Czy w myśleniu należy kierować się intuicją?

Historycznie rzecz ujmując, moje nastawienie do intuicji było w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym otwarcie wrogie. Mówiłem, pisałem i myślałem o intuicji jako o relikcie ewolucji, koniecznym złu, gorszym, acz szybszym myśleniu itd. Niewiele miałem dla niej ciepłych słów. Nie ufałem swojej intuicji. Dalej jej nie ufam. Dlatego kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tytułowe pytanie, wydawało mi się, że moja odpowiedź będzie klarowna i druzgocąca dla tej funkcji naszego umysłu. Myliłem się. Moja intuicja po raz kolejny mnie zawiodła.

Intuicyjne rozumienie intuicji

Zamiast próbować zdefiniować intuicję – co może, ale nie musi przynieść jakiś rezultat – odwołam się do niej samej. To znaczy: spróbuję opisać moje intuicyjne rozumienie intuicji. Jak to z nią bywa, nie będzie tu ścisłości – i już mamy pierwszą cechę! Intuicja nie jest ścisła. Jest przybliżona. Jest metaforyczna. To jej wielki wyznacznik. Trudno, a może wręcz nie da się, wyrazić intuicji bez metafory czy analogii.

Mieć intuicję to znaczy rozumieć… z grubsza. To znaczy wiedzieć, ale niekoniecznie na tyle, by być w stanie wiedzę przekazać. Aby zrozumieć w pełni, trzeba czegoś więcej, można to „więcej” nazwać wiedzą albo poznaniem. Aby wiedzieć także trzeba mieć coś więcej – można to nazwać rozumieniem albo logiką.

Inne podejście to próba zrozumienia intuicji w opozycji do definicji. Definicja jest opisaniem jednego słowa za pomocą innych słów, co czasem pomaga nam je zrozumieć, czasem przeszkadza. Intuicja to rozumienie słowa, którego czasem nie da się w słowa ująć. Co ciekawe, jeżeli słowo jest nam znane, to musimy mieć jego intuicję, ale można znać słowo nie znając jego definicji. Więcej jeszcze: intuicję można mieć tam, gdzie nie ma słowa, może się ona odnosić do czegoś nienazwanego, podczas gdy definicja zawsze odnosi się do jakiejś nazwy.

Intuicja jako szybsze myślenie

Mój dawny pogląd na intuicję sprowadzał ją do szybszego myślenia. Uważałem, że są to z grubsza takie same procesy myślowe, jakie przeprowadzamy świadomie, tylko odbywające się w podświadomości. Dzięki temu miały być szybsze, ale brakowało nam wglądu w ich przebieg. Nie znaliśmy założeń, na jakich się opierały.

Intuicja budziła we mnie lęk. Bałem się jej i jej nie ufałem. Uważałem, że sferę oddziaływania intuicji należy zawężać, czyli jak najwięcej procesów myślowych wydobywać do świadomości. Postulowałem, że musi ona być kształtowana, poprawiana przez nieustanny wysiłek, którego najważniejszym elementem była praca z przekonaniami. Twierdziłem, że intuicja zwykle się myli i poleganie na niej jest prostą drogą do katastrofy.

Wszystko powyższe z grubsza uważam nadal. Intuicja to jest szybsze myślenie, choć nie jestem już pewny, czy jest ona kalką myślenia świadomego. Nie mamy wglądu w jej przebieg i nie znamy przekonań, na których się zasadza, i kształtowanie tych ostatnich jest ważnym elementem pracy nad intuicją. Bo warto nad nią pracować. Nadal uważam, że intuicję można i należy ulepszać, jednak nie uważam już, że obecnie jest fundamentalnie zepsuta. Wiem doskonale, że ona często się myli, nawet zwykle się myli, ale już nie uważam tego za jej wadę – przeciwnie, to jej największa zaleta.

Intuicja jako źródło błędów

Proces biologicznej ewolucji ma dwa kluczowe elementy. Pierwszy to dobrze wszystkim znany proces selekcji naturalnej. Pewne cechy danego organizmu sprzyjają przetrwaniu w danym środowisku, czy, precyzyjniej, sprzyjają rozmnażaniu się i przekazywaniu genów. Można powiedzieć, że środowisko „wybiera” pewne atrybuty i promuje jednostki je posiadające. Z czasem gatunki przystosowują się coraz lepiej do swojego otoczenia.

Drugi element, o którym często zapominamy, to błąd w procesie kopiowania DNA. Proces ten jest bardzo precyzyjny. Czy to przy podziale komórki, czy przy połączeniu się nasienia z komórką jajową, DNA komórki docelowej będzie kopią materiału źródłowego. Jednak aby ewolucja mogła mieć miejsce, to ten proces nie może być doskonały. Muszą w nim występować okazjonalne błędy, bo to one są źródłem nowych cech! Bez nich DNA nie może się zmienić, ewolucja nie może zajść.

A co jeśli wyobrazimy sobie, że bardzo podobny mechanizm zachodzi w naszym myśleniu? Co jeśli doskonałe myślenie oznacza kompletną stagnację i niemożność postępu?

Wyobraźcie sobie strukturę intelektualną, chociażby na przykładzie języka, która jest idealnie dopasowana. Wszystkie elementy współgrają ze sobą, każde słowo jest dobrze zdefiniowane. Zdania wynikają z siebie bez błędów i wątpliwości. Postuluję, że w takiej strukturze nie da się pomyśleć nic nowego. Każde wypowiedziane w niej zdanie będzie tylko powtórzeniem lub trywialną konsekwencją tych już znanych.

Jasne, że taką strukturę można rozszerzyć. Można coś do niej dodać i uzyskać w ten sposób nową jakość. Jednak ta operacja wymaga wyjścia poza samą strukturę – w matematyce byłoby to przykładowo dodanie nowych aksjomatów. Ale czy człowiek może kiedykolwiek wyjść poza strukturę swojego myślenia?

Wydaje się, że jest taka możliwość, bo przecież możemy się uczyć, czy – bardziej adekwatnie do naszego przypadku – możemy być uczeni. Ktoś może dodać nową zawartość do naszego systemu pojęciowego. Czyli myślenie jednostki może się zmieniać, nawet jeśli jest idealne. Ale co z myśleniem ludzkości? Innymi słowy, skąd się wzięły jakiekolwiek idee? Gdzie po raz pierwszy się narodziły?

Tutaj z pomocą przychodzi nam intuicja i ten fantastyczny fakt, że nasze myślenie nie jest, nie było, nie będzie i być nie powinno doskonałe. Nie twierdzę, że intuicja jest jedynym źródłem błędów w myśleniu. Każdy z nas nieraz popełniał błędy logiczne, ulegał zniekształceniom poznawczym – to też źródła pomyłek. Jednak nie ma drugiego źródła tak płodnego jak intuicja. Tak płodnego i jednocześnie tak nieoczywistego, bo błędy płynące z intuicji wydają się zwyczajnie ciekawsze niż te powstałe w wyniku chybionej logiki.

A jeżeli błędy te mają stać się zalążkiem nowych idei, tak jak błędy w DNA są zalążkiem nowych cech organizmu, to lepiej, żeby były ciekawe! Z tymi nieciekawymi wiążą się bowiem poważne zagrożenia, o których za chwilę.

Nie ma wiedzy bez intuicji

Konkluzja poprzedniego rozdziału jest taka, że nie ma wiedzy bez intuicji. Konkretniej: nie ma nowej wiedzy bez intuicji, ale że każda wiedza była kiedyś nowa, to nie ma wiedzy bez intuicji. Jest taka myśl, iż nie da się nauczyć człowieka tego, o czym myśli, że już to wie. Budując na niej: nie może wymyślić nic nowego ktoś, kto myśli, że już wszystko wie. Więcej nawet: nie może pomyśleć nic nowego ktoś, kto faktycznie wszystko wie – przynajmniej w obrębie jakiegoś systemu pojęć.

Ale to jeszcze nie wszystko. Postuluję, że generalnie nie może istnieć wiedza prawdziwa (albo zrozumienie prawdziwe) bez intuicji. Idea za tym stwierdzeniem przedstawia się następująco: prawdziwe rozumienie jest cyklem mającym trzy składniki. Pierwszy z nich to wiedza rozumiana jako informacja lub fakt o świecie. Drugim elementem cyklu jest logika oznaczająca rozumienie, intelekt czy sąd – zwróćcie uwagę, że jest to pojęcie szersze niż klasyczny rachunek zdań. Trzecim wreszcie elementem cyklu jest intuicja, rozumiana jak wyżej.

Ten cykl nie ma określonego kierunku przepływu, myśli i idee mogą w nim krążyć w obu kierunkach. Rozważmy kilka prostych przykładów przepływów. Pierwszy z nich rozpoczyna się od wiedzy, może to być obserwacja jakiegoś zdarzenia. Obserwacja ta zostaje poddana intelektualnej ocenie, stawiane są pytania: co się wydarzyło? Czy to dobrze czy źle? Jak to rozumiemy? Odpowiedzi na te pytania trafiają do intuicji i tworzą w niej nowe przekonanie albo modyfikują istniejące. Intuicja zostaje wyposażona w nowe właściwości, które mogą stać się działaniem tu i teraz albo automatyczną odpowiedzią w przyszłości.

Drugi przebieg cyklu to odwrócenie kierunku, czyli zaczynając od obserwacji zdarzenia przechodzimy do intuicji, reagujemy na nie intuicyjnie. Intelekt wchodzi na kolejnym etapie, oceniając i badając intuicyjną reakcję. Efekty tego badania stają się częścią naszego rozumienia sytuacji, częścią naszej wiedzy.

Jest tutaj wiele otwartych pytań. Pierwsze z nich: czy cykle dotyczące różnych obserwacji, różnych przekonań itp. są od siebie oddzielone czy jest to może jeden wielki poplątany cykl? Jak cykl łączy się z działaniem? Czy każdy z jego trzech elementów może być punktem wyjścia do działania? A może tylko intuicja i intelekt podczas gdy wiedza pozostaje bierna? Czy da się stwierdzić, co jest faktycznie pierwsze, co inicjuje cykl? Może na podstawie zachowania małych dzieci dałoby się to rozstrzygnąć? Kiedy ten cykl się zaczyna w naszym życiu?

Niezależnie jednak od odpowiedzi na te pytania, jest jasne, że w tym modelu intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Jest zarówno źródłem, jak i tworem prostej wiedzy i logiki. Z niej wypływają interpretacje rzeczywistości. Z niej wypływają pomysły do logicznego zbadania.

Może ten cykl zawsze musi się zaczynać od intuicji? Od jakiegoś założenia, które zostało przyjęte bez sprawdzenia?

