Premeditatio malorum

Premeditatio malorum można tłumaczyć z łaciny w dosłowny, acz nieszczególnie zręczny sposób, jako uprzednie rozmyślania nad złem lub nieszczęściem.  Zręczniejsze sformułowanie podchwyciłem od osoby lubującej się w zabawach językowych: „przedmysł niepowodzeń”. Słówko „przedmysł” jest tworem nowym, ale oddającym moim zdaniem lepiej ducha łacińskiego praemeditatio. Słówko „niepowodzenie”, choć nie tak nowatorskie, oddaje  jednak dobrze istotę tego, iż malorum odnosi się do zrządzeń losu, czegoś, co nam się przytrafia, a nie do naszych własnych czynów.

To byłby pierwszy poziom rozumienia omawianego ćwiczenia: gdy mianowicie jego treścią jest rozpatrywanie  możliwych niepomyślnych obrotów zdarzeń niezależnych od nas, zanim   nam się one przytrafią. Zwykle są one choć odrobinę spodziewane,  dotyczą bowiem znanych w ogólnym zarysie wyzwań stojących przed nami. Rzadziej, acz też skutecznie, odnosimy przedmysł do ogólnych zagrożeń: śmierci, choroby, utraty bliskiego etc.

Znając ramy, przejdźmy przez etapy praktyki, zwracając uwagę na pewne niuanse, które są na tyle istotne, że stanowią o różnicy między premeditatio malorum a czarnowidztwem.

Praktyka

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza twoją  kontrolę, a które mogą zadecydować o jej rozwoju. Wyobraź sobie scenerię tej sytuacji. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce, gdzie się zacznie – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą niej uczestniczyć. Bądź  dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

WAŻNE: nie czyń z ludzi ich karykatur. Nawet jeśli spodziewasz się konfrontacji, staraj się nie wyolbrzymiać żadnych ich cech. Przesadnie wykrzywione złością twarze nie pomogą Ci zanurzyć się w sytuację, a mogą wzmocnić w Tobie negatywne  nastawienie. Nie ma potrzeby, by kogokolwiek w wyniku tej praktyki bardziej „znielubić”.Rozpocznij odgrywanie sytuacji. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie niekorzystny sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się nie powieść – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

UWAGA: element emocjonalny jest najtrudniejszy do odtworzenia w całym ćwiczeniu, ale też niezwykle istotny. Instynktownie staramy się unikać nieprzyjemnych emocji, tutaj zaś celowo chcemy się z nimi spotkać i je poczuć. To wymaga przełamania naturalnego oporu. Choć może to generować dyskomfort, pamiętaj, iż długofalowo przyniesie Ci korzyść.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Nie zatrzymuj ćwiczenia  w tym momencie. Zastanów się, co mógłbyś zrobić dalej. Chodzi o to, byś zaplanował swoje kolejne kroki po przewidywanej katastrofie. Rozważ, czy jest coś, co możesz zrobić, by ograniczyć jej skutki. Myśl o tym, jakie działanie podejmiesz zaraz po. Czy pójdziesz do domu, by ochłonąć? Czy zadzwonisz do przyjaciela? Planuj swoją krótkoterminową taktykę i długoterminową strategię, koncentrując się na tym, co kontrolujesz.

UWAGA: ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między  premeditatio malorum a czarnowidztwem. Mamy wyjść o krok dalej niż wyobrażenie sobie, że coś  pójdzie  nie po naszej myśli. Mamy zacząć tworzyć plan awaryjny. To ma podwójny skutek: jesteśmy zawczasu przygotowani na sytuację, w której trzeba będzie działać i przekonujemy się naocznie, że jakkolwiek wielkie byłoby wyobrażone nieszczęście, świat się w jego wyniku nie skończy.

Kiedy stworzysz zarys planu działania, zacznij go sobie wyobrażać. Nie musisz przechodzić przez całość – niejednokrotnie takie plany jawią się jako czasochłonne i złożone. Wystarczy, że wyraźnie zwizualizujesz sobie kilka pierwszych kroków. Kluczowym jest poczuć, że, po pierwsze emocje opadają, gdy zdarzenie się kończy. Po drugie, że masz dozę sprawczości  – nie odebrano Ci wszak kontroli nad tym, co jest od ciebie zależne. Po trzecie wreszcie, że nawet po największym nieszczęściu zwykle życie toczy się dalej.

