Blog

O egocentryzmie

Autor refleksyjnie analizuje swoje egocentryczne zachowania, przyznając, że obecnie nie potrafi przyjmować odmowy, komunikować potrzeb i uwzględniać emocji innych. Prawe postawy obejmują akceptację odpowiedzi odmownych oraz aktywne słuchanie bliskich. Podkreśla, że dostrzeganie i zrozumienie swoich oraz cudzych emocji jest kluczowe dla zdrowych relacji.

Nie myślę o sobie jako o człowieku egocentrycznym, oczekującym, że świat będzie się wokół niego kręcił. To nieprzyjemna wizja, trudny do zaakceptowania wizerunek siebie. Przecież jest empatyczny, miły, szczodry i dobry, czyż nie?

Jak wspominałem we wcześniejszych wpisach, jestem emocjonalnym dzieckiem, a dzieci nie są wprawne w empatii, miłości i szczodrości – tych cech nabieramy dopiero w trakcie dojrzewania. Nauka wszystkich trzech jest jeszcze przede mną. Obecnie funkcjonuję myśląc o sobie jako o centrum świata, którego potrzeby powinny być zaspokajane bez pytania i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian – naturalna postawa dziecka, którego potrzeby są zaspokajane przez rodziców nie oczekujących nic w zamian.
Rozważę cztery aspekty mojego funkcjonowania, które wiążę z egocentryzmem. W każdym z nich podam stan jaki obserwuje dziś u siebie, stan jaki chciałbym osiągnąć, oraz objawy, które mogą posłużyć do diagnozy problemu. Ostatni aspekt potraktujcie z przymrużeniem oka, na pewno nie wyczerpuje tematu.

Nie potrafię przyjmować „nie” jako odpowiedzi
Jak jest obecnie
Kiedy ktoś mi odmawia, odpowiadam uśmiechem i mówię „Jasne, nie ma problemu”. Wewnątrz kipię. Moje pytanie jest tylko kurtuazyjne, nie dopuszcza odpowiedzi odmownej.  Rzadko o coś proszę, jeśli już to zrobię, to oczekuję bezdyskusyjnej zgody. Odchodzę skołowany, w głowie rozgrywając fantazję, że mój rozmówca się jednak zgodził. Patrzę wilkiem na tą osobę, zaczynam stawiać ją w pozycji wroga, planować jak mogę się odpłacić. Odrzucenie prośby uważam za jednoznaczne z odrzuceniem mnie.
Jak być powinno

Prośbę warto wysnuwać tylko wtedy gdy jest się gotowym przyjąć odpowiedź odmowną. Osoba do której się zwracam ma swoje potrzeby, swoje granice i zdolność decydowania jak je zaspokajać i egzekwować, co czasem oznacza odrzucenie próśb z nimi kolidujących. Opinia osoby proszonej, jest tu ostateczną instancją.
Przyjmuję odmowę ze spokojem, znajduję inny sposób zaspokojenia swej potrzeby. Rozumiem, że odmowa nie jest jednoznaczna z końcem relacji, jest jej naturalną częścią.
Daję sobie swobodę by odmawiać próśb innych gdy naruszają moje granice, tę samą wolność rozciągam na innych ludzi.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
zaskoczenie przechodzące w gniew po usłyszeniu odmowy – jeśli pojawia się systematycznie, zauważyłeś problem.
Jeśli masz trudności w kontakcie ze swoimi emocjami:
Automatyczne ponawianie pytania, jakbyś nie usłyszał pierwszej odpowiedzi. Nieufność skierowana w odmawiającego. Fantazje, że jednak się zgodził.

Nie potrafię komunikować swoich potrzeb
Jak jest obecnie
Nie mówię innym ludziom czego potrzebuje. Jeśli czuję smutek – nie proszę o pocieszenie. Jeśli czuję strach – nie proszę o pomoc. Jeśli czuję wstyd – nie proszę o wysłuchanie. Jeśli czuję samotność – nie proszę o towarzystwo. Oczekuje od ludzi, że sami się domyślą czego mi potrzeba i mi to dadzą, że magicznie odczytają smutek w moich oczach i go ukoją. Jeśli tego nie robią, obrażam się i gniewam.
Jak być powinno
Mówię bliskim mi osobą co czuję, mówię im czego potrzebuje. Daję im szansę i możliwość by odmówić zaspokojenia moich potrze – bez gniewu i obrażania się, szukam wsparcia w innym człowieku lub w sobie. Żadne moja emocja nie jest tabu, o każdej jestem gotów powiedzieć. Rozumiem, że drobne niewerbalne sygnały są bardzo łatwe do przeoczenia i nie polegam na nich w codziennej komunikacji z drugim człowiekiem.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
Kiedy czujesz trudną emocję, uzewnętrzniasz ją tyko mową ciała. Nie mówisz, co czujesz. Czujesz złość, gdy nie dostajesz oczekiwanej reakcji.
Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami:
Zmienia się twoja mimika (spuszczone kąciku ust etc.). Fantazjujesz, że osoby w twoim życiu zaspokajają twoje potrzeby (przytulanie, rozmowa etc.).

Nie uwzględniam potrzeb innych w relacjach
Jak jest obecnie
Nie pytam innych ludzi jak się czują, nie pytam ich czy czegoś potrzebują. Słucham gdy zechcą wypowiedzieć swoje problemy, ale nie dopytuje, nie oferuje pocieszenia. Szybko zmieniam temat. Nie wracam do sytuacji po czasie. Oferuje rozwiązania, zamiast pocieszenia, albo fantazjuje o tym jak pomaga tej osobie i jak uzyskuje w ten sposób jej wdzięczność. Jestem nastawiony na jak najszybszy powrót do moich potrzeb.
Jak być powinno
Pytam ludzi na których mi zależy o to jak się czują, regularnie na co dzień, ale także wtedy gdy dostrzegę niewerbalne sygnały zmienionego nastroju. Słucham odpowiedzi z całą uwagą i w skupieniu. Dopytuje jeśli się zatrzymają, zostawiam chwilę ciszy jeśli tak jest lepiej. Nie oferuje rozwiązań, poprzestaje na wysłuchaniu.
Jeśli jest to właściwe, nie wstrzymuje się przed kontaktem fizycznym, przytulam drugą osobę by pokazać, że jestem przy niej.
Świadomie zostawiam swoje problemy i potrzeby na boku, nie próbuje przyspieszyć przejścia do zajmowania się nimi.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
Odczuwasz zniecierpliwienie, znudzenie i złość gdy wysłuchujesz zwierzeń drugiej osoby. Obrażasz się gdy nie chce przyjąć twojej rady, albo gdy mówi, że nie szuka twojej rady.
Czujesz ulgę gdy historia się kończy, momentalnie przechodzisz do swoich potrzeb.
Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami:
Podczas rozmowy o problemach drugiej osoby: odwracasz wzrok, przytupujesz nogą, myśli błądzą, uciekasz w fantazje.
W pierwszym momencie ciszy czujesz potrzebę odejścia lub dosłownie odchodzisz.
Od trudnej opowieści drugiej osoby przechodzisz płynnie do własnych historii, często humorystycznych, nie pasujących do nastroju chwili.