Nie da się funkcjonować bez intuicji

Przypuszczamy, że intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Pójdźmy jeszcze krok dalej i zastanówmy się, czy intuicja nie jest też niezbędnym elementem naszego funkcjonowania, czyli że bez intuicji nie bylibyśmy w stanie myśleć i działać.

Każde nasze działanie jest intuicyjne. W poprzednim rozdziale pytaliśmy, z którego miejsca w cyklu może zacząć się działanie. Tutaj postuluję, że każde działanie rozpoczyna się od intuicji. Nie oznacza to, że logika i wiedza nie mają wpływu na nasze działania – mają, ale tylko o tyle, o ile są w stanie przekształcić intuicję.

Moje przypuszczenie zasadza się na biologicznej obserwacji tego, jak skomplikowane jest każde nasze działanie. Nawet patrząc na nie czysto fizjologicznie, podniesienie szklanki z herbatą to proces, który angażuje miliardy komórek. W jego trakcie wydzielane są hormony, napinają się mięśnie i tysiące impulsów z informacjami przebiega w tę i z powrotem po włóknach nerwowych. Ustalane są kąty, płaszczyzny i siły, tak że herbata, zazwyczaj, nie wylewa się z kubka. Wszystko to dzieje się w ułamku sekundy.

Ale to nie tylko mięśnie. To także sama decyzja, czy chcę wziąć łyka herbaty, jeśli to z tego powodu unoszę szklankę. Sygnały z ciała o stopniu jego nawodnienia mieszają się ze wspomnieniami smaku herbaty i jej uśmierzających pragnienie właściwości. Gdzieś tam w tle przebiegają alternatywy: szklanka wody, kostka lodu, soczek. Herbata jest jednak tu pod ręką, jest pyszna, jest gorąca – musimy pamiętać, by łykać ją ostrożnie – i lekko pobudza dzięki zawartości kofeiny. Ponownie, to wszystko musi się wydarzyć w ułamku sekundy.

Te procesy nie miałyby szans zajść, jeśli nie byłyby napędzane przez intuicję i automatyzmy – które można rozumieć jako pewne formy intuicji. Dlatego też twierdzę, że nie da się działać i funkcjonować bez intuicji i jedyne, co możemy robić, to dbać o jej jakość. Na początku pisałem o intuicji jako o szybkim myśleniu, ale może to jest jedyne praktyczne myślenie?

Jest taka stoicka koncepcja exetazein, którą ja rozumiem jako uwewnętrznienie ćwiczeń stoickich, uczynienie z nich nawyku, odruchu, automatycznego elementu funkcjonowania. Koncepcję tę możemy rozumieć jako intuicję rozwiniętą na stoicką modłę. W trakcie pracy nad sobą modyfikujemy ją tak głęboko i w sposób celowy, tak że staje się manifestacją filozoficznych cnót.

Iluzja cyklu

Kiedy pisaliśmy o cyklu intuicja-wiedza-logika traktowaliśmy go w taki sposób, jakby każdy z tych etapów mógł rozgrywać się samodzielnie. To założenie nie musi jednak być prawdziwe. Alternatywą jest rozgrywanie się trzech elementów „cyklu” jednocześnie, bez ścisłego rozdziału na fazy. W tym rozumieniu intuicja, logika i wiedza są tylko punktami skupienia czy etykietami, które przypisujemy pewnym formom funkcjonowania naszej myśli.

W rzeczywistości jednak wszystkie one mogą zachodzić jednocześnie, a jedyne co się zmienia to intensywność każdej z tych kompetencji. To sprowadza nas do rozumienia myślenia jako procesu amorficznego – może nawet nie procesu, bo to już sugeruje kierunkowość – działania amorficznego, bez wyraźnie określonych etapów, struktury i kierunku.

Współczesne myślenie jest silnie inspirowane pojęciami procesu, algorytmu, struktury danych, zaczerpniętymi z informatyki i programowania komputerów – choć niektóre z nich mają niewątpliwie wcześniejszy rodowód. To może sprawiać, że jesteśmy poddani zniekształceniu poznawczemu. Próbujemy dopasować nasze myślenie o myśleniu do schematów skonstruowanych dla maszyn liczących – maszyn, które miały myślenie symulować przynajmniej w pewnych aspektach.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego metody stworzone, by automatycznie dodawać dwa do dwóch miałyby być skuteczne w opisywaniu ludzkich procesów myślowych? Mają wprawdzie tę zaletę, że są proste i dość łatwo jest nam o nich mówić. Prostota może być jednak zwodnicza, może zachęcać nas do korzystania z tego rozwiązania, nawet jeśli nie do końca pasuje do sytuacji. Warto się tu zatrzymać i zastanowić, czy nie robimy tego tylko dlatego, że myślenie o działaniu amorficznym jest tak boleśnie trudne.

Pułapka wiedzy

Można powiedzieć, że głęboka i precyzyjna wiedza jest wrogiem twórczego działania. Im lepiej znamy tematy, tym trudniej nam stworzyć coś co wyłamie się ze schematu, w którym operujemy. Będziemy raczej odtwarzać to co znamy, niż tworzyć coś nowego. Tak jest dla nas niewątpliwie bezpieczniej i nie jest to nic fundamentalnie złego. Jeśli chcemy wykonywać, możemy nauczyć się schematów i ignorować naszą intuicję.

To bywa skuteczną strategią, a czasem jest koniecznością. W końcu tworzenie precyzyjnej maszyny, budowanie mostu, pisanie ustawy, rozwiązywanie równania matematycznego to nie miejsce na intuicyjne spekulacje.

Warto jednak, byśmy zdawali sobie sprawę, że płacimy za to cenę. Nie będziemy twórczy, nie odkryjemy nic nowego, nie zrewolucjonizujemy swej dziedziny. Jeżeli chcemy osiągnąć którąś z tych rzeczy, to musimy odpuścić precyzję i zostawić nieco miejsca intuicji. Dodatkowo, co często jest najtrudniejsze, musimy pogodzić się z tym, że wielokrotnie więcej razy się pomylimy niż będziemy mieli rację.

Zmiana wymaga popełniania błędów i nie chodzi tu o to, że jak uczymy się czegoś nowego, to robimy coś źle, bo jeszcze tego nie umiemy. Chodzi o to, że proces zmiany to proces popełniania błędów, odrzucania tych nieprzydatnych, zachowywania obiecujących i popełniania ich ponownie. Błąd nie jest konsekwencją zmiany. On jest jej paliwem.

Jeżeli rezygnujemy z popełniania błędów, jeżeli zakładamy, że wiemy i znamy jakiś temat, jeżeli uznajemy, że potrafimy coś robić, to zamykamy sobie drogę do zmiany. To jest pułapka wiedzy i umiejętności. Jeżeli zdecydujemy się w niej zamknąć, to róbmy to świadomie.

Pułapka braku kompetencji

Przywołaliśmy wcześniej metaforę ewolucji do zobrazowania twórczej roli intuicji. Powróćmy do niej teraz, by zobrazować największe zagrożenie, jakie jest związane z naszą intuicją.

Ewolucja, żeby mogła zachodzić, potrzebuje nie tylko błędów kopiowania. Potrzebuje też mechanizmu ich selekcji. Muszą być elementy w środowisku, które premiują pewne cechy, a defaworyzują inne. Dzięki temu nieprzydatne zmiany i mutacje wymierają, a korzystne są propagowane naprzód do kolejnych pokoleń. Błąd kopiowania generuje błędy. Selekcja wybiera z nich te korzystne.

Rozwój myśli podobnie: nie wystarczą same intuicyjne pomyłki, niezbędny jest mechanizm ich oceniania i doboru. Jeżeli nie mamy takowego mechanizmu, to polegając na intuicji nie stworzymy nic nowego, tylko wygenerujemy ogromny, potencjalnie niebezpieczny chaos.

Praktyczny przykład: wiedza medyczna. Każdy z nas posiada jakąś intuicję co do swojego zdrowia. Wyobrażamy sobie, ba, jesteśmy święcie przekonani, że wiemy, co nam służy. To najprawdopodobniej iluzja.

Nasza intuicja może generować myśli i pomysły w każdej dziedzinie, od wiązania sznurowadeł po loty w kosmos. Generuje je także w obszarze wiedzy medycznej. Wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszego zdrowia. Pamiętamy zresztą z przeszłości, że poradziliśmy sobie z jakimś bólem głowy czy przeziębieniem. To utwierdza nas w przekonaniu, że możemy polegać na swojej intuicji.

To błąd. O ile nie ma wśród nas lekarzy, to nie mamy kompetencji do tego, by określić, czy nasza intuicja medyczna jest poprawna. To tak samo, jakby ewolucja miała zachodzić na podstawie samych błędów kopiowania z wadliwym albo całkiem bez mechanizmu selekcji. Najpewniejszym efektem takiego działania będzie niebezpieczny chaos.

Nie ufajmy swojej intuicji w sprawach medycznych, polegajmy na opinii lekarzy. Ta sama logika ma zastosowanie do polityki, wojskowości, fizyki, chemii, psychologii, socjologii, historii, ekologii etc. Jeśli nie mamy kompetencji w jakiejś dziedzinie szczegółowej, to zawieśmy naszą intuicję na kołku i zaufajmy specjalistom lub zacznijmy pracować nad zdobyciem koniecznej wiedzy. Zawód lekarza to jedyne 10–12 lat nauki i możemy zacząć na swej intuicji polegać!

Podsumowanie

Intuicja to nie luksus ani przeszkoda. Intuicja to egzystencjalna konieczność. Jest częścią naszego myślenia i rozumienia świata, czy się nam to podoba, czy nie. Prawdziwą sztuką jest zrozumieć, kiedy możemy jej zaufać, kiedy chcemy jej zaufać, a kiedy ufać jej nie powinniśmy za nic.

Możemy nad nią pracować, wzbogacać ją o nowe kompetencje, ale nie łudźmy się, że kiedykolwiek uczynimy ją idealną. Zamiast tego bądźmy świadomi jej ograniczeń, unikajmy zagrożeń, które w sobie niesie, a stanie się dla nas potężnym narzędziem.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy ja myślące jest w nas jedno, czy to raczej stały dialog różnych ośrodków myśli?

Pytanie, które sobie dzisiaj stawiamy, jest fundamentalne dla zrozumienia ludzkiej konstrukcji psychicznej. Czy jesteśmy kolekcją wielu różnych „osób” zmieniających się zależnie od okoliczności u steru ciała? Czy może nasza osobowość jest monolitycznym tworem, skomplikowanym i wielowymiarowym, ale jednak jednolitym? Nie odpowiemy na to pytanie w pełni, ale zastanowimy się, czy mamy do czynienia z prostą dychotomią. Zaproponujemy kilka możliwości interpretacji i rozważmy argumenty za i przeciw przyjęcia którejś z nich. Wreszcie zadamy pytanie o to, czy te rozważania mają znaczenie, czyli czy odpowiedź na dzisiejsze pytanie niesie ze sobą jakieś praktyczne konsekwencje.

