O stylach przywiązania

Tekst ten jest początkiem dłuższego cyklu poświęconego niuansom mojej psychologii. Zapowiedzią tego wydarzenia był już poprzedni artykuł, który wprowadził was w moje rozumienia pewnych bazowych zjawisk w mojej psychice: wstydu uogólnionego, lęku, elementów narcyzmu, wyparcia emocji. W kolejnych tygodniach będę eksplorował bardziej szczegółowe mechanizmy, takie jak objawiają się w moim zachowaniu i funkcjonowaniu.

Osnową tego cyklu będzie koncepcja stylu przywiązania, którą dzisiaj wam pokrótce przestawię. Określę też przy okazji jak identyfikuję swój własny styl. Nie aspiruje do tego by ten artykuł był naukowym opracowaniem, jednak dołożę starań, by zawarte w nim informacje były oparte na współczesnej wiedzy psychologicznej, tak jak ją rozumiem.

Artykuły w tym cyklu będą nieco krótsze, niż bywały w przeszłości. Będą też często bardzo osobiste – ten jeszcze taki nie będzie – gdy będę rozważał konkretne moje zachowania konstruktywne i destruktywne. Nie będę unikał sytuacji z życia wziętych i schematów, które obserwuje u siebie.

Style przywiązania

Style przywiązania są wyniesionymi z dzieciństwa sposobami wchodzenia w relacje, schematami, które wpływają na nasze emocje, myśli i zachowania wobec drugiego człowieka. Choć kształtują się przede wszystkim w dzieciństwie, to możliwe jest ich zmienianie w późniejszym życiu – może mieć to miejsce zarówno w wyniku świadomej pracy, jak i wpływów środowiska. Jedna osoba może charakteryzować się więcej niż jednym stylem przywiązania, albo w postaci stylu mieszanego, albo w postaci przechodzenia między stylami w zależności od sytuacji.

Wyróżnia się cztery podstawowe style przywiązania:

  • Bezpieczny
  • Unikający
  • Ambiwalentny / lękowy
  • Zdezorganizowany

Bezpieczny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem bezpieczeństwa w związku. Przejawia się w nim zdolność do dawania wsparcia bez oczekiwania nagrody i zdolność do proszenia o wsparcie bez strachu o odrzucenie. Osoby przywiązujące się w tym stylu nie boją się bliskości, okazują zaufanie. Ich podejście do rozwiązywania konfliktów jest konstruktywne. Otwarcie komunikują swoje potrzeby i dzielą się informacją zwrotną.

Unikający styl przywiązania charakteryzuje się potrzebą zachowania dystansu w relacjach. Osoby z tym stylem przywiązania nie są skłonne do przyjmowania wsparcia – bycie na łasce traktują jako zagrażające, choć same mogą być gotowe by go udzielić. Charakterystyczne jest dla nich unikanie i strach przed bliskością. Mają tendencję do samodzielnego i jednostronnego rozwiązywania problemów, są niechętne współpracy. Potrzeby raczej ukrywają niż komunikują, traktując je jak oznakę słabości. Mają tendencję do ignorowania informacji zwrotnej i nie dawania jej innym.

Ambiwalentny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem strachu o utratę niezwykle dla nich istotnej relacji. Manifestuje się w nim potrzeba do częstego otrzymywania wsparcia i zabiegania o nie – bycia zaopiekowanym raczej niż samodzielnym. Osoby z tym stylem odczuwają wielką potrzebę bliskości i strach przed jej utratą. Mają tendencję do pozostawiania rozwiązywania problemów innym. Potrzeby komunikują nie wprost i oczekują, że zostaną odgadnięte. Na informacje zwrotną mogą reagować jak na zagrażający relacji atak.

Zdezorganizowany styl przywiązania charakteryzuje się sprzecznymi zachowaniami w relacjach. Ten styl jest mieszaniną stylu unikającego i ambiwalentnego. Osoba przechodzi od zabiegania o wsparcie do jego całkowitego unikania. Wykazują konflikt między potrzebą bliskości a strachem przed bliskością. Nie mają jednej strategii rozwiązywania problemów, komunikowania emocji czy reagowania na informację zwrotną. Można takie osoby określić jako nieprzewidywalne w relacjach.

Mój styl przywiązania

To co przestawię w tej sekcji to nie jest żadna profesjonalna diagnoza. Opieram się tutaj na kilku prostych testach, które można wykonać samodzielnie w internecie, oraz na obserwacjach mojego funkcjonowania na co dzień. Nic mniej i nic więcej.

Moim głównym stylem przywiązania jest typ unikający. Charakteryzują mnie wszystkie typowe dla niego zachowania.
Jestem zdystansowany w relacjach, bliskie relacje mają dla mnie coś zagrażającego w sobie. W efekcie nie tworzę bliskich związków i relacji. Od rodziny, poprzez przyjaźnie, aż po relacje romantyczne utrzymuje dystans od drugiego człowieka. To okazuje się być szczególnie problematyczne przy relacjach romantycznych, oczywiście.
Unikam i boję się prawdziwej bliskości. Nie mówię o swoich emocjach, nie dzielę się przeżyciami. Mogę bez problemu mówić o faktach czy przemyśleniach, ale nie o emocjach i uczuciach. Sama myśl o takim otwarciu budzi we mnie strach.
Nie chcę, nie oczekuję i nie proszę o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam, nawet jeśli tego nie potrafię – byle tylko nie polegać na pomocy innych. Jeżeli kupuje czyjeś usługi, żaden problem, jeśli natomiast miałbym poprosić przyjaciela o prostą pomoc, to niedopuszczalne okazywanie słabości. Chętnie pomogę innym, ale sam czuję potrzebę pozostawania samowystarczalnym.
Nie jestem dobrym graczem drużynowym. Wprawdzie na rozmowach kwalifikacyjnych z uporem twierdzę, że jest inaczej, realia są takie, że nie chcę grać w drużynie. Nie chcę polegać na kimś i nie chcę by ktoś polegał na mnie. Komfortowo czuję się w takim układzie drużynowym, gdzie każdy ma ściśle określone zadanie do zrobienia i może funkcjonować jako indywidualny gracz. Nie lubię grać w spory drużynowe, nie znoszę gdy na szkoleniach czy warsztatach prowadzący mówi: „a teraz zróbcie coś w grupie”.
Nie komunikuje swoich potrzeb. To trochę jak z proszeniem o pomoc. Gdybym komuś powiedział, że potrzebuję, przykładowo, bliskości, to było by jednoznaczne z proszeniem, by ta osoba pomogła mi ją osiągnąć. A ja o pomoc nie proszę, wszystkim zajmuje się sam, także zaspokajaniem swoich potrzeb. Jakiejś nie jestem w stanie zaspokoić? Trudno, muszę obejść się bez niej.
Informację zwrotną zbywam, ignoruję lub się na nią obrażam. Każdy kawałek informacji zwrotnej sugerującej zmianę, jest podważaniem moje samowystarczalności. Dlatego nie akceptuję sugestii, że coś robię nie tak. Pozytywna informacja zwrotna to znowu strata czasu, przecież wiem, że robię to dobrze, nikt mi nie musi tego mówić – pod tym względem też jestem samowystarczalny. Zakładam, że wszyscy mają takie samo podejście do tematu jak ja, staram się więc nie dawać innym informacji zwrotnej żadnego typu.

Powyższy obraz jest celowo przerysowany i to podwójnie. Po pierwsze, zawarłem w nim tylko trudne czy negatywne cechy stylu unikającego, nie wspominając nawet o jego mocnych stronach. Po drugie, nie w każdej sytuacji reaguje z opisaną powyżej intensywnością, na przykład nie raz dałem i przyjąłem informację zwrotną, a świat się nie zawalił. Opisane wyżej schematy są bardziej tendencjami, niż gwarantowanymi w każdej sytuacji reakcjami.

Nim przejdę do kilku dodatkowych cech, wykraczających poza styl unikający, chciałbym złagodzić pierwsze przerysowanie, czyli spojrzeć na kilka zalet takiej formy wchodzenia w relacje.
Dobrze się sprawdzam w roli nieco oddalonego obserwatora. Mogę każdemu zaoferować dość obiektywną perspektywę, niezmąconą emocjonalnym zaangażowaniem.
Trudno jest mnie, nawet przypadkiem wciągnąć w emocjonalne wybuchy. To sprawia, że w trudnych momentach, można polegać na mojej spokojnej i racjonalnej ocenie sytuacji.
Choć mówienie o uczuciach jest dla mnie prawie niemożliwe, to mówienie o faktach i koncepcjach jest niezwykle proste. Mówienie tego jak jest, co się wydarzyło, co zrobiłem, tak długo jak pozostaje w sferze faktów jest łatwe, bez potrzeby owijania w bawełnę i motania.
Samowystarczalna osoba jest łatwa w obsłudze. Faktycznie ogarniam większość spraw, które mam do ogarnięcia bez pomocy. Co więcej potrafię ogarnąć wiele spraw, więc mogę Ci pomóc z twoimi. Więcej nawet, lubię pomagać innym z ich różnymi drobnymi potrzebami.
Choć nie potrafię grać w drużynie, to jestem silnym solistą. To nieco związane z poprzednim punktem, potrafię zrozumieć i rozwiązać wiele problemów, tak długo jak nie muszę tego robić w towarzystwie. Nawet w sportach czy działaniach drużynowych, jeśli da się znaleźć pozycję dla indywidualisty to ja ją chętnie wypełnię i będę przydatny dla zespołu!
Nie będę Ci zawracał głowy swoimi potrzebami. Zajmę się nimi sam. Okazuje się, że całkiem sporo z nich można faktycznie bez problemu ogarnąć w pojedynkę, albo można z nich kompletnie zrezygnować. Kolejny element sprawiający, że jestem łatwy w utrzymaniu.

Unikający styl przywiązania to moja główna charakterystyka. Dostrzegam jednak u siebie także elementy ambiwalentnego albo lękowego typu. Zależnie od sytuacji, może u mnie występować reakcje czerpiąca z tegoż, choć jest to rzadkością w porównaniu ze stylem unikowy.
Jestem bardzo uważny na innych. Przyglądam się, obserwuję i monitoruję zachowanie ludzi w moim otoczeniu. Przykładam wielką wagę do szczegółu. Wszystko co da się zinterpretować jako znak, że ktoś staje się do mnie negatywnie nastwiony zauważę i zinterpretuje w najczarniejszy możliwy sposób. Nawet pod wpływem drobnego gestu mogę zmienić zdanie i kurs, byle tylko uniknąć naruszenia ważnej relacji. To czyni mnie chwiejnym i konformistycznym.
Zamiast wyrażać swoje potrzeby i narażać się na ich odrzucenie, wolę tworzyć obraz siebie jako wymagającej pomocy ofiary. Tak, nie wprost, komunikuje swoje potrzeby. Właściwie to staram się skłonić innych by odgadli czego mi potrzeba, na podstawie nieszczęść, które mnie rzekomo trapią. Nie proszę o pomoc. Staram się wywołać litość, która ostatecznie da mi to czego potrzebuję.

To dwie główne negatywne cechy lękowego stylu przywiązania, które w sobie dostrzegam. Jest tego nieco więcej na przecięciu ze stylem unikowym, gdzie pojawiają się mieszane mechanizmy, czy raczej mechanizmy unikowe zmodyfikowane o aspekt lęku.

W stylu lękowym także można dojrzeć silne aspekty, które uzupełniają się z jego wadami.
Styl lękowy jest dla mnie źródłem intensywnej empatii. Jestem w stanie dostrzec stany emocjonalne i fizyczne osób wokół mnie, tych na których mi zależy i się do nich odnieść. Nie musicie mi nic mówić, a ja zorientuje się że jesteście rozgniewani, zmęczeni czy znudzeni.
Styl lękowy wiążę się z wielkim oddaniem drugiej stronie. Jak już stworzę relację, to jestem gotów w nią inwestować i się jej trzymać. Wiele potrafię wybaczyć i zapomnieć, koncentrując się na  tym raczej co trzyma nas razem, niż co nas dzieli.

Podsumowanie

Przed nami długa droga przez niuanse i detale tego jak wygląda moje funkcjonowanie w relacjach. Dzisiaj postawiliśmy pierwszy krok. Nakreśliliśmy ramy wokół których zorganizuję dalszą pracę nad bardziej konkretnymi sytuacjami z życia wziętymi i stojącymi za nimi mechanizmami.

A czy wy badaliście kiedyś swój styl przywiązania? Albo czy zastanawialiście się jak funkcjonujecie w relacjach i jak to możecie zmienić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wstydzie, lęku i egocentryzmie

W miarę postępu w terapii, autor analizuje wewnętrzne mechanizmy związane z brakiem bezpieczeństwa i wstydem. Odkrywa swoje lęki przed oceną, unika bliskości oraz tłumi emocje. Mimo fantazji o lepszym świecie, czuje się ofiarą niesprawiedliwości. Dąży do zrozumienia swoich strategii radzenia sobie z bólem i odrzuceniem.

W miarę jak postępuję naprzód w terapii, odkrywam nowe sposoby patrzenia na swoje funkcjonowanie i kręcące nim mechanizmy. Systematycznie, buduję obraz mojego świata wewnętrznego, który tłumaczy to, co widzę w swoim zachowaniu. Przedstawię moją obecną analizę i interpretację kluczowych aspektów oraz opiszę obraz, który się z nich wyłania.

Czuły na brak bezpiecznego portu [Wysoka reaktywność, brak bezpiecznych więzi]

Jestem czuły na bodźce, typ obserwatora. Uważnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, i chłonę to, co widzę. Zwykle nie wspominam o tym, co zauważyłem ani jakie wyciągnąłem z tego wnioski – zachowuję je dla siebie.
Łatwo ulegam przebodźcowaniu. Duże grupy ludzi są dla mnie męczące, bo to właśnie na nich reaguję. To gesty, słowa, mimika – wszystkie te drobnostki przyciągają moją uwagę.
Już od małego bliskie relacje były dla mnie trudne. Innym osobą dają one poczucie bezpieczeństwa, dla mnie są czymś zagrażającym. Spodziewam się w nich krytyki, transakcyjności oraz braku zaufania i bezpieczeństwa.
Używam mojej bolesnej supermocy uważności, by czujnie unikać bliskości – nie dam się więcej zranić.

Nieustające czuwanie [Wrażliwość na ocenę]

Każdy twój ruch, przypadkowy gest, westchnienie czy mina są zauważane i rejestrowane. Przyglądam się wszystkim w otoczeniu. Nieustannie badam, czy nie dostrzegę śladu niechęci.
Powiedziałem żart. Czy się zaśmiała? Jeśli nie – dlaczego? Czy żart był słaby? A inni? Czy się śmieją albo chociaż uśmiechają? Dłonie stają się wilgotne od potu. Wydaje mi się, że się odsunął z niechęcią. Czy to przez żart? Mój żołądek spina się w kulkę.
Czuwam bez ustanku. Zmysły są wyostrzone. Nasłuchuję skrawków rozmów, tak jakby każda była o mnie. Interpretuję je w ten sposób. Badam, co to może oznaczać. Czuję ulgę, gdy zorientuję się, że sprawa mnie nie dotyczy. Mogę przenieść uwagę na kolejną osobę i z jej zachowania wyczytywać, co o mnie sądzi.
Muszę pozostawać w gotowości, nie ma wyboru. Muszę uważnie monitorować innych i siebie, by sprawdzić, czy nie robię czegoś, co mogłoby się nie spodobać. Jeżeli opuszczę gardę choćby na chwilę, zorientują się. Zobaczą to, czego się tak wstydzę.

Na początku był wstyd [Toksyczny wstyd]

To się wszystko zaczęło od wstydu. Czego się tak wstydziłem? To tajemnica! Wiedzcie tylko, że muszę dbać o to, by nikt jej nie poznał – to stąd ta cała czujność.
Ja siebie widzę takim, jakim jestem, nikt inny nie może mnie zobaczyć! To by była katastrofa. Ten ktoś by się dowiedział i jak nic mnie porzucił, a nie mogę na to pozwolić. Muszę się ukrywać, maskować to, kim jestem – bo się wstydzę.
Czy ty dostrzegasz część prawdziwego mnie? To niedobrze! Czuję palpitacje serca! Muszę działać. Odwrócić twoją uwagę albo uciec. Kiedy zniknę ci z oczu, zapomnisz o mnie i ten przebłysk, który ujrzałeś, zatrze się szybko w pamięci.
To tak już jest, że jak tylko ktoś się do mnie zbliży, to ja znajdę sposób, żeby stworzyć między nami dystans. Nikt rozsądny nie chce, żeby inni poznawali jego wstydliwe sekrety. Mój wstydliwy sekret jest ogromny. Tak wielki, że nie mogę pokazać ani kawałka siebie, bo natychmiast się wyda. Zdradzę wam w zaufaniu, że jest za wielki nawet dla mnie i ja sam nie wiem, co to jest, czego się wstydzę. Może to wszystko, co jest moje, a może nic?
Zresztą, nieważne, co to jest – mój wstyd nie interesuje się prawdą. Ważne, że wiem doskonale, iż nawet teraz rodzi się wam w głowach ocena, która będzie dla mnie druzgocąca – i nie liczy się, czy tak faktycznie jest.

Boję się, że mnie źle ocenią [Lęk przed oceną]

A może właśnie boję się, że mnie dobrze ocenisz? Dobrze, czyli źle. Negatywnie. W końcu mam tak wiele powodów do wstydu, że nie potrafię żadnego nazwać. Naturalne jest, że kto na mnie spojrzy, zobaczy je od razu. Oceni, że jestem nic niewart.
Zdarzyło wam się kiedyś, w środku ważnego dnia, poplamić sosem swoją białą koszulę? Zero możliwości, by ją zmienić. Zero możliwości, by ją zdjąć. Przed wami najważniejsze spotkanie miesiąca. Czekają klienci, prezesi i kto tam jeszcze. Wy patrzycie w dół i jedyne, co widzicie, to plama na koszuli. Pytania w głowie: czy oni ją zobaczą? Jak mogę ją ukryć? Czy to koniec?
Moje życie to każdy dzień w poplamionej koszuli. Główne zadanie: nie dopuścić, byście zobaczyli plamę. Jeśli ją zobaczycie, to oczywiście przestaniecie się do mnie odzywać. Nie będziecie chcieli mnie znać.
Robię przeróżne wygibasy, byle tylko ukryć plamę. Trzymam dystans – bo z daleka trudniej dostrzec takie szczegóły. Odwracam się obojętnie plecami – bo wtedy jej nie widać. Rozpraszam waszą uwagę. Kieruję rozmowę na was – wtedy nie patrzycie na mnie. Najważniejsze: trzymam się w samotności – nikt mnie nie widzi i nie ocenia.
Nie chcę od was piątki. Jestem przecież przekonany, że na nią nie zasługuję. Rzecz w tym, by nie dostać jedynki. To by była katastrofa. Tego jednego się boję. Siedzę z tym strachem sam każdego dnia.
Jak fajnie byłoby być w świecie, w którym nikt nie ma mocy mnie ocenić! Albo w takim, w którym nie noszę żadnej plamy! Ale to tylko fantazja…

Z fantazją nie ma strachu! [Fantazje wielkościowe]

Stworzę sobie świat bez poplamionych koszul! Mam do dyspozycji niezmierzone przestrzenie wyobraźni. Kształtowałem je już nieraz według potrzeb. Tworzyłem nowego siebie. Tworzyłem otoczenie, którego potrzebowałem. Rzeczywistość jest przereklamowana. Dostać w niej to, co się chce, to przerażający proces. Zbudowanie fantastycznej krainy, w której jestem półbogiem, to ułamek sekundy i zero strachu!
Niejeden świat stworzyłem w ciągu swego życia. Nigdy ich nie liczyłem. Pewnie były to dziesiątki, jeśli nie setki. Choć przyznaję, że większość z nich pożyczyłem. Brałem scenografię z książki czy filmu. Czasem pożyczałem całą historię, lekko ją modyfikując.
Który z nich był pierwszy? Stawiałbym na Dziki Zachód z Winnetou i Old Shatterhandem. Później Tolkien. To mi się zdarzało jeszcze niedawno. Bywałem orkiem i bywałem elfem. Nie wybrzydzałem. Ważne było, żeby rola dawała poczucie siły. Żebym nie znał strachu.
Czy jako kapitan Gwiezdnej Floty, czy jako czarodziej w moim świecie – byłem nieustraszony, potężny i zawsze zwyciężałem. Nikt mnie nigdy nie opuszczał. Co najwyżej ja mogłem zostawić kogoś za sobą. Nieważne, skąd brałem scenografię. Ważne, że dawała mi moc.
Gdyby tak dało się żyć tylko fantazją! Niestety, czasami trzeba wyskoczyć do realnego świata. A tam… nic mnie tak nie wkurza jak mój własny strach.

Kiedy się wkurzę to się nie boję [Gniew zastępczy]

Gdy rozmawiamy sobie swobodnie, uśmiecham się, jestem miły. Chcesz mi dać informację zwrotną – drobną poprawkę w moim sposobie bycia. Nadal się uśmiecham, ale wiedz: właśnie się na ciebie wkurzyłem. Możesz to dostrzec po lekko zaciśniętych szczękach. Czasem zwijam dłoń w pięść. Zmieniam ton głosu – staje się twardszy, słychać w nim złość.
Bo jak śmiesz twierdzić, że nie jestem idealny? Czy ty próbujesz sugerować, że zrobiłem coś źle? Co za nonsens! Co za tupet! Nie ma takiej możliwości! Wczoraj wieczorem w fantazjach zniszczyłem całą planetę. A ty mówisz, że buty nie pasują mi do koszuli? To niemożliwe, żebyś dostrzegł słabość we mnie. Cokolwiek to jest – było zaplanowane.
Gdybym nie był taki wściekły, to jeszcze zacząłbym się bać. Bać, że dostrzegasz to, o czym nie wspominamy. Że za chwilę wstaniesz i odejdziesz. Że cię już nigdy nie zobaczę. Na szczęście złość jest tak cudnie zaborcza – nie zostawia miejsca na inne emocje. Jest łatwiejsza niż strach, bo daje złudzenie siły i kontroli – zupełnie jak fantazje.
Wewnętrzne napięcie rośnie. Mój ton staje się bardziej oschły. Słowa są jeszcze przyjazne, ale na końcu języka mam „Ty ku***!”. Dłonie zaciskają się w pięści. Na słowach może się nie skończyć. STOP! Nie ma zgody na takie wyskoki! Nie potrafię się bezpiecznie złościć? Tak bardzo nie radzę sobie z emocjami? No to szlaban na czucie – dla własnego bezpieczeństwa.

