O zaradności

Uwielbiam to uczucie, kiedy uda mi się zrobić coś nowego. Wziąć się za zadanie, nauczyć się, czego wymaga, i je wykonać. Najlepszy moment to, kiedy wszystko zaczyna działać jak powinno – jeszcze pozostaje nieco do zrobienia, ale już widzę, że mi się udało. Nauczyłem się czegoś nowego, co będę mógł wykorzystać.

Efekty mojego działania nie muszą być idealne, żebym miał satysfakcję. Wystarczy, że osiągnąłem cel. Nie ma dla mnie znaczenia, czy było to wykonane optymalnie, czy efekt jest piękny. To szczegóły, które mogą być satysfakcjonujące, jeśli się udadzą, ale ich brak nie odbiera przyjemności ukończenia zadania.

Przykład

Często ta moja namiętność realizuje się w drobnych pracach domowych i gospodarskich. Weźmy przykład z tej działki.
Po urządzeniu mieszkania moi budowlańcy zostawili źle położony silikon przy wannie. W efekcie za brzeg wanny, na ścianę, lała mi się woda. Spowodowało to uszkodzenia tapety po drugiej stronie ściany. Problem trzeba było rozwiązać, by uniknąć dalszych szkód.
Nigdy wcześniej nie kładłem silikonu. Odpaliłem kilka filmików na YouTubie. Najpierw musiałem zerwać stary silikon, oczyścić miejsce, i dopiero wtedy położyć nowy.
Zrobiłem listę i pojechałem do Castoramy. To poszło gładko. Potem zabrałem się do usuwania silikonu. Lekko nie było –niedoceniłem, jak wiele skrobania będzie potrzebne. Zamiast załatwić sprawę w jeden wieczór, musiałem ją rozłożyć na dwa dni. Ostatecznie jednak udało się. Miałem rant wanny oczyszczony i gotowy do przyjęcia uszczelki.
Do wanny nalałem wody. Sam stanąłem w środku, by kłaść silikon, kiedy jest obciążona – wtedy nie odklei się, gdy będziemy jej używać. Nakładałem warstwę etapami. Miejscami silikon wpadał w lukę, mimo że kładłem szeroką warstwę. Zaraz po położeniu wygładzałem go specjalnym przyrządem.
Gdy dotarłem do końca, całe dłonie miałem w silikonie. Wyczerpałem repertuar przekleństw. No ale miałem uszczelnioną wannę!
Czy silikon, który położyłem, wygląda dobrze? Nie. Wygląda, jakby kładło go pięcioletnie dziecko. Czy trzyma szczelność? Tak – przez ostatnie pięć lat nie miałem z nim problemu. Zadanie wykonane, a ja mam lepsze pojęcie, z czym się wiąże kładzenie uszczelki.

Ta historia to dość typowy przebieg moich przygód z samowystarczalnością. Zwykle potrafię zrobić to, czego potrzebuję, dobrze, ale niekoniecznie najlepiej jak to możliwe. Co dla mnie jest w zupełności wystarczające.

Więcej przykładów

W jakich jeszcze dziedzinach się realizuję?

  • Strzyżenie włosów –po co mam chodzić do fryzjera, jeśli mogę się oblecieć maszynką?
  • Smarowanie roweru – po co angażować serwis do drobnostki?
  • Podłączanie pralek, zmywarek – przecież nie będę wzywał hydraulika do pierdółki.
  • Kładzenie podłogi na balkonie – trochę bolało, ale oszczędziłem na robociźnie.
  • Składanie mebli – bo jak producent pisze, że potrzeba dwóch osób, to dla mnie brzmi jak wyzwanie!

Wszystkie te punkty mają wspólny mianownik: wolę zrobić średnio, ale sam, niż korzystać z pomocy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź na to pytanie kryje się w mojej osobowości.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się także, z minimalizowaniem polegania na innych ludziach. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, to szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na chęć uczenia się nowych umiejętności – drobnych, acz przydatnych w życiu. Jeśli nauczę się strzyc włosy, to nie będę musiał polegać na fryzjerze, chodzić do niego ani z nim rozmawiać.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią – czyli unikam odrzucenia.

Proces odkrywania nowego pola niezależności jest prosty. Zaczyna się od potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję czystych rzeczy. Identyfikuję sposób jej zaspokojenia – mogę zrobić pranie. Teraz zastanawiam się, czego potrzebuję, by to osiągnąć. Potrzebuję działającej pralki. Załóżmy, że pralkę już mam, wymaga tylko podłączenia. Przychodzi moment na rozważanie opcji. Rozważam wezwanie hydraulika – to oznacza wyszukanie kontaktu, zadzwonienie i umówienie się, przyjęcie tej osoby w domu. Wtedy pojawia się myśl: czy to takie trudne? Przecież sam sobie z tym poradzę!

