przykład w wydaniu Epikteta:

Naszym najważniejszym życiowym zadanie jest nauczyć się rozróżniać rzeczy należące do dwóch kategorii: wydarzenie zewnętrzne (tych nie możemy kontrolować) i dokonywane w związku z tymi wydarzeniami wewnętrzne wybory nad którymi mamy kontrolę. Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje.

Ten jeden aksjomat jednak nie wystarczy do zbudowania całej myśli stoickiej. Warto byłoby do niego dorzucić coś o refleksyjności (czyli klasycznie mówiąc, kształtowaniu charakteru):

Człowiek powinien żyć w zgodzie ze swoją naturą, a esencją jego natury jest zdolność do refleksji.

To już całkiem sporo, ale wciąż najpewniej nie wystarczy, by budować całą filozofię. Nie wnikając już w szczegóły, najpewniej powinniśmy też przyjąć aksjomatycznie następujące idee: monizm ontologiczny (świat jest jednością), świat jest poznawalny, świat jest materialny (materializm), determinizm, kosmopolityzm i kilka jeszcze innych idei.

Jest moją obserwacją, iż poleganie na podziale na rzeczy zależne i niezależne i na kluczowej roli refleksji to już bardzo dużo z praktycznego punktu widzenia. Na samych tych dwóch myślach można budować skuteczną filozofię moralnego działania. Ta obserwacja otwiera pole do dociekań nad minimalnym koniecznym zbiorem aksjomatów, które pozwalają wydedukować stoicyzm. Nie podejmuję się tego pytania rozstrzygać, choć przypuszczam, że zbiór ten ma więcej niż dwa elementy.

Odnotujmy, że zasady te zawierają w sobie pewne pojęcia pierwotne. Kluczowe z nich to refleksyjność, dobro, zło, wybór, natura. Jest kwestią otwartą, czy można je skutecznie zdefiniować.

Aspekty życia adresowane przez te systemy

Systemy religijne i filozoficzne przekładają się na konkretne aspekty ludzkiego funkcjonowania. Jest w miarę oczywiste, że religia zatacza szersze kręgi i wnika w więcej sfer życia niż filozofia. Aby wymienić tylko te, które są związane z procesem trzeźwienia:

  • relacje,
  • odpoczynek i rozrywka,
  • stabilność życia,
  • wartości,
  • etyka i moralność,
  • poczucie sensu.

Przy czym relacje można dalej podzielić na:

  • poczucie przynależności,
  • mentoring,
  • relacje intymne (fizyczne i emocjonalne).

Religia niewątpliwie wchodzi w dwie pierwsze grupy i do pewnego stopnia zarządza trzecią.

Filozofia może stanowić realną alternatywę dla religii w następujących trzech sferach:

  • wartości,
  • etyka i moralność,
  • poczucie sensu.

Podsumowanie

Religia tradycyjnie stanowi źródło norm moralnych, aksjologicznych, społecznych, rytualnych itd. wykorzystywanych w społeczeństwie. Większość z nas wychowanych w Polsce, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, przejęło i praktykuje wiele norm i zasad wynikających z teologicznych rozważań katolicyzmu. Stały się one częścią kodu kulturowego i są nam przekazywane z wielu źródeł w czasie naszego rozwoju dziecięcego i dalej w dorosłości.

W czasach przedchrześcijańskich część z funkcji, które przejęło później chrześcijaństwo, spełniały szkoły filozoficzne. Szczególnie w sferze moralności, aksjologii i praktyki życia, były głównym źródłem inspiracji dla wyższych i średnich sfer imperium. Pogańskie kulty i obrzędy wypełniały przestrzeń rytuału i nadziei na życie po śmierci, ale nie miały szczególnych aspiracji etycznych czy światopoglądowych. Chrześcijaństwo połączyło te dziedziny, dodało do tego skuteczną hierarchiczną organizację i element budowania wspólnoty. Stało się kompleksowym rozwiązaniem, dobrym dla szewca i Cezara.

Wielkie szkoły filozoficzne starożytnego Rzymu były stopniowo marginalizowane i wchłaniane przez myśl chrześcijańską między IV a VI wiekiem naszej ery. Jest jasnym, że myśl religijna przejęła wiele twierdzeń i rozwiązań wypracowanych przez greckich i rzymskich filozofów, ale dogłębnie przekształcało je przez kolejne dwa tysiące lat trwania swojej dominacji. Dzisiaj na progu XXI wieku agnostycy stają przed wyzwaniem, jak rozsupłać węzeł chrześcijańskiej kultury i wydobyć z niego na powrót nici filozofii.

A jest to potrzebne chociażby ze względu na uczynienie procesu wychodzenia z uzależnienia w pełni przyjaznym dla agnostyka. Musimy złapać nić etyki, aksjologii i źródła sensu, tak byśmy mogli ją snuć przy pomocy narzędzi filozoficznych niezależnych od religii. Ale ważne jest też zrozumieć, w jakich aspektach zdrowienia z nałogu, filozofia nie zastąpi religii, tak byśmy mogli znaleźć inne alternatywy.

Zakończenie

W tym miejscu chciałbym postawić kropkę w pierwszej części artykułu. Za tydzień przejdziemy już do konkretów związanych z trzeźwieniem. W jakich sferach możemy śmiało zastąpić narrację religijną rozmyślaniami filozoficznymi? W jakich musimy polegać na innych środkach?

Rola filozofii w procesie wychodzenia z uzależnienia

Rola filozofii życia w procesie wychodzenia z uzależnienia

Dzisiejszy tekst będzie oparty na moich osobistych doświadczeniach. Jak zapewne większość czytelników bloga wie, jestem osobą uzależnioną od alkoholu i pozostaję trzeźwy od prawie czterech lat. Uważam, że w mojej drodze trzeźwienia niebagatelną rolę odegrała filozofia – konkretnie stoicyzm. Chciałbym dzisiaj przedstawić wam poszczególne etapy mojego zainteresowania tą antyczną szkołą myśli i to, jak oddziaływały one z procesem radzenia sobie z chorobą alkoholową.

Będę starał się wskazać, w jakich aspektach stoicyzm był dla mnie pomocny i w jaki sposób przyczynia się nadal do mojego trwania w trzeźwości. Na dziś nie chcę wyciągać ogólnych wniosków ze studium mojego przypadku, choć uważam, że jest w nim potencjał do dalszych badań. W następnych krokach i kolejnych artykułach będę chciał spróbować umieścić zaobserwowane przeze mnie efekty w ramach wiedzy naukowej o terapii uzależnień, tak jak ją rozumiem.

Na dziś jednak skoncentrujmy się na wydarzeniach z mojego życia, pamiętając, by nie poddać się pokusie nadmiernego uogólniania tego jednostkowego, koniec końców, przypadku.

Rozdział 1: Czas chwilę po rozstaniu się z alkoholem. Pierwsze tygodnie. Co robić ze swoim czasem?

Kiedy wracam myślami do pierwszych dni po zaprzestaniu picia, dwie emocje wysuwają się na pierwszy plan. Jedną z nich jest żal – smutek po stracie. Wspominam te dni jako przesiąknięte przekonaniem, że coś cennego się kończy, że to, co przede mną będzie gorsze lub niepełne. Wiązało się to z brakiem pomysłu na to, jak zagospodarować swój czas. To mistyczne pytanie prześladujące wszystkich świeżych alkoholików: co się robi w piątek wieczór, jak się nie pije?

Druga emocja, która odcisnęła się piętnem na moich wspomnieniach z tamtych dni, to był strach. Mój stary towarzysz, którego alkohol miał niby odpędzać, a którego w rzeczywistości wywoływał, pogłębiał i zapraszał. Czego się bałem? Wszystkiego, ale było kilka aspektów, które jawiły się jako szczególnie straszne. Samotność – w głowie miałem wizję, że utracę wszystkich przyjaciół i znajomych, tak jakby jedyne co nas łączyło to alkohol. Wstyd – paniczny lęk przed oceną przez innych jako ktoś słaby i żałosny, tak jakby opinia ludzi determinowała kim jestem. Nuda – i ponownie to samo pytanie: co się robi w piątek wieczór, jak się nie pije?

Na początku odpowiedź brzmiała: w piątek wieczór ogląda się seriale, gra w gry i je dużo tłustych lub słodkich przekąsek. Na tamtą chwilę musiało to wystarczyć, ale już wtedy przeczuwałem, że to nie jest rozwiązanie na dłuższą metę.

Rozdział 2: Pierwsza książka o stoicyzmie, przypadkowo złapana w księgarni, gdy czekałem na wizytę u lekarza. Fascynacja.

Krótko po rozpoczęciu trzeźwego życia zdecydowałem się na wykonanie przeglądowych badań medycznych. Chciałem sprawdzić, jak się ma moje ciało po tych latach zmagań z alkoholem, określić, w pewnym sensie, gdzie zaczynam i uzyskać wskazówki co do kierunku przyszłego dbania o zdrowie. Badania odbywały się w przychodni jednej z większych medycznych sieci, która zlokalizowana była w obecnie wyburzanych Arkadach Wrocławskich.

Pomiędzy poszczególnymi badaniami były przerwy różnej długości. Korzystałem z nich, aby wyjść do galerii handlowej, wypić kawę i rozejrzeć się po sklepach. Tak zbłądziłem między innymi do jednej z księgarni. Czas był to dla mnie trudny, szukałem nowych rozwiązań i podejść do życia, a to przyciągnęło mnie do sekcji z wszelkimi poradnikami. Rozglądałem się po półeczkach, aż mój wzrok przykuła książka „Jak zostać stoikiem. Odporność emocjonalna i pozytywne nastawienie” autorstwa Matthew van Natta.

Już wtedy wiedziałem, że uzależnienie jest chorobą emocji – o czym dowiadywałem się przede wszystkim ze świetnych rozmów w podcaście „Sekielski o nałogach”, w którym i sam później wystąpiłem – przez co „odporność emocjonalna” w tytule wielce mnie zainteresowała. Nie wiedziałem jeszcze, co to jest stoicyzm. Miałem o nim dość mgliste popkulturowe pojęcie związane głównie z frazą „stoicki spokój”, ale zarówno odporności, jak i pozytywnego nastawienia mi brakowało. Skusiłem się więc na zakup książki.

Książka ta nie jest zbyt długa ani gęsta tekstowo, ale jest pełna interesujących treści. Bardzo wyraźnie jest w niej widoczne stoickie nastawienie raczej na praktykę, niż na teorię – to pokłosie późnego stoicyzmu rzymskiego – w którym każdy aspekt jest omawiany jako abstrakt, ale równocześnie rozwijany w konkretnych ćwiczeniach i działaniach, które można podjąć w życiu.

Najważniejszą lekcją teoretyczną, jaką wyciągnąłem z tej lektury – lekcją, którą staram się sobie przyswoić do dnia dzisiejszego i zapewne będę ją repetował do końca moich dni – jest podział na rzeczy zależne i niezależne. Z perspektywy osoby wychodzącej z uzależnienia, dla której szukanie przyczyn swoich nieszczęść w świecie zewnętrznym – a nigdy w sobie – jest równie naturalne, jak oddychanie, ten podział to absolutna rewolucja. Zaakceptowanie jego prawdziwości oznacza przyznanie, że to ja odpowiadam za obecny stan mojego życia, mojego umysłu, moich relacji itp. Okoliczności zewnętrzne były, jakie były, ale to nie one zdecydowały o moich latach nieszczęścia, to moje wybory owo nieszczęście stworzyły.

W odkryciu tej prawdy mieści się jednocześnie ogromny ciężar oraz wielka lekkość i wolność. Ciężar objawia się pod postacią poczucia winy, które osobie uzależnionej jest nieobce, a zdanie sobie sprawy z kluczowej roli, jaką odegrała we własnym nieszczęściu, może je pogłębić. Nie jest łatwym przeżyciem dostrzec, że przez ostatnie dwadzieścia lat byłem nieszczęśliwy i autodestrukcyjny, a następnie dowiedzieć się, że to nie splot losu, tylko moje własne decyzje były odpowiedzialne za ten stan rzeczy.

Z drugiej strony idea zależne/niezależne to najlepsza droga do wolności i lekkości ducha, jaką znam, bo choć składa na nasze barki odpowiedzialność za nasze decyzje, działania, wybory i wszystko, co od nas zależne, to jednocześnie oddaje w nasze ręce pełną sprawczość w ich domenie! Jeżeli jestem człowiekiem, który uważa, że los ma wpływ na jego szczęśliwość, to oddaje fragment sprawczości nad swym życiem – tym, co w nim naprawdę ważne – w ręce sił obcych, nieznanych, nieprzewidywalnych i niekontrolowanych. Jeśli jestem człowiekiem, który rozumie, co jest od niego zależne, a co nie, i że szczęście tkwi tylko w rzeczach zależnych, to cała sprawczość nad moim życiem jest w moich rękach.

Ziarno tej nauki zostało we mnie zasiane na początku mojej drogi przez książkę van Natta, za co będę zawsze wdzięczny.

Rozdział 3: Stoic Way – kurs stoicyzmu rozpisany na sześć miesięcy autorstwa Tomasza Mazura. Długi ciąg praktyki. Pierwsze zarysy hierarchii wartości. Pierwsze zarysy etyki.

Trzy kolejne rozdziały tej historii są ze sobą przemieszane, to znaczy działy się w pewnej mierze równocześnie. Okres ten nazwałbym burzliwym czasem poszukiwań własnej drogi w stoicyzmie, co splatało się z poszukiwaniem własnej drogi w trzeźwości.

Po lekturze książki van Natta miałem apetyt na więcej treści stoickich. Szczególnie interesowało mnie zdobycie praktycznych umiejętności, opanowanie nowych technik i ćwiczeń. Teoria była istotna tylko o tyle, o ile pomagała mi lepiej wykonywać i rozumieć ćwiczenia. Z perspektywy trzeźwienia stoicyzm był dla mnie jednym ze sposobów na wypełnienie czasu, który wcześniej poświęcony był na picie, a który teraz pozostawał niepokojąco pusty.

Przeczesywałem internet w poszukiwaniu interesujących materiałów. Zależało mi, by znaleźć coś w języku polskim – temat był wciąż dla mnie nowy, więc bariera językowa mogłaby znacząco utrudnić korzystanie z treści anglojęzycznych. Doprowadziło mnie to do kursu „Stoic Way”. Pomimo angielskiego tytułu był on stworzony w języku polskim przez polskiego filozofa, stoika Tomasza Mazura.

Rozpisano go na sześć miesięcy, z których każdy miał swój motyw przewodni. Kurs był mieszanką wykładów nakreślających teorię i podstawowe elementy praktyki, oraz ćwiczeń i zadań do wykonania we własnym zakresie. Materiał był szeroki i bogaty, a sam kurs zupełnie darmowy. Zdecydowałem się, by z niego skorzystać.

To, co mnie początkowo przyciągnęło do kursu to jego ustrukturyzowana natura. Zaangażowanie się w niego oznaczało, że przez najbliższe sześć miesięcy miałem bardzo konkretny plan działania. Wybieram sobie jeden dzień w tygodniu – kurs podzielony był dodatkowo na tygodniowe sekcje, o ile dobrze pamiętam – w którym zasiadam do pracy i realizuję zadanie, które mnie rozwija. Dostrzegacie chyba korzyść, jaka płynie z tego dla człowieka, który musi znaleźć sposób, by zagospodarować sobie nagle zwolnione piątkowe wieczory.

W miarę jak kurs się rozwijał, podbierałem z niego coraz więcej przydatnych w codziennym trzeźwieniu rzeczy. Najważniejsze spośród nich, które są ze mną do dziś, to pewne stoickie rutyny. Pierwsza to przegląd siebie, czyli sesja medytacji poświęcona zaplanowaniu dnia (przegląd poranny) lub podsumowaniu dnia (przegląd wieczorny). Pomijając nawet korzyści płynące z refleksyjnego zatrzymania się nad życiem, dla trzeźwiejącego alkoholika najważniejsze w tym ćwiczeniu było trenowanie systematyczności i wytrwałości. Osoby uzależnione są notorycznie skłonne do porzucania zajęć wymagających oddania i wysiłku – uciekają od nich w natychmiastową gratyfikację. Codzienne powtarzanie przeglądu siebie buduje kompetencję odraczania gratyfikacji – inwestowania czasu i wysiłku tu i teraz, by osiągnąć większy zysk w przyszłości – oraz kompetencję systematyczności i wytrwałości w działaniu, których osobom uzależnionym zwykle brakuje.

Zapewne nie byłoby dziś tego artykułu na blogu, gdybym nie nauczył się systematycznej pracy w trakcie wykonywania kursu „Stoic Way”.

Przyszłościowo patrząc, istotną konsekwencją zapoznania się z tym kursem było poznanie twórczości filozoficznej Tomasza Mazura, która do dziś jest ze mną i wywiera na moje myślenie ważki wpływ. Zresztą to nazwisko przewinie się jeszcze w kolejnych rozdziałach tej opowieści.

Rozdział 4: Klasycy: Marek Aureliusz, Epiktet, Seneka.

Nie pamiętam już dzisiaj, czy najpierw przeczytałem Epikteta czy Marka Aureliusza. Nie ma to jednak specjalnego znaczenia, ważne jest, że zarówno van Natt jak i Tomasz polecali lekturę klasyków, a ja z tych poleceń skorzystałem.

Lektura klasycznych tekstów filozoficznych nie jest łatwa. Trudno jest współczesnemu człowiekowi, przyzwyczajonemu do klarownej struktury (teza, argumenty, wniosek) zrozumieć chaotyczną naturę myśli starożytnej. Tak bardzo oczekujemy od tekstu konkretnych wiadomości lub odpowiedzi, że nie dopuszczamy nawet do świadomości, że tekst może mieć na celu tylko – czy raczej „aż” – pobudzenie nas do samodzielnego myślenia.

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Markiem Aureliuszem i Epiktetem, byłem wciąż mocno zagubionym człowiekiem, który szukał jasnych wskazówek, a nie mglistych przemyśleń. To właśnie na ich tekstach uczyłem się, że inspiracja do samodzielnych rozważań jest ważniejsza niż spójny wywód oraz że ja sam mogę „wymyślać” swoją drogę, inspirując się słowami innych, a nie je odtwarzać.

To kolejna niezwykle istotna lekcja dla osoby wychodzącej z uzależnienia. Nałogowiec czuje się najpewniej wtedy, kiedy inni za niego myślą i decydują. Dzięki temu ma dużo czasu i swobody, żeby oddawać się swoim nałogom. Ciężko myśli się samodzielnie z umysłem stłumionym przez alkohol. Ciężko podejmuje się decyzje, kiedy czuje się lęk przed odpowiedzialnością. Trzeźwiejący alkoholik nie umie i nie chce myśleć i decydować za siebie – musi się tego nauczyć.

Ja uczę się tego – bo proces nadal trwa – w ramach lektury starożytnych tekstów filozoficznych, które ze swej konstrukcji i założeń mają mnie do samodzielnego myślenia zachęcać. Ale co się nakląłem na ich bełkotliwość i mętność – nim zrozumiałem, że to ja źle je czytam – to moje. Proces tej zmiany jest bolesny i dość przerażający, bo wymaga odrzucenia poczucia bezpieczeństwa tkwiącego w utartych schematach.

