O podejmowaniu decyzji

Codziennie podejmujemy wiele decyzji, często automatycznie, na podstawie nawyków, emocji lub preferencji. Proces decyzyjny jest złożony, obejmujący identyfikację opcji, zbieranie informacji i porównanie ich. Kluczowe są hierarchia wartości oraz świadomość, które wpływają na jakość podejmowanych decyzji. Ważne jest ich świadome ujednolicenie dla lepszych wyników.

Każdego dnia podejmujemy setki decyzji, są to głównie drobnostki: czy najpierw założyć lewy, czy prawy but? Czy zjeść na śniadanie płatki, czy kanapkę? Czy posłodzić herbatę, czy nie? Niewielki ułamek wymaga zaangażowani świadomości. Większość jest rozstrzygana przez nawyk, podświadome pragnienia, chwilowe emocje. Dysproporcja jest na tyle duża, że można zapytać przewrotnie: czy to ja podejmuje decyzję, czy decyzję podejmują mnie?
Tu może zaprotestujecie i powiecie, że ilość to jedno, ale ważniejsza jest jakość. Czyli decyzje, które są naprawdę istotne, podejmujemy świadomie. W teorii się zgadzam. W praktyce postrzegam to jako bardziej skomplikowane. Wiele decyzji ważnych podejmujemy poza zasięgiem świadomości. Nawet jeśli o niektórych z nich myślimy, to nie oznacza, że podejmujemy je świadomie.

Czym w ogóle jest decyzja? Jest wyborem jednej z wielu dostępnych opcji działania (brak działania jest działaniem). Opierając się na tej definicji, rozpiszę etapy procesu podejmowania decyzji:
1. Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie,
2. Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna,
3. Zebranie dostępnych informacji (faktów) o sytuacji,
4. Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia),
5. Zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji,
6. Porównanie opcji na podstawie ich za i przeciw,
7. Wybór najkorzystniejszej opcji,
8. Działanie.
To długa lista, skomplikowany proces. Jeśli mielibyśmy realizować go w pełni, za każdym razem, gdy decydujemy czy założyć najpierw lewy, czy prawy but, dotknąłby nas paraliż decyzyjny, nie moglibyśmy funkcjonować. Jednak decyzja o założeniu tego czy owego buta musi jakoś zapaść! To sugeruje, że istnieją mechanizmy kompresujące proces podejmowania decyzji. Spróbuje zaproponować kilka.

Rutynowe podejmowanie decyzji
Rano wychodzę z domu na tramwaj. Mam dwie drogi na przystanek, o bardzo zbliżonej długości. (1) Muszę podjąć decyzję, którą drogą iść. (4) Przez ostatni rok chodziłem jedną z tych dróg. (7) Wybieram tę samą drogę. (8) Idę wybraną drogą na tramwaj.
Rutynowe podejmowanie decyzji jest powszechne w naszym funkcjonowaniu i przypuszczam, że każdy, po chwili zastanowienia, wskazałby przykłady rutyn w swoim życiu. Którą ręką szczotkuje zęby? Chodzę lewą czy prawą stroną chodnika? W jaki dzień podlewam kwiatki? Który but zakładam najpierw?
Niektórych rutyn w naszym życiu jesteśmy świadomi, innych nie. Niektóre są dla nas korzystne, inne obojętne, a jeszcze inne szkodliwe.
Co do zasady, jeżeli jesteśmy świadomi rutyny, możemy ją zmienić, inwestując czas i wysiłek na wypraktykowanie nowej.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktur (2), (3), (5) i (6). Opieramy się tylko na przeszłym doświadczeniu, schemat rozumowania:
W podobnych sytuacjach podejmowałem dotąd decyzję X, więc i tym razem decyduję X.
Kiedy rutynowe decyzje zawodzą? Kiedy coś znacząco zmieniło się w stanie rzeczywistości. Przykładowo, wyobraźmy sobie, że zawsze wyjmujemy kubek z szafki prawą ręką. Co się stanie, jeśli doznamy kontuzji prawej ręki, tak, że każde jej uniesienie, wywoła przykre odczucie bólu? Gdy rutynowo spróbujemy sięgnąć po kubek, sykniemy z bólu i zmienimy decyzję, sięgając po kubek lewą ręką.
Kto przechodził przez podobną sytuację, wie, jak długo rutyna potrafi się utrzymywać, nawet gdy mamy tak silne warunkowanie negatywne.

Emocjonalne podejmowanie decyzji
Szef miał do mnie pretensje o niedostarczenie raportu na czas. (1) Jestem zestresowany z tego powodu. (2) Mogę zjeść coś słodkiego albo wypić piwo. (7) Mam piwo w lodówce. (8) Wypijam piwo.
(1) Kolega nazwał mnie głupkiem. Czuję złość. (2) Mogę to zignorować lub nazwać go ch**em. (7) Czuję złość. (8) Nazywam kolegę ch**em.
Emocjonalne podejmowanie decyzji jest, przypuszczam, najczęstszym ze skrótów. Przykłady powyżej mają negatywne konotacje, ale sam mechanizm negatywny nie jest. W wielu przypadkach jest wyśmienitym sposobem na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu.
Często źródło decyzji jest nieuświadomione w momencie jej podejmowania. Po czasie możemy być w stanie dostrzec emocjonalny charakter naszej decyzji.
Ten proces można zmienić na dwa sposoby: po pierwsze, zmieniając swoje reakcje emocjonalne, po drugie, przez trenowanie tworzenia przestrzeni na refleksję między emocją a decyzją, odraczanie działania.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3), (4), (5) i (6). Przy czym punkt (2) jest zwykle zawężony – emocja powoduje tunelowe widzenie. Opieramy się na odczuwanej emocji i znanych sposobach jej rozwiązania:
Odczuwam emocję X, emocję X mogę rozładować w sposób Y albo Z, Y jest łatwo dostępny, robię Y.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy natężenie emocji jest nieadekwatne do sytuacji, jest zbyt silna, lub zbyt słaba ze względu na okoliczności. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