UWAGA: pamiętaj, by wyobrazić sobie owo wygaszanie emocji, które następuje, gdy sytuacja dobiega końca. Nie wychodź z tej medytacji nabuzowany strachem czy gniewem. Tak jak w życiu, tak i w wizualizacji emocje powinny opaść.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa niepowodzenia i emocje już opadły, możesz skończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by  się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy twoje spojrzenie na czekającą cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź jakie emocje lub wyobrażenia to spowodowały. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na  pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Uwagi techniczne

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio malorum (przedmysł niepowodzeń) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak,  by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio malorum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że trudna rozmowa z szefem, do której się szykowaliśmy, będzie rezultatem naszego spóźnienia, bo poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam grozić spóźnienie.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanej „katastrofie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może też być zbadanie, czy któraś z wartości cierpi w rozważanej sytuacji. Jeśli nie, ułatwi nam to ustawienie całego zdarzenia w spokojniejszej perspektywie.

Konkluzja

Celem, jaki osiągamy praktykując premeditatio malorum, jest zwiększona odporność na wyzwania. Dzięki tej praktyce jesteśmy lepiej przygotowani na to, co może nastąpić. Oswajamy trudne emocje, które powstają w sytuacji kryzysowej, jeszcze zanim się pojawią, dzięki czemu stępiamy ich ostrze i odbieramy im siłę.

Dzięki takiej postawie możemy reagować i działać w sposób możliwie optymalny, gdyż nasze decyzje nie są zakłócane przez uderzenia emocjonalne. Rozumiemy wtedy lepiej, jakie stoją przed nami wyzwania i jakie mamy opcje, by  im stawić czoła.  Poprawiamy zatem jakość naszego działania.

Przygotowani na ewentualną porażkę, możemy ją znieść z minimalną szkodą i stworzyć okazję do tego, by sukces lub wynik neutralny były pozytywną niespodzianką. Świadomość, że po domniemanej porażce jest mimo wszystko jakaś przyszłość, a nasze pole do działania się nie zamyka, motywuje nas, by nie wpadać w rozpacz, tylko skoncentrować się na tym, co od nas zależne.

Choć momentami trudne i niekomfortowe, premeditatio malorum niesie ze sobą szeroki wachlarz zalet. Warto spróbować  skorzystać z tego ćwiczenia, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną trudną chwilą w życiu.

Czy jest jakieś wyzwanie, które na Was czeka, gdzie premeditatio malorum mogłoby okazać się pomocne? Czy macie odwagę, by go spróbować?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów na newsletterze, pomagała Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

O byciu kowalem własnego losu

Tekst porusza temat wpływu przypadku na nasze życie. Autor argumentuje, że przypadkowe okoliczności, takie jak miejsce urodzenia czy epoka, mają na nas większy wpływ niż podejmowane decyzje. Z drugiej strony, mimo dominacji losu, to nasze wybory kształtują sposób, w jaki wykorzystujemy dany nam potencjał.