Pozorna dychotomia?

Pytanie zadane w tytule zdaje się sugerować następującą dychotomię: albo ja myślące jest jedno (monolit) albo jest wiele ośrodków myśli (wiele ja). Na pierwszy rzut oka ta dychotomia jest sensowna, rozważmy jednak następujące alternatywy:

  1. ja płynne (ciągłe) – wprawdzie technicznie jest to jedno ja, ale nie ma monolitycznego charakteru. Może mieć w sobie ośrodki skupienia, centra myśli i przekonań, które wykazują silną niezależność. To jedno ja, które manifestuje się jako wiele ośrodków myśli;
  2. ja continuum – ja nie składa się z dyskretnych oddzielnych osobowości, ale jest czymś ciągłym i może płynnie przechodzić między stanami. Myśl podobna do pierwszej, ale bez koncepcji „punktów skupienia”. Ten przypadek będzie się manifestował bardziej jako jedno ja, które zmienia się, ewoluuje;
  3. Ja, które rozpada się i łączy w czasie. W pewnych okresach jest tylko jedno ja, w innych rozkłada się ono na wiele ośrodków myśli. To hybryda naszych dwóch biegunów;
  4. wiele ośrodków myśli, które nie są w dialogu. To nawiązanie do pełnej wersji pytania, które zakłada, że w przypadku wielu ośrodków myśli będą się one porozumiewać. To założenie nie jest konieczne.

Przypuszczam, że można podać jeszcze więcej alternatywnych podejść. Pozostaje jednak do rozważenia, czy te możliwości unieważniają sens początkowego pytania? Jeżeli pytamy o fundamentalną naturę konstrukcji człowieka, to te różnice są ważkie i nie powinniśmy pozostawać przy prostej dychotomii. Jednak jeżeli bardziej interesują nas praktyczne aspekty, to pierwsze dwa przypadki można rozumieć jako nieistotne wariacje opcji wielu ośrodków myśli, podobnie punkt czwarty, jeśli rozluźnimy wymaganie dialogu między ośrodkami. Pozostanie nam punkt trzeci, który jest trudny do zignorowania także z praktycznego punktu widzenia. W związku z tym dodam tę opcję do dalszych rozważań, by sprawdzić, czy wnosi coś fundamentalnie odmiennego.

Od choroby do normy

Jako pierwszą przesłankę w naszej dyskusji chciałbym podnieść stan chorobowy związany z rozszczepieniem jaźni. To rzadko spotykane zaburzenie objawia się wytworzeniem u osoby nim dotkniętej dwóch lub więcej osobowości. Osobowości te mają różne charaktery, wspomnienia, wiek czy imię. Funkcjonują w dużej mierze jako niezależne byty, często nie mając świadomości istnienia pozostałych osobowości.

Ten przypadek zdaje się jasno korespondować z koncepcją wielu ośrodków myśli. Trudno sobie wyobrazić, by poziom rozdzielenia u osoby dotkniętej rozszczepieniem jaźni mógł mieć miejsce, jeśli jest w nas jedno ja. Bez trudu natomiast da się go pogodzić z koncepcją wielu ośrodków myśli, które w przypadku tego zaburzenia tracą ze sobą kontakt.

Ten przypadek jest spójny z koncepcją hybrydową, czyli ja, które może się łączyć i rozdzielać. Przykładowo przed rozwinięciem się choroby pacjent miał jedno ja, które uległo rozdzieleniu na kilka w wyniku jej działania. Można też sobie wyobrazić, że istnieje jedna osobowość łącząca wszystkie, od której oddzielają się, w sprzyjających warunkach, poszczególne osobowości.

To powiedziawszy, warto zwrócić uwagę, iż nie możemy z całą pewnością ekstrapolować stanu chorobowego, jakim jest rozszczepienie jaźni, na funkcjonowanie zdrowego umysłu. Może być tak, iż poprawnie funkcjonujący mózg wytwarza jedno ja i tylko w przypadku zaburzeń może ono ulec rozpadowi. Nie jest to więc finalna odpowiedź na nasze pytanie, ale jest to dowód, że podział na wiele ośrodków myśli jest możliwy.

Obserwacja samego siebie

W swoim codziennym funkcjonowaniu rozpoznaję kilka różnych sposobów myślenia, które manifestują się w zależności od sytuacji. W niektórych przypadkach mogę wybrać, by wejść w dany tryb, w innych jeden z trybów uruchamia się automatycznie. Kilka przykładów: ja refleksyjne (w przeglądzie siebie), ja działające (w intensywnej pracy), ja rozemocjonowane (w porywie emocji) itp.

Te sposoby myślenia są od siebie na tyle odmienne, iż interpretuję je jako oddzielne ja. Efekt jest na tyle wyraźny, że mogą one wejść ze sobą w dialog. Szczególnie w przypadku „ja refleksyjnego”, w toku przeglądu siebie (LINK) zwraca się ono do pozostałych ja w formie monologu niekiedy przechodzącego w rozmowę.

Konsekwencje aktywności jednego z tych sposobów myślenia są daleko idące. Zmienia się moje zachowanie, czyli podejmuję inne decyzje na podstawie tych samych danych wejściowych. Zmienia się mój sposób mówienia, moje słownictwo itp. To głębokie przeobrażenia, które mogą wskazywać na różnice w celach, wartościach a nawet różnice etyczne pomiędzy poszczególnymi trybami.

Choć wszystko, co powyżej napisałem może być wyjaśnione przez różne tryby funkcjonowania jednego ja, jak i przez wiele ośrodków myśli, intensywność tego podziału – zwłaszcza zmiany w sferze wartości i etyki – skłania mnie ku tej drugiej opcji. W tym kontekście pojawia się też pytanie ze wstępu: czy jeśli jedno ja manifestuje się w praktyce w sposób nierozróżnialny od wielu, to rozróżnianie ich ma jakiś cel? Warto tu też nadmienić że powyższa obserwacja jest zasadniczo spójna z trzecią alternatywą, czyli ja, które może się dzielić lub łączyć w jedną całość.

Czy to mocna przesłanka za koncepcją różnych ośrodków myśli? Niezbyt. Warto unikać odniesień do własnego doświadczenia, kiedy próbujemy rozstrzygnąć jakieś pytanie – chyba, że to pytanie konkretnie o nasze doświadczenia, preferencje, odczucia. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, badania naukowe są lepszym przybliżeniem prawdy niż doświadczenie jednostki, nawet jeśli ową jednostką jesteśmy my sami. Po drugie, gdy nie ma konsensusu naukowego, ale jest statystyka, jest ona lepszym przybliżeniem prawdy niż nasze doświadczenie – jest ono tylko jednym punktem danych pośród tysięcy uwzględnionych w statystyce. Po trzecie, nasze doświadczenia dotknięte są zwykle błędami poznawczymi. Przykładowo, ja zaczynając pisać ten artykuł miałem półświadome przekonanie, że odpowiedzią na pytanie w tytule jest: oczywiście, że jest wiele ośrodków myśli. To oznacza, że moje myślenie jest wypaczone pod tą tezę! Z tego powodu warto zawsze sceptycznie podchodzić do konkretnych wniosków – szczególnie własnych – a koncentrować się na zasadności argumentów.

Obserwacja innych

Choć wobec innych nie mamy tego poziomu wglądu jak względem samych siebie, to w zamian mamy większą dozę obiektywności. W związku z tym obserwowanie słów i zachowań innych osób jest interesującą poszlaką w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie.

Widzę u innych ludzi, jak zmienia się ich zachowanie w zależności od grupy, w której się znajdują. Modyfikacji ulega język, jakiego używają, ich mowa ciała, ton głosu itd. Najbardziej wyraźnie tę różnicę można dostrzec pomiędzy sytuacją formalną a sytuacją towarzyską – różnice we wszystkich wymienionych elementach bywają wtedy głębokie i wyraźne.

Kolejna obserwacja to zmiana deklarowanych poglądów, znowu w zależności od grupy osób, w której ktoś się znajduje. Zazwyczaj jest to połączone z elementem dostosowania się do standardu panującego w danej zbiorowości. Czasem ma to formę jedynie potakiwania, czasami faktycznego głoszenia.

Ostatnia obserwacja, to zmiana czynów, co możemy rozumieć jako realną zmianę poglądów i wartości – człowiek realizuje inne poglądy i wartości zależnie od kontekstu społecznego w którym się znajduje. Ta zmiana jest najgłębsza ze wszystkich wymienionych. Dwie pozostałe można wytłumaczyć jednym ja, które przystosowuje się do sytuacji, zachowuje się oportunistycznie. Tę jednak ciężej uzasadnić w ten sposób, a nawet jeśli to rodzi się pytanie: jak taka osoba unika beznadziejnego konfliktu moralnego, jeśli mamy do czynienia z jednym ja?

Te obserwacje choć ciekawe mają swoje ograniczenia. Po pierwsze, nie prowadzę ścisłego rejestru zachowań innych ludzi, brak mi więc twardych danych. Po drugie wielu ludzi znam tylko z jednego typu sytuacji, na przykład z gruntu towarzyskiego, nie mam więc porównania. Po trzecie nie mam dostępu do procesów myślowych tkwiących za tymi zewnętrznymi przejawami, nie mogę więc mieć pewności, że u ich podstawy leżą realnie oddzielone ja.

Czy to mocna przesłanka? Przy odpowiednio dużej ilości obserwacji, potencjalnie tak. Na pewno jest silniejsza od poprzedniej, bo obserwacja kilku osób, to więcej niż obserwacja jednej(siebie). Żeby jednak nabrała mocy to potrzebowalibyśmy zgromadzić dobrą statystykę z tysięcy przypadków, zebraną zgodnie ze sztuką itd. Ja takich statystyk nie posiadam, nie mogę więc wyciągać ostatecznych wniosków.

Istnienie konfliktów wewnętrznych

Ludzie bywają skonfliktowani wewnętrznie. Znamy to z własnego doświadczenia, z tych trudnych momentów w życiu, gdy musimy wybierać, a nie potrafimy określić, która opcja jest właściwa. Znamy to z opowieści innych ludzi i ich zmagań z niemożnością pogodzenia duchowych sprzeczności. Znamy to wreszcie z literatury, gdzie motyw moralnych i etycznych rozterek jest jednym z najpowszechniejszych tropów literackich. Historie osnute wokół konfliktów wewnętrznych fascynują nas nieodmiennie od wieków i nie bez powodu – w historiach tych bowiem rozpoznajemy siebie.