Mechaniczne podejmowanie decyzji
(1) Jestem zestresowany po tygodniu pracy. (8) Wypijam czteropak piwa.
(1) Ktoś zwrócił na mnie uwagę podczas obiadu, złamał niewidzialność. (8) Chowam się za ekranem telefonu.
(1) Słyszę głośny huk podobny do huku wystrzału. (8) Rzucam się na ziemię.
Przez mechaniczne podejmowanie decyzji, rozumiem decyzje płynące z psychicznych mechanizmów. Mogą to być mechanizmy obronne, mechanizmy uzależnienia i inne. O ile mechanizm chroni przed prawdziwym niebezpieczeństwem, może być wartościowy. Zazwyczaj tak podejmowane decyzją są jednak niekorzystne.
Mechanizmy działają z podświadomości, można jednak uświadomić sobie ich istnienie, co stanowi podstawę do ich zmiany, jeśli jest konieczna.
Są dwa sposoby, by radzić sobie z mechanizmami: pierwszy, to unikanie wyzwalaczy mechanizmu. Drugi, praca nad dezaktywacją, albo likwidacją, mechanizmu.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (2), (3), (4), (5), (6) i (7). Opieramy się na odebraniu informacji o wyzwalaczu i natychmiastowym przejściu do reakcji Y:
Obserwuje wyzwalacz X, robię Y.
Kiedy mechaniczne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy prawdziwe źródło zagrożenia już nie istnieje, na przykład, gdy żołnierz wrócił z wojny, jednak nadal reaguje gwałtownie na głośny huk. Także, jeśli zagrożenie nigdy nie istniało lub kiedy reakcja była od początku błędna, tutaj przykładem są mechanizmy uzależnienia prowadzące do zażywania substancji.

Preferencyjne podejmowanie decyzji
(1) Zatrudniam pracownika. (2) Mam do wyboru dwóch kandydatów. (3) Poznaje ich CV. Przeprowadzam rozmowy. (4) Porównuje wyniki z kandydatami i pracownikami z przeszłości. (5) Kandydaci mają bardzo zbliżone kwalifikacje. Rozmowy przebiegły podobnie. Jeden z kandydatów to mężczyzna, druga to kobieta. (6) Większość wyników jest zbliżona. Mężczyzn cenie wyżej niż kobiety. (7) Wybieram mężczyznę. (8) Zatrudniam mężczyznę.
Preferencyjne podejmowanie decyzji, może rywalizować z emocjonalnym pod względem częstości występowania. Polega ono na podejmowaniu decyzji na podstawie czy pod wpływem nieuświadomionych preferencji, korzystając z wcześniej zakorzenionych przekonań. Jest to skuteczny sposób na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu, jest konieczny do naszego funkcjonowania, ale ma ogromny potencjał, by skłaniać nas do podejmowania błędnych i krzywdzących decyzji.
Preferencje są zazwyczaj nieuświadomione, choć bywa inaczej. Nawet w przypadku nieuświadomionych preferencji, można wykonać pracę, by je odkryć i zmienić.
Dwa sposoby, by radzić sobie z tym trybem podejmowania decyzji: jeden, to gdy podejrzewamy, że możemy mieć ukryte preferencje, zasięgnięcie drugiej opinii może być pomocne. Drugi to, odkrywanie swoich ukrytych uprzedzeń i preferencji i zmienianie ich, lub branie na nie poprawki przy podejmowaniu decyzji.
W ogólnym schemacie preferencyjne podejmowanie decyzji nie pomija żadnych punktów, ale trywializuje i zaburza punkty (5) i (6), ograniczając opcje do tych preferowanych. Zbieramy informacje o decyzji i dostępnych opcjach, przy ich analizie odwołujemy się do naszych preferencji, zamiast do obiektywnych kryteriów i podejmujemy decyzję na ich podstawie:
Mam do wyboru ścieżkę X lub Y, poznaje argumenty za X, poznaje argumenty za Y, przywołuje moją preferencję dla X, nie ważę argumentów, wybieram X.
Kiedy preferencyjne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy nasze preferencje są oparte na błędnych przesłankach, wierzymy w coś, co nie jest prawdą, przykładowo, gdy ktoś wierzy, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn. Kiedy opieramy się na preferencjach w sytuacjach, gdy mamy do dyspozycji obiektywne argumenty i czas by je przeanalizować. Przykładowo, kiedy mamy do czynienia z byłym przestępcą, o którym wiemy, że zmienił swoje życie, jednak unikamy go, bo mamy przekonanie, że przestępcy są niebezpieczni.

Decyzje inspirowane hierarchią wartości
We wszystkich czterech opisanych wyżej sposobach podejmowania decyzji, jakiemuś zaburzeniu lub eliminacji ulegają punkty (5) i (6). Co więc z decyzjami, w których punkty (5) i (6) działają poprawnie? Takie decyzje określam mianem „decyzji inspirowanych hierarchią wartości”.
Proces podejmowania decyzji nie musi być świadomy. Sama hierarchia wartości nie musi być uświadomiona. Jeśli jednak dokonujemy rzetelnego zebrania za i przeciw wszystkich opcji i porównujemy je, zgodnie z tym, co uważamy za dobre lub złe, to nasz wybór wypływa z naszego rozumienia wartości i ich hierarchii.
Dla jakości podejmowanych w tym trybie decyzji kluczowe jest, by nasza hierarchia wartości była zdrowa. Mówiliśmy o niej nieco w poprzednim artykule. Błędy w hierarchii wartości przekładają się na błędy w decyzjach.
Jak hierarchia wartości wpływa na (5) punkt mojego schematu? Instruuje nas, co to znaczy „za”, a co to znaczy „przeciw”. Czyli jaki rezultat naszych działań jest pożądany, a jaki nie.
Przykład
Hierarchia wartości: przyjaźń, ekologia, pieniądze
Decyzja: wybór środka transportu na spotkanie
Opcje: tramwaj, samochód
Fakty: określony czas spotkania, rozkład jazdy tramwajów, pogoda, miejsce spotkania
Sytuacje z przeszłości: korki, spóźnione tramwaje, etc.
Argumenty: Tramwaj emituje mało CO2 (za: ekologia). Tramwaj jest tani (za: pieniądze). Samochód emituje spaliny (przecie: ekologia). Benzyna jest droga (przeciw: ekologia). Samochód jest najszybszy (za: przyjaźń – chcę być na czas).

Jak wpływa na punkt (6)? Pozwala nam przypisać wagę do poszczególnych za i przeciw co w efekcie umożliwia nam porównanie dwóch opcji. Im coś jest wyżej w hierarchii wartości, tym wyższą ma wagę.
Przykład
Porównanie:
Za samochodem przemawia najwyżej lokująca się w hierarchii wartości przyjaźń, to daje tej opcji wysoką wagę. Jednak dwa pozostałe aspekty przemawiają, za tramwajem. Powiedzmy, że przyjaźń ma wagę 4, ekologia 3, a pieniądze 2. Za tramwajem przemawia sumaryczna waga 5, za samochodem 4.
Wybór: tramwaj.

