Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Ofiara

Skupienie na tym, co negatywne, jest jedną z moich wad. Wiele czasu poświęcam rozmyślaniom o najgorszym możliwym przebiegu wydarzeń. To mnie paraliżuje przed podjęciem działania. Sprawia, że w rozmowie bywam przygnębiający dla interlokutora. Na najbardziej błękitnym niebie odnajdę tę jedną chmurkę, następnie głęboko się nad nią zadumam, by po chwili opowiadać o niej wszystkim, którzy akurat korzystają ze słońca.

Moje ulubione tematy związane są z trudem, cierpieniem i wojną. Fascynują mnie ludzkie słabości, przewinienia, zbrodnie. Jestem przekonany, że to one zbliżają ludzi. Łączę się z innymi, afiszując swoje cierpienie i szukając wspólnych przestrzeni bólu.

Tekst jest drugą częścią trzyczęściowego cyklu artykułów. W poprzednim odcinku rozważałem moje zaangażowanie w relacje oraz to, jak mogą trwać pomimo trudności. W tym odcinku pokażę, jak trudności stają się narzędziem budowania więzi. W kolejnym dokonam syntezy tych dwóch biegunów.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje kontekst psychologiczny, ale nie jest to moim priorytetem. Pomimo tego nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego tekstu jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

Jestem alkoholikiem. Lubię o tym mówić dużo i często. Lubię o tym mówić, bo to wzbudza współczucie. To nie jest jedyny powód — ważne jest edukowanie innych o chorobie; im więcej osób wie, tym bezpieczniej dla mnie. Zrzucenie tego z siebie jest autoterapeutyczne. Ale jest to też poważna choroba, wokół której można budować mitologię cierpienia.

Uważam, że jako trzeźwy alkoholik jestem w lepszym położeniu — w lepszym miejscu w życiu — niż osoby nieuzależnione, które piją alkohol. W relacjach z pijącymi czuję raczej współczucie niż zazdrość. Czyli alkoholizm to nie jest dobra płaszczyzna poszukiwania współczucia?

Ależ jest! Bo w łowieniu współczucia nie jest ważne to, co myślę ja, lecz to, co myśli druga strona. A w naszym społeczeństwie niepijący, lub ci, którzy nie mogą pić, wciąż są postrzegani jako osoby dotknięte brakiem. Gram na tym schemacie kulturowym i całkiem skutecznie łowię współczucie, niezależnie od moich poglądów na sprawę!

To brzmi skomplikowanie i schizoidalnie, ale uważam, że szukanie sympatii poprzez nawet wydumane choroby i braki jest konsekwencją lękowych elementów mojego stylu przywiązania.

Skąd się to bierze?

Źródeł tego nastawienia doszukuję się w lękowym stylu przywiązania. W nim zorientowani jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji — obawiamy się ich nietrwałości. Doszukiwanie się wszędzie zagrożenia jest sposobem, by ich uniknąć, a zagrożenie, które dzielimy z innym, łączy.

Wspólne źródło strachu spaja relacje. Dzięki niemu jesteśmy bliżsi sobie — choć grozi nam coś z zewnątrz, nasza relacja jest bezpieczna. A o to chodzi w lękowym stylu przywiązania.

Nawet jeśli nie ma realnego zagrożenia, z tej perspektywy warto je wymyślić. Nie ma znaczenia, czy strach oparty jest na prawdziwych przesłankach — tak długo, jak w niego wierzymy, będzie nas łączył.

Element cierpienia także może służyć utrwaleniu relacji. Afiszowanie się cierpieniem jest sposobem, by wywołać u drugiej osoby potrzebę zaopiekowania się nami. Malując siebie jako słabych, skrzywdzonych, bezradnych, wywołujemy współczucie, które ma pogłębić i utrwalić relację.

Dlatego jedną ze strategii w relacjach jest ustawianie się w pozycji cierpiętniczej. Gramy kartą nieustannego narzekania, by skłonić bliskie nam osoby do pocieszania nas i oferowania pomocy. Możemy następnie tę pomoc przyjąć lub odrzucić — to mniej istotne — samo jej zaoferowanie umacnia relację.

Ograniczenia i wyjątki

Ograniczeniem dla mojego stawiania się w pozycji cierpiącej ofiary jest niechęć do okazywania słabości. Pisałem o niej poprzednio i jest efektem unikającego stylu przywiązania. To element mojej potrzeby pozostania niewidzialnym.

Widać, jak niekompatybilne są te dwa dążenia. Z moich obserwacji wynika, że zwykle górę bierze potrzeba udawania osoby pozbawionej słabości, więc ograniczam projekcję cierpienia.

To jednak nie eliminuje prób zbliżenia się poprzez korzystanie ze słabości czy cierpienia innych! Tę ścieżkę częściej niż drogę przez własną słabość zwykłem wybierać, gdy próbuję budować relację w lękowym stylu.

Jak to się objawia w relacjach?

Spójrzmy na kilka przykładów, które dostrzegam w swoich relacjach.

W rozmowach koncentruje się na niepowodzeniach i chorobach. Najbardziej wciągają mnie dyskusje o wszelkiego rodzaju trudnościom. Jeżeli cierpisz na jakąś chorobę, znajdziesz we mnie uważnego i empatycznego słuchacza. Chętnie pomówię o sposobach leczenia, zagrożeniach. Opowiem Ci o chorobach, które mnie trapią. To są moje tematy! Jak zazwyczaj jestem człowiekiem niewielu słów, tak o dobrej katastrofie mogę mówić godzinami.

To wiąże się z zamiłowaniem do narzekania. Kocham to! Jeśli mogę z kimś pomarudzić na to samo, jestem w siódmym niebie. Pogoda pod psem? Cudownie, porozmawiajmy o tym! Wysokie podatki? Mów mi jeszcze! Wokół wspólnego utyskiwania buduję bliskość i więź.

Może się zdarzyć, że będę próbował wciągnąć Cię do rozmowy o chorobach, niepowodzeniach i klęskach. Mogę przy tym być natarczywy, zbywać Twoje próby rozmowy o czymś pozytywnym, co Ci się udało. Wszystko dlatego, że oczekuję, iż ponura rozmowa bardziej nas zbliży. Można powiedzieć, że to pokręcony znak, że Cię lubię i szukam bliższej relacji.

Zakończenie

Wspólne cierpienie łączy ludzi — to stwierdzenie jest prawdziwe nie tylko w moim przypadku. Ja łączę się z ludźmi poprzez afiszowanie cierpienia i wyszukiwanie wspólnych bolączek.

Jednak tworzenie iluzji cierpienia, by generować bliskość, czy zapominanie o radości świata w powodzi narzekania, to zbyt daleko posunięte ekstremum.

W kolejnym artykule sprawdzimy, jak możemy znaleźć równowagę między zaangażowaniem a rolą ofiary.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie

Stałość jest jedną z moich zalet. Kiedy zdecyduję się zaangażować, potrafię wytrwać. Niepowodzenia i trudności mnie nie zniechęcają, przeciwnie – sprawiają, że jestem bardziej nastawiony na utrzymanie relacji. To w spokojnych i dobrych czasach mogę mieć tendencję do odpływania i znikania, ale gdy jest źle, można na mnie liczyć!

Tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego mini cyklu artykułów. W kolejnym odcinku pochylę się nad problemem stawiania siebie w roli ofiary i szukania bliskości przez cierpienie – co jest antytezą dzisiaj omawianych zjawisk. W ostatnim artykule dokonam syntezy tych dwóch.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje nieco szerszy kontekst psychologiczny, ale nie jest to głównym celem. Mimo to nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

W swojej ostatniej pracy spędziłem 12 lat. Trzy ostatnie lata nie miały sensu. Trwałem na stanowisku, mimo że nie miałem odrobiny zaangażowania w zadania, które wykonywałem, i straciłem zaufanie do firmy, dla której pracowałem. Byłem wypalony zawodowo i coraz wyraźniej obserwowałem konflikt wartości między mną a pracodawcą.

Pomimo tego byłem tam trzy lata. Dlaczego?
Dlatego, że się zaangażowałem. Była to kwestia spędzonego w firmie czasu, jak i trudności, które dzieliłem ze współpracownikami. Wszyscy musieliśmy radzić sobie z toksycznymi aspektami firmy. Musieliśmy mierzyć się z pogłębiającym się upadkiem wartości w naszym otoczeniu.

Trwałem jak żołnierz na placu boju – znosząc dyskomfort, aby zachować relacje, nie z pracodawcą, lecz z kolegami i koleżankami. Odejście byłoby przecież zdradą czy dezercją.

Ostatecznie odszedłem, bo trwanie w toksycznym środowisku bez nadziei i możliwości jego zmiany jest na dłuższą metę nonsensem. Zajęło mi to jednak ładnych parę lat…

Skąd się to bierze?

Źródeł zaangażowania doszukuję się w lękowym stylu przywiązania – gdy coś zagraża relacji, wchodzę w nią mocniej. W tym stylu nastawieni jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji i obawiamy się ich nietrwałości. Intensywne przywiązanie jest jedną ze strategii, jaką można przyjąć, by utrwalić kluczowe dla nas relacje.

Zaangażowanie generuje poczucie bezpieczeństwa poprzez budowanie stałości. Mamy przekonanie, że im więcej wysiłku włożymy w relację, tym będzie ona trwalsza, a dzięki temu bezpieczniejsza.

Ta obserwacja jest w zasadzie poprawna. Stałość i zaangażowanie rzeczywiście budują trwałość relacji i w większości przypadków druga strona odpowie w podobny sposób. Osiągamy swój cel.

