Czy w myśleniu należy kierować się intuicją?

Historycznie rzecz ujmując, moje nastawienie do intuicji było w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym otwarcie wrogie. Mówiłem, pisałem i myślałem o intuicji jako o relikcie ewolucji, koniecznym złu, gorszym, acz szybszym myśleniu itd. Niewiele miałem dla niej ciepłych słów. Nie ufałem swojej intuicji. Dalej jej nie ufam. Dlatego kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tytułowe pytanie, wydawało mi się, że moja odpowiedź będzie klarowna i druzgocąca dla tej funkcji naszego umysłu. Myliłem się. Moja intuicja po raz kolejny mnie zawiodła.

Intuicyjne rozumienie intuicji

Zamiast próbować zdefiniować intuicję – co może, ale nie musi przynieść jakiś rezultat – odwołam się do niej samej. To znaczy: spróbuję opisać moje intuicyjne rozumienie intuicji. Jak to z nią bywa, nie będzie tu ścisłości – i już mamy pierwszą cechę! Intuicja nie jest ścisła. Jest przybliżona. Jest metaforyczna. To jej wielki wyznacznik. Trudno, a może wręcz nie da się, wyrazić intuicji bez metafory czy analogii.

Mieć intuicję to znaczy rozumieć… z grubsza. To znaczy wiedzieć, ale niekoniecznie na tyle, by być w stanie wiedzę przekazać. Aby zrozumieć w pełni, trzeba czegoś więcej, można to „więcej” nazwać wiedzą albo poznaniem. Aby wiedzieć także trzeba mieć coś więcej – można to nazwać rozumieniem albo logiką.

Inne podejście to próba zrozumienia intuicji w opozycji do definicji. Definicja jest opisaniem jednego słowa za pomocą innych słów, co czasem pomaga nam je zrozumieć, czasem przeszkadza. Intuicja to rozumienie słowa, którego czasem nie da się w słowa ująć. Co ciekawe, jeżeli słowo jest nam znane, to musimy mieć jego intuicję, ale można znać słowo nie znając jego definicji. Więcej jeszcze: intuicję można mieć tam, gdzie nie ma słowa, może się ona odnosić do czegoś nienazwanego, podczas gdy definicja zawsze odnosi się do jakiejś nazwy.

Intuicja jako szybsze myślenie

Mój dawny pogląd na intuicję sprowadzał ją do szybszego myślenia. Uważałem, że są to z grubsza takie same procesy myślowe, jakie przeprowadzamy świadomie, tylko odbywające się w podświadomości. Dzięki temu miały być szybsze, ale brakowało nam wglądu w ich przebieg. Nie znaliśmy założeń, na jakich się opierały.

Intuicja budziła we mnie lęk. Bałem się jej i jej nie ufałem. Uważałem, że sferę oddziaływania intuicji należy zawężać, czyli jak najwięcej procesów myślowych wydobywać do świadomości. Postulowałem, że musi ona być kształtowana, poprawiana przez nieustanny wysiłek, którego najważniejszym elementem była praca z przekonaniami. Twierdziłem, że intuicja zwykle się myli i poleganie na niej jest prostą drogą do katastrofy.

Wszystko powyższe z grubsza uważam nadal. Intuicja to jest szybsze myślenie, choć nie jestem już pewny, czy jest ona kalką myślenia świadomego. Nie mamy wglądu w jej przebieg i nie znamy przekonań, na których się zasadza, i kształtowanie tych ostatnich jest ważnym elementem pracy nad intuicją. Bo warto nad nią pracować. Nadal uważam, że intuicję można i należy ulepszać, jednak nie uważam już, że obecnie jest fundamentalnie zepsuta. Wiem doskonale, że ona często się myli, nawet zwykle się myli, ale już nie uważam tego za jej wadę – przeciwnie, to jej największa zaleta.

Intuicja jako źródło błędów

Proces biologicznej ewolucji ma dwa kluczowe elementy. Pierwszy to dobrze wszystkim znany proces selekcji naturalnej. Pewne cechy danego organizmu sprzyjają przetrwaniu w danym środowisku, czy, precyzyjniej, sprzyjają rozmnażaniu się i przekazywaniu genów. Można powiedzieć, że środowisko „wybiera” pewne atrybuty i promuje jednostki je posiadające. Z czasem gatunki przystosowują się coraz lepiej do swojego otoczenia.

Drugi element, o którym często zapominamy, to błąd w procesie kopiowania DNA. Proces ten jest bardzo precyzyjny. Czy to przy podziale komórki, czy przy połączeniu się nasienia z komórką jajową, DNA komórki docelowej będzie kopią materiału źródłowego. Jednak aby ewolucja mogła mieć miejsce, to ten proces nie może być doskonały. Muszą w nim występować okazjonalne błędy, bo to one są źródłem nowych cech! Bez nich DNA nie może się zmienić, ewolucja nie może zajść.

A co jeśli wyobrazimy sobie, że bardzo podobny mechanizm zachodzi w naszym myśleniu? Co jeśli doskonałe myślenie oznacza kompletną stagnację i niemożność postępu?

Wyobraźcie sobie strukturę intelektualną, chociażby na przykładzie języka, która jest idealnie dopasowana. Wszystkie elementy współgrają ze sobą, każde słowo jest dobrze zdefiniowane. Zdania wynikają z siebie bez błędów i wątpliwości. Postuluję, że w takiej strukturze nie da się pomyśleć nic nowego. Każde wypowiedziane w niej zdanie będzie tylko powtórzeniem lub trywialną konsekwencją tych już znanych.

Jasne, że taką strukturę można rozszerzyć. Można coś do niej dodać i uzyskać w ten sposób nową jakość. Jednak ta operacja wymaga wyjścia poza samą strukturę – w matematyce byłoby to przykładowo dodanie nowych aksjomatów. Ale czy człowiek może kiedykolwiek wyjść poza strukturę swojego myślenia?

Wydaje się, że jest taka możliwość, bo przecież możemy się uczyć, czy – bardziej adekwatnie do naszego przypadku – możemy być uczeni. Ktoś może dodać nową zawartość do naszego systemu pojęciowego. Czyli myślenie jednostki może się zmieniać, nawet jeśli jest idealne. Ale co z myśleniem ludzkości? Innymi słowy, skąd się wzięły jakiekolwiek idee? Gdzie po raz pierwszy się narodziły?

Tutaj z pomocą przychodzi nam intuicja i ten fantastyczny fakt, że nasze myślenie nie jest, nie było, nie będzie i być nie powinno doskonałe. Nie twierdzę, że intuicja jest jedynym źródłem błędów w myśleniu. Każdy z nas nieraz popełniał błędy logiczne, ulegał zniekształceniom poznawczym – to też źródła pomyłek. Jednak nie ma drugiego źródła tak płodnego jak intuicja. Tak płodnego i jednocześnie tak nieoczywistego, bo błędy płynące z intuicji wydają się zwyczajnie ciekawsze niż te powstałe w wyniku chybionej logiki.

A jeżeli błędy te mają stać się zalążkiem nowych idei, tak jak błędy w DNA są zalążkiem nowych cech organizmu, to lepiej, żeby były ciekawe! Z tymi nieciekawymi wiążą się bowiem poważne zagrożenia, o których za chwilę.

Nie ma wiedzy bez intuicji

Konkluzja poprzedniego rozdziału jest taka, że nie ma wiedzy bez intuicji. Konkretniej: nie ma nowej wiedzy bez intuicji, ale że każda wiedza była kiedyś nowa, to nie ma wiedzy bez intuicji. Jest taka myśl, iż nie da się nauczyć człowieka tego, o czym myśli, że już to wie. Budując na niej: nie może wymyślić nic nowego ktoś, kto myśli, że już wszystko wie. Więcej nawet: nie może pomyśleć nic nowego ktoś, kto faktycznie wszystko wie – przynajmniej w obrębie jakiegoś systemu pojęć.

Ale to jeszcze nie wszystko. Postuluję, że generalnie nie może istnieć wiedza prawdziwa (albo zrozumienie prawdziwe) bez intuicji. Idea za tym stwierdzeniem przedstawia się następująco: prawdziwe rozumienie jest cyklem mającym trzy składniki. Pierwszy z nich to wiedza rozumiana jako informacja lub fakt o świecie. Drugim elementem cyklu jest logika oznaczająca rozumienie, intelekt czy sąd – zwróćcie uwagę, że jest to pojęcie szersze niż klasyczny rachunek zdań. Trzecim wreszcie elementem cyklu jest intuicja, rozumiana jak wyżej.

Ten cykl nie ma określonego kierunku przepływu, myśli i idee mogą w nim krążyć w obu kierunkach. Rozważmy kilka prostych przykładów przepływów. Pierwszy z nich rozpoczyna się od wiedzy, może to być obserwacja jakiegoś zdarzenia. Obserwacja ta zostaje poddana intelektualnej ocenie, stawiane są pytania: co się wydarzyło? Czy to dobrze czy źle? Jak to rozumiemy? Odpowiedzi na te pytania trafiają do intuicji i tworzą w niej nowe przekonanie albo modyfikują istniejące. Intuicja zostaje wyposażona w nowe właściwości, które mogą stać się działaniem tu i teraz albo automatyczną odpowiedzią w przyszłości.

Drugi przebieg cyklu to odwrócenie kierunku, czyli zaczynając od obserwacji zdarzenia przechodzimy do intuicji, reagujemy na nie intuicyjnie. Intelekt wchodzi na kolejnym etapie, oceniając i badając intuicyjną reakcję. Efekty tego badania stają się częścią naszego rozumienia sytuacji, częścią naszej wiedzy.

Jest tutaj wiele otwartych pytań. Pierwsze z nich: czy cykle dotyczące różnych obserwacji, różnych przekonań itp. są od siebie oddzielone czy jest to może jeden wielki poplątany cykl? Jak cykl łączy się z działaniem? Czy każdy z jego trzech elementów może być punktem wyjścia do działania? A może tylko intuicja i intelekt podczas gdy wiedza pozostaje bierna? Czy da się stwierdzić, co jest faktycznie pierwsze, co inicjuje cykl? Może na podstawie zachowania małych dzieci dałoby się to rozstrzygnąć? Kiedy ten cykl się zaczyna w naszym życiu?

Niezależnie jednak od odpowiedzi na te pytania, jest jasne, że w tym modelu intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Jest zarówno źródłem, jak i tworem prostej wiedzy i logiki. Z niej wypływają interpretacje rzeczywistości. Z niej wypływają pomysły do logicznego zbadania.

Może ten cykl zawsze musi się zaczynać od intuicji? Od jakiegoś założenia, które zostało przyjęte bez sprawdzenia?

Nie da się funkcjonować bez intuicji

Przypuszczamy, że intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Pójdźmy jeszcze krok dalej i zastanówmy się, czy intuicja nie jest też niezbędnym elementem naszego funkcjonowania, czyli że bez intuicji nie bylibyśmy w stanie myśleć i działać.

Każde nasze działanie jest intuicyjne. W poprzednim rozdziale pytaliśmy, z którego miejsca w cyklu może zacząć się działanie. Tutaj postuluję, że każde działanie rozpoczyna się od intuicji. Nie oznacza to, że logika i wiedza nie mają wpływu na nasze działania – mają, ale tylko o tyle, o ile są w stanie przekształcić intuicję.

Moje przypuszczenie zasadza się na biologicznej obserwacji tego, jak skomplikowane jest każde nasze działanie. Nawet patrząc na nie czysto fizjologicznie, podniesienie szklanki z herbatą to proces, który angażuje miliardy komórek. W jego trakcie wydzielane są hormony, napinają się mięśnie i tysiące impulsów z informacjami przebiega w tę i z powrotem po włóknach nerwowych. Ustalane są kąty, płaszczyzny i siły, tak że herbata, zazwyczaj, nie wylewa się z kubka. Wszystko to dzieje się w ułamku sekundy.

Ale to nie tylko mięśnie. To także sama decyzja, czy chcę wziąć łyka herbaty, jeśli to z tego powodu unoszę szklankę. Sygnały z ciała o stopniu jego nawodnienia mieszają się ze wspomnieniami smaku herbaty i jej uśmierzających pragnienie właściwości. Gdzieś tam w tle przebiegają alternatywy: szklanka wody, kostka lodu, soczek. Herbata jest jednak tu pod ręką, jest pyszna, jest gorąca – musimy pamiętać, by łykać ją ostrożnie – i lekko pobudza dzięki zawartości kofeiny. Ponownie, to wszystko musi się wydarzyć w ułamku sekundy.

Te procesy nie miałyby szans zajść, jeśli nie byłyby napędzane przez intuicję i automatyzmy – które można rozumieć jako pewne formy intuicji. Dlatego też twierdzę, że nie da się działać i funkcjonować bez intuicji i jedyne, co możemy robić, to dbać o jej jakość. Na początku pisałem o intuicji jako o szybkim myśleniu, ale może to jest jedyne praktyczne myślenie?

Jest taka stoicka koncepcja exetazein, którą ja rozumiem jako uwewnętrznienie ćwiczeń stoickich, uczynienie z nich nawyku, odruchu, automatycznego elementu funkcjonowania. Koncepcję tę możemy rozumieć jako intuicję rozwiniętą na stoicką modłę. W trakcie pracy nad sobą modyfikujemy ją tak głęboko i w sposób celowy, tak że staje się manifestacją filozoficznych cnót.

Iluzja cyklu

Kiedy pisaliśmy o cyklu intuicja-wiedza-logika traktowaliśmy go w taki sposób, jakby każdy z tych etapów mógł rozgrywać się samodzielnie. To założenie nie musi jednak być prawdziwe. Alternatywą jest rozgrywanie się trzech elementów „cyklu” jednocześnie, bez ścisłego rozdziału na fazy. W tym rozumieniu intuicja, logika i wiedza są tylko punktami skupienia czy etykietami, które przypisujemy pewnym formom funkcjonowania naszej myśli.

W rzeczywistości jednak wszystkie one mogą zachodzić jednocześnie, a jedyne co się zmienia to intensywność każdej z tych kompetencji. To sprowadza nas do rozumienia myślenia jako procesu amorficznego – może nawet nie procesu, bo to już sugeruje kierunkowość – działania amorficznego, bez wyraźnie określonych etapów, struktury i kierunku.

Współczesne myślenie jest silnie inspirowane pojęciami procesu, algorytmu, struktury danych, zaczerpniętymi z informatyki i programowania komputerów – choć niektóre z nich mają niewątpliwie wcześniejszy rodowód. To może sprawiać, że jesteśmy poddani zniekształceniu poznawczemu. Próbujemy dopasować nasze myślenie o myśleniu do schematów skonstruowanych dla maszyn liczących – maszyn, które miały myślenie symulować przynajmniej w pewnych aspektach.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego metody stworzone, by automatycznie dodawać dwa do dwóch miałyby być skuteczne w opisywaniu ludzkich procesów myślowych? Mają wprawdzie tę zaletę, że są proste i dość łatwo jest nam o nich mówić. Prostota może być jednak zwodnicza, może zachęcać nas do korzystania z tego rozwiązania, nawet jeśli nie do końca pasuje do sytuacji. Warto się tu zatrzymać i zastanowić, czy nie robimy tego tylko dlatego, że myślenie o działaniu amorficznym jest tak boleśnie trudne.

Pułapka wiedzy

Można powiedzieć, że głęboka i precyzyjna wiedza jest wrogiem twórczego działania. Im lepiej znamy tematy, tym trudniej nam stworzyć coś co wyłamie się ze schematu, w którym operujemy. Będziemy raczej odtwarzać to co znamy, niż tworzyć coś nowego. Tak jest dla nas niewątpliwie bezpieczniej i nie jest to nic fundamentalnie złego. Jeśli chcemy wykonywać, możemy nauczyć się schematów i ignorować naszą intuicję.

To bywa skuteczną strategią, a czasem jest koniecznością. W końcu tworzenie precyzyjnej maszyny, budowanie mostu, pisanie ustawy, rozwiązywanie równania matematycznego to nie miejsce na intuicyjne spekulacje.

Warto jednak, byśmy zdawali sobie sprawę, że płacimy za to cenę. Nie będziemy twórczy, nie odkryjemy nic nowego, nie zrewolucjonizujemy swej dziedziny. Jeżeli chcemy osiągnąć którąś z tych rzeczy, to musimy odpuścić precyzję i zostawić nieco miejsca intuicji. Dodatkowo, co często jest najtrudniejsze, musimy pogodzić się z tym, że wielokrotnie więcej razy się pomylimy niż będziemy mieli rację.

