Blog

Dlaczego „praca” przestała mi wystarczać — o nowej wartości: Zabezpieczenie zasobów

W hierarchii wartości, którą buduję i przeglądam regularnie, zachodzą zmiany. Tym razem chodzi o coś więcej niż przesunięcia — chodzi o zmianę kategorii. Zamiast „pracy” — pojawia się „zabezpieczenie zasobów”. Czym jest ta wartość i dlaczego uważam ją za konieczną?

Hierarchia wartości jest strukturą żywą — zmienia się razem z nami. Wraz z nowymi doświadczeniami, ewolucją myślenia i konfrontacją z informacją zwrotną, przekształca się nasze rozumienie tego, co w życiu naprawdę ważne. Z czasem doprecyzowujemy swoje wartości, pogłębiamy ich sens, porządkujemy je na nowo — tak, by lepiej oddawały to, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

W przyjętej przeze mnie etyce — czerpiącej inspirację z myśli współczesnej szkoły stoickiej, szczególnie z dorobku Tomasza Mazura — jedynym prawdziwym dobrem jest refleksyjność. Rozumiem ją jako świadomy namysł nad sobą i intencjonalną, ciągłą pracę nad własnym kształtem. Wszystko inne — wartości, środki, działania — zyskuje znaczenie o tyle, o ile wspiera tę właśnie praktykę życia, tę drogę ku samorealizacji i wewnętrznej wolności.

Uważni czytelnicy mojego bloga być może pamiętają opisywaną tam hierarchię wartości. Jej ostatnią wersję można znaleźć tutaj. W tamtym układzie na piątym miejscu znajdowała się wartość określona mianem „praca” — rozumiana jako działalność zawodowa zapewniająca środki do zaspokojenia podstawowych potrzeb: jedzenia, mieszkania, ubrania.

W ostatnich tygodniach coraz częściej wracałem myślami do nieoczywistego braku w tym zestawieniu: nieobecności zdrowia jako odrębnego składnika. Chciałbym podzielić się refleksjami, które doprowadziły mnie do przedefiniowania tego miejsca w hierarchii i wprowadzenia nowej wartości — „zabezpieczenia zasobów”.

Dlaczego „praca” przestała wystarczać

Podczas niedawnej rozmowy z Andrzejem Bernardynem — nagrywaliśmy odcinek jego podcastu — poruszyliśmy temat obecności (a właściwie: nieobecności) zdrowia w mojej hierarchii wartości. Andrzej zapytał wprost: dlaczego zdrowie się tam nie pojawia? Moja odpowiedź była niespójna. W jej trakcie zorientowałem się, że sam nie wiem, czy i gdzie zdrowie właściwie się mieści w tym systemie. Ta chwila zakłopotania była punktem wyjścia do nowego namysłu nad moją hierarchią.

Pierwsza obserwacja: „praca” pełni w mojej strukturze funkcję odmienną od pozostałych wartości, nie jest celem, lecz koniecznością — umożliwia zdobycie środków do życia, a tym samym realizację innych wartości. Upraszczając: by żyć — muszę pracować. Choć „muszę” to może słowo zbyt mocne, przyjmijmy je jako wystarczająco bliskie prawdzie.

Druga obserwacja: pieniądze, które daje mi praca, nie są jedynym elementem, od którego zależy moja refleksyjność. Są nimi również zdrowie psychiczne i fizyczne, zdolność do koncentracji, dostępny czas. Dobry stan ciała — a szczególnie mózgu, będącego biologicznym nośnikiem procesów refleksyjnych — umożliwia mi sensowne funkcjonowanie.
Zdrowie psychiczne nie tylko wspiera refleksyjność — ono ją wręcz umożliwia. Bez minimalnego poziomu stabilności psychicznej zanika zdolność prowadzenia wewnętrznego dialogu, który jest podstawą samopoznania.

Te dwie obserwacje tworzą obraz gry w zarządzanie zasobami. Codziennie decydujemy, jak wymieniać czas na pieniądze, jak inwestować pieniądze w zdrowie etc. — a stawką tej gry jest zdolność do refleksji.

Wniosek? „Praca” jako odrębna wartość nie oddaje już złożoności tego systemu.

Zabezpieczenie zasobów

Odpowiedzią na te bolączki jest nowa, szersza wartość: „zabezpieczenie zasobów”. Obejmuje ona nie tylko „pracę”, lecz także inne istotne czynniki wspierające refleksyjność. Można śmiało powiedzieć, że w przypadku granicznym, gdy wartość ta jest nieobecna, niemożliwa jest refleksja — jako że niemożliwe jest życie.

Wyróżniam w jej ramach trzy kategorie:

Zasoby materialne — to one kryły się pod pojęciem „pracy” w poprzedniej wersji mojej hierarchii. Zaliczam tu pracę, oszczędności, nieruchomości, majątek wszelki. To, co pozwala mi zapewnić fizyczne przetrwanie mojemu ciału oraz materialne narzędzia i środki, które mogę wykorzystać w praktykowaniu innych wartości.

Zdrowie/witalność — kondycja mojego ciała i dostępne dla niego zasoby energetyczne. Przede wszystkim chodzi o jakość funkcjonowania mojego ciała, w szczególności mózgu. Dochodzi tu także aspekt psychiczny — czy mam energię do podejmowania się zadań?
Oba aspekty zdrowia — fizyczny i mentalny — powinny być zaopiekowane, a nacisk warto położyć na ten drugi, jako istotniejszy dla naszego człowieczeństwa.
Przykład: dla podróżnika dbałość o zdrowie narządów ruchu i ich sprawność jest istotna. Wprawdzie znamy przykłady wspaniałych wędrowców, którzy zdobywali niedostępne regiony pomimo braku władzy w nogach, to jednak niewątpliwie łatwiej podróżować, gdy zachowana jest nasza sprawność.

Czas — zasób, którego nam co dzień ubywa. Choć dbałość o zdrowie zwiększa statystycznie długość naszego życia, w żadnym momencie nie wiemy, ile nam go jeszcze pozostało. Jest to zasób, który możemy tylko wydawać. Decydujemy, jak go zainwestować — i nasza sprawczość sprowadza się do tego, by go rozsądnie używać.

Zdrowie determinuje jakość naszego czasu — oba te zasoby są ze sobą ściśle powiązane.

Żaden z tych zasobów nie stanowi wartości samej w sobie i każdy może, a nawet powinien, być poświęcony, jeśli zagrożone jest dobro lub któraś z wartości.

Miejsce w hierarchii i relacja z pozostałymi wartościami

Pomimo iż zakres tej wartości się rozszerzył, pozostaje ona na piątym miejscu w hierarchii. Kluczowym powodem jest tu obserwacja, że nie wyznacza ona kierunku działania. Może prowadzić do konkretnych akcji (ćwiczenie, zdrowe odżywianie, oszczędzanie), ale nie nadaje kierunku życia. To stawia ją raczej z boku niż poniżej pozostałych wartości — mam więc cztery wartości kierunkowe oraz jedną wspierającą.

Używam tu słowa „wartość” w dwóch znaczeniach. Kierunkowe wyznaczają sens działania — odpowiadają na pytanie, dlaczego coś robię. Wspierające, jak „zabezpieczenie zasobów”, tworzą warunki, by w ogóle móc działać.

Jak ta wartość wspiera inne?

Wolność — zasoby chronią nas przed utratą wolności, szczególnie w jej aspektach zewnętrznych (np. możliwość podróżowania, swoboda wypowiedzi).

Rozwój — wymaga czasu, energii, a czasem także materialnych narzędzi. Trudno się rozwijać, kiedy każdego dnia walczy się o przetrwanie.

Relacje — czas i uważność to fundament każdej relacji — musimy je mieć, by móc je ofiarować drugiemu człowiekowi.

Twórczość — także tutaj czas i uważność są kluczowe. Dodatkowo wiele dziedzin twórczych wymaga zasobów materialnych (instrument, płótno, narzędzia).

Wszystkie te wartości opierają się na podstawowych potrzebach: jedzeniu, schronieniu, odzieniu. Nie są ważniejsze — ale bez nich trudno mówić o ich realizacji.

Pułapki i napięcia

Największą pułapką wartości wspierających jest nadanie jednemu z ich komponentów rangi celu. Gdy środek staje się celem, łatwo o wypaczenie: wypieranie innych wartości, obsesję kontroli, utożsamienie siebie z posiadaniem, zatracenie pierwotnego sensu.

Weźmy pieniądze. Łatwo zapomnieć, że ich zarabianie ma służyć konkretnemu celowi: zapewnieniu bytu i umożliwieniu realizacji wartości. Tymczasem żyjemy w kulturze, która nagradza akumulację: kolejne mieszkania, samochody, przedmioty. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb trudno się zatrzymać — wyznaczamy kolejne progi „wystarczająco” i natychmiast próbujemy je przekroczyć. Wtedy środek zaczyna dominować nad celem. A gdy cel zostaje zjedzony przez środek — tracimy sens.

Także zdrowie może stać się celem samym w sobie — prowadząc do kultu ciała i dominującego motywu życia. Można jednak nadać mu sens jako wartości kierunkowej: dążenia do sprawności, długowieczności czy świadomej obecności w świecie.

Wszystkie te komponenty traktuję jako narzędzia. Ich wartość jest wtórna. To nie one mają nadawać kształt mojemu życiu — i dlatego tak ważne jest, by regularnie sprawdzać, czy nadal służą celowi, któremu miały służyć. Czy nadal wspierają refleksyjność — czy może już ją zastępują

Dlaczego ta zmiana jest ważna

Wprowadzenie tej zmiany pozwala mi uporządkować moją hierarchię wartości i przywrócić jej spójność. Dotąd zdrowie było w niej „pogubione” — rozproszone pomiędzy inne wartości, pojawiające się niejako przy okazji, niedookreślone. Teraz zyskało swoje właściwe miejsce. Nie jako osobna wartość, ale jako jeden z kluczowych fundamentów egzystencji — i który warunkuje możliwość realizacji wartości właściwych.

Ta zmiana pozwala mi lepiej zarządzać swoimi siłami — nie po to, by je pomnażać, ale by tworzyć przestrzeń dla innych wartości. Nie chodzi o wydajność, lecz o wolność. O to, by móc odłożyć troskę i skierować uwagę tam, gdzie toczy się sens życia.

„Zabezpieczenie zasobów” staje się więc nie tylko fundamentem działania, ale warunkiem swobody — swobody od lęku, niepokoju, konieczności ciągłego zabezpieczania się. Kiedy wiem, że mam wystarczająco, mogę przestać o tym myśleć. A to, co się wtedy uwalnia — uwaga, energia, czas — mogę przeznaczyć na to, co naprawdę ważne.

Zakończenie

Hierarchia wartości nie jest dana raz na zawsze. To twór dynamiczny, który może się zmieniać z czasem. Warto spoglądać od czasu do czasu na nasze wartości i poddawać je krytycznej ocenie. Nie ma potrzeby bronić swojej hierarchii jak niepodległości — pozwólmy, by trafna informacja zwrotna wzbudzała w nas radość z otwierającej się szansy, zamiast złości na rzekomy atak.

Na koniec, zostawiam Ci kilka pytań — być może staną się początkiem Twojej refleksji:

– Jakie jest Twoje podejście do zasobów? Czy są dla Ciebie jedynie środkiem, czy któryś z nich stał się celem samym w sobie?
– Czy Twoje zasoby przypominają moje? A może są inne, mniej oczywiste?
– Jak rozpoznajesz granicę między zabezpieczaniem a gromadzeniem? Czy próbujesz ją wyznaczyć — i co się dzieje, gdy ją przekraczasz?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Sen o wolności na czterech kołach

Dawno temu podróżowanie opierało się głównie na pieszych wędrówkach i prostych środkach transportu, co zmieniało się z wynalezieniem samochodu. Choć obiecywano większą wolność, auta wprowadziły problemy takie jak korki i zanieczyszczenie. Prawdziwa wolność związana jest z zrozumieniem siebie, a nie z posiadaniem dóbr materialnych.

Dawno temu, sto lat albo i więcej, ludzie podróżowali po świecie głównie na własnych nogach. Gdy trzeba było pójść na targ, zakładali buty (jeśli je mieli) i ruszali w drogę. Niektórzy mieli wozy i wózki oraz konie, które mogły je ciągnąć – gdy na targ trzeba było zawieźć własne towary, taki środek transportu był jak znalazł.

Bryczki, karoce i wozy nadawały się również do podróży na większe odległości: a to do miasta powiatowego, do urzędu, a to do wojewódzkiego – do teatru. W owych miastach można było poruszać się pieszo albo wynająć dorożkę. W niektórych z nich kursowały tramwaje – również ciągnięte przez konie – którymi przejazd był o wiele tańszy, choć trzeba było trzymać się wytyczonych linii.

Gdy przychodził czas na wielką wyprawę, z pomocą przychodziły koleje żelazne. Sieć połączeń nie była szczególnie rozbudowana, ale większe miasta były połączone – jeśli nie pełnowymiarową koleją, to może wąskotorówką. Aby dojechać do stolicy, nie było lepszego rozwiązania niż kolej.

Nie da się ukryć – w tamtych czasach ludzie nie byli mobilni. Podróżowanie zabierało wiele czasu i pochłaniało sporo energii fizycznej. Wiele osób, zwłaszcza biedniejszych, nigdy nie miało szansy na podróż dalszą niż do najbliższego targu czy miasta powiatowego. Wynalezienie roweru nieco pomogło, ale i ten środek transportu miał swoje ograniczenia.

W czasach przed wielkimi wojnami pojawił się na świecie nowy wynalazek – automobil. Wykorzystujący spalanie ropy do napędzania kół, mógł rozpędzić się do prędkości dotąd zarezerwowanych dla pociągów. W przeciwieństwie do nich nie był jednak przywiązany do torów.

Początkowo automobil był zabawką bogatych elit. Niedługo później zaczęto wykorzystywać go w transporcie towarów – okazało się bowiem, że pakowny pojazd może przewieźć więcej w krótszym czasie niż wóz zaprzężony w konie. Zaletę tę szybko dostrzegły także armie świata i automobile – niektóre nawet opancerzone – stały się standardowym wyposażeniem wojskowym podczas globalnych konfliktów. Mimo to większość ludzi funkcjonowała bez automobilów. Pozostawały one towarem niszowym.

Po wielkiej wojnie na świecie – również w Stanach Zjednoczonych – pozostało wiele fabryk produkujących opancerzone automobile, tzw. czołgi. Gdy zamówienia wojskowe się skończyły, właściciele tych fabryk musieli znaleźć inne zastosowanie dla zainwestowanego kapitału. Zatrudnili więc najlepszych specjalistów od reklamy, powierzając im jedno zadanie: przekonać przeciętnego Amerykanina, że samochód (nowa nazwa automobilu) jest mu niezbędny.

Tęgie głowy reklamy pracowały od świtu do nocy. W czasie tej pracy miały przed oczami wielkie przestrzenie amerykańskiego interioru – areny wielotygodniowych wypraw konnych, spędów bydła, napadanych dyliżansów. Czego potrzebował mieszkaniec tych rozległych prerii, by być szczęśliwym? Szybkiego i sprawnego środka przemieszczania się. Samochód dałby mu wolność…

Tęgie głowy reklamy nie myślały jednak wąsko – tylko o mieszkańcach środkowych stanów. O, nie. Koncepcja wolności jest uniwersalna i może przemówić do każdego. Zaczęli więc kreślić wielką narrację, która trwa po dziś dzień. Jeśli utarte szlaki linii kolejowych zbyt cię krępują. Jeśli twoje własne nogi lub rower mają za mały zasięg, by ponieść cię do celu. Jeśli komunikacja miejska nigdy nie jedzie tam, gdzie chcesz trafić. To mamy dla ciebie rozwiązanie. Twój klucz do wolności: samochód.

Ludzie chcieli być wolni tak desperacko, że uwierzyli w slogan producentów samochodów. Tym łatwiej, że było w nim ziarno prawdy. Przecież samochód zaspokajał realne potrzeby transportowe, usprawniał przepływ towarów, niwelował wykluczenie komunikacyjne. W rozległych stepach i rosnących przedmieściach samochód faktycznie był przydatny i uwalniał człowieka od wielu ograniczeń. Niestety – na ulicach wielkich miast, wciąż przystosowanych do dorożek i tramwajów – sytuacja rozwijała się nieco inaczej.

Ludzie stanęli w pierwszych korkach. To napełniło ich świętym oburzeniem! Przecież obiecano im wolność, a nie uwięzienie w metalowej puszce, otoczonej przez inne metalowe puszki. Szybko zidentyfikowali przyczynę: stare, wąskie drogi. Rozwiązanie było proste – potrzeba więcej asfaltu i betonu, szerszych dróg.

Wolność wolnością, ale szybko okazało się, że potrzeba coraz więcej ograniczeń i obostrzeń, by ruch w wielkich miastach mógł w ogóle funkcjonować. Na skrzyżowaniach wyrastały sygnalizacje świetlne. Wprowadzano coraz ściślejsze ograniczenia prędkości, zakazy zatrzymywania się, zawracania, skrętu. Gęsta plątanina przepisów – by ludzie wreszcie mogli być wolni.

Zamknięci w swoich puszeczkach, narzekali, że zrobiło się strasznie głośno w tych miastach. Kiedyś było dużo spokojniej. To pewnie ta młodzież, z jej nowomodną muzyką.

Zaczęło też śmierdzieć. Już nie końskim łajnem, tylko spalinami. No to narzekali, kaszląc i popędzając swoje wehikuły wolności.

Znowu stanęli w korkach. Widać asfalt i beton, który wylano, nie były wystarczające. Potrzeba było więcej. Że nie ma już miejsca? Nonsens – można przecież wyburzyć setki domów i w ich miejsce wybudować autostradę. Wolność jest najważniejsza! Przecież mieszkańcy tych domów nie chcą stać na drodze społeczeństwa do wolności.

W miarę jak rosła potrzeba wolności, rosły też samochody. Kompaktowe automobile zastąpiły monstra udające pickupy, przypominające nieco czołgi – niedorzecznie niepasujące do skali miejskiego otoczenia, niepełniące żadnej funkcji poza głaskaniem zatrwożonego ego swych właścicieli. To oznaczało więcej hałasu, więcej spalin i więcej betonu, by je wszystkie pomieścić.

Minęło wiele lat od wynalezienia automobilu. Minęło wiele od omyłkowego utożsamienia posiadania auta z wolnością. Do dziś jednak ludzie stoją na ulicach w swoich metalowych puszeczkach – w korkach i na światłach – i śnią swój szalony sen o wolności. Próbują rozwiązywać miriady problemów, które generuje ten koszmar: a to wymyślą filtr spalin, żeby dymić mniej, a to zrobią samochód elektryczny – by dymić gdzie indziej. Mierzą się z kolejnymi wiatrakami, w trosce o swoją wolność, zapominając, ile swobody tkwiło w zwykłym spacerze piechotą przez miasto.

Czy samochód stworzył więcej problemów, niż rozwiązał?

Bo na pewno wiele rozwiązał, szczególnie w komunikacji na średnich dystansach. Skomunikował ze światem miejsca, które, ze względu na swą wielkość, nigdy nie doczekałyby się kolei, włączył je w obieg cywilizacji. Dziś nie ma już znaczenia, który z tych aspektów przeważał – samochód jest częścią naszej rzeczywistości, a to, co możemy zrobić, to nauczyć się korzystać z niego z większym rozsądkiem.

A jeśli to nie samochód daje wolność?

W tej historii nie chodzi tylko o samochody.
Nie chodzi też o korki, beton czy spaliny. To wszystko są objawy czegoś głębszego: naszego marzenia o wolności – i sposobu, w jaki próbowaliśmy to marzenie zrealizować.

Wolność, którą obiecały nam samochody, była kusząca, ale fałszywa. Jej fałsz tkwił w tym, że w nieuprawniony sposób rozszerzała „wolność do podróżowania” na wolność w ogóle. Opierała się na uproszczeniu: „kup coś, a będziesz wolny”. I wielu z nas w to uwierzyło – nie tylko w przypadku aut. Kupujemy specyficzne wolności cząstkowe, łudząc się, że da nam to wolność przez wielkie W.