Złoszczę się gdy ktoś nie poświęca mi uwagi
Jak jest obecnie
Oczekuje, że wszystko co powiem i zrobię będzie centrum zainteresowania ludzi wokół mnie. Gdy moja wypowiedź zostaje pominięta i dyskusja w grupie przechodzi dalej, jestem zaskoczony i obrażony. Tracę wątek w dyskusji rozpamiętując pominiętą wypowiedź.
Kiedy ktoś kogo lubię rozmawia z inną osobą mimo, że ja jestem w pobliżu, uważam się za zdradzonego i obrażam się na ową osobę, oraz krzywo patrzę i źle życzę, osobie z którą rozmawia.
Jak być powinno
Kiedy moja wypowiedź zostaje pominięta w dyskusji, albo wnoszę ją ponownie, jeśli warto, albo odpuszczam i kontynuuję z nowym kierunkiem dyskusji. Nie biorę do siebie pominięcia mojej wypowiedzi, to normalne zjawisko, szczególnie w grupowych konwersacjach.
Cieszę się, gdy lubiana przeze mnie osoba prowadzi z kimś przyjemną rozmowę. Życzę jej jak najlepszych relacji z innymi. Nikt nie musi i nie powinien mi poświęcać 100 procent swego czasu.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
Gniew pojawiający się podczas rozmowy, gdy wypowiedź przeszła bez echa. Złość na osobę, która zmieniła temat.
Zazdrość gdy obserwuje miłą mi osobę w rozmowie z kimś innym.
Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami:
Powrót w fantazji do pominiętej wypowiedzi – ponowne jej wypowiadanie z większą emfazą.
Negatywne nastawienie do tego co mówi osoba, która mnie odcięła.
Fantazje w której to ja rozmawiam z miłą mi osobą.
Nagła zmiana nastawienia do rozmówcy z pozytywnego na negatywny.

O chwili szczęścia

W niedzielę wybrałem się do kina na „Diunę”, po obiedzie w restauracji Pasibus. Podczas posiłku poczułem spokój i szczęście, dostrzegając, że do radości wystarczą proste przyjemności. Po filmie zrozumiałem, że szczęście nie wymaga luksusów, a prawdziwym celem jest osiągnięcie spokoju ducha w codzienności.

Była to niedziela jakoś na przedwiośniu. Wybrałem się do kina na drugą część Diuny, odczekawszy kilka tygodni od premiery. Seans miał miejsce w Cinema City w Koronie koło godziny 14tej. Wyjechałem wcześniej, aby zjeść na miejscu obiad przed
filmem.

Mój wybór padł na Pasibusa – restauracyjny klejnot w Koronie. Zamówiłem burgera z frytkami i Colą – taką zwykła, z cukrem, był weekend. Po krótkim oczekiwaniu otrzymałem posiłek i udałem się na poszukiwania optymalnego miejsca. Niedziela
była niehandlowa, przeto panował luz i bez problemu znalazłem stolik – tak nieco z tyłu żeby mieć wszystkich na oku.

Usiadłem, otworzyłem napój, zjadłem frytkę i ująłem w dłonie kanapkę. Spojrzałem na nią, a następnie rozejrzałem się wokół. Wtedy to poczułem. Wyobrażam sobie, że tak przebiegają wszelkie boskie objawienia. Spłynął na mnie spokój, całkowita
błogość i coś czego nie poznałem, tak dawno nie miałem z tym do czynienia – szczęście. W tle rozbrzmiał harmonijny głos chóru… żartuje, w tle słychać było ludzi
ciamkających burgery.

Wgryzłem się w kanapkę, jadłem powoli, świadom że nie muszę się spieszyć. Miałem czas. Delektowałem się posiłkiem. Przyglądałem się krążącym wokół ludziom. Uśmiechałem się między kęsami, a sos kapał mi na brodę. Odczucie spokoju mnie
nie opuszczało. Brzuszek powoli się wypełniał. Wskazówki zegara przesuwały się leniwie.

Po posiłku statecznym krokiem przemieściłem się do kina. Leniwie skorzystałem z ruchomych schodów. Na górze w nozdrza połechtał mi zapach kina, czyli popcornu,
czyli tłuszczu na którym jest prażony. Miałem czas, przechadzałem się po holu przyglądając się plakatom. Zapach otulał mnie jak ciepły kocyk i dopieszczając jeszcze poczucie spokoju. Wreszcie przeszedłem przez bramki wszedłem na salę w
sam czasy na moją ulubioną część seansu – zapowiedzi.

Spektakl sprawił mi ogromną frajdę. Film był pięknie zrobiony i wciągający. Na trzy godziny wypadłem z realnego świata i zanurzyłem się w piaski Arrakis. Nie istniało nic, poza rozgrywającą się na moich oczach historią. Wyszedłem z kina zadowolony, spokojny, szczęśliwy.

Był to jeden z najpiękniejszych dni mojego życia.

Dwie lekcje wyciągnąłem z tego doświadczenia. Pierwsza to uświadomienie sobie, że do szczęścia naprawdę potrzebuję niewiele: nie muszę być w egzotycznych krajach, nie muszę leżeć na gorącej plaży, nie muszę pławić się w luksusie i bogactwie, nie muszę zbierać zaszczytów i pochwał. Wszystko to jest zbędne.
Wystarczy mi sto złotych i wolne popołudnie we wrocławskiej galerii handlowej. Druga lekcja to, ze potrzebuje mniej jeszcze, że wystarczy mi wolna i spokojna głowa, a szczęście płynie ze spokoju mego ducha.

Innymi słowy: Po pierwsze, szczęście nie wymaga niezwykłych okoliczności i niesamowitych zdarzeń, szczęście jest w codzienności. Nie płynie z zewnętrznych okoliczności, z
bogactw i zaszczytów, jest naszym dziełem – tak jak każda inna emocja. Po drugie, spokój ducha i szczęście to jedno. Nie jest tak, że spokój przynosi szczęście, albo szczęście spokój. Spokój jest szczęściem, a szczęście spokojem.

Na tych dwóch lekcjach wyrosły dwie praktyczne zmiany:
Pierwsza, nie gonię już za dalekimi wyprawami i egzotycznymi podróżami. Nie unikam ich gdy pojawiają się na mej drodze, przyjmuje je z zadowoleniem, ale nie gnam by je zdobyć – bo w gonitwie musiał bym zgubić spokój. Nie ścigam pieniędzy i
poklasku, a przynajmniej staram się, bo z poklaskiem mi nie wychodzi. One nie przyczyniają się do szczęścia, mogą natomiast być dla niego przeszkodą. Raz, że używamy cennego czasu by je zdobywać. Dwa, że gdy już je zdobędziemy, ogarnia
nas strach przed ich utratą. Trzy, gdy nie uda się ich zdobyć, dosięga nas gniew i frustracja.

Druga, zrozumiałem co jest moim celem w życiu. Zajęło to jeszcze nieco czasu i przemyśleń od owego dnia, ale zaskoczyło i od kilku miesięcy codziennie powtarzam podczas wieczornej medytacji (przeglądu siebie), że celem mojego życia jest spokój
ducha. Pracuję nad tym każdego dnia. Czasem mi się udaje i te sukcesy przynoszą radość. Częściej coś zgrzyta, coś się psuje, ale z tych niepowodzeń wyciągam naukę na przyszłość. Liczę, że pewnego dnia uczucie spokoju rozleje się na całe moje życie.