Mam nadzieje, że to uzmysławia, jak ważna jest hierarchia wartości dla procesu podejmowania decyzji.
Jedna dodatkowa sprawa, którą chciałbym tu poruszyć, to pytanie:
czy świadom i podświadoma hierarchia wartości muszą być takie same?
Intuicyjnie wydaje mi się, że odpowiedź, brzmi: nie. To jest niepokojąca myśl, bo sugeruje, że nawet jeśli rozumiemy nasze wartości, wiemy, co się dla nas liczy, nasza podświadomość może mieć inną opinię, a większość decyzji podejmowana jest w różnych podświadomych trybach! Nie ma jednak powodu, by załamywać ręce. To tylko powinno zachęcić nas do pracy nad ujednoliceniem świadomych i podświadomych wartości. Czy to poprzez umacnianie świadomej hierarchii wartości, czy poprzez zgłębianie i podważanie założeń podświadomej. Spójność tych dwóch bytów jest gwarancją dobrych decyzji.

Trzy filary podejmowania decyzji
Na koniec chciałem zasygnalizować trzy koncepcje, które stanowią o naszej zdolności do podejmowania decyzji. W kolejnych artykułach poświęcę każdej z nich z osobna więcej miejsca:
Logikę, czyli sztukę odróżniania prawdy od fałszu. Pracuje we wszystkich punktach.
Etykę, czyli sztukę odróżniania dobra od zła. Pracującą głównie w punkcie (5).
Fizykę, czyli sztukę odróżniania rzeczywistego od nierzeczywistego i zależnego od niezależnego. Pracującą głównie w punktach (1) do (4).
W praktyce wszystkie trzy dziedziny przeplatają się w nietrywialny sposób. Tym tematem zajmiemy się jednak później.


Przykład: wyjazd na firmową wigilię
Zakończymy dzisiejsze rozważania przykładem praktycznym z mojej niedalekiej przeszłości:
(1) Zakład pracy organizuje spotkanie wigilijne.

(2) Dwie opcje: idę lub nie idę na spotkanie.

(3) Fakty o sytuacji:
Spotkanie jest wyjazdowe (poza miastem) z opcjonalnym noclegiem.
Na spotkaniu będzie dostępny darmowy alkohol.
W spotkaniu weźmie udział większość moich przyjaciół z pracy.
Na spotkaniu będzie muzyka i tańce.
Na spotkaniu będzie darmowe, zapewne smaczne, jedzenie.
Jestem uzależniony od alkoholu.
Przebywanie w towarzystwie pijących jest wyzwalaczem głodu.

(4) W ciągu ostatnich dwóch lat, nie brałem udziału w żadnym tego typu spotkaniu. Zwykle odczuwałem niepokój i żal, że coś tracę na kilka dni przed wydarzeniem i w dniu wydarzenia. Uczucia te znikały zazwyczaj już dzień po. W ostatnich miesiącach poczucie straty zmniejszyło się, lżej znoszę świadomość, że coś mnie omija.
Sięgając wstecz dalej, na tego typu imprezach z darmowym alkoholem, piłbym do całkowitego upojenia w niekontrolowany sposób. Następnego dnia leczyłbym kaca klinem. Miałbym poczucie, że bawiłem się dobrze, ale nie pamiętałbym 80% imprezy. Wchodziłbym w relacje z ludźmi przez godzinę lub dwie, później wszystko się rozmywało, nie było już przestrzeni na kontakt.

(5) Przed tym punktem warto byście rzucili okiem na moją hierarchię wartości. (LINK)
Dla uproszczenia spojrzę tylko na opcję 2 „nie jechać”, to są wzajemnie wykluczające się alternatywy, także jest w zagadnieniu symetria pozwalająca mi na takie uproszczenie.
Opcja 2: Nie jechać
Za:
Unikam wyzwalacza (trzeźwość),
Utrzymuje swój stały cykl snu, jestem wypoczęty (trzeźwość),
Nie muszę oglądać pijanych przyjaciół (relacje partnerskie),
Mam czas na lekturę lub pracę nad sobą (rozwój osobisty),
Unikam podejrzeń, że akceptuje fundowanie alkoholu przez firmę (rozwój osobisty).
Przeciw:
Tracę okazję do pogłębienia przyjaźni (relacje partnerskie),
Tracę okazję do zabawy i tańca (rozwój osobisty),
Mogę zostać odebrany jako nietowarzyski przez współpracowników (praca),
Tracę okazję na zobaczenie nowego miejsca,
Omija mnie darmowe jedzenie.

(6) Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to kilka punktów związanych z trzeźwością przemawiających za tym, by nie jechać. Trzeźwość to numer jeden w mojej hierarchii wartości.
Druga rzecz to uniknięcie kontaktu z pijanymi przyjaciółmi. Zazwyczaj jest nieprzyjemny oglądać osobę, którą się zna i lubi, gdy jest oszołomiona alkoholem. To pozwala mi zachować o niej lepsze zdanie i wiążę się z dobrymi relacjami.
Dalej mamy argumenty z rozwoju osobistego: nie jadąc, zostawiam sobie czas na rozwój i unikam angażowania się w sytuację, której moralnie nie akceptuje, czyli fundowania alkoholu pracownikom przez pracodawcę.
Za tym, by jechać, także znalazło się kilka argumentów. Pierwszy dotyczy relacji: miałbym sposobność, by pogłębić relacje z moimi przyjaciółmi, czy to z tymi, którzy nie piją, czy też z pijącymi, nim oszołomiliby się alkoholem.
Taki wyjazd jest okazją do zabawy. Uwielbiam taniec (dla jasności: tańczyć nie potrafię, ale bardzo lubię), zabawę i żarty – one mnie rozwijają, są sposobem wychodzenia ze strefy komfortu.
Tego typu wyjazdy służą budowaniu zażyłości biznesowej. Może być, że część osób zinterpretuje moją nieobecność jako afront i trudniej będzie mi z nimi współpracować. Części osób nie poznam, w związku z czym nie będę miał okazji podjąć z nimi współpracy. Kategoria pracy jest ostatnią w mojej hierarchii.
Na koniec mamy nieprzyporządkowane do żadnej kategorii: zobaczenie nowego miejsca i darmowe jedzenie. To są sprawy nieistotne, mogłyby rozstrzygnąć remis, ale w pierwszej ocenie nie ważą.
W obu opcjach są korzyści dla relacji i rozwoju osobistego. Dla uproszczenia przyjmę, że te się wzajemnie znoszą. Pozostaniemy z argumentami dotyczącymi trzeźwości w opcji, by nie jechać i argumentem dotyczącym pracy w opcji, by jechać. Trzeźwość stoi wyżej niż praca w mojej hierarchii wartości.