Nie wolno się złościć! [Tłumienie emocji]

Nie wolno się złościć! Te słowa są jak mantra, choć jej nie powtarzam. Nie ma takiej potrzeby – jest zakorzeniona w sposobie patrzenia na emocje. Złości czuć nie wolno!
Szkopuł w tym, że to się tak do końca nie da. Emocje mają to do siebie, że pojawiają się bez pozwolenia. Co gorsza – jedna z drugiej może wypączkować! Poczuć jedną, to zaryzykować poczucie kolejnej. A kto wie, może to będzie właśnie złość?
Z mojej perspektywy najlepiej byłoby nie czuć nic – bo wtedy nigdy bym się nie zezłościł. A przy okazji rozwiązałbym problem wstydu. Skoro tak się nie da, to jedyny wniosek: trzeba próbować. Ponosić porażkę za porażką, nie wyciągając wniosków, i udawać, że się nic nie czuje.
To jest trik! Jeśli będę udawał dość dobrze, to sam uwierzę w to, że nic nie czuję. To prawie to samo, co nic nie czuć! Nawet jeśli nie do końca – to przynajmniej nie grozi mi wtedy wyzywanie innych i wymachiwanie pięściami. To dobrze, prawda?
W świecie fantazji mogę nie mieć emocji, jeśli nie chcę. O ile lepiej by było, gdyby ten świat miał taką opcję. W fantazjach wszystko jest po mojej myśli. Tutaj wszystko działa przeciwko mnie. Jakbyście uwzięli się, żeby robić mi na złość. Żebym tylko nie był szczęśliwy. Czemu czuję, że mnie krzywdzicie?

Czemu świat nie jest taki jak ja chcę? [Poczucie krzywdy]

Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. No i ja jestem tym biednym. To już dawno przestało być śmieszne. Co bym sobie nie zaplanował, co bym nie pomyślał – zawsze ktoś albo coś staje mi na przeszkodzie. Złośliwość losu i ludzi, mówię wam!
Jak chcę zostać bogaty, to nie dostaję ani awansu, ani podwyżki. Na jedno i drugie zasłużyłem, ale zły szef, zła firma uwzięli się, żeby nie dawać. Jak chcę być piękny, to na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Jak chcę schudnąć, to każdy mi wciska ciasteczka, a do tego są święta – no i wiadomo, że kawałeczek serniczka jeszcze wejdzie. Kiedy chcę sławy, nikt o mnie nie mówi. Kiedy chcę chwili spokoju, wszyscy dzwonią, żeby się spotykać. Wiem, że to przesada, ale tak to momentami odczuwam.
Może to niesprawiedliwe wobec świata, ale nic na nim nie dzieje się po mojej myśli. Twierdzicie, że to mało prawdopodobne? W moim życiu nie siedzicie. Ja wiem lepiej i mówię wam, że wszystko co do jednego układa się na opak.
Dlaczego świat nie może się poukładać pod moją myśl? Gdyby tak stał się nieco bardziej taki, jakim ja go chcę – dla mnie to by była bomba! Już nie mówię, żeby wszystko miało się układać po mojemu, ale te parę spraw przecież mogłoby. Niestety, jestem na każdym kroku pokrzywdzony. To smutne, nie uważacie?
Zresztą, ja wam tego nie opowiadam, żeby się żalić – co to, to nie. Mi chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli mój ból. Bo może możecie mi pomóc?

Jestem taki biedny. Pomożesz mi? [Rola ofiary]

Nie mam zupełnie czasu! Tyle na głowie. Gonię resztkami sił, a tu jeszcze trzeba zrobić to czy tamto. Nie no, zrobię to, wiadomo, ale co się przy tym wycierpię, to moje. Słuchaj, wczoraj wróciłem po północy do domu. Nic nie spałem, ledwo co, a dzisiaj o szóstej już do pracy. No i jeszcze wieczorem trzeba śmieci wyrzucić… Naprawdę? Skoczysz je wyrzucić? Jesteś cudowny! A skoro i tak idziesz, to czy możesz zahaczyć o Żabkę i kupić mi ciasteczka i sok? Dzięki!
Ja jestem strasznie nieciekawy. Nic nie potrafię powiedzieć po ludzku. Bo się strasznie peszę. Będziecie się ze mną nudzili. Jak by tu był ten drugi, to on ma gadane. Ja niestety nie. Szkoda, że trafiliście na mnie. Tak? Jestem całkiem zabawny? To miło, że tak mówisz, ale mi się wydaje… No skoro nalegasz, to w sumie nie będę się kłócił. Jesteś przemiła!
Mogę to zrobić, pewnie. To moje zadanie w końcu. Jeszcze mi wpadło sprawdzenie danych. Będzie na to potrzeba czasu. Myślałem, że dzisiaj wyskoczę do kina, ale może w przyszłym tygodniu. Zebrało się sporo spraw. Czekają na raport. Niby parę slajdów, ale to jednak trzeba przysiąść, żeby to jakoś wyglądało. O, jeśli byłbyś w stanie to wziąć, to by mi mega pomogło! Dzięki!
No ale dlaczego ja? Przecież ja się na tym nie znam. Ja nie wiem. To mnie przerasta. Ja nie potrafię. Pomożesz? Super! Ty to potrafisz ogarnąć. Lepiej ty niż ja, bo ja na pewno coś zepsuję. Super, że już załatwione. To odezwę się jeszcze.
To naprawdę działa! Nie zawsze, ale jednak. Nigdy nie muszę mówić, czego potrzebuję. Ludzie, kiedy czują współczucie, sami zgadują, co to może być!
Jak się nad tym zastanowić, to bycie nieudacznikiem może być portem, w którym znajduje się schronienie. Czy jest w nim bezpiecznie? Czasem bywa…

I potem zaczynam od początku [Wzmocnienie cyklu]

To tylko namiastka prawdziwego bezpieczeństwa i przywiązania, ale nigdy ich nie miałem, więc wpisuje się w cały cykl. Wróciłem do początku – szukam w niewłaściwych miejscach bliskości, relacji, zaspokojenia potrzeb. Skoro się sprawdza, dlaczego miałbym z tego rezygnować?
Może dlatego, że kiedy się w tym zorientuję, to się tego wstydzę? Ale już przerobiliśmy moje metody radzenia sobie ze wstydem. Wszystkiego się wstydzę, to mogę i tego na dokładkę. Tylko muszę jeszcze ciaśniej zacisnąć pętlę kontroli nad emocjami. Więcej fantazji, więcej gniewu, więcej tłumienia emocji! Znam ten schemat jak własną kieszeń, mogę go powielać w nieskończoność.
Choć zdradzę wam w sekrecie, że to nie jedyny sposób, bym dostał to, czego chcę.
Może myślicie: „Hej, stary, po prostu tak nie rób i będzie w porządku!” Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Te mechanizmy są moją drugą naturą. To intuicja. Wiecie, jak trudno jest jej się przeciwstawić, nawet kiedy wiemy, że jest w błędzie?
Czasem się da. Kiedy wszystko idzie gładko, kiedy nic nie staje na mojej drodze, mogę ignorować swoją intuicję. Jest jednak wiele spraw, dużych i drobnych, które odpalają mnie jak lont w dynamice i kiedy już ruszą, nie sposób mnie zatrzymać.

Moje zapalniki [Wyzwalacze]

Konstruktywna krytyka [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie na spotkaniu w pracy, omawiamy aktualne tematy. Ktoś zwraca uwagę, że mógłbym poprawić kilka rzeczy w jednym z modeli, które stworzyłem – to słuszne, dobrze umotywowane uwagi. Czuję złość, wściekłość nawet. Odcinam tę emocję, spycham ją i tłumię. Na zewnątrz wydostaje się co najwyżej delikatna irytacja w głosie. Cała reszta spotkania to fantazjowanie, że mam rację, a mój krytyk się nie zna.

Poczucie bycia zdemaskowanym [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie przed laptopem w pracy, piszę odpowiedź na maila. Przychodzi wiadomość na komunikatorze: kolega zauważył, że jeden z elementów w bazie, za którą odpowiadam, ma dziwną wartość. Może wkradł się błąd?
Co za sku***! Co on sobie wyobraża? Na pewno nawet nie potrafi używać tych danych i nie wie, o co w nich chodzi. Sprawdzam jednocześnie problematyczny element. Faktycznie błąd. Ale ja jestem beznadziejny. Gdybym tylko cofnął czas i to zmienił, nie byłoby problemu.
Złość nadal we mnie kipi, ale wciskam ją coraz głębiej. Nie mam ochoty odpowiadać – może jutro. Niech sobie nie myśli, że jego obserwacja mnie zainteresowała!

Brak uwagi lub uznania [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Wysłałem wiadomość już dziesięć minut temu i sprawdzam dla pewności, czy na pewno poszła. Tak, jak najbardziej. Jeszcze nieodczytana, na komunikatorze jest ikonka, która o tym informuje. Coś długo, widać nie było okazji.
Ikonka zmieniła się na przeczytane pięć minut temu. Dlaczego nie odpisuje? Co zrobiłem nie tak? Pewnie powiedziałem coś głupiego. Czytam swoją wiadomość jeszcze raz. Niby nic, może trochę za poufały ton? Czemu ja jestem taki głupi? Już się wkurzyłem na siebie i na odbiorcę.
Wymyślam alternatywną wersję swojej wiadomości – taką rozsądniejszą. Jest super. Gniew powoli zapada się w podświadomość, ale wciąż nie mam uwagi, której szukam.
Piszę kolejną wiadomość niby na spokojnie, nie upominam się o odpowiedź, tylko dorzucam parę zdań. Wtrącam o tym, co mi się nie udało i jakie to były trudne parę dni. Nie muszę czekać długo, by druga strona zaczęła pisać odpowiedź.

Poczucie bezsilności [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Gra była wyrównana, a teraz przeciwnik raz za razem dociąga kartę, jakiej potrzebuje, a ja same landy (których nie potrzebuję)! Nic z tym nie mogę zrobić. Moje decyzje są nieważne, ja jestem nieważny, bezsilny…
Złość na przeciwnika szybko rozwija się we wściekłość. Niby wiem, że nie kierują oni dociąganymi kartami bardziej niż ja, ale moja intuicja maluje ich jako winnych wszystkiemu. Tracę koncentrację i zaczynam popełniać błędy. To napędza schemat.
Gdybym tylko zagrał inaczej dwie tury temu. Gdybym tylko nie odpalał gry teraz, ale za godzinę, tak jak miałem w planach – miałbym innego przeciwnika i inne karty.
Dłoń zaciska się na myszce, czuję, jak jej obudowa zaczyna trzeszczeć. Przypominam sobie, jak rzuciłem myszką w monitor, rozbijając matrycę. Kosztowało mnie to 600 złotych. Spycham wściekłość w głąb.
Zawsze wszystko jest przeciwko mnie. Nawet to, co powinno być losowe. Pójdę pożalić się koledze na niesprawiedliwość losu, może da mi trochę współczucia.

Zazdrość [rola ofiary]
Kariera nie ma dla mnie znaczenia. To stwierdzenie jest prawdziwe. Kiedy w cyklu ewaluacyjnym nie dostaję awansu, uważam się za pokrzywdzonego i niesprawiedliwie potraktowanego. To zdanie też jest prawdziwe.
To nie jest tak, że się złoszczę. Nie, po prostu jestem rozczarowany i przekonany, że los mnie źle potraktował. Nie chcę tego awansu, nie obchodzi mnie, czy go dostanę, ale kiedy go nie dostaję, myślę sobie: a to draństwo! Co? Niby nie zasłużyłem? Nie należy mi się?
No i jest jeszcze zazdrość. Jak tylko pojawiają się informacje o kolegach i koleżankach, którzy awansowali, to im zazdroszczę. Patrzę na nich wilkiem – w mojej głowie; w rzeczywistości nie daję nic po sobie poznać – kwestionuję zasłużoność awansu, porównuję ich ze sobą i podkręcam moje poczucie bycia ofiarą systemu.
Całość trwa około tygodnia lub dwóch, kiedy obwieszczane są awanse. Potem mija i nie myślę o tym, aż do kolejnego cyklu. Chyba że ktoś wspomni o awansie przy śniadaniu. Wtedy przechodzę skróconą wersję powyższego procesu w pięć minut.

Po waszej stronie lustra [Efekty]

W tym paragrafie będę dużo zgadywał, bo nie widzę świata z waszej perspektywy, a przed informacją zwrotną osłaniam się jak diabeł przed wodą święconą. Wybaczcie mi omyłki i dajcie znać, jak to ze mną jest. Jak się prezentuję zewnętrznemu światu?

Wyobrażam sobie, że ludzie widzą mnie jako bardzo spokojnego i opanowanego. Kogoś, kto nigdy się nie złości. Może ktoś dostrzeże drobne poirytowanie, zmieniony ton głosu. Przypuszczają też, że ujawnia się mój wyfantazjowany egocentryzm i poczucie wyższości. Może to jest do zauważenia, że mam tendencję do patrzenia na innych z góry.

Zgaduję, że jawię się jako osoba wycofana i niezaangażowana. Zawsze na dystans, nigdy w pełni razem. Z tym może także wiązać się postrzeganie mnie jako kogoś pasywnego, niezainteresowanego kierowaniem czy zmierzaniem w jakimś kierunku.

Pewnie część osób widzi we mnie człowieka skrytego – i to na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony, kogoś, kto mało o sobie mówi, komu nic ciekawego się nie przydarza. Z drugiej strony, kogoś, kto ukrywa swoje emocje, nie okazuje ich, nie chce się nimi dzielić.

Mogę też zgadywać, że jestem postrzegany jako ktoś negatywnie nastawiony do życia. Osoba w typie: szklanka jest do połowy pusta, a zaraz zapewne się stłucze. Kogoś, kto wszystko, widzi w ciemnych barwach. Kogoś, kto opowiada o swoich trudnościach lub problemach, nie wspominając o sukcesach.

Zresztą, przeczytajcie po prostu ten rozdział i policzcie, ile wymieniłem pozytywów, a nawet jeśli wymieniłem jakiś, to czy nie próbuję go sprzedać jako ukryty problem.

To przeprowadza mnie do podsumowania. Ciężko się wyrwać ze swoich schematów, nawet jeśli doskonale zdajemy sobie sprawę, że są w nas aktywne. Przecież nawet ten tekst, jeśli się chwilę zastanowić, jest próbą zdobycia współczucia i sympatii! Kiedy zaczynałem go pisać, jeszcze o tym nie wiedziałem. Zorientowałem się w połowie, że moje intencje nie są żadną miarą czyste. Nie przestałem jednak, bo nawet jeśli jest efektem działania mechanizmu, może przynieść coś dobrego.

Całkiem na zakończenie dodam, że opisane dziś mechanizmy nie są jedynymi, które we mnie działają. Mam o więcej strategii unikania odrzucenia i bólu niż fantazjowanie i stawianie się w roli ofiary: dystansowanie, racjonalizacja, unikanie, substancje i zachowania kompulsywne. Jest tego sporo i w przyszłości mam nadzieję spojrzeć na nie bliżej.

A wy? Wiecie już, jakie mieszkają w was demony i jakie strategie przyjmujecie, by sobie z nimi radzić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O religiach i innych ideologiach

Autor podejmuje kontrowersyjny temat, definiując religię jako ideologię. Zauważa, że ideologie wpływają na refleksyjność jednostki w sposób zarówno pozytywny, jak i negatywny. Podkreśla ryzyko dogmatyzmu, presji grupy i nietolerancji. Zawarte są także korzyści, jak tworzenie społeczności i mobilizacja polityczna, ale i zagrożenia dla refleksyjności.

Dzisiejszy temat z pewnością wzbudzi kontrowersje. Już sam tytuł może wywołać opór – dlatego od razu śpieszę z wyjaśnieniem: tak, uważam religię za ideologię. W dalszej części tekstu przedstawię definicję, która uzasadnia takie stanowisko i którą przyjmuję na potrzeby tej analizy.

Postaram się zachować możliwie dużą obiektywność, jednak nie ukrywam, że nie przemawiam z pozycji sympatyka religii. Przedstawione przeze mnie tezy mogą więc być dla niektórych czytelników drażniące, a nawet obraźliwe. Jeśli ktoś źle znosi krytykę wierzeń religijnych, być może lepiej zrezygnować z dalszej lektury.

Dla kontekstu dodam, że moje rozważania odbywają się w ramach jednej ze współczesnych wersji stoicyzmu, w której refleksyjność postrzegana jest jako najwyższe dobro moralne. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj: https://premeditatio.blog/2025/03/26/o-etyce-stoickiej/


Definicje

Ideologia to zbiór przekonań, które opisują obecny stan szerokiego wycinka ludzkiej rzeczywistości, proponują jego idealny lub docelowy kształt i wyznaczają drogę od jednego do drugiego. Ideologia nie musi dotyczyć całego świata — może koncentrować się na systemie politycznym, społeczeństwie czy innych strukturach. Czasem łączy wiele z tych elementów. W szczególnych przypadkach ideologia nie zawiera przepisu na dotarcie do stanu końcowego — jest wtedy czysto opisowa. W tym tekście skupię się jednak głównie na ideologiach, które proponują konkretny sposób postępowania, choć niektóre rozważania będą miały zastosowanie także do ujęć opisowych.

Wycinek rzeczywistości jest szeroki, jeśli obejmuje więcej niż dwa obiekty. Przykładowo — relacja między dwiema osobami nie spełnia tego kryterium, ale społeczeństwo danego kraju już tak. Zwykle używamy tego określenia w odniesieniu do dużych zbiorowości ludzkich.

Wycinek rzeczywistości jest ludzki, jeśli dotyczy ludzi i sprawy z nimi bezpośrednio związanych. Rodzina jest takim właśnie wycinkiem; Układ Słoneczny — już nie. Polskie społeczeństwo — jak najbardziej tak.

Religia to szczególny rodzaj ideologii, która źródło swojej prawdziwości wywodzi z nadprzyrodzonego — Bogach, Bogu lub innych bytów mistycznych. „Nadprzyrodzone” oznacza coś, czego istnienia nie można zweryfikować empirycznie. Warto zaznaczyć, że taka definicja nie obejmuje niektórych systemów tradycyjnie określanych jako religie — na przykład buddyzmu zen. Dla mnie to jak najbardziej akceptowalne. Trzymając się przykładu buddyzmu zen — w moim światopoglądzie to raczej filozofia, a nie religia.

Ogólnie o wpływie ideologii na refleksyjność

Wszystkie ideologie łączy pewien zestaw cech, które wpływają na refleksyjność jednostek. Najczęściej dotyczy to refleksyjności ich wyznawców, choć niekiedy oddziaływanie może sięgać szerzej — obejmując również osoby postronne.

Wpływ ten może mieć zarówno charakter pozytywny, jak i negatywny. Nie każda ideologia zawiera w sobie wszystkie z opisywanych tu aspektów.

Co istotne: ocena, czy dany wpływ jest korzystny czy szkodliwy, zależy często od celu ideologii i jego zgodności z naszym systemem wartości. W tym tekście nie podejmuję się jednak oceny celów ideologii — interesuje mnie wyłącznie to, jak wpływa ona na refleksyjność jednostek i zbiorowości.

Innymi słowy: nie analizuję, czy wizja świata promowana przez daną ideologię jest mi bliska czy też nie. Interesuje mnie wyłącznie to, jak przyjęcie tej ideologii może wpływać na refleksyjność jej akolitów oraz osób pozostających pod ich wpływem.

Nie mam wątpliwości, że człowiek może jednocześnie kierować się wieloma ideologiami. Nie wszystkie muszą ze sobą kolidować — niektóre odnoszą się do zupełnie różnych obszarów rzeczywistości. Przykładowo: możemy wyobrazić sobie ideologię polityczną, która nie dotyka zagadnień ekonomicznych, i ekonomiczną — niezależną od polityki.

Negatywy

Usztywnienie myślenia

Pierwszym zagrożeniem związanym z przyjęciem konkretnej ideologii jest usztywnienie myślenia. Przyjmując dany system ideologiczny jako własny, stawiamy się w sytuacji, w której jego porzucenie lub zmiana staje się trudna. Z natury jesteśmy niechętni zmianom — to cecha gatunkowa. Jeśli dodamy do tego ryzyko utraty społeczności, to ideologiczne zaangażowanie może się okazać jedną z najtrudniejszych zmian, jakich można dokonać.

Refleksyjność natomiast jest ściśle związana ze zdolnością do zmiany. To właśnie z potrzeby zmiany poddajemy siebie i świat refleksji. Nie twierdzę, że ideologia całkowicie uniemożliwia zmianę, ale może ją ograniczać w sposób niekorzystny.

Usztywnienie myślenia oznacza także osłabienie jego krytycznego wymiaru. Głęboko wyznawana ideologia staje się odporna na analizę krytyczną — a przynajmniej my sami nie jesteśmy skłonni jej takiej analizie poddawać. Powód jest prosty: refleksja mogłaby doprowadzić nas do wniosku, że naszą ideologię należy porzucić lub zmienić. Aby tego nie ryzykować, często decydujemy się refleksji w ogóle nie rozpoczynać.

Słowem podsumowującym efekt usztywnienia myślenia jest dogmatyzm. Ideologie opierają się na podstawowych założeniach (dogmatach), które nie podlegają kwestionowaniu — bo bez nich cała konstrukcja mogłaby runąć. Dyskusja wewnątrz ideologii toczy się zazwyczaj wokół interpretacji lub praktycznego zastosowania dogmatów, nie zaś wokół ich zasadności.

Oczywiście, zdarza się, że ideologia opiera się na sensownych i spójnych dogmatach. Nawet wtedy jednak można to ocenić wyłącznie z zewnątrz. Dla osoby zanurzonej w danym systemie dogmaty są z definicji słuszne — dlatego nie może ona mieć pewności, że to właśnie jej ideologia jest uzasadniona.

Presja grupy – manipulacja

Człowiek jest istotą stadną, dlatego wszyscy – bez wyjątku – jesteśmy podatni na presję grupy, w której funkcjonujemy. Mamy w sobie głęboko zakorzenioną potrzebę podporządkowywania się jej normom i oczekiwaniom. Nawet ci, którzy postrzegają siebie jako nonkonformistów, po bliższym przyjrzeniu się własnym zachowaniom mogliby dostrzec znaczną dozę uległości wobec swojej społeczności.