Z czasem starożytne teksty stały się okazją do pogłębienia rozumienia pewnych stoickich koncepcji – nie poprzez przyswajanie myśli Seneki czy Epikteta, ale poprzez rozważanie ich słów i wyciąganie własnych wniosków. Oczywiście nierzadko wnioski owe były z myślą starożytnych zgodne, ale wielka wartość tkwiła w procesie samodzielnego do nich dochodzenia.

Jedna z koncepcji, która zaczęła we mnie kiełkować w tym czasie i która wróci jeszcze w kolejnych rozdziałach, to hierarchia wartości czyli określenie tego, co jest w życiu ważne.

Rozdział 5: Ryan Holiday. Stoicyzm uproszczony. Jeden cytat dziennie. Rutyna w stoickiej praktyce.

Ryan Holiday jest popularną, choć kontrowersyjną, postacią we współczesnym amerykańskim stoicyzmie. Jego flagowymi produktami są książki zbudowane na strukturze zbioru krótkich esejów, rozpoczynających się krótkim cytatem, a następnie omawiających ten cytat w duchu stoickim. Ze względu na skrótową formę, zwykle nie zagłębiają się one w niuanse stoickiej myśli, raczej koncentrują się na praktycznych, niekiedy powierzchownych obserwacjach.

Z twórczością tego stoika zapoznałem się niedługo po tym, gdy zacząłem pracować nad wspomnianym wyżej kursem stoickim. Był to okres, gdy potrzebowałem wielu „wypełniaczy czasu” i książki Holidaya takimi właśnie wypełniaczami się stały. Nieoczywistym acz kluczowym benefitem w pracy z tymi książkami była forma ich publikacji, a konkretnie fakt, iż zostawiały dużo „białej przestrzeni” na stronicach. To zainspirowało mnie do używania ich jako pretekstu do przemyśleń.

Po lekturze każdego z rozdziałów brałem do ręki długopis i zaczynałem spisywać moje przemyślenia na jego temat. Czy się zgadza, czy też nie, a jeśli tak, to dlaczego. Czy widzę jakieś odniesienia do mojego własnego życia i doświadczenia. Uczyniłem z tego zajęcia część mojej rutyny wieczornej i codziennie siadałem do lektury i notatek. Był to kolejny świetny sposób na ćwiczenie się w wytrwałości i odroczonej gratyfikacji.

Kluczowym elementem, który wydobyłem z pracy z twórczością Holiday’a, było zrozumienie, jak istotny jest w stoicyzmie i w naszym życiu w ogóle kontakt z drugim człowiekiem. Wiedziałem już wcześniej, że element służby i pracy dla społeczeństwa jest obecny u starożytnych myślicieli, ale był to dla mnie abstrakcyjny i nieistotny dodatek. To moje spojrzenie wiązało się ściśle z typowym dla osoby uzależnionej lękiem przed innymi ludźmi (przed ich oceną i przed odrzuceniem), który sprawia, że wielu czynnych nałogowców oraz wiele osób próbujących wyjść z nałogu „na własną rękę” izoluje się od ludzi, a w efekcie ponosi porażkę w swoich próbach wyjścia z uzależnienia. Do tego dochodził jeszcze, równie typowy, aspekt narcyzmu i poczucia bycia lepszym od innych – nawet jeśli oznaczało to bycie lepszym „pijakiem”.

Narcyzm i lęk przed odrzuceniem są ze sobą ściśle powiązane i stanowią zarówno przyczynę, jak i skutek uzależnienia. Mniej więcej w tym czasie, gdy zapoznawałem się z twórczością Holidaya, zacząłem uczęszczać na grupową terapię uzależnień, na której jednym z celów terapeutycznych jest nauczenie się bycia w grupie, zmniejszenie lęku przed odrzuceniem i odsłonięcie oraz zakwestionowanie rysów narcystycznych. Lektura książek Ryana, który kładzie duży nacisk na społeczny aspekt stoicyzmu, wpasowywała się świetnie w pracę wykonywaną na terapii i pozwalała mi pogłębiać ją i czynić konkretne postępy.

Z narcyzmem i tendencjami izolacjonistycznymi zmagam się do dziś, ale jest to zmaganie, które niesie nadzieję na trwałe postępy. Podwaliny pod nie zostały zaś zbudowane na terapii grupowej i w pracy z tekstami Holidaya, za co pozostaję wdzięczny.

W dziełach Holidaya przewijał się jeszcze jeden, wspomniany już przeze mnie, koncept: hierarchia wartości. Określenie, co jest dla mnie ważne w życiu, było następnym wielkim etapem w mojej stoickiej pracy i, o czym jestem przekonany, absolutnie kluczowym elementem w leczeniu uzależnienia.

Rozdział 6: Hierarchia wartości. Przekształcenie zarysu we względnie spójną całość. Kluczowa wartość dla procesu trzeźwienia.

Przechodzimy teraz do moim zdaniem, najważniejszych elementów filozofii w kontekście wychodzenia z uzależnienia. Swoje zdanie opieram na obserwacji, iż nałóg pozostawia za sobą pustkę. W kontekście terapii mówi się często o owej pustce czy wydrążeniu w kontekście grupy towarzyskiej (utrata znajomych), czasu (co robić z czasem gdy nie pijesz) czy emocji (brak narzędzi do pracy z nimi). Dla powodzenia procesu trzeźwienia jest niezwykle istotne, by uzupełnić te luki. Terapia pomaga w radzeniu sobie z deficytami w sferze emocji oraz czasu (umiejętność jego zagospodarowania), w mniejszym stopniu pracuje w sferze grupy towarzyskiej. W tym aspektem pomaga w szczególny sposób wspólnota AA (lub inne wspólnoty samopomocowe), które również sprzyjają pożytecznemu wypełnieniu czasu.

Są jednak jeszcze inne luki, które zostawia za sobą nałóg, a o których niewiele się mówi w kontekście terapii i przez to pozostawia je nieco zaniedbanymi. Chodzi mi tu konkretnie o pustkę w sferze wartości i pustkę w sferze moralności (pytania o dobro i zło).

Dla osoby w czynnym nałogu sprawa jest prosta: dobro to być pod wpływem substancji, zło to być trzeźwym. To bardzo prosta i klarowna etyka, usprawiedliwiająca każdą podłość w imię zdobycia narkotyku i zakazująca poważnego próbowania abstynencji. Sfera wartości jest równie prosta: jedyną wartością jest substancja. Wszystko inne może być wartościowe tylko o tyle, o ile pozwala substancję zdobyć. W tym kontekście praca może być wartościowa, jeśli przynosi pieniądze, za które możemy się nawalić. Rodzina może być wartościowa, jeśli opiekuje się uzależnionym i umożliwia mu swobodne oddawanie się nałogowi. W momencie, gdy przestają spełniać te zadania zostają odrzucone, bo jedynym dobrem i jedyną wartością jest substancja.

UWAGA: piszę tu „substancja”, bo tak jest mi gramatycznie łatwiej złożyć te zdania. Równie dobrze może chodzić o kompulsywne zachowania (hazard, seks itp.) czy inne czynniki uzależniające. Miejcie, proszę, na uwadze to uproszczenie!

W momencie, gdy zaczyna się proces trzeźwienia w sferze wartości i etyki osoby uzależnionej pojawia się ogromna luka. Od jej skutecznego wypełnienia może zależeć sukces procesu terapeutycznego.

Zburzenie nałogu jako probierza dobra i zła sprawia, że nie mamy już kompasu moralnego. Choć ten, który utraciliśmy, był wypaczony i mylący, to jednak pozwalał podejmować decyzje moralne i nadawał kierunek. Kierunek ku przepaści, ale jednak jakiś. Teraz nawet proste życiowe wybory okazują się trudne, jeśli tylko mają komponent moralny – nie wiem, na jakiej podstawie podejmować decyzje.

Wyczyszczenie sfery wartości z elementów nałogu jest równie kłopotliwe. Posiadanie wartości pozwala nam planować i określać kierunek naszych działań. Jest istotnym komponentem nadawania sensu naszemu życiu i stymulowania naszej aktywności. Po przetrzeźwieniu pozostajemy z pytaniem, co teraz mamy robić. Na jakiś czas dobrą i wystarczającą odpowiedzią jest: chodzić na terapię, przestrzegać zaleceń, chodzić na mitingi czy wykonywać program 12 kroków. Przez pierwszy rok pewnie nic więcej nie potrzebujemy. Z czasem jednak jasne się stanie, że to za mało i w dłuższej perspektywie musimy zbudować swój system wartości.

W obu tych aspektach moim rozwiązaniem okazał się stoicyzm. To nie znaczy, że wiedziałem, co robię podejmując się stoickiej pracy, raczej miałem sporo szczęścia, że akurat ta filozofia pojawiła się w moim życiu w odpowiednim momencie.

Stoicyzm jest filozofią moralną, a to oznacza, że poza wieloma użytecznymi technikami praktyki życiowej, niesie też konkretne rozumienie dobra i zła. Jest ono po części zawarte w dychotomii zależne i niezależne – dobro i zło są tylko pośród rzeczy zależnych. A po części w stwierdzeniu, że dobre jest to, co jest zgodne z ludzką naturą, a cechą szczególną ludzkiej natury jest jej refleksyjność. Innymi słowy dobre jest posiadanie cnotliwego charakteru, w którym kardynalną cnotą jest refleksyjność właśnie.

Stoicyzm nie niesie ze sobą narzuconego systemu wartości, ale jest fantastyczną platformą do budowania go na własną rękę. Jak wspominałem wyżej, zarówno kurs „Stoic Way”, antyczne teksty, jak i prace Holidaya zachęcały mnie do tego, by zastanawiać się nad wartościami i świadomie i konsekwentnie budować ich hierarchię właściwą do moich potrzeb.

Praca z hierarchią wartości i etyką stoicką to kolejny wielki krok w moim rozwoju jako stoika i w procesie mojego trzeźwienia. Przypuszczam, że nie byłbym w stanie utrzymać abstynencji i pozostać na ścieżce zdrowia, gdybym nie wykonał tej pracy.

Nie twierdzę, że stoicyzm jest jedynym źródłem ram etycznych i wartości. Przeciwnie, większość szkół filozoficznych, które mają praktyczny aspekt, będzie równie skuteczna w dostarczeniu tych środków. Jest też jasne, że systemy religijne dają swoje odpowiedzi na obie te kwestie – co może tłumaczyć, dlaczego wiara bywa pomocna w procesie trzeźwienia (choć trzeba pamiętać, że tutaj pomocny jest także element społeczności i wspólnoty). Wspólnota AA, ze swoim programem 12 kroków i elementami religijno-filozoficznymi, może też być źródłem norm etycznych i wartości.

Gdziekolwiek osoba uzależniona znajduje odpowiedzi na te pytania, znalezienie ich, nawet wstępnych, jest moim zdaniem niezwykle istotne dla procesu trzeźwienia i możliwe, że póki co, niedoceniane w procesie terapeutycznym.

Rozdział 7: Pierwsze próby pisania o stoicyzmie. Dążenie do zrozumienia moich pobudek i decyzji.

Ostatni rozdział tej historii to ten, który rozgrywa się tu i teraz, na waszych oczach, czyli moje próby pisania o swojej historii, uzależnieniu i stoicyzmie. Najlepiej można zrozumieć dane zagadnienie, jeśli próbuje się je wyjaśnić komuś innemu. To właśnie dzisiaj robię, pisząc te posty. Czasem tym kimś, komu składam wyjaśnienia, jesteś Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, czasem jestem nim ja sam.

Twórczość ta nie mogłaby mieć miejsca gdyby nie podbudowa wykonana w poprzednich rozdziałach. Gdyby nie wypracowana w wieczornych przeglądach siebie systematyczność i gdyby nie dopieszczona hierarchia wartości, dzięki której wiem, że pisanie jest dla mnie ważne i nawet jeśli mi się w danej chwili pisać nie chcę, to do niego siadam, bo mam na oku długofalowy cel – nie ma szans bym publikował regularnie przez rok z okładem. Gdyby nie czas spędzony na lekturze klasyków, na podcastach Tomasza Mazura, na książkach i podcastach Piotra Stankiewicza, na twórczości Holidaya – nie miałbym wypracowanej wiedzy i po prostu nie miałbym dobrych tematów.

Dzisiaj mam całkiem dobre pojęcie, na czym polega sens życia i jakie przyświecają mi wartości. Pomimo tego wiem, że popełniam błędy i jest w moim funkcjonowaniu, moim charakterze i mojej psychice jeszcze wiele do poprawy i ulepszenia. Stoję jednak pewnie na podstawach, które już wypracowałem – na najważniejszej z naszych zdolności, zdolności do uczenia się i zmiany.

Proces trwa nadal. Pisanie trwa nadal. Zmierzam krok po kroku do pełniejszego zrozumienia moich decyzji, przeszłych, teraźniejszych i przyszłych, oraz do świadomego kształtowania mechanizmów, które odpowiadają za ich podejmowanie. Wciąż fascynuje mnie cały tabun różnych tematów: od etyki, poprzez neuronaukę, socjologię i wiedzę o kulturze, po prawo i zasady funkcjonowania ludzkich społeczności. Na zgłębienie ich wszystkich, nie starczy mi czasu w życiu. Muszę zdecydować, czy zajmę się jedną z nich szczegółowo, czy raczej trochę poznam każdą z nich.

Jeszcze nie wiem, jaką pójdę ścieżką, ale ufam swoim zdolnościom do dokonania sensownego wyboru, trzymania się go, póki będzie miał sens i radykalnego odrzucenia go gdy okaże się, że potrzebna jest zmiana kursu. Bo ważny jest nie tyle cel, do którego zmierzamy, nie tyle jego osiągnięcie, co zdolność, by go aktywnie i mądrze wybierać, a reszta to już tylko życie…

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Warsztaty stoickie – co to znaczy dobrze myśleć?

W dniach 3–7 czerwca odbyły się w ośrodku Pełnia pod Warszawą warsztaty stoickie, zwane także koloniami stoickimi. Ich tematem przewodnim było myślenie i pytanie: co to znaczy dobrze myśleć oraz jak owo myślenie ćwiczyć. Organizacją zajmowali się Tomasz Mazur i Jolanta Księżak – stoicki duet znany z organizacji popularnych Stoisk – czyli cyklicznych filozoficznych spotkań odbywających się zwykle w Warszawie.

Myślenie to trudna sztuka, tym trudniejsza, że zwykle jesteśmy przekonani, że potrafimy je uprawiać. Wychodzimy z założenia, że mamy rozsądek i potrafimy go używać. To nasz pierwszy fundamentalny błąd. Myślenie jest umiejętnością i sztuką, jako takie musi być ćwiczone, aby dobrze funkcjonowało. Jeśli nie jest, to mamy tylko złudzenie, że działa, podczas gdy w rzeczywistości plączemy się w błędach poznawczych, niepoprawnych wnioskowaniach i mylnych przekonaniach.

To temat niezwykle ważki, nie dziwi więc, że stoicy wzięli go poważnie na warsztat. Zaczęło się około 2300 lat temu, kiedy Zenonowi z Kition zatonął statek, co pociągnęło za sobą bardzo fortunne bankructwo. Bez grosza, samotny na ulicach Aten, Zenon zwrócił się o pociechę do filozofii. W niej to odkrył narzędzia do myślenia, które pozwoliły mu zapomnieć o zatopionym statku. Porzucił niepewne koleje handlu morskiego na rzecz stania w malowanym przejściu z kolumnami (Stoa Poikile) i nauczania o dobrym myśleniu każdego, kto też chciał sobie postać.

Kontynuując ten nośny trend, w zeszłym roku i na początku tego odbył się cykl Stoisk (LINK), którego tematem przewodnim było dobre myślenie i metody dążenia do tegoż. Choć nie było kolumn, a uczestnicy nie musieli stać, bo krzesła były zapewnione, zasadnicze pytania, które stawiano, nie zmieniły się znacznie od czasów Zenona. Nauki szczegółowe i filozofia odpowiedziały w międzyczasie na kilka, kilka nowych postawiły, ale temat pozostaje teoretycznie frapujący i praktycznie niezbędny. Kulminacją cyklu Stoisk były warsztaty, w których miałem przyjemność uczestniczyć.

Jak wyglądają warsztaty stoickie?

Na dobry początek chciałbym rozwiać kilka stereotypów, które mogą wam przyjść na myśl, gdy myślicie o spotkaniu stoików:

  • wolno siedzieć, wprawdzie zwykle nie ma krzeseł, ale są koce, poduszeczki i można sobie klapnąć na podłodze;
  • można, a nawet należy żartować, nikt nie zostanie zastrzelony za wybuchnięcie śmiechem;
  • nie trzeba nosić togi, mieć brody ani mówić po grecku.

Jak więc to wygląda w praktyce?

Standardowy dzień zawiera w sobie pięć sesji, każda z nich ma swój temat i tryb. Oczywiście, połączone są przez myśl przewodnią warsztatów, ale nie ma wymogu uczestniczenia w poprzednich sesjach, by zrozumieć obecną. Każda z nich stanowi w tym sensie zamkniętą całość.

Moduły są zwykle silnie interaktywne. Prowadzący zagaja temat, ale większość czasu poświęcona jest na dyskusję uczestników. Nie ma przymusu zabierania głosu w dyskusji, można poświęcić się słuchaniu. Jednak cenne jest wyrażenie własnego zdania i otrzymanie informacji zwrotnej od grupy. Przyjazny i nieoceniający charakter sprzyja przełamywaniu nieśmiałości uczestników.

Część zajęć zorganizowana jest jako praca w grupach. Uczestnicy dzielą się na mniejsze jednostki i opracowują pewne zagadnienie. Efekty pracy następnie przedstawiają na forum. Novum na ostatnich warsztatach było zaproponowanie uczestnikom z wyprzedzeniem listy tematów do wyboru. Każdy chętny mógł przygotować wypowiedź i zaprezentować ją przed grupą. Dyskusje po każdym z wystąpień były przebogatym źródłem nowych myśli i kierunków rozwijających początkowe założenia prelegenta.

Program warsztatów nie jest ciasno upakowany. Pięć standardowych sesji to około siedmiu godzin, przedzielonych przerwami kawowymi i dwugodzinną przerwą na obiad i złapanie oddechu. Może się wydawać, że to niewiele, jednak w praktyce i to jest wielce wyczerpujące. Rozmowy i tematy są tak intensywne, że prawie każdy prędzej czy później odpuszcza sobie jedną lub dwie sesje, by zebrać siły i myśli.

Poza zaplanowanymi sesjami odbywają się liczne rozmowy kuluarowe. W końcu mamy tu grupkę osób żywo zainteresowanych filozofią, zamkniętą na niewielkiej przestrzeni w oddaleniu od cywilizacji – debaty będą się samorzutnie formować. Dla dodania im dodatkowego materiału, każdy dzień kończy się wspólnym oglądaniem filmu i krótką dyskusją na jego temat, która może się rozciągnąć w kuluary.