(7) Wybieraj opcję, by nie jechać. (8) Odrzucam zaproszenie i organizuje sobie ten czas w normalny sposób.

O uzależnieniu od alkoholu – historia prawdziwa

Tekst opisuje doświadczenia osoby uzależnionej od alkoholu, przedstawiając mechanizmy uzależnienia, jak personifikacja alkoholu, iluzje i zaprzeczenia oraz rozdzielenie osobowości. Autor dzieli się refleksjami na temat emocjonalnych i fizycznych konsekwencji picia, a także strategii utrzymania trzeźwości w codziennym życiu.

„Kolejna noc się kończy nam
Rozkoszy i koszmarów
I każdy z nas zostanie sam
Gdy zatrzasną już ołtarz baru.”

Jacek Kaczmarski, „Przy ołtarzu baru”

Mechanizm nałogowego regulowania emocji – czyli jak zakochałem się w alkoholu
Posłuchajcie historii mojej największej miłości. Poznałem ją w liceum. Byłem zagubionym młodzieńcem, z trudem radzącym sobie z dojrzewaniem, odpowiedzialnością i relacjami. Te ostatnie były najtrudniejsze. Nikt mnie nie rozumiał! Byłem zbyt odmienny i nazbyt lepszy od reszty ludzi, by mogli mi dać ten rodzaj bliskości, którego potrzebowałem.
Romans zaczął się na dobre na półmetku liceum. Tak mi zawróciła w głowie, że rzygałem pod płotem zgięty w pół, ale wcześniej przytuliła mnie i ukoiła jak nikt wcześniej. Sprawiła, że byłem szczęśliwy, że przestałem się bać, że mogłem należeć. Moja luba – substancja o niepozornym wzorze chemicznym C2H5OH – tani rozpuszczalnik, paliwo do niektórych rodzajów silników, płyn do dezynfekcji powierzchni płaskich i rakotwórcza, uzależniająca neurotoksyna. Czy można sobie wymarzyć wspanialszą ukochaną?
Nie minęło wiele czasu, a we wszystkich emocjonalnych potrzebach polegałem tylko na niej. Po liceum, już na studiach, coraz częściej uśmierzałem nią swój strach i swoją samotność. Systematycznie stawała się niezastąpiona w moim życiu. Innych odsuwała na bok, już nie chciała się mną dzielić. Najbardziej lubiła i najwięcej mi dawała, gdy byliśmy tylko we dwoje.
Straszne były poranki gdy budziłem się roztrzęsiony, bez ukochanej przy boku. Czasem tak za nią tęskniłem, że musiałem ją ponownie spotkać i to jeszcze przed śniadaniem. Klinowałem straszne, lękowe kace. Byle przetrwać do wieczora.
Ciężko mi powiedzieć kiedy się zorientowałem, że to toksyczna miłość. Czy było to wtedy, gdy próbowała mnie zabić? Czy może wcześniej, gdy mnie jedynie okaleczała? Nie mogłem uwierzyć, że robi mi krzywdę. To ze mną musiało być coś nie tak. To ja ją źle traktowałem, używałem w niewłaściwy sposób. Moja ukochana musiała być bez winy, nieważne jakie iluzję i zaprzeczenia trzeba było stworzyć by taka pozostała.

Pierwszy z mechanizmów uzależnienia, mechanizm nałogowego regulowania emocji, określany jest niekiedy jako zakochanie się w alkoholu. Następuje personifikacja substancji i pojawiają się ukierunkowane na nią emocje. Zaczynamy traktować używkę jak bliską osobę, która nas wspiera, pociesza i kocha. Zaczynamy zdrabniać: piwko, winko, wódeczka.  Umiejscawiamy alkohol jako główne (jedyne) źródło regulacji emocji. Trudne emocje są uśmierzanie przy pomocy dawki, częściej wielu dawek, etanolu. To źródło szybkiej, łatwo dostępnej ulgi, nie wymagającej żadnego wysiłku z naszej strony. Zdrowe sposoby regulowania emocji: rozmowa z drugim człowiekiem, wysiłek fizyczny, medytacja i kontemplacja, zostają zmarginalizowane jako zbyt trudne i powolne. Ich podstawowa zaleta, czyli długofalowa skuteczność, jest umniejszana, a podstawowa wada etanolu, czyli długofalowa emocjonalna toksyczność, jest całkowicie ignorowana. Przede wszystkim jednak zapominamy, że mamy do czynienia z prostą molekułą, całkowicie nieczułą na nasze emocjonalne zaloty.
Inne relacje systematycznie schodzą na dalszy plan. Pojawia się poczucie, że nikt, poza używką, nas nie rozumie. To toksyczny związek, który generuje wewnętrzne i zewnętrzne komunikaty, że coś jest nie tak z naszym nastawienie do alkoholu. Nie możemy tego zaakceptować, musimy bronić czci naszej ukochanej, wytwarza się mechanizm iluzji i zaprzeczeń.

Mechanizm iluzji i zaprzeczeń – czyli jak stałem się mistrzem kłamstwa
Jakie to szczęście, że oni piją więcej! Byli pijani w sztok, a ja nawet nie byłem zrobiony. Jeśli ktoś tu ma problem to oni, a nie ja!
Przyszedł taki moment w moim piciu, gdy ludzie potrzebni byli do dwóch rzeczy: żebym mógł sobie mówić, że nie pije sam tylko w towarzystwie i jako punkt odniesienia, bym dowodził sobie, że nie piję tak dużo. Co z tego, że już od studiów, około 80% alkoholu wypijałem w samotności. Przecież od czasu do czasu wychodziłem z ludźmi „na miasto”, czyli piłem towarzysko. Co z tego, że wypijałem mniej od znajomych raz na 10 spotkań, na pozostałych się upadlając – to jedno było istotne, dowodziło, że oni piją więcej.
Zarzygałem pościeli w wynajętym domku, to bardzo kiepski numer! Oj tam. Zapłaciłem za szkodę, więc nie ma problemu.
Zlałem się w spodnie przez sen, to gruba akcja! Może nikt pewnie nie zauważył, w końcu wyschłych, wyprałem, nie ma tematu.
Wyszedłem z firmowej imprezy w hotelu i padłem nieprzytomny w krzaki metr od brzegu Odry, to już przesada! Nonsens, przeleżałem spokojnie do rana. Tylko się trochę podrapałem. Dwa dni później, to nawet już nawet kaca nie miałem.
Wyjebałem się po pępkowym bez przytomności na krawężnik przy przystanku, to mogło się skończyć tragicznie! Nic się nie stało, zima była lekka, nawet przymrozku nie było. Kurtkę wyprałem i po krzyku.
Rzygałem przez sen leżąc na wznak, ocknąłem się w ostatniej chwili i obróciłem na bok, mogłem się udusić własnymi wymiocinami! Ale się nie udusiłem. Nie było tak groźnie. Parę dni później to nawet łóżko ogarnąłem i już nie śmierdziało.
Zgubiłem okulary (po 20 latach noszenia) podczas szaleństw w nocnym klubie, to strata kilkuset złotych! Na biednego nie trafiło, także luz. Zresztą, mam zapasowe.
Zapomniałem 6 godzin firmowej imprezy, mimo że chodziłem, tańczyłem, rozmawiałem z ludźmi, to mega niebezpieczne, mogłem w tym czasie zrobić cokolwiek! A tam, zawsze miałem słabą pamięć. Komu się nie zdarzy to czy owo zapomnieć?
Przecież mam pracę i to dobrze płatną, więc o co chodzi? Za swoje pije, od nikogo nie pożyczam. Należy mi się po ciężkim dniu w robocie! Ja jestem koneserem kraftów, piję dla smaku. Alkohol dodaje mi pewności siebie. Po paru głębszych lepiej tańczę. W życiu nie zagadam do laski na trzeźwo. I tak dalej.
Wszystkie t sytuacje są wzięte z życia. W każde z tych kłamstw i iluzji święcie wierzyłem. Najstarsza z nich miała miejsce jak miałem około 25 lat, najmłodsze dwa i pół roku temu. Przez kolejne 13 lat, skutecznie się okłamywałem. Rozjazd między kłamstwem a rzeczywistością stał się tak wielki, że aż musiałem się rozdwoić.