Warto jednak zauważyć, że żadna ilość zaangażowania nie gwarantuje wzajemności. Ten fakt prowadzi do przykrych rozczarowań, które albo sprawią, że stracimy wiarę we wkładanie pracy w relację, albo – wręcz przeciwnie – że zaczniemy w nie intensywniej inwestować.

W pracowaniu nad zaangażowaniem można się doszukiwać awersji do zmiany. Jest to sposób na ustatkowanie naszych relacji, w formie dalekiej od optymalnej, tak by nie ryzykować wychodzenia ku niosącej niepewność zmianie. Ten aspekt wiąże się z lękowym stylem przywiązania.

Na koniec chciałbym zauważyć, że choć u siebie dostrzegam źródła tego postępowania w lęku, to rozumiem, że u innych ludzi motywacją do podobnych zachowań może być bezpieczny styl przywiązania, w którym zaangażowanie wynika z poczucia bezpieczeństwa wchodzenia w głębokie relacje. Co więcej, odpowiednio zaopiekowany aspekt zaangażowania może stać się ścieżką ku takiemu właśnie zdrowemu funkcjonowaniu.

W moim przypadku ze stylem lękowym współistnieje styl unikający, co prowadzi do interesujących wyjątków od powyższych reguł.

Ograniczenia i wyjątki

Jako osoba, która ma elementy unikającego stylu przywiązania, doświadczam konfliktu między tymi podejściami. W takich wypadkach, zamiast silnego zaangażowania w relacje, idę w stronę odpuszczenia i zarzucenia relacji. Ciężko jest mi jednoznacznie określić, kiedy który z tych elementów bierze górę.

Elementem, który może mieć wpływ, jest kwestia tego, czy w relacji znajduje się wspólna płaszczyzna bólu, trudu, cierpienia. Jeżeli jest ona obecna, wówczas wykazuję większe zaangażowanie w relacje i jest szansa, że w nie „wrosnę”. Kiedy takiego elementu nie ma, aspekty unikające sprawiają, że odpuszczam i się nie angażuję – wtedy powyższe rozważania nie mają zastosowania.

Jeżeli jednak już wejdę w relację, ma to kilka znaczących konsekwencji.

Jak to się objawia w relacjach?

Moje zaangażowanie w relacje jest dalece niewrażliwe na konflikt. Kłótnia, różnica zdań – wszystko to nie wpływa na moje długoterminowe zaangażowanie. Pozostaję w relacji. Po czasie konfliktu wracam, starając się przywrócić sytuację do jej poprzedniego stanu. Druga strona nie zawsze jest zainteresowana, ale jeśli jest, możemy kontynuować znajomość.

Bywa, że konflikt jest dla mnie pożywką i motywacją, by pozostawać w relacji.

Dłuższe przerwy w relacjach nie stanowią dla mnie problemu. Relację uważam za coś długoterminowego, coś, co ma trwać wiele lat. Kilka miesięcy przerwy w kontaktach w takiej perspektywie nie stanowi szczególnego kłopotu. Mogę wrócić do stanu relacji, jaki był w momencie zaniku kontaktów. Nie czuję potrzeby zgłębiania przyczyny pauzy. Mogę pozostawić sprawę bez wyjaśnienia – co może być zaletą, jak i wadą. Tu ujawniają się elementy stylu unikającego.

Nie mam kłopotu z tym, że ludzie wokół mnie mają wady. Przeciwnie – wiedza o czyichś wadach sprawia, że myślę o nich cieplej, szczególnie gdy u siebie dostrzegam podobne. Praktykuję bliskość przez niedoskonałość. Chętnie dowiaduję się o niedoskonałościach innych, nie po to, by je wykorzystać przeciwko nim, lecz po to, by ich za nie bardziej polubić.

Sam bardzo niechętnie ujawniam swoje wady; staram się je ukrywać i kreować fasadę doskonałości. Choć to próżny trud, inne cechy mojego funkcjonowania nie pozwalają mi na otwartość.

Zakończenie

Moje relacje nie są na chwilę. Jeśli w coś wchodzę, to chcę wejść w to na długi czas. Jestem gotów pracować nad relacją. Jestem gotów wybaczać.

Wady, cierpienie i trudności są dla mnie powodem do trwania w relacji, a nie do jej przerywania. To dobra cecha, ale czy można się w niej posunąć za daleko?
O tym już za tydzień.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Empatia czy kontrola

Empatia jest wielką zaletą. Wczucie się w położenie drugiego człowieka pomaga nam być lepszymi przyjaciółmi czy partnerami. Buduje relacje i stwarza przestrzeń bezpieczną dla wszystkich.
Każdy z nas potrzebuje być wysłuchanym i zrozumianym. Nie po to, by otrzymać pomoc, ale by poczuć wspólnotę z drugim człowiekiem — by ująć sobie ciężaru z pleców.

Empatia może wynikać z dwóch źródeł: zainteresowania losem drugiego albo z potrzeby kontroli. Obie mogą dawać podobny efekt, ale druga z nich niesie niebezpieczeństwo stania się obsesją. Wtedy, zamiast tworzyć relację, zaczyna ją rozkładać.

Jest we mnie empatia dla drugiego człowieka. Potrafię słuchać. Można się przede mną wygadać i mieć poczucie, że zostało się zrozumianym.
Potrafię też przekroczyć granicę i z uważnego słuchacza stać się stalkerem. Zamiast słuchać by zrozumieć, słucham by kontrolować — albo by tworzyć w sobie iluzję kontroli.

Jak sprawić, by czujność łączyła mnie z ludźmi, miast dzielić?
Nim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się, jak te dwie cechy się łączą.

Jak to się łączy?

Potrzeba czujnego obserwowania świata wokół może być rozumiana jako element lękowego stylu przywiązania. Wszyscy zwracamy uwagę na otoczenie, ale kiedy odczuwamy strach, nasze zmysły się wyczulają. Dlatego osoba przywiązująca się lękowo będzie doskonałym obserwatorem.

Aby funkcjonować w świecie, musimy zdobywać informacje. Używamy naszych zmysłów do obserwowania i katalogowania danych o świecie. Słuchamy tego, co się do nas mówi, obserwujemy mowę ciała i mimikę osób, z którymi rozmawiamy. Te dane pozwalają wnioskować o stanie innych osób i ich przekonaniach, a w efekcie — reagować i działać w odpowiedni sposób.

To element naszego oddziaływania ze światem. Dobre wyczulenie i uważność na drugą osobę usprawniają nasze relacje z nią.

Sytuacja się komplikuje, kiedy zdolność obserwacji nas pochłania. Próbujemy zaobserwować najdrobniejsze niuanse, by wyciągać z nich szczegółowe wnioski. Kiedy wpatrujemy się w drugą osobę z namolną intensywnością.

Jednym z problemów, które to rodzi, jest atak na prywatność. Jeśli staramy się dostać do treści, którymi druga strona nie chce się z nami dzielić, przestajemy być konstruktywni i pomocni — stajemy się zaborczy. Empatyczna intencja, by pomagać, przeradza się w zaborczą intencję kontroli.

Drugi problem to nadmierne zaufanie do odczytanych niuansów. Jesteśmy omylni, a im drobniejszymi szczegółami się zajmujemy, tym więcej jest przestrzeni na pomyłkę. Nasza zaleta — lepsze rozumienie ludzi — przeradza się w wadę opacznego ich rozumienia, kiedy popychamy ją do ekstremum.

Gdzie jestem?

Moje położenie na osi empatia–kontrola jest satysfakcjonujące. Od dłuższego czasu nie zaobserwowałem drastycznej inwazji w czyjąś prywatność. Zdarza mi się intensywnie interesować sprawami osób, które mnie fascynują — momentami do przesady — ale to wyjątek nie reguła.
Ostatnia sytuacja przekroczenia granic miała miejsce rok temu. Od tego czasu cisza, co sugeruje zmianę we mnie.

Interesujące jest, czy wiąże się z tym osłabienie mojej empatii.
Moja obserwacja jest, iż udaje mi się zachować równowagę, w sensie uważnego obserwowania i dostrzegania stanów emocjonalnych innych. Rzadziej działam na podstawie tych obserwacji, co jest związane z chęcią uniknięcia przekraczania granic. Empatia nie musi prowadzić do interwencji —może być niemym zrozumieniem drugiego człowieka i objawić się przez postawę bardziej niż przez działanie.

Dostrzegam potencjał do lepszego wyważenia tych skrajności, ale nie uważam tego obszaru za priorytetowy w pracy nad sobą.
Pomimo tego, zastanówmy się, jak może wyglądać optimum dla osi empatia–kontrola.

Optymalny stan

Spójrzmy na kilka aspektów tematu. Jak może wyglądać ich idealny stan?

Uważność buduje bliskość. Dzięki niej dostrzegamy drugiego człowieka w pełni i możemy być pomocą. Nie widzę problemów w rozwijaniu uważności jak najszerzej się da, tak długo, jak nie zatracimy siebie w życiu innych — czyli póki nie przestaniemy żyć własnym życiem po to, by być widzem w życiu drugiego.

Granice w relacjach chronią sfery, które uznajemy za intymne, przed inwazją niepożądanych gości. Granice zmieniają się w zależności od relacji — bliższe mają ich mniej, luźniejsze więcej. Optymalne jest bycie uważnym nie tylko na potrzeby, ale i na granice. Nigdy nie przekroczyć czyichś granic to ideał, który trudno zrealizować w praktyce, lecz kiedy granice przekroczymy, musimy być gotowi, by przeprosić i wycofać się.

