O zaradności

Uwielbiam to uczucie, kiedy uda mi się zrobić coś nowego. Wziąć się za zadanie, nauczyć się, czego wymaga, i je wykonać. Najlepszy moment to, kiedy wszystko zaczyna działać jak powinno – jeszcze pozostaje nieco do zrobienia, ale już widzę, że mi się udało. Nauczyłem się czegoś nowego, co będę mógł wykorzystać.

Efekty mojego działania nie muszą być idealne, żebym miał satysfakcję. Wystarczy, że osiągnąłem cel. Nie ma dla mnie znaczenia, czy było to wykonane optymalnie, czy efekt jest piękny. To szczegóły, które mogą być satysfakcjonujące, jeśli się udadzą, ale ich brak nie odbiera przyjemności ukończenia zadania.

Przykład

Często ta moja namiętność realizuje się w drobnych pracach domowych i gospodarskich. Weźmy przykład z tej działki.
Po urządzeniu mieszkania moi budowlańcy zostawili źle położony silikon przy wannie. W efekcie za brzeg wanny, na ścianę, lała mi się woda. Spowodowało to uszkodzenia tapety po drugiej stronie ściany. Problem trzeba było rozwiązać, by uniknąć dalszych szkód.
Nigdy wcześniej nie kładłem silikonu. Odpaliłem kilka filmików na YouTubie. Najpierw musiałem zerwać stary silikon, oczyścić miejsce, i dopiero wtedy położyć nowy.
Zrobiłem listę i pojechałem do Castoramy. To poszło gładko. Potem zabrałem się do usuwania silikonu. Lekko nie było –niedoceniłem, jak wiele skrobania będzie potrzebne. Zamiast załatwić sprawę w jeden wieczór, musiałem ją rozłożyć na dwa dni. Ostatecznie jednak udało się. Miałem rant wanny oczyszczony i gotowy do przyjęcia uszczelki.
Do wanny nalałem wody. Sam stanąłem w środku, by kłaść silikon, kiedy jest obciążona – wtedy nie odklei się, gdy będziemy jej używać. Nakładałem warstwę etapami. Miejscami silikon wpadał w lukę, mimo że kładłem szeroką warstwę. Zaraz po położeniu wygładzałem go specjalnym przyrządem.
Gdy dotarłem do końca, całe dłonie miałem w silikonie. Wyczerpałem repertuar przekleństw. No ale miałem uszczelnioną wannę!
Czy silikon, który położyłem, wygląda dobrze? Nie. Wygląda, jakby kładło go pięcioletnie dziecko. Czy trzyma szczelność? Tak – przez ostatnie pięć lat nie miałem z nim problemu. Zadanie wykonane, a ja mam lepsze pojęcie, z czym się wiąże kładzenie uszczelki.

Ta historia to dość typowy przebieg moich przygód z samowystarczalnością. Zwykle potrafię zrobić to, czego potrzebuję, dobrze, ale niekoniecznie najlepiej jak to możliwe. Co dla mnie jest w zupełności wystarczające.

Więcej przykładów

W jakich jeszcze dziedzinach się realizuję?

  • Strzyżenie włosów –po co mam chodzić do fryzjera, jeśli mogę się oblecieć maszynką?
  • Smarowanie roweru – po co angażować serwis do drobnostki?
  • Podłączanie pralek, zmywarek – przecież nie będę wzywał hydraulika do pierdółki.
  • Kładzenie podłogi na balkonie – trochę bolało, ale oszczędziłem na robociźnie.
  • Składanie mebli – bo jak producent pisze, że potrzeba dwóch osób, to dla mnie brzmi jak wyzwanie!

Wszystkie te punkty mają wspólny mianownik: wolę zrobić średnio, ale sam, niż korzystać z pomocy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź na to pytanie kryje się w mojej osobowości.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się także, z minimalizowaniem polegania na innych ludziach. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, to szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na chęć uczenia się nowych umiejętności – drobnych, acz przydatnych w życiu. Jeśli nauczę się strzyc włosy, to nie będę musiał polegać na fryzjerze, chodzić do niego ani z nim rozmawiać.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią – czyli unikam odrzucenia.

Proces odkrywania nowego pola niezależności jest prosty. Zaczyna się od potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję czystych rzeczy. Identyfikuję sposób jej zaspokojenia – mogę zrobić pranie. Teraz zastanawiam się, czego potrzebuję, by to osiągnąć. Potrzebuję działającej pralki. Załóżmy, że pralkę już mam, wymaga tylko podłączenia. Przychodzi moment na rozważanie opcji. Rozważam wezwanie hydraulika – to oznacza wyszukanie kontaktu, zadzwonienie i umówienie się, przyjęcie tej osoby w domu. Wtedy pojawia się myśl: czy to takie trudne? Przecież sam sobie z tym poradzę!

Reszta to już wykonanie, czyli przeszukiwanie internetu, zakupy narzędzi i materiałów oraz realizacja.

Czyli z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi rodzi się nauka nowej umiejętności.

Ograniczenia i wyjątki

Ciekawe, że zadania wymagające precyzji nie są dla mnie. Nie mam tego przywiązania do szczegółu – choć wpisuje je do CV. Zadowala mnie i cieszy osiąganie ogólnego celu, wyniku, który jest zbliżony do mojego zamierzenia. Robota wykonana na 80% to dla mnie 100% satysfakcji. Nie interesuje mnie doprowadzanie zadania do perfekcyjnego stanu. Perfekcjonizm nie jest moim problemem – jestem pragmatyczny i gotowy na kompromis w działaniu.

Efektem ubocznym tej charakterystyki jest, że najłatwiej przychodzi mi odpuszczenie zadań wymagających precyzji. Dobrym przykładem jest sprzątanie mieszkania. Kiedyś byłem uczulony na sam pomysł, by robiła to zatrudniona osoba. Upierałem się, żeby robić to samemu, chociaż wiedziałem, że nie robię tego dobrze. Przy sprzątaniu ostatnie 20% jest ważne dla efektu.

W końcu odpuściłem – wynająłem firmę, by zajmowała się tym raz w miesiącu. Efekt: mieszkanie jest w lepszym stanie niż wcześniej. Ja mam więcej czasu na drobne zadania.

Jest bariera skomplikowania, której nie przekraczam. Chętnie naprawiam swój rower, ale z samochodem jadę do mechanika i nie próbuję udawać, że dam radę.

Jest bariera czasu. Jeśli coś wymagałoby ode mnie takiej ilości czasu, którą oceniam jako przesadną, nie biorę się za to. Mogę złożyć meble, ale położenie płytek w łazience to za dużo.

Jest bariera inwestycji. Jeśli zadanie wymaga zakupienia drogiego sprzętu, który nie znajdzie innego zastosowania, to się za to nie łapię. Mogę kupić maszynkę do strzyżenia włosów, by uniknąć fryzjera, ale nie kupię wiertarki udarowej, by wywiercić jedną dziurę.

Jak to się objawia w relacjach

Ta moja zaleta ma kilka interesujących benefitów w relacjach.

Jestem łatwy w utrzymaniu. To znaczy, że nie potrzebuję pomocy od swych znajomych i przyjaciół. Większość rzeczy ogarniam sam. Nie zawracam nikomu głowy drobiazgami domowymi. Możemy się skupić na bardziej interesujących tematach i zadaniach. Nie trzeba mi poświęcać uwagi i energii.

Choć sam niechętnie przyjmuję pomoc, to jestem bardzo skłonny do pomocy. Mam wypracowany zestaw umiejętności i chętnie wykorzystuję je, by pomóc moim znajomym i przyjaciołom. Czasem wprawdzie nie do końca mi wyjdzie, albo złapię się za coś, o czym nie mam pojęcia, i jest klapa. Częściej jednak znajduję rozwiązanie i skutecznie pomagam, a nawet jeśli nie wyjdzie, to nigdy nie rozwalę czegoś doszczętnie.

Lubię pokazywać i uczyć innych, jak wykonywać pewne zadania, i vice versa – lubię uczyć się od innych nowych umiejętności, które oni mają opanowane. Jedno i drugie sprawia mi przyjemność. Czy mam kogoś nauczyć grać w planszówkę, czy mam się nauczyć od kogoś – do obu podchodzę z dobrym humorem, uwagą i wprawą.

Zakończenie

Zaradność przydaje się w życiu – nie tylko osobie zaradnej, ale wielu w jej otoczeniu. To zasób, z którego posiadania jestem zadowolony i który chciałbym zachować.
Co jednak, jeśli zaradność przesuniemy dalej? Co jeśli podkręcimy intensywność? Wtedy w pewnym momencie przejdziemy od człowieka, który rzadko potrzebuje pomocy, do człowieka, który nie potrafi jej przyjąć.

Ale o tym w przyszłym tygodniu.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O stylach przywiązania

Tekst ten jest początkiem dłuższego cyklu poświęconego niuansom mojej psychologii. Zapowiedzią tego wydarzenia był już poprzedni artykuł, który wprowadził was w moje rozumienia pewnych bazowych zjawisk w mojej psychice: wstydu uogólnionego, lęku, elementów narcyzmu, wyparcia emocji. W kolejnych tygodniach będę eksplorował bardziej szczegółowe mechanizmy, takie jak objawiają się w moim zachowaniu i funkcjonowaniu.

Osnową tego cyklu będzie koncepcja stylu przywiązania, którą dzisiaj wam pokrótce przestawię. Określę też przy okazji jak identyfikuję swój własny styl. Nie aspiruje do tego by ten artykuł był naukowym opracowaniem, jednak dołożę starań, by zawarte w nim informacje były oparte na współczesnej wiedzy psychologicznej, tak jak ją rozumiem.

Artykuły w tym cyklu będą nieco krótsze, niż bywały w przeszłości. Będą też często bardzo osobiste – ten jeszcze taki nie będzie – gdy będę rozważał konkretne moje zachowania konstruktywne i destruktywne. Nie będę unikał sytuacji z życia wziętych i schematów, które obserwuje u siebie.

Style przywiązania

Style przywiązania są wyniesionymi z dzieciństwa sposobami wchodzenia w relacje, schematami, które wpływają na nasze emocje, myśli i zachowania wobec drugiego człowieka. Choć kształtują się przede wszystkim w dzieciństwie, to możliwe jest ich zmienianie w późniejszym życiu – może mieć to miejsce zarówno w wyniku świadomej pracy, jak i wpływów środowiska. Jedna osoba może charakteryzować się więcej niż jednym stylem przywiązania, albo w postaci stylu mieszanego, albo w postaci przechodzenia między stylami w zależności od sytuacji.