Warsztaty są fantastycznym doświadczeniem, ale są przy tym niezwykle wyczerpujące. Ja doświadczyłem „odcięcia prądu” po pierwszych trzech dniach, kiedy to po pierwszej porannej sesji udałem się do pokoju by odsapnąć chwilkę, a obudziłem się dwie godziny później. Pięć dni warsztatów kosztowało mnie więcej energii niż trzy dni jazdy na rowerze po 100 kilometrów dziennie. Szczęśliwie kalorie, które nasze biedne mózgi spalały w poszukiwaniu sensu, były uzupełniane przez pyszne wegańskie jedzonko serwowane przez przemiłą gospodynię.

Jeśli filozofia was pasjonuje, zachęcam do spróbowania tej formy spędzania czasu. Możliwe, że spodoba się wam równie mocno jak mi!

Wystąpienie o intuicji

Tematem mojego wystąpienia było pytanie: czy w myśleniu należy kierować się intuicją? Jeśli tak, na czym by to miało polegać? Pierwszy zarys mojego podejścia do tematu możecie znaleźć w poprzednim wpisie na blogu (LINK). Na warsztatach zaproponowałem już zmodyfikowaną i uproszczoną wersję. Opierała się ona na trzech zastosowaniach dla intuicji:

  • źródło błędu, który może się okazać nową pożądaną opcją;
  • rozumienie słów bardziej fundamentalne i uniwersalne niż ich definicje;
  • intelektualne siły szybkiego reagowania.

W swoim wystąpieniu zawarłem dwa ostrzeżenia przed sytuacjami krańcowymi:

  • za mało intuicji, to luka w kreatywności;
  • intuicja bez kontroli i selekcji intelektu to chaos.

Dyskusja po moim wystąpieniu przyniosła wiele interesujących aspektów, które pozwoliły mi przebudować i rozwinąć tę wizję.

Pierwsza obserwacja to jak szeroko zakreślam ramy intuicji. Zastosowania intuicji, na które się powołuje, sugerują, że traktuję ją niemalże jako synonim procesów podświadomych. Mieszczę w niej drugi system Kahnemana (myślenie szybkie). Mieszczę przeddefinicyjne rozumienie słów. Mieszczę wreszcie automatyczną generację myśli.

Druga obserwacja to różnica między błędem a możliwością/opcją w kontekście metafory ewolucji, ale także dla intuicji. To rozróżnienie może wydawać się nieistotnym niuansem, ale ma praktyczne zalety. Słowo „możliwość” jest nieoceniające i niezwiązane z decyzją lub wyborem, zdaje się też lepiej pasować do doświadczenia automatycznych myśli (pomysłów, rozwiązań), które prezentują możliwe rozwiązania pod osąd intelektu.

Trzecia obserwacja to pytanie, co czyni kreatywność płynącą z intuicji lepszą/inną niż kreatywność rekombinacji tego co znane? Czy intuicja jest potrzebna dorosłemu, współczesnemu człowiekowi? Kładę tu nacisk na „dorosłego” człowieka, bo przypuszczam, że dziecku intuicja jest niezbędna w procesie uczenia się. Kładę nacisk na „współczesnego” człowieka, bo przypuszczam, że pierwsze słowa czy idee przedjęzykowe musiały mieć źródło w intuicji.

Nowa koncepcja intuicji

Dzięki dyskusjom z warsztatów mogłem dokonać kolejnego kroku na drodze do lepszego zrozumienia intuicji. Starałem się tu oprzeć na wyobrażeniu sobie miejsca intuicji w procesie myślenia, który, w pewnym uproszczeniu, można rozumieć jako proces podejmowania decyzji. Celem, który mi przyświecał, było zredukowanie trudności związanych z szerokim zakresem pojęcia i z podejrzanym użyciem słowa „błąd” w poprzednich rozważaniach.

Proponuje, by myśleć o intuicji jako o generatorze możliwości. Ma to dwa cele: niweluje kłopot z nacechowanym negatywnie pojęciem „błąd”. Zamiast sugerować, że intuicja popełnia błędy, mówimy, że intuicja podsuwa nam możliwości, które intelekt sprawdza pod kątem przydatności. W tym rozumieniu intuicja nie ocenia, a więc i nie popełnia błędów. Przez analogię do burzy mózgów: na etapie koncepcyjnym nie ma złych pomysłów, zbieramy wszystko jak leci i dopiero w kolejnym kroku weryfikujemy.

Drugim celem nowego rozumienia intuicji jest zawężenie jej zakresu, z zachowaniem elementów wszystkich trzech wspomnianych wyżej zastosowań. Nie jest ona już tożsama z intelektualnymi siłami szybkiego reagowania (systemem drugim), jest natomiast ich nieodłączną częścią. Pozostaje też punktem wyjścia dla rozumienia słowa, które to rozumienie może być dodatkowo przetworzone przez algorytm rozumienia, jeśli jest taka potrzeba – czyli podobnie jest niezbędnym elementem rozumienia słowa, ale nie jedynym. Pozostaje też źródłem możliwości (poprzednio nazywanych „błędami”), jako punkt wyjścia naszych algorytmów.

Wszystko jest algorytmem. Nasze myśli, decyzje, emocje itp. są algorytmami lub wynikami ich działania. To założenie numer jeden.

Każdy algorytm potrzebuje punktu startowego. Dla niektórych algorytmów punkt startowy może być losowy, ale jakiś być musi. Wiele algorytmów wygeneruje odmienny wynik w zależności od wybranego punktu początkowego. To założenie numer dwa.

Intuicja jest algorytmem (bo wszystko jest, patrz założenie pierwsze), który generuje punkty startu dla innych algorytmów. Skąd się bierze punkt startowy dla algorytmu intuicji? Nie wiem. Może jest to ogólny stan umysłu w danej chwili. Czy inne algorytmy nie mogłyby użyć tego stanu jako swojego punktu startowego? Mogłyby, ale działają lepiej, jeśli otrzymają konkretniejszy i wstępnie przygotowany stan wejściowy. W tym rozumieniu rolą intuicji jest wziąć obecną „falę predykcji” mózgu i przetworzyć ją na akceptowalny stan wejściowy do aktywującego się algorytmu.

W uproszczeniu: intuicja przetwarza strumień świadomości, który nasz mózg nieustannie generuje („fala predykcji”), przecina go, kompresuje, wstępnie przetwarza i generuje pakiet danych wejściowych dla wszelkich innych algorytmów, w szczególności dla algorytmów wyższego poziomu, czyli logicznych analiz rzeczywistości.

Dygresja: czy fala predykcji też jest algorytmem? Tak, przecież wszystko jest algorytmem. Co generuje stan początkowy dla niej? Fascynujące pytanie! Wyobrażam sobie, że fala predykcji jest algorytmem trwałym, to znaczy, trwa od momentu… no właśnie jakiego? Urodzenia? No nie wiem, przecież dziecko w łonie matki ma już działający mózg. Poczęcia? Za wcześnie, mózg jeszcze się nie uformował nawet zalążkowo. Gdzieś tam musi być moment inicjacji tego algorytmu, ale jak i co go inicjuje, to nie mam pojęcia. Wiem, że są badania prowadzone w tym kierunku – fascynująca sprawa!

Rozważmy teraz kilka kombinacji, które mogą występować w relacji między intuicją a przeróżnymi algorytmami naszego funkcjonowania. Nie sugerujemy tutaj, że to wyczerpująca lista, ani że jest w pełni poprawna. To intuicja, czyli punkt startowy dla algorytmów dalszego badania zagadnienia 😉

Pozwolę sobie tu wprowadzić pewną nomenklaturę, będę mianowicie mówił o „precyzji”, zarówno w odniesieniu do intuicji, jak i algorytmu. To podejrzany termin, bo sugeruje, że istnieje jakieś kryterium owej „precyzji”. W pewnym sensie, po platońsku insynuuje, że istnieją ideały decyzji, a owa „precyzja” mierzy odległość stanu początkowego (intuicji) lub wyniku algorytmu (decyzji) od owych ideałów. Na razie skapituluję w tym miejscu i powiem, że to jest trzecie założenie. W przyszłości jest potencjał do rozluźnienia tegoż.

Dygresja: czytelnik może zapytać: dlaczego nie przyjmiesz za miarę „precyzji” różnicy od fali predykcji? Bronię się przed tym rękami i nogami, bo: fala predykcji to nie rzeczywistość, chociaż lepszego odniesienia do rzeczywistości nie mamy. Gdyby ona była miarą, intuicja byłaby właściwie zawsze precyzyjna, albo tym byłąby precyzyjniejsza im mniej by robiła, skoro jej stanem początkowym jest fala predykcji. Co jeśli wynik działania algorytmu modyfikuje falę predykcji – co zapewne każdy algorytm w końcu robi? W takim rozumieniu każdy algorytm jest precyzyjny z automatu, bo zgadza się z falą predykcji, którą sam wytworzył/zmodyfikował. Nie wiem jednak czy ostatecznie jest możliwość ucieczki od tych kłopotów.

Czyli zakładamy, że istnieje jakaś idealna decyzja/stan do którego dążą nasze algorytmy. Odległość od tego stanu jest precyzją algorytmu. Stan idealny może być nieznany w pełni. Między innymi dlatego „precyzja” jest pojęciem probabilistycznym, czyli mówimy raczej o prawdopodobieństwie, że nasza predykcja jest blisko bądź daleko od ideału. Możliwe, że to rozróżnienie jest czysto techniczne.

Pokuśmy się o drobną metaforę muzyczną, by zwizualizować kilka podstawowych możliwości.

Jeśli ktoś bez doświadczenia muzycznego próbuje nauczyć się grać, zarówno jego intuicja, jak i jego algorytmy będą nieprecyzyjne. Można się spodziewać braku harmonii w pierwszych próbach i powolnych postępów – szczególnie bez nauczyciela. Tak by było w moim przypadku.

Ktoś, kto wiele czasu spędził grając po swojemu na jakimś instrumencie, będzie miał dobrą intuicję. Z łatwością przyjdzie mu zaimprowizować melodię, ale jeśli nie ma formalnego wykształcenia muzycznego, nie będzie w stanie jej ulepszyć czy rozwinąć do symfonii – jego algorytm jest słaby. To sytuacja amatora grającego co noc w knajpie na pianinie.

Jeżeli ktoś ma wykształcenie muzyczne, opanował harmonię, nuty i inne elementy fachu, ale nie ma biegłości w graniu na instrumencie, to ten ktoś ma nieprecyzyjną intuicję, ale precyzyjny algorytm. Jego pierwsze melodie będą zapewne słabe, ale będzie w stanie je ulepszyć i rozwinąć w kolejnych próbach. To przykład doświadczonego muzyka zasiadającego do nowego instrumentu.

Wreszcie, mamy wirtuoza który spędził tysiące godzin przy fortepianie i jednocześnie posiadł głęboką wiedzę o kształtowaniu muzyki. To Chopin łączący precyzyjną intuicję i świetny algorytm. Człowiek, który zaimprowizuje piękną melodię, a potem jeszcze ją ulepszy.

Taki podział jest oczywiście umowny i nigdy nie jest zero-jedynkowy. Precyzja intuicji i algorytmu jest wartością ciągłą.

Wiele intuicji?

W myśl powyższej koncepcji wydaje się jasne, iż mamy wiele intuicji, albo inaczej rzecz ujmując nasza intuicja różnie się spisuje w zależności od dziedziny, w której ją wykorzystujemy. Brzmią tu echa ostrzeżenia, które przytaczaliśmy w poprzednim artykule: nie ufajmy naszej intuicji w dziedzinach, w których nie mamy wiedzy zdolnej zweryfikować jej dokładność.

Jako przykład użyliśmy wtedy medycyny: większość z nas nie ma precyzyjnej intuicji medycznej. Nie wiemy, co jest dla naszego ciała dobre. Nasza intuicja nadal będzie generować możliwości – bo wydaje się, że jest w stanie to robić kompletnie niezależnie od naszych realnych kompetencji, w pewnym stopniu losowo. Nie mamy też algorytmu (medycznego wykształcenia i narzędzi) by zweryfikować i ulepszyć zaproponowany przez intuicję stan początkowy.

Jednocześnie w innych dziedzinach, które są nam znane, na które poświęciliśmy wiele czasu, możemy mieć precyzyjną intuicję i świetne algorytmy zdolne ją rozwijać i weryfikować.

Sztuką jest zrozumieć, że nasza intuicja nie jest równie skuteczna w każdym aspekcie naszego działania oraz że dziedzin, na których się nie znamy zawsze będzie więcej niż tych w których jesteśmy kompetentni.

Co ocenia jakość intuicji (i algorytmu)?

Skoro zaczynamy mówić o intuicji precyzyjnej bądź nieprecyzyjnej oraz o algorytmach precyzyjnych bądź nieprecyzyjnych, oczywistym jest, że musi być coś, co te kompetencje ocenia. Tym czymś jest algorytm – bo wszystko jest algorytmem – służący do oceny innych algorytmów.

To oznacza, że mamy dodatkowy meta-poziom w naszym umyśle: warstwę kontrolującą inne algorytmy. Wydaje się, że warstwa ma kompetencje, by ocenić zarówno precyzję intuicji, jak i precyzję algorytmu i odrzucić efekty ich działania. W szczególności może też nakazać im zadziałać jeszcze raz albo uczynić ich działanie bardziej świadomym.

Uważajmy jednak, bo ten algorytm, tak jak każdy inny, może być nieprecyzyjny i może dawać nam mylące informacje o jakości naszego myślenia!

Co modyfikuje intuicję (i algorytm)?

Na samej obserwacji i ocenie nie koniec. Nasze zdolności do uczenia się wykraczającego poza poznawanie nowych faktów sugerują, że mamy kompetencje do modyfikowania działania intuicji i algorytmu. Ta kompetencja sama jest algorytmem – bo wszystko jest algorytmem – służącym do zmieniania innych algorytmów.

Należy do tego samego meta-poziomu co poprzedni algorytm. Wzięte razem mogą one stanowić rdzeń naszych zdolności do automodyfikacji. Tomasz Mazur zwykł nazywać tę kompetencję refleksyjnością i stawiać ją w centrum naszego doświadczenia człowieczeństwa.

Pytania super-meta: czy tak rozumiana refleksyjność może modyfikować samą siebie? Czy refleksyjność korzysta z intuicji do generowania swojego stanu początkowego?

Dobór stanu początkowego a wynik algorytmu

Jest wiele algorytmów, których wynik zależy od doboru stanu początkowego. Klasycznym przykładem są tu algorytmy poszukiwania maksimum funkcji. Większość z nich jest bardzo sprawna w wyszukiwaniu lokalnych ekstremów, konkretnie tych niedaleko których znajdował się punkt początkowy.

To precyzyjne i szybkie algorytmy. Problem polega na tym, że tak długo, jak będą otrzymywać stany początkowe bliskie lokalnemu rozwiązaniu, to będą to rozwiązanie znajdować i nie pójdą ani kroku dalej. Gdzieś tam dalej może istnieć ekstremum w którym wartość funkcji jest o wiele większa, ale nasz precyzyjny algorytm pozostanie na nie ślepy dopóki nie dostanie całkiem nowych danych startowych.

To pułapka zbyt precyzyjnej intuicji i zbyt precyzyjnego algorytmu. Intuicja powinna od czasu do czasu serwować nam możliwości, które są odległe od znanych nam rozwiązań. Dzięki temu da szansę naszym algorytmom na wykrycie nowych możliwości. Jasne, że wiele z tych „nieprecyzyjnych” stanów początkowych doprowadzi donikąd, ale niektóre pozwolą nam odkryć złoto.

Dlatego czasem to laicy i outsiderzy (acz wykształceni w algorytmach dziedzinowych) dokonują przełomu w pewnych dziedzinach. Dlatego młodzi naukowcy są często tymi, którzy wpadają na nowe teorie. Dlatego „głupie” pytanie amatora otwiera niekiedy oczy fachowcom na możliwości, do których sami nie mieli szans dotrzeć.

To ogromny potencjał kreatywny, który tkwi w „nieprecyzyjnej” intuicji.

Podsumowanie

Po tych wszystkich rozważaniach pozostaje pytanie: czy to ma znaczenie? Czy zrozumienie, jak działa nasza intuicja wpływa jakkolwiek na nasze decyzje i działania?

Jeżeli prawdziwa jest hipoteza Tomasza Mazura, że póki umysł ma jeden czy dwa algorytmy, to mogą one sobie spokojnie funkcjonować bez nadzoru. Kiedy jednak system to setki algorytmów zazębiających się ze sobą, konieczne jest wydzielenie algorytmu zarządzającego innymi algorytmami – nazywamy ten algorytm refleksyjnością. Co więcej, jeśli refleksyjność owa, jak twierdzili i antyczni stoicy (nazywając ją inaczej), jest w naszej świadomej mocy, to możemy użyć jej w sposób celowy do zmieniania naszych intuicji i algorytmów.

W takim przypadku, zrozumienie, że proces dochodzenia do odpowiedzi wymaga dwóch elementów: stanu początkowego i algorytmu ten stan przetwarzającego, jest praktycznie istotne dla naszej pracy nad sobą. Możemy wybrać, nad czym chcemy pracować: kształtować intuicję czy ulepszać/zmieniać algorytmy.

Niezwykle istotna jest też płynąca z tej koncepcji świadomość, że w wielu miejscach możemy się mylić. Każdy z naszych algorytmów może dawać błędne rezultaty. Może się tak dziać dlatego, że sam jest wadliwy (nielogiczny), albo dlatego, że tendencyjnie dobieramy mu punkty startowe. A to pozwala nam stosować wobec swojego myślenia zasadę ograniczonego zaufania, bo w końcu „wiem, że nic nie wiem”.

Intuicja podpowiada mi, że warsztaty filozoficzne to cenny sposób spędzania czasu. Algorytm pracujący na tej intuicji potwierdza wstępny wniosek. Czy mam rację? Tego nie wiem na pewno, ale wiem, że wybiorę się na nie jeszcze nie raz.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy w myśleniu należy kierować się intuicją?

Historycznie rzecz ujmując, moje nastawienie do intuicji było w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym otwarcie wrogie. Mówiłem, pisałem i myślałem o intuicji jako o relikcie ewolucji, koniecznym złu, gorszym, acz szybszym myśleniu itd. Niewiele miałem dla niej ciepłych słów. Nie ufałem swojej intuicji. Dalej jej nie ufam. Dlatego kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tytułowe pytanie, wydawało mi się, że moja odpowiedź będzie klarowna i druzgocąca dla tej funkcji naszego umysłu. Myliłem się. Moja intuicja po raz kolejny mnie zawiodła.

Intuicyjne rozumienie intuicji

Zamiast próbować zdefiniować intuicję – co może, ale nie musi przynieść jakiś rezultat – odwołam się do niej samej. To znaczy: spróbuję opisać moje intuicyjne rozumienie intuicji. Jak to z nią bywa, nie będzie tu ścisłości – i już mamy pierwszą cechę! Intuicja nie jest ścisła. Jest przybliżona. Jest metaforyczna. To jej wielki wyznacznik. Trudno, a może wręcz nie da się, wyrazić intuicji bez metafory czy analogii.