Zmiana wymaga popełniania błędów i nie chodzi tu o to, że jak uczymy się czegoś nowego, to robimy coś źle, bo jeszcze tego nie umiemy. Chodzi o to, że proces zmiany to proces popełniania błędów, odrzucania tych nieprzydatnych, zachowywania obiecujących i popełniania ich ponownie. Błąd nie jest konsekwencją zmiany. On jest jej paliwem.

Jeżeli rezygnujemy z popełniania błędów, jeżeli zakładamy, że wiemy i znamy jakiś temat, jeżeli uznajemy, że potrafimy coś robić, to zamykamy sobie drogę do zmiany. To jest pułapka wiedzy i umiejętności. Jeżeli zdecydujemy się w niej zamknąć, to róbmy to świadomie.

Pułapka braku kompetencji

Przywołaliśmy wcześniej metaforę ewolucji do zobrazowania twórczej roli intuicji. Powróćmy do niej teraz, by zobrazować największe zagrożenie, jakie jest związane z naszą intuicją.

Ewolucja, żeby mogła zachodzić, potrzebuje nie tylko błędów kopiowania. Potrzebuje też mechanizmu ich selekcji. Muszą być elementy w środowisku, które premiują pewne cechy, a defaworyzują inne. Dzięki temu nieprzydatne zmiany i mutacje wymierają, a korzystne są propagowane naprzód do kolejnych pokoleń. Błąd kopiowania generuje błędy. Selekcja wybiera z nich te korzystne.

Rozwój myśli podobnie: nie wystarczą same intuicyjne pomyłki, niezbędny jest mechanizm ich oceniania i doboru. Jeżeli nie mamy takowego mechanizmu, to polegając na intuicji nie stworzymy nic nowego, tylko wygenerujemy ogromny, potencjalnie niebezpieczny chaos.

Praktyczny przykład: wiedza medyczna. Każdy z nas posiada jakąś intuicję co do swojego zdrowia. Wyobrażamy sobie, ba, jesteśmy święcie przekonani, że wiemy, co nam służy. To najprawdopodobniej iluzja.

Nasza intuicja może generować myśli i pomysły w każdej dziedzinie, od wiązania sznurowadeł po loty w kosmos. Generuje je także w obszarze wiedzy medycznej. Wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszego zdrowia. Pamiętamy zresztą z przeszłości, że poradziliśmy sobie z jakimś bólem głowy czy przeziębieniem. To utwierdza nas w przekonaniu, że możemy polegać na swojej intuicji.

To błąd. O ile nie ma wśród nas lekarzy, to nie mamy kompetencji do tego, by określić, czy nasza intuicja medyczna jest poprawna. To tak samo, jakby ewolucja miała zachodzić na podstawie samych błędów kopiowania z wadliwym albo całkiem bez mechanizmu selekcji. Najpewniejszym efektem takiego działania będzie niebezpieczny chaos.

Nie ufajmy swojej intuicji w sprawach medycznych, polegajmy na opinii lekarzy. Ta sama logika ma zastosowanie do polityki, wojskowości, fizyki, chemii, psychologii, socjologii, historii, ekologii etc. Jeśli nie mamy kompetencji w jakiejś dziedzinie szczegółowej, to zawieśmy naszą intuicję na kołku i zaufajmy specjalistom lub zacznijmy pracować nad zdobyciem koniecznej wiedzy. Zawód lekarza to jedyne 10–12 lat nauki i możemy zacząć na swej intuicji polegać!

Podsumowanie

Intuicja to nie luksus ani przeszkoda. Intuicja to egzystencjalna konieczność. Jest częścią naszego myślenia i rozumienia świata, czy się nam to podoba, czy nie. Prawdziwą sztuką jest zrozumieć, kiedy możemy jej zaufać, kiedy chcemy jej zaufać, a kiedy ufać jej nie powinniśmy za nic.

Możemy nad nią pracować, wzbogacać ją o nowe kompetencje, ale nie łudźmy się, że kiedykolwiek uczynimy ją idealną. Zamiast tego bądźmy świadomi jej ograniczeń, unikajmy zagrożeń, które w sobie niesie, a stanie się dla nas potężnym narzędziem.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy ja myślące jest w nas jedno, czy to raczej stały dialog różnych ośrodków myśli?

Pytanie, które sobie dzisiaj stawiamy, jest fundamentalne dla zrozumienia ludzkiej konstrukcji psychicznej. Czy jesteśmy kolekcją wielu różnych „osób” zmieniających się zależnie od okoliczności u steru ciała? Czy może nasza osobowość jest monolitycznym tworem, skomplikowanym i wielowymiarowym, ale jednak jednolitym? Nie odpowiemy na to pytanie w pełni, ale zastanowimy się, czy mamy do czynienia z prostą dychotomią. Zaproponujemy kilka możliwości interpretacji i rozważmy argumenty za i przeciw przyjęcia którejś z nich. Wreszcie zadamy pytanie o to, czy te rozważania mają znaczenie, czyli czy odpowiedź na dzisiejsze pytanie niesie ze sobą jakieś praktyczne konsekwencje.

Pozorna dychotomia?

Pytanie zadane w tytule zdaje się sugerować następującą dychotomię: albo ja myślące jest jedno (monolit) albo jest wiele ośrodków myśli (wiele ja). Na pierwszy rzut oka ta dychotomia jest sensowna, rozważmy jednak następujące alternatywy:

  1. ja płynne (ciągłe) – wprawdzie technicznie jest to jedno ja, ale nie ma monolitycznego charakteru. Może mieć w sobie ośrodki skupienia, centra myśli i przekonań, które wykazują silną niezależność. To jedno ja, które manifestuje się jako wiele ośrodków myśli;
  2. ja continuum – ja nie składa się z dyskretnych oddzielnych osobowości, ale jest czymś ciągłym i może płynnie przechodzić między stanami. Myśl podobna do pierwszej, ale bez koncepcji „punktów skupienia”. Ten przypadek będzie się manifestował bardziej jako jedno ja, które zmienia się, ewoluuje;
  3. Ja, które rozpada się i łączy w czasie. W pewnych okresach jest tylko jedno ja, w innych rozkłada się ono na wiele ośrodków myśli. To hybryda naszych dwóch biegunów;
  4. wiele ośrodków myśli, które nie są w dialogu. To nawiązanie do pełnej wersji pytania, które zakłada, że w przypadku wielu ośrodków myśli będą się one porozumiewać. To założenie nie jest konieczne.

Przypuszczam, że można podać jeszcze więcej alternatywnych podejść. Pozostaje jednak do rozważenia, czy te możliwości unieważniają sens początkowego pytania? Jeżeli pytamy o fundamentalną naturę konstrukcji człowieka, to te różnice są ważkie i nie powinniśmy pozostawać przy prostej dychotomii. Jednak jeżeli bardziej interesują nas praktyczne aspekty, to pierwsze dwa przypadki można rozumieć jako nieistotne wariacje opcji wielu ośrodków myśli, podobnie punkt czwarty, jeśli rozluźnimy wymaganie dialogu między ośrodkami. Pozostanie nam punkt trzeci, który jest trudny do zignorowania także z praktycznego punktu widzenia. W związku z tym dodam tę opcję do dalszych rozważań, by sprawdzić, czy wnosi coś fundamentalnie odmiennego.

Od choroby do normy

Jako pierwszą przesłankę w naszej dyskusji chciałbym podnieść stan chorobowy związany z rozszczepieniem jaźni. To rzadko spotykane zaburzenie objawia się wytworzeniem u osoby nim dotkniętej dwóch lub więcej osobowości. Osobowości te mają różne charaktery, wspomnienia, wiek czy imię. Funkcjonują w dużej mierze jako niezależne byty, często nie mając świadomości istnienia pozostałych osobowości.

Ten przypadek zdaje się jasno korespondować z koncepcją wielu ośrodków myśli. Trudno sobie wyobrazić, by poziom rozdzielenia u osoby dotkniętej rozszczepieniem jaźni mógł mieć miejsce, jeśli jest w nas jedno ja. Bez trudu natomiast da się go pogodzić z koncepcją wielu ośrodków myśli, które w przypadku tego zaburzenia tracą ze sobą kontakt.

Ten przypadek jest spójny z koncepcją hybrydową, czyli ja, które może się łączyć i rozdzielać. Przykładowo przed rozwinięciem się choroby pacjent miał jedno ja, które uległo rozdzieleniu na kilka w wyniku jej działania. Można też sobie wyobrazić, że istnieje jedna osobowość łącząca wszystkie, od której oddzielają się, w sprzyjających warunkach, poszczególne osobowości.

To powiedziawszy, warto zwrócić uwagę, iż nie możemy z całą pewnością ekstrapolować stanu chorobowego, jakim jest rozszczepienie jaźni, na funkcjonowanie zdrowego umysłu. Może być tak, iż poprawnie funkcjonujący mózg wytwarza jedno ja i tylko w przypadku zaburzeń może ono ulec rozpadowi. Nie jest to więc finalna odpowiedź na nasze pytanie, ale jest to dowód, że podział na wiele ośrodków myśli jest możliwy.

Obserwacja samego siebie

W swoim codziennym funkcjonowaniu rozpoznaję kilka różnych sposobów myślenia, które manifestują się w zależności od sytuacji. W niektórych przypadkach mogę wybrać, by wejść w dany tryb, w innych jeden z trybów uruchamia się automatycznie. Kilka przykładów: ja refleksyjne (w przeglądzie siebie), ja działające (w intensywnej pracy), ja rozemocjonowane (w porywie emocji) itp.

Te sposoby myślenia są od siebie na tyle odmienne, iż interpretuję je jako oddzielne ja. Efekt jest na tyle wyraźny, że mogą one wejść ze sobą w dialog. Szczególnie w przypadku „ja refleksyjnego”, w toku przeglądu siebie (LINK) zwraca się ono do pozostałych ja w formie monologu niekiedy przechodzącego w rozmowę.

Konsekwencje aktywności jednego z tych sposobów myślenia są daleko idące. Zmienia się moje zachowanie, czyli podejmuję inne decyzje na podstawie tych samych danych wejściowych. Zmienia się mój sposób mówienia, moje słownictwo itp. To głębokie przeobrażenia, które mogą wskazywać na różnice w celach, wartościach a nawet różnice etyczne pomiędzy poszczególnymi trybami.

Choć wszystko, co powyżej napisałem może być wyjaśnione przez różne tryby funkcjonowania jednego ja, jak i przez wiele ośrodków myśli, intensywność tego podziału – zwłaszcza zmiany w sferze wartości i etyki – skłania mnie ku tej drugiej opcji. W tym kontekście pojawia się też pytanie ze wstępu: czy jeśli jedno ja manifestuje się w praktyce w sposób nierozróżnialny od wielu, to rozróżnianie ich ma jakiś cel? Warto tu też nadmienić że powyższa obserwacja jest zasadniczo spójna z trzecią alternatywą, czyli ja, które może się dzielić lub łączyć w jedną całość.

Czy to mocna przesłanka za koncepcją różnych ośrodków myśli? Niezbyt. Warto unikać odniesień do własnego doświadczenia, kiedy próbujemy rozstrzygnąć jakieś pytanie – chyba, że to pytanie konkretnie o nasze doświadczenia, preferencje, odczucia. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, badania naukowe są lepszym przybliżeniem prawdy niż doświadczenie jednostki, nawet jeśli ową jednostką jesteśmy my sami. Po drugie, gdy nie ma konsensusu naukowego, ale jest statystyka, jest ona lepszym przybliżeniem prawdy niż nasze doświadczenie – jest ono tylko jednym punktem danych pośród tysięcy uwzględnionych w statystyce. Po trzecie, nasze doświadczenia dotknięte są zwykle błędami poznawczymi. Przykładowo, ja zaczynając pisać ten artykuł miałem półświadome przekonanie, że odpowiedzią na pytanie w tytule jest: oczywiście, że jest wiele ośrodków myśli. To oznacza, że moje myślenie jest wypaczone pod tą tezę! Z tego powodu warto zawsze sceptycznie podchodzić do konkretnych wniosków – szczególnie własnych – a koncentrować się na zasadności argumentów.

Obserwacja innych

Choć wobec innych nie mamy tego poziomu wglądu jak względem samych siebie, to w zamian mamy większą dozę obiektywności. W związku z tym obserwowanie słów i zachowań innych osób jest interesującą poszlaką w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie.

Widzę u innych ludzi, jak zmienia się ich zachowanie w zależności od grupy, w której się znajdują. Modyfikacji ulega język, jakiego używają, ich mowa ciała, ton głosu itd. Najbardziej wyraźnie tę różnicę można dostrzec pomiędzy sytuacją formalną a sytuacją towarzyską – różnice we wszystkich wymienionych elementach bywają wtedy głębokie i wyraźne.

Kolejna obserwacja to zmiana deklarowanych poglądów, znowu w zależności od grupy osób, w której ktoś się znajduje. Zazwyczaj jest to połączone z elementem dostosowania się do standardu panującego w danej zbiorowości. Czasem ma to formę jedynie potakiwania, czasami faktycznego głoszenia.

Ostatnia obserwacja, to zmiana czynów, co możemy rozumieć jako realną zmianę poglądów i wartości – człowiek realizuje inne poglądy i wartości zależnie od kontekstu społecznego w którym się znajduje. Ta zmiana jest najgłębsza ze wszystkich wymienionych. Dwie pozostałe można wytłumaczyć jednym ja, które przystosowuje się do sytuacji, zachowuje się oportunistycznie. Tę jednak ciężej uzasadnić w ten sposób, a nawet jeśli to rodzi się pytanie: jak taka osoba unika beznadziejnego konfliktu moralnego, jeśli mamy do czynienia z jednym ja?

Te obserwacje choć ciekawe mają swoje ograniczenia. Po pierwsze, nie prowadzę ścisłego rejestru zachowań innych ludzi, brak mi więc twardych danych. Po drugie wielu ludzi znam tylko z jednego typu sytuacji, na przykład z gruntu towarzyskiego, nie mam więc porównania. Po trzecie nie mam dostępu do procesów myślowych tkwiących za tymi zewnętrznymi przejawami, nie mogę więc mieć pewności, że u ich podstawy leżą realnie oddzielone ja.

Czy to mocna przesłanka? Przy odpowiednio dużej ilości obserwacji, potencjalnie tak. Na pewno jest silniejsza od poprzedniej, bo obserwacja kilku osób, to więcej niż obserwacja jednej(siebie). Żeby jednak nabrała mocy to potrzebowalibyśmy zgromadzić dobrą statystykę z tysięcy przypadków, zebraną zgodnie ze sztuką itd. Ja takich statystyk nie posiadam, nie mogę więc wyciągać ostatecznych wniosków.

Istnienie konfliktów wewnętrznych

Ludzie bywają skonfliktowani wewnętrznie. Znamy to z własnego doświadczenia, z tych trudnych momentów w życiu, gdy musimy wybierać, a nie potrafimy określić, która opcja jest właściwa. Znamy to z opowieści innych ludzi i ich zmagań z niemożnością pogodzenia duchowych sprzeczności. Znamy to wreszcie z literatury, gdzie motyw moralnych i etycznych rozterek jest jednym z najpowszechniejszych tropów literackich. Historie osnute wokół konfliktów wewnętrznych fascynują nas nieodmiennie od wieków i nie bez powodu – w historiach tych bowiem rozpoznajemy siebie.

Skoro istnienie konfliktu wewnętrznego wydaje się być wielce prawdopodobne, to rodzi się pytanie: czy jedno ja może być skonfliktowane? Inaczej można to ująć, pytając: czy konflikt wymaga dwóch lub więcej stron?

Jeżeli założymy, że konflikt wewnętrzny jest bliski lub tożsamy w swojej mechanice ze „standardowymi” konfliktami międzyludzkimi, to musimy przyjąć, że istnieją w człowieku co najmniej dwie istoty (ośrodki myśli), między którymi dochodzi do konfrontacji. Czyli konflikt wewnętrzny to różnica zdań co do tego, co ważne lub tego, co dobre między dwoma, względnie niezależnymi, przejawami naszej osobowości.

To założenie nie musi być jednak prawdziwe. Zaproponuję tu jedną alternatywę: konflikt wewnętrzny to nie spór między dwiema stronami to sytuacja, w której jest niezwykle trudne, a wręcz niemożliwe, oszacowanie prawdopodobieństwa skutków naszych działań, prowadzące do tego, że nie mamy dobrej przesłanki, by dokonać wyboru. Innymi słowy, konflikt wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy przewidzieć następstw naszej decyzji, w związku z czym nie potrafimy zdecydować. Ta interpretacja nie wymaga istnienia wielu ośrodków myśli, choć im nie przeczy.

