Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancją a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.
Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.
Przechodząc do meritum: uważam się za ponadprzeciętnie tolerancyjnego człowieka. Nie przywiązuję się do stereotypów. Interesuje mnie charakter moich rozmówców i to, co mają do powiedzenia. Czerpię satysfakcję z tego, że jestem w stanie z każdym znaleźć nić porozumienia — czy raczej, że zawsze jestem gotów tej nici szukać.
Przykład
Nie będę zagłębiał się w szczegóły, tak aby nie wskazywać konkretnych osób, ale mam łatwość w trwaniu w relacjach nawet z osobami, które darzę antypatią.
Pozostaję w takich relacjach nawet wtedy, gdy obcowanie z tymi osobami jest dla mnie nieprzyjemne. Zazwyczaj nie garnę się do nich, ale też ich nie unikam. Jeśli pojawią się w moim otoczeniu, swobodnie — i nie dając nic po sobie poznać — mogę wskoczyć w konwersację z nimi.
Tkwi za tym przekonanie, że nikt nie jest tak nieprzyjemny, żeby nie dało się z nim odbyć rozmowy. Wierzę, że warto dawać szansę i pozostawać otwartym na drugiego człowieka oraz że nasze niechęci często są wynikiem nieporozumienia. Na tej podstawie przed nikim nie zamykam drogi do relacji, nawet jeśli ktoś sprawia, że czuję się niezręcznie i niekomfortowo.
Więcej przykładów
W każdej rodzinie w naszym kraju — a może i na świecie — konfrontują się ze sobą poglądy polityczne. To naturalna sprawa. Wiem z opowieści, że takie konfrontacje mogą prowadzić do głębokich problemów, rozłamów i dramatów. Dla mnie są one kompletnie obojętne. Po części dlatego, że nie interesuję się polityką, a po części dlatego, że nie uważam poglądów politycznych za wyznacznik jakości człowieka. Mogę rozmawiać ze zwolennikiem każdej partii i opcji. Co więcej — mogę wysłuchać zwolennika każdej partii i opcji, zarówno w rodzinie, jak i poza nią.
Nie mamy zbyt wielu okazji do kontaktu z osobami z innych sfer społecznych — chodzi mi tu o status majątkowy i edukacyjny. Nasze społeczeństwo jest bardziej rozwarstwione i podzielone, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Ja nie jestem wyjątkiem — kontakty poza moją sferą są rzadkie, ale kiedy już do nich dochodzi, nie odczuwam trudności ani dyskomfortu. Nie wiem, czy druga strona odnosi podobne wrażenie; mam nadzieję, że tak.
Podobnie jak z poglądami politycznymi, tak też z poglądami religijnymi drugiej strony nie mam kłopotu. Tutaj — jeszcze bardziej niż przy polityce — kluczowe jest to, iż religia mnie nie interesuje i uważam ją za temat marginalny. Nie mam problemu, by wysłuchać tej czy owej mistycznej opowieści ani by zamienić kilka zdań z apologetą dowolnego wyznania. Nie wdaję się w debatę — pozostaję biernym odbiorcą — ale właśnie dlatego, że temat nie jest dla mnie porywający.
Skąd się to bierze
Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem moich zdolności adaptacji do każdej osoby i środowiska.
Z faktu, że mam mieszane strategie wchodzenia w relacje, wynika potencjał do rozumienia perspektyw innych ludzi. Rezonuję zarówno z lękowcami, jak i z unikającymi, a także dobrze dogaduję się z osobami bezpiecznymi — choć to bardziej ich zasługa. Potrafię znaleźć nić porozumienia w każdym przypadku.
Elementy unikające sprawiają, że stronię od konfliktu. Przejawia się to w preferowaniu wsłuchiwania się w zdanie innych ludzi. Dzięki temu niweluję ryzyko, że ktoś się do mnie zniechęci lub poczuje złość. To strategia unikająca, która przekłada się na łatwiejsze przebywanie z osobami, z którymi się nie zgadzam, poprzez niedzielenie się własnymi poglądami. Jeśli nie znają mojego zdania, nie mają z czym polemizować.