W tej samej logice kupujemy smartfony, które mają nas zbliżać, a sprawiają, że jesteśmy rozproszeni. Kupujemy większe mieszkania, by „mieć przestrzeń”, a potem nie mamy czasu, by w nich naprawdę być. Kupujemy wycieczki, by „odpocząć”, ale wracamy zmęczeni jeszcze bardziej. Rozwiązując jeden problem generujemy dwa kolejne.

Trudno to dostrzec, zwłaszcza że czasem zakupy faktycznie rozwiązują realny problem i niosą wartość! Często jednak wpadamy w pułapkę iluzji, że posiadanie jest rozwiązaniem.
Zamiast zadawać pytania – próbujemy kupić na nie odpowiedzi.
Zamiast zrozumieć istotę trapiących nas problemów – próbujemy kupić gotowe rozwiązania.
Otaczamy się przedmiotami, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę, podczas gdy rośnie nasza bezradność.

I może właśnie dlatego ta historia o samochodzie tak do nas przemawia. Bo widzimy w niej siebie – zmęczonych, zaganianych, zagubionych na drodze do szczęścia i wolności. Wydaliśmy niemałe pieniądze – czy dostaliśmy to czego oczekiwaliśmy?

Czy na pewno wiesz, co kupujesz?

Może warto się na chwilę zatrzymać – i zadać sobie kilka niewygodnych, ale ważnych pytań:

  • Co próbuję sobie naprawdę dać, kiedy coś kupuję?
    Może nie chcę nowego auta, tylko swobody w decydowaniu, dokąd zmierzam.
    Może nie potrzebuję lepszych słuchawek, tylko ciszy.
    Może nie potrzebuję dalekich krain – tylko odpoczynku od codzienności.
  • Co próbuję uciszyć, gdy kupuję?
    Lęk? Poczucie braku wpływu? Samotność?
    Czasem nowy zakup daje namiastkę kontroli nad światem, w którym coraz mniej ode mnie zależy.
  • Czy to, co kupuję, naprawdę rozwiązuje mój problem – czy tylko go maskuje?
    Samochód miał skrócić czas podróży, a wprowadził koszty, stres, korki, zobowiązania. Czy koszty, które wygenerował nie przeważyły aby nad korzyściami?
    Może tak samo działa wiele innych decyzji, które podejmuję bez refleksji?

Kiedy konsumpcja staje się formą ucieczki

Nie chodzi o to, że nie wolno nam niczego chcieć. Ani o to, że każda decyzja zakupowa jest zła. Chodzi o to, że kupujemy rzeczy nie po to, by coś zdobyć – ale by czegoś nie czuć.
Konsumpcja może być formą znieczulenia. Próbą regulowania emocji.
A gdy robimy to regularnie, życie zaczyna przypominać jazdę po spirali:
czasem szybciej, częściej – ale wciąż w kółko, a to już symptom uzależnienia.

Wolność nie rodzi się z posiadania, tylko z rozumienia siebie

Prawdziwa wolność nie zaczyna się od kupienia samochodu. Zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja. Tam, gdzie potrafię odróżnić:
„chcę” od „potrzebuję”,
„to mnie wspiera” od „to mnie odciąga od siebie”,
„to rozwiązanie” od „to ucieczka”.
Wolność nie polega na tym, że mogę wszędzie dojechać. Polega na tym, że rozumiem, gdzie jestem – i dokąd, oraz dlaczego, chcę dotrzeć. Na tym, że rozumiem jakich zasobów potrzebuje w podróży.
Mało prawdopodobne, bym potrzebował samochodu, żeby tam trafić. W tej drodze bardziej przyda mi się lekkość ducha, bo zwykle nie musimy się fizycznie przemieszczać, by dotrzeć do celu.

Czasem lepiej się zatrzymać i zapytać:
czy „wolność”, którą kupuję, to rzeczywiste dobro – czy tylko iluzja?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wiosennych porządkach – retrospektywa

Kilka miesięcy temu zamieściłem na blogu plan zmian, które chciałem poczynić w życiu [Część Pierwsza][Cześć druga][Część trzecia]. Nazwałem cały projekt wiosennym przeglądem siebie. Starałem się spojrzeć na różne aspekty mojego funkcjonowania, zdecydować, które zachować, które odrzucić, a które zmienić. Nadszedł czas by podsumować rezultaty tego planu.

Z jednej strony można powiedzieć, że plan zakończył się spektakularną porażką. Większości planowanych zmian nie zdołałem wdrożyć lub się nie przyjęły. Tylko kilka aspektów faktycznie zadziałało i przyniosło owoce. Z drugiej strony, jest to wyjątkowy sukces. Biorąc pod uwagę, jak wiele nawyków próbowałem modyfikować na raz, gdyby się udało wdrożyć je wszystkie, byłby to cud na miarę zmartwychwstania Łazarza.

Każde z punktów omówię dalej w szczegółach, generalny wniosek jest jednak taki, że wiele nauczyłem się o sobie i swoich nawykach i że potrzebuję nowej taktyki wprowadzania zmian – zastanowieniem nad nią poświęcę końcową część tego artykułu.

Gdzie się nic nie zmieniło

Mycie się; Pranie; Pielęgnacja rośli; Jedzenie; Dojazdy do pracy; Praca; Dbanie o auto; Zmywanie; Zakupy

Co poszło dobrze?

Toastmasters
Udział w spotkaniach klubu to jeden z większych sukcesów tego roku. Spotkania miały mi przynieść więcej pewności siebie i umiejętności w mówieniu i tak też się dzieje. Lęk nie zniknął całkowicie, ale zmalał, a ja mam poczucie, że wypowiadam się składniej i swobodniej. Druga spodziewana korzyść to nowe znajomości i także tutaj korzyści są znaczne!

Chodzenie do kina/teatru
Miałem chodzić nieco częściej. Tak też się stało. Niekoniecznie w każdy weekend, ale dość regularnie albo wybiorę się do kina, albo na jakieś wydarzenie kulturalne.

Picie i zaparzanie kawy
Także spory sukces w punkcie, co do którego nie byłem do końca przekonany. Lokalna kawiarnia sprawdza się jako miejsce z pyszną kawusią (jak mawia właścicielka) i z pysznymi drożdżówkami. Miło jest tam przysiąść i poczytać chwilę książkę popijając czarny napar. Moje własne sprzęty do parzenia czekają w witrynie na lepsze czasy.

Gotowanie
Generalnie sukces, już dłuższy czas jestem na diecie pudełkowej, udało mi się też osiągnąć cele, jeśli chodzi o wagę (choć po ostatnich pomiarach wiem, że potrzebna będzie korekta). Na tę chwilę ze spokojem pozostaje przy tej metodzie żywienia.

Sprzątanie
Także sukces, korzystam z usług firmy sprzątającej raz w miesiącu i efekty są pozytywne. Mieszkanie jest lepiej utrzymane, niż kiedy sam się tym zajmowałem. Muszę jedynie zwrócić uwagę, by nie zaniedbywać drobnych porządków w międzyczasie.

Nowe znajomości
Całkowicie zarzuciłem cyfrowe narzędzia do szukania znajomości. Nie planuje do nich wracać. Mam wrażenie, że samo ich odstawienie sprawia, że mam więcej energii do tego, by szukać kontaktu z ludźmi w realnym świecie! Wprawdzie uwodziciel ze mnie żaden, więc to niekoniecznie przynosi jakiekolwiek romantyczne efekty – ale więcej energii niewątpliwie mam 😉

Medytacja
Tutaj jest, jak było, czyli pozostaje przy porannym i wieczornym przeglądzie siebie – planowaniu i podsumowaniu dnia. Ten cykl mi służy. Okazjonalnie, gdy nawiedzi mnie silniejsza emocja lub trudny stan, poświęcam czas na doraźne medytowanie.

LEGO
Idealnie. Przez ostatnie pół roku ułożyłem dokładnie jeden zestaw – czyli średnia jak planowałem.

Co poszło mieszanie?

Wyprawy piesze i rowerowe w górach i na równinach
Jeśli chodzi o same wyprawy, to jest w porządku: byłem już na piechotkę w górach, byłem na kilkudniowej wyprawie rowerowej na równinach. Obie przyniosły mi wiele radochy!
Szkopuł w tym, że nadal nie kupiłem porządnego roweru i zabieram się do tego, jak pies do jeża. Mam wrażenie, że więcej czasu poświęcam na szukanie wymówek (a to hak w samochodzie, a to bagażnik, a to gdzie będę trzymał) niż na szukanie roweru. Na razie obywam się moim wysłużonym rowerkiem miejskim oraz wypożyczaniem.

Pisanie
Jak część z was mogła zauważyć, publikuje co tydzień nowy artykułu na blogu. Czasem muszę się posiłkować krótszymi formami, ale na razie publikuję bez skuchy. Pod tym względem jest sukces.
To, co się natomiast nie udaje, to znaczące zwiększenie czasu przeznaczonego na pisanie. Nie jestem nigdzie w pobliżu celów, które sobie postawiłem, a momentami mam wrażenie, że piszą mniej niż dawniej.

Terapia
Jeśli chodzi o uczęszczanie na terapię, to jest w porządku. Nie znalazłem na razie żadnej kolejnej interesującej, ale też nie miałem takiego celu na ten rok.
Ten punkt trafił do mieszanych, ze względu na nie do końca zadowalające postępy. Przynajmniej według moich oczekiwań. W szczegóły wnikać nie będę.

Siłownia
Tutaj udało mi się przeskoczyć na dwa treningi tygodniowo i ograniczyć czas, jaki poświęcam na ćwiczenia.
To, co się jednak zadziało to problemy z systematycznością. Pominąłem ostatnio zbyt wiele treningów, bym mógł postawić ten punkt w kategorii sukcesów, bo chociaż planowałem redukcję, to jednak nie planowałem zarzucenia tej aktywności!

Makrama
Ostatnimi czasy nie wyplatam, także pod tym względem zgodnie z planem. Wciąż nie dokończyłem natomiast sowy, dlatego klasyfikuje ten punkt jako częściową porażkę.

Oglądanie YT kształcące; Podcasty
Ciężko mi jest powiedzieć czy wskazówka tutaj drgnęła w jakiś znaczący sposób. Oglądam mniej więcej tyle samo edukacyjnych treści jak przed wiosennymi porządkami.
Celem tutaj było zwiększenie, więc ten punkt jest na granicy całkowitej porażki. Daje sobie jednak kredyt za to, że poznałem i otworzyłem kilka nowych ciekawych kanałów.

Co się całkowicie nie udało?

Uważne czytanie
Tutaj nastąpił regres w porównaniu ze stanem sprzed wiosennych porządków. Nie tylko nie zarezerwowałem dodatkowego czasu na uważne czytanie trudnej lektury, ale wręcz poświęcam mu go mniej. „Listy moralne do Lucyliusza” Seneki siedzą na stoliku, udało mi się przeczytać kilkanaście przez ostatnie dwa miesiące.
Uważne czytanie przegrywa z czytaniem rozrywkowym, oglądaniem YT i innymi mniej wartościowymi dla mnie aktywnościami. Nie zostaje mi wystarczająco wiele energii, by poświęcić się wieczorami uważnemu czytaniu, częściej wpadam w bezmyślne wpatrywanie się w filmik na Internecie. W innych porach dnia nie organizuje sobie po temu czasu.
Punkt ten pozostaje jako coś, co chcę w przyszłości realizować. Na chwilę obecną przyznaję się do porażki.

Oglądanie YouTube – rozrywka
Największa z porażek. Szukałem ograniczenia czasu, jaki przeznaczam na to medium, ale zamiast tego obserwuje wzrost!
Dostrzegam tutaj elementy kompulsywne, czyli to oglądanie stało się istotnym mechanizmem regulowania emocji. Niestety jest przy tym niezwykle intensywnie bodźcujące, co sprawia, że zużywa energię mentalną. Powoduje coś podobnego, co kiedyś obserwowałem w przypadku taśmowego oglądania seriali – spadek mocy i chęci do robienia czegokolwiek innego niż dalsze oglądanie. Seriali obecnie nie oglądam, ale YT zastąpił je z przytupem.
Jest to aspekt, nad którym chce dalej pracować. Może nawet warto powrócić do jakiegoś dobrego serialu i spróbować wypchnąć YT przy jego pomocy? Nie wiem, rzecz jest do rozważenia.
Na chwilę obecną odnotowuję porażkę.

Drzemki
Plan był, aby drzemki ograniczyć. Plan się nie powiódł. Nie wiem, czy ich jakoś znacząco przybyło, ale wciąż ulegam pokusie dodatkowego snu, szczególnie gdy po obiadku kładę się z książką na kanapie.
Wysypiam się w nocy świetnie, nie ma więc specjalnego powodu, by drzemki praktykować.
Nie jest to wielki priorytet, ale może warto bym unikał kładzenia się na kanapie z książką.

Granie
Druga po YT znacząca porażka. Wprawdzie ograniczyłem swoje granie do Magica, ale zdecydowanie jest go więcej, niżbym sobie życzył, a do tego zacząłem się regularnie wściekać podczas gry. Pomstuje na element losowy, czuję znaczącą frustrację i nie potrafię utrzymać rozsądnego dystansu.
Granie było i pewnie będzie dla mnie pewnym elementem regulowania emocji i rozładowywania napięcia, ale obecna jego skala i emocje, które samo budzi, są nadmiarowe.
Nie wiem jakie rozwiązanie jest tu dobre. Rozważam zmianę gry na coś mniej losowego. Inną opcją jest pozostać przy Magicu i wykorzystywać te momenty złości na jej badanie, może uda się w ten sposób zdobyć nieco wglądu w jej źródła.
Na tę chwilę poniosłem tu porażkę i potrzebuje zmian.

Czytanie rozrywkowe
Niepowodzenie w tym zakresie jest blisko związane z niepowodzeniami w sekcji gier i oglądania YT. Nie przeznaczam więcej czasu na rozrywkowe czytanie, a wręcz przeznaczam go mniej.
Nadal uważam, że to lepsza rozrywka niż oglądanie materiałów audio-wideo czy granie. Jest mniej wymagająca, jeśli chodzi o ilość energii, którą trzeba włożyć. Nie jest tak bodźcująca jak alternatywy. W związku z tym pozostawia więcej zasobów na bardziej złożone aktywności.
Wraz z korektami w innych dziedzinach, chcę poszerzać dostępny tu czas.

Kontakty z przyjaciółmi
Tutaj zdecydowanie zabrakło mi inicjatywy. Zakładałem tu kilka pomysłów typu zapraszanie znajomych do siebie na spotkania, ale po początkowym entuzjazmie dość szybko wrócił mój lęk przed wysuwaniem się na czoło i byciem widzianym. Skutkiem tego jest długa i skuteczna prokrastynacja, która trwa w najlepsze. Co jakiś czas przypomnę sobie, że miałem zorganizować jakieś planszówki, ale zaraz wymyślam wymówki, dlaczego nie i pomysł upada.
Mam wrażenie, że tutaj muszę najpierw popracować nad trudnościami psychologicznymi, które blokują moje działanie, żeby uzyskać konkretny efekt.
Na chwilę obecną to spore i bolesne niepowodzenie.

Kontakty z rodziną
Sytuacja jest bardzo podobna jak w poprzednim punkcie. Zabrakło mi zapału i inicjatywy.
Podobnie jak w poprzednim punkcie, to niewidzialne dziecko wzięło stery w swoje ręce.
Muszę najpierw popracować nad sobą, żeby mieć realną szansę na sukces.
Na razie jest to bolesne niepowodzenie.

Wnioski ogólne

Podstawowym wnioskiem z całego eksperymentu jest, iż próbowałem zmienić zbyt wiele rzeczy naraz. Przeładowałem się.
Drugi wniosek jest taki, iż kiedy chcę zmienić zakorzenione nawyki, to muszę do tego podejść nieco mądrzej niż: od dzisiaj tego nie robię i już!
Trzeci wniosek, pomimo niepowodzeń cały eksperyment był cennym doświadczeniem. Zmienił moje życie odrobinę na lepsze, a przede wszystkim dał mi wgląd w funkcjonowanie mojej codzienności, jakiego nie miałem przedtem. Znam sam siebie lepiej dzięki tej próbie.

W przyszłości planuje wrócić do punktów, które zakończyły się niepowodzeniem. Wrócę do nich pojedynczo i z lepszym planem. Chcę podejść do przyszłych modyfikacji, jak do pracy z nawykami, wykorzystując istniejącą na ten temat wiedzę. Czeka mnie nieco dokształcania się na ten temat, choć podstawy już mam. Planuje też, że będę podchodził do nich pojedynczo, to znaczy starał się utrwalić i zmienić jeden z nich i dopiero kiedy będę usatysfakcjonowany wynikami przejść do kolejnego.

To będzie spory wysiłek, ale taki który jest wart podjęcia, bo długofalowe korzyści z niego płynące są bardzo cenne!

Relacja jako droga: od istnienia przez wartość do praktyki

Relacja nie zawsze jest wyborem. Czasem po prostu jest — zanim ją nazwiemy, zanim ją ocenimy. Warto przyjrzeć się temu, jak relacja może przechodzić od bycia nieuświadomionym faktem, przez moment rozpoznania, aż po działanie. I jak w tym ruchu rodzi się dobro — rozumiane jako akt refleksji.

Relacje były już przedmiotem wcześniejszych rozważań — między innymi w kontekście ich wartości. Tym razem nie próbuję ich klasyfikować, lecz przyglądam się temu, jak relacja rozwija się w czasie: jak przechodzi od bycia koniecznym faktem, przez moment świadomego uznania, aż po praktykę.

Ta sekwencja — istnienie, wartość, działanie — nie zawsze przebiega liniowo. Może się zapętlać, pogłębiać, zaczynać od nowa. Ale w każdym z tych etapów możliwe jest dobro — rozumiane jako zdolność do refleksji. Tę możliwość warto potraktować poważnie.

Relacja jako istnienie

Nie wszystkie relacje są efektem decyzji. Niektóre po prostu są. Zanim zacznę je rozważać, oceniać lub rozwijać, już się w nich znajduję. To relacje konieczne, wynikające z samego faktu bycia: relacja ze światem, z czasem, z ciałem, z sobą samym. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie relacji ze światem w kontekście stoickim.

W filozofii stoickiej nie ma potrzeby oddzielania się od rzeczywistości — przeciwnie, zachęca się do rozpoznania, że jestem jej częścią. Marek Aureliusz pisał: „Nie jesteś oderwany od całości. Jesteś jej częścią, chwilą, ruchem, powrotem.” To nie metafora, ale przypomnienie o tym, że życie zawsze odbywa się w czymś i wobec czegoś.

W tym sensie relacja ze światem nie zaczyna się wtedy, gdy ją wybiorę. Ona mnie poprzedza. Mogę się jej sprzeciwiać, mogę ją ignorować, ale nie mogę się od niej uwolnić, dopóki sam istnieję. I choć nie jest ona jeszcze wartością ani dobrem, to stanowi podstawę, na której wartość lub dobro może się pojawić.

Można pokusić się o ogólne stwierdzenie: bycie w relacji nigdy nie jest kwestią wyboru. Sam fakt poznania czegoś — lub kogoś — już nas w niej umieszcza.

Pytanie: jaka jest moja relacja — i czy chcę ją rozpoznać?

Relacja jako wartość

Sama obecność w relacji nie wystarcza, by nadawać jej znaczenie. Można być z kimś lub z czymś w stałym kontakcie — i pozostać wobec tej relacji obojętnym. To, co przemienia relację w wartość, to akt refleksyjnego rozpoznania. To moment, w którym uświadamiam sobie, że ta relacja mnie współtworzy — że wpływa na to, kim jestem i jak myślę. Wtedy przestaje być tłem, a staje się miejscem odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o emocjonalną reakcję ani nagłą zmianę odczuć. Wartość pojawia się wtedy, gdy zaczynam patrzeć na relację jako na coś, wobec czego nie mogę już pozostać bierny. To pierwszy krok etyczny. Nie tyle w działaniu, co w uznaniu: ta relacja mnie współtworzy — i ja mogę współtworzyć ją.