Krzystof Zalewski „Uciekaj” – analiza wiersza

Utwór Krzysztofa Zalewskiego „Uciekaj” przedstawia wewnętrzną walkę podmiotu lirycznego z uzależnieniem od alkoholu i amfetaminy. Powtarzająca się mantra „uciekaj” ukazuje niepewność i ryzyko powrotu do nałogu. Tekst podkreśla, że każdy dzień to nowa szansa na wytrwanie w trzeźwości, unikając śmiertelnych pokus.

Przedwiosenne miasto
Twarze pokrył dym
Brudne okna, szklane oczy
Nad rozbitym kioskiem
Czarny napis
„Chwała wielkiej Polsce”
„Jebać psy”

Już nie trzęsą mi się dłonie
Ale czasem w takie dni
Znowu myślę o niej

Uciekaj, uciekaj, uciekaj
Bo wiesz dobrze co może się stać
Uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj
Ty do tej samej rzeki nie wbiegaj
Drugi raz ci się może nie udać
I utopisz się w jej oczach

Znowu idą święta
Miało prószyć
Biały puder ukryć miał uliczne zmarszczki
Na pochylone karki
Pada posępny deszcz
W knajpach od przedświtu gra George Michael

Już nie kręci mi się w nosie
Ale czasem w takie dni
Znowu myślę o niej

Uciekaj, uciekaj, uciekaj
Bo wiesz dobrze co może się stać
Uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj, uciekaj
Za tym szczytem czeka cię przepaść
Drugi raz ci się może nie udać
Przysypie cię lawina

Bez ciebie, ale tylko dziś
Codziennie mówię tak
Dwadzieścia cztery szanse by
Cię znów nie spotkać

By cię znów nie spotkać


„Uciekaj”
Krzysztof Zalewski

Dziś mały powrót do szkoły. Zajmę się analizą i interpretacją wiersza Krzysztofa Zalewskiego o tytule „Uciekaj”, napisanego jako tekst piosenki o tym samym tytule.

Zacznę od elementów analizy. W strukturze utworu wyodrębniam dwie zwrotki, dwukrotne powtórzenie refrenu (z drobną modyfikacją) i frazę kończącą.
Zwrotki są dwuczłonowe, mamy zwrotkę właściwą:
Przedwiosenne miasto (…)
„Jebać psy”
oraz fragment stanowiący przejście do refrenu:
Już nie trzęsą mi się dłonie
Ale czasem w takie dni
Znowu myślę o niej

Dwa refreny nie są identyczne, dzieli je drobna modyfikacja w czwartym i szóstym wersie. Pozwala ona rozróżnić między dwoma substancjami, o których mówi podmiot liryczny.
Fraza wyprowadzająca jest dwuczęściowa. Najpierw czterowiersz:
Bez ciebie, ale tylko dziś (…)
a następnie pojedynczy wers:
By cię znów nie spotkać

W śpiewie dwie części są wykonywane równocześnie i powtarzają się, niemal jak mantra.Z technicznych zabiegów wartych odnotowanie, chciałbym zwrócić uwagę na wielokrotne powtarzanie słowa „uciekaj” w refrenie. To wprowadza do utworu kolejny element mantry, myśli powtarzanej w chwilach kryzysu.

Czyli utwór to mantra. Mantra powtarza przez osobę uzależniona (podmiot liryczny), w trudnych chwilach nawrotu i głodu substancji. Podmiot liryczny używa jej do obrony, jako przypomnienia o konsekwencjach i ryzyku powrotu do nałogu.
Pierwszą substancją do której odwołuje się podmiot liryczny jest alkohol i o nim traktuje pierwsza zwrotka. Dostrzegamy to we frazie:
Już nie trzęsą mi się dłonie
Ale czasem w takie dni
Znowu myślę o niej
Rozpoznajemy tutaj typowe drżenie dłoni, objaw odstawienny alkoholu, skutecznie uśmierzany przez zażycie nowej dawki. Wspomniana „ona” może być interpretowana jako wódka.
Podmiot liryczny opisuje nieprzyjemny wczesno-wiosenny dzień:
Przedwiosenne miasto
Twarze pokrył dym (…)

w bliżej nieokreślonym typowym polskim mieście o murach pomazanych obrazoburczymi napisami.W taki dzień, gdy morale jest niskie, a nastrój przygaszony, wracają wspomnienia o alkoholu, z którą podmiot liryczny zerwał, ale od którego pozostaje uzależniony.
(…) czasem w takie dni
Znowu myślę o niej
Przychodzą myśli o możliwości ucieczki jaką oferuje ten narkotyk, możliwości wyłączenia się z rzeczywistości.

Refren jest mantrą podmiotu lirycznego, przypominającą i zasadach radzenia sobie z uzależnieniem. Nie polegają one na wykazywaniu silnej woli i walce z substancją, polega na poddaniu się i ucieczce. Ty powtarzane do znudzenia:
Uciekaj, uciekaj, uciekaj (…)
Podmiot liryczny przypomina sobie jakie ryzyko niesie powrót do tej samej rzeki, rzeki alkoholu i choć za pierwszym razem udało mu się przestać pić, drugi raz może być mniej szczęśliwy i zakończyć się śmiercią przez utonięcie w rzece alkoholu:
Drugi raz ci się może nie udać
I utopisz się w jej oczach

Bohaterką drugiej zwrotki jest amfetamina, drugi z narkotyków podmiotu lirycznego. Czas jest przedświąteczny, zimowy, co stwarza pole do przywołania obrazu śniegu, białego puchu który ma ukryć, usunąć wady świata, sprawić, że wszystko będzie lepsze:
Biały puder ukryć miał uliczne zmarszczki
Nastrój zimowej melancholii pogłębia muzyka dochodząca z czynnych całą noc knajp. Narkotyk oferuje energię na rozbujanie tego monotonnego rytmu.

Drugi refren powtarza motyw ucieczki, ten jest wspólny dla wszystkich uzależnień. Tym razem jednak śmierć czyha jako lawina białego puchu:
Za tym szczytem czeka cię przepaść (…)
Przysypie cię lawina
W fragmencie końcowym, podmiot liryczny odwołuje się do ważnego narzędzia pomagającego w wychodzeniu z uzależnienia zwanego „24 godziny”. Polega ona na tym, że każdego dnia, mówimy „dziś nie piję”, „dziś nie biorę”. Tylko dziś, jutrem będę się martwił jutro ale przez następne 24 godziny jestem czysty, a każda godzina jest szansą by nie spotkać moich śmiertelnych wrogów
Dwadzieścia cztery szanse by
Cię znów nie spotkać
a podmiot liryczny zamierza z tej szansy w pełni skorzystać dziś i każdego kolejnego dnia.

Opowiadanie – „Wachta”

Dzisiejszy wpis to opowiadanie w stylu komedii romantycznej, osadzone na statku kosmicznym. Można je zaklasyfikować jako fantastykę naukową. Autor zachęca do lektury, tworząc interesującą mieszankę gatunków, która przyciąga uwagę miłośników zarówno romansu, jak i science fiction.

Dzisiejszy wpis to kolejne opowiadanie. Tym razem w stylu komedii romantycznej! Akcja rozgrywa się na statku kosmicznym, można więc zaklasyfikować je jako fantastykę naukową.
Zachęcam do lektury

O starości

Tekst porusza refleksje nad życiem, czasem i stratami spowodowanymi przez alkohol. Autor analizuje swoje przeżycia z perspektywy Seneki, podkreślając, ile czasu stracił na zewnętrzne okoliczności. Po latach zmagań z nałogiem, odnajduje wolność i sens życia, z nadzieją na dalszy rozwój przed śmiercią.

„[ludzie] nikomu na świecie nie pozwolą zająć swych posiadłości, a jeśli wywiąże się bodaj najbłahsza kłótnia w sprawach granicznych, natychmiast chwytają za kamienie i zbroje! Ale swe życie pozwalają innym zajmować, więcej: sami wprowadzają przyszłych panów swojego życia do domu. Nie znajdziesz nikogo, kto by chciał między innych rozdzielić swoje pieniądze, a przecież jak wielu rozdaje innym swoje życie! Skąpcami są w zachowaniu odziedziczonego majątku, ale są największymi marnotrawcami, jeśli chodzi o stratę czasu, jedynego dobre, wobec którego skąpstwo i chciwość są cnotą. Wybierz któregoś z gromady starców: „Widzimy, że dożyłeś do najdalszej granicy ludzkiego wieku.(…) Dalej więc! Zdaj rachunek ze swego życia! Policz, jak wiele z ogólnej sumy czasu zabrał wierzyciel, jak wiele kochanka, (…) jak wiele klient, jak wiele kłótnia z żoną, (…) jak wiele bieganina po mieście dla załatwienia różnych potrzeb. Dodaj do tego choroby, których sam się nabawiłeś, dodaj i te również okresy, które upłynęły bezużytecznie, a zobaczysz, że masz daleko mniej lat, niż sobie liczysz. Przypomnij sobie, ile to razy byłeś zdecydowany, co masz czynić, ile to dni spędziłeś tak, jak je zaplanowałeś, ile razy rozporządzałeś własną osobą, ile razy zachowałeś tę samą pogodę na twarzy, ile razy duch twój nie przejął się trwogą, jakiego w tak długim wieku dokonałeś dzieła, jak wielu ludzi rabowało ci twe życie, kiedy ty nawet nie doceniałeś co tracisz; jak wiele ci zabrał jałowy smutek, głupia uciecha, chciwa żądza, pochlebcza rozmowa, jak mało pozostało ci z ciebie, a wtedy zrozumiesz, że umrzesz – dziecięciem!” (…) żyjecie, jak gdybyście mieli żyć wieki, że nawet nigdy nie pomyślicie o swej znikomości, że nie zwracacie uwagi, jak wiele już czasu ubyło, trwonicie go jednak w ten sposób, jakbyście zawsze mieli pełną, a nawet niewyczerpaną miarę, gdy tymczasem ten właśnie dzień, który poświęcacie bądź jakiejś osobie, bądź jakiejś sprawie, jest może – ostatnim. Wszystkiego się lękacie jak śmiertelni, wszystkiego łakniecie jak nieśmiertelni. Posłyszysz jak mówi większość: „Z ukończeniem pięćdziesiątego roku wycofam się na spoczynek, a rok sześćdziesiąty uwolni mnie z wszelkich w ogóle powinności publiczny.” Ale kto, koniec końców, da ci gwarancję tego dłuższego życia? (…) Nie wstydzisz się, by same już resztki życia zachowywać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać te tylko lata, kiedy już do niczego nie będziesz zdatny? O wiele za późno wtedy dopiero zaczynać życie, kiedy je trzeba już dokończyć! I cóż to za głupia niepamięć śmiertelnej doli, żeby aż na pięćdziesiąty lub sześćdziesiąty rok życia odkładać rozumne postanowienia i chcieć rozpoczynać życie w tym wieku, do którego dożyło niewielu!”
O krótkości życia, Seneka

Ile mam lat? Jeśli spojrzę w dowód, wyjdzie że czterdzieści. Czy aby na pewno? Mój zegarek twierdzi, że mój wiek „sprawnościowy” to trzydzieści sześć. Czuję się młodziej i obracam się wśród młodszych ludzi. Ale ile faktycznie przeżyłem?

Nadszedł czasy by zdać rachunek ze swego dotychczasowego życia. Jak wzywa Seneka, spójrzmy razem, ile żyłem dla siebie, a ile zmitrężyłem na okoliczności zewnętrzne.

Zacznijmy od dzieciństwa. Niewiele z niego pamiętam. Pierwsze wyraźne wspomnienia mam z czasów liceum. Czas do szesnastego roku życia to biała plama z niewielkimi przebłyskami. Jak podliczyć ten  czas? Trzy pierwsze lata życia – mało kto je pamięta, kształtują nas znacznie, zaliczmy je w pełni. Z pozostałych trzynastu zebrał by się może rok wspomnień i za tyle je policzę. Wiem, że funkcjonuje we mnie wiele mechanizmów z tego okresu, których kształtowania się w zapomnianym czasie. Nie zaliczam go jednak do pożytecznych lat, bo mechanizmy te są dzisiaj miną do rozbrajania, a nie wartościowymi częściami mojej osobowości.
Do wieku lat szesnastu przeżyłem cztery.

W okolicach półmetka liceum zacząłem pić. Zorientowałem się, że kiedy piję to się nie boję, że czuję się silny i sprawczy. Dzięki alkoholowi nie musiałem czuć wstydu, smutku, gniewu i żalu. To trudne emocje, kto by chciał je czuć? Od tego czasu piłem nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia lat. Na początku metaforyczne, bo piłem od okazji do okazji, nie łatwo było zorganizować pieniądze i warunki by można było się spokojnie napić. Myślenie miałem już jednak pijane.
To ile z tych licealnych lat mogę policzyć dla siebie? Będąc szczodrym to powiedział bym, że dwa lata z czterech. Zdobyłem wiedzę, zbudowałem kilka przyjaźni, nauczyłem się kilku życiowych prawd nie związanych z piciem. Jednak gro tego czasu podporządkowałem alkoholowi, zużyłem na przypodobanie się grupie rówieśniczej, straciłem na fantazjowanie o wybujałych ambicjach.
W wieku lat dziewiętnastu ruszam na studia jak sześciolatek.

Pierwszy rok studiów straciłem na Politechnice, robiąc coś co miało mnie zaciekawić, a w rzeczywistości znudziło. Piłem nieco więcej i częściej niż w liceum i, co kluczowe, coraz częściej w samotności.
Kolejne lata już na fizyce, to rosnąca koncentracja życia wokół alkoholu: próżne biesiady, samotne chlanie, półprzytomne i skacowane weekendy. Nie wszystko szło na straty:  uczyłem się tego co sprawiało mi frajdę, poznałem kilka(naście) osób, z którymi przyjaźnie się do dziś i są to najcenniejszych znajomości mego życia.
Jednak większość tego czasu to ucieczka od siebie w błogi bezwład. Funkcjonowanie jak gdybym miał żyć wieki, jakby mój czas miał się nie wyczerpać odkładanie wszystkiego na później. To życie samotne, ale, paradoksalnie, głęboko zorientowane na zdobywanie akceptacji innych i ucieczkę przed poczuciem odrzuceniem. Będąc sam nie zostawiałem chwili dla siebie.
Te sześć lat to może rok życia płodnego życia. Pisząc ten tekst, nie mogę się nadziwić jak mało z nich pamiętam.

Na doktorat poszedłem z braku pomysłu na to co chcę robić. Okazał się on jednak pozytywnym przeżyciem i powodem do dumy. Mój nałóg się pogłębiał. Miałe więcej pieniędzy, mogłem więcej i częściej pić. Normą stały się weekendowe ciągi, klinowanie z rana, całe dnie rozpieprzone na kaca, który paradoksalnie był chwilą wytchnienia. Rdzeniem mojego funkcjonowania było pochłanianie seriali. Setki czy tysiące godzin idących jedna po drugiej na gapienie się w ekran. W środku nocy, z alkoholem w ręku, jeszcze jeden odcinek – a następny dzień kolejnych dziesięć na kaca. Zabijałem czas piciem i seansami, pożytkowałem odrobinę na pracę na uczelni, w efekcie nie miałem chwili by się zatrzymać, coś poczuć, czegoś się o sobie dowiedzieć.
Nie wszystko straciłem – nauczyłem się kwantowej teorii pola, ewolucji gwiazd, odrobinki prawdy o funkcjonowaniu wszechświata.
Za te pięć lat, dam sobie kolejny roczek, zostając dumnym ośmiolatkiem.

Pierwsze osiem lat pracy, od jej podjęcia do rzucenia picia, to jazda bez trzymanki i na farcie. Po raz pierwszy miałem pieniądze żeby pić i korzystałem z tego coraz intensywniej. Byłem typowym „wysoko funkcjonującym” alkoholikiem: jakoś trzymałem sprawy zawodowe (w końcu płaciły za picie), a wszystko inne rozpadało się w gruzy. Ślizgałem się tylko po powierzchni życia. Oddawałem swój czas na lewo i prawo bo sam nie umiałem z nim nic zrobić, najwięcej zaofiarowałem alkoholowi, wiele nieukojonym lękom.
Jak utrzymałem pracę: fart. Jak nie utonąłem w Odrze (a obudziłem się kiedyś metr od jej brzegu): fart. Jak to się stało, że mnie nie pobito, obrabowano, zabito: fart.
Byłem wiecznie zmęczony, rozczarowany swoim życiem, zły na cały świat. Chciałem pić bez przerwy, ale nie mogłem – bo praca. Marzyłem na jawie o emeryturze, że wtedy to dopiero pożyję, mając na myśli – popiję.  Trzydziestolatek śniący o tym by już być po sześćdziesiątce.
Degrengolada tego okresu była głęboka. Za osiem lat policzę sobie rok, co da mi lat dziewięć w wieku trzydziestu ośmiu.
Niszczycielska spirala tego okresu doprowadziła mnie jednak do najpiękniejszego kryzysu mojego życia i do odzyskania wolności.

Po raz pierwszy w życiu – wolny. Od momentu gdy przestałem pić do dziś, to najpełniej przeżyty okres mojego życia. Nigdy nie byłem w tak dobrej formie fizycznej, w tak dobrej formie intelektualnej i w tak dobrej formie emocjonalnej. Czyli zaliczamy dwa lata? Powoli, spójrzmy głębiej.
Pierwsze pół roku trzeźwienia to był czas chaosu, zaciskania pośladków i działania na ślepo. Na plus liczę początek pracy stoickiej, czyli kształtowania rozumnej ścieżki życia. Także na plus pracę nad i poprawę formy fizycznej.  Na minus, setki godzin wypełnione bezrozumnym klikaniem w Diablo 2, które wypełniło mi część pustki po alkoholu. Rozważałem, czy czasu tej obsesji nie odliczyć od całości, ale spełnił on ważną rolę – pomagały zachować abstynencję – zostanie więc.
Kolejne półtora roku, od rzucenia palenia, to czas prostszy i przeżyty w pełni, z małymi potknięciami, które jednak prowadziły do nowych wniosków i kolejnych kroków naprzód.
Z małymi zastrzeżeniami całe te dwa lata zaliczę jako przeżyte, co da mi na dzień dzisiejszy jedenaście lat. I tak jestem wyrośniętym jedenastolatkiem, fizycznie i intelektualnie dorosłym, ale pod względem mądrości i emocjonalności wciąż dzieckiem na początku okresu dojrzewania. Kto miał kontakt z dziećmi w tym wieku, wie jak potrafią być uparte, jak pewne swej nieomylności, jak bardzo egocentryczne, zapatrzone w siebie. Ale są też urocze, przytulaśne, ciekawe świata, gadają czasem bardzo śmieszne, a czasem bardzo mądre rzeczy. Widać w nich potencjał. Dają się lubić, a skoro wiemy, że to tylko faza i kiedyś z tego wyrosną, wiele im wybaczamy.
Ufam, że ostatnie dwa lata wyznaczyły trwały trend w moim życiu i jeśli los pozwoli i da mi trochę czasu, to zdążę przed śmiercią dorosnąć. Ale jeśli nie i dzisiaj jest ten ostatni dzień, to cóż, ważne, że tu i teraz żyję dla siebie i jestem panem swojego czasu!

Opowiadanie – „Wychowanie”

Opowiadanie, które autor napisał rok temu, ma psychologiczny charakter i koncentruje się na wewnętrznym dialogu głównego bohatera. Autor zachęca do lektury oraz komentowania treści, co sugeruje otwartość na opinie i wymianę myśli na temat jego twórczości.

Dzisiaj chciałbym się podzielić opowiadaniem, które napisałem mniej więcej rok temu. Opowiadanie ma charakter psychologiczny, jego główną osią jest wewnętrzny dialog głównego bohatera.

Zachęcam do lektury i komentowania!

O byciu zmianą której pragniemy

W dzisiejszym tekście omawiane są związki między wdzięcznością, osobistym rozwojem i chęcią do zmiany świata. Autor krytycznie ocenia współczesne podejście do rozwoju, podkreślając, że istotne jest najpierw zadbać o siebie. Wskazuje na stoicką moralność, która łączy logikę, fizykę i etykę w dążeniu do dobra wspólnego.

Dzisiejszy tekst jest kontynuacją tekstu „O wdzięczności”, będącego komentarzem do TEDx Arona Andersona. Inspiracją dla jego powstania była rozmowa z kolegą Pawłem, któremu za ową dyskusję dziękuję, zachęcając jednocześnie do wskazania wszelkich nieścisłości.

Założenie: współczesny człowiek jest wystarczająco rozwinięty, wyedukowany i samoświadomy. Skoro tak, to dalsze drążenie koncepcji akceptacji, wdzięczności, etc., jest tylko narzędziem, które powstrzymuje człowieka od wystąpienia przeciw niesprawiedliwości świata.
W SKRÓCIE: techniki rozwoju osobistego, są jedynie współczesną wersją idei „chleba i igrzysk”.

Nie zgadzam się już z założeniem, że kondycja współczesnego człowieka jest tak korzystna. Anegdotycznie powiem, że ja na pewno nie osiągnąłem zadowalających standardów. Nie mam natomiast pomysłu, jak moglibyśmy rozstrzygnąć o prawdziwości założenia. Pozostańmy więc przy nim, a skoncentrujmy się na samym rozumowaniu i wnioskach.