Prywatność jest efektem działania granic. Naszym obowiązkiem jako istot społecznych jest jej szanowanie. Empatia nie powinna stawać się wytrychem do czyjegoś domu. Optymalne jest zrozumienie, że niezależnie od tego, co zauważyliśmy czy wyczuliśmy, nie mamy prawa wkraczać w czyjąś prywatność nieproszeni. Powinniśmy się przed tym zatrzymać.

Intymność — czyli druga, miękka strona prywatności — jest niezbędna do zbudowania bliskich relacji. Empatia pomaga nam ją budować, dostrzegać w bliskiej nam osobie drobne, nikomu innemu nieznane cechy. Intymności jednak nie można wykraść poprzez „podglądanie”. Prawdziwa intymność wymaga zaproszenia i zgody obu stron, bo nie może być jednostronna.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Stoicyzm ma do zaoferowania wiele technik przydatnych w pracy nad empatią, które są zorientowane na wytworzenie w nas czujności bez komponentu lękowego.

Uważność możemy ćwiczyć przy pomocy jednej z wielu metod. Nie będę rozwijał tematu — istnieje szeroka literatura traktująca o tym zagadnieniu. Wybierzcie ćwiczenie, które odpowiada waszym preferencjom, i trenujcie!

Do trenowania dostrzegania granic polecam dwa stoickie ćwiczenia. Pierwsze to premeditatio malorum, czyli uprzednie rozmyślania nad złem (albo medytacje nad złem). Nazwa brzmi groźnie, ale ćwiczenie sprowadza się do wyobrażenia sytuacji, która może nas spotkać, a której się obawiamy — na przykład dlatego, że ryzykujemy przekroczenie w niej granic. Wyobrażamy sobie najgorszy przebieg tej sytuacji: jak do niego doszło, jakie są konsekwencje, co zrobimy po. Cel jest dwojaki: po pierwsze, pozwala zrozumieć, jak możemy dostosować postępowanie, by zminimalizować prawdopodobieństwo złego przebiegu sytuacji. Po drugie, pozwala dostrzec, że nawet za najgorszym jej przebiegiem jest ciąg dalszy — świat się nie skończy.

Premeditatio bonum — które możecie kojarzyć jako tytuł tego bloga — czyli medytacje nad dobrem, jest odwróceniem poprzedniego ćwiczenia. Zamiast wyobrażać sobie najgorszy przebieg, wyobrażamy sobie najlepszy i kontemplujemy, jak możemy do niego doprowadzić. Ta wersja ćwiczenia jest szczególnie przydatna dla osób, które nie najlepiej znoszą nastrój premeditatio malorum.

Do treningu poszanowania prywatności polecam technikę dwóch poziomów sądu. Polega ona na oddzieleniu impulsu emocjonalnego od działania poprzez wprowadzenie pomiędzy nie dodatkowego namysłu. Pierwszy poziom sądu w tej metodzie dzieje się automatycznie — to nasza emocjonalna reakcja na bodziec. Może to być na przykład współczucie, gdy empatycznie odczytujemy w kimś smutek. Drugi poziom sądu to ponowny namysł nad sytuacją, już nie automatyczny, ale świadomy. Analizujemy sytuację i sprawdzamy, czy emocjonalne wezwanie ma rację bytu. Jeśli tak — podążamy za nim, jeśli nie — zmieniamy reakcję. W ten sposób możemy powstrzymać wkroczenie w czyjąś prywatność dyktowane impulsem emocjonalnym.

Ta praktyka jest trudna i wymaga świadomego trenowania, ale może przynieść rezultaty nie tylko w obszarze relacji i prywatności, lecz szerzej — we wszelkich sytuacjach, które wyzwalają w nas reakcję emocjonalną.

Praca nad intymnością jest najbardziej organiczna ze wszystkich. Dwa kierunki, które sugeruję praktykować, to słuchanie i zaufanie. Praktyka słuchania to dbanie o to, by słuchać więcej, niż mówić. Istotne jest, by zachować uważność, czyli chłonąć to, o czym informuje nas druga strona, a nie potakiwać, bujając w obłokach. Praktykowanie zaufania to dzielenie się swoimi wrażliwymi stronami z drugim człowiekiem. Tu mogę tylko polecić próbowanie — zmaganie się ze strachem przed oceną i odrzuceniem. Wraz z kolejnymi próbami będzie łatwiej.

Podsumowanie

Balans między empatią a kontrolą jest jednym z najtrudniejszych do osiągnięcia w naszym funkcjonowaniu. Jest też jednym z najbardziej wartościowych — dobrze określony pozwala nam być niezwykłym wsparciem dla bliźniego.
Balans ten wydaje się być osiągalny, jeśli jesteśmy gotowi włożyć odpowiednią ilość pracy i podejść do sprawy w sposób świadomy.

A jak Wy znajdujecie balans między empatią a kontrolą? Czy idziecie z pomocą za podszeptem drobnych sygnałów, czy raczej wstrzymujecie się, by nie naruszyć czyjejś prywatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kontrola

Kiedy wiemy wszystko o wszystkich, wydaje nam się, że jesteśmy najbezpieczniejsi. Możemy przewidywać ich ruchy i zachowania, być zawsze gotowi, by uniknąć zagrożenia lub wykorzystać okazję. Jeśliby się dało być czujnym, moglibyśmy uwolnić się od strachu.

Komu jednak starczyłoby energii?

Zawsze rozglądam się czujnie, przyglądam intensywnie i wsłuchuję w ton głosu. Wszyscy ludzie, którzy są mi choć odrobinę bliscy, są pod stałą obserwacją. Rzadko daję po sobie znać, że coś zauważyłem, ale widzę wszystko. Mój umysł działa jak monitoring osiedlowy – wiele widzi, słyszy, analizuje, ale rzadko naprawdę chroni.

Kto jest w stanie nie przeoczyć niczego?

Przykład

Ta cecha szczególnie wyraźnie manifestuje się w przypadkach relacji damsko-męskich. Moje podejście można by nazwać fiksacją na nastroju drugiej osoby – dziewczyny, która mi się podoba.

Obserwuję ją uważnie. Zwracam uwagę na mimikę, gesty, ton głosu. Na to, czy odpowiedziała na moje „cześć” i czy jej głos brzmiał entuzjastycznie, czy obojętnie.
Czy się uśmiecha? Jeśli tak – i ja mam ochotę się uśmiechać, a mój nastrój leci w górę jak rakieta. Spojrzała na mnie bez uśmiechu i odeszła? Ogarnia mnie czarna rozpacz. Wiem, że świat się kończy, bo ona jest na mnie zła.

Każdy jej gest odczytuję jako sygnał alarmowy w moim systemie monitoringu. Przekazuję sterowanie swoimi emocjami w ręce drugiej osoby, która nie ma nawet pojęcia, że czymś steruje.

To przepis na katastrofę – oddaję kontrolę nad sobą w obce ręce.

Więcej przykładów

Podobne mechanizmy występują w innych przypadkach.

Kiedy ktoś mnie zainteresuje, potrafię spędzić długie godziny na przekopywaniu się przez posty na Facebooku. Sięgam głęboko, jak tylko się da, i staram się wyczytać możliwie dużo informacji – chociażby, czy dziewczę ma chłopaka.

Kiedy wydaje mi się, że coś dostrzegłem u drugiej osoby, zdarza mi się przekroczyć granicę i wtrącić w nie swoje sprawy, poruszając temat, który nie był dla mnie przeznaczony. Pół biedy, jeśli mam rację, ale pomyłki mogą prowadzić do niezręcznych, a nawet konfliktowych sytuacji.

Drastycznie reaguję na zmiany w humorze czy samopoczuciu osób mi bliskich. Jeśli słyszę w głosie mamy zmęczenie czy słabości, reaguję na to, zmieniając swój własny nastrój. Pojawia się wtedy we mnie mieszanina słabości i rozdrażnienia. To kolejny przykład zewnątrzsterowności w praktyce.

Wszystkie te przypadki łączy lęk i potrzeba kontroli.

Dlaczego tak się dzieje?

Skąd się to bierze?

To efekt uboczny lękowego stylu przywiązania.
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo.
W ten sposób możemy uniknąć starcia z osobą zagniewaną, dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Utrzymując czujność i skanując otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń, tworzymy poczucie, że przeciwdziałamy niebezpieczeństwu. Kłopot w tym, że jesteśmy tak wyczuleni, iż zaczynamy dostrzegać zagrożenie wszędzie – nasz system monitoringu staje się przeczulony.
Związujemy poczucie bezpieczeństwa z naszą oceną stanu świata.

Ten mechanizm z dzieciństwa przeradza się w obsesję kontrolowania i unikania rzeczywistych i urojonych zagrożeń, jakie niosą ze sobą ludzie wokół. W jego trybach wszystko może być zinterpretowane jako oznaka niebezpieczeństwa. Każdy może stać się napastnikiem.

Zamiast spodziewanego ukojenia lęku otrzymujemy jego zwiększoną dawkę, która systematycznie skłania nas do odsuwania się od ludzi.

Ograniczenia i wyjątki

Moja czujność jest zarezerwowana dla ludzi mi bliskich – i im ktoś jest bliżej, tym czujniejszą zwracam na niego uwagę. Drugą stroną tej sytuacji jest fakt, że obce mi osoby w dużej mierze ignoruję i nie przywiązuję do nich wagi.