Ze względu na wspomnianą alternatywę tej przesłanki także nie możemy zaliczyć do szczególnie mocnych. Polega ona nadmiernie na jednej konkretnej interpretacji tego, czym jest konflikt wewnętrzny, która to interpretacja nie musi być słuszna.

Podsumowanie

Zebraliśmy kilka poszlak, które zdają się przemawiać za koncepcją dialogu różnych ośrodków myśli, nie wykluczając przy tym trzeciej alternatywy, o której wspomnieliśmy, czyli opcji hybrydowej. Żadna z przytoczonych poszlak nie jest moim zdaniem ostateczna, razem wzięte również nie wydają się stanowić przekonującego dowodu. Należy więc powiedzieć, że pytanie tytułowe pozostaje nierozstrzygnięte, z lekkim wskazaniem na wiele ośrodków myśli.

Zaznaczę tu, że mogą istnieć dane i badania z dziedziny nauk szczegółowych, których tu nie rozpatrzyliśmy, a które mogą stanowić mocniejsze dowody. Przykładowo, mogły być prowadzone badania zbierające statystyki tego, jak ludzie subiektywnie postrzegają swoje myślenie, albo badania wokół koncepcji konfliktu wewnętrznego, czy też badania kliniczne nad rozproszeniem jaźni. Każde z nich może stanowić istotny argument w dzisiejszej dyskusji. Na potrzeby tego artykułu celowo nie przeprowadziliśmy badań w tym kierunku, jako że naszym celem było przedstawienie pierwszego, intuicyjnego spojrzenia na ten problem – można powiedzieć, że badaliśmy zdanie laika w tej kwestii.

Ostatecznie pytanie, które ciąży nad całą powyższą analizą jest jeszcze innego rodzaju: czy to ma znaczenie? To znaczy, czy ma znaczenie, czy osobowość jest jedna czy rozproszona? Czy praktycznie możemy oczekiwać jakichś realnych różnic? Gdzie by takie różnice się przejawiały? Czy koncepcja jednego ja wyklucza istnienie nie tylko konfliktu ale i dialogu wewnętrznego? Czy to, jak żyjemy zależy od odpowiedzi na dzisiejsze pytanie?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czym jest synkatathesis (akt przyzwolenia)?

Preambuła

Dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów inspirowanych serią pytań i tematów, które uczestnicy Kolonii Stoickich otrzymali, z zadaniem wyboru jednego i przygotowania wystąpienia na jego temat. Tak się składa, że wszystkie te tematy są ciekawe i warte zastanowienia, pozwoliłem sobie, wobec tego, pożyczyć ich ideę i oprzeć na nich kilkanaście kolejnych blogowych tematów (nie wykluczając krótkich przerw). Zagadnieniem przewodnim całego cyklu jest myślenie i jego jakość.

Wstęp

Synkatathesis to grecki termin tłumaczony zwykle jako przyzwolenie lub akt przyzwolenia (także zgoda, akceptacja, uznanie za prawdę). Jest to decyzja, by zaakceptować wyobrażenie (phantasia) jako prawdziwe. Jako taka stanowi zwieńczenie cyklu poznawczego, który rozpoczyna się od aisthesis (wrażenie, doświadczenie, odczucie) – aktu wspólnego ludziom i zwierzętom, polegającego, w uproszczeniu, na zarejestrowaniu bodźca. W ludzkim umyśle, w odpowiedzi na aisthesis, tworzy się jego obraz w wyobraźni (phantasia), dopiero z tym obrazem pracuje nasz umysł. Phantasia (wyobraźnia, obraz, zjawisko, pozór) może być prawdziwe – czyli wiernie oddawać istotę aisthesis – albo fałszywe – zniekształcać wrażenie fałszywymi sądami. Ostatnim etapem tego cyklu jest synkatathesis – decyzja, czy phantasia jest prawdziwe, czy fałszywe i podjęcie działania odpowiedniego do tej decyzji. W tym schemacie aisthesis jest od nas całkowicie niezależne, nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza. Phantasia jest od nas niezależna w momencie, gdy już się stała, ale w zasadzie możemy modyfikować to, jakich phantasia będziemy dokonywać w przyszłości, pracując nad naszymi wyobrażeniami. Synkatathesis jest od nas w pełni zależne, a przynajmniej powinno takie być. W dalszej części artykułu zastanowimy się, jak mogą powstawać luki w tej zależności.

Przyzwolenie jednokrotne

Według stoików, każda decyzja składa się z trzech etapów, o których wspomnieliśmy we wstępie. Wszystko zaczyna się od aisthesis, czyli wrażenia lub bodźca. We współczesnym języku możemy ten element zrozumieć jako sygnał wygenerowany przez jeden ze zmysłów i przekazany do mózgu. Warto tu na marginesie wspomnieć, że zmysły zbierają sygnały zarówno z naszego otoczenia, jak i z wnętrza naszego ciała. Ostatecznie mamy tu do czynienia z impulsem elektrycznym i chemicznym, który dociera z peryferii układu nerwowego do jego centrum. Impuls ten ma jakiś obiektywny kształt i niesie realną informację. Celowo piszę tu o kształcie i informacji jako realnej, zamiast pisać o rzeczywistym wydarzeniu czy obiekcie, które opisują, bo realność tych pierwszych jest, z perspektywy naszego umysłu/mózgu, pewna, ale tych drugich już nie. Zmysły mogą wysyłać fałszywe sygnały – jest to zwykle objaw choroby lub manipulacji – a mózg nie ma pozazmysłowych sposobów ich weryfikacji.

Aby wrażenie zmysłowe mogło zostać poddane dalszej, nazwijmy to, obróbce, musi zostać przekształcone z wejściowego impulsu elektrochemicznego na obraz, czyli phantasia. Słowo obraz należy tu rozumieć luźno, jako kolekcję obrazów, dźwięków, słów, nastrojów itp. Należy też przypuścić, że na jedną phantasia złoży się wiele aisthesis – mózg nie rozpatrzy każdego impulsu zmysłowego z osobna, ale już na tym etapie zsyntetyzuje je w jeden twór. W tym momencie możemy mieć do czynienia z poważnymi zniekształceniami. Po pierwsze, synteza wielu wrażeń w jedno wyobrażenie może przebiec niepoprawnie: ważne impulsy zostaną pominięte, bo będą zbyt słabe, mało istotne zostaną wyolbrzymione, niepowiązane wrażenia zostaną mylnie włączone do analizy. Przykład: ściśnięcie żołądka wywołane lekkim głodem zostaje złączone z widokiem osoby i zostaje zinterpretowane jako oznaka strachu. Po drugie, powstawanie phantasia jest efektem wyuczonych (wypracowanych) mechanizmów poznawczych. Mózg na różnych etapach naszego życia uczy się, jak interpretować konkretne sygnały i ich połączenia. Te wyuczone mechanizmy mogą zawierać błędy i zniekształcenia. Przykładowo, osoba, która wykształciła tendencję do postrzegania świata pesymistycznie, będzie skłonna interpretować widok chmury na horyzoncie jako zapowiedź nieprzyjemnego deszczu. Mechanizmy te będą przybierać przeróżne formy: nastrój, cecha charakteru, tendencyjność w myśleniu, wybiórcza ślepota itd. Większość z nich będzie czasem przydatna (wezmę parasol i nie zmoknę), a czasem niekorzystna (nie wyjdę z domu, bo może padać).

Formowanie się phantasia to ciekawy i złożony temat wykraczający jednak poza ramy dzisiejszego tekstu, bowiem naszym punktem kluczowym jest kolejny etap tego procesu, czyli synkatathesis.

Człowiek – i o ile wiemy, jest to jego unikalna właściwość – jest wyposażony w zdolność przyjęcia lub odrzucenia wyobrażenia. Oznacza to, że nim phantasia przerodzi się w działanie – coś, co byłoby bardziej charakterystyczne dla reakcji zwierzęcia – jest moment, w którym świadomie możemy ją przyjąć, odrzucić lub zmodyfikować. To właśnie synkatathesis – akceptacja wyobrażenia. Sama koncepcja jest w ogólnym zarysie prosta: do świadomości dociera phantasia, tam poddawana jest analizie. Badana jest jej logiczna spójność. Jest konfrontowana z przeszłymi doświadczeniami. Jest oceniana w kontekście wartości i potrzeb. Jeśli sytuacja tego wymaga, wyciągane są ciężkie działa: oceny etycznej i moralnej. W zależności od wyników tych testów następuje decyzja co dalej z naszym wyobrażeniem uczynić.

Ogólna idea jest prosta, ale już samo pobieżne spojrzenie na katalog potencjalnych badań, jakimi poddana może być phantasia, powinno nam uzmysłowić, że w praktyce wcale tak prosto nie jest.  To ma dwie ważne konsekwencje. Pierwsza konsekwencja to, że nasz leniwy mózg będzie starał się ten etap upraszczać, minimalizować, a nawet pomijać. Jest to całkiem logiczne, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy oszczędzania energii – a jest to według niektórych koncepcji główna kompetencja naszego mózgu – uruchamianie tak intensywnego procesu przy każdej drobnostce oznacza zużycie konkretnych kalorii, a jeśli to nas nie przekonuje, to rozważmy ile czasu, naszej mocy obliczeniowej, musimy poświęcić na takie badanie. W praktyce synkatathesis dla każdej phantasii może nie być możliwa. Druga konsekwencja to, że trudno oczekiwać, by proces przyzwolenia, za każdym razem przebiegł bezbłędnie. W tak skomplikowanych układach jest zbyt wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak, by móc spodziewać się zawsze poprawnego wyniku.

Jeśli idzie o pierwszą z konsekwencji, zaproponuję potencjalny sposób, w jaki nasze umysły radzą sobie z nią. Jeśli idzie o drugą, to wypada ją zaakceptować i jednocześnie uzmysłowić sobie, że synkatathesis to umiejętność jak każda inna pod tym względem, że aby dobrze działała, musi być trenowana i poddawana częstym refleksyjnym przeglądom i modyfikacjom. Na swój sposób praca nad tą zdolnością jest zasadniczym sensem stoickiego życia.

Przyzwolenie wielokrotne – nawyki

Każdego dnia nasz umysł przyjmuje tysiące wrażeń zmysłowych. Jeżeli każda z tych aisthesis miałaby być najpierw zamieniona na phantasia, a następnie poddana weryfikacji w synkatathesis, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Kiedy wiążemy buty, zapewne jest tak, że zaczynamy zazwyczaj od tego samego, albo lewego, albo prawego. O ile jakieś okoliczności nie sprawią, że taka kolejność będzie niepraktyczna, to nie musimy się nad tym zastanawiać, po prostu to robimy. Nie ma potrzeby, by poddawać nasze wyobrażenie o tym, który but należy zawiązać najpierw ocenie w synkatathesis. Czynność ta ma niewielkie znaczenie, nie ma żadnych implikacji moralnych, nie odnosi się do sfery wartości oraz jest przez nas wypraktykowana przez lata jej powtarzania. Możemy sobie więc pozwolić na zastosowanie skrótu.

Taki skrót określamy mianem nawyku. Wypracowaliśmy sobie nawyk wiązania najpierw prawego, a potem lewego buta i teraz stosujemy go automatycznie. Gdzieś na początku naszej przygody ze sznurowadłami musieliśmy jeszcze decydować, od której strony zacząć. Możliwe nawet, że mieliśmy wtedy praktyczne rozważania nad tym, jak jest nam wygodniej – mogą być chociażby dobre przesłanki do podjęcia tej decyzji związane z naszą dominującą ręką. W tamtych czasach praktykowaliśmy synkatathesis, by decydować, czy zawiązać najpierw prawy, czy lewy but.

Wypraktykowane w wielokrotnym powtarzaniu synkatathesis staje się nawykiem. Oczywiście do powstania nawyku koniecznym jest, by nasze wybory były spójne, byśmy w przeważającej większości przypadków podejmowali tę samą decyzję. Jeżeli stajemy często w jakiejś sytuacji, ale nasze wybory zmieniają się w nieprzewidywalny sposób za każdym razem, to nie dojdzie do wykształcenia się nawyku. Nawyk nie powstanie też, jeżeli sytuacja jest wyjątkowa, czyli zdarza się z niewielką częstotliwością.

Nawyki to potężne narzędzie poprawy efektywności naszego funkcjonowania. Pomyślcie, jak szybko i sprawnie idzie wam wiązanie butów. Jak niewiele zastanowienia wkładacie w tę obiektywnie dość skomplikowaną czynność. Tysiące nawyków, które wypracowaliśmy, każdego dnia optymalizują nasze działania, oszczędzając nam czas i energię.

Nawyki nie są jednak pozbawione pułapek i zagrożeń, szczególnie dlatego, że wiele z nich dotyczy spraw o wiele poważniejszych, bardziej skomplikowanych i trudniejszych w ocenie niż to, którego buta zawiązać najpierw. Wiele z naszych nawyków ma realny wpływ na nasze zdrowie, życie i działania moralne.

O kształtowaniu nawyków napisano i powiedziano wiele. W tym miejscu chciałbym zwrócić tylko waszą uwagę, że żaden nawyk nie jest wiążący. Generalnie mamy dostęp do argumentacji i procedury stojącej za nawykiem – w sensie wiemy, co i dlaczego robimy. W związku z tym mamy możliwość dokonania innego wyboru za każdym razem, gdy stajemy przed nawykowym działaniem. To niekoniecznie jest łatwe, ale na pewno jest osiągalne, a z każdą niezależną decyzją będzie łatwiej i łatwiej by nawyk przełamać.

Przyzwolenie podświadome – charakter

W ostatniej części tego artykułu chciałbym zaproponować pójście o krok dalej i rozważenie tego, co może się stać, gdy automatyczny synkatathesis przejdzie do podświadomości. Rozumiem to jako wyższy poziom nawyku, schemat, który jest jeszcze bardziej utrwalony i automatyczny.

Postuluję, że nawyk, który stał się podświadomym staje się tym, co zazwyczaj określamy mianem cechy charakteru czy usposobienia osoby. Przykładowo, ktoś kto dokonuje regularnie wyboru by spędzać czas bez towarzystwa innych osób, wytwarza w sobie nawyk samotnika. W miarę upływu czasu cały proces decyzyjny przechodzi do podświadomości. Rozumiem to jako dalszą optymalizację procesu. Nawyk jest działaniem bardzo skróconym, ale jednak świadomym. W zasadzie wiemy dlaczego robimy to co robimy i, nawet jeśli nie w momencie działania, to po fakcie jesteśmy w stanie odtworzyć nasze uzasadnienie. Przeniesienie tej maszynerii do podświadomości, choć skutkuje utratą łatwego wglądu w jej logikę, pozwala nam zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i energii.

Kiedy nawyk staje się podświadomy, przekształca się w cechę charakteru. Tak nasz przykładowy człowiek wybierający samotność nabiera z czasem cechy samotnika. To ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, tracimy dostęp do powodów naszego działania, nie do końca wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Po drugie, przestajemy myśleć o tych sytuacjach w kontekście wyboru, a zaczynamy myśleć o nich w kontekście preferencji. Przykładowo, nie wybieram dziś samotności, ja ją preferuję. Po trzecie, odbieramy sobie sprawczość w danej sprawie, co powiązane jest z poprzednim punktem – to już nie jest mój wybór, tak po prostu jest, taki po prostu jestem. Po czwarte, zaczynamy myśleć o tych cechach jako o niezmiennych właściwościach – jak w poprzednim punkcie, taki po prostu jestem, przecież tego nie zmienię.

Podobnie jak w przypadku nawyków, posiadanie cech charakteru nie jest niczym złym, wręcz jest to niezbędne przystosowanie ewolucyjne, które pozwala nam kompresować czas potrzebny na decyzję i w efekcie skutecznie działać w skomplikowanym świecie. Nie ma też powodów, żeby uważać, że te czy inne cechy charakteru są obiektywnie lepsze lub gorsze – jest raczej kwestią indywidualnych preferencji i wartości, które z nich chcielibyśmy przyjąć.

Jest jednak potencjał do zła, który tkwi we wspomnianych wyżej konsekwencjach. Obraca się to wokół założenia, że cechy charakteru są niezmienne. To jest złe założenie. W proponowanym przeze mnie spojrzeniu, cechy charakteru są w swojej esencji wyborami, a jako takie mogą być zmieniane i podejmowane na nowo w każdej sytuacji.