Wyróżnia się cztery podstawowe style przywiązania:

  • Bezpieczny
  • Unikający
  • Ambiwalentny / lękowy
  • Zdezorganizowany

Bezpieczny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem bezpieczeństwa w związku. Przejawia się w nim zdolność do dawania wsparcia bez oczekiwania nagrody i zdolność do proszenia o wsparcie bez strachu o odrzucenie. Osoby przywiązujące się w tym stylu nie boją się bliskości, okazują zaufanie. Ich podejście do rozwiązywania konfliktów jest konstruktywne. Otwarcie komunikują swoje potrzeby i dzielą się informacją zwrotną.

Unikający styl przywiązania charakteryzuje się potrzebą zachowania dystansu w relacjach. Osoby z tym stylem przywiązania nie są skłonne do przyjmowania wsparcia – bycie na łasce traktują jako zagrażające, choć same mogą być gotowe by go udzielić. Charakterystyczne jest dla nich unikanie i strach przed bliskością. Mają tendencję do samodzielnego i jednostronnego rozwiązywania problemów, są niechętne współpracy. Potrzeby raczej ukrywają niż komunikują, traktując je jak oznakę słabości. Mają tendencję do ignorowania informacji zwrotnej i nie dawania jej innym.

Ambiwalentny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem strachu o utratę niezwykle dla nich istotnej relacji. Manifestuje się w nim potrzeba do częstego otrzymywania wsparcia i zabiegania o nie – bycia zaopiekowanym raczej niż samodzielnym. Osoby z tym stylem odczuwają wielką potrzebę bliskości i strach przed jej utratą. Mają tendencję do pozostawiania rozwiązywania problemów innym. Potrzeby komunikują nie wprost i oczekują, że zostaną odgadnięte. Na informacje zwrotną mogą reagować jak na zagrażający relacji atak.

Zdezorganizowany styl przywiązania charakteryzuje się sprzecznymi zachowaniami w relacjach. Ten styl jest mieszaniną stylu unikającego i ambiwalentnego. Osoba przechodzi od zabiegania o wsparcie do jego całkowitego unikania. Wykazują konflikt między potrzebą bliskości a strachem przed bliskością. Nie mają jednej strategii rozwiązywania problemów, komunikowania emocji czy reagowania na informację zwrotną. Można takie osoby określić jako nieprzewidywalne w relacjach.

Mój styl przywiązania

To co przestawię w tej sekcji to nie jest żadna profesjonalna diagnoza. Opieram się tutaj na kilku prostych testach, które można wykonać samodzielnie w internecie, oraz na obserwacjach mojego funkcjonowania na co dzień. Nic mniej i nic więcej.

Moim głównym stylem przywiązania jest typ unikający. Charakteryzują mnie wszystkie typowe dla niego zachowania.
Jestem zdystansowany w relacjach, bliskie relacje mają dla mnie coś zagrażającego w sobie. W efekcie nie tworzę bliskich związków i relacji. Od rodziny, poprzez przyjaźnie, aż po relacje romantyczne utrzymuje dystans od drugiego człowieka. To okazuje się być szczególnie problematyczne przy relacjach romantycznych, oczywiście.
Unikam i boję się prawdziwej bliskości. Nie mówię o swoich emocjach, nie dzielę się przeżyciami. Mogę bez problemu mówić o faktach czy przemyśleniach, ale nie o emocjach i uczuciach. Sama myśl o takim otwarciu budzi we mnie strach.
Nie chcę, nie oczekuję i nie proszę o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam, nawet jeśli tego nie potrafię – byle tylko nie polegać na pomocy innych. Jeżeli kupuje czyjeś usługi, żaden problem, jeśli natomiast miałbym poprosić przyjaciela o prostą pomoc, to niedopuszczalne okazywanie słabości. Chętnie pomogę innym, ale sam czuję potrzebę pozostawania samowystarczalnym.
Nie jestem dobrym graczem drużynowym. Wprawdzie na rozmowach kwalifikacyjnych z uporem twierdzę, że jest inaczej, realia są takie, że nie chcę grać w drużynie. Nie chcę polegać na kimś i nie chcę by ktoś polegał na mnie. Komfortowo czuję się w takim układzie drużynowym, gdzie każdy ma ściśle określone zadanie do zrobienia i może funkcjonować jako indywidualny gracz. Nie lubię grać w spory drużynowe, nie znoszę gdy na szkoleniach czy warsztatach prowadzący mówi: „a teraz zróbcie coś w grupie”.
Nie komunikuje swoich potrzeb. To trochę jak z proszeniem o pomoc. Gdybym komuś powiedział, że potrzebuję, przykładowo, bliskości, to było by jednoznaczne z proszeniem, by ta osoba pomogła mi ją osiągnąć. A ja o pomoc nie proszę, wszystkim zajmuje się sam, także zaspokajaniem swoich potrzeb. Jakiejś nie jestem w stanie zaspokoić? Trudno, muszę obejść się bez niej.
Informację zwrotną zbywam, ignoruję lub się na nią obrażam. Każdy kawałek informacji zwrotnej sugerującej zmianę, jest podważaniem moje samowystarczalności. Dlatego nie akceptuję sugestii, że coś robię nie tak. Pozytywna informacja zwrotna to znowu strata czasu, przecież wiem, że robię to dobrze, nikt mi nie musi tego mówić – pod tym względem też jestem samowystarczalny. Zakładam, że wszyscy mają takie samo podejście do tematu jak ja, staram się więc nie dawać innym informacji zwrotnej żadnego typu.

Powyższy obraz jest celowo przerysowany i to podwójnie. Po pierwsze, zawarłem w nim tylko trudne czy negatywne cechy stylu unikającego, nie wspominając nawet o jego mocnych stronach. Po drugie, nie w każdej sytuacji reaguje z opisaną powyżej intensywnością, na przykład nie raz dałem i przyjąłem informację zwrotną, a świat się nie zawalił. Opisane wyżej schematy są bardziej tendencjami, niż gwarantowanymi w każdej sytuacji reakcjami.

Nim przejdę do kilku dodatkowych cech, wykraczających poza styl unikający, chciałbym złagodzić pierwsze przerysowanie, czyli spojrzeć na kilka zalet takiej formy wchodzenia w relacje.
Dobrze się sprawdzam w roli nieco oddalonego obserwatora. Mogę każdemu zaoferować dość obiektywną perspektywę, niezmąconą emocjonalnym zaangażowaniem.
Trudno jest mnie, nawet przypadkiem wciągnąć w emocjonalne wybuchy. To sprawia, że w trudnych momentach, można polegać na mojej spokojnej i racjonalnej ocenie sytuacji.
Choć mówienie o uczuciach jest dla mnie prawie niemożliwe, to mówienie o faktach i koncepcjach jest niezwykle proste. Mówienie tego jak jest, co się wydarzyło, co zrobiłem, tak długo jak pozostaje w sferze faktów jest łatwe, bez potrzeby owijania w bawełnę i motania.
Samowystarczalna osoba jest łatwa w obsłudze. Faktycznie ogarniam większość spraw, które mam do ogarnięcia bez pomocy. Co więcej potrafię ogarnąć wiele spraw, więc mogę Ci pomóc z twoimi. Więcej nawet, lubię pomagać innym z ich różnymi drobnymi potrzebami.
Choć nie potrafię grać w drużynie, to jestem silnym solistą. To nieco związane z poprzednim punktem, potrafię zrozumieć i rozwiązać wiele problemów, tak długo jak nie muszę tego robić w towarzystwie. Nawet w sportach czy działaniach drużynowych, jeśli da się znaleźć pozycję dla indywidualisty to ja ją chętnie wypełnię i będę przydatny dla zespołu!
Nie będę Ci zawracał głowy swoimi potrzebami. Zajmę się nimi sam. Okazuje się, że całkiem sporo z nich można faktycznie bez problemu ogarnąć w pojedynkę, albo można z nich kompletnie zrezygnować. Kolejny element sprawiający, że jestem łatwy w utrzymaniu.

Unikający styl przywiązania to moja główna charakterystyka. Dostrzegam jednak u siebie także elementy ambiwalentnego albo lękowego typu. Zależnie od sytuacji, może u mnie występować reakcje czerpiąca z tegoż, choć jest to rzadkością w porównaniu ze stylem unikowy.
Jestem bardzo uważny na innych. Przyglądam się, obserwuję i monitoruję zachowanie ludzi w moim otoczeniu. Przykładam wielką wagę do szczegółu. Wszystko co da się zinterpretować jako znak, że ktoś staje się do mnie negatywnie nastwiony zauważę i zinterpretuje w najczarniejszy możliwy sposób. Nawet pod wpływem drobnego gestu mogę zmienić zdanie i kurs, byle tylko uniknąć naruszenia ważnej relacji. To czyni mnie chwiejnym i konformistycznym.
Zamiast wyrażać swoje potrzeby i narażać się na ich odrzucenie, wolę tworzyć obraz siebie jako wymagającej pomocy ofiary. Tak, nie wprost, komunikuje swoje potrzeby. Właściwie to staram się skłonić innych by odgadli czego mi potrzeba, na podstawie nieszczęść, które mnie rzekomo trapią. Nie proszę o pomoc. Staram się wywołać litość, która ostatecznie da mi to czego potrzebuję.

To dwie główne negatywne cechy lękowego stylu przywiązania, które w sobie dostrzegam. Jest tego nieco więcej na przecięciu ze stylem unikowym, gdzie pojawiają się mieszane mechanizmy, czy raczej mechanizmy unikowe zmodyfikowane o aspekt lęku.

W stylu lękowym także można dojrzeć silne aspekty, które uzupełniają się z jego wadami.
Styl lękowy jest dla mnie źródłem intensywnej empatii. Jestem w stanie dostrzec stany emocjonalne i fizyczne osób wokół mnie, tych na których mi zależy i się do nich odnieść. Nie musicie mi nic mówić, a ja zorientuje się że jesteście rozgniewani, zmęczeni czy znudzeni.
Styl lękowy wiążę się z wielkim oddaniem drugiej stronie. Jak już stworzę relację, to jestem gotów w nią inwestować i się jej trzymać. Wiele potrafię wybaczyć i zapomnieć, koncentrując się na  tym raczej co trzyma nas razem, niż co nas dzieli.

Podsumowanie

Przed nami długa droga przez niuanse i detale tego jak wygląda moje funkcjonowanie w relacjach. Dzisiaj postawiliśmy pierwszy krok. Nakreśliliśmy ramy wokół których zorganizuję dalszą pracę nad bardziej konkretnymi sytuacjami z życia wziętymi i stojącymi za nimi mechanizmami.

A czy wy badaliście kiedyś swój styl przywiązania? Albo czy zastanawialiście się jak funkcjonujecie w relacjach i jak to możecie zmienić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wstydzie, lęku i egocentryzmie

W miarę postępu w terapii, autor analizuje wewnętrzne mechanizmy związane z brakiem bezpieczeństwa i wstydem. Odkrywa swoje lęki przed oceną, unika bliskości oraz tłumi emocje. Mimo fantazji o lepszym świecie, czuje się ofiarą niesprawiedliwości. Dąży do zrozumienia swoich strategii radzenia sobie z bólem i odrzuceniem.