Drugi z mechanizmów, mechanizm iluzji i zaprzeczeń, odpowiada za ochroną nałogu. Jego zadaniem jest stworzenie iluzji, że substancja nie wyrządza nam szkód, a jest nam niezbędna do funkcjonowania. Chroni on obiekt naszej miłości przed atakami z zewnątrz. Jest podobny do zaślepienia ukochaną osobą, gdy nie dostrzegamy jej wad, przerysowujemy zalety, nie przyjmujemy żadnych negatywnych informacji na jej temat. W uzależnieniu ta iluzja jest niezwykle trudna do rozproszenia. Warto zwrócić uwagę, że ten mechanizm działa przede wszystkim na wewnętrzny użytek, to siebie musi w pierwszej kolejności okłamać. Prowadzi to w konsekwencji do okłamywania innych, ale to jest efekt uboczny. Kluczowym jest bym ja, alkoholik, mógł uzasadnić dlaczego nie przestaje pić.
Mechanizm może przybrać wiele form, tutaj wypiszę je tylko hasłowo, więcej szczegółów znajdziecie w [1]: zaprzeczenie, minimalizowanie, obwinianie (innych), racjonalizowanie, intelektualizowanie, odwracanie uwagi, fantazjowanie, koloryzowanie wspomnień, marzeniowe planowanie, zaśmiewanie.
Dysonans poznawczy między iluzją a rzeczywistością z czasem staje się tak trudny do opanowania, że następuje rozdwojenie czy rozproszenie osobowości osoby uzależnionej.

Mechanizm rozdwojonego ja – czyli jak zrobiło się nas dwóch
Jednym z najstraszniejszych doświadczeń alkoholowych jest palimpsest [2], oto jeden z moich.
Byłem na imprezie firmowej w klubie niedaleko wrocławskiego Rynku. Mieliśmy wynajęty cały lokal z open barem. Zacząłem szybko jako jeden z pierwszych. Około 10tej wieczorem byłem już po paru piwach. Moja odporność na alkohol była wtedy tak wysoka, że ta ilość nie powodowała nawet zająknięcia. Siedziałem  na zewnątrz rozmawiając z dwiema koleżankami, można było tutaj swobodnie palić, a w środku było duszno. Wszyscy sączyliśmy alkohol. Następny moment, który pamiętam, to gdy płaczę na przystanku bo uciekł mi nocny autobus. Jest godzina piąta rano, kolejną godzinę spędzę próbując dotrzeć do domu. Do dziś nie pamiętam nic co się zdarzyło się pomiędzy. Jeśli ktoś by mi powiedział, że zamordowałem wtedy człowieka, to nie mógłbym zaprzeczyć – może zabiłem, nie pamiętam.
Takie doświadczenia przewijały się przez moje życie i są dobrze znane z doświadczeń innych uzależnionych. Fizjologicznie jest to upośledzenie mechanizmów odpowiedzialnych za przenoszenie wspomnień z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej. Dla mnie, były to momenty w których ja trzeźwy przestawałem istnieć, a stery całkowicie przejmowała moja druga osobowość, ja pijący alkohol.
Ja trzeźwy jestem pełny lęku, mam niskie poczucie wartości, jestem niepewny, uważam, że niewiele potrafię, wstydzę się tego co robiłem po pijaku, pragnę spokoju i dobrego życia. Ja pijący nie znam lęku, jestem pępkiem świata, mam pewność swoich opinii i sądów, uważam, że potrafię wszystko, nie wstydzę się niczego, pragnę ostrej jazdy i intensywnego życia. Od wielu lat jest nas dwóch.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego rozdwojenia, nim nie zacząłem terapii. Nie dostrzegałem jak drastycznie moja osobowość się zmieniała, kiedy byłem pod wpływem. Szalałem na parkietach nocnych klubów, nagabywałem dziewczęta, wdawałem się w sprzeczki z ludźmi, zasypiałem w krzakach i szczałem pod siebie. Żadnej z tych rzeczy nie robiłem kiedy byłem trzeźwy. Wtedy czytałem książki, chodziłem na spacery, gotowałem obiady, bałem się o swoje zdrowie i pracowałem. Kontrola była płynnie przekazywana między jedną osobowością a drugą. Z czasem było więcej mnie pijanego. Ta osobowość jest zaborcza, chciała dla siebie więcej czasu. Prawdziwy ja, czuł się bezsilny, pozbawiony nadziei i kontroli. Zostałem zepchnięty pod ścianę, spadłem na dno i dopiero kiedy stanęła przed wyborem: albo stawię opór i przestanę pić, albo umrę z własnej ręki, dopiero wtedy podjąłem walkę i raz jeszcze przejąłem stery.

