Cel, potrzeba, zachcianka

Jak się mają potrzeby do zachcianek? Taka dyskusja rozgorzała niedawno na pewnym czacie grupującym osoby zainteresowane stoicyzmem. Zainspirowany jej tematem postanowiłem podjąć go na blogu i zaproponować pewne jego rozwinięcie i analityczne usystematyzowanie. Choć może to nie być oczywiste na pierwszy rzut oka, rozważania te są blisko związane z tematem komfortu, który analizowaliśmy w poprzednich wpisach.

Cel

Zacznijmy od krótkiego namysłu nad pojęciem celu, które przyda nam się za chwilę, by przedyskutować pojęcie potrzeby. Intuicja celu jest dość klarowna: to coś, do czego dążymy, coś, co chcemy osiągnąć lub uzyskać. W podróży cel to miejsce, do którego chcemy dotrzeć. Celem może być coś chwilowego i ulotnego, co osiągnięte znika i po osiągnięciu czego działanie się kończy. Celem może też być pewien trwały stan i jego podtrzymywanie (np. szczęśliwe życie).

To już dobra podstawa. Chciałbym jednak uściślić kilka kwestii i dalej myśleć o celu, biorąc je pod uwagę.

Pierwsza rzecz to odseparowanie celu od jakiegokolwiek aktu woli. Jeżeli jakiś układ dąży do pewnego stanu końcowego lub stanu trwałego, to ten układ ma cel. Samo istnienie celu nie implikuje woli, świadomości czy wyboru. W tym sensie celem genu jest jak najdłuższe trwanie. Celem lawiny jest spaść w dolinę. Celem kuli na strzelnicy jest tarcza. Oczywiście wola i świadomość mogą tworzyć i obierać cele.

Druga kwestia to obserwacja, iż cele mogą składać się z pomniejszych celów. Przykładowo ogólny cel „kupić własne mieszkanie” może składać się z celów „znaleźć lepiej płatną pracę”, „ograniczyć wydatki” itp. Realizacja pomniejszych celów przybliża zrealizowanie celu nadrzędnego. Warto tu zauważyć, że jest możliwe, że różne zestawy celów pomniejszych prowadzą do celu większego. Na przykład do celu „lepsza jakość życia” możemy dążyć poprzez cele „praktykowanie jogi” i „zdrowe odżywianie” albo „ćwiczenia na siłowni” i „psychoterapia”.

Obiekty nieposiadające woli także mogą mieć cele złożone. Przykładowo bakteria ma cel „unieśmiertelnienia genów” i może go realizować poprzez podcele: „wydłużenie życia komórki” oraz „kopiowanie komórki”.

Trzecia kwestia to obserwacja, iż systemy, szczególnie te świadome, mogą mieć kilka różnych celów. Cele te mogą być powiązane lub niezależne, mogą sobie nawzajem sprzyjać, być ze sobą sprzeczne lub być względem siebie obojętne. Różnorodność celów może płynąć w szczególności ze zróżnicowanej i złożonej struktury. Na przykład pracownik korporacji ma inne cele niż dział, w którym pracuje, który ma jeszcze inne cele niż cała nadrzędna organizacja. Jest korzystne dla takich złożonych struktur, by cele te były wzajemnie sprzyjające, a przynajmniej ze sobą niesprzeczne.

Potrzeba

W dążeniu do celu wyróżniłbym pięć kategorii zjawisk i działań:

  1. to, co konieczne do osiągnięcia celu;
  2. to, co przydatne do osiągnięcia celu, ale niekonieczne;
  3. to, co obojętne dla osiągnięcia celu;
  4. to, co utrudnia, ale nie uniemożliwia osiągnięcie celu;
  5. to, co uniemożliwia osiągnięcie celu.

Biorąc pod uwagę powyższe rozbicie, to, co określiłbym mianem potrzeb względem danego celu, mieści się w obrębie punktów jeden i dwa. Należy rozstrzygnąć kwestię, czy obejmuje oba te punkty, czy raczej ogranicza się tylko do punktu pierwszego.

Na potrzeby tego artykułu przyjmijmy, że za pojęciem potrzeby stoi jakaś konieczność, czyli że potrzeba to coś, co jest niezbędne do osiągnięcia jakiegoś celu przy konkretnej strategii jego osiągnięcia (bo nie jedna droga prowadzi do celu). Pamiętajmy przy tym, że możliwe jest nieco szersze, „miększe” rozumienie tego pojęcia, które wlicza do niego także to, co do osiągnięcia celu jest przydatne.

Nawet przy takim, wydawałoby się, dość ścisłym wyborze jest pewna płynność pojęciowa związana z potrzebami „absolutnymi” to znaczy takimi, które nie zależą od obranej strategii i „względnymi”, które są niezbędne dla konkretnej strategii. Rozważmy przykład celu genu, który ma za swój nośnik komórkę bakterii.

Gen w komórce bakterii

Jedynym celem genu jest przetrwanie. Cel ten nie jest oczywiście żadnym wyborem ani nie jest świadomie obierany. Jest konsekwencją praw fizyki i chemii określających działanie złożonej molekuły DNA lub RNA. Nieco od innej strony można by to ująć tak: złożone molekuły ulegają rozpadowi na swoje prostsze składniki (dążenie do minimum energii albo maksimum entropii), chyba że wytworzą mechanizmy, które będą aktywnie działać (będą miały za cel) w kierunku podtrzymania ich egzystencji. Doprecyzowując: tak jest w przypadku cząstek, które wykazują aktywność chemiczną. Jest możliwe „zamrożenie” cząstki w lokalnym minimum energii. Aby taka cząstka się rozpadła, potrzebne jest dostarczenie energii (energia aktywacji).

Jakie potrzeby ma w związku z tym gen w bakterii? To zależy od strategii, jaką obierze w dążeniu do celu – przynajmniej w teorii, bo praktyka pokazuje coś nieco odmiennego. Rozważmy hipotetycznie, jakie strategie może obrać w dążeniu do przetrwania. Niech pierwszą z nich będzie uczynienie swego nośnika niezniszczalnym i nieśmiertelnym. Drugą niech będzie rozmnażanie się, replikowanie, które sprawia, że śmierć jednego konkretnego nośnika nie doprowadzi do zagłady genu.

Te dwie strategie generują odmienne zestawy potrzeb. Dla nośnika nastawionego na replikację rozmnażanie się jest potrzebą, warunkiem koniecznym przetrwania. Dla nośnika nastawionego na nieśmiertelność odporność na wszelkie czynniki środowiskowe jest potrzebą, warunkiem koniecznym.

Co interesujące, warunki te niekoniecznie się wykluczają i może być tak, iż nośnik dąży do spełnienia obu! Wydaje się, że spełnienie chociaż jednego z nich jest konieczne do zrealizowania strategii przetrwania. To ciekawy niuans, bo w związku z tym widzimy, że o tym, co jest potrzebą decyduje nie tylko cel, ale również strategia dążenia do celu. W związku z tym możemy mówić o takich koncepcjach jak minimalny zbiór potrzeb, zamienność potrzeb (wystarczy, że jedna z potrzeb ze zbioru jest spełniona, by cel był osiągalny).

Na koniec tego przykładu jeszcze wyjaśnienie: w praktyce strategia nieśmiertelności nie działa i praktycznie wszystkie organizmy idą ścieżką rozmnażania się. Jednak elementy strategii nieśmiertelności są obecne, choć już w zmodyfikowanej formie: bądź dość wytrzymały i długożyjący, by się skutecznie i wielokrotnie rozmnożyć. Bardziej realistyczna lista potrzeb genu to: rozmnożyć się, pozyskać energię, pobierać i selekcjonować informację i reagować na środowisko. Można dyskutować, na ile są to samodzielne potrzeby, a na ile się wzajemnie przenikają lub się w sobie zawierają.

Zachcianka

W kontekście powyższych rozważań proponuję następującą definicję zachcianki: zachcianka to potrzeba lub coś przydatnego do osiągnięcia celu innego niż obecnie realizowany, a konkretnie celu mniej istotnego (przynajmniej w danym momencie).

Jakie są pewne praktyczne konsekwencje takiej definicji? Rozważmy kilka. Niektóre okażą się dość nieintuicyjne.

System pozbawiony woli też może mieć zachcianki, o ile ma więcej niż jeden cel oraz między jego celami istnieje hierarchia albo jeśli są aktywne w innych chwilach czasu. Ta obserwacja jest nieco zaskakująca, ale jest naturalną konsekwencją ogólnego spojrzenia na cele i potrzeby, jakie obraliśmy wcześniej. Osobnym pytaniem jest, czy taki system może zrealizować zachciankę, bo jedna rzecz to ją mieć – inna za nią podążyć. Odpowiedź także wydaje się być twierdząca, o ile system jest zdolny do popełniania błędów, a praktycznie każdy realistyczny system jest do tego zdolny. Jeśli tak, to taki błąd właśnie może być przyczynkiem do podążenia za zachcianką, gdy korzystniej dla systemu byłoby tego nie czynić.

System, który ma tylko jeden cel nie może mieć zachcianek. Czyli nie istnieje nic, co mogłoby go odwodzić od dążenia do celu. Na ile takie systemy są realistyczne, jest osobnym pytaniem. Trzeba jednak zauważyć, to już z praktycznymi konsekwencjami, że powinno być prawdą: im mniej celów, tym mniej zachcianek. A tę obserwację możemy już wykorzystać do projektowania naszych celów!

W przypadku celów o bardzo zbliżonej wadze granica między potrzebą a zachcianką może być bardzo płynna. To może prowadzić do pozornie trudnych decyzji, gdy wybór pomiędzy dwiema opcjami wydaje się być nieomal niemożliwy. Warto zastanowić się w takiej sytuacji, czy wybór, który przed nami stoi, nie jest aby obojętny. To może mieć miejsce szczególnie, gdy cele nie są ze sobą sprzeczne. Czasem przysłowiowy rzut monetą będzie wyśmienitym mechanizmem decyzyjnym.

Nie każda zachcianka jest czymś negatywnym. Jeżeli jej spełnienie jest obojętne względem nadrzędnego celu, a przybliża nas do osiągnięcia celu pobocznego, to jej zaspokojenie może wręcz okazać się korzystne. Zależnie od wagi celów nawet zachcianka utrudniająca jeden z nich może okazać się ogólnie korzystna.

Jeżeli dwa cele nakładają się na siebie, to coś może być jednocześnie potrzebą i zachcianką. Jeżeli sprzyja realizacji celu nadrzędnego w danej strategii, to jest potrzebą. Jeśli jednocześnie jest potrzebą względem innego, mniej istotnego celu lub sprzyja jego realizacji, to jest zachcianką. Warto o tym pamiętać i nie odrzucać od ręki każdej zachcianki jako niekorzystnej. W takiej sytuacji warto o niej myśleć po prostu jako o potrzebie.

Jeżeli często natykamy się na sytuację, gdy mamy zachcianki sprzeczne z naszym nadrzędnym celem, to może być sygnał głębszego konfliktu celów lub wartości. Może być niezwykle przydatne przeanalizowanie tych zachcianek, by zrozumieć, jakiemu celowi służą i czy to faktycznie „nasz” cel. Pamiętajmy, że człowiek jest skomplikowanym, złożonym bytem i niekoniecznie zdajemy sobie sprawę z każdego celu realizującego się w nas.

Tak jak cele mogą być związane z różnymi poziomami systemu, tak i zachcianki mogą pochodzić z różnych jego poziomów. Przykładowo człowiek ma cielesność (fizyczność), która ma swoje cele (przetrwanie, wzrost, prokreacja), ale ma też refleksyjną świadomość, która ma swój zestaw celów (rozwój, zrozumienie). Cele z tych poziomów mogą być kompatybilne, ale nie muszą! Zachcianki cielesne mogą stawać na drodze planów refleksyjnej świadomości i vice versa!

Podsumowanie

W dzisiejszym tekście wyłożyliśmy pewne szczególne rozumienie pojęć celu, potrzeby i zachcianki. Celowo zachowaliśmy w tych określeniach pewien poziom ogólności, który sprawia, że pojęcia te można zaaplikować zarówno do bytów świadomych, jak i systemów pozbawionych elementu świadomości. Przejrzeliśmy także katalog pewnych właściwości zachcianki, które mogą się okazać przydatne w praktyce.

Za dwa tygodnie zastanowimy się, jak pojęcia te łączą się z niedawno dyskutowanym komfortem oraz szeroko omawianymi w przeszłości wartościami.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Komfort i dyskomfort

Jakiś czas temu w artykule o minimum błędu predykcji rozważałem hipotezę ludzkiego umysłu (mózgu) jako mechanizmu minimalizującego błąd predykcji. Zaproponowałem używanie tej koncepcji jako swego rodzaju narzędzia do myślenia o myśleniu, prosty model mający pomagać nam strukturyzować rozumienie naszych myśli. Należy tu jasno postawić sprawę: to nie jest teoria naukowa. Teorie naukowe traktują „predictive processing” jako mechanizm działania naszego mózgu. W teoriach tych mózg przetwarza dane wymieniając sygnały i predykcje między głębszymi i płytszymi obszarami mózgu (wewnątrz pewnych struktur funkcjonalnych) oraz poprzez wymienianie sygnałów pomiędzy odległymi obszarami kory (globalna przestrzeń robocza). W obu tych przypadkach wymiana trwa, aż do uzgodnienia stanowiska. Ja w swoich hipotezach próbuję naukową koncepcję nieco naciągnąć i sprawdzić, czy mogę zaproponować jej rozszerzenia i interpretacje, które można będzie sensownie połączyć z subiektywnymi fenomenami dziejącymi się w ludzkiej świadomości i poza nią.

W związku z powyższym tekst należy czytać jak taką właśnie otwartą hipotezę. Można w niej szukać dziur, przekształcać ją, podważać i ulepszać. Być może nawet można by spróbować ją przetestować w eksperymencie, ale jak to nie mam jeszcze pojęcia.

Hipoteza

Odczucie komfortu i dyskomfortu są świadomą, subiektywną manifestacją obiektywnie występującego błędu prognozy (lub sumy błędów prognozy z różnych poziomów przetwarzania informacji przez mózg).

Założenie: monizm materialistyczny

Poniższa dyskusja będzie oparta na hipotezie monistycznej, czyli założeniu, że zjawiska psychiczne są efektem funkcjonowania fizycznego ciała (mózgu). W tym kontekście każde nasze subiektywne doświadczenie powinno być skorelowane z efektywnymi stanami naszego umysłu.

Pojęcie komfortu i dyskomfortu

Powyższe założenie dotyczy także poczucia komfortu i dyskomfortu. Oba te pojęcia zdają się mieć raczej klarowną intuicję i większość osób jest w stanie określić, czy odczuwa komfort czy dyskomfort. Kłopot jest taki, jak w przypadku wszelkich odczuć subiektywnych, że nie wiemy, czy te intuicje i odczucia są spójne pomiędzy ludźmi. Innymi słowy, nie wiemy, czy drugi człowiek nazywa dyskomfortem to samo, co my.

Słownik języka polskiego sugeruje jako definicję komfortu: stan zaspokojenia potrzeb fizycznych i psychicznych oraz braku kłopotów. Jak to zwykle przy definicjach bywa, ciężar zostaje przeniesiony na pojęcia „potrzeb fizycznych”, „potrzeb psychicznych” oraz „kłopotów”. W przypadku dwóch pierwszych jest szansa na coś na kształt obiektywnej definicji czy katalogu potrzeb. „Kłopot” to kolejne pojęcie subiektywne, które niewiele wnosi do lepszego rozumienia – intuicja „komfortu” wydaje się równie klarowna jak intuicja „kłopotów”.

Trudność tej definicji tkwi także w tym, że nie jest nam w stanie powiedzieć, co subiektywnie odczuwa osoba raportująca stan komfortu lub dyskomfortu. Przypuszczam, że na rozwiązanie tego problemu nie pomoże żadna definicja słownikowa. Szansą na jego rozwiązanie jest zidentyfikowanie sygnatur neurologicznych występujących u wszystkich osób raportujących stan komfortu lub dyskomfortu. Wtedy definicją mógłby stać się konkretny, charakterystyczny stan mózgu.

Trzy poziomy hipotezy

Rozważmy hipotezę o związku między błędem predykcji a komfortem na trzech poziomach:

  1. Poziom informacji, czyli różnica pomiędzy sygnałem przewidywanym a odbieranym;
  2. Poziom elektrochemiczny, czyli wzorce aktywności elektrycznej i stężenia oraz dystrybucja sygnałów chemicznych w mózgu;
  3. Poziom subiektywnego odczucia, czyli świadomie doświadczany stan, myśl, wrażenie.

Jak widać z opisu, poziomy te zazębiają się. Sygnały przewidywane i faktyczne to już impulsy elektryczne i chemiczne przekazywane pomiędzy regionami mózgu. Podobnie jest z subiektywnym odczuciem – różnica tkwi w komunikujących się rejonach mózgu. Można powiedzieć, że fundamentalnie wszystkie rozważane stany są przejawem działania punktu drugiego. Poziomy 1 i 3 są pewnymi abstrakcyjnymi interpretacjami różnych stanów działania dwójki.

Można powiedzieć, że nasza dzisiejsza hipoteza jest próbą powiązania poziomów 1 i 3 z pominięciem złożonych zjawisk z poziomu 2. Warto tu jednak zauważyć, że nie uniknie się poziomu elektrochemicznego, jeśli hipoteza miałaby zostać sprawdzona eksperymentalnie (czy aby na pewno?).

Przetwarzanie predykcyjne

Teoria „predictive processing” zakłada, iż fundamentalnym trybem przetwarzania informacji przez mózg jest tworzenie przewidywania i porównywanie go z danymi wejściowymi. Przewidywania i dane krążą w pętli sprzężenia zwrotnego, aż nie zostanie wyeliminowana (zminimalizowana) rozbieżność między nimi. Rozbieżność ta to błąd predykcji, a jej minimalizacja to cel operacyjny mózgu. To przetwarzanie może mieć swój margines błędu, czyli maksymalny akceptowalny błąd predykcji. Przetwarzanie może się odbywać na wielu poziomach, gdzie wynik z poziomu niższego jest sygnałem wejściowym dla poziomu wyższego. Przetwarzanie może się odbywać „pionowo”, czyli od rdzenia (sygnał ze zmysłów) w kierunku kory mózgu lub poziomo, czyli pomiędzy sąsiadującymi lub odległymi obszarami mózgu na tym samym poziomie.

Świadomość, czyli globalna przestrzeń robocza

Świadomość rozumiemy, w myśl teorii globalnej przestrzeni roboczej, jako poziome przetwarzanie sygnału w długozasięgowej sieci łączącej odległe obszary kory (najwyższej warstwy mózgu).

Z tymi zastrzeżeniami nasza hipoteza mówi, że dyskomfort jest miarą (lub równoważnikiem) błędu predykcji w świadomym przetwarzaniu informacji. Świadome procesy „dążą” do minimalizowania dyskomfortu. Nie twierdzimy przy tym, że jest to jedyna miara i jedyne kryterium – dopuszczamy istnienie innych.

Subiektywność komfortu

Komfort jest subiektywnym tworem, co jest spójne z interpretowaniem go jako elementu świadomej myśli, czyli zawartości globalnej przestrzeni roboczej. Przestrzeń ta wydaje się bowiem być oddzielona poprzez wiele poziomów abstrakcji i przetwarzania informacji od „surowych” danych zmysłowych. To, co przejawia się w świadomym umyśle jest syntetycznym tworem, w tym sensie, że nie jest daną czy impulsem pochodzącym z receptora będącego w kontakcie ze światem i ciałem. To nie zmienia faktu, że jest głęboko zależny od tych sygnałów z ciała i zmysłów (choć silnie przetworzonych przez kolejne poziomy abstrakcji) i nie zmienia faktu, że jest realnym bytem, bo realnie manifestuje się w postaci aktywności sieci dalekiego zasięgu w korze.

Subiektywizm komfortu i dyskomfortu jest powiązany z założeniem, że te same sygnały z ciała i zmysłów wywołują inne odczucia w różnych mózgach (u różnych ludzi) czy w jednym mózgu w różnych momentach czasu. Pisaliśmy o emocjach jako interpretacji stanu ciała w kontekście, także komfort może być tego typu bytem. Wydaje się natomiast, że komfort jest stanem zintegrowanym, sumarycznym, który uwzględnia nie tylko chwilę obecną, ale także oczekiwaną przyszłą wartość dyskomfortu. W tym ujęciu na emocje można spojrzeć jako na intensywny komfort/dyskomfort zorientowany na natychmiastowy stan rzeczy, w ograniczonym stopniu uwzględniający przyszłe możliwości.

Emocje a komfort

Przykładowo emocja strachu to stan silnego dyskomfortu związanego z postrzeganym tu i teraz zagrożeniem. Intensywność tego stanu stanowi silną motywację do natychmiastowego usunięcia się ze strefy zagrożenia lub zlikwidowania zagrożenia, bez szczególnego oglądania się na przyszłe konsekwencje.

Zauważymy, że nie jest to jednak całkowita ślepota na przyszły obrót spraw, chyba że strach przybierze rozmiary paniki. Zauważmy także, że komfort i dyskomfort to tylko jeden z elementów odczucia emocji, istotny z punktu widzenia jej motywującej roli, ale nieobejmujące całości doświadczenia emocjonalnego.

Nieustanność komfortu

Hipotetycznie nasz świadomy umysł nieustannie doświadcza pewnego poziomu komfortu. To niemal nieodłączna cząstka naszej świadomości. Zazwyczaj jednak go nie rejestrujemy, bo jest „neutralny”. Dopiero kiedy zaczyna wychylać się czy to w kierunku dodatnim, czy ujemnym (dyskomfort), staje się pochwytywanym wrażeniem.

Przypuszczalnie ta miara wlicza w siebie oczekiwany stan komfortu w przyszłości. To znaczy, że przewidujemy, jaki komfort/dyskomfort wywoła w przyszłości nasza obecna trajektoria i to przewidywanie staje się częścią obecnej kalkulacji. Jest otwartą kwestią, jak daleko to przewidywanie sięga – może to być kwestia osobnicza, ale także kontekstowa (np. bardzo silny ból tu i teraz uniemożliwia integrowanie przewidywania co do przyszłego stanu).

To może mieć kilka konsekwencji: po pierwsze, unikamy działań obiektywnie długofalowo komfortowych, jeśli wiążą się z ekstremalnym dyskomfortem teraz. Po drugie, możemy ochoczo przyjąć pewien dyskomfort teraz jeśli daje on nadzieję na więcej komfortu w przyszłości. Pozorna sprzeczność tych dwóch stwierdzeń sprowadza się do kwestii intensywności teraźniejszego dyskomfortu.

Komfort jako maksymalizowany parametr

Gdy pisaliśmy jakiś czas temu o szukaniu minimum w przestrzeni rozwiązań, zastanawialiśmy się, czym może być wielkość/funkcja, którą minimalizujemy. Odpowiedź „błąd predykcji”, choć kusząca, jest także oderwana od naszego subiektywnego doświadczenia. Wydaje się, że poczucie komfortu może być dobrym kandydatem na konkretną, subiektywnie klarowną miarę funkcji, którą optymalizujemy, i może skutecznie zastąpić mgliste pojęcie „błędu predykcji”.

Zwróćmy jednak uwagę na następujące jego potencjalne właściwości, które wyłaniają się z powyższych poszukiwań.

Komfort, aby był użytecznym parametrem, powinien posiadać co najmniej dwa komponenty czasowe: komfortu obecny tu i teraz oraz komfort przewidywany w przyszłości. Te dwa komponenty razem składają się na komfort całkowity i to ten sumaryczny parametr jest maksymalizowany. Komfort obecny wydaje się tworzony bardziej podświadomie i dostarczany świadomości jako odczucie, wrażenie (chociażby jako jeden ze składników emocji). Komfort przyszły to w większym stopniu dzieło świadomości (choć zapewne nie tylko). Dlatego możemy rejestrować dyskomfort, ale jednocześnie czuć się komfortowo z danym działaniem.

Komfort jest zapewne powiązany z inną abstrakcyjną strukturą, mianowicie z wartościami, czyli tym, co uważamy za istotne lub godne, by o to zabiegać (oraz z ich przeciwieństwem, czyli tym, czego chcemy unikać). Sugestia takiego związku płynie już ze słownikowej definicji, a popiera ją obserwacja naszego osobistego doświadczenia i rozpoznawanie różnorodności źródeł poczucia dyskomfortu. Kluczową konsekwencją jest kolejny podział pojęcia komfortu, tym razem ze względu na wartość, która jest wychylona od stanu równowagi (in plus lub in minus).

Próba podziału dyskomfortu na każdą możliwą do pomyślenia wartość, których będą tysiące, wydaje się karkołomna. Proponuję więc zgrupowanie ich w kategorie odpowiadające fundamentalnym sferom człowieka (ciałom człowieka w ujęciu Tomasza Mazura). Będą to: komfort fizyczny (biologiczny), komfort społeczny (stadny), komfort indywidualny (ego), komfort refleksyjny (duchowy? Procesowy?).

Są dwie interesujące właściwości tego podziału i konkretnego nieprzypadkowego uporządkowania. Po pierwsze, kolejność odpowiada rosnącej subiektywności doświadczenia. Ból fizyczny jest nieomal obiektywnym odczuciem, niepokój duchowy to stan silnie subiektywny. Przy czym należy to rozumieć w pewnym uśrednieniu. Będą w grupie fizycznej doznania wielce subiektywne, będą i w grupie refleksyjnej doznania niemal obiektywne.

Po drugie, tu za Tomaszem Mazurem, kolejność reprezentuje też hierarchię ważności tych sfer (ustaloną z perspektywy ciała refleksyjnego). Czyli komfort społeczny ma priorytet nad fizycznym, ale ustępuje indywidualnemu. Wyjątek stanowią tu sytuacje, którym zazwyczaj towarzyszą silne emocje, kiedy któremuś z nich grozi katastrofa (śmierć, utrata rodziny itp.). Wtedy staje się on priorytetem niezależnie od miejsca hierarchii.

Może jest tu miejsce na dodanie parametru głośności czy intensywności komfortu. W takim ujęciu dany jego rodzaj może być w pewnej chwili intensywniejszy niż pozostałe i efektywnie przejmować całość uwagi. Prosty przykład: bardzo intensywny ból fizyczny nie pozwala myśleć o odniesionym sukcesie w pracy.

Na koniec jeszcze zwróćmy uwagę, że podział ze względu na czas miesza się z podziałem ze względu na wartości, i tak możemy mieć obecny komfort fizyczny oraz przewidywany komfort fizyczny.

Nowe sformułowanie hipotezy

Sformułujmy naszą startową hipotezę na nowo, pamiętając, że nie jest to jej ostateczna wersja, tylko kolejny krok do celu.

Odczucie komfortu i dyskomfortu jest świadomie odczuwaną oraz podświadomie i świadomie tworzoną, subiektywną manifestacją obiektywnie występującego oraz przewidywanego na przyszłość błędu prognozy w czterech obszarach: fizycznym, społecznym, indywidualnym i refleksyjnym. Efektywny komfort jest pewną sumą ważoną wszystkich obszarów, z wagą, która musi być jeszcze określona, ale która zapewne uwzględnia jako jeden z czynników intensywność doznania.

Otwarte pytania

Oczywiście w temacie naszej hipotezy pozostaje wiele otwartych i ciekawych pytań. Oto kilka z nich:

Czy jest tylko jeden komfort czy wiele (fizyczny, społeczny itp.)?

Czy jest tylko jedna miara, którą optymalizujemy?

Gdzie jest granica między świadomym a podświadomym przetwarzanie w kwestii komfortu?

Jak komfort manifestuje się fizycznie w mózgu?

Ile z odczucia komfortu jest genetyczne, ile społeczne, ile samostanowione?

Czy i jak zmienia się tolerancja na dyskomfort? Jaki wpływ na nasze decyzje ma jej poziom?

Czy intensywność doznań jest wagą liniową? Czy występują zjawiska graniczne (próg intensywności krytycznej)?

Jaki wpływ na przyszłe przewidywania ma horyzont czasowy? Czy intensywność słabnie wraz z oddalaniem się w czasie?

Czy hierarchia potrzeb jest sztywna? Czy może się zmieniać (być zaburzana)? Czy możemy konsekwentnie wyżej cenić, na przykład, komfort fizyczny nad ego?

Jakie inne funkcje i parametry niezwiązane z komfortem optymalizujemy? Czy da się je wszystkie do komfortu sprowadzić? Czy będzie to wtedy nadal użyteczne pojęcie?

Podsumowanie

Komfort jako parametr optymalizacyjny dla świadomego umysłu jest kuszącą hipotezą. Wydaje się mieć kilka właściwości, które czynią go dobrym kandydatem. Jednak przydatne będzie zgłębienie dodatkowych konsekwencji przyjęcia takiego założenia i sprawdzenie, jak zgrywają się z empirycznymi obserwacjami. Fascynującym motywem byłoby też poszukiwanie fizykalnych oznak komfortu i dyskomfortu w mózgu i wykorzystanie ich do testowania hipotezy optymalizacyjnej.

Dzisiaj rozwinęliśmy nieco hipotezę badawczą dotyczącą komfortu jako miary błędu predykcji, jednak pytań do niej jest nadal więcej niż odpowiedzi. W przyszłych artykułach postaramy się ugryźć przynajmniej niektóre z nich i dopracować nieco bardziej nasz dzisiejszy szkic.

Emocje czyli interpretacja stanu ciała w kontekście – część 2

W dzisiejszym artykule kontynuujemy temat rozpoczęty dwa tygodnie temu, czyli spojrzenie na emocje jako na interpretacje stanu ciała w kontekście. Jeżeli nie czytaliście pierwszej części, gorąco do tego zachęcam, będę się bowiem odwoływał do przedstawionych tam koncepcji bez ich ponownego wprowadzania.

Skupimy się na potencjalnych praktycznych konsekwencjach, jakie niesie za sobą takie rozumienie emocji. Cele są dwa. Pierwszy to zrozumieć lepiej niektóre z naszych zachowań i reakcji, tak, byśmy mogli być na nie przygotowani i by nie wywodziły nas na manowce. Drugi to uzyskanie kilku narzędzi, które mogą nam pozwolić na twórczą manipulację procesem emocjonalnym i dzięki temu uzyskanie korzystniejszego samopoczucia i nastroju.

Manipulacja kontekstem

W myśl naszej przewodniej hipotezy emocja to interpretacja stanu ciała w kontekście. To stwierdzenie ma trzy zasadnicze składniki: interpretacje, stan ciała i kontekst. To one razem składają się na to, co odczuwamy, i to nimi indywidualnie możemy zarządzać, aby kierować w bardziej świadomy sposób naszym doświadczeniem.

Kontekst to złożony twór, na który składają się dane ze zmysłów zewnętrznych, przeszłe doświadczenia, uczucia i nastroje, przekonania i wierzenia oraz wartości i normy etyczne. Jeżeli kontekst ulegnie zmianie, to zmianie ulegnie nasza odpowiedź emocjonalna.

Modyfikowanie kontekstu jest ciekawą formą zarządzania naszą sferą emocjonalną. Nie jest to podejście doraźne, lecz długoterminowe, to znaczy, że nie uciekamy się do niego w chwili, gdy odczuwamy emocję, tylko praktykujemy je z wyprzedzeniem, by zmieniać nasze przyszłe reakcje. Spojrzawszy na wymienione wyżej elementy kontekstu, jasne powinno być, że modyfikacja większości z nich wymaga czasu i wysiłku. Wyjątkiem są dane ze zmysłów zewnętrznych, którymi niekiedy można manipulować na bieżąco. Ten przypadek zostawimy na razie na boku i wrócimy do niego w dalszej części tekstu.

Na blogu piszę często o stoicyzmie i stosowanych w nim technikach. Wiele z nich to sposoby na modyfikowanie naszego kontekstu poznawczego. Choć dane ze zmysłów to osobna historia, a wspomnienia mogą być trudne do zmiany (choć można zmieniać ich interpretację!), to pozostałe elementy kontekstu są dostępne dla naszej pracy.

W przypadku przekonań i wierzeń polecam tekst „Praca z przekonaniami”. Ich zmiana to proces trudny i żmudny, ale wielce satysfakcjonujący.

W przypadku wartości polecam tekst „Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie”.

Jeśli chodzi o kwestie moralne i etyczne, ten temat także przewinął się już przez łamy bloga i część tych rozważań można znaleźć tutaj: „O etyce stoickiej”.

O pracy z uczuciami i nastrojami nie pisałem do tej pory wiele, wspomnę więc tylko pokrótce kilka podstawowych myśli dotyczących pracy z nimi.

O nastrojach można przypuszczać, że w pewnym stopniu są wypadkową pracy nad przekonaniami, wartościami i etyką. Oczywiście będą też modyfikowane przez bezpośrednie okoliczności, ale w jakimś stopniu z dobrego myślenia o świecie wypływa i dobry nastrój.

Uczucia to temat rozległy i skomplikowany. Literatury mu poświęconej znajdziecie wiele i to zarówno pod kątem naukowym, samopomocowym, jak i beletrystycznym, bo przecież każda niemal powieść w pewnym stopniu traktuje właśnie o uczuciach. Tutaj chciałbym podkreślić, że uczucia zasadniczo różnią się od emocji. Są stanami długotrwałymi, mają silny komponent poznawczy i refleksyjny – w skrócie są nie tyle natychmiastową motywacją do zrobienia czegoś, co bardziej długotrwałym, przemyślanym nastawieniem do osób lub rzeczy. Warto zwrócić uwagę, że w związku z tym mamy zdecydowanie większą sprawczość nad swoimi uczuciami niż nad emocjami – czego jednak nie należy koniecznie rozumieć jako pełnej kontroli nad tymi pierwszymi.

Manipulacja sygnałem z ciała

Zatrzymanie emocji, która już się uruchomiła, jest zadaniem trudnym, a uczynione niewprawnie może być działaniem szkodliwym. Jednak emocja to interpretacja stanu ciała w kontekście. Czy możemy, gdy pojawi się emocja, uczynić coś ze stanem naszego ciała, by nią zarządzić?

Stan ciała to złożony zbiór sygnałów, jakie w każdej sekundzie dopływają do naszego mózgu ze wszystkich organów. Choć nie każdy z tych sygnałów możemy świadomie zmodyfikować, to przynajmniej część z nich, które, jak najbardziej, mogą być poddane świadomej manipulacji, a jeżeli sygnał z ciała ulegnie zmianie, to zmieni się także emocja.

Zapewne kojarzycie wszelkiego rodzaju techniki oddechowe i relaksacyjne, często wywodzące się ze szkół filozoficznych Wschodu. Dzięki ich zastosowaniu można wyciszyć gwałtowne emocje, ograniczając ich siłę albo całkowicie je rozpraszając. Ich skuteczność jest znana i wielokrotnie potwierdzana. Nawet jeśli nie dają gwarancji skuteczności, to zdecydowanie zwiększają szansę na sukces, szczególnie jeśli ćwiczymy się w ich wykorzystaniu.

Skuteczność tych technik wydaje się bezpośrednio związana z opisaną wyżej naturą emocji. Bazują one na modyfikowaniu stanu ciała. Gdy uspokaja się oddech, obniża się tętno – mózg dostaje odmienny sygnał do zinterpretowania, co prowadzi do realnego odczuwania osłabionej wersji emocji, innego stanu emocjonalnego lub całkowitego jego zaniku.

Choć na łamach tego bloga nie poświęcaliśmy wiele miejsca technikom pracy z ciałem w zarządzaniu emocjami, zachęcam wszystkich do ich wypróbowania. Literatura dotycząca ich stosowania jest bogata, Internet kipi od treści powiązanych z tym tematem, a nawet można znaleźć wielu nauczycieli, którzy prowadzą na żywo zajęcia uczące metod relaksacyjnych.

Zmiana sygnału z ciała jest narzędziem, które w przeciwieństwie do pracy z kontekstem, działa tu i teraz, jest swego rodzaju ratunkowym i natychmiastowym działaniem. Dlatego też nie są to podejścia konkurencyjne, ale raczej uzupełniające się wzajemnie. Warto stosować i jedne, i drugie w zależności od okoliczności.

Manipulacja interpretacją

Mechanizm interpretacji jest trzecim składnikiem naszego modelu emocji. Jest fascynującym pytaniem, czy można świadomie zmieniać i kształtować ten element całego procesu?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie. Co wydaje mi się jasne, to, że można manipulować mechanizmem, chociażby przy pomocy środków psychoaktywnych, ale tego podejścia nie określiłbym mianem „świadomego”. W tym sensie, że choć leki czy narkotyki możemy zażywać świadomie, to nasza świadomość nie kontroluje ich wpływu na funkcjonowanie naszego mózgu. Do środków psychoaktywnych wrócę jeszcze nieco dalej, gdyż ich działanie wydaje mi się złożone i dotykające wszystkich trzech elementów procesu.      

Nie jest dla mnie jasne, czy mechanizm interpretacji jest kwestią czysto ewolucyjną, jakąś stałą właściwością mózgu, która jest niemodyfikowalna przez świadome procesy. Nie wiem nawet do końca, gdzie postawić granicę pomiędzy takimi zjawiskami, jak nastrój czy uczucie, a maszynerią interpretacji. Czyli bez odpowiedzi pozostaje dla mnie pytanie, gdzie dokładnie przebiega granica między kontekstem a funkcją interpretacji?

W związku z tymi otwartymi pytaniami nie będę zagłębiał się w dalsze dywagacje, zasygnalizuję jedynie, że jeżeli proces interpretacji może zostać zmieniony, to przypuszczam, iż praca z nim przypomina pracę z kontekstem.

Błędy w interpretacji

Emocje to mechanizm przystosowania ewolucyjnego. Dzięki nim zwierzę może dokonywać szybkich decyzji w odpowiedzi na szansę lub zagrożenie, mobilizując do tego niezbędne zasoby. Wyzwalaczem dla emocji są (według przyjętego tu ujęcia) stany ciała, czyli koniec końców także mechanizmy przystosowawcze – prostsze i bardziej pierwotne, niewymagające ingerencji, a nawet istnienia emocji czy układu nerwowego w ogóle.

Żaden mechanizm przystosowawczy nie jest doskonały. Powstaje w określonych warunkach środowiskowych i, nawet operując w ich obrębie, może popełniać błędy. Przykładowo, gdyby czujność sarny była perfekcyjna, żaden wilk nie byłby w stanie jej złowić. Natomiast gdy zmienią się warunki zewnętrzne, przydatne mechanizmy mogą nie tylko prowadzić do okazjonalnych niepowodzeń, ale wręcz stać się zagrożeniem.

Emocje wydają się być mechanizmem przystosowawczym, który jest nadbudową prostszych form reakcji – czyli sygnałami z ciała, które emocję wyzwalają. Choć nie ma specjalnych wątpliwości, że ich istnienie niesie korzyść ewolucyjną, jest też spodziewane, że na linii styku nowego i starego mechanizmu będzie dochodziło do tarć. Ich efektem będą „błędne” – w rozumieniu zarówno maladaptacyjnych, jak i nieadekwatnych do sytuacji – aktywacje emocji.

Zabawny przykład podaje Lisa Feldman Barrett w swojej książce „Jak powstają emocje. Sekretne życie mózgu”. Wspomina, iż pewnego dnia udała się na randkę w ciemno. Towarzysz nie zrobił na niej szczególnie dobrego pierwszego wrażenia: nie zabłysnął ani fizycznie, ani intelektualnie. Jednak w trakcie kolacji badaczka zaczęła odczuwać podniecenie i pociąg do swego towarzysza. Nieco ją to zaskoczyło, biorąc pod uwagę trudny start, ale efekt był oczywisty. Po kolacji rozstali się, a badaczka udała się do domu. Następnego dnia obudziła się z gorączką, bólem gardła i pełnoobjawową grypą. Grypą, której pierwsze symptomy pojawiły się najpewniej już poprzedniego wieczora i zostały mylnie zinterpretowane jako pociąg seksualny do towarzysza kolacji.

Warstwowość przetwarzania i związane z nim błędy i trudności

Przetwarzanie emocji, kiedy w grę wchodzi świadomość, jest skomplikowanym procesem. Ja, kiedy o nim myślę, wyobrażam go sobie warstwowo. Nad warstwą prostej reakcji emocjonalnej – choć „prosta” to niekoniecznie trafione słowo, bo to niezwykle bogata i złożona konstrukcja – „nadbudowana” jest warstwa świadomości. Może ona zawieszać, a nawet anulować reakcję emocjonalną. Stawiam hipotezę, że jej funkcją jest ograniczanie liczby błędnych interpretacji. To dodatkowy poziom bezpieczeństwa, który bierze pod uwagę szerszy i bogatszy kontekst – w najprostszym przypadku ten kontekst to dane zmysłowe zbierane przez nieco dłuższy czas, o bardziej skomplikowane jego aspekty wspomnieliśmy wcześniej.

U człowieka identyfikuję jeszcze jeden poziom nadbudowy – świadomość refleksyjną. W ramach tego mechanizmu umieszczam kompetencję długofalowego planowania – snucia abstrakcyjnych, dalekosiężnych planów i zawieszania działań niższych poziomów, jeśli im nie sprzyjają. Dodatkowo do kompetencji świadomości refleksyjnej zaliczam zdolność do modyfikowania działania niższych poziomów – w szczególności zmieniania elementów kontekstu (uczuć, nastrojów, wartości) oraz, potencjalnie, mechanizmów selekcji i interpretacji. Możliwe jest jednak, że te dwie kompetencje to bardziej dwa oddzielne poziomy.


Na styku między warstwami może dochodzić do pęknięć i problemów. Hipotetycznie taka piramida może stawać się coraz bardziej niestabilna w miarę jak dokładamy do niej kolejne poziomy. Jeżeli tak jest, to interesujące jest pytanie, ile jeszcze poziomów abstrakcji ewolucja może do tej konstrukcji „dołożyć”, nim stanie się ona kontrproduktywna? Wspominam o tym głównie dlatego, by potrząsnąć nieco naszym antropocentryzmem. Byśmy pozostali otwarci na ideę, że obecna struktura naszego umysłu i świadomości nie jest jeszcze ostatnim słowem ewolucyjnego rozwoju mózgu i z czasem mogą się pojawić jeszcze bardziej wyrafinowane poziomy przetwarzania.

Na koniec tej sekcji dodam jednak, że zaproponowany przeze mnie obraz warstwowy jest najpewniej nietrafny. Jest możliwe i prawdopodobne, że te sfery przenikają się w dużo większym stopniu, niż tu sugeruję i tak klarowne rozdzielenie warstw przetwarzania jest tylko uproszczeniem przydatnym do myślenia o tym temacie.

Leki i substancje psychoaktywne

Ciekawym przypadkiem oddziaływania na mechanizm powstawania emocji są leki i substancje psychoaktywne. Człowiek od tysięcy lat zażywał różne, naturalnie występujące związki chemiczne w celu wywarcia pewnego wpływu na swój organizm. Współczesna chemia i medycyna wytworzyły tysiące nowych związków chemicznych, o zdecydowanie bardziej konkretnych profilach działania i lepiej kontrolowanej sile, niż związki występujące naturalnie.

Nie wątpię, iż istnieją systematyczne podziały takich środków naturalnych i sztucznych, klasyfikujące je szeroko i dokładnie. Na potrzeby naszych dzisiejszych rozważań zaproponuję jedynie prosty podział na substancje psychoaktywne i niepsychoaktywne. Kryterium będzie tutaj nie tyle ich formalna klasyfikacja, ile miejsce bezpośredniego działania. Do pierwszej grupy zaliczę substancje, które bezpośrednio oddziałują na mózg i funkcjonowanie neuronów – alkohol, nikotynę, opiaty, antydepresanty itp. Do drugiej te, które działają bezpośrednio na inne układy organizmu, nie oddziałując bezpośrednio na mózg – na przykład aspirynę, leki na ciśnienie czy leki na zgagę.

Hipoteza jest taka, iż środki z obu tych kategorii oddziałują na to, jakie emocje odczuwamy, ale oddziaływanie to jest głębsze i bardziej złożone w przypadku środków psychoaktywnych.

Środki psychoaktywne oddziałują kompleksowo na proces formowania emocji. Rozumiem przez to, że mogą zmieniać zarówno stan ciała, kontekst jak i proces interpretacji.

Sposób, w jaki modyfikują stan ciała zależy od konkretnego specyfiku. Niektóre z nich będą powodować podwyższenie ciśnienia krwi lub tętna, inne, wręcz przeciwnie, będą obniżać obie te charakterystyki. Część z nich będzie miała zmienny wpływ zależny od zażytej dawki. Z grubsza można podzielić ich działanie na stan ciała na stymulujące i uspokajające – przy czym wydaje się jasne, iż ten podział nie jest ścisły ani doskonały. Zdecydowanie też nie twierdzę tu, że jest to główny sposób oddziaływania środków psychoaktywnych na emocje, przeciwnie spodziewam się raczej, że jest marginalny w porównaniu z pozostałymi dwoma, szczególnie przy większych dawkach. Przy mniejszych dawkach, hipotetycznie, może natomiast stanowić wyzwalacz efektu placebo.

Środki psychoaktywne modyfikują kontekst na kilka sposobów. Po pierwsze, bezpośrednio, to znaczy oddziałując na funkcję neuronów poprzez odpowiedni dla siebie mechanizm. Może to oznaczać zmodyfikowanie nastroju osoby poddanej ich działaniu. Na szczególną uwagę zasługują tu układy neurochemiczne związane z regulacją nastroju i pobudzenia, ale nie są to jedyne układy i mechanizmy w mózgu, których modyfikacja przez środki psychoaktywne może prowadzić do zmiany kontekstu dla emocji.

W przypadku samego mechanizmu interpretacji sytuacja jest podobna jak w przypadku  kontekstu. Środki psychoaktywne bezpośrednio modyfikują działanie mózgu, na poziomie zmian w działaniu pojedynczych neuronów i ich grup, w związku z czym mogą prowadzić do zmian w algorytmach interpretacji bodźców z ciała. Moja hipoteza jest taka, iż zmiany w tym właśnie obszarze mogą być jedną z głównych przyczyn pewnej chwiejności emocjonalnej osób będących pod wpływem substancji. Można to zaobserwować u osób po zażyciu alkoholu, które potrafią w przeciągu kilku minut przejść od euforycznego śmiechu do zrozpaczonego płaczu lub od przyjaznej radości do agresywnego gniewu. Dostrzegam w tym efekt pewnej przypadkowości, jaka wkrada się w mechanizmy interpretacji z powodu ich chemicznego zaburzenia, przez co ten sam sygnał z ciała w tym samym kontekście zostaje radykalnie odmiennie zinterpretowany w krótkim odstępie czasu. Efektem tego jest znaczny stopień nieprzewidywalności osób odurzonych substancjami.

Jeżeli chodzi o wszelkiego rodzaju leki, które nie mają komponentu psychoaktywnego, wpływ na emocje zdaje się wypływać przede wszystkim ze zmiany stanu ciała, jakiej dokonują. W rezultacie intensywność modyfikacji jest znacząco niższa niż w przypadku narkotyków, jednocześnie względnie wysoka jest przewidywalność efektu. Jeśli weźmiemy za przykład leki obniżające lub podwyższające tętno – spowolnienie będzie skutkowało uspokojeniem emocji, przyspieszenie – ich podkręceniem. Efekt może być na tyle silny, że samo podwyższenie tętna bez zmian innych okoliczności może wywołać odczucie lęku.

Eksperymenty z chemicznym modyfikowaniem stanu ciała, bez modyfikowania stanu mózgu, to fascynujący temat badawczy, który w przyszłości może zaskutkować pojawieniem się narzędzi do doraźnego manipulowania emocjami. Warto przy tym zauważyć, że w pewnym sensie także tak proste aktywności, jak jedzenie czy picie mogą być podciągnięte pod kategorię chemicznego kształtowania emocji.

Fabryka sztucznych emocji

Ta myśl sprowadza nas do ostatniego już punktu w dzisiejszych rozważaniach, czyli do fabryk sztucznych emocji. Co to takiego? To każda aktywność i każdy produkt zmierzający do tego, by wymusić wejście umysłu w konkretny, pożądany stan emocjonalny.

To bardzo szeroka kategoria rozciągająca się od czekoladowych ciasteczek babuni po internetową pornografię czy od oglądania serialu wieczorem po samookaleczanie. Pewna niedorzeczność tych zestawień sugeruje, że zarzuciliśmy sieć pojęciową nieco zbyt szeroko. To prawda i choć łączy je wszystkie modyfikowanie stanu ciała lub kontekstu w celu uzyskania pożądanej emocji, to nie każde z nich niesie ze sobą porównywalne zagrożenia.

W związku z tym chciałbym zawęzić rozważania do tych spośród nich, które zdają się celowo wykorzystywać efekt emocjonalny, by się „sprzedać”. Nawet ta kategoria jest bardzo szeroka, bo zalicza się do niej zarówno nowy hollywoodzki „wyciskacz łez”, jak i działka heroiny zakupiona u lokalnego dealera. Jakie kryteria możemy zastosować, by dokonać użytecznych rozróżnień wewnątrz tej zróżnicowanej grupy? Jak możemy zacząć budować algorytm dobrego wyboru „produktów emocjonalnych”?

Zaproponuję dwa kryteria – nie sugerując, że to kryteria jedyne, ani nawet, że słuszne. Pierwsze z nich to skutki uboczne, czyli niepożądane działania dodatkowe, w szczególności długotrwały wpływ na nasze zdrowie i/lub nasz dobrostan. Wiedzę o nich powinniśmy opierać na konsensusie naukowym jako najlepszym przybliżeniu realnych skutków. Czasem sprawa jest oczywista i nie trzeba sięgać do fachowej literatury, by zorientować się, że najnowsza komedia romantyczna rodem z Kalifornii ma dużo mniejsze skutki uboczne niż działka heroiny. Sprawy nie zawsze jednak będą tak oczywiste i warto śledzić aktualny stan wiedzy naukowej w odniesieniu do „produktów emocjonalnych”, których używamy.

Drugie kryterium, to stopień, w jakim zachowujemy kontrolę nad sytuacją w przypadku używania danego produktu. Rozumiem przez to dwie kwestie: możliwość wycofania się z sytuacji oraz zdolność do przerwania efektu samym wysiłkiem woli. Przykładowo, oglądając rzewny film mogę się „wybić z nastroju” po prostu zaczynając myśleć o czymś innym, na przykład zakupach, jakie jutro mam zrobić. Taki akt woli właściwie od ręki przerywa efekt emocjonalny. Jeśli natomiast jestem pod wpływem heroiny, to choćby nie wiem jak bym wolę wysilał, nie przerwę i nie zatrzymam stanu, w który mnie wprowadziła. Póki chemiczny efekt trwa, póty jestem mu poddany, nie ma zasadniczo odwrotu.

W kwestii tego kryterium trudniej będzie o konkretny konsensus naukowy i w większym stopniu będziemy polegać na subiektywnym odczuciu. Należy jednak zauważyć, że choć o twarde dane jest trudniej, to nie znaczy, że ich zdobycie jest niemożliwe i tam, gdzie możemy je zdobyć, powinniśmy opierać się na nich, zamiast na naszych subiektywnych odczuciach. Tutaj warto zauważyć, że kryterium wolności może być powiązane z innym, którego dotąd nie wymieniłem, czyli z intensywnością efektu. Mam na myśli zależność: im większa intensywność efektu emocjonalnego, tym mniejsza świadoma kontrola nad jego przebiegiem. To powiązanie może nam utrudniać obiektywną ocenę stopnia naszej sprawczości przy co bardziej intensywnych „produktach emocjonalnych”, szczególnie tych psychoaktywnych.

Podsumowanie

Emocje to interpretacja stanu ciała w kontekście. Nie są magiczną siłą, która czyni nas bezwolnymi. Są silnymi propozycjami podświadomych analiz, opartych na interpretacji stanu ciała w kontekście, co do tego, jak powinniśmy postąpić. Nie musimy zgodnie z nimi postępować. Co więcej, możemy modyfikować stan naszego ciała, by zmieniać odczuwaną emocję – możemy czynić to doraźnie w momencie jej doświadczania. Możemy też zmieniać kontekst, pracując systematycznie nad naszymi uczuciami, nastrojami i, ogólnie rzecz ujmując, naszym nastawieniem poznawczym.

Emocje są potężnym motywatorem – musiały takie być, by spełnić swoją ewolucyjną rolę skłaniania człowieka do unikania niebezpieczeństwa i podążania za nadarzającymi się szansami. Ich użyteczność nie jest już jednak tym, czym była dawniej. Świat, w którym funkcjonujemy na co dzień różni się znacznie od dzikiej dżungli czy sawanny. Przekształciliśmy go głęboko i nie wszystkie mechanizmy przystosowawcze zachowują swoją pełną użyteczność. Nie zmienia to jednak faktu, że w nas działają i mają na nas realny wpływ. Na zmiany w procesie ewolucji trzeba czekać wiele pokoleń i może zmiany te doprowadzą z czasem do zmiany w naszym funkcjonowaniu emocjonalnym. W międzyczasie możemy skorzystać z innego mechanizmu przystosowawczego, w który wyposażyła nas natura: refleksyjnej świadomości i z jej pomocą korygować emocje i je przekształcać tak, by stały się bardziej użyteczne we współczesnych realiach.

Emocje czyli interpretacja stanu ciał w kontekście – część 1

Sens słowa „emocja”

Słowo „emocja” ma dwa znaczenia. W języku potocznym jest szerokim pojęciem, które obejmuje zarówno intensywne, krótkotrwałe zjawiska, jak złość czy strach, jak i długotrwałe fenomeny, jak miłość, smutek czy nienawiść. To znaczenie w kontekście naukowym określa się zwykle pojęciem afektu lub stanu afektywnego. W tymże kontekście słowo „emocja” odnosi się natomiast jedynie do intensywnych i krótkotrwałych stanów mobilizujących do działania.

Ja pisząc o emocjach, odnoszę się zawsze i mam nadzieję, konsekwentnie do tego drugiego znaczenia. Pierwsze, choć o wiele powszechniejsze w potocznym języku, jest tak szerokie, że ciężko powiedzieć o nim coś konkretnego.

Nie inaczej będzie dzisiaj. Rozważając potencjalny mechanizm powstawania emocji, będę odnosił się do wąskiego rozumienia tego słowa. Nie sugeruję i nie przypuszczam, by omówiony tu schemat miał zastosowanie do wyjaśnienia powstawania uczuć czy nastrojów. Przeciwnie, przypuszczam, że obie te kategorie zjawiska mają zupełnie odmienne źródła i miejsce w naszym umyśle, a ich związek z emocjami, choć niewątpliwie istnieje, jest o wiele słabszy niż intuicyjnie zakładamy.

Czyli na użytek dzisiejszego tekstu – i wszelkich moich tekstów przeszłych i przyszłych – przez emocję należy rozumieć stan krótkotrwałego, intensywnego pobudzenia mobilizujący do uniknięcia zagrożenia lub wyzyskania szansy. W tym rozumieniu emocjami są: strach, złość,  wstręt, radość, zaskoczenie, smutek. W tym rozumieniu emocjami nie są: miłość, żal, wstyd, nienawiść, wszelkie nastroje itd. Zjawiska te trafiają odpowiednio do kategorii uczuć (miłość, wstyd) i nastrojów. Wszystkie te zjawiska zgrupowane są pod pojęciem stanu afektywnego.

Natura emocji i mechanizm ich powstawania są przedmiotem badań i dyskusji filozofów i naukowców już od czasów starożytnych. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę, iż jest to zjawisko, które jest nieodłącznym elementem codziennej ludzkiej egzystencji, a jego siła i moc sprawcza są dla nas źródłem fascynacji i lęku.

W dzisiejszych czasach dyskusja nad modelem powstawania emocji pozostaje żywa i skomplikowana. Przewijają się w badaniach naukowych liczne koncepcje, czasem ze sobą konkurujące, czasem koegzystujące pokojowo. Nie mam tu ambicji przedstawiania całości tego sporu, którego zresztą nie znam wystarczająco dogłębnie, by takiego przeglądu dokonać. Skoncentruję się na dwóch podejściach i zarysuję je w sposób bardziej spolaryzowany, niż są najpewniej współcześnie rozumiane. Miejcie więc na uwadze, że dokonuję tu dwóch uproszczeń: sprowadzam dyskusję o naturze emocji do tylko dwóch podejść i te dwa podejścia upraszczam i wyostrzam, by uwypuklić ich charakter. Bierzcie też poprawkę, że moja „sympatia” leży bliżej podejścia drugiego, w związku z czym najpewniej doświadczam związanych z tym błędów poznawczych, które mają swoje odbicie w tekście.

Emocja zlokalizowana w umyśle

Pierwsza z koncepcji zakłada, że źródło emocji znajduje się w umyśle. Nie różnicując, czy jest to działanie świadome czy podświadome, emocja jest dobierana w wyniku analizy sytuacji przez mózg. Sygnał emocjonalny jest następnie wysyłany do ciała, które reaguje w charakterystyczny dla danej emocji sposób – przyspieszenie tętna, wzmożone wydzielanie hormonów itp.

W tym rozumieniu umysł rozpoznaje zagrożenie lub szansę, a następnie aktywuje jedną z dostępnych emocji, która mobilizuje zasoby ciała do walki, ucieczki lub skorzystania z dostępnej możliwości. Emocja istnieje jako konkretny archetyp czy wzorzec w umyśle, który jest składowany i wybierany, gdy umysł uzna go za przydatny. Emocje są „wyewoluowanymi” funkcjami mózgu. W związku z tym są względnie uniwersalne dla całego gatunku. Ty i ja mamy w sobie ten sam „moduł” złości, złość to dla nas to samo.

Kluczowe dane, na podstawie których mózg formuje odpowiedź pochodzą ze zmysłów. Ich analiza, świadoma lub nie, prowadzi do decyzji o aktywacji odpowiedzi emocjonalnej.

W tym ujęciu emocje są zasadniczo trafne, o ile dane ze zmysłów oddają rzeczywistość, a sam proces decyzyjny jest dobrze zdefiniowany i niezaburzony. Przy czym warto dodać, że na proces decyzyjny składa się nie tylko algorytm analizy danych, ale także kontekst, do którego przynależy wiedza o wcześniejszych wydarzeniach oraz towarzyszące długotrwałe stany afektywne (uczucia i nastroje).

Emocja tworzona przez umysł

Druga koncepcja zakłada, że sygnał do powstania emocji pochodzi z ciała. W tym ujęciu emocja jest interpretacją stanu ciała dokonaną przez umysł (zwykle nieświadomy) w danym kontekście. Mózg nieustannie zbiera informacje interoceptywne o funkcjonowaniu organizmu, kiedy w tych informacjach pojawia się odstępstwo od przewidywanych wartości, mogą one stać się podstawą dalszego przetwarzania. Jest ona dokonywana w kontekście nadawanym przez obserwacje zmysłowe, uprzednie doświadczenia oraz długotrwałe stany afektywne. Wynikiem tej analizy może być emocja.

W tym rozumieniu ciało reaguje w automatyczny sposób na szanse i zagrożenia, a umysł, zależnie od kontekstu, interpretuje te reakcje jako odpowiednią emocję. Kluczowe informacje pochodzą z interocepcji badającej stan organizmu. Ich analiza prowadzi do aktywacji odpowiedniej emocji.

W tym ujęciu emocje są zasadniczo trafne, jeśli kontekst jest określony poprawnie, algorytmy decyzyjne działają prawidłowo i dane interoceptywne nie są zafałszowane.

W tym podejściu nie istnieje żaden wzorzec emocji w mózgu. Jest ona każdorazowo tworzona na nowo i tylko wtórnie, w zależności od kontekstu, klasyfikowana jako jedna ze znanych emocji. Granice między emocjami są płynne, a sama klasyfikacja jest indywidualna i inspirowana kulturowo. Emocje nie są uniwersalne i to, co ja nazywam złością jest czymś zgoła odmiennym od tego, co ty nazywasz złością. Co więcej, to, co ja nazywam złością dzisiaj, nie jest tym samym, co nazwę złością jutro. Klasyfikowanie ich wspólnie opiera się bardziej na kontekście i skutkach niż na samym stanie umysłu.

Pozytywne sprzężenie zwrotne

Aktywacja emocji może prowadzić do dalszego nasilenia sygnałów z organizmu, co prowadzi do pętli sprzężenia zwrotnego. Oczywiście pętla ta musi być regulowana przez mechanizmy hamujące, abyśmy przysłowiowo nie pękli ze złości. W tym miejscu mechanizm drugi zaczyna przypominać mechanizm pierwszy, z informacją wysyłaną z mózgu, by zmienić stan ciała w odpowiedzi na zagrożenie lub szansę. Co może sugerować, że dychotomia, którą tu proponuję jest częściowo iluzoryczna.

Widzicie już zapewne, że obie koncepcje są dość zbliżone. Różnice tkwią w identyfikacji punktu startowego (co w przypadku pętli może być trywialnie nieistotne) oraz w innym rozłożeniu nacisku między introcepcją a zmysłami zewnętrznymi. Bardziej fundamentalny rozdźwięk tkwi w pytaniu o istnienie archetypu emocji, czyli rozróżnienia między strach to konkretny obwód w mózgu, a strach to etykieta przydawana pewnej grupie reakcji na stan ciała i kontekst.

W tekście skoncentruję się na podejściu drugim, konstruktywistycznym, ale pamiętajmy o wspomnianych tu podobieństwach i miejmy na uwadze, że model ten musi być najpewniej rozbudowany i uzupełniony.

Bodziec do działania

Emocja jest mobilizacją do działania. Jednym z mechanizmów jej wygaszenie – czyli zatrzymanie pętli sprzężenia zwrotnego – jest osiągnięcie celu: w przypadku strachu – to skuteczna ucieczka przed zagrożeniem, w przypadku złości – pokonanie przeciwnika, w przypadku radości – skorzystanie z okazji itp. Kiedy cel zostanie osiągnięty, mechanizmy hamujące uspokajają ciało i wytłumiają emocje w umyśle.

Nie oznacza to jednak, że emocja jest przymusem do działania. Wiemy doskonale z własnego doświadczenia, że możemy czuć złość (a nawet wściekłość), a pomimo tego nie zaatakować osoby lub przedmiotu stanowiących obiekt naszej emocji. Nawet w takich sytuacjach – gdy cel nie zostaje osiągnięty – emocja nie prowadzi do katastrofalnej pętli sprzężenia zwrotnego – możemy pękać ze złości w przenośni, ale nie pękniemy dosłownie.

Bez świadomości refleksyjnej

Stawiam hipotezę, iż w przypadku braku świadomych procesów decyzyjnych lub w przypadku ich bierności emocja jest jednocześnie sygnałem, mobilizacją do działania i decyzją o jego podjęciu. Pojawienie się pętli emocjonalnej musi z konieczności prowadzić do przewidzianych biologicznie dla tej emocji działań, które będą trwały aż do rozwiązania bodźca lub wyczerpania się zapasów energetycznych potrzebnych do reakcji.

Jest tu jednak jeden niezwykle istotny niuans: częścią przewidzianego biologicznie działania może być etap zebrania dodatkowych informacji i ponownej oceny sytuacji, który może prowadzić do wygaszenia emocji bez pojawienia się finalnej reakcji.

Obraz, który mi się tu narzuca, to sarna, która usłyszała trzask gałązki w lesie. Może się rzucić natychmiast do ucieczki, ale może też zamrzeć na chwilę w bezruchu, unieść głowę i nasłuchiwać. W ciągu tych kilku sekund zbierając dodatkowe informacje i starając się rozstrzygnąć, czy to fałszywy alarm, czy też nie. Sarna stara się zdecydować, czy wydać solidną porcję energii na ucieczkę, czy zaryzykować pozostanie w miejscu i w konsekwencji atak drapieżnika.

Taka reakcja, moim zdaniem, nie wymaga świadomości, czy raczej nie wymaga świadomości refleksyjnej. Rozumiem ją raczej jako element złożonej reakcji na bodziec z ciała zinterpretowany w kontekście sytuacji – czyli na emocję.

Na ile zatrzymanie tego automatycznego procesu wymaga świadomości podobnej do naszej ludzkiej, jest pytaniem fascynującym i trudnym. Wydaje mi się, że jest obserwacyjnie dość oczywiste, że zarówno człowiek, jak i inne zwierzęta mogą reagować automatycznie na stan ciała zinterpretowany w postaci emocji z właściwie całkowitym pominięciem procesów świadomych. Jednak w przypadku człowieka interesująco robi się, gdy świadomość wmiesza się w sytuację.

Ze świadomością refleksyjną

Świadomość, a szczególnie jej refleksyjna wersja, pozwala na bardziej zróżnicowane przetwarzanie emocji. W najprostszym rozumieniu pozwala dokonać tej samej analizy, którą wykonuje zamierająca w bezruchu sarna, tylko w znacząco szerszym kontekście. Pozwala przeanalizować długofalowe skutki podjęcia jakiegoś działania: jeżeli uderzę wkurzającego szefa to stracę pracę, nie będę miał pieniędzy i mój dobrostan będzie zagrożony. Pozwala odnieść dane działanie do naszych wartości: jest dla mnie ważne, by funkcjonować z innymi ludźmi bez przemocy, w związku z tym nie uderzę szefa, nieważne jak bardzo sobie na to zasłużył. Pozwala nam zastosować kryterium etyczne i moralne do danej sytuacji: fizyczna przemoc nie sprzyja niczyjej refleksyjności, w związku z czym jest niemoralne używać jej do rozstrzygania sporów.

Każdy z wymienionych kontekstów wykracza zdecydowanie poza proste zebranie dodatkowych informacji i ewentualną zmianę decyzji. To nasz zysk ewolucyjny, prowadzi to bowiem do lepszej optymalizacji wykorzystania energii i w efekcie większych szans na przetrwanie. W pewnym uproszczeniu możemy powiedzieć, że mamy nieco większe możliwości wykrywania fałszywych alarmów emocjonalnych niż inne zwierzęta.

Emocja w kontekście naszej świadomości jest jakby bardzo silną sugestią ciała i umysłu podświadomego do zajęcia się danym problemem. W tym jednym sensie przypomina myśli swobodne, które pojawiają się, gdy „nie myślimy o niczym” – je także można rozumieć jako sugestię tematów dla świadomości. Emocja jest jednak stanem zdecydowanie szerszym, angażującym wiele organów ciała i systemów przetwarzania w mózgu – nieporównywalnie więcej niż pojedyncza myśl.

Pomimo tej siły i intensywności, emocja może zostać przez świadomość odrzucona. To nie jest łatwe, o czym może zaświadczyć każdy z nas, który kiedyś „dał się ponieść emocji”. Ciało i podświadomość wspólnie tworzą grupę nacisku, lansującą ten konkretny temat jako niezwykle istotny.

Wydaje się, że jest więcej niż jeden sposób na odrzucenie emocji. Przykładowo, świadomość może pozwolić emocji kręcić swoją pętlę, ale podjąć działania z emocją niezgodne. W założeniu będzie ona słabła, gdy praktyka pokaże, że zagrożenie było iluzoryczne. Przykład: kiedy czujemy strach przed wyjściem na scenę by wygłosić mowę, możemy nie czyniąc ze strachem nic, wyjść i zrobić swoje, przez cały czas go czując. Inny sposób to wygaszenie emocji, uspokojenie się, często związane z manipulacją stanem ciała. W przykładzie ze strachem możemy poświęcić kilka minut na ćwiczenia uspokajające oddech i oczyszczające umysł, co, jeśli całkowicie nie wyeliminuje, to przynajmniej ograniczy strach.

Możemy też próbować emocję zignorować, odepchnąć od siebie, stłumić, co może chwilowo przynieść ulgę, ale może też mieć nieprzyjemne reperkusje.

Hipoteza: pętla wzmocnienia może trwać w podświadomości

Gdyby świadomość dysponowała przełącznikiem, który mógłby kompletnie wyeliminować daną emocję, to może byłoby sensowne, by od czasu do czasu go użyć. Taki przełącznik jednak nie istnieje, a zakładanie, że jest inaczej, może okazać się dość niebezpieczne.

Moja hipoteza jest następująca: nawet jeśli świadomie odrzucimy emocję i będziemy ją tłumić, to związane z nią procesy mogą się dalej toczyć podświadomie. Pętla wzmocnienia, o której wspomniałem wyżej może toczyć się bez udziału świadomości. Co więcej, jeżeli nie podejmujemy działań zmierzających do zbadania i rozstrzygnięcia zagrożenia lub szansy, na które emocja jest nakierowana, nie korzystamy z jednego z głównych mechanizmów regulacji emocji, jakim jest działanie w kierunku jej celu lub ponowne zbadanie zasadności celu.

Efekt tłumienia jest w efekcie odwrotny od zamierzonego: emocja trwa dłużej i jest bardziej intensywna. Nie ma tu specjalnego znaczenia, że odepchnęliśmy ją od świadomości. Nasze decyzje tak czy owak będą znajdować się pośrednio pod jej wpływem, a nasze ciało będzie wydawać energię i spinać się w gotowości do działania.

Podsumowanie części pierwszej

W dzisiejszym artykule wprowadziliśmy koncepcję emocji (wąsko rozumianej) konstruowanej przez umysł w odpowiedzi na bodźce z ciała. Emocja to interpretacja sygnału ciała w kontekście, a nazwa, którą jej świadomie nadajemy to etykietka wybrana w wyniku tej interpretacji. W tym rozumieniu emocje nie muszą być uniwersalnymi tworami ani fundamentalnymi właściwościami czy obwodami naszego mózgu, są indywidualne – w sensie, że każda osoba rozumie daną emocję nieco inaczej; są kulturowe – w sensie, że kultura operuje pewnym zbiorem pojęć je opisujących; są unikalne – w sensie, że żadne dwa doświadczenia emocji nie są identyczne, ani w odczuciu, ani we wzorcach aktywności mózgu.

Rozwinęliśmy tę koncepcję i staraliśmy się zrozumieć nieco lepiej, jak może przebiegać oddziaływanie pomiędzy emocją a świadomym umysłem. Zaproponowaliśmy kilka mechanizmów, które mogą zachodzić w tym obszarze styku. W skrócie, proponujemy rozumienie świadomości jako narzędzia do, między innymi, dalszej interpretacji i przetwarzania emocji. Zasugerowaliśmy szczególną rolę świadomości refleksyjnej jako kolejnej instancji w procesie pracy umysłu nad emocją – do jej niezwykłej roli wrócimy jeszcze w kolejnej części. Za tydzień będziemy kontynuować dzisiejszy temat. Spojrzymy na kilka praktycznych konsekwencji, jakie mogą płynąć z takiego rozumienia emocji. Zgłębimy kwestie zarządzania zarówno stanem ciała, jak i kontekstem w celu lepszego wykorzystania zjawisk emocjonalnych. Szczególną uwagę poświęcimy świadomości refleksyjnej i jej niezwykłej roli w modyfikowaniu kontekstu i algorytmów interpretacji. Poruszymy też istotny temat błędów, patologii i zewnętrznego zaburzania procesów emocjonalnych.

Zewnętrzne algorytmy i nowe modele ewolucji

Ewolucja człowieka zaczęła się 300 tysięcy lat temu wraz z pojawieniem się homo sapiens… a może raczej siedem milionów lat temu, kiedy pojawiły się pierwsze hominidy? Pewnie i to za mało, bo przecież, w pewnym sensie, ewolucja człowieka zaczęła się wraz z pierwszymi prekariotami około czterech miliardów lat temu – czyli wtedy, kiedy zaczęła się na Ziemi ewolucja życia w ogóle.

Historia ewolucji życia i człowieka, choć ważna i ciekawa, jest jednak mniej istotna niż jej teraźniejszość i przyszłość. Być może niekiedy wydaje się nam, że wraz z pojawieniem się Homo sapiens proces ewolucji tej gałęzi życia się zatrzymał. Ja przyznam, że niekiedy takie właśnie mam skojarzenie czy intuicję – że człowiek, taki jak jest obecnie, jest szczytem i zwieńczeniem ewolucyjnego procesu. To przekonanie nie jest szczególnie zaskakujące w ustach przedstawiciela tego właśnie gatunku: jest ono głęboko antropocentryczne w swojej treści. W rzeczywistości nie ma powodu przypuszczać ani że człowiek jest zwieńczeniem ewolucji – wszak ewolucja to nie góra, która ma szczyt – ani że nasza ewolucja stanęła w miejscu.

Proces ewolucji na Ziemi toczy się nadal i nasz gatunek podlega mu tak jak wszystkie inne. To ostatnie nie musi być do końca prawdą. Jak bowiem przebiega obecnie ewolucja człowieka? Jeżeli spojrzymy na ewolucję nieco szerzej niż tylko na adaptację genomu w wyniku selekcji przez środowisko, jako na proces przyrostu informacji strukturalnej (porządkującej) w systemie otwartym (pobierającym energię z zewnątrz), przebiegającym poprzez powielanie, błędy replikacji (zmiany) i selekcję form najlepiej przetwarzających energię, to szybko zauważymy, że pula możliwych mechanizmów ewoluowania poszerza się.

Widzę cztery ścieżki, którymi może przebiegać ewolucja naszego gatunku. Potencjalnie można je skoncentrować do trzech (włączając trzecią w obręb drugiej), ale możliwe jest też, że istnieją ścieżki, o których nie pomyślałem. Cztery opcje, które narzucają mi się przy tych rozważaniach przedstawiają się następująco:

  1. Ewolucja biologiczna – Darwin, geny, selekcja naturalna. Temat, mam nadzieję, znany, nie będę go więc rozwijał.
  2. Ewolucja społeczno-kulturowa – nośnikami informacji są opowieści, historie, zasady, rytuały itp. przekazywane z pokolenia na pokolenie. Mechanizmem selekcji jest nacisk innych kultur, próbujących pochłonąć się nawzajem, zdominować, zniszczyć lub zjednoczyć (ten ostatni mechanizm jest, moim zdaniem, najciekawszy i najbardziej obiecujący).
  3. Indywidualnie refleksyjna – nośnikami informacji jest sztuka życia, zasady filozoficzne i etyczne, którymi kieruje się jednostka. Mechanizmem selekcji jest nośność danej postawy i liczba naśladowców. Ten punkt można traktować jako część ewolucji społeczno-kulturowej.
  4. Technologiczna – konkretnie związana z maszynami myślącymi, to algorytmy i struktury danych składowane w komputerach i sieciach. To maszyny wykonujące za nas zadania, algorytmy delegowane na komputery. Mechanizmem selekcji jest dostęp do energii zasilania. Póki co ta gałąź nie jest połączona bezpośrednio z naszym ciałem, nie jest internalizowana w pewnym sensie. W przyszłości może się to jednak zmienić.

Dzisiejszy tekst chciałbym poświęcić czwartej w powyższych opcji. Nim jednak do niej przejdę, chciałbym zaznaczyć, że nie przypuszczam, by te opcję były wzajemnie wykluczające się. Przeciwnie, przyjmuję hipotezę roboczą, iż wszystkie cztery działają w nas jednocześnie. Ze względu na różnicę w skalach czasowych na jakich zachodzą zmiany w każdej z nich, ta jednoczesność może jednak nie być oczywista.

Ewolucja technologiczna brzmi bardzo skomplikowanie i zaawansowanie. Jednak nie dajmy się zwieść pozorom, nie jest ona bowiem dzieckiem ostatnich lat – trwa, odkąd człowiek nauczył się stosować dźwignię, wytwarzać koło czy zapisywać myśli na papirusie. Jej przejawem jest pralka automatyczna, która oszczędza nam czas spędzany na praniu. Jej przejawem jest lista kontaktów w telefonie (albo w kajeciku dla analogowców), która pozwala nam „zapamiętać” setki numerów zamiast kilkunastu. Wszyscy ewoluujemy technologicznie jako ludzkość, jako społeczeństwa i jako jednostki. Cały szkopuł w tym, by zacząć to robić bardziej świadomie i systematycznie.

Na początku skupiam się na tym rodzaju ewolucji z kilku powodów. Po pierwsze, jak wspomniałem powyżej, już jesteśmy w jej trakcie – to jest też prawdą w przypadku ewolucji społeczno-kulturowej i biologicznej. Po drugie, działa ona w relatywnie krótkich skalach czasowych i jej skutki można obserwować po dniach czy tygodniach – to zdecydowanie szybciej niż dziesiątki lat potrzebne do zmian społeczno-kulturowych, by nie wspomnieć nawet o milionach lat potrzebnych na solidne zmiany w DNA. Po trzecie, jej przebieg jest w znacznym stopniu naszym dziełem. Sam postęp technologiczny to jest dzieło wspólne, ale jego wykorzystanie to już indywidualna inwencja – w przypadku zmian biologicznych nie mamy żadnej sprawczości, a w zmianach społeczno-kulturowych jesteśmy jednym głosem pośród wielu. To sprawia, że ewolucja techniczna wraz ze swoją towarzyszką – ewolucją indywidualnej refleksyjności, jest doskonałym wyborem na ścieżkę świadomego rozwoju.

Jak już wspomniałem, wszyscy praktykujemy ewolucję technologiczną w mniej lub bardziej świadomy sposób. Chciałbym wam zaproponować pewną zabawę z samym sobą, której celem jest lepsze zrozumienie i ukierunkowanie tego procesu. Podzielmy to zadanie na kilka etapów, od lepszego poznania stanu obecnego po jasny plan na przyszłość i zaplanowanie konkretnych wdrożeń i ulepszeń.

Pierwszy etap to poznanie siebie jako istoty technologicznej. Rozejrzyj się po swoim życiu i swojej codzienności. Jak już w tej chwili wykorzystujesz technologię (szeroko rozumianą) do tego, by usprawniać swoje działanie? Skoncentruj się na sprawach drobniejszych – zapewne schronienie przed żywiołami zapewnia Ci zaawansowany technologicznie budynek, ale raczej nie dokonasz w tej sferze wielkich zmian, o ile nie jesteś inżynierem budownictwa z pomysłem na nową technologię mieszania cementu. Myśl o rzeczach, na które masz bezpośredni wpływ, które są twoim wyborem. Kilka przykładów:

  • zapisywanie daty i godziny spotkań w kalendarzu (cyfrowym lub papierowym);
  • prowadzenie pamiętnika (papierowo, cyfrowo, głosowo);
  • porównywanie parametrów sprzętu elektronicznego w Internecie;
  • komunikowanie się z bliskimi przez wiadomości tekstowe;
  • wyszukiwanie porad, jak coś naprawić na YouTube.

Przykłady można by mnożyć. Spróbujcie stworzyć swoją własną listę. Aby nie była zbyt długa, skoncentrujcie się na najczęstszych i najważniejszych dla was aktywnościach.

Kiedy będziecie mieli już listę tego, co robicie obecnie, zastanówcie się, jak można te dziedziny usprawnić. Oto kilka pytań, które mogą być w tym pomocne:

  • Czy mogę zastosować szybszą technologię (np. cyfrowy kalendarz zamiast papierowego)?
  • Czy mogę określić procedurę działania krok po kroku, by zoptymalizować proces?
  • Czy faktycznie potrzebuję tej aktywności? Czy ona naprawdę oszczędza moje zasoby? Czy ma wartość dodaną?
  • Czy mogę uczynić ten proces cyklicznym (np. powtarzać go co tydzień, zamiast w przypadkowych momentach)?

Pytań na pewno znajdzie się więcej. Pamiętajcie przy tym, że nie musicie być niewolnikami efektywności. Może kalendarz cyfrowy jest szybszy od papierowego, ale jeśli będziecie mieli mniejszą ochotę, by z niego korzystać, zmiana może być stratą, a nie zyskiem.

Kiedy już przeanalizujecie swoje „technologiczne rozszerzenia” i wypatrzycie kilka nadających się do optymalizacji, zacznijcie je wdrażać. O ile nie są to zupełnie drobne korekty, warto wprowadzać je sekwencyjnie, tak by nie brać na siebie za wiele na raz.

Drugi etap to zorientowanie się, gdzie są możliwości technologiczne, z których obecnie nie korzystamy. Nie jest tak łatwo dostrzec tego, czego nie robimy, dlatego ten etap jest obiektywnie trudny. W związku z tym proponuję, by podzielić go na dwa.

Pierwszy z nich to obserwowanie tego, co robią inni. Na najbliższym spotkaniu ze znajomymi bądźcie szczególnie uważni i zwróćcie uwagę, co robią wasi przyjaciele, co może być uznane za korzystanie z technologii do poszerzenia swojej funkcjonalności. Jeśli coś zwróci waszą uwagę, podpytajcie ich o to. Czy to faktycznie sposób na optymalizację? Jak im się sprawdza? Co dokładnie osiągają i czy polecają dane podejście? Bardzo możliwe, że dla wielu z was takie konwersacje są częścią relacji z innymi już od dawna.

Zerknijcie też na ludzi w tramwaju, na ulicy czy w sklepie. Czy możecie dostrzec coś, co dla was jest nieznane, a co ma znamiona technologicznego rozszerzenia ludzkiej funkcjonalności? Jeśli jesteście super-ekstrawertyczni, to i w tym wypadku możecie podpytać o charakter danej aktywności. Przypuszczam jednak, że większość z nas będzie opierać się na niemych domysłach. Skonfrontujcie te domysły z wiedzą zgromadzoną w Internecie – potężnym zasobie, który rozszerza nasze funkcjonowanie już dziś – może uda się wam znaleźć odpowiedź, której szukacie.

Po zebraniu danych i stworzeniu listy kilku szczególnie interesujących ulepszeń, możecie przystąpić do ich wdrażania. Oczywiście na tę listę nie musi trafić wszystko, co zaobserwowaliście. Nawet lepiej, jeśli jest tam nie więcej niż dwa czy trzy elementy. Unikniecie wtedy przytłoczenia i poczucia, że tego i tak się nie da zrobić, więc nie warto nawet zaczynać. Wybierzcie te najbardziej obiecujące, te, które dotykają najważniejszych dla was aspektów funkcjonowania, te, które będzie wam względnie łatwo wdrożyć.

Etap trzeci, albo druga część etapu drugiego, to popuszczenie wodzy wyobraźni. Podumajcie trochę o tym, co robicie na co dzień i od święta i poszukajcie kompletnie nowych przestrzeni do technologicznej ewolucji. Oto kilka pytań, które mogą się okazać w tych poszukiwaniach pomocne:

  • Jakie czynności chętnie bym zautomatyzował, abstrahując od tego, czy to możliwe, czy nie?
  • Jakie czynności i zadania w moim życiu można sprowadzić do liczb, rachunków i logicznych alternatyw? Maszyny radzą sobie z matematyką i logicznymi algorytmami lepiej niż ludzie.
  • Jakich czynności nie chcę, ale muszę wykonywać?
  • Jakie czynności powtarzam regularnie?
  • Jakie czynności w moim życiu są bardzo powtarzalne?

Oczywiście nie z każdej odpowiedzi wypływa potencjał do automatyzacji. Bo choć zęby myjemy dwa razy dziennie, to jeśli mamy już elektryczną szczoteczkę, to raczej nie zainwestujemy w robotyczne ramię, by trzymało ją za nas. Jeśli natomiast nie mamy szczoteczki elektrycznej, to może tu być potencjał do prostego rozwoju.

Tu gra rolę nasza kreatywność i konkretne wyzwania, przed którymi stajemy, ale podzielę się z wami kilkoma pomysłami, które mi chodzą po głowie ostatnimi czasy, może was zainspirują:

  • Próbuje zbudować – na razie bez sukcesu – algorytm, który pozwoli mi wybrać obiektywnie najlepszy skyr pośród tych dostępnych w Lidlu i Auchan (moje najbliższe sklepy). Algorytm ma być prostym porównaniem kilku obiektywnych parametrów (zawartość białka, cukry, tłuszczu, kraj pochodzenia, cena itp.). Daną wyjściową jest nazwa skyru, który mam kupić. Celem jest odizolowanie się od presji reklamy (nazwa, kolor opakowania itp. nie mają już znaczenia). Na razie największą przeszkodą jest zebranie danych (szczególnie z Lidla). Być może istnieją już jakieś aplikacje, które wykonują podobne zadania.
  • Dziennik w postaci zapisów audio to coś, co rozważam jako codzienny rytuał. Dzienniki są sposobem na rozszerzenie możliwości naszej pamięci, która jest generalnie bardzo zawodna, jeśli idzie o odtwarzanie szczegółów, choć jest bardzo dobra, kiedy idzie o odtwarzanie kontekstu. Z badań wynika, że nasz mózg zmyśla elementy wspomnień, fabrykuje je w całości, zniekształca i wykrzywia. Nie można mu ufać, jeśli chodzi o przypominanie sobie detali (pamiętajcie: naoczni świadkowie o wiele częściej się mylą niż mają rację; w związku z czym  jeśli naoczny świadek wskazał kogoś jako winnego, to powinniśmy go uniewinnić!). Zdjęcia i pamiętniki są sposobem na przywołanie detali, gdy będą potrzebne. Formę audio rozważam, bo forma pisemna słabo się u mnie przyjmuje (może za dużo piszę innych tekstów).
  • Do liczenia kalorii używam aplikacji, a właściwie używałem, bo chwilowo zarzuciłem ten proceder – mam bowiem poczucie, pewnie mylne, że już bez jej pomocy jestem w stanie ograniczać ilość spożywanego pokarmu. Pamiętajcie, że na oko to sołtys umarł – liczenie kalorii w ten sposób jest nieefektywne i prowadzi nas na manowce. Aplikacji nie oszukasz (o ile wpiszesz do niej wszystko, co jesz). Każdemu, kto chce ograniczyć spożycie, polecam skorzystać. Nie trzeba nawet swojego Excela robić, są darmowe rozwiązania dostępne na rynku.

Czwarty etap to zebranie przemyśleń i wniosków z poprzednich etapów i stworzenie krótkiej listy pomysłów, które faktycznie chcemy wdrożyć.  Tutaj zaczyna się ciężka praca. Jak zwykle w przypadku procesu zmiany, można się spodziewać pewnej dozy dyskomfortu, zmęczenia, zniechęcenia. Zależnie od tego, jakie dokładnie pomysły wdrażamy, efekt ten będzie silniejszy lub słabszy, ale warto się przygotować na to, że pojawi się w każdym przypadku. Nie będę się tu zagłębiał szczególnie mocno w techniki skutecznego wprowadzania zmian – napisano na ten temat wiele książek, a i na tym blogu wspominałem o tym kilka razy i pewnie jeszcze w przyszłości do tematu wrócę.

Piąty etap to domknięcie pętli, czyli analiza tego, co zmieniliśmy. To moment, by zastanowić się, czy nowe narzędzia faktycznie przynoszą spodziewane korzyści. Jeśli nie, warto je porzucić, nie dając się zwieść temu, że zainwestowaliśmy czas w ich wdrożenie – jeśli nam nie służą, nie inwestujmy zasobów w ich utrzymanie. Spodziewam się, że właściwie u każdego, kto podejdzie do tego ćwiczenia poważnie, pojawią się jakieś pomysły, które po wdrożeniu okażą się rozczarowujące. To naturalny element procesu „ewoluowania”. Koncentrujmy się na tych, które działają i je utrwalajmy.

To także dobra chwila, by pochylić się nad procesem wdrożenia i zastanowić się, czy on przebiegł gładko i skutecznie. Zazwyczaj jest coś do poprawienia. Czasem okazuje się, że jakieś obiecujące pomysły nie zostały wdrożone wcale, bo z tego czy innego powodu okazało się to zbyt trudne. Wróćmy do niego i spróbujmy ponownie.

Wreszcie ten etap to czas na zastanowienie się, czy są kolejne pomysły narzędzi i ulepszeń, które możemy wprowadzić. Mamy już doświadczenie z pierwszej rundy, a to będzie pomocne w tworzeniu nowych intrygujących wyzwań.

Od czasu wynalezienia rysunku naskalnego człowiek próbuje wspomagać funkcjonowanie swojego umysłu przy pomocy technologii. Od czasu wynalezienia worka na jagódki człowiek próbuje wspomagać swoją fizyczność przy pomocy technologii. Wiele z tych ulepszeń przychodzi do nas w sposób organiczny – pojawia się w kulturze i społeczeństwie, a my je podłapujemy.

W takim trybie ich przyswajania czai się pewna doza ryzyka. Możemy bowiem wprowadzić do swojego życia metody i przedmioty, które zamiast pomagać nam wzmocnić funkcjonowanie naszego umysłu, zaczną je osłabiać. Ryzyko uzależnienia wiążące się czy to z zachowaniami (media społecznościowe) czy z substancjami (alkohol) jest tego koronnym przykładem. Nie każda nowinka techniczna, nie każdy wynalazek, nie każdy produkt będą dla nas korzystne – konieczna jest nasza uważność, by ustrzec się przed tymi, które chcą nas zwieść.

Dlatego też jest cenne i ważne, by chwycić stery naszej ewolucji technologicznej we własne ręce i świadomie tworzyć (lub adaptować) narzędzia, które faktycznie będą stanowić cenne rozszerzenie możliwości naszego mózgu. Nie każde z tych rozwiązań musi być naszym odkryciem, w końcu wiele problemów, z którymi spotykamy się na co dzień, zostało już rozwiązanych przez kogoś wprawnego w technologii. Wciąż jednak to my musimy dokonać świadomego i rozsądnego wyboru, z których skorzystać. To wymaga od nas dozy refleksji, zrozumienia swoich własnych potrzeb i inwestycji czasu, by implementować i sprawdzać poszczególne rozwiązania. Jest to wysiłek, natomiast gra wydaje się być warta świeczki.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Minimum błędu predykcji

Dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić na przedstawienie Wam niezwykle ciekawej teorii opisującej działanie ludzkiego mózgu. Choć nie jestem neurobiologiem, to postaram się przedstawić moje rozumienie tej koncepcji, bez silenia się na techniczny żargon czy matematyczny lub formalny rygor. W przyszłości, jeśli moje zainteresowanie tematem się utrzyma i zgłębię go na bardziej zaawansowanym poziomie, jest szansa na konkretniejsze teoretyczne treści. Dziś pozostanę przy pewnej intuicji, koncepcyjnym narzędziu do myślenia o myśleniu, czyli działaniu naszego mózgu.

Mózg jest systemem, który szuka stanu minimalnego błędu predykcji przy uwzględnieniu ograniczeń płynących z kosztów energetycznych działań. Przestrzeń, którą przeszukuje pod tym kątem, jest wielowymiarowa, a jej osie to szeroko rozumiane dane zmysłowe (zmysły wewnętrzne i zewnętrzne, właściwie każdy kanał wejściowy do mózgu). Przeszukiwanie odbywa się poprzez aktywacje kanałów wyjściowych – przesyłanie informacji/poleceń do ciała. Każde działanie to funkcja przekształcająca jeden stan w przestrzeni zmysłów w inny. Funkcja ta ma liczne zmienne ukryte, czyli aspekty, których mózg nie kontroluje – to wszystko, co wydarza się w zewnętrznym świecie.

I tak pobierając dane od zmysłów, mózg konfrontuje je z predykcją, którą stworzył (w uproszeniu, wszystko, co widzimy i czujemy może być rozumiane jako symulacja wykonana przez mózg ułamek sekund wcześniej, niż się faktycznie wydarzyło), kiedy coś się nie zgadza, robi dwie rzeczy: koryguje predykcję i wysyła sygnał na wyjście, by zmodyfikować stan świata. W takiej pętli sobie żyjemy. Nasz mózg nieustannie przewiduje przyszłość i stara się wprowadzić siebie i świat w stan, w którym te przewidywania będą możliwie trafne, a zużycie energii będzie możliwie minimalne.

Ten proces jest niezwykle złożony. Mówimy tu o tysiącach źródeł informacji i tysiącach kanałów wyjścia, na które można wpływać. Co więcej, są jeszcze wspomniane zmienne ukryte, czyli wszystko to, czego nasze zmysły nie uchwyciły, a co wpływa lub wpłynie w przyszłości na stan naszej rzeczywistości. Czy jest praktycznie przydatne, by rozważać te procesy biorąc pod uwagę ich przytłaczającą złożoność? Tak, choć żeby móc coś z nich wyciągnąć, musimy wznieść się na wyższy poziom abstrakcji – co zresztą nasz mózg także czyni. Potrzebujemy ogólniejszych, syntetycznych „zmiennych”, bo analiza na poziomie pojedynczych impulsów zmysłowych jest zbyt skomplikowana.

Parafrazując powyższą koncepcję: mózg to jednostka obliczeniowa, której zadaniem jest tworzenie predykcji danych, które otrzymuje na wejściu, optymalizując jednocześnie pod kątem zużycia energii. Ta jednostka obliczeniowa jest podłączona do danych wejściowych oraz do kanałów wyjściowych, na które może wysyłać sygnały. Kanały wejściowe to dane zmysłowe (wewnętrzne i zewnętrzne). Kanały wyjścia to sygnały wysyłane do ciała – mięśni, gruczołów itp.

Jako bazę dalszych rozważań wykorzystam temat z poprzedniego newslettera, czyli interpretacje nawyków i pracy z nimi w powyższym schemacie. W tym sensie dzisiejszy artykuł jest rozwinięciem poprzedniego, przenosząc nacisk z praktycznych zastosowań na bardziej teoretyczne rozważania.

Aby nie zapaść się zbyt głęboko w abstrakcję, weźmy na tapet konkretne zachowanie, które często jest nawykowe, a które niekoniecznie służy nam długofalowo. Czyli jest to nawyk, który warto zmienić. Niech naszym przykładem będzie jedzenie słonych i słodkich przekąsek – temat znany prawie każdemu z nas. Pomimo że wiemy, jak wiele kalorii kryje się w niewinnej paczce chipsów, wciąż, gdy zasiadamy przed telewizorem na seans ulubionego serialu lub gdy zabieramy się ze znajomymi do partii w planszówki, przed nami stoją michy wypełnione chrupkimi Lay’s.