To dość nieintuicyjne podejście, bo przecież ze strony kogoś obcego i niesprawdzonego można by się spodziewać większego zagrożenia niż od bliskiego. Jednak mój umysł spogląda na to inaczej: prawdziwego zagrożenia upatruję w bliskich. Obcy są mi obojętni – a to dlatego, że bliska osoba ma większą moc, by mnie zranić.

Jak to się objawia w relacjach

Są tu dwa ważne aspekty, już opisałem.

Pierwszy to przekraczanie granic i inwazyjne zachowanie.
Choć zazwyczaj jestem skryty i wycofany, bywają sytuacje, w których wyskakuję z śmiałymi tezami, starając się przyciągnąć czyjąś uwagę. Wyciągam wtedy na wierzch potencjalnie negatywne stany, które – jak mi się wydaje – zauważyłem.

Zwykle koncentruję się na negatywnych aspektach, bo tak to u mnie funkcjonuje: postrzegam cierpienie jako pretekst do bliskości – może nawet jako jedyny. Dlatego obsesyjnie potrafię przyczepić się jakiegoś negatywnego stanu, który wykryłem u drugiej osoby.
Nawet jeśli ona nie chce o tym rozmawiać, potrafię trzymać się uparcie, wspominać mimochodem. Staję się namolny i denerwujący.

Każdy człowiek ma potrzebę posiadania strefy prywatności i chronienia jej. Ja, kiedy złapię trop, nie zwracam uwagi na tę granicę, depczę ją – i w efekcie zrażam do siebie ludzi.

Drugi to zewnątrzsterowność.
W relacjach poddaję się zazwyczaj nastrojom i emocjom drugiej strony, dostosowuję się jak kameleon i pozwalam, by mnie prowadzono. To z jednej strony coś, co można nazwać empatią, czasem pomocna, jednak kiedy staje się normą, czyni ze mnie osobę pozbawioną właściwości.

Metaforycznie: jestem lustrem dla drugiego. W lustrze warto się czasem przejrzeć, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie chce w nie bezustannie wpatrywać.

Skoro jestem smutny, kiedy ktoś jest smutny, a radosny, kiedy ktoś jest radosny – to sam nie wnoszę tych stanów. Nie zarażam ludzi swoim nastrojem, nie zachęcam do refleksji, gdy jestem zamyślony.
Z perspektywy relacji to ogranicza moją wartość dla drugiej strony.

Oba te mechanizmy mają mnie chronić przed zagrożeniem, ale zamiast tego stają się źródłem napięcia.

Zakończenie

Nie lubimy być obserwowani, mieć poczucia, że każde nasze potknięcie zostanie zauważone i odnotowane. Życie pod okiem wścibskiego sąsiada to niewielka przyjemność.

Nieustępliwa czujność czasami nas ochroni ale w większości przypadków będzie tylko balastem dla nas i dla naszego otoczenia.

Czy potraficie przymknąć oko i pozwolić sobie nie zauważać?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dlaczego pijemy?

Ludzkie działania są nakierowane na zaspokajanie potrzeb. Kiedy podejmujemy akcję, uważamy, że jej efekt przyniesie nam coś, czego potrzebujemy. Nie zawsze wiemy, jaką potrzebę zaspokajamy, i nie zawsze nasze działania ją zaspokajają. Część decyzji jest podświadoma, część błędna.

Pytanie postawione w tytule ma jakąś odpowiedź dla każdego, kto sięga, sięgnął lub sięgnie po alkohol. Nie zawsze będzie wiedział, dlaczego to robi, ale zawsze stać za tym będzie nadzieja zaspokojenia potrzeby.

Aby zmniejszać obecność alkoholu w społeczeństwie, musimy zrozumieć motywacje, jakie skłaniają ludzi do sięgania po niego, oraz rozpoznać potrzeby, które zaspokaja – tak, byśmy mogli zaproponować alternatywy.

W tych rozważaniach rozpoznaję dwa oddziałujące na siebie elementy. Pierwszy to wspomniana już potrzeba. Jednak potrzeba może być zaspokojona na wiele sposobów. To, który sposób wybierzemy, zależy od drugiego elementu, który nazywam „zachętą” (dostępność, skuteczność, inne potrzeby zaspokajane przy okazji etc.). Do zachęt wrócę w kolejnych odcinkach podcastu.

W tekście będę łączył rozważania z poziomu społeczeństwa i kultury z rozważaniami na poziomie indywidualnym oraz systemowym. Celem jest zaprezentowanie kluczowych powodów do spożywania oraz zaproponowanie szerokiego spektrum alternatyw. Choć operuję skoncentrowany na przykładzie alkoholu, większość propozycji odnosi się z równym powodzeniem do innych narkotyków.


Metodologia SUMM

Na potrzeby tego artykułu wybrałem metodologię SUMM, tak jak ją zdefiniowano w następującej publikacji:
Roberta Biolcati, Stefano Passini,
Development of the Substance Use Motives Measure (SUMM): A comprehensive eight-factor model for alcohol/drugs consumption.
Wszelkie tłumaczenia z angielskiego oryginału są moje.

Wybrałem ją ze względu na szeroką grupę definiowanych powodów i dostępność szczegółowych pytań, które korelują z konkretnymi powodami. Metodologia odnosi się zarówno do alkoholu, jak i innych substancji psychoaktywnych.

SUMM definiuje osiem kategorii powodów do zażywania substancji:

  • wzmocnienie,
  • społeczne,
  • dostosowanie się,
  • przeciwlękowe,
  • przeciwdepresyjne,
  • sposób na nudę,
  • samorozwój,
  • wydajność.

Nie wszystkie mają zastosowanie do alkoholu. Dwie ostatnie wydają się mało istotne, gdy chodzi o tę substancję. Motyw samorozwoju kojarzę z psychodelikami (np. LSD), a motyw wydajności – ze stymulantami (np. amfetamina). Pominę je w dyskusji poniżej. Ich opis można znaleźć w cytowanym materiale źródłowym.


Społeczne (Social)

Cztery powody kryjące się za tą kategorią to:

  • Żeby być towarzyskim.
  • Jako celebrację/świętowanie.
  • Bo taki jest zwyczaj.
  • Bo pomaga mi cieszyć się przyjęciem.

Rozważania o tej ścieżce połączę z kolejną.


Dostosowanie (To fit in)

Charakteryzuje się następującymi motywami:

  • By nie czuć się wykluczonym.
  • By być lubianym.
  • Bo moi przyjaciele mnie do tego nakłaniają.
  • By dopasować się do grupy, którą lubię.

Chcę je zaadresować łącznie, bo wiele alternatyw jest adekwatnych dla obu. Są one zbliżone do siebie. Niektóre elementy zazębiają się: efekty społeczne dominują w starszym wieku, dostosowanie – w młodszym. Choć odpowiedniość nie jest idealna, omówmy je łącznie.

Zmiana w tej kategorii spoczywa głównie na naszych barkach, bo to nasze wybory determinują, jaki jest klimat kulturowy i społeczny, jeśli chodzi o używanie alkoholu. Opcji, co wybierać, jest wiele.

Najprostsza to bezalkoholowe zamienniki. Możemy nie zmieniać nic w sytuacjach społecznych i grupowych, poza tym, że wino będzie bezalkoholowe. Bezalkoholowe wesela, urodziny i inne okazje są możliwe i praktykowane. Im więcej ludzi będzie dokonywało takich wyborów, tym mniejsza presja społeczna na używanie alkoholu.

Dla małych spotkań nastawionych na socjalizację możemy znaleźć inspirację w innych kulturach. W basenie Morza Śródziemnego popularna jest kawa jako centrum małych rytuałów społecznych – wieczornych spotkań, szybkich wypadów po pracy, spędzania czasu w leniwy dzień ze znajomymi. W krajach azjatyckich taką alternatywą jest herbata. Opcji jest sporo. Możemy je wybierać, zachowując społeczny charakter spotkań, rugując z nich niezdrowy i otumaniający alkohol. Jakość rozmów przy herbacie będzie wyższa niż przy alkoholu.

Kultura to coś, co my tworzymy, a nie coś, co jest nam narzucone. Nasze wybory ją kształtują i spoczywa na nas odpowiedzialność za jej kształt. W naszych decyzjach zawiera się siła, by społeczne powody do picia zmienić, ograniczyć lub zlikwidować.

Wspomnę na marginesie, bo w tym artykule interesują mnie raczej pozytywne rozwiązania, że wpływ na ten aspekt będą miały także polityka cenowa (akcyza), dostępność alkoholu oraz upowszechnianie wiedzy o jego rakotwórczości – nawet w niewielkich dawkach – i o tym, że nie istnieje coś takiego jak „bezpieczna dawka”.

Przeciwlękowe (Anxiety-Coping)
Za działaniem przeciwlękowym kryją się cztery powody do zażywania:

  • By się zrelaksować/rozluźnić.
  • By czuć się bardziej pewnym siebie.
  • Bo pomaga mi, gdy czuję się zdenerwowany.
  • By zmniejszyć lęk.

Tu rozważania połączę z kolejną kategorią:

Przeciwdepresyjne (Depression-Coping)
Działanie przeciwdepresyjne to następujące powody:

  • By się rozweselić, gdy mam kiepski nastrój.
  • Bo pomaga mi, gdy mam depresyjny nastrój.
  • By wyłączyć negatywne myśli o sobie samym.
  • By przestać ruminować.