Trzeci z mechanizmów, mechanizm rozdwojonego ja jest kontynuacją iluzji i zaprzeczeń, ich zwieńczeniem. Tworzą one swoją własną niezależną osobowość, której pragnienia i cele są diametralnie odmienna od pragnień i dążeń pierwotnego ja. Jedna osobowość budzi się pod wpływem substancji, druga gdy ciało jest trzeźwe. Jedna chce dalej zażywać, druga chce przestać. Jedna jest silna i asertywna, druga słaba i przestraszona. Te zmiany są często łatwiej zauważalne dla otoczenia, niż dla samej zainteresowanej osoby. Płynie informacja zwrotna: kiedy wypijesz, jesteś całkiem inną osobą, nie mogę cię wtedy znieść. To pogłębia dysonans poznawczy uzależnionej osoby, która sama siebie widzi jako lepszą, kiedy jest pod wpływem i nie może zrozumieć dlaczego otoczenia ma dokładnie odwrotne spostrzeżenia.

Głód alkoholowy – czyli co mnie czasem szarpie
Głód jest wrogiem każdej trzeźwiejącej osoby. Miałem sporo szczęścia w początkach swej drogi, obżerałem się. Unikałem dzięki temu ssania w żołądku, które mogło by mnie skłonić do zapełnienia go alkoholem. W pierwszych miesiącach wypełniłem pustkę po alkoholu jedzeniem.
Moje głody nie były szczególnie intensywne. Nie wariowałem, nie chodziłem po ścianach. Moje głody były subtelne, ujawniały się na poziomie emocji, były irracjonalnym rozdrażnieniem i złością, które domagały się ukojenia. Były pustką samotności, którą chciałem wypełnić. Były zmęczeniem, które łaknęło pobudzenia. Dla każdego z tych stanów kiedyś moją odpowiedzią był by alkohol. Teraz mój mózg, próbował mnie oszukać i przekonać, że powinienem znowu sięgnąć po sprawdzony środek. Często były to jedynie miraże, wytwory mojej wyobraźni, obliczone na ponowne uruchomienie mechanizmu nałogowego regulowania emocji, a z nim całej maszynerii uzależnienia.
Dzisiaj głody zdarzają mi się rzadko, są przelotną myślą gdy mijam w sklepie półkę z alkoholami; są złością, która wybuch na widok reklamy alkoholu na Facebooku. Nadal trzymam się HALTU (Hungry, Angry, Lonely, Tired; Głodny, Wkurzony, Samotny, Zmęczony), czyli programu, który wskazuje jakich stanów unikać by zminimalizować ryzyko wystąpienia głodu. Pewnie będę się go trzymał do końca życia bo, pomijając kwestie uzależnienia, jest dobrą regułą na poprawę codziennego funkcjonowania.
Jednorazowy głód ma małe prawdopodobieństwo by przerwać moją abstynencję, dopiero, kiedy rozrośnie się do długotrwałego nawrotu, staje się niebezpiecznym.

Głód alkoholowy nie musi się objawiać nieodpartą chęcią zażycia substancji. Jego objawy są często bardziej subtelne i związane są z chęcią „załatwienia” emocji przy pomocy narkotyku. Działanie narkotyku daje natychmiastową, choć krótkotrwałą, ulgę. Zdrowe sposoby wymagają czasu i prawdziwego poczucia emocji. Warto, by osoby uzależnione nie ignorowały sygnałów płynących z ciała (podenerwowanie, niemożność usiedzenia na miejscy, bezwład i obojętność), sygnałów płynących z emocji (nieumiejscowiona złość, przygniatający smutek, histeryczna radość) i innych. Koncentrowanie się jedynie na potrzebie zażycia substancji, może być poważnym błędem prowadzącym do złamania abstynencji.
Jest kilka użytecznych programów pomagających zapobiegać napadom głodu i osłabiać go gdy się pojawi, tutaj tylko hasłowo: wspomniany HALT, 24 godziny i inne. Więcej szczegółów w [1].

Nawrót – czyli dlaczego boję się nudy
Poza jedzeniem, drugą szczęśliwą okolicznością mojego trzeźwienia było wydanie gry Diablo 2 Resuercted (czyli Diablo 2 z nowoczesną grafiką). Wsiąkłem w nią niczym woda w piach. Każdy wieczór po powrocie z pracy poświęcałem na grindowanie potworów, zbieranie przedmiotów, ulepszanie postaci i generalną, bezmyślną łupankę. Nieświadomie uczyniłem sobie wielką przysługę. Wypełniłem pustkę jaką pozostawił alkohol i skutecznie zabiłem nudę. Bez kompulsywnego grania, które trwało nieco ponad pół roku, pewnie nie byłbym w stanie utrzymać trzeźwości.
Nie gram już w Diablo od półtora roku. Raz jeden wróciłem, na tydzień czy dwa, nie zdając sobie do końca sprawy dlaczego. Po czasie zrozumiałem, że ten powrót, był związany z nawrotem choroby. Balansowałem na granicy powrotu do nałogu, mój nastrój spadł, czułem się przytłoczony, nie radziłem sobie z emocjami i, co najgorsze, dopadła mnie pustka i nuda. Powrót do gry był instynktownym mechanizmem ratunkowym, po raz kolejny zasypałem po-alkoholową pustkę kompulsywnym graniem. I po raz kolejny zadziałało, dało mi czas by uporać się z emocjami i przetrwać nawrót.
Do dziś mam, na wszelki wypadek, zainstalowane na komputerze Diablo. Wprawdzie zarówno trudne emocję i nudę, która je budzi, mam lepiej opanowane, ale nie zaszkodzi mieć plan awaryjny gdyby coś zaczęło się sypać. Na mojej lodówce nadal wisi też lista zaleceń, których powinna się trzymać osoba trzeźwiejąca, też na wszelki wypadek.

Większość ludzi słysząc frazę „nawrót uzależnienia”, wyobraża sobie osobę, która po dłuższej trzeźwości łamie abstynencję i zaczyna ponownie zażywać. Tak czasem kończy się nawrót, jest on jednak bardziej złożonym wydarzeniem, które jest rozciągnięte w czasie. Wszystko zaczyna się od emocji, tych trudnych, wywoływanych przez nudę, tragedie życiowe, choroby. Gdy osoba uzależniona nie zarejestruje, że owe emocje się pojawiły, nie przeżyje ich, będą one rosnąć, nakręcać się, aż staną się niemożliwe do opanowania i doprowadzą do złamania abstynencji.
To groźne zjawisko. Dobra wiadomość jest tak, że można je powstrzymać, w każdym momencie poprzedzającym zapicie, poprzez zaopiekowanie się nieogarniętymi emocjami i rozładowanie napięcia w zdrowy sposób. Można mu też skutecznie zapobiegać zważając na to by unikać stanów, które mogą je zapoczątkować.