To, że chcę być sam, to nie jest wyrok losu czy niezmienna konieczność. To jest wybór i nie chodzi mi o to, że chcę być sam, więc decyduję się być sam. Nie. Wyborem jest już samo „chcę”, ta chęć bycia w samotności jest wyborem, pomimo że sobie tego zazwyczaj nie uświadamiamy.  Nawet jeśli mamy skłonność do introwersji – która jest kategoryzowana jako cecha osobowości, a modyfikowanie tychże może nie być możliwe – co może sprzyjać wytworzeniu się nawyku, a następnie charakteru samotnika, to go nie gwarantuje. Można być towarzyskim introwertykiem i samotniczym ekstrawertykiem.

Powyższe rozważanie nie oznacza, że musimy zaraz rzucić się, by zmieniać swoje cechy charakteru. Jeśli, te które mamy dobrze nam służą i idą w parze z naszymi wartościami i tym czego chcemy od życia, to świetnie. Warto jednak, byśmy zadawali sobie pytania o nasz charakter. To szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż gro naszych cech wykształciło się i utrwaliła w dzieciństwie – czyli w czasach gdy nasze możliwości, trudności i aspiracje były fundamentalnie odmienne od tego z czym mamy do czynienia dziś i mogą nam już nie służyć.

Podsumowanie

Synkatathesis jest ostatnim etapem procesu przyswajania i przetwarzania rzeczywistości dokonywanego przez nasz umysł. To jego najbardziej wymagająca energetycznie i czasowo część. Jednocześnie we wszystkich sytuacjach, które wymagają głębszego zastanowienia moralnego lub namysłu nad wartościami, to najważniejszy etap. W nim zawiera się bowiem nasza ludzka zdolność do niepoddawania się instynktom i pierwszym wrażeniom. W nim jest przestrzeń na refleksje.

W praktyce synkatathesis musi być przez mózg kompresowany. Jest zbyt długie, zbyt czasochłonne, by mogło funkcjonować w ten sam, w pełni świadomy sposób wobec każdego wrażenia i każdej związanej z nim decyzji. W efekcie wyrabiamy sobie nawyki, czyli automatyczne przyzwolenia założone z góry dla podobnych do siebie sytuacji. To narzędzie optymalizacji, które cementuje pożyteczne procesy bez konieczności powtarzania za każdym razem argumentacji. Jest to także system, który może utrwalać szkodliwe zachowania i jako taki powinien podlegać okresowej kontroli i modyfikacji.

Sugeruję, że jest jeszcze jeden etap automatyzacji synkatathesis – przekształcenie nawyku w cechę charakteru. Oznacza to przeniesienie procesu decyzyjnego do podświadomości, co pozwala wykonywać go jeszcze szybciej i jeszcze mniejszym kosztem energetycznym. Korzyści z tego rozwiązania są równie oczywiste, co przy nawykach – nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek nie posiadający żadnej cech charakteru. Oczywiste są także idące z nim zagrożenia utrwalania szkodliwych zachować i tendencji. Tak jak przeglądamy i zmieniamy swoje nawyki, tak powinniśmy przeglądać swój charakter i pracować nad ukrytymi w nim synkatathesis. Trud ten, a nie jest to zajęcie łatwe, to fundamentalna ścieżka stoickiego życia.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Przegląd i podsumowanie ćwiczeń stoickich

Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie wszystkiemu temu, o czym nie wspomnieliśmy przez ostatnie kilka tygodni, a co składa się na pełny arsenał stoickich ćwiczeń. Nie będziemy zagłębiać się w szczegóły, ale postaramy się naświetlić idee każdego z nich. To pomoże nam zdecydować, na które chcielibyśmy spojrzeć szczegółowo oraz które z nich dobrze pasują do naszej praktyki.

Dużą część dzisiejszego wpisu zajmą źródła dalszej lektury. Będą one odnosić się oczywiście do ćwiczeń, które omówiliśmy dzisiaj, ale znajdą się także materiały o tych ćwiczeniach, które omawialiśmy w poprzednich artykułach. Dzięki temu zestawieniu będziecie mogli poszukać nowych perspektyw i pogłębienia wiedzy o tych ćwiczeniach, które przypadły wam do gustu.

Jak się domyślacie z tego wstępu, ten artykuł jest też zamknięciem cyklu o ćwiczeniach stoickich. To nie oznacza, że temat ten nie zagości na blogu ponownie, wręcz przeciwnie: można się spodziewać, że cała seria będzie w przyszłości bazą do dalszych rozważań i dyskusji. Na razie jednak temat zamykamy i podsumowujemy.

Definicja fizyczna

„(…) należy powziąć wyobrażenie, mając przed sobą mięso czy inne potrawy, że to jest zaledwie trup ryby, tamto zaś trup ptaka czy świni; i znów, że falern jest zwykłym sokiem z kistki winogron, a ta szata barwiona purpurą to owcze włosy zanurzone we krwi małży; a co do spraw związanych z obcowaniem płciowym – pocieranie narządu i wydalenie śluzu w jakimś skurczu; jakie są wyobrażenia dosięgające samych rzeczy i przenikające w nie, dzięki czemu widzimy, jaka to rzecz jest – tak też należy czynić przez całe życie”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

Definicja fizyczna to bardzo proste ćwiczenie w wykonaniu: kiedy napotykasz coś, co budzi Twoje emocje, szczególnie jeśli budzi Twoje pożądanie, przeanalizuj ten obiekt pod kątem jego fizycznej budowy. Człowiek, nawet najpiękniejszy, to przecież zlepek tłuszczu i mięsa, nawinięty na kości i chrząstki i obciągnięty skórą. Kojarzysz szkice anatomiczne z lekcji biologii albo z gabinetu lekarskiego? Takie, które pokazują układ mięśniowy człowieka, jakby obdarty ze skóry? Twój obiekt pożądania z grubsza tak właśnie wygląda. A pod tym jest jeszcze trochę kości i ścięgien.

Po co praktykujemy to ćwiczenie? Aby zdystansować się do nęcących nas rzeczy niezależnych. Celem jest osłabienie porywów pożądliwości, byśmy mogli podejmować bardziej racjonalne wybory w sytuacjach, gdy coś nas kusi. Można też tę technikę stosować do rzeczy niezależnych, które budzą w nas strach. Jeśli obawiamy się jakiegoś człowieka, to uświadomienie sobie, że on też jest zbudowany z tłuszczu, mięsa i kości, i że on też spożywa pokarmy, wydala je i puszcza wiatry, może pomóc nam obniżyć lęk.

Dwa uchwyty

„Każda rzecz ma dwa uchwytu: jeden, za który można ją unieść i drugi, za który unieść jej nie sposób. Jeśli twój brat zachowuje się wobec ciebie krzywdząco, nie sięgaj po uchwyt związany z tym niesprawiedliwym postępowaniem, ponieważ tego uchwytu nie da się unieść; złap zamiast tego drugi uchwyt – to, że jest twoim bratem, że wychował się razem z tobą – a zapanujesz nas sytuacją, robiąc użytek z tego uchwytu, który można unieść”
Epiktet, „Enecheiridion”

Do każdej sprawy, która budzi w nas trudne emocje, możemy podejść co najmniej z dwóch perspektyw: możemy koncentrować się na tym, co jest w tej sytuacji złe i trudne lub na tym, co w niej jest dobrego. Jeżeli wybierzemy pierwszą z dróg, doświadczymy nakręcania się naszych emocji. Jeśli był w nas gniew, to będzie się on wzmagał. Jeśli strach, to będzie gęstniał. Z czasem uczynią one całą sytuację niemożliwą do zniesienia, będzie musiało dojść do wybuchu. Jeżeli skoncentrujemy się na tym, co w tej sytuacji dobre, trudne emocje będą gasły, a my znajdziemy siłę, by ten stan rzeczy udźwignąć.

Ćwiczenie to ma szczególnie istotną rolę w pielęgnowaniu naszych relacji z innymi ludźmi. Dzięki niemu zmniejszamy szansę, by sytuacje potencjalnie konfliktowe rozbijały nasze związki. Zachęca nas do skupienia się na tym, co dobre i budujące. Nawet jeśli istnieje realny konflikt wymagający rozwiązania, dzięki właściwemu wyborowi uchwytu możemy go rozwiązać w produktywny i cywilizowany sposób.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „O dwóch uchwytach”

Dobrowolny dyskomfort

„(…) postanowiłem doradzić i tobie, byś oznaczył dla siebie kilka dni, w których – zadowalając się bardzo niewielką ilością jak najprostszego pożywienia tudzież grubą i szorstką odzieżą – zadawałbyś sobie pytanie: Czyżby to było to, czegośmy się tak obawiali?”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XVIII

Jeśli słyszeliście kiedyś o osobach praktykujących zimne prysznice czy zanurzanie się w lodowatej wodzie, to słyszeliście o ćwiczeniu się w dobrowolnym dyskomforcie. Nazwa mówi tu wszystko. Ćwiczenie polega na zdecydowaniu, by postawić samych siebie w sytuacji, gdy odczuwamy jakąś nieprzyjemność. Czy jest to zimna woda pod prysznicem, czy dzień głodówki, czy noc przespana na twardej podłodze, nie ma znaczenia – ważne jest, by było niewygodnie i by był to nasz wybór.

Cele tego ćwiczenia są wielorakie. Z jednej strony to sposób na zahartowanie się na przeciwności losu, czyli przygotowanie swego ducha na moment, gdy zaznamy dyskomfortu niedobrowolnego. Abyśmy mogli go lepiej znieść, ćwiczymy się zawczasu. Z drugiej strony to sposób na nabranie perspektywy i zrozumienie, że to, czego zwykliśmy unikać, nie jest wcale takie straszne, czyli redukujemy nasz lęk. Wreszcie jest to sposób na upraszczanie naszego życia. Daje nam zrozumienie, że możemy swobodnie i dobrze funkcjonować, bez pewnych elementów, które uznawaliśmy dotychczas za niezbędne. W efekcie pozbywamy się ich z naszego życia.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Prosty stoik wakacyjny: idea wyrzeczeń”

Słuchanie, mówienie i czytanie

To nie pomyłka – wszystkie te trzy aktywności to realne ćwiczenia stoickie. Każde z nich jest osobną praktyką, ale zgrupowałem je razem, bo idea, która im przyświeca, jest podobna. Polegają one na uważnym i skupionym słuchaniu, mówieniu czy pisaniu. Jeśli słuchasz, skoncentruj się na tym, co słyszysz, a nie na ripoście, która przyszła ci na myśl. Staraj się zrozumieć drugiego człowieka. Jeśli mówisz, bądź oszczędny w słowach, staraj się być precyzyjny, dostosowuj komunikat do odbiorcy – pamiętaj, że to nie ty jesteś celem swojej przemowy, tylko drugi człowiek. Kiedy czytasz, wybieraj mądrą lekturę, koncentruj się na treści, notuj najważniejsze myśli, wracaj i czytaj ponownie. Nie idzie o ilość przeczytanych książek, tylko o jakość lektury.

Celem dyscypliny w słuchaniu i mówieniu jest polepszenie naszych relacji z innymi ludźmi. Te dwie czynności są podstawą budowania więzi przez człowieka. Korzystajmy z nich mądrze i sumiennie, a skorzysta na tym nasz kontakt z innymi ludźmi. Pamiętajmy przy tym o złotej zasadzie: słuchajmy co najmniej dwa razy więcej niż mówimy. Cel uważnego czytania jest bardziej indywidualny – chodzi tu o doznanie możliwie pełnego doświadczenia kontaktu z lekturą. Celem czytania nie jest odhaczenie jak największej liczby tytułów, tylko uzyskanie jak najgłębszej refleksji. To inny rodzaj czytania niż czytanie rozrywkowe. Możemy znaleźć czas na oba, pamiętając, że to dość odmienne aktywności.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Po prostu pisz”

Dyscyplina przyzwolenia

„Źródłem ludzkich zmartwień nie są zdarzenia, lecz opinie na ich temat; śmierć nie jest na przykład niczym strasznym; gdyby bowiem zasługiwała na takie miano, byłaby tak postrzegana przez Sokratesa. Przerażenie wynika z opinii na temat śmierci – poglądu, zgodnie z którym jest ona czymś strasznym.”
Epiktet, „Encheiridion”

Dyscyplina przyzwolenia jest blisko związana z ćwiczeniem dwóch poziomów sądu. Można nawet powiedzieć, że jest jego wersją wykonywaną „na bieżąco”. Zdarzenia, których doświadczamy, wywołują w nas wrażenia automatyczne. Pojawienie się tych wrażeń jest od nas niezależne. To, czy zadziałamy w zgodzie z nimi, jest od nas zależne. To jest moment przyzwolenia. Kiedy przychodzi do nas wrażenie, decydujmy, czy chcemy na nie przyzwolić, czy też nie.

Celem tej dyscypliny jest poprawienie jakości naszych bieżących działań i decyzji. Poprzez niedopuszczanie błędnych lub nadmiernych wrażeń uzyskujemy przestrzeń na świadomą ocenę sytuacji, która prowadzi do lepszej jakości decyzji. Wbijamy klin między impuls a działanie i robimy to na bieżąco, w miarę jak sytuacja się rozwija.

Dyscyplina miłości

Czy miłość jest ćwiczeniem stoickim? A do tego dyscypliną? Przecież miłość to poryw serca, romantyczna, ulotna idea, najsłodsza emocja. Cóż to za herezje? To nie herezje, to rzeczywistość. Miłość nie jest emocją, czyli chwilowym porywem mobilizującym nas do jednorazowego działania – choć często bywa mylona z pożądaniem, które już można określić mianem emocji. Miłość jest uczuciem, czyli trwałym stanem naszego umysłu, który w szczególny sposób wyróżnia jedną lub wiele relacji, w których jesteśmy. Miłość to efekt wieloletniej pracy i choć nie jest tożsama z przywiązaniem, to jest ono dla niej istotne. Miłość trzeba i warto trenować. Jak? O tym wkrótce w artykule na blogu.

Celem praktykowania miłości jest… sama miłość. To tak jak w przypadku uważności – celem jej praktykowania jest sama uważność, bycie uważnym. Celem praktykowania miłości jest miłowanie, bycie miłośnikiem. Oczywiście to też będzie miało dalsze konsekwencje – chociażby to, że będziemy częściej i więcej miłowani przez innych – ale są one tylko miłym dodatkiem, skutkiem ubocznym, a nie właściwym celem.

Jawność

„I choć daleko wznioślej jest żyć w ten sposób, jak gdyby się znajdowało pod okiem jakiegoś szlachetnego i zawsze obecnego męża, ja jednak poprzestałbym nawet na tym, byś – cokolwiek czynisz – czynił tak, jakby przyglądał się temu ktoś pierwszy lepszy: to samotność skłania nas do wszystkiego złego.”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XXV

Co by było, gdyby wszyscy mogli widzieć to, co właśnie robisz? Czy poczułbyś wstyd? Jeśli tak, to dlaczego? Dlaczego miałbyś się wstydzić bardziej wzroku innych niż swojego? Te pytania leżą u podstaw dyscypliny jawności, którą czasem określa się też mianem „życia na widoku”. Nie chodzi w niej jednak o to, by faktycznie na ten widok się wystawiać, ale o to, by nie czynić niczego, co sprawiłoby, że poczulibyśmy wstyd, gdyby na widoku się znalazło. Zwróćcie uwagę, że nie jest to kwestia aprobaty otoczenia! Nie pytamy, czy to się innym ludziom spodoba. Pytamy, czy my poczulibyśmy wstyd, gdyby inni to zobaczyli.

Celem ćwiczenia jawności jest rozpoznanie tych naszych czynów, których sami nie akceptujemy, czyli de facto rozpoznanie naszych słabości i wad charakteru. W tym sensie jest to ćwiczenie, w którym zdobywamy informacje do późniejszego wykorzystania w pracy z przekonaniami. Drugorzędnym celem jest po prostu powstrzymanie się przed uczynieniem czegoś, czego później mielibyśmy się wstydzić.

Redukcja krzywd

„Pamiętaj, że znieważ cię nie ten, kto cię lży lub wymierza ci cios, lecz twoja opinia, zgodnie z którą te działania stanowią zniewagę. Gdy więc ktoś cię rozsierdzi, wiedz, że w istocie rozzłościła cię twój własna opinia”
Epiktet, „Encheiridion”

Redukcja krzywd to właściwie wariacja na temat dwóch poziomów sądu wykonanych po fakcie. W artykule poświęconym temu ćwiczeniu zahaczyliśmy o ten koncept. Nie będę go więc tutaj zgłębiał nadmiernie. Praktyka redukcji krzywd polega na analizie wydarzenia, które wzbudziło w nas silną emocję. Chcemy dotrzeć do podstawowych faktów, naszych przekonań, które zostały aktywowane i przewartościować wstępną reakcję w sposób silniej zgodny z rzeczywistością.