W tych kategoriach najsilniejszą konkurencją, choć równie albo bardziej toksyczną, dla alkoholu są… inne narkotyki. Nie są dobrą alternatywą, ale są alternatywą. Większość opioidów ma działanie przeciwlękowe i przeciwdepresyjne. Kwestia wyboru substancji zależy w dużej mierze od „zachęt”.

Alkohol jest łatwiej dostępny i tańszy (szczególnie w Polsce), ale działa tylko przez 45 minut do godziny, podczas gdy opioidy działają nawet kilkanaście godzin. Po uwzględnieniu, że dla uzyskania tego samego efektu trzeba zażyć wiele dawek alkoholu, kwestia kosztu może nie być tak oczywista.

Opioidy będą miały generalnie silniejsze działanie w tych obszarach.
Opioidy nie będą powodować tak silnych objawów zatrucia, ale są dużo łatwiejsze do przedawkowania i spowodowania bezpośredniego zgonu.
Są też silniej uzależniające niż alkohol, a objawy ich odstawienia są częstokroć znacznie silniejsze.

W jakimś sensie jest to wybór jak między dżumą a cholerą — obie alternatywy są niszczycielskie. Narkotyki nie stanowią zdrowej alternatywy dla alkoholu, co więc może nią być?

Zdrowe alternatywy w radzeniu sobie z lękiem i depresją są liczne i zależą od stopnia nasilenia objawów.

Dla silnych objawów mających znamiona choroby zdrową alternatywą jest leczenie psychiatryczne.

Niestety choroby psychiczne są nadal tematem tabu w naszym społeczeństwie, które krzywdzi wiele osób poprzez zniechęcanie ich do poszukiwania pomocy, wywoływanie wstydu i strachu przed osądem społecznym. Jest istotne, byśmy my, jako członkowie społeczeństwa, pracowali nad roztrzaskaniem tego tabu w drobny mak!

Od nas zależy, czy będziemy mówić o chorobach psychicznych z należytą otwartością, czy nie będziemy oceniać (także podświadomie) osób leczących się psychiatrycznie, czy będziemy rozmawiać z dziećmi i bliskimi o tych chorobach. Normalizacja tych zjawisk leży w naszych rękach!

Za wysiłkiem społecznym powinien iść wysiłek systemowy i finansowy. Potrzebne jest zwiększenie dostępności psychiatrów i psychoterapeutów refundowanych przez NFZ. Wykluczenie z systemu ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na prywatną psychoterapię czy leki zapisywane przez psychiatrów, jest niebezpieczną niedorzecznością.

W przypadku lżejszych objawów, gdy nie ma znamion choroby, kluczowa jest rola edukacji. Zarówno edukacja dzieci, jak i dorosłych ma znaczenie. Potrzebujemy zajęć z psychologami w szkołach, by uczyć młodych ludzi, jak radzić sobie z lękiem i smutkiem. Należy ich uczyć technik relaksacyjnych, medytacyjnych i innych, które w zdrowy sposób przynoszą ulgę od tych trudnych emocji. Przestrzegałbym tutaj przed stwierdzeniami typu: „Rodzice powinni uczyć dzieci takich rzeczy”. Mało który rodzic ma kompetencje, by to zrobić. To jak z pływaniem — niektórzy rodzice potrafią nauczyć swoje dzieci pływać, niektórzy nie, ale właściwie żaden rodzic nie jest w stanie nauczyć dziecka pływać tak dobrze, jak zrobi to profesjonalny instruktor. Nie ma powodu, by do kompetencji psychologicznych i emocjonalnych stosować niższy standard!

Choć nas, dorosłych, nikt tego nie uczył, nic straconego! Mamy zdolność i szansę, by zdobyć te kompetencje. Stworzenie przestrzeni dla psychoedukacji dorosłych jest szansą na poprawę jakości życia wielu osób. Optymalnie byłoby, gdyby była ona niewykluczająca i dostępna dla różnych warstw społeczeństwa.

Tutaj przestrzegałbym przed zakładaniem: „Ja nie potrzebuję, ja już to potrafię”. Może tak faktycznie jest, ale warto to sprawdzić, bo a nuż się mylimy.

Osobny element edukacyjny, który jest w mojej opinii ważny, to edukacja filozoficzna dzieci i dorosłych. Fundamentalnie chodzi o to, by uczyć się budowania poczucia sensu, stawiania pytań o sens życia, pracy z przekonaniami i wartościami. Nie chodzi o wykład z historii filozofii, tylko o podejście praktyczne, jak je stosowano w antycznej Grecji i Rzymie — filozofia jako konkretna i praktyczna sztuka życia.

Aktywności tego typu mogą stanowić uzupełnienie pracy psychologicznej i prowadzić do podniesienia jakości życia, obniżenia poziomu lęku i poprawy samopoczucia.


Sposób na nudę (Boredom-Coping)
Za tym punktem kryją się następujące cztery powody:

  • By mieć coś do roboty.
  • By rozproszyć nudę.
  • Bo nie mam nic lepszego do robienia.
  • By spędzić czas.

Ten powód wydaje się być trywialny, ale jest całkiem częsty. Tutaj plasują się osoby, które piją dwa piwa po pracy, przed zaśnięciem — po to, by przeczekać. Czasem oglądają przy tym mecz, film czy serial. Chodzi o to, by zagospodarować kawałek czasu, na który nie ma pomysłu.

Naturalnymi alternatywami są w tym przypadku inne pomysły na spędzanie czasu. Oczywiście nie może się to ograniczać do produkowania list alternatyw — chodzi o to, by te alternatywy były dostępne tak fizycznie, jak i mentalnie dla zainteresowanych. Przykładowo: świetnie jest mieć salę koncertową pięć minut od domu, ale jeśli nie mam żadnego doświadczenia z muzyką klasyczną, to będzie to dla mnie marna opcja.

Dostępność miejsc dla dzieci i dorosłych, gdzie można pograć w gry (minigolf etc.) czy potańczyć do skocznej muzyki — a wszystko to bez komponentu alkoholowego — to świetny sposób na spędzanie czasu. Szczególnie potańcówki — mężczyznom w naszej kulturze przydałby się trening odwagi, by byli zdolni tańczyć bez oszałamiania się alkoholem.

Zwiększony dostęp do miejsc kultury, czyli teatrów, kin i sal koncertowych, jeśli zostanie połączony z odpowiednią edukacją przygotowującą widza do konsumowania serwowanej tam sztuki, będzie świetną alternatywą.

Większe atrakcje, takie jak ogrody zoologiczne, muzea i parki rozrywki, mogą być świetnymi na spędzanie czasu w dni wolne, kiedy jest go więcej do zagospodarowania. Warto rozważyć, by nie było w tych miejscach alkoholu, szczególnie jeśli są finansowane ze środków publicznych (na was patrzę, moje kochane ogrody zoologiczne!).

No i wreszcie — edukacja młodzieży i aktywizacja dorosłych to elementy, które powinny uzupełnić system. Promowanie czytelnictwa może samo w sobie znacząco pomóc w przeciwdziałaniu nudzie. Wszelkiego rodzaju warsztaty kreatywne, takie jak malowanie czy granie na instrumentach, mogą być cenne, o ile nie stają się kolejnym pretekstem do picia.

Wzmocnienie (Enhancement)
Za pojęciem wzmocnienia kryją się cztery powody:

  • Bo to dobra zabawa.
  • Bo to ekscytujące.
  • Aby osiągnąć haj.
  • Bo sprawia, że czuję się dobrze.

To popularny powód stojący za zażywaniem alkoholu i innych narkotyków. Celem są różne formy odczucia przyjemności. Całej złożoności tego motywu nie omówię dziś, ale wrócę do niego w przyszłości.

Jest to najtrudniejszy do zastąpienia efekt działania. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że alkohol powoduje trzykrotnie wyższy wyrzut dopaminy niż seks, a metamfetamina wywołuje dziesięciokrotnie większy — czyli zażycie tych substancji jest odpowiednio trzy- i dziesięciokrotnie bardziej przyjemne niż orgazm — to dojdziemy do wniosku, że nie mamy do zaoferowania żadnej równie intensywnej, zdrowej alternatywy.

W starciu na chwilowe odczucie przyjemności nigdy nie wygramy z narkotykami. Aby osiągnąć postęp na tym polu, musimy przedefiniować zasady gry.

Sposobem na to jest edukacja, tym razem w sztuce odraczania gratyfikacji. Choć w odczuciu przyjemności „tu i teraz” alkohol i inne narkotyki są bezkonkurencyjne, to jednak wypadają bardzo blado, gdy zastanowimy się nad odczuciem długoterminowym. W skrócie — za przyjemność zażycia substancji płaci się cierpieniem dnia następnego i w kolejnych (czasem po latach).

Trwałym sposobem na osłabienie wzmacniającego charakteru narkotyków jest nauczenie dzieci i dorosłych, by przykładali większą (odpowiednią) wagę do odroczonej gratyfikacji. Wiele technik medytacyjnych i mindfulnessowych może przyjść z pomocą.

Jest jeszcze jedna ścieżka — dość niszowa, ale dla niektórych osób obiecująca — ścieżka sportów ekstremalnych. Chodzi o zastąpienie dopaminy adrenaliną, której narkotyki zwykle nie wyzwalają. Tutaj stawiamy przeżycie czegoś ekstremalnego ponad zażycie substancji. Jednak dla osób z awersją wobec ryzyka nie będzie to dobre rozwiązanie.


Ścieżki, równoległość, zmienność
Jest kilka obserwacji, które nasuwają się przy rozważaniu powyższych powodów.