W tym ujęciu wartość nie istnieje niezależnie — jest efektem refleksyjności. Aktem, w którym coś, co było neutralne, staje się znaczące. To dlatego wartość relacji nie jest nadana z zewnątrz, lecz wyłania się z wewnętrznego punktu widzenia.

Stoicy pisali o wspólnocie nie jako zobowiązaniu zewnętrznym, ale jako przestrzeni wzajemnego rozwoju. Seneka przypomina: „Człowiek jest świętością dla człowieka.” Marek Aureliusz dodaje: „Nie jesteśmy stworzeni dla siebie, lecz jedni dla drugich.” Ale ich refleksja nie kończy się na relacjach międzyludzkich. Dotyczy również relacji z naturą, z porządkiem świata, z czasem, z tym, co przekracza jednostkę. Aureliusz pisał: „Zgadzaj się z tym, co przynosi ci los, kochaj to, co cię spotyka, bo wszystko dzieje się zgodnie z naturą.”

Uznanie tych relacji nie jest wyrazem sentymentalizmu. To akt wewnętrznej zgody i świadomości — i jako taki ma wymiar etyczny. To nie abstrakcyjne ideały, ale konsekwencje, które pojawiają się, gdy zaczynam refleksyjnie przeżywać relację — z drugim, ze światem, z samym sobą.

Jeśli dobro to refleksyjność, to każda relacja może stać się miejscem dobra — o ile zostanie zauważona. Możliwość dobra jest obecna zawsze, choć nie zawsze uświadomiona.

Relacja jako praktyka

Uznanie relacji za wartość otwiera możliwość działania — ale nie gwarantuje, że to działanie się wydarzy. Wartość bez praktyki pozostaje potencjałem. To dopiero konkretne decyzje i gesty nadają jej kształt. Można powiedzieć, że praktyka jest przestrzenią, w której refleksyjność się rozwija i utrwala — nie poprzez rozważanie, lecz poprzez działanie.

W duchu stoickim praktyka nie oznacza spektakularnych czynów, lecz systematyczność: uważne słuchanie, dotrzymywanie zobowiązań, gotowość do korekty. Również relacja z samym sobą — jeśli ma być czymś więcej niż tylko obecnością — domaga się uwagi. Bez regularnej autorefleksji łatwo przechodzi w autopilot.

Miłość, w tym ujęciu, nie jest uczuciem — jest działaniem. Nie tyle ją „czuję”, co ją czynię. Odpowiadam na jej wartość nie przez deklarację, lecz przez codzienną postawę.

Jednak również praktyka może się wypaczyć, jeśli odłączy się od refleksji. Działanie bez uważności staje się rytuałem bez treści, grą ról. Dlatego powrót do refleksyjności musi być utrzymywany w samym działaniu.

Dobro nie wynika z samego działania, lecz z tego, że działanie pozostaje świadome.

Zakończenie

Można więc myśleć o relacjach nie jako o stanach, ale jako o ruchu — między obecnością, świadomością i działaniem. To, co je łączy, to możliwość refleksji, która w każdej chwili może się wydarzyć — i która, jeśli się wydarzy, czyni z relacji przestrzeń dobra.

Warto zadać sobie pytanie: w których relacjach jestem obecny, ale jeszcze nieświadomy? W których jestem świadomy, ale nieobecny w działaniu? A w których — we wszystkich tych trzech wymiarach?

Nota o powstaniu tekstu

Powyższy artykuł został przygotowany przy wsparciu narzędzia AI (ChatGPT). W procesie powstawania tekstu AI pełniło funkcję redakcyjno-warsztatową: pomagało w doprecyzowaniu struktury, redagowaniu wybranych fragmentów, dostrajaniu stylu oraz formułowaniu propozycji uzupełnień i rozwinięć — zawsze w odpowiedzi na autorskie decyzje, wskazania i korekty.

O wartości relacji

Artykuł analizuje istotę relacji w kontekście hierarchii wartości, dzieląc je na relacje jako dobro i wartości. Zawiera refleksje na temat relacji ze światem, sobą oraz innymi ludźmi, podkreślając znaczenie akceptacji losu oraz możliwości wzajemnego rozwoju. Autor proponuje, by dążyć do miłości w relacjach międzyludzkich.

W ramach omawiania elementów mojej hierarchii wartości wprowadziłem pojęcie relacji i zarysowałem, jak wyobrażam sobie mechanizmy ich formowania. W tym artykule rozwinę temat, skupiając się na relacji jako wartości, o którą warto zabiegać.

Rozpocznę od kategoryzowania relacji, by łatwiej było omawiać ich szczegółowe aspekty. Na pierwszym poziomie kategoryzacji są dwie klasy: relacje jako dobro i relacje jako wartość. Podobnie jak w przypadku wolności, część zjawisk kryjących się pod pojęciem relacji jest elementem refleksyjności. Pozostałe aspekty są wartościami, czyli potencjalnymi celami dążeń niestanowiącymi dobra same w sobie.

Do grupy relacji jako dobro zaliczam dwie klasy: relacje ze światem i relacje z samym sobą. Pierwszą rozumiem nieco abstrakcyjnie jako relację z całością bytu bardziej niż z jego poszczególnymi częściami. Obie z nich uważam za fundamentalne dla naszej egzystencji, nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek niebędący w którejś z tych relacji. Bywają ludzie, u których są one zaniedbane i nikłe, ale u każdego jakieś być muszą.

Do grupy relacji jako wartość zaliczę trzy klasy: relacje z innymi ludźmi, z ideami i z naturą (żywą i martwą). W zamyśle ten podział ma pokryć całość spektrum możliwych relacji i na razie nie widzę w nim luk. Nie wątpię przy tym, że możliwe są inne podziały zbioru relacji, również pokrywające cały zbiór i mające swoją użyteczność. Nie twierdzę w związku z tym, że mój podział jest jedynym, będę go natomiast konsekwentnie używał w dalszych rozważaniach.

Relacja ze światem

Relacja ze światem jest jedną z dwóch fundamentalnych relacji dla naszej egzystencji – wynika z samego faktu naszego istnienia. Nie musimy sobie z tego zdawać sprawy ani nad tym rozmyślać, ale mamy jakieś spojrzenie na świat. Czy uważamy, że istnieje obiektywnie czy że jest symulacją w Matriksie, mamy pogląd na jego charakter. Możemy uważać, że jest przyjazny i budujący albo że jest mroczny i zagrażający — jakoś musimy się wobec niego pozycjonować.

Relacja ze światem jest powiązana z relacją z samym sobą, uważam je za wzajemnie dopełniające. Na ich pograniczu plasuje się ważne pytanie: gdzie kończę się ja, a zaczyna świat. Zagadka ta jest centralnym aspektem rozważań metafizyki stoickiej.

Jak wspomniałem we wstępie, na potrzeby definiowania tej relacji, świat rozumiem jako całość bytu, która nie jest nami. Mój stosunek do poszczególnych jego elementów, będę omawiał później, tutaj idzie o bardziej abstrakcyjne rozważania. Uważam tę relację za fragment refleksyjności, ponieważ manifestują się w niej dwa fundamentalne elementy: pierwszy to wspomniana już metafizyka i rozgraniczenie co jest mną a co światem. Drugi to etyka, w szczególności badanie co to znaczy, że świat jest dobry lub zły? Ten namysł jest kluczowym elementem refleksyjności.

Najpełniej stoickim podejściem do relacji ze światem jest tak zwane „amor fati”, czyli umiłowanie losu. Świat, czyli to, co nie jest nami, staje się synonimem losu, tego, co jest poza naszą kontrolą, co nam się przydarza.

Jest niejeden sposób na zarządzanie relacją z losem — od przeciwstawiania się, poprzez narzekanie, po akceptację. Stoickie podejście zaczyna się od tej ostatniej, ale na niej się nie kończy. Zaakceptowanie losu, rozumianego jako to, co nie jest pod naszą kontrolą, to świetny początek. Pozwala nam nie dokładać zmartwień bez konieczności i przenieść koncentrację na to, co od nas zależne i co możemy zmienić. Warto podkreślić, że akceptacja nie oznacza bierności. Przeciwnie, jest podstawą intensywnej aktywności tam, gdzie możemy realnie coś zmienić w obszarze tego, co od nas zależne, a nasze działania mogą i powinny być ukierunkowane na zmianę świata w zgodzie z naszymi wartościami.

Akceptacja nie jest jednak końcem stoickiej przygody z losem. Jako stoik powinienem pójść krok dalej, to znaczy pokochać swój los. Oznacza to, że optymalnym stanem jest, gdy każdy przypadek losu uważam za szczęśliwą okoliczność, która stanowi okazję do ćwiczenia się w cnocie (ćwiczenia swojej refleksyjności). Nawet zdarzenia, które potocznie określilibyśmy mianem złych czy tragicznych dla stoika stanowią część naturalnej kolei rzeczy i szansę na ćwiczenie swego spokoju duch.

Dla stoika relacja ze światem ma cztery stany: umiłowanie losu, akceptacja losu, dążenie do jednej z tych dwóch lub żadna z powyższych. Ta czwarta kategoria oznacza dowolną postawą różną od pozostałych trzech. Amor fati możemy określić mianem dobra, to jest po stoicku właściwa postawa. Wszystkie pozostałe dobrem nie są, ale dwie z nich zawierają w sobie dążenie do dobra, podczas gdy trzecia nie. Można by się pokusić o nazwanie jej w tym kontekście złem rozumianym nie jako brak dobra, ale odwrócenie się od niego. Nie widzę korzyści w takiej etykiecie. Pośród tych postaw mogą istnieć i takie, które prowadzą człowieka do szczęścia, bo ani stoicyzm, ani żaden inny system filozoficzny nie jest w stanie udowodnić swojej unikalności jako ścieżki do spełnionego życia.

Unikam określenia „zło” dlatego też, że w języku potocznym ma tak silny pejoratywny wydźwięk. W stoicyzmie zło jest raczej rodzajem pomyłki czy błędu poznawczego. Ci, których określiłbym mianem „złych”, mogliby być równie dobrze określeni jako „popełniający błąd w rozumowaniu”, bo przecież dobro sprowadza się do dobrego rozumowania o swoim funkcjonowaniu. To nie brzmi tak groźnie, ale też nie jest tak zwięzłe. Kogoś, kto popełnia błąd w rozumowaniu, nie skazuje się na potępienie, tylko poprawia. Jak powiada Marek Aureliusz:
„Na nikogo nie należy się gniewać. Jeżeli bowiem możesz, to go popraw. A jeżeli tego nie możesz, to popraw jego czyn. A jeżeli i tego nie możesz, cóż ci pomoże zagniewanie się? Nic nie należy czynić bezcelowo.”

Relacja z samym sobą

Relacja z samym sobą to druga fundamentalna relacja, bez której nie moglibyśmy istnieć jako istoty ludzkie. Jest dopełnieniem relacji ze światem. Bywa nieuświadomiona, kiedy nie mamy kontaktu z faktem, że coś o sobie sądzimy, jakoś siebie oceniamy. Częściej jednak jest częściowo podświadoma, z pewnych jej elementów zdajemy sobie sprawę z innych już nie. Często spychamy do podświadomości negatywne opinie, które mamy o sobie samym.

Ewolucja tej relacji jest fundamentalnym procesem refleksyjnego istnienia — jest refleksją, a przynajmniej jej częścią. Harmonijna relacja ze światem i sobą to esencja szczęśliwego i po stoicku spokojnego życia.

Pierwszą częścią tej relacji jest poznawanie samego siebie, czyli ustawianie siebie w pozycji czujnego obserwatora własnych procesów wewnętrznych. Proces ten zachodzi nieustannie na wielu poziomach umysłu. Wiele z nich jest automatycznych i ma więcej wspólnego z funkcjonowanie maszynerii naszego ciała niż ze świadomym namysłem. Kluczowa z punktu widzenia refleksyjności jest świadoma obserwacja procesów myślowych. Możemy jej dokonywać na bieżąco, w trakcie jak owe procesy zachodzą, ale możemy je także dokonywać z opóźnieniem, w ramach namysłu nad mijającym dniem. Niezależnie od metody jest niezwykle przydatnym, by tę kompetencję ćwiczyć, a ćwiczyć ją musimy, jeśli chcemy ją posiadać. Jest to umiejętność, której trzeba się uczyć i którą trzeba trenować, by stawać się w niej coraz sprawniejszym.

Drugim komponentem tej relacji jest zmienianie samego siebie. W trakcie obserwacji dostrzeżemy elementy naszej egzystencji, które chcielibyśmy zmodyfikować. Proces ten jest efektem świadomego wyboru, określenia pewnego stanu docelowego i zdefiniowania kroków, które mają nas do niego doprowadzić. Jest to czasochłonne przedsięwzięcie — zależnie od tego, co zmieniamy, może nam zając wiele lat, czasem nawet całe życie. Istotne jest, by koncertować się na procesie i na postępach, które czynimy po drodze, bardziej niż na ostatecznym celu. Sam staram się cel traktować jako coś nieosiągalnego i interesuje mnie jedynie zbliżanie się do niego. Takie podejście pomaga mi uniknąć zniechęcenia oraz chroni mnie przed stawianiem samemu sobie nierealnych wymagań.

Relacja z sobą, poza dużą ilością pracy, którą trzeba w nią włożyć, wymaga też wiele czułości względem siebie. W wyniku zaobserwowania u siebie czegoś, co chcemy zmienić, łatwo jest wpaść w pułapkę wewnętrznego krytyka, to znaczy traktowania samego siebie jako złego, godnego pogardy. Także w trakcie procesu zmian łatwo jest ulec poczuciu, że nie zmieniamy się dość szybko i pozwolić wewnętrznemu krytykowi uderzać w poczucie naszej wartości. Kontrą na te zjawiska jest zastąpienie krytyka czułym opiekunem. Zamiast atakować siebie, pocieszajmy się i podnośmy na duchu. Sprawmy, by nasza relacja była nakierowana na to, co pozytywne. Cieszmy się drobnymi zmianami, celebrujmy małe sukcesy. Na porażki patrzmy jako na okazję do nauki i wyciągnięcia wniosków, a nie okazję, by zdołować samego siebie.

Relacja z samym sobą jest refleksyjnością. Proces, o którym wspomniałem wyżej, jest głębokim namysłem nad schematami naszego działania i wysiłkiem w kierunku ich poprawy, a to jest definicja refleksyjności. W związku z tym relację z samym sobą zaliczam do kategorii dobra. To w tej relacji w najpełniejszy sposób urzeczywistniają się koncepcję dobra i zła. Jeśli jest w naszym życiu jakieś zło, to najpewniej tkwi w tej właśnie relacji. Tutaj, podobnie jak w relacji ze światem, możemy odciąć się od etykietki „zła” i rozumieć je raczej pomyłkę w rozumowaniu, tym razem naszym, a nie innych.

Zło nie jest diabłem z rogami ziejącym siarką, nie ma w nim nic mistycznego, zło jest pomyłką i błędem, które można poprawiać i naprawiać. Za popełnione pomyłki możemy zadośćuczynić lub ponieść karę, ale przede wszystkim możemy z nich wyciągnąć wnioski, by nie powielać ich w przyszłości.

Relacje z innymi ludźmi

Relacje z ludźmi mieszczą się w sferze wartości, nie stanowią dobra same w sobie, ale mogą być preferowane, jeśli przyczyniają się do powstania warunków sprzyjających refleksyjności, same nie będąc refleksyjnością. Jeżeli stanowią ograniczenie lub zagrożenie dla refleksyjności, wtedy są warte unikania.

Choć nie są dobrem same w sobie, stanowią jeden z najlepszych poligonów doświadczalnych i narzędzi w dążeniu do dobra. W teorii refleksyjność nie wymaga nic poza samą sobą i jest to prawdą dla stoickiego mędrca, który posiadł ją w pełni. W praktyce, dla tych z nas którzy do niej dążą, potrzebne są okoliczności zewnętrzne, czyli relacje w kontakcie, z którymi możemy poznawać i zmieniać siebie. Najlepszymi spośród nich są związki, w które wchodzimy z ludźmi wokół nas. Warto przy tym zwrócić uwagę, że relacje nie są jednostronne, tak jak my czerpiemy z nich korzyść dla naszej refleksyjności, tak druga strona czerpie korzyść dla swojej.

Trzy najważniejsze podkategorie relacji z ludźmi to: miłość, przyjaźń i koleżeństwo. Miłość rozumiem tu szeroko nieograniczoną do tej romantycznej. Większość z nas ma intuicje co do tego, co oznaczają te pojęcia, ale dla jasności sformułuje je tak, jak je rozumiem.

Miłość to relacja charakteryzująca się maksymalnym możliwym zaufaniem. Będąc w niej, czujemy, że bezpiecznie możemy powierzyć swoje ciało, myśli i emocje drugiemu człowiekowi. W moim rozumieniu ta relacja musi być koniecznie symetryczna, czyli odwzajemniona. Oznacza to, że nie przyjmuje za miłość żadnej relacji jednostronnej lub niesymetrycznej, także, wtedy gdy druga strona nie jest w stanie jej odwzajemnić.
Przykład: w tym rozumieniu relacja matki z niemowlęciem nie jest miłością. Określiłbym ją raczej relacją czułości, opiekuńczości, posiadania czy odpowiedzialności, ale nie miłości, bo niemowlę nie może symetrycznie uczestniczyć w takiej relacji. Ta relacja jest skrajnie asymetryczna. Wraz z upływem czasu i rozwojem dziecka, relacja z matką (rodzicem) może się przekształcić w miłość. Przypuszczam jednak, że w wielu przypadkach taki rozwój nie zachodzi i relacja między rodzicem a dzieckiem pozostaje niesymetryczna, a w rezultacie bardzo odległa od miłości.
Spośród relacji z innymi ludźmi miłość jest najwartościowszą, jako że daje nam dostęp do najpełniejszego otwarcia, co bezpośrednio przekłada się na największy potencjał ćwiczenia i rozwoju refleksyjności.
Jest też relacją, która naturalnie budzi największy lęk, jej częścią jest bowiem ukazanie drugiej osobie swoich słabości, czy tego, co za nie uważamy, wystawienie się na zagrożenie ciosem. Najpełniej możemy wejść w miłość, jeśli potrafimy pozbyć się tego lęku i wraz z nim wyzbyć się oporów i pokusy ukrywania części siebie.
Zauważę tutaj, że granice między różnymi typami relacji międzyludzkich są rozmyte i bez trudu mogę sobie wyobrazić głęboką przyjaźń, która będzie bardziej stymulująca dla refleksyjności niż słaba miłość. W obu przypadkach wartość relacji tworzy spektrum, a ich zakresy zachodzą na siebie.

Przyjaźń to relacja charakteryzująca się głębokim zaufaniem. Podobnie jak miłość oznacza poczucie bezpieczeństwa w powierzeniu swego ciała, myśli i emocji drugiemu człowiekowi i podobnie jak ona koniecznie musi być symetryczna. W dużej mierze różnica między miłością a przyjaźnią jest ilościowa raczej niż jakościowa. Jak wspomniałem powyżej, granicę są tu rozmyte. Jeślibym miał określić czynnik wyróżniający, to powiedziałbym, że w przypadku przyjaźni, nie jestem skłonny się dzielić najintymniejszymi sekretami czy myślami.
Jest naturalnie druga pod względem wartości dla naszej refleksyjności po miłości. Wciąż niesie za sobą ogromną wartość. Wszystkie rozważania przedstawione dla miłości mają zastosowanie i tutaj.

Koleżeństwo to relacja również oparta na zaufaniu, ale ograniczonym. Wyróżnikiem dla mnie tej relacji jest to, że ograniczone jest w niej zaufanie szczególnie w sferze emocji. To, co uważam dla niej za niezbędne, by odróżnić ją od „znajomości”, to zaufanie w sferze myśli.