Skoro istnienie konfliktu wewnętrznego wydaje się być wielce prawdopodobne, to rodzi się pytanie: czy jedno ja może być skonfliktowane? Inaczej można to ująć, pytając: czy konflikt wymaga dwóch lub więcej stron?

Jeżeli założymy, że konflikt wewnętrzny jest bliski lub tożsamy w swojej mechanice ze „standardowymi” konfliktami międzyludzkimi, to musimy przyjąć, że istnieją w człowieku co najmniej dwie istoty (ośrodki myśli), między którymi dochodzi do konfrontacji. Czyli konflikt wewnętrzny to różnica zdań co do tego, co ważne lub tego, co dobre między dwoma, względnie niezależnymi, przejawami naszej osobowości.

To założenie nie musi być jednak prawdziwe. Zaproponuję tu jedną alternatywę: konflikt wewnętrzny to nie spór między dwiema stronami to sytuacja, w której jest niezwykle trudne, a wręcz niemożliwe, oszacowanie prawdopodobieństwa skutków naszych działań, prowadzące do tego, że nie mamy dobrej przesłanki, by dokonać wyboru. Innymi słowy, konflikt wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy przewidzieć następstw naszej decyzji, w związku z czym nie potrafimy zdecydować. Ta interpretacja nie wymaga istnienia wielu ośrodków myśli, choć im nie przeczy.

Ze względu na wspomnianą alternatywę tej przesłanki także nie możemy zaliczyć do szczególnie mocnych. Polega ona nadmiernie na jednej konkretnej interpretacji tego, czym jest konflikt wewnętrzny, która to interpretacja nie musi być słuszna.

Podsumowanie

Zebraliśmy kilka poszlak, które zdają się przemawiać za koncepcją dialogu różnych ośrodków myśli, nie wykluczając przy tym trzeciej alternatywy, o której wspomnieliśmy, czyli opcji hybrydowej. Żadna z przytoczonych poszlak nie jest moim zdaniem ostateczna, razem wzięte również nie wydają się stanowić przekonującego dowodu. Należy więc powiedzieć, że pytanie tytułowe pozostaje nierozstrzygnięte, z lekkim wskazaniem na wiele ośrodków myśli.

Zaznaczę tu, że mogą istnieć dane i badania z dziedziny nauk szczegółowych, których tu nie rozpatrzyliśmy, a które mogą stanowić mocniejsze dowody. Przykładowo, mogły być prowadzone badania zbierające statystyki tego, jak ludzie subiektywnie postrzegają swoje myślenie, albo badania wokół koncepcji konfliktu wewnętrznego, czy też badania kliniczne nad rozproszeniem jaźni. Każde z nich może stanowić istotny argument w dzisiejszej dyskusji. Na potrzeby tego artykułu celowo nie przeprowadziliśmy badań w tym kierunku, jako że naszym celem było przedstawienie pierwszego, intuicyjnego spojrzenia na ten problem – można powiedzieć, że badaliśmy zdanie laika w tej kwestii.

Ostatecznie pytanie, które ciąży nad całą powyższą analizą jest jeszcze innego rodzaju: czy to ma znaczenie? To znaczy, czy ma znaczenie, czy osobowość jest jedna czy rozproszona? Czy praktycznie możemy oczekiwać jakichś realnych różnic? Gdzie by takie różnice się przejawiały? Czy koncepcja jednego ja wyklucza istnienie nie tylko konfliktu ale i dialogu wewnętrznego? Czy to, jak żyjemy zależy od odpowiedzi na dzisiejsze pytanie?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Premeditatio malorum

Premeditatio malorum można tłumaczyć z łaciny w dosłowny, acz nieszczególnie zręczny sposób, jako uprzednie rozmyślania nad złem lub nieszczęściem.  Zręczniejsze sformułowanie podchwyciłem od osoby lubującej się w zabawach językowych: „przedmysł niepowodzeń”. Słówko „przedmysł” jest tworem nowym, ale oddającym moim zdaniem lepiej ducha łacińskiego praemeditatio. Słówko „niepowodzenie”, choć nie tak nowatorskie, oddaje  jednak dobrze istotę tego, iż malorum odnosi się do zrządzeń losu, czegoś, co nam się przytrafia, a nie do naszych własnych czynów.

To byłby pierwszy poziom rozumienia omawianego ćwiczenia: gdy mianowicie jego treścią jest rozpatrywanie  możliwych niepomyślnych obrotów zdarzeń niezależnych od nas, zanim   nam się one przytrafią. Zwykle są one choć odrobinę spodziewane,  dotyczą bowiem znanych w ogólnym zarysie wyzwań stojących przed nami. Rzadziej, acz też skutecznie, odnosimy przedmysł do ogólnych zagrożeń: śmierci, choroby, utraty bliskiego etc.

Znając ramy, przejdźmy przez etapy praktyki, zwracając uwagę na pewne niuanse, które są na tyle istotne, że stanowią o różnicy między premeditatio malorum a czarnowidztwem.

Praktyka

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza twoją  kontrolę, a które mogą zadecydować o jej rozwoju. Wyobraź sobie scenerię tej sytuacji. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce, gdzie się zacznie – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą niej uczestniczyć. Bądź  dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

WAŻNE: nie czyń z ludzi ich karykatur. Nawet jeśli spodziewasz się konfrontacji, staraj się nie wyolbrzymiać żadnych ich cech. Przesadnie wykrzywione złością twarze nie pomogą Ci zanurzyć się w sytuację, a mogą wzmocnić w Tobie negatywne  nastawienie. Nie ma potrzeby, by kogokolwiek w wyniku tej praktyki bardziej „znielubić”.Rozpocznij odgrywanie sytuacji. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie niekorzystny sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się nie powieść – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

UWAGA: element emocjonalny jest najtrudniejszy do odtworzenia w całym ćwiczeniu, ale też niezwykle istotny. Instynktownie staramy się unikać nieprzyjemnych emocji, tutaj zaś celowo chcemy się z nimi spotkać i je poczuć. To wymaga przełamania naturalnego oporu. Choć może to generować dyskomfort, pamiętaj, iż długofalowo przyniesie Ci korzyść.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Nie zatrzymuj ćwiczenia  w tym momencie. Zastanów się, co mógłbyś zrobić dalej. Chodzi o to, byś zaplanował swoje kolejne kroki po przewidywanej katastrofie. Rozważ, czy jest coś, co możesz zrobić, by ograniczyć jej skutki. Myśl o tym, jakie działanie podejmiesz zaraz po. Czy pójdziesz do domu, by ochłonąć? Czy zadzwonisz do przyjaciela? Planuj swoją krótkoterminową taktykę i długoterminową strategię, koncentrując się na tym, co kontrolujesz.

UWAGA: ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między  premeditatio malorum a czarnowidztwem. Mamy wyjść o krok dalej niż wyobrażenie sobie, że coś  pójdzie  nie po naszej myśli. Mamy zacząć tworzyć plan awaryjny. To ma podwójny skutek: jesteśmy zawczasu przygotowani na sytuację, w której trzeba będzie działać i przekonujemy się naocznie, że jakkolwiek wielkie byłoby wyobrażone nieszczęście, świat się w jego wyniku nie skończy.

Kiedy stworzysz zarys planu działania, zacznij go sobie wyobrażać. Nie musisz przechodzić przez całość – niejednokrotnie takie plany jawią się jako czasochłonne i złożone. Wystarczy, że wyraźnie zwizualizujesz sobie kilka pierwszych kroków. Kluczowym jest poczuć, że, po pierwsze emocje opadają, gdy zdarzenie się kończy. Po drugie, że masz dozę sprawczości  – nie odebrano Ci wszak kontroli nad tym, co jest od ciebie zależne. Po trzecie wreszcie, że nawet po największym nieszczęściu zwykle życie toczy się dalej.

UWAGA: pamiętaj, by wyobrazić sobie owo wygaszanie emocji, które następuje, gdy sytuacja dobiega końca. Nie wychodź z tej medytacji nabuzowany strachem czy gniewem. Tak jak w życiu, tak i w wizualizacji emocje powinny opaść.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa niepowodzenia i emocje już opadły, możesz skończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by  się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy twoje spojrzenie na czekającą cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź jakie emocje lub wyobrażenia to spowodowały. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na  pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Uwagi techniczne

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio malorum (przedmysł niepowodzeń) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak,  by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio malorum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że trudna rozmowa z szefem, do której się szykowaliśmy, będzie rezultatem naszego spóźnienia, bo poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam grozić spóźnienie.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanej „katastrofie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może też być zbadanie, czy któraś z wartości cierpi w rozważanej sytuacji. Jeśli nie, ułatwi nam to ustawienie całego zdarzenia w spokojniejszej perspektywie.

Konkluzja

Celem, jaki osiągamy praktykując premeditatio malorum, jest zwiększona odporność na wyzwania. Dzięki tej praktyce jesteśmy lepiej przygotowani na to, co może nastąpić. Oswajamy trudne emocje, które powstają w sytuacji kryzysowej, jeszcze zanim się pojawią, dzięki czemu stępiamy ich ostrze i odbieramy im siłę.

Dzięki takiej postawie możemy reagować i działać w sposób możliwie optymalny, gdyż nasze decyzje nie są zakłócane przez uderzenia emocjonalne. Rozumiemy wtedy lepiej, jakie stoją przed nami wyzwania i jakie mamy opcje, by  im stawić czoła.  Poprawiamy zatem jakość naszego działania.

Przygotowani na ewentualną porażkę, możemy ją znieść z minimalną szkodą i stworzyć okazję do tego, by sukces lub wynik neutralny były pozytywną niespodzianką. Świadomość, że po domniemanej porażce jest mimo wszystko jakaś przyszłość, a nasze pole do działania się nie zamyka, motywuje nas, by nie wpadać w rozpacz, tylko skoncentrować się na tym, co od nas zależne.

Choć momentami trudne i niekomfortowe, premeditatio malorum niesie ze sobą szeroki wachlarz zalet. Warto spróbować  skorzystać z tego ćwiczenia, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną trudną chwilą w życiu.

Czy jest jakieś wyzwanie, które na Was czeka, gdzie premeditatio malorum mogłoby okazać się pomocne? Czy macie odwagę, by go spróbować?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów na newsletterze, pomagała Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Kreatywność czy ucieczka w fantazje?