Społeczności skupione wokół ideologii nie stanowią tu wyjątku. Tym, co je wyróżnia, są silnie sprecyzowane przekonania i wizja świata, które starają się narzucić swoim członkom. To właśnie wspólna idea scala te grupy, dlatego, aby mogły przetrwać, muszą chronić jednomyślność wśród swoich akolitów.

Sposoby utrzymywania tej jednomyślności nie zawsze są etyczne – wiele z nich to formy manipulacji. Groźba wykluczenia z grupy czy bardziej wyrafinowane techniki wpływania na emocje bywają – często nieświadomie – stosowane przez członków, by utrzymać spójność poglądów.

Osoba poddana takiej presji traci przestrzeń do refleksji– zamyka się na rozważanie własnych poglądów i pozycji.

Brzmi znajomo? Jak potocznie rozumiana sekta. Czy zatem każda grupa ideologiczna nią jest? Choć cechy bywają zbliżone, odpowiedź brzmi: nie. Kluczowe znaczenie mają natężenie tych cech i skrajność stosowanych metod. Co więcej, nie każda ideologia z definicji musi posługiwać się manipulacją.

Etyczne pomieszanie – wyznawane idee ponad przyzwoitość

Ideologia zazwyczaj niesie ze sobą pewną formę etyki lub moralności. Te systemy nie zawsze są kompletne, lecz w ramach danej ideologii stanowią jej nieodłączny element.

Przykładowo: ideologia polityczna zawiera zwykle etykę postępowania politycznego, ekonomiczna – etykę biznesu, i tak dalej. Im bardziej całościowy system, tym szersza jest jego etyka – aż po ideologie, które próbują objąć całą rzeczywistość i oferują pełny kodeks moralny.

Samo istnienie etyki ideologicznej nie jest niczym złym. Problem pojawia się tam, gdzie cele ideologii i jej zasady kolidują z osobistymi refleksjami etycznymi jednostki.

Często przejawia się to w niepisanej zasadzie wspólnej wielu ideologiom: przybliżanie do celu ideologicznego stanowi najwyższe dobro. Innymi słowy – wszystko, co służy realizacji wizji świata promowanej przez ideologię, staje się moralnie dopuszczalne.

Dla osoby, która chce pozostać wierna swojej ideologii, taki konflikt oznacza konieczność odrzucenia własnych przekonań moralnych i podporządkowania się nadrzędnemu celowi. To wewnętrzne pęknięcie bywa szkodliwe dla refleksyjności – prowadzi bowiem do porzucenia jej fundamentalnej funkcji: samodzielnego kształtowania moralności i rozróżniania dobra od zła.

W efekcie pojawia się wewnętrzny chaos – paradoks, który może działać destrukcyjnie na zdolność refleksji.

Jeśli maksymalizacja zysków staje się najwyższym celem mojej ideologii, mogę w jej imieniu usprawiedliwić każdą zbrodnię. Jeśli celem jest zbawienie – własne lub cudze – każda zbrodnia może zostać uniewinniona, o ile przybliża do tego celu.

Nie każda ideologia zawiera w sobie ten ukryty imperatyw. W tych, które go nie mają, samo istnienie systemu moralnego nie stanowi problemu – o ile zasady te podlegają dyskusji i mogą ewoluować. W dalszej części pokażemy, że istnienie etycznego fundamentu ideologii może być wręcz korzystne z perspektywy refleksyjności jej wyznawców.

Nietolerancja dla innych idei

Ideologia to konkretny przepis na to, jak powinien wyglądać określony wycinek rzeczywistości – oraz jak należy dążyć do tego stanu. Inne ideologie, które próbują opisać ten sam obszar, stają się z definicji konkurencyjne: różnią się albo co do pożądanego kształtu świata, albo co do środków prowadzących do jego urzeczywistnienia.

Ten fundamentalny konflikt sprzyja nietolerancji wobec odmiennych systemów myślenia. Człowiek z natury nie radzi sobie dobrze z odmiennością – instynktownie dążymy do homogenizacji (być może to dziedzictwo plemienne). Ideologie dostarczają dodatkowej przestrzeni do wzmacniania i utrwalania tej nietolerancji.

Im głębiej wierzymy w prawdziwość własnej ideologii, tym silniejsze staje się pragnienie przekonania do niej innych. Opór wywołuje frustrację, ta zaś łatwo przeradza się w agresję – fizyczną lub psychiczną – która zawsze stanowi cios w refleksyjność. Zarówno po stronie ofiary, jak i sprawcy.

Oczywiście, nie każda osoba i nie każda ideologia sięga po przemoc. Nie wszystkie też mają ambicję nawracania innych. Wiele jednak, przekonane o własnej nieomylności, dążą do tego, by inni myśleli, czuli i działali zgodnie z ich obrazem świata.

Upraszczanie / trywializowanie

Ostatnim zagrożeniem dla refleksyjności, o którym chcę wspomnieć, jest skłonność do nadmiernego upraszczania świata. Chodzi tu o jednowymiarowe postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat określonej ideologii – bez zdolności do szerszego spojrzenia, które mogłoby zachwiać naszymi przekonaniami i podważyć fundamenty systemu dającego nam poczucie bezpieczeństwa.

Taka redukcja złożoności świata zamyka refleksyjność w wąskim kręgu wybranych przekonań – zamiast ją rozwijać, ogranicza jej horyzont.

Choć to zawężenie nie jest wyłącznie domeną ideologii, to właśnie ideologiczne myślenie szczególnie sprzyja jego powstawaniu.

Pozytywy

Tworzenie społeczności

Ideologie stanowią jeden z najsilniejszych mechanizmów łączenia ludzi we wspólnoty. Wspólne tematy, aktywności i rytuały zbliżają nas do siebie i ułatwiają nawiązywanie relacji. Tak jak mamy skłonność do podejrzliwości wobec odmienności, tak kontakt z kimś podobnym daje poczucie komfortu – a ideologia może być jedną z płaszczyzn tego porozumienia.

Społeczność to przestrzeń wymiany myśli, wątpliwości, planów i intencji. To sieć, w której nasza refleksyjność spotyka się z refleksyjnością innych – co zasadniczo sprzyja jej rozwojowi.

Silne więzi społeczne, wspierane przez ideologie, mogą także pozytywnie wpływać na długość życia – a to oznacza, że osoby dobrze osadzone w społecznościach mają więcej czasu na refleksję.

Człowiek jest istotą społeczną. Choć nie każdy lgnie do tłumu, wszyscy potrzebujemy pewnej dozy relacji i wsparcia – zarówno dla zdrowia psychicznego, jak i fizycznego. Wiele ideologii (zwłaszcza religijnych) dostarcza takich struktur.

Poczucie bezpieczeństwa płynące z przynależności do wspólnoty stwarza warunki sprzyjające pogłębionej refleksji. W najprostszych słowach: nie musimy walczyć o przetrwanie, więc możemy pozwolić sobie na głęboki namysł.

Warto jednak zauważyć – i nie jako krytykę ideologii, lecz wspólnot jako takich – że społeczności mogą być również toksyczne i destrukcyjne wobec refleksyjności. Przykładowo, społeczność stalinowskich komunistów była silnie związana i spójna ideologicznie, lecz jej wpływ na refleksyjność – zwłaszcza ludzi, których dotykała – był głęboko niszczący.

Proste ramy etyczne (wspólne wartości, kompas moralny)

Jak wspomniałem wcześniej, ideologia zazwyczaj zawiera w sobie element etyczny lub moralny – przynajmniej w obszarze zagadnień, którymi się zajmuje. Osoba utożsamiająca się z daną ideologią może przyjąć ten kompas moralny jako własny.

Większość ludzi nie dysponuje ani potrzebą, ani czasem, ani zasobami, by samodzielnie zbudować pełny system etyczny. Dla wielu wystarczającą podstawą do podejmowania decyzji moralnych są właśnie zewnętrzne systemy wartości – a refleksyjność realizuje się wtedy w odniesieniu do tych przyjętych zasad.

Niewątpliwie można reflektować nad własnym postępowaniem także w ramach etyki, której się nie stworzyło samodzielnie. W tym sensie przyjęcie jakiegokolwiek systemu moralnego – zamiast jego braku – jest generalnie korzystne dla refleksyjności.

Dodatkową zaletą wspólnej etyki jest umacnianie więzi społecznych. Wspólne wartości sprzyjają budowaniu trwalszych wspólnot, w których refleksyjność jednostki znajduje wsparcie i rezonans.

Potencjalne problemy i napięcia związane z ideologicznymi systemami moralnymi omówiłem już wcześniej – w częściach „Etyczne pomieszanie” oraz „Nietolerancja dla innych idei”.

Efekt porządkowania świata

Ideologie wprowadzają porządek w generalnie chaotyczną rzeczywistość. Nadają kierunek i wyznaczają zasady działania. Dostarczają swoim wyznawcom jasnych drogowskazów – dokąd zmierzać i jak postępować. Dla osób wcześniej pozbawionych celu stanowi to źródło ukojenia.

Chaos – szczególnie w sferze sensu istnienia – może być niszczący dla refleksyjności, prowadząc do nihilizmu i utraty woli życia. W tym kontekście ideologia pełni funkcję stabilizującą: porządkuje myślenie, dając jednostce punkt odniesienia i wewnętrzną orientację.

Oczywiście, możliwe jest samodzielne wypracowanie własnego sensu – na przykład przy pomocy filozofii lub innych narzędzi kultury. Jednak podobnie jak w przypadku moralności, nie każdy ma ku temu potrzebę, zasoby ani czas.

Zagrożenia wynikające z nadmiernego porządkowania świata – takie jak redukcjonizm, nietolerancja czy sztywność poznawcza – omówiłem wcześniej w częściach: „Upraszczanie rzeczywistości”, „Nietolerancja dla innych idei” oraz „Usztywnienie myślenia”.

Mobilizacja polityczna

Wyznawanie ideologii często prowadzi do mobilizacji politycznej wokół spraw uznawanych za istotne. Choć sam dyskurs polityczny rzadko bywa szczególnie refleksyjny, to już ocenianie i rozważanie zjawisk politycznych czy społecznych stanowi akt refleksji. Ideologie – nawet te, których nie podzielamy – mogą prowokować nas do takiej aktywności.

W rezultacie osoby identyfikujące się z daną ideologią mają tendencję do częstszego i szerszego angażowania się w życie publiczne – poprzez udział w wyborach, wypowiadanie się na forum społecznym, czy bezpośrednie uczestnictwo w polityce i strukturach władzy.

Tego rodzaju zaangażowanie nie jest konieczne do rozwijania refleksyjności, ale może stanowić jej ważne pole treningowe. Co więcej, przestrzeń publiczna to także arena, na której możliwe jest aktywne wzmacnianie refleksyjności innych – przez dialog, działanie i przykład.

Edukacja

Ideologia może pełnić funkcję platformy edukacyjnej. Dążąc do pozyskania nowych wyznawców, stara się przekazywać wiedzę na swój temat, poszerzając tym samym horyzonty odbiorców i wpływając na ich wizję świata.

Z reguły jest także zainteresowana edukowaniem własnych członków – zgodnie z przyświecającymi jej założeniami. Niektóre ideologie wykraczają poza swoje dogmaty i otwarcie wspierają edukację także w szerszym, pozadogmatycznym zakresie.

W tym miejscu pojawia się jednak wiele niuansów. Edukacja jest tylko tak wartościowa, jak wartościowa jest treść, którą przekazuje. Jeśli ideologia jest silnie dogmatyczna, może raczej programować niż uczyć.

Zagrożenie kryje się również w samej metodzie edukacji. Kluczowe pytanie brzmi: czy proces ten jest otwartą przestrzenią wymiany myśli, w której ścierają się poglądy, a pytania są mile widziane? Czy też przypomina raczej mechanizmy opisane wcześniej przy okazji „Presji grupy” – gdzie edukacja przekształca się w manipulację?

Każdą ideologię należy ocenić indywidualnie – zarówno pod kątem treści, jak i formy przekazu – zanim wyciągniemy wnioski o jej edukacyjnym charakterze.

Platforma zmian

W historii wiele ideologii pełniło rolę platform wielkich, pozytywnych przemian. Część z nich powstawała właśnie po to, by zakwestionować status quo i wejść z nim w konflikt – z myślą o wywołaniu transformacji.

Ruchy emancypacyjne stanowią tu doskonały przykład ideologii, które potrafiły przeobrazić skostniałe społeczeństwa w bardziej sprawiedliwe i otwarte. Choć te zmiany nie zawsze obywały się bez przemocy, ich efektem często bywał lepszy świat.

Jak to się ma do refleksyjności? Ferment zmian to doskonała pożywka dla myślenia. Nowe ideologie mogą otwierać przed nami przestrzenie rozważań, których istnienia wcześniej nie dostrzegaliśmy. Innymi słowy, świat postulowany przez daną ideologię może okazać się bardziej sprzyjający refleksyjności niż ten, w którym żyjemy obecnie.

Warto zauważyć, że ideologie mogą pełnić nie tylko rolę siły transformacyjnej. Niekiedy stają się twierdzami dobrej teraźniejszości – broniąc obecnego porządku przed zmianami, które mogłyby pogorszyć warunki dla refleksyjności. Innymi słowy, ideologia może chronić świat przed przekształceniem w taki, który byłby dla refleksji mniej przychylny.

Szczególnie o wpływie religii

Wszystkie omówione wcześniej pozytywne i negatywne aspekty ideologii odnoszą się również do religii – traktowanej jako szczególny przypadek ideologii. Istnieją jednak pewne kwestie specyficzne, które dotyczą wyłącznie religii lub występują głównie w jej obrębie.

Przedstawione poniżej uwagi dotyczą przede wszystkim religii instytucjonalnych i dziedziczonych, a także takich, które zakładają istnienie bytów transcendentnych.

1. Irracjonalne podstawy

Część religii opiera się na przyjmowaniu za część rzeczywistości elementów, których nie da się empirycznie potwierdzić. Mam tu na myśli wiarę w istnienie bytów transcendentnych – Boga, bogów lub sił nadprzyrodzonych – której nie towarzyszy żadna forma dowodu opartego na doświadczeniu.

Oczywiście, każda ideologia bazuje na pewnych założeniach – i wiele z nich również nie troszczy się zbytnio o ich weryfikację. Różnica w przypadku religii polega na tym, że jej fundamenty z definicji wymykają się jakiejkolwiek możliwości empirycznego sprawdzenia. Odwołania do sfery boskiej pozostają poza zasięgiem testów i obserwacji.

Nie jest to jeszcze samo w sobie poważnym problemem. Istnieją ideologie, które teoretycznie dają się zweryfikować, lecz w praktyce nikt tego nie robi – czy to z powodu trudności, czy braku potrzeby.

Problematyczny staje się jednak sposób myślenia, który może się z takiego podejścia wykształcić. Skoro otwieramy jedną furtkę dla twierdzeń nieweryfikowalnych, czy nie otworzymy kolejnych? Przyjmowanie czegoś za prawdę bez dowodu to niebezpieczny precedens dla poznawania świata.

Uważam, że to może utrudniać (choć nie wyklucza!) zachowanie poznawczego rygoru w innych obszarach życia. Religia bywa źródłem nawyku bezrefleksyjnego akceptowania twierdzeń – czy to zawartych w świętych pismach, czy wypowiadanych przez religijnych autorytetów.

Pielęgnowanie przekonań, których nie sposób zweryfikować niezależnym eksperymentem, osłabia refleksyjność – bo tworzy rozdarcie między empirycznym poznaniem a wiarą opartą na akcie zaufania. Ten wewnętrzny rozdźwięk umysł musi w jakiś sposób rozwiązać lub zamaskować – a tłumione paradoksy rzadko służą zdrowiu intelektualnemu.

2. Wczesna indoktrynacja

W przypadku wielu religii – szczególnie tych dziedziczonych – istotnym problemem jest moment, w którym zostajemy w nie wprowadzeni. Dzieje się to zwykle już w dzieciństwie, w okresie największej podatności na wpływy.

Jeśli pochodzimy z religijnej rodziny, ideologia religijna jest nam wpajana bardzo wcześnie – często zanim zdobędziemy jakiekolwiek narzędzia do samodzielnej oceny czy refleksji. Dla porównania: większość ideologii świeckich zaczyna zabiegać o jednostkę dopiero wtedy, gdy osiąga ona pewien poziom dojrzałości intelektualnej.

Warto jednak zaznaczyć, że istnieją także ideologie świeckie, które posługują się równie wczesną formą indoktrynacji – jak choćby socjalizm w realiach PRL-u czy współczesny kapitalizm kształtujący konsumenckie postawy już od najmłodszych lat. Różnica polega na tym, że w przypadku religii to rodzice – a więc osoby najbliższe dziecku – stają się bezpośrednimi nośnikami przekonań. W religiach dziedziczonych to właśnie rodzinne środowisko jest głównym kanałem transmisji wiary, co nadaje temu procesowi szczególną siłę i trwałość.

Dlaczego ma to znaczenie z punktu widzenia refleksyjności?

  • Po pierwsze, dzieci są wyjątkowo podatne na idee przekazywane przez rodziców. Brakuje im jeszcze rozwiniętych kompetencji refleksyjnych, a autorytet opiekunów działa niezwykle silnie. Poglądy przyjęte w dzieciństwie są często głęboko zakorzenione i trudne do zakwestionowania w dorosłości.
  • Po drugie, tak wczesna ekspozycja zawęża i kanalizuje rodzącą się refleksyjność, kierując ją od razu w określone tory. W rezultacie refleksja nie rozwija się swobodnie – zamiast eksplorować, podporządkowuje się jednej narracji.
  • Po trzecie, dziecko może przyswoić lęk, który utrzyma się również w dorosłym życiu: lęk przed odejściem od ideologii, przed potępieniem, karą, odrzuceniem przez wspólnotę. Tego rodzaju emocjonalna presja skutecznie tłumi procesy refleksyjne.

Oczywiście, wiele zależy od formy i intensywności takiej religijnej socjalizacji. Nie każdy religijny dom oddziałuje na dzieci w jednakowy sposób. Dom, w którym dopuszcza się pytania, wątpliwości i sprzeciw wobec wyznawanej wiary, może w dużym stopniu złagodzić te ryzyka – a czasem wręcz je zneutralizować.

Podsumowanie

Nie wiem, czy człowiek musi mieć jakąkolwiek ideologię. Nie jestem nawet pewien, czy sam obecnie jakąś wyznaję.

Pozostaję wobec ideologii sceptyczny. Widzę korzyści, które z niej płyną w określonych warunkach – ale dostrzegam też wiele poważnych zagrożeń. Dlatego uważam, że jeśli decydujemy się na przyjęcie jakiejś ideologii, powinna ona pozostać otwarta na zakwestionowanie. Niech nigdy nie będzie niepodważalna.

Warto ją regularnie poddawać refleksji:

  • Czy ma sens?
  • Czy jest spójna?
  • Czy nam służy, czy może to my służymy jej?

Druga refleksja to apel do rodziców: rozważcie, czy i w jaki sposób przedstawiać dzieciom swoją ideologię jako jedynie słuszną – szczególnie w młodym wieku. Zastanówcie się, czy nie lepszym podejściem byłoby pokazanie im różnorodnych sposobów myślenia o świecie.

Oczywiście to wasza decyzja. Ale może warto przemyśleć, jakie korzyści płyną z otwartego umysłu – w przeciwieństwie do umysłu przyuczonego do podążania wyłącznie jedną, utartą ścieżką.

W mojej opinii warto dać dzieciom dostęp do szerokiego spektrum poglądów. Warto pozwolić im zadawać pytania – także te niewygodne – i wybierać, gdy będą już wystarczająco dojrzałe, by ich decyzje miały realną wartość.

Na zakończenie zostawię was z kilkoma pytaniami – być może staną się dla was pożywką do własnych refleksji:

  • Czy potrzebuję ideologii – czy potrafię się bez niej obyć?
  • Jeśli jej potrzebuję, to która z jej funkcji jest mi naprawdę niezbędna? Co mi daje?
  • Czy noszę w sobie elementy ideologiczne, które wpojono mi w dzieciństwie?
  • Jeśli tak – czy chcę je zachować? Czy rzeczywiście warto?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Relacja jako droga: od istnienia przez wartość do praktyki

Relacja nie zawsze jest wyborem. Czasem po prostu jest — zanim ją nazwiemy, zanim ją ocenimy. Warto przyjrzeć się temu, jak relacja może przechodzić od bycia nieuświadomionym faktem, przez moment rozpoznania, aż po działanie. I jak w tym ruchu rodzi się dobro — rozumiane jako akt refleksji.

Relacje były już przedmiotem wcześniejszych rozważań — między innymi w kontekście ich wartości. Tym razem nie próbuję ich klasyfikować, lecz przyglądam się temu, jak relacja rozwija się w czasie: jak przechodzi od bycia koniecznym faktem, przez moment świadomego uznania, aż po praktykę.

Ta sekwencja — istnienie, wartość, działanie — nie zawsze przebiega liniowo. Może się zapętlać, pogłębiać, zaczynać od nowa. Ale w każdym z tych etapów możliwe jest dobro — rozumiane jako zdolność do refleksji. Tę możliwość warto potraktować poważnie.

Relacja jako istnienie

Nie wszystkie relacje są efektem decyzji. Niektóre po prostu są. Zanim zacznę je rozważać, oceniać lub rozwijać, już się w nich znajduję. To relacje konieczne, wynikające z samego faktu bycia: relacja ze światem, z czasem, z ciałem, z sobą samym. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie relacji ze światem w kontekście stoickim.

W filozofii stoickiej nie ma potrzeby oddzielania się od rzeczywistości — przeciwnie, zachęca się do rozpoznania, że jestem jej częścią. Marek Aureliusz pisał: „Nie jesteś oderwany od całości. Jesteś jej częścią, chwilą, ruchem, powrotem.” To nie metafora, ale przypomnienie o tym, że życie zawsze odbywa się w czymś i wobec czegoś.

W tym sensie relacja ze światem nie zaczyna się wtedy, gdy ją wybiorę. Ona mnie poprzedza. Mogę się jej sprzeciwiać, mogę ją ignorować, ale nie mogę się od niej uwolnić, dopóki sam istnieję. I choć nie jest ona jeszcze wartością ani dobrem, to stanowi podstawę, na której wartość lub dobro może się pojawić.

