Powtarzanie zasad

Powtarzanie jest podstawą nauki – to znana maksyma, którą słyszał każdy uczeń. Kryje się za nią konkretna neurologiczna prawda: to, co często i regularnie powtarzamy, jest łatwiej dostępne dla naszego umysłu do szybkiego przywołania. Coś, co słyszeliśmy czy powiedzieliśmy raz, możemy pamiętać równie dobrze jak to, co powtórzyliśmy sto razy. Jednak czas potrzebny na przywołanie tego z pamięci długotrwałej będzie wielokrotnie dłuższy.

To, co najważniejsze, powinniśmy trzymać zawsze na podorędziu. Tak jest z przedmiotami użytkowymi, tak jest też z zasadami, którymi kierujemy się w życiu. Te kilka najważniejszych powinno być dostępnych dla nas w każdej chwili i z wielką łatwością. Z tego też powodu starożytni stoicy praktykowali ćwiczenie polegające na powtarzaniu zasad. Dzisiaj spojrzymy na nie bliżej.

Zamysł stojący za ćwiczeniem powtarzania zasad jest prosty: każdego dnia – lub kilkukrotnie w ciągu dnia – powtarzamy kilka kluczowych dla nas fraz i sentencji, by utrwalić je w pamięci i mieć na mentalnym podorędziu w każdej chwili. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, sprecyzujmy więc kilka nasuwających się pytań dotyczących tej praktyki.

Jakie powinny być zasady, które powtarzamy? Czy ich wybór jest dowolny? W pewnym sensie tak – jest dowolny, ponieważ każdy człowiek będzie miał inny zbiór myśli i zasad, które zechce powtarzać. Nie istnieje żadna z góry przepisana lista. Z innej strony patrząc, dowolny jednak nie jest, ponieważ można określić kilka rozsądnych ograniczeń dla wyboru zasad:

  1. Zasady powinny być znaczące.
    Powinny dotyczyć istotnych aspektów życia i nieść w sobie nietrywialny sens. Powtarzanie co dzień, żeby zakładać szalik, gdy jest zimno, nie spełnia tego kryterium, mimo że jest zupełnie rozsądną zasadą. Powtarzanie, że moje ciało jest ode mnie niezależne, pozwala nabrać do niego dystansu i nadaje się jako jedna z zasad.
  2. Powinny być wspierające i budujące, a nie autodestrukcyjne i krytyczne.
    Powtarzanie, że dbałość o zdrowie ciała pozwala zachować energię dla ducha, jest dobrą zasadą. Powtarzanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, jest niebezpieczne i potencjalnie destrukcyjne.
  3. Powinny być zrozumiałe.
    Rozważanie w myślach efemerycznych i niejasnych haiku może być fantastycznym, godnym polecenia doznaniem, ale ćwiczenie powtarzania zasad to nie miejsce na nie. Zasady winny być klarowne, przy czym nie muszą być klarowne dla nikogo innego poza nami samymi. Jeśli ja rozumiem frazę, którą powtarzam, nie muszę być w stanie wyjaśnić jej znaczenia nikomu innemu.
  4. Powinny odnosić się do wartości.
    Idealny zestaw powtarzanych zasad jest odbiciem naszego zbioru wartości i norm etycznych – niech podkreśla i wspiera ich rozumienie. Jeśli moją wartością jest sprawiedliwość, motywacyjny cytat z Luthera Kinga jest świetną zasadą do powtarzania. Nie tak dobry byłby cytat o czułości – choć to piękna wartość i cecha – jeśli nie ma jej w mojej hierarchii.
  5. Powinny być plastyczne i podatne na zmiany.
    Tak jak hierarchia wartości może się zmieniać, tak i lista naszych zasad powinna być otwarta na ewolucję i zmiany. Niech nie stanie się ona półreligijnym tworem, jakimś osobistym dekalogiem, który musi pozostać nienaruszony. Bądźmy otwarci na zmianę!

Listy zasad, tak jak hierarchie wartości, są niezwykle indywidualnymi tworami i nikt nie jest zmuszony, by trzymać się wymienionych wyżej punktów. Mogę jedynie zachęcić, by przynajmniej wziąć je pod uwagę, ponieważ ćwiczenie to ma dwa ostrza – niewprawnie użyte może stać się źródłem mroku i cierpienia w naszym życiu.

Jak powinniśmy praktykować samo ćwiczenie? Jest kilka kluczowych aspektów, które warto rozważyć, zabierając się do praktyki. Dotyczą one miejsca i czasu, formy samych zasad oraz sposobu ich powtarzania:

  1. Świetnym momentem na przeprowadzenie tego ćwiczenia jest poranek.
    Może to być część porannego przeglądu siebie albo osobna aktywność. Poranek jest korzystny, bo toruje nasz umysł na nadchodzący dzień – będziemy mieli nasze zasady na podorędziu. Osobiście powtarzanie zasad jest dla mnie pierwszą czynnością po podniesieniu się z łóżka
  2. Nie ma potrzeby poświęcać na ten rytuał więcej niż kilku minut.
    Jeśli nasze zasady zaczynają zajmować 10 minut lub więcej, warto zastanowić się nad skróceniem listy, przycięciem niektórych zasad lub zastąpieniem ich krótszymi odpowiednikami.
  3. Miejsce jest dowolne, byle czuliśmy się w nim komfortowo, wypowiadając nasze zasady na głos.
  4. Zdecydowanie rekomenduję głośne wypowiadanie zasad zamiast powtarzania ich tylko w myślach. Zaangażujmy nieco więcej z naszego ciała do tej czynności – zwiększa to naszą zdolność zapamiętywania. Niech to będzie także rozgrzewka dla naszych strun głosowych przed nadchodzącym dniem.
  5. Cytaty są naturalnym zasobem, z którego warto czerpać swoje zasady. Oczywiście możemy je układać samodzielnie, szczególnie jeśli ktoś ma poetycko-pisarskie zacięcie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ktoś kiedyś zdołał już ująć lepiej to, co my właśnie próbujemy powiedzieć. Nie strońmy od cytowania – korzystajmy z zasobu kultury człowieka.
  6. Niech zasady będą możliwie treściwe.
    Jedno zdanie to optimum. Nie każdą myśl i wartość da się wyrazić tak zwięźle, ale jeśli to możliwe, znajdźmy jednozdaniową syntezę. Niech nie przekraczają dwóch lub trzech zdań. Nie chcemy powtarzać co rano strony A4 zwartego tekstu – to nastawia nas na porażkę, jeśli chodzi o ich zapamiętanie.

Forma, w jakiej chcecie praktykować to ćwiczenie, jest bardziej płynna niż jego treść – w tym sensie, że o ile wypaczona treść może być dla nas groźna, o tyle wypaczona forma może być co najwyżej nieskuteczna. Sugeruję, byście zaczęli według podanych wyżej zasad, a wraz z praktyką modyfikowali je pod swoje możliwości i preferencje.

Myśl najczęściej powtarzana staje się myślą najłatwiej dostępną. Zdając sobie z tego sprawę, możemy zacząć świadomie kształtować to, jakie idee stają się nam najbliższe. Wybierając mądrze swoje zasady, możemy wzmacniać kondycję naszego charakteru i ducha.

Powtarzanie zasad jest ćwiczeniem prostym do wykonania, choć wymagającym pewnego wysiłku w przygotowaniu – podczas dobierania odpowiednich zdań i słów, które staną się jego treścią. Warto jednak wykonać ten początkowy wysiłek, bo z czasem, systematycznie praktykując, zbudujemy w sobie zasób łatwo dostępnych, twórczych norm. A czy ty już wiesz, co znalazłoby się na twojej liście?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Pytanie czy odpowiedź?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreatywność czy ucieczka w fantazje?

Kreatywność jest cennym zasobem. Zdolność do tworzenia abstrakcyjnych koncepcji i ubierania ich w konkretne ramy ma zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Pozwala nam lepiej pracować z własnymi przekonaniami, a także wyobrazić sobie położenie innych ludzi, co czyni ją niezwykle użyteczną w relacjach.

Uciekanie w fantazję przed rzeczywistymi emocjami przynosi ulgę. Jest ona jednak krótkotrwała i ulotna. Problemy, których próbowaliśmy uniknąć, nie znikają – przeciwnie, mają tendencję do wzrastania, gdy je ignorujemy. Zatracając się w świecie wyobraźni, tracimy kontakt z rzeczywistością.

Nawigując między tymi dwoma aspektami, warto pracować nad zbliżeniem się do kreatywności, by wykorzystywać wyobraźnię do rozwiązywania problemów rzeczywistego świata, a nie do uciekania przed nimi.

Jak to się łączy?

Jest w miarę jasne, że dwie omawiane skrajności są w gruncie rzeczy tym samym zjawiskiem. Różnica między nimi nie tkwi w jakości, lecz raczej w natężeniu – które jest niższe w przypadku kreatywności – oraz w zastosowaniu.

W przypadku bycia kreatywnym wyobraźnia jest narzędziem, które ma za zadanie informować nasze decyzje w realnym świecie. Służy procesowi decydowania i zmiany, której jesteśmy agentem. Pomaga nam lepiej zrozumieć możliwe konsekwencje, odgadnąć motywacje własne i innych. Jest nośnikiem idei i pomysłów, które skutecznie je komunikują i rozjaśniają.

W aspekcie ucieczkowym wyobraźnia staje się narzędziem unikania problemów, zapominania o nich. W ten sposób przypomina nieco używanie środków psychoaktywnych – na krótki czas pozwala odsunąć od siebie problem, czy to wewnętrzny (emocjonalny), czy zewnętrzny (zadanie do wykonania). Tak jak w przypadku środków psychoaktywnych, to odsunięcie jest niekonstruktywne – nie rozwiązuje problemu, pozostawia go na boku. W rezultacie fantazjowanie staje się rodzajem „nałogowego” regulowania emocji, które może stworzyć większe problemy niż te, których próbuje uniknąć.

Gdzie jestem

Mój stan obecny określiłbym jako bliski stanowi kreatora, czyli zdrowego i konstruktywnego wykorzystywania wyobraźni. Z kilkoma dużymi kłopotami, jakie w przeszłości z nią miałem, zdołałem się już uporać – żeby przywołać przykład z fantazjami przed zaśnięciem przywołany w tekście o ucieczce w fantazje [LINK].

Systematycznie ograniczam sytuacje, w których w niekontrolowany sposób osuwam się w zafantazjowywanie przeróżnych trudnych wyzwań i sytuacji z życia. Dostrzegam, kiedy ten mechanizm się uruchamia, i potrafię go zazwyczaj powstrzymać.

Choć jest dobrze, to jednak mogłoby być lepiej. Nadal widzę spore pole do poprawy, szczególnie w dziedzinie relacji. Tutaj zdarza mi się nadal, iż uciekam przed decyzją czy działaniem, które wystawiłoby mnie na perspektywę odrzucenia, w fantazję o tym działaniu. Rozgrywam sytuację w głowie, daję jej pozytywne zakończenie i, na pewnym poziomie, uznaję, że tak się faktycznie stało.

Optymalny stan

Moje wyobrażenie optimum na tej osi jest dość proste i intuicyjne: chcemy zachować kreatywność bogatej wyobraźni, jednocześnie eliminując – na tyle, na ile to możliwe – aspekt ucieczkowy.

Chcę, by wyobraźnia była narzędziem tworzenia i radzenia sobie z wyzwaniami życia. By pozwalała ujmować idee w sposób zrozumiały i przystępny, by była źródłem metafor poszerzających zrozumienie skomplikowanych problemów u mnie i u innych, z którymi wchodzę w interakcje. Idea twórczości, nawet tej technicznej i naukowej, polega w dużej mierze na sile wyobraźni i warto tę siłę pielęgnować i zachowywać.

W odniesieniu do emocji wyobraźnia powinna być narzędziem pracy z nimi, ich lepszego zrozumienia i zinternalizowania. Ma ułatwiać odczytywanie przesłania, jakie się za nimi kryje, ma być tłumaczem między nimi a świadomą analizą. Nie powinna przy tym stać się narzędziem emocjonalnego tłumienia, metodą na ignorowanie czy zagłuszanie emocji – takie jej wykorzystanie, choć kuszące, będzie prowadzić do większych kłopotów niż zysków.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowe dla rozwijania i balansowania tej kompetencji są stoickie ćwiczenia oparte na wyobraźni. W pewnym sensie każde stoickie ćwiczenie ma element wyobrażonego, ale jest kilka, które szczególnie mocno się na nim opierają. Regularne praktykowanie tych ćwiczeń prowadzi do pewnej dyscypliny w fantazjowaniu, w sensie przyzwyczajenia nas do używania wyobraźni do analizowania konkretnych, realnych problemów. Nadaje ramy problemowe zajęciu wyobrażania sobie.

Ćwiczenia, które absorbują wyobraźnię w największym stopniu, to:

  1. Perspektywa kosmiczna – wyobrażanie sobie siebie jako części większej całości, czy to w przestrzeni (kosmos), czy w czasie.
  2. Premeditatio maloru (i bonum) – rozmyślanie nad złem (dobrem), czyli wyobrażanie przebiegu nadchodzących wyzwań w celu zrozumienia, czego możemy się spodziewać w najgorszym (najlepszym) obrocie rzeczy. To wyobrażanie ukierunkowane na rozpoznanie ścieżki wyjścia z każdego, nawet najtrudniejszego przebiegu zdarzeń.
  3. Wizualizacja mistrza – co zrobiłby w tej sytuacji stoicki mistrz; ćwiczenie ma nam pomóc dokonać właściwego, stoickiego wyboru, kiedy stajemy przed skomplikowanym pytaniem.

Pozostaje jeszcze sprawdzenie naszej dyspozycji w relacjach. Choć nie jest to konkretne ćwiczenie stoickie, należy pamiętać, że stoicyzm jest filozofią ukierunkowaną na społeczność. W tym duchu niezwykle istotne jest wchodzenie w relacje i trenowanie w nich konstruktywnego użytkowania wyobraźni oraz powstrzymywania się przed ucieczką.

Podsumowanie

Balans między kreowaniem a ucieczką w fantazję powinien być przechylony w stronę tego pierwszego. Jest jednak niezwykle istotne, by w dążeniu do tego optimum nie utracić zdolności radosnego wykorzystania naszej wyobraźni.

Powiem wręcz, że choć warto pracować nad tym aspektem, nie warto poświęcać swej wyobraźni dla pozbycia się drobnych elementów ucieczkowych. Okazjonalna ucieczka w wyobrażenia przyniesie mniej szkód niż utrata wyobraźni.

A jaką wy macie relację ze swoją fantazją? Czy służy wam pomocą na co dzień? Czy czasem uciekacie w nią, gdy dzień dopiecze wam nad miarę?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Fantasta

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Niekiedy zapadam się w fantazje jak w bagno. Zmyślona historia zaczyna żyć w mojej głowie, rozwijać się, nabiera intensywności i wyrazistości. Nie chcę jej przerywać, nie chcę jej kończyć. Chcę pozostać w wymyślonym świecie, który jawi mi się jako bezpieczniejszy, lepszy od rzeczywistego. Czasem trwa to krócej – fantazja jest zwarta i konkretna. Czasem trwa dłużej – fantazja jest rozbudowana i wielopoziomowa.

Przykład

Najbardziej wyrazistym przykładem z mojego doświadczenia było tworzenie fantazyjnych światów, służących jako arena dla moich myśli przed zaśnięciem. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ od dłuższego czasu nie praktykuję już tej metody na zasypianie.

Koncepcja była prosta: kładąc się spać, gdy nawiedzała mnie gonitwa myśli, często zabarwiona lękiem, porządkowałem je poprzez wejście do wymyślonego świata. Zaczynałem snuć bardzo konkretną, wyrazistą fantazję osadzoną w świecie magii i miecza lub w świecie fantastyczno-naukowym. Obsadzałem siebie w roli głównego bohatera i rozgrywałem jakiś scenariusz.

To pozwalało mi odciąć się od naporu nieuporządkowanych myśli, które mogłyby powstrzymywać mnie przed zaśnięciem przez dłuższy czas. Świat fantazyjny działał uspokajająco i zwykle po kilku minutach takiej „medytacji” odpływałem w sen.

Choć używałem kilku światów w tym celu, miałem swoje ulubione – takie, w których podejmowałem rozpoczęte historie z wieczora na wieczór. Te fantazyjne konstrukcje rozlewały się poza obszar zasypiania; myślałem też o nich na jawie – w podobnej roli, czyli dla uspokojenia lęku.

Więcej przykładów

Jest dla mnie typowe, że poświęcam więcej czasu na fantazjowanie o relacjach niż na faktyczne wchodzenie w nie. Czyli zamiast napisać do osoby, z którą chciałbym porozmawiać, wyobrażam sobie rozmowę, zazwyczaj jej idealny przebieg. Po skończonej fantazji mam poczucie, że nie ma już potrzeby przenosić jej w rzeczywistość.

Niektóre z moich fantazji spełniają rolę głaskania ego, to znaczy, że ich treść przedstawia mnie w pozycji siły, władzy i wiedzy wykraczających dalece poza rzeczywisty stan rzeczy. W natychmiastowej perspektywie sprawiają, że czuję się nieco lepiej, w sensie regulowania emocji związanych z niskim poczuciem własnej wartości. W perspektywie dłuższej zaczynam wierzyć w ich elementy, co prowadzi do praktycznego zadufania w sobie.

Skąd się to bierze

Podobnie jak w przypadku poprzedniego aspektu „kreatora”, także tutaj źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

Odsunięcie się w fantazję było i nadal jest dla mnie sposobem regulowania emocji. Przynosi ulgę, szczególnie od tych związanych z lękiem, gdyż zastępuje zagrażającą rzeczywistość pewną iluzją. Efekt jest zwykle chwilowy – przez czas trwania fantazji napięcie znika. Jednak pewne aspekty trwają dłużej: pojawia się efekt zawierzenia własnej opowieści – pewne jej elementy mój umysł bierze za prawdę.

Fantazjowanie jest realną strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami. Sama w sobie nie jest czymś negatywnym ani niszczycielskim. Trzeba jednak rozróżnić pomiędzy twórczym parafrazowaniem własnego doświadczenia, które pozwala je lepiej zrozumieć, a ucieczką w fikcję przed nazbyt bolesną emocją, którą chce się pod opowieścią pogrzebać, a nie przez nią przepracować.

Stąd rozdzielenie tego mechanizmu na dwa bieguny – twórczy i problemowy.

Ograniczenia i wyjątki

Doświadczenie jest w dużej mierze granicą fantazji. To, co fantastyczne, sklejam z elementów mi znanych, czasem lekko je rozszerzając, ale to, co wymknęło się sferze moich realnych doświadczeń, nie znajduje odzwierciedlenia w fantazjach. To ich ograniczenie.

Jak to się objawia w relacjach?

Najbardziej drastycznym przejawem nadmiernego fantazjowania w sferze relacji jest ich urywanie się, czy raczej urywanie ich przeze mnie. Kiedy mój umysł zaczyna intensywnie rozgrywać dany związek w wyobraźni, traci zainteresowanie i zapał do rozwijania go w rzeczywistości – jakby był już dokonany i nie było sensu go kontynuować. Zjawisko może być tak intensywne, że prowadzi do zaprzestania kontaktu z drugą osobą. Nie chodzi tu o jawne zrywanie czegokolwiek, raczej o stopniowe ograniczanie kontaktu, aż do jego całkowitego ustania. Ten efekt jest dodatkowo wzmacniany przez moją ogólną tendencję do unikania relacji.

Trudniejsze do zaobserwowania, ale potencjalnie równie destrukcyjne, jest zastępowanie przez fantazjowanie wchodzenia w nowe relacje. Tutaj mieszczą się te relacje, które mogłyby być, ale ich nie ma, bo wybrałem bierność napędzaną przez fikcję wyobrażeń. Druga strona potencjalnej relacji nie ma szans zaobserwować procesu, tylko ja niekiedy uświadamiam sobie, że zaszedł.

Fantazjowanie może narażać na szwank istniejące relacje, także poprzez tworzenie niezgodności między fantazją a rzeczywistością. Chodzi mi o sytuacje, w których wymyślę sobie pewien przebieg zdarzeń, przeżyję go w wyobraźni, włącznie z reakcją drugiej strony, a następnie rzeczywistość okaże się mniej satysfakcjonująca. Mogę się na kogoś wręcz obrazić, za to, że nie zrobił tego, co sobie wyfantazjowałem!

Zakończenie

Tworzę światy w swojej wyobraźni i w nie uciekam. Mam do tego niemały talent, to, co tworzę, bywa niezwykle kuszące. Niezależnie jednak od tego, jak piękna jest fantazja, zatracenie się w niej może być ucieczką od rzeczywistości.

Jeśli czynimy tak okazjonalnie, dla wytchnienia, nie ma w tym problemu. Jeśli jednak staje się to naszą kluczową strategią regulacji emocji, możemy wpaść w pułapkę. Od nas zależy, czy znajdziemy odpowiedni balans.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreator

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Twórczość jest jedną z moich najważniejszych wartości. Uważam, że jestem kreatywnym człowiekiem i mam zdolność do tworzenia nowych koncepcji, obrazów, światów. Wykorzystuję te zdolności na co dzień i rozwijam je z zapałem. Stanowią ważny element mojego życia i czynią mnie interesującym człowiekiem.

Przykład

Blog, na którym się obecnie znajdujemy, stanowi koronny przykład realizacji moich twórczych zapałów w praktyce.

Obecnie liczy już ponad 70 wpisów. Każdy z nich jest stworzonym przeze mnie kawałkiem treści. Niektóre są bardziej udane, inne mniej, ale każdy jest oryginalnym tworem mojej fantazji, moich przemyśleń i moich zdolności ubierania tych dwóch w słowa.

Jestem dumny z tego, co napisałem na potrzeby bloga. Wiem, że wytworzenie takiej ilości tekstu jest czymś niezwykłym i nietypowym, szczególnie w dzisiejszych czasach. Mam realne przekonanie, że ta moja twórcza działalność wzbogaciła świat choć odrobinkę.

Chcę kontynuować twórczą pracę w ramach bloga i będę to czynił tak długo, jak pozwolą mi na to okoliczności życiowe. A jeśli pewnego dnia stanie się to niemożliwe, znajdę inne sposoby twórczej ekspresji, jako że i dziś mam ich więcej.

Więcej przykładów

W ciągu ostatnich kilku miesięcy przysiadłem na laurach, jeśli chodzi o pisanie opowiadań, ale nadal jest to zajęcie, które mnie cieszy i które praktykuję z niezłym skutkiem. Jest to też jedna z tych aktywności twórczych, które chcę rozwijać.

Wyplatanie makram, choć czasem dość automatyczne, także jest przejawem twórczej pracy. Jest to przekształcanie nieuporządkowanego zbioru sznurków w obraz, który ma w sobie ład i któremu można nadać pewien sens. Dziś rzadko siadam do makram, ale kto wie, czy nie wrócę do nich w przyszłości?

Podobnie sprawa ma się z innymi aktywnościami manualnymi: układanie kompozycji kwiatowych, dzierganie, rzeźbienie w dyni, malowanie ceramiki – to wszystko zajęcia o twórczym charakterze, które dają mi radość. Nawet jeśli nie praktykuję ich regularnie, to cenię je sobie niezmiernie.

Skąd się to bierze

Źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

System był tak skuteczny, że praktykowałem go konsekwentnie przez wiele lat, modyfikując treść i charakter wyimaginowanych relacji, rozbudowując je do całych światów i skomplikowanych systemów. Praktykowałem fantazjowanie bardzo regularnie i z wielkim zaangażowaniem – przynosiło mi przecież zaspokojenie niezwykle istotnych potrzeb relacyjnych. Praktyka czyni mistrza – stałem się wielce wprawny w tworzeniu fikcyjnych światów i postaci.

Tak ucieczkowe aspekty stylu unikającego wytworzyły okoliczności, w których mogła rozkwitnąć dość niezwykła wyobraźnia. Taka, która w chmurze łatwo dostrzeże smoka, dosiądzie go i poleci na jego grzbiecie, by podbijać starożytne królestwa. Przede wszystkim jednak taka, która stworzy sobie przyjaciela, który nigdy nie odejdzie, chyba że zostanie odprawiony.

To potężne narzędzie, jednak nawet ono ma swoje ograniczenia.

Ograniczenia i wyjątki

Wyobraźnia ma swoje ograniczenia. Wszędzie tam, gdzie moje doświadczenie jest nikłe lub żadne, mam trudności z wyrazistością wizji. Widzę to wyraźnie w swojej twórczości, która napotyka opór tam, gdzie chcę odejść od własnego doświadczenia.

Mogę tworzyć przybliżenia, pewnego rodzaju zgadywanki, ale w wielu przypadkach mam poczucie niedostateczności takich zabiegów. To sprawia, że w mojej ocenie pewne aspekty mej twórczości są niedojrzałe, niepełne.

Choć jest to przejaw raczej niepewności niż sprawdzenia z faktami, wciąż widzę w tym feralne ograniczenie w mojej postawie twórcy.

Szczególnie opisywane tu zjawisko realizuje się w trudności, jaką mam, by wczuć się w położenie innych osób. Może to odnosić się do bohatera opowiadania – póki jest względnie zbliżony do mnie samego, mogę go pisać, ale gdy chciałbym wykroczyć silnie poza własną orbitę, sytuacja realnie się komplikuje. Te postaci wychodzą płasko i niezbyt realistycznie – w mojej ocenie.

Zjawisko to wykracza zresztą poza twórczość literacką i sprawia, że miewam problemy z empatią, a przynajmniej tworzy we mnie tendencję nadmiernego przypisywania moich własnych motywacji i cech innym ludziom. Utrudnia to zrozumienie i może prowadzić do poważnych nieporozumień.

Jak to się objawia w relacjach?

Fantazja potrafi być źródłem całkiem niezłych dowcipów. Takich bardzo niestandardowych i czasem dość pokrętnych. Nie wszystkie da się zrozumieć od razu, ale gdy już rozsupła się małą wiązankę słowną, bywa zabawnie. Jeśli się nie uda, trudno – może następnym razem.

Moje poczucie humoru to Monty Python i Leslie Nielsen / Mel Brooks. Dziwaczne, nietypowe, ale momentami turbo zabawne.

Jedna z najprostszych obserwacji, jakie możesz o mnie poczynić, to że jestem kreatywny w rozmowie – zarówno jeśli chodzi o budowanie zdań, jak i tworzenie warstw znaczeniowych w wypowiedziach. Jeśli zdecyduję się mówić – tak naprawdę, a nie półgębkiem – to to, co powiem, jest kreatywne, interesujące, warte wysłuchania.

Nie zawsze jest poprawne, nie zawsze zrozumiałe (nawet dla mnie samego), ale gdy się rozsupła, staje się przynajmniej dobrą pożywką do refleksji.

Często zdarza mi się potakiwać w rozmowach – takie proste „Tak”, „Rozumiem”. Niekiedy to zwykły drobny konformizm, by zasygnalizować bycie w rozmowie. Częściej jednak w moim przypadku jest to sygnał, że właśnie sobie wyobraziłem, zwizualizowałem to, o czym mówisz, i słowo zgody potwierdza zakończenie tego procesu.

Opisujesz, że znajomy sprzedaje dom z ogrodem, a w ogrodzie są panele fotowoltaiczne? W moim umyśle tworzy się obraz tego domu – czy raczej mojej fantazji o nim. Dzięki temu mogę lepiej rozumieć dalszą część historii, i takie zrozumienie często sygnalizuje właśnie potakiwanie.

Zakończenie

Jestem kreatywnym człowiekiem. Potrafię tworzyć całe światy w wyobraźni. Potrafię ubierać myśl w formę słowa, nadawać jej kształt. Moja wyobraźnia jest potężnym narzędziem, szkolonym od dziecka i do dziś regularnie używanym. Nie mam drugiego tak cennego zasobu.

Nawet ona ma jednak swoją cenę, bo wielka fantazja kusi, by się w niej zatracić, by uciec przed trudami rzeczywistości w jej kontrolowane i bezpieczne objęcia. Wyobraźnia może być zarówno twórczym narzędziem działania, jak i substytutem, w który przed działaniem uciekamy…

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancją a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Przechodząc do meritum: uważam się za ponadprzeciętnie tolerancyjnego człowieka. Nie przywiązuję się do stereotypów. Interesuje mnie charakter moich rozmówców i to, co mają do powiedzenia. Czerpię satysfakcję z tego, że jestem w stanie z każdym znaleźć nić porozumienia — czy raczej, że zawsze jestem gotów tej nici szukać.

Przykład

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, tak aby nie wskazywać konkretnych osób, ale mam łatwość w trwaniu w relacjach nawet z osobami, które darzę antypatią.

Pozostaję w takich relacjach nawet wtedy, gdy obcowanie z tymi osobami jest dla mnie nieprzyjemne. Zazwyczaj nie garnę się do nich, ale też ich nie unikam. Jeśli pojawią się w moim otoczeniu, swobodnie — i nie dając nic po sobie poznać — mogę wskoczyć w konwersację z nimi.

Tkwi za tym przekonanie, że nikt nie jest tak nieprzyjemny, żeby nie dało się z nim odbyć rozmowy. Wierzę, że warto dawać szansę i pozostawać otwartym na drugiego człowieka oraz że nasze niechęci często są wynikiem nieporozumienia. Na tej podstawie przed nikim nie zamykam drogi do relacji, nawet jeśli ktoś sprawia, że czuję się niezręcznie i niekomfortowo.

Więcej przykładów

W każdej rodzinie w naszym kraju — a może i na świecie — konfrontują się ze sobą poglądy polityczne. To naturalna sprawa. Wiem z opowieści, że takie konfrontacje mogą prowadzić do głębokich problemów, rozłamów i dramatów. Dla mnie są one kompletnie obojętne. Po części dlatego, że nie interesuję się polityką, a po części dlatego, że nie uważam poglądów politycznych za wyznacznik jakości człowieka. Mogę rozmawiać ze zwolennikiem każdej partii i opcji. Co więcej — mogę wysłuchać zwolennika każdej partii i opcji, zarówno w rodzinie, jak i poza nią.

Nie mamy zbyt wielu okazji do kontaktu z osobami z innych sfer społecznych — chodzi mi tu o status majątkowy i edukacyjny. Nasze społeczeństwo jest bardziej rozwarstwione i podzielone, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Ja nie jestem wyjątkiem — kontakty poza moją sferą są rzadkie, ale kiedy już do nich dochodzi, nie odczuwam trudności ani dyskomfortu. Nie wiem, czy druga strona odnosi podobne wrażenie; mam nadzieję, że tak.

Podobnie jak z poglądami politycznymi, tak też z poglądami religijnymi drugiej strony nie mam kłopotu. Tutaj — jeszcze bardziej niż przy polityce — kluczowe jest to, iż religia mnie nie interesuje i uważam ją za temat marginalny. Nie mam problemu, by wysłuchać tej czy owej mistycznej opowieści ani by zamienić kilka zdań z apologetą dowolnego wyznania. Nie wdaję się w debatę — pozostaję biernym odbiorcą — ale właśnie dlatego, że temat nie jest dla mnie porywający.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem moich zdolności adaptacji do każdej osoby i środowiska.

Z faktu, że mam mieszane strategie wchodzenia w relacje, wynika potencjał do rozumienia perspektyw innych ludzi. Rezonuję zarówno z lękowcami, jak i z unikającymi, a także dobrze dogaduję się z osobami bezpiecznymi — choć to bardziej ich zasługa. Potrafię znaleźć nić porozumienia w każdym przypadku.

Elementy unikające sprawiają, że stronię od konfliktu. Przejawia się to w preferowaniu wsłuchiwania się w zdanie innych ludzi. Dzięki temu niweluję ryzyko, że ktoś się do mnie zniechęci lub poczuje złość. To strategia unikająca, która przekłada się na łatwiejsze przebywanie z osobami, z którymi się nie zgadzam, poprzez niedzielenie się własnymi poglądami. Jeśli nie znają mojego zdania, nie mają z czym polemizować.

Elementy lękowe sprawiają natomiast, że jestem ostrożny w konfrontacjach. W skrócie: w każdej relacji obawiam się, że ją zepsuję, że zniechęcę do siebie drugą stronę. Aby zminimalizować ryzyko, ograniczam krytykę, nie wchodzę w polemikę i nie daję pretekstu do zerwania znajomości — a lękowy charakter przywiązania podpowiada mi, że takiego pretekstu każdy z moich znajomych szuka.

Ograniczenia i wyjątki

Szczerze mówiąc, nie wiem, co wpisać w tej sekcji. Mam wrażenie, że od tego podejścia nie ma w moim życiu wyjątków i że nie podlega ono istotnym ograniczeniom.

Nasuwa się pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź pozostawię na kolejny artykuł, w którym będę rozważał społeczną mimikrę.

Jak to się objawia w relacjach

W tej sekcji przechodzę do ogólnych tendencji, których ślady mogliśmy już dostrzec w przykładach.

Zawsze jestem gotowy wysłuchać drugą osobę — niezależnie od tego, co się stało, jaki jest temat i jak postrzegam relację między nami. Żaden z tych czynników nie stanowi przeszkody, by spotkać się z drugim człowiekiem. Tego się trzymam. Nie zawsze jestem dostępny, ale gdy jestem — nikogo nie odpędzam.

Słuchając, nie jestem bierny: pokazuję swoje zaangażowanie. Parafrazuję, by zasygnalizować zrozumienie. O ile nie dzieje się wokół mnie coś niezwykle absorbującego, poświęcam mówcy swoją uwagę. Sprawdza się to dobrze w rozmowach twarzą w twarz; nieco gorzej, gdy rozmawiam przez telefon, ale i wtedy staram się pozostać obecny.

Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym kogoś skrytykował — a przez krytykę rozumiem tu trudną, negatywną informację zwrotną. Nawet jeśli jest ona uzasadniona w moich odczuciach, nie jestem skłonny jej wypowiedzieć. Jeśli już, ograniczam się do opisu faktów i wskazania, że pewne elementy można by poprawić. Najchętniej jednak omijam punkty trudne i przechodzę do pozytywnej, przyjemnej informacji zwrotnej.

Mogę rozmawiać z każdym. Nawet jeśli się z kimś pokłóciłem, nawet jeśli jestem w gniewie — mogę rozmawiać i nie przestaję się odzywać. Nikomu nie powiedziałem: „nie chcę więcej z tobą rozmawiać” i nikomu tego powiedzieć nie planuję. Jeśli było gorąco, mogę potrzebować godziny czy dwóch, by ochłonąć, ale nie więcej — i już mogę zasiąść do dialogu, jeśli druga strona jest na to gotowa.

Zakończenie

Moja tolerancja jest ogromna. Z jednej strony to świetnie, bo z każdym się dogadam i każdego zaakceptuję. Z drugiej strony — to niekoniecznie dobre, bo dogadywanie się ze złem nie jest najlepszym pomysłem, a lęk o trwałość relacji nie musi być dobrym doradcą.

Chcę lubić wszystkich i chcę, żeby wszyscy mnie lubili — i takie zachowanie próbuję realizować w praktyce. To, czy w tej potrzebie przypodobania się nie gubię tego, kim jestem, rozważę w kolejnym tekście.