Kreatywność jest cennym zasobem. Zdolność do tworzenia abstrakcyjnych koncepcji i ubierania ich w konkretne ramy ma zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Pozwala nam lepiej pracować z własnymi przekonaniami, a także wyobrazić sobie położenie innych ludzi, co czyni ją niezwykle użyteczną w relacjach.

Uciekanie w fantazję przed rzeczywistymi emocjami przynosi ulgę. Jest ona jednak krótkotrwała i ulotna. Problemy, których próbowaliśmy uniknąć, nie znikają – przeciwnie, mają tendencję do wzrastania, gdy je ignorujemy. Zatracając się w świecie wyobraźni, tracimy kontakt z rzeczywistością.

Nawigując między tymi dwoma aspektami, warto pracować nad zbliżeniem się do kreatywności, by wykorzystywać wyobraźnię do rozwiązywania problemów rzeczywistego świata, a nie do uciekania przed nimi.

Jak to się łączy?

Jest w miarę jasne, że dwie omawiane skrajności są w gruncie rzeczy tym samym zjawiskiem. Różnica między nimi nie tkwi w jakości, lecz raczej w natężeniu – które jest niższe w przypadku kreatywności – oraz w zastosowaniu.

W przypadku bycia kreatywnym wyobraźnia jest narzędziem, które ma za zadanie informować nasze decyzje w realnym świecie. Służy procesowi decydowania i zmiany, której jesteśmy agentem. Pomaga nam lepiej zrozumieć możliwe konsekwencje, odgadnąć motywacje własne i innych. Jest nośnikiem idei i pomysłów, które skutecznie je komunikują i rozjaśniają.

W aspekcie ucieczkowym wyobraźnia staje się narzędziem unikania problemów, zapominania o nich. W ten sposób przypomina nieco używanie środków psychoaktywnych – na krótki czas pozwala odsunąć od siebie problem, czy to wewnętrzny (emocjonalny), czy zewnętrzny (zadanie do wykonania). Tak jak w przypadku środków psychoaktywnych, to odsunięcie jest niekonstruktywne – nie rozwiązuje problemu, pozostawia go na boku. W rezultacie fantazjowanie staje się rodzajem „nałogowego” regulowania emocji, które może stworzyć większe problemy niż te, których próbuje uniknąć.

Gdzie jestem

Mój stan obecny określiłbym jako bliski stanowi kreatora, czyli zdrowego i konstruktywnego wykorzystywania wyobraźni. Z kilkoma dużymi kłopotami, jakie w przeszłości z nią miałem, zdołałem się już uporać – żeby przywołać przykład z fantazjami przed zaśnięciem przywołany w tekście o ucieczce w fantazje [LINK].

Systematycznie ograniczam sytuacje, w których w niekontrolowany sposób osuwam się w zafantazjowywanie przeróżnych trudnych wyzwań i sytuacji z życia. Dostrzegam, kiedy ten mechanizm się uruchamia, i potrafię go zazwyczaj powstrzymać.

Choć jest dobrze, to jednak mogłoby być lepiej. Nadal widzę spore pole do poprawy, szczególnie w dziedzinie relacji. Tutaj zdarza mi się nadal, iż uciekam przed decyzją czy działaniem, które wystawiłoby mnie na perspektywę odrzucenia, w fantazję o tym działaniu. Rozgrywam sytuację w głowie, daję jej pozytywne zakończenie i, na pewnym poziomie, uznaję, że tak się faktycznie stało.

Optymalny stan

Moje wyobrażenie optimum na tej osi jest dość proste i intuicyjne: chcemy zachować kreatywność bogatej wyobraźni, jednocześnie eliminując – na tyle, na ile to możliwe – aspekt ucieczkowy.

Chcę, by wyobraźnia była narzędziem tworzenia i radzenia sobie z wyzwaniami życia. By pozwalała ujmować idee w sposób zrozumiały i przystępny, by była źródłem metafor poszerzających zrozumienie skomplikowanych problemów u mnie i u innych, z którymi wchodzę w interakcje. Idea twórczości, nawet tej technicznej i naukowej, polega w dużej mierze na sile wyobraźni i warto tę siłę pielęgnować i zachowywać.

W odniesieniu do emocji wyobraźnia powinna być narzędziem pracy z nimi, ich lepszego zrozumienia i zinternalizowania. Ma ułatwiać odczytywanie przesłania, jakie się za nimi kryje, ma być tłumaczem między nimi a świadomą analizą. Nie powinna przy tym stać się narzędziem emocjonalnego tłumienia, metodą na ignorowanie czy zagłuszanie emocji – takie jej wykorzystanie, choć kuszące, będzie prowadzić do większych kłopotów niż zysków.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowe dla rozwijania i balansowania tej kompetencji są stoickie ćwiczenia oparte na wyobraźni. W pewnym sensie każde stoickie ćwiczenie ma element wyobrażonego, ale jest kilka, które szczególnie mocno się na nim opierają. Regularne praktykowanie tych ćwiczeń prowadzi do pewnej dyscypliny w fantazjowaniu, w sensie przyzwyczajenia nas do używania wyobraźni do analizowania konkretnych, realnych problemów. Nadaje ramy problemowe zajęciu wyobrażania sobie.

Ćwiczenia, które absorbują wyobraźnię w największym stopniu, to:

  1. Perspektywa kosmiczna – wyobrażanie sobie siebie jako części większej całości, czy to w przestrzeni (kosmos), czy w czasie.
  2. Premeditatio maloru (i bonum) – rozmyślanie nad złem (dobrem), czyli wyobrażanie przebiegu nadchodzących wyzwań w celu zrozumienia, czego możemy się spodziewać w najgorszym (najlepszym) obrocie rzeczy. To wyobrażanie ukierunkowane na rozpoznanie ścieżki wyjścia z każdego, nawet najtrudniejszego przebiegu zdarzeń.
  3. Wizualizacja mistrza – co zrobiłby w tej sytuacji stoicki mistrz; ćwiczenie ma nam pomóc dokonać właściwego, stoickiego wyboru, kiedy stajemy przed skomplikowanym pytaniem.

Pozostaje jeszcze sprawdzenie naszej dyspozycji w relacjach. Choć nie jest to konkretne ćwiczenie stoickie, należy pamiętać, że stoicyzm jest filozofią ukierunkowaną na społeczność. W tym duchu niezwykle istotne jest wchodzenie w relacje i trenowanie w nich konstruktywnego użytkowania wyobraźni oraz powstrzymywania się przed ucieczką.

Podsumowanie

Balans między kreowaniem a ucieczką w fantazję powinien być przechylony w stronę tego pierwszego. Jest jednak niezwykle istotne, by w dążeniu do tego optimum nie utracić zdolności radosnego wykorzystania naszej wyobraźni.

Powiem wręcz, że choć warto pracować nad tym aspektem, nie warto poświęcać swej wyobraźni dla pozbycia się drobnych elementów ucieczkowych. Okazjonalna ucieczka w wyobrażenia przyniesie mniej szkód niż utrata wyobraźni.

A jaką wy macie relację ze swoją fantazją? Czy służy wam pomocą na co dzień? Czy czasem uciekacie w nią, gdy dzień dopiecze wam nad miarę?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Fantasta

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Niekiedy zapadam się w fantazje jak w bagno. Zmyślona historia zaczyna żyć w mojej głowie, rozwijać się, nabiera intensywności i wyrazistości. Nie chcę jej przerywać, nie chcę jej kończyć. Chcę pozostać w wymyślonym świecie, który jawi mi się jako bezpieczniejszy, lepszy od rzeczywistego. Czasem trwa to krócej – fantazja jest zwarta i konkretna. Czasem trwa dłużej – fantazja jest rozbudowana i wielopoziomowa.

Przykład

Najbardziej wyrazistym przykładem z mojego doświadczenia było tworzenie fantazyjnych światów, służących jako arena dla moich myśli przed zaśnięciem. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ od dłuższego czasu nie praktykuję już tej metody na zasypianie.

Koncepcja była prosta: kładąc się spać, gdy nawiedzała mnie gonitwa myśli, często zabarwiona lękiem, porządkowałem je poprzez wejście do wymyślonego świata. Zaczynałem snuć bardzo konkretną, wyrazistą fantazję osadzoną w świecie magii i miecza lub w świecie fantastyczno-naukowym. Obsadzałem siebie w roli głównego bohatera i rozgrywałem jakiś scenariusz.

To pozwalało mi odciąć się od naporu nieuporządkowanych myśli, które mogłyby powstrzymywać mnie przed zaśnięciem przez dłuższy czas. Świat fantazyjny działał uspokajająco i zwykle po kilku minutach takiej „medytacji” odpływałem w sen.

Choć używałem kilku światów w tym celu, miałem swoje ulubione – takie, w których podejmowałem rozpoczęte historie z wieczora na wieczór. Te fantazyjne konstrukcje rozlewały się poza obszar zasypiania; myślałem też o nich na jawie – w podobnej roli, czyli dla uspokojenia lęku.

Więcej przykładów

Jest dla mnie typowe, że poświęcam więcej czasu na fantazjowanie o relacjach niż na faktyczne wchodzenie w nie. Czyli zamiast napisać do osoby, z którą chciałbym porozmawiać, wyobrażam sobie rozmowę, zazwyczaj jej idealny przebieg. Po skończonej fantazji mam poczucie, że nie ma już potrzeby przenosić jej w rzeczywistość.

Niektóre z moich fantazji spełniają rolę głaskania ego, to znaczy, że ich treść przedstawia mnie w pozycji siły, władzy i wiedzy wykraczających dalece poza rzeczywisty stan rzeczy. W natychmiastowej perspektywie sprawiają, że czuję się nieco lepiej, w sensie regulowania emocji związanych z niskim poczuciem własnej wartości. W perspektywie dłuższej zaczynam wierzyć w ich elementy, co prowadzi do praktycznego zadufania w sobie.

Skąd się to bierze

Podobnie jak w przypadku poprzedniego aspektu „kreatora”, także tutaj źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

Odsunięcie się w fantazję było i nadal jest dla mnie sposobem regulowania emocji. Przynosi ulgę, szczególnie od tych związanych z lękiem, gdyż zastępuje zagrażającą rzeczywistość pewną iluzją. Efekt jest zwykle chwilowy – przez czas trwania fantazji napięcie znika. Jednak pewne aspekty trwają dłużej: pojawia się efekt zawierzenia własnej opowieści – pewne jej elementy mój umysł bierze za prawdę.

Fantazjowanie jest realną strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami. Sama w sobie nie jest czymś negatywnym ani niszczycielskim. Trzeba jednak rozróżnić pomiędzy twórczym parafrazowaniem własnego doświadczenia, które pozwala je lepiej zrozumieć, a ucieczką w fikcję przed nazbyt bolesną emocją, którą chce się pod opowieścią pogrzebać, a nie przez nią przepracować.