W miarę jak postępuję naprzód w terapii, odkrywam nowe sposoby patrzenia na swoje funkcjonowanie i kręcące nim mechanizmy. Systematycznie, buduję obraz mojego świata wewnętrznego, który tłumaczy to, co widzę w swoim zachowaniu. Przedstawię moją obecną analizę i interpretację kluczowych aspektów oraz opiszę obraz, który się z nich wyłania.

Czuły na brak bezpiecznego portu [Wysoka reaktywność, brak bezpiecznych więzi]

Jestem czuły na bodźce, typ obserwatora. Uważnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, i chłonę to, co widzę. Zwykle nie wspominam o tym, co zauważyłem ani jakie wyciągnąłem z tego wnioski – zachowuję je dla siebie.
Łatwo ulegam przebodźcowaniu. Duże grupy ludzi są dla mnie męczące, bo to właśnie na nich reaguję. To gesty, słowa, mimika – wszystkie te drobnostki przyciągają moją uwagę.
Już od małego bliskie relacje były dla mnie trudne. Innym osobą dają one poczucie bezpieczeństwa, dla mnie są czymś zagrażającym. Spodziewam się w nich krytyki, transakcyjności oraz braku zaufania i bezpieczeństwa.
Używam mojej bolesnej supermocy uważności, by czujnie unikać bliskości – nie dam się więcej zranić.

Nieustające czuwanie [Wrażliwość na ocenę]

Każdy twój ruch, przypadkowy gest, westchnienie czy mina są zauważane i rejestrowane. Przyglądam się wszystkim w otoczeniu. Nieustannie badam, czy nie dostrzegę śladu niechęci.
Powiedziałem żart. Czy się zaśmiała? Jeśli nie – dlaczego? Czy żart był słaby? A inni? Czy się śmieją albo chociaż uśmiechają? Dłonie stają się wilgotne od potu. Wydaje mi się, że się odsunął z niechęcią. Czy to przez żart? Mój żołądek spina się w kulkę.
Czuwam bez ustanku. Zmysły są wyostrzone. Nasłuchuję skrawków rozmów, tak jakby każda była o mnie. Interpretuję je w ten sposób. Badam, co to może oznaczać. Czuję ulgę, gdy zorientuję się, że sprawa mnie nie dotyczy. Mogę przenieść uwagę na kolejną osobę i z jej zachowania wyczytywać, co o mnie sądzi.
Muszę pozostawać w gotowości, nie ma wyboru. Muszę uważnie monitorować innych i siebie, by sprawdzić, czy nie robię czegoś, co mogłoby się nie spodobać. Jeżeli opuszczę gardę choćby na chwilę, zorientują się. Zobaczą to, czego się tak wstydzę.

Na początku był wstyd [Toksyczny wstyd]

To się wszystko zaczęło od wstydu. Czego się tak wstydziłem? To tajemnica! Wiedzcie tylko, że muszę dbać o to, by nikt jej nie poznał – to stąd ta cała czujność.
Ja siebie widzę takim, jakim jestem, nikt inny nie może mnie zobaczyć! To by była katastrofa. Ten ktoś by się dowiedział i jak nic mnie porzucił, a nie mogę na to pozwolić. Muszę się ukrywać, maskować to, kim jestem – bo się wstydzę.
Czy ty dostrzegasz część prawdziwego mnie? To niedobrze! Czuję palpitacje serca! Muszę działać. Odwrócić twoją uwagę albo uciec. Kiedy zniknę ci z oczu, zapomnisz o mnie i ten przebłysk, który ujrzałeś, zatrze się szybko w pamięci.
To tak już jest, że jak tylko ktoś się do mnie zbliży, to ja znajdę sposób, żeby stworzyć między nami dystans. Nikt rozsądny nie chce, żeby inni poznawali jego wstydliwe sekrety. Mój wstydliwy sekret jest ogromny. Tak wielki, że nie mogę pokazać ani kawałka siebie, bo natychmiast się wyda. Zdradzę wam w zaufaniu, że jest za wielki nawet dla mnie i ja sam nie wiem, co to jest, czego się wstydzę. Może to wszystko, co jest moje, a może nic?
Zresztą, nieważne, co to jest – mój wstyd nie interesuje się prawdą. Ważne, że wiem doskonale, iż nawet teraz rodzi się wam w głowach ocena, która będzie dla mnie druzgocąca – i nie liczy się, czy tak faktycznie jest.

Boję się, że mnie źle ocenią [Lęk przed oceną]

A może właśnie boję się, że mnie dobrze ocenisz? Dobrze, czyli źle. Negatywnie. W końcu mam tak wiele powodów do wstydu, że nie potrafię żadnego nazwać. Naturalne jest, że kto na mnie spojrzy, zobaczy je od razu. Oceni, że jestem nic niewart.
Zdarzyło wam się kiedyś, w środku ważnego dnia, poplamić sosem swoją białą koszulę? Zero możliwości, by ją zmienić. Zero możliwości, by ją zdjąć. Przed wami najważniejsze spotkanie miesiąca. Czekają klienci, prezesi i kto tam jeszcze. Wy patrzycie w dół i jedyne, co widzicie, to plama na koszuli. Pytania w głowie: czy oni ją zobaczą? Jak mogę ją ukryć? Czy to koniec?
Moje życie to każdy dzień w poplamionej koszuli. Główne zadanie: nie dopuścić, byście zobaczyli plamę. Jeśli ją zobaczycie, to oczywiście przestaniecie się do mnie odzywać. Nie będziecie chcieli mnie znać.
Robię przeróżne wygibasy, byle tylko ukryć plamę. Trzymam dystans – bo z daleka trudniej dostrzec takie szczegóły. Odwracam się obojętnie plecami – bo wtedy jej nie widać. Rozpraszam waszą uwagę. Kieruję rozmowę na was – wtedy nie patrzycie na mnie. Najważniejsze: trzymam się w samotności – nikt mnie nie widzi i nie ocenia.
Nie chcę od was piątki. Jestem przecież przekonany, że na nią nie zasługuję. Rzecz w tym, by nie dostać jedynki. To by była katastrofa. Tego jednego się boję. Siedzę z tym strachem sam każdego dnia.
Jak fajnie byłoby być w świecie, w którym nikt nie ma mocy mnie ocenić! Albo w takim, w którym nie noszę żadnej plamy! Ale to tylko fantazja…

Z fantazją nie ma strachu! [Fantazje wielkościowe]

Stworzę sobie świat bez poplamionych koszul! Mam do dyspozycji niezmierzone przestrzenie wyobraźni. Kształtowałem je już nieraz według potrzeb. Tworzyłem nowego siebie. Tworzyłem otoczenie, którego potrzebowałem. Rzeczywistość jest przereklamowana. Dostać w niej to, co się chce, to przerażający proces. Zbudowanie fantastycznej krainy, w której jestem półbogiem, to ułamek sekundy i zero strachu!
Niejeden świat stworzyłem w ciągu swego życia. Nigdy ich nie liczyłem. Pewnie były to dziesiątki, jeśli nie setki. Choć przyznaję, że większość z nich pożyczyłem. Brałem scenografię z książki czy filmu. Czasem pożyczałem całą historię, lekko ją modyfikując.
Który z nich był pierwszy? Stawiałbym na Dziki Zachód z Winnetou i Old Shatterhandem. Później Tolkien. To mi się zdarzało jeszcze niedawno. Bywałem orkiem i bywałem elfem. Nie wybrzydzałem. Ważne było, żeby rola dawała poczucie siły. Żebym nie znał strachu.
Czy jako kapitan Gwiezdnej Floty, czy jako czarodziej w moim świecie – byłem nieustraszony, potężny i zawsze zwyciężałem. Nikt mnie nigdy nie opuszczał. Co najwyżej ja mogłem zostawić kogoś za sobą. Nieważne, skąd brałem scenografię. Ważne, że dawała mi moc.
Gdyby tak dało się żyć tylko fantazją! Niestety, czasami trzeba wyskoczyć do realnego świata. A tam… nic mnie tak nie wkurza jak mój własny strach.

Kiedy się wkurzę to się nie boję [Gniew zastępczy]

Gdy rozmawiamy sobie swobodnie, uśmiecham się, jestem miły. Chcesz mi dać informację zwrotną – drobną poprawkę w moim sposobie bycia. Nadal się uśmiecham, ale wiedz: właśnie się na ciebie wkurzyłem. Możesz to dostrzec po lekko zaciśniętych szczękach. Czasem zwijam dłoń w pięść. Zmieniam ton głosu – staje się twardszy, słychać w nim złość.
Bo jak śmiesz twierdzić, że nie jestem idealny? Czy ty próbujesz sugerować, że zrobiłem coś źle? Co za nonsens! Co za tupet! Nie ma takiej możliwości! Wczoraj wieczorem w fantazjach zniszczyłem całą planetę. A ty mówisz, że buty nie pasują mi do koszuli? To niemożliwe, żebyś dostrzegł słabość we mnie. Cokolwiek to jest – było zaplanowane.
Gdybym nie był taki wściekły, to jeszcze zacząłbym się bać. Bać, że dostrzegasz to, o czym nie wspominamy. Że za chwilę wstaniesz i odejdziesz. Że cię już nigdy nie zobaczę. Na szczęście złość jest tak cudnie zaborcza – nie zostawia miejsca na inne emocje. Jest łatwiejsza niż strach, bo daje złudzenie siły i kontroli – zupełnie jak fantazje.
Wewnętrzne napięcie rośnie. Mój ton staje się bardziej oschły. Słowa są jeszcze przyjazne, ale na końcu języka mam „Ty ku***!”. Dłonie zaciskają się w pięści. Na słowach może się nie skończyć. STOP! Nie ma zgody na takie wyskoki! Nie potrafię się bezpiecznie złościć? Tak bardzo nie radzę sobie z emocjami? No to szlaban na czucie – dla własnego bezpieczeństwa.