Twierdzę, iż nie ma konfliktu między praktykowaniem wdzięcznością i rozwojem, a pracą by zmieniać świat. Więcej jeszcze, te praktyki są konieczne, by zmiana, którą czynimy była trwałą i pozytywną. Celnie ujął to Georges Friedmann:

„Unieśmiertelnić się, przekraczając siebie. Ta praca nad sobą jest konieczna, ta ambicja – słuszna. Liczni są ci, których pochłaniają całkowicie wojująca polityka, przygotowania do rewolucji społecznej. Nieliczni, bardzo nieliczni ci, którzy przygotowując rewolucję, chcą stać się jej godni.”

Rewolucję zaczynajmy od nas samych. Tak jak w samolocie mówią by najpierw założyć maskę sobie, a dopiero później dziecku, tak tu, powinniśmy najpierw zadbać o siebie a potem o świat. Powinniśmy stać się zmianą, której pragniemy. Dzięki temu przewodzimy poprzez dawanie przykładu, zamiast poprzez przymus. Edukujemy siebie, by móc edukować innych. Prawdziwie postrzegamy świat, dzięki czemu podejmujemy lepsze decyzje.

Przeszłe rewolucje nie podążały tym tropem, w efekcie pożerały swoje dzieci. Znaczył je krwawy przebieg i niepewność skutków, które były dziełem przypadku bardziej niż zamysłu. Charakter przywódcy był dobrym prognostykiem przebiegu rewolucji (M.L. King a W. Lenin). By nie powielić ich błędów, musimy oprzeć naszą rewolucję na tym co kontrolujemy, czyli na naszym charakterze.

Pytanie czy przy takim podejściu rewolucja kiedykolwiek nadejdzie, do doskonałości charakteru dążymy całe życie, nigdy jej nie osiągając. Jednak nie wydaje mi się by osiągnięcie doskonałości było konieczne. Wystarczy, że zaczęliśmy drogę ku niej i pewnie po niej stąpamy, a czas jest odpowiedni do zmieniania świata. Nie o doskonałość tu chodzi, a o właściwe nastawienie do rzeczywistości, gotowość do uznania swej omylności i zorientowanie na dobro ogółu.

Jak te rozmyślania wpisują się w myśl stoicką? Przypomnijmy słowa Marka Aureliusza:

„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego;
2.) działa tylko dla dobra powszechnego;
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Rdzeniem stoickiej moralności jest działanie dla dobra powszechnego. Nie ma przypadku, iż sąsiaduje tu z myślami, które odnoszą się do tego co kojarzymy z rozwojem osobistym. Dla stoika, wszystkie te cztery koncepcje stanowią spójną całość, powinny być praktykowane i rozwijane razem. Punkt drugi nie czeka na spełnienie pozostałych, przeciwnie, jest motorem i zachętą by zgłębiać pozostałe, jest powodem, dla którego warto robić raczej coś niż nic.

Cytat z Aurelego ujmuje trzy relacje, w których, według stoików, znajduję się człowiek:
+ relację z sobą samym („nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego”)
+ relację z wszechświatem („odczuwam pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy” i „przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”)
+ relację z innymi ludźmi („działa tylko dla dobra powszechnego”).

Są to kolejno: logika, fizyka i etyka stoicka. Trzy filary, powiązane między sobą, niezbędne by gmach naszego rozumu mógł się utrzymać. Bez logiki nie wiemy co jest prawdziwe, bez fizyki nie rozumiemy w jakim świecie działamy, bez etyki nie wiemy do czego mamy dążyć. Koncentracja jedynie na „działaniu dla dobra powszechnego” grozi zaniedbaniem dwóch pozostałych. Jeśli zaniedbamy logikę – skąd mamy wiedzieć, czy to do czego dążymy jest prawdziwie dobre? Jeśli zaniedbamy fizykę – skąd mamy wiedzieć, czy to jak do celu dążymy będzie skuteczne?
Ergo, nie może być prawdziwie społecznego działania, bez wewnętrznego rozwoju.

O wdzięczności

Aron Anderson w swojej prezentacji omawia trzy kluczowe zasady: wzięcie odpowiedzialności za rzeczywistość, zdobycie właściwej perspektywy oraz przyjęcie wdzięczności w życiu. Inspirując się myślami Marka Aureliusza i Epikteta, akcentuje znaczenie akceptacji losu i skupienia na tym, co zależy od nas, by osiągnąć spokój ducha.

Dziś chciałem poświęcić nieco uwagi ciekawej prezentacji Arona Andersona (anglojęzyczna): https://www.youtube.com/watch?v=kLnd1UGMLrw&t=609s&ab_channel=TEDxTalks
Moim zamiarem jest ująć myśli w niej zawarte w kontekście doktryny stoickiej, ubarwiwszy je odrobinką własnych doświadczeń.
Niech naszym przewodnikiem będzie myśl Marka Aureliusza (punkt 2 pomijam jako nieistotny dla tych rozważań):
„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego; (…)
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Teraz zerknijmy na 3 elementy z prelekcji pana Andersona:

Take ownership (weź odpowiedzialność/zaakceptuj prawdę)
Pierwszy z trzech punktów to wzięcie odpowiedzialności, lub inaczej akceptacja rzeczywistości. Koncepcja, którą poruszałem w niedawnym wpisie, do której będę niejednokrotnie wracał, bo uważam ją za fundamentalną. W cytacie z Marka Aureliusza mamy: „nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego”, to znaczy widzę rzeczywistość taką jaka jest, nie zniekształconą przez moje przekonania, nie oszukuję sam siebie, wiem jaka jest moim dziełem i moją odpowiedzialnością. Wiem co jest moją rolą w życiu, słowami Epikteta:
„Pamiętaj, że jesteś aktorem w sztuce. Grasz postać zgodnie z wolą dramaturga. Jeśli sztuka jest krótka, to jest krótka; jeśli długa, to długa. Gdy dramaturg pragnie, byś odgrywał żebraka, nawet tę rolę graj dobrze, podobnie jak gdy jesteś kaleką, bogaczem lub przeciętnym człowiekiem. Na tym bowiem polega twoje zadanie, by dobrze odgrywać przypisaną ci rolę. Jej wybór należy do kogoś innego.”
Epiktet, Enchiridion, 17

W moim osobistym doświadczeniu kluczowym elementem powrotu do rzeczywistości, było zaakceptowanie tego, że jestem uzależniony. Na bazie tej prawdy mogłem podejmować dobre decyzje i budować swoje życie na nowo. Prawda jest solidnym fundamentem. Kłamstwo jest piaskiem, na którym nie wzniesie się nic trwałego.

Get perspective (Zdobądź właściwą perspektywę)
Drugi punkt Arona zgrywa się z 3 punktem Marka Aureliusz: „odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy”. Kiedy już zdobędziemy prawdziwy ogląd sytuacji, możemy rozgraniczyć to co od nasz zależy od tego co od nas nie zależy (fundamentalny stoicki podział świata na zależne i niezależne). Mając ten podział w ręku, możemy skoncentrować uwagę na tym co od nas zależne i kształtować to w najlepszy możliwy sposób.
Może nie zależeć ode mnie, czy pozostał mi rok życia, jak w przypadku koleżanki, o której mówi Aron, ale zależy ode mnie w jakim duchu ten rok przeżyję. Nie mam gwarancji, że spełni się wszystko co sobie postanowię, ale mogę zagwarantować, że zrobię wszystko co w mojej mocy by tak się stało i że sukces i niepowodzenie przyjmę z jednakim spokojem ducha.
To bardzo uwalniając perspektywa, słowami Marka Aureliusza:
„Jeśli za dobre i złe uznamy tylko rzeczy zależne od naszego wyboru, nie będzie powodu do obwiniania bogów lub okazywania wrogości innym ludziom.”
Marek Aureliusz, Rozmyślania, 6.41

Właściwa perspektywa wyswobadza nas od zawiści, złorzeczenia na los, użalania się. Uwalnia nas do czynienia tego co dobre i ważne.
W moim doświadczeniu, zrozumienie: że jest ode mnie niezależne to, że mój mózg jest uzależniony od alkoholu (w AA powiedziano by: jestem bezsilny wobec alkoholu); że alkohol funkcjonuje i będzie funkcjonował w społeczeństwie; pozwoliło mi się skoncentrować na tym co jest ode mnie zależne: na nie przebywaniu w towarzystwie pijących, nie tolerowaniu alkoholu w moim domu, pilnowanie by być wypoczętym, najedzonym, spokojnym, nie samotnym (tzw. HALT) i szeroko mówiąc przestrzeganie zasad i zaleceń, uczestniczeniu w terapiach i praca nad sobą. Karty zostały rozdane, rola przydzielona, a do mnie należy zagrać najlepszą możliwą partię.

Embrace gratitude (amor fati, umiłowanie losu, wdzięczność)
Ostatni punkt Arona zbiega się z ostatnim punktem Marka Aureliusza: „przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”. Stoicy wzywają do pełnej akceptacji naszego losu. Więcej jeszcze, do pragnienia tego co los nam zsyła i niczego innego:
„Nie pragnij, by wszystko toczyło się zgodnie z twymi oczekiwaniami. Zamiast tego chciej, by wydarzyło się to, co rzeczywiście się wydarza. Wtedy twe życie będzie upływać pomyślnie.”
Epiktet, Enchiridion, 8

Tak jak Aron mówi w swoim materiale, nie trudno być wdzięcznym gdy świat nas pieści, trudności pojawiają się wtedy gdy los się od nas odwraca. Sztuka (sztuczka) polega na tym, żeby przestać rozróżniać te dwa stany. To znaczy akceptować i przyjmować z wdzięcznością nasz los tak jak leci. Epiktet mówi: wszystkie twoje pragnienia mogą się spełnić, jeśli tylko zawsze będziesz pragnął dokładnie tego co ci się przydarza.
Bardzo trudna sztuka, mi samemu daleko jest do jej realnego praktykowania. Zbliżam się do akceptacji losu, a i to jeszcze nie w pełni, umiłowanie wciąż przede mną. Jest to jednak ważne i w połączeniu z poprzednimi punktami stanowi jedną z możliwych dróg do spokoju ducha. Słowami Epikteta:
„Dwie cechy sprawiają, że łatwo jest chwalić opatrzność za wszystko, co może się przydarzyć. Te cechy to: kompletny ogląd tego, co rzeczywiście wydarzyło się w danej sytuacji, i poczucie wdzięczności. Jaki jest sens oglądu bez wdzięczności? Co jest obiektem wdzięczności bez oglądu?”
Epiktet, Diatryby, 1.6.1-2

Wdzięczność i prawdziwy ogląd czynią nasze spojrzenie na świat kompletnymi.
Z mojego doświadczenia, a jak wspomniałem ta droga trwa, jest we mnie wiele wdzięczności za wspaniałych ludzi w moim życiu, za trzeźwy umysł, za wspaniałe czasy w których żyje, które oferują tak wiele możliwości rozwoju. Ale jest wciąż wiele gniewu i niezgody: na stracone lata, na rolę, którą alkohol pełni w naszym społeczeństwie etc.. Wciąż jeszcze przede mną, zrozumienie co w tym jest faktycznie w moje mocy a co nie, co mogę zmienić, a co warto zaakceptować by pewnego dnia pokochać.

PS.: Pozdrowienia dla Karola Klęczka za polecenie TEDx’a!

O pięknych wspomnieniach

W artykule omawiana jest romantyzacja picia alkoholu w kontekście pamięci i mechanizmów psychologicznych. Wspomnienia są często zniekształcone, sprzyjając faworyzowaniu ekstremalnych doświadczeń, co może prowadzić do uzależnienia. Pozytywne aspekty picia dominują w pamięci, a negatywne są ignorowane, wpływając na decyzje dotyczące alkoholu.

Dzisiejsze rozważania kontynuują temat podjęty w niedawnym wpisie odnoszącym się do podcastu: https://www.youtube.com/watch?v=OCEcvvYewtA&t=902s… . Konkretnie koncepcję romantyzowania picia alkoholu. Podzielę go na trzy części według schematu:
Hipoteza 1: nasze wspomnienia mają tendencję do faworyzowania zdarzeń ekstremalnych
Hipoteza 2: alkohol wzmacnia faworyzowanie pozytywnych wspomnień poprzez mechanizm dopaminowy
Wniosek: nasze wspomnienia z imprez alkoholowych, są przekolorowane i wypaczone.

Po co nam wspomnienia? W moim rozumieniu ewolucyjna przydatność wspomnień tkwi w przenoszeniu informacji, iż pozwala nam dokonywać lepszych wyborów w przyszłości.

DYGRESJA: wspomnienia wcale nie muszą być prawdziwe, żeby skutecznie wypełniać swą rolę! Można wręcz przypuszczać, że zafałszowane, podkręcone, wzmocnione wspomnienie lepiej spełni swą funkcję, niż wspomnienie w pełni prawdziwe. Badania pokazują, że wiele wspomnień to fabrykacje i modyfikacje naszego umysłu [D. Kahneman „Pułapki myślenia”].

Wychodząc z tej perspektywy, jakiego rodzaju wydarzenie są najbardziej warte zapamiętania? Zapamiętywanie wszystkiego nie ma sensu, to było by marnotrawstwo zasobów mózgu (energii). Mózg selekcjonuje wydarzenia do zapamiętania. Moja hipoteza jest następująca: zapamiętujemy najlepiej zdarzenia ekstremalne, silne wychylenia w pozytywnym lub negatywnym kierunku, podczas gdy stany przeciętne ulegają zatarciu. Podobny mechanizm stwierdzono przy badaniu wspomnień odczucia bólu [D. Kahneman „Pułapki myślenia”].

Wydarzenia przeciętne, nie wymagają szczególnych działań. Co byśmy w tych sytuacjach nie zrobili, nasze przetrwanie nie jest zagrożone, energii wydajemy niewiele – a to są kryteria, które są dostępne dla automatycznych mechanizmów naszego mózgu.

OSOBISTA OBSERWACJA: zapamiętujemy to co zwyczajne, nie mamy wielkich luk w pamięci, ale zapamiętujemy to w sposób skompresowany (wiele wydarzeń zlewa się w jedno) i uproszczony (szczegóły się zacierają).

Drastyczne negatywne wydarzenie jest warte zapamiętania, bo w przyszłości może nam pozwolić uniknąć zagrożenia. Uczymy się czego się wystrzegać, jak reagować i jak lepiej przez podobne sytuacje przechodzić. To fantastyczny mechanizm, kluczowy dla naszego rozwoju i uczenia się. Jednak zdarza się, że ten mechanizm nas zdradza. Przykład: zespół stresu pourazowego (PTSD), gdy traumatyczne wspomnienie jest tak intensywne, że związane z nim mechanizmy przetrwania aktywują się bez kontroli pod wpływem minimalnych wyzwalaczy.