Stąd rozdzielenie tego mechanizmu na dwa bieguny – twórczy i problemowy.

Ograniczenia i wyjątki

Doświadczenie jest w dużej mierze granicą fantazji. To, co fantastyczne, sklejam z elementów mi znanych, czasem lekko je rozszerzając, ale to, co wymknęło się sferze moich realnych doświadczeń, nie znajduje odzwierciedlenia w fantazjach. To ich ograniczenie.

Jak to się objawia w relacjach?

Najbardziej drastycznym przejawem nadmiernego fantazjowania w sferze relacji jest ich urywanie się, czy raczej urywanie ich przeze mnie. Kiedy mój umysł zaczyna intensywnie rozgrywać dany związek w wyobraźni, traci zainteresowanie i zapał do rozwijania go w rzeczywistości – jakby był już dokonany i nie było sensu go kontynuować. Zjawisko może być tak intensywne, że prowadzi do zaprzestania kontaktu z drugą osobą. Nie chodzi tu o jawne zrywanie czegokolwiek, raczej o stopniowe ograniczanie kontaktu, aż do jego całkowitego ustania. Ten efekt jest dodatkowo wzmacniany przez moją ogólną tendencję do unikania relacji.

Trudniejsze do zaobserwowania, ale potencjalnie równie destrukcyjne, jest zastępowanie przez fantazjowanie wchodzenia w nowe relacje. Tutaj mieszczą się te relacje, które mogłyby być, ale ich nie ma, bo wybrałem bierność napędzaną przez fikcję wyobrażeń. Druga strona potencjalnej relacji nie ma szans zaobserwować procesu, tylko ja niekiedy uświadamiam sobie, że zaszedł.

Fantazjowanie może narażać na szwank istniejące relacje, także poprzez tworzenie niezgodności między fantazją a rzeczywistością. Chodzi mi o sytuacje, w których wymyślę sobie pewien przebieg zdarzeń, przeżyję go w wyobraźni, włącznie z reakcją drugiej strony, a następnie rzeczywistość okaże się mniej satysfakcjonująca. Mogę się na kogoś wręcz obrazić, za to, że nie zrobił tego, co sobie wyfantazjowałem!

Zakończenie

Tworzę światy w swojej wyobraźni i w nie uciekam. Mam do tego niemały talent, to, co tworzę, bywa niezwykle kuszące. Niezależnie jednak od tego, jak piękna jest fantazja, zatracenie się w niej może być ucieczką od rzeczywistości.

Jeśli czynimy tak okazjonalnie, dla wytchnienia, nie ma w tym problemu. Jeśli jednak staje się to naszą kluczową strategią regulacji emocji, możemy wpaść w pułapkę. Od nas zależy, czy znajdziemy odpowiedni balans.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreator

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Twórczość jest jedną z moich najważniejszych wartości. Uważam, że jestem kreatywnym człowiekiem i mam zdolność do tworzenia nowych koncepcji, obrazów, światów. Wykorzystuję te zdolności na co dzień i rozwijam je z zapałem. Stanowią ważny element mojego życia i czynią mnie interesującym człowiekiem.

Przykład

Blog, na którym się obecnie znajdujemy, stanowi koronny przykład realizacji moich twórczych zapałów w praktyce.

Obecnie liczy już ponad 70 wpisów. Każdy z nich jest stworzonym przeze mnie kawałkiem treści. Niektóre są bardziej udane, inne mniej, ale każdy jest oryginalnym tworem mojej fantazji, moich przemyśleń i moich zdolności ubierania tych dwóch w słowa.

Jestem dumny z tego, co napisałem na potrzeby bloga. Wiem, że wytworzenie takiej ilości tekstu jest czymś niezwykłym i nietypowym, szczególnie w dzisiejszych czasach. Mam realne przekonanie, że ta moja twórcza działalność wzbogaciła świat choć odrobinkę.

Chcę kontynuować twórczą pracę w ramach bloga i będę to czynił tak długo, jak pozwolą mi na to okoliczności życiowe. A jeśli pewnego dnia stanie się to niemożliwe, znajdę inne sposoby twórczej ekspresji, jako że i dziś mam ich więcej.

Więcej przykładów

W ciągu ostatnich kilku miesięcy przysiadłem na laurach, jeśli chodzi o pisanie opowiadań, ale nadal jest to zajęcie, które mnie cieszy i które praktykuję z niezłym skutkiem. Jest to też jedna z tych aktywności twórczych, które chcę rozwijać.

Wyplatanie makram, choć czasem dość automatyczne, także jest przejawem twórczej pracy. Jest to przekształcanie nieuporządkowanego zbioru sznurków w obraz, który ma w sobie ład i któremu można nadać pewien sens. Dziś rzadko siadam do makram, ale kto wie, czy nie wrócę do nich w przyszłości?

Podobnie sprawa ma się z innymi aktywnościami manualnymi: układanie kompozycji kwiatowych, dzierganie, rzeźbienie w dyni, malowanie ceramiki – to wszystko zajęcia o twórczym charakterze, które dają mi radość. Nawet jeśli nie praktykuję ich regularnie, to cenię je sobie niezmiernie.

Skąd się to bierze

Źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

System był tak skuteczny, że praktykowałem go konsekwentnie przez wiele lat, modyfikując treść i charakter wyimaginowanych relacji, rozbudowując je do całych światów i skomplikowanych systemów. Praktykowałem fantazjowanie bardzo regularnie i z wielkim zaangażowaniem – przynosiło mi przecież zaspokojenie niezwykle istotnych potrzeb relacyjnych. Praktyka czyni mistrza – stałem się wielce wprawny w tworzeniu fikcyjnych światów i postaci.

Tak ucieczkowe aspekty stylu unikającego wytworzyły okoliczności, w których mogła rozkwitnąć dość niezwykła wyobraźnia. Taka, która w chmurze łatwo dostrzeże smoka, dosiądzie go i poleci na jego grzbiecie, by podbijać starożytne królestwa. Przede wszystkim jednak taka, która stworzy sobie przyjaciela, który nigdy nie odejdzie, chyba że zostanie odprawiony.

To potężne narzędzie, jednak nawet ono ma swoje ograniczenia.

Ograniczenia i wyjątki

Wyobraźnia ma swoje ograniczenia. Wszędzie tam, gdzie moje doświadczenie jest nikłe lub żadne, mam trudności z wyrazistością wizji. Widzę to wyraźnie w swojej twórczości, która napotyka opór tam, gdzie chcę odejść od własnego doświadczenia.

Mogę tworzyć przybliżenia, pewnego rodzaju zgadywanki, ale w wielu przypadkach mam poczucie niedostateczności takich zabiegów. To sprawia, że w mojej ocenie pewne aspekty mej twórczości są niedojrzałe, niepełne.

Choć jest to przejaw raczej niepewności niż sprawdzenia z faktami, wciąż widzę w tym feralne ograniczenie w mojej postawie twórcy.

Szczególnie opisywane tu zjawisko realizuje się w trudności, jaką mam, by wczuć się w położenie innych osób. Może to odnosić się do bohatera opowiadania – póki jest względnie zbliżony do mnie samego, mogę go pisać, ale gdy chciałbym wykroczyć silnie poza własną orbitę, sytuacja realnie się komplikuje. Te postaci wychodzą płasko i niezbyt realistycznie – w mojej ocenie.

Zjawisko to wykracza zresztą poza twórczość literacką i sprawia, że miewam problemy z empatią, a przynajmniej tworzy we mnie tendencję nadmiernego przypisywania moich własnych motywacji i cech innym ludziom. Utrudnia to zrozumienie i może prowadzić do poważnych nieporozumień.

Jak to się objawia w relacjach?

Fantazja potrafi być źródłem całkiem niezłych dowcipów. Takich bardzo niestandardowych i czasem dość pokrętnych. Nie wszystkie da się zrozumieć od razu, ale gdy już rozsupła się małą wiązankę słowną, bywa zabawnie. Jeśli się nie uda, trudno – może następnym razem.

Moje poczucie humoru to Monty Python i Leslie Nielsen / Mel Brooks. Dziwaczne, nietypowe, ale momentami turbo zabawne.

Jedna z najprostszych obserwacji, jakie możesz o mnie poczynić, to że jestem kreatywny w rozmowie – zarówno jeśli chodzi o budowanie zdań, jak i tworzenie warstw znaczeniowych w wypowiedziach. Jeśli zdecyduję się mówić – tak naprawdę, a nie półgębkiem – to to, co powiem, jest kreatywne, interesujące, warte wysłuchania.

Nie zawsze jest poprawne, nie zawsze zrozumiałe (nawet dla mnie samego), ale gdy się rozsupła, staje się przynajmniej dobrą pożywką do refleksji.

Często zdarza mi się potakiwać w rozmowach – takie proste „Tak”, „Rozumiem”. Niekiedy to zwykły drobny konformizm, by zasygnalizować bycie w rozmowie. Częściej jednak w moim przypadku jest to sygnał, że właśnie sobie wyobraziłem, zwizualizowałem to, o czym mówisz, i słowo zgody potwierdza zakończenie tego procesu.

Opisujesz, że znajomy sprzedaje dom z ogrodem, a w ogrodzie są panele fotowoltaiczne? W moim umyśle tworzy się obraz tego domu – czy raczej mojej fantazji o nim. Dzięki temu mogę lepiej rozumieć dalszą część historii, i takie zrozumienie często sygnalizuje właśnie potakiwanie.

Zakończenie

Jestem kreatywnym człowiekiem. Potrafię tworzyć całe światy w wyobraźni. Potrafię ubierać myśl w formę słowa, nadawać jej kształt. Moja wyobraźnia jest potężnym narzędziem, szkolonym od dziecka i do dziś regularnie używanym. Nie mam drugiego tak cennego zasobu.

Nawet ona ma jednak swoją cenę, bo wielka fantazja kusi, by się w niej zatracić, by uciec przed trudami rzeczywistości w jej kontrolowane i bezpieczne objęcia. Wyobraźnia może być zarówno twórczym narzędziem działania, jak i substytutem, w który przed działaniem uciekamy…

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja kontra mimikra

Tolerancja i zrozumienie wobec drugiego człowieka są kluczową kompetencją w budowaniu trwałych i pozytywnych relacji. Stanowią zdrową podwalinę głębokiej więzi. Warto kultywować empatyczne podejście do każdego napotkanego człowieka.

Z drugiej strony zatracenie się w drugim człowieku — odrzucenie własnych pragnień i dążeń po to, by się do niego upodobnić — jest autodestrukcyjną strategią przywiązania. Prowadzi do utraty cech własnych oraz do sztuczności w relacjach, które opierają się na iluzji.