Celem ćwiczenia redukcji krzywd jest uspokojenie silnych emocji, które uzyskały szczególną trwałość i które trzymają się nas czy nas prześladują. Dzięki zrozumieniu ich źródła i przeanalizowaniu sytuacji, która to analiza zwykle prowadzi nas do wniosku, iż nie jest tak źle, jak emocja sugeruje, obniżamy poziom umysłowego wzburzenia, którego doświadczyliśmy. Dzięki temu przerywamy proces zadawania samemu sobie cierpienia i krzywdzenia samych siebie.

Exetazein

„Nie niepokój się o przyszłość. Przyjdziesz do niej, jeśli trzeba będzie, z takim samym umysłem, który teraz prowadzi cię przez sprawy teraźniejsze, po odpowiednim zbadaniu ich (exetazein).”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

„Czemu miałbym obawiać się jakiegoś błędu, skoro mogę powiedzieć: ‚Pamiętaj, abyś tego więcej nie robił, teraz ci wybaczam’?”
Seneka, „O gniewie”

„Poddaj próbie każde wyobrażenie!”
Epiktet, „Diatryby”

Ćwiczenie nad ćwiczeniami, które w pewnym sensie ćwiczeniem wcale nie jest. Exetazein to w moim rozumieniu stan charakteru, którego nieodłączną częścią stały się wszystkie lub niektóre z pozostałych ćwiczeń. Oznacza to, że osiągnięcie exetazein to uczynienie stoickiej dyscypliny automatyzmem naszego postępowania. W tym sensie ukuję wyrażenie „osiągnąć exetazein w ćwiczeniu X”. Przykładowo, jeśli powiem, że osiągnąłem exetazein w ćwiczeniu wizualizacji mistrza, to znaczy, że nie muszę specjalnie tworzyć okoliczności i aktywować wyobraźni, by odwołać się do ideału mędrca, zawsze i w każdym momencie mam go dostępnego. Kiedy tylko jest mi potrzebny, nie muszę nawet o tym myśleć, pojawia mi się w umyśle i dokonywane jest porównanie z nim.

Celem exetazein jest dobre życie. Dość trywialne stwierdzenie, ale w pewnym sensie to jest cel całej praktyki stoickiej. Można powiedzieć, że człowiek, który osiągnął exetazein w każdym z ćwiczeń to nasz nieosiągalny mistrz! Każdy krok w tym kierunku to natomiast wielka zdobycz dla jakości naszego życia i potężna siła, która staje się naszą wbudowaną właściwością, zamiast zewnętrznym narzędziem, po które sięgamy w potrzebie.

Dalsza lektura lub słuchowisko

Do wszystkich: https://zestoickimspokojem.pl/

Hierarchia wartości

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym różnią się cele od wartości”

Przegląd siebie

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym jest i jak skutecznie praktykować przegląd siebie?”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Przegląd siebie – analiza pogłębiona”

Dwa poziomy sądu

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Chryzyp i dwa poziomy sądu”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jeszcze o dwóch poziomach sądu”

Perspektywa kosmiczna

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Pamiętaj o perspektywie kosmicznej”

Premeditatio Malorum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 1”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 2”

Melete Thanatou

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jak praktykować stoicką technikę melete thanatou?”

Premeditatio Bonum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Nowe ćwiczenie: premeditatio bonum”

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Premeditatio bonum

Premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) nie jest klasycznym ćwiczeniem stoickim. Próżno szukać wzmianki o nim w dziełach Epikteta, Seneki czy Marka Aureliusza. Pomimo tego, jak zapewne zauważyliście, to właśnie ono użyczyło nazwy blogowi, który właśnie czytacie.

Nietrudno zgadnąć, że premeditatio bonum jest blisko związane z premeditatio malorum, które zapewne jest Wam już dobrze znane. Jeżeli dodamy tutaj, że bonum tłumaczy się z łaciny jako „dobro”, podczas gdy malorum jako „zło”, to można domniemywać, że będziemy mieli do czynienia z przeciwieństwem klasycznego ćwiczenia.

W jednym zdaniu: premeditatio bonum jest ćwiczeniem analogicznym do premeditatio malorum, w którym jednak wyobrażamy sobie pozytywny przebieg czekających nas wyzwań. W jakimś sensie na tym moglibyśmy poprzestać. Uważni czytelnicy bloga zauważą, że całe akapity w tekście poniżej są łudząco podobne do tych z opisu ćwiczenia wzorcowego. Jednak diabeł tkwi w szczegółach i właśnie na te ważne detale chcę zwrócić Waszą uwagę.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza Twoją kontrolę, mogące jednocześnie wpłynąć znacząco na rozwój tej sytuacji. Wyobraź sobie jej scenerię. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce rozpoczęcia „akcji” – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą w niej uczestniczyć. Bądź dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla Twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

Rozpocznij odgrywanie sceny. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie korzystny dla Ciebie sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się udać – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najlepszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Ale nie zatrzymuj ćwiczenia w tym momencie. Wyobraź sobie kilka innych możliwych scenariuszy, takich, które nie są idealne, ale nadal pomyślne. Nie wchodź w szczegóły tych wersji wydarzeń, przejrzyj je tylko powierzchownie.

UWAGA: Ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między premeditatio bonum a „pozytywną wizualizacją”. Nie interesuje nas zaklinanie rzeczywistości, tylko zmuszenie naszego umysłu do oszacowania prawdopodobieństwa pomyślnego przebiegu spraw. Nasza medytacja nie ma magicznie zmienić czegoś w sferze rzeczy niezależnych, lecz ma nam uświadomić, że powodzenie jest równie (albo i niekiedy bardziej) prawdopodobne co porażka.

Zastanów się, co zrobisz po tym zdarzeniu, gdy już zakończy się dla Ciebie powodzeniem. Jak to wpłynie na Twoje życie? Gdzie się udasz? Co poczujesz? Nie musisz być tu tak dokładny jak w przypadku premeditatio malorum, ale warto ten krok wykonać w celu uświadomienia sobie, że życie będzie toczyć się dalej swoim trybem, nawet po najświetniejszym sukcesie; tak samo zresztą, jak toczyłoby się po porażce.

UWAGA: Pozwól, by emocje opadły. Choć tym razem poczujesz raczej radość niż smutek, wciąż jednak nie chcesz wychodzić z medytacji nabuzowany emocjonalnie.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa powodzenia i emocje się uspokoiły, możesz zakończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy Twoje spojrzenie na czekającą Cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź, jakie emocje lub wyobrażenia są za to odpowiedzialne. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Cel praktyki

Nadrzędny cel praktyki premeditatio bonum zawiera się w kroku, w którym wyobrażamy sobie mnogość różnych scenariuszy przyszłego zdarzenia. Chodzi o to, by spojrzeć na czekające nas wyzwanie realnie, podobnie zresztą jak przy premeditatio malorum, starając się sprawić, by nadmiar lęku lub optymizmu nie przesłonił nam wizji najbardziej prawdopodobnego obrotu sprawy. A jest nim to, że czynniki zewnętrze zapewne ułożą się przeciętnie, ani szczególnie źle, ani szczególnie dobrze. Jest też prawdopodobne, że z sytuacji wyjdziemy obronną ręką, tak jak wychodziliśmy już z wielu podobnych w przeszłości.

Aby ująć to nieco zwięźlej: naszym celem jest osiągnięcie stanu racjonalnego optymizmu w konfrontacji z czekającymi nas wyzwaniami. Cel ten jest wspólny dla obu wersji ćwiczenia, różni się natomiast sposób, za pomocą którego do tego celu zmierzamy. Dodatkowa istotna różnica między nimi tkwi w tym, że premeditatio bonum nie konfrontuje nas z trudnymi emocjami, co z jednej strony nie daje nam szansy, by się na nie uodpornić, z drugiej jednak – czyni ćwiczenie łatwiejszym do wykonania.

Kiedy i jak praktykować premedtiatio bonum

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak, by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio bonum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam np. grozić spóźnienie do pracy.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanym „sukcesie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może być zbadanie, która z naszych wartości może na danej sytuacji szczególnie skorzystać.

Powyższe uwagi są explicite wzięte z praktyki premeditatio malorum. Teraz zaproponuję kilka innych, związanych już bezpośrednio z dzisiejszym ćwiczeniem.

Premedtiatio bonum jest szczególnie polecane osobom, które mają kłopoty z nadmiernym lękiem. Jeżeli perspektywa konfrontacji z trudnymi sytuacjami budzi w Was szczególnie silny niepokój, może się okazać, że premeditatio malorum zaszkodzi Wam zamiast pomóc. Dlatego podaję dziś bezpieczną alternatywę, w której nie musicie się aż tak radykalnie konfrontować ze swoimi starchami.

Jeżeli macie tendencje do czarnowidztwa, z natury swej i tak już rozważacie głównie negatywne scenariusze i te rozważania kładą się cieniem na Waszym nastroju, a w efekcie i na waszych działaniach – premeditatio bonum jest ćwiczeniem właśnie dla Was. Jego esencją jest urealnienie wyzwań poprzez przeniesienie ich ze sfery lęku przed niepowodzeniem do sfery oczekiwania umiarkowanego powodzenia. Dobrze wykonane stanowi kontrę dla katastrofizacji.

Podsumowanie

Premeditatio bonum jest odpowiedzią na wyzwanie dzisiejszych czasów, jakim jest wysoki poziom lęku u ludzi w społeczeństwach rozwiniętych. Nie siląc się tu na diagnozę tego stanu, odnotowujemy go jedynie jako fakt – zaburzenia lękowe czy trudności z opanowaniem emocji są zjawiskami powszechnymi w naszym kręgu kulturowym. Sprawia to, że niektóre ze starożytnych ćwiczeń stoickich trafiają współcześnie na niezbyt podatny grunt.

Pomimo tego można, wyłapując ich fundamentalne założenia i posiłkując się dozą kreatywności, zbudować nowe wersje, które lepiej sprawdzą się u współczesnych, zachowując przy tym siłę oddziaływania pierwowzoru. Niech przykład premeditatio bonum będzie dla nas zachętą do własnych eksperymentów ze stoickimi technikami. Stoicyzm jest filozofią żywą, uprawianą czynnie przez tysiące, a może miliony, ludzi na całym świecie. Warto byśmy korzystali z naszego intelektualnego i kreatywnego potencjału do rozwijania i wzbogacania naszej praktyki.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy w dwudziestym pierwszym wieku doczekali się nowych stoickich myślicieli na miarę Seneki czy Epikteta; dlaczego by nie tworzyć dzisiaj nowych treści w obrębie w tej filozoficznej szkoły? Więcej nawet, jeśli ma ona pozostać żywą, skuteczną i adekwatną, musi się zmieniać. Musi przejść ewolucję pod wpływem nowych odkryć naukowych i lepszego zrozumienia kondycji człowieka, jakiego nabraliśmy przez wieki. Na nas spoczywa wykonanie tej pracy.

Na koniec chciałbym skierować Was do źródła, z którego zaczerpnąłem idee premeditatio bonum, czyli do podcastu „Ze stoickim spokojem”. Poniżej link do odcinka, w którym autor podcastu, Tomasz Mazur, opowiada o tym właśnie nowym ćwiczeniu zaproponowanym przez jednego ze słuchaczy:

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Melete thanatou

Jak często myślicie o swojej śmierci?

Wielu ludzi obruszy się na sam widok tego pytania. Powiedzą coś o przyciąganiu nieszczęścia, czarnowidztwie czy psuciu humoru. To naturalna reakcja. Strach przed śmiercią jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Nic dziwnego, że nie chcemy myśleć o źródle tych lęków. To podejście, tak naturalne i zrozumiałe, jest jednak według stoików (i nie tylko według nich) z gruntu błędne.

Unikanie źródła lęku sprawia bowiem, że lęk ów się wzmaga. To paradoks znany i potwierdzany też w terapii poznawczo-behawioralnej. Za każdym razem, gdy pod wpływem strachu decydujemy, by czegoś nie robić lub o czymś nie myśleć, zwiększamy strach, jaki odczujemy w przyszłości w podobnych sytuacjach. Choć jest to zależność zaskakująca, dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje ucieczkę jako sukces w kontekście naszego przetrwania. Najlepiej pokażmy to na przykładzie.

Powiedzmy, że mam lęk wysokości i znalazłem się kilka kroków od krawędzi klifu. Jeśli pod wpływem emocji odwrócę się i oddalę od przepaści, mój mózg odnotuje to tak: byliśmy się w stanie zagrożenia życia, poczuliśmy lęk, uciekliśmy przed niebezpieczeństwem. A zatem nadal żyjemy – dzięki naszej ucieczce i lękowi! W przyszłości będziemy więc bać się jeszcze bardziej, bo to nas najwidoczniej chroni. W tym pozornym szaleństwie jest dobrze uzasadniona ewolucyjnie metoda.

Jednak tak naprawdę to właśnie działanie przeciwne, czyli konfrontowanie się ze źródłem lęku, jest sposobem na jego zredukowanie. Ćwiczenie melete thanatou, czyli rozmyślania nad śmiercią, to narzędzie zalecane przez starożytnych do pracy nad strachem przed kresem naszego istnienia. Esencją ćwiczenia jest zastąpienie ucieczki przed niepokojącymi myślami przez świadome i rozważne zagłębienie się w ich treść. Zamiast odwracania głowy od rzeczywistości, technika ta zaleca skonfrontowanie się z naszą śmiertelną naturą – nieintuicyjnym, ale niechybnym efektem będzie redukcja lęku.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Wyobraź sobie siebie w podeszłym wieku leżącego na szpitalnym łóżku w otoczeniu rodziny i przyjaciół, także już postarzałych. Leżysz z zamkniętymi oczami, oddychasz ciężko i bardzo płytko.

Przenieś się w wyobraźni do Twego umierającego ciała. Masz zamknięte oczy, nie widzisz ludzi wokół, ale czujesz ich obecność, ktoś trzyma Cię za rękę. Oddychasz z trudem, ale nie czujesz bólu ani strachu. Wyobraź sobie, że Twój umysł wchodzi w taki stan jak przed zaśnięciem. Świadomość odpływa i wraca, odpływa i wraca, aż wreszcie znika.

Od tego momentu zaproponuję kilka wariantów dalszego etapu ćwiczenia.

Wariant pierwszy (według mnie najtrudniejszy) to próba wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Postaraj się uchwycić, jak by to było, gdybyś całkowicie nie istniał. Możesz się wspomóc podobieństwem snu i śmierci, czyli skoncentrować się na myśli, że zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Określam ten wariant jako najtrudniejszy, bo nie jest łatwo poczuć stan, którego nigdy nie doświadczyliśmy – przecież jedyne, co znamy to stan istnienia; nie mamy pojęcia, co znaczy nie istnieć. Po drugie, we mnie przynajmniej, wizja ta wywołuje ogromny niepokój i chęć ucieczki – co zresztą sprawia, że przewrotnie właśnie ten wariant zwykłem praktykować.

Wariant drugi (klasyczny) to wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Jeśli chcesz, możesz użyć sceny przy łożu śmierci, z rodziną zgromadzoną wokół. Wyobraź sobie Twoje martwe już teraz ciało, leżące na katafalku, otoczone kręgiem bliskich. Zastanów się, jakie słowa by padły, gdyby wygłaszano mowę pogrzebową. Jeżeli czujesz się na siłach, wyobraź sobie całość Twojego epitafium. Możesz skoncentrować się na dwóch wersjach: pierwsza to stan aktualny – co spodziewałbyś się usłyszeć, gdyby pogrzeb odbył się dziś? W drugiej wersji skup się na wyobrażeniu tego, co chętnie byś w takiej mowie o sobie usłyszał – co miałoby być treścią tej mowy? Jak chciałbyś być wspominany, gdyby zależało to od Ciebie?

Trzeci wariant (bliski perspektywie kosmicznej) to wyobrażenie sobie świata bez Ciebie. Jak toczyłyby się sprawy, gdybyś umarł? Co by się stało z Twoim dobytkiem? Jak potoczyłyby się losy Twoich bliskich? Wyobraź sobie ciąg dalszy istnienia świata po Twojej śmierci. Jeśli ułatwi Ci to wizualizację, możesz umieścić się w roli ducha obserwującego rzeczywistość po wyjściu z ciała. Nie traktuj jednak tej metafory zbyt dosłownie – to tylko narzędzie, które ma pomóc w wizualizacji, a nie sugestia konkretnego życia po śmierci.