Część 1: Los rządzi naszym życiem

Znacie  porzekadło: „każdy jest kowalem własnego losu”? To bzdura, naszym życiem rządzi przypadek. Mamy minimalny wpływa na nasz los. Gdy patrzymy wstecz na nasze życie, to musimy dostrzec, że elementy losowe i od nas niezależne, ważą więcej, niż nasze decyzje. Jesteśmy liściem na wietrze, któremu wmawia się, że może decydować dokąd poleci.
Rozważmy kilka przykładów, dla zilustrowania dysproporcji między przypadkiem a wolą i decyzją.
1. Przypadek: urodziłem się w Polsce, a nie w Etiopii.
Nie mam żadnego wpływu na to, gdzie się urodziłem. Jednak ten fakt ma olbrzymie konsekwencje dla mojego życia: możliwości materialne, które idą za miejscem urodzenia, dostęp do edukacji, dostęp do opieki zdrowotnej, dostęp do książek, filmów etc. Rozważcie, jak bardzo te aspekty różnią się między Polską a Etiopią. Gdybym rodził się w Etiopii, moje szanse na przeżycie niemowlęctwa byłyby zdecydowanie niższe (śmiertelność niemowląt w Polsce: 4.4, w Etiopii: 48.3 [1]), moje życie mogło zakończyć się już na starcie. Czy miałbym dostęp do takie samej ilości książek, które pobudzałyby rozwój mojej wyobraźni? Czy mógłbym dostać okulary, które pozwoliłyby mi widzieć wyraźnie? Czy miałbym szansę na studia? Może wszystko to byłoby mi danej, jednak jest względnie oczywiste, poprzez porównanie zasobności obu krajów (PKB na osobę w Polsce: 31 939 USD, w Etiopii: 2332 USD [2]), że szansę na otrzymanie tych dobrodziejstw byłyby zdecydowanie mniejsze.
Nie przypuszczam, by jakakolwiek decyzja w moim życiu, miała podobnie głęboki wpływ na jego przebieg. Więcej, przypuszczam, że wszystkie moje decyzje razem wzięte, nie ukształtowały mnie w takim stopniu jak ten jeden traf.

2. Przypadek: urodziłem się w dwudziestym wieku, a nie w dwunastym
Podobna sytuacja jak w przykładzie pierwszym. Zdecydowanie niższą szansę na przeżycie niemowlęctwa, minimalny dostęp do edukacji, krótka oczekiwana długość życia etc. Nie będę tu szukał konkretnych danych liczbowych, ale łatwo sobie wyobrazić, jak drastyczną różnicę ten przypadek sprawia w moim życiu. Różnice kulturowe, językowe, religijne uczyniłyby mnie diametralnie inną osobę.

3. Przypadek: Urodziłem się chłopcem.
Naszemu społeczeństwu daleko jest do równości. Oczekiwania społeczne, sposób wychowania i spektrum możliwości w dorosłym życiu, są odmienne dla obu płci. Czy gdybym był dziewczynką, wyperswadowano by mi zainteresowanie fizyką? Czy presja zegara biologicznego sprawiłaby, że miałbym już rodzinę i dzieci? Nie wiem, ale jestem przekonany, że moje życie podążyłoby innymi kolejami, niż zmierza dzisiaj.

4. Przypadek: Studiowałem fizykę
Tak, to jest przypadek, już wyjaśniam dlaczego. Swój pierwszy rok studiów poświęciłem na studiowanie informatyki. Dość szybko zdecydowałem (czy to była świadoma decyzja to inna kwestia), że to nie to. Chciałem podążać za swoją pasją, którą była, oczywiście… historia. Czekał mnie egzamin wstępny (takie, to były czasy). Na wszelki wypadek, złożyłem też podanie na fizykę – tam nie wymagali egzaminu, miałem przyjęcie gwarantowane. Uczyłem się pilnie, czułem się względnie dobrze przygotowany. Kiedy przyszło do ogłoszenia wyników, okazało się, że zabrakło mi jednego punktu. Gdyby choć jedno pytanie w teście lepiej mi podpasowało (ah, ratyfikacja 3 rozbioru, której, okazuje się, nigdy nie było), trafiłbym na historię zamiast na fizykę.
Drobny przypadek, przemieszany z decyzjami, ustawił moją edukację. Zostałem na fizyce, nawet napisałem z niej doktorat. Jak jednak wyglądałoby moje życie, gdyby nie to jedno pytanie?

Wymieniłem cztery przykłady przypadków w moim życiu. Z pierwszych trzech każdy waży więcej niż wszystkie moje decyzje życiowe. Czwarty reprezentuje całą chmarę drobnych przypadków, lokujących się pomiędzy naszą decyzją a jej skutkami. Pokazuje on, że skutki naszych decyzji nie są nasze, zależą w większym stopniu od losu, niż od nas. Wiele decyzji nie może nawet zaistnieć, ze względu na okoliczności losu (jak zdecydować się, by zostać programistą komputerowym, żyjąc w dwunastym wieku?).
Jak najbardziej jesteśmy liściem na wietrze i tak jak jemu, nie nam decydować gdzie nas poniesie wiatr!