Pierwsza: kilka powodów może występować równocześnie. Mogę sobie wyobrazić, że „wzmocnienie” i „przeciwlękowe” jednocześnie są potrzebami, które zaspokaja alkohol. Jedna z nich może być dominująca albo mogą być równorzędne. Współistnieć może też więcej niż dwie.

Druga: powody mogą być zmienne w czasie — zarówno w skali całego życia (za młodu mam inne powody niż na starość), jak i w skali dni czy tygodni (w środę mogę mieć inny powód niż w sobotę; w Sylwestra piję z innego powodu niż na urlopie w sierpniu).

Trzecia: powody mogą podążać pewnymi ścieżkami w trakcie życia. Niektóre z nich są „powodami wejścia”, czyli dla nich zaczynamy pić, ale kontynuujemy ten proceder już z innych. Mogą się one także zapętlać, gdy wracamy do powodów, które motywowały nas w przeszłości.

Przykładowo, moja ścieżka przedstawiała się następująco:
Zacząłem od powodów społecznych i dostosowania się. Szybko dołączyło do nich działanie przeciwlękowe. Z czasem społeczne i dostosowanie się zanikały, ale weszło do gry także wzmocnienie. Nieco później, kiedy zacząłem pić w samotności, radzenie sobie z nudą stało się istotne. Pod koniec wzmocnienie i radzenie sobie z nudą zanikły, ale weszło działanie antydepresyjne, które paradoksalnie „leczyło” depresję przez alkohol wywołaną.

Wielu ludzi przechodzi prostszą ścieżkę. Na przykład zaczynają od działania społecznego i na nim poprzestają do końca życia. Możliwych układów jest wiele.


Podsumowanie
Powody do sięgania po alkohol i potrzeby, które próbujemy nim zaspokajać, są bardzo różnorodne. Kilka z nich może ze sobą koegzystować, nawzajem się umacniając.

Jeśli chcemy skutecznie ograniczyć spożycie alkoholu, musimy zaadresować kluczowe z nich i zaproponować realne alternatywy. To, w połączeniu z dobrą komunikacją o konsekwencjach picia, może być strategią prowadzącą do trwałej zmiany.

Pozostaje jeszcze kwestia „zachęt”, które umacniają alkohol jako sposób na realizację potrzeb. Im także musimy się przyjrzeć, by tworzyć dobre strategie.

Zostawię was dziś z kilkoma pytaniami, na które odpowiedzi mogą być dla was ciekawe:

  • Dla którego z tych powodów Ty pijesz?
  • Czy tylko dla jednego, czy dla wielu?
  • Czym możesz zastąpić alkohol w zaspokajaniu tej potrzeby? Może warto spróbować jakiejś alternatywy?

Dlaczego pijemy? (Podcast)

Dziś zapraszam do obejrzenia trzeciego już odcinka podcastu Premeditatio Bonum.

Rozprawiam w nim o powodach dla których spożywamy alkohol i potrzebach do których zaspokajania jest on używany.

Celem jest rozpoznanie co musimy zaoferować, by skutecznie konkurować z ofertą jaką alkohol niesie swoim użytkownikom.

W ramach eksperymentowania, za tydzień ukarze się na blogu pisemna wersja tego odcinka – uładzona i zredagowana – dla tych z was, którzy preferują lekturę!

Zachęcam do słuchania, komentowania, subskrypcji kanałów i dawania łapek w górę!

YouTube: https://youtu.be/tV42w19F0AQ

Spotify: https://open.spotify.com/episode/651n2MkrynubcdVfzjKzmF?si=AelzfsrXRge_JPnaNB9M-g

Strona bloga i podcastu na Facebooku: facebook.com/PremeditatioBonum

Empatia

Odkąd pamiętam, wolałem słuchać niż mówić. Uwielbiam zagłębiać się w czyjąś opowieść. Wyczulić się na niuanse głosu: kiedy się wzniesie, a kiedy zadrży. Chciwie wpatruję się w oczy i mimikę opowiadającego. Tyleż można wyczytać z tych wszystkich znaków! Im więcej potrafiłem odczytać, tym czułem się bezpieczniej, strach malał.

Dzięki temu mogę wskoczyć w buty opowiadających, poczuć ich emocje, zobaczyć świat z ich perspektywy. Mogę ich zrozumieć, mogę się stać dla nich lustrem.

Nie zawsze wiem, jak pomóc albo nawet jak zareagować, ale zwykle wiem, jak dopasować się do drugiej osoby tak, by poczuła się wysłuchana i zrozumiana. Z łatwością staję się empatycznym kompanem, przez którego można przepuścić nawet najtrudniejsze zmartwienia.

Przykład(y)

Ciężko jest mi podać jeden przykład. Zamiast tego przytoczę kilka ogólniejszych sytuacji, w których empatia się objawia.

Trudny dzień w pracy. Kiedy ktoś ze znajomych ma naprawdę ciężki dzień, potrafię to dostrzec. Choć zazwyczaj nic nie mogę z tym zrobić, mogę tej osoby wysłuchać i pobyć z nią chwilę.

Zmęczenie. Zauważyłem, iż łatwo mi rozpoznać u innych objawy zmęczenia. Niezależnie od tego, jakie są ich przyczyny, są pewne znaki, na które zwracam uwagę. Ponownie, niewiele mogę z tym zrobić, ale mogę wesprzeć dobrym słowem.

Słuchacz. Z moim mówieniem bywa różnie, ale ze słuchaniem jest właściwie zawsze dobrze. Potrafię to jak mało kto. Czy jest to zabawna historyjka, czy trudny temat wymagający uwagi, bliskie osoby znajdą we mnie przyjazne i cierpliwe ucho.

Po prostu być. Bywa, że najlepsze, co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu być. Nic nie mówić, niczego nie robić. Ja się do tego świetnie nadaję – jestem cichym, ale obecnym kompanem na momenty smutku i zadumy.

Skąd to się bierze?

To może zaskoczyć, ale jest to efekt uboczny lękowego stylu przywiązania!
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo. W ten sposób możemy uniknąć starcia z zagniewaną osobą, możemy dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Ten mechanizm z dzieciństwa przekłada się na szczególne wyczulenie na stany innych w dorosłości. Nadal szukamy tych samych zagrożeń emocjonalnych, których wypatrywaliśmy kiedyś, ale teraz możemy użyć naszych obserwacji, by nieść innym wsparcie, a nie tylko unikać niebezpieczeństwa.
To, co kiedyś miało chronić, może zacząć łączyć – tak z lęku rodzi się empatia jako dojrzałe zastosowanie lękowej czujności.

Ograniczenia i wyjątki

Żaden zmysł nie jest doskonały. Także i moja empatia może zawieść. Nieraz zdarzało mi się pomylić i błędnie rozpoznać czyjś stan emocjonalny, co skutkowało nietrafionymi działaniami z mojej strony. Zwykle nie prowadzi to do poważnych konsekwencji, ale bywa niezręczne.

Z powyższego wynika też, że niejednokrotnie nie korzystam ze swojej empatycznej intuicji, czyli rozpoznaję pewien stan innej osoby, ale nie poruszam tematu. To próba uniknięcia pomyłki poprzez niepodejmowanie ryzyka. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy intuicja dotyczy spraw błahych lub takich, w których nie mam nic do zaoferowania.

Podobna wstrzemięźliwość zwykle (choć nie zawsze) towarzyszy mi w przypadku spraw prywatnych lub intymnych. Kardynalny przykład: kiedy mam podejrzenia, że jakaś znajoma kobieta jest w ciąży. Nawet jeśli mam 99% pewności, że tak jest, nie poruszę tego tematu, póki sama o tym nie wspomni.

Jak to się objawia w relacjach?

Szybko i bez tłumaczenia potrafię wyczuć, w jakim stanie jest osoba, z którą rozmawiam. Zazwyczaj nie trzeba mi nawet mówić, że jest się smutnym, szczęśliwym czy zmęczonym – ja już to wiem. To przekłada się też na szybsze dostosowanie się do sytuacji i adekwatną do niej reakcję.

Nie kwestionuję odczuć i emocji drugiej osoby. Nie mówię żadnych: „A dlaczego miałoby ci być smutno?”, „Czym ty możesz być zmęczona?”. To, że mogę wejść w buty osoby, z którą rozmawiam, sprawia, że tego typu odzywki nie mają dla mnie sensu.

Moja reakcja i zachowanie (o ile sytuacja mnie nie przerasta) są dobrze dopasowane do rozmówcy. Nie zbaczam z tematu, nie mówię bez związku, trzymam się tego, co druga strona czuje i okazuje. Dzięki temu łatwo jest się przede mną otworzyć i wygadać. Dodatkowo lubię słuchać, i ludzie to dostrzegają, co jeszcze bardziej ułatwia otwieranie się.

Zakończenie

Uwielbiam słuchać. Bardzo lubię pomagać – a pomaganie musi wypływać ze zrozumienia. Dlatego wolę milczeć i chłonąć to, co mają do powiedzenia inni. Potrafię to robić, bo praktykuję.