W przypadku przekąsek nasz mózg musi balansować kilka zmiennych:

1. głód – było nie było, przekąski zaspokajają nasze zapotrzebowanie na kalorie,

2. odczucie przyjemności – powiązane z powyższym, jedzenie jest przyjemne, bo zaspokaja głód. Smak słodki i smak słony są szczególnie przyjemne,

3. długofalowe zachowanie zdrowia – nie każde jedzenie jest tak samo dobre dla naszego zdrowia. Jeśli będziemy jeść zbyt wiele chipsów, to za kilka lat przyjemność ustąpi cierpieniu związanemu z chorobą,

4. liczba spożywanych chipsów i ciasteczek – to nasze działanie nawykowe,

5. liczba spożywanych warzyw – to alternatywne działanie.

Pierwsze trzy punkty to syntetyczne sygnały „zmysłowe”, o których wspominałem wcześniej. W praktyce pod pojęciem „głód” dla mózgu kryją się tysiące różnych sygnałów: o poziomie pokarmu w żołądku, o stężeniu hormonów trawiennych, o zawartości glukozy we krwi itd. Zbieramy je tutaj do jednego worka i nazywamy ten worek „głodem”. Jeśli chcielibyśmy te rozważania podnieść na bardziej ścisły poziom, musielibyśmy każdy z powyższych worków możliwie szczegółowo zdefiniować, ale na potrzeby budowania intuicji o systemie pozostaniemy na powyższym poziomie precyzji.

Dwa ostatnie punkty to syntetyczne „działania”, czyli sygnały, które mózg wysyła do ciała – czy w tym konkretnym przypadku rezultaty wysłania danych sygnałów. Nie ma wątpliwości, że dostępnych działań, które mogą być istotne dla naszego doświadczenia, jest więcej (np. liczba spożywanych orzechów, czas spędzony na głodówce, liczba przebiegniętych kilometrów). Dla prostoty pozostaniemy przy powyższym uproszczonym zestawie zmysłów i działań.

Nie będziemy się tu zastanawiać, skąd ten nawyk się wziął, przyjmujemy po prostu fakt, że obecnie mamy nawyk podjadania chipsów i ciastek. Ale co to właściwie znaczy w naszym modelu, że mamy nawyk? To znaczy, że nasz mózg spodziewa się, że pewne działanie (jedzenie ciastków) spowoduje pewien efekt (odczucie przyjemności i zaspokojenie głodu). To zachowanie ma niski błąd predykcji oraz wysoką podaż energii. Stało się preferowane, to znaczy, że w przestrzeni rozwiązań, którą nieustannie analizuje nasz mózg, jest z nim związana dolina, w której tkwimy. Jedzenie chipsów jest „bezpieczne”, bo ma znany i lubiany efekt. Im częściej powtarzamy to zachowanie, tym efekt staje się bardziej potwierdzony, dolinka robi się głębsza – nawyk staje się silniejszy. Co ważne, gdy zaprzestajemy jedzenia czipsów, odczuwamy dyskomfort i brak. Trafiamy na „stok” doliny – błąd predykcji rośnie.

Gdybyśmy nie mieli intelektu i refleksyjności, bylibyśmy skazani na tkwienie w naszym obecnym minimum (chyba że świat zewnętrzny zrobiłby coś, co by nas z niego wyrwało). Takie zachowania obserwujemy u zwierząt: pies, który ma nieograniczony dostęp do smaczków, będzie je jadł, dopóki nie wypełni brzuszka. Jak tylko minie odczucie sytości, zacznie jeść znowu. Nie zatrzyma się, by zastanowić się, czy nie doprowadzi go to do otyłości, a w konsekwencji do zawału. Nie ma narzędzi, by przeanalizować przestrzeń rozwiązań w odległym czasie, jest w stanie zbadać względnie bliską przyszłość, a dla niej najmniejszy błąd predykcji i zysk energetyczny są związane z pochłanianiem smaczków. Nie jest tak do końca, iż zwierzęta nie mają możliwości adaptacji i predykcji, ale ich zdolności w tym względzie są ograniczone, szczególnie gdy przyjdzie im się spotkać z wytworami ludzkiej cywilizacji obfitości.

My jesteśmy wyposażeni w aparat do analizy przyszłych konsekwencji, choć nie oznacza to, że będziemy w stanie go użyć ani że będziemy potrafili go dobrze wykorzystać – daje nam szansę.

Pierwszy krok, który musimy wykonać, to zdać sobie sprawę, że zmiana jest potrzebna i że jest możliwa.

Uświadamianie sobie potrzeby zmiany to umiejętność spojrzenia na przestrzeń rozwiązań i wyobrażenie sobie, jak ona się zmieni w czasie. Oczywiście jakość tego wyobrażenia będzie zależeć od jakości informacji, które posiadamy. W naszym przykładzie, jeśli nie wiemy nic o cholesterolu, jego wpływie na układ krwionośny i jego powiązaniu z tłustym i słodkim jedzeniem, to przyszłość, którą przewidzimy, będzie równie przyjemna co teraźniejszość. Nie dostrzeżemy potrzeby zmiany i kiedy przyjdzie nieuchronnie choroba powiązana z naszym stylem życia, w zaskoczeniu będziemy się zmagać z błędem predykcji. Dlatego tak istotne jest, by być dobrze poinformowanym o dowodach naukowych na szkodliwość lub dobroczynność pewnych aspektów naszego stylu życia, bez tego nigdy nie dostrzeżemy powodu do zmiany. Połóżmy tutaj nacisk na „dobrze poinformowanym”, bo jeśli nasza wiedza nie ma oparcia w faktach i wywodzi się z guseł, haseł reklamowych czy naszych własnych jednostkowych doświadczeń, to symulacja przyszłości, którą zbudujemy, będzie miała mało wspólnego z rzeczywistością.

Gdyby jedzenie chipsów i ciastek nie miało żadnych negatywnych reperkusji, to byłby koniec historii. Moglibyśmy swobodnie tkwić w tym minimum, a energię poświęcać na inne zagadnienia życia. Tak jednak nie jest. Dzięki naszym agentom specjalnym: refleksyjności i ciekawości poznawczej jesteśmy w stanie stwierdzić, że takie zachowanie w dłuższej perspektywie czasu sprowadzi na nas więcej cierpienia niż obecnie daje przyjemności lub, innymi słowy, spowoduje gigantyczny błąd predykcji (bo choroba to cała puszka Pandory błędów predykcji) i ogromny ubytek energii (bo zdrowienie to kosztowny proces dla organizmu).

Kiedy już wiemy, że, aby zminimalizować globalny błąd predykcji i zmaksymalizować podaż energii, konieczne są zmiany, przychodzi nam zmierzyć się z procesem ich przeprowadzania. Prawdopodobnie największą komplikacją tego procesu jest to, że aby opuścić nasze lokalne minimum, zazwyczaj musimy przejść przez próg dyskomfortu, znaczących błędów poznawczych i wydać dużo energii. Standardowe mechanizmy działania nie będą „chciały” podążać takimi ścieżkami. W końcu ich zadaniem jest minimalizowanie błędu predykcji i zużycia energii. Będą się więc starały przywrócić nas na znaną, łatwą ścieżkę – tu wracamy do kazusu zwierzaka, który ma do dyspozycji tylko badanie natychmiastowego błędu predykcji, w związku z czym nigdy nie zejdzie z kursu chwilowej przyjemności (o ile nie wymuszą tego okoliczności).

Zadaniem naszej refleksyjności, intelektu i „silnej woli” jest utrzymanie nas na właściwym kursie, aż dotrzemy do nowego minimum. W naszym przypadku będzie to chrupanie marchewki zamiast chipsów.

Co nam będzie w tym przeszkadzać, a co pomagać?

Rozpoznanie zmiennych ukrytych – nie wszystkich, bo to zadanie przerastające nasze możliwości, ale przynajmniej niektórych z nich. Innymi słowy, warto poznać okoliczności (kiedy oglądam serial, to jem chipsy) i stany emocjonalne (kiedy jestem smutny, jem ciastka), które towarzyszą zachowaniu, które chcę zmienić. Nie jemy ich przecież na okrągło. Kiedy nasz umysł ma tendencję do wchodzenia w to niepożądane minimum? W leczeniu uzależnień mówi się o „wyzwalaczach głodu”, czyli o tym, co nam przypomina o używaniu substancji – ten sam koncept działa przy nawykach!

Unikanie linii największego oporu – drastyczne skoki błędu predykcji spotkają się z drastyczną korektą mechanizmów automatycznych i będą wymagać wielkich ilości energii, by utrzymać kurs. Gdy jest to możliwe, stopniowa zmiana i akomodacja w nowej normie (systematyczne obniżanie bariery do nowego optimum) są preferowane ponad terapię szokową. Czyli zamiast rezygnować z chipsów całkowicie zrób pół na pół, jedna miska marchewki, jedna chipsów. Później zmień chipsy na mniej kaloryczną wersję albo wersję o mniej intensywnym smaku. Tu jednak uwaga. To nie zawsze działa! Nieco więcej o tym za chwilę, ale w szczególności w uzależnieniach czy przy używaniu substancji psychoaktywnych ta strategia jest zazwyczaj kontrproduktywna.

Trzymanie oka na kursie – korzystaj ze swojej refleksyjności i intelektu, by przypominać sobie, dokąd i dlaczego dążysz. To trochę tak, jakbyś co jakiś czas spoglądał na przestrzeń rozwiązań z lotu ptaka i upewniał się, że twój cel dalej tam jest i że się do niego zbliżasz. Jeśli jesteśmy zbyt blisko tego, co dzieje się dzisiaj, możemy wyolbrzymiać nasze trudności. Może się nam wydawać, że przed nami jest jeszcze jakaś wielka góra do pokonania, a to może nas przekonać do tego, że nie warto inwestować w zmianę. Zobaczmy naszą górę z pewnego oddalenia, by zrozumieć, że nie jest aż taka straszna. Na początku stworzyliśmy pewną mapę przestrzeni rozwiązań, według której chcemy podążać – musimy ją regularnie odświeżać w pamięci, by się nie zatarła.

Inne zmienne i parametry – im więcej parametrów rozważamy, tym więcej otwiera się przed nami opcji. Możemy wykorzystać inne zmienne, by wspierać (ale także sabotować) nasze starania. Przykładowo w naszych rozważaniach możesz spotykać się z przyjaciółmi, by wypełnić swój czas i „nie myśleć” o chrupkach i ciastkach. Jeśli jednak spotkasz się z kimś, kto wyciągnie zza pazuchy karton Lay’sów paprykowych, to twoich wysiłków nie wspomoże, a raczej im przeszkodzi. To się wiąże z rozpoznawaniem ukrytych zmiennych, tyle że tutaj chcemy rozpoznać dodatkowe możliwości działania, które mamy do dyspozycji. Przy czym, praktyczna uwaga: nie każde nasze działanie będzie miało realne znaczenie w kontekście danego problemu i czasem nie warto niepotrzebnie komplikować.

Nie ma zmiany bez wysiłku i czasu – jeśli zmiana ma nastąpić, to będzie wymagała czasu i wysiłku. Im dłużej kultywowałeś jakiś nawyk, tym więcej wysiłku będzie kosztowało zmienienie go (tym głębszy dołek wydeptałeś). Nie warto się co do tego oszukiwać, bo pierwsze oznaki bólu czy dyskomfortu sprawią, że wrócisz na znany szlak niskiego błędu predykcji i dużej podaży energii. W bardzo niewielu przypadkach zmiana będzie płynna i bezbolesna. Warto sobie „zabudżetować”, i to z nawiązką, energię, wysiłek i dyskomfort, które będą potrzebne na drodze do zmiany.

Utrudnienie dostępu do starego szlaku, ułatwienie do nowego – zarządzajmy okolicznościami tak, by możliwie utrudnić sobie wejście w stary nawyk, a ułatwić wejście w nowy. Jeśli chcesz jeść mniej chipsów, to nie powinieneś mieć w domu chipsów. Chcesz zamiast tego jeść więcej marchewki? Niech twoja lodówka będzie wyładowana nią po brzegi. Budujesz w ten sposób małe górki i dolinki w przestrzeni rozwiązań, sprawiasz, że nawyk, z którym walczysz, kosztuje nieco więcej energii. To delikatnie ukierunkowuje twoje automatyzmy. Czy to oznacza, że nigdy nie złapie cię chętka na chrupki i nie polecisz po nie do sklepu? Nie, ale przynajmniej będziesz musiał włożyć wysiłek w ubranie się, wyjście itd., a to pomoże obniżyć prawdopodobieństwo i częstotliwość tej czynności.

Powtarzanie to podstawa nauki – mózg lubi mały błąd predykcji płynący ze stabilnego rozwiązania, a stabilne rozwiązanie to takie, które wielokrotnie powtarzaliśmy, uzyskując spodziewany i pożądany rezultat. Powtarzaj nowy nawyk jak najczęściej i wydeptuj nową dolinkę w przestrzeni rozwiązań. Spraw, by to co cię trzymało w złym nawyku, teraz trzymało Cię w dobrym. Uczyń nowe zachowanie znajomym tak, by wyjście z niego skutkowało błędem prognozy. To ważne, bo stara dolinka będzie obecna jeszcze przez długi czas i będzie też ryzyko ponownego wpadnięcia w nią.

Często chodzi o balans, a nie o eliminacje – najbardziej trwałe i stabilne rozwiązanie wcale nie musi oznaczać całkowitej eliminacji czegoś z naszego życia. Bywa tak, że optimum jest przy zdrowych proporcjach, bywa tak, że optimum jest stanem oscylującym. Czyli sześć dni w tygodniu chrupię sobie marchewkę, ale w sobotę na planszówkach zjem małą paczkę chipsów. Takie rozwiązanie może się okazać o wiele łatwiejsze do utrzymania, dające przy tym dobre skutki zdrowotne. Gdybyśmy próbowali naciskać na stan, w którym nigdy nie jemy chipsów, to może się okazać, że będziemy z niego „wypadać” – takie rozwiązanie będzie niestabilne. To nas powinno zachęcić do eksperymentowania, próbowania drobnych zmian w naszych nawykach i szukania możliwie stabilnego optimum (czasem będzie to wymagało wprowadzenia dodatkowych zmiennych!). Pamiętajmy, że celem zwykle nie jest całkowita eliminacja jakiejś zmiennej, tylko optymalizacja błędu predykcji i zużycia energii w długiej perspektywie czasu.

Tutaj jednak ważna uwaga na marginesie:

Są krytyczne wyjątki od koncepcji równowagi. W niektórych systemach nie ma innej drogi do trwałości, jak wyzerowanie danej zmiennej. Przykład to uzależnienia od substancji psychoaktywnych: nie ma stabilnego rozwiązania dla „niewielkiego” używania. Możliwe jest tymczasowe utrzymywanie takich rozwiązań poprzez inwestowanie znacznych ilości energii – stan przez fachowców zwany „dupościskiem”. Jednak prędzej czy później energia się wyczerpie i system wróci do stanu równowagi, czyli intensywnego używania. Jednocześnie tak duży wydatek energii idący na utrzymanie niestabilnej sytuacji oznacza, że brakuje energii na normalne życie, co będzie przejawiać się agresją, bylejakością lub innymi niekonstruktywnymi zachowaniami.

W pierwszym przybliżeniu nałogowiec ma dwa stabilne stany równowagi: całkowita abstynencja oraz niekontrolowane używanie. Problem jest jednak bardziej złożony. Tutaj rozważamy jedną zmienną: używanie substancji lub kompulsji, ale człowiek jest bardziej złożonym systemem. Do naszych rozważań możemy dodać syntetyczny parametr „rozwój osobisty” rozumiany jako praca nad swoim charakterem, refleksja, zmiana na lepsze. Praktyka terapii uzależnień uczy nas, że to parametr niezwykle istotny dla osoby uzależnionej. Dodając go do modelu, pierwszy stan równowagi możemy rozbić na dwa: całkowita abstynencja połączona z pracą nad sobą (stabilny) oraz całkowita abstynencja bez pracy nad sobą – dupościsk (niestabilny).

Tutaj też zauważmy: to powyższe jest uproszczeniem, przecież praca nad sobą to zmienna stopniowalna, ciągła. Można nad sobą pracować mniej lub bardziej i nasze dwa przypadki są punktami ekstremalnymi na spektrum. Także spożywanie substancji można rozumieć jako spektrum – tyle, że tutaj dla nałogowca stabilne są tylko zero używania i niekontrolowane używanie, podczas gdy przy rozwoju możemy zgadywać, że będzie więcej stabilnych rozwiązań.

W pewnym sensie cała nasza aktywność polega na szukaniu stanów równowagi (także równowagi dynamicznej) w przestrzeni rozwiązań i to konkretnie takich, w których błąd predykcji i zużycie energii są możliwie niskie. My jesteśmy zestawem algorytmów, które tę przestrzeń przeszukują. Jest względnie jasne, że te algorytmy dzielą się na wyspecjalizowane grupy, może nawet tworzą poziomy abstrakcji (stopień szczegółowości i syntezy) i budują wewnętrzną strukturę – warstwa fizyczna, warstwa społeczna, warstwa indywidualna, warstwa refleksyjna. Ciekawym pytaniem jest, które z tych algorytmów dzielimy z innymi istotami żywymi (albo z komputerami!) i które z nich są konieczne, by mówić o świadomości?

Lista interesujących konsekwencji i pytań wokół tego sposobu myślenia o człowieku jest dłuższa, oto kilka z nich:
Algorytm potrzebują punktów startowych. Jak one powstają? Czy to rola tego, co nazywamy intuicją? W tym temacie kilka słów w dzisiejszym newsletterze.
Jak wygląda reprezentacja przestrzeni stanów i naszej w niej trajektorii w czasie na poziomie świadomym? Czy to to, co nazywamy opowieścią o sobie?
Jak w to wpisują się inni ludzie? Gdzie jest miejsce w przestrzeni błędu predykcji i energii na rozmnażanie?
Czy w obrębie rodziny też zachodzi optymalizacja błędu predykcji i zużycia energii? A w obrębie stada czy społeczeństwa?

Na dziś pytania te pozostają otwarte, acz będę do nich jeszcze w przyszłości niewątpliwie wracał. Może któreś z nich szczególnie Was zainteresowało i chcielibyście podzielić się swoimi przemyśleniami? Zapraszam do komentowania!

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Warsztaty stoickie – co to znaczy dobrze myśleć?

W dniach 3–7 czerwca odbyły się w ośrodku Pełnia pod Warszawą warsztaty stoickie, zwane także koloniami stoickimi. Ich tematem przewodnim było myślenie i pytanie: co to znaczy dobrze myśleć oraz jak owo myślenie ćwiczyć. Organizacją zajmowali się Tomasz Mazur i Jolanta Księżak – stoicki duet znany z organizacji popularnych Stoisk – czyli cyklicznych filozoficznych spotkań odbywających się zwykle w Warszawie.

Myślenie to trudna sztuka, tym trudniejsza, że zwykle jesteśmy przekonani, że potrafimy je uprawiać. Wychodzimy z założenia, że mamy rozsądek i potrafimy go używać. To nasz pierwszy fundamentalny błąd. Myślenie jest umiejętnością i sztuką, jako takie musi być ćwiczone, aby dobrze funkcjonowało. Jeśli nie jest, to mamy tylko złudzenie, że działa, podczas gdy w rzeczywistości plączemy się w błędach poznawczych, niepoprawnych wnioskowaniach i mylnych przekonaniach.

To temat niezwykle ważki, nie dziwi więc, że stoicy wzięli go poważnie na warsztat. Zaczęło się około 2300 lat temu, kiedy Zenonowi z Kition zatonął statek, co pociągnęło za sobą bardzo fortunne bankructwo. Bez grosza, samotny na ulicach Aten, Zenon zwrócił się o pociechę do filozofii. W niej to odkrył narzędzia do myślenia, które pozwoliły mu zapomnieć o zatopionym statku. Porzucił niepewne koleje handlu morskiego na rzecz stania w malowanym przejściu z kolumnami (Stoa Poikile) i nauczania o dobrym myśleniu każdego, kto też chciał sobie postać.

Kontynuując ten nośny trend, w zeszłym roku i na początku tego odbył się cykl Stoisk (LINK), którego tematem przewodnim było dobre myślenie i metody dążenia do tegoż. Choć nie było kolumn, a uczestnicy nie musieli stać, bo krzesła były zapewnione, zasadnicze pytania, które stawiano, nie zmieniły się znacznie od czasów Zenona. Nauki szczegółowe i filozofia odpowiedziały w międzyczasie na kilka, kilka nowych postawiły, ale temat pozostaje teoretycznie frapujący i praktycznie niezbędny. Kulminacją cyklu Stoisk były warsztaty, w których miałem przyjemność uczestniczyć.

Jak wyglądają warsztaty stoickie?

Na dobry początek chciałbym rozwiać kilka stereotypów, które mogą wam przyjść na myśl, gdy myślicie o spotkaniu stoików:

  • wolno siedzieć, wprawdzie zwykle nie ma krzeseł, ale są koce, poduszeczki i można sobie klapnąć na podłodze;
  • można, a nawet należy żartować, nikt nie zostanie zastrzelony za wybuchnięcie śmiechem;
  • nie trzeba nosić togi, mieć brody ani mówić po grecku.

Jak więc to wygląda w praktyce?

Standardowy dzień zawiera w sobie pięć sesji, każda z nich ma swój temat i tryb. Oczywiście, połączone są przez myśl przewodnią warsztatów, ale nie ma wymogu uczestniczenia w poprzednich sesjach, by zrozumieć obecną. Każda z nich stanowi w tym sensie zamkniętą całość.

Moduły są zwykle silnie interaktywne. Prowadzący zagaja temat, ale większość czasu poświęcona jest na dyskusję uczestników. Nie ma przymusu zabierania głosu w dyskusji, można poświęcić się słuchaniu. Jednak cenne jest wyrażenie własnego zdania i otrzymanie informacji zwrotnej od grupy. Przyjazny i nieoceniający charakter sprzyja przełamywaniu nieśmiałości uczestników.

Część zajęć zorganizowana jest jako praca w grupach. Uczestnicy dzielą się na mniejsze jednostki i opracowują pewne zagadnienie. Efekty pracy następnie przedstawiają na forum. Novum na ostatnich warsztatach było zaproponowanie uczestnikom z wyprzedzeniem listy tematów do wyboru. Każdy chętny mógł przygotować wypowiedź i zaprezentować ją przed grupą. Dyskusje po każdym z wystąpień były przebogatym źródłem nowych myśli i kierunków rozwijających początkowe założenia prelegenta.

Program warsztatów nie jest ciasno upakowany. Pięć standardowych sesji to około siedmiu godzin, przedzielonych przerwami kawowymi i dwugodzinną przerwą na obiad i złapanie oddechu. Może się wydawać, że to niewiele, jednak w praktyce i to jest wielce wyczerpujące. Rozmowy i tematy są tak intensywne, że prawie każdy prędzej czy później odpuszcza sobie jedną lub dwie sesje, by zebrać siły i myśli.

Poza zaplanowanymi sesjami odbywają się liczne rozmowy kuluarowe. W końcu mamy tu grupkę osób żywo zainteresowanych filozofią, zamkniętą na niewielkiej przestrzeni w oddaleniu od cywilizacji – debaty będą się samorzutnie formować. Dla dodania im dodatkowego materiału, każdy dzień kończy się wspólnym oglądaniem filmu i krótką dyskusją na jego temat, która może się rozciągnąć w kuluary.