Można pokusić się o ogólne stwierdzenie: bycie w relacji nigdy nie jest kwestią wyboru. Sam fakt poznania czegoś — lub kogoś — już nas w niej umieszcza.

Pytanie: jaka jest moja relacja — i czy chcę ją rozpoznać?

Relacja jako wartość

Sama obecność w relacji nie wystarcza, by nadawać jej znaczenie. Można być z kimś lub z czymś w stałym kontakcie — i pozostać wobec tej relacji obojętnym. To, co przemienia relację w wartość, to akt refleksyjnego rozpoznania. To moment, w którym uświadamiam sobie, że ta relacja mnie współtworzy — że wpływa na to, kim jestem i jak myślę. Wtedy przestaje być tłem, a staje się miejscem odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o emocjonalną reakcję ani nagłą zmianę odczuć. Wartość pojawia się wtedy, gdy zaczynam patrzeć na relację jako na coś, wobec czego nie mogę już pozostać bierny. To pierwszy krok etyczny. Nie tyle w działaniu, co w uznaniu: ta relacja mnie współtworzy — i ja mogę współtworzyć ją.

W tym ujęciu wartość nie istnieje niezależnie — jest efektem refleksyjności. Aktem, w którym coś, co było neutralne, staje się znaczące. To dlatego wartość relacji nie jest nadana z zewnątrz, lecz wyłania się z wewnętrznego punktu widzenia.

Stoicy pisali o wspólnocie nie jako zobowiązaniu zewnętrznym, ale jako przestrzeni wzajemnego rozwoju. Seneka przypomina: „Człowiek jest świętością dla człowieka.” Marek Aureliusz dodaje: „Nie jesteśmy stworzeni dla siebie, lecz jedni dla drugich.” Ale ich refleksja nie kończy się na relacjach międzyludzkich. Dotyczy również relacji z naturą, z porządkiem świata, z czasem, z tym, co przekracza jednostkę. Aureliusz pisał: „Zgadzaj się z tym, co przynosi ci los, kochaj to, co cię spotyka, bo wszystko dzieje się zgodnie z naturą.”

Uznanie tych relacji nie jest wyrazem sentymentalizmu. To akt wewnętrznej zgody i świadomości — i jako taki ma wymiar etyczny. To nie abstrakcyjne ideały, ale konsekwencje, które pojawiają się, gdy zaczynam refleksyjnie przeżywać relację — z drugim, ze światem, z samym sobą.

Jeśli dobro to refleksyjność, to każda relacja może stać się miejscem dobra — o ile zostanie zauważona. Możliwość dobra jest obecna zawsze, choć nie zawsze uświadomiona.

Relacja jako praktyka

Uznanie relacji za wartość otwiera możliwość działania — ale nie gwarantuje, że to działanie się wydarzy. Wartość bez praktyki pozostaje potencjałem. To dopiero konkretne decyzje i gesty nadają jej kształt. Można powiedzieć, że praktyka jest przestrzenią, w której refleksyjność się rozwija i utrwala — nie poprzez rozważanie, lecz poprzez działanie.

W duchu stoickim praktyka nie oznacza spektakularnych czynów, lecz systematyczność: uważne słuchanie, dotrzymywanie zobowiązań, gotowość do korekty. Również relacja z samym sobą — jeśli ma być czymś więcej niż tylko obecnością — domaga się uwagi. Bez regularnej autorefleksji łatwo przechodzi w autopilot.

Miłość, w tym ujęciu, nie jest uczuciem — jest działaniem. Nie tyle ją „czuję”, co ją czynię. Odpowiadam na jej wartość nie przez deklarację, lecz przez codzienną postawę.

Jednak również praktyka może się wypaczyć, jeśli odłączy się od refleksji. Działanie bez uważności staje się rytuałem bez treści, grą ról. Dlatego powrót do refleksyjności musi być utrzymywany w samym działaniu.

Dobro nie wynika z samego działania, lecz z tego, że działanie pozostaje świadome.

Zakończenie

Można więc myśleć o relacjach nie jako o stanach, ale jako o ruchu — między obecnością, świadomością i działaniem. To, co je łączy, to możliwość refleksji, która w każdej chwili może się wydarzyć — i która, jeśli się wydarzy, czyni z relacji przestrzeń dobra.

Warto zadać sobie pytanie: w których relacjach jestem obecny, ale jeszcze nieświadomy? W których jestem świadomy, ale nieobecny w działaniu? A w których — we wszystkich tych trzech wymiarach?

Nota o powstaniu tekstu

Powyższy artykuł został przygotowany przy wsparciu narzędzia AI (ChatGPT). W procesie powstawania tekstu AI pełniło funkcję redakcyjno-warsztatową: pomagało w doprecyzowaniu struktury, redagowaniu wybranych fragmentów, dostrajaniu stylu oraz formułowaniu propozycji uzupełnień i rozwinięć — zawsze w odpowiedzi na autorskie decyzje, wskazania i korekty.

O wzięciu sterów w swoje ręce

W dzisiejszym wpisie poruszany jest temat odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem. Autor podkreśla, że emocje, aspiracje oraz wartości są kluczowe w kształtowaniu naszego szczęścia. Przejęcie odpowiedzialności za emocje oraz decyzje prowadzi do dojrzałości, samopoznania i pozytywnych zmian w życiu i społeczeństwie.

Dzisiejszy wpis będzie krótki, acz poruszę w nim ważny temat: branie odpowiedzialności i przejmowanie kontroli nad własnym życiem. Rozumiem przez to wszelkie stany wewnętrzne: emocje, poglądy, decyzje, wartości – wszystkie elementy naszego bytu, które właściwie zarządzane mogą nam dać szczęśliwe życie.

Co rozumiem przez przejmowanie kontroli? Konsekwentne sytuowanie przyczyny naszego stanu ducha w obrębie jego samego, czyli świadomość, że możemy decydować o tym, co i jak czujemy.
Co rozumiem przez branie odpowiedzialności? Zrozumienie, że za kontrolą idzie odpowiedzialność za skutki naszych stanów ducha. To, co robię pod wpływem moich stanów wewnętrznych, jest moją zasługą lub przewiną.

Przykładowo, kiedy poczuję gniew, powiem: „Ależ się zdenerwowałem, gdy usłyszałem, co on mówi”. Nie powiem natomiast: „Ależ się zdenerwowałem przez to, co on powiedział”, ani tym bardziej „Ależ jego słowa mnie zdenerwowały”.
Drugi przykład, jeśli w gniewie upuszczę naczynie, powiem: „Upuściłem szklankę, ponieważ się zdenerwowałem”. Nie powiem natomiast: „Tak mnie zdenerwował, że aż upuściłem szklankę”, ani tym bardziej: „Patrzcie, co on zrobił! Tak mnie zdenerwował, że aż przez niego upuściłem szklankę”.

Emocje

Być odpowiedzialnym i sprawczym w dziedzinie naszych emocji to fantastyczna sprawa! Pomyślcie, jak możemy kształtować nasze samopoczucie, gdy to naszą decyzją jest czy czujemy smutek, czy zadowolenie.

Droga do tak głębokiej kontroli jest długa, ale już podążanie nią jest satysfakcjonujące i uwalniające. Pierwszym krokiem, który trzeba zrobić, by w nią wyruszyć to powiedzieć sobie: „Tylko ja jestem odpowiedzialny za moje emocje nikt inny!” Czyli to ja decyduje czy czuję złość, a w związku z tym mówię „Ale się zezłościłem!” zamiast „Ale mnie zezłościli”. To ja decyduję czy czuję radość, w związku z czym mówię „Ale się uradowałem” zamiast „Ale mnie uradowali”. Nie bez powodu kładę nacisk na te słowa, język ma znaczenie i za każdym razem, gdy biorę werbalnie sprawstwo nad emocją, zbliżam się o krok do urzeczywistnienia celu, którym jest decydowanie o stanie ducha bez oglądania się na czynniki zewnętrze!

Wraz z kontrolą idzie odpowiedzialność. Skoro to ja decyduje, co czuję, to ja odpowiadam za to, co czynię pod wpływem tego uczucia. To piękny aspekt dojrzałości. Za każdym razem, gdy nie cofam się przed odpowiedzialnością za emocję, potwierdzam swoją dojrzałość emocjonalna. Wysyłam komunikat do siebie i innych, że można na mnie polegać i mi zaufać, bo nie tylko dbam o swoje emocje, ale i bez wymówek za nie odpowiadam. Odpowiedzialność jest motorem zmiany na lepsze, gdy chcemy by następstwa emocji były dla nas i dla świata wokół jak najkorzystniejsze!

Aspiracje i oczekiwania

Moje aspiracje i oczekiwanie jakie mam wobec siebie, nadają kierunek życiu. Dzięki wzięciu sterów nad nimi gwarantuje, że będę podążać w kierunku, który jest satysfakcjonujący i który uważam za ważny.

Do czego chcę dążyć w życiu? Czy interesuje mnie zgromadzenie wielkich pieniędzy? Czy osiągnięcie wysokiej pozycji w społeczeństwie i zdobycie władzy? Czy osiągnięcie mądrości? A może spokoju ducha? Tak wiele możliwości, spośród których mogę wybierać! To może się wydawać przytłaczające, ale jest ogromna satysfakcja ukryta w chwili, gdy zaczynam rozumieć, do czego aspiruje, co mnie naprawdę kręci! Jeszcze większa jest satysfakcja w momencie, gdy zrozumiem, że mogę aspiracje zmieniać z czasem, mogę je przekształcać, w miarę jak zmienia się moje życie czy pogłębia zrozumienie świata!

Dążenie do osiągnięcia aspiracji jest najskuteczniejsze, wtedy kiedy oczekiwania są skrojone na miarę możliwości. Uzyskuje to, ustalając tempo postępów i zdając sobie sprawę, że nie jestem, podporządkowani temu tempu, tylko ono jest podporządkowane mi, czyli mogę je modyfikować w zależności od przemyśleń i sprzyjających lub nie okoliczności. Ogrom satysfakcji znajduję w zrozumieniu, że wszelkie wymagania, oczekiwania i terminy są pod moją kontrolą i w mojej mocy jest je utrzymywać lub zmieniać.

Dlatego zadawajmy pytanie „czego ja oczekuję od życia?” a zapomnijmy o pytaniu „czego ode mnie oczekują inni?”. Zastanawiajmy się, w jakim tempie chcemy realizować cele, a nie kiedy społeczeństwo życzy sobie, byśmy je zrealizowali.

Poczucie własnej wartości

Mam ogromną wartość, jestem świetnym człowiekiem! I ty drogi czytelniku, także masz wielką wartość i jesteś świetnym człowiekiem, ale nie potrzebujesz mnie, bym cię o tym zapewniał, wystarczy, że sam jesteś o tym przekonany i tego świadom!

Ze świadomości własnej wartości płynie wielki spokój. Jest to jeden z najskuteczniejszych leków na lęk, z jakimi się spotkałem. Gdy wiem, że jestem wartościowy, że moje słowa i myśli mają znaczenie, nie ma potrzeby, by obawiać się reakcji innych na to, co uczynię. Mogę wypowiadać swoją prawdę i bez strachu czy złości przyjmować informację zwrotną.

Co więcej, jako że wiem, że jestem wartościowy i poczucie wartości jest we mnie dobrze osadzone, nie boję się zmiany. Mogę zmieniać siebie, kiedy zauważę taką potrzebę i nie oznacza to, że przed zmianą byłem wadliwy czy bezwartościowy. Nie muszę drżeć z obawy, kiedy spotykam się z krytyką, mogę jej wysłuchać i zastanowić się, czy jest zasadna, czy nie, a następnie działać zgodnie z własną decyzją. Zewnętrzna krytyka nie jest zagrożeniem dla mojej wartości, jest świetną informacją, która odpowiednio wykorzystana pozwoli mi wzrastać.

Dlatego mówię sobie „jesteś wartościowym człowiekiem, jeśli ktoś się z tym nie zgadza to jego problem nie twój!” Nie interesują mnie oceny wystawiane przez innych o ile nie towarzyszy im konstruktywna informacja zwrotna, bo żadna ocena zewnętrzna nie ma mocy, by naruszyć moją wartość!

Wartości, czyli to co dla nas ważne

Gdy świadomie ustalam, jakie są moje wartości i jak mają się względem siebie, czuję, że wprowadzam ład do świata wewnętrznego. Decyzje stają się łatwiejsze, bo jest dla nich konkretna podkładka, a ja mam mniej wątpliwości i zgryzot.

Świat może być inspirujący w dziedzinie wartości. Studia filozoficzne, czytanie głębokiej literatury popularnej, konwersacje z ludźmi, którzy poświęcili czas na rozmyślania o wartościach, to wszystko są cenne dane. Jednak ostatecznie to ja ustalam, które z tych inspiracji przyjąć, a które odrzucić. Tworzę własne definicje wartości według indywidualnych rozmyślań. Do mnie też należy ustalanie ich w jasną hierarchię.

Wykonanie tej pracy sprawia, że czuję zgodność z moimi wartościami, a jeśli któraś z nich mnie uwiera, to wiemy, że mogę ją przeanalizować i zmienić. Nie jestem skazany na konkretny zbiór wartości. Tak jak cele moje wartości mogą się zmieniać i ewoluować wraz ze mną. Co dziś jest główną wartością, jutro może całkowicie wypaść z hierarchii.

Najważniejsze to pamiętać, że nie jestem skrępowany żadnym zewnętrznym systemem moralnym i żadną zewnętrzną strukturą wartości. O ile sam sobie takich kajdanów nie narzucę, mogę swobodnie eksplorować szerokie przestrzenie tego, co ważne i cenne! Nie pozwólmy, by ograniczały nas zmurszałe religie i ideologie, drążmy tunel wartości podług własnego planu!

Decyzje

Wszystko, o czym pisałem powyżej, sprowadza się do wolności decydowania, najlepszego z możliwych celów. Autonomia nad moimi decyzjami i zrozumienie, że sam jestem najważniejszą instancją ich oceny i zmiany, to ideał, który równoważny jest życiu szczęśliwemu.

Przejęcie władzy nad decyzjami jest lekiem na frustrację. Każda decyzja jest moja. Jej skutki, mogą być różne w zależności od okoliczności, ale jednego jestem pewien, decyzje podjąłem w zgodzie z sobą. Nikt nie postawi mnie w sytuacji, w której będę w konflikcie z moimi wartościami, celami i zrozumienie świata. Jeśli wydaje mi się, że w taką sytuację trafiłem, to analizuję ją ponownie, bo zapewne przeoczyłem jakąś opcję. Jeśli nie pozostały żadne decyzje, to mogę oddać się sztuce akceptacji i obserwować rozwijającą się sytuację jako widz, który nie ma w niej żadnej stawki.

Życie jest ciągiem wyborów. Byłoby optymalnie, gdyby każdy z nich był mój. W rzeczywistości wiele które już podjąłem, narzucili mi inni. Na szczęście, nie zmienia to faktu, że mogę przejąć nad nimi ponownie kontrolę i stać się kowalem swego losu.

Za władzą decydowania idzie odpowiedzialność, czyli dojrzałość. To świadomość, że decyzje mają konsekwencje wykraczające poza moją osobę oraz umiejętność oceny tych konsekwencji, ujmowani ich w procesie decyzyjny, oraz ponoszenia odpowiedzialności za nie, kiedy do tego przyjdzie. Ta odpowiedzialność jest motorem dla pięknego kształtowania moich decyzji. Nie jest ciężarem, a wręcz przeciwnie jest siłą, która pcha mnie ku byciu coraz lepszymi! Jest wiele radości w świadomości, że jestem w pełni odpowiedzialny za swe decyzje i ich skutki.

Przykład

Dzisiejszy artykuł zakończę przykładem, ilustrującym jak proste, naturalne sprawy mogą się potoczyć, jeśli nie bierzemy odpowiedzialności za siebie i o ile lepiej mogłoby być, gdy było inaczej.

Nasze biologiczne uwarunkowanie sprawia, że duża część mężczyzn odczuwa pociąg seksualny do kobiet. Kiedy widzimy atrakcyjną kobietę, czujemy pożądanie. Jednak niektórzy, zamiast powiedzieć „kiedy widzę atrakcyjną kobietę, czuję pożądanie”, mówią „ta kobieta budzi we mnie pożądanie”. Przekierowuje sprawczość z siebie na kobietę. To ona sprawiła, że czuję pożądanie, a jeśli traktuje pożądanie jako występek czy grzech, to ona jest winna mego grzechu.

Niekiedy pożądanie rozwijamy w żądzę, jego gorętszą wersję, która jest nastawiona na działanie. Tworzymy w sobie chęć zdobycia kobiety będącej jego obiektem. Powinniśmy spokojnie powiedzieć sobie: „rozbudziłem w sobie żądzę, muszę być czujny, co z nią uczynię”, zamiast tego niejeden z nas mówi „ona obudziła we mnie żądzę, nie wiem, co za chwilę uczynię”.

Żądza może prowadzić do czynu. Tym czynem jest podejmowanie zalotów. W większości przypadków, jeśli owe zaloty nie spotkają się ze wzajemnością, wycofujemy się i pracujemy nad tym, by nasza żądza opadła. Niekiedy mężczyzna podejmuje inną decyzję w swej żądzą i podejmuje próbę zdobycia drugiego człowieka przemocą. Jeśli tak się stanie, ten człowiek powinien pomyśleć „uczyniłem coś strasznego, podjąłem koszmarną decyzję, muszę ponieść jej konsekwencje”. Jednak zazwyczaj to, co zostanie powiedziane to „rozpaliła mnie i sprowokowała do tego, sama tego chciała, przez nią będę miał teraz problemy”.

Na każdym z tych etapów jest szansa, by wziąć kontrolę w swoje ręce, przestać przerzucać odpowiedzialność za swe żądze i czyny na postronne osoby i zatrzymać niebezpieczne szaleństwo. Bywa jednak, że zamiast tego dzieje się coś niedorzecznego: utrwalenie patologii w kulturze lub religii.

Weźmy za przykład prawo szariatu, które nakazuje kobiecie zakrywanie większości ciała, by nie budziła pożądania w mężczyznach. To religijne usankcjonowanie delegowania na kobiety męskiego pożądania! Zamiast złożyć odpowiedzialność na mężczyznach, którzy czują pożądanie, tak by się nauczyli je kontrolować albo spotka ich kara, cały ciężar zostaje przerzucony na kobiety. To one mają się ukrywać za szatami i zamykać w domach, tylko dlatego by jakiś żałośnie słaby mężczyzna nie rozpalił w sobie nędznych żądz i nie dokonał na nich brutalnego gwałtu. Jeśli faktycznie są niezdolni do okiełznania swoich żądz, to zamiast więzienia kobiet, proponuje przymusową kastrację, ta skutecznie ostudzi ich zapędy.
To prawo jest jasnym dowodem tego, jak słabi są mężczyźni je wprowadzający, jak żałośnie nie ogarniają własnych umysłów. W swojej mizerności zrzucają swoje popędy na barki kobiet, samemu uciekając od odpowiedzialności. Ciekawe czy chociaż się tego wstydzą?

Kiedy przejmujemy kontrolę nad swoimi decyzjami mamy wiele do zyskania! Nasz sukces w tych zadaniach może się rozciągnąć poza nasze życie, może dotknąć całego społeczeństwa. Zachęcam więc nas wszystkich do wzięcia sterów w swoje ręce!

O rozwoju osobistym

Artykuł omawia rozwój osobisty jako kluczową wartość ze stoickiej perspektywy, definiując jego różne typy: fizyczny, indywidualny, społeczny i refleksyjny. Każdy typ wpływa na refleksyjność, która jest uznawana za dobro. Autor proponuje metody praktyczne, podkreślając znaczenie analizy przekonań oraz prób nowych doświadczeń dla osobistego rozwoju.

Dzisiejszy artykuł poświęcę drugiej z kluczowych wartości, czyli rozwojowi osobistemu. Spośród wszystkich na mojej liście budzi ona zapewne największe zdziwienie, a jednak uważam ją za absolutnie kluczową z perspektywy stoickiej.

Pierwszym pytaniem w przypadku rozwoju osobistego jest: czy jest wartością? Nie chodzi tu o rozstrzyganie czy jest cenny lub pożyteczny, ale rozstrzygnięcie, czy nie jest częścią Dobra rozumianego jako stan najwyższej możliwej refleksyjności. W mojej dyskusji nad wolnością uległa ona rozszczepieniu na Wolność odnoszącą się do tego, co zależne i będącą częścią Dobra oraz wolność jako wartość odnoszącą się do tego, co niezależne. Zbadam czy podobne zjawisko będzie miało miejsce w przypadku rozwoju osobistego.

Zacznę moje rozważania od formalnych definicji. W kolejnych rozdziałach przejdę do jego właściwości, wpływu i sposobu praktykowania.

DEFINICJA ROZWOJU OSOBISTEGO

Rozwój osobisty jest typem procesu odnoszącym się do ciała lub umysłu konkretnej osoby. Aby nazwać proces „rozwojem”, musi mieć parametr, który rośnie wraz z jego postępami – nie musi być ściśle rosnący, ale w dłuższej perspektywie powinien wykazywać tendencję wzrostową.
Nieco bardziej szczegółowo opisałem formalne definicje w słowniczku.

Na tym etapie wyróżnię cztery podtypy rozwoju osobistego [1]:
+ rozwój fizyczny,
+ rozwój indywidualny,
+ rozwój społeczny,
+ rozwój refleksyjny.

Rozwój fizyczny dotyczy mojego ciała: zdrowie, ruch, szybkość, zręczność etc.
Jest podstawą biologicznego funkcjonowania, sprzyja trwaniu naszej istoty. Jest źródłem energii witalnych, potrzebnych do realizowania wartości.

Rozwój indywidualny dotyczy umiejętności i przekonań: wiedza, zawód, wspomnienia, charakter etc.
Jest zestawem narzędzi i mechanizmów, które wypracowuje na własny użytek i które czynią mnie unikalnymi w społeczności. Jest źródłem mojego osobistego funkcjonowania i podstawą mechanizmów decyzyjnych.