Mieć intuicję to znaczy rozumieć… z grubsza. To znaczy wiedzieć, ale niekoniecznie na tyle, by być w stanie wiedzę przekazać. Aby zrozumieć w pełni, trzeba czegoś więcej, można to „więcej” nazwać wiedzą albo poznaniem. Aby wiedzieć także trzeba mieć coś więcej – można to nazwać rozumieniem albo logiką.

Inne podejście to próba zrozumienia intuicji w opozycji do definicji. Definicja jest opisaniem jednego słowa za pomocą innych słów, co czasem pomaga nam je zrozumieć, czasem przeszkadza. Intuicja to rozumienie słowa, którego czasem nie da się w słowa ująć. Co ciekawe, jeżeli słowo jest nam znane, to musimy mieć jego intuicję, ale można znać słowo nie znając jego definicji. Więcej jeszcze: intuicję można mieć tam, gdzie nie ma słowa, może się ona odnosić do czegoś nienazwanego, podczas gdy definicja zawsze odnosi się do jakiejś nazwy.

Intuicja jako szybsze myślenie

Mój dawny pogląd na intuicję sprowadzał ją do szybszego myślenia. Uważałem, że są to z grubsza takie same procesy myślowe, jakie przeprowadzamy świadomie, tylko odbywające się w podświadomości. Dzięki temu miały być szybsze, ale brakowało nam wglądu w ich przebieg. Nie znaliśmy założeń, na jakich się opierały.

Intuicja budziła we mnie lęk. Bałem się jej i jej nie ufałem. Uważałem, że sferę oddziaływania intuicji należy zawężać, czyli jak najwięcej procesów myślowych wydobywać do świadomości. Postulowałem, że musi ona być kształtowana, poprawiana przez nieustanny wysiłek, którego najważniejszym elementem była praca z przekonaniami. Twierdziłem, że intuicja zwykle się myli i poleganie na niej jest prostą drogą do katastrofy.

Wszystko powyższe z grubsza uważam nadal. Intuicja to jest szybsze myślenie, choć nie jestem już pewny, czy jest ona kalką myślenia świadomego. Nie mamy wglądu w jej przebieg i nie znamy przekonań, na których się zasadza, i kształtowanie tych ostatnich jest ważnym elementem pracy nad intuicją. Bo warto nad nią pracować. Nadal uważam, że intuicję można i należy ulepszać, jednak nie uważam już, że obecnie jest fundamentalnie zepsuta. Wiem doskonale, że ona często się myli, nawet zwykle się myli, ale już nie uważam tego za jej wadę – przeciwnie, to jej największa zaleta.

Intuicja jako źródło błędów

Proces biologicznej ewolucji ma dwa kluczowe elementy. Pierwszy to dobrze wszystkim znany proces selekcji naturalnej. Pewne cechy danego organizmu sprzyjają przetrwaniu w danym środowisku, czy, precyzyjniej, sprzyjają rozmnażaniu się i przekazywaniu genów. Można powiedzieć, że środowisko „wybiera” pewne atrybuty i promuje jednostki je posiadające. Z czasem gatunki przystosowują się coraz lepiej do swojego otoczenia.

Drugi element, o którym często zapominamy, to błąd w procesie kopiowania DNA. Proces ten jest bardzo precyzyjny. Czy to przy podziale komórki, czy przy połączeniu się nasienia z komórką jajową, DNA komórki docelowej będzie kopią materiału źródłowego. Jednak aby ewolucja mogła mieć miejsce, to ten proces nie może być doskonały. Muszą w nim występować okazjonalne błędy, bo to one są źródłem nowych cech! Bez nich DNA nie może się zmienić, ewolucja nie może zajść.

A co jeśli wyobrazimy sobie, że bardzo podobny mechanizm zachodzi w naszym myśleniu? Co jeśli doskonałe myślenie oznacza kompletną stagnację i niemożność postępu?

Wyobraźcie sobie strukturę intelektualną, chociażby na przykładzie języka, która jest idealnie dopasowana. Wszystkie elementy współgrają ze sobą, każde słowo jest dobrze zdefiniowane. Zdania wynikają z siebie bez błędów i wątpliwości. Postuluję, że w takiej strukturze nie da się pomyśleć nic nowego. Każde wypowiedziane w niej zdanie będzie tylko powtórzeniem lub trywialną konsekwencją tych już znanych.

Jasne, że taką strukturę można rozszerzyć. Można coś do niej dodać i uzyskać w ten sposób nową jakość. Jednak ta operacja wymaga wyjścia poza samą strukturę – w matematyce byłoby to przykładowo dodanie nowych aksjomatów. Ale czy człowiek może kiedykolwiek wyjść poza strukturę swojego myślenia?

Wydaje się, że jest taka możliwość, bo przecież możemy się uczyć, czy – bardziej adekwatnie do naszego przypadku – możemy być uczeni. Ktoś może dodać nową zawartość do naszego systemu pojęciowego. Czyli myślenie jednostki może się zmieniać, nawet jeśli jest idealne. Ale co z myśleniem ludzkości? Innymi słowy, skąd się wzięły jakiekolwiek idee? Gdzie po raz pierwszy się narodziły?

Tutaj z pomocą przychodzi nam intuicja i ten fantastyczny fakt, że nasze myślenie nie jest, nie było, nie będzie i być nie powinno doskonałe. Nie twierdzę, że intuicja jest jedynym źródłem błędów w myśleniu. Każdy z nas nieraz popełniał błędy logiczne, ulegał zniekształceniom poznawczym – to też źródła pomyłek. Jednak nie ma drugiego źródła tak płodnego jak intuicja. Tak płodnego i jednocześnie tak nieoczywistego, bo błędy płynące z intuicji wydają się zwyczajnie ciekawsze niż te powstałe w wyniku chybionej logiki.

A jeżeli błędy te mają stać się zalążkiem nowych idei, tak jak błędy w DNA są zalążkiem nowych cech organizmu, to lepiej, żeby były ciekawe! Z tymi nieciekawymi wiążą się bowiem poważne zagrożenia, o których za chwilę.

Nie ma wiedzy bez intuicji

Konkluzja poprzedniego rozdziału jest taka, że nie ma wiedzy bez intuicji. Konkretniej: nie ma nowej wiedzy bez intuicji, ale że każda wiedza była kiedyś nowa, to nie ma wiedzy bez intuicji. Jest taka myśl, iż nie da się nauczyć człowieka tego, o czym myśli, że już to wie. Budując na niej: nie może wymyślić nic nowego ktoś, kto myśli, że już wszystko wie. Więcej nawet: nie może pomyśleć nic nowego ktoś, kto faktycznie wszystko wie – przynajmniej w obrębie jakiegoś systemu pojęć.

Ale to jeszcze nie wszystko. Postuluję, że generalnie nie może istnieć wiedza prawdziwa (albo zrozumienie prawdziwe) bez intuicji. Idea za tym stwierdzeniem przedstawia się następująco: prawdziwe rozumienie jest cyklem mającym trzy składniki. Pierwszy z nich to wiedza rozumiana jako informacja lub fakt o świecie. Drugim elementem cyklu jest logika oznaczająca rozumienie, intelekt czy sąd – zwróćcie uwagę, że jest to pojęcie szersze niż klasyczny rachunek zdań. Trzecim wreszcie elementem cyklu jest intuicja, rozumiana jak wyżej.

Ten cykl nie ma określonego kierunku przepływu, myśli i idee mogą w nim krążyć w obu kierunkach. Rozważmy kilka prostych przykładów przepływów. Pierwszy z nich rozpoczyna się od wiedzy, może to być obserwacja jakiegoś zdarzenia. Obserwacja ta zostaje poddana intelektualnej ocenie, stawiane są pytania: co się wydarzyło? Czy to dobrze czy źle? Jak to rozumiemy? Odpowiedzi na te pytania trafiają do intuicji i tworzą w niej nowe przekonanie albo modyfikują istniejące. Intuicja zostaje wyposażona w nowe właściwości, które mogą stać się działaniem tu i teraz albo automatyczną odpowiedzią w przyszłości.

Drugi przebieg cyklu to odwrócenie kierunku, czyli zaczynając od obserwacji zdarzenia przechodzimy do intuicji, reagujemy na nie intuicyjnie. Intelekt wchodzi na kolejnym etapie, oceniając i badając intuicyjną reakcję. Efekty tego badania stają się częścią naszego rozumienia sytuacji, częścią naszej wiedzy.

Jest tutaj wiele otwartych pytań. Pierwsze z nich: czy cykle dotyczące różnych obserwacji, różnych przekonań itp. są od siebie oddzielone czy jest to może jeden wielki poplątany cykl? Jak cykl łączy się z działaniem? Czy każdy z jego trzech elementów może być punktem wyjścia do działania? A może tylko intuicja i intelekt podczas gdy wiedza pozostaje bierna? Czy da się stwierdzić, co jest faktycznie pierwsze, co inicjuje cykl? Może na podstawie zachowania małych dzieci dałoby się to rozstrzygnąć? Kiedy ten cykl się zaczyna w naszym życiu?

Niezależnie jednak od odpowiedzi na te pytania, jest jasne, że w tym modelu intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Jest zarówno źródłem, jak i tworem prostej wiedzy i logiki. Z niej wypływają interpretacje rzeczywistości. Z niej wypływają pomysły do logicznego zbadania.

Może ten cykl zawsze musi się zaczynać od intuicji? Od jakiegoś założenia, które zostało przyjęte bez sprawdzenia?

Nie da się funkcjonować bez intuicji

Przypuszczamy, że intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Pójdźmy jeszcze krok dalej i zastanówmy się, czy intuicja nie jest też niezbędnym elementem naszego funkcjonowania, czyli że bez intuicji nie bylibyśmy w stanie myśleć i działać.

Każde nasze działanie jest intuicyjne. W poprzednim rozdziale pytaliśmy, z którego miejsca w cyklu może zacząć się działanie. Tutaj postuluję, że każde działanie rozpoczyna się od intuicji. Nie oznacza to, że logika i wiedza nie mają wpływu na nasze działania – mają, ale tylko o tyle, o ile są w stanie przekształcić intuicję.

Moje przypuszczenie zasadza się na biologicznej obserwacji tego, jak skomplikowane jest każde nasze działanie. Nawet patrząc na nie czysto fizjologicznie, podniesienie szklanki z herbatą to proces, który angażuje miliardy komórek. W jego trakcie wydzielane są hormony, napinają się mięśnie i tysiące impulsów z informacjami przebiega w tę i z powrotem po włóknach nerwowych. Ustalane są kąty, płaszczyzny i siły, tak że herbata, zazwyczaj, nie wylewa się z kubka. Wszystko to dzieje się w ułamku sekundy.

Ale to nie tylko mięśnie. To także sama decyzja, czy chcę wziąć łyka herbaty, jeśli to z tego powodu unoszę szklankę. Sygnały z ciała o stopniu jego nawodnienia mieszają się ze wspomnieniami smaku herbaty i jej uśmierzających pragnienie właściwości. Gdzieś tam w tle przebiegają alternatywy: szklanka wody, kostka lodu, soczek. Herbata jest jednak tu pod ręką, jest pyszna, jest gorąca – musimy pamiętać, by łykać ją ostrożnie – i lekko pobudza dzięki zawartości kofeiny. Ponownie, to wszystko musi się wydarzyć w ułamku sekundy.

Te procesy nie miałyby szans zajść, jeśli nie byłyby napędzane przez intuicję i automatyzmy – które można rozumieć jako pewne formy intuicji. Dlatego też twierdzę, że nie da się działać i funkcjonować bez intuicji i jedyne, co możemy robić, to dbać o jej jakość. Na początku pisałem o intuicji jako o szybkim myśleniu, ale może to jest jedyne praktyczne myślenie?

Jest taka stoicka koncepcja exetazein, którą ja rozumiem jako uwewnętrznienie ćwiczeń stoickich, uczynienie z nich nawyku, odruchu, automatycznego elementu funkcjonowania. Koncepcję tę możemy rozumieć jako intuicję rozwiniętą na stoicką modłę. W trakcie pracy nad sobą modyfikujemy ją tak głęboko i w sposób celowy, tak że staje się manifestacją filozoficznych cnót.

Iluzja cyklu

Kiedy pisaliśmy o cyklu intuicja-wiedza-logika traktowaliśmy go w taki sposób, jakby każdy z tych etapów mógł rozgrywać się samodzielnie. To założenie nie musi jednak być prawdziwe. Alternatywą jest rozgrywanie się trzech elementów „cyklu” jednocześnie, bez ścisłego rozdziału na fazy. W tym rozumieniu intuicja, logika i wiedza są tylko punktami skupienia czy etykietami, które przypisujemy pewnym formom funkcjonowania naszej myśli.

W rzeczywistości jednak wszystkie one mogą zachodzić jednocześnie, a jedyne co się zmienia to intensywność każdej z tych kompetencji. To sprowadza nas do rozumienia myślenia jako procesu amorficznego – może nawet nie procesu, bo to już sugeruje kierunkowość – działania amorficznego, bez wyraźnie określonych etapów, struktury i kierunku.

Współczesne myślenie jest silnie inspirowane pojęciami procesu, algorytmu, struktury danych, zaczerpniętymi z informatyki i programowania komputerów – choć niektóre z nich mają niewątpliwie wcześniejszy rodowód. To może sprawiać, że jesteśmy poddani zniekształceniu poznawczemu. Próbujemy dopasować nasze myślenie o myśleniu do schematów skonstruowanych dla maszyn liczących – maszyn, które miały myślenie symulować przynajmniej w pewnych aspektach.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego metody stworzone, by automatycznie dodawać dwa do dwóch miałyby być skuteczne w opisywaniu ludzkich procesów myślowych? Mają wprawdzie tę zaletę, że są proste i dość łatwo jest nam o nich mówić. Prostota może być jednak zwodnicza, może zachęcać nas do korzystania z tego rozwiązania, nawet jeśli nie do końca pasuje do sytuacji. Warto się tu zatrzymać i zastanowić, czy nie robimy tego tylko dlatego, że myślenie o działaniu amorficznym jest tak boleśnie trudne.

Pułapka wiedzy

Można powiedzieć, że głęboka i precyzyjna wiedza jest wrogiem twórczego działania. Im lepiej znamy tematy, tym trudniej nam stworzyć coś co wyłamie się ze schematu, w którym operujemy. Będziemy raczej odtwarzać to co znamy, niż tworzyć coś nowego. Tak jest dla nas niewątpliwie bezpieczniej i nie jest to nic fundamentalnie złego. Jeśli chcemy wykonywać, możemy nauczyć się schematów i ignorować naszą intuicję.

To bywa skuteczną strategią, a czasem jest koniecznością. W końcu tworzenie precyzyjnej maszyny, budowanie mostu, pisanie ustawy, rozwiązywanie równania matematycznego to nie miejsce na intuicyjne spekulacje.

Warto jednak, byśmy zdawali sobie sprawę, że płacimy za to cenę. Nie będziemy twórczy, nie odkryjemy nic nowego, nie zrewolucjonizujemy swej dziedziny. Jeżeli chcemy osiągnąć którąś z tych rzeczy, to musimy odpuścić precyzję i zostawić nieco miejsca intuicji. Dodatkowo, co często jest najtrudniejsze, musimy pogodzić się z tym, że wielokrotnie więcej razy się pomylimy niż będziemy mieli rację.

Zmiana wymaga popełniania błędów i nie chodzi tu o to, że jak uczymy się czegoś nowego, to robimy coś źle, bo jeszcze tego nie umiemy. Chodzi o to, że proces zmiany to proces popełniania błędów, odrzucania tych nieprzydatnych, zachowywania obiecujących i popełniania ich ponownie. Błąd nie jest konsekwencją zmiany. On jest jej paliwem.

Jeżeli rezygnujemy z popełniania błędów, jeżeli zakładamy, że wiemy i znamy jakiś temat, jeżeli uznajemy, że potrafimy coś robić, to zamykamy sobie drogę do zmiany. To jest pułapka wiedzy i umiejętności. Jeżeli zdecydujemy się w niej zamknąć, to róbmy to świadomie.

Pułapka braku kompetencji

Przywołaliśmy wcześniej metaforę ewolucji do zobrazowania twórczej roli intuicji. Powróćmy do niej teraz, by zobrazować największe zagrożenie, jakie jest związane z naszą intuicją.

Ewolucja, żeby mogła zachodzić, potrzebuje nie tylko błędów kopiowania. Potrzebuje też mechanizmu ich selekcji. Muszą być elementy w środowisku, które premiują pewne cechy, a defaworyzują inne. Dzięki temu nieprzydatne zmiany i mutacje wymierają, a korzystne są propagowane naprzód do kolejnych pokoleń. Błąd kopiowania generuje błędy. Selekcja wybiera z nich te korzystne.

Rozwój myśli podobnie: nie wystarczą same intuicyjne pomyłki, niezbędny jest mechanizm ich oceniania i doboru. Jeżeli nie mamy takowego mechanizmu, to polegając na intuicji nie stworzymy nic nowego, tylko wygenerujemy ogromny, potencjalnie niebezpieczny chaos.

Praktyczny przykład: wiedza medyczna. Każdy z nas posiada jakąś intuicję co do swojego zdrowia. Wyobrażamy sobie, ba, jesteśmy święcie przekonani, że wiemy, co nam służy. To najprawdopodobniej iluzja.

Nasza intuicja może generować myśli i pomysły w każdej dziedzinie, od wiązania sznurowadeł po loty w kosmos. Generuje je także w obszarze wiedzy medycznej. Wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszego zdrowia. Pamiętamy zresztą z przeszłości, że poradziliśmy sobie z jakimś bólem głowy czy przeziębieniem. To utwierdza nas w przekonaniu, że możemy polegać na swojej intuicji.

To błąd. O ile nie ma wśród nas lekarzy, to nie mamy kompetencji do tego, by określić, czy nasza intuicja medyczna jest poprawna. To tak samo, jakby ewolucja miała zachodzić na podstawie samych błędów kopiowania z wadliwym albo całkiem bez mechanizmu selekcji. Najpewniejszym efektem takiego działania będzie niebezpieczny chaos.

Nie ufajmy swojej intuicji w sprawach medycznych, polegajmy na opinii lekarzy. Ta sama logika ma zastosowanie do polityki, wojskowości, fizyki, chemii, psychologii, socjologii, historii, ekologii etc. Jeśli nie mamy kompetencji w jakiejś dziedzinie szczegółowej, to zawieśmy naszą intuicję na kołku i zaufajmy specjalistom lub zacznijmy pracować nad zdobyciem koniecznej wiedzy. Zawód lekarza to jedyne 10–12 lat nauki i możemy zacząć na swej intuicji polegać!

Podsumowanie

Intuicja to nie luksus ani przeszkoda. Intuicja to egzystencjalna konieczność. Jest częścią naszego myślenia i rozumienia świata, czy się nam to podoba, czy nie. Prawdziwą sztuką jest zrozumieć, kiedy możemy jej zaufać, kiedy chcemy jej zaufać, a kiedy ufać jej nie powinniśmy za nic.

Możemy nad nią pracować, wzbogacać ją o nowe kompetencje, ale nie łudźmy się, że kiedykolwiek uczynimy ją idealną. Zamiast tego bądźmy świadomi jej ograniczeń, unikajmy zagrożeń, które w sobie niesie, a stanie się dla nas potężnym narzędziem.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy ja myślące jest w nas jedno, czy to raczej stały dialog różnych ośrodków myśli?