Na osi pomiędzy tymi biegunami warto dążyć w kierunku tolerancji i zrozumienia opartych na pełnej akceptacji własnych pasji i upodobań. Dzięki temu możemy zachować zalety otwartości, jednocześnie unikając pułapek mimikry.

Jak to się łączy?

Elementem łączącym tolerancję i mimikrę jest empatia — otwartość na drugiego człowieka, jego potrzeby, pragnienia i trudności. W pierwszym przypadku towarzyszy jej silne poczucie własnej wartości, a efektem jest zachowanie wspierające, przynoszące korzyść zarówno wspierającemu, jak i wspieranemu. W drugim przypadku mamy do czynienia z ucieczką od siebie w drugiego człowieka i zamiast realnego wsparcia pojawia się lustrzane naśladownictwo.

Człowiek tolerancyjny akceptuje odmienność. Co kluczowe — akceptuje również własną odmienność: czuje się komfortowo z tym, że różni się od reszty ludzkości, rozumie, że ma unikalne wady i zalety oraz elementy wspólne z innymi. Akceptacja siebie stanowi podstawę akceptowania innych. Redukuje lęk przed odmiennością i pozwala konsekwentnie wybierać porozumienie zamiast konfliktu.

Człowiek-kameleon, wbrew pozorom, jest zagorzałym wrogiem odmienności. Źródło tej wrogości tkwi w nim samym — w przekonaniu, że jego odmienność i unikalność są czymś niewłaściwym, przejawem słabości i niedoskonałości. Odmienność budzi w nim tak głęboki lęk, że nie może sobie pozwolić na jej istnienie w relacjach. Skoro nie może zmienić drugiej strony, zmienia siebie, zatracając własną istotę na rzecz bezpieczeństwa konformizmu.

I tak empatia łączy tolerancję i mimikrę, a dzieli je lęk.

Nasuwa się pytanie: gdzie ja sam lokuję się na tych dwóch skalach?

Gdzie jestem

Jestem empatycznym człowiekiem — to jedna z moich największych zalet. Słucham, wczuwam się i sympatyzuję z rozmówcą. Chcę w każdym dostrzec dobre strony i zakładam, że ludzie mają dobre intencje, choć czasami opacznie je rozumieją lub popełniają błędy. Jestem dumny ze swojego otwartego nastawienia.

Jestem lękowcem — zarówno w sensie zdiagnozowanych zaburzeń, jak i charakterologicznego funkcjonowania. Lęk jest moim towarzyszem od dawna. Jest jedną z podstawowych sił, które mnie napędzają. Boję się wchodzić w relacje; boję się, że te, które już mam, rozpadną się, bo powiem lub zrobię coś nieodpowiedniego. Nie czuję się pewnie w żadnej z nich — każda wydaje mi się być w stanie ciągłego zagrożenia. Wiem o swoim lęku, akceptuję go i jestem gotów z nim oraz nad nim pracować.

Połączenie tych faktów sprawia, że obecnie jestem wyraźnie wychylony w kierunku mimikry. Widzę, jak upodabniam się do rozmówcy, wiem, że ten proces zachodzi, ale rzadko jestem w stanie go zatrzymać.

Optymalny stan

Ten przypadek jest dość prosty, jeśli chodzi o określenie optimum. Można je ująć następująco: zachować pełnię empatii, eliminując lęk. To łatwiejsze do wysłowienia niż do zrealizowania w praktyce, ale sprowadza się do zachowania elementów, które pozytywnie łączą nas z drugim człowiekiem, przy jednoczesnym odrzuceniu dyktowanej strachem mimikry.

Chcemy zachowywać pełnię własnej tożsamości, pozostając jednocześnie otwartymi na doświadczenie, historię i emocje drugiego człowieka — czyli na szeroko pojętą tolerancję.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowa jest praca z lękami i doraźnym strachem. Najlepszym ćwiczeniem jest dyskusja z przekonaniami — tymi, które stanowią źródło lęku. Ma ona formę dialogu sokratycznego z samym sobą, w którym stawiamy pytania dotyczące przekonań, jakie w sobie nosimy. Celem jest wykazanie ich fałszywości i zastąpienie ich przekonaniami bardziej realistycznymi i bliższymi rzeczywistości.

Proces ten wymaga wielu powtórzeń — silnie zakorzenione przekonania nie ustąpią po jednokrotnym zakwestionowaniu ich prawdziwości. Efekty dialogu muszą pracować przez dłuższy czas. Istotna jest również uważność na momenty uruchamiania się tych mechanizmów w sytuacjach społecznych. Ma to znaczenie zarówno dla identyfikowania przekonań, które chcemy podważyć, jak i dla utrwalania nowych, zdrowszych schematów.

Przekonania będące źródłem naszych lęków najczęściej obracają się wokół niskiego poczucia własnej wartości, nieufności wobec drugiego człowieka, poczucia niezrozumienia oraz innych schematów sugerujących, że szczere wejście w relację zakończy się odrzuceniem.

Podsumowanie

Balans między akceptacją a mimikrą powinien być wyraźnie wychylony w stronę akceptacji. Zmienianie się na potrzeby każdej relacji, w którą wchodzimy, jest prostą drogą do utraty kontaktu z własnym „ja” i z własnymi potrzebami — do stania się lustrem pozbawionym właściwości.

Praca nad tym balansem wymaga jednak zmierzenia się z lękami, które mogą być w nas silnie ugruntowane — ze strachem, że jeżeli pozostaniemy sobą, zostaniemy odrzuceni.

Zachęcam was do podjęcia stoickiej pracy nad tymi przekonaniami, jeśli odnajdujecie je w sobie. To nie tylko droga do większej tolerancji wobec drugiego człowieka, ale przede wszystkim do większej tolerancji wobec samego siebie.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Społeczny kameleon

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancyjnym podejściem do drugiego człowieka a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Bywam człowiekiem bez właściwości. Potrafię odrzucić siebie i upodobnić się do rozmówcy czy grupy, w której się znajduję. Umiem wtopić się w tło. Mogę zacząć mówić, myśleć i czuć jak ludzie w moim otoczeniu. A właściwie — by uściślić — potrafię odtwarzać moje wyobrażenia o innych; przecież nie wiem na pewno, co myślą. W takich momentach przestaję istnieć, stając się jedynie lustrem.

Przykład

Za przykład niech posłuży cała klasa zachowań, które są dla mnie charakterystyczne — chodzi o kompletne zanurzanie się w temat, który fascynuje mojego rozmówcę.

Jeżeli dostrzegam, że druga osoba szczególnie interesuje się jakimś tematem, zawieszam własne zainteresowania, odstawiam je w kąt i w pełni poświęcam się temu, co ona mówi. Nie ma znaczenia, czy temat był dla mnie wcześniej interesujący — mogła to być najnudniejsza treść na świecie; jednak po chwili rozmowy staję się nią zafascynowany i zaangażowany.

Dla jasności: nie jest to oszustwo ani poza. Moje myślenie faktycznie się zmienia i to, co przed chwilą było nudne, staje się autentycznie ciekawe. Zazwyczaj, gdy rozmowa się kończy, zagadnienie ponownie staje się nudne — aż do momentu kolejnego spotkania. Jeżeli jednak z kimś przebywam regularnie, tematy na tyle we mnie wsiąkają, że nawet pod nieobecność tej drugiej osoby zajmuję się nimi z zainteresowaniem.

Efekt jest na tyle intensywny, że nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie kończą się pożyczone zainteresowania, które tylko udaję, że lubię, a gdzie zaczynają się moje własne pasje. Możliwe, że granica ta jest nieostra i że kilka tematów, które początkowo były dla mnie nieistotne i wobec których udawałem zainteresowanie na potrzeby relacji, stało się autentycznymi fascynacjami.

Ten wzorzec zahacza o zagubienie własnej tożsamości i może prowadzić do kryzysu w jej obrębie. Spójrzmy na kilka dodatkowych przykładów, które obrazują ten proces.

Więcej przykładów

W konwersacji mam tendencję do przyjmowania tonu głosu i słownictwa rozmówców. Sposób, w jaki mówię, zmienia się w trakcie dialogu — im lepiej poznaję drugą stronę, tym bardziej się do niej upodabniam: odwzorowuję jej emocje, uczę się jej idiomów. Moja mowa staje się lustrzana.

Gdy jestem zaangażowany w zajęcia grupowe, mam silną tendencję do podążania za tym, co robią inni. Częściowo jest to przejaw ogólnego konformizmu, jednak doprowadzony do sytuacji, w której nigdy nie mam własnego zdania. Czekam, aż inni się na coś zdecydują, i dopiero wtedy podłączam się pod ich plan. Jeżeli planów jest kilka, wybieram jeden i zaczynam go ślepo popierać.

Jeżeli zdarzy mi się poczuć niezgodę z decyzją i działaniem grupy, nie wspominam o tym. Nawet jeśli widzę, że obrana droga zakończy się porażką, nie reaguję i pozwalam, by zdarzenia rozegrały się zgodnie z decyzją większości. Na koniec, razem ze wszystkimi, narzekam na niefortunny przebieg wypadków — którym mogłem zapobiec jednym dobrze dobranym zdaniem.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on zarówno elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem mojego przekształcania się na potrzeby rozmówcy.

Styl lękowy odpowiada za obawę, iż to, co mam do powiedzenia i zaoferowania, nie jest interesujące i zostanie odrzucone. Skutkuje to niechęcią do dzielenia się własnymi przemyśleniami, zainteresowaniami czy poglądami — styl unikający dodatkowo wzmacnia ten efekt.

Z lękowych aspektów wynika również moja skłonność do przytakiwania rozmówcy. Staram się w ten sposób przypodobać drugiej osobie i stworzyć u niej — oraz u siebie — wrażenie, że jesteśmy do siebie podobni. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, zmniejszając postrzegane ryzyko odrzucenia. Instynktownie czuję, że osoby do siebie podobne trzymają się razem, i daje mi to pewną dozę komfortu.

Styl unikający dokłada do tej sytuacji potrzebę bycia skrytym i niepoznanym. Im mniej o sobie mówię i im bardziej pozwalam, by konwersacja była skoncentrowana na rozmówcy, tym bardziej komfortowo się czuję. Paradoksalnie mogę być w relacji, choć wcale mnie w niej nie ma — o ile uczynię ją całkowicie skupioną na drugiej osobie.

Połączenie tych czynników nadaje mi charakter społecznego kameleona — przystosowującego się do otoczenia i niezainteresowanego posiadaniem własnych właściwości.