Rozwój społeczny dotyczy wpływu, jaki ma na mnie społeczności i jaki ja mamy na nią: znajomości, informacja zwrotna, język, ideologie, normy społeczne etc.
Jest fundamentem komunikacji z innymi i polem, na którym realizuje moje wartości w sposób wykraczający poza moją istotę. Dzięki niemu mogę z dobrem sięgnąć szerzej i dalej.

Rozwój refleksyjny dotyczy mojej refleksyjności: logika, etyka, decyzje, wartości etc.
Jest dobrem w ścisłym rozumieniu. To kolejny po Wolności aspekt mojej refleksyjności. Jest podstawą mojego rozwoju jako człowieka refleksyjnego, czyli człowieka dobrego.

JAK ROZWÓJ OSOBISTY WPŁYWA NA REFLEKSYJNOŚĆ

Omówiłem definicję rozwoju osobistego i rozbiłem go na kilka kategorii. Teraz spojrzę dokładniej, jak poszczególne kategorie wpływają na refleksyjność i w związku z tym, dlaczego uznaje go za wartość.

Po pierwsze, podobnie jak wolność, rozwój osobisty rozdziela się na dwie kategorie: rozwój refleksyjności, czyli rozwój rozumiany jako dobro i pozostałe aspekty, czyli rozwój rozumiany jako wartość.

Zacznę omówienie od pierwszej kategorii, czyli od rozwoju naszej refleksyjności. W tym artykule argumentowałem, że refleksyjność jest jedynym dobrem. Rozwijanie refleksyjności jest zwiększaniem zasobu dobra. Z tego trywialnie wynika, że rozwój refleksyjny jest dobrem, a w związku z tym jest wart, by go aktywnie realizować w życiu.

Na czym ten rozwój polega? Refleksyjność mogę rozumieć jako kompetencję czy umiejętność. Najlepszym sposobem na jej rozwijanie jest trening, czyli stosowanie jej w praktyce. Im częściej jej używam, tym sprawniejszy się staje, tym mam jej więcej. Czyli kluczem do rozwoju refleksyjności jest jej wykorzystywanie w codziennym życiu i w specjalnie wykreowanych sytuacjach treningowych.

Aby lepiej zrozumieć, z czym mam do czynienia, podzielę kompetencje refleksyjności na trzy filary według stoickiej reguły: logikę, etykę i metafizykę. O każdej z nich mogę myśleć jak o osobnej (choć powiązanej z pozostałymi) kompetencji, której rozwój wpływa bezpośrednio na moją refleksyjność.

Rozwój mojej kompetencji w logice to polepszanie umiejętności formułowania poprawnych i rozpoznawania błędnych wnioskowań. Zdania logiczne są językiem refleksji, ich maestria jest równoważna maestrii wewnętrznego dialogu, kształtującego moje decyzje. Bez logiki nie byłbym w stanie analizować swoich procesów wewnętrznych. Dlatego kształcenie logiki jest dobrem.

Rozwój mojej kompetencji w etyce to tworzenie i modyfikowanie hierarchii wartości, która nadaje kierunek moim wyborom, pozwala zrozumieć, co jest prawdziwie ważne a co nie. Jest tematem mojego wewnętrznego dialogu, etyczna maestria jest maestrią mojej wewnętrznej problematyki. Bez etyki nie byłbym w stanie oceniać, jak i które procesy wewnętrzne powinienem zmienić. Dlatego kształceni etyki jest dobrem.

Rozwój mojej kompetencji w metafizyce to rozumienie mojego miejsca w świecie, tego, czym jestem i jak usadawiam się względem wszechświata. Zrozumienie mojego miejsca pozwala mi poprawnie określić obszar mej sprawczości i ograniczać decyzje, które podejmuj do tych, które są ode mnie zależne. Metafizyka jest granicą mojego wewnętrznego dialogu, jej maestria jest maestrią w angażowaniu wewnętrznych zasobów, tam tylko gdzie są skuteczne. Bez metafizyki mój wewnętrzny dialog rozlałby się po całym świecie i stracił swą moc. Dlatego kształcenie metafizyki jest dobrem.

Rozwój fizyczny

Moje ciało nie jest mną w tym sensie, że nie jest moją refleksyjnością, jednak ja nie mogę istnieć bez ciała, tak jak nie mogę istnieć bez tlenu, choć nie jestem tlenem. Moje ciało potrzebuje napoju, pokarmu i aktywności, by funkcjonować, potrzebuje też opieki lekarza i leku, gdy jest chore. Ciało wysportowane, dobrze odżywione i systematycznie leczone jest trwalsze. Z tego wnoszę, że rozwój fizyczny przedłużając trwanie mojego ciała, przedłuża także trwanie mojej refleksyjności, w związku z tym jest wartościowy.

Drugą wartością płynącą z rozwoju fizycznego, jest zwiększenie zasobów energii dostępnych mojej refleksyjności. Refleksyjność jest procesem i aby się toczyć, wymaga energii, a tej dostarcza moje ciało. Wysportowane, dobrze odżywione i systematycznie leczone ciało ma większe zasoby energii, których mogę użyć do podtrzymania refleksyjności. Z tego wnoszę, że rozwój fizyczny zwiększa mój potencjał refleksyjny, w związku z tym jest wartościowy.

Jedyne co jest konieczne do zaistnienia refleksji to żywy mózg i rezerwa energii. Refleksja istnieje i toczy się także w człowieku, który nie ma możności rozwoju fizycznego w klasycznym sensie. Silne ciało nie jest konieczne dla refleksyjności, w związku z czym rozwój fizyczny nie jest dobrem, choć jest wartością.

Z rozwojem fizycznym można przesadzić. Zbyt wielka jego ilość nie przyczynia się do zachowania zdrowego ciała i energii witalnych, staje się celem samym w sobie, co jest niekorzystne dla mojej refleksyjności, bo odbiera jej czas i zasoby. Ciało jest ważne, o tyle o ile przyczynia się do lepszego funkcjonowania rozumu, wszystko poza tym jest zbędne.

Rozwój indywidualny

Sfera osobista odnosi się do takich elementów jak przekonania, umiejętności praktyczne, charakter czy nawyki. Ta sfera nie jest mną, ale jest zestawem procedur mojego funkcjonowania, tak jak komputer pokładowy nie jest samolotem, ale jest konieczny, by samolot mógł lecieć. Potrzebuje moich indywidualnych właściwości, by wyodrębnić siebie ze świata i móc zrozumieć i oddziaływać na tenże świat. Mając klarowne, sprawdzone przekonania, dobre nawyki, cenne umiejętności i godny charakter, poznaje świat pełniej i komunikuje się z nim skuteczniej. Poznanie świata jest pożywką dla mojej refleksyjności, komunikowanie się jest sposobem na wzbudzanie refleksyjności w innych. Z tego wnoszę, że rozwój osobisty zwiększa potencjał refleksyjny, w związku z tym jest wartościowy.

Refleksja musi być uczyniona nad czymś. Choć sama dla siebie może być pożywką, to łatwiej jest jej działać nad czymś zewnętrznym. Głównym zewnętrznym materiałem dla refleksyjności jest to, co nazywam moją osobowością, czy inaczej moimi mechanizmami funkcjonowania. W tej sferze mieści się też mechanizm podejmowania decyzji, o którym pisałem w tym artykule. Przestrzeń osobista jest związana z przestrzenią społeczną, która także jest obszarem funkcjonowania moich decyzji. Różni je to, iż w przestrzeni osobistej ulokowane jest to, co sam świadomie wykształcam, w przestrzeni społecznej to, co jest mi narzucane przez kulturę, w której funkcjonuje i co może plasować się w podświadomości.

Podobnie jak w przypadku fizyczności tak przy osobowości jej dobry stan nie jest konieczny do bycia refleksyjnym, ale jej minimalne funkcjonowanie konieczne jest. Utrata osobowości nie jest zjawiskiem częstym, ale realnym. Wiele chorób psychicznych i stanów chorobowych mózgu interpretuje jak taką stratę. Przypuszczam, że przy braku osobowości, refleksyjność jest niemożliwa. Mimo tego dobry stan indywidualności nie jest konieczny dla refleksyjności, nie jest więc ona dobrem, choć jest wartością.

Przypuszczam, że i z rozwojem osobowości podobnie jak z rozwojem fizycznym można przesadzić, ale w tej sferze większym zagrożeniem dla refleksyjności wydaje mi się rozwój w złym kierunku, czyli budowanie destrukcyjnych nawyków czy fałszywych przekonań.

Rozwój społeczny

Strefa społeczna odnosi się do elementów mojego funkcjonowania, które zostały mi narzucone przez środowisko ludzkie, w którym funkcjonuje. Ten proces jest intensywny w dzieciństwie, z wiekiem słabnie, ale nigdy całkowicie się nie kończy. Te elementy są dla mnie konieczne, bym mógł funkcjonować w otoczeniu i współpracować z innymi ludźmi. Kooperacja z ludźmi w dziedzinie wymiany idei, dyskusji, dzielenia się informacją zwrotną jest płodnym obszarem do działania mojej refleksyjności. Analizowanie procesów zachodzących między mną a innymi to akt refleksyjności. Z tego wnoszę, że rozwój społeczny zwiększa potencjał refleksyjny, w związku z czym jest wartościowy.

Odnoszą się tu podobne uwagi jak do rozwoju indywidualnego, jako że te sfery są sobie bliskie. Główną zaletą jest odgrywanie roli zewnętrznej pożywki dla refleksyjnego ducha odnoszącej się do mechanizmów mojego funkcjonowania z innymi: ulepszania ich i poszukiwania tych, które są atawistyczne, czyli dawniej użyteczne, ale teraz już obojętne lub szkodliwe. W obrębie tej sfery mieści się także rzucanie wyzwań obowiązującym normą społecznym, co jest źródłem refleksji dla mnie i innych.

Ze wszystkich trzech wartościowych przejawów rozwoju, ten wydaje się najmniej koniecznym w tym sensie, że człowiek na bezludnej wyspie może się bez niego obyć. Jednak to mylne założenie, ów człowiek musiał przejść jakąś socjalizację i warunkowanie społeczne, inaczej by nie przetrwał, bo ludzkie dzieci nie są zdolne do samodzielnego przetrwania w naturze jeszcze długo po urodzeniu. Ten element opieki jest elementem socjalizującym. Także minimalny rozwój społeczny jest konieczny dla refleksji, po to, by umożliwić przetrwanie, bez którego jej nie ma. Całkowita izolacja od stada jest dla człowieka niezwykle trudnym stanem. Przypuszczam, że refleksyjność może w takiej izolacji istnieć, jednak wyobrażam sobie, że jest niezwykle utrudniona. Mimo tego dobry stan uspołecznienia nie jest konieczny dla refleksyjności, nie jest więc ono dobrem, choć jest wartością.

Z rozwojem społecznym na pewno można przesadzić. Chodzi mi przede wszystkim o skoncentrowanie życia i funkcjonowania na odpowiadaniu na sygnały płynące ze społeczeństwa, od innych ludzi, całkowicie ignorując sygnały płynące z wnętrza. Jest to jakby przeniesienie wielu moich kompetencji na świat zewnętrzny. Moje emocje nie są moim dziełem – to inni je wywołują. Jestem szczęśliwy nie wtedy kiedy zrobię coś dobrego, tylko kiedy zostanę pochwalony. Przykłady mógłbym mnożyć. Objawy te są efektem błędów w moim rozwoju społecznym i warte są, bym się nad nimi pochylił i jej poprawiał jak dalece to możliwe. Uważam, że szczególną uwagę warto przy tym zwracać na przekonania związane z religią i innymi ideologiami, których wpływ pojawił się we wczesnym dzieciństwie. Warto je obejrzeć krytycznie i zakwestionować.

METODY ROZWOJU OSOBISTEGO

W tym rozdziale chciałem dodać nieco praktycznych wskazówek jako uzupełnienie teoretycznego wstępu. Przykłady, które zobaczycie poniżej, są moimi osobistymi doświadczeniami, choć metody są często znane. Wiem, że okazały się przydatne dla mnie, nie widzę znacznego ryzyka w ich praktykowaniu, ale też nie gwarantuje, że dla was okażą się pomocne. Dla żadnej z nich nie posiadam ani nie szukałem badań potwierdzających ich skuteczność. Stosujcie zgodnie z własnym uznaniem i na własne ryzyko!

Po pierwsze, jeśli chodzi o rozwój refleksyjności, to dla wszystkich jej aspektów już podałem kilka metod i praktyk, które stosuje. Zapraszam do odpowiednich artykułów:
Logika
Etyka
Metafizyka

Ćwiczenie sprawności ruchowej

Celem tej praktyki jest utrzymanie ciała w sprawności do wykonywania podstawowych czynności dnia codziennego.
Osobiście praktykuje na trzy sposoby. Pierwszy to ćwiczenia na siłowni pod obciążeniem oraz rozciąganie. Mają zbudować muskulaturę, która będzie skutecznie wspierać układ kostny w utrzymywaniu wyprostowanej postawy i przyjmowaniu obciążeń przy wysiłku. Rozciągania służą utrzymaniu dużego zakresu ruchomości stawów, niwelując szkodliwy wpływ siedzącego trybu życia.
Drugi sposób to regularna jazda na rowerze. Dla mnie to przede wszystkim sposób na przemieszczanie się po mieście: na dojazdy do pracy, na zakupy, do biblioteki, do kina i tak dalej. To robię przez cały rok. Dodatkowo w sezonie ciepłym znajduje czas na mniejsze i większe eskapady po mieście i poza nim. Odbywa się to z korzyścią dla układu krążenia.
Trzeci sposób to chodzenie po górach. To głównie sezonowa aktywność, która ma utrzymać moją mobilność oraz stanowić mocny wycisk dla układu krążenia. Wisienka na torcie: ta aktywność także wspaniale otwiera mi umysł i pozwala myśleć z szybkością i sprawnością nieosiągalną na równinach!

Kardio i utrzymanie masy ciała

Utrzymanie właściwej masy ciała i dobrej kondycji układu krążenia to aktywność obliczona na zwiększenie szans na dłuższe życie. Ma ona dwie strony. Po pierwsze, jest to ruch, o którym wspomniałem wcześniej (rower, góry, siłownia). Po drugie, jest to odpowiednia dieta, rozumiana jako ograniczenie spożywanych kalorii oraz spożywanie pokarmów bogatych w składniki odżywcze, a możliwie ubogich w substancje szkodliwe. Jedno z drugim idzie w parze, jest mi trudno utrzymać właściwą masę ciała samą dietą, czy też samą aktywnością fizyczną.
Wybór konkretnych aktywności ma niewielkie znaczenie, kluczowe jest, by się ruszać, mając na uwadze dwa aspekty: zachowanie sprawności motorycznej i zachowanie dobrej kondycji układu krążenia. Czy jeżdżę na rowerze, czy biegam to sprawa preferencji.

Analizuj swoje przekonania

Jestem przekonany o bardzo wielu rzeczach. Wiele moich przekonań nie jestem świadoma. Wiele moich przekonań, tych świadomych i podświadomych, jest fałszywa. Póki jakieś przekonanie we mnie tkwi, póty będzie dyktować moje decyzje i zachowania. Warto im się regularnie przyglądać i aktywnie odkrywać te, które chowają się w podświadomości.

W mojej praktyce najlepszą metodą na wychwytywanie podświadomych przekonań jest przyglądanie się emocją, które się w nas aktywują. Czynię to, zadając pytania, dlaczego czuję to co czuję akurat w tej sytuacji i drążąc temat, to znaczy nie poprzestając na powierzchownych odpowiedziach. Tak mogę dotrzeć do przekonania, które leży u źródła emocji. Piszę „mogę dotrzeć”, bo z praktyki wiem, że często pierwsze odkrycia są fałszywe, że nie dotarłem z pytaniami dość głęboko. Analiza błędnie uchwyconych przekonań, zwykle prowadzi mnie do uświadomienia sobie pomyłki, a analiza jej natury pomaga mi lepiej zrozumieć podobne sytuacje w przyszłości.

Kiedy mam już przekonanie w ręku, zaczynam zadawać pytania. Moją ulubioną metodą analizowania przekonań jest dialog sokratejski, czyli wymiana pytań i odpowiedzi. Staram się w ten sposób drążyć temat, nie zachowując obiektywności, raczej próbuje być adwokatem diabła, czyli okazywać sceptycyzm wobec przekonania i zadawać niewygodne pytania.

Po tym procesie mam pojęcie czy przekonanie jest słuszne. Jeśli tak, nic więcej robić na tę chwilę nie muszę. Jeśli nie, kolejnym etapem jest zmiana przekonania. Jeśli przekonanie jest świadome, sprawa jest prosta: przyjmuje nowy punkt widzenia. Gorzej, jeśli jest podświadome. Wtedy muszę „przekonać” podświadomość do nowych wniosków. W tym celu kilkakrotnie przechodzę przez rozumowanie, utrwalając je. Zawsze, gdy efekty starego przekonania ponownie się pojawią, powtarzam nową prawdę, analizując sytuację w jej kontekście. Z czasem nowy sposób myślenia zakorzenia się w podświadomości, przy czym przy mocnych przekonaniach może to trwać latami. Sam ma kilka takich, które wiem, że są fałszywe od kilku lat, a mimo niekiedy, choć rzadziej niż kiedyś, aktywują się w podświadomości.

Mów i słuchaj

Ten rozdział mógłby się równie dobrze nazywać: pisz i czytaj. Chodzi o to, by dzielić się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami z innymi. W moim przypadku dzieje się to poprzez pisanie w różnych zakamarkach Internetu także dlatego, że mówienie mi nie wychodzi tak sprawnie.

Celem tego ćwiczenia jest wystawienie moich przekonań, poglądów i rozmyślań na informację zwrotną. Mam tendencję do zadurzania się we własnych wywodach, ot taki egocentryczny rys. Nie ma nic lepszego dla mojego myślenia, niż porządna krytyka i kubeł wody wylany na głowę. Nie zawsze pod wpływem takiej terapii zmieniam zdanie, ale zawsze po niej lepiej rozumiem problem, z którym się mierzę.

Nie wiem, czy jest ogólnie ludzką przypadłością, by przeceniać wagę własnych myśli. Na pewno jest to moja przypadłość. Jeśli macie podobnie, to zachęcam was do znalezienia dobrego medium do wygłaszania swych tez i poddawania ich konstruktywnej krytyce, będąc przygotowanym, iż czasem będzie druzgocąca.

Kwestionuj to co oczywiste

Jeśli mam wybrać które prawdy i przekonania zakwestionować, zaczynam od tych, które wydają się najbardziej oczywiste. Robię tak dlatego, że są najniebezpieczniejsze. Im bardziej jestem przekonany do słuszności jakiegoś przekonania, tym mniej refleksji będę poświęcał mu i jego skutkom. To niebezpieczna sytuacja. Jeśli tak się zdarzy, że uzyskam pewność co do prawdziwości czegoś, co jest fałszywe, to sam siebie wywiodę na manowce. Gdy zauważę, że czegoś jestem pewny, zaczynam czujniej się temu przyglądać. W końcu pewność nie istnieje poza obszarem twierdzeń matematycznych!

Ta sama zasada odnosi się do tego, co mi mówi społeczeństwo i inni ludzie. Im bardziej są pewni co do słuszności swoich poglądów i twierdzeń, tym ja bardziej staje się sceptyczny. Nie ma prawie nic pewnego na tym świecie, więc sprzedawanie czegoś jako pewnik jest podejrzane. Z tego właśnie powodu zachowuje duży dystans co do twierdzeń religijnych, pewność w ich wyznawcach sugeruje mi, że mam do czynienia z pomyłką, której poddali się liczni, może poprzez manipulację, może dlatego, że przyjemnie im było uznać to za pewnik, może z obu tych powodów. Jakkolwiek by było, im bardziej wyznawcy pewni są swego bóstwa, tym bardziej ja jestem sceptyczny. Nic pewnego poza twierdzeniami matematyki, jeśli ktoś mówi inaczej, to podejrzewam, że nie wie do końca, o czym mówi i jest poważnie zagubiony.

Próbuj nowych rzeczy

Próbowanie nowych rzeczy, wyzwań i poznawanie ludzi poszerza horyzonty. Po prostu daje mi informacje o tym, co jest możliwe i dostępne, dzięki czemu pole mojego wyboru rośnie.

Dlatego staram się w miarę regularnie próbować czegoś nowego. Po pierwsze podróże, czyli zwiedzanie nowych miejsc, a nie trzeba jechać daleka, by było ciekawie. W zasięgu kilku godzin drogi są miejsca nieodkryte a godne uwagi. Podróże zagraniczne mają dodatkowy aspekty nowości w postaci lokalnej kultury, jednak z mojego doświadczenia wynika, że ciężko jest tę kulturę poznać i jako turysta poruszam się w pewnego rodzaju bańce. Da się z tej bańki wyrwać, ale jest to trudne. Mnie osobiście nigdy się nie udało.

Drugi aspekt nowego to poznawanie nowych ludzi. To najłatwiej zrobić, z mojego doświadczenia, poprzez angażowanie się w „kółka zainteresowań”. Przykładem jest klub mówców, do którego uczęszczam, kompletnie nowa ekipa ciekawych ludzi, z którymi już na wejściu mam wspólny temat. Możliwości jest bardzo wiele od szachów po budowanie robotów.

To sprowadza nas do trzeciego aspektu, czyli do próbowani nowych umiejętności i zajęć. Jednym plusem tego podejścia jest wspomniane poznawanie nowych ludzi, drugim rozwijanie moich własnych umiejętności. Czy jest to koordynacja ruchowa w tańcu, umiejętności wokalne na lekcji śpiewu, czy cokolwiek innego, stymulujemy w ten sposób mój umysł do rozwoju. Nie wszystko musi się mi spodobać i ze mną zostać, warto jednak sprawdzać, bo prędzej czy później coś się mi spodoba i do mnie przyklei.

Sto razy pytaj „dlaczego?”

Ten motyw przewijał się w innych podpunktach, ale chcę go podkreślić osobno. Co byśmy nie robili, co byśmy nie myśleli, jakbyśmy nie zadecydowali, warto co jakiś czas zapytać się „dlaczego?”.

Staram się być dla samego siebie najbardziej namolnym towarzyszem, który co rusz pyta: a dlaczego to robisz? Nie potrafię odpowiedzieć? Może warto przerwać tę czynność i się zastanowić? Nic i nigdy nie robię bez powodu. Jeśli coś czynię, ale nie potrafię wyjaśnić dlaczego, to znaczy, że moje motywacje są przede mną ukryte. Im większy wpływ ma dana czynność na moje życie, tym ważniejsze jest, bym znalazł prawdziwe powody, jakie za nią stoją.

To bywa męczące, nie przeczę. I wiem doskonale, że nie da się każdej czynności w życiu poddawać za każdym razem podobnemu przesłuchaniu, ale wiem, że każdą większą decyzję, można od czasu do czasu sprawdzić dociekliwym „dlaczego?”.

Pamiętajmy też, by nie zatrzymywać się na pierwszym pytaniu, by drążyć i pogłębiać aż nie uzyskamy satysfakcjonującej i logicznej odpowiedzi. Jeśli trzeba sto razy zapytać „dlaczego?” to pytam. Wiedza o motywach mojego postępowania jest warta czasu poświęconego na ich badanie!

[1] Rozdzielenie rozwoju na cztery typy jest inspirowane podziałem istoty ludzkiej zaproponowanym przez Tomasza Mazura w nieopublikowanym jeszcze tekście „Cztery ciała człowiek”.

O budowaniu relacji

Artykuł bada mechanizmy tworzenia relacji, ze szczególnym uwzględnieniem roli układu nagrody i wpływu substancji psychoaktywnych, jak alkohol. Podkreśla znaczenie właściwości relacji oraz cech definiujących ich charakter. Autor przestrzega przed zniekształceniem oceny drugiej osoby przez dopaminowe stymulacje, podkreślając wagę świadomego podejścia do interakcji.

Treść dzisiejszego artykułu będzie swobodną hipotezą dotyczącą relacji i mechanizmów ich formowania. Dlaczego swobodną? Bo popartą minimalną ilością dowodów naukowych. Będę sporo zakładał i zgadywał, postaram się jednak przy tym zachować spójność logiczną.

Zainteresowałem się tym tematem z kilku powodów. Po pierwsze, relacje to jedna z moich kluczowych wartości, są dla mnie istotne i cenne, a ich zrozumienie jest przydatne. Po drugie, kwestia alkoholu, który w naszym społeczeństwie stanowi jedną z osi budowania relacji, a którym gardzę. Po trzecie, religia, która także jest osią budowania relacji, a z którą nie mam do czynienia. Można powiedzieć, że moją motywacją był niepokój, iż jestem odcięty od kluczowych mechanizmów tworzenia relacji.

DEFINICJA RELACJI

Zacznę moje rozważania od zdefiniowania relacji. Ten fragment będzie nieco techniczny, ale żeby dobrze zrozumieć dalszą część wywodu, proponuje Ci drogi czytelniku, by przeczytać przynajmniej wytłuszczone elementy tego rozdziału.
Pod tym linkiem znajdziecie kilka wcześniej wprowadzonych definicji.

Rdzeń relacji to stan umysłu refleksyjnego będący parą uporządkowaną, w której pierwszym elementem jest tenże umysł, a drugim dowolny obiekt rzeczywistości.
Przykłady:
Ja i ja, czyli rdzeń relacji z samym sobą.
Ja i inny człowiek, czyli rdzeń relacja między ludzkiej.

Właściwości relacji to stany umysłu odnoszące się do rdzenia relacji. Mogą to być: wspomnienia, emocje, przekonania, klasyfikacje, opinie etc.
Przykłady:
Emocja miłości może być właściwością relacji między mężem i żoną.
Przekonanie, że jestem zainteresowany romantycznie, może być właściwością mojej relacji z koleżanką z pracy.

Właściwości są budulcem relacji, trudno sobie wyobrazić jakąś całkowicie ich pozbawioną. Jądro mówi nam, co jest ze sobą w relacji, właściwości określają jej charakter.

Relacja to jądro relacji wraz z właściwościami.

Relacje mogą mieć cechy, czyli sądy wartościujące relację pod kątem jakiegoś parametru (toksyczność, bliskość, użyteczność etc.). Cechy możemy rozumieć jako podzbiory właściwości relacji wybrane ze względu na łączący je parametr. Zbiory cech nie są rozłączne, jedna właściwość może trafiać do wielu cech.

Cechy są niezwykle istotne dla praktycznego rozumienia relacji. Wyróżniające się cechy definiują, jak klasyfikujemy relację. Oto kilka ważnych cech, jakie nadajemy relacją:

Romantyczna/platoniczna. Odpowiedź na pytanie, czy w relacji jest zawarty element miłości romantycznej. To może się wydawać stanem binarnym, ale uważam, że jest to spektrum, relacje mogą być mniej lub bardziej romantyczne.
Bliska/daleka. Możemy to rozumieć jako miarę ilości elementów w zbiorze właściwości relacji. Im ten zbiór jest bogatszy, tym relacja jest bliższa.
Jednostronna/wzajemna. Ja mogę być z czymś bądź kimś w relacji, ale nie odwrotnie. Bardzo typowa sytuacja dla relacji z przedmiotami nieożywionymi, gdzie wzajemność jest zwyczajnie niemożliwa. Ta cecha jest zero-jedynkowa.
Toksyczna/budująca. Czy relacja mnie wzmacnia i buduje moje możliwości jako człowieka, czy przeciwnie, osłabia i wysysa energię? Ta cecha rozciąga się na spektrum pomiędzy dwoma skrajnościami.
Realna/wirtualna. Czy znam obiekt relacji osobiście, czy nasze kontakty ograniczają się do świata wirtualnego? Nie jestem pewien czy rozumieć ten stan zero-jedynkowo, czy myśleć o nim jako o spektrum, czyli jak część relacji rozgrywa się w świecie wirtualnym, jak w rzeczywistym.
Przyjemna/nieprzyjemna. Czy formowanie nowych właściwości w tej relacji sprawia mi przyjemność, czy ból/dyskomfort? Wbrew wszelkim pozorom jest to cech odmienna od toksyczności. Są relacje nieprzyjemne, trudne, które mają właściwości niezwykle budujące i są relacje przyjemne, które toksycznie zatruwają życie.

Te przykłady nie wyczerpują wszystkich możliwych charakterystyk relacji, można by je mnożyć. Poprzestanę jednak na powyższych, które uważam za kluczowe. Jeśli uważacie, że coś istotnego pominąłem, dajcie znać!

HIPOTEZA: MÓZG FORMUJE RELACJE POPRZEZ DODAWANIE DO NICH WŁAŚCIWOŚCI

W tym rozdziale rozważę następującą hipotezę: formowanie relacji to dodawanie nowych elementów do jej zbioru właściwości. Relacja nie może istnieć, jeśli zbiór właściwości jest pusty. Sama wiedza o istnieniu drugiego elementu relacji jest już jej właściwością.

Na początku formowania się relacji jej zbiór właściwości procentowo rośnie bardzo szybko. To trywialna obserwacja, zasadzająca się na tym, że póki zbiór właściwości zawiera niewiele elementów, łatwo jest zwielokrotnić jego liczebność. Z tego może się wywodzić popularna opinia, iż pierwsze wrażenie jest niezwykle istotne dla relacji. Przypuszczam, że jest faktycznie kluczowe dla decyzji czy kontynuować relacje po pierwszym spotkaniu, ale jeśli będzie ona trwała, to jest jak najbardziej możliwe, by zatrzeć pierwsze wrażenie.

Zmiana w relacji polega na dodawaniu do niej nowych właściwości albo modyfikowaniu istniejących. Im dłużej relacja trwa, czy im więcej posiada właściwości, tym trudniej ją zmodyfikować. Dodanie jednej właściwości do setek istniejących w niewielkim stopniu zmienia ogólny obraz.
Właściwości z czasem zacierają się. Można je też aktywnie zmieniać, dotyczy to przede wszystkim tych, które mają formę przekonań, ale także tych, które interpretujemy jako wspomnienia – może to być forma urealniania wspomnień albo ich kreatywnego zmieniania by lepiej spełniały swoją funkcję. Ma to związek z tym, jak rozumiem naturę wspomnienia.

Nasz mózg nie jest kamerą wideo i nie nagrywa dokładnie wszystkiego, co widzi i słyszy. Zapamiętujemy wybiórczo, a często zabarwienie emocjonalne sytuacji decyduje o kształcie wspomnienia. Chciałbym zwrócić uwagę, że to, co pamiętamy, rzadko jest tym, co się faktycznie wydarzyło. To kluczowe dla formowania relacji, jako że wiele ich właściwości to wspomnienia, które nie są precyzyjnymi odwzorowanie rzeczywistości tylko interpretacjami, które w skompresowany sposób reprezentują realną sytuację.
Hipoteza: celem wspomnień (a więc i właściwości relacji) nie jest zgodność z prawdą i rzeczywistością, lecz informowanie przyszłych decyzji, tak by prowadziły do stanów uznawanych przez mózg za pożądane w momencie ich formowania.
Zgodność z rzeczywistością w tym niekoniecznie pomaga, a może nawet przeszkadzać.

Mózg koloruje i podkręca wspomnienia w zależności od kontekstu, wzmacniając te, które odnoszą się do czynności, które powinniśmy powtarzać, a zacierające te, które dotyczą czynności obojętnych lub niekorzystnych (chyba, że powinniśmy ich aktywnie unikać).
Hipoteza: mamy tendencję do tego by lepiej pamiętać to co dobre, zapominając to co złe.

Dygresja: dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, co złe? Czy to nie pomogłoby tego unikać? Przypuszczam, że nasz mózg działa tutaj jak Wielki Brat z „Roku 1984” Orwella, czyli stosuje cenzurę myśli. Jeśli nie wiemy, że jakaś zła czynność jest możliwa, to nie możemy jej wykonać, chyba że przypadkiem. Spekuluje, że dlatego właśnie mamy tendencję do zapominania tego, co złe.

Jaki mechanizm stoi za kolorowaniem i wybieraniem wspomnień? Zapewne więcej niż jeden, ale dziś chciałem się skupić, na mechanizmie nagrody, który podejrzewam o najbardziej znaczący wpływ na koloryt naszych wspomnień.

HIPOTEZA: AKTYWACJA UKŁADU NAGRODY WPŁYWA NA FORMOWANIE SIĘ WSPOMNIENIA

Układ nagrody w naszym mózgu jest siecią odpowiedzialną za wzmacnianie zachowań, które są korzystne dla wypełnienia naszej biologicznej funkcji, czyli prokreacji. Ta sieć występuje także w mózgach innych zwierząt, dzięki czemu możemy prowadzić nad nią pośrednie badania.

W uproszczeniu działanie układu nagrody przedstawia się następująco: kiedy jesteśmy poddawani bodźcowi, który jest interpretowany jako korzystny dla przetrwania, w mózgu wydziela się neuroprzekaźnik zwany dopaminą. Dopamina spełnia kilka funkcji, ale interesujące dla nas jest odpowiadanie za odczucie spełnienia. Wzrost jej poziomu jest dla układu nagrody znakiem, że to, co się właśnie zdarzyło, jest korzystne i powinno być powtarzane.

W naturalny sposób aktywują układ nagrody: jedzenie i picie, seks (szczególnie orgazm), dotyk drugiego człowieka, rozmowa, wysiłek fizyczny i inne. Choć każda z tych czynności powoduje wydzielenie dopaminy, jej ilość nie jest jednakowa – niektóre czynności są ważniejsze.

HIPOTEZA POMOCNICZA: układ nagrody nie rozróżnia, która konkretnie czynność go aktywowała, jedynie, że został aktywowany. Przykład: kiedy jemy kolację, oglądając film, mózg zakoduje smak jedzenia i obrazy na ekranie, jako związane z otrzymaną nagrodą. Nie będzie wiedział, że wyrzut dopaminy aktywowało jedzenie.

Kiedy układ nagrody zostaje aktywowany, zwiększa się prawdopodobieństwo zapamiętania danego wydarzenia oraz poziom przyjemności, który zostanie z nim powiązany. Takie przyjemne wyraziste wspomnienie ma nas skłonić, by w przyszłości powtarzać daną czynność.

Jak wspomniałem, wszystko, co jest zawarte we wspomnieniu, zostanie zakodowane jako przyjemne i warte powtarzania: jedzenie posiłku na równi z oglądaniem serialu. Sieć układu nagrody nie rozróżnia, który element ją faktycznie aktywował.

WNIOSEK: jeśli regularnie robimy coś w czasie posiłku, tę czynność zapamiętamy jako przyjemniejszą, niż w rzeczywistości jest!

Uważam, że powyższy schemat jest kluczowy w przypisywaniu wagi poszczególnym właściwością relacji. Im silniejsza stymulacja układu nagrody, tym wyższa waga zostanie przypisana danemu wspomnieniu, tym większy będzie miało wpływ na daną relację.

Suma wszystkich wag właściwości relacja daje całkowitą wagę tejże, czyli określa, jak ważna jest dla nas. To oznacza, że jakość (siła stymulacji układu nagrody) interakcji z obiektem jest równie ważna, jak ich ilość. Całkowitą wagę relacji używamy, by porównywać dwie relacje między sobą, czyli rozstrzygać, która z nich jest dla nas ważniejsza.

Gdy natomiast chodzi o cechy relacji, to ich wartość jest sumą wag wszystkich właściwości znajdujących się w odpowiadających im zbiorach. Przypominam, że cechy relacji to, na przykład: toksyczność, bliskość.

UWAGA NA MARIGNESIE: możliwe, iż w przypadku cechy relacji, jest jeszcze dodatkowy parametr, który określa jej intensywność względem danej cechy. Nie każde wspomnienie jednakowo silnie wpływa na każdą z cech, do których należy.

Waga relacji i jej cechy (a w szczególności ich konkretne wartości) są co do zasady nieuświadomione. Nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, że dana relacja ma dla nas wartość X, a druga Y. Zazwyczaj jednak jesteśmy w stanie stwierdzić świadomie, która relacja jest ważniejsza.

Ta niemożność określenia konkretnych wartości wiąże się z tym, że mózg nie przechowuje arkusza kalkulacyjnego z wartościami liczbowymi wagi relacji czy jej cech. Przypuszczam jednak, że mamy podświadome mechanizmy, które skutecznie syntezują wszystkie właściwości relacji w jakościowe porównania.

Tak układ nagrody, poprzez mechanizm formowania się wspomnień, wpływa silnie na treść naszych relacji.

WNIOSEK: DLA JAKOŚCI RELACJI ISTOTNE SĄ NIE TYLKO CECHY JEJ PRZEDMIOTU, ALE TAKŻE OKOLICZNOŚCI W KTÓRYCH WCHODZIMY Z NIM W INTERACKCJE

Relacje, które formujemy, nie są obiektywnym odwzorowaniem jakości ich przedmiotu. Ten sam przedmiot możemy obdarzyć pozytywnym uczuciem, jeśli poznaliśmy go w korzystnych warunkach, lub negatywnych, jeśli warunki naszego poznania były niekorzystne. Ten efekt jest szczególnie istotny w początkowych fazach relacji, gdy nie jest ona jeszcze bogata we właściwości i łatwo może się zmieniać.

Szczególną rolę w formowaniu naszego wrażenie pełni układ nagrody, który wpływa na to, jak postrzegamy osoby, przedmioty, sytuacje i miejsca, w których dochodzi do jego aktywacji. W przykładzie z poprzedniego rozdziału: jeśli oglądamy serial w czasie posiłku, wyda nam się lepszy, niż w rzeczywistości jest!

Wydaje się, że większość z nas zdaje sobie z tego intuicyjnie sprawę. Kreujemy spotkania z innymi ludźmi, w taki sposób by towarzyszyły im wyrzuty dopaminy. Klasycznym przykładem jest randka przy eleganckiej kolacji. Spędzając czas z drugą osobą podczas jedzenia posiłku, kodujemy zarówno w naszym mózgu, jak i w mózgu osoby towarzyszącej, skojarzenie z nagrodą, a w związku z tym myślimy o sobie nawzajem nieco cieplej.

Obserwacja: łamiąc symetrię tego mechanizmu, można go wykorzystać do manipulacji! Na przykład, zachęcając drugą osobę do jedzenia słodkości, podczas gdy my nie jemy, sprawiamy, że owa osoba myśli o nas nieco lepiej, podczas gdy my zachowujemy wobec niej więcej obiektywizmu.

Drugą intuicyjnie jasną manifestacją tego mechanizmu, jest udane życie seksualne w związku, gdzie przez „udane” rozumiem tu takie, które skutkuje orgazmem dla obu stron. To niezwykle istotny czynnik budujący relację, gdyż osoba, z którą uprawiamy seks, jest kodowana jako część przyjemnego spełnienia orgazmu, w efekcie myślimy o niej cieplej i postrzegamy ją w pozytywnym świetle.

Trzecią intuicyjną manifestacją są wspólne rodzinne posiłki, które są wykorzystywane jako sposób na formowanie dobrych familijnych relacji. Spędzając razem czas przy smacznym posiłku, będziemy myśleć o sobie nieco lepiej. Warto tu jednak zauważyć dwie rzeczy. Pierwsza, powinniśmy zwracać uwagę na innych domowników nie ekran smartfona, bo inaczej to urządzenie zakodujemy jako „sympatryczne”. Po drugie, układ nagrody to nie wszystko i jeśli zapędzono nas do stołu pod groźbą kary, to żadna ilość dopaminy nie sprawi, że zaczniemy cieszyć się towarzystwem.

Płyną z tego dwa praktyczne wnioski. Pierwszy, jeśli chcesz rozwijać, utrwalać i pogłębiać relację, dbaj, by spotkaniom z jej obiektem towarzyszyły zachowania stymulujące układ nagrody (jedzenie, wspólny wysiłek fizyczny, śmiech, seks etc.).
Drugi, jeśli chcesz zachować możliwie obiektywne spojrzenie na drugą stronę, usuwaj wszelkie stymulanty dopaminy z obrębu waszych spotkań. To sytuacja dość typowa w biznesie, jeśli negocjujesz z dostawcą cenę, nie stawiaj między wami ciasteczek, a już na pewno sam ich nie jedz! Lepsze dla twojego celu będzie zachowanie obiektywizmu i nieformowanie przyjaznych uczuć do dostawcy.

Obserwacja: w tym drugim przypadku widzimy pole do manipulacji. Jeśli postawimy na stole pyszne ciasteczka i skłonimy dostawcę, by je zjadł, podczas gdy my sami się powstrzymamy, tworzymy lekkie zachwianie równowagi w relacji na naszą korzyść.

Wniosek na koniec jest taki, że, po pierwsze, nie powinniśmy zbyt mocno ufać naszym odczuciom o innych osobach, zwłaszcza jeśli „strzelało” między nami dużo dopaminy. Po drugie, jest cenne, by zdawać sobie sprawę z tego efektu i go świadomie wykorzystywać, by wzmacniać relacje bliskie i chronić relacje formalne i biznesowe przed nadmierną bliskością. To drugie nie musi być wcale manipulacją, o ile zachowujemy symetrię i szczerze informujemy drugą stronę o naszych intencjach!

HIPOTEZA: NARKOTYKI ZMIENIAJĄ FORMOWANIE SIĘ RELACJI

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie poruszył w artykule tematu narkotyków, a w szczególności alkoholu 😉
Szczególnie w sytuacji, gdy mówimy o działaniu układu nagrody!

Duża grupa substancji psychoaktywnych oddziałuje na nasz mózg poprzez mechanizm dopaminowy i związaną z nim sieć nagrody. W wielkim uproszczeniu powodują one silne wyrzuty dopaminy, aktywując układ nagrody. Jedną z tak działających substancji jest etanol – najpopularniejszy, legalny i najłatwiej dostępny narkotyk.
Na marginesie: nie sugeruje, że stymulowanie wyrzutu dopaminy jest jedynym efektem działania etanolu na mózg! Zdaje sobie sprawę, że jest to bardziej złożone.

Podstawową kwestią jest określenie skali wpływu etanolu na sieć nagrody w porównaniu z naturalną stymulacją. Otóż wyrzut dopaminy związany ze spożyciem alkoholu jest kilkukrotnie intensywniejszy niż związany z jedzeniem (od 3 do 6 razy). Jest silniejszy niż wyrzut dopaminy wywołany orgazmem (który jest najsilniejszym z naturalnych) od jednego do trzech razy, zależnie od okoliczności.
Na marginesie: wyrzuty dopaminy związane z innymi narkotykami mogą być jeszcze silniejsze (co zwykle przekłada się na ich „siłę” uzależniania).

Mając do dyspozycji powyższy fakty i biorąc pod uwagę nasze poprzednie rozważania, zastanówmy się, co się stanie, jeśli do procesu formowania relacji dolejemy etanolu.

Podstawowym wnioskiem jest, iż alkohol, kiedy jest spożywany w towarzystwie obiektu relacji, koduje silnie pozytywny wrażenie. Czyli jeśli spożywamy etanol w towarzystwie drugiego człowieka, kodujemy pozytywne odczucia w stosunku do niego, co najmniej równie silne, a potencjalnie kilkukrotnie silniejsze, jak gdybyśmy uprawiali z nim seks!
Przykładowo, kiedy spędzasz wieczór ze znajomym i wypijasz w ciągu tego wieczora cztery dawki alkoholu, to poziom pozytywnego kodowania w takiej sytuacji, może odpowiadać 12 wspólnym orgazmom.

Drugi wniosek, alkohol rzeczywiście skutecznie i silnie buduje więzi społeczne. Szybko zaczynami lubić ludzi, z którymi pijemy alkohol, niezależnie od tego, co sobą obiektywnie reprezentują. Praktycznie każda przypadkowa i niespójna grupa może się związać, jeśli wystarczająco często zażywa wspólnie etanol.
Trwałość tych więzi jest osobną kwestią, niekiedy mogą wyparować, jeśli wyparuje alkohol, ale mogą też przetrwać usunięcie alkoholu z roli spoiwa.

Trzeci wniosek, alkohol nieprzypadkowo jest domyślnym elementem randek, spotkań zapoznawczych, imprez firmowych. Jego rolą w tych spotkaniach jest, między innymi, zakodowanie wzajemnych pozytywnych opinii uczestników.

Czwarty wniosek, nasz mózg nie jest przystosowany do radzenia sobie z tak intensywnymi wyrzutami dopaminy, zwłaszcza kiedy mogą się powtarzać tak często (powyżej przykład równowartości 12 orgazmów jednego wieczora). Warto stosować zasadę ograniczonego zaufania do siebie samych, gdy formujemy swoje opinie na czyjś temat pod wpływem alkoholu.

Piąty wniosek, etanol stymuluje układ nagrody na tyle intensywnie, że dość łatwo jest na wejść w relację z nim samym. Nie mówię tu o uzależnieniu, raczej o myśleniu o alkoholu jako o przyjacielu, pocieszycielu, wsparciu. Jako o kimś/czymś, czego chcemy bronić, czym chcemy się opiekować. Stąd, chociażby, te dziwaczne zdrobnienia: „piwko”, „winko”, „wódeczka”.

Podsumowując, nie da się ukryć, że alkohol skutecznie koduje pozytywne więzi i postrzeganie innych osób, to źródło jego kulturowej roli kleju społecznego. Intensywność, z jaką to robi, wykracza jednak poza naturalne granice, do których przystosowany jest mózg, może więc mieć wiele niespodziewanych skutków ubocznych. No i jest rakotwórczy, toksyczny dla mózgu, wątroby i serca, ale to już mam nadzieję wiecie 😉

WYBRANE WNIOSKI

W tym rozdziale chcę podać kilka przykładów na to w jakich życiowych sytuacjach, mechanizmy formowania relacji mają znaczenie i kiedy warto być szczególnie czujnym na ewentualne błędy poznawcze.

Kazus pierwszej randki
Na pierwszych randkach polecałbym rozważenie unikania etanolu, seksu, a nawet jedzenia — wszelkich czynników, które wywołują wyrzuty dopaminy. Nie róbmy nic, co szczególnie lubimy. W przeciwnym wypadku osobę, z którą się zapoznajemy, będziemy postrzegać przez pryzmat przyjemnej aktywności, a to oznacza, że będziemy ją postrzegać lepiej, niż na to zasługuje. Może nas to zaprowadzić do zaangażowania się w relację, która nam nie odpowiada i z której będziemy musieli się po pewnym czasie ewakuować!
Zamiast aktywności ekscytujących lub generujących dopaminę, spokojny spacer czy rozmowa przy herbacie, dadzą nam lepsze, mniej zniekształcone informacje o drugiej osobie, a to informacji szukamy na pierwszych randkach!
Podkreślam, że te stwierdzenia nie są absolutami! Dopamina na randce zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu poznawczego co do drugiej osoby, ale go nie gwarantuje!

Kazus ciężarnej żony
Wyobraźmy sobie następującą sytuacją: małżeństwo spodziewa się dziecka. Ciężarna żona nie pije alkoholu, jej mąż, w geście solidarności, nie spożywa przy niej. Na razie świetnie. Teraz wyobraźmy sobie, że w pracy męża, co piątek ekipa wyskakuje na kilka drinków wieczorem. Dobra małżonka zachęca męża, by do nich dołączył dla „relaksu”, ona sobie świetnie poradzi sama. W ekipie jest koleżanka. Co piątek piją razem kilka drinków. Mąż zaczyna myśleć o niej coraz cieplej. Z żoną nie pije i nie uprawia seksu, bo ciąża. Nie znajdują czasu na wspólne posiłki.
Po kilku miesiącach relacja z koleżanką z pracy zaczyna przysłaniać relację z żoną, tak silnie jest kodowana przez wspólne spożywanie alkoholu. Koleżanka wydaje się o tyle ciekawsza, sympatyczniejsza i fajniejsza od małżonki. Między mężem i żoną pojawia się pęknięcie…

Kazus dobranej pary
Wyobraźmy sobie dwoje ludzi, którzy spotykają się ze sobą, są sobie bliscy. Ich związek się rozwija, postanawiają razem zamieszkać. Są bardzo zajęci różnymi sprawami, mają tyle na głowie, ale dbają, by codziennie razem zasiąść do posiłku, a najlepiej kilku. Co weekend wybierają się do eleganckiej restauracji na coś niezwykle pysznego.
Oboje dbają, by w ich życie seksualne nie wkradła się nuda. Wiadomo, że nie codziennie każdy ma ochotę na seks, ale starają się znaleźć czas i korzystać szczególnie z tych dni, gdy czują werwę. Podczas seksu nie są samolubni, komunikują się i dbają wzajemnie o swoje potrzeby i zaspokojenie.
Każdego dnia stają się sobie odrobinę bliżsi, myślą o sobie nieco cieplej, ich uczucia kwitną i się rozwijają. Dbałość o budujące wykorzystanie układu nagrody sprawia, że będą żyli długo i szczęśliwie…

Kazus seksu, narkotyków i rock and rola
Ciężko jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą uprawiasz regularnie seks. Jeszcze ciężej jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą regularnie zażywacie wspólnie narkotyki. Zarówno jedno, jak i drugie jest w stanie sprawić, że polubimy kogoś, kto na to nie zasługuje. Im częściej powtarzają się warunkujące zachowania, czy im większy procent naszych kontaktów z daną osobą odbywa się w ich towarzystwie, tym trudniej będzie zachować trzeźwość oceny.
Jesteśmy w stanie o wiele więcej wybaczyć i o wiele więcej zaakceptować u osób, z którymi dzielimy kieliszek lub łoże. Warto zwrócić uwagę na to z kim wchodzimy w kontakty, gdy jesteśmy pod wpływem narkotyków i zachować odrobinę dodatkowego sceptycyzmu. Tak jak w przypadku randek, sugerowałbym nie mieszać spotkań zapoznawczych z alkoholem, seksem i jedzeniem. Dajmy sobie możliwie dużą szansę, na wyrobienie racjonalnej opinii o drugiej osobie nim wprowadzimy elementy, które mogą zaburzyć nasz osąd.
Choć ryzyko wejścia w toksyczną czy niepożądaną relację rośnie, gdy w grę wchodzą narkotyki, nie znaczy to, że każda relacja uformowana w ich towarzystwie jest zła! Większość ludzi, których polubimy pod ich wpływem, pozostanie godna lubienia i bez. Wszystko jest tu grą prawdopodobieństwa, używając etanolu lub innych narkotyków, zwiększamy prawdopodobieństwo pomyłki, ale jej nie gwarantujemy. Podobnie jak całkowite od nich stronienie, nie gwarantuje samych dobrych wyborów.

Kazus ferajny z podwórka
Wyobraźmy sobie podwórko między kamienicami i ekipę młodzieży, która się na nim bawi. To pokopią piłkę, to pobujają się na trzepaku. W miarę jak stają się starsi, zaczynają sięgać po alkohol i inne narkotyki. Piją i zażywają razem.
Niektórzy z nich wchodzą w konflikt z prawem: sprzedadzą komuś narkotyk, kogoś okradną, kogoś pobiją. Niektórzy idą w innym kierunku, kształcą się, zdobywają zawód i podejmują pracę.
Nadal spotykają się od czasu do czasu i są gotowi za siebie skoczyć w ogień. Kumpel okradł sklep i pobił przy tym sklepikarza? To trzeba mu pomóc zwiać, ukryć go. To dobra morda przecież jest, nasz człowiek.
To nie jest dobra morda. To złodziej i bandyta. A relacja z nim kumpli z podwórka jest wypaczona latami wspólnego bujania się na dzielni z narkotykami w tle.
Pożywką takiej sytuacja nie muszą być koniecznie narkotyki. Dzieciaki z trudnych rodzina też się do nich irracjonalnie przywiązują, po części przez momenty czułości, po części przez wspólne posiłki. Wierni w sektach i społecznościach religijnych przywiązują się do nich przez akty bliskości, czasem seksualnej, przez wspólne posiłki i przez wspólne rytualne zażywanie narkotyków.
Jest wiele sposobów, na które grupa może zakodować w nas przywiązanie do niej, droga przez mechanizm nagrody i jego wpływ na relacje jest jedną z nich.

UKŁAD NAGRODY TO NIE WSZYSTKO

Choć moim zdaniem układ nagrody ma ogromny i niedoceniany wpływ na to, jak formujemy relacje, kogo lubimy a kogo nie, to jest oczywiste, że nasz mózg wykracza poza ten jeden system. Mamy do dyspozycji nasz płat czołowy, czy raczej kojarzoną z nim sieć hamującą impulsywne zachowania i przeprowadzającą racjonalne rozumowania. Możemy kontrolować swoje reakcje, co więcej możemy, przy odrobinie wprawy sprawdzać i modyfikować wspomnienia i przekonania, które już się w nas uformowały. Nasz mózg zawsze będzie popełniał błędy poznawcze, ale my nigdy nie musi być ich niewolnikami.

Psy w eksperymencie Pawłowa nie miały wyboru. Stymulowanie ich układu nagrody łączące przyjemność jedzenia z dźwiękiem dzwonka zbudowało w nich relację z tym dźwiękiem, która objawiała się niekontrolowanym wydzielaniem śliny. My mamy wybór, w przeciwieństwie do nich posiadamy bowiem wyższe funkcje mózgu i związaną z nim refleksyjność. To są narzędzia, które pozwalają nam wykroczyć poza schemat odruchowej, zaprogramowanej reakcji.

Nie ignorujmy jednak siły dopaminy. Eksperymenty przeprowadzone na szczurach wykazały, że alkohol jest w stanie całkowicie oderwać te zwierzęta od życia społecznego, w znaczeniu, że mając do dyspozycji alkohol i obcowanie z innymi szczurami, będą wybierać substancję. W innych eksperymentach pokazano, że szczury uzależnione od metaamfetaminy będą ją wybierać ponad jedzeniem, do tego stopnia, że umrą z głodu kilka centymetrów od miski z pokarmem. Jak wspomniałem powyżej nasz mózg może więcej, ale nie zapominajmy, że ten sam mechanizm, który aktywuje się w mózgach szczurów, pracuje i w naszych.

Na zakończenie dodam, że pomimo mojego krytycznego stosunku do środków psychoaktywnych, nie twierdzę tutaj, że każda relacja oparta na alkoholu czy innych narkotykach jest zła. To byłby nonsens. Jest wiele cennych relacji, także w moim życiu, które rozpoczęły się od alkoholu, ale przetrwały jego wyrzucenie z mojego życia i kwitną dalej. Były też inne relacje, które tej zmiany nie przetrwały.
Miejmy oko na nasz układ nagrody, nawet jeśli formowanie relacji jest dużo bardziej skomplikowane, niż sugeruje to mój dzisiejszy wywód.

O najstarszym zawodzie świata

Dzisiaj dość niezwykły artykuł – to zapis mowy ze spotkania Biznes Toastmasters. Wpis składa się z trzech części: konspektu mowy, transkrypcji (bez poprawek) nagrania jednej z sekcji treningowych i wyedytowaną wersję z poprawkami.

KONSPEKT

  1. Najstarszy zawód świata?
  2. Po co filozofia?
    1. Żeby być
      1. filozofuje więc jestem
      1. życie to więcej niż przemiana materii
        „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.”
        Seneka
    1. Żeby dobrze być
      1. Etyka (dobro i zło)
      1. Logika (prawda i fałsz)
      1. Fizyka (zależne i niezależne)
    1. Żeby dobrze czynić
      1. Przykład: retoryk
        Nie wystarczy dobrze przemawiać, trzeba jeszcze o dobru przemawiać
        „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”
        Winston Churchill
        „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”
        Józef Goebbels
  3. Podsumowanie: żeby być, żeby dobrze być, żeby dobrze czynić
  4. Bonus: anegdotka o Aleksandrze i Diogenesie + oczy Demokryta

TREŚĆ MOWY (transkrypcja treningu)

Witam was serdecznie!

Na dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie. Rozumiem przez to zawód filozofa. To właśnie ten zawód uważam za najstarszy zawód na świecie, albo przypuszcza, że może być jednym z najstarszych. Odkąd z homo erectus zmieniliśmy się w homo sapiens, myśl i namysł stały się ważną częścią naszej egzystencji i przypuszczam, że już w tych pierwszych, pierwotnych plemionach ludzie zdolni do głębokiego i dobrego namysłu byli cenieni. Może pierwsi szamani ludzkich plemion, to były osoby trochę jak filozofowie, które zdolne były do myślenia głęboko, myślenia lepiej niż inni.

OK. No ale, nie jest moim celem, żeby was zachęcić do zmiany zawodu i przebranżowienia się teraz gremialnie na filozofów. Nie. Chodzi mi o to żeby was zachęcić do tego, żeby wprowadzić odrobinę filozofii do waszego życia, żeby zacząć ją uprawiać.

A po co? Zapytacie. Kilka powodów. Pierwszy, fundamentalny, to po to żeby po prosty być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję więc jestem. No właśnie, filozofuje więc jestem… człowiekiem. To co nas odróżnia od zwierząt, w mojej opinii, to właśnie zdolność do głębokiego myślenia, refleksji i namysłu, czyli do filozofowania. Jeżeli nie filozofujemy, to trawimy nasze życie, no pochłanianie pokarmów, wydalanie, oddychanie. Jak powiedział Seneka, mówiąc o osobach pozbawionych tego namysłu w swoim życiu: „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.” A jest różnica między życiem, a trwaniem. Tą różnicą jest filozofia.

Filozofujemy żeby żyć, ale filozofujemy też żeby żyć dobrze, a pomagają nam w tym trzy działy filozofii. Po pierwsze: etyka, czyli nauka, która mówi nam o tym co jest dobre, a co złe, pozwala nam odróżniać te dwa stan, zdefiniować je i wybierać między nimi. Tylko dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Każdy z nas jakąś ma, bo gdybyśmy jej nie mieli, nie bylibyśmy w stanie dokonać żadnego wyboru. Czasami po prostu swojej etyki sobie nie uświadamiamy i tkwi ona w naszej podświadomości.

Drugi dział filozofii, niezbędny nam do dobrego funkcjonowania to logika, czyli nauka o tym co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, konstruowaniu sylogizmów i rozpoznawaniu błędów logicznych. Fundamentalna dlatego byśmy mogli myśleć w sposób spójny i właściwy.

Trzeci wreszcie dział, bliski mojemu sercu, to fizyka. Dzisiaj fizyka jest w większości nauką szczegółową, nie zachęcam was koniecznie do studiowania głębokiej fizyki. Natomiast jest część fizyki, która pozostała w filozofii, ta część starożytnej fizyki, która pozostała z filozofią, to jest nauka odpowiadania na pytanie: co jest od nas zależne a co jest od nas niezależne. Nauka zrozumienia tego nad czym mamy kontrolę, a nad czym kontroli nie mamy. Niesamowicie istotna kwestia, dla każdego kto chce decydować o tym co robić, ale jeszcze ważniejsza dla tego kto chce być w życiu szczęśliwym.

To są świetne powody do filozofowania. Weźmy nasz przykład. Nasz czyli osób uczących się retoryki, sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryka odpowie nam na pytanie o czy i co powinniśmy mówić? Nie. Retoryka nam odpowie jak powinniśmy coś powiedzieć. Ale żeby wypełnić swoją mowę treścią potrzebujemy filozofii. A żeby wiedzieć czy ta treść jest dobra tym bardziej potrzebujemy filozofii.

Weźmy taki przykład retoryczny. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy, cytuję: „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.” Koniec cytatu.
Drugi cytat. Cytuję: „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!” Koniec cytaty.
Bardzo podobne zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, motywacja dla całego narodu do walki. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat, to cytat z Winstona Churchila, drugi, to cytat z Józefa Goebbelsa.
Retoryka jest pustym narzędziem, które musi być wypełnione treścią przez filozofię.

Podsumowując, uczymy się filozofii żeby żyć jak ludzie, żeby żyć dobrze i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, które mamy dostępne. Dlatego warto się nią zainteresować i warto wprowadzić jej elementy do naszego życia.

Na koniec, jako że mam jeszcze chwilę czasu, podzielę się małą zabawną anegdotką. Był sobie filozof Diogenes żyjący w Atenach w czasach Aleksandra Wielkiego. Pewnego dnia Aleksander po przybyciu, po powrocie z Persji, po podboju Persji, wybrał się do Diogenesa, który odpoczywał na skałach na morzem ze swoimi uczniami. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział: Diogenesie, jestem dzisiaj w świątecznym nastroju, proś mnie o cokolwiek tylko chcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie. Diogenes, który leżał sobie, otworzył jedno oko, popatrzył na Aleksandra, zamknął oko i powiedział: Mam jedno życzenie, żebyś się trochę przesunął, bo zasłaniasz mi Słońce. Tyle życzył sobie filozof Diogenes od mocarnego Aleksandra, nic więcej władca świata nie był w stanie mu dać.

Dziękuje.

TREŚĆ MOWY Z POPRAWKAMI

Witam was serdecznie!

W dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie… Chodzi o mi o zawód filozofa. Nie wiem oczywiście, czy to faktycznie najstarszy zawód, ale przypuszczam, że odkąd awansowaliśmy z erectus na sapiens, sztuka myślenia znalazła się w cenie, a ludzie zdolni do głębszego namysłu byli wartościowy. Być może pierwsi szamani neolitycznych plemion, byli filozofami, czyli ludźmi zdolnymi myśleć głębiej, dokładniej, lepiej.

Nie jest jednak moim celem skłonić tu obecnych do przebranżowienia i gremialnej zmiany zawodu na filozofów. Chodzi mi raczej o to, by zachęcić was do wprowadzenia odrobiny filozofii do waszego codziennego życia, by zacząć jej używać w praktyce.

Zapytacie: po co? Jest kilka powodów. Pierwszy, najważniejszy, filozofujemy, żeby być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję, więc jestem, a konkretnie, filozofuje, więc jestem człowiekiem. Cechą szczególnie ludzką, wyróżniającą nas pośród innych zwierząt, jest umiejętność głębokiego namysłu – czyli do filozofowania. Życie nie sprowadza się do jedzenia, picia, wydalania i spania – potrzeba czegoś więcej, by powiedzieć o kimś, że jest człowiekiem. Słowami rzymskiego stoika Seneki:
„(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo”. A o różnicy między życiem a trwaniem stanowi filozofia.

Filozofujemy, żeby żyć. Filozofujemy, żeby dobrze żyć. To drugi powód do zainteresowania się filozofowaniem. W dobrym życiu pomagają nam trzy filary filozofii.

Po pierwsze, etyka, czyli nauka o tym, co jest dobre a co złe, pozwalająca na odróżnić od siebie te dwa stany i wybierać między nimi. Dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Już dzisiaj każdy z nas jakąś etykę ma, ale niekoniecznie jest jej świadom. By wynieść ją do świadomości, sprawdzić i utrwalić potrzebne jest nam praktykowanie filozoficznych ćwiczeń.

Po drugie, logika, czyli nauka o tym, co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, tworzeniu sylogizmów i unikaniu błędów logicznych. Bez niej nie jesteśmy w stanie poprawnie wnioskować, co czyni ją fundamentalną.

Po trzecie, fizyka, bliska mojemu sercu, nauka o tym, co rzeczywiste, a co nie. Dzisiaj jest samodzielną, szczegółową nauką, ale pewien element tego, jak rozumieli ją starożytni, pozostał w obrębie filozofii. Chodzi o odpowiedź na pytanie: co jest od nas zależne, a co nie, rozumienie, nad czym mamy kontrolę, gdzie znajduje się nasza sprawczość. To zagadnienie fundamentalne dla stoicyzmu, ale ogólnie kluczowe dla stabilności emocjonalnej i psychicznej i w konsekwencji dla szczęśliwego życia.

Jako przykład praktycznej istotności filozofowania weźmy nas na tej sali. Jesteśmy adeptami retoryki, czyli sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryk da nam odpowiedź na pytanie: co powinniśmy powiedzieć? Nie, retoryka powie nam, jak to powinniśmy powiedzieć, ale żeby wypełnić naszą mowę treścią, potrzebujemy, choćby minimalnego, filozoficznego namysłu. A żeby zapewnić, że treść będzie dobra, potrzebujemy solidnej filozofii.

Z życia wzięty przykład jak ważna jest idea, która stoi za zabiegami retorycznymi. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy:
„Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”

Drugi:
„(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”

Bardzo zbliżone zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, sugestia krańcowości sytuacji, uogólnienie na cały naród. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat to Winston Churchill, drugi Józef Goebbels. Retoryka bez filozofii jest tylko pustym narzędziem.

Podsumowując: uczymy się filozofii, żeby być ludźmi, żeby dobrze być ludźmi i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, do których mamy dostęp. Dlatego zachęcam wszystkich do jej praktykowania od czasu do czasu, a najlepiej co dzień.

Na zakończenie mała anegdotka. W czasach Aleksandra Wielkiego żył sobie w Atenach filozof zwany Diogenesem. Pewnego dnia, krótko po podboju Persji, Aleksander przybył do Aten i zapragnął spotkać się z Diogenesem. Filozof spędzał dzień ze swoimi uczniami, wygrzewając się w słońcu na skałach pod miastem i tam też odnalazł go władca. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział:
„Diogenesie, jestem dzisiaj w szczodrym nastroju, proś mnie, o cokolwiek tylko zechcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie.”
Diogenes otworzył jedno oko, spojrzał na Aleksandra, zamknął oko i powiedział:
„Życzę sobie, abyś się nieco odsunął, bo zasłaniasz mi Słońce”.
Tylko tyle dla filozofa Diogenesa mógł uczynić władca całego znanego świata, a osiągnięcia takiej pełnej wolności nam wszystkim życzę!

O wolności prościej

Autor rozważa kwestie wolności, koncentrując się na indywidualnych decyzjach oraz ich wpływie na refleksyjność. Odrzuca społeczne konteksty i prawne aspekty, skupiając się na osobistej definicji wolności jako stanu decyzyjności. Wskazuje na znaczenie wolności ekonomicznej, słowa i cielesnej dla poprawy refleksyjności, podkreślając ich rolę w samorozwoju.

Pora wykonać krok wstecz. Po interesujących dyskusjach, rozważaniach i lekturze, doszedłem do wniosku, że muszę się przegrupować w moich rozważaniach o wolności.

Zasadnicza refleksja: nie jestem przygotowany na rozważanie tematu w odniesieniu do społeczeństwa czy prawa.
Wniosek: porzucam rozważania z tej perspektywy.

Druga refleksja: mam nową zgrabną definicję wolności, warto rozważyć wolność osobistą w jej kontekście.

Trzecia refleksja: muszę zadać sobie pytanie: czemu służą te rozważania? Odpowiedź na nie będzie zadaniem na dziś.

Dlaczego poświęcam czas na rozważanie etyki, wartości, wolności i innych abstrakcyjnych pojęć?
Nie jestem zawodowym filozofem, więc nie chodzi o głębokie rozważania teoretyczne. Jestem człowiekiem, który codziennie podejmuje decyzje i chce to robić dobrze. To jest powód do poświęcania czasu na pracę nad etyką i jej konsekwencjami. Żeby poprawnie decydować, muszę wiedzieć, co jest dobre a co złe. Mogę w tym polegać na intuicji, ale intuicja może się mylić i choć warto z niej korzystać, to należy ją sprawdzać.

A co nie jest powodem tych rozważań? Nie jest nim chęć zmieniania świata. Nie jest nim konieczność decydowania, jakie stanowić prawo. Nie jest nim chęć zmieniania innych na moje podobieństwo.

Z powyższego wnioskuje, że moje skupienie powinno spoczywać na indywidualnych wyborach, a nie na analizie szerokiego kontekstu.
To się zgrywa z pierwszą z moich refleksji.

Dzisiejszym tematem jest wolność. Zacznę od przytoczenia definicji, której używam:
Wolność to stan jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości.
Wolność całkowite jednostki to zbiór wszystkich jej wolności cząstkowych.
Szczegółowe definicje znajdziecie tu.

Pierwsze pytanie, na które odpowiem to: dlaczego w ogóle zajmuje się tym pojęciem?

Wolność jest numerem jeden w mojej hierarchii wartości. Jest kluczowa, by podejmować słuszne decyzje!

Jak mogła trafić na szczyt mojej hierarchii, jeśli nie wiem, czym jest i jak ją rozumiem?

Polegałem na intuicji i na potocznym rozumieniu tego pojęcia. Nie potrafiłem sformułować definicji, ale potrafiłem wyczuć, jak się przejawia.

Czy nie mogę dalej polegać na intuicji?

Mogę i do pewnego stopnia będę, ale intuicja jest narzędziem niedoskonałym, powinna być konfrontowana z logicznymi argumentami. Inaczej istnieje ryzyko, że sprowadzi nas na manowce. Intuicyjne decyzje warto weryfikować, sprawdzać jak zostały podjęte i czy były poprawne.

Pora na kluczowe pytanie: dlaczego wolność jest na pierwszym miejscu mojej hierarchii wartości? Odpowiedź oprę na racjonalnym rozważaniu.

Zacznę od prostszego pytania: po co jest mi wolność?

Patrząc na definicję, zauważam, że wolność jednostki jest złożonym stanem. Mogę być wolny w jednej kwestii, jednocześnie nie mając wolności w innej. Biorąc nieco absurdalny przykład: wolno mi chodzić po chodniku, ale nie wolno mi latać nad blokami. Żeby zostać wolnym w tym drugim przypadku, musiałbym zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt (helikopter). Ze względu na tę właściwość, proste pytanie „po co mi wolność?” komplikuje się.

Na szczęście, mam do dyspozycji etykę, czyli rozumiem, co jest dobre a co złe. Przypomnę, że moja etyka, za jedyne dobro uznaje refleksyjność, czy też wzrost refleksyjności w świecie. Po definicję refleksyjności odsyłam do artykułu „O etyce stoickiej”.
Na tej podstawie domyślam się, że odpowiedź na pytanie „po co mi wolność?” powinna brzmieć: „po to, by zwiększać refleksyjność moją i innych”. Jak jednak mogę uzasadnić tę intuicyjną odpowiedź?

Pomocna okazuje się definicja wolności jako stanu jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości. Sprawczość zwykle zależy od czynników zewnętrznych (praw przyrody, praw ludzkich, zasobów finansowych, cech fizycznych), rzadziej od mojej woli. Z tego powodu pominę ją w rozważaniach i przyjmę, że dysponuję zbiorem sprawczości, że są rzeczy, które mogę uczynić, ale zawartość tego zbioru nie zależy (znacząco) ode mnie.

To pozwala mi skupić się na decyzyjności i powiedzieć, że dbanie o moją wolność, jest dbałością o najszerszy zakres decyzyjności. Czyli chcę bym miał możliwie dużo decyzji, które mogę podjąć. To nie znaczy, że wszystkie podejmę, jedynie, że mam najszerszy zakres możliwości decydowania.

A czym jest decyzyjność, jeśli nie jedną z podstaw refleksyjności? Można rozumieć refleksję jako formę decydowania: decydowanie o zmianach, które chcę uczynić w sobie. Poszerzanie zbioru decyzji dostępnych w procesie refleksji, bezpośrednio rozwija moje moralne dobro. Im więcej mam wolności do zmieniania siebie, tym bardziej jestem refleksyjny.

To rozumowanie prowadzi mnie do zawężonego pojęcia wolności, wolności szczegółowej odnoszącej się do procesów wewnętrznych przemian. Nie ma tu mowy o prawie do posiadania broni, wolności od tyranii, swobodzie ekonomicznej – są drugorzędne w rozumowaniu: dlaczego wolność jest ważna dla mnie. Nie chcę powiedzieć, że są pozbawione znaczenia, nic podobnego! Mają wpływ na moją refleksyjność, ale jest on niewielki w porównaniu z tą wolnością, którą w innym miejscu nazwałem wolnością sumienia.

W tym tkwi bardzo dobra wiadomość. Najważniejsza ze wszystkich wolności jest całkowicie zależna ode mnie! Żadna zewnętrzna siła nie może mi jej odebrać ani ograniczyć!

Co nie oznacza, że mam wolne sumienie! Co je pęta?
Mylne wyobrażenia, ideologię, błędne schematy poznawcze, lęki, tabu, wady charakteru, złe nawyki, nałogi, egocentryzm, egoizm…
Co na nowo otwiera temat sprawczości!

Co z resztą zbioru wolności?

Poza obszarem wolności sumienia pozostaje szerokie pole działań i decyzji. To tam najczęściej operuje prawo, polityka i nacisk społeczny. W tym tekście nie odniosę się do tych szerokich dziedzin. Jedyne co mnie interesuje, to które z wolności są wartościowe dla mnie. Czyli o które powinienem dbać, by kultywować swoją refleksyjność, abstrahując od stanu prawnego, polityki, dyktatów religijnych czy społecznych tabu.

Nim przejdziemy dalej, muszę poruszyć pytanie: czy to na pewno dalej jest wolność? Jeśli weźmiemy sprawczość w ściśle stoickim sensie, to opuszczając domenę wolności sumienia, zostawiłem ją za sobą! Przecież ode mnie zależą tylko moje sądy, myśli i decyzje. Wszystko, o czym będę mówić dalej, nie jest już wolnością w ścisły sensie, bo nie ma w tym prawdziwej sprawczości! Jedynie przypomina nieco wolność.

Wprowadzę dwa pojęcia: wolność faktyczna, czyli wolność sumienia i wolność pozorna, czyli tycząca się preferowanych stanów świata zewnętrznego i decyzyjności w ich względzie. Dla odróżnienia tą pierwszą będę pisał wielką literą.

Jakie elementy zbioru wpływają na moją refleksyjność?

Trzy sfery wydają się najważniejsze: ekonomia, słowo i ciało.

Wolność ekonomiczna to posiadanie wystarczającej ilości środków, by zakupić jedzenie, schronienie, książki, środki czystości, leki, komputer, dostęp do Internetu, elektryczność, wodę, ogrzewanie. Dodatkowo jest przydatnym dla mojego spokoju ducha, bym miał możliwość odłożenia co roku pewnej kwoty.

Nie interesuje mnie system, w jakim funkcjonuje, tylko jakie zasoby materialne potrzebuje i czy mogę o nie skutecznie zabiegać.
Pojawia się element sprawczości: czy mam możność zdobycia niezbędnych zasobów?

Wolność słowa to dostęp do nieocenzurowanej myśli. Realizuje ją poprzez dostęp do Internetu, księgarni i bibliotek oraz w swobodnych dyskusjach z ludźmi.

Wolność cielesna to możność chronienia swego ciała, wystawiania go na szkodę i modyfikowania.

Czy te wolności podlegają ograniczeniom?

Żadna z nich nie może realizować się kosztem drugiego człowieka i jego refleksyjności. Moja refleksyjność nie jest lepsza ani gorsza od refleksyjności bliźniego i nie mam prawa jej faworyzować. W praktycznych sytuacjach nie da się stwierdzić, komu zasób przyda się bardziej, niedopuszczalne jest więc zawłaszczanie zasobów innych ludzi.

Jest złe, by moje używanie którejś z nich stwarzało zagrożenie, wyrządzało krzywdę lub zubożało drugiego – w kontekście wolności, ale przede wszystkim Wolności.

Jak wolność ekonomiczna wpływa na moją refleksyjność?

Tworzy bazę do rozmyślań poprzez zaspokojenie podstawowych potrzeb cielesnych i zapewnienie energii, a następnie wyposażenie mnie w narzędzia, które refleksję ułatwiają i usprawniają. Drugorzędny wpływ bierze się z zapewnienia bezpieczeństwa wykraczającego poza dziś, czyli zgromadzenia oszczędności.

Jak zdobywam wolność ekonomiczną?

Osobiście czynię to poprzez pracę zarobkową. To nie jedyny sposób, ale dość typowy. Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest to, że żyję w systemie społeczno-prawnym, który umożliwia takie zarobkowanie i względnie swobodne wydawanie zarobionych środków.  

Jak wolność słowa wpływa na moją refleksyjność?

Jej najważniejszym aspektem jest swoboda dyskusji i wymiany idei. Poddawanie własnych idei krytyce zewnętrznej jest cennym źródłem refleksji. Przyswajanie i krytykowanie idei innych jest źródłem nowych sposobów myślenia.

Ja zdobywam wolność słowa?

Moja sprawczość w tej dziedzinie to po pierwsze szczere wypowiadanie swoich poglądów na różnych forach i przyswajanie informacji zwrotnej.
Po drugie to aktywne szukanie myśli innych, by się z nimi skonfrontować.

Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest funkcjonowanie w systemie społeczno-prawnym, który nie cenzuruje idei.

Jak wolność cielesna wpływa na moją refleksyjność?

Po pierwsze bezpieczeństwo przed atakiem z zewnątrz na moje ciało pozwala mi skierować zasoby od obrony ku wewnętrznej refleksji.

Po drugie dbanie o zdrowie mojego ciała i umysłu pozwala mi zmaksymalizować zasoby, które mogę przeznaczyć na refleksję.

Po trzecie moje ciało jest narzędziem kontaktu ze światem zewnętrznym, ekspresji, dawania i przyjmowania informacji zwrotnej.

Jak zdobywam wolność cielesną?

Ta pierwsza zależy od systemu społeczno-prawnego, w którym funkcjonuje. Moja kontrola jest tu iluzoryczna.

Ta druga zależy po pierwsze od moich genów, na które nie mam wpływu. Po drugie od mojego stylu życia, nad którym mogę pracować, wybierając to, co jest zdrowe i korzystne dla mego ciała. Po trzecie od przypadku, decyzji innych ludzi, zjawisk przyrody etc.

Ta trzecia podobnie jak druga zależy od genów (uzdolnień) i przypadku (kontuzji, wypadków) oraz moich decyzji jak ze swego ciała korzystać.

Zdefiniowałem Wolność i wolność oraz odpowiedziałem pokrótce na pytanie, jak korzystamy z wolności?

Dlaczego przemknąłem jedynie nad Wolnością i jej wykorzystaniem?

Bo temat zasługuje na osobny artykuł, a sporo już o nim mówiłem w cyklu o decyzjach! Tylko podkreślę, iż Wolność jest zależna od nas samych i praca nad nią jest pracą nad sobą – czyli rozwojem osobistym, drugą z moich kluczowych wartości.

Dotychczasowe rozważania były wsobne, koncentrowały się na tym, co wolność robi dla mnie i jak mogę ją poszerzać. Jednak stoicka etyka mówi o refleksyjności w ogóle. W związku z tym pytam: jak moja wolność może przysłużyć się refleksyjności innych?

Na wstępie podkreślę, że pytanie nie jest „jak powinna wyglądać wolność innych”, tylko co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmienić świat na lepsze i jakie aspekty mojej wolności pozwalają mi pomagać i służyć innym ludziom?

Zacznijmy od pierwszego pytania: co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmieniać świat na lepsze?

To pytanie sprowadza się do rozdysponowywania zasobów. Są dwa zasoby, które mam do dyspozycji: czas i dobra materialne.

Zacznijmy od pieniędzy. Gdzie powinny iść, by najbardziej przysłużyć się wolności innych?

Optymalnie, zasoby, których nie zużywam na swoje potrzeby, powinny iść w kierunku dobroczynności.
Jeden obszary to pomaganie osobom w skrajne nędzy, w kryzysie bezdomności, w kryzysie uzależnienia, w innych kryzysach psychicznych i życiowy.
Drugi to edukacja dzieci i dorosłych.
Trzeci, który ze mną rezonuje, to medycyna szczególnie ta ratująca życie.

Wszystkie z tych działań służą tworzenie przestrzeni na refleksję korzystającym z nich ludziom. Choć nie ma gwarancji, że z niej skorzystają, to wiadomo, że pieniądze pozostające u mnie niczyjej refleksyjności się nie przysłużą. Szansa na sukces jest lepsza od pewności porażki.

Czy tak czynię?

Nie, daleko mi do tego ideału, ale staram się ku niemu zmierzać.

Gdzie powinien iść mój czas?

Część mojego czasu idzie na zarabianie pieniędzy o dysponowaniu którymi już wspomniałem. To, co pozostaje, powinno się koncentrować na kilku aspektach, czyli wartościach: rozwój osobisty, kultywowanie relacji z ludźmi, twórczość (szerzenie myśli). Na dalszych miejscach są: relaks i rozrywka obniżające poziom stresu, obowiązki domowe, dbanie o zdrowie, pomaganie innym.

Wszystkie powyższe odpowiedzi są ogólnikowe i brakuje im pełnego uzasadnienia. Przyjdzie na nie czas, gdy będę rozważał szczegółowo pozostałe wartości.

Nie jestem też tych odpowiedzi pewien, przeciwnie, mam przekonanie, że są inne równie korzystne opcje, o których nie pomyślałem. Możliwe nawet, że są lepsze, bardziej efektywne sposoby na wykorzystanie moich zasobów! Jestem otwarty na wszelkie sugestie, śmiało dawajcie mi znać jakie macie pomysły!

Jedno jest dla mnie jasne, szczególnie gdy chodzi o zasoby finansowe. Jeśli będą tkwić przy moim tyłku, to niczego dobrego nie zdziałają!

Chciałbym podsumować te rozważania. Podzieliłem wolność na dwa pojęcia: Wolność i wolność.

To pierwsze odnosi się do realnej sfery mojej sprawczości, czyli moich stanów wewnętrznych: wyobrażeń, decyzji, refleksji. Ten świat jest niezależny od ignorancji z zewnątrz, tylko ode mnie zależy ile dam sobie Wolności, bo tylko ja mogę ją odbierać i dawać. To, co zewnętrzne nie ma przystępu do tej wewnętrznej twierdzy. Wolność pozorna to obszary decyzji i zjawisk ode mnie niezależnych, czyli w których moja sprawczość jest minimalna i warunkowa. Nie oznacza to, że odrobiny sprawczości, którą w tych obszarach posiadam, nie warto wykorzystać, by poszerzać granice refleksyjności. Niektóre ze wspomnianych elementów znajdą manifestację w innych wartościach, które przedyskutuję w przyszłości.

Tekst mowy prezentującej moją osobę

Dzisiejszy tekst jest zapisem mowy, który wygłosiłem na spotkaniu Biznes Toastmasters we Wrocławiu. Uzupełniłem go, w kilku miejscach rozwinąłem i doszlifowałem, zachowując jednak ducha oryginału.
Mowa miała charakter przedstawienia siebie. Zdecydowałem powiedzieć o końcówce mojego uzależnienia i drodze, jaką kroczę od tamtej pory.
Tekst zawiera elementy drastyczne. Rodzicom zalecam skontrolowanie go przed udostępnieniem swoim pociechom, a osobą o dużej wrażliwości polecam ostrożność przy lekturze!

Wszystko zaczęło się w sobotę 30 lipca 2022 roku. Siedziałem w fotelu w swoim mieszkaniu i płakałem. Piłem, nie trzeźwiejąc, trzeci dzień: zacząłem pić w czwartek, piłem, aż straciłem przytomność.

Ocknąłem się w piątek rano i bez zastanowienia wypiłem otwarte, wygazowane piwo które stało przy łóżku po czym otworzyłem kolejne. Pracowałem zdalnie, ale to nie przeszkadzało mi pić od samego rana. Gdy piwo się skończyło, zacząłem opróżniać butelki z winem – nigdy za nim nie przepadałem, ale smak nie miał znaczenia, liczył się tylko alkohol. Wieczorem miałem już moje ulubione IPA — mogłem degustować. Podczas degustacji uderzałem kośćmi dłoni o kant biurka, raz za razem. Następnie otworzyłem aromatycznego belgijskiego tripla, degustując jego bukiet smakowy uderzałem pięścią w ścianę z całej siły, raz za razem — żeby tylko coś poczuć.

Ocknąłem się w sobotę rano, ręce miałem spuchnięte i pokrwawione. Siedziałem w fotelu i płakałem. Płakałem, że to już koniec, że już nie mogę tak dalej pić, ale pomiędzy szlochami pociągałem kolejne łyki z puszki. Po głowie tłukła się  myśl: „To koniec, idź tam, na tory, skończ z tym. Śmieciem jesteś, a śmieci się wyrzuca”. Nim się zebrałem do wyjścia, wypiłem tyle, że najpierw zapomniałem gdzie mam iść, a później straciłem przytomność.

Ocknąłem się po wielu godzinach nieco przetrzeźwiały, była niedziela. Jedząc śniadanie i popijając je tanim piwem, myślałem: „Kurczę,  było dość grubo. Chciałem się niby zabić. Ja to chyba muszę mniej pić”. Postanowiłem, że w nadchodzącym tygodniu nie piję. Znaczy do piątku, bo w weekend to już OK, nie przesadzajmy. Wytrzymałem w tym postanowieniu do wtorku.

Wtedy jednak stało się coś, co uważam za najpiękniejsze wydarzenie w moim życiu. Za każdym razem, gdy pociągałem łyk z butelki drogiego, kraftowego piwa, słyszałem z tyłu głowy głos: „Co ty, k…a, robisz!? Przecież ty się zabić chciałeś przez to g…o! Miałeś nie pić do piątku, a jest, k…a, wtorek!” Tego dnia po raz pierwszy poczułem, co to znaczy utracić komfort picia!

Piłem jeszcze przez kolejne dwa tygodnie, ale w żadnym momencie nie mogłem się już uwolnić od tego głosu, nie mogłem odzyskać komfortu. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale nie mogło mnie spotkać w życiu nic lepszego. Na razie byłem przestraszony i zrozpaczony.

15 sierpnia obudziłem się z lekkim kacem po wypitych poprzedniego dnia czterech piwach. Nie wypiłem nic do śniadania, nic do obiadu, ani kropli do kolacji. 16 sierpnia — dalej nic. Kolejne 24 godziny – nic, potem kolejne i kolejne.

Miałem szczęście, że przetrwałem bez zapicia pierwsze miesiące, chroniły mnie dyskomfort i strach przed śmiercią. Do terapii zabierałem się jak pies do jeża, na miting AA nie raczyłem się wybrać. Myślałem wtedy, że poradzę sobie sam – silna wola i te sprawy. Bzdura, uzależniony nie ma żadnej silnej woli, jest bezsilny wobec alkoholu.

No ale o tym dowiedziałem się, dopiero gdy trafiłem na terapię leczenia uzależnień, prawie pół roku po zaprzestaniu picia. Początek wcale nie był łatwy. Bałem się odzywać, czułem się nie na miejscu, inni pacjenci mnie przerażali, terapeuta stresował. Wiedziałem jednak, że jestem chory, a tu się moją chorobę leczy. Chodziłem więc tydzień w tydzień przez rok, bez skuchy, co poniedziałek – tam mogli mi pomóc, tam dawali mi szansę.

W tym samym czasie wgryzałem się jak szalony w filozofię stoicką, która jest mi podporą do dziś. Zacząłem rozumieć, jak i dlaczego się tu znalazłem, a emocje przestały być przypadłością, której trzeba się jak najszybciej pozbyć, stały się naturalną częścią mnie, która domaga się zrozumienia i należnego sobie miejsca. A jedną z najważniejszych rzeczy dla każdego stoika, to być w kontakcie ze swoimi emocjami.

Zacząłem wiele czytać o filozofii i psychologii, a potem o nich pisać.

Wypełniałem kompulsywnie pustkę, jaką w moim życiu zostawił alkohol, najpierw prostymi rozrywkami – graniem, spaniem, jedzeniem. Później zacząłem stawiać sobie cel. Największy: zdobyć koronę gór polskich w 12 miesięcy. I wiecie co? Udało się! Miesiąc po miesiącu zaliczałem kolejne szczyty. Wdrapałem się nawet, pomimo lęku wysokości, na te nieszczęsne Rysy! Wreszcie mogłem realizować swoje cele, a nie tylko on nich marzyć.

Dzisiaj mija 985 dni, podczas których nie wypiłem nic. Stoję przed wami, tak jak ponad rok temu stałem przytulony do kawałka kamienia na szczycie góry, starając się nie patrzeć w przepaść. Stoję przed wami, by zmierzyć się z lękiem większym nawet niż lęk wysokości – z lękiem przed byciem zauważonym i byciem słyszanym. Cztery lata temu nie miałbym mocy, by spojrzeć mu w twarz, dziś jestem w stanie to zrobić, a to wszystko dzięki utracie poczucia komfortu, która dosięgnęła mnie pewnego sierpniowego dnia.

Dobra historia powinna mieć morał, a ta jest przecież całkiem niezła. Najczarniejszy moment mojego życia doprowadził mnie do najpiękniejszego czasu. Tak jednak nie musiało być, wypadki mogły potoczyć się dużo tragiczniej. Tych z was, którzy nadal gracie w tę ruletkę, zostawię z pytaniem: dlaczego to robicie? Nie chcę, byście dziś pogrążyli się w strachu przed podzieleniem mojego losu, bo choć strach jest cudownym motywatorem w sytuacjach krańcowych, to życie w nieustającym strachu jest piekłem. Popatrzcie na to z drugiej strony. Zamiast zastanawiać się, dlaczego mielibyście niepić, zastanówcie się, dlaczego pijecie i czy naprawdę macie po temu dobre powody?