Pytanie, które sobie dzisiaj stawiamy, jest fundamentalne dla zrozumienia ludzkiej konstrukcji psychicznej. Czy jesteśmy kolekcją wielu różnych „osób” zmieniających się zależnie od okoliczności u steru ciała? Czy może nasza osobowość jest monolitycznym tworem, skomplikowanym i wielowymiarowym, ale jednak jednolitym? Nie odpowiemy na to pytanie w pełni, ale zastanowimy się, czy mamy do czynienia z prostą dychotomią. Zaproponujemy kilka możliwości interpretacji i rozważmy argumenty za i przeciw przyjęcia którejś z nich. Wreszcie zadamy pytanie o to, czy te rozważania mają znaczenie, czyli czy odpowiedź na dzisiejsze pytanie niesie ze sobą jakieś praktyczne konsekwencje.

Pozorna dychotomia?

Pytanie zadane w tytule zdaje się sugerować następującą dychotomię: albo ja myślące jest jedno (monolit) albo jest wiele ośrodków myśli (wiele ja). Na pierwszy rzut oka ta dychotomia jest sensowna, rozważmy jednak następujące alternatywy:

  1. ja płynne (ciągłe) – wprawdzie technicznie jest to jedno ja, ale nie ma monolitycznego charakteru. Może mieć w sobie ośrodki skupienia, centra myśli i przekonań, które wykazują silną niezależność. To jedno ja, które manifestuje się jako wiele ośrodków myśli;
  2. ja continuum – ja nie składa się z dyskretnych oddzielnych osobowości, ale jest czymś ciągłym i może płynnie przechodzić między stanami. Myśl podobna do pierwszej, ale bez koncepcji „punktów skupienia”. Ten przypadek będzie się manifestował bardziej jako jedno ja, które zmienia się, ewoluuje;
  3. Ja, które rozpada się i łączy w czasie. W pewnych okresach jest tylko jedno ja, w innych rozkłada się ono na wiele ośrodków myśli. To hybryda naszych dwóch biegunów;
  4. wiele ośrodków myśli, które nie są w dialogu. To nawiązanie do pełnej wersji pytania, które zakłada, że w przypadku wielu ośrodków myśli będą się one porozumiewać. To założenie nie jest konieczne.

Przypuszczam, że można podać jeszcze więcej alternatywnych podejść. Pozostaje jednak do rozważenia, czy te możliwości unieważniają sens początkowego pytania? Jeżeli pytamy o fundamentalną naturę konstrukcji człowieka, to te różnice są ważkie i nie powinniśmy pozostawać przy prostej dychotomii. Jednak jeżeli bardziej interesują nas praktyczne aspekty, to pierwsze dwa przypadki można rozumieć jako nieistotne wariacje opcji wielu ośrodków myśli, podobnie punkt czwarty, jeśli rozluźnimy wymaganie dialogu między ośrodkami. Pozostanie nam punkt trzeci, który jest trudny do zignorowania także z praktycznego punktu widzenia. W związku z tym dodam tę opcję do dalszych rozważań, by sprawdzić, czy wnosi coś fundamentalnie odmiennego.

Od choroby do normy

Jako pierwszą przesłankę w naszej dyskusji chciałbym podnieść stan chorobowy związany z rozszczepieniem jaźni. To rzadko spotykane zaburzenie objawia się wytworzeniem u osoby nim dotkniętej dwóch lub więcej osobowości. Osobowości te mają różne charaktery, wspomnienia, wiek czy imię. Funkcjonują w dużej mierze jako niezależne byty, często nie mając świadomości istnienia pozostałych osobowości.

Ten przypadek zdaje się jasno korespondować z koncepcją wielu ośrodków myśli. Trudno sobie wyobrazić, by poziom rozdzielenia u osoby dotkniętej rozszczepieniem jaźni mógł mieć miejsce, jeśli jest w nas jedno ja. Bez trudu natomiast da się go pogodzić z koncepcją wielu ośrodków myśli, które w przypadku tego zaburzenia tracą ze sobą kontakt.

Ten przypadek jest spójny z koncepcją hybrydową, czyli ja, które może się łączyć i rozdzielać. Przykładowo przed rozwinięciem się choroby pacjent miał jedno ja, które uległo rozdzieleniu na kilka w wyniku jej działania. Można też sobie wyobrazić, że istnieje jedna osobowość łącząca wszystkie, od której oddzielają się, w sprzyjających warunkach, poszczególne osobowości.

To powiedziawszy, warto zwrócić uwagę, iż nie możemy z całą pewnością ekstrapolować stanu chorobowego, jakim jest rozszczepienie jaźni, na funkcjonowanie zdrowego umysłu. Może być tak, iż poprawnie funkcjonujący mózg wytwarza jedno ja i tylko w przypadku zaburzeń może ono ulec rozpadowi. Nie jest to więc finalna odpowiedź na nasze pytanie, ale jest to dowód, że podział na wiele ośrodków myśli jest możliwy.

Obserwacja samego siebie

W swoim codziennym funkcjonowaniu rozpoznaję kilka różnych sposobów myślenia, które manifestują się w zależności od sytuacji. W niektórych przypadkach mogę wybrać, by wejść w dany tryb, w innych jeden z trybów uruchamia się automatycznie. Kilka przykładów: ja refleksyjne (w przeglądzie siebie), ja działające (w intensywnej pracy), ja rozemocjonowane (w porywie emocji) itp.

Te sposoby myślenia są od siebie na tyle odmienne, iż interpretuję je jako oddzielne ja. Efekt jest na tyle wyraźny, że mogą one wejść ze sobą w dialog. Szczególnie w przypadku „ja refleksyjnego”, w toku przeglądu siebie (LINK) zwraca się ono do pozostałych ja w formie monologu niekiedy przechodzącego w rozmowę.

Konsekwencje aktywności jednego z tych sposobów myślenia są daleko idące. Zmienia się moje zachowanie, czyli podejmuję inne decyzje na podstawie tych samych danych wejściowych. Zmienia się mój sposób mówienia, moje słownictwo itp. To głębokie przeobrażenia, które mogą wskazywać na różnice w celach, wartościach a nawet różnice etyczne pomiędzy poszczególnymi trybami.

Choć wszystko, co powyżej napisałem może być wyjaśnione przez różne tryby funkcjonowania jednego ja, jak i przez wiele ośrodków myśli, intensywność tego podziału – zwłaszcza zmiany w sferze wartości i etyki – skłania mnie ku tej drugiej opcji. W tym kontekście pojawia się też pytanie ze wstępu: czy jeśli jedno ja manifestuje się w praktyce w sposób nierozróżnialny od wielu, to rozróżnianie ich ma jakiś cel? Warto tu też nadmienić że powyższa obserwacja jest zasadniczo spójna z trzecią alternatywą, czyli ja, które może się dzielić lub łączyć w jedną całość.

Czy to mocna przesłanka za koncepcją różnych ośrodków myśli? Niezbyt. Warto unikać odniesień do własnego doświadczenia, kiedy próbujemy rozstrzygnąć jakieś pytanie – chyba, że to pytanie konkretnie o nasze doświadczenia, preferencje, odczucia. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, badania naukowe są lepszym przybliżeniem prawdy niż doświadczenie jednostki, nawet jeśli ową jednostką jesteśmy my sami. Po drugie, gdy nie ma konsensusu naukowego, ale jest statystyka, jest ona lepszym przybliżeniem prawdy niż nasze doświadczenie – jest ono tylko jednym punktem danych pośród tysięcy uwzględnionych w statystyce. Po trzecie, nasze doświadczenia dotknięte są zwykle błędami poznawczymi. Przykładowo, ja zaczynając pisać ten artykuł miałem półświadome przekonanie, że odpowiedzią na pytanie w tytule jest: oczywiście, że jest wiele ośrodków myśli. To oznacza, że moje myślenie jest wypaczone pod tą tezę! Z tego powodu warto zawsze sceptycznie podchodzić do konkretnych wniosków – szczególnie własnych – a koncentrować się na zasadności argumentów.

Obserwacja innych

Choć wobec innych nie mamy tego poziomu wglądu jak względem samych siebie, to w zamian mamy większą dozę obiektywności. W związku z tym obserwowanie słów i zachowań innych osób jest interesującą poszlaką w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie.

Widzę u innych ludzi, jak zmienia się ich zachowanie w zależności od grupy, w której się znajdują. Modyfikacji ulega język, jakiego używają, ich mowa ciała, ton głosu itd. Najbardziej wyraźnie tę różnicę można dostrzec pomiędzy sytuacją formalną a sytuacją towarzyską – różnice we wszystkich wymienionych elementach bywają wtedy głębokie i wyraźne.

Kolejna obserwacja to zmiana deklarowanych poglądów, znowu w zależności od grupy osób, w której ktoś się znajduje. Zazwyczaj jest to połączone z elementem dostosowania się do standardu panującego w danej zbiorowości. Czasem ma to formę jedynie potakiwania, czasami faktycznego głoszenia.

Ostatnia obserwacja, to zmiana czynów, co możemy rozumieć jako realną zmianę poglądów i wartości – człowiek realizuje inne poglądy i wartości zależnie od kontekstu społecznego w którym się znajduje. Ta zmiana jest najgłębsza ze wszystkich wymienionych. Dwie pozostałe można wytłumaczyć jednym ja, które przystosowuje się do sytuacji, zachowuje się oportunistycznie. Tę jednak ciężej uzasadnić w ten sposób, a nawet jeśli to rodzi się pytanie: jak taka osoba unika beznadziejnego konfliktu moralnego, jeśli mamy do czynienia z jednym ja?

Te obserwacje choć ciekawe mają swoje ograniczenia. Po pierwsze, nie prowadzę ścisłego rejestru zachowań innych ludzi, brak mi więc twardych danych. Po drugie wielu ludzi znam tylko z jednego typu sytuacji, na przykład z gruntu towarzyskiego, nie mam więc porównania. Po trzecie nie mam dostępu do procesów myślowych tkwiących za tymi zewnętrznymi przejawami, nie mogę więc mieć pewności, że u ich podstawy leżą realnie oddzielone ja.

Czy to mocna przesłanka? Przy odpowiednio dużej ilości obserwacji, potencjalnie tak. Na pewno jest silniejsza od poprzedniej, bo obserwacja kilku osób, to więcej niż obserwacja jednej(siebie). Żeby jednak nabrała mocy to potrzebowalibyśmy zgromadzić dobrą statystykę z tysięcy przypadków, zebraną zgodnie ze sztuką itd. Ja takich statystyk nie posiadam, nie mogę więc wyciągać ostatecznych wniosków.

Istnienie konfliktów wewnętrznych

Ludzie bywają skonfliktowani wewnętrznie. Znamy to z własnego doświadczenia, z tych trudnych momentów w życiu, gdy musimy wybierać, a nie potrafimy określić, która opcja jest właściwa. Znamy to z opowieści innych ludzi i ich zmagań z niemożnością pogodzenia duchowych sprzeczności. Znamy to wreszcie z literatury, gdzie motyw moralnych i etycznych rozterek jest jednym z najpowszechniejszych tropów literackich. Historie osnute wokół konfliktów wewnętrznych fascynują nas nieodmiennie od wieków i nie bez powodu – w historiach tych bowiem rozpoznajemy siebie.

Skoro istnienie konfliktu wewnętrznego wydaje się być wielce prawdopodobne, to rodzi się pytanie: czy jedno ja może być skonfliktowane? Inaczej można to ująć, pytając: czy konflikt wymaga dwóch lub więcej stron?

Jeżeli założymy, że konflikt wewnętrzny jest bliski lub tożsamy w swojej mechanice ze „standardowymi” konfliktami międzyludzkimi, to musimy przyjąć, że istnieją w człowieku co najmniej dwie istoty (ośrodki myśli), między którymi dochodzi do konfrontacji. Czyli konflikt wewnętrzny to różnica zdań co do tego, co ważne lub tego, co dobre między dwoma, względnie niezależnymi, przejawami naszej osobowości.

To założenie nie musi być jednak prawdziwe. Zaproponuję tu jedną alternatywę: konflikt wewnętrzny to nie spór między dwiema stronami to sytuacja, w której jest niezwykle trudne, a wręcz niemożliwe, oszacowanie prawdopodobieństwa skutków naszych działań, prowadzące do tego, że nie mamy dobrej przesłanki, by dokonać wyboru. Innymi słowy, konflikt wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy przewidzieć następstw naszej decyzji, w związku z czym nie potrafimy zdecydować. Ta interpretacja nie wymaga istnienia wielu ośrodków myśli, choć im nie przeczy.

Ze względu na wspomnianą alternatywę tej przesłanki także nie możemy zaliczyć do szczególnie mocnych. Polega ona nadmiernie na jednej konkretnej interpretacji tego, czym jest konflikt wewnętrzny, która to interpretacja nie musi być słuszna.

Podsumowanie

Zebraliśmy kilka poszlak, które zdają się przemawiać za koncepcją dialogu różnych ośrodków myśli, nie wykluczając przy tym trzeciej alternatywy, o której wspomnieliśmy, czyli opcji hybrydowej. Żadna z przytoczonych poszlak nie jest moim zdaniem ostateczna, razem wzięte również nie wydają się stanowić przekonującego dowodu. Należy więc powiedzieć, że pytanie tytułowe pozostaje nierozstrzygnięte, z lekkim wskazaniem na wiele ośrodków myśli.

Zaznaczę tu, że mogą istnieć dane i badania z dziedziny nauk szczegółowych, których tu nie rozpatrzyliśmy, a które mogą stanowić mocniejsze dowody. Przykładowo, mogły być prowadzone badania zbierające statystyki tego, jak ludzie subiektywnie postrzegają swoje myślenie, albo badania wokół koncepcji konfliktu wewnętrznego, czy też badania kliniczne nad rozproszeniem jaźni. Każde z nich może stanowić istotny argument w dzisiejszej dyskusji. Na potrzeby tego artykułu celowo nie przeprowadziliśmy badań w tym kierunku, jako że naszym celem było przedstawienie pierwszego, intuicyjnego spojrzenia na ten problem – można powiedzieć, że badaliśmy zdanie laika w tej kwestii.

Ostatecznie pytanie, które ciąży nad całą powyższą analizą jest jeszcze innego rodzaju: czy to ma znaczenie? To znaczy, czy ma znaczenie, czy osobowość jest jedna czy rozproszona? Czy praktycznie możemy oczekiwać jakichś realnych różnic? Gdzie by takie różnice się przejawiały? Czy koncepcja jednego ja wyklucza istnienie nie tylko konfliktu ale i dialogu wewnętrznego? Czy to, jak żyjemy zależy od odpowiedzi na dzisiejsze pytanie?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czym jest synkatathesis (akt przyzwolenia)?

Preambuła

Dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów inspirowanych serią pytań i tematów, które uczestnicy Kolonii Stoickich otrzymali, z zadaniem wyboru jednego i przygotowania wystąpienia na jego temat. Tak się składa, że wszystkie te tematy są ciekawe i warte zastanowienia, pozwoliłem sobie, wobec tego, pożyczyć ich ideę i oprzeć na nich kilkanaście kolejnych blogowych tematów (nie wykluczając krótkich przerw). Zagadnieniem przewodnim całego cyklu jest myślenie i jego jakość.

Wstęp

Synkatathesis to grecki termin tłumaczony zwykle jako przyzwolenie lub akt przyzwolenia (także zgoda, akceptacja, uznanie za prawdę). Jest to decyzja, by zaakceptować wyobrażenie (phantasia) jako prawdziwe. Jako taka stanowi zwieńczenie cyklu poznawczego, który rozpoczyna się od aisthesis (wrażenie, doświadczenie, odczucie) – aktu wspólnego ludziom i zwierzętom, polegającego, w uproszczeniu, na zarejestrowaniu bodźca. W ludzkim umyśle, w odpowiedzi na aisthesis, tworzy się jego obraz w wyobraźni (phantasia), dopiero z tym obrazem pracuje nasz umysł. Phantasia (wyobraźnia, obraz, zjawisko, pozór) może być prawdziwe – czyli wiernie oddawać istotę aisthesis – albo fałszywe – zniekształcać wrażenie fałszywymi sądami. Ostatnim etapem tego cyklu jest synkatathesis – decyzja, czy phantasia jest prawdziwe, czy fałszywe i podjęcie działania odpowiedniego do tej decyzji. W tym schemacie aisthesis jest od nas całkowicie niezależne, nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza. Phantasia jest od nas niezależna w momencie, gdy już się stała, ale w zasadzie możemy modyfikować to, jakich phantasia będziemy dokonywać w przyszłości, pracując nad naszymi wyobrażeniami. Synkatathesis jest od nas w pełni zależne, a przynajmniej powinno takie być. W dalszej części artykułu zastanowimy się, jak mogą powstawać luki w tej zależności.

Przyzwolenie jednokrotne

Według stoików, każda decyzja składa się z trzech etapów, o których wspomnieliśmy we wstępie. Wszystko zaczyna się od aisthesis, czyli wrażenia lub bodźca. We współczesnym języku możemy ten element zrozumieć jako sygnał wygenerowany przez jeden ze zmysłów i przekazany do mózgu. Warto tu na marginesie wspomnieć, że zmysły zbierają sygnały zarówno z naszego otoczenia, jak i z wnętrza naszego ciała. Ostatecznie mamy tu do czynienia z impulsem elektrycznym i chemicznym, który dociera z peryferii układu nerwowego do jego centrum. Impuls ten ma jakiś obiektywny kształt i niesie realną informację. Celowo piszę tu o kształcie i informacji jako realnej, zamiast pisać o rzeczywistym wydarzeniu czy obiekcie, które opisują, bo realność tych pierwszych jest, z perspektywy naszego umysłu/mózgu, pewna, ale tych drugich już nie. Zmysły mogą wysyłać fałszywe sygnały – jest to zwykle objaw choroby lub manipulacji – a mózg nie ma pozazmysłowych sposobów ich weryfikacji.

Aby wrażenie zmysłowe mogło zostać poddane dalszej, nazwijmy to, obróbce, musi zostać przekształcone z wejściowego impulsu elektrochemicznego na obraz, czyli phantasia. Słowo obraz należy tu rozumieć luźno, jako kolekcję obrazów, dźwięków, słów, nastrojów itp. Należy też przypuścić, że na jedną phantasia złoży się wiele aisthesis – mózg nie rozpatrzy każdego impulsu zmysłowego z osobna, ale już na tym etapie zsyntetyzuje je w jeden twór. W tym momencie możemy mieć do czynienia z poważnymi zniekształceniami. Po pierwsze, synteza wielu wrażeń w jedno wyobrażenie może przebiec niepoprawnie: ważne impulsy zostaną pominięte, bo będą zbyt słabe, mało istotne zostaną wyolbrzymione, niepowiązane wrażenia zostaną mylnie włączone do analizy. Przykład: ściśnięcie żołądka wywołane lekkim głodem zostaje złączone z widokiem osoby i zostaje zinterpretowane jako oznaka strachu. Po drugie, powstawanie phantasia jest efektem wyuczonych (wypracowanych) mechanizmów poznawczych. Mózg na różnych etapach naszego życia uczy się, jak interpretować konkretne sygnały i ich połączenia. Te wyuczone mechanizmy mogą zawierać błędy i zniekształcenia. Przykładowo, osoba, która wykształciła tendencję do postrzegania świata pesymistycznie, będzie skłonna interpretować widok chmury na horyzoncie jako zapowiedź nieprzyjemnego deszczu. Mechanizmy te będą przybierać przeróżne formy: nastrój, cecha charakteru, tendencyjność w myśleniu, wybiórcza ślepota itd. Większość z nich będzie czasem przydatna (wezmę parasol i nie zmoknę), a czasem niekorzystna (nie wyjdę z domu, bo może padać).