Ograniczenia i wyjątki

Dla pełnej siły tego efektu niezbędny jest bezpośredni kontakt z drugą osobą. Muszę widzieć, słyszeć i czuć rozmówcę, by faktycznie włączyć tryb mimikry. Być może jest to kwestia posiadania wystarczającej ilości informacji. Efekt jest taki, że moje wypowiedzi pisemne są nieporównywalnie bardziej niezależne i „moje” niż cokolwiek, co powiem w bezpośredniej rozmowie. Jeżeli chcecie wiedzieć, co naprawdę myślę, czytajcie to, co piszę — ewentualnie to, co wygłaszam w formie niezakłóconej przemowy.

Dominującym komponentem w moim sposobie przywiązywania się jest unikanie. Zdarzają się sytuacje, w których ten styl bierze górę nad aspektem lękowym i zamiast konformizmu pojawia się ucieczka. Im trudniejszy i bardziej kontrowersyjny temat, im bardziej agresywny rozmówca, tym większa szansa, że ucieknę, zamiast się dostosować. To sytuacja rzadka przy kuchennym stole, ale realistyczna w przypadku przypadkowego konfliktu na ulicy.

Jak to się objawia w relacjach

Uważnie słucham tego, co masz mi do powiedzenia, jednak sam niechętnie inicjuję tematy. Drążę to, co powiedziałeś, dopytuję, interesuję się, zgłębiam. Może to tworzyć wrażenie szczerego zainteresowania — i w istocie nim jest. W konsekwencji jednak o sobie nie mówię praktycznie wcale. Masz niewielkie szanse, by dowiedzieć się, co mnie interesuje.

Oddaję decyzję o tym, co robić, w twoje ręce. Sam niechętnie proponuję zajęcia; raczej podchwytuję sugestie i staram się je popierać oraz promować. Czasem mylnie zinterpretuję twoje intencje — co zapewne wywoła twój opór — a ja szybko się z niego wycofam. Chcę zgadzać się na to, co proponujesz, a nie wychodzić z własną inicjatywą. Oczekuję, że to ty z nią wystąpisz — ja czekam na wskazówki.

Nawet jeśli znamy się długo, istnieje spora szansa, że nie wiesz, kim jestem i co mnie interesuje. W pewnym sensie sam tego nie wiem. Na pierwszy rzut oka możemy mieć wiele wspólnego, jednak nie ma pewności, ile z tego jest fabrykacją mojej potrzeby dopasowania się do ciebie.

Zakończenie

Czasem sam siebie zaskakuję zdolnością do wtapiania się w każdą grupę i każde otoczenie. Wystarczy kilka zdań, minuta obserwacji — i już zaczynam się przekształcać oraz zmieniać.

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać „supermocą”, lecz rzeczywistość jest odmienna. Automatyzm tego zachowania sprawia, że tracę poczucie siebie, oddalam się od własnych potrzeb, pragnień i pasji.

Może to prowadzić do poszukiwania izolacji, bo właśnie w niej zachowuję autentyczność — to jednak rodzi kolejne trudności. Dla zdrowego funkcjonowania konieczne jest znalezienie równowagi między otwartością i tolerancją a społeczną mimikrą, o czym już za tydzień. A wy, drodzy czytelnicy — czy zdarza się wam przejmować właściwości partnera lub partnerki w relacji? Czy zawsze potraficie zachować siebie?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancją a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Przechodząc do meritum: uważam się za ponadprzeciętnie tolerancyjnego człowieka. Nie przywiązuję się do stereotypów. Interesuje mnie charakter moich rozmówców i to, co mają do powiedzenia. Czerpię satysfakcję z tego, że jestem w stanie z każdym znaleźć nić porozumienia — czy raczej, że zawsze jestem gotów tej nici szukać.

Przykład

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, tak aby nie wskazywać konkretnych osób, ale mam łatwość w trwaniu w relacjach nawet z osobami, które darzę antypatią.

Pozostaję w takich relacjach nawet wtedy, gdy obcowanie z tymi osobami jest dla mnie nieprzyjemne. Zazwyczaj nie garnę się do nich, ale też ich nie unikam. Jeśli pojawią się w moim otoczeniu, swobodnie — i nie dając nic po sobie poznać — mogę wskoczyć w konwersację z nimi.

Tkwi za tym przekonanie, że nikt nie jest tak nieprzyjemny, żeby nie dało się z nim odbyć rozmowy. Wierzę, że warto dawać szansę i pozostawać otwartym na drugiego człowieka oraz że nasze niechęci często są wynikiem nieporozumienia. Na tej podstawie przed nikim nie zamykam drogi do relacji, nawet jeśli ktoś sprawia, że czuję się niezręcznie i niekomfortowo.

Więcej przykładów

W każdej rodzinie w naszym kraju — a może i na świecie — konfrontują się ze sobą poglądy polityczne. To naturalna sprawa. Wiem z opowieści, że takie konfrontacje mogą prowadzić do głębokich problemów, rozłamów i dramatów. Dla mnie są one kompletnie obojętne. Po części dlatego, że nie interesuję się polityką, a po części dlatego, że nie uważam poglądów politycznych za wyznacznik jakości człowieka. Mogę rozmawiać ze zwolennikiem każdej partii i opcji. Co więcej — mogę wysłuchać zwolennika każdej partii i opcji, zarówno w rodzinie, jak i poza nią.

Nie mamy zbyt wielu okazji do kontaktu z osobami z innych sfer społecznych — chodzi mi tu o status majątkowy i edukacyjny. Nasze społeczeństwo jest bardziej rozwarstwione i podzielone, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Ja nie jestem wyjątkiem — kontakty poza moją sferą są rzadkie, ale kiedy już do nich dochodzi, nie odczuwam trudności ani dyskomfortu. Nie wiem, czy druga strona odnosi podobne wrażenie; mam nadzieję, że tak.

Podobnie jak z poglądami politycznymi, tak też z poglądami religijnymi drugiej strony nie mam kłopotu. Tutaj — jeszcze bardziej niż przy polityce — kluczowe jest to, iż religia mnie nie interesuje i uważam ją za temat marginalny. Nie mam problemu, by wysłuchać tej czy owej mistycznej opowieści ani by zamienić kilka zdań z apologetą dowolnego wyznania. Nie wdaję się w debatę — pozostaję biernym odbiorcą — ale właśnie dlatego, że temat nie jest dla mnie porywający.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem moich zdolności adaptacji do każdej osoby i środowiska.

Z faktu, że mam mieszane strategie wchodzenia w relacje, wynika potencjał do rozumienia perspektyw innych ludzi. Rezonuję zarówno z lękowcami, jak i z unikającymi, a także dobrze dogaduję się z osobami bezpiecznymi — choć to bardziej ich zasługa. Potrafię znaleźć nić porozumienia w każdym przypadku.

Elementy unikające sprawiają, że stronię od konfliktu. Przejawia się to w preferowaniu wsłuchiwania się w zdanie innych ludzi. Dzięki temu niweluję ryzyko, że ktoś się do mnie zniechęci lub poczuje złość. To strategia unikająca, która przekłada się na łatwiejsze przebywanie z osobami, z którymi się nie zgadzam, poprzez niedzielenie się własnymi poglądami. Jeśli nie znają mojego zdania, nie mają z czym polemizować.

Elementy lękowe sprawiają natomiast, że jestem ostrożny w konfrontacjach. W skrócie: w każdej relacji obawiam się, że ją zepsuję, że zniechęcę do siebie drugą stronę. Aby zminimalizować ryzyko, ograniczam krytykę, nie wchodzę w polemikę i nie daję pretekstu do zerwania znajomości — a lękowy charakter przywiązania podpowiada mi, że takiego pretekstu każdy z moich znajomych szuka.

Ograniczenia i wyjątki

Szczerze mówiąc, nie wiem, co wpisać w tej sekcji. Mam wrażenie, że od tego podejścia nie ma w moim życiu wyjątków i że nie podlega ono istotnym ograniczeniom.

Nasuwa się pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź pozostawię na kolejny artykuł, w którym będę rozważał społeczną mimikrę.

Jak to się objawia w relacjach

W tej sekcji przechodzę do ogólnych tendencji, których ślady mogliśmy już dostrzec w przykładach.

Zawsze jestem gotowy wysłuchać drugą osobę — niezależnie od tego, co się stało, jaki jest temat i jak postrzegam relację między nami. Żaden z tych czynników nie stanowi przeszkody, by spotkać się z drugim człowiekiem. Tego się trzymam. Nie zawsze jestem dostępny, ale gdy jestem — nikogo nie odpędzam.

Słuchając, nie jestem bierny: pokazuję swoje zaangażowanie. Parafrazuję, by zasygnalizować zrozumienie. O ile nie dzieje się wokół mnie coś niezwykle absorbującego, poświęcam mówcy swoją uwagę. Sprawdza się to dobrze w rozmowach twarzą w twarz; nieco gorzej, gdy rozmawiam przez telefon, ale i wtedy staram się pozostać obecny.

Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym kogoś skrytykował — a przez krytykę rozumiem tu trudną, negatywną informację zwrotną. Nawet jeśli jest ona uzasadniona w moich odczuciach, nie jestem skłonny jej wypowiedzieć. Jeśli już, ograniczam się do opisu faktów i wskazania, że pewne elementy można by poprawić. Najchętniej jednak omijam punkty trudne i przechodzę do pozytywnej, przyjemnej informacji zwrotnej.

Mogę rozmawiać z każdym. Nawet jeśli się z kimś pokłóciłem, nawet jeśli jestem w gniewie — mogę rozmawiać i nie przestaję się odzywać. Nikomu nie powiedziałem: „nie chcę więcej z tobą rozmawiać” i nikomu tego powiedzieć nie planuję. Jeśli było gorąco, mogę potrzebować godziny czy dwóch, by ochłonąć, ale nie więcej — i już mogę zasiąść do dialogu, jeśli druga strona jest na to gotowa.

Zakończenie

Moja tolerancja jest ogromna. Z jednej strony to świetnie, bo z każdym się dogadam i każdego zaakceptuję. Z drugiej strony — to niekoniecznie dobre, bo dogadywanie się ze złem nie jest najlepszym pomysłem, a lęk o trwałość relacji nie musi być dobrym doradcą.

Chcę lubić wszystkich i chcę, żeby wszyscy mnie lubili — i takie zachowanie próbuję realizować w praktyce. To, czy w tej potrzebie przypodobania się nie gubię tego, kim jestem, rozważę w kolejnym tekście.

A was, drodzy czytelnicy, zapytam na koniec: czy tolerancja ma granice? Czy wyznaczacie jej jasne ramy?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.