Reszta to już wykonanie, czyli przeszukiwanie internetu, zakupy narzędzi i materiałów oraz realizacja.

Czyli z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi rodzi się nauka nowej umiejętności.

Ograniczenia i wyjątki

Ciekawe, że zadania wymagające precyzji nie są dla mnie. Nie mam tego przywiązania do szczegółu – choć wpisuje je do CV. Zadowala mnie i cieszy osiąganie ogólnego celu, wyniku, który jest zbliżony do mojego zamierzenia. Robota wykonana na 80% to dla mnie 100% satysfakcji. Nie interesuje mnie doprowadzanie zadania do perfekcyjnego stanu. Perfekcjonizm nie jest moim problemem – jestem pragmatyczny i gotowy na kompromis w działaniu.

Efektem ubocznym tej charakterystyki jest, że najłatwiej przychodzi mi odpuszczenie zadań wymagających precyzji. Dobrym przykładem jest sprzątanie mieszkania. Kiedyś byłem uczulony na sam pomysł, by robiła to zatrudniona osoba. Upierałem się, żeby robić to samemu, chociaż wiedziałem, że nie robię tego dobrze. Przy sprzątaniu ostatnie 20% jest ważne dla efektu.

W końcu odpuściłem – wynająłem firmę, by zajmowała się tym raz w miesiącu. Efekt: mieszkanie jest w lepszym stanie niż wcześniej. Ja mam więcej czasu na drobne zadania.

Jest bariera skomplikowania, której nie przekraczam. Chętnie naprawiam swój rower, ale z samochodem jadę do mechanika i nie próbuję udawać, że dam radę.

Jest bariera czasu. Jeśli coś wymagałoby ode mnie takiej ilości czasu, którą oceniam jako przesadną, nie biorę się za to. Mogę złożyć meble, ale położenie płytek w łazience to za dużo.

Jest bariera inwestycji. Jeśli zadanie wymaga zakupienia drogiego sprzętu, który nie znajdzie innego zastosowania, to się za to nie łapię. Mogę kupić maszynkę do strzyżenia włosów, by uniknąć fryzjera, ale nie kupię wiertarki udarowej, by wywiercić jedną dziurę.

Jak to się objawia w relacjach

Ta moja zaleta ma kilka interesujących benefitów w relacjach.

Jestem łatwy w utrzymaniu. To znaczy, że nie potrzebuję pomocy od swych znajomych i przyjaciół. Większość rzeczy ogarniam sam. Nie zawracam nikomu głowy drobiazgami domowymi. Możemy się skupić na bardziej interesujących tematach i zadaniach. Nie trzeba mi poświęcać uwagi i energii.

Choć sam niechętnie przyjmuję pomoc, to jestem bardzo skłonny do pomocy. Mam wypracowany zestaw umiejętności i chętnie wykorzystuję je, by pomóc moim znajomym i przyjaciołom. Czasem wprawdzie nie do końca mi wyjdzie, albo złapię się za coś, o czym nie mam pojęcia, i jest klapa. Częściej jednak znajduję rozwiązanie i skutecznie pomagam, a nawet jeśli nie wyjdzie, to nigdy nie rozwalę czegoś doszczętnie.

Lubię pokazywać i uczyć innych, jak wykonywać pewne zadania, i vice versa – lubię uczyć się od innych nowych umiejętności, które oni mają opanowane. Jedno i drugie sprawia mi przyjemność. Czy mam kogoś nauczyć grać w planszówkę, czy mam się nauczyć od kogoś – do obu podchodzę z dobrym humorem, uwagą i wprawą.

Zakończenie

Zaradność przydaje się w życiu – nie tylko osobie zaradnej, ale wielu w jej otoczeniu. To zasób, z którego posiadania jestem zadowolony i który chciałbym zachować.
Co jednak, jeśli zaradność przesuniemy dalej? Co jeśli podkręcimy intensywność? Wtedy w pewnym momencie przejdziemy od człowieka, który rzadko potrzebuje pomocy, do człowieka, który nie potrafi jej przyjąć.

Ale o tym w przyszłym tygodniu.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Jeden komentarz na temat “O zaradności”

Dodaj komentarz