Część 2: Liczą się tylko nasze decyzje

„Pytasz, co to jest wolność? Nie być niewolnikiem żadnej rzeczy, żadnej potrzeby, żadnych wydarzeń, przymusić swój los do równego postępowania z sobą. W dniu w którym zrozumiem, że mogę więcej od niego, nic nie dokaże” [3]

Może przechodzi wam teraz przez myśl: „Tu zaszła jakaś pomyłka. Cytaty mu się pomieszały! Przecież to pasuje do pierwszej części jak pięść do oka”. Nie ma pomyłki. Jak już ustaliliśmy, że naszym życiem rządzi przypadek, pora udowodnić, że to, co przypadkowe nie ma znaczenia i jedyne co się liczy to nasze wybory.
W celu unaocznienia tej prawdy posłużę się metaforą. W metaforze tej każdy z nas będzie malarzem, nasze decyzje będą pociągnięciami pędzla, nasz los (nasz przypadek) będzie kanwą, na której malujemy, a obraz będzie naszym życiem.
Jako malarz nie mamy wpływu na kanwę, na której przyjdzie nam malować. Jeden otrzyma idealnie białe, gładkie tło. Dla drugiego płótno będzie gładkie, ale całe czarne. Pierwszy nawet nie pomyśli, by namalować to, co dla drugiego będzie oczywiste. Los tych malarzy jest wolny od przeciwności, ale ich warunki były skrajnie odmienne.
Jeden malarz otrzyma kanwę wielką na pół ściany, drugi taką, która zmieści się w dłoni. Jak odmienne dzieła muszą stworzyć, ale każde z nich może być piękne. To metafora długości życia. I tak jak na wielkim płótnie można namalować kicz, a na kawałku deszczułki arcydzieło, tak długie życie może być próżne, a krótkie bogate i piękne.
Większość malarzy otrzyma kanwę z różnymi, mniejszymi i większymi wadami. To przeciwności losu, które spotykają nas w życiu. Od malarza zależy, czy niedoskonałości swego podkładu wykorzysta jako element arcydzieła. Czy pęknięcie stanie się zalążkiem obrazu kwietnej doliny, czy mrocznej przepaści? Czy załamie ręce i w podszytym poczuciem krzywdy narzekaniu stwierdzi, że nic nie namaluje? Czy spojrzy na kanwę sąsiada i, z zazdrości, zamiast malować swoje dzieło, ukradkiem ochlapie jego twór? Czy, odstraszony wadami płótna, skupi się tylko na małym skrawku, gdzie materiał jest idealny, a resztę porzuci? Czy podzieli się swoją kanwą z drugim człowiekiem? Czy dostrzeże wady swojej kanwy, poczuje złość i ponarzeka, po to, by po chwili ruszyć z malowaniem, wykorzystując swoją przestrzeń do maksimum? Czy wykorzysta większość kanwy, ale z wadami części nie zdoła się pogodzić i pozostawi ją pustą?
Możliwości są ogromne i chociaż, kanwa nadaje kształt i wymusza wiele w formie dzieła, to jednak jest to nasz obraz. Płótno nie decyduje, co zostanie na nim namalowane, los nie decyduje, jakie ja stworze życie. Parafrazując tu Senekę, w dniu, w którym zrozumiemy, że los to tylko tło, straci on nad nami wszelką władzę.Ten kto akceptuje los odbiera mu moc sprawczą. Ten kto rozumie, że los jest obojętny i od nas niezależny, ten może skupić się nad tym co kontrolować może: na pociągnięciach pędzlem i kształtowaniem swego dzieła.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat z Seneki, który przypomina, że mówienie o dobrym lub złym losie, dobrej lub złej kanwie, nie ma sensu. Dzieło, które tworzymy, życie, które żyjemy, może być dobre albo złe, jakie będzie, zależy od naszych wyborów:

„Mylą się bowiem, mój Lucyliuszu, ci, którzy sądzą, że los obdarza nas bądź czymś dobrym, bądź też czymś złym. Daje on nam tylko materiał, z którego może powstać dobro lub zło, tylko zarodki rzeczy, które to zarodki mogą rozwinąć się w nas w zło albo dobro.” [3]

BIBLIOGRAFIA
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_infant_and_under-five_mortality_rates
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_pa%C5%84stw_%C5%9Bwiata_wed%C5%82ug_PKB_(parytet_si%C5%82y_nabywczej)_per_capita
[3] Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”

O starości

Tekst porusza refleksje nad życiem, czasem i stratami spowodowanymi przez alkohol. Autor analizuje swoje przeżycia z perspektywy Seneki, podkreślając, ile czasu stracił na zewnętrzne okoliczności. Po latach zmagań z nałogiem, odnajduje wolność i sens życia, z nadzieją na dalszy rozwój przed śmiercią.