Nie wolno się złościć! [Tłumienie emocji]

Nie wolno się złościć! Te słowa są jak mantra, choć jej nie powtarzam. Nie ma takiej potrzeby – jest zakorzeniona w sposobie patrzenia na emocje. Złości czuć nie wolno!
Szkopuł w tym, że to się tak do końca nie da. Emocje mają to do siebie, że pojawiają się bez pozwolenia. Co gorsza – jedna z drugiej może wypączkować! Poczuć jedną, to zaryzykować poczucie kolejnej. A kto wie, może to będzie właśnie złość?
Z mojej perspektywy najlepiej byłoby nie czuć nic – bo wtedy nigdy bym się nie zezłościł. A przy okazji rozwiązałbym problem wstydu. Skoro tak się nie da, to jedyny wniosek: trzeba próbować. Ponosić porażkę za porażką, nie wyciągając wniosków, i udawać, że się nic nie czuje.
To jest trik! Jeśli będę udawał dość dobrze, to sam uwierzę w to, że nic nie czuję. To prawie to samo, co nic nie czuć! Nawet jeśli nie do końca – to przynajmniej nie grozi mi wtedy wyzywanie innych i wymachiwanie pięściami. To dobrze, prawda?
W świecie fantazji mogę nie mieć emocji, jeśli nie chcę. O ile lepiej by było, gdyby ten świat miał taką opcję. W fantazjach wszystko jest po mojej myśli. Tutaj wszystko działa przeciwko mnie. Jakbyście uwzięli się, żeby robić mi na złość. Żebym tylko nie był szczęśliwy. Czemu czuję, że mnie krzywdzicie?

Czemu świat nie jest taki jak ja chcę? [Poczucie krzywdy]

Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. No i ja jestem tym biednym. To już dawno przestało być śmieszne. Co bym sobie nie zaplanował, co bym nie pomyślał – zawsze ktoś albo coś staje mi na przeszkodzie. Złośliwość losu i ludzi, mówię wam!
Jak chcę zostać bogaty, to nie dostaję ani awansu, ani podwyżki. Na jedno i drugie zasłużyłem, ale zły szef, zła firma uwzięli się, żeby nie dawać. Jak chcę być piękny, to na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Jak chcę schudnąć, to każdy mi wciska ciasteczka, a do tego są święta – no i wiadomo, że kawałeczek serniczka jeszcze wejdzie. Kiedy chcę sławy, nikt o mnie nie mówi. Kiedy chcę chwili spokoju, wszyscy dzwonią, żeby się spotykać. Wiem, że to przesada, ale tak to momentami odczuwam.
Może to niesprawiedliwe wobec świata, ale nic na nim nie dzieje się po mojej myśli. Twierdzicie, że to mało prawdopodobne? W moim życiu nie siedzicie. Ja wiem lepiej i mówię wam, że wszystko co do jednego układa się na opak.
Dlaczego świat nie może się poukładać pod moją myśl? Gdyby tak stał się nieco bardziej taki, jakim ja go chcę – dla mnie to by była bomba! Już nie mówię, żeby wszystko miało się układać po mojemu, ale te parę spraw przecież mogłoby. Niestety, jestem na każdym kroku pokrzywdzony. To smutne, nie uważacie?
Zresztą, ja wam tego nie opowiadam, żeby się żalić – co to, to nie. Mi chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli mój ból. Bo może możecie mi pomóc?

Jestem taki biedny. Pomożesz mi? [Rola ofiary]

Nie mam zupełnie czasu! Tyle na głowie. Gonię resztkami sił, a tu jeszcze trzeba zrobić to czy tamto. Nie no, zrobię to, wiadomo, ale co się przy tym wycierpię, to moje. Słuchaj, wczoraj wróciłem po północy do domu. Nic nie spałem, ledwo co, a dzisiaj o szóstej już do pracy. No i jeszcze wieczorem trzeba śmieci wyrzucić… Naprawdę? Skoczysz je wyrzucić? Jesteś cudowny! A skoro i tak idziesz, to czy możesz zahaczyć o Żabkę i kupić mi ciasteczka i sok? Dzięki!
Ja jestem strasznie nieciekawy. Nic nie potrafię powiedzieć po ludzku. Bo się strasznie peszę. Będziecie się ze mną nudzili. Jak by tu był ten drugi, to on ma gadane. Ja niestety nie. Szkoda, że trafiliście na mnie. Tak? Jestem całkiem zabawny? To miło, że tak mówisz, ale mi się wydaje… No skoro nalegasz, to w sumie nie będę się kłócił. Jesteś przemiła!
Mogę to zrobić, pewnie. To moje zadanie w końcu. Jeszcze mi wpadło sprawdzenie danych. Będzie na to potrzeba czasu. Myślałem, że dzisiaj wyskoczę do kina, ale może w przyszłym tygodniu. Zebrało się sporo spraw. Czekają na raport. Niby parę slajdów, ale to jednak trzeba przysiąść, żeby to jakoś wyglądało. O, jeśli byłbyś w stanie to wziąć, to by mi mega pomogło! Dzięki!
No ale dlaczego ja? Przecież ja się na tym nie znam. Ja nie wiem. To mnie przerasta. Ja nie potrafię. Pomożesz? Super! Ty to potrafisz ogarnąć. Lepiej ty niż ja, bo ja na pewno coś zepsuję. Super, że już załatwione. To odezwę się jeszcze.
To naprawdę działa! Nie zawsze, ale jednak. Nigdy nie muszę mówić, czego potrzebuję. Ludzie, kiedy czują współczucie, sami zgadują, co to może być!
Jak się nad tym zastanowić, to bycie nieudacznikiem może być portem, w którym znajduje się schronienie. Czy jest w nim bezpiecznie? Czasem bywa…

I potem zaczynam od początku [Wzmocnienie cyklu]

To tylko namiastka prawdziwego bezpieczeństwa i przywiązania, ale nigdy ich nie miałem, więc wpisuje się w cały cykl. Wróciłem do początku – szukam w niewłaściwych miejscach bliskości, relacji, zaspokojenia potrzeb. Skoro się sprawdza, dlaczego miałbym z tego rezygnować?
Może dlatego, że kiedy się w tym zorientuję, to się tego wstydzę? Ale już przerobiliśmy moje metody radzenia sobie ze wstydem. Wszystkiego się wstydzę, to mogę i tego na dokładkę. Tylko muszę jeszcze ciaśniej zacisnąć pętlę kontroli nad emocjami. Więcej fantazji, więcej gniewu, więcej tłumienia emocji! Znam ten schemat jak własną kieszeń, mogę go powielać w nieskończoność.
Choć zdradzę wam w sekrecie, że to nie jedyny sposób, bym dostał to, czego chcę.
Może myślicie: „Hej, stary, po prostu tak nie rób i będzie w porządku!” Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Te mechanizmy są moją drugą naturą. To intuicja. Wiecie, jak trudno jest jej się przeciwstawić, nawet kiedy wiemy, że jest w błędzie?
Czasem się da. Kiedy wszystko idzie gładko, kiedy nic nie staje na mojej drodze, mogę ignorować swoją intuicję. Jest jednak wiele spraw, dużych i drobnych, które odpalają mnie jak lont w dynamice i kiedy już ruszą, nie sposób mnie zatrzymać.

Moje zapalniki [Wyzwalacze]

Konstruktywna krytyka [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie na spotkaniu w pracy, omawiamy aktualne tematy. Ktoś zwraca uwagę, że mógłbym poprawić kilka rzeczy w jednym z modeli, które stworzyłem – to słuszne, dobrze umotywowane uwagi. Czuję złość, wściekłość nawet. Odcinam tę emocję, spycham ją i tłumię. Na zewnątrz wydostaje się co najwyżej delikatna irytacja w głosie. Cała reszta spotkania to fantazjowanie, że mam rację, a mój krytyk się nie zna.

Poczucie bycia zdemaskowanym [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie przed laptopem w pracy, piszę odpowiedź na maila. Przychodzi wiadomość na komunikatorze: kolega zauważył, że jeden z elementów w bazie, za którą odpowiadam, ma dziwną wartość. Może wkradł się błąd?
Co za sku***! Co on sobie wyobraża? Na pewno nawet nie potrafi używać tych danych i nie wie, o co w nich chodzi. Sprawdzam jednocześnie problematyczny element. Faktycznie błąd. Ale ja jestem beznadziejny. Gdybym tylko cofnął czas i to zmienił, nie byłoby problemu.
Złość nadal we mnie kipi, ale wciskam ją coraz głębiej. Nie mam ochoty odpowiadać – może jutro. Niech sobie nie myśli, że jego obserwacja mnie zainteresowała!

Brak uwagi lub uznania [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Wysłałem wiadomość już dziesięć minut temu i sprawdzam dla pewności, czy na pewno poszła. Tak, jak najbardziej. Jeszcze nieodczytana, na komunikatorze jest ikonka, która o tym informuje. Coś długo, widać nie było okazji.
Ikonka zmieniła się na przeczytane pięć minut temu. Dlaczego nie odpisuje? Co zrobiłem nie tak? Pewnie powiedziałem coś głupiego. Czytam swoją wiadomość jeszcze raz. Niby nic, może trochę za poufały ton? Czemu ja jestem taki głupi? Już się wkurzyłem na siebie i na odbiorcę.
Wymyślam alternatywną wersję swojej wiadomości – taką rozsądniejszą. Jest super. Gniew powoli zapada się w podświadomość, ale wciąż nie mam uwagi, której szukam.
Piszę kolejną wiadomość niby na spokojnie, nie upominam się o odpowiedź, tylko dorzucam parę zdań. Wtrącam o tym, co mi się nie udało i jakie to były trudne parę dni. Nie muszę czekać długo, by druga strona zaczęła pisać odpowiedź.

Poczucie bezsilności [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Gra była wyrównana, a teraz przeciwnik raz za razem dociąga kartę, jakiej potrzebuje, a ja same landy (których nie potrzebuję)! Nic z tym nie mogę zrobić. Moje decyzje są nieważne, ja jestem nieważny, bezsilny…
Złość na przeciwnika szybko rozwija się we wściekłość. Niby wiem, że nie kierują oni dociąganymi kartami bardziej niż ja, ale moja intuicja maluje ich jako winnych wszystkiemu. Tracę koncentrację i zaczynam popełniać błędy. To napędza schemat.
Gdybym tylko zagrał inaczej dwie tury temu. Gdybym tylko nie odpalał gry teraz, ale za godzinę, tak jak miałem w planach – miałbym innego przeciwnika i inne karty.
Dłoń zaciska się na myszce, czuję, jak jej obudowa zaczyna trzeszczeć. Przypominam sobie, jak rzuciłem myszką w monitor, rozbijając matrycę. Kosztowało mnie to 600 złotych. Spycham wściekłość w głąb.
Zawsze wszystko jest przeciwko mnie. Nawet to, co powinno być losowe. Pójdę pożalić się koledze na niesprawiedliwość losu, może da mi trochę współczucia.