Formowanie się phantasia to ciekawy i złożony temat wykraczający jednak poza ramy dzisiejszego tekstu, bowiem naszym punktem kluczowym jest kolejny etap tego procesu, czyli synkatathesis.

Człowiek – i o ile wiemy, jest to jego unikalna właściwość – jest wyposażony w zdolność przyjęcia lub odrzucenia wyobrażenia. Oznacza to, że nim phantasia przerodzi się w działanie – coś, co byłoby bardziej charakterystyczne dla reakcji zwierzęcia – jest moment, w którym świadomie możemy ją przyjąć, odrzucić lub zmodyfikować. To właśnie synkatathesis – akceptacja wyobrażenia. Sama koncepcja jest w ogólnym zarysie prosta: do świadomości dociera phantasia, tam poddawana jest analizie. Badana jest jej logiczna spójność. Jest konfrontowana z przeszłymi doświadczeniami. Jest oceniana w kontekście wartości i potrzeb. Jeśli sytuacja tego wymaga, wyciągane są ciężkie działa: oceny etycznej i moralnej. W zależności od wyników tych testów następuje decyzja co dalej z naszym wyobrażeniem uczynić.

Ogólna idea jest prosta, ale już samo pobieżne spojrzenie na katalog potencjalnych badań, jakimi poddana może być phantasia, powinno nam uzmysłowić, że w praktyce wcale tak prosto nie jest.  To ma dwie ważne konsekwencje. Pierwsza konsekwencja to, że nasz leniwy mózg będzie starał się ten etap upraszczać, minimalizować, a nawet pomijać. Jest to całkiem logiczne, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy oszczędzania energii – a jest to według niektórych koncepcji główna kompetencja naszego mózgu – uruchamianie tak intensywnego procesu przy każdej drobnostce oznacza zużycie konkretnych kalorii, a jeśli to nas nie przekonuje, to rozważmy ile czasu, naszej mocy obliczeniowej, musimy poświęcić na takie badanie. W praktyce synkatathesis dla każdej phantasii może nie być możliwa. Druga konsekwencja to, że trudno oczekiwać, by proces przyzwolenia, za każdym razem przebiegł bezbłędnie. W tak skomplikowanych układach jest zbyt wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak, by móc spodziewać się zawsze poprawnego wyniku.

Jeśli idzie o pierwszą z konsekwencji, zaproponuję potencjalny sposób, w jaki nasze umysły radzą sobie z nią. Jeśli idzie o drugą, to wypada ją zaakceptować i jednocześnie uzmysłowić sobie, że synkatathesis to umiejętność jak każda inna pod tym względem, że aby dobrze działała, musi być trenowana i poddawana częstym refleksyjnym przeglądom i modyfikacjom. Na swój sposób praca nad tą zdolnością jest zasadniczym sensem stoickiego życia.

Przyzwolenie wielokrotne – nawyki

Każdego dnia nasz umysł przyjmuje tysiące wrażeń zmysłowych. Jeżeli każda z tych aisthesis miałaby być najpierw zamieniona na phantasia, a następnie poddana weryfikacji w synkatathesis, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Kiedy wiążemy buty, zapewne jest tak, że zaczynamy zazwyczaj od tego samego, albo lewego, albo prawego. O ile jakieś okoliczności nie sprawią, że taka kolejność będzie niepraktyczna, to nie musimy się nad tym zastanawiać, po prostu to robimy. Nie ma potrzeby, by poddawać nasze wyobrażenie o tym, który but należy zawiązać najpierw ocenie w synkatathesis. Czynność ta ma niewielkie znaczenie, nie ma żadnych implikacji moralnych, nie odnosi się do sfery wartości oraz jest przez nas wypraktykowana przez lata jej powtarzania. Możemy sobie więc pozwolić na zastosowanie skrótu.

Taki skrót określamy mianem nawyku. Wypracowaliśmy sobie nawyk wiązania najpierw prawego, a potem lewego buta i teraz stosujemy go automatycznie. Gdzieś na początku naszej przygody ze sznurowadłami musieliśmy jeszcze decydować, od której strony zacząć. Możliwe nawet, że mieliśmy wtedy praktyczne rozważania nad tym, jak jest nam wygodniej – mogą być chociażby dobre przesłanki do podjęcia tej decyzji związane z naszą dominującą ręką. W tamtych czasach praktykowaliśmy synkatathesis, by decydować, czy zawiązać najpierw prawy, czy lewy but.

Wypraktykowane w wielokrotnym powtarzaniu synkatathesis staje się nawykiem. Oczywiście do powstania nawyku koniecznym jest, by nasze wybory były spójne, byśmy w przeważającej większości przypadków podejmowali tę samą decyzję. Jeżeli stajemy często w jakiejś sytuacji, ale nasze wybory zmieniają się w nieprzewidywalny sposób za każdym razem, to nie dojdzie do wykształcenia się nawyku. Nawyk nie powstanie też, jeżeli sytuacja jest wyjątkowa, czyli zdarza się z niewielką częstotliwością.

Nawyki to potężne narzędzie poprawy efektywności naszego funkcjonowania. Pomyślcie, jak szybko i sprawnie idzie wam wiązanie butów. Jak niewiele zastanowienia wkładacie w tę obiektywnie dość skomplikowaną czynność. Tysiące nawyków, które wypracowaliśmy, każdego dnia optymalizują nasze działania, oszczędzając nam czas i energię.

Nawyki nie są jednak pozbawione pułapek i zagrożeń, szczególnie dlatego, że wiele z nich dotyczy spraw o wiele poważniejszych, bardziej skomplikowanych i trudniejszych w ocenie niż to, którego buta zawiązać najpierw. Wiele z naszych nawyków ma realny wpływ na nasze zdrowie, życie i działania moralne.

O kształtowaniu nawyków napisano i powiedziano wiele. W tym miejscu chciałbym zwrócić tylko waszą uwagę, że żaden nawyk nie jest wiążący. Generalnie mamy dostęp do argumentacji i procedury stojącej za nawykiem – w sensie wiemy, co i dlaczego robimy. W związku z tym mamy możliwość dokonania innego wyboru za każdym razem, gdy stajemy przed nawykowym działaniem. To niekoniecznie jest łatwe, ale na pewno jest osiągalne, a z każdą niezależną decyzją będzie łatwiej i łatwiej by nawyk przełamać.

Przyzwolenie podświadome – charakter

W ostatniej części tego artykułu chciałbym zaproponować pójście o krok dalej i rozważenie tego, co może się stać, gdy automatyczny synkatathesis przejdzie do podświadomości. Rozumiem to jako wyższy poziom nawyku, schemat, który jest jeszcze bardziej utrwalony i automatyczny.

Postuluję, że nawyk, który stał się podświadomym staje się tym, co zazwyczaj określamy mianem cechy charakteru czy usposobienia osoby. Przykładowo, ktoś kto dokonuje regularnie wyboru by spędzać czas bez towarzystwa innych osób, wytwarza w sobie nawyk samotnika. W miarę upływu czasu cały proces decyzyjny przechodzi do podświadomości. Rozumiem to jako dalszą optymalizację procesu. Nawyk jest działaniem bardzo skróconym, ale jednak świadomym. W zasadzie wiemy dlaczego robimy to co robimy i, nawet jeśli nie w momencie działania, to po fakcie jesteśmy w stanie odtworzyć nasze uzasadnienie. Przeniesienie tej maszynerii do podświadomości, choć skutkuje utratą łatwego wglądu w jej logikę, pozwala nam zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i energii.

Kiedy nawyk staje się podświadomy, przekształca się w cechę charakteru. Tak nasz przykładowy człowiek wybierający samotność nabiera z czasem cechy samotnika. To ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, tracimy dostęp do powodów naszego działania, nie do końca wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Po drugie, przestajemy myśleć o tych sytuacjach w kontekście wyboru, a zaczynamy myśleć o nich w kontekście preferencji. Przykładowo, nie wybieram dziś samotności, ja ją preferuję. Po trzecie, odbieramy sobie sprawczość w danej sprawie, co powiązane jest z poprzednim punktem – to już nie jest mój wybór, tak po prostu jest, taki po prostu jestem. Po czwarte, zaczynamy myśleć o tych cechach jako o niezmiennych właściwościach – jak w poprzednim punkcie, taki po prostu jestem, przecież tego nie zmienię.

Podobnie jak w przypadku nawyków, posiadanie cech charakteru nie jest niczym złym, wręcz jest to niezbędne przystosowanie ewolucyjne, które pozwala nam kompresować czas potrzebny na decyzję i w efekcie skutecznie działać w skomplikowanym świecie. Nie ma też powodów, żeby uważać, że te czy inne cechy charakteru są obiektywnie lepsze lub gorsze – jest raczej kwestią indywidualnych preferencji i wartości, które z nich chcielibyśmy przyjąć.

Jest jednak potencjał do zła, który tkwi we wspomnianych wyżej konsekwencjach. Obraca się to wokół założenia, że cechy charakteru są niezmienne. To jest złe założenie. W proponowanym przeze mnie spojrzeniu, cechy charakteru są w swojej esencji wyborami, a jako takie mogą być zmieniane i podejmowane na nowo w każdej sytuacji.

To, że chcę być sam, to nie jest wyrok losu czy niezmienna konieczność. To jest wybór i nie chodzi mi o to, że chcę być sam, więc decyduję się być sam. Nie. Wyborem jest już samo „chcę”, ta chęć bycia w samotności jest wyborem, pomimo że sobie tego zazwyczaj nie uświadamiamy.  Nawet jeśli mamy skłonność do introwersji – która jest kategoryzowana jako cecha osobowości, a modyfikowanie tychże może nie być możliwe – co może sprzyjać wytworzeniu się nawyku, a następnie charakteru samotnika, to go nie gwarantuje. Można być towarzyskim introwertykiem i samotniczym ekstrawertykiem.

Powyższe rozważanie nie oznacza, że musimy zaraz rzucić się, by zmieniać swoje cechy charakteru. Jeśli, te które mamy dobrze nam służą i idą w parze z naszymi wartościami i tym czego chcemy od życia, to świetnie. Warto jednak, byśmy zadawali sobie pytania o nasz charakter. To szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż gro naszych cech wykształciło się i utrwaliła w dzieciństwie – czyli w czasach gdy nasze możliwości, trudności i aspiracje były fundamentalnie odmienne od tego z czym mamy do czynienia dziś i mogą nam już nie służyć.

Podsumowanie

Synkatathesis jest ostatnim etapem procesu przyswajania i przetwarzania rzeczywistości dokonywanego przez nasz umysł. To jego najbardziej wymagająca energetycznie i czasowo część. Jednocześnie we wszystkich sytuacjach, które wymagają głębszego zastanowienia moralnego lub namysłu nad wartościami, to najważniejszy etap. W nim zawiera się bowiem nasza ludzka zdolność do niepoddawania się instynktom i pierwszym wrażeniom. W nim jest przestrzeń na refleksje.

W praktyce synkatathesis musi być przez mózg kompresowany. Jest zbyt długie, zbyt czasochłonne, by mogło funkcjonować w ten sam, w pełni świadomy sposób wobec każdego wrażenia i każdej związanej z nim decyzji. W efekcie wyrabiamy sobie nawyki, czyli automatyczne przyzwolenia założone z góry dla podobnych do siebie sytuacji. To narzędzie optymalizacji, które cementuje pożyteczne procesy bez konieczności powtarzania za każdym razem argumentacji. Jest to także system, który może utrwalać szkodliwe zachowania i jako taki powinien podlegać okresowej kontroli i modyfikacji.

Sugeruję, że jest jeszcze jeden etap automatyzacji synkatathesis – przekształcenie nawyku w cechę charakteru. Oznacza to przeniesienie procesu decyzyjnego do podświadomości, co pozwala wykonywać go jeszcze szybciej i jeszcze mniejszym kosztem energetycznym. Korzyści z tego rozwiązania są równie oczywiste, co przy nawykach – nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek nie posiadający żadnej cech charakteru. Oczywiste są także idące z nim zagrożenia utrwalania szkodliwych zachować i tendencji. Tak jak przeglądamy i zmieniamy swoje nawyki, tak powinniśmy przeglądać swój charakter i pracować nad ukrytymi w nim synkatathesis. Trud ten, a nie jest to zajęcie łatwe, to fundamentalna ścieżka stoickiego życia.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Przegląd i podsumowanie ćwiczeń stoickich

Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie wszystkiemu temu, o czym nie wspomnieliśmy przez ostatnie kilka tygodni, a co składa się na pełny arsenał stoickich ćwiczeń. Nie będziemy zagłębiać się w szczegóły, ale postaramy się naświetlić idee każdego z nich. To pomoże nam zdecydować, na które chcielibyśmy spojrzeć szczegółowo oraz które z nich dobrze pasują do naszej praktyki.

Dużą część dzisiejszego wpisu zajmą źródła dalszej lektury. Będą one odnosić się oczywiście do ćwiczeń, które omówiliśmy dzisiaj, ale znajdą się także materiały o tych ćwiczeniach, które omawialiśmy w poprzednich artykułach. Dzięki temu zestawieniu będziecie mogli poszukać nowych perspektyw i pogłębienia wiedzy o tych ćwiczeniach, które przypadły wam do gustu.

Jak się domyślacie z tego wstępu, ten artykuł jest też zamknięciem cyklu o ćwiczeniach stoickich. To nie oznacza, że temat ten nie zagości na blogu ponownie, wręcz przeciwnie: można się spodziewać, że cała seria będzie w przyszłości bazą do dalszych rozważań i dyskusji. Na razie jednak temat zamykamy i podsumowujemy.

Definicja fizyczna

„(…) należy powziąć wyobrażenie, mając przed sobą mięso czy inne potrawy, że to jest zaledwie trup ryby, tamto zaś trup ptaka czy świni; i znów, że falern jest zwykłym sokiem z kistki winogron, a ta szata barwiona purpurą to owcze włosy zanurzone we krwi małży; a co do spraw związanych z obcowaniem płciowym – pocieranie narządu i wydalenie śluzu w jakimś skurczu; jakie są wyobrażenia dosięgające samych rzeczy i przenikające w nie, dzięki czemu widzimy, jaka to rzecz jest – tak też należy czynić przez całe życie”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

Definicja fizyczna to bardzo proste ćwiczenie w wykonaniu: kiedy napotykasz coś, co budzi Twoje emocje, szczególnie jeśli budzi Twoje pożądanie, przeanalizuj ten obiekt pod kątem jego fizycznej budowy. Człowiek, nawet najpiękniejszy, to przecież zlepek tłuszczu i mięsa, nawinięty na kości i chrząstki i obciągnięty skórą. Kojarzysz szkice anatomiczne z lekcji biologii albo z gabinetu lekarskiego? Takie, które pokazują układ mięśniowy człowieka, jakby obdarty ze skóry? Twój obiekt pożądania z grubsza tak właśnie wygląda. A pod tym jest jeszcze trochę kości i ścięgien.

Po co praktykujemy to ćwiczenie? Aby zdystansować się do nęcących nas rzeczy niezależnych. Celem jest osłabienie porywów pożądliwości, byśmy mogli podejmować bardziej racjonalne wybory w sytuacjach, gdy coś nas kusi. Można też tę technikę stosować do rzeczy niezależnych, które budzą w nas strach. Jeśli obawiamy się jakiegoś człowieka, to uświadomienie sobie, że on też jest zbudowany z tłuszczu, mięsa i kości, i że on też spożywa pokarmy, wydala je i puszcza wiatry, może pomóc nam obniżyć lęk.

Dwa uchwyty

„Każda rzecz ma dwa uchwytu: jeden, za który można ją unieść i drugi, za który unieść jej nie sposób. Jeśli twój brat zachowuje się wobec ciebie krzywdząco, nie sięgaj po uchwyt związany z tym niesprawiedliwym postępowaniem, ponieważ tego uchwytu nie da się unieść; złap zamiast tego drugi uchwyt – to, że jest twoim bratem, że wychował się razem z tobą – a zapanujesz nas sytuacją, robiąc użytek z tego uchwytu, który można unieść”
Epiktet, „Enecheiridion”

Do każdej sprawy, która budzi w nas trudne emocje, możemy podejść co najmniej z dwóch perspektyw: możemy koncentrować się na tym, co jest w tej sytuacji złe i trudne lub na tym, co w niej jest dobrego. Jeżeli wybierzemy pierwszą z dróg, doświadczymy nakręcania się naszych emocji. Jeśli był w nas gniew, to będzie się on wzmagał. Jeśli strach, to będzie gęstniał. Z czasem uczynią one całą sytuację niemożliwą do zniesienia, będzie musiało dojść do wybuchu. Jeżeli skoncentrujemy się na tym, co w tej sytuacji dobre, trudne emocje będą gasły, a my znajdziemy siłę, by ten stan rzeczy udźwignąć.

Ćwiczenie to ma szczególnie istotną rolę w pielęgnowaniu naszych relacji z innymi ludźmi. Dzięki niemu zmniejszamy szansę, by sytuacje potencjalnie konfliktowe rozbijały nasze związki. Zachęca nas do skupienia się na tym, co dobre i budujące. Nawet jeśli istnieje realny konflikt wymagający rozwiązania, dzięki właściwemu wyborowi uchwytu możemy go rozwiązać w produktywny i cywilizowany sposób.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „O dwóch uchwytach”

Dobrowolny dyskomfort

„(…) postanowiłem doradzić i tobie, byś oznaczył dla siebie kilka dni, w których – zadowalając się bardzo niewielką ilością jak najprostszego pożywienia tudzież grubą i szorstką odzieżą – zadawałbyś sobie pytanie: Czyżby to było to, czegośmy się tak obawiali?”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XVIII

Jeśli słyszeliście kiedyś o osobach praktykujących zimne prysznice czy zanurzanie się w lodowatej wodzie, to słyszeliście o ćwiczeniu się w dobrowolnym dyskomforcie. Nazwa mówi tu wszystko. Ćwiczenie polega na zdecydowaniu, by postawić samych siebie w sytuacji, gdy odczuwamy jakąś nieprzyjemność. Czy jest to zimna woda pod prysznicem, czy dzień głodówki, czy noc przespana na twardej podłodze, nie ma znaczenia – ważne jest, by było niewygodnie i by był to nasz wybór.