„[ludzie] nikomu na świecie nie pozwolą zająć swych posiadłości, a jeśli wywiąże się bodaj najbłahsza kłótnia w sprawach granicznych, natychmiast chwytają za kamienie i zbroje! Ale swe życie pozwalają innym zajmować, więcej: sami wprowadzają przyszłych panów swojego życia do domu. Nie znajdziesz nikogo, kto by chciał między innych rozdzielić swoje pieniądze, a przecież jak wielu rozdaje innym swoje życie! Skąpcami są w zachowaniu odziedziczonego majątku, ale są największymi marnotrawcami, jeśli chodzi o stratę czasu, jedynego dobre, wobec którego skąpstwo i chciwość są cnotą. Wybierz któregoś z gromady starców: „Widzimy, że dożyłeś do najdalszej granicy ludzkiego wieku.(…) Dalej więc! Zdaj rachunek ze swego życia! Policz, jak wiele z ogólnej sumy czasu zabrał wierzyciel, jak wiele kochanka, (…) jak wiele klient, jak wiele kłótnia z żoną, (…) jak wiele bieganina po mieście dla załatwienia różnych potrzeb. Dodaj do tego choroby, których sam się nabawiłeś, dodaj i te również okresy, które upłynęły bezużytecznie, a zobaczysz, że masz daleko mniej lat, niż sobie liczysz. Przypomnij sobie, ile to razy byłeś zdecydowany, co masz czynić, ile to dni spędziłeś tak, jak je zaplanowałeś, ile razy rozporządzałeś własną osobą, ile razy zachowałeś tę samą pogodę na twarzy, ile razy duch twój nie przejął się trwogą, jakiego w tak długim wieku dokonałeś dzieła, jak wielu ludzi rabowało ci twe życie, kiedy ty nawet nie doceniałeś co tracisz; jak wiele ci zabrał jałowy smutek, głupia uciecha, chciwa żądza, pochlebcza rozmowa, jak mało pozostało ci z ciebie, a wtedy zrozumiesz, że umrzesz – dziecięciem!” (…) żyjecie, jak gdybyście mieli żyć wieki, że nawet nigdy nie pomyślicie o swej znikomości, że nie zwracacie uwagi, jak wiele już czasu ubyło, trwonicie go jednak w ten sposób, jakbyście zawsze mieli pełną, a nawet niewyczerpaną miarę, gdy tymczasem ten właśnie dzień, który poświęcacie bądź jakiejś osobie, bądź jakiejś sprawie, jest może – ostatnim. Wszystkiego się lękacie jak śmiertelni, wszystkiego łakniecie jak nieśmiertelni. Posłyszysz jak mówi większość: „Z ukończeniem pięćdziesiątego roku wycofam się na spoczynek, a rok sześćdziesiąty uwolni mnie z wszelkich w ogóle powinności publiczny.” Ale kto, koniec końców, da ci gwarancję tego dłuższego życia? (…) Nie wstydzisz się, by same już resztki życia zachowywać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać te tylko lata, kiedy już do niczego nie będziesz zdatny? O wiele za późno wtedy dopiero zaczynać życie, kiedy je trzeba już dokończyć! I cóż to za głupia niepamięć śmiertelnej doli, żeby aż na pięćdziesiąty lub sześćdziesiąty rok życia odkładać rozumne postanowienia i chcieć rozpoczynać życie w tym wieku, do którego dożyło niewielu!”
O krótkości życia, Seneka

Ile mam lat? Jeśli spojrzę w dowód, wyjdzie że czterdzieści. Czy aby na pewno? Mój zegarek twierdzi, że mój wiek „sprawnościowy” to trzydzieści sześć. Czuję się młodziej i obracam się wśród młodszych ludzi. Ale ile faktycznie przeżyłem?