Jak długo jednak można się w milczeniu przysłuchiwać i przyglądać? Kiedy przyjdzie ten czas, gdy druga strona poczuje się nie tyle wysłuchana, co raczej śledzona?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dopiski do drugiego odcinka podcastu

Najważniejsze punkty z drugiego odcinka podcastu:
https://youtu.be/mc2F3J10tcQ
https://open.spotify.com/episode/3IB5u8v968amWSGgxG7NTt?si=1qjRm3b5QC6UWKUV26dO2A

  1. Kiedy przestałem pić, stałem się gorącym zwolennikiem prohibicji. Uważałem, że wszyscy powinni natychmiast i od ręki zrozumieć, jak szkodliwy jest alkohol, a w związku z tym także przestać pić. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego są tacy oporni…
    Nie chciałem dostrzec, że alkohol – pomimo swej szkodliwości – zaspokaja pewne potrzeby, i że ludzie nie są skłonni tak łatwo tego zaspokojenia oddać.
  2. Na szczęście znam kilka osób i tak się też zdarzyło, że z niektórymi z nich wdałem się w dyskusję na temat prohibicji alkoholowej. Pozwoliły mi one zrozumieć, że mój zapał zealoty był naiwny i że potrzeba mi było głębiej pochylić się nad problemem.
  3. Pierwsza z istotnych myśli to ta, że prohibicja będzie skuteczna wtedy, kiedy nie będzie potrzebna – czyli gdy spożycie spadnie do poziomu, przy którym będzie można przezwyciężyć opór społeczny, a skutki obecności alkoholu będą tak małe, że zakaz nie będzie miał większego znaczenia.
  4. Druga myśl to ta, że ludzie piją w konkretnym celu – ten narkotyk zaspokaja konkretne i realne potrzeby osoby go zażywającej. Byłoby naiwnością twierdzić, że jest inaczej.
    Jakie to potrzeby? Interesująca jest lista zawarta w poniższym artykule:
    https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S2352853219300963?utm_source=chatgpt.com

Zawiera osiem głównych punktów (tłumaczenie moje):

  • wzmocnienie doznań
  • więzi społeczne
  • chęć przynależenia
  • przeciwlękowo
  • przeciwdepresyjnie
  • radzenie sobie z nudą
  • samorozwój
  • wydajność

Każda z tych kategorii ma po cztery podpunkty, które konkretyzują, co za nimi stoi. Nie będę tutaj przechodził przez nie wszystkie, ale temat ten podejmę wkrótce, jako że rozwikłanie, co może być zastępnikiem dla alkoholu w każdej z tych funkcji, jest kluczowe dla wytyczenia drogi do stopniowego usuwania alkoholu z naszej kultury i społeczeństwa.

  1. Trzecia myśl to: znaleźliśmy alternatywy dla azbestu, znajdziemy i dla alkoholu.
    To metaforyczne porównanie sytuacji z azbestem (eternitem) do alkoholu.
    Póki azbest jest na dachach, niektórzy ludzie będą umierać na raka. Jednak innym ludziom będzie sucho i ciepło – ich potrzeba schronienia będzie zaspokojona. Czy powiemy o tych pierwszych: „Trudno, niech umierają, eternit zostaje”? Czy raczej: „Pozbądźmy się azbestu, ale znajdźmy alternatywę, która osłoni innych przed deszczem i zaspokoi ich potrzebę schronienia”?

Póki alkohol jest akceptowany w naszym społeczeństwie, póty ludzie będą się uzależniać, umierać na raka czy ginąć w wypadkach spowodowanych przez pijanych. Z drugiej strony inne osoby będą miały rozrywkę, odprężenie, dawkę przyjemności, wsparcie w relacjach. Czy stwierdzimy o tych pierwszych: „Trudno, niech chorują i umierają”? Czy raczej powiemy: „Pozbądźmy się alkoholu z naszej kultury, ale znajdźmy zdrowe zamienniki, które zaspokoją potrzeby reszty – tam, gdzie to tylko możliwe”?
Znaleźliśmy alternatywę dla azbestu, znajdziemy i dla alkoholu!

  1. Czwarta myśl to: żabę trzeba gotować powoli – jeśli spróbuje się ją wrzucić na wrzątek, ucieknie z garnka.
    Ludzie źle reagują na gwałtowne zmiany, ale do drobnych przyzwyczajają się dość łatwo. Jeśli chcemy uniknąć buntu i gwałtownego starcia z obrońcami alkoholu, to restrykcje najlepiej wprowadzać systematycznie i stopniowo. Zamiast prohibicji – systematyczne podnoszenie, rok w rok, akcyzy i zmniejszanie liczby punktów sprzedaży alkoholu.
    Tu powinna być informacja o skutkach podnoszenia akcyzy, ale nie zdążyłem jej przygotować. Wrócę do tematu w przyszłości.
  2. Ostateczny wniosek jest taki, że jeżeli chcemy trwale i skutecznie ograniczyć spożycie, musimy zaoferować zdrowe alternatywy dla alkoholu, które pozwolą stopniowo wypierać ten narkotyk z naszej codzienności.

Opoka / Król Lodu

Stabilność emocjonalna jest piękną cechą charakteru. Pozwala nam być wsparciem dla naszych bliskich w chwilach próby. Czyni nas godnymi zaufania, bezpiecznymi przystaniami dla tych, których kochamy.

Wszyscy odczuwamy emocje, wszyscy mamy uczucia. Komunikowanie tych stanów jest ważne dla zrozumienia między ludźmi. Choć nie chcemy wylewać emocji, chcemy, by bliscy rozumieli, co przeżywamy.

Stabilność emocjonalna może wynikać z dwóch przyczyn: wytężonej pracy nad naszymi przekonaniami, która pozwoliła nabrać dystansu do źródeł emocji, lub z zimnego odcięcia się od ich przeżywania. Pierwsza droga pozwala nam utrzymywać spokój i szczerze komunikować emocje oraz uczucia. Druga tworzy fasadę spokoju, która staje się blokadą dla bliskości.

Dostrzegam u siebie siłę w sytuacjach emocjonalnie trudnych. Mogę stanowić opokę dla moich bliskich w chwilach próby. Nie załamuję się pod wpływem zaskakujących wydarzeń, panika nie ma do mnie przystępu. Jestem wsparciem i siłą.

Jednak siła ta płynie z zimnego miejsca, ze zbroi Króla Lodu, która odcina emocje, nie pozwalając im się ujawnić. To czyni mnie zimnym w emocjonalnym dotyku. To sprawia, że ludzie chcą trzymać ode mnie dystans. Choć czasem nie pragnę niczego bardziej niż bycia przytulonym, mój pancerz utrzymuje innych na odległość.

Jak to się łączy

Muszę odnotować, że pojęcia emocji będę używał w wąskim sensie. W tym sensie emocją jest strach, złość, euforia. Emocjami nie są miłość, stres, nienawiść itd.

Silna potrzeba niedoświadczania emocji i odporności emocjonalnej może być rozumiana jako element unikającego stylu przywiązania. To sposób na nieprzyciąganie uwagi otoczenia, kamuflaż. Kiedy wyrażamy swoje emocje, pokazujemy je światu. Ludzie wokół nas kierują się ku nam, by zbadać charakter i źródło naszych emocji.

Wszyscy miewamy obawy przed ekspresją naszych emocjonalnych przeżyć i pewne sposoby wyrażania emocji są nieakceptowalne. Emocje wylewające się z nas nieustannie sprawiają, że otoczenie obojętnieje na nie. Uczymy się więc je ograniczać, wybierać, kiedy chcemy je głośno wyrazić, tak by uzyskać maksymalny efekt – trenujemy wyzwalanie emocji proporcjonalnie do poziomu zagrożenia lub szansy.

To zdrowy mechanizm regulacji emocjonalnej, skutecznej selekcji tych emocji, których przyczynę możemy ogarnąć sami, oraz trud poszerzania spektrum emocji, które są dla nas do ogarnięcia.

Kiedy wyrażamy emocję, jest to sygnał dla naszego otoczenia, że potrzebujemy wsparcia – bo nie ze wszystkim, co emocję wyzwala, możemy uporać się w pojedynkę. Ekspresja emocjonalna w kluczowych momentach pozwala nam szybko zakomunikować potrzebę wspierającemu otoczeniu.

Problem pojawia się, gdy lęk przed przyciągnięciem uwagi i odrzuceniem sprawia, że uczymy się skrajnego blokowania swej ekspresji emocjonalnej. Przestajemy komunikować emocje, chyba że wyleją się z nas niekontrolowanie. W tym procesie odcinamy do nich dostęp nie tylko otoczeniu, ale także sobie. Przed sobą też musimy je ukryć, stłumić, zatrzymać w podświadomości. Przez to tracimy z nimi kontakt i możliwość głębszej pracy.

Emocje są naturalnym działaniem ludzkiego umysłu – nie można ich całkowicie wyeliminować. Można z nimi pracować, lepiej je zrozumieć i poznać mechanizmy konstruktywnego ich wyrażania i przetwarzania. Jednak to możliwe tylko wtedy, gdy nie staramy się ich tłumić.

Gdzie jestem

Obie strony tej cechy występują w moim życiu. Pytanie brzmi: gdzie się znajduję na spektrum między nimi?

Oceniam, że obecnie jestem przechylony w stronę Króla Lodu, przy czym moja zbroja systematycznie się topi. Od czasu, gdy przestałem pić i zacząłem odzyskiwać kontakt ze swoimi emocjami, powoli przesuwam się w stronę stabilności emocjonalnej, od emocjonalnego zblokowania. Zblokowanie jest silne w sferze emocji romantycznych oraz złości.

Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej unaocznić sytuację.

Pierwszy przykład z relacji damsko-męskich. Jest mi trudno okazać kobiecie, że czuję do niej pociąg. Zachowuję nadmierny dystans, jestem powściągliwy i opanowany, tak że sprawiam wrażenie kogoś, kto chce się kumplować. Mówienie chłodnym, opanowanym głosem, bez mimiki: „Hej, pięknie wyglądasz!” jakoś nie przynosi sukcesów.