Cele tego ćwiczenia są wielorakie. Z jednej strony to sposób na zahartowanie się na przeciwności losu, czyli przygotowanie swego ducha na moment, gdy zaznamy dyskomfortu niedobrowolnego. Abyśmy mogli go lepiej znieść, ćwiczymy się zawczasu. Z drugiej strony to sposób na nabranie perspektywy i zrozumienie, że to, czego zwykliśmy unikać, nie jest wcale takie straszne, czyli redukujemy nasz lęk. Wreszcie jest to sposób na upraszczanie naszego życia. Daje nam zrozumienie, że możemy swobodnie i dobrze funkcjonować, bez pewnych elementów, które uznawaliśmy dotychczas za niezbędne. W efekcie pozbywamy się ich z naszego życia.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Prosty stoik wakacyjny: idea wyrzeczeń”

Słuchanie, mówienie i czytanie

To nie pomyłka – wszystkie te trzy aktywności to realne ćwiczenia stoickie. Każde z nich jest osobną praktyką, ale zgrupowałem je razem, bo idea, która im przyświeca, jest podobna. Polegają one na uważnym i skupionym słuchaniu, mówieniu czy pisaniu. Jeśli słuchasz, skoncentruj się na tym, co słyszysz, a nie na ripoście, która przyszła ci na myśl. Staraj się zrozumieć drugiego człowieka. Jeśli mówisz, bądź oszczędny w słowach, staraj się być precyzyjny, dostosowuj komunikat do odbiorcy – pamiętaj, że to nie ty jesteś celem swojej przemowy, tylko drugi człowiek. Kiedy czytasz, wybieraj mądrą lekturę, koncentruj się na treści, notuj najważniejsze myśli, wracaj i czytaj ponownie. Nie idzie o ilość przeczytanych książek, tylko o jakość lektury.

Celem dyscypliny w słuchaniu i mówieniu jest polepszenie naszych relacji z innymi ludźmi. Te dwie czynności są podstawą budowania więzi przez człowieka. Korzystajmy z nich mądrze i sumiennie, a skorzysta na tym nasz kontakt z innymi ludźmi. Pamiętajmy przy tym o złotej zasadzie: słuchajmy co najmniej dwa razy więcej niż mówimy. Cel uważnego czytania jest bardziej indywidualny – chodzi tu o doznanie możliwie pełnego doświadczenia kontaktu z lekturą. Celem czytania nie jest odhaczenie jak największej liczby tytułów, tylko uzyskanie jak najgłębszej refleksji. To inny rodzaj czytania niż czytanie rozrywkowe. Możemy znaleźć czas na oba, pamiętając, że to dość odmienne aktywności.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Po prostu pisz”

Dyscyplina przyzwolenia

„Źródłem ludzkich zmartwień nie są zdarzenia, lecz opinie na ich temat; śmierć nie jest na przykład niczym strasznym; gdyby bowiem zasługiwała na takie miano, byłaby tak postrzegana przez Sokratesa. Przerażenie wynika z opinii na temat śmierci – poglądu, zgodnie z którym jest ona czymś strasznym.”
Epiktet, „Encheiridion”

Dyscyplina przyzwolenia jest blisko związana z ćwiczeniem dwóch poziomów sądu. Można nawet powiedzieć, że jest jego wersją wykonywaną „na bieżąco”. Zdarzenia, których doświadczamy, wywołują w nas wrażenia automatyczne. Pojawienie się tych wrażeń jest od nas niezależne. To, czy zadziałamy w zgodzie z nimi, jest od nas zależne. To jest moment przyzwolenia. Kiedy przychodzi do nas wrażenie, decydujmy, czy chcemy na nie przyzwolić, czy też nie.

Celem tej dyscypliny jest poprawienie jakości naszych bieżących działań i decyzji. Poprzez niedopuszczanie błędnych lub nadmiernych wrażeń uzyskujemy przestrzeń na świadomą ocenę sytuacji, która prowadzi do lepszej jakości decyzji. Wbijamy klin między impuls a działanie i robimy to na bieżąco, w miarę jak sytuacja się rozwija.

Dyscyplina miłości

Czy miłość jest ćwiczeniem stoickim? A do tego dyscypliną? Przecież miłość to poryw serca, romantyczna, ulotna idea, najsłodsza emocja. Cóż to za herezje? To nie herezje, to rzeczywistość. Miłość nie jest emocją, czyli chwilowym porywem mobilizującym nas do jednorazowego działania – choć często bywa mylona z pożądaniem, które już można określić mianem emocji. Miłość jest uczuciem, czyli trwałym stanem naszego umysłu, który w szczególny sposób wyróżnia jedną lub wiele relacji, w których jesteśmy. Miłość to efekt wieloletniej pracy i choć nie jest tożsama z przywiązaniem, to jest ono dla niej istotne. Miłość trzeba i warto trenować. Jak? O tym wkrótce w artykule na blogu.

Celem praktykowania miłości jest… sama miłość. To tak jak w przypadku uważności – celem jej praktykowania jest sama uważność, bycie uważnym. Celem praktykowania miłości jest miłowanie, bycie miłośnikiem. Oczywiście to też będzie miało dalsze konsekwencje – chociażby to, że będziemy częściej i więcej miłowani przez innych – ale są one tylko miłym dodatkiem, skutkiem ubocznym, a nie właściwym celem.

Jawność

„I choć daleko wznioślej jest żyć w ten sposób, jak gdyby się znajdowało pod okiem jakiegoś szlachetnego i zawsze obecnego męża, ja jednak poprzestałbym nawet na tym, byś – cokolwiek czynisz – czynił tak, jakby przyglądał się temu ktoś pierwszy lepszy: to samotność skłania nas do wszystkiego złego.”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XXV

Co by było, gdyby wszyscy mogli widzieć to, co właśnie robisz? Czy poczułbyś wstyd? Jeśli tak, to dlaczego? Dlaczego miałbyś się wstydzić bardziej wzroku innych niż swojego? Te pytania leżą u podstaw dyscypliny jawności, którą czasem określa się też mianem „życia na widoku”. Nie chodzi w niej jednak o to, by faktycznie na ten widok się wystawiać, ale o to, by nie czynić niczego, co sprawiłoby, że poczulibyśmy wstyd, gdyby na widoku się znalazło. Zwróćcie uwagę, że nie jest to kwestia aprobaty otoczenia! Nie pytamy, czy to się innym ludziom spodoba. Pytamy, czy my poczulibyśmy wstyd, gdyby inni to zobaczyli.

Celem ćwiczenia jawności jest rozpoznanie tych naszych czynów, których sami nie akceptujemy, czyli de facto rozpoznanie naszych słabości i wad charakteru. W tym sensie jest to ćwiczenie, w którym zdobywamy informacje do późniejszego wykorzystania w pracy z przekonaniami. Drugorzędnym celem jest po prostu powstrzymanie się przed uczynieniem czegoś, czego później mielibyśmy się wstydzić.

Redukcja krzywd

„Pamiętaj, że znieważ cię nie ten, kto cię lży lub wymierza ci cios, lecz twoja opinia, zgodnie z którą te działania stanowią zniewagę. Gdy więc ktoś cię rozsierdzi, wiedz, że w istocie rozzłościła cię twój własna opinia”
Epiktet, „Encheiridion”

Redukcja krzywd to właściwie wariacja na temat dwóch poziomów sądu wykonanych po fakcie. W artykule poświęconym temu ćwiczeniu zahaczyliśmy o ten koncept. Nie będę go więc tutaj zgłębiał nadmiernie. Praktyka redukcji krzywd polega na analizie wydarzenia, które wzbudziło w nas silną emocję. Chcemy dotrzeć do podstawowych faktów, naszych przekonań, które zostały aktywowane i przewartościować wstępną reakcję w sposób silniej zgodny z rzeczywistością.

Celem ćwiczenia redukcji krzywd jest uspokojenie silnych emocji, które uzyskały szczególną trwałość i które trzymają się nas czy nas prześladują. Dzięki zrozumieniu ich źródła i przeanalizowaniu sytuacji, która to analiza zwykle prowadzi nas do wniosku, iż nie jest tak źle, jak emocja sugeruje, obniżamy poziom umysłowego wzburzenia, którego doświadczyliśmy. Dzięki temu przerywamy proces zadawania samemu sobie cierpienia i krzywdzenia samych siebie.

Exetazein

„Nie niepokój się o przyszłość. Przyjdziesz do niej, jeśli trzeba będzie, z takim samym umysłem, który teraz prowadzi cię przez sprawy teraźniejsze, po odpowiednim zbadaniu ich (exetazein).”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

„Czemu miałbym obawiać się jakiegoś błędu, skoro mogę powiedzieć: ‚Pamiętaj, abyś tego więcej nie robił, teraz ci wybaczam’?”
Seneka, „O gniewie”

„Poddaj próbie każde wyobrażenie!”
Epiktet, „Diatryby”

Ćwiczenie nad ćwiczeniami, które w pewnym sensie ćwiczeniem wcale nie jest. Exetazein to w moim rozumieniu stan charakteru, którego nieodłączną częścią stały się wszystkie lub niektóre z pozostałych ćwiczeń. Oznacza to, że osiągnięcie exetazein to uczynienie stoickiej dyscypliny automatyzmem naszego postępowania. W tym sensie ukuję wyrażenie „osiągnąć exetazein w ćwiczeniu X”. Przykładowo, jeśli powiem, że osiągnąłem exetazein w ćwiczeniu wizualizacji mistrza, to znaczy, że nie muszę specjalnie tworzyć okoliczności i aktywować wyobraźni, by odwołać się do ideału mędrca, zawsze i w każdym momencie mam go dostępnego. Kiedy tylko jest mi potrzebny, nie muszę nawet o tym myśleć, pojawia mi się w umyśle i dokonywane jest porównanie z nim.

Celem exetazein jest dobre życie. Dość trywialne stwierdzenie, ale w pewnym sensie to jest cel całej praktyki stoickiej. Można powiedzieć, że człowiek, który osiągnął exetazein w każdym z ćwiczeń to nasz nieosiągalny mistrz! Każdy krok w tym kierunku to natomiast wielka zdobycz dla jakości naszego życia i potężna siła, która staje się naszą wbudowaną właściwością, zamiast zewnętrznym narzędziem, po które sięgamy w potrzebie.

Dalsza lektura lub słuchowisko

Do wszystkich: https://zestoickimspokojem.pl/

Hierarchia wartości

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym różnią się cele od wartości”

Przegląd siebie

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym jest i jak skutecznie praktykować przegląd siebie?”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Przegląd siebie – analiza pogłębiona”

Dwa poziomy sądu

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Chryzyp i dwa poziomy sądu”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jeszcze o dwóch poziomach sądu”

Perspektywa kosmiczna

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Pamiętaj o perspektywie kosmicznej”

Premeditatio Malorum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 1”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 2”

Melete Thanatou

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jak praktykować stoicką technikę melete thanatou?”

Premeditatio Bonum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Nowe ćwiczenie: premeditatio bonum”

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Premeditatio bonum

Premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) nie jest klasycznym ćwiczeniem stoickim. Próżno szukać wzmianki o nim w dziełach Epikteta, Seneki czy Marka Aureliusza. Pomimo tego, jak zapewne zauważyliście, to właśnie ono użyczyło nazwy blogowi, który właśnie czytacie.

Nietrudno zgadnąć, że premeditatio bonum jest blisko związane z premeditatio malorum, które zapewne jest Wam już dobrze znane. Jeżeli dodamy tutaj, że bonum tłumaczy się z łaciny jako „dobro”, podczas gdy malorum jako „zło”, to można domniemywać, że będziemy mieli do czynienia z przeciwieństwem klasycznego ćwiczenia.

W jednym zdaniu: premeditatio bonum jest ćwiczeniem analogicznym do premeditatio malorum, w którym jednak wyobrażamy sobie pozytywny przebieg czekających nas wyzwań. W jakimś sensie na tym moglibyśmy poprzestać. Uważni czytelnicy bloga zauważą, że całe akapity w tekście poniżej są łudząco podobne do tych z opisu ćwiczenia wzorcowego. Jednak diabeł tkwi w szczegółach i właśnie na te ważne detale chcę zwrócić Waszą uwagę.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza Twoją kontrolę, mogące jednocześnie wpłynąć znacząco na rozwój tej sytuacji. Wyobraź sobie jej scenerię. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce rozpoczęcia „akcji” – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą w niej uczestniczyć. Bądź dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla Twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

Rozpocznij odgrywanie sceny. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie korzystny dla Ciebie sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się udać – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najlepszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Ale nie zatrzymuj ćwiczenia w tym momencie. Wyobraź sobie kilka innych możliwych scenariuszy, takich, które nie są idealne, ale nadal pomyślne. Nie wchodź w szczegóły tych wersji wydarzeń, przejrzyj je tylko powierzchownie.

UWAGA: Ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między premeditatio bonum a „pozytywną wizualizacją”. Nie interesuje nas zaklinanie rzeczywistości, tylko zmuszenie naszego umysłu do oszacowania prawdopodobieństwa pomyślnego przebiegu spraw. Nasza medytacja nie ma magicznie zmienić czegoś w sferze rzeczy niezależnych, lecz ma nam uświadomić, że powodzenie jest równie (albo i niekiedy bardziej) prawdopodobne co porażka.

Zastanów się, co zrobisz po tym zdarzeniu, gdy już zakończy się dla Ciebie powodzeniem. Jak to wpłynie na Twoje życie? Gdzie się udasz? Co poczujesz? Nie musisz być tu tak dokładny jak w przypadku premeditatio malorum, ale warto ten krok wykonać w celu uświadomienia sobie, że życie będzie toczyć się dalej swoim trybem, nawet po najświetniejszym sukcesie; tak samo zresztą, jak toczyłoby się po porażce.

UWAGA: Pozwól, by emocje opadły. Choć tym razem poczujesz raczej radość niż smutek, wciąż jednak nie chcesz wychodzić z medytacji nabuzowany emocjonalnie.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa powodzenia i emocje się uspokoiły, możesz zakończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy Twoje spojrzenie na czekającą Cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź, jakie emocje lub wyobrażenia są za to odpowiedzialne. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Cel praktyki

Nadrzędny cel praktyki premeditatio bonum zawiera się w kroku, w którym wyobrażamy sobie mnogość różnych scenariuszy przyszłego zdarzenia. Chodzi o to, by spojrzeć na czekające nas wyzwanie realnie, podobnie zresztą jak przy premeditatio malorum, starając się sprawić, by nadmiar lęku lub optymizmu nie przesłonił nam wizji najbardziej prawdopodobnego obrotu sprawy. A jest nim to, że czynniki zewnętrze zapewne ułożą się przeciętnie, ani szczególnie źle, ani szczególnie dobrze. Jest też prawdopodobne, że z sytuacji wyjdziemy obronną ręką, tak jak wychodziliśmy już z wielu podobnych w przeszłości.

Aby ująć to nieco zwięźlej: naszym celem jest osiągnięcie stanu racjonalnego optymizmu w konfrontacji z czekającymi nas wyzwaniami. Cel ten jest wspólny dla obu wersji ćwiczenia, różni się natomiast sposób, za pomocą którego do tego celu zmierzamy. Dodatkowa istotna różnica między nimi tkwi w tym, że premeditatio bonum nie konfrontuje nas z trudnymi emocjami, co z jednej strony nie daje nam szansy, by się na nie uodpornić, z drugiej jednak – czyni ćwiczenie łatwiejszym do wykonania.

Kiedy i jak praktykować premedtiatio bonum

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak, by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio bonum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam np. grozić spóźnienie do pracy.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanym „sukcesie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może być zbadanie, która z naszych wartości może na danej sytuacji szczególnie skorzystać.

Powyższe uwagi są explicite wzięte z praktyki premeditatio malorum. Teraz zaproponuję kilka innych, związanych już bezpośrednio z dzisiejszym ćwiczeniem.

Premedtiatio bonum jest szczególnie polecane osobom, które mają kłopoty z nadmiernym lękiem. Jeżeli perspektywa konfrontacji z trudnymi sytuacjami budzi w Was szczególnie silny niepokój, może się okazać, że premeditatio malorum zaszkodzi Wam zamiast pomóc. Dlatego podaję dziś bezpieczną alternatywę, w której nie musicie się aż tak radykalnie konfrontować ze swoimi starchami.

Jeżeli macie tendencje do czarnowidztwa, z natury swej i tak już rozważacie głównie negatywne scenariusze i te rozważania kładą się cieniem na Waszym nastroju, a w efekcie i na waszych działaniach – premeditatio bonum jest ćwiczeniem właśnie dla Was. Jego esencją jest urealnienie wyzwań poprzez przeniesienie ich ze sfery lęku przed niepowodzeniem do sfery oczekiwania umiarkowanego powodzenia. Dobrze wykonane stanowi kontrę dla katastrofizacji.

Podsumowanie

Premeditatio bonum jest odpowiedzią na wyzwanie dzisiejszych czasów, jakim jest wysoki poziom lęku u ludzi w społeczeństwach rozwiniętych. Nie siląc się tu na diagnozę tego stanu, odnotowujemy go jedynie jako fakt – zaburzenia lękowe czy trudności z opanowaniem emocji są zjawiskami powszechnymi w naszym kręgu kulturowym. Sprawia to, że niektóre ze starożytnych ćwiczeń stoickich trafiają współcześnie na niezbyt podatny grunt.

Pomimo tego można, wyłapując ich fundamentalne założenia i posiłkując się dozą kreatywności, zbudować nowe wersje, które lepiej sprawdzą się u współczesnych, zachowując przy tym siłę oddziaływania pierwowzoru. Niech przykład premeditatio bonum będzie dla nas zachętą do własnych eksperymentów ze stoickimi technikami. Stoicyzm jest filozofią żywą, uprawianą czynnie przez tysiące, a może miliony, ludzi na całym świecie. Warto byśmy korzystali z naszego intelektualnego i kreatywnego potencjału do rozwijania i wzbogacania naszej praktyki.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy w dwudziestym pierwszym wieku doczekali się nowych stoickich myślicieli na miarę Seneki czy Epikteta; dlaczego by nie tworzyć dzisiaj nowych treści w obrębie w tej filozoficznej szkoły? Więcej nawet, jeśli ma ona pozostać żywą, skuteczną i adekwatną, musi się zmieniać. Musi przejść ewolucję pod wpływem nowych odkryć naukowych i lepszego zrozumienia kondycji człowieka, jakiego nabraliśmy przez wieki. Na nas spoczywa wykonanie tej pracy.

Na koniec chciałbym skierować Was do źródła, z którego zaczerpnąłem idee premeditatio bonum, czyli do podcastu „Ze stoickim spokojem”. Poniżej link do odcinka, w którym autor podcastu, Tomasz Mazur, opowiada o tym właśnie nowym ćwiczeniu zaproponowanym przez jednego ze słuchaczy:

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Melete thanatou

Jak często myślicie o swojej śmierci?

Wielu ludzi obruszy się na sam widok tego pytania. Powiedzą coś o przyciąganiu nieszczęścia, czarnowidztwie czy psuciu humoru. To naturalna reakcja. Strach przed śmiercią jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Nic dziwnego, że nie chcemy myśleć o źródle tych lęków. To podejście, tak naturalne i zrozumiałe, jest jednak według stoików (i nie tylko według nich) z gruntu błędne.

Unikanie źródła lęku sprawia bowiem, że lęk ów się wzmaga. To paradoks znany i potwierdzany też w terapii poznawczo-behawioralnej. Za każdym razem, gdy pod wpływem strachu decydujemy, by czegoś nie robić lub o czymś nie myśleć, zwiększamy strach, jaki odczujemy w przyszłości w podobnych sytuacjach. Choć jest to zależność zaskakująca, dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje ucieczkę jako sukces w kontekście naszego przetrwania. Najlepiej pokażmy to na przykładzie.

Powiedzmy, że mam lęk wysokości i znalazłem się kilka kroków od krawędzi klifu. Jeśli pod wpływem emocji odwrócę się i oddalę od przepaści, mój mózg odnotuje to tak: byliśmy się w stanie zagrożenia życia, poczuliśmy lęk, uciekliśmy przed niebezpieczeństwem. A zatem nadal żyjemy – dzięki naszej ucieczce i lękowi! W przyszłości będziemy więc bać się jeszcze bardziej, bo to nas najwidoczniej chroni. W tym pozornym szaleństwie jest dobrze uzasadniona ewolucyjnie metoda.

Jednak tak naprawdę to właśnie działanie przeciwne, czyli konfrontowanie się ze źródłem lęku, jest sposobem na jego zredukowanie. Ćwiczenie melete thanatou, czyli rozmyślania nad śmiercią, to narzędzie zalecane przez starożytnych do pracy nad strachem przed kresem naszego istnienia. Esencją ćwiczenia jest zastąpienie ucieczki przed niepokojącymi myślami przez świadome i rozważne zagłębienie się w ich treść. Zamiast odwracania głowy od rzeczywistości, technika ta zaleca skonfrontowanie się z naszą śmiertelną naturą – nieintuicyjnym, ale niechybnym efektem będzie redukcja lęku.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Wyobraź sobie siebie w podeszłym wieku leżącego na szpitalnym łóżku w otoczeniu rodziny i przyjaciół, także już postarzałych. Leżysz z zamkniętymi oczami, oddychasz ciężko i bardzo płytko.

Przenieś się w wyobraźni do Twego umierającego ciała. Masz zamknięte oczy, nie widzisz ludzi wokół, ale czujesz ich obecność, ktoś trzyma Cię za rękę. Oddychasz z trudem, ale nie czujesz bólu ani strachu. Wyobraź sobie, że Twój umysł wchodzi w taki stan jak przed zaśnięciem. Świadomość odpływa i wraca, odpływa i wraca, aż wreszcie znika.

Od tego momentu zaproponuję kilka wariantów dalszego etapu ćwiczenia.

Wariant pierwszy (według mnie najtrudniejszy) to próba wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Postaraj się uchwycić, jak by to było, gdybyś całkowicie nie istniał. Możesz się wspomóc podobieństwem snu i śmierci, czyli skoncentrować się na myśli, że zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Określam ten wariant jako najtrudniejszy, bo nie jest łatwo poczuć stan, którego nigdy nie doświadczyliśmy – przecież jedyne, co znamy to stan istnienia; nie mamy pojęcia, co znaczy nie istnieć. Po drugie, we mnie przynajmniej, wizja ta wywołuje ogromny niepokój i chęć ucieczki – co zresztą sprawia, że przewrotnie właśnie ten wariant zwykłem praktykować.

Wariant drugi (klasyczny) to wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Jeśli chcesz, możesz użyć sceny przy łożu śmierci, z rodziną zgromadzoną wokół. Wyobraź sobie Twoje martwe już teraz ciało, leżące na katafalku, otoczone kręgiem bliskich. Zastanów się, jakie słowa by padły, gdyby wygłaszano mowę pogrzebową. Jeżeli czujesz się na siłach, wyobraź sobie całość Twojego epitafium. Możesz skoncentrować się na dwóch wersjach: pierwsza to stan aktualny – co spodziewałbyś się usłyszeć, gdyby pogrzeb odbył się dziś? W drugiej wersji skup się na wyobrażeniu tego, co chętnie byś w takiej mowie o sobie usłyszał – co miałoby być treścią tej mowy? Jak chciałbyś być wspominany, gdyby zależało to od Ciebie?

Trzeci wariant (bliski perspektywie kosmicznej) to wyobrażenie sobie świata bez Ciebie. Jak toczyłyby się sprawy, gdybyś umarł? Co by się stało z Twoim dobytkiem? Jak potoczyłyby się losy Twoich bliskich? Wyobraź sobie ciąg dalszy istnienia świata po Twojej śmierci. Jeśli ułatwi Ci to wizualizację, możesz umieścić się w roli ducha obserwującego rzeczywistość po wyjściu z ciała. Nie traktuj jednak tej metafory zbyt dosłownie – to tylko narzędzie, które ma pomóc w wizualizacji, a nie sugestia konkretnego życia po śmierci.

Nie ma przeszkód, by wykorzystywać w ćwiczeniu więcej niż jeden z podanych wyżej wariantów. Przykładowo możesz spędzić chwilę wyobrażając sobie niebyt, by następnie przejść do projekcji Twego epitafium. Warto też stosować te warianty zamiennie w kolejnych sesjach melete thanatou.

Kończąc ćwiczenie powróć do tu i teraz. Możesz dać sobie chwilę, by poczuć na nowo swoje ciało, by ponownie poczuć, że żyjesz. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Zauważ, jak unosi się i opada klatka piersiowa. Posłuchaj bicia swojego serca. Uspokój myśli, rozluźnij się i otwórz oczy.

Rady techniczne i koncepcyjne

Ćwiczenie melete thanatou ma na celu redukcję lęku przed śmiercią i, w konsekwencji, lęku w ogóle. Jeżeli w Waszym przypadku prowadzi do przeciwnego skutku, czyli wzmożonego strachu, zatrzymajcie się i nie kontynuujcie tej praktyki bez konsultacji ze specjalistą. Podobnie jak w przypadku premeditatio malorum, warto zachować rozsądek i nie brnąć w coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak zaznaczę, że strach odczuwany w czasie ćwiczenia, nie jest powodem, by rezygnować, jest to bowiem część procesu. Jeżeli ów dręczący niepokój rozlewa się na nasze funkcjonowanie po ćwiczeniu, należy mu się przyjrzeć i zastanowić nad zmodyfikowaniem dalszej praktyki z użyciem tej metody.

Przedstawione powyżej warianty nie są jedynymi możliwymi, zachęcam więc do eksperymentowania i szukania ścieżek, które będą dla Was najkorzystniejsze. Ta uwaga dotyczy nie tylko środkowej części ćwiczenia, ale także jego otwarcia. Jeśli macie inną koncepcję rozpoczęcia ćwiczenia, śmiało ją wypróbujcie.

W części środkowej sugeruję sprawdzenie wszystkich wersji. Jednego dnia pierwszą, kolejnego drugą i następnego trzecią. Chodzi o to, by nie zakładać z samego opisu, że któraś z nich będzie najodpowiedniejsza. Kiedy przyjdzie do decyzji, zróbcie coś nieintuicyjnego: wybierzcie do użytku tę wersję, która wywołała najsilniejszy dyskomfort. Brzmi dziwnie, ale to właśnie z dyskomfortem pracujemy – im więcej go sobie wyobrazimy i poczujemy, w bezpiecznych warunkach ćwiczeniowych, tym lepiej.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy dyskomfort staje się tak silny, że nie jesteście w stanie doprowadzić ćwiczenia do końca i odczuwacie trudności w zmotywowaniu się do kontynuowania. W takim wypadku sięgnijcie po wersję lżejszą, taką, która umożliwi Wam optymalne przeprowadzenie ćwiczenia.

Kiedy ćwiczyć?

Dobrym momentem na praktykowanie melete thanatou jest wieczorny przegląd siebie. Natura ćwiczenia pasuje zgrabnie do podsumowania i zamknięcia dnia. Jedyny szkopuł to czas: melete thanatou jest czasochłonne i może sprawić, że wieczorna medytacja rozrośnie się nadmiernie, co utrudni jej praktykowanie. Jeśli znajdziecie się w takim położeniu, spróbujcie raczej znaleźć czas na osobną sesję w ciągu dnia .

Melete thantou, w przeciwieństwie do premeditatio malorum, jest ćwiczeniem, które praktykujemy regularnie, a nie doraźnie. Jeśli to możliwe, codzienna praktyka będzie optymalna. Jednak jeśli to nadmierne wymaganie czasowe, praktykowanie co kilka dni czy nawet raz w tygodniu także przyniesie efekt.

Szczegółowo przeprowadzona sesja może zająć 15-20 minut, choć standardowo spodziewałbym się, że zamkniecie się w 10 minutach. Jeżeli zauważycie, że czas ćwiczenia spada do mniej niż 5 minut, może to oznaczać, że „gonicie” przez nie, potencjalnie ze względu na lęk i dyskomfort, które mu towarzyszą. W takiej sytuacji postarajcie się jednak nieco-zwolnić tempo, co na pewno wpłynie korzystnie na efekty.

Mądrym pomysłem jest połączenie melete thanatou z jedną z praktyk afirmacyjnych, na przykład z ćwiczeniem wdzięczności, polegającym na  wymienianiu trzech rzeczy, za które jesteśmy w danym dniu wdzięczni. Zastosowana bezpośrednio po kontemplacji śmierci, praktyka wyrażania wdzięczności może pomóc sprawniej wrócić do tematów związanych z życiem.

Chcąc wejść na wyższy poziom Waszej praktyki, połączcie dzisiejsze ćwiczenie z pracą z przekonaniami. Ostatecznie lęk przed śmiercią jest związany z przekonaniem, że śmierć jest czymś złym. Rozpracowanie i osłabienie tego przekonania, jest mocną bazą, stabilnym wsparciem dla kontemplacji naszej śmiertelności.

Podsumowanie

Efektem regularnego praktykowania melete thanatou jest redukcja lęku przed śmiercią. Nie bez powodu używam słowa „redukcja” zamiast „eliminacja”. Nie należy oczekiwać, że uda nam się z użyciem tej techniki usunąć najbardziej pierwotny i głęboki ludzki lęk. Stawianie poprzeczki tak wysoko jest błędem, który sprowadziłby na nas frustrację i przekonanie o nieskuteczności tej praktyki. Nie oznacza to jednak, że nieosiągalna jest realna i głęboka ulga. Strach nie jest stanem zero-jedynkowym: wiemy to z własnego doświadczenia, chociażby z obserwacji, że przykładowo, pająków boimy się bardziej niż węży. Przesuwając się w dół na spektrum intensywności tej emocji, zaznamy poprawy naszego funkcjonowania.

Strach przed śmiercią zajmuje szczególne miejsce w naszej psychice – jest fundamentem, na którym wznoszą się inne lęki. Czymże bowiem jest lęk wysokości, jeśli nie przerażeniem, że umrzemy w wyniku upadku? Czym jest strach przed pająkiem, jeśli nie wizją śmierci w wyniku działania jadu? Te przykłady są klarowne, lecz jest jeszcze jeden, niezwykle ważny, nieco bardziej skomplikowany. To relacja między strachem przed śmiercią a strachem przed porzuceniem (w tym przez grupę). Te dwa porównywalne w skali widma wiszą nad naszym życiem i kształtują nasze działania w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Czy te byty są niezależne? Być może, ale możliwym też jest, że strach przed ostracyzmem jest pochodną strachu przed śmiercią, gdyż w dawnych czasach bycie wygnanym przez plemię było gwarancją utraty życia.

Jeśli każdy z lęków wywodzi się z lęku przed śmiercią, to praca nad tym właśnie lękiem jest pracą nad wszystkimi pozostałymi. Nie bez powodu ćwiczenie melete thanatou starożytni oddzielali od, blisko z nim związanego, premeditation malorum. To ostatnie miało doraźnie stępiać ostrze pomniejszych lęków, podczas gdy to pierwsze było pracą nad fundamentem naszej konstrukcji psychicznej. Jego szczególna waga i rola uzasadniają traktowanie go jako oddzielnej praktyki.

Nie będę Was przekonywał, że jest to ćwiczenie łatwe. Wiąże się ono w sposób nieunikniony z dyskomfortem i narażaniem się na trudne emocje. Kontemplowanie własnej śmierci raczej nie jest przyjemne. Chciałbym Was jednak zachęcić, byście spojrzeli na nie jako na przykład odroczonej gratyfikacji: dziś podejmujecie wysiłek, znosicie niewygodę, może nawet ból i cierpienie, ale czynicie to, by w perspektywie czasu uzyskać równowagę i błogość. To inwestycja w spokój ducha, która spłaci się z nawiązką.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Premeditatio malorum

Premeditatio malorum można tłumaczyć z łaciny w dosłowny, acz nieszczególnie zręczny sposób, jako uprzednie rozmyślania nad złem lub nieszczęściem.  Zręczniejsze sformułowanie podchwyciłem od osoby lubującej się w zabawach językowych: „przedmysł niepowodzeń”. Słówko „przedmysł” jest tworem nowym, ale oddającym moim zdaniem lepiej ducha łacińskiego praemeditatio. Słówko „niepowodzenie”, choć nie tak nowatorskie, oddaje  jednak dobrze istotę tego, iż malorum odnosi się do zrządzeń losu, czegoś, co nam się przytrafia, a nie do naszych własnych czynów.

To byłby pierwszy poziom rozumienia omawianego ćwiczenia: gdy mianowicie jego treścią jest rozpatrywanie  możliwych niepomyślnych obrotów zdarzeń niezależnych od nas, zanim   nam się one przytrafią. Zwykle są one choć odrobinę spodziewane,  dotyczą bowiem znanych w ogólnym zarysie wyzwań stojących przed nami. Rzadziej, acz też skutecznie, odnosimy przedmysł do ogólnych zagrożeń: śmierci, choroby, utraty bliskiego etc.

Znając ramy, przejdźmy przez etapy praktyki, zwracając uwagę na pewne niuanse, które są na tyle istotne, że stanowią o różnicy między premeditatio malorum a czarnowidztwem.

Praktyka

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza twoją  kontrolę, a które mogą zadecydować o jej rozwoju. Wyobraź sobie scenerię tej sytuacji. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce, gdzie się zacznie – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą niej uczestniczyć. Bądź  dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

WAŻNE: nie czyń z ludzi ich karykatur. Nawet jeśli spodziewasz się konfrontacji, staraj się nie wyolbrzymiać żadnych ich cech. Przesadnie wykrzywione złością twarze nie pomogą Ci zanurzyć się w sytuację, a mogą wzmocnić w Tobie negatywne  nastawienie. Nie ma potrzeby, by kogokolwiek w wyniku tej praktyki bardziej „znielubić”.Rozpocznij odgrywanie sytuacji. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie niekorzystny sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się nie powieść – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

UWAGA: element emocjonalny jest najtrudniejszy do odtworzenia w całym ćwiczeniu, ale też niezwykle istotny. Instynktownie staramy się unikać nieprzyjemnych emocji, tutaj zaś celowo chcemy się z nimi spotkać i je poczuć. To wymaga przełamania naturalnego oporu. Choć może to generować dyskomfort, pamiętaj, iż długofalowo przyniesie Ci korzyść.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Nie zatrzymuj ćwiczenia  w tym momencie. Zastanów się, co mógłbyś zrobić dalej. Chodzi o to, byś zaplanował swoje kolejne kroki po przewidywanej katastrofie. Rozważ, czy jest coś, co możesz zrobić, by ograniczyć jej skutki. Myśl o tym, jakie działanie podejmiesz zaraz po. Czy pójdziesz do domu, by ochłonąć? Czy zadzwonisz do przyjaciela? Planuj swoją krótkoterminową taktykę i długoterminową strategię, koncentrując się na tym, co kontrolujesz.

UWAGA: ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między  premeditatio malorum a czarnowidztwem. Mamy wyjść o krok dalej niż wyobrażenie sobie, że coś  pójdzie  nie po naszej myśli. Mamy zacząć tworzyć plan awaryjny. To ma podwójny skutek: jesteśmy zawczasu przygotowani na sytuację, w której trzeba będzie działać i przekonujemy się naocznie, że jakkolwiek wielkie byłoby wyobrażone nieszczęście, świat się w jego wyniku nie skończy.

Kiedy stworzysz zarys planu działania, zacznij go sobie wyobrażać. Nie musisz przechodzić przez całość – niejednokrotnie takie plany jawią się jako czasochłonne i złożone. Wystarczy, że wyraźnie zwizualizujesz sobie kilka pierwszych kroków. Kluczowym jest poczuć, że, po pierwsze emocje opadają, gdy zdarzenie się kończy. Po drugie, że masz dozę sprawczości  – nie odebrano Ci wszak kontroli nad tym, co jest od ciebie zależne. Po trzecie wreszcie, że nawet po największym nieszczęściu zwykle życie toczy się dalej.

UWAGA: pamiętaj, by wyobrazić sobie owo wygaszanie emocji, które następuje, gdy sytuacja dobiega końca. Nie wychodź z tej medytacji nabuzowany strachem czy gniewem. Tak jak w życiu, tak i w wizualizacji emocje powinny opaść.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa niepowodzenia i emocje już opadły, możesz skończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by  się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy twoje spojrzenie na czekającą cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź jakie emocje lub wyobrażenia to spowodowały. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na  pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Uwagi techniczne

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio malorum (przedmysł niepowodzeń) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak,  by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio malorum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że trudna rozmowa z szefem, do której się szykowaliśmy, będzie rezultatem naszego spóźnienia, bo poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam grozić spóźnienie.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanej „katastrofie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może też być zbadanie, czy któraś z wartości cierpi w rozważanej sytuacji. Jeśli nie, ułatwi nam to ustawienie całego zdarzenia w spokojniejszej perspektywie.

Konkluzja

Celem, jaki osiągamy praktykując premeditatio malorum, jest zwiększona odporność na wyzwania. Dzięki tej praktyce jesteśmy lepiej przygotowani na to, co może nastąpić. Oswajamy trudne emocje, które powstają w sytuacji kryzysowej, jeszcze zanim się pojawią, dzięki czemu stępiamy ich ostrze i odbieramy im siłę.

Dzięki takiej postawie możemy reagować i działać w sposób możliwie optymalny, gdyż nasze decyzje nie są zakłócane przez uderzenia emocjonalne. Rozumiemy wtedy lepiej, jakie stoją przed nami wyzwania i jakie mamy opcje, by  im stawić czoła.  Poprawiamy zatem jakość naszego działania.

Przygotowani na ewentualną porażkę, możemy ją znieść z minimalną szkodą i stworzyć okazję do tego, by sukces lub wynik neutralny były pozytywną niespodzianką. Świadomość, że po domniemanej porażce jest mimo wszystko jakaś przyszłość, a nasze pole do działania się nie zamyka, motywuje nas, by nie wpadać w rozpacz, tylko skoncentrować się na tym, co od nas zależne.

Choć momentami trudne i niekomfortowe, premeditatio malorum niesie ze sobą szeroki wachlarz zalet. Warto spróbować  skorzystać z tego ćwiczenia, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną trudną chwilą w życiu.

Czy jest jakieś wyzwanie, które na Was czeka, gdzie premeditatio malorum mogłoby okazać się pomocne? Czy macie odwagę, by go spróbować?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów na newsletterze, pomagała Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).