Samodzielność czy izolacja

Samodzielność jest cechą przydatną w życiu. Pozwala nam ogarniać codzienne sprawy. Usamodzielnianie się jest naturalnym procesem dorastania.
Proszenie o pomoc jest elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Dzięki niemu osiągamy więcej niż w pojedynkę. To mechanizm tworzenia bezpieczeństwa w grupie i sposób na jej integrację.
Potrzeba samodzielności może się jednak stać tak dominująca, że uniemożliwia nam proszenie o pomoc. Stajemy się samodzielni do absurdu. Choć widzimy, że nasze decyzje są szkodliwe, nie potrafimy ich zmienić, bo naruszyłyby naszą potrzebę samodzielności.

W moim życiu dostrzegam wiele zaradności. Łatwo uczę się nowych umiejętności i wykorzystuję je, by rozwiązywać codzienne trudności. Chętnie pomagam innym i czerpię z tego radość. Nie potrzebuję wsparcia w codziennych sprawach. Jestem samodzielny.
Samodzielność jest dla mnie tak ważna, że uczyniłem z niej konieczność. Stałem się Rafałkiem-samosią, który wszystko chce zrobić sam. Nie potrafię prosić o pomoc, chyba że w ostateczności. Nawet kiedy widzę, że moje starania nie przynoszą rezultatu, zacinam się i brnę dalej. Izoluję się od wsparcia innych.

Jak to się łączy

W moim przypadku zaradność i nieumiejętność proszenia o pomoc są manifestacjami mechanizmu psychicznego. Mają swoje źródło w lęku przed odrzuceniem i unikającym stylu przywiązania.
W każdym z nas, kiedy prosimy o pomoc, jest obawa, że spotkamy się z odmową. Ci, których pomocy szukamy, nie zawsze mogą czy chcą jej nam udzielić. Ta obawa napędza nas do uczenia się najpotrzebniejszych umiejętności. Towarzyszy nam w procesie usamodzielniania się od rodziców. W miarę jak ograniczają oni swą pomoc, uczymy się zaspokajać swoje potrzeby na własną rękę.
To zdrowy mechanizm, który towarzyszy nam przez całe życie. Gdy pojawiają się potrzeby i możemy je zaspokoić samodzielnie, uczymy się tego, szczególnie gdy jakaś potrzeba wymaga częstego zaspokajania.

Jednak nie każdą potrzebę można zaspokoić w pojedynkę. Nie każdą trzeba – wiele z nich inni ludzie chętnie zaspokoją, czy to za opłatą, czy z dobrej woli. Nie każdą warto – te, które ktoś potrafi ogarnąć lepiej niż my.
W takich sytuacjach prosimy o pomoc.
Problem pojawia się, gdy lęk przed odmową urasta do takich rozmiarów, że motywuje nas nie tylko do uczenia się samodzielności, ale do dążenia do samowystarczalności. Gdy staje się tak intensywny, że boimy się poprosić o pomoc, nawet wtedy, gdy jest to wskazane.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a samowystarczalność jest utopią. Próbując do niej dążyć, sprawiamy, że chęć robienia samemu z zasobu staje się ograniczeniem. Zawężamy swoje możliwości. Stajemy się samotnikami, izolowanymi w swoich potrzebach.

Gdzie jestem

Oba opisane tryby występują w moim życiu. Pytanie, który z nich jest dominujący? Na chwilę obecną dominuje tryb Rafałka-samosi, czyli jestem przechylony w stronę izolacji. Najważniejszą obserwacją, która prowadzi mnie do tego wniosku, jest to, jak trudno jest mi prosić o pomoc. Trudno jest mi sobie przypomnieć więcej niż jedną czy dwie sytuacje z ostatniego roku, w których zdecydowałem się o nią poprosić. Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej naświetlić sytuację.

Pierwszy przykład z pracy. Miałem kilka projektów, które upadły na ostatniej prostej, czyli na etapie poproszenia ekspertów o informację zwrotną. Wolałem zarzucić projekt, niż zwrócić się o pomoc. Pogrzebałem kilka inicjatyw i swoje szanse na awans i karierę.

Drugi przykład to sytuacja, w której odrzucam pomoc, nawet gdy została mi zaoferowana. Koleżanka zaproponowała, że może rzucić okiem na mój profil na Tinderze, żeby coś w nim poprawić. Ja przytaknąłem, podziękowałem za ofertę i nigdy nie wróciłem do tematu. Niedługo potem, zniechęcony, zawiesiłem swoje konto.

Z drugiej strony, trzeba powiedzieć, że jestem dość ogarniętym kawalerem. Obiad ugotuję, pranie zrobię, mieszkanie posprzątam, gwoździa wbiję, gniazdko wymienię, koło zmienię i tak dalej. Nie wszystko zrobię najlepiej czy szybko, ale zrobię.
Do tego projekty, które mogę realizować w pełni w pojedynkę, idą jak burza! Świetnie mi się działa w takim trybie. Za przykład może posłużyć ten blog. Zbliżam się do roku cotygodniowego publikowania wartościowych tekstów.

Optymalny stan

Zamiast określenia idealnej sytuacji, zaproponuję kilka etapów, poprzez które można do niej dotrzeć, a każdy jest preferowany ponad poprzednim. W dalszych rozważaniach wykorzystam perspektywę stoicką jako ramy do pracy nad sobą.