Drugi przykład to gniew, który ma ciekawą dynamikę u mnie. Zazwyczaj kompletnie go nie okazuję, choć przewija się w moim wewnętrznym dialogu – chociażby, gdy przeklinam kierowcę, który zajechał drogę. Czasem jednak jakby się ulewa. Objawia się to lekką zmianą w głosie, pojawieniem się szorstkości. Czuję się wtedy jak pokrywka, pod którą buzuje gotująca się woda – jeszcze wrzątek się nie wylał, ale już tryskają kropelki, które mogą zaboleć.

Trzeci przykład to budząca nadzieję łatwość, z jaką przychodzi mi radowanie się. To nowość, coś, co rozwija się od kilku lat. Coraz częściej i chętniej jestem skłonny się śmiać i cieszyć towarzystwem. Jest mi łatwiej być w grupie, rozmawiać i żartować. To osiągnięcie ostatnich czasów i zapowiedź pięknych zmian w przyszłości!

Aby lepiej zrozumieć jak możemy pracować z tymi zagadnieniami, przedstawię moje rozumienie stanu do którego dążymy.

Optymalny stan

Zdefiniuję kilka etapów, które zbliżają nas do optymalnego stanu. W skrócie można powiedzieć, że to ścieżka zapoznawania się ze swoimi emocjami i ich przebudowy. Zaczną się tu pojawiać pierwsze stoickie nuty.

Etap pierwszy

Do pracy z emocjami niezbędne jest, by być ich świadomym. Dlatego pierwszym krokiem jest usłyszeć emocje. To brzmi prosto, jednak dla niektórych z nas jest skomplikowane.

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do ich tłumienia i odpędzania, że nie nauczyliśmy się ich słyszeć i rozróżniać. Na tym etapie czeka nas nauka emocjonalnego słownictwa oraz cielesnych i myślowych sposobów objawiania się poszczególnych emocji.

Jeśli nauczymy się rozróżniać niepokój od strachu, to już jesteśmy na dobrej drodze.

Etap drugi

Nawet gdy już wiemy, co czujemy, niełatwe jest mówienie o tym. Instynktownie chcemy chronić swój wewnętrzny świat, nie zdradzać go innym, czy to ze strachu, czy ze wstydu.

Umiejętność wypowiedzenia emocji, nazwania ich głośno wobec innych, jest kluczowym elementem rozpuszczania bariery emocjonalnej. Pozwala być lepiej zrozumianym przez drugiego.

Wypowiadanie nie musi zawsze mieć formy słów – cielesna reakcja na emocję także może być jasnym komunikatem.

Etap trzeci

Ten etap wchodzi już w myślenie stoickie. Jego osią jest zrozumienie, które z emocji odnoszą się do rzeczy od nas niezależnych i w jaki sposób. Które z nich odnoszą się do stanów preferowanych (przyjemnych), a które do tych, których chcemy unikać (nieprzyjemnych).

Jest to rozbudowanie wiedzy o emocjach zdobytej w pierwszym etapie. Pogłębiamy niuanse ich zrozumienia i identyfikujemy, z jakich przekonań wynikają i co je wyzwala.

Etap czwarty

Na tym etapie kontynuujemy w ramach myśli stoickiej. Rezygnując ze strategii tłumienia emocji, pozostawiamy pustkę w obszarze zarządzania nimi. W większości sytuacji nie jest to krytyczny problem. Jednak okazjonalnie, gdy emocje są silne, może to prowadzić do wybuchów i reakcji, które przyniosą więcej szkody niż pożytku.

Ćwiczenie dwóch poziomów sądu

Musimy wypracować konstruktywną strategię przetwarzania emocji. W ogólnym zarysie chodzi o to, by dołożyć dodatkowy poziom. Poza instynktowną reakcją, która jest pierwotna i niekontrolowana, dokładamy drugi poziom sądu: racjonalną i rzeczową analizę rzeczy. Dopiero po przeprowadzeniu tejże decydujemy, jak zareagować.

Jest to ćwiczenie dwóch poziomów sądu i powiem o nim więcej w ramach praktycznych metod pracy.

Etap piąty

Ten etap jest pracą na całe życie. Nie powinniśmy się spodziewać, że go wypełnimy przed śmiercią. Naszym zadaniem jest przybliżać się do ideału.

Każda emocja ma swoje źródło w wewnętrznym, nieuświadomionym przekonaniu. Jeżeli przekonanie mówi, że coś od nas niezależnego ma właściwość dobra lub zła, to jest to przekonanie błędne. Według stoików takie przekonania są źródłem emocji (wąsko rozumianych).

Praca stoika polega na wydobywaniu tych przekonań na powierzchnię, poddawaniu ich refleksji i krytyce oraz obalaniu lub podtrzymywaniu – zależnie od tego, czy są logicznie spójne. To praca żmudna i wymagająca, by powtarzać ją regularnie latami.

Naszym ostatecznym celem jest, by wszystkie podświadome przekonania wartościujące odnosiły się tylko do rzeczy zależnych. Kiedy tak się stanie, emocje ustąpią pola konstruktywnym uczuciom, a my staniemy się stoickim mędrcem i zaczniemy lewitować nad resztą ludzkości z uśmiechem na ustach.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Chcę wam zaproponować kilka ćwiczeń, które praktykuję, a które mają pomóc w lepszym zbalansowaniu podejścia do emocji. Niektóre z nich są stoickie, inne ogólne. Żadne z nich nie jest medycznym zaleceniem – nie mam ku temu kwalifikacji. Stosujcie je z rozsądkiem. Jeśli wywołują w was niepokojące objawy, nie brnijcie w nie na ślepo.

Ćwiczenie pierwsze

To ćwiczenie stosuję doraźnie. Kiedy jestem w sytuacji, która – przypuszczam – powinna wywołać emocje, a ich nie odczuwam, próbuję sobie wyobrazić, co powinienem poczuć, i staram się to poczuć.

Może brzmieć zabawnie, ale w momencie, kiedy nasze emocje są silnie odcięte, to sposób, by uzyskać wgląd, a także sposób, by stworzyć pozwolenie na daną emocję na przyszłość.

Sam stosuję to ćwiczenie także po fakcie. Medytuję wieczorem i przypominam sobie sytuację z dnia, w której zgaduję, że umknęła mi jakaś emocja. Wracam tam w wyobraźni i staram się ją przywołać.

Celem ćwiczenia jest zdolność pochwytywania i nazywania emocji, kiedy się pojawiają.

Ćwiczenie drugie

To także doraźne ćwiczenie, które stosuję, kiedy mam ku temu warunki.

Polega ono na tym, że kiedy pojawi się emocja – jeśli ją zauważę i nazwę – staram się ją wyrazić werbalnie i fizycznie. Po pierwsze, głośno wypowiadam jej nazwę. Po drugie, wysławiam tę emocję: okrzyk radości, przekleństwo złości. Po trzecie, fizycznie ją manifestuję: uśmiecham się, podnoszę ręce w geście triumfu, zaciskam pięści w złości. Wszystko to bez czynienia szkody sobie i innym!

Celem ćwiczenia jest utrwalenie pochwytywania emocji, nazywania ich i podstawowego wyrażania.

Ćwiczenie trzecie (dwa poziomy sądu)

To stoickie ćwiczenie, które opiera się na obserwacji dotyczącej natury przetwarzania emocji. Można w owym procesie wyróżnić dwa następujące po sobie etapy.

Pierwszy etap składa się z bodźca, który trafia na podświadome przekonanie. To generuje sąd wartościujący dany bodziec, a owo wartościowanie generuje emocję. Ta część procesu jest nieuświadomiona – dopiero końcowa emocja dociera do świadomości. Tutaj proces może się też zakończyć i po pojawieniu się emocji możemy podjąć standardowe, przypisane jej działanie.

W niektórych przypadkach może zostać uruchomiony drugi etap. Jest on świadomy i polega na zatrzymaniu automatycznej reakcji oraz ponownym rozważeniu sytuacji (bodźca). Zadajemy sobie pytania: co się konkretnie wydarzyło? Jaki wydałem sąd i czy jest on słuszny? Czy działanie, które sugeruje emocja, jest adekwatne? Przewartościowujemy pierwszy impuls i świadomie decydujemy, jak postąpić.

Każdemu z nas takie sytuacje przydarzają się przypadkiem. Esencją ćwiczenia dwóch poziomów sądu jest inicjowanie go z rozmysłem i świadomie – co pozwala podejmować lepsze decyzje, ale też sprawia, że łatwiej będzie nam uruchamiać go w przyszłości. Chodzi o świadome włączenie refleksji przed reakcją emocjonalną.

Ćwiczenie czwarte: praca z przekonaniami

To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszymi emocjami, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i inicjują uczucia.

Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą emocjom. Jak je wewnętrznie uzasadniam?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się wtedy dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy są racjonalne?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.

To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.

Podsumowanie

Choć do wykonania jest wiele pracy, wycofanie i zblokowanie emocjonalne nie jest wyrokiem. Celowa i wytężona praca może przynieść zmianę na lepsze.
Jak zawsze w przypadku tak fundamentalnych zmian trzeba być przygotowanym na to, że proces zajmie lata, a doskonałość może być nieosiągalna.

Uważam, że można roztopić zbroję Króla Lodu, nie przestając przy tym być opoką dla innych, ale jest to zadanie wymagające czasu i wysiłku.

A jak wy traktujecie swoje emocje? Potraficie z nimi żyć, czy raczej odpychacie je w głąb, byle ich nie poczuć?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.