Silnie pozytywne wydarzenie jest warte zapamiętania, by móc dążyć do jego powtarzania. Uczymy się co nam przynosi korzyść, co robić by uzyskać przyjemny stan. Przykładowo, przyjemność z jedzenia pragnienie jedzenia, przyjemność orgazmu koduje potrzebę seksu etc.. Przydatność tego mechanizmu jest jasna.

DYGRESJA: tutaj można dostrzec elementy kompresji informacji, przykładowo nie pamiętamy konkretnych posiłków, pamiętamy natomiast smak potraw (smak jabłka, smak burgera) i przyjemność z jedzenia.

Pozytywne kodowanie, także może nas zdradzić. Przykład: uzależnienia, te od substancji psychoaktywnych i te od zachowań. Gdy układ nagrody jest sztucznie stymulowany, tworzy fałszywy obraz zaspokojenia ważnej potrzeby.

Odczucie zaspokojenia, towarzyszące spożyciu dawki alkoholu, jest dziewięciokrotnie silniejsze, niż odczucie zaspokojenia towarzyszące orgazmowi – w sensie, iż wyrzut dopaminy (neuroprzekaźnika związanego między innymi z mechanizmem nagrody w mózgu) jest 9-krotnie większe w przypadku alkoholu niż w przypadku orgazmu. Ze względu na tą silną stymulację układu nagrody, asocjacje związane z zażywaniem alkoholu, będą silnie przesunięte ku pozytywnym, negatywne konsekwencje będą natomiast ignorowane.

Układ nagrody odgrywa kluczową rolę w formowaniu się uzależnienia. O jego roli w tym kontekście można posłuchać tu (podcast niemyte Dusze serdecznie polecam!): https://www.youtube.com/watch?v=xaFmz6iJX28… . Poczytać tu: [R. Modrzyński „O uzależnieniu prosto i zrozumiale”], [J. Lindenmeyer, „Ile możesz wypić?”] i w wielu innych publikacjach.

Warto jednak pamiętać, że przestymulowanie układu nagrody występuje u każdej osoby zażywającej etanol czy inny środek psychoaktywny nie tylko u uzależnionych.

Spójrzmy na przykładową imprezę alkoholową i podzielmy jej poszczególne etapy ze względu na spodziewaną intensywność wspomnienia.
Pierwsze: nudne części imprezy, momenty ciszy, lekkiej nudy, gdy odlatujemy myślami bo ktoś pitoli od rzeczy, gdy nerwowo czekamy, aż coś się zacznie dziać, czekamy aż ktoś wróci z toalety czy z baru. Brak ekstremalnych doznań sprawia, że mają niską wagę w naszej pamięci. Jeśli nie towarzyszy im zażycie i wyrzut dopaminy, znikają zupełnie. Mamy świadomość, że takie momenty są na imprezie, ale ile to trudno było by określić.

Drugie: negatywne konsekwencje o umiarkowanej intensywności. Po imprezie, przychodzi kac, którego zapamiętujemy słabo albo wcale, chyba, że był ekstremalny. Wiemy, że będziemy mieć kaca, ale ta perspektywa jest mało namacalna. Kac jest rozciągnięty w czasie a jego intensywność maleje, to nie stymuluje mózgu do zapamiętywania, bo słabo sobie radzi z wydarzeniami rozciągniętymi w czasie [D. Kahneman „Pułapki myślenia”]. Negatywne konsekwencje pojawiają się i w trakcie imprezy. Przykład: spadek poziomu alkoholu we krwi. Sytuacja, koncert na którym ustawiono za mało dystrybutorów substancji. W kolejkach do tych punktów, można zaobserwować rosnące podenerwowanie, wywołane objawami odstawionymi i oczekiwaniem kolejne dawki etanolu.

DYGRESJA: W opisanej sytuacji najpewniej zapamiętamy nie nerwowe oczekiwanie, a ulgę, którą przyniosło nam zażycie.

Trzecie: pozytywy o umiarkowanej intensywności. To powolne rozmowy o: pogodzie, gdzie na wakacje, czy dzieci zdrowe – normalne sprawy, zwykle omawiane przy kawie w pracy. Są przyjemne i najbardziej wartościowe na całej imprezie. Zbyt zwyczajne by zakodować się w pamięci.

Czwarte: ekstremalnie ekscytujące momenty. Związane z wyrzutami dopaminy, kodującymi poczucie zaspokojenia potrzeby. Przykłady: śmiechawka, uczucie niezniszczalności, „głębokie” rozmowy, „kocie” ruchy na parkiecie itd.. Także pierwszy łyk substancji, idące za nim uczucie ulgi – kodujące smak i zapach trunku. Te aspekty zapamiętamy najsilniej, będą rdzeniem wspomnienia, a z czasem jedynym co z niego pozostanie. Będą stanowić główny przyczynek do podjęci decyzji o kolejnym piciu.

Piąte: ekstremalnie negatywne momenty. To sytuacje gdy ktoś został fizycznie zaatakowany, wybuchnął konflikt (także między przyjaciółmi), obrzydliwe żarty i bolesne słowa. Mają duże prawdopodobieństwo by być silnie zakodowanymi. Są wartościową lekcją i warto ich unikać w przyszłości. Ich intensywność nie dobije jednak do silnie pozytywnych wspomnień, bo nie towarzyszy im wyrzut dopaminy. Powinny jednak pozostać i stanowić ważny przyczynek do decyzji o piciu.

Co pozostanie z przebiegu imprezy? Skrótu z najważniejszych momentów, jak skrót meczu. Wiemy, że było coś więcej, ale wypełniacze o małej intensywności zniknęły. Da to wrażenie wydarzenia, o wiele ciekawszego, niż w rzeczywistości. Radosne uniesienie goni radosne unesienie, podekscytownie i zaspokojenie. Moje doświadczenie: z czasem dochodzi do większego zagęszczenia. Imprez zlewają się w jedeną, zdominowaną przez odczucie zaspokojenia (wyrzut dopaminy), połączonego z ulgą. We wspomnieniu brakuje miejsca na trudne i niebezpieczne chwile, pozytywne aspekty dominują.

Jak takie wspomnienie wpłynie na decyzję o piciu? Będzie skłaniać do ponownego sięgania po alkohol, bo jest niewyważone, pomija negatywne skutki intoksykacji. Można to wiązać z zabużeniami w układzie nagrody. Jednak większość ludzi, przez większość czasu nie pije alkoholu. Dlaczego? Wspomnienie nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na decyzję. Działa jeszcze logiczne myślenie i aktywność hamująca płata czołowego. Ważymy konsekwencje picia: kaca, zmęczenie, zły sen. To te oczywiste. Rzadziej rozważamy też długofalowe skutki: raka, uszkodzenia mózgu, uszkodzenia wątroby etc..

To przeciąganie linii między rozsądkiem a nakręcanym dopaminą kolorowym wspomnieniem. Większość jest gdzieś pośrodku, ci u których wygrał rozsądek nie piją wcale, a ci u których wygrał rozregulowany układ nagrody zapadają na uzależnienie.