A was, drodzy czytelnicy, zapytam na koniec: czy tolerancja ma granice? Czy wyznaczacie jej jasne ramy?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Ofiara

Skupienie na tym, co negatywne, jest jedną z moich wad. Wiele czasu poświęcam rozmyślaniom o najgorszym możliwym przebiegu wydarzeń. To mnie paraliżuje przed podjęciem działania. Sprawia, że w rozmowie bywam przygnębiający dla interlokutora. Na najbardziej błękitnym niebie odnajdę tę jedną chmurkę, następnie głęboko się nad nią zadumam, by po chwili opowiadać o niej wszystkim, którzy akurat korzystają ze słońca.

Moje ulubione tematy związane są z trudem, cierpieniem i wojną. Fascynują mnie ludzkie słabości, przewinienia, zbrodnie. Jestem przekonany, że to one zbliżają ludzi. Łączę się z innymi, afiszując swoje cierpienie i szukając wspólnych przestrzeni bólu.

Tekst jest drugą częścią trzyczęściowego cyklu artykułów. W poprzednim odcinku rozważałem moje zaangażowanie w relacje oraz to, jak mogą trwać pomimo trudności. W tym odcinku pokażę, jak trudności stają się narzędziem budowania więzi. W kolejnym dokonam syntezy tych dwóch biegunów.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje kontekst psychologiczny, ale nie jest to moim priorytetem. Pomimo tego nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego tekstu jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

Jestem alkoholikiem. Lubię o tym mówić dużo i często. Lubię o tym mówić, bo to wzbudza współczucie. To nie jest jedyny powód — ważne jest edukowanie innych o chorobie; im więcej osób wie, tym bezpieczniej dla mnie. Zrzucenie tego z siebie jest autoterapeutyczne. Ale jest to też poważna choroba, wokół której można budować mitologię cierpienia.

Uważam, że jako trzeźwy alkoholik jestem w lepszym położeniu — w lepszym miejscu w życiu — niż osoby nieuzależnione, które piją alkohol. W relacjach z pijącymi czuję raczej współczucie niż zazdrość. Czyli alkoholizm to nie jest dobra płaszczyzna poszukiwania współczucia?

Ależ jest! Bo w łowieniu współczucia nie jest ważne to, co myślę ja, lecz to, co myśli druga strona. A w naszym społeczeństwie niepijący, lub ci, którzy nie mogą pić, wciąż są postrzegani jako osoby dotknięte brakiem. Gram na tym schemacie kulturowym i całkiem skutecznie łowię współczucie, niezależnie od moich poglądów na sprawę!

To brzmi skomplikowanie i schizoidalnie, ale uważam, że szukanie sympatii poprzez nawet wydumane choroby i braki jest konsekwencją lękowych elementów mojego stylu przywiązania.

Skąd się to bierze?

Źródeł tego nastawienia doszukuję się w lękowym stylu przywiązania. W nim zorientowani jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji — obawiamy się ich nietrwałości. Doszukiwanie się wszędzie zagrożenia jest sposobem, by ich uniknąć, a zagrożenie, które dzielimy z innym, łączy.

Wspólne źródło strachu spaja relacje. Dzięki niemu jesteśmy bliżsi sobie — choć grozi nam coś z zewnątrz, nasza relacja jest bezpieczna. A o to chodzi w lękowym stylu przywiązania.

Nawet jeśli nie ma realnego zagrożenia, z tej perspektywy warto je wymyślić. Nie ma znaczenia, czy strach oparty jest na prawdziwych przesłankach — tak długo, jak w niego wierzymy, będzie nas łączył.

Element cierpienia także może służyć utrwaleniu relacji. Afiszowanie się cierpieniem jest sposobem, by wywołać u drugiej osoby potrzebę zaopiekowania się nami. Malując siebie jako słabych, skrzywdzonych, bezradnych, wywołujemy współczucie, które ma pogłębić i utrwalić relację.

Dlatego jedną ze strategii w relacjach jest ustawianie się w pozycji cierpiętniczej. Gramy kartą nieustannego narzekania, by skłonić bliskie nam osoby do pocieszania nas i oferowania pomocy. Możemy następnie tę pomoc przyjąć lub odrzucić — to mniej istotne — samo jej zaoferowanie umacnia relację.

Ograniczenia i wyjątki

Ograniczeniem dla mojego stawiania się w pozycji cierpiącej ofiary jest niechęć do okazywania słabości. Pisałem o niej poprzednio i jest efektem unikającego stylu przywiązania. To element mojej potrzeby pozostania niewidzialnym.

Widać, jak niekompatybilne są te dwa dążenia. Z moich obserwacji wynika, że zwykle górę bierze potrzeba udawania osoby pozbawionej słabości, więc ograniczam projekcję cierpienia.

To jednak nie eliminuje prób zbliżenia się poprzez korzystanie ze słabości czy cierpienia innych! Tę ścieżkę częściej niż drogę przez własną słabość zwykłem wybierać, gdy próbuję budować relację w lękowym stylu.

Jak to się objawia w relacjach?

Spójrzmy na kilka przykładów, które dostrzegam w swoich relacjach.

W rozmowach koncentruje się na niepowodzeniach i chorobach. Najbardziej wciągają mnie dyskusje o wszelkiego rodzaju trudnościom. Jeżeli cierpisz na jakąś chorobę, znajdziesz we mnie uważnego i empatycznego słuchacza. Chętnie pomówię o sposobach leczenia, zagrożeniach. Opowiem Ci o chorobach, które mnie trapią. To są moje tematy! Jak zazwyczaj jestem człowiekiem niewielu słów, tak o dobrej katastrofie mogę mówić godzinami.

To wiąże się z zamiłowaniem do narzekania. Kocham to! Jeśli mogę z kimś pomarudzić na to samo, jestem w siódmym niebie. Pogoda pod psem? Cudownie, porozmawiajmy o tym! Wysokie podatki? Mów mi jeszcze! Wokół wspólnego utyskiwania buduję bliskość i więź.

Może się zdarzyć, że będę próbował wciągnąć Cię do rozmowy o chorobach, niepowodzeniach i klęskach. Mogę przy tym być natarczywy, zbywać Twoje próby rozmowy o czymś pozytywnym, co Ci się udało. Wszystko dlatego, że oczekuję, iż ponura rozmowa bardziej nas zbliży. Można powiedzieć, że to pokręcony znak, że Cię lubię i szukam bliższej relacji.

Zakończenie

Wspólne cierpienie łączy ludzi — to stwierdzenie jest prawdziwe nie tylko w moim przypadku. Ja łączę się z ludźmi poprzez afiszowanie cierpienia i wyszukiwanie wspólnych bolączek.

Jednak tworzenie iluzji cierpienia, by generować bliskość, czy zapominanie o radości świata w powodzi narzekania, to zbyt daleko posunięte ekstremum.