Warsztaty są fantastycznym doświadczeniem, ale są przy tym niezwykle wyczerpujące. Ja doświadczyłem „odcięcia prądu” po pierwszych trzech dniach, kiedy to po pierwszej porannej sesji udałem się do pokoju by odsapnąć chwilkę, a obudziłem się dwie godziny później. Pięć dni warsztatów kosztowało mnie więcej energii niż trzy dni jazdy na rowerze po 100 kilometrów dziennie. Szczęśliwie kalorie, które nasze biedne mózgi spalały w poszukiwaniu sensu, były uzupełniane przez pyszne wegańskie jedzonko serwowane przez przemiłą gospodynię.

Jeśli filozofia was pasjonuje, zachęcam do spróbowania tej formy spędzania czasu. Możliwe, że spodoba się wam równie mocno jak mi!

Wystąpienie o intuicji

Tematem mojego wystąpienia było pytanie: czy w myśleniu należy kierować się intuicją? Jeśli tak, na czym by to miało polegać? Pierwszy zarys mojego podejścia do tematu możecie znaleźć w poprzednim wpisie na blogu (LINK). Na warsztatach zaproponowałem już zmodyfikowaną i uproszczoną wersję. Opierała się ona na trzech zastosowaniach dla intuicji:

  • źródło błędu, który może się okazać nową pożądaną opcją;
  • rozumienie słów bardziej fundamentalne i uniwersalne niż ich definicje;
  • intelektualne siły szybkiego reagowania.

W swoim wystąpieniu zawarłem dwa ostrzeżenia przed sytuacjami krańcowymi:

  • za mało intuicji, to luka w kreatywności;
  • intuicja bez kontroli i selekcji intelektu to chaos.

Dyskusja po moim wystąpieniu przyniosła wiele interesujących aspektów, które pozwoliły mi przebudować i rozwinąć tę wizję.

Pierwsza obserwacja to jak szeroko zakreślam ramy intuicji. Zastosowania intuicji, na które się powołuje, sugerują, że traktuję ją niemalże jako synonim procesów podświadomych. Mieszczę w niej drugi system Kahnemana (myślenie szybkie). Mieszczę przeddefinicyjne rozumienie słów. Mieszczę wreszcie automatyczną generację myśli.

Druga obserwacja to różnica między błędem a możliwością/opcją w kontekście metafory ewolucji, ale także dla intuicji. To rozróżnienie może wydawać się nieistotnym niuansem, ale ma praktyczne zalety. Słowo „możliwość” jest nieoceniające i niezwiązane z decyzją lub wyborem, zdaje się też lepiej pasować do doświadczenia automatycznych myśli (pomysłów, rozwiązań), które prezentują możliwe rozwiązania pod osąd intelektu.

Trzecia obserwacja to pytanie, co czyni kreatywność płynącą z intuicji lepszą/inną niż kreatywność rekombinacji tego co znane? Czy intuicja jest potrzebna dorosłemu, współczesnemu człowiekowi? Kładę tu nacisk na „dorosłego” człowieka, bo przypuszczam, że dziecku intuicja jest niezbędna w procesie uczenia się. Kładę nacisk na „współczesnego” człowieka, bo przypuszczam, że pierwsze słowa czy idee przedjęzykowe musiały mieć źródło w intuicji.

Nowa koncepcja intuicji

Dzięki dyskusjom z warsztatów mogłem dokonać kolejnego kroku na drodze do lepszego zrozumienia intuicji. Starałem się tu oprzeć na wyobrażeniu sobie miejsca intuicji w procesie myślenia, który, w pewnym uproszczeniu, można rozumieć jako proces podejmowania decyzji. Celem, który mi przyświecał, było zredukowanie trudności związanych z szerokim zakresem pojęcia i z podejrzanym użyciem słowa „błąd” w poprzednich rozważaniach.

Proponuje, by myśleć o intuicji jako o generatorze możliwości. Ma to dwa cele: niweluje kłopot z nacechowanym negatywnie pojęciem „błąd”. Zamiast sugerować, że intuicja popełnia błędy, mówimy, że intuicja podsuwa nam możliwości, które intelekt sprawdza pod kątem przydatności. W tym rozumieniu intuicja nie ocenia, a więc i nie popełnia błędów. Przez analogię do burzy mózgów: na etapie koncepcyjnym nie ma złych pomysłów, zbieramy wszystko jak leci i dopiero w kolejnym kroku weryfikujemy.

Drugim celem nowego rozumienia intuicji jest zawężenie jej zakresu, z zachowaniem elementów wszystkich trzech wspomnianych wyżej zastosowań. Nie jest ona już tożsama z intelektualnymi siłami szybkiego reagowania (systemem drugim), jest natomiast ich nieodłączną częścią. Pozostaje też punktem wyjścia dla rozumienia słowa, które to rozumienie może być dodatkowo przetworzone przez algorytm rozumienia, jeśli jest taka potrzeba – czyli podobnie jest niezbędnym elementem rozumienia słowa, ale nie jedynym. Pozostaje też źródłem możliwości (poprzednio nazywanych „błędami”), jako punkt wyjścia naszych algorytmów.

Wszystko jest algorytmem. Nasze myśli, decyzje, emocje itp. są algorytmami lub wynikami ich działania. To założenie numer jeden.

Każdy algorytm potrzebuje punktu startowego. Dla niektórych algorytmów punkt startowy może być losowy, ale jakiś być musi. Wiele algorytmów wygeneruje odmienny wynik w zależności od wybranego punktu początkowego. To założenie numer dwa.

Intuicja jest algorytmem (bo wszystko jest, patrz założenie pierwsze), który generuje punkty startu dla innych algorytmów. Skąd się bierze punkt startowy dla algorytmu intuicji? Nie wiem. Może jest to ogólny stan umysłu w danej chwili. Czy inne algorytmy nie mogłyby użyć tego stanu jako swojego punktu startowego? Mogłyby, ale działają lepiej, jeśli otrzymają konkretniejszy i wstępnie przygotowany stan wejściowy. W tym rozumieniu rolą intuicji jest wziąć obecną „falę predykcji” mózgu i przetworzyć ją na akceptowalny stan wejściowy do aktywującego się algorytmu.

W uproszczeniu: intuicja przetwarza strumień świadomości, który nasz mózg nieustannie generuje („fala predykcji”), przecina go, kompresuje, wstępnie przetwarza i generuje pakiet danych wejściowych dla wszelkich innych algorytmów, w szczególności dla algorytmów wyższego poziomu, czyli logicznych analiz rzeczywistości.

Dygresja: czy fala predykcji też jest algorytmem? Tak, przecież wszystko jest algorytmem. Co generuje stan początkowy dla niej? Fascynujące pytanie! Wyobrażam sobie, że fala predykcji jest algorytmem trwałym, to znaczy, trwa od momentu… no właśnie jakiego? Urodzenia? No nie wiem, przecież dziecko w łonie matki ma już działający mózg. Poczęcia? Za wcześnie, mózg jeszcze się nie uformował nawet zalążkowo. Gdzieś tam musi być moment inicjacji tego algorytmu, ale jak i co go inicjuje, to nie mam pojęcia. Wiem, że są badania prowadzone w tym kierunku – fascynująca sprawa!

Rozważmy teraz kilka kombinacji, które mogą występować w relacji między intuicją a przeróżnymi algorytmami naszego funkcjonowania. Nie sugerujemy tutaj, że to wyczerpująca lista, ani że jest w pełni poprawna. To intuicja, czyli punkt startowy dla algorytmów dalszego badania zagadnienia 😉

Pozwolę sobie tu wprowadzić pewną nomenklaturę, będę mianowicie mówił o „precyzji”, zarówno w odniesieniu do intuicji, jak i algorytmu. To podejrzany termin, bo sugeruje, że istnieje jakieś kryterium owej „precyzji”. W pewnym sensie, po platońsku insynuuje, że istnieją ideały decyzji, a owa „precyzja” mierzy odległość stanu początkowego (intuicji) lub wyniku algorytmu (decyzji) od owych ideałów. Na razie skapituluję w tym miejscu i powiem, że to jest trzecie założenie. W przyszłości jest potencjał do rozluźnienia tegoż.

Dygresja: czytelnik może zapytać: dlaczego nie przyjmiesz za miarę „precyzji” różnicy od fali predykcji? Bronię się przed tym rękami i nogami, bo: fala predykcji to nie rzeczywistość, chociaż lepszego odniesienia do rzeczywistości nie mamy. Gdyby ona była miarą, intuicja byłaby właściwie zawsze precyzyjna, albo tym byłąby precyzyjniejsza im mniej by robiła, skoro jej stanem początkowym jest fala predykcji. Co jeśli wynik działania algorytmu modyfikuje falę predykcji – co zapewne każdy algorytm w końcu robi? W takim rozumieniu każdy algorytm jest precyzyjny z automatu, bo zgadza się z falą predykcji, którą sam wytworzył/zmodyfikował. Nie wiem jednak czy ostatecznie jest możliwość ucieczki od tych kłopotów.

Czyli zakładamy, że istnieje jakaś idealna decyzja/stan do którego dążą nasze algorytmy. Odległość od tego stanu jest precyzją algorytmu. Stan idealny może być nieznany w pełni. Między innymi dlatego „precyzja” jest pojęciem probabilistycznym, czyli mówimy raczej o prawdopodobieństwie, że nasza predykcja jest blisko bądź daleko od ideału. Możliwe, że to rozróżnienie jest czysto techniczne.

Pokuśmy się o drobną metaforę muzyczną, by zwizualizować kilka podstawowych możliwości.

Jeśli ktoś bez doświadczenia muzycznego próbuje nauczyć się grać, zarówno jego intuicja, jak i jego algorytmy będą nieprecyzyjne. Można się spodziewać braku harmonii w pierwszych próbach i powolnych postępów – szczególnie bez nauczyciela. Tak by było w moim przypadku.

Ktoś, kto wiele czasu spędził grając po swojemu na jakimś instrumencie, będzie miał dobrą intuicję. Z łatwością przyjdzie mu zaimprowizować melodię, ale jeśli nie ma formalnego wykształcenia muzycznego, nie będzie w stanie jej ulepszyć czy rozwinąć do symfonii – jego algorytm jest słaby. To sytuacja amatora grającego co noc w knajpie na pianinie.

Jeżeli ktoś ma wykształcenie muzyczne, opanował harmonię, nuty i inne elementy fachu, ale nie ma biegłości w graniu na instrumencie, to ten ktoś ma nieprecyzyjną intuicję, ale precyzyjny algorytm. Jego pierwsze melodie będą zapewne słabe, ale będzie w stanie je ulepszyć i rozwinąć w kolejnych próbach. To przykład doświadczonego muzyka zasiadającego do nowego instrumentu.

Wreszcie, mamy wirtuoza który spędził tysiące godzin przy fortepianie i jednocześnie posiadł głęboką wiedzę o kształtowaniu muzyki. To Chopin łączący precyzyjną intuicję i świetny algorytm. Człowiek, który zaimprowizuje piękną melodię, a potem jeszcze ją ulepszy.

Taki podział jest oczywiście umowny i nigdy nie jest zero-jedynkowy. Precyzja intuicji i algorytmu jest wartością ciągłą.

Wiele intuicji?

W myśl powyższej koncepcji wydaje się jasne, iż mamy wiele intuicji, albo inaczej rzecz ujmując nasza intuicja różnie się spisuje w zależności od dziedziny, w której ją wykorzystujemy. Brzmią tu echa ostrzeżenia, które przytaczaliśmy w poprzednim artykule: nie ufajmy naszej intuicji w dziedzinach, w których nie mamy wiedzy zdolnej zweryfikować jej dokładność.

Jako przykład użyliśmy wtedy medycyny: większość z nas nie ma precyzyjnej intuicji medycznej. Nie wiemy, co jest dla naszego ciała dobre. Nasza intuicja nadal będzie generować możliwości – bo wydaje się, że jest w stanie to robić kompletnie niezależnie od naszych realnych kompetencji, w pewnym stopniu losowo. Nie mamy też algorytmu (medycznego wykształcenia i narzędzi) by zweryfikować i ulepszyć zaproponowany przez intuicję stan początkowy.

Jednocześnie w innych dziedzinach, które są nam znane, na które poświęciliśmy wiele czasu, możemy mieć precyzyjną intuicję i świetne algorytmy zdolne ją rozwijać i weryfikować.

Sztuką jest zrozumieć, że nasza intuicja nie jest równie skuteczna w każdym aspekcie naszego działania oraz że dziedzin, na których się nie znamy zawsze będzie więcej niż tych w których jesteśmy kompetentni.

Co ocenia jakość intuicji (i algorytmu)?

Skoro zaczynamy mówić o intuicji precyzyjnej bądź nieprecyzyjnej oraz o algorytmach precyzyjnych bądź nieprecyzyjnych, oczywistym jest, że musi być coś, co te kompetencje ocenia. Tym czymś jest algorytm – bo wszystko jest algorytmem – służący do oceny innych algorytmów.

To oznacza, że mamy dodatkowy meta-poziom w naszym umyśle: warstwę kontrolującą inne algorytmy. Wydaje się, że warstwa ma kompetencje, by ocenić zarówno precyzję intuicji, jak i precyzję algorytmu i odrzucić efekty ich działania. W szczególności może też nakazać im zadziałać jeszcze raz albo uczynić ich działanie bardziej świadomym.

Uważajmy jednak, bo ten algorytm, tak jak każdy inny, może być nieprecyzyjny i może dawać nam mylące informacje o jakości naszego myślenia!

Co modyfikuje intuicję (i algorytm)?

Na samej obserwacji i ocenie nie koniec. Nasze zdolności do uczenia się wykraczającego poza poznawanie nowych faktów sugerują, że mamy kompetencje do modyfikowania działania intuicji i algorytmu. Ta kompetencja sama jest algorytmem – bo wszystko jest algorytmem – służącym do zmieniania innych algorytmów.

Należy do tego samego meta-poziomu co poprzedni algorytm. Wzięte razem mogą one stanowić rdzeń naszych zdolności do automodyfikacji. Tomasz Mazur zwykł nazywać tę kompetencję refleksyjnością i stawiać ją w centrum naszego doświadczenia człowieczeństwa.

Pytania super-meta: czy tak rozumiana refleksyjność może modyfikować samą siebie? Czy refleksyjność korzysta z intuicji do generowania swojego stanu początkowego?

Dobór stanu początkowego a wynik algorytmu

Jest wiele algorytmów, których wynik zależy od doboru stanu początkowego. Klasycznym przykładem są tu algorytmy poszukiwania maksimum funkcji. Większość z nich jest bardzo sprawna w wyszukiwaniu lokalnych ekstremów, konkretnie tych niedaleko których znajdował się punkt początkowy.

To precyzyjne i szybkie algorytmy. Problem polega na tym, że tak długo, jak będą otrzymywać stany początkowe bliskie lokalnemu rozwiązaniu, to będą to rozwiązanie znajdować i nie pójdą ani kroku dalej. Gdzieś tam dalej może istnieć ekstremum w którym wartość funkcji jest o wiele większa, ale nasz precyzyjny algorytm pozostanie na nie ślepy dopóki nie dostanie całkiem nowych danych startowych.

To pułapka zbyt precyzyjnej intuicji i zbyt precyzyjnego algorytmu. Intuicja powinna od czasu do czasu serwować nam możliwości, które są odległe od znanych nam rozwiązań. Dzięki temu da szansę naszym algorytmom na wykrycie nowych możliwości. Jasne, że wiele z tych „nieprecyzyjnych” stanów początkowych doprowadzi donikąd, ale niektóre pozwolą nam odkryć złoto.

Dlatego czasem to laicy i outsiderzy (acz wykształceni w algorytmach dziedzinowych) dokonują przełomu w pewnych dziedzinach. Dlatego młodzi naukowcy są często tymi, którzy wpadają na nowe teorie. Dlatego „głupie” pytanie amatora otwiera niekiedy oczy fachowcom na możliwości, do których sami nie mieli szans dotrzeć.

To ogromny potencjał kreatywny, który tkwi w „nieprecyzyjnej” intuicji.

Podsumowanie

Po tych wszystkich rozważaniach pozostaje pytanie: czy to ma znaczenie? Czy zrozumienie, jak działa nasza intuicja wpływa jakkolwiek na nasze decyzje i działania?

Jeżeli prawdziwa jest hipoteza Tomasza Mazura, że póki umysł ma jeden czy dwa algorytmy, to mogą one sobie spokojnie funkcjonować bez nadzoru. Kiedy jednak system to setki algorytmów zazębiających się ze sobą, konieczne jest wydzielenie algorytmu zarządzającego innymi algorytmami – nazywamy ten algorytm refleksyjnością. Co więcej, jeśli refleksyjność owa, jak twierdzili i antyczni stoicy (nazywając ją inaczej), jest w naszej świadomej mocy, to możemy użyć jej w sposób celowy do zmieniania naszych intuicji i algorytmów.

W takim przypadku, zrozumienie, że proces dochodzenia do odpowiedzi wymaga dwóch elementów: stanu początkowego i algorytmu ten stan przetwarzającego, jest praktycznie istotne dla naszej pracy nad sobą. Możemy wybrać, nad czym chcemy pracować: kształtować intuicję czy ulepszać/zmieniać algorytmy.

Niezwykle istotna jest też płynąca z tej koncepcji świadomość, że w wielu miejscach możemy się mylić. Każdy z naszych algorytmów może dawać błędne rezultaty. Może się tak dziać dlatego, że sam jest wadliwy (nielogiczny), albo dlatego, że tendencyjnie dobieramy mu punkty startowe. A to pozwala nam stosować wobec swojego myślenia zasadę ograniczonego zaufania, bo w końcu „wiem, że nic nie wiem”.

Intuicja podpowiada mi, że warsztaty filozoficzne to cenny sposób spędzania czasu. Algorytm pracujący na tej intuicji potwierdza wstępny wniosek. Czy mam rację? Tego nie wiem na pewno, ale wiem, że wybiorę się na nie jeszcze nie raz.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy w myśleniu należy kierować się intuicją?

Historycznie rzecz ujmując, moje nastawienie do intuicji było w najlepszym przypadku obojętne, w najgorszym otwarcie wrogie. Mówiłem, pisałem i myślałem o intuicji jako o relikcie ewolucji, koniecznym złu, gorszym, acz szybszym myśleniu itd. Niewiele miałem dla niej ciepłych słów. Nie ufałem swojej intuicji. Dalej jej nie ufam. Dlatego kiedy po raz pierwszy spojrzałem na tytułowe pytanie, wydawało mi się, że moja odpowiedź będzie klarowna i druzgocąca dla tej funkcji naszego umysłu. Myliłem się. Moja intuicja po raz kolejny mnie zawiodła.

Intuicyjne rozumienie intuicji

Zamiast próbować zdefiniować intuicję – co może, ale nie musi przynieść jakiś rezultat – odwołam się do niej samej. To znaczy: spróbuję opisać moje intuicyjne rozumienie intuicji. Jak to z nią bywa, nie będzie tu ścisłości – i już mamy pierwszą cechę! Intuicja nie jest ścisła. Jest przybliżona. Jest metaforyczna. To jej wielki wyznacznik. Trudno, a może wręcz nie da się, wyrazić intuicji bez metafory czy analogii.

Mieć intuicję to znaczy rozumieć… z grubsza. To znaczy wiedzieć, ale niekoniecznie na tyle, by być w stanie wiedzę przekazać. Aby zrozumieć w pełni, trzeba czegoś więcej, można to „więcej” nazwać wiedzą albo poznaniem. Aby wiedzieć także trzeba mieć coś więcej – można to nazwać rozumieniem albo logiką.

Inne podejście to próba zrozumienia intuicji w opozycji do definicji. Definicja jest opisaniem jednego słowa za pomocą innych słów, co czasem pomaga nam je zrozumieć, czasem przeszkadza. Intuicja to rozumienie słowa, którego czasem nie da się w słowa ująć. Co ciekawe, jeżeli słowo jest nam znane, to musimy mieć jego intuicję, ale można znać słowo nie znając jego definicji. Więcej jeszcze: intuicję można mieć tam, gdzie nie ma słowa, może się ona odnosić do czegoś nienazwanego, podczas gdy definicja zawsze odnosi się do jakiejś nazwy.

Intuicja jako szybsze myślenie

Mój dawny pogląd na intuicję sprowadzał ją do szybszego myślenia. Uważałem, że są to z grubsza takie same procesy myślowe, jakie przeprowadzamy świadomie, tylko odbywające się w podświadomości. Dzięki temu miały być szybsze, ale brakowało nam wglądu w ich przebieg. Nie znaliśmy założeń, na jakich się opierały.

Intuicja budziła we mnie lęk. Bałem się jej i jej nie ufałem. Uważałem, że sferę oddziaływania intuicji należy zawężać, czyli jak najwięcej procesów myślowych wydobywać do świadomości. Postulowałem, że musi ona być kształtowana, poprawiana przez nieustanny wysiłek, którego najważniejszym elementem była praca z przekonaniami. Twierdziłem, że intuicja zwykle się myli i poleganie na niej jest prostą drogą do katastrofy.

Wszystko powyższe z grubsza uważam nadal. Intuicja to jest szybsze myślenie, choć nie jestem już pewny, czy jest ona kalką myślenia świadomego. Nie mamy wglądu w jej przebieg i nie znamy przekonań, na których się zasadza, i kształtowanie tych ostatnich jest ważnym elementem pracy nad intuicją. Bo warto nad nią pracować. Nadal uważam, że intuicję można i należy ulepszać, jednak nie uważam już, że obecnie jest fundamentalnie zepsuta. Wiem doskonale, że ona często się myli, nawet zwykle się myli, ale już nie uważam tego za jej wadę – przeciwnie, to jej największa zaleta.

Intuicja jako źródło błędów

Proces biologicznej ewolucji ma dwa kluczowe elementy. Pierwszy to dobrze wszystkim znany proces selekcji naturalnej. Pewne cechy danego organizmu sprzyjają przetrwaniu w danym środowisku, czy, precyzyjniej, sprzyjają rozmnażaniu się i przekazywaniu genów. Można powiedzieć, że środowisko „wybiera” pewne atrybuty i promuje jednostki je posiadające. Z czasem gatunki przystosowują się coraz lepiej do swojego otoczenia.

Drugi element, o którym często zapominamy, to błąd w procesie kopiowania DNA. Proces ten jest bardzo precyzyjny. Czy to przy podziale komórki, czy przy połączeniu się nasienia z komórką jajową, DNA komórki docelowej będzie kopią materiału źródłowego. Jednak aby ewolucja mogła mieć miejsce, to ten proces nie może być doskonały. Muszą w nim występować okazjonalne błędy, bo to one są źródłem nowych cech! Bez nich DNA nie może się zmienić, ewolucja nie może zajść.

A co jeśli wyobrazimy sobie, że bardzo podobny mechanizm zachodzi w naszym myśleniu? Co jeśli doskonałe myślenie oznacza kompletną stagnację i niemożność postępu?

Wyobraźcie sobie strukturę intelektualną, chociażby na przykładzie języka, która jest idealnie dopasowana. Wszystkie elementy współgrają ze sobą, każde słowo jest dobrze zdefiniowane. Zdania wynikają z siebie bez błędów i wątpliwości. Postuluję, że w takiej strukturze nie da się pomyśleć nic nowego. Każde wypowiedziane w niej zdanie będzie tylko powtórzeniem lub trywialną konsekwencją tych już znanych.