Na tym ostatnim elemencie zasadza się według mnie natura koleżeństwa. Są to relacje, w których swobodnie wymieniamy się myślami i ideami, z obopólnym zrozumieniem, że nie dzielimy się intymnymi i emocjonalnymi szczegółami naszego funkcjonowania. Ta grupa relacji jest niezwykle istotna nie tyle ze względu na jakość, ile ze względu na swoją ilość. Większość nietrywialnych relacji w naszym życiu to relacje koleżeńskie.

To sprawia, że płynie z nich niezwykła korzyść, mianowicie wystawienie się na idee znacząco różniące się od naszych. One dają nam wgląd w świat, który jest poza naszym bezpośrednim kręgiem towarzyskim.

Wymiana idei jest niezwykle wartościową pożywkom dla refleksji, dlatego warto kultywować relacje koleżeńskie. Acz warto też dążyć do tego, by możliwie dużo relacji koleżeńskich przetworzyć w przyjaźnie i miłości.

Z powyższego można wnieść, że optymalnie jest być w stosunku miłosnym ze wszystkimi ludźmi, czy raczej, być otwartym na relacje miłości z każdym człowiekiem. Podkreślam to, bo miłość wymaga wzajemności, która nie od nas zależy. Jest to dla mnie naturalne uzupełnienie idei „amor fati”, umiłowania losu. Rozszerzam ją na wszystkich ludzi, a może to nawet nie jest rozszerzenie, może po prostu zauważam, że w niej już zawiera się myśl, by do drugiego człowieka zawsze wychodzić z pozycji gotowości do miłowania.

Trzy typy relacji z ludźmi, o których dzisiaj wspomniałem, nie wyczerpują całego spektrum możliwości. Przede wszystkim dla każdej z dziś wymienionych istnieje relacja odwrotna w rozumieniu dobra, czyli relacja, która szkodzi naszej refleksyjności, bardziej niż jej pomaga. Z grubsza te dychotomie to miłość/nienawiść, przyjaźń/wrogość, koleżeństwo/niechęć.
Osobną kategorią relacji z ludźmi, są wszelkiego rodzaju relacje jednostronne czy niesymetryczne. Tutaj można znaleźć wiele przykładów zarówno wartościowych, jak i niewartych zachodu relacji. Przykłady wartościowe to opiekuńczość, czułość. Przykłady niewarte zachodu: dominacja, znęcanie się.

Relacje z ideami

Relacje z ideami są interesującym obszarem naszego funkcjonowania. Odnoszą się one do stosunku, jaki mamy do abstrakcyjnych pojęć i twierdzeń. W ich obrębie mieszczą się nasze związki z filozofią, religią, polityką, ekonomią etc. Na potrzeby tych rozważań, wyodrębniam poza tę kategorię relację ze światem, którą omawiałem wyżej. W zasadzie świat jest pewną ideą, więc mógłbym rozważać je wspólnie, ale ze względu na bardziej fundamentalny charakter tej relacji, zdecydowałem traktować ją odrębnie.

Pochylę się teraz nieco bardziej szczegółowo nad relacjami z dwoma ideami: filozofią i religią. Polityka czy ekonomia nie interesują mnie specjalnie, nie będę więc poświęcał im miejsca. Dla kogoś innego mogą to być interesujące i ważne idee i jeżeli tak jest, polecam zastanowienie się nad nimi we własnym zakresie.

Filozofia nie jest jedną konkretną ideą, jest raczej zbiorem wielu idei, czy nawet jest procesem tworzenia idei. W swoich najszerszych definicjach obejmuje wszystkie idee od polityki po religie. Ja jednak będę o niej w tym kontekście myślał jako o pewnym podejściu do życia, w szczególności do osiągnięcia szczęścia.

Jeśli rozumiemy filozofię jako sztukę dążenia do szczęścia, to każdy człowiek na świecie jakąś się kieruje, czyli jest w relacji z pewną filozofią. Głębia tej relacji będzie się wahać znacząco od człowieka do człowieka, gdzie większość populacji nie jest świadoma jej istnienia.

Filozofia w pewnym sensie konkuruje z religią, którą także można rozumieć jako sposób dążenia do szczęścia, zbiór reguł i zwyczajów, które owo mają zapewniać za sprawą nadprzyrodzonych sił. W tym rozumieniu religię można by określić jako rodzaj filozofii.

Jeśli zwęzimy definicję, wykluczając systemy oparte na wierze w nadprzyrodzone, możemy mówić o filozofii świeckiej czy laickiej. Tego rodzaju filozofię będą odnosić się do tego, co możemy uznać za rzeczywiste.
W kategorii idei nie ma bardziej wartościowej relacji niż ta, którą możemy budować z naszą filozofią życia. Tak jak wspomniałem wyżej, każdy z nas jakąś już ma, warto jednak się z nią bardziej zaprzyjaźnić czy lepiej ją poznać, jeśli jest ukryta w podświadomości.

Możemy to zrobić zadając sobie pytania: co czyni mnie szczęśliwym? Dlaczego akurat to? Jaką potrzebę zaspokaja? Jakie są moje potrzeby? I tak dalej. W pewnym sensie odkrywanie swojej filozofii życia jest jak odkrywanie siebie. Tu nie warto się zatrzymywać na powierzchownych obserwacjach, każdy z nas ma sporo głębi, którą warto badać. Religia to system wierzeń i obrzędów, które pośredniczą między człowiekiem a tym, co nadprzyrodzone. W tym sensie religię możemy też rozumieć jako relację z nadprzyrodzonym, w wielu przypadkach z jakąś formą osobowego boga.

W przeciwieństwie do filozofii religii nie trzeba mieć, można swobodnie funkcjonować, nie mając poglądu na nadprzyrodzone.
U wielu ludzi religia pełni jednak funkcję zbliżoną do filozofii, to znaczy, podaje przepis na to, jak osiągnąć szczęście. Czasem chodzi o szczęście doczesne, ale często spotykane jest jego odroczenie do życia po śmierci. Dla wielu ludzi religia niewątpliwie pełni funkcję pocieszenia i uspokojenia. Daje strukturę i społeczność, do której przynależą.

Relacja z religią jest często zaszczepiana ludziom już w dzieciństwie, co raczej rzadko zdarza się z innymi ideami. Jest to jeden z powodów, dla którego religię raz przyjętą ciężko jest odrzucić. Drugim jest wspomniany wcześniej aspekt społeczny i związane z tym ryzyko ostracyzmu.

Osobiście nie posiadam poglądów religijnych i nie czuję potrzeby ich szukać. Moją zasadą jest, by polegać na akceptacji mojej śmiertelności, raczej niż poszukiwać nadziei na życie po śmierci. Takie podejście do świata i człowieczeństwa wydaje mi się ciekawsze.

Relacje z naturą (żywą i martwą)

Relacja z naturą odnosi się do naszego stosunku do wszystkiego, co nas otacza, a co jest fizyczne. Wyłączyłem z niej relacje z ludźmi, choć w ścisłym sensie są one jej podkategorią. Jednak ze względu na ich wyjątkowy charakter jako bytów refleksyjnych, potraktowałem je oddzielnie. Tutaj skupię się na interakcji ze zwierzętami i planetą jako całością. Choć byty te nie posiadają własnej refleksyjności, to ich bogactwo jest wspaniałym motorem do rozwoju naszej.

Moja osobista relacja ze zwierzętami ma w sobie osobliwą dwoistość. Z jednej strony jestem ich miłośnikiem. Psy i koty są prześwietne, zabawne i niosą ze sobą ciepło domowego ogniska. Dom, w którym szaleje piesek albo po którym dostojnie snują się koty, kojarzy mi się z przytulnością i swojskością. Mogę godzinami szarpać się z pieskiem o zabawkę, czy obserwować jak kot leży i śpi.
Jestem stałym bywalcem ogrodów zoologicznych, fascynują mnie mieszkające tam zwierzęta i choć uważam, że lepiej by zwierzęta żyły na wolności, doceniam rolę edukacyjną i zachowawczą, jaką pełnią te jednostki. Tak długo, jak warunki, w których żyją zwierzęta, są możliwie zbliżone do naturalnych i są traktowane z czułością i szacunkiem, wywodzę, iż warto wspierać ogrody zoologiczne.

Z drugiej strony jem mięso. Czy chcę to dostrzec, czy też nie, za wyprodukowaniem mięsa, które zjadam stoi ogrom śmierci i cierpienia. Mogą na to nie patrzeć, mogę udawać, że tego nie wiedzę, ale ostatecznie nie ucieknę przed tą prawdą. Na potrzeby naszego przemysłu spożywczego, także na moje potrzeby, zabijamy brutalnie miliardy zwierząt. Ich śmierć i ich życie nie mają nic wspólnego z humanitarnym traktowaniem – szczególnie tam, gdzie w grę wchodzi wielka skala, a więc i niska cena.

Jak mogę pogodzić te dwie sprzeczności? Czy się w ogóle da? Czy muszę dokonywać nieustannej dysocjacji od świadomości tego, jak pozyskiwane jest mięso, które zjadam? Czy muszę zapominać o tym, że zwierzętom, które trafiają na mój talerz, zadawane są ból i śmierć? Jakoś te dwie sprzeczności godzę i funkcjonuję, choć nie potrafię określić jak.

Może powiecie, że przecież człowiek jest mięsożerny, ty jesteś człowiekiem, jest naturalne, że jesz mięso. To prawda, choć jestem wielkim przeciwnikiem zrównywania tego, co naturalne z tym, co dobre. To osobne kategorie i wiele naturalnych rzeczy jest moralnie nieakceptowalnych. Jest też prawdą o mnie, że nie muszę jeść mięsa. Pewnie są na świecie ludzie, którzy ze względów zdrowotnych jeść je muszą, ale ja nie jestem jednych z nich. Moje zdrowie będzie równie dobre, a potencjalnie i lepsze, jeśli zrezygnuje z mięsa. Mogę bez problemu przetrwać i rozwijać się na diecie ściśle roślinnej. Skoro tak, to jedzenie mięsa jest wyborem, który muszę potrafić przed sobą uzasadnić. Jeśli coś nie jest dla mnie konieczne i przypuszczam lub wiem, że niesie ze sobą negatywne konsekwencje dla mnie lub innych, to na mnie spoczywa ciężar uzasadnienia, dlaczego się na to decyduje. Biorąc pod uwagę jak wiele śmierci i cierpienia kroczy za produkcją mięsa, nie mam pojęcia, jakich mógłbym użyć argumentów, poza: „bo lubię i już”, a to jest beznadziejnie słaby argument.

To trochę tak jak z krwawymi diamentami (czy dziś już bardziej krwawy kobalt) z Konga, póki nie widzę śmierci i cierpienia ludzi przy ich wydobywaniu, korzystam z nich i mam poczucie czystego sumienia. W momencie, gdy dowiem się jakie zło się z nimi wiąże, mam obowiązek, by zadać sobie pytanie, czy dalej z nich korzystać, czy mieści się to w granicach mojej moralności.

Relacja z planetą jako całością potraktuję nieco skrótowo, bo fundamentalnie jest w niej wiele podobieństw do relacji ze zwierzętami. Jest w niej przede wszystkim ta sam dwoistość: z jednej strony miłość i zachwyt, z drugiej strony brutalne wykorzystywanie jej zasobów. Co rozumiem przez to drugie? Moją nadmiarową konsumpcję. Patrząc wokół siebie, widzę wyraźniej, jak wiele otacza mnie przedmiotów, które są zasadniczo zbędne. Zbędne na pewno dla mojego przetrwania, ale zbędne też dla mojego szczęścia. Każdy z nich wymagał wykorzystania zasobów do wytworzenia. Każdy wziął coś z planety, na której mieszkam.

Także i tu muszę sobie zadać pytanie: jak uzasadniam tę dwoistość? Jakie są moje argumenty za tym, by konsumować więcej, niż potrzebuję?

Wspólnym pytaniem, jakie nasuwa mi się po rozważeniu tych dwóch relacji: jaki wpływ na moją refleksyjność ma funkcjonowanie w tych sprzecznościach?

Natura wokół nas jest wspaniałym i bogatym źródłem inspiracji, wyciszenia i ciepła. W przyszłości jej różnorodność biologiczna może być źródłem nowych refleksyjnych gatunków. Warto o nią dbać, bo pozostaje niezmiennie wielkim przyczynkiem do rozkwitu refleksyjności ludzkiej!

Wodery, czyli boso przez bagna

Autor, zapalony turysta górski, zdobył Koronę Gór Polskich i podjął nowe wyzwanie, odwiedzając parki narodowe w Polsce. Opisuje trudności podczas wyprawy w dolinie Biebrzy, zmierzenie się z błotnistymi szlakami oraz wartość lokalnych ostrzeżeń. Morał: należy szanować znaki i lokalną wiedzę.

Witajcie!
Jak część z was wie, jestem zapalonym turystom górskim. Uwielbiam chodzić po górach. Udało mi się zdobyć Koronę Gór Polskich – osiągnięcie, którym się regularnie chwalę, bo jestem z niego dumny i było świetnym wyczynem. Był to cel na miarę moich możliwości, który przyniósł mi sporą satysfakcję.

Po jego osiągnięciu stwierdziłem, że potrzebuje jakiegoś nowego celu, czegoś, do czego mógłbym dążyć. Przyszło mi na myśl odwiedzenie wszystkich parków narodowych w Polsce – fantastyczny, przyjemny cel. Zacząłem planować wyprawy. Pierwszą, którą zorganizowałem, była wyprawa do Białegostoku. Wokół tego miasta znajdują się trzy parki narodowe: Białowieża, czyli wielki las z żubrami, oraz Narew i Biebrza, czyli doliny rzek z łosiami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Początek wycieczki poświęciłem na Białowieżę, ale już w środku tygodnia ruszyłem nad Biebrzę, konkretnie w okolice miejscowości Gugny. Ruszyłem na szlak, który prowadził w dolinę Biebrzy. Kiedy na niego wchodziłem, widziałem kątem oka tabliczki z napisami: „Szlak okresowo trudny”. Trudny, dobre sobie! Może i trudny, ale na pewno nie dla mnie. Ja jestem doświadczonym turystą! Co oni tu wiedzą o trudnych szlakach? Kiedy oni ostatnio byli w wysokich Tatrach? No właśnie.

Parłem przed siebie, nie zważając na drobne niedogodności: podejrzanie rozległe kałuże, podtopione fragmenty drogi, grząską trawę. Wreszcie dotarłem do pierwszego większego rozlewiska. Musiałem się sporo nakombinować, bo na środku szlaku miałem małe oczko wodne, głębokie na jakieś pół metra, którego nie bardzo dało się obejść. Rzuciłem parę gałęzi tu i tam, zbudowałem coś na kształt mostka. Trochę zamoczyłem buty, ale dzień był ciepły więc to żaden problem, najważniejsze, że się przedarłem. Kontynuowałem marsz.

Teren nie chciał się poprawić. Wręcz stał się bardziej zdradliwy. Kawałek dalej chciałem stanąć na solidnie wyglądającej kępie trawy. Moje nogi zapadły się w błoto po kostki, wyciągnąłem je z głośnym chlupnięciem każdą. Przez moment obawiałem się, że błoto ściągnie mi buty z nóg! Doszedłem do wniosku, że dalej muszę iść na boso.

A może by zawrócić? Gdzie! Ja zawrócić? Taki wytrawny turysta? Bez sensu! Poszedłem dalej z duszą na ramieniu i butami przy boku.

Po pewny czasie wyszedłem z leśnej ścieżki na otwartą łąkę. Myślałem, że szlak przez las był trudny, ale teraz miałem się przekonać, co to znaczy prawdziwy trud. Bo wiecie, na łące, pod wodą i ukryte w błocie są połamane źdźbła trawy, takiej bardzo grubej i twardej trawy. Kryją się niewidoczne z ostrymi szpicami i kiedy idzie się przez bagno bosą stopą, to co chwila, ała, wbijają się w stopę od dołu.

Brodziłem po łące jak czapla, wysoko unosząc nogi i cierpiałem katuszę. Kiedy minąłem łąkę i dotarłem do kolejnego lasu, patrzyłem na niego jak na wybawienie. Jednak tylko dopóki nie poczułem, że lewa noga leci mi w dół, z nieprzyjemny, ssącym dźwiękiem. Wpadłem aż po biodro w głębokie błoto. Czułem, że jest jeszcze głębsze, ale zdołałem się złapać gałęzi i wyrwać się na kawałek suchego terenu. Mogłem iść dalej.

Maszerowałem z zabłoconymi spodniami przez las. Szło coraz ciężej, traciłem coraz więcej sił. Czułem się niepewnie, ale było dla mnie jasne, że jestem już za punktem bez powrotu, czyli jak bym zawrócił to mam dalej, niż jeśli będę parł do przodu. Kolejna łąka i ał, ał, ał – kolejne trawy.

W następnym lesie spotkałem na szlaku bardzo miłego starszego pana. Starszy pan szedł pewnie przez bagnisko. Popatrzył na mnie tak podejrzliwie i mówi: „Pan tak na boso przez to bagno?” Pytanie było zasadne, bowiem starszy pan miał na sobie tak zwane wodery, czyli wielkie gumowe portki, które sięgają mniej więcej do piersi, są przytwierdzone na szelkach, mają gumowe kalosze z twardą podeszwą i w których chodzenie po bagnach to ponoć bajka.

Odpowiedziałem: „Tak, fajnie się idzie, wszystko dobrze, siła jest”. Pan się uśmiechnął, pokiwał głową i poszedł dalej, mówiąc na odchodne: „Niech pan uważa, bo tam takie głębokie kałuże są, to trzeba czasem lasem ominąć”. „Tak, dobrze, dobrze”.

Kiedy dotarłem do suchego, to była absolutna ulga! Wyszedłem z bagna na piaszczystą drogę, suchą jak pieprz w ten słoneczny dzień i poczułem, jakbym chodził po chmurkach. To była przyjemność dla moich styranych, oblepionych błotem stóp. Nawet kiedy wkroczyłem na asfalt, po którym musiałem przejść, idąc do samochodu, jego rozgrzana powierzchnia była cudowną nawierzchnią do chodzenia.

Przeżyłem. Stopy mi nie odpadły, choć przez moment obawiałem się, że mogą, bo miałem je podziurawione od spodu źdźbłami trawy i pojawiło się na nich kilka tajemniczych, czarnych kropek, ale ostatecznie nie wdało się żadne zakażenie.

Morał z tej historii i nauka dla nas wszystkich jest taka: zwróćmy uwagę, co mówią oznaczenia na szlakach i jeśli lokalni mówią, że jest on trudny albo nie do przejścia, to nie pchajmy się na niego. Kierujmy się ich wiedzą, bo na pewno znają sytuację lepiej niż my.
Dziękuje!

W punktach

  1. Pewny siebie górski turysta
    Pewna siebie poza zdobywcy, ręce na biodrach, pierś wypięta.
  2. Wyprawa po zdobycie Parków Narodowych
  3. Szlak na Gugny, ostrzeżenie o trudnym szlaku – niech sobie nie żartują! Tutaj trudny szlak!
    Kiwanie głową z politowaniem i szyderczy uśmieszek
  4. Pierwsze większe rozlewisko i buty w błocie
  5. Ja miałbym zawrócić?
  6. Trawa wbija się w stopy
    Podskakiwanie jak po ukłuciu. Niby kroki jak czapla. Grymas bólu.
  7. Po pas w bagnie
    Wpadnięcie niby po pas i ratowanie się na szybko.
  8. Miły starszy pan
    Uśmiechy. Kciuki w górę. Pewna mina.
  9. Na suchym!
  10. Morał: idąc na wycieczkę ego zostaw w domu!

O wzięciu sterów w swoje ręce

W dzisiejszym wpisie poruszany jest temat odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem. Autor podkreśla, że emocje, aspiracje oraz wartości są kluczowe w kształtowaniu naszego szczęścia. Przejęcie odpowiedzialności za emocje oraz decyzje prowadzi do dojrzałości, samopoznania i pozytywnych zmian w życiu i społeczeństwie.