W kolejnym artykule sprawdzimy, jak możemy znaleźć równowagę między zaangażowaniem a rolą ofiary.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie

Stałość jest jedną z moich zalet. Kiedy zdecyduję się zaangażować, potrafię wytrwać. Niepowodzenia i trudności mnie nie zniechęcają, przeciwnie – sprawiają, że jestem bardziej nastawiony na utrzymanie relacji. To w spokojnych i dobrych czasach mogę mieć tendencję do odpływania i znikania, ale gdy jest źle, można na mnie liczyć!

Tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego mini cyklu artykułów. W kolejnym odcinku pochylę się nad problemem stawiania siebie w roli ofiary i szukania bliskości przez cierpienie – co jest antytezą dzisiaj omawianych zjawisk. W ostatnim artykule dokonam syntezy tych dwóch.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje nieco szerszy kontekst psychologiczny, ale nie jest to głównym celem. Mimo to nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

W swojej ostatniej pracy spędziłem 12 lat. Trzy ostatnie lata nie miały sensu. Trwałem na stanowisku, mimo że nie miałem odrobiny zaangażowania w zadania, które wykonywałem, i straciłem zaufanie do firmy, dla której pracowałem. Byłem wypalony zawodowo i coraz wyraźniej obserwowałem konflikt wartości między mną a pracodawcą.

Pomimo tego byłem tam trzy lata. Dlaczego?
Dlatego, że się zaangażowałem. Była to kwestia spędzonego w firmie czasu, jak i trudności, które dzieliłem ze współpracownikami. Wszyscy musieliśmy radzić sobie z toksycznymi aspektami firmy. Musieliśmy mierzyć się z pogłębiającym się upadkiem wartości w naszym otoczeniu.

Trwałem jak żołnierz na placu boju – znosząc dyskomfort, aby zachować relacje, nie z pracodawcą, lecz z kolegami i koleżankami. Odejście byłoby przecież zdradą czy dezercją.

Ostatecznie odszedłem, bo trwanie w toksycznym środowisku bez nadziei i możliwości jego zmiany jest na dłuższą metę nonsensem. Zajęło mi to jednak ładnych parę lat…

Skąd się to bierze?

Źródeł zaangażowania doszukuję się w lękowym stylu przywiązania – gdy coś zagraża relacji, wchodzę w nią mocniej. W tym stylu nastawieni jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji i obawiamy się ich nietrwałości. Intensywne przywiązanie jest jedną ze strategii, jaką można przyjąć, by utrwalić kluczowe dla nas relacje.

Zaangażowanie generuje poczucie bezpieczeństwa poprzez budowanie stałości. Mamy przekonanie, że im więcej wysiłku włożymy w relację, tym będzie ona trwalsza, a dzięki temu bezpieczniejsza.

Ta obserwacja jest w zasadzie poprawna. Stałość i zaangażowanie rzeczywiście budują trwałość relacji i w większości przypadków druga strona odpowie w podobny sposób. Osiągamy swój cel.

Warto jednak zauważyć, że żadna ilość zaangażowania nie gwarantuje wzajemności. Ten fakt prowadzi do przykrych rozczarowań, które albo sprawią, że stracimy wiarę we wkładanie pracy w relację, albo – wręcz przeciwnie – że zaczniemy w nie intensywniej inwestować.

W pracowaniu nad zaangażowaniem można się doszukiwać awersji do zmiany. Jest to sposób na ustatkowanie naszych relacji, w formie dalekiej od optymalnej, tak by nie ryzykować wychodzenia ku niosącej niepewność zmianie. Ten aspekt wiąże się z lękowym stylem przywiązania.

Na koniec chciałbym zauważyć, że choć u siebie dostrzegam źródła tego postępowania w lęku, to rozumiem, że u innych ludzi motywacją do podobnych zachowań może być bezpieczny styl przywiązania, w którym zaangażowanie wynika z poczucia bezpieczeństwa wchodzenia w głębokie relacje. Co więcej, odpowiednio zaopiekowany aspekt zaangażowania może stać się ścieżką ku takiemu właśnie zdrowemu funkcjonowaniu.

W moim przypadku ze stylem lękowym współistnieje styl unikający, co prowadzi do interesujących wyjątków od powyższych reguł.

Ograniczenia i wyjątki

Jako osoba, która ma elementy unikającego stylu przywiązania, doświadczam konfliktu między tymi podejściami. W takich wypadkach, zamiast silnego zaangażowania w relacje, idę w stronę odpuszczenia i zarzucenia relacji. Ciężko jest mi jednoznacznie określić, kiedy który z tych elementów bierze górę.

Elementem, który może mieć wpływ, jest kwestia tego, czy w relacji znajduje się wspólna płaszczyzna bólu, trudu, cierpienia. Jeżeli jest ona obecna, wówczas wykazuję większe zaangażowanie w relacje i jest szansa, że w nie „wrosnę”. Kiedy takiego elementu nie ma, aspekty unikające sprawiają, że odpuszczam i się nie angażuję – wtedy powyższe rozważania nie mają zastosowania.

Jeżeli jednak już wejdę w relację, ma to kilka znaczących konsekwencji.

Jak to się objawia w relacjach?

Moje zaangażowanie w relacje jest dalece niewrażliwe na konflikt. Kłótnia, różnica zdań – wszystko to nie wpływa na moje długoterminowe zaangażowanie. Pozostaję w relacji. Po czasie konfliktu wracam, starając się przywrócić sytuację do jej poprzedniego stanu. Druga strona nie zawsze jest zainteresowana, ale jeśli jest, możemy kontynuować znajomość.

Bywa, że konflikt jest dla mnie pożywką i motywacją, by pozostawać w relacji.

Dłuższe przerwy w relacjach nie stanowią dla mnie problemu. Relację uważam za coś długoterminowego, coś, co ma trwać wiele lat. Kilka miesięcy przerwy w kontaktach w takiej perspektywie nie stanowi szczególnego kłopotu. Mogę wrócić do stanu relacji, jaki był w momencie zaniku kontaktów. Nie czuję potrzeby zgłębiania przyczyny pauzy. Mogę pozostawić sprawę bez wyjaśnienia – co może być zaletą, jak i wadą. Tu ujawniają się elementy stylu unikającego.

Nie mam kłopotu z tym, że ludzie wokół mnie mają wady. Przeciwnie – wiedza o czyichś wadach sprawia, że myślę o nich cieplej, szczególnie gdy u siebie dostrzegam podobne. Praktykuję bliskość przez niedoskonałość. Chętnie dowiaduję się o niedoskonałościach innych, nie po to, by je wykorzystać przeciwko nim, lecz po to, by ich za nie bardziej polubić.

Sam bardzo niechętnie ujawniam swoje wady; staram się je ukrywać i kreować fasadę doskonałości. Choć to próżny trud, inne cechy mojego funkcjonowania nie pozwalają mi na otwartość.

Zakończenie

Moje relacje nie są na chwilę. Jeśli w coś wchodzę, to chcę wejść w to na długi czas. Jestem gotów pracować nad relacją. Jestem gotów wybaczać.

Wady, cierpienie i trudności są dla mnie powodem do trwania w relacji, a nie do jej przerywania. To dobra cecha, ale czy można się w niej posunąć za daleko?
O tym już za tydzień.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kontrola

Kiedy wiemy wszystko o wszystkich, wydaje nam się, że jesteśmy najbezpieczniejsi. Możemy przewidywać ich ruchy i zachowania, być zawsze gotowi, by uniknąć zagrożenia lub wykorzystać okazję. Jeśliby się dało być czujnym, moglibyśmy uwolnić się od strachu.