Zalecenia – czyli dlaczego wolę z tobą nie gadać gdy pijesz
Kiedy zaczynałem trzeźwieć, byłem przekonany, że jak już ustabilizuje się moja abstynencja, za jakiś miesiąc czy dwa, to wrócę do nocnego życia, tylko na trzeźwo. Wyobrażałem sobie, że będę szalał na parkietach w nocnych klubach, pijąc wodę i zachwycając wszystkich swoją trzeźwością. Na szczęście nie zdarzyła się okazja, żeby ten pomysł zrealizować.
Z czasem, w miarę jak rosło moje zrozumienie choroby, zaczął zachodzić proces odwrotny. To znaczy, zamiast rozluźniać ograniczenia w kontakcie z alkoholem, zacząłem je zacieśniać. W pierwszym roku jeszcze zdarzało mi się pojechać na zakrapianego grilla czy pójść na kolację z pijącymi ludźmi. Za każdym razem czułem się nieswojo podczas takich sytuacji. Nie mogę powiedzieć, że je strasznie odchorowywałem, ale budowały napięcie, wyzwalały tęsknotę i stanowiły zagrożenie dla mojej trzeźwości.
Ostatni rok to najbardziej restrykcyjne podejście, czyli, jeśli mogę tego uniknąć, to nie spędzam czasu, ani nawet nie rozmawiam, z ludźmi, którzy są pod wpływem alkoholu, niezależnie od tego czy wypili kieliszek wina, czy butelkę wódki. Prosta zasada: piłeś(a)? Nie rozmawiam z tobą! Z jednej strony to podejście jest dobre, bo bardzo jednoznaczne. Nie zostawia przestrzeni na negocjacje z samym sobą i na wahania. Z drugiej, jego restrykcyjność wyklucza bardzo szeroki wachlarz spotkań towarzyskich w naszej kulturze. Także takich, które nie niosą ze sobą znacznego zagrożenia.
Rozważam ostatnio czy nie rozluźnić nieco tych reguł i pozwalać sobie na rozmowę i pozostawanie w towarzystwie ludzi, którzy zażyli jedną lub dwie dawki alkoholu. Przy tej ilość, zazwyczaj osoba odurzona jest jeszcze komunikatywna i można prowadzić z nią wartościową rozmowę. Od trzech, czterech dawek konwersacja nie ma sensu i lepiej jest poczekać, aż dana osoba przetrzeźwieje. Jest to dla mnie do sprawdzenia, w jakim stopniu takie okazje będą na mnie wpływać i na ile będę w stanie egzekwować nowe zasady.
Wisi nad tym próbowaniem cień. Pamiętacie iluzje i zaprzeczenia? Był tam taki kawałek o racjonalizowaniu.

Zalecenia co robić a czego unikać, są niezwykle istotnym elementem życia osób trzeźwiejących. Ze swoich obserwacji mogę powiedzieć, że ich przestrzeganie stanowi o tym, czy dana osoba przetrwa pierwszy rok trzeźwienia, a każde właściwie zapicie, można wywieść od złamania jednej z reguł. List zaleceń jest długa i nie będę jej w całości przytaczał, można ją znaleźć w [1]. Wspomnę tu tylko o kilku:
+ nie trzymam w domu alkoholu, nie pozwalam by w moim domu spożywano alkohol
+ unikam miejsc i sytuacji w których kiedyś piłem
+ nie spędzam czasu z osobami pijącymi (nie rozmawiam, nie polewam etc.)
+ dbam o sen i generalnie dobre samopoczucie
+ jasno i bez wykrętów odmawiam alkoholu
+ nie daje i nie przyjmuje alkoholu jako prezentu.

Konkluzja – czyli co dalej
Program 24 godziny mówi, by skoncentrować się na nadchodzącym dniu, nie wybiegać myślą daleko w przyszłość, by nie przytłoczył nas jej ogrom. Mój stoicki ulubieniec Seneka mówi:
„Prawdziwe szczęście polega na cieszeniu się teraźniejszością, bez niepokoju o przyszłość; na nie oddawaniu się nadziejom ani lękom, lecz na zadowoleniu z tego, co posiadamy, co jest wystarczające – bo ten, kto jest zadowolony, niczego nie pragnie. Największe błogosławieństwa ludzkości są w nas i w naszym zasięgu. Mądry człowiek jest zadowolony ze swojego losu, cokolwiek by to nie było, bez pragnienia tego, czego nie posiada”.
Nie wiem co przyniesie mi przyszłość. Wiem jakich wyborów chce dokonywać dzisiaj. Chcę wybierać swoje zdrowie, a więc i swoją trzeźwość. Chcę wybierać szczere relacje z ludźmi, a więc i swoją trzeźwość. Chcę wybierać wolność a więc i swoją trzeźwość. Chcę wybierać założenie rodziny, a więc i swoją trzeźwość. Dzień po dniu z cegiełek dobrych wyborów mogę zbudować długie i udane życie, o ile, jak mawiają stoicy, nic mi w tym nie przeszkodzi. Co najważniejsze, mogę wybierać trzeźwość ponad otumanieniem. Czego i wam wszystkim życzę!

BIBLIOGRAFIA
[1] Robert Modrzyński, „O uzależnieniu prosto i zrozumiale. Niezbędnik pacjenta i jego rodziny”
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Palimpsest_alkoholowy
[3] Ewa Wojdyło, „Początek drogi. Wykłady psychologa na oddziale odwykowym”

Wspólna decyzja – opowiadanie

Dziś na blogu opowiadanie o tytule „Wspólna decyzja”. Opowieść o pracowniku biurowym z historią uzależnień, mierzącym się z trudnym czasem w swojej firmie, przez którą przetacza się fala zwolnień.
Jak poradzi sobie z zachowaniem trzeźwości w tych stresujących czasach?

O wdzięczności

Aron Anderson w swojej prezentacji omawia trzy kluczowe zasady: wzięcie odpowiedzialności za rzeczywistość, zdobycie właściwej perspektywy oraz przyjęcie wdzięczności w życiu. Inspirując się myślami Marka Aureliusza i Epikteta, akcentuje znaczenie akceptacji losu i skupienia na tym, co zależy od nas, by osiągnąć spokój ducha.