Nie ma przeszkód, by wykorzystywać w ćwiczeniu więcej niż jeden z podanych wyżej wariantów. Przykładowo możesz spędzić chwilę wyobrażając sobie niebyt, by następnie przejść do projekcji Twego epitafium. Warto też stosować te warianty zamiennie w kolejnych sesjach melete thanatou.

Kończąc ćwiczenie powróć do tu i teraz. Możesz dać sobie chwilę, by poczuć na nowo swoje ciało, by ponownie poczuć, że żyjesz. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Zauważ, jak unosi się i opada klatka piersiowa. Posłuchaj bicia swojego serca. Uspokój myśli, rozluźnij się i otwórz oczy.

Rady techniczne i koncepcyjne

Ćwiczenie melete thanatou ma na celu redukcję lęku przed śmiercią i, w konsekwencji, lęku w ogóle. Jeżeli w Waszym przypadku prowadzi do przeciwnego skutku, czyli wzmożonego strachu, zatrzymajcie się i nie kontynuujcie tej praktyki bez konsultacji ze specjalistą. Podobnie jak w przypadku premeditatio malorum, warto zachować rozsądek i nie brnąć w coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak zaznaczę, że strach odczuwany w czasie ćwiczenia, nie jest powodem, by rezygnować, jest to bowiem część procesu. Jeżeli ów dręczący niepokój rozlewa się na nasze funkcjonowanie po ćwiczeniu, należy mu się przyjrzeć i zastanowić nad zmodyfikowaniem dalszej praktyki z użyciem tej metody.

Przedstawione powyżej warianty nie są jedynymi możliwymi, zachęcam więc do eksperymentowania i szukania ścieżek, które będą dla Was najkorzystniejsze. Ta uwaga dotyczy nie tylko środkowej części ćwiczenia, ale także jego otwarcia. Jeśli macie inną koncepcję rozpoczęcia ćwiczenia, śmiało ją wypróbujcie.

W części środkowej sugeruję sprawdzenie wszystkich wersji. Jednego dnia pierwszą, kolejnego drugą i następnego trzecią. Chodzi o to, by nie zakładać z samego opisu, że któraś z nich będzie najodpowiedniejsza. Kiedy przyjdzie do decyzji, zróbcie coś nieintuicyjnego: wybierzcie do użytku tę wersję, która wywołała najsilniejszy dyskomfort. Brzmi dziwnie, ale to właśnie z dyskomfortem pracujemy – im więcej go sobie wyobrazimy i poczujemy, w bezpiecznych warunkach ćwiczeniowych, tym lepiej.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy dyskomfort staje się tak silny, że nie jesteście w stanie doprowadzić ćwiczenia do końca i odczuwacie trudności w zmotywowaniu się do kontynuowania. W takim wypadku sięgnijcie po wersję lżejszą, taką, która umożliwi Wam optymalne przeprowadzenie ćwiczenia.

Kiedy ćwiczyć?

Dobrym momentem na praktykowanie melete thanatou jest wieczorny przegląd siebie. Natura ćwiczenia pasuje zgrabnie do podsumowania i zamknięcia dnia. Jedyny szkopuł to czas: melete thanatou jest czasochłonne i może sprawić, że wieczorna medytacja rozrośnie się nadmiernie, co utrudni jej praktykowanie. Jeśli znajdziecie się w takim położeniu, spróbujcie raczej znaleźć czas na osobną sesję w ciągu dnia .

Melete thantou, w przeciwieństwie do premeditatio malorum, jest ćwiczeniem, które praktykujemy regularnie, a nie doraźnie. Jeśli to możliwe, codzienna praktyka będzie optymalna. Jednak jeśli to nadmierne wymaganie czasowe, praktykowanie co kilka dni czy nawet raz w tygodniu także przyniesie efekt.

Szczegółowo przeprowadzona sesja może zająć 15-20 minut, choć standardowo spodziewałbym się, że zamkniecie się w 10 minutach. Jeżeli zauważycie, że czas ćwiczenia spada do mniej niż 5 minut, może to oznaczać, że „gonicie” przez nie, potencjalnie ze względu na lęk i dyskomfort, które mu towarzyszą. W takiej sytuacji postarajcie się jednak nieco-zwolnić tempo, co na pewno wpłynie korzystnie na efekty.

Mądrym pomysłem jest połączenie melete thanatou z jedną z praktyk afirmacyjnych, na przykład z ćwiczeniem wdzięczności, polegającym na  wymienianiu trzech rzeczy, za które jesteśmy w danym dniu wdzięczni. Zastosowana bezpośrednio po kontemplacji śmierci, praktyka wyrażania wdzięczności może pomóc sprawniej wrócić do tematów związanych z życiem.

Chcąc wejść na wyższy poziom Waszej praktyki, połączcie dzisiejsze ćwiczenie z pracą z przekonaniami. Ostatecznie lęk przed śmiercią jest związany z przekonaniem, że śmierć jest czymś złym. Rozpracowanie i osłabienie tego przekonania, jest mocną bazą, stabilnym wsparciem dla kontemplacji naszej śmiertelności.

Podsumowanie

Efektem regularnego praktykowania melete thanatou jest redukcja lęku przed śmiercią. Nie bez powodu używam słowa „redukcja” zamiast „eliminacja”. Nie należy oczekiwać, że uda nam się z użyciem tej techniki usunąć najbardziej pierwotny i głęboki ludzki lęk. Stawianie poprzeczki tak wysoko jest błędem, który sprowadziłby na nas frustrację i przekonanie o nieskuteczności tej praktyki. Nie oznacza to jednak, że nieosiągalna jest realna i głęboka ulga. Strach nie jest stanem zero-jedynkowym: wiemy to z własnego doświadczenia, chociażby z obserwacji, że przykładowo, pająków boimy się bardziej niż węży. Przesuwając się w dół na spektrum intensywności tej emocji, zaznamy poprawy naszego funkcjonowania.

Strach przed śmiercią zajmuje szczególne miejsce w naszej psychice – jest fundamentem, na którym wznoszą się inne lęki. Czymże bowiem jest lęk wysokości, jeśli nie przerażeniem, że umrzemy w wyniku upadku? Czym jest strach przed pająkiem, jeśli nie wizją śmierci w wyniku działania jadu? Te przykłady są klarowne, lecz jest jeszcze jeden, niezwykle ważny, nieco bardziej skomplikowany. To relacja między strachem przed śmiercią a strachem przed porzuceniem (w tym przez grupę). Te dwa porównywalne w skali widma wiszą nad naszym życiem i kształtują nasze działania w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Czy te byty są niezależne? Być może, ale możliwym też jest, że strach przed ostracyzmem jest pochodną strachu przed śmiercią, gdyż w dawnych czasach bycie wygnanym przez plemię było gwarancją utraty życia.

Jeśli każdy z lęków wywodzi się z lęku przed śmiercią, to praca nad tym właśnie lękiem jest pracą nad wszystkimi pozostałymi. Nie bez powodu ćwiczenie melete thanatou starożytni oddzielali od, blisko z nim związanego, premeditation malorum. To ostatnie miało doraźnie stępiać ostrze pomniejszych lęków, podczas gdy to pierwsze było pracą nad fundamentem naszej konstrukcji psychicznej. Jego szczególna waga i rola uzasadniają traktowanie go jako oddzielnej praktyki.

Nie będę Was przekonywał, że jest to ćwiczenie łatwe. Wiąże się ono w sposób nieunikniony z dyskomfortem i narażaniem się na trudne emocje. Kontemplowanie własnej śmierci raczej nie jest przyjemne. Chciałbym Was jednak zachęcić, byście spojrzeli na nie jako na przykład odroczonej gratyfikacji: dziś podejmujecie wysiłek, znosicie niewygodę, może nawet ból i cierpienie, ale czynicie to, by w perspektywie czasu uzyskać równowagę i błogość. To inwestycja w spokój ducha, która spłaci się z nawiązką.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Perspektywa kosmiczna

Jestem centrum wszechświata. Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, także jesteś centrum wszechświata. Rozglądamy się wokół i wszystko wskazuje na prawdziwość tych stwierdzeń. Świat nas otacza, jesteśmy w jego centrum. Dziwna perspektywa? Może nawet niebezpieczna? Wiecie, co jest najdziwniejsze? Ona jest prawdziwa. Jeśli wszechświat rozpoczął swoje istnienie od jednego punktu, jak głosi teoria wielkiego wybuchu, to środek wszechświata jest wszędzie, każdy jego punkt jest środkiem. Gdzie byśmy się nie znajdowali, jeśli spojrzymy wokół, zobaczymy kulę o 15 miliardach lat świetlnych średnicy.

Z tej obserwacji wynika też, że bycie środkiem wszechświata nie jest niczym szczególnym, bo każdy nim jest. Warto zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, uchwycić nową perspektywę – nazwijmy ją „perspektywą kosmiczną”. Z niej dostrzeżemy, że wyjątkowość jest iluzją – tworem geometrii czasoprzestrzeni i geometrii naszej psychologii – ale jednocześnie uzmysłowi nam, że pozostajemy centrum własnego wszechświata i z tym faktem nie ma sensu się kłócić.

Cel

Perspektywa kosmiczna to tradycyjne stoickie ćwiczenie, opierające się na wyobrażeniu sobie siebie w szerszej perspektywie, jako części większej całości. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że chodzi o oddalenie się od siebie i formalnie tak to ćwiczenie przebiega. Jednak oddalenie nie jest celem ćwiczenia – przecież po każdym jego zastosowaniu wracamy i jesteśmy równie blisko, a może bliżej, niż zaczynaliśmy.

Celem perspektywy kosmicznej jest właśnie zbliżenie do samego siebie. Ma prowadzić nas do zrozumienia, że jesteśmy centrum swego wszechświata i to jedynym, jakie będziemy mieli. Cały ogrom, który właśnie dostrzegliśmy: ludzie, kraje, planety, gwiazdy, tysiąclecia i miliony lat – one istnieją i w porównaniu z nimi nasza fizyczność i czas są tylko pyłem i mgnieniem, ale jedynymi, które od nas zależą. Wielka reszta jest pełna rzeczy niezależnych, których istnienie i koleje możemy tylko zaakceptować.

Perspektywa w przestrzeni

Najpopularniejszym sposobem na praktykowanie perspektywy kosmicznej jest wyobrażanie oddalania się od siebie w przestrzeni. Celem jest świadomość, jak niewielkim wycinkiem fizycznej rzeczywistości jesteśmy, czyli jak się prezentujemy w perspektywie kosmosu – stąd nazwa ćwiczenia.

Przykładowa praktyka wygląda następująco: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie widzianego od góry, jakbyś zawisł nad swoim ciałem i je obserwował. Wyobraź sobie wyraźnie, jak wyglądasz z tej perspektywy. Niech ten obraz się wyklaruje.

Zacznij oddalać się od ciała, jakbyś unosił się ku górze. Masz patrzyć na siebie z coraz większego oddalenia. O ile nie ćwiczysz pod otwartym niebem, gdzieś po drodze winny się pojawić sufity i dachy – traktuj je tak, jakby były przezroczyste. Utrzymuj wizję swego ciała, nawet gdy wzniesiesz się ponad dachy.

Niech wznoszenie będzie powolne, na tyle, byś utrzymał klarowność wizji, by obraz się nie rozmył. Możesz się zatrzymywać, by wyostrzyć wyobrażenie i poświęcić chwilę na kontemplację siebie na coraz większym tle.

Wznoś się, aż zobaczysz całą planetę. Teraz jesteś już maciupki i ledwo cię widać. Jesteś małą kropeczką, światełkiem na wielkim globie. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Zacznij oddalać się jeszcze bardziej. Możesz przyspieszyć – już straciłeś siebie z oczu, jesteś za mały, by pozostać widocznym. Oddalaj się, dopóki Ziemia nie stanie się kropką w Układzie Słonecznym. Dostrzeż kulę Słońca w środku, gazowe giganty na obrzeżach i okruch Ziemi, ledwo widoczny w okolicy naszej gwiazdy. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Możesz oddalać się jeszcze dalej, aż do momentu, kiedy ujrzysz całą Drogę Mleczną – naszą galaktykę, gdy Słońce stanie się tylko malutkim ziarenkiem na jej tle.

Przejdź drogę powrotną. Możesz to uczynić w miarę szybko, jakbyś był przyciągany ponownie do swego ciała. Zobacz siebie z góry z wysokości jednego metra. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Perspektywa w czasie

Drugi najczęściej spotykany sposób na praktykę ćwiczenia to oddalanie się w czasie. Wyobrażamy sobie ogrom czasu, który upłynął przed nami i który upłynie po naszym odejściu.

Początek jest taki sam: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój swój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie w takim wieku, jaki masz obecnie, ubranego w codzienne ciuchy. Wyobraź sobie, że idziesz bez celu ulicą swego miasta.

Rozpocznij od kierunku wstecz w czasie. Wyobraź sobie, że młodniejesz. Nadal idziesz, ale twoja twarz pozbywa się zmarszczek, zmieniają się ciuchy, przekształca się także miasto wokół ciebie – znikają nowe budynki, zmieniają się marki samochodów na ulicach.

Cofaj się, aż zobaczysz siebie jako dziecko, kroczące przez świat, jaki pamiętasz ze swoich najwcześniejszych wspomnień. Jeśli jest to dla ciebie komfortowe, możesz wyobrazić sobie siebie w łonie matki. Jeśli budzi to dyskomfort, odpuść – to nic kluczowego.

Dotarłeś do świata przed twoim narodzeniem. Wyobraź sobie twoją miejscowość taką, jaka była w twoich najstarszych wspomnieniach. Możesz spojrzeć z poziomu ulicy lub z lotu ptaka. Zacznij cofać się w czasie, skupiony na mieście. W pewnym momencie samochody ustąpią dorożkom, zabudowa się skurczy, stroje ludzi będą się zmieniać. Nie musisz przechodzić przez każdą epokę, ale uchwyć kilka z nich – może takie, które przyciągały uwagę na lekcjach historii.

Wreszcie miasto zniknie i ustąpi miejsca puszczy. Pomyśl o starożytnym Rzymie lub Grecji. Wyobraź sobie budowle, które dziś są ruiną, w czasach świetności – Koloseum, Partenon, hipodromy, akwedukty. Cofaj się dalej i te budowle znikną, ustąpią miejsca drewnianym chatom.

Dotrzesz do czasu, gdy nie było jeszcze na Ziemi człowieka. Może wyobrażasz sobie czas dinozaurów. Wyobraź sobie planetę i kontynenty wędrujące po jej oceanach w ogromnych skalach czasowych. Wyobraź sobie rozpad Pangei, wielkiego prakontynentu. Ameryki odrywają się od Europy i Afryki.

Możesz cofać się jeszcze dalej, do czasów powstawania Ziemi czy nawet wielkiego wybuchu.

Wróć do teraźniejszości. Weź kilka głębokich wdechów i rusz w przyszłość w podobny sposób. Wyobraź sobie siebie starzejącego się, idącego ulicami miasta. Spróbuj zgadnąć, jak zmieni się świat wokół ciebie.

Przyjdzie czas, gdy już cię nie będzie. Wyobraź sobie miasto – jak się rozwija i przekształca. Może pojawiają się w nim latające samochody. Powstają strzeliste drapacze chmur. Trwa rozwój.

Wyobraź sobie miasto, które się rozpada i starzeje. Może jest opuszczone, może nie ma już w nim ludzi. Ruiny budynków walą się w proch. Może nadal są tu ludzie, przychodzą i odchodzą, pokolenie za pokoleniem. Wyobraź sobie planetę jako całość – kontynenty nadal dryfują, może jakieś się zderzą, uformują nowy?

Możesz iść dalej w tym wyobrażeniu, aż do czasu, gdy Słońce zacznie umierać i pochłonie Ziemię, a nawet dalej – do śmierci cieplnej wszechświata.

Wróć do teraźniejszości. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Szczegóły techniczne

Dobrze wykonane ćwiczenie perspektywy kosmicznej wymaga sporej dozy skupienia, dlatego najlepiej zabezpieczyć na jego wykonanie spokojny czas i miejsce.

Dobrym momentem jest wieczorny przegląd siebie, jeśli masz w nim dość czasu. Jeśli nie, zarezerwuj czas osobno.

Warto zadbać, by w pomieszczeniu, w którym praktykujesz, było ciemno, cicho i wygodnie. Chodzi o to, by jak najmniej było elementów, które cię rozpraszają.