Jasne, że taką strukturę można rozszerzyć. Można coś do niej dodać i uzyskać w ten sposób nową jakość. Jednak ta operacja wymaga wyjścia poza samą strukturę – w matematyce byłoby to przykładowo dodanie nowych aksjomatów. Ale czy człowiek może kiedykolwiek wyjść poza strukturę swojego myślenia?

Wydaje się, że jest taka możliwość, bo przecież możemy się uczyć, czy – bardziej adekwatnie do naszego przypadku – możemy być uczeni. Ktoś może dodać nową zawartość do naszego systemu pojęciowego. Czyli myślenie jednostki może się zmieniać, nawet jeśli jest idealne. Ale co z myśleniem ludzkości? Innymi słowy, skąd się wzięły jakiekolwiek idee? Gdzie po raz pierwszy się narodziły?

Tutaj z pomocą przychodzi nam intuicja i ten fantastyczny fakt, że nasze myślenie nie jest, nie było, nie będzie i być nie powinno doskonałe. Nie twierdzę, że intuicja jest jedynym źródłem błędów w myśleniu. Każdy z nas nieraz popełniał błędy logiczne, ulegał zniekształceniom poznawczym – to też źródła pomyłek. Jednak nie ma drugiego źródła tak płodnego jak intuicja. Tak płodnego i jednocześnie tak nieoczywistego, bo błędy płynące z intuicji wydają się zwyczajnie ciekawsze niż te powstałe w wyniku chybionej logiki.

A jeżeli błędy te mają stać się zalążkiem nowych idei, tak jak błędy w DNA są zalążkiem nowych cech organizmu, to lepiej, żeby były ciekawe! Z tymi nieciekawymi wiążą się bowiem poważne zagrożenia, o których za chwilę.

Nie ma wiedzy bez intuicji

Konkluzja poprzedniego rozdziału jest taka, że nie ma wiedzy bez intuicji. Konkretniej: nie ma nowej wiedzy bez intuicji, ale że każda wiedza była kiedyś nowa, to nie ma wiedzy bez intuicji. Jest taka myśl, iż nie da się nauczyć człowieka tego, o czym myśli, że już to wie. Budując na niej: nie może wymyślić nic nowego ktoś, kto myśli, że już wszystko wie. Więcej nawet: nie może pomyśleć nic nowego ktoś, kto faktycznie wszystko wie – przynajmniej w obrębie jakiegoś systemu pojęć.

Ale to jeszcze nie wszystko. Postuluję, że generalnie nie może istnieć wiedza prawdziwa (albo zrozumienie prawdziwe) bez intuicji. Idea za tym stwierdzeniem przedstawia się następująco: prawdziwe rozumienie jest cyklem mającym trzy składniki. Pierwszy z nich to wiedza rozumiana jako informacja lub fakt o świecie. Drugim elementem cyklu jest logika oznaczająca rozumienie, intelekt czy sąd – zwróćcie uwagę, że jest to pojęcie szersze niż klasyczny rachunek zdań. Trzecim wreszcie elementem cyklu jest intuicja, rozumiana jak wyżej.

Ten cykl nie ma określonego kierunku przepływu, myśli i idee mogą w nim krążyć w obu kierunkach. Rozważmy kilka prostych przykładów przepływów. Pierwszy z nich rozpoczyna się od wiedzy, może to być obserwacja jakiegoś zdarzenia. Obserwacja ta zostaje poddana intelektualnej ocenie, stawiane są pytania: co się wydarzyło? Czy to dobrze czy źle? Jak to rozumiemy? Odpowiedzi na te pytania trafiają do intuicji i tworzą w niej nowe przekonanie albo modyfikują istniejące. Intuicja zostaje wyposażona w nowe właściwości, które mogą stać się działaniem tu i teraz albo automatyczną odpowiedzią w przyszłości.

Drugi przebieg cyklu to odwrócenie kierunku, czyli zaczynając od obserwacji zdarzenia przechodzimy do intuicji, reagujemy na nie intuicyjnie. Intelekt wchodzi na kolejnym etapie, oceniając i badając intuicyjną reakcję. Efekty tego badania stają się częścią naszego rozumienia sytuacji, częścią naszej wiedzy.

Jest tutaj wiele otwartych pytań. Pierwsze z nich: czy cykle dotyczące różnych obserwacji, różnych przekonań itp. są od siebie oddzielone czy jest to może jeden wielki poplątany cykl? Jak cykl łączy się z działaniem? Czy każdy z jego trzech elementów może być punktem wyjścia do działania? A może tylko intuicja i intelekt podczas gdy wiedza pozostaje bierna? Czy da się stwierdzić, co jest faktycznie pierwsze, co inicjuje cykl? Może na podstawie zachowania małych dzieci dałoby się to rozstrzygnąć? Kiedy ten cykl się zaczyna w naszym życiu?

Niezależnie jednak od odpowiedzi na te pytania, jest jasne, że w tym modelu intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Jest zarówno źródłem, jak i tworem prostej wiedzy i logiki. Z niej wypływają interpretacje rzeczywistości. Z niej wypływają pomysły do logicznego zbadania.

Może ten cykl zawsze musi się zaczynać od intuicji? Od jakiegoś założenia, które zostało przyjęte bez sprawdzenia?

Nie da się funkcjonować bez intuicji

Przypuszczamy, że intuicja jest niezbędnym elementem prawdziwej wiedzy. Pójdźmy jeszcze krok dalej i zastanówmy się, czy intuicja nie jest też niezbędnym elementem naszego funkcjonowania, czyli że bez intuicji nie bylibyśmy w stanie myśleć i działać.

Każde nasze działanie jest intuicyjne. W poprzednim rozdziale pytaliśmy, z którego miejsca w cyklu może zacząć się działanie. Tutaj postuluję, że każde działanie rozpoczyna się od intuicji. Nie oznacza to, że logika i wiedza nie mają wpływu na nasze działania – mają, ale tylko o tyle, o ile są w stanie przekształcić intuicję.

Moje przypuszczenie zasadza się na biologicznej obserwacji tego, jak skomplikowane jest każde nasze działanie. Nawet patrząc na nie czysto fizjologicznie, podniesienie szklanki z herbatą to proces, który angażuje miliardy komórek. W jego trakcie wydzielane są hormony, napinają się mięśnie i tysiące impulsów z informacjami przebiega w tę i z powrotem po włóknach nerwowych. Ustalane są kąty, płaszczyzny i siły, tak że herbata, zazwyczaj, nie wylewa się z kubka. Wszystko to dzieje się w ułamku sekundy.

Ale to nie tylko mięśnie. To także sama decyzja, czy chcę wziąć łyka herbaty, jeśli to z tego powodu unoszę szklankę. Sygnały z ciała o stopniu jego nawodnienia mieszają się ze wspomnieniami smaku herbaty i jej uśmierzających pragnienie właściwości. Gdzieś tam w tle przebiegają alternatywy: szklanka wody, kostka lodu, soczek. Herbata jest jednak tu pod ręką, jest pyszna, jest gorąca – musimy pamiętać, by łykać ją ostrożnie – i lekko pobudza dzięki zawartości kofeiny. Ponownie, to wszystko musi się wydarzyć w ułamku sekundy.

Te procesy nie miałyby szans zajść, jeśli nie byłyby napędzane przez intuicję i automatyzmy – które można rozumieć jako pewne formy intuicji. Dlatego też twierdzę, że nie da się działać i funkcjonować bez intuicji i jedyne, co możemy robić, to dbać o jej jakość. Na początku pisałem o intuicji jako o szybkim myśleniu, ale może to jest jedyne praktyczne myślenie?

Jest taka stoicka koncepcja exetazein, którą ja rozumiem jako uwewnętrznienie ćwiczeń stoickich, uczynienie z nich nawyku, odruchu, automatycznego elementu funkcjonowania. Koncepcję tę możemy rozumieć jako intuicję rozwiniętą na stoicką modłę. W trakcie pracy nad sobą modyfikujemy ją tak głęboko i w sposób celowy, tak że staje się manifestacją filozoficznych cnót.

Iluzja cyklu

Kiedy pisaliśmy o cyklu intuicja-wiedza-logika traktowaliśmy go w taki sposób, jakby każdy z tych etapów mógł rozgrywać się samodzielnie. To założenie nie musi jednak być prawdziwe. Alternatywą jest rozgrywanie się trzech elementów „cyklu” jednocześnie, bez ścisłego rozdziału na fazy. W tym rozumieniu intuicja, logika i wiedza są tylko punktami skupienia czy etykietami, które przypisujemy pewnym formom funkcjonowania naszej myśli.

W rzeczywistości jednak wszystkie one mogą zachodzić jednocześnie, a jedyne co się zmienia to intensywność każdej z tych kompetencji. To sprowadza nas do rozumienia myślenia jako procesu amorficznego – może nawet nie procesu, bo to już sugeruje kierunkowość – działania amorficznego, bez wyraźnie określonych etapów, struktury i kierunku.

Współczesne myślenie jest silnie inspirowane pojęciami procesu, algorytmu, struktury danych, zaczerpniętymi z informatyki i programowania komputerów – choć niektóre z nich mają niewątpliwie wcześniejszy rodowód. To może sprawiać, że jesteśmy poddani zniekształceniu poznawczemu. Próbujemy dopasować nasze myślenie o myśleniu do schematów skonstruowanych dla maszyn liczących – maszyn, które miały myślenie symulować przynajmniej w pewnych aspektach.

Można zadać sobie pytanie, dlaczego metody stworzone, by automatycznie dodawać dwa do dwóch miałyby być skuteczne w opisywaniu ludzkich procesów myślowych? Mają wprawdzie tę zaletę, że są proste i dość łatwo jest nam o nich mówić. Prostota może być jednak zwodnicza, może zachęcać nas do korzystania z tego rozwiązania, nawet jeśli nie do końca pasuje do sytuacji. Warto się tu zatrzymać i zastanowić, czy nie robimy tego tylko dlatego, że myślenie o działaniu amorficznym jest tak boleśnie trudne.

Pułapka wiedzy

Można powiedzieć, że głęboka i precyzyjna wiedza jest wrogiem twórczego działania. Im lepiej znamy tematy, tym trudniej nam stworzyć coś co wyłamie się ze schematu, w którym operujemy. Będziemy raczej odtwarzać to co znamy, niż tworzyć coś nowego. Tak jest dla nas niewątpliwie bezpieczniej i nie jest to nic fundamentalnie złego. Jeśli chcemy wykonywać, możemy nauczyć się schematów i ignorować naszą intuicję.

To bywa skuteczną strategią, a czasem jest koniecznością. W końcu tworzenie precyzyjnej maszyny, budowanie mostu, pisanie ustawy, rozwiązywanie równania matematycznego to nie miejsce na intuicyjne spekulacje.

Warto jednak, byśmy zdawali sobie sprawę, że płacimy za to cenę. Nie będziemy twórczy, nie odkryjemy nic nowego, nie zrewolucjonizujemy swej dziedziny. Jeżeli chcemy osiągnąć którąś z tych rzeczy, to musimy odpuścić precyzję i zostawić nieco miejsca intuicji. Dodatkowo, co często jest najtrudniejsze, musimy pogodzić się z tym, że wielokrotnie więcej razy się pomylimy niż będziemy mieli rację.

Zmiana wymaga popełniania błędów i nie chodzi tu o to, że jak uczymy się czegoś nowego, to robimy coś źle, bo jeszcze tego nie umiemy. Chodzi o to, że proces zmiany to proces popełniania błędów, odrzucania tych nieprzydatnych, zachowywania obiecujących i popełniania ich ponownie. Błąd nie jest konsekwencją zmiany. On jest jej paliwem.

Jeżeli rezygnujemy z popełniania błędów, jeżeli zakładamy, że wiemy i znamy jakiś temat, jeżeli uznajemy, że potrafimy coś robić, to zamykamy sobie drogę do zmiany. To jest pułapka wiedzy i umiejętności. Jeżeli zdecydujemy się w niej zamknąć, to róbmy to świadomie.

Pułapka braku kompetencji

Przywołaliśmy wcześniej metaforę ewolucji do zobrazowania twórczej roli intuicji. Powróćmy do niej teraz, by zobrazować największe zagrożenie, jakie jest związane z naszą intuicją.

Ewolucja, żeby mogła zachodzić, potrzebuje nie tylko błędów kopiowania. Potrzebuje też mechanizmu ich selekcji. Muszą być elementy w środowisku, które premiują pewne cechy, a defaworyzują inne. Dzięki temu nieprzydatne zmiany i mutacje wymierają, a korzystne są propagowane naprzód do kolejnych pokoleń. Błąd kopiowania generuje błędy. Selekcja wybiera z nich te korzystne.

Rozwój myśli podobnie: nie wystarczą same intuicyjne pomyłki, niezbędny jest mechanizm ich oceniania i doboru. Jeżeli nie mamy takowego mechanizmu, to polegając na intuicji nie stworzymy nic nowego, tylko wygenerujemy ogromny, potencjalnie niebezpieczny chaos.

Praktyczny przykład: wiedza medyczna. Każdy z nas posiada jakąś intuicję co do swojego zdrowia. Wyobrażamy sobie, ba, jesteśmy święcie przekonani, że wiemy, co nam służy. To najprawdopodobniej iluzja.

Nasza intuicja może generować myśli i pomysły w każdej dziedzinie, od wiązania sznurowadeł po loty w kosmos. Generuje je także w obszarze wiedzy medycznej. Wydaje nam się, że wiemy, co jest dobre dla naszego zdrowia. Pamiętamy zresztą z przeszłości, że poradziliśmy sobie z jakimś bólem głowy czy przeziębieniem. To utwierdza nas w przekonaniu, że możemy polegać na swojej intuicji.

To błąd. O ile nie ma wśród nas lekarzy, to nie mamy kompetencji do tego, by określić, czy nasza intuicja medyczna jest poprawna. To tak samo, jakby ewolucja miała zachodzić na podstawie samych błędów kopiowania z wadliwym albo całkiem bez mechanizmu selekcji. Najpewniejszym efektem takiego działania będzie niebezpieczny chaos.

Nie ufajmy swojej intuicji w sprawach medycznych, polegajmy na opinii lekarzy. Ta sama logika ma zastosowanie do polityki, wojskowości, fizyki, chemii, psychologii, socjologii, historii, ekologii etc. Jeśli nie mamy kompetencji w jakiejś dziedzinie szczegółowej, to zawieśmy naszą intuicję na kołku i zaufajmy specjalistom lub zacznijmy pracować nad zdobyciem koniecznej wiedzy. Zawód lekarza to jedyne 10–12 lat nauki i możemy zacząć na swej intuicji polegać!

Podsumowanie

Intuicja to nie luksus ani przeszkoda. Intuicja to egzystencjalna konieczność. Jest częścią naszego myślenia i rozumienia świata, czy się nam to podoba, czy nie. Prawdziwą sztuką jest zrozumieć, kiedy możemy jej zaufać, kiedy chcemy jej zaufać, a kiedy ufać jej nie powinniśmy za nic.

Możemy nad nią pracować, wzbogacać ją o nowe kompetencje, ale nie łudźmy się, że kiedykolwiek uczynimy ją idealną. Zamiast tego bądźmy świadomi jej ograniczeń, unikajmy zagrożeń, które w sobie niesie, a stanie się dla nas potężnym narzędziem.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czy ja myślące jest w nas jedno, czy to raczej stały dialog różnych ośrodków myśli?

Pytanie, które sobie dzisiaj stawiamy, jest fundamentalne dla zrozumienia ludzkiej konstrukcji psychicznej. Czy jesteśmy kolekcją wielu różnych „osób” zmieniających się zależnie od okoliczności u steru ciała? Czy może nasza osobowość jest monolitycznym tworem, skomplikowanym i wielowymiarowym, ale jednak jednolitym? Nie odpowiemy na to pytanie w pełni, ale zastanowimy się, czy mamy do czynienia z prostą dychotomią. Zaproponujemy kilka możliwości interpretacji i rozważmy argumenty za i przeciw przyjęcia którejś z nich. Wreszcie zadamy pytanie o to, czy te rozważania mają znaczenie, czyli czy odpowiedź na dzisiejsze pytanie niesie ze sobą jakieś praktyczne konsekwencje.

Pozorna dychotomia?

Pytanie zadane w tytule zdaje się sugerować następującą dychotomię: albo ja myślące jest jedno (monolit) albo jest wiele ośrodków myśli (wiele ja). Na pierwszy rzut oka ta dychotomia jest sensowna, rozważmy jednak następujące alternatywy:

  1. ja płynne (ciągłe) – wprawdzie technicznie jest to jedno ja, ale nie ma monolitycznego charakteru. Może mieć w sobie ośrodki skupienia, centra myśli i przekonań, które wykazują silną niezależność. To jedno ja, które manifestuje się jako wiele ośrodków myśli;
  2. ja continuum – ja nie składa się z dyskretnych oddzielnych osobowości, ale jest czymś ciągłym i może płynnie przechodzić między stanami. Myśl podobna do pierwszej, ale bez koncepcji „punktów skupienia”. Ten przypadek będzie się manifestował bardziej jako jedno ja, które zmienia się, ewoluuje;
  3. Ja, które rozpada się i łączy w czasie. W pewnych okresach jest tylko jedno ja, w innych rozkłada się ono na wiele ośrodków myśli. To hybryda naszych dwóch biegunów;
  4. wiele ośrodków myśli, które nie są w dialogu. To nawiązanie do pełnej wersji pytania, które zakłada, że w przypadku wielu ośrodków myśli będą się one porozumiewać. To założenie nie jest konieczne.

Przypuszczam, że można podać jeszcze więcej alternatywnych podejść. Pozostaje jednak do rozważenia, czy te możliwości unieważniają sens początkowego pytania? Jeżeli pytamy o fundamentalną naturę konstrukcji człowieka, to te różnice są ważkie i nie powinniśmy pozostawać przy prostej dychotomii. Jednak jeżeli bardziej interesują nas praktyczne aspekty, to pierwsze dwa przypadki można rozumieć jako nieistotne wariacje opcji wielu ośrodków myśli, podobnie punkt czwarty, jeśli rozluźnimy wymaganie dialogu między ośrodkami. Pozostanie nam punkt trzeci, który jest trudny do zignorowania także z praktycznego punktu widzenia. W związku z tym dodam tę opcję do dalszych rozważań, by sprawdzić, czy wnosi coś fundamentalnie odmiennego.

Od choroby do normy

Jako pierwszą przesłankę w naszej dyskusji chciałbym podnieść stan chorobowy związany z rozszczepieniem jaźni. To rzadko spotykane zaburzenie objawia się wytworzeniem u osoby nim dotkniętej dwóch lub więcej osobowości. Osobowości te mają różne charaktery, wspomnienia, wiek czy imię. Funkcjonują w dużej mierze jako niezależne byty, często nie mając świadomości istnienia pozostałych osobowości.

Ten przypadek zdaje się jasno korespondować z koncepcją wielu ośrodków myśli. Trudno sobie wyobrazić, by poziom rozdzielenia u osoby dotkniętej rozszczepieniem jaźni mógł mieć miejsce, jeśli jest w nas jedno ja. Bez trudu natomiast da się go pogodzić z koncepcją wielu ośrodków myśli, które w przypadku tego zaburzenia tracą ze sobą kontakt.

Ten przypadek jest spójny z koncepcją hybrydową, czyli ja, które może się łączyć i rozdzielać. Przykładowo przed rozwinięciem się choroby pacjent miał jedno ja, które uległo rozdzieleniu na kilka w wyniku jej działania. Można też sobie wyobrazić, że istnieje jedna osobowość łącząca wszystkie, od której oddzielają się, w sprzyjających warunkach, poszczególne osobowości.

To powiedziawszy, warto zwrócić uwagę, iż nie możemy z całą pewnością ekstrapolować stanu chorobowego, jakim jest rozszczepienie jaźni, na funkcjonowanie zdrowego umysłu. Może być tak, iż poprawnie funkcjonujący mózg wytwarza jedno ja i tylko w przypadku zaburzeń może ono ulec rozpadowi. Nie jest to więc finalna odpowiedź na nasze pytanie, ale jest to dowód, że podział na wiele ośrodków myśli jest możliwy.

Obserwacja samego siebie

W swoim codziennym funkcjonowaniu rozpoznaję kilka różnych sposobów myślenia, które manifestują się w zależności od sytuacji. W niektórych przypadkach mogę wybrać, by wejść w dany tryb, w innych jeden z trybów uruchamia się automatycznie. Kilka przykładów: ja refleksyjne (w przeglądzie siebie), ja działające (w intensywnej pracy), ja rozemocjonowane (w porywie emocji) itp.

Te sposoby myślenia są od siebie na tyle odmienne, iż interpretuję je jako oddzielne ja. Efekt jest na tyle wyraźny, że mogą one wejść ze sobą w dialog. Szczególnie w przypadku „ja refleksyjnego”, w toku przeglądu siebie (LINK) zwraca się ono do pozostałych ja w formie monologu niekiedy przechodzącego w rozmowę.

Konsekwencje aktywności jednego z tych sposobów myślenia są daleko idące. Zmienia się moje zachowanie, czyli podejmuję inne decyzje na podstawie tych samych danych wejściowych. Zmienia się mój sposób mówienia, moje słownictwo itp. To głębokie przeobrażenia, które mogą wskazywać na różnice w celach, wartościach a nawet różnice etyczne pomiędzy poszczególnymi trybami.

Choć wszystko, co powyżej napisałem może być wyjaśnione przez różne tryby funkcjonowania jednego ja, jak i przez wiele ośrodków myśli, intensywność tego podziału – zwłaszcza zmiany w sferze wartości i etyki – skłania mnie ku tej drugiej opcji. W tym kontekście pojawia się też pytanie ze wstępu: czy jeśli jedno ja manifestuje się w praktyce w sposób nierozróżnialny od wielu, to rozróżnianie ich ma jakiś cel? Warto tu też nadmienić że powyższa obserwacja jest zasadniczo spójna z trzecią alternatywą, czyli ja, które może się dzielić lub łączyć w jedną całość.

Czy to mocna przesłanka za koncepcją różnych ośrodków myśli? Niezbyt. Warto unikać odniesień do własnego doświadczenia, kiedy próbujemy rozstrzygnąć jakieś pytanie – chyba, że to pytanie konkretnie o nasze doświadczenia, preferencje, odczucia. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, badania naukowe są lepszym przybliżeniem prawdy niż doświadczenie jednostki, nawet jeśli ową jednostką jesteśmy my sami. Po drugie, gdy nie ma konsensusu naukowego, ale jest statystyka, jest ona lepszym przybliżeniem prawdy niż nasze doświadczenie – jest ono tylko jednym punktem danych pośród tysięcy uwzględnionych w statystyce. Po trzecie, nasze doświadczenia dotknięte są zwykle błędami poznawczymi. Przykładowo, ja zaczynając pisać ten artykuł miałem półświadome przekonanie, że odpowiedzią na pytanie w tytule jest: oczywiście, że jest wiele ośrodków myśli. To oznacza, że moje myślenie jest wypaczone pod tą tezę! Z tego powodu warto zawsze sceptycznie podchodzić do konkretnych wniosków – szczególnie własnych – a koncentrować się na zasadności argumentów.

Obserwacja innych

Choć wobec innych nie mamy tego poziomu wglądu jak względem samych siebie, to w zamian mamy większą dozę obiektywności. W związku z tym obserwowanie słów i zachowań innych osób jest interesującą poszlaką w poszukiwaniu odpowiedzi na nasze pytanie.

Widzę u innych ludzi, jak zmienia się ich zachowanie w zależności od grupy, w której się znajdują. Modyfikacji ulega język, jakiego używają, ich mowa ciała, ton głosu itd. Najbardziej wyraźnie tę różnicę można dostrzec pomiędzy sytuacją formalną a sytuacją towarzyską – różnice we wszystkich wymienionych elementach bywają wtedy głębokie i wyraźne.