Nadszedł czasy by zdać rachunek ze swego dotychczasowego życia. Jak wzywa Seneka, spójrzmy razem, ile żyłem dla siebie, a ile zmitrężyłem na okoliczności zewnętrzne.

Zacznijmy od dzieciństwa. Niewiele z niego pamiętam. Pierwsze wyraźne wspomnienia mam z czasów liceum. Czas do szesnastego roku życia to biała plama z niewielkimi przebłyskami. Jak podliczyć ten  czas? Trzy pierwsze lata życia – mało kto je pamięta, kształtują nas znacznie, zaliczmy je w pełni. Z pozostałych trzynastu zebrał by się może rok wspomnień i za tyle je policzę. Wiem, że funkcjonuje we mnie wiele mechanizmów z tego okresu, których kształtowania się w zapomnianym czasie. Nie zaliczam go jednak do pożytecznych lat, bo mechanizmy te są dzisiaj miną do rozbrajania, a nie wartościowymi częściami mojej osobowości.
Do wieku lat szesnastu przeżyłem cztery.

W okolicach półmetka liceum zacząłem pić. Zorientowałem się, że kiedy piję to się nie boję, że czuję się silny i sprawczy. Dzięki alkoholowi nie musiałem czuć wstydu, smutku, gniewu i żalu. To trudne emocje, kto by chciał je czuć? Od tego czasu piłem nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia lat. Na początku metaforyczne, bo piłem od okazji do okazji, nie łatwo było zorganizować pieniądze i warunki by można było się spokojnie napić. Myślenie miałem już jednak pijane.
To ile z tych licealnych lat mogę policzyć dla siebie? Będąc szczodrym to powiedział bym, że dwa lata z czterech. Zdobyłem wiedzę, zbudowałem kilka przyjaźni, nauczyłem się kilku życiowych prawd nie związanych z piciem. Jednak gro tego czasu podporządkowałem alkoholowi, zużyłem na przypodobanie się grupie rówieśniczej, straciłem na fantazjowanie o wybujałych ambicjach.
W wieku lat dziewiętnastu ruszam na studia jak sześciolatek.

Pierwszy rok studiów straciłem na Politechnice, robiąc coś co miało mnie zaciekawić, a w rzeczywistości znudziło. Piłem nieco więcej i częściej niż w liceum i, co kluczowe, coraz częściej w samotności.
Kolejne lata już na fizyce, to rosnąca koncentracja życia wokół alkoholu: próżne biesiady, samotne chlanie, półprzytomne i skacowane weekendy. Nie wszystko szło na straty:  uczyłem się tego co sprawiało mi frajdę, poznałem kilka(naście) osób, z którymi przyjaźnie się do dziś i są to najcenniejszych znajomości mego życia.
Jednak większość tego czasu to ucieczka od siebie w błogi bezwład. Funkcjonowanie jak gdybym miał żyć wieki, jakby mój czas miał się nie wyczerpać odkładanie wszystkiego na później. To życie samotne, ale, paradoksalnie, głęboko zorientowane na zdobywanie akceptacji innych i ucieczkę przed poczuciem odrzuceniem. Będąc sam nie zostawiałem chwili dla siebie.
Te sześć lat to może rok życia płodnego życia. Pisząc ten tekst, nie mogę się nadziwić jak mało z nich pamiętam.

Na doktorat poszedłem z braku pomysłu na to co chcę robić. Okazał się on jednak pozytywnym przeżyciem i powodem do dumy. Mój nałóg się pogłębiał. Miałe więcej pieniędzy, mogłem więcej i częściej pić. Normą stały się weekendowe ciągi, klinowanie z rana, całe dnie rozpieprzone na kaca, który paradoksalnie był chwilą wytchnienia. Rdzeniem mojego funkcjonowania było pochłanianie seriali. Setki czy tysiące godzin idących jedna po drugiej na gapienie się w ekran. W środku nocy, z alkoholem w ręku, jeszcze jeden odcinek – a następny dzień kolejnych dziesięć na kaca. Zabijałem czas piciem i seansami, pożytkowałem odrobinę na pracę na uczelni, w efekcie nie miałem chwili by się zatrzymać, coś poczuć, czegoś się o sobie dowiedzieć.
Nie wszystko straciłem – nauczyłem się kwantowej teorii pola, ewolucji gwiazd, odrobinki prawdy o funkcjonowaniu wszechświata.
Za te pięć lat, dam sobie kolejny roczek, zostając dumnym ośmiolatkiem.

Pierwsze osiem lat pracy, od jej podjęcia do rzucenia picia, to jazda bez trzymanki i na farcie. Po raz pierwszy miałem pieniądze żeby pić i korzystałem z tego coraz intensywniej. Byłem typowym „wysoko funkcjonującym” alkoholikiem: jakoś trzymałem sprawy zawodowe (w końcu płaciły za picie), a wszystko inne rozpadało się w gruzy. Ślizgałem się tylko po powierzchni życia. Oddawałem swój czas na lewo i prawo bo sam nie umiałem z nim nic zrobić, najwięcej zaofiarowałem alkoholowi, wiele nieukojonym lękom.
Jak utrzymałem pracę: fart. Jak nie utonąłem w Odrze (a obudziłem się kiedyś metr od jej brzegu): fart. Jak to się stało, że mnie nie pobito, obrabowano, zabito: fart.
Byłem wiecznie zmęczony, rozczarowany swoim życiem, zły na cały świat. Chciałem pić bez przerwy, ale nie mogłem – bo praca. Marzyłem na jawie o emeryturze, że wtedy to dopiero pożyję, mając na myśli – popiję.  Trzydziestolatek śniący o tym by już być po sześćdziesiątce.
Degrengolada tego okresu była głęboka. Za osiem lat policzę sobie rok, co da mi lat dziewięć w wieku trzydziestu ośmiu.
Niszczycielska spirala tego okresu doprowadziła mnie jednak do najpiękniejszego kryzysu mojego życia i do odzyskania wolności.

Po raz pierwszy w życiu – wolny. Od momentu gdy przestałem pić do dziś, to najpełniej przeżyty okres mojego życia. Nigdy nie byłem w tak dobrej formie fizycznej, w tak dobrej formie intelektualnej i w tak dobrej formie emocjonalnej. Czyli zaliczamy dwa lata? Powoli, spójrzmy głębiej.
Pierwsze pół roku trzeźwienia to był czas chaosu, zaciskania pośladków i działania na ślepo. Na plus liczę początek pracy stoickiej, czyli kształtowania rozumnej ścieżki życia. Także na plus pracę nad i poprawę formy fizycznej.  Na minus, setki godzin wypełnione bezrozumnym klikaniem w Diablo 2, które wypełniło mi część pustki po alkoholu. Rozważałem, czy czasu tej obsesji nie odliczyć od całości, ale spełnił on ważną rolę – pomagały zachować abstynencję – zostanie więc.
Kolejne półtora roku, od rzucenia palenia, to czas prostszy i przeżyty w pełni, z małymi potknięciami, które jednak prowadziły do nowych wniosków i kolejnych kroków naprzód.
Z małymi zastrzeżeniami całe te dwa lata zaliczę jako przeżyte, co da mi na dzień dzisiejszy jedenaście lat. I tak jestem wyrośniętym jedenastolatkiem, fizycznie i intelektualnie dorosłym, ale pod względem mądrości i emocjonalności wciąż dzieckiem na początku okresu dojrzewania. Kto miał kontakt z dziećmi w tym wieku, wie jak potrafią być uparte, jak pewne swej nieomylności, jak bardzo egocentryczne, zapatrzone w siebie. Ale są też urocze, przytulaśne, ciekawe świata, gadają czasem bardzo śmieszne, a czasem bardzo mądre rzeczy. Widać w nich potencjał. Dają się lubić, a skoro wiemy, że to tylko faza i kiedyś z tego wyrosną, wiele im wybaczamy.
Ufam, że ostatnie dwa lata wyznaczyły trwały trend w moim życiu i jeśli los pozwoli i da mi trochę czasu, to zdążę przed śmiercią dorosnąć. Ale jeśli nie i dzisiaj jest ten ostatni dzień, to cóż, ważne, że tu i teraz żyję dla siebie i jestem panem swojego czasu!