Perspektywa kosmiczna wymaga silnej wyobraźni. Dla wielu osób będzie niemożliwe, by ją wykonać, przynajmniej nie od razu. To nic niezwykłego – nie zrażaj się tym. Jest to kwestia praktyki, tak jak przy wielu innych ćwiczeniach – z czasem będzie łatwiej.

Może się okazać, że bariera wejścia jest tak duża, że nie jesteś w stanie zacząć. Wtedy z pomocą przyjdą inne ćwiczenia wzmacniające wyobraźnię: przegląd siebie, wizualizacja mistrza etc., czy coś tak prostego jak tworzenie i odgrywanie w myślach prostych historyjek. Z czasem wyobraźnia nabierze giętkości wystarczającej, by ponownie spróbować z perspektywą kosmiczną.

Podsumowanie

Perspektywa kosmiczna objawiła nam się jako paradoks: jest sposobem na oddalenie się od siebie, który nas do siebie zbliża. W tej pozornej sprzeczności zawiera się jej istota. W tym procesie jest element uwalniający – zrozumienie, że jesteśmy częścią czegoś większego, pewnej całości, która z nami czy bez nas będzie się toczyć, zdejmuje ciężar losów świata z naszych barków. Kiedy wypchniemy siebie z centrum wszechświata dzięki właściwej perspektywie, zrozumiemy, że nasza moc i nasza odpowiedzialność są cały czas z nami, w sferze naszych myśli, pragnień, decyzji. To paradoksalnie przywróci nas ponownie do centrum, ale z nowym spojrzeniem.

Za każdym razem, gdy oddalamy się ku nieskończoności, powracamy nie do pozycji wyjściowej, ale do miejsca odrobinkę bliżej nas samych. Właściwie zawsze tam byliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, zaprzątnięci problemami świata. Dzięki tej podróży możemy spojrzeć na siebie w nowy sposób, z bliższej perspektywy.

Pytanie, które wtedy się rodzi: co nowego mogę w sobie dostrzec po powrocie z wielkiego kosmosu?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Wizualizacja mistrza

Stoicki mistrz to ideał, do którego aspirujący filozof powinien dążyć. Jeśli oddajecie się lekturze tekstów starożytnych stoików, możecie odnieść wrażenie, że wszystko, co piszą, jest różnymi ujęciami i perspektywami na postać stoickiego mędrca. Trop ten widoczny jest wyraźnie u Epikteta – nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego teksty to „notatki z wykładów”. Wciąż wyraźny jest w listach Seneki – to też nic dziwnego, miały one charakter dydaktyczny. Najmniej widoczny jest u Marka Aureliusza – przewija się z rzadka; jego pisma to notatki na własny użytek, gdzie postać mędrca nie była tak istotna.

Im bardziej dydaktyczny stoicki tekst, tym więcej odwołań do ideału filozofa. W tym ujawnia się dydaktyczna natura tej koncepcji. Mistrz jest naszym probierzem, wzorcem, do którego porównujemy swoje czyny i myśli, by określić, gdzie znajdujemy się na drodze sztuki życia. Jest źródłem wskazówek, jak powinniśmy postępować w konkretnych sytuacjach; może być praktyczną inspiracją do podejmowania decyzji w zgodzie z kanonem filozofii.

Mistrz łączy wiele funkcji: od aspiracyjnego ideału, przez punkt odniesienia, aż po narzędzie podejmowania decyzji. Jego siła wiąże się z naszą podatnością na podążanie za przykładem i przywództwem, która objawia się nawet wtedy, gdy wódz jest tworem wyobraźni. Z tego samego źródła płyną jego słabości i zagrożenia, niewiele różniące się od ryzyk związanych z podążaniem za realnym przywódcą politycznym czy religijnym. Są to: ryzyko jednowymiarowego spojrzenia na świat; ryzyko przelewania własnych wad na jego postać; ślepe podążanie; dogmatyzm itd. Warto zdawać sobie z nich sprawę, pracując w praktyce nad naszym mistrzem.

Przejdźmy teraz do określenia, na czym polega wizualizacja mistrza, jak ją przeprowadzać i do czego ją wykorzystywać.

Jak stworzyć wyobrażenie mistrza?

Pierwszym krokiem w naszym ćwiczeniu jest stworzenie postaci, która będzie służyć za wzorzec. Nasuwają się dwa podejścia: zacząć od istniejącej osoby i wyposażyć ją w pożądane cechy lub zacząć od zera – od hipotetycznego człowieka. Zaletą pierwszego jest oszczędność czasu, bo pewne cechy są już dane, oraz łatwość utożsamienia się – mamy imię, a czasem także wizerunek, do którego możemy się odwołać. Zaletą drugiego jest brak obciążenia niepożądanymi cechami i czynami oraz pełna swoboda w kształtowaniu

Jeżeli wybierzecie pierwszą opcję, sugeruję, byście wybrali osobę nieżyjącą – najlepiej od dawna. Chodzi o to, by była mała szansa, że ktoś wyciągnie jej przysłowiowego „trupa z szafy” i będziecie musieli od nowa tworzyć swoją wizualizację. Dawno zmarli antyczni filozofowie świetnie nadają się na bazę dla mistrza, ale inne historyczne postacie również spełnią tę rolę.

Mając bazę, możemy zacząć tworzyć. Świetnym punktem wyjścia jest nasze rozumienie dobra i zła (etyka lub moralność) oraz nasza hierarchia wartości, którą warto opracować przed podjęciem się dzisiejszego ćwiczenia.

Sama procedura jest prosta: staramy się wyobrazić sobie człowieka, który posiada wszystkie cechy, jakie zaliczylibyśmy do dobrych, oraz który nie tylko wyznaje, ale konsekwentnie realizuje istotne dla nas wartości. Jeżeli mamy jasność co do naszych poglądów w tych dwóch sferach, proces ten będzie prosty. Kłopoty mogą pojawić się wtedy, gdy trafimy na luki lub nieostre koncepcje w naszej moralności i wartościach. Zamiast jednak traktować to jako przeszkodę, niech będzie okazją do lepszego zrozumienia tych sfer.

Drugą przeszkodą, bardziej techniczną, jest kwestia posiadania dość „giętkiej” wyobraźni, by być w stanie stworzyć wizualizację, do której będziemy mogli się odnieść. Tutaj pomocne będzie użycie konkretnej osoby jako bazy, tak byśmy mieli fizyczny obraz (nawet jeśli wzięty z antycznego posągu), na którym możemy się oprzeć. Kolejną przydatną taktyką jest wyobrażanie sobie mistrza w konkretnych życiowych sytuacjach, które kojarzymy z dobrem lub jedną z wartości. Chodzi o odgrywanie w głowie scenek obrazujących, jak mistrz reaguje, myśli i działa w danych okolicznościach. Im więcej ich zwizualizujemy, tym bardziej namacalna stanie się ta postać.

Gdy zbudujemy mistrza, przyjdzie czas na wykorzystanie go w praktycznych sytuacjach dnia codziennego. Niesie to dodatkowy poziom komplikacji: nawet jeśli mistrz jako ideał jest doskonały, nasz dostęp do niego taki nie jest. Możemy mylić się co do tego, jak postąpiłby w danej sytuacji. A nawet gdy trafnie to rozpoznamy, nie oznacza to jeszcze, że będziemy w stanie tak postąpić. Możemy myśleć o tym jako o trzech etapach: budowanie ideału (o tym pisaliśmy), interpretacja w konkretnym przypadku oraz wdrażanie wniosków w działaniu. Dwa ostatnie etapy wymagają praktyki i treningu, by mogły zadziałać. Spójrzmy teraz na kilka sposobów ich realizacji.

Mistrz jako gwiazda polarna

Podstawowym zastosowaniem koncepcji mistrza jest traktowanie go jako celu, do którego dążymy. Możemy w ramach przeglądów siebie wizualizować go, by utrwalać obraz ideału. Mistrz jest w tym podejściu rodzajem gwiazdy polarnej – znacznika na horyzoncie, do którego dążymy, ale który pozostaje nieosiągalny.

Uświadomienie sobie tej prawdy jest ważne w praktykowaniu wizualizacji mistrza: osiągnięcie ideału to fantazja, dążenie do ideału to rzeczywistość. Nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że nikt nigdy nie osiągnął ani nie osiągnie takiego stanu charakteru i ducha, ale możemy powiedzieć, że jego osiągnięcie jest bardzo mało prawdopodobne. Nie znam nikogo, kto spełniłby wzorzec stoickiego mistrza. Antyczni przywoływali w tym kontekście Sokratesa, ale i on – w mojej opinii, taki, jak wyłania się z platońskich dialogów – nie osiągnął ideału.

Sensem istnienia gwiazdy polarnej nie jest dotarcie do niej, lecz wyznaczanie stałego kierunku. Tak też możemy myśleć o naszym mistrzu – jako o latarni morskiej, na którą kierujemy nasz statek. Nie musimy do niej dotrzeć, by skorzystać z jej światła.

Mistrz jako probierz naszych działań

Drugie zastosowanie idei mistrza to wykorzystanie jej jako miary naszych działań. Chodzi mi tu konkretnie o działania przeszłe, czyli spojrzenie na to, co uczyniliśmy, i refleksję, co inaczej zrobiłby w tej sytuacji mistrz.

Ważne, by w toku owych porównań nie przejść w tryb oceniania siebie, czyli żeby nasz mistrz nie stał się wcieleniem wewnętrznego krytyka. Jeśli tak się stanie, praktykowanie tego ćwiczenia zamiast pomagać – będzie szkodzić. Bądźmy więc uważni na ton i charakter porównania. Celem jest zrozumienie, co możemy poprawić, a nie karcenie się za błędy.

Naturalnym momentem dla tego zastosowania jest wieczorny przegląd siebie. Warto uczynić mistrza stałym narzędziem w procesie medytacji kończącej dzień. Nie sugeruję, by każdą drobną decyzję konfrontować z ideałem, ale te najpoważniejsze oraz najtrudniejsze warto z nim zestawić. W tym przypadku wizualizacja mistrza jest narzędziem dodatkowym, ale przydatnym

Mistrz jako element wspierający decyzję

Kolejne zastosowanie ma charakter doraźny, w tym sensie, że mistrza używamy w momencie podejmowania decyzji. W kontekście dwóch poziomów sądu mówiliśmy o tym, że krótki czas między pierwszą reakcją (emocją) a działaniem jest przestrzenią na namysł i decyzję. Czy raczej: powinniśmy tworzyć tę przestrzeń, by nie reagować automatycznie. W tych kilku sekundach jest miejsce dla dobrze przepracowanej postaci mistrza.

Dlaczego piszę o „dobrze przepracowanej” postaci mistrza, a nie po prostu o postaci mistrza? Ze względu na bardzo krótki czas, jaki mamy zazwyczaj na reakcję. Żeby mistrz był skuteczny, musi być dostępny i klarownie zdefiniowany. Jeżeli potrzebujemy czasu, by tę postać przywołać, a do tego musimy się długo zastanawiać, jak by się zachowała, to w kilka sekund niczego nie uzyskamy. Jeśli natomiast wykonaliśmy pracę i możemy mistrza przywołać w ułamku sekundy oraz doskonale wiemy, jak postąpiłby w danej sytuacji, to będzie on dla nas wsparciem w momencie decyzji.

Nie każda decyzja w naszym życiu ma tak natychmiastowy charakter – w wielu przypadkach czasu do namysłu jest więcej. W takich sytuacjach mistrz, nawet nie w pełni wypracowany, jest przydatną koncepcją. Jak w przypadku szybkich decyzji, zadajemy sobie pytanie: co mistrz zrobiłby w tej sytuacji i staramy się odpowiedzieć. Piszę: „staramy się”, bo sukces nie jest to oczywisty. Nawet gdy wiemy, co powinniśmy zrobić, nie znaczy to, że będziemy w stanie tak postąpić. I choć warto się starać dorównać ideałowi, to nie warto się dołować tym, że go nie osiągnęliśmy. Perfekcjonizm nie jest dobrym partnerem, a szczególnie w pracy z ideałem mistrza, co może być nieco zaskakujące.

Podsumowanie

Wzorowanie się na innych jest znaną i historycznie sprawdzoną techniką rozwijania się i uczenia. Już w najmłodszym wieku, duża część naszej edukacji opiera się na obserwacji „mistrzów” – naszych rodziców, nauczycieli, krewnych. W okresie dojrzewania naszymi wzorcami stają się gwiazdy show-biznesu, osoby publiczne i – przede wszystkim – nasi rówieśnicy. W wieku dorosłym nie ma już oczywistych ideałów, za którymi moglibyśmy podążać.

Jeżeli chcemy nadal korzystać z dobrodziejstw wzorowania się na mistrzach, musimy stworzyć ich sami. Nie bez powodu używam tu słowa „stworzyć” zamiast „wybrać”. Istnieje istotna różnica między podążaniem za konkretnym człowiekiem – przywódcą politycznym, religijnym czy społecznym – a wytworzeniem idealnego wzorca człowieka, do którego dążymy. Dziś pisałem o tym drugim podejściu: o „mistrzu” jako abstrakcyjnej konstrukcji, która personifikuje ideały. Konstrukcji, którą możemy świadomie modyfikować i która pozostaje od nas zależna. I to ostatnie jest kluczowe: podążając za przywódcą, oddajemy się w ręce czegoś od nas niezależnego; podążając ku wymyślonemu ideałowi, pozostajemy zależni od tego, nad czym mamy kontrolę.

Obie ścieżki niosą ryzyko zejścia na manowce, jednak jest ono większe w przypadku wpływu zewnętrznego. Choć wybranie lidera, którego będziemy naśladować, jest prostsze niż świadome „stworzenie” go, to zyski płynące z tego drugiego podejścia są warte włożonego wysiłku. Zapoznaliście się dzisiaj z technicznymi aspektami realizacji tej ścieżki. Zachęcam do eksperymentowania z nią –jako alternatywą dla politycznych, społecznych czy religijnych wzorców. Warto bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie: za jakim mistrzem chcę podążać?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Praca z przekonaniami

Człowiek jest plątaniną przenikających się przekonań. Formują się one w toku ludzkiego życia. Część z nich można wywieść z dziedzictwa ewolucyjnego, z genów. Wiele formuje się w procesie wychowania i socjalizacji – są plonem dzieciństwa. W dorosłości nabywamy nowe, zmieniamy istniejące i pozbywamy się starych.

Przekonania nie muszą być świadome i to dwojako. Po pierwsze, możemy być nieświadomi, że przekonanie w nas powstaje – tyczy się to szczególnie tych z dzieciństwa, ale nie ogranicza się do nich. Po drugie, choć przekonanie powstało świadomie, z czasem zostaje zepchnięte do nieświadomego, czy to poprzez zapomnienie, czy tłumienie.

Dziś spojrzymy na technikę pracy z przekonaniami, nim jednak do niej przejdziemy, dookreślimy, nie siląc się na rygor definicyjny, co rozumieć będziemy pod tym pojęciem.

W najprostszym ujęciu przekonanie to zdanie logiczne, co do którego prawdziwości wierzymy. Tutaj moglibyśmy się zatrzymać: zbiór przekonań to zbiór naszych osobistych prawd. Warto jednak dodać, że zbiór ten jest wielce różnorodny: od prostych obserwacji rzeczywistości (np. Słońce wschodzi na wschodzie, mam dwie ręce etc.) po złożone przekonania etyczne (np. zabicie człowieka jest złe, mówienie prawdy jest dobre etc.).

Dla naszych celów istotny będzie ten drugi biegun, choć zaznaczam, że regularne sprawdzanie przekonań o „faktach” też jest wskazane (pozdrawiam z tego miejsca antyszczepionkowców i płaskoziemców). Szczególnie interesujące będą dla nas przekonania zawierające następujące słowa: „muszę”, „powinienem/powinnam”, „koniecznie”, „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „każdy”, „oczywiście”, „niemożliwe”, „pewne”, „dobre”, „złe”, „straszne”, „nie do zniesienia” – wraz z innymi formami gramatycznymi oraz synonimami. Wyłaniają się tu trzy kategorie:
1. przekonania o konieczności („muszę”, „zawsze”, „wszyscy”, „nigdy” etc.);
2. przekonania etyczne („dobre”, „złe”);
3. przekonania o cierpieniu / o zranionym ego („straszne”, „krzywda”, „cierpienie” etc.).
Przede wszystkim dla nich praktykujemy dialog z przekonaniami, przy czym kategorię 1 i 3 chcemy zminimalizować, a kategorię 2 uporządkować.