Kolejna obserwacja to zmiana deklarowanych poglądów, znowu w zależności od grupy osób, w której ktoś się znajduje. Zazwyczaj jest to połączone z elementem dostosowania się do standardu panującego w danej zbiorowości. Czasem ma to formę jedynie potakiwania, czasami faktycznego głoszenia.

Ostatnia obserwacja, to zmiana czynów, co możemy rozumieć jako realną zmianę poglądów i wartości – człowiek realizuje inne poglądy i wartości zależnie od kontekstu społecznego w którym się znajduje. Ta zmiana jest najgłębsza ze wszystkich wymienionych. Dwie pozostałe można wytłumaczyć jednym ja, które przystosowuje się do sytuacji, zachowuje się oportunistycznie. Tę jednak ciężej uzasadnić w ten sposób, a nawet jeśli to rodzi się pytanie: jak taka osoba unika beznadziejnego konfliktu moralnego, jeśli mamy do czynienia z jednym ja?

Te obserwacje choć ciekawe mają swoje ograniczenia. Po pierwsze, nie prowadzę ścisłego rejestru zachowań innych ludzi, brak mi więc twardych danych. Po drugie wielu ludzi znam tylko z jednego typu sytuacji, na przykład z gruntu towarzyskiego, nie mam więc porównania. Po trzecie nie mam dostępu do procesów myślowych tkwiących za tymi zewnętrznymi przejawami, nie mogę więc mieć pewności, że u ich podstawy leżą realnie oddzielone ja.

Czy to mocna przesłanka? Przy odpowiednio dużej ilości obserwacji, potencjalnie tak. Na pewno jest silniejsza od poprzedniej, bo obserwacja kilku osób, to więcej niż obserwacja jednej(siebie). Żeby jednak nabrała mocy to potrzebowalibyśmy zgromadzić dobrą statystykę z tysięcy przypadków, zebraną zgodnie ze sztuką itd. Ja takich statystyk nie posiadam, nie mogę więc wyciągać ostatecznych wniosków.

Istnienie konfliktów wewnętrznych

Ludzie bywają skonfliktowani wewnętrznie. Znamy to z własnego doświadczenia, z tych trudnych momentów w życiu, gdy musimy wybierać, a nie potrafimy określić, która opcja jest właściwa. Znamy to z opowieści innych ludzi i ich zmagań z niemożnością pogodzenia duchowych sprzeczności. Znamy to wreszcie z literatury, gdzie motyw moralnych i etycznych rozterek jest jednym z najpowszechniejszych tropów literackich. Historie osnute wokół konfliktów wewnętrznych fascynują nas nieodmiennie od wieków i nie bez powodu – w historiach tych bowiem rozpoznajemy siebie.

Skoro istnienie konfliktu wewnętrznego wydaje się być wielce prawdopodobne, to rodzi się pytanie: czy jedno ja może być skonfliktowane? Inaczej można to ująć, pytając: czy konflikt wymaga dwóch lub więcej stron?

Jeżeli założymy, że konflikt wewnętrzny jest bliski lub tożsamy w swojej mechanice ze „standardowymi” konfliktami międzyludzkimi, to musimy przyjąć, że istnieją w człowieku co najmniej dwie istoty (ośrodki myśli), między którymi dochodzi do konfrontacji. Czyli konflikt wewnętrzny to różnica zdań co do tego, co ważne lub tego, co dobre między dwoma, względnie niezależnymi, przejawami naszej osobowości.

To założenie nie musi być jednak prawdziwe. Zaproponuję tu jedną alternatywę: konflikt wewnętrzny to nie spór między dwiema stronami to sytuacja, w której jest niezwykle trudne, a wręcz niemożliwe, oszacowanie prawdopodobieństwa skutków naszych działań, prowadzące do tego, że nie mamy dobrej przesłanki, by dokonać wyboru. Innymi słowy, konflikt wewnętrzny pojawia się wtedy, gdy nie potrafimy przewidzieć następstw naszej decyzji, w związku z czym nie potrafimy zdecydować. Ta interpretacja nie wymaga istnienia wielu ośrodków myśli, choć im nie przeczy.

Ze względu na wspomnianą alternatywę tej przesłanki także nie możemy zaliczyć do szczególnie mocnych. Polega ona nadmiernie na jednej konkretnej interpretacji tego, czym jest konflikt wewnętrzny, która to interpretacja nie musi być słuszna.

Podsumowanie

Zebraliśmy kilka poszlak, które zdają się przemawiać za koncepcją dialogu różnych ośrodków myśli, nie wykluczając przy tym trzeciej alternatywy, o której wspomnieliśmy, czyli opcji hybrydowej. Żadna z przytoczonych poszlak nie jest moim zdaniem ostateczna, razem wzięte również nie wydają się stanowić przekonującego dowodu. Należy więc powiedzieć, że pytanie tytułowe pozostaje nierozstrzygnięte, z lekkim wskazaniem na wiele ośrodków myśli.

Zaznaczę tu, że mogą istnieć dane i badania z dziedziny nauk szczegółowych, których tu nie rozpatrzyliśmy, a które mogą stanowić mocniejsze dowody. Przykładowo, mogły być prowadzone badania zbierające statystyki tego, jak ludzie subiektywnie postrzegają swoje myślenie, albo badania wokół koncepcji konfliktu wewnętrznego, czy też badania kliniczne nad rozproszeniem jaźni. Każde z nich może stanowić istotny argument w dzisiejszej dyskusji. Na potrzeby tego artykułu celowo nie przeprowadziliśmy badań w tym kierunku, jako że naszym celem było przedstawienie pierwszego, intuicyjnego spojrzenia na ten problem – można powiedzieć, że badaliśmy zdanie laika w tej kwestii.

Ostatecznie pytanie, które ciąży nad całą powyższą analizą jest jeszcze innego rodzaju: czy to ma znaczenie? To znaczy, czy ma znaczenie, czy osobowość jest jedna czy rozproszona? Czy praktycznie możemy oczekiwać jakichś realnych różnic? Gdzie by takie różnice się przejawiały? Czy koncepcja jednego ja wyklucza istnienie nie tylko konfliktu ale i dialogu wewnętrznego? Czy to, jak żyjemy zależy od odpowiedzi na dzisiejsze pytanie?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Czym jest synkatathesis (akt przyzwolenia)?

Preambuła

Dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów inspirowanych serią pytań i tematów, które uczestnicy Kolonii Stoickich otrzymali, z zadaniem wyboru jednego i przygotowania wystąpienia na jego temat. Tak się składa, że wszystkie te tematy są ciekawe i warte zastanowienia, pozwoliłem sobie, wobec tego, pożyczyć ich ideę i oprzeć na nich kilkanaście kolejnych blogowych tematów (nie wykluczając krótkich przerw). Zagadnieniem przewodnim całego cyklu jest myślenie i jego jakość.

Wstęp

Synkatathesis to grecki termin tłumaczony zwykle jako przyzwolenie lub akt przyzwolenia (także zgoda, akceptacja, uznanie za prawdę). Jest to decyzja, by zaakceptować wyobrażenie (phantasia) jako prawdziwe. Jako taka stanowi zwieńczenie cyklu poznawczego, który rozpoczyna się od aisthesis (wrażenie, doświadczenie, odczucie) – aktu wspólnego ludziom i zwierzętom, polegającego, w uproszczeniu, na zarejestrowaniu bodźca. W ludzkim umyśle, w odpowiedzi na aisthesis, tworzy się jego obraz w wyobraźni (phantasia), dopiero z tym obrazem pracuje nasz umysł. Phantasia (wyobraźnia, obraz, zjawisko, pozór) może być prawdziwe – czyli wiernie oddawać istotę aisthesis – albo fałszywe – zniekształcać wrażenie fałszywymi sądami. Ostatnim etapem tego cyklu jest synkatathesis – decyzja, czy phantasia jest prawdziwe, czy fałszywe i podjęcie działania odpowiedniego do tej decyzji. W tym schemacie aisthesis jest od nas całkowicie niezależne, nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza. Phantasia jest od nas niezależna w momencie, gdy już się stała, ale w zasadzie możemy modyfikować to, jakich phantasia będziemy dokonywać w przyszłości, pracując nad naszymi wyobrażeniami. Synkatathesis jest od nas w pełni zależne, a przynajmniej powinno takie być. W dalszej części artykułu zastanowimy się, jak mogą powstawać luki w tej zależności.

Przyzwolenie jednokrotne

Według stoików, każda decyzja składa się z trzech etapów, o których wspomnieliśmy we wstępie. Wszystko zaczyna się od aisthesis, czyli wrażenia lub bodźca. We współczesnym języku możemy ten element zrozumieć jako sygnał wygenerowany przez jeden ze zmysłów i przekazany do mózgu. Warto tu na marginesie wspomnieć, że zmysły zbierają sygnały zarówno z naszego otoczenia, jak i z wnętrza naszego ciała. Ostatecznie mamy tu do czynienia z impulsem elektrycznym i chemicznym, który dociera z peryferii układu nerwowego do jego centrum. Impuls ten ma jakiś obiektywny kształt i niesie realną informację. Celowo piszę tu o kształcie i informacji jako realnej, zamiast pisać o rzeczywistym wydarzeniu czy obiekcie, które opisują, bo realność tych pierwszych jest, z perspektywy naszego umysłu/mózgu, pewna, ale tych drugich już nie. Zmysły mogą wysyłać fałszywe sygnały – jest to zwykle objaw choroby lub manipulacji – a mózg nie ma pozazmysłowych sposobów ich weryfikacji.

Aby wrażenie zmysłowe mogło zostać poddane dalszej, nazwijmy to, obróbce, musi zostać przekształcone z wejściowego impulsu elektrochemicznego na obraz, czyli phantasia. Słowo obraz należy tu rozumieć luźno, jako kolekcję obrazów, dźwięków, słów, nastrojów itp. Należy też przypuścić, że na jedną phantasia złoży się wiele aisthesis – mózg nie rozpatrzy każdego impulsu zmysłowego z osobna, ale już na tym etapie zsyntetyzuje je w jeden twór. W tym momencie możemy mieć do czynienia z poważnymi zniekształceniami. Po pierwsze, synteza wielu wrażeń w jedno wyobrażenie może przebiec niepoprawnie: ważne impulsy zostaną pominięte, bo będą zbyt słabe, mało istotne zostaną wyolbrzymione, niepowiązane wrażenia zostaną mylnie włączone do analizy. Przykład: ściśnięcie żołądka wywołane lekkim głodem zostaje złączone z widokiem osoby i zostaje zinterpretowane jako oznaka strachu. Po drugie, powstawanie phantasia jest efektem wyuczonych (wypracowanych) mechanizmów poznawczych. Mózg na różnych etapach naszego życia uczy się, jak interpretować konkretne sygnały i ich połączenia. Te wyuczone mechanizmy mogą zawierać błędy i zniekształcenia. Przykładowo, osoba, która wykształciła tendencję do postrzegania świata pesymistycznie, będzie skłonna interpretować widok chmury na horyzoncie jako zapowiedź nieprzyjemnego deszczu. Mechanizmy te będą przybierać przeróżne formy: nastrój, cecha charakteru, tendencyjność w myśleniu, wybiórcza ślepota itd. Większość z nich będzie czasem przydatna (wezmę parasol i nie zmoknę), a czasem niekorzystna (nie wyjdę z domu, bo może padać).

Formowanie się phantasia to ciekawy i złożony temat wykraczający jednak poza ramy dzisiejszego tekstu, bowiem naszym punktem kluczowym jest kolejny etap tego procesu, czyli synkatathesis.

Człowiek – i o ile wiemy, jest to jego unikalna właściwość – jest wyposażony w zdolność przyjęcia lub odrzucenia wyobrażenia. Oznacza to, że nim phantasia przerodzi się w działanie – coś, co byłoby bardziej charakterystyczne dla reakcji zwierzęcia – jest moment, w którym świadomie możemy ją przyjąć, odrzucić lub zmodyfikować. To właśnie synkatathesis – akceptacja wyobrażenia. Sama koncepcja jest w ogólnym zarysie prosta: do świadomości dociera phantasia, tam poddawana jest analizie. Badana jest jej logiczna spójność. Jest konfrontowana z przeszłymi doświadczeniami. Jest oceniana w kontekście wartości i potrzeb. Jeśli sytuacja tego wymaga, wyciągane są ciężkie działa: oceny etycznej i moralnej. W zależności od wyników tych testów następuje decyzja co dalej z naszym wyobrażeniem uczynić.

Ogólna idea jest prosta, ale już samo pobieżne spojrzenie na katalog potencjalnych badań, jakimi poddana może być phantasia, powinno nam uzmysłowić, że w praktyce wcale tak prosto nie jest.  To ma dwie ważne konsekwencje. Pierwsza konsekwencja to, że nasz leniwy mózg będzie starał się ten etap upraszczać, minimalizować, a nawet pomijać. Jest to całkiem logiczne, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy oszczędzania energii – a jest to według niektórych koncepcji główna kompetencja naszego mózgu – uruchamianie tak intensywnego procesu przy każdej drobnostce oznacza zużycie konkretnych kalorii, a jeśli to nas nie przekonuje, to rozważmy ile czasu, naszej mocy obliczeniowej, musimy poświęcić na takie badanie. W praktyce synkatathesis dla każdej phantasii może nie być możliwa. Druga konsekwencja to, że trudno oczekiwać, by proces przyzwolenia, za każdym razem przebiegł bezbłędnie. W tak skomplikowanych układach jest zbyt wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak, by móc spodziewać się zawsze poprawnego wyniku.

Jeśli idzie o pierwszą z konsekwencji, zaproponuję potencjalny sposób, w jaki nasze umysły radzą sobie z nią. Jeśli idzie o drugą, to wypada ją zaakceptować i jednocześnie uzmysłowić sobie, że synkatathesis to umiejętność jak każda inna pod tym względem, że aby dobrze działała, musi być trenowana i poddawana częstym refleksyjnym przeglądom i modyfikacjom. Na swój sposób praca nad tą zdolnością jest zasadniczym sensem stoickiego życia.

Przyzwolenie wielokrotne – nawyki

Każdego dnia nasz umysł przyjmuje tysiące wrażeń zmysłowych. Jeżeli każda z tych aisthesis miałaby być najpierw zamieniona na phantasia, a następnie poddana weryfikacji w synkatathesis, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Kiedy wiążemy buty, zapewne jest tak, że zaczynamy zazwyczaj od tego samego, albo lewego, albo prawego. O ile jakieś okoliczności nie sprawią, że taka kolejność będzie niepraktyczna, to nie musimy się nad tym zastanawiać, po prostu to robimy. Nie ma potrzeby, by poddawać nasze wyobrażenie o tym, który but należy zawiązać najpierw ocenie w synkatathesis. Czynność ta ma niewielkie znaczenie, nie ma żadnych implikacji moralnych, nie odnosi się do sfery wartości oraz jest przez nas wypraktykowana przez lata jej powtarzania. Możemy sobie więc pozwolić na zastosowanie skrótu.

Taki skrót określamy mianem nawyku. Wypracowaliśmy sobie nawyk wiązania najpierw prawego, a potem lewego buta i teraz stosujemy go automatycznie. Gdzieś na początku naszej przygody ze sznurowadłami musieliśmy jeszcze decydować, od której strony zacząć. Możliwe nawet, że mieliśmy wtedy praktyczne rozważania nad tym, jak jest nam wygodniej – mogą być chociażby dobre przesłanki do podjęcia tej decyzji związane z naszą dominującą ręką. W tamtych czasach praktykowaliśmy synkatathesis, by decydować, czy zawiązać najpierw prawy, czy lewy but.

Wypraktykowane w wielokrotnym powtarzaniu synkatathesis staje się nawykiem. Oczywiście do powstania nawyku koniecznym jest, by nasze wybory były spójne, byśmy w przeważającej większości przypadków podejmowali tę samą decyzję. Jeżeli stajemy często w jakiejś sytuacji, ale nasze wybory zmieniają się w nieprzewidywalny sposób za każdym razem, to nie dojdzie do wykształcenia się nawyku. Nawyk nie powstanie też, jeżeli sytuacja jest wyjątkowa, czyli zdarza się z niewielką częstotliwością.

Nawyki to potężne narzędzie poprawy efektywności naszego funkcjonowania. Pomyślcie, jak szybko i sprawnie idzie wam wiązanie butów. Jak niewiele zastanowienia wkładacie w tę obiektywnie dość skomplikowaną czynność. Tysiące nawyków, które wypracowaliśmy, każdego dnia optymalizują nasze działania, oszczędzając nam czas i energię.

Nawyki nie są jednak pozbawione pułapek i zagrożeń, szczególnie dlatego, że wiele z nich dotyczy spraw o wiele poważniejszych, bardziej skomplikowanych i trudniejszych w ocenie niż to, którego buta zawiązać najpierw. Wiele z naszych nawyków ma realny wpływ na nasze zdrowie, życie i działania moralne.

O kształtowaniu nawyków napisano i powiedziano wiele. W tym miejscu chciałbym zwrócić tylko waszą uwagę, że żaden nawyk nie jest wiążący. Generalnie mamy dostęp do argumentacji i procedury stojącej za nawykiem – w sensie wiemy, co i dlaczego robimy. W związku z tym mamy możliwość dokonania innego wyboru za każdym razem, gdy stajemy przed nawykowym działaniem. To niekoniecznie jest łatwe, ale na pewno jest osiągalne, a z każdą niezależną decyzją będzie łatwiej i łatwiej by nawyk przełamać.

Przyzwolenie podświadome – charakter

W ostatniej części tego artykułu chciałbym zaproponować pójście o krok dalej i rozważenie tego, co może się stać, gdy automatyczny synkatathesis przejdzie do podświadomości. Rozumiem to jako wyższy poziom nawyku, schemat, który jest jeszcze bardziej utrwalony i automatyczny.

Postuluję, że nawyk, który stał się podświadomym staje się tym, co zazwyczaj określamy mianem cechy charakteru czy usposobienia osoby. Przykładowo, ktoś kto dokonuje regularnie wyboru by spędzać czas bez towarzystwa innych osób, wytwarza w sobie nawyk samotnika. W miarę upływu czasu cały proces decyzyjny przechodzi do podświadomości. Rozumiem to jako dalszą optymalizację procesu. Nawyk jest działaniem bardzo skróconym, ale jednak świadomym. W zasadzie wiemy dlaczego robimy to co robimy i, nawet jeśli nie w momencie działania, to po fakcie jesteśmy w stanie odtworzyć nasze uzasadnienie. Przeniesienie tej maszynerii do podświadomości, choć skutkuje utratą łatwego wglądu w jej logikę, pozwala nam zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i energii.

Kiedy nawyk staje się podświadomy, przekształca się w cechę charakteru. Tak nasz przykładowy człowiek wybierający samotność nabiera z czasem cechy samotnika. To ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, tracimy dostęp do powodów naszego działania, nie do końca wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Po drugie, przestajemy myśleć o tych sytuacjach w kontekście wyboru, a zaczynamy myśleć o nich w kontekście preferencji. Przykładowo, nie wybieram dziś samotności, ja ją preferuję. Po trzecie, odbieramy sobie sprawczość w danej sprawie, co powiązane jest z poprzednim punktem – to już nie jest mój wybór, tak po prostu jest, taki po prostu jestem. Po czwarte, zaczynamy myśleć o tych cechach jako o niezmiennych właściwościach – jak w poprzednim punkcie, taki po prostu jestem, przecież tego nie zmienię.

Podobnie jak w przypadku nawyków, posiadanie cech charakteru nie jest niczym złym, wręcz jest to niezbędne przystosowanie ewolucyjne, które pozwala nam kompresować czas potrzebny na decyzję i w efekcie skutecznie działać w skomplikowanym świecie. Nie ma też powodów, żeby uważać, że te czy inne cechy charakteru są obiektywnie lepsze lub gorsze – jest raczej kwestią indywidualnych preferencji i wartości, które z nich chcielibyśmy przyjąć.

Jest jednak potencjał do zła, który tkwi we wspomnianych wyżej konsekwencjach. Obraca się to wokół założenia, że cechy charakteru są niezmienne. To jest złe założenie. W proponowanym przeze mnie spojrzeniu, cechy charakteru są w swojej esencji wyborami, a jako takie mogą być zmieniane i podejmowane na nowo w każdej sytuacji.

To, że chcę być sam, to nie jest wyrok losu czy niezmienna konieczność. To jest wybór i nie chodzi mi o to, że chcę być sam, więc decyduję się być sam. Nie. Wyborem jest już samo „chcę”, ta chęć bycia w samotności jest wyborem, pomimo że sobie tego zazwyczaj nie uświadamiamy.  Nawet jeśli mamy skłonność do introwersji – która jest kategoryzowana jako cecha osobowości, a modyfikowanie tychże może nie być możliwe – co może sprzyjać wytworzeniu się nawyku, a następnie charakteru samotnika, to go nie gwarantuje. Można być towarzyskim introwertykiem i samotniczym ekstrawertykiem.

Powyższe rozważanie nie oznacza, że musimy zaraz rzucić się, by zmieniać swoje cechy charakteru. Jeśli, te które mamy dobrze nam służą i idą w parze z naszymi wartościami i tym czego chcemy od życia, to świetnie. Warto jednak, byśmy zadawali sobie pytania o nasz charakter. To szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż gro naszych cech wykształciło się i utrwaliła w dzieciństwie – czyli w czasach gdy nasze możliwości, trudności i aspiracje były fundamentalnie odmienne od tego z czym mamy do czynienia dziś i mogą nam już nie służyć.

Podsumowanie

Synkatathesis jest ostatnim etapem procesu przyswajania i przetwarzania rzeczywistości dokonywanego przez nasz umysł. To jego najbardziej wymagająca energetycznie i czasowo część. Jednocześnie we wszystkich sytuacjach, które wymagają głębszego zastanowienia moralnego lub namysłu nad wartościami, to najważniejszy etap. W nim zawiera się bowiem nasza ludzka zdolność do niepoddawania się instynktom i pierwszym wrażeniom. W nim jest przestrzeń na refleksje.

W praktyce synkatathesis musi być przez mózg kompresowany. Jest zbyt długie, zbyt czasochłonne, by mogło funkcjonować w ten sam, w pełni świadomy sposób wobec każdego wrażenia i każdej związanej z nim decyzji. W efekcie wyrabiamy sobie nawyki, czyli automatyczne przyzwolenia założone z góry dla podobnych do siebie sytuacji. To narzędzie optymalizacji, które cementuje pożyteczne procesy bez konieczności powtarzania za każdym razem argumentacji. Jest to także system, który może utrwalać szkodliwe zachowania i jako taki powinien podlegać okresowej kontroli i modyfikacji.

Sugeruję, że jest jeszcze jeden etap automatyzacji synkatathesis – przekształcenie nawyku w cechę charakteru. Oznacza to przeniesienie procesu decyzyjnego do podświadomości, co pozwala wykonywać go jeszcze szybciej i jeszcze mniejszym kosztem energetycznym. Korzyści z tego rozwiązania są równie oczywiste, co przy nawykach – nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek nie posiadający żadnej cech charakteru. Oczywiste są także idące z nim zagrożenia utrwalania szkodliwych zachować i tendencji. Tak jak przeglądamy i zmieniamy swoje nawyki, tak powinniśmy przeglądać swój charakter i pracować nad ukrytymi w nim synkatathesis. Trud ten, a nie jest to zajęcie łatwe, to fundamentalna ścieżka stoickiego życia.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).