Pierwszy etap: Nauczyć się prosić o pomoc wbrew lękowi.
Na tym etapie nadal odczuwamy strach, gdy mamy poprosić o wsparcie, ale działamy pomimo niego. Ten etap jest spektrum, czyli przechodzi od: „czasem uda mi się pokonać lęk” do „pokonuję lęk za każdym razem”. Drugi koniec spektrum to już zdrowe funkcjonowanie, choć naznaczone dawką lęku.

Drugi etap: Zastąpić lęk niepokojem.
Na tym etapie, a przeplata się on z etapem pierwszym, dążymy do redukcji lęku. Ponownie jest to spektrum, na którego końcu znajduje się niepokój, rozumiany tu jako słabsza wersja lęku. Mniejszy lęk oznacza, że łatwiej jest go przezwyciężyć i wbrew niemu działać. Spełnienie tego etapu oznacza wolność od lęku związanego z proszeniem o pomoc.

Trzeci etap: Zastąpić niepokój ostrożnością.
Kto nie jest stoikiem, może zatrzymać się na etapie drugim. Dla stoika jest jeszcze praca do wykonania. Wyjaśnię pokrótce, o co chodzi z „ostrożnością” w tym kontekście.
Na ostrożność składają się trzy rzeczy: zrozumienie, że to, co od nas niezależne, może potoczyć się nie po naszej myśli, przewidywanie skutków i przezorne planowanie tego, co od nas zależne. W skrócie można by to określić jako połączenie akceptacji i przezorności. To stoicka alternatywa dla strachu.
Kiedy strach i niepokój związany z odrzuceniem prośby o pomoc zastąpimy ostrożnością, osiągniemy optymalny stan. Ostrożność powie nam, że nasza prośba może zostać przyjęta lub odrzucona – to od nas niezależne. Rozważy za i przeciw prośby i zdecyduje, czy ją wysunąć, oraz przygotuje plan na wypadek odrzucenia.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Ćwiczenia w tej sekcji są moimi prywatnymi pomysłami do pracy z opisanymi mechanizmami. Nie stanowią porady psychologicznej czy medycznej. Używajcie rozsądnie.

Ćwiczenie pierwsze: Zidentyfikuj potrzebę i poproś o pomoc.
Oczywisty pierwszy krok. Wymaga uważności i świadomego analizowania potrzeb. Dobrym momentem jest poranny przegląd siebie, zastanowienie się nad nadchodzącym dniem i rozpoznanie czekających nas wyzwań.
Wybierzmy jedno, przy którym pomocy może nam udzielić ktoś zaufany i bezpieczny. Niech to będzie coś drobnego.
Poprośmy tę osobę o pomoc wbrew oporowi. Jeśli dziś się nie uda, spróbujmy jutro.

Ćwiczenie drugie: Premeditatio Malorum.
To klasyczne ćwiczenie stoickie ma zastosowanie do naszej pracy. Łacińska nazwa tłumaczy się jako „uprzednie rozmyślania nad złem”, a polega na wyobrażaniu sobie negatywnego scenariusza wydarzenia, które budzi w nas lęk. Wyobrażamy sobie konsekwencje oraz naszą reakcję. Co się faktycznie stanie? Co uczynimy, gdy to się stanie? Jak zareagujemy?
Celem jest stępienie ostrza lęku, w myśl zasady, że dobrze poznane zagrożenie jest mniej straszne niż niepewność.
Uważajmy jednak – jeśli ćwiczenie wywołuje u nas depresyjne nastroje lub silny lęk, zaprzestańmy go.

Ćwiczenie trzecie: Zależne/niezależne.
Równie klasyczne ćwiczenie polegające na analizowaniu sytuacji pod kątem tego, co jest od nas zależne, a co nie. Za Epiktetem:
„Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas: ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem.”
To ćwiczenie może być wykonywane w połączeniu z Premeditatio Malorum lub niezależnie. Jego celem jest skoncentrowanie uwagi na tym, co kontrolujemy, i stworzenie dystansu, a przez to zmniejszenie lęku o to, czego nie kontrolujemy.
To ćwiczenie jest krokiem ku zastąpieniu lęku przeczuwaniem.

Ćwiczenie czwarte: Praca z przekonaniami.
To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszym lękiem, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i lęku nie powodują.
Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą lękowi przed proszeniem o pomoc. Jak to wewnętrznie uzasadniamy? Co, poza strachem, czujemy?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się na tym etapie dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy mój strach jest racjonalny?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.
To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.
Jeśli uda się nam je zakończyć, to oznaczałoby, że właśnie osiągnęliśmy optymalny stan i możemy sobie pogratulować, bo jesteśmy pierwszymi ludźmi w historii, którym się to udało.

Podsumowanie

Dzisiejsze rozważania kończymy pozytywną i praktyczną nutą. Choć mogą trapić nas trudności w proszeniu o wsparcie tam, gdzie jest ono potrzebne, nie stanowią wyroku. Są praktyczne kroki, które możemy podejmować, by modyfikować swoje schematy oraz łagodzić ich wpływ na codzienne funkcjonowanie.
Kluczowe jest, by przygotować się na długą drogę i proces, który nie musi być monotoniczny. Wdrożenie zaproponowanych tu metod to praca na miesiące i lata, podczas których możemy być pewni, że po wzlotach przyjdą upadki. Wiemy jednak, że skomplikowane i głębokie problemy nie mają łatwych rozwiązań.

Dobra wiadomość jest taka, że już z samego podążania tą drogą można czerpać radość i spełnienie!

A gdzie dla was przebiega granica między samodzielnością a izolacją?
Czy potraficie znaleźć idealną drogę pośrednią?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Dodaj komentarz