Przejdźmy do metod pracy z przekonaniami. Podzielę się z wami tymi sposobami, które sam stosuję, jednak chciałbym zwrócić uwagę na zestaw metod terapii poznawczo-behawioralnej. Wiele z nich to techniki pracy z przekonaniami, które są stosowane w praktyce terapeutycznej, ale mogą być zaadaptowane do stosowania na własną rękę, w sytuacjach niewymagających interwencji specjalisty. Szczegóły technik terapii poznawczej znaleźć można między innymi w „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka” Roberta Leahy’ego. Pamiętajcie jednak, że praktyka na własną rękę nie zastępuje pomocy specjalisty.

Pierwszym krokiem w pracy z przekonaniem jest zdanie sobie sprawy, że je posiadamy. Wraca tu wspomniana już wcześniej na blogu, w kontekście dwóch poziomów sądu, uważność. Podobnie moją rekomendacją jest stosowanie znanych technik, których szczegóły dostępne są w internecie i literaturze, plus stosowanie „wstecznej uważności”, czyli analizowania przeszłych zdarzeń. W kontekście dzisiejszego ćwiczenia skupiamy się na zrozumieniu, jakie przekonania zostały aktywowane w intensywnych (emocjonalnie, intelektualnie) momentach minionego dnia.

Pytaniami przewodnimi przy tej technice są: dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Jaki miałem powód/argument, by tak zareagować? Formę pytania można dostosować do sytuacji, ale kluczowe jest, by wyjść poza „co zrobiłem” do „dlaczego?”, bo to ma szansę odsłonić przekonanie. Warto odnotować, że przekonania mogą się nawarstwiać i to, co zauważymy jako pierwsze, to przekonanie wtórne, wynikające z czegoś głębszego. Proces odkrywania może potrwać długo i doznawać opóźnień oraz wymagać wracania do niektórych przekonań.

Gdy mamy zidentyfikowane przekonanie, nad którym chcemy pracować, możemy przejść do drugiego etapu. W nim celem jest zbadanie przekonania pod kątem prawdziwości i logicznej spójności. Nie chodzi o obalenie go! Rozpoczynając proces, nie zakładamy, iż jest ono niesłuszne, ale że poddajemy je badaniu w celu sprawdzenia. Jeżeli przekonanie wytrzyma skrupulatne testy, to pozostaje jako element naszego rozumienia świata, a my nabieramy wiary w jego solidność.

Proponuję dwa podejścia do pracy z przekonaniami. Pierwsze to postawienie siebie w roli oskarżyciela przekonania, adwokata diabła, który chce rzucić cień na świętość, w którą wierzyliśmy od zawsze. Naszym zadaniem jest tworzenie scenariuszy, które jawnie zaprzeczają przekonaniom – pamiętając, że jeśli coś ma być zawsze prawdziwe, to wystarczy jeden kontrprzykład, by to obalić. Mamy wyszukiwać wyjątki w rzekomych regułach. Mamy próbować udowodnić, że prawdziwe jest coś przeciwnego.

Jeżeli znamy logiczne uzasadnienie dla badanego zdania, to szukamy luki w prowadzącej do niego argumentacji, błędów i niespójności. Szukamy danych i badań naukowych, które przeczą naszym przekonaniom. Jesteśmy po to, by wyciągnąć na światło dzienne wszelkie kontrargumenty i nieścisłości.

Możemy wejść w ten proces z pełnym zapałem i gorliwością, nic nie ryzykując. Bo jeśli nasze przekonanie jest słuszne, to nieważne, ile czasu poświęcimy na próby obalenia go – nigdy nam się to nie uda. Możemy śmiało atakować i tylko upewnimy się i umocnimy naszą wiarę. W końcu nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest. Prawda?

Na końcu tego procesu powinniśmy albo uprawdopodobnić nasze przekonania, albo obalić je lub skonkludować, że najprawdopodobniej jest błędne. Zazwyczaj, jeśli podejdziemy do sprawy rygorystycznie, będziemy operować prawdopodobieństwem i nie dostąpimy pewności. Pamiętajmy jednak, że twierdzenie, które jest najprawdopodobniej fałszywe, powinno być w praktyce odrzucone.

Druga metoda to rozmowa z samym sobą, ale nie byle jaka, bo w formie sokratejskiego dialogu. Naszym zadaniem jest stawianie serii pytań, wychodząc od bazowego przekonania. Mają nam one pozwolić lepiej zrozumieć, dlaczego wierzymy w daną myśl. Zacznijmy od prostego: „Dlaczego uważasz, że…” i tutaj wstawmy treść przekonania. W tej rozmowie nie ma drugiej osoby, musimy odpowiedzieć sobie sami. Starajmy się być w tych odpowiedziach wyczerpujący, lecz konkretni, nie rozwlekajmy ich w długie elaboraty – mają przedstawić esencję, a nie służyć przekonaniu kogoś do naszych racji.

Mając pierwszą odpowiedź, mamy materiał potrzebny do sformułowania kolejnych pytań. Jakie one będą, zależy od badanych treści. Ich celem powinno być dążenie do zrozumienia naszego stanowiska i rozjaśnienia wątpliwości, jakie się nam nasuwają. Może jedno ze słów jest niejasne i warto zapytać o jego sens? Może wewnątrz odpowiedzi kryje się kolejne przekonanie, które warto sprawdzić? Starajmy się nie przyjmować niczego za pewnik. Pytajmy o uzasadnienie nawet oczywistych zdań. Jeśli takie faktycznie są, znajdziemy je szybko. Jeśli nam się nie uda, to ujawnimy trop do zbadania, kolejne przekonanie do pracy.

Dialog powinien trwać aż do momentu, kiedy poczujemy, że wyklarowaliśmy, czy przekonanie jest słuszne, czy też nie. Może je obaliliśmy, może zachowaliśmy w całości, a może zmodyfikowaliśmy. Na końcu procesu mamy więcej zaufania do tego, w co wierzymy, co nie jest tym samym co pewność. Z pewnością można twierdzenia odrzucać, ale niezwykle trudno z pewnością ich dowodzić. Jeśli na końcu nabraliśmy pewności, że przekonanie jest fałszywe, to jest to akceptowalny wynik. Jeśli natomiast nabraliśmy pewności, że zdanie jest prawdziwe, to najpewniej zbłądziliśmy i powinniśmy tylko stwierdzić, że jest bardziej prawdopodobne.

Konkludując dzisiejszy artykuł, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeden fakt. Po udowodnieniu, że jakieś przekonanie jest fałszywe lub powinno być zmienione, jest jeszcze proces praktycznej zmiany zachowania i sposobu bycia, czyli zrealizowanie naszych logicznych wniosków w rzeczywistości. Nie należy go ignorować i zakładać, że samo rozumowanie wystarczy. Nowe przekonania trzeba praktykować, bo do starych jesteśmy przyzwyczajeni i będą one wracać jak bumerang.

Tak jak przy wszystkich ćwiczeniach stoickich, tak i tu, powtarzanie i praktyka są ścieżką do sukcesu. To, co opisałem powyżej, nie jest magiczną różdżką na nasze błędy myślenia. To początek pracy nad sobą i drogi trwałej zmiany. W nieunikniony sposób będziemy na tej drodze zwalniać i się cofać. Będzie się zdarzać, że do jednego przekonania konieczne będzie kilka podejść, bo wróci ono z nowymi argumentami. Albo że poczujemy się jak człowiek obierający cebulę, gdzie praca nad jednym przekonaniem odsłoni kolejne, które było jego źródłem, a po nim kolejne i kolejne.

To żmudny proces, ale wart wykonywania, bo każdy jego krok, każde powtórzenie poprawia spójność i jakość myślenia. Zbliża nas do lepszego zrozumienia rzeczywistości i naszego w niej miejsca. Przyciąga nas do prawdy na tyle, na ile jesteśmy się do niej w stanie zbliżyć.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dwa poziomy sądu

Czy zdarzyło wam się kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? W gniewie powtórzyliście jego słowa, pogłębiło się poczucie obrazy, zdecydowaliście się odpowiedzieć słowami, które uznaliście za mocne, a wasz gniew wzrósł. Może ta osoba także odpowiedziała i sytuacja eskalowała.

Czy zdarzyło się wam kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? Zatrzymaliście się na moment. Zaczerpnęliście dwa oddechy. Zapytaliście siebie: czy jego zdanie jest istotne? Czy w jego słowach jest ziarno prawdy? Spojrzeliście na to, co powiedział, jako na informację zwrotną, którą można przyjąć lub odrzucić. Gniewu już z wami nie było. Nie odpowiedzieliście nic lub odpowiedzieliście ze spokojem. Sytuacja się rozwiązała.

Te dwa przykłady, które rozpoczęły się tak samo, jednak dotarły do zupełnie odmiennych konkluzji, ilustrują esencję stoickiego ćwiczenia znanego pod nazwą dwóch poziomów sądu. Opiera się ono na obserwacji, że między naszym pierwszym wrażeniem i związanym z nim zalążkiem emocji, wstępnym sądem, a reakcją i działaniem znajduje się przestrzeń, w której jest miejsce na drugi sąd – na ponowne spojrzenie i zmianę wstępnego wyobrażenia.

Dla jasności dzisiejszego wywodu konieczne jest wyjaśnienie zawiłości związanych z pojęciem emocji. Ten termin ma dwa znaczenia, z których jedno zawiera się w drugim. Oba funkcjonują w naszej intuicji językowej, mieszają się ze sobą i są praktycznie używane.

Pierwsze, szerokie, rozumienie utożsamia „emocje” ze stanami afektywnymi. W tej interpretacji miłość, smutek i złość są ich przykładami. Jest to potocznie najczęstsza intuicja tego pojęcia. Na nasze potrzeby jest ona zbyt szeroka – nie będziemy używać pojęcia emocji w tym sensie.

Drugie, wąskie, rozumienie ogranicza „emocje” do krótkotrwałych, silnych stanów afektywnych, których biologicznym celem jest mobilizacja do reakcji na zagrożenie lub szansę. Emocje o zabarwieniu nieprzyjemnym mają nas zniechęcać do robienia czegoś, a te o zabarwieniu przyjemnym – do powtarzania wywołujących je aktywności. W najprostszej wersji wyróżnia się cztery podstawowe emocje: radość, smutek, strach i złość. W tym właśnie sensie używać będziemy tego pojęcia.

Praktykowanie poziomów sądu podzieliłbym na dwa etapy. Drugi z nich to sam sąd i przyzwolenie, jakie dajemy na rozwinięcie się i wzmocnienie emocji. Pierwszy, mniej oczywisty, to uważność, która pozwala dostrzec, że proces się zaczął i mamy okazję do interwencji – to konieczność, bez której ćwiczenie nie może mieć miejsca.

Technik ćwiczenia uważności jest wiele i są dobrze znane oraz łatwe do odnalezienia w internecie czy literaturze. Są to techniki oddechowe, medytacyjne i inne. Nie będę tu ich powielał – powiem tylko, że są one dobrym narzędziem na nasze potrzeby, czyli do trenowania pierwszego etapu dwóch poziomów sądu. Zachęcam do ich stosowania, zwłaszcza że korzyści z nich płynące wykraczają poza dzisiejszy temat.

Jest jedno specjalne i nietypowe podejście do uważności, na które chciałbym zwrócić uwagę – technika, która mi osobiście pomaga w praktyce. Chodzi o coś, co nazywam „wsteczną uważnością” albo refleksją nad emocjami. Jest ona przydatna szczególnie wtedy, gdy nie mamy jeszcze zdolności i zasobów, by zachować uważność w momencie kryzysu.

Polega ona na tym, by po czasie, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie, gdy przechodzimy przez miniony dzień, zatrzymać się nad zdarzeniami, w czasie których wyzwoliła się w nas silna emocja. Chcemy zastanowić się: co było bodźcem, który zainicjował proces? Jakie przekonanie zostało aktywowane (dlaczego uznaliśmy, że coś jest dobre lub złe)? Jaką emocję uformowaliśmy? Czy ona eskalowała, a jeśli tak, to dlaczego? Jaką formę przybrała po eskalacji? Do jakich działań doprowadziła? Czy były to słuszne i produktywne działania?

Sugeruję tu szczegółowe spojrzenie. Ideą, która przyświeca temu podejściu, jest utorowanie w przyszłości łatwiejszego uchwycenia momentu podobnej reakcji. Myśląc o tym, sprawiamy, że jest większa szansa, iż nasz mózg rozpozna podobną sytuację i „aktywuje” uważność. To inwestycja w przyszłe reakcje.

Kiedy wypracujemy sobie uważność, możemy zacząć praktykować elementy kontroli. Kluczem do udanego wykonania dwóch poziomów sądu jest nie zmuszanie się do zdominowania swojej emocji. Innymi słowy, powinniśmy uważać, by nie starać się w tym procesie emocji stłumić, bo nie o to chodzi. W tej wersji ćwiczenia emocja już z nami jest – zamiecenie jej pod dywan nie pomoże, a nawet może nam zaszkodzić.

Nie tłumimy więc, tylko stawiamy pytanie: jak chcę zareagować w związku z zaistniałą sytuacją i z emocją, którą czuję? To, że odczuwam gniew, nie oznacza, że jestem zobowiązany do tego, by krzyczeć czy kogoś uderzyć. To, jak zareaguję, zależy ode mnie, ale muszę tę decyzję świadomie podjąć. Jeśli to zaniedbam, włączy się automatyczna reakcja – niejednokrotnie taka, której będę żałował. Pochodzą bowiem one z innego etapu ewolucji niż ten, na którym się znajdujemy, i często są nieadekwatne do sytuacji.

Ponownie – kluczem do sukcesu w tym ćwiczeniu nie jest forsowanie czy usilne próby zatrzymania czegoś. Kluczem jest stworzenie sobie przestrzeni w czasie – dosłownie kilku sekund. Przestrzeni wystarczającej, by wyższe procesy w mózgu miały możliwość zadziałać, rozpocząć analizę i podjąć decyzję, co dalej zrobić. Tylko tyle i aż tyle: dwie–trzy sekundy między emocją a reakcją to czas potrzebny, by w sprawę wmieszały się ośrodki kontroli w mózgu i byśmy mogli wypracować nową odpowiedź na emocję. Odpowiedź ta niekiedy będzie dokładnie taka sama jak dyktowana przez emocję – zwykle jednak dojdzie do jej modyfikacji lub nadpisania.

Jak to zrobić? Tutaj także jest niemało technik, dyskutowanych chociażby w kontekście terapii poznawczo-behawioralnej. Jedna z nich to zaczerpnąć dwa głębokie wdechy przez nos, z pełną kontrolą. Skoncentrować się na precyzyjnym oddychaniu. To są dwie–trzy sekundy, które mózg może wykorzystać na analizę. Alternatywnie możemy powtórzyć w myślach krótką mantrę. Technik jest wiele – musimy wybrać jedną, która najbardziej nam odpowiada, i ćwiczyć.

Podsumowując dzisiejszy wywód, pracując nad wyrobieniem odruchu działania na dwóch poziomach sądu, powinniśmy zacząć od praktykowania uważności, która pozwoli pochwycić moment pojawienia się emocji. Następnie winniśmy zacząć praktykować dawanie sobie odrobiny czasu między emocją a reakcją – dość, by umysł miał okazję wkroczyć z analizą sytuacji.

Na początkułatwiej będzie nam osiągnąć ten efekt w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z niezbyt intensywną emocją. Z czasem, w miarę praktyki, będziemy mogli dotykać coraz trudniejszych, intensywniejszych sytuacji.

To są dwa istotne czynniki: czas i praktyka. Tak jak w każdym właściwie ćwiczeniu stoickim, nie osiągniemy żadnych efektów, jeśli nie zainwestujemy czasu i nie będziemy praktykować. Nie ma tu drogi na skróty. Jeśli chcemy emocjami zarządzać, zamiast je tłumić, to musimy ćwiczyć wytrwale i pogodzić się z faktem, że postępy zajmą lata, że czasem nastąpi regres, że prędzej czy później przyjdzie zdarzenie tak intensywne, że wytrąci nas z rytmu.

Doskonałość nie jest naszym celem. Celem jest poprawa i usprawnienie funkcjonowania, zbliżenie się do działania w trybie nieustającej refleksji. Dzisiejsze ćwiczenie jest jednym z tych, które mają nas do tego celu zbliżyć. Nie zrażajcie się, że nie zawsze będzie wychodzić, że początki mogą być trudne. Ruch jest wszystkim, cel jest niczym.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.