Dzisiejszy wpis będzie krótki, acz poruszę w nim ważny temat: branie odpowiedzialności i przejmowanie kontroli nad własnym życiem. Rozumiem przez to wszelkie stany wewnętrzne: emocje, poglądy, decyzje, wartości – wszystkie elementy naszego bytu, które właściwie zarządzane mogą nam dać szczęśliwe życie.

Co rozumiem przez przejmowanie kontroli? Konsekwentne sytuowanie przyczyny naszego stanu ducha w obrębie jego samego, czyli świadomość, że możemy decydować o tym, co i jak czujemy.
Co rozumiem przez branie odpowiedzialności? Zrozumienie, że za kontrolą idzie odpowiedzialność za skutki naszych stanów ducha. To, co robię pod wpływem moich stanów wewnętrznych, jest moją zasługą lub przewiną.

Przykładowo, kiedy poczuję gniew, powiem: „Ależ się zdenerwowałem, gdy usłyszałem, co on mówi”. Nie powiem natomiast: „Ależ się zdenerwowałem przez to, co on powiedział”, ani tym bardziej „Ależ jego słowa mnie zdenerwowały”.
Drugi przykład, jeśli w gniewie upuszczę naczynie, powiem: „Upuściłem szklankę, ponieważ się zdenerwowałem”. Nie powiem natomiast: „Tak mnie zdenerwował, że aż upuściłem szklankę”, ani tym bardziej: „Patrzcie, co on zrobił! Tak mnie zdenerwował, że aż przez niego upuściłem szklankę”.

Emocje

Być odpowiedzialnym i sprawczym w dziedzinie naszych emocji to fantastyczna sprawa! Pomyślcie, jak możemy kształtować nasze samopoczucie, gdy to naszą decyzją jest czy czujemy smutek, czy zadowolenie.

Droga do tak głębokiej kontroli jest długa, ale już podążanie nią jest satysfakcjonujące i uwalniające. Pierwszym krokiem, który trzeba zrobić, by w nią wyruszyć to powiedzieć sobie: „Tylko ja jestem odpowiedzialny za moje emocje nikt inny!” Czyli to ja decyduje czy czuję złość, a w związku z tym mówię „Ale się zezłościłem!” zamiast „Ale mnie zezłościli”. To ja decyduję czy czuję radość, w związku z czym mówię „Ale się uradowałem” zamiast „Ale mnie uradowali”. Nie bez powodu kładę nacisk na te słowa, język ma znaczenie i za każdym razem, gdy biorę werbalnie sprawstwo nad emocją, zbliżam się o krok do urzeczywistnienia celu, którym jest decydowanie o stanie ducha bez oglądania się na czynniki zewnętrze!

Wraz z kontrolą idzie odpowiedzialność. Skoro to ja decyduje, co czuję, to ja odpowiadam za to, co czynię pod wpływem tego uczucia. To piękny aspekt dojrzałości. Za każdym razem, gdy nie cofam się przed odpowiedzialnością za emocję, potwierdzam swoją dojrzałość emocjonalna. Wysyłam komunikat do siebie i innych, że można na mnie polegać i mi zaufać, bo nie tylko dbam o swoje emocje, ale i bez wymówek za nie odpowiadam. Odpowiedzialność jest motorem zmiany na lepsze, gdy chcemy by następstwa emocji były dla nas i dla świata wokół jak najkorzystniejsze!

Aspiracje i oczekiwania

Moje aspiracje i oczekiwanie jakie mam wobec siebie, nadają kierunek życiu. Dzięki wzięciu sterów nad nimi gwarantuje, że będę podążać w kierunku, który jest satysfakcjonujący i który uważam za ważny.

Do czego chcę dążyć w życiu? Czy interesuje mnie zgromadzenie wielkich pieniędzy? Czy osiągnięcie wysokiej pozycji w społeczeństwie i zdobycie władzy? Czy osiągnięcie mądrości? A może spokoju ducha? Tak wiele możliwości, spośród których mogę wybierać! To może się wydawać przytłaczające, ale jest ogromna satysfakcja ukryta w chwili, gdy zaczynam rozumieć, do czego aspiruje, co mnie naprawdę kręci! Jeszcze większa jest satysfakcja w momencie, gdy zrozumiem, że mogę aspiracje zmieniać z czasem, mogę je przekształcać, w miarę jak zmienia się moje życie czy pogłębia zrozumienie świata!

Dążenie do osiągnięcia aspiracji jest najskuteczniejsze, wtedy kiedy oczekiwania są skrojone na miarę możliwości. Uzyskuje to, ustalając tempo postępów i zdając sobie sprawę, że nie jestem, podporządkowani temu tempu, tylko ono jest podporządkowane mi, czyli mogę je modyfikować w zależności od przemyśleń i sprzyjających lub nie okoliczności. Ogrom satysfakcji znajduję w zrozumieniu, że wszelkie wymagania, oczekiwania i terminy są pod moją kontrolą i w mojej mocy jest je utrzymywać lub zmieniać.

Dlatego zadawajmy pytanie „czego ja oczekuję od życia?” a zapomnijmy o pytaniu „czego ode mnie oczekują inni?”. Zastanawiajmy się, w jakim tempie chcemy realizować cele, a nie kiedy społeczeństwo życzy sobie, byśmy je zrealizowali.

Poczucie własnej wartości

Mam ogromną wartość, jestem świetnym człowiekiem! I ty drogi czytelniku, także masz wielką wartość i jesteś świetnym człowiekiem, ale nie potrzebujesz mnie, bym cię o tym zapewniał, wystarczy, że sam jesteś o tym przekonany i tego świadom!

Ze świadomości własnej wartości płynie wielki spokój. Jest to jeden z najskuteczniejszych leków na lęk, z jakimi się spotkałem. Gdy wiem, że jestem wartościowy, że moje słowa i myśli mają znaczenie, nie ma potrzeby, by obawiać się reakcji innych na to, co uczynię. Mogę wypowiadać swoją prawdę i bez strachu czy złości przyjmować informację zwrotną.

Co więcej, jako że wiem, że jestem wartościowy i poczucie wartości jest we mnie dobrze osadzone, nie boję się zmiany. Mogę zmieniać siebie, kiedy zauważę taką potrzebę i nie oznacza to, że przed zmianą byłem wadliwy czy bezwartościowy. Nie muszę drżeć z obawy, kiedy spotykam się z krytyką, mogę jej wysłuchać i zastanowić się, czy jest zasadna, czy nie, a następnie działać zgodnie z własną decyzją. Zewnętrzna krytyka nie jest zagrożeniem dla mojej wartości, jest świetną informacją, która odpowiednio wykorzystana pozwoli mi wzrastać.

Dlatego mówię sobie „jesteś wartościowym człowiekiem, jeśli ktoś się z tym nie zgadza to jego problem nie twój!” Nie interesują mnie oceny wystawiane przez innych o ile nie towarzyszy im konstruktywna informacja zwrotna, bo żadna ocena zewnętrzna nie ma mocy, by naruszyć moją wartość!

Wartości, czyli to co dla nas ważne

Gdy świadomie ustalam, jakie są moje wartości i jak mają się względem siebie, czuję, że wprowadzam ład do świata wewnętrznego. Decyzje stają się łatwiejsze, bo jest dla nich konkretna podkładka, a ja mam mniej wątpliwości i zgryzot.

Świat może być inspirujący w dziedzinie wartości. Studia filozoficzne, czytanie głębokiej literatury popularnej, konwersacje z ludźmi, którzy poświęcili czas na rozmyślania o wartościach, to wszystko są cenne dane. Jednak ostatecznie to ja ustalam, które z tych inspiracji przyjąć, a które odrzucić. Tworzę własne definicje wartości według indywidualnych rozmyślań. Do mnie też należy ustalanie ich w jasną hierarchię.

Wykonanie tej pracy sprawia, że czuję zgodność z moimi wartościami, a jeśli któraś z nich mnie uwiera, to wiemy, że mogę ją przeanalizować i zmienić. Nie jestem skazany na konkretny zbiór wartości. Tak jak cele moje wartości mogą się zmieniać i ewoluować wraz ze mną. Co dziś jest główną wartością, jutro może całkowicie wypaść z hierarchii.

Najważniejsze to pamiętać, że nie jestem skrępowany żadnym zewnętrznym systemem moralnym i żadną zewnętrzną strukturą wartości. O ile sam sobie takich kajdanów nie narzucę, mogę swobodnie eksplorować szerokie przestrzenie tego, co ważne i cenne! Nie pozwólmy, by ograniczały nas zmurszałe religie i ideologie, drążmy tunel wartości podług własnego planu!

Decyzje

Wszystko, o czym pisałem powyżej, sprowadza się do wolności decydowania, najlepszego z możliwych celów. Autonomia nad moimi decyzjami i zrozumienie, że sam jestem najważniejszą instancją ich oceny i zmiany, to ideał, który równoważny jest życiu szczęśliwemu.

Przejęcie władzy nad decyzjami jest lekiem na frustrację. Każda decyzja jest moja. Jej skutki, mogą być różne w zależności od okoliczności, ale jednego jestem pewien, decyzje podjąłem w zgodzie z sobą. Nikt nie postawi mnie w sytuacji, w której będę w konflikcie z moimi wartościami, celami i zrozumienie świata. Jeśli wydaje mi się, że w taką sytuację trafiłem, to analizuję ją ponownie, bo zapewne przeoczyłem jakąś opcję. Jeśli nie pozostały żadne decyzje, to mogę oddać się sztuce akceptacji i obserwować rozwijającą się sytuację jako widz, który nie ma w niej żadnej stawki.

Życie jest ciągiem wyborów. Byłoby optymalnie, gdyby każdy z nich był mój. W rzeczywistości wiele które już podjąłem, narzucili mi inni. Na szczęście, nie zmienia to faktu, że mogę przejąć nad nimi ponownie kontrolę i stać się kowalem swego losu.

Za władzą decydowania idzie odpowiedzialność, czyli dojrzałość. To świadomość, że decyzje mają konsekwencje wykraczające poza moją osobę oraz umiejętność oceny tych konsekwencji, ujmowani ich w procesie decyzyjny, oraz ponoszenia odpowiedzialności za nie, kiedy do tego przyjdzie. Ta odpowiedzialność jest motorem dla pięknego kształtowania moich decyzji. Nie jest ciężarem, a wręcz przeciwnie jest siłą, która pcha mnie ku byciu coraz lepszymi! Jest wiele radości w świadomości, że jestem w pełni odpowiedzialny za swe decyzje i ich skutki.

Przykład

Dzisiejszy artykuł zakończę przykładem, ilustrującym jak proste, naturalne sprawy mogą się potoczyć, jeśli nie bierzemy odpowiedzialności za siebie i o ile lepiej mogłoby być, gdy było inaczej.

Nasze biologiczne uwarunkowanie sprawia, że duża część mężczyzn odczuwa pociąg seksualny do kobiet. Kiedy widzimy atrakcyjną kobietę, czujemy pożądanie. Jednak niektórzy, zamiast powiedzieć „kiedy widzę atrakcyjną kobietę, czuję pożądanie”, mówią „ta kobieta budzi we mnie pożądanie”. Przekierowuje sprawczość z siebie na kobietę. To ona sprawiła, że czuję pożądanie, a jeśli traktuje pożądanie jako występek czy grzech, to ona jest winna mego grzechu.

Niekiedy pożądanie rozwijamy w żądzę, jego gorętszą wersję, która jest nastawiona na działanie. Tworzymy w sobie chęć zdobycia kobiety będącej jego obiektem. Powinniśmy spokojnie powiedzieć sobie: „rozbudziłem w sobie żądzę, muszę być czujny, co z nią uczynię”, zamiast tego niejeden z nas mówi „ona obudziła we mnie żądzę, nie wiem, co za chwilę uczynię”.

Żądza może prowadzić do czynu. Tym czynem jest podejmowanie zalotów. W większości przypadków, jeśli owe zaloty nie spotkają się ze wzajemnością, wycofujemy się i pracujemy nad tym, by nasza żądza opadła. Niekiedy mężczyzna podejmuje inną decyzję w swej żądzą i podejmuje próbę zdobycia drugiego człowieka przemocą. Jeśli tak się stanie, ten człowiek powinien pomyśleć „uczyniłem coś strasznego, podjąłem koszmarną decyzję, muszę ponieść jej konsekwencje”. Jednak zazwyczaj to, co zostanie powiedziane to „rozpaliła mnie i sprowokowała do tego, sama tego chciała, przez nią będę miał teraz problemy”.

Na każdym z tych etapów jest szansa, by wziąć kontrolę w swoje ręce, przestać przerzucać odpowiedzialność za swe żądze i czyny na postronne osoby i zatrzymać niebezpieczne szaleństwo. Bywa jednak, że zamiast tego dzieje się coś niedorzecznego: utrwalenie patologii w kulturze lub religii.

Weźmy za przykład prawo szariatu, które nakazuje kobiecie zakrywanie większości ciała, by nie budziła pożądania w mężczyznach. To religijne usankcjonowanie delegowania na kobiety męskiego pożądania! Zamiast złożyć odpowiedzialność na mężczyznach, którzy czują pożądanie, tak by się nauczyli je kontrolować albo spotka ich kara, cały ciężar zostaje przerzucony na kobiety. To one mają się ukrywać za szatami i zamykać w domach, tylko dlatego by jakiś żałośnie słaby mężczyzna nie rozpalił w sobie nędznych żądz i nie dokonał na nich brutalnego gwałtu. Jeśli faktycznie są niezdolni do okiełznania swoich żądz, to zamiast więzienia kobiet, proponuje przymusową kastrację, ta skutecznie ostudzi ich zapędy.
To prawo jest jasnym dowodem tego, jak słabi są mężczyźni je wprowadzający, jak żałośnie nie ogarniają własnych umysłów. W swojej mizerności zrzucają swoje popędy na barki kobiet, samemu uciekając od odpowiedzialności. Ciekawe czy chociaż się tego wstydzą?

Kiedy przejmujemy kontrolę nad swoimi decyzjami mamy wiele do zyskania! Nasz sukces w tych zadaniach może się rozciągnąć poza nasze życie, może dotknąć całego społeczeństwa. Zachęcam więc nas wszystkich do wzięcia sterów w swoje ręce!

O sercu i rozumie

Na spotkaniu klubu Biznes Toastmasters odbyła się debata o decyzjach podejmowanych sercem lub rozumem. Autor podkreśla, że serce to emocje, a rozum to świadome myślenie. Szybkość i dokładność to kryteria oceny decyzji; w zależności od sytuacji, można preferować jedną z tych metod lub łączyć je harmonijnie.

Na niedawnym spotkaniu klubu mówców Biznes Toastmasters odbyła się debata oksfordzka na temat „Lepiej decydować sercem niż rozumem”. Dyskusja była ciekawa i zażarta! Tak się złożyło, że pełniłem na spotkaniu inną funkcję, nie wziąłem więc bezpośredniego udziału. Pora bym to nadrobił i zmierzył się z tematem.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta. Serce to mięsień pompujący krew, zawiera nieco neuronów, ale nie na tyle dużo by można było przy jego pomocy decydować. Sprawa załatwiona, lepiej jest decydować rozumem, bo sercem się nie da.

Tu może się oburzycie: „przecież to serce to tylko taka metafora! Nie udawaj, że nie wiesz!” No dobrze. Wiem. Jaka to jest dokładnie metafora? Co znaczą pojęcia, które zostały użyte w tezie, skoro nie bierzemy ich dosłownie? Nim przejdę do analizowania pytania, muszę rozwiązać tę definicyjną zagadkę.

Zacznijmy od serca. Z potocznego rozumienia stwierdzenia „decydować sercem” adekwatną definicją jest decydowanie na podstawie uczuć czy też emocji. Na potrzeby tego rozumowania nie zagłębię się w potencjalne różnice pomiędzy „uczuciami” a „emocjami”, będę je traktował ogólnie jako informacje płynące z podświadomości i określał mianem „emocji”.

Jeśli chodzi o decydowanie rozum, to będą to decyzje podjęte na podstawie świadomego rozumowania.

Chciałbym uniknąć pojawienia się fałszywej alternatywy w stawianym pytaniu. Tak może się zdarzyć na kilka sposobów. Po pierwsze, jeśli dwa człony alternatywy mają część wspólną, czyli wybór jednej pociąga w pewnych przypadkach wybór drugiej, w szczególności, gdy się całkowicie pokrywają. Po drugie, jeśli istnieją inne opcje niż te rozważane, czyli człony naszej alternatywy nie pokrywają pełnego spektrum możliwości.

Mając to na uwadze, przedefiniuje używane pojęcia. Tak jak są zapisane obecnie, mają część wspólną oraz nie pokrywają pełnego spektrum możliwości. Mają część wspólną, ponieważ istnieją decyzje łączone, czyli takie gdzie najpierw pojawia się emocja i reakcja na nią, a na ich podstawie odbywa się proces świadomego rozumowania. Nie pokrywają całego spektrum możliwości, jako że mogą istnieć decyzje, które ani nie mają podłoża świadomego, ani emocjonalnego, a są, przykładowo, oparte na nawykach.

Proponuje w związku z tym następujące definicje:
Myślenie/decydowanie sercem to wszystkie procesy myślowe, które są w pełni podświadome i prowadzą do działania bez świadomego namysłu.
Myślenie/decydowanie rozumem to wszelkie procesy myślowe, które mają komponent świadomego rozumowania.

To niejedyny możliwy sposób zdefiniowania tych pojęć, alternatywnie można rozważać następujące definicje:
Myślenie/decydowanie serce to wszystkie procesy myślowe, których wynikiem jest decyzja zgodna z początkowym wnioskiem podświadomym.
Myślenie/decydowanie rozumem to wszystkie procesy myślowe, których wynikiem jest decyzja niezgodna z początkowym wnioskiem podświadomym, czyli gdy świadome rozumowanie zmieniło decyzję.

Pierwsza definicja wydaje mi się prostsza, druga bardziej zbliżona do potocznego rozumienia tych pojęć. Na potrzeby tego artykułu pozostanę przy pierwszej parze definicji.

Jest jeszcze jedno słowo w tezie, które powinienem dobrze zrozumieć. Co znaczy „lepiej”? Jakie kryteria przyjmę, by rozstrzygnąć spór? Proponuje następujące dwa parametry.
1. Szybkość podejmowania decyzji – decyzja jest tym lepsza, im szybciej zostaje podjęta, ponieważ zużywa wtedy mnie zasobów: czasu i energii. Szybkie decyzje są lepsze od wolnych.
2. Poprawność podejmowanie decyzji – jest tym lepsza, im jest precyzyjniejsza, czyli im wyższe niesie prawdopodobieństwo dobrych, czyli przynoszących nam większe korzyści, wyników. Poprawne decyzje są lepsze od niepoprawnych.

Oba kryteria obejmują spektrum możliwości. Z jednej strony mamy czas podejmowania decyzji (albo zużytą energią), z drugiej strony prawdopodobieństwo sukcesu.

Obserwacja 1: świadome procesy myślowe są wolniejsze od podświadomych.

Obserwacja 2: świadome procesy myślowe są poprawniejsze od podświadomych.

Nasze pytanie sprowadza się do określenia, gdzie przebiega punkt równowagi między szybkością a poprawnością. Nie przypuszczam, bym był w stanie odpowiedzieć na nie dokładnie. To, co mogę osiągnąć to uargumentować, że istnieją sytuacje, w których szybkość jest istotniejsza oraz istnieją sytuację, gdy istotniejsza jest poprawność. Jeśli zdołam to wykazać, to udowodnię, że odpowiedź na naszą tezę jest niejednoznaczna i czasem lepiej kierować się sercem, a czasem rozumem.

Rozważmy sytuację, która ilustruje prymat szybkości nad dokładnością. Stajemy oko w oko z rozwścieczonym tygrysem. Zwierz zrywa się do skoku. Musimy podjąć decyzję co robimy. Jeżeli proces decydowania zajmie więcej niż ułamek sekundy, rozszarpią nas kły i pazury. Powiedzmy, że decyzja podjęta w ułamku sekundy daje nam 20% szans na przetrwanie, to niewiele, ta decyzja ma niską poprawność. Decyzja, której podjęcie zajęłoby nam 5 sekund, daje nam szansę na przetrwanie 100%, wymyślimy idealną taktykę. Jednak faktyczna szansa przetrwania w drugim przypadku wynosi 0%. Tygrys nas pożre, nim podejmiemy decyzję. Żadna miara poprawności nie przeważy nad szybkością. Są więc decyzje, które lepiej podejmować sercem.

Rozważmy przykład, który ilustruje prymat dokładności nad szybkością. Saper staje przed zadaniem rozbrojenia bomby. Na zegarze jest jeszcze 60 sekund. Do zapalnika wiodą dwa przewody: czerwony i niebieski. Saper może zdać się na intuicję (czyli podświadomość) i przeciąć czerwony przewód. Może to zrobić natychmiast, na zegarze nie upłynie nawet sekunda. Prawdopodobieństwo sukcesu to 50%, jeśli się pomyli, umrze. Jest to jednak doświadczony fachowiec. Jeśli poświęci na badanie bomby i jej logiczną analizę 50 sekund, to uzyska prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, który przewód należy przeciąć. Inwestując 50 sekund, osiąga 100% poprawność decyzji (w przybliżeniu). Są więc decyzje, które lepiej podejmować rozumem.

Skory istnieją sytuacje, które preferują każdy z typów, odpowiedź na tezę musi brzmieć: to zależy. Gdy kluczowa jest szybkość działania, lepiej jest się kierować sercem. Gdy kluczowa jest precyzja lepiej kierować się rozumem. Czasami najlepszym trybem decydowania jest najpierw pomyśleć sercem, a potem potwierdzić lub zaprzeczyć rozumem. Może każda nasza decyzja ma taką strukturę? Wtedy odpowiedź na tezę brzmi: zawsze potrzebujemy obu!

Odpowiedź może być dość złożona, ja skłania się ku stwierdzeniu, że najlepiej wykorzystywać oba te tryby decydowania w harmonijny sposób i kłaść nacisk na jeden z nich, tam, gdzie sytuacja wymaga jego mocnych stron!

O rozwoju osobistym

Artykuł omawia rozwój osobisty jako kluczową wartość ze stoickiej perspektywy, definiując jego różne typy: fizyczny, indywidualny, społeczny i refleksyjny. Każdy typ wpływa na refleksyjność, która jest uznawana za dobro. Autor proponuje metody praktyczne, podkreślając znaczenie analizy przekonań oraz prób nowych doświadczeń dla osobistego rozwoju.

Dzisiejszy artykuł poświęcę drugiej z kluczowych wartości, czyli rozwojowi osobistemu. Spośród wszystkich na mojej liście budzi ona zapewne największe zdziwienie, a jednak uważam ją za absolutnie kluczową z perspektywy stoickiej.

Pierwszym pytaniem w przypadku rozwoju osobistego jest: czy jest wartością? Nie chodzi tu o rozstrzyganie czy jest cenny lub pożyteczny, ale rozstrzygnięcie, czy nie jest częścią Dobra rozumianego jako stan najwyższej możliwej refleksyjności. W mojej dyskusji nad wolnością uległa ona rozszczepieniu na Wolność odnoszącą się do tego, co zależne i będącą częścią Dobra oraz wolność jako wartość odnoszącą się do tego, co niezależne. Zbadam czy podobne zjawisko będzie miało miejsce w przypadku rozwoju osobistego.

Zacznę moje rozważania od formalnych definicji. W kolejnych rozdziałach przejdę do jego właściwości, wpływu i sposobu praktykowania.

DEFINICJA ROZWOJU OSOBISTEGO

Rozwój osobisty jest typem procesu odnoszącym się do ciała lub umysłu konkretnej osoby. Aby nazwać proces „rozwojem”, musi mieć parametr, który rośnie wraz z jego postępami – nie musi być ściśle rosnący, ale w dłuższej perspektywie powinien wykazywać tendencję wzrostową.
Nieco bardziej szczegółowo opisałem formalne definicje w słowniczku.

Na tym etapie wyróżnię cztery podtypy rozwoju osobistego [1]:
+ rozwój fizyczny,
+ rozwój indywidualny,
+ rozwój społeczny,
+ rozwój refleksyjny.

Rozwój fizyczny dotyczy mojego ciała: zdrowie, ruch, szybkość, zręczność etc.
Jest podstawą biologicznego funkcjonowania, sprzyja trwaniu naszej istoty. Jest źródłem energii witalnych, potrzebnych do realizowania wartości.

Rozwój indywidualny dotyczy umiejętności i przekonań: wiedza, zawód, wspomnienia, charakter etc.
Jest zestawem narzędzi i mechanizmów, które wypracowuje na własny użytek i które czynią mnie unikalnymi w społeczności. Jest źródłem mojego osobistego funkcjonowania i podstawą mechanizmów decyzyjnych.

Rozwój społeczny dotyczy wpływu, jaki ma na mnie społeczności i jaki ja mamy na nią: znajomości, informacja zwrotna, język, ideologie, normy społeczne etc.
Jest fundamentem komunikacji z innymi i polem, na którym realizuje moje wartości w sposób wykraczający poza moją istotę. Dzięki niemu mogę z dobrem sięgnąć szerzej i dalej.

Rozwój refleksyjny dotyczy mojej refleksyjności: logika, etyka, decyzje, wartości etc.
Jest dobrem w ścisłym rozumieniu. To kolejny po Wolności aspekt mojej refleksyjności. Jest podstawą mojego rozwoju jako człowieka refleksyjnego, czyli człowieka dobrego.

JAK ROZWÓJ OSOBISTY WPŁYWA NA REFLEKSYJNOŚĆ

Omówiłem definicję rozwoju osobistego i rozbiłem go na kilka kategorii. Teraz spojrzę dokładniej, jak poszczególne kategorie wpływają na refleksyjność i w związku z tym, dlaczego uznaje go za wartość.

Po pierwsze, podobnie jak wolność, rozwój osobisty rozdziela się na dwie kategorie: rozwój refleksyjności, czyli rozwój rozumiany jako dobro i pozostałe aspekty, czyli rozwój rozumiany jako wartość.

Zacznę omówienie od pierwszej kategorii, czyli od rozwoju naszej refleksyjności. W tym artykule argumentowałem, że refleksyjność jest jedynym dobrem. Rozwijanie refleksyjności jest zwiększaniem zasobu dobra. Z tego trywialnie wynika, że rozwój refleksyjny jest dobrem, a w związku z tym jest wart, by go aktywnie realizować w życiu.

Na czym ten rozwój polega? Refleksyjność mogę rozumieć jako kompetencję czy umiejętność. Najlepszym sposobem na jej rozwijanie jest trening, czyli stosowanie jej w praktyce. Im częściej jej używam, tym sprawniejszy się staje, tym mam jej więcej. Czyli kluczem do rozwoju refleksyjności jest jej wykorzystywanie w codziennym życiu i w specjalnie wykreowanych sytuacjach treningowych.

Aby lepiej zrozumieć, z czym mam do czynienia, podzielę kompetencje refleksyjności na trzy filary według stoickiej reguły: logikę, etykę i metafizykę. O każdej z nich mogę myśleć jak o osobnej (choć powiązanej z pozostałymi) kompetencji, której rozwój wpływa bezpośrednio na moją refleksyjność.

Rozwój mojej kompetencji w logice to polepszanie umiejętności formułowania poprawnych i rozpoznawania błędnych wnioskowań. Zdania logiczne są językiem refleksji, ich maestria jest równoważna maestrii wewnętrznego dialogu, kształtującego moje decyzje. Bez logiki nie byłbym w stanie analizować swoich procesów wewnętrznych. Dlatego kształcenie logiki jest dobrem.

Rozwój mojej kompetencji w etyce to tworzenie i modyfikowanie hierarchii wartości, która nadaje kierunek moim wyborom, pozwala zrozumieć, co jest prawdziwie ważne a co nie. Jest tematem mojego wewnętrznego dialogu, etyczna maestria jest maestrią mojej wewnętrznej problematyki. Bez etyki nie byłbym w stanie oceniać, jak i które procesy wewnętrzne powinienem zmienić. Dlatego kształceni etyki jest dobrem.

Rozwój mojej kompetencji w metafizyce to rozumienie mojego miejsca w świecie, tego, czym jestem i jak usadawiam się względem wszechświata. Zrozumienie mojego miejsca pozwala mi poprawnie określić obszar mej sprawczości i ograniczać decyzje, które podejmuj do tych, które są ode mnie zależne. Metafizyka jest granicą mojego wewnętrznego dialogu, jej maestria jest maestrią w angażowaniu wewnętrznych zasobów, tam tylko gdzie są skuteczne. Bez metafizyki mój wewnętrzny dialog rozlałby się po całym świecie i stracił swą moc. Dlatego kształcenie metafizyki jest dobrem.

Rozwój fizyczny

Moje ciało nie jest mną w tym sensie, że nie jest moją refleksyjnością, jednak ja nie mogę istnieć bez ciała, tak jak nie mogę istnieć bez tlenu, choć nie jestem tlenem. Moje ciało potrzebuje napoju, pokarmu i aktywności, by funkcjonować, potrzebuje też opieki lekarza i leku, gdy jest chore. Ciało wysportowane, dobrze odżywione i systematycznie leczone jest trwalsze. Z tego wnoszę, że rozwój fizyczny przedłużając trwanie mojego ciała, przedłuża także trwanie mojej refleksyjności, w związku z tym jest wartościowy.

Drugą wartością płynącą z rozwoju fizycznego, jest zwiększenie zasobów energii dostępnych mojej refleksyjności. Refleksyjność jest procesem i aby się toczyć, wymaga energii, a tej dostarcza moje ciało. Wysportowane, dobrze odżywione i systematycznie leczone ciało ma większe zasoby energii, których mogę użyć do podtrzymania refleksyjności. Z tego wnoszę, że rozwój fizyczny zwiększa mój potencjał refleksyjny, w związku z tym jest wartościowy.

Jedyne co jest konieczne do zaistnienia refleksji to żywy mózg i rezerwa energii. Refleksja istnieje i toczy się także w człowieku, który nie ma możności rozwoju fizycznego w klasycznym sensie. Silne ciało nie jest konieczne dla refleksyjności, w związku z czym rozwój fizyczny nie jest dobrem, choć jest wartością.

Z rozwojem fizycznym można przesadzić. Zbyt wielka jego ilość nie przyczynia się do zachowania zdrowego ciała i energii witalnych, staje się celem samym w sobie, co jest niekorzystne dla mojej refleksyjności, bo odbiera jej czas i zasoby. Ciało jest ważne, o tyle o ile przyczynia się do lepszego funkcjonowania rozumu, wszystko poza tym jest zbędne.

Rozwój indywidualny

Sfera osobista odnosi się do takich elementów jak przekonania, umiejętności praktyczne, charakter czy nawyki. Ta sfera nie jest mną, ale jest zestawem procedur mojego funkcjonowania, tak jak komputer pokładowy nie jest samolotem, ale jest konieczny, by samolot mógł lecieć. Potrzebuje moich indywidualnych właściwości, by wyodrębnić siebie ze świata i móc zrozumieć i oddziaływać na tenże świat. Mając klarowne, sprawdzone przekonania, dobre nawyki, cenne umiejętności i godny charakter, poznaje świat pełniej i komunikuje się z nim skuteczniej. Poznanie świata jest pożywką dla mojej refleksyjności, komunikowanie się jest sposobem na wzbudzanie refleksyjności w innych. Z tego wnoszę, że rozwój osobisty zwiększa potencjał refleksyjny, w związku z tym jest wartościowy.

Refleksja musi być uczyniona nad czymś. Choć sama dla siebie może być pożywką, to łatwiej jest jej działać nad czymś zewnętrznym. Głównym zewnętrznym materiałem dla refleksyjności jest to, co nazywam moją osobowością, czy inaczej moimi mechanizmami funkcjonowania. W tej sferze mieści się też mechanizm podejmowania decyzji, o którym pisałem w tym artykule. Przestrzeń osobista jest związana z przestrzenią społeczną, która także jest obszarem funkcjonowania moich decyzji. Różni je to, iż w przestrzeni osobistej ulokowane jest to, co sam świadomie wykształcam, w przestrzeni społecznej to, co jest mi narzucane przez kulturę, w której funkcjonuje i co może plasować się w podświadomości.

Podobnie jak w przypadku fizyczności tak przy osobowości jej dobry stan nie jest konieczny do bycia refleksyjnym, ale jej minimalne funkcjonowanie konieczne jest. Utrata osobowości nie jest zjawiskiem częstym, ale realnym. Wiele chorób psychicznych i stanów chorobowych mózgu interpretuje jak taką stratę. Przypuszczam, że przy braku osobowości, refleksyjność jest niemożliwa. Mimo tego dobry stan indywidualności nie jest konieczny dla refleksyjności, nie jest więc ona dobrem, choć jest wartością.

Przypuszczam, że i z rozwojem osobowości podobnie jak z rozwojem fizycznym można przesadzić, ale w tej sferze większym zagrożeniem dla refleksyjności wydaje mi się rozwój w złym kierunku, czyli budowanie destrukcyjnych nawyków czy fałszywych przekonań.

Rozwój społeczny

Strefa społeczna odnosi się do elementów mojego funkcjonowania, które zostały mi narzucone przez środowisko ludzkie, w którym funkcjonuje. Ten proces jest intensywny w dzieciństwie, z wiekiem słabnie, ale nigdy całkowicie się nie kończy. Te elementy są dla mnie konieczne, bym mógł funkcjonować w otoczeniu i współpracować z innymi ludźmi. Kooperacja z ludźmi w dziedzinie wymiany idei, dyskusji, dzielenia się informacją zwrotną jest płodnym obszarem do działania mojej refleksyjności. Analizowanie procesów zachodzących między mną a innymi to akt refleksyjności. Z tego wnoszę, że rozwój społeczny zwiększa potencjał refleksyjny, w związku z czym jest wartościowy.

Odnoszą się tu podobne uwagi jak do rozwoju indywidualnego, jako że te sfery są sobie bliskie. Główną zaletą jest odgrywanie roli zewnętrznej pożywki dla refleksyjnego ducha odnoszącej się do mechanizmów mojego funkcjonowania z innymi: ulepszania ich i poszukiwania tych, które są atawistyczne, czyli dawniej użyteczne, ale teraz już obojętne lub szkodliwe. W obrębie tej sfery mieści się także rzucanie wyzwań obowiązującym normą społecznym, co jest źródłem refleksji dla mnie i innych.

Ze wszystkich trzech wartościowych przejawów rozwoju, ten wydaje się najmniej koniecznym w tym sensie, że człowiek na bezludnej wyspie może się bez niego obyć. Jednak to mylne założenie, ów człowiek musiał przejść jakąś socjalizację i warunkowanie społeczne, inaczej by nie przetrwał, bo ludzkie dzieci nie są zdolne do samodzielnego przetrwania w naturze jeszcze długo po urodzeniu. Ten element opieki jest elementem socjalizującym. Także minimalny rozwój społeczny jest konieczny dla refleksji, po to, by umożliwić przetrwanie, bez którego jej nie ma. Całkowita izolacja od stada jest dla człowieka niezwykle trudnym stanem. Przypuszczam, że refleksyjność może w takiej izolacji istnieć, jednak wyobrażam sobie, że jest niezwykle utrudniona. Mimo tego dobry stan uspołecznienia nie jest konieczny dla refleksyjności, nie jest więc ono dobrem, choć jest wartością.

Z rozwojem społecznym na pewno można przesadzić. Chodzi mi przede wszystkim o skoncentrowanie życia i funkcjonowania na odpowiadaniu na sygnały płynące ze społeczeństwa, od innych ludzi, całkowicie ignorując sygnały płynące z wnętrza. Jest to jakby przeniesienie wielu moich kompetencji na świat zewnętrzny. Moje emocje nie są moim dziełem – to inni je wywołują. Jestem szczęśliwy nie wtedy kiedy zrobię coś dobrego, tylko kiedy zostanę pochwalony. Przykłady mógłbym mnożyć. Objawy te są efektem błędów w moim rozwoju społecznym i warte są, bym się nad nimi pochylił i jej poprawiał jak dalece to możliwe. Uważam, że szczególną uwagę warto przy tym zwracać na przekonania związane z religią i innymi ideologiami, których wpływ pojawił się we wczesnym dzieciństwie. Warto je obejrzeć krytycznie i zakwestionować.

METODY ROZWOJU OSOBISTEGO

W tym rozdziale chciałem dodać nieco praktycznych wskazówek jako uzupełnienie teoretycznego wstępu. Przykłady, które zobaczycie poniżej, są moimi osobistymi doświadczeniami, choć metody są często znane. Wiem, że okazały się przydatne dla mnie, nie widzę znacznego ryzyka w ich praktykowaniu, ale też nie gwarantuje, że dla was okażą się pomocne. Dla żadnej z nich nie posiadam ani nie szukałem badań potwierdzających ich skuteczność. Stosujcie zgodnie z własnym uznaniem i na własne ryzyko!

Po pierwsze, jeśli chodzi o rozwój refleksyjności, to dla wszystkich jej aspektów już podałem kilka metod i praktyk, które stosuje. Zapraszam do odpowiednich artykułów:
Logika
Etyka
Metafizyka

Ćwiczenie sprawności ruchowej

Celem tej praktyki jest utrzymanie ciała w sprawności do wykonywania podstawowych czynności dnia codziennego.
Osobiście praktykuje na trzy sposoby. Pierwszy to ćwiczenia na siłowni pod obciążeniem oraz rozciąganie. Mają zbudować muskulaturę, która będzie skutecznie wspierać układ kostny w utrzymywaniu wyprostowanej postawy i przyjmowaniu obciążeń przy wysiłku. Rozciągania służą utrzymaniu dużego zakresu ruchomości stawów, niwelując szkodliwy wpływ siedzącego trybu życia.
Drugi sposób to regularna jazda na rowerze. Dla mnie to przede wszystkim sposób na przemieszczanie się po mieście: na dojazdy do pracy, na zakupy, do biblioteki, do kina i tak dalej. To robię przez cały rok. Dodatkowo w sezonie ciepłym znajduje czas na mniejsze i większe eskapady po mieście i poza nim. Odbywa się to z korzyścią dla układu krążenia.
Trzeci sposób to chodzenie po górach. To głównie sezonowa aktywność, która ma utrzymać moją mobilność oraz stanowić mocny wycisk dla układu krążenia. Wisienka na torcie: ta aktywność także wspaniale otwiera mi umysł i pozwala myśleć z szybkością i sprawnością nieosiągalną na równinach!

Kardio i utrzymanie masy ciała

Utrzymanie właściwej masy ciała i dobrej kondycji układu krążenia to aktywność obliczona na zwiększenie szans na dłuższe życie. Ma ona dwie strony. Po pierwsze, jest to ruch, o którym wspomniałem wcześniej (rower, góry, siłownia). Po drugie, jest to odpowiednia dieta, rozumiana jako ograniczenie spożywanych kalorii oraz spożywanie pokarmów bogatych w składniki odżywcze, a możliwie ubogich w substancje szkodliwe. Jedno z drugim idzie w parze, jest mi trudno utrzymać właściwą masę ciała samą dietą, czy też samą aktywnością fizyczną.
Wybór konkretnych aktywności ma niewielkie znaczenie, kluczowe jest, by się ruszać, mając na uwadze dwa aspekty: zachowanie sprawności motorycznej i zachowanie dobrej kondycji układu krążenia. Czy jeżdżę na rowerze, czy biegam to sprawa preferencji.

Analizuj swoje przekonania

Jestem przekonany o bardzo wielu rzeczach. Wiele moich przekonań nie jestem świadoma. Wiele moich przekonań, tych świadomych i podświadomych, jest fałszywa. Póki jakieś przekonanie we mnie tkwi, póty będzie dyktować moje decyzje i zachowania. Warto im się regularnie przyglądać i aktywnie odkrywać te, które chowają się w podświadomości.

W mojej praktyce najlepszą metodą na wychwytywanie podświadomych przekonań jest przyglądanie się emocją, które się w nas aktywują. Czynię to, zadając pytania, dlaczego czuję to co czuję akurat w tej sytuacji i drążąc temat, to znaczy nie poprzestając na powierzchownych odpowiedziach. Tak mogę dotrzeć do przekonania, które leży u źródła emocji. Piszę „mogę dotrzeć”, bo z praktyki wiem, że często pierwsze odkrycia są fałszywe, że nie dotarłem z pytaniami dość głęboko. Analiza błędnie uchwyconych przekonań, zwykle prowadzi mnie do uświadomienia sobie pomyłki, a analiza jej natury pomaga mi lepiej zrozumieć podobne sytuacje w przyszłości.

Kiedy mam już przekonanie w ręku, zaczynam zadawać pytania. Moją ulubioną metodą analizowania przekonań jest dialog sokratejski, czyli wymiana pytań i odpowiedzi. Staram się w ten sposób drążyć temat, nie zachowując obiektywności, raczej próbuje być adwokatem diabła, czyli okazywać sceptycyzm wobec przekonania i zadawać niewygodne pytania.

Po tym procesie mam pojęcie czy przekonanie jest słuszne. Jeśli tak, nic więcej robić na tę chwilę nie muszę. Jeśli nie, kolejnym etapem jest zmiana przekonania. Jeśli przekonanie jest świadome, sprawa jest prosta: przyjmuje nowy punkt widzenia. Gorzej, jeśli jest podświadome. Wtedy muszę „przekonać” podświadomość do nowych wniosków. W tym celu kilkakrotnie przechodzę przez rozumowanie, utrwalając je. Zawsze, gdy efekty starego przekonania ponownie się pojawią, powtarzam nową prawdę, analizując sytuację w jej kontekście. Z czasem nowy sposób myślenia zakorzenia się w podświadomości, przy czym przy mocnych przekonaniach może to trwać latami. Sam ma kilka takich, które wiem, że są fałszywe od kilku lat, a mimo niekiedy, choć rzadziej niż kiedyś, aktywują się w podświadomości.

Mów i słuchaj

Ten rozdział mógłby się równie dobrze nazywać: pisz i czytaj. Chodzi o to, by dzielić się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami z innymi. W moim przypadku dzieje się to poprzez pisanie w różnych zakamarkach Internetu także dlatego, że mówienie mi nie wychodzi tak sprawnie.

Celem tego ćwiczenia jest wystawienie moich przekonań, poglądów i rozmyślań na informację zwrotną. Mam tendencję do zadurzania się we własnych wywodach, ot taki egocentryczny rys. Nie ma nic lepszego dla mojego myślenia, niż porządna krytyka i kubeł wody wylany na głowę. Nie zawsze pod wpływem takiej terapii zmieniam zdanie, ale zawsze po niej lepiej rozumiem problem, z którym się mierzę.

Nie wiem, czy jest ogólnie ludzką przypadłością, by przeceniać wagę własnych myśli. Na pewno jest to moja przypadłość. Jeśli macie podobnie, to zachęcam was do znalezienia dobrego medium do wygłaszania swych tez i poddawania ich konstruktywnej krytyce, będąc przygotowanym, iż czasem będzie druzgocąca.

Kwestionuj to co oczywiste

Jeśli mam wybrać które prawdy i przekonania zakwestionować, zaczynam od tych, które wydają się najbardziej oczywiste. Robię tak dlatego, że są najniebezpieczniejsze. Im bardziej jestem przekonany do słuszności jakiegoś przekonania, tym mniej refleksji będę poświęcał mu i jego skutkom. To niebezpieczna sytuacja. Jeśli tak się zdarzy, że uzyskam pewność co do prawdziwości czegoś, co jest fałszywe, to sam siebie wywiodę na manowce. Gdy zauważę, że czegoś jestem pewny, zaczynam czujniej się temu przyglądać. W końcu pewność nie istnieje poza obszarem twierdzeń matematycznych!

Ta sama zasada odnosi się do tego, co mi mówi społeczeństwo i inni ludzie. Im bardziej są pewni co do słuszności swoich poglądów i twierdzeń, tym ja bardziej staje się sceptyczny. Nie ma prawie nic pewnego na tym świecie, więc sprzedawanie czegoś jako pewnik jest podejrzane. Z tego właśnie powodu zachowuje duży dystans co do twierdzeń religijnych, pewność w ich wyznawcach sugeruje mi, że mam do czynienia z pomyłką, której poddali się liczni, może poprzez manipulację, może dlatego, że przyjemnie im było uznać to za pewnik, może z obu tych powodów. Jakkolwiek by było, im bardziej wyznawcy pewni są swego bóstwa, tym bardziej ja jestem sceptyczny. Nic pewnego poza twierdzeniami matematyki, jeśli ktoś mówi inaczej, to podejrzewam, że nie wie do końca, o czym mówi i jest poważnie zagubiony.

Próbuj nowych rzeczy

Próbowanie nowych rzeczy, wyzwań i poznawanie ludzi poszerza horyzonty. Po prostu daje mi informacje o tym, co jest możliwe i dostępne, dzięki czemu pole mojego wyboru rośnie.

Dlatego staram się w miarę regularnie próbować czegoś nowego. Po pierwsze podróże, czyli zwiedzanie nowych miejsc, a nie trzeba jechać daleka, by było ciekawie. W zasięgu kilku godzin drogi są miejsca nieodkryte a godne uwagi. Podróże zagraniczne mają dodatkowy aspekty nowości w postaci lokalnej kultury, jednak z mojego doświadczenia wynika, że ciężko jest tę kulturę poznać i jako turysta poruszam się w pewnego rodzaju bańce. Da się z tej bańki wyrwać, ale jest to trudne. Mnie osobiście nigdy się nie udało.

Drugi aspekt nowego to poznawanie nowych ludzi. To najłatwiej zrobić, z mojego doświadczenia, poprzez angażowanie się w „kółka zainteresowań”. Przykładem jest klub mówców, do którego uczęszczam, kompletnie nowa ekipa ciekawych ludzi, z którymi już na wejściu mam wspólny temat. Możliwości jest bardzo wiele od szachów po budowanie robotów.

To sprowadza nas do trzeciego aspektu, czyli do próbowani nowych umiejętności i zajęć. Jednym plusem tego podejścia jest wspomniane poznawanie nowych ludzi, drugim rozwijanie moich własnych umiejętności. Czy jest to koordynacja ruchowa w tańcu, umiejętności wokalne na lekcji śpiewu, czy cokolwiek innego, stymulujemy w ten sposób mój umysł do rozwoju. Nie wszystko musi się mi spodobać i ze mną zostać, warto jednak sprawdzać, bo prędzej czy później coś się mi spodoba i do mnie przyklei.

Sto razy pytaj „dlaczego?”

Ten motyw przewijał się w innych podpunktach, ale chcę go podkreślić osobno. Co byśmy nie robili, co byśmy nie myśleli, jakbyśmy nie zadecydowali, warto co jakiś czas zapytać się „dlaczego?”.

Staram się być dla samego siebie najbardziej namolnym towarzyszem, który co rusz pyta: a dlaczego to robisz? Nie potrafię odpowiedzieć? Może warto przerwać tę czynność i się zastanowić? Nic i nigdy nie robię bez powodu. Jeśli coś czynię, ale nie potrafię wyjaśnić dlaczego, to znaczy, że moje motywacje są przede mną ukryte. Im większy wpływ ma dana czynność na moje życie, tym ważniejsze jest, bym znalazł prawdziwe powody, jakie za nią stoją.

To bywa męczące, nie przeczę. I wiem doskonale, że nie da się każdej czynności w życiu poddawać za każdym razem podobnemu przesłuchaniu, ale wiem, że każdą większą decyzję, można od czasu do czasu sprawdzić dociekliwym „dlaczego?”.

Pamiętajmy też, by nie zatrzymywać się na pierwszym pytaniu, by drążyć i pogłębiać aż nie uzyskamy satysfakcjonującej i logicznej odpowiedzi. Jeśli trzeba sto razy zapytać „dlaczego?” to pytam. Wiedza o motywach mojego postępowania jest warta czasu poświęconego na ich badanie!

[1] Rozdzielenie rozwoju na cztery typy jest inspirowane podziałem istoty ludzkiej zaproponowanym przez Tomasza Mazura w nieopublikowanym jeszcze tekście „Cztery ciała człowiek”.

O budowaniu relacji

Artykuł bada mechanizmy tworzenia relacji, ze szczególnym uwzględnieniem roli układu nagrody i wpływu substancji psychoaktywnych, jak alkohol. Podkreśla znaczenie właściwości relacji oraz cech definiujących ich charakter. Autor przestrzega przed zniekształceniem oceny drugiej osoby przez dopaminowe stymulacje, podkreślając wagę świadomego podejścia do interakcji.

Treść dzisiejszego artykułu będzie swobodną hipotezą dotyczącą relacji i mechanizmów ich formowania. Dlaczego swobodną? Bo popartą minimalną ilością dowodów naukowych. Będę sporo zakładał i zgadywał, postaram się jednak przy tym zachować spójność logiczną.

Zainteresowałem się tym tematem z kilku powodów. Po pierwsze, relacje to jedna z moich kluczowych wartości, są dla mnie istotne i cenne, a ich zrozumienie jest przydatne. Po drugie, kwestia alkoholu, który w naszym społeczeństwie stanowi jedną z osi budowania relacji, a którym gardzę. Po trzecie, religia, która także jest osią budowania relacji, a z którą nie mam do czynienia. Można powiedzieć, że moją motywacją był niepokój, iż jestem odcięty od kluczowych mechanizmów tworzenia relacji.

DEFINICJA RELACJI

Zacznę moje rozważania od zdefiniowania relacji. Ten fragment będzie nieco techniczny, ale żeby dobrze zrozumieć dalszą część wywodu, proponuje Ci drogi czytelniku, by przeczytać przynajmniej wytłuszczone elementy tego rozdziału.
Pod tym linkiem znajdziecie kilka wcześniej wprowadzonych definicji.

Rdzeń relacji to stan umysłu refleksyjnego będący parą uporządkowaną, w której pierwszym elementem jest tenże umysł, a drugim dowolny obiekt rzeczywistości.
Przykłady:
Ja i ja, czyli rdzeń relacji z samym sobą.
Ja i inny człowiek, czyli rdzeń relacja między ludzkiej.

Właściwości relacji to stany umysłu odnoszące się do rdzenia relacji. Mogą to być: wspomnienia, emocje, przekonania, klasyfikacje, opinie etc.
Przykłady:
Emocja miłości może być właściwością relacji między mężem i żoną.
Przekonanie, że jestem zainteresowany romantycznie, może być właściwością mojej relacji z koleżanką z pracy.

Właściwości są budulcem relacji, trudno sobie wyobrazić jakąś całkowicie ich pozbawioną. Jądro mówi nam, co jest ze sobą w relacji, właściwości określają jej charakter.

Relacja to jądro relacji wraz z właściwościami.

Relacje mogą mieć cechy, czyli sądy wartościujące relację pod kątem jakiegoś parametru (toksyczność, bliskość, użyteczność etc.). Cechy możemy rozumieć jako podzbiory właściwości relacji wybrane ze względu na łączący je parametr. Zbiory cech nie są rozłączne, jedna właściwość może trafiać do wielu cech.

Cechy są niezwykle istotne dla praktycznego rozumienia relacji. Wyróżniające się cechy definiują, jak klasyfikujemy relację. Oto kilka ważnych cech, jakie nadajemy relacją:

Romantyczna/platoniczna. Odpowiedź na pytanie, czy w relacji jest zawarty element miłości romantycznej. To może się wydawać stanem binarnym, ale uważam, że jest to spektrum, relacje mogą być mniej lub bardziej romantyczne.
Bliska/daleka. Możemy to rozumieć jako miarę ilości elementów w zbiorze właściwości relacji. Im ten zbiór jest bogatszy, tym relacja jest bliższa.
Jednostronna/wzajemna. Ja mogę być z czymś bądź kimś w relacji, ale nie odwrotnie. Bardzo typowa sytuacja dla relacji z przedmiotami nieożywionymi, gdzie wzajemność jest zwyczajnie niemożliwa. Ta cecha jest zero-jedynkowa.
Toksyczna/budująca. Czy relacja mnie wzmacnia i buduje moje możliwości jako człowieka, czy przeciwnie, osłabia i wysysa energię? Ta cecha rozciąga się na spektrum pomiędzy dwoma skrajnościami.
Realna/wirtualna. Czy znam obiekt relacji osobiście, czy nasze kontakty ograniczają się do świata wirtualnego? Nie jestem pewien czy rozumieć ten stan zero-jedynkowo, czy myśleć o nim jako o spektrum, czyli jak część relacji rozgrywa się w świecie wirtualnym, jak w rzeczywistym.
Przyjemna/nieprzyjemna. Czy formowanie nowych właściwości w tej relacji sprawia mi przyjemność, czy ból/dyskomfort? Wbrew wszelkim pozorom jest to cech odmienna od toksyczności. Są relacje nieprzyjemne, trudne, które mają właściwości niezwykle budujące i są relacje przyjemne, które toksycznie zatruwają życie.

Te przykłady nie wyczerpują wszystkich możliwych charakterystyk relacji, można by je mnożyć. Poprzestanę jednak na powyższych, które uważam za kluczowe. Jeśli uważacie, że coś istotnego pominąłem, dajcie znać!

HIPOTEZA: MÓZG FORMUJE RELACJE POPRZEZ DODAWANIE DO NICH WŁAŚCIWOŚCI

W tym rozdziale rozważę następującą hipotezę: formowanie relacji to dodawanie nowych elementów do jej zbioru właściwości. Relacja nie może istnieć, jeśli zbiór właściwości jest pusty. Sama wiedza o istnieniu drugiego elementu relacji jest już jej właściwością.

Na początku formowania się relacji jej zbiór właściwości procentowo rośnie bardzo szybko. To trywialna obserwacja, zasadzająca się na tym, że póki zbiór właściwości zawiera niewiele elementów, łatwo jest zwielokrotnić jego liczebność. Z tego może się wywodzić popularna opinia, iż pierwsze wrażenie jest niezwykle istotne dla relacji. Przypuszczam, że jest faktycznie kluczowe dla decyzji czy kontynuować relacje po pierwszym spotkaniu, ale jeśli będzie ona trwała, to jest jak najbardziej możliwe, by zatrzeć pierwsze wrażenie.

Zmiana w relacji polega na dodawaniu do niej nowych właściwości albo modyfikowaniu istniejących. Im dłużej relacja trwa, czy im więcej posiada właściwości, tym trudniej ją zmodyfikować. Dodanie jednej właściwości do setek istniejących w niewielkim stopniu zmienia ogólny obraz.
Właściwości z czasem zacierają się. Można je też aktywnie zmieniać, dotyczy to przede wszystkim tych, które mają formę przekonań, ale także tych, które interpretujemy jako wspomnienia – może to być forma urealniania wspomnień albo ich kreatywnego zmieniania by lepiej spełniały swoją funkcję. Ma to związek z tym, jak rozumiem naturę wspomnienia.

Nasz mózg nie jest kamerą wideo i nie nagrywa dokładnie wszystkiego, co widzi i słyszy. Zapamiętujemy wybiórczo, a często zabarwienie emocjonalne sytuacji decyduje o kształcie wspomnienia. Chciałbym zwrócić uwagę, że to, co pamiętamy, rzadko jest tym, co się faktycznie wydarzyło. To kluczowe dla formowania relacji, jako że wiele ich właściwości to wspomnienia, które nie są precyzyjnymi odwzorowanie rzeczywistości tylko interpretacjami, które w skompresowany sposób reprezentują realną sytuację.
Hipoteza: celem wspomnień (a więc i właściwości relacji) nie jest zgodność z prawdą i rzeczywistością, lecz informowanie przyszłych decyzji, tak by prowadziły do stanów uznawanych przez mózg za pożądane w momencie ich formowania.
Zgodność z rzeczywistością w tym niekoniecznie pomaga, a może nawet przeszkadzać.

Mózg koloruje i podkręca wspomnienia w zależności od kontekstu, wzmacniając te, które odnoszą się do czynności, które powinniśmy powtarzać, a zacierające te, które dotyczą czynności obojętnych lub niekorzystnych (chyba, że powinniśmy ich aktywnie unikać).
Hipoteza: mamy tendencję do tego by lepiej pamiętać to co dobre, zapominając to co złe.

Dygresja: dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, co złe? Czy to nie pomogłoby tego unikać? Przypuszczam, że nasz mózg działa tutaj jak Wielki Brat z „Roku 1984” Orwella, czyli stosuje cenzurę myśli. Jeśli nie wiemy, że jakaś zła czynność jest możliwa, to nie możemy jej wykonać, chyba że przypadkiem. Spekuluje, że dlatego właśnie mamy tendencję do zapominania tego, co złe.

Jaki mechanizm stoi za kolorowaniem i wybieraniem wspomnień? Zapewne więcej niż jeden, ale dziś chciałem się skupić, na mechanizmie nagrody, który podejrzewam o najbardziej znaczący wpływ na koloryt naszych wspomnień.

HIPOTEZA: AKTYWACJA UKŁADU NAGRODY WPŁYWA NA FORMOWANIE SIĘ WSPOMNIENIA

Układ nagrody w naszym mózgu jest siecią odpowiedzialną za wzmacnianie zachowań, które są korzystne dla wypełnienia naszej biologicznej funkcji, czyli prokreacji. Ta sieć występuje także w mózgach innych zwierząt, dzięki czemu możemy prowadzić nad nią pośrednie badania.

W uproszczeniu działanie układu nagrody przedstawia się następująco: kiedy jesteśmy poddawani bodźcowi, który jest interpretowany jako korzystny dla przetrwania, w mózgu wydziela się neuroprzekaźnik zwany dopaminą. Dopamina spełnia kilka funkcji, ale interesujące dla nas jest odpowiadanie za odczucie spełnienia. Wzrost jej poziomu jest dla układu nagrody znakiem, że to, co się właśnie zdarzyło, jest korzystne i powinno być powtarzane.

W naturalny sposób aktywują układ nagrody: jedzenie i picie, seks (szczególnie orgazm), dotyk drugiego człowieka, rozmowa, wysiłek fizyczny i inne. Choć każda z tych czynności powoduje wydzielenie dopaminy, jej ilość nie jest jednakowa – niektóre czynności są ważniejsze.

HIPOTEZA POMOCNICZA: układ nagrody nie rozróżnia, która konkretnie czynność go aktywowała, jedynie, że został aktywowany. Przykład: kiedy jemy kolację, oglądając film, mózg zakoduje smak jedzenia i obrazy na ekranie, jako związane z otrzymaną nagrodą. Nie będzie wiedział, że wyrzut dopaminy aktywowało jedzenie.

Kiedy układ nagrody zostaje aktywowany, zwiększa się prawdopodobieństwo zapamiętania danego wydarzenia oraz poziom przyjemności, który zostanie z nim powiązany. Takie przyjemne wyraziste wspomnienie ma nas skłonić, by w przyszłości powtarzać daną czynność.

Jak wspomniałem, wszystko, co jest zawarte we wspomnieniu, zostanie zakodowane jako przyjemne i warte powtarzania: jedzenie posiłku na równi z oglądaniem serialu. Sieć układu nagrody nie rozróżnia, który element ją faktycznie aktywował.

WNIOSEK: jeśli regularnie robimy coś w czasie posiłku, tę czynność zapamiętamy jako przyjemniejszą, niż w rzeczywistości jest!

Uważam, że powyższy schemat jest kluczowy w przypisywaniu wagi poszczególnym właściwością relacji. Im silniejsza stymulacja układu nagrody, tym wyższa waga zostanie przypisana danemu wspomnieniu, tym większy będzie miało wpływ na daną relację.

Suma wszystkich wag właściwości relacja daje całkowitą wagę tejże, czyli określa, jak ważna jest dla nas. To oznacza, że jakość (siła stymulacji układu nagrody) interakcji z obiektem jest równie ważna, jak ich ilość. Całkowitą wagę relacji używamy, by porównywać dwie relacje między sobą, czyli rozstrzygać, która z nich jest dla nas ważniejsza.

Gdy natomiast chodzi o cechy relacji, to ich wartość jest sumą wag wszystkich właściwości znajdujących się w odpowiadających im zbiorach. Przypominam, że cechy relacji to, na przykład: toksyczność, bliskość.

UWAGA NA MARIGNESIE: możliwe, iż w przypadku cechy relacji, jest jeszcze dodatkowy parametr, który określa jej intensywność względem danej cechy. Nie każde wspomnienie jednakowo silnie wpływa na każdą z cech, do których należy.

Waga relacji i jej cechy (a w szczególności ich konkretne wartości) są co do zasady nieuświadomione. Nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, że dana relacja ma dla nas wartość X, a druga Y. Zazwyczaj jednak jesteśmy w stanie stwierdzić świadomie, która relacja jest ważniejsza.

Ta niemożność określenia konkretnych wartości wiąże się z tym, że mózg nie przechowuje arkusza kalkulacyjnego z wartościami liczbowymi wagi relacji czy jej cech. Przypuszczam jednak, że mamy podświadome mechanizmy, które skutecznie syntezują wszystkie właściwości relacji w jakościowe porównania.

Tak układ nagrody, poprzez mechanizm formowania się wspomnień, wpływa silnie na treść naszych relacji.

WNIOSEK: DLA JAKOŚCI RELACJI ISTOTNE SĄ NIE TYLKO CECHY JEJ PRZEDMIOTU, ALE TAKŻE OKOLICZNOŚCI W KTÓRYCH WCHODZIMY Z NIM W INTERACKCJE

Relacje, które formujemy, nie są obiektywnym odwzorowaniem jakości ich przedmiotu. Ten sam przedmiot możemy obdarzyć pozytywnym uczuciem, jeśli poznaliśmy go w korzystnych warunkach, lub negatywnych, jeśli warunki naszego poznania były niekorzystne. Ten efekt jest szczególnie istotny w początkowych fazach relacji, gdy nie jest ona jeszcze bogata we właściwości i łatwo może się zmieniać.

Szczególną rolę w formowaniu naszego wrażenie pełni układ nagrody, który wpływa na to, jak postrzegamy osoby, przedmioty, sytuacje i miejsca, w których dochodzi do jego aktywacji. W przykładzie z poprzedniego rozdziału: jeśli oglądamy serial w czasie posiłku, wyda nam się lepszy, niż w rzeczywistości jest!

Wydaje się, że większość z nas zdaje sobie z tego intuicyjnie sprawę. Kreujemy spotkania z innymi ludźmi, w taki sposób by towarzyszyły im wyrzuty dopaminy. Klasycznym przykładem jest randka przy eleganckiej kolacji. Spędzając czas z drugą osobą podczas jedzenia posiłku, kodujemy zarówno w naszym mózgu, jak i w mózgu osoby towarzyszącej, skojarzenie z nagrodą, a w związku z tym myślimy o sobie nawzajem nieco cieplej.

Obserwacja: łamiąc symetrię tego mechanizmu, można go wykorzystać do manipulacji! Na przykład, zachęcając drugą osobę do jedzenia słodkości, podczas gdy my nie jemy, sprawiamy, że owa osoba myśli o nas nieco lepiej, podczas gdy my zachowujemy wobec niej więcej obiektywizmu.

Drugą intuicyjnie jasną manifestacją tego mechanizmu, jest udane życie seksualne w związku, gdzie przez „udane” rozumiem tu takie, które skutkuje orgazmem dla obu stron. To niezwykle istotny czynnik budujący relację, gdyż osoba, z którą uprawiamy seks, jest kodowana jako część przyjemnego spełnienia orgazmu, w efekcie myślimy o niej cieplej i postrzegamy ją w pozytywnym świetle.

Trzecią intuicyjną manifestacją są wspólne rodzinne posiłki, które są wykorzystywane jako sposób na formowanie dobrych familijnych relacji. Spędzając razem czas przy smacznym posiłku, będziemy myśleć o sobie nieco lepiej. Warto tu jednak zauważyć dwie rzeczy. Pierwsza, powinniśmy zwracać uwagę na innych domowników nie ekran smartfona, bo inaczej to urządzenie zakodujemy jako „sympatryczne”. Po drugie, układ nagrody to nie wszystko i jeśli zapędzono nas do stołu pod groźbą kary, to żadna ilość dopaminy nie sprawi, że zaczniemy cieszyć się towarzystwem.

Płyną z tego dwa praktyczne wnioski. Pierwszy, jeśli chcesz rozwijać, utrwalać i pogłębiać relację, dbaj, by spotkaniom z jej obiektem towarzyszyły zachowania stymulujące układ nagrody (jedzenie, wspólny wysiłek fizyczny, śmiech, seks etc.).
Drugi, jeśli chcesz zachować możliwie obiektywne spojrzenie na drugą stronę, usuwaj wszelkie stymulanty dopaminy z obrębu waszych spotkań. To sytuacja dość typowa w biznesie, jeśli negocjujesz z dostawcą cenę, nie stawiaj między wami ciasteczek, a już na pewno sam ich nie jedz! Lepsze dla twojego celu będzie zachowanie obiektywizmu i nieformowanie przyjaznych uczuć do dostawcy.

Obserwacja: w tym drugim przypadku widzimy pole do manipulacji. Jeśli postawimy na stole pyszne ciasteczka i skłonimy dostawcę, by je zjadł, podczas gdy my sami się powstrzymamy, tworzymy lekkie zachwianie równowagi w relacji na naszą korzyść.

Wniosek na koniec jest taki, że, po pierwsze, nie powinniśmy zbyt mocno ufać naszym odczuciom o innych osobach, zwłaszcza jeśli „strzelało” między nami dużo dopaminy. Po drugie, jest cenne, by zdawać sobie sprawę z tego efektu i go świadomie wykorzystywać, by wzmacniać relacje bliskie i chronić relacje formalne i biznesowe przed nadmierną bliskością. To drugie nie musi być wcale manipulacją, o ile zachowujemy symetrię i szczerze informujemy drugą stronę o naszych intencjach!

HIPOTEZA: NARKOTYKI ZMIENIAJĄ FORMOWANIE SIĘ RELACJI

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie poruszył w artykule tematu narkotyków, a w szczególności alkoholu 😉
Szczególnie w sytuacji, gdy mówimy o działaniu układu nagrody!

Duża grupa substancji psychoaktywnych oddziałuje na nasz mózg poprzez mechanizm dopaminowy i związaną z nim sieć nagrody. W wielkim uproszczeniu powodują one silne wyrzuty dopaminy, aktywując układ nagrody. Jedną z tak działających substancji jest etanol – najpopularniejszy, legalny i najłatwiej dostępny narkotyk.
Na marginesie: nie sugeruje, że stymulowanie wyrzutu dopaminy jest jedynym efektem działania etanolu na mózg! Zdaje sobie sprawę, że jest to bardziej złożone.

Podstawową kwestią jest określenie skali wpływu etanolu na sieć nagrody w porównaniu z naturalną stymulacją. Otóż wyrzut dopaminy związany ze spożyciem alkoholu jest kilkukrotnie intensywniejszy niż związany z jedzeniem (od 3 do 6 razy). Jest silniejszy niż wyrzut dopaminy wywołany orgazmem (który jest najsilniejszym z naturalnych) od jednego do trzech razy, zależnie od okoliczności.
Na marginesie: wyrzuty dopaminy związane z innymi narkotykami mogą być jeszcze silniejsze (co zwykle przekłada się na ich „siłę” uzależniania).

Mając do dyspozycji powyższy fakty i biorąc pod uwagę nasze poprzednie rozważania, zastanówmy się, co się stanie, jeśli do procesu formowania relacji dolejemy etanolu.

Podstawowym wnioskiem jest, iż alkohol, kiedy jest spożywany w towarzystwie obiektu relacji, koduje silnie pozytywny wrażenie. Czyli jeśli spożywamy etanol w towarzystwie drugiego człowieka, kodujemy pozytywne odczucia w stosunku do niego, co najmniej równie silne, a potencjalnie kilkukrotnie silniejsze, jak gdybyśmy uprawiali z nim seks!
Przykładowo, kiedy spędzasz wieczór ze znajomym i wypijasz w ciągu tego wieczora cztery dawki alkoholu, to poziom pozytywnego kodowania w takiej sytuacji, może odpowiadać 12 wspólnym orgazmom.

Drugi wniosek, alkohol rzeczywiście skutecznie i silnie buduje więzi społeczne. Szybko zaczynami lubić ludzi, z którymi pijemy alkohol, niezależnie od tego, co sobą obiektywnie reprezentują. Praktycznie każda przypadkowa i niespójna grupa może się związać, jeśli wystarczająco często zażywa wspólnie etanol.
Trwałość tych więzi jest osobną kwestią, niekiedy mogą wyparować, jeśli wyparuje alkohol, ale mogą też przetrwać usunięcie alkoholu z roli spoiwa.

Trzeci wniosek, alkohol nieprzypadkowo jest domyślnym elementem randek, spotkań zapoznawczych, imprez firmowych. Jego rolą w tych spotkaniach jest, między innymi, zakodowanie wzajemnych pozytywnych opinii uczestników.

Czwarty wniosek, nasz mózg nie jest przystosowany do radzenia sobie z tak intensywnymi wyrzutami dopaminy, zwłaszcza kiedy mogą się powtarzać tak często (powyżej przykład równowartości 12 orgazmów jednego wieczora). Warto stosować zasadę ograniczonego zaufania do siebie samych, gdy formujemy swoje opinie na czyjś temat pod wpływem alkoholu.

Piąty wniosek, etanol stymuluje układ nagrody na tyle intensywnie, że dość łatwo jest na wejść w relację z nim samym. Nie mówię tu o uzależnieniu, raczej o myśleniu o alkoholu jako o przyjacielu, pocieszycielu, wsparciu. Jako o kimś/czymś, czego chcemy bronić, czym chcemy się opiekować. Stąd, chociażby, te dziwaczne zdrobnienia: „piwko”, „winko”, „wódeczka”.

Podsumowując, nie da się ukryć, że alkohol skutecznie koduje pozytywne więzi i postrzeganie innych osób, to źródło jego kulturowej roli kleju społecznego. Intensywność, z jaką to robi, wykracza jednak poza naturalne granice, do których przystosowany jest mózg, może więc mieć wiele niespodziewanych skutków ubocznych. No i jest rakotwórczy, toksyczny dla mózgu, wątroby i serca, ale to już mam nadzieję wiecie 😉

WYBRANE WNIOSKI

W tym rozdziale chcę podać kilka przykładów na to w jakich życiowych sytuacjach, mechanizmy formowania relacji mają znaczenie i kiedy warto być szczególnie czujnym na ewentualne błędy poznawcze.

Kazus pierwszej randki
Na pierwszych randkach polecałbym rozważenie unikania etanolu, seksu, a nawet jedzenia — wszelkich czynników, które wywołują wyrzuty dopaminy. Nie róbmy nic, co szczególnie lubimy. W przeciwnym wypadku osobę, z którą się zapoznajemy, będziemy postrzegać przez pryzmat przyjemnej aktywności, a to oznacza, że będziemy ją postrzegać lepiej, niż na to zasługuje. Może nas to zaprowadzić do zaangażowania się w relację, która nam nie odpowiada i z której będziemy musieli się po pewnym czasie ewakuować!
Zamiast aktywności ekscytujących lub generujących dopaminę, spokojny spacer czy rozmowa przy herbacie, dadzą nam lepsze, mniej zniekształcone informacje o drugiej osobie, a to informacji szukamy na pierwszych randkach!
Podkreślam, że te stwierdzenia nie są absolutami! Dopamina na randce zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu poznawczego co do drugiej osoby, ale go nie gwarantuje!

Kazus ciężarnej żony
Wyobraźmy sobie następującą sytuacją: małżeństwo spodziewa się dziecka. Ciężarna żona nie pije alkoholu, jej mąż, w geście solidarności, nie spożywa przy niej. Na razie świetnie. Teraz wyobraźmy sobie, że w pracy męża, co piątek ekipa wyskakuje na kilka drinków wieczorem. Dobra małżonka zachęca męża, by do nich dołączył dla „relaksu”, ona sobie świetnie poradzi sama. W ekipie jest koleżanka. Co piątek piją razem kilka drinków. Mąż zaczyna myśleć o niej coraz cieplej. Z żoną nie pije i nie uprawia seksu, bo ciąża. Nie znajdują czasu na wspólne posiłki.
Po kilku miesiącach relacja z koleżanką z pracy zaczyna przysłaniać relację z żoną, tak silnie jest kodowana przez wspólne spożywanie alkoholu. Koleżanka wydaje się o tyle ciekawsza, sympatyczniejsza i fajniejsza od małżonki. Między mężem i żoną pojawia się pęknięcie…

Kazus dobranej pary
Wyobraźmy sobie dwoje ludzi, którzy spotykają się ze sobą, są sobie bliscy. Ich związek się rozwija, postanawiają razem zamieszkać. Są bardzo zajęci różnymi sprawami, mają tyle na głowie, ale dbają, by codziennie razem zasiąść do posiłku, a najlepiej kilku. Co weekend wybierają się do eleganckiej restauracji na coś niezwykle pysznego.
Oboje dbają, by w ich życie seksualne nie wkradła się nuda. Wiadomo, że nie codziennie każdy ma ochotę na seks, ale starają się znaleźć czas i korzystać szczególnie z tych dni, gdy czują werwę. Podczas seksu nie są samolubni, komunikują się i dbają wzajemnie o swoje potrzeby i zaspokojenie.
Każdego dnia stają się sobie odrobinę bliżsi, myślą o sobie nieco cieplej, ich uczucia kwitną i się rozwijają. Dbałość o budujące wykorzystanie układu nagrody sprawia, że będą żyli długo i szczęśliwie…

Kazus seksu, narkotyków i rock and rola
Ciężko jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą uprawiasz regularnie seks. Jeszcze ciężej jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą regularnie zażywacie wspólnie narkotyki. Zarówno jedno, jak i drugie jest w stanie sprawić, że polubimy kogoś, kto na to nie zasługuje. Im częściej powtarzają się warunkujące zachowania, czy im większy procent naszych kontaktów z daną osobą odbywa się w ich towarzystwie, tym trudniej będzie zachować trzeźwość oceny.
Jesteśmy w stanie o wiele więcej wybaczyć i o wiele więcej zaakceptować u osób, z którymi dzielimy kieliszek lub łoże. Warto zwrócić uwagę na to z kim wchodzimy w kontakty, gdy jesteśmy pod wpływem narkotyków i zachować odrobinę dodatkowego sceptycyzmu. Tak jak w przypadku randek, sugerowałbym nie mieszać spotkań zapoznawczych z alkoholem, seksem i jedzeniem. Dajmy sobie możliwie dużą szansę, na wyrobienie racjonalnej opinii o drugiej osobie nim wprowadzimy elementy, które mogą zaburzyć nasz osąd.
Choć ryzyko wejścia w toksyczną czy niepożądaną relację rośnie, gdy w grę wchodzą narkotyki, nie znaczy to, że każda relacja uformowana w ich towarzystwie jest zła! Większość ludzi, których polubimy pod ich wpływem, pozostanie godna lubienia i bez. Wszystko jest tu grą prawdopodobieństwa, używając etanolu lub innych narkotyków, zwiększamy prawdopodobieństwo pomyłki, ale jej nie gwarantujemy. Podobnie jak całkowite od nich stronienie, nie gwarantuje samych dobrych wyborów.

Kazus ferajny z podwórka
Wyobraźmy sobie podwórko między kamienicami i ekipę młodzieży, która się na nim bawi. To pokopią piłkę, to pobujają się na trzepaku. W miarę jak stają się starsi, zaczynają sięgać po alkohol i inne narkotyki. Piją i zażywają razem.
Niektórzy z nich wchodzą w konflikt z prawem: sprzedadzą komuś narkotyk, kogoś okradną, kogoś pobiją. Niektórzy idą w innym kierunku, kształcą się, zdobywają zawód i podejmują pracę.
Nadal spotykają się od czasu do czasu i są gotowi za siebie skoczyć w ogień. Kumpel okradł sklep i pobił przy tym sklepikarza? To trzeba mu pomóc zwiać, ukryć go. To dobra morda przecież jest, nasz człowiek.
To nie jest dobra morda. To złodziej i bandyta. A relacja z nim kumpli z podwórka jest wypaczona latami wspólnego bujania się na dzielni z narkotykami w tle.
Pożywką takiej sytuacja nie muszą być koniecznie narkotyki. Dzieciaki z trudnych rodzina też się do nich irracjonalnie przywiązują, po części przez momenty czułości, po części przez wspólne posiłki. Wierni w sektach i społecznościach religijnych przywiązują się do nich przez akty bliskości, czasem seksualnej, przez wspólne posiłki i przez wspólne rytualne zażywanie narkotyków.
Jest wiele sposobów, na które grupa może zakodować w nas przywiązanie do niej, droga przez mechanizm nagrody i jego wpływ na relacje jest jedną z nich.

UKŁAD NAGRODY TO NIE WSZYSTKO

Choć moim zdaniem układ nagrody ma ogromny i niedoceniany wpływ na to, jak formujemy relacje, kogo lubimy a kogo nie, to jest oczywiste, że nasz mózg wykracza poza ten jeden system. Mamy do dyspozycji nasz płat czołowy, czy raczej kojarzoną z nim sieć hamującą impulsywne zachowania i przeprowadzającą racjonalne rozumowania. Możemy kontrolować swoje reakcje, co więcej możemy, przy odrobinie wprawy sprawdzać i modyfikować wspomnienia i przekonania, które już się w nas uformowały. Nasz mózg zawsze będzie popełniał błędy poznawcze, ale my nigdy nie musi być ich niewolnikami.

Psy w eksperymencie Pawłowa nie miały wyboru. Stymulowanie ich układu nagrody łączące przyjemność jedzenia z dźwiękiem dzwonka zbudowało w nich relację z tym dźwiękiem, która objawiała się niekontrolowanym wydzielaniem śliny. My mamy wybór, w przeciwieństwie do nich posiadamy bowiem wyższe funkcje mózgu i związaną z nim refleksyjność. To są narzędzia, które pozwalają nam wykroczyć poza schemat odruchowej, zaprogramowanej reakcji.

Nie ignorujmy jednak siły dopaminy. Eksperymenty przeprowadzone na szczurach wykazały, że alkohol jest w stanie całkowicie oderwać te zwierzęta od życia społecznego, w znaczeniu, że mając do dyspozycji alkohol i obcowanie z innymi szczurami, będą wybierać substancję. W innych eksperymentach pokazano, że szczury uzależnione od metaamfetaminy będą ją wybierać ponad jedzeniem, do tego stopnia, że umrą z głodu kilka centymetrów od miski z pokarmem. Jak wspomniałem powyżej nasz mózg może więcej, ale nie zapominajmy, że ten sam mechanizm, który aktywuje się w mózgach szczurów, pracuje i w naszych.

Na zakończenie dodam, że pomimo mojego krytycznego stosunku do środków psychoaktywnych, nie twierdzę tutaj, że każda relacja oparta na alkoholu czy innych narkotykach jest zła. To byłby nonsens. Jest wiele cennych relacji, także w moim życiu, które rozpoczęły się od alkoholu, ale przetrwały jego wyrzucenie z mojego życia i kwitną dalej. Były też inne relacje, które tej zmiany nie przetrwały.
Miejmy oko na nasz układ nagrody, nawet jeśli formowanie relacji jest dużo bardziej skomplikowane, niż sugeruje to mój dzisiejszy wywód.