Elementy lękowe sprawiają natomiast, że jestem ostrożny w konfrontacjach. W skrócie: w każdej relacji obawiam się, że ją zepsuję, że zniechęcę do siebie drugą stronę. Aby zminimalizować ryzyko, ograniczam krytykę, nie wchodzę w polemikę i nie daję pretekstu do zerwania znajomości — a lękowy charakter przywiązania podpowiada mi, że takiego pretekstu każdy z moich znajomych szuka.
Ograniczenia i wyjątki
Szczerze mówiąc, nie wiem, co wpisać w tej sekcji. Mam wrażenie, że od tego podejścia nie ma w moim życiu wyjątków i że nie podlega ono istotnym ograniczeniom.
Nasuwa się pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź pozostawię na kolejny artykuł, w którym będę rozważał społeczną mimikrę.
Jak to się objawia w relacjach
W tej sekcji przechodzę do ogólnych tendencji, których ślady mogliśmy już dostrzec w przykładach.
Zawsze jestem gotowy wysłuchać drugą osobę — niezależnie od tego, co się stało, jaki jest temat i jak postrzegam relację między nami. Żaden z tych czynników nie stanowi przeszkody, by spotkać się z drugim człowiekiem. Tego się trzymam. Nie zawsze jestem dostępny, ale gdy jestem — nikogo nie odpędzam.
Słuchając, nie jestem bierny: pokazuję swoje zaangażowanie. Parafrazuję, by zasygnalizować zrozumienie. O ile nie dzieje się wokół mnie coś niezwykle absorbującego, poświęcam mówcy swoją uwagę. Sprawdza się to dobrze w rozmowach twarzą w twarz; nieco gorzej, gdy rozmawiam przez telefon, ale i wtedy staram się pozostać obecny.
Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym kogoś skrytykował — a przez krytykę rozumiem tu trudną, negatywną informację zwrotną. Nawet jeśli jest ona uzasadniona w moich odczuciach, nie jestem skłonny jej wypowiedzieć. Jeśli już, ograniczam się do opisu faktów i wskazania, że pewne elementy można by poprawić. Najchętniej jednak omijam punkty trudne i przechodzę do pozytywnej, przyjemnej informacji zwrotnej.
Mogę rozmawiać z każdym. Nawet jeśli się z kimś pokłóciłem, nawet jeśli jestem w gniewie — mogę rozmawiać i nie przestaję się odzywać. Nikomu nie powiedziałem: „nie chcę więcej z tobą rozmawiać” i nikomu tego powiedzieć nie planuję. Jeśli było gorąco, mogę potrzebować godziny czy dwóch, by ochłonąć, ale nie więcej — i już mogę zasiąść do dialogu, jeśli druga strona jest na to gotowa.
Zakończenie
Moja tolerancja jest ogromna. Z jednej strony to świetnie, bo z każdym się dogadam i każdego zaakceptuję. Z drugiej strony — to niekoniecznie dobre, bo dogadywanie się ze złem nie jest najlepszym pomysłem, a lęk o trwałość relacji nie musi być dobrym doradcą.
Chcę lubić wszystkich i chcę, żeby wszyscy mnie lubili — i takie zachowanie próbuję realizować w praktyce. To, czy w tej potrzebie przypodobania się nie gubię tego, kim jestem, rozważę w kolejnym tekście.
A was, drodzy czytelnicy, zapytam na koniec: czy tolerancja ma granice? Czy wyznaczacie jej jasne ramy?
Newsletter
Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!
Czym jest Newsletter?
To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.
Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!
Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!
Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.
PS. Kilka słów zza kulis
Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Jeden komentarz na temat “Tolerancja”