Dziś chciałem poświęcić nieco uwagi ciekawej prezentacji Arona Andersona (anglojęzyczna): https://www.youtube.com/watch?v=kLnd1UGMLrw&t=609s&ab_channel=TEDxTalks
Moim zamiarem jest ująć myśli w niej zawarte w kontekście doktryny stoickiej, ubarwiwszy je odrobinką własnych doświadczeń.
Niech naszym przewodnikiem będzie myśl Marka Aureliusza (punkt 2 pomijam jako nieistotny dla tych rozważań):
„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego; (…)
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Teraz zerknijmy na 3 elementy z prelekcji pana Andersona:

Take ownership (weź odpowiedzialność/zaakceptuj prawdę)
Pierwszy z trzech punktów to wzięcie odpowiedzialności, lub inaczej akceptacja rzeczywistości. Koncepcja, którą poruszałem w niedawnym wpisie, do której będę niejednokrotnie wracał, bo uważam ją za fundamentalną. W cytacie z Marka Aureliusza mamy: „nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego”, to znaczy widzę rzeczywistość taką jaka jest, nie zniekształconą przez moje przekonania, nie oszukuję sam siebie, wiem jaka jest moim dziełem i moją odpowiedzialnością. Wiem co jest moją rolą w życiu, słowami Epikteta:
„Pamiętaj, że jesteś aktorem w sztuce. Grasz postać zgodnie z wolą dramaturga. Jeśli sztuka jest krótka, to jest krótka; jeśli długa, to długa. Gdy dramaturg pragnie, byś odgrywał żebraka, nawet tę rolę graj dobrze, podobnie jak gdy jesteś kaleką, bogaczem lub przeciętnym człowiekiem. Na tym bowiem polega twoje zadanie, by dobrze odgrywać przypisaną ci rolę. Jej wybór należy do kogoś innego.”
Epiktet, Enchiridion, 17

W moim osobistym doświadczeniu kluczowym elementem powrotu do rzeczywistości, było zaakceptowanie tego, że jestem uzależniony. Na bazie tej prawdy mogłem podejmować dobre decyzje i budować swoje życie na nowo. Prawda jest solidnym fundamentem. Kłamstwo jest piaskiem, na którym nie wzniesie się nic trwałego.

Get perspective (Zdobądź właściwą perspektywę)
Drugi punkt Arona zgrywa się z 3 punktem Marka Aureliusz: „odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy”. Kiedy już zdobędziemy prawdziwy ogląd sytuacji, możemy rozgraniczyć to co od nasz zależy od tego co od nas nie zależy (fundamentalny stoicki podział świata na zależne i niezależne). Mając ten podział w ręku, możemy skoncentrować uwagę na tym co od nas zależne i kształtować to w najlepszy możliwy sposób.
Może nie zależeć ode mnie, czy pozostał mi rok życia, jak w przypadku koleżanki, o której mówi Aron, ale zależy ode mnie w jakim duchu ten rok przeżyję. Nie mam gwarancji, że spełni się wszystko co sobie postanowię, ale mogę zagwarantować, że zrobię wszystko co w mojej mocy by tak się stało i że sukces i niepowodzenie przyjmę z jednakim spokojem ducha.
To bardzo uwalniając perspektywa, słowami Marka Aureliusza:
„Jeśli za dobre i złe uznamy tylko rzeczy zależne od naszego wyboru, nie będzie powodu do obwiniania bogów lub okazywania wrogości innym ludziom.”
Marek Aureliusz, Rozmyślania, 6.41

Właściwa perspektywa wyswobadza nas od zawiści, złorzeczenia na los, użalania się. Uwalnia nas do czynienia tego co dobre i ważne.
W moim doświadczeniu, zrozumienie: że jest ode mnie niezależne to, że mój mózg jest uzależniony od alkoholu (w AA powiedziano by: jestem bezsilny wobec alkoholu); że alkohol funkcjonuje i będzie funkcjonował w społeczeństwie; pozwoliło mi się skoncentrować na tym co jest ode mnie zależne: na nie przebywaniu w towarzystwie pijących, nie tolerowaniu alkoholu w moim domu, pilnowanie by być wypoczętym, najedzonym, spokojnym, nie samotnym (tzw. HALT) i szeroko mówiąc przestrzeganie zasad i zaleceń, uczestniczeniu w terapiach i praca nad sobą. Karty zostały rozdane, rola przydzielona, a do mnie należy zagrać najlepszą możliwą partię.

Embrace gratitude (amor fati, umiłowanie losu, wdzięczność)
Ostatni punkt Arona zbiega się z ostatnim punktem Marka Aureliusza: „przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”. Stoicy wzywają do pełnej akceptacji naszego losu. Więcej jeszcze, do pragnienia tego co los nam zsyła i niczego innego:
„Nie pragnij, by wszystko toczyło się zgodnie z twymi oczekiwaniami. Zamiast tego chciej, by wydarzyło się to, co rzeczywiście się wydarza. Wtedy twe życie będzie upływać pomyślnie.”
Epiktet, Enchiridion, 8

Tak jak Aron mówi w swoim materiale, nie trudno być wdzięcznym gdy świat nas pieści, trudności pojawiają się wtedy gdy los się od nas odwraca. Sztuka (sztuczka) polega na tym, żeby przestać rozróżniać te dwa stany. To znaczy akceptować i przyjmować z wdzięcznością nasz los tak jak leci. Epiktet mówi: wszystkie twoje pragnienia mogą się spełnić, jeśli tylko zawsze będziesz pragnął dokładnie tego co ci się przydarza.
Bardzo trudna sztuka, mi samemu daleko jest do jej realnego praktykowania. Zbliżam się do akceptacji losu, a i to jeszcze nie w pełni, umiłowanie wciąż przede mną. Jest to jednak ważne i w połączeniu z poprzednimi punktami stanowi jedną z możliwych dróg do spokoju ducha. Słowami Epikteta:
„Dwie cechy sprawiają, że łatwo jest chwalić opatrzność za wszystko, co może się przydarzyć. Te cechy to: kompletny ogląd tego, co rzeczywiście wydarzyło się w danej sytuacji, i poczucie wdzięczności. Jaki jest sens oglądu bez wdzięczności? Co jest obiektem wdzięczności bez oglądu?”
Epiktet, Diatryby, 1.6.1-2

Wdzięczność i prawdziwy ogląd czynią nasze spojrzenie na świat kompletnymi.
Z mojego doświadczenia, a jak wspomniałem ta droga trwa, jest we mnie wiele wdzięczności za wspaniałych ludzi w moim życiu, za trzeźwy umysł, za wspaniałe czasy w których żyje, które oferują tak wiele możliwości rozwoju. Ale jest wciąż wiele gniewu i niezgody: na stracone lata, na rolę, którą alkohol pełni w naszym społeczeństwie etc.. Wciąż jeszcze przede mną, zrozumienie co w tym jest faktycznie w moje mocy a co nie, co mogę zmienić, a co warto zaakceptować by pewnego dnia pokochać.

PS.: Pozdrowienia dla Karola Klęczka za polecenie TEDx’a!