Komu jednak starczyłoby energii?

Zawsze rozglądam się czujnie, przyglądam intensywnie i wsłuchuję w ton głosu. Wszyscy ludzie, którzy są mi choć odrobinę bliscy, są pod stałą obserwacją. Rzadko daję po sobie znać, że coś zauważyłem, ale widzę wszystko. Mój umysł działa jak monitoring osiedlowy – wiele widzi, słyszy, analizuje, ale rzadko naprawdę chroni.

Kto jest w stanie nie przeoczyć niczego?

Przykład

Ta cecha szczególnie wyraźnie manifestuje się w przypadkach relacji damsko-męskich. Moje podejście można by nazwać fiksacją na nastroju drugiej osoby – dziewczyny, która mi się podoba.

Obserwuję ją uważnie. Zwracam uwagę na mimikę, gesty, ton głosu. Na to, czy odpowiedziała na moje „cześć” i czy jej głos brzmiał entuzjastycznie, czy obojętnie.
Czy się uśmiecha? Jeśli tak – i ja mam ochotę się uśmiechać, a mój nastrój leci w górę jak rakieta. Spojrzała na mnie bez uśmiechu i odeszła? Ogarnia mnie czarna rozpacz. Wiem, że świat się kończy, bo ona jest na mnie zła.

Każdy jej gest odczytuję jako sygnał alarmowy w moim systemie monitoringu. Przekazuję sterowanie swoimi emocjami w ręce drugiej osoby, która nie ma nawet pojęcia, że czymś steruje.

To przepis na katastrofę – oddaję kontrolę nad sobą w obce ręce.

Więcej przykładów

Podobne mechanizmy występują w innych przypadkach.

Kiedy ktoś mnie zainteresuje, potrafię spędzić długie godziny na przekopywaniu się przez posty na Facebooku. Sięgam głęboko, jak tylko się da, i staram się wyczytać możliwie dużo informacji – chociażby, czy dziewczę ma chłopaka.

Kiedy wydaje mi się, że coś dostrzegłem u drugiej osoby, zdarza mi się przekroczyć granicę i wtrącić w nie swoje sprawy, poruszając temat, który nie był dla mnie przeznaczony. Pół biedy, jeśli mam rację, ale pomyłki mogą prowadzić do niezręcznych, a nawet konfliktowych sytuacji.

Drastycznie reaguję na zmiany w humorze czy samopoczuciu osób mi bliskich. Jeśli słyszę w głosie mamy zmęczenie czy słabości, reaguję na to, zmieniając swój własny nastrój. Pojawia się wtedy we mnie mieszanina słabości i rozdrażnienia. To kolejny przykład zewnątrzsterowności w praktyce.

Wszystkie te przypadki łączy lęk i potrzeba kontroli.

Dlaczego tak się dzieje?

Skąd się to bierze?

To efekt uboczny lękowego stylu przywiązania.
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo.
W ten sposób możemy uniknąć starcia z osobą zagniewaną, dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Utrzymując czujność i skanując otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń, tworzymy poczucie, że przeciwdziałamy niebezpieczeństwu. Kłopot w tym, że jesteśmy tak wyczuleni, iż zaczynamy dostrzegać zagrożenie wszędzie – nasz system monitoringu staje się przeczulony.
Związujemy poczucie bezpieczeństwa z naszą oceną stanu świata.

Ten mechanizm z dzieciństwa przeradza się w obsesję kontrolowania i unikania rzeczywistych i urojonych zagrożeń, jakie niosą ze sobą ludzie wokół. W jego trybach wszystko może być zinterpretowane jako oznaka niebezpieczeństwa. Każdy może stać się napastnikiem.

Zamiast spodziewanego ukojenia lęku otrzymujemy jego zwiększoną dawkę, która systematycznie skłania nas do odsuwania się od ludzi.

Ograniczenia i wyjątki

Moja czujność jest zarezerwowana dla ludzi mi bliskich – i im ktoś jest bliżej, tym czujniejszą zwracam na niego uwagę. Drugą stroną tej sytuacji jest fakt, że obce mi osoby w dużej mierze ignoruję i nie przywiązuję do nich wagi.

To dość nieintuicyjne podejście, bo przecież ze strony kogoś obcego i niesprawdzonego można by się spodziewać większego zagrożenia niż od bliskiego. Jednak mój umysł spogląda na to inaczej: prawdziwego zagrożenia upatruję w bliskich. Obcy są mi obojętni – a to dlatego, że bliska osoba ma większą moc, by mnie zranić.

Jak to się objawia w relacjach

Są tu dwa ważne aspekty, już opisałem.

Pierwszy to przekraczanie granic i inwazyjne zachowanie.
Choć zazwyczaj jestem skryty i wycofany, bywają sytuacje, w których wyskakuję z śmiałymi tezami, starając się przyciągnąć czyjąś uwagę. Wyciągam wtedy na wierzch potencjalnie negatywne stany, które – jak mi się wydaje – zauważyłem.

Zwykle koncentruję się na negatywnych aspektach, bo tak to u mnie funkcjonuje: postrzegam cierpienie jako pretekst do bliskości – może nawet jako jedyny. Dlatego obsesyjnie potrafię przyczepić się jakiegoś negatywnego stanu, który wykryłem u drugiej osoby.
Nawet jeśli ona nie chce o tym rozmawiać, potrafię trzymać się uparcie, wspominać mimochodem. Staję się namolny i denerwujący.

Każdy człowiek ma potrzebę posiadania strefy prywatności i chronienia jej. Ja, kiedy złapię trop, nie zwracam uwagi na tę granicę, depczę ją – i w efekcie zrażam do siebie ludzi.

Drugi to zewnątrzsterowność.
W relacjach poddaję się zazwyczaj nastrojom i emocjom drugiej strony, dostosowuję się jak kameleon i pozwalam, by mnie prowadzono. To z jednej strony coś, co można nazwać empatią, czasem pomocna, jednak kiedy staje się normą, czyni ze mnie osobę pozbawioną właściwości.

Metaforycznie: jestem lustrem dla drugiego. W lustrze warto się czasem przejrzeć, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie chce w nie bezustannie wpatrywać.

Skoro jestem smutny, kiedy ktoś jest smutny, a radosny, kiedy ktoś jest radosny – to sam nie wnoszę tych stanów. Nie zarażam ludzi swoim nastrojem, nie zachęcam do refleksji, gdy jestem zamyślony.
Z perspektywy relacji to ogranicza moją wartość dla drugiej strony.

Oba te mechanizmy mają mnie chronić przed zagrożeniem, ale zamiast tego stają się źródłem napięcia.

Zakończenie

Nie lubimy być obserwowani, mieć poczucia, że każde nasze potknięcie zostanie zauważone i odnotowane. Życie pod okiem wścibskiego sąsiada to niewielka przyjemność.

Nieustępliwa czujność czasami nas ochroni ale w większości przypadków będzie tylko balastem dla nas i dla naszego otoczenia.

Czy potraficie przymknąć oko i pozwolić sobie nie zauważać?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.