Zazdrość [rola ofiary]
Kariera nie ma dla mnie znaczenia. To stwierdzenie jest prawdziwe. Kiedy w cyklu ewaluacyjnym nie dostaję awansu, uważam się za pokrzywdzonego i niesprawiedliwie potraktowanego. To zdanie też jest prawdziwe.
To nie jest tak, że się złoszczę. Nie, po prostu jestem rozczarowany i przekonany, że los mnie źle potraktował. Nie chcę tego awansu, nie obchodzi mnie, czy go dostanę, ale kiedy go nie dostaję, myślę sobie: a to draństwo! Co? Niby nie zasłużyłem? Nie należy mi się?
No i jest jeszcze zazdrość. Jak tylko pojawiają się informacje o kolegach i koleżankach, którzy awansowali, to im zazdroszczę. Patrzę na nich wilkiem – w mojej głowie; w rzeczywistości nie daję nic po sobie poznać – kwestionuję zasłużoność awansu, porównuję ich ze sobą i podkręcam moje poczucie bycia ofiarą systemu.
Całość trwa około tygodnia lub dwóch, kiedy obwieszczane są awanse. Potem mija i nie myślę o tym, aż do kolejnego cyklu. Chyba że ktoś wspomni o awansie przy śniadaniu. Wtedy przechodzę skróconą wersję powyższego procesu w pięć minut.

Po waszej stronie lustra [Efekty]

W tym paragrafie będę dużo zgadywał, bo nie widzę świata z waszej perspektywy, a przed informacją zwrotną osłaniam się jak diabeł przed wodą święconą. Wybaczcie mi omyłki i dajcie znać, jak to ze mną jest. Jak się prezentuję zewnętrznemu światu?

Wyobrażam sobie, że ludzie widzą mnie jako bardzo spokojnego i opanowanego. Kogoś, kto nigdy się nie złości. Może ktoś dostrzeże drobne poirytowanie, zmieniony ton głosu. Przypuszczają też, że ujawnia się mój wyfantazjowany egocentryzm i poczucie wyższości. Może to jest do zauważenia, że mam tendencję do patrzenia na innych z góry.

Zgaduję, że jawię się jako osoba wycofana i niezaangażowana. Zawsze na dystans, nigdy w pełni razem. Z tym może także wiązać się postrzeganie mnie jako kogoś pasywnego, niezainteresowanego kierowaniem czy zmierzaniem w jakimś kierunku.

Pewnie część osób widzi we mnie człowieka skrytego – i to na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony, kogoś, kto mało o sobie mówi, komu nic ciekawego się nie przydarza. Z drugiej strony, kogoś, kto ukrywa swoje emocje, nie okazuje ich, nie chce się nimi dzielić.

Mogę też zgadywać, że jestem postrzegany jako ktoś negatywnie nastawiony do życia. Osoba w typie: szklanka jest do połowy pusta, a zaraz zapewne się stłucze. Kogoś, kto wszystko, widzi w ciemnych barwach. Kogoś, kto opowiada o swoich trudnościach lub problemach, nie wspominając o sukcesach.

Zresztą, przeczytajcie po prostu ten rozdział i policzcie, ile wymieniłem pozytywów, a nawet jeśli wymieniłem jakiś, to czy nie próbuję go sprzedać jako ukryty problem.

To przeprowadza mnie do podsumowania. Ciężko się wyrwać ze swoich schematów, nawet jeśli doskonale zdajemy sobie sprawę, że są w nas aktywne. Przecież nawet ten tekst, jeśli się chwilę zastanowić, jest próbą zdobycia współczucia i sympatii! Kiedy zaczynałem go pisać, jeszcze o tym nie wiedziałem. Zorientowałem się w połowie, że moje intencje nie są żadną miarą czyste. Nie przestałem jednak, bo nawet jeśli jest efektem działania mechanizmu, może przynieść coś dobrego.

Całkiem na zakończenie dodam, że opisane dziś mechanizmy nie są jedynymi, które we mnie działają. Mam o więcej strategii unikania odrzucenia i bólu niż fantazjowanie i stawianie się w roli ofiary: dystansowanie, racjonalizacja, unikanie, substancje i zachowania kompulsywne. Jest tego sporo i w przyszłości mam nadzieję spojrzeć na nie bliżej.

A wy? Wiecie już, jakie mieszkają w was demony i jakie strategie przyjmujecie, by sobie z nimi radzić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O tworzeniu

Tworzenie jest kluczowym narzędziem komunikacji, pozwalającym dzielić się myślami, emocjami i pomysłami zarówno z innymi, jak i samym sobą. Autor podkreśla jego rolę w refleksyjności, wsparciu relacji oraz autoterapii, a także zwraca uwagę na zagrożenia związane z oczekiwaniami i chęcią zysku.

Potrzebuję sposobu na komunikowanie się ze światem. Jest we mnie pragnienie podzielenia się myślami, ideami, pomysłami i fantazjami z innymi. Kluczowym narzędziem służącym mi w tym celu jest tworzenie.

Tworzenie jest na czwartym miejscu mojej hierarchii wartości. Plasuje się w niej wysoko — przed nim są wolność, rozwój i relacje, a za nim zabezpieczenie zasobów. Twórczość jest wartością samą w sobie oraz stanowi narzędzie dla innych wartości. Wykażę to w dalszej części artykułu, uzasadniając także jej miejsce w mojej hierarchii.

Nie będę wchodził głęboko w definicję tworzenia. Intuicyjne rozumienie tego pojęcia wydaje mi się wystarczające. Chciałbym jednak zauważyć pewną jego szczególną właściwość, która nie jest oczywista: kiedy mówimy o tworzeniu, mówimy o komunikacji. Mówiąc o komunikacji, niekoniecznie mamy na myśli tworzenie — czyli twórczość jest jednym z rodzajów komunikacji.

Na potrzeby tego artykułu przypomnę tylko, że dobro jest dla mnie tożsame z refleksyjnością. Podążam tu za sformułowaniem metawartości refleksyjności jako stoickiego dobra, zaproponowanym przez Tomasza Mazura: https://zbc.uz.zgora.pl/dlibra/publication/90553/edition/81042/content

Tworzenie jako wartość

Podzielę dyskusję o wartości twórczości na dwa obszary. Pierwszy to funkcja komunikacji ze światem zewnętrznym, a drugi — funkcja autoterapeutyczna, czyli komunikacja wewnętrzna.

Komunikacja ze światem

Komunikowanie myśli i idei
Tworzenie jest sposobem na przekazywanie naszych wewnętrznych rozmyślań innym ludziom. Czy w swych rozmyślaniach się mylimy, czy mamy rację, mają one potencjał, by wywołać refleksję w drugim człowieku.
W szczególnych przypadkach może to oznaczać przekazywanie informacji zwrotnej, która ma znaczny potencjał refleksyjny dla osoby ją otrzymującej. Pozwala jej spojrzeć z nowej perspektywy na swoje decyzje i czyny.
W tym punkcie koncentruję się na refleksyjności innych, ale — jak wspominałem wcześniej — moja refleksyjność nie jest w niczym lepsza od refleksyjności drugiego człowieka.
Tworzenie jawi się jako wartość sama w sobie.

Komunikowanie potrzeb
Tworzenie jest sposobem na zakomunikowanie moich potrzeb światu zewnętrznemu. Świat nie ma obowiązku ich zaspokajać, ale komunikat stwarza ku temu szansę.
Dlaczego miałoby to być istotne dla refleksyjności? Zaspokajanie potrzeb nawiązuje do wartości „zabezpieczenia zasobów” i nią jest. Potrzeba — o ile jest faktyczna, a nie jedynie zachcianką — oznacza brak lub niedobór jednego z zasobów. Poprzez odpowiednią komunikację swoich potrzeb zwiększamy prawdopodobieństwo ich zaspokojenia.
Wartość tworzenia jest tu pośrednia i wynika z faktu, że sprzyja ono zabezpieczaniu zasobów. Motyw wzmacniania innych wartości będzie powracał także w kolejnych punktach.

Tworzenie i pogłębianie relacji
Przy budowaniu więzi z ludźmi szczególnie istotne jest wyrażanie emocji. To buduje bliskość i sprawia, że osoba po drugiej stronie lepiej rozumie nasz stan oraz reakcje.
Dzielenie tej samej emocji w odpowiedzi na konkretną stymulację sprawia, że zaczynamy patrzeć na drugą osobę cieplej. Aby do takiej sytuacji doszło, musimy w klarowny sposób przekazać jej naszą odpowiedź emocjonalną.
W ten sposób tworzenie sprzyja relacjom.
Dla mnie jest to szczególnie trudny rodzaj interakcji ze względu na blokady i zaburzenia, których doświadczam w sferze emocji. Do tego tematu wrócę i przyjrzę się jego wpływowi na jakość moich relacji.

Organizowanie grupy i społeczeństwa
To dopełnienie poprzedniego punktu, rozciągające go na relacje w obrębie szerszych grup ludzi. Każdy z nas ma wpływ na organizowanie się naszych grup towarzyskich i naszego społeczeństwa. Odbywa się to poprzez twórczą komunikację.
Mogę działać na rzecz zmian w swoim środowisku społecznym, przekazując jego członkom moje pomysły, odczucia i plany dotyczące tej wspólnoty. Mogę pomagać im rozpoczynać i prowadzić rozważania nad optymalną organizacją wspólnej rzeczywistości, a oni mogą pomagać mi zrozumieć, jak się zachowywać i jak tworzyć wspólnotę.
To ponownie sprzyja relacjom oraz tworzy lepsze warunki zewnętrzne, tak aby refleksja jednostki była łatwiej osiągalna.

Autoterapia/autokomunikacja

Porządkowanie myśli/filozofii/emocji

Tworzenie może być aktem porządkującym. Ja wykorzystuję je w ten sposób. Zazwyczaj ma to formę pisania eseju czy opowiadania. Czasem jednak jest to proste mówienie o tym, co myślę. Dotyczy to zarówno rozmowy z drugim człowiekiem, jak i mówienia do siebie.
Tworzy to silniejsze oparcie dla refleksyjności, a sam ten akt jest rodzajem refleksji.
Dlaczego piszę o tym jako o formie autoterapii? Ponieważ niektóre z moich kłopotów poznawczych czy drobnych zaburzeń są efektem chaosu w sferze myśli i przekonań. Dobrym przykładem jest, poruszany niedawno, temat jedzenia mięsa. Tkwił za nim chaotyczny konflikt wewnętrzny, którego uporządkowanie w dialogu ze sobą przyniosło mi korzyść.

Szczególnym przypadkiem uporządkowanej myśli jest filozofia, którą się kierujemy. Każdy z nas jakąś ma, nie każdy jednak zdaje sobie z tego sprawę.
Tworzenie oparte na naszej podbudowie filozoficznej pozwala nam ją dogłębniej analizować i spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. To prowadzi do jej wzbogacenia lub lepszego zorganizowania. Pokazuje nam potencjalne luki, co daje szansę, by je skutecznie wypełnić. Pomaga nam też pamiętać, czym jest nasza filozofia i skąd się wzięła.
Twórcze filozofowanie sprzyja rozwojowi.

Wyrażanie siebie w twórczości pozwala lepiej dostrzec i zrozumieć emocje. To sposób, by stanąć z boku, gdy sytuacja już się uspokoi, i spojrzeć jeszcze raz na to, co się wydarzyło oraz co poczułem.
Kiedy poznam swoje emocje, mogę zacząć je porządkować oraz tworzyć nowe metody wchodzenia z nimi w interakcję. Dzięki temu skuteczniej wykorzystuję je jako źródło informacji i intuicyjnej analizy sytuacji.
Aby jednak móc im zaufać, muszę lepiej poznać przekonania i mechanizmy, które za nimi stoją. Temu właśnie służy twórczość.
Tworzenie sprzyja wolności — jest efektem lepszego rozumienia komunikatu emocjonalnego, który uwalnia mnie od poddawania się niezrozumiałym popędom. Wspiera też rozwój poprzez modyfikowanie i eksplorowanie podświadomych przekonań.

Wentylowanie emocji

Emocje mogą się w nas gromadzić. Jeśli jesteśmy chronicznie poddawani wyzwalaczom lub nie możemy usunąć przyczyny jednej z nich, narasta w nas napięcie emocjonalne. Utrudnia ono jasne myślenie, analizę sytuacji oraz wejście w perspektywę uważnego obserwatora.
Twórcza ekspresja to skuteczny sposób na uwolnienie tego napięcia i odzyskanie swobody umysłu. Niejednokrotnie rozpisanie trudnej sytuacji na kartce papieru bywa wystarczającym wentylem, pozwala obniżyć napięcie do poziomu niezaburzającego funkcjonowanie.
Istnieją też inne metody redukcji napięcia, ale twórczość należy do najzdrowszych i najskuteczniejszych.

Podsumowując, tworzenie ma podwójną wartość: wspiera i wzmacnia inne wartości, a także stanowi samoistne źródło wartości. Generalnie wpływ tworzenia jest probabilistyczny — zwiększa szansę na pojawienie się refleksji, ale nie gwarantuje.

Formy tworzenia

Pisanie
Dla mnie to główna forma tworzenia. Swoje najważniejsze myśli komunikuję ze światem w formie tekstowej. Jest to nietypowe — większość ludzi używa mowy jako podstawowej formy komunikacji i twórczości.
Trzy media, które wykorzystuję, to blog, opowiadania i dzienniki.
Blog jest formą autoterapii, porządkującą i pogłębiającą moje myślenie oraz sposobnością do wpływania na innych.
Opowiadania przynoszą innym rozrywkę i radość. Jeśli czytelnik dobrze się bawił, a przy tym poczuł lekką inspirację do rozmyślań, osiągnąłem swój cel.
Dzienniki to autoterapia. Tam dotykam tego wszystkiego, czego wstyd nie pozwala mi ujawnić na blogu przed czytelnikami. To trudne pisanie i lektura — porządkuję i wentyluję emocje.

Inne formy tworzenia

Mówienie to najpowszechniejsza forma twórczej ekspresji. Ja także z niej korzystam, choć rzadziej niż z pisania – więcej czasu spędzam na pisaniu niż na mówieniu. Praktykuję, choć niewprawnie, pogawędki przy kawie w pracy, gdzie realizuję budowanie relacji z innymi. Chodzę do klubu mówców Toastmasters, gdzie ćwiczę retorykę, by pewnego dnia wpływać na grupy i społeczeństwo.
Długo by wymieniać potencjalne pola aktywności twórczej, których można się podjąć — od malarstwa po muzykę. Spektrum możliwości jest ogromne, ale jestem raczej ich odbiorcą niż nadawcą.

Potencjalne zagrożenia

Twórczość jest pozytywnym elementem naszego życia. Daje satysfakcję i przyczynia się do kultywowania dobra w nas i w świecie. Jednak mogą pojawić się ryzyka, których warto być świadomym — nie po to, by zarzucić tworzenie, lecz by ich unikać podczas tworzenia. Oto dwa przykłady.

Marzenia o sławie
Za twórczością, szczególnie pisaną, idzie marzenie o sławie — że pewnego dnia będę wielkim pisarzem podziwianym przez miliony. To naturalna, egocentryczna fantazja. Póki jest okazjonalna i niewielka, nie stanowi problemu — rozdmuchana może się nim stać.
Ważne, że ta fantazja nie jest mi potrzebna. Nie potrzebuję jej, by mnie motywowała — twórczość ma dla mnie wartość i bez niej. A skoro nie jest motywacją, to do czego służy?
W tym marzeniu jest przebłysk konfliktu między nieświadomym, a świadomym. Świadomie sława i podziw nie są dla mnie istotne, ale podświadomie chcę być zaakceptowany przez grupę, a nawet w niej dominować.
Ten konflikt jest rozpraszający i marnuje moją mentalną energię.

Zafiksowanie na zarobkowaniu
A co, gdyby twórczość zaczęła mi przynosić dochody? Czy nie byłoby cudownie? Nie byłoby źle — to jedna z opcji zarobku. Nie chcę jednak się na niej skupiać. Jeśli postawię sobie za cel utrzymywać się z pisania, mogę stracić niemało z jego dzisiejszych funkcji.
Czy dalej będę mógł się autoterapeutyzować, jeśli od jakości i treści tekstu będą zależeć moje zarobki? Czy zachowam konieczne swobodę i wolność? Może, ale istnieje ryzyko, że poświęcę je na rzecz lepszej poczytności.
Nie ma nic złego w tym, że tekst się dobrze czyta, ale dla mnie kluczowe są walory komunikacyjne i autoterapeutyczne tekstu. Poczytność i zarobek są drugorzędne.

Zakończenie

Twórczość jest cenną wartością, harmonijnie współgra z innymi wartościami, jakie mi przyświecają, i je wzmacnia. Pozwala im rozkwitnąć, wnosząc niezależny wkład w refleksyjne dobro. Nie rozstrzygam, czy jest bardziej narzędziem, czy samodzielnym bytem — poprzestanę na stwierdzeniu, że zasługuje na wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości.

Zostawiam nas z kilkoma pytaniami. Najpierw dwa, które zostaną ze mną:
Czy pisanie, z którego się utrzymuję, wskoczy wyżej w mojej hierarchii wartości?
Czy różnorodność form tworzenia ma znaczenie, czy wystarczy mi jedna?

Dla was mam kilka pytań, które mogą pomóc w napisaniu własnej wersji eseju:
Czy tworzenie i komunikacja są dla was ważne?
Jakie jest wasze główne medium twórcze?
Czy wykorzystujecie tworzenie jako formę autoterapii?
A może macie inne zastosowania, o których nie wspomniałem?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O religiach i innych ideologiach

Autor podejmuje kontrowersyjny temat, definiując religię jako ideologię. Zauważa, że ideologie wpływają na refleksyjność jednostki w sposób zarówno pozytywny, jak i negatywny. Podkreśla ryzyko dogmatyzmu, presji grupy i nietolerancji. Zawarte są także korzyści, jak tworzenie społeczności i mobilizacja polityczna, ale i zagrożenia dla refleksyjności.

Dzisiejszy temat z pewnością wzbudzi kontrowersje. Już sam tytuł może wywołać opór – dlatego od razu śpieszę z wyjaśnieniem: tak, uważam religię za ideologię. W dalszej części tekstu przedstawię definicję, która uzasadnia takie stanowisko i którą przyjmuję na potrzeby tej analizy.

Postaram się zachować możliwie dużą obiektywność, jednak nie ukrywam, że nie przemawiam z pozycji sympatyka religii. Przedstawione przeze mnie tezy mogą więc być dla niektórych czytelników drażniące, a nawet obraźliwe. Jeśli ktoś źle znosi krytykę wierzeń religijnych, być może lepiej zrezygnować z dalszej lektury.

Dla kontekstu dodam, że moje rozważania odbywają się w ramach jednej ze współczesnych wersji stoicyzmu, w której refleksyjność postrzegana jest jako najwyższe dobro moralne. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj: https://premeditatio.blog/2025/03/26/o-etyce-stoickiej/


Definicje

Ideologia to zbiór przekonań, które opisują obecny stan szerokiego wycinka ludzkiej rzeczywistości, proponują jego idealny lub docelowy kształt i wyznaczają drogę od jednego do drugiego. Ideologia nie musi dotyczyć całego świata — może koncentrować się na systemie politycznym, społeczeństwie czy innych strukturach. Czasem łączy wiele z tych elementów. W szczególnych przypadkach ideologia nie zawiera przepisu na dotarcie do stanu końcowego — jest wtedy czysto opisowa. W tym tekście skupię się jednak głównie na ideologiach, które proponują konkretny sposób postępowania, choć niektóre rozważania będą miały zastosowanie także do ujęć opisowych.

Wycinek rzeczywistości jest szeroki, jeśli obejmuje więcej niż dwa obiekty. Przykładowo — relacja między dwiema osobami nie spełnia tego kryterium, ale społeczeństwo danego kraju już tak. Zwykle używamy tego określenia w odniesieniu do dużych zbiorowości ludzkich.

Wycinek rzeczywistości jest ludzki, jeśli dotyczy ludzi i sprawy z nimi bezpośrednio związanych. Rodzina jest takim właśnie wycinkiem; Układ Słoneczny — już nie. Polskie społeczeństwo — jak najbardziej tak.

Religia to szczególny rodzaj ideologii, która źródło swojej prawdziwości wywodzi z nadprzyrodzonego — Bogach, Bogu lub innych bytów mistycznych. „Nadprzyrodzone” oznacza coś, czego istnienia nie można zweryfikować empirycznie. Warto zaznaczyć, że taka definicja nie obejmuje niektórych systemów tradycyjnie określanych jako religie — na przykład buddyzmu zen. Dla mnie to jak najbardziej akceptowalne. Trzymając się przykładu buddyzmu zen — w moim światopoglądzie to raczej filozofia, a nie religia.

Ogólnie o wpływie ideologii na refleksyjność

Wszystkie ideologie łączy pewien zestaw cech, które wpływają na refleksyjność jednostek. Najczęściej dotyczy to refleksyjności ich wyznawców, choć niekiedy oddziaływanie może sięgać szerzej — obejmując również osoby postronne.

Wpływ ten może mieć zarówno charakter pozytywny, jak i negatywny. Nie każda ideologia zawiera w sobie wszystkie z opisywanych tu aspektów.

Co istotne: ocena, czy dany wpływ jest korzystny czy szkodliwy, zależy często od celu ideologii i jego zgodności z naszym systemem wartości. W tym tekście nie podejmuję się jednak oceny celów ideologii — interesuje mnie wyłącznie to, jak wpływa ona na refleksyjność jednostek i zbiorowości.

Innymi słowy: nie analizuję, czy wizja świata promowana przez daną ideologię jest mi bliska czy też nie. Interesuje mnie wyłącznie to, jak przyjęcie tej ideologii może wpływać na refleksyjność jej akolitów oraz osób pozostających pod ich wpływem.

Nie mam wątpliwości, że człowiek może jednocześnie kierować się wieloma ideologiami. Nie wszystkie muszą ze sobą kolidować — niektóre odnoszą się do zupełnie różnych obszarów rzeczywistości. Przykładowo: możemy wyobrazić sobie ideologię polityczną, która nie dotyka zagadnień ekonomicznych, i ekonomiczną — niezależną od polityki.

Negatywy

Usztywnienie myślenia

Pierwszym zagrożeniem związanym z przyjęciem konkretnej ideologii jest usztywnienie myślenia. Przyjmując dany system ideologiczny jako własny, stawiamy się w sytuacji, w której jego porzucenie lub zmiana staje się trudna. Z natury jesteśmy niechętni zmianom — to cecha gatunkowa. Jeśli dodamy do tego ryzyko utraty społeczności, to ideologiczne zaangażowanie może się okazać jedną z najtrudniejszych zmian, jakich można dokonać.

Refleksyjność natomiast jest ściśle związana ze zdolnością do zmiany. To właśnie z potrzeby zmiany poddajemy siebie i świat refleksji. Nie twierdzę, że ideologia całkowicie uniemożliwia zmianę, ale może ją ograniczać w sposób niekorzystny.

Usztywnienie myślenia oznacza także osłabienie jego krytycznego wymiaru. Głęboko wyznawana ideologia staje się odporna na analizę krytyczną — a przynajmniej my sami nie jesteśmy skłonni jej takiej analizie poddawać. Powód jest prosty: refleksja mogłaby doprowadzić nas do wniosku, że naszą ideologię należy porzucić lub zmienić. Aby tego nie ryzykować, często decydujemy się refleksji w ogóle nie rozpoczynać.

Słowem podsumowującym efekt usztywnienia myślenia jest dogmatyzm. Ideologie opierają się na podstawowych założeniach (dogmatach), które nie podlegają kwestionowaniu — bo bez nich cała konstrukcja mogłaby runąć. Dyskusja wewnątrz ideologii toczy się zazwyczaj wokół interpretacji lub praktycznego zastosowania dogmatów, nie zaś wokół ich zasadności.

Oczywiście, zdarza się, że ideologia opiera się na sensownych i spójnych dogmatach. Nawet wtedy jednak można to ocenić wyłącznie z zewnątrz. Dla osoby zanurzonej w danym systemie dogmaty są z definicji słuszne — dlatego nie może ona mieć pewności, że to właśnie jej ideologia jest uzasadniona.

Presja grupy – manipulacja

Człowiek jest istotą stadną, dlatego wszyscy – bez wyjątku – jesteśmy podatni na presję grupy, w której funkcjonujemy. Mamy w sobie głęboko zakorzenioną potrzebę podporządkowywania się jej normom i oczekiwaniom. Nawet ci, którzy postrzegają siebie jako nonkonformistów, po bliższym przyjrzeniu się własnym zachowaniom mogliby dostrzec znaczną dozę uległości wobec swojej społeczności.

Społeczności skupione wokół ideologii nie stanowią tu wyjątku. Tym, co je wyróżnia, są silnie sprecyzowane przekonania i wizja świata, które starają się narzucić swoim członkom. To właśnie wspólna idea scala te grupy, dlatego, aby mogły przetrwać, muszą chronić jednomyślność wśród swoich akolitów.

Sposoby utrzymywania tej jednomyślności nie zawsze są etyczne – wiele z nich to formy manipulacji. Groźba wykluczenia z grupy czy bardziej wyrafinowane techniki wpływania na emocje bywają – często nieświadomie – stosowane przez członków, by utrzymać spójność poglądów.

Osoba poddana takiej presji traci przestrzeń do refleksji– zamyka się na rozważanie własnych poglądów i pozycji.

Brzmi znajomo? Jak potocznie rozumiana sekta. Czy zatem każda grupa ideologiczna nią jest? Choć cechy bywają zbliżone, odpowiedź brzmi: nie. Kluczowe znaczenie mają natężenie tych cech i skrajność stosowanych metod. Co więcej, nie każda ideologia z definicji musi posługiwać się manipulacją.

Etyczne pomieszanie – wyznawane idee ponad przyzwoitość

Ideologia zazwyczaj niesie ze sobą pewną formę etyki lub moralności. Te systemy nie zawsze są kompletne, lecz w ramach danej ideologii stanowią jej nieodłączny element.

Przykładowo: ideologia polityczna zawiera zwykle etykę postępowania politycznego, ekonomiczna – etykę biznesu, i tak dalej. Im bardziej całościowy system, tym szersza jest jego etyka – aż po ideologie, które próbują objąć całą rzeczywistość i oferują pełny kodeks moralny.

Samo istnienie etyki ideologicznej nie jest niczym złym. Problem pojawia się tam, gdzie cele ideologii i jej zasady kolidują z osobistymi refleksjami etycznymi jednostki.

Często przejawia się to w niepisanej zasadzie wspólnej wielu ideologiom: przybliżanie do celu ideologicznego stanowi najwyższe dobro. Innymi słowy – wszystko, co służy realizacji wizji świata promowanej przez ideologię, staje się moralnie dopuszczalne.

Dla osoby, która chce pozostać wierna swojej ideologii, taki konflikt oznacza konieczność odrzucenia własnych przekonań moralnych i podporządkowania się nadrzędnemu celowi. To wewnętrzne pęknięcie bywa szkodliwe dla refleksyjności – prowadzi bowiem do porzucenia jej fundamentalnej funkcji: samodzielnego kształtowania moralności i rozróżniania dobra od zła.

W efekcie pojawia się wewnętrzny chaos – paradoks, który może działać destrukcyjnie na zdolność refleksji.

Jeśli maksymalizacja zysków staje się najwyższym celem mojej ideologii, mogę w jej imieniu usprawiedliwić każdą zbrodnię. Jeśli celem jest zbawienie – własne lub cudze – każda zbrodnia może zostać uniewinniona, o ile przybliża do tego celu.

Nie każda ideologia zawiera w sobie ten ukryty imperatyw. W tych, które go nie mają, samo istnienie systemu moralnego nie stanowi problemu – o ile zasady te podlegają dyskusji i mogą ewoluować. W dalszej części pokażemy, że istnienie etycznego fundamentu ideologii może być wręcz korzystne z perspektywy refleksyjności jej wyznawców.

Nietolerancja dla innych idei

Ideologia to konkretny przepis na to, jak powinien wyglądać określony wycinek rzeczywistości – oraz jak należy dążyć do tego stanu. Inne ideologie, które próbują opisać ten sam obszar, stają się z definicji konkurencyjne: różnią się albo co do pożądanego kształtu świata, albo co do środków prowadzących do jego urzeczywistnienia.

Ten fundamentalny konflikt sprzyja nietolerancji wobec odmiennych systemów myślenia. Człowiek z natury nie radzi sobie dobrze z odmiennością – instynktownie dążymy do homogenizacji (być może to dziedzictwo plemienne). Ideologie dostarczają dodatkowej przestrzeni do wzmacniania i utrwalania tej nietolerancji.

Im głębiej wierzymy w prawdziwość własnej ideologii, tym silniejsze staje się pragnienie przekonania do niej innych. Opór wywołuje frustrację, ta zaś łatwo przeradza się w agresję – fizyczną lub psychiczną – która zawsze stanowi cios w refleksyjność. Zarówno po stronie ofiary, jak i sprawcy.

Oczywiście, nie każda osoba i nie każda ideologia sięga po przemoc. Nie wszystkie też mają ambicję nawracania innych. Wiele jednak, przekonane o własnej nieomylności, dążą do tego, by inni myśleli, czuli i działali zgodnie z ich obrazem świata.

Upraszczanie / trywializowanie

Ostatnim zagrożeniem dla refleksyjności, o którym chcę wspomnieć, jest skłonność do nadmiernego upraszczania świata. Chodzi tu o jednowymiarowe postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat określonej ideologii – bez zdolności do szerszego spojrzenia, które mogłoby zachwiać naszymi przekonaniami i podważyć fundamenty systemu dającego nam poczucie bezpieczeństwa.

Taka redukcja złożoności świata zamyka refleksyjność w wąskim kręgu wybranych przekonań – zamiast ją rozwijać, ogranicza jej horyzont.

Choć to zawężenie nie jest wyłącznie domeną ideologii, to właśnie ideologiczne myślenie szczególnie sprzyja jego powstawaniu.

Pozytywy

Tworzenie społeczności

Ideologie stanowią jeden z najsilniejszych mechanizmów łączenia ludzi we wspólnoty. Wspólne tematy, aktywności i rytuały zbliżają nas do siebie i ułatwiają nawiązywanie relacji. Tak jak mamy skłonność do podejrzliwości wobec odmienności, tak kontakt z kimś podobnym daje poczucie komfortu – a ideologia może być jedną z płaszczyzn tego porozumienia.

Społeczność to przestrzeń wymiany myśli, wątpliwości, planów i intencji. To sieć, w której nasza refleksyjność spotyka się z refleksyjnością innych – co zasadniczo sprzyja jej rozwojowi.

Silne więzi społeczne, wspierane przez ideologie, mogą także pozytywnie wpływać na długość życia – a to oznacza, że osoby dobrze osadzone w społecznościach mają więcej czasu na refleksję.

Człowiek jest istotą społeczną. Choć nie każdy lgnie do tłumu, wszyscy potrzebujemy pewnej dozy relacji i wsparcia – zarówno dla zdrowia psychicznego, jak i fizycznego. Wiele ideologii (zwłaszcza religijnych) dostarcza takich struktur.

Poczucie bezpieczeństwa płynące z przynależności do wspólnoty stwarza warunki sprzyjające pogłębionej refleksji. W najprostszych słowach: nie musimy walczyć o przetrwanie, więc możemy pozwolić sobie na głęboki namysł.

Warto jednak zauważyć – i nie jako krytykę ideologii, lecz wspólnot jako takich – że społeczności mogą być również toksyczne i destrukcyjne wobec refleksyjności. Przykładowo, społeczność stalinowskich komunistów była silnie związana i spójna ideologicznie, lecz jej wpływ na refleksyjność – zwłaszcza ludzi, których dotykała – był głęboko niszczący.

Proste ramy etyczne (wspólne wartości, kompas moralny)

Jak wspomniałem wcześniej, ideologia zazwyczaj zawiera w sobie element etyczny lub moralny – przynajmniej w obszarze zagadnień, którymi się zajmuje. Osoba utożsamiająca się z daną ideologią może przyjąć ten kompas moralny jako własny.

Większość ludzi nie dysponuje ani potrzebą, ani czasem, ani zasobami, by samodzielnie zbudować pełny system etyczny. Dla wielu wystarczającą podstawą do podejmowania decyzji moralnych są właśnie zewnętrzne systemy wartości – a refleksyjność realizuje się wtedy w odniesieniu do tych przyjętych zasad.

Niewątpliwie można reflektować nad własnym postępowaniem także w ramach etyki, której się nie stworzyło samodzielnie. W tym sensie przyjęcie jakiegokolwiek systemu moralnego – zamiast jego braku – jest generalnie korzystne dla refleksyjności.

Dodatkową zaletą wspólnej etyki jest umacnianie więzi społecznych. Wspólne wartości sprzyjają budowaniu trwalszych wspólnot, w których refleksyjność jednostki znajduje wsparcie i rezonans.

Potencjalne problemy i napięcia związane z ideologicznymi systemami moralnymi omówiłem już wcześniej – w częściach „Etyczne pomieszanie” oraz „Nietolerancja dla innych idei”.

Efekt porządkowania świata

Ideologie wprowadzają porządek w generalnie chaotyczną rzeczywistość. Nadają kierunek i wyznaczają zasady działania. Dostarczają swoim wyznawcom jasnych drogowskazów – dokąd zmierzać i jak postępować. Dla osób wcześniej pozbawionych celu stanowi to źródło ukojenia.

Chaos – szczególnie w sferze sensu istnienia – może być niszczący dla refleksyjności, prowadząc do nihilizmu i utraty woli życia. W tym kontekście ideologia pełni funkcję stabilizującą: porządkuje myślenie, dając jednostce punkt odniesienia i wewnętrzną orientację.

Oczywiście, możliwe jest samodzielne wypracowanie własnego sensu – na przykład przy pomocy filozofii lub innych narzędzi kultury. Jednak podobnie jak w przypadku moralności, nie każdy ma ku temu potrzebę, zasoby ani czas.

Zagrożenia wynikające z nadmiernego porządkowania świata – takie jak redukcjonizm, nietolerancja czy sztywność poznawcza – omówiłem wcześniej w częściach: „Upraszczanie rzeczywistości”, „Nietolerancja dla innych idei” oraz „Usztywnienie myślenia”.

Mobilizacja polityczna

Wyznawanie ideologii często prowadzi do mobilizacji politycznej wokół spraw uznawanych za istotne. Choć sam dyskurs polityczny rzadko bywa szczególnie refleksyjny, to już ocenianie i rozważanie zjawisk politycznych czy społecznych stanowi akt refleksji. Ideologie – nawet te, których nie podzielamy – mogą prowokować nas do takiej aktywności.

W rezultacie osoby identyfikujące się z daną ideologią mają tendencję do częstszego i szerszego angażowania się w życie publiczne – poprzez udział w wyborach, wypowiadanie się na forum społecznym, czy bezpośrednie uczestnictwo w polityce i strukturach władzy.

Tego rodzaju zaangażowanie nie jest konieczne do rozwijania refleksyjności, ale może stanowić jej ważne pole treningowe. Co więcej, przestrzeń publiczna to także arena, na której możliwe jest aktywne wzmacnianie refleksyjności innych – przez dialog, działanie i przykład.

Edukacja

Ideologia może pełnić funkcję platformy edukacyjnej. Dążąc do pozyskania nowych wyznawców, stara się przekazywać wiedzę na swój temat, poszerzając tym samym horyzonty odbiorców i wpływając na ich wizję świata.

Z reguły jest także zainteresowana edukowaniem własnych członków – zgodnie z przyświecającymi jej założeniami. Niektóre ideologie wykraczają poza swoje dogmaty i otwarcie wspierają edukację także w szerszym, pozadogmatycznym zakresie.

W tym miejscu pojawia się jednak wiele niuansów. Edukacja jest tylko tak wartościowa, jak wartościowa jest treść, którą przekazuje. Jeśli ideologia jest silnie dogmatyczna, może raczej programować niż uczyć.

Zagrożenie kryje się również w samej metodzie edukacji. Kluczowe pytanie brzmi: czy proces ten jest otwartą przestrzenią wymiany myśli, w której ścierają się poglądy, a pytania są mile widziane? Czy też przypomina raczej mechanizmy opisane wcześniej przy okazji „Presji grupy” – gdzie edukacja przekształca się w manipulację?

Każdą ideologię należy ocenić indywidualnie – zarówno pod kątem treści, jak i formy przekazu – zanim wyciągniemy wnioski o jej edukacyjnym charakterze.

Platforma zmian

W historii wiele ideologii pełniło rolę platform wielkich, pozytywnych przemian. Część z nich powstawała właśnie po to, by zakwestionować status quo i wejść z nim w konflikt – z myślą o wywołaniu transformacji.

Ruchy emancypacyjne stanowią tu doskonały przykład ideologii, które potrafiły przeobrazić skostniałe społeczeństwa w bardziej sprawiedliwe i otwarte. Choć te zmiany nie zawsze obywały się bez przemocy, ich efektem często bywał lepszy świat.

Jak to się ma do refleksyjności? Ferment zmian to doskonała pożywka dla myślenia. Nowe ideologie mogą otwierać przed nami przestrzenie rozważań, których istnienia wcześniej nie dostrzegaliśmy. Innymi słowy, świat postulowany przez daną ideologię może okazać się bardziej sprzyjający refleksyjności niż ten, w którym żyjemy obecnie.

Warto zauważyć, że ideologie mogą pełnić nie tylko rolę siły transformacyjnej. Niekiedy stają się twierdzami dobrej teraźniejszości – broniąc obecnego porządku przed zmianami, które mogłyby pogorszyć warunki dla refleksyjności. Innymi słowy, ideologia może chronić świat przed przekształceniem w taki, który byłby dla refleksji mniej przychylny.

Szczególnie o wpływie religii

Wszystkie omówione wcześniej pozytywne i negatywne aspekty ideologii odnoszą się również do religii – traktowanej jako szczególny przypadek ideologii. Istnieją jednak pewne kwestie specyficzne, które dotyczą wyłącznie religii lub występują głównie w jej obrębie.

Przedstawione poniżej uwagi dotyczą przede wszystkim religii instytucjonalnych i dziedziczonych, a także takich, które zakładają istnienie bytów transcendentnych.

1. Irracjonalne podstawy

Część religii opiera się na przyjmowaniu za część rzeczywistości elementów, których nie da się empirycznie potwierdzić. Mam tu na myśli wiarę w istnienie bytów transcendentnych – Boga, bogów lub sił nadprzyrodzonych – której nie towarzyszy żadna forma dowodu opartego na doświadczeniu.

Oczywiście, każda ideologia bazuje na pewnych założeniach – i wiele z nich również nie troszczy się zbytnio o ich weryfikację. Różnica w przypadku religii polega na tym, że jej fundamenty z definicji wymykają się jakiejkolwiek możliwości empirycznego sprawdzenia. Odwołania do sfery boskiej pozostają poza zasięgiem testów i obserwacji.

Nie jest to jeszcze samo w sobie poważnym problemem. Istnieją ideologie, które teoretycznie dają się zweryfikować, lecz w praktyce nikt tego nie robi – czy to z powodu trudności, czy braku potrzeby.

Problematyczny staje się jednak sposób myślenia, który może się z takiego podejścia wykształcić. Skoro otwieramy jedną furtkę dla twierdzeń nieweryfikowalnych, czy nie otworzymy kolejnych? Przyjmowanie czegoś za prawdę bez dowodu to niebezpieczny precedens dla poznawania świata.

Uważam, że to może utrudniać (choć nie wyklucza!) zachowanie poznawczego rygoru w innych obszarach życia. Religia bywa źródłem nawyku bezrefleksyjnego akceptowania twierdzeń – czy to zawartych w świętych pismach, czy wypowiadanych przez religijnych autorytetów.

Pielęgnowanie przekonań, których nie sposób zweryfikować niezależnym eksperymentem, osłabia refleksyjność – bo tworzy rozdarcie między empirycznym poznaniem a wiarą opartą na akcie zaufania. Ten wewnętrzny rozdźwięk umysł musi w jakiś sposób rozwiązać lub zamaskować – a tłumione paradoksy rzadko służą zdrowiu intelektualnemu.

2. Wczesna indoktrynacja

W przypadku wielu religii – szczególnie tych dziedziczonych – istotnym problemem jest moment, w którym zostajemy w nie wprowadzeni. Dzieje się to zwykle już w dzieciństwie, w okresie największej podatności na wpływy.

Jeśli pochodzimy z religijnej rodziny, ideologia religijna jest nam wpajana bardzo wcześnie – często zanim zdobędziemy jakiekolwiek narzędzia do samodzielnej oceny czy refleksji. Dla porównania: większość ideologii świeckich zaczyna zabiegać o jednostkę dopiero wtedy, gdy osiąga ona pewien poziom dojrzałości intelektualnej.

Warto jednak zaznaczyć, że istnieją także ideologie świeckie, które posługują się równie wczesną formą indoktrynacji – jak choćby socjalizm w realiach PRL-u czy współczesny kapitalizm kształtujący konsumenckie postawy już od najmłodszych lat. Różnica polega na tym, że w przypadku religii to rodzice – a więc osoby najbliższe dziecku – stają się bezpośrednimi nośnikami przekonań. W religiach dziedziczonych to właśnie rodzinne środowisko jest głównym kanałem transmisji wiary, co nadaje temu procesowi szczególną siłę i trwałość.

Dlaczego ma to znaczenie z punktu widzenia refleksyjności?

  • Po pierwsze, dzieci są wyjątkowo podatne na idee przekazywane przez rodziców. Brakuje im jeszcze rozwiniętych kompetencji refleksyjnych, a autorytet opiekunów działa niezwykle silnie. Poglądy przyjęte w dzieciństwie są często głęboko zakorzenione i trudne do zakwestionowania w dorosłości.
  • Po drugie, tak wczesna ekspozycja zawęża i kanalizuje rodzącą się refleksyjność, kierując ją od razu w określone tory. W rezultacie refleksja nie rozwija się swobodnie – zamiast eksplorować, podporządkowuje się jednej narracji.
  • Po trzecie, dziecko może przyswoić lęk, który utrzyma się również w dorosłym życiu: lęk przed odejściem od ideologii, przed potępieniem, karą, odrzuceniem przez wspólnotę. Tego rodzaju emocjonalna presja skutecznie tłumi procesy refleksyjne.

Oczywiście, wiele zależy od formy i intensywności takiej religijnej socjalizacji. Nie każdy religijny dom oddziałuje na dzieci w jednakowy sposób. Dom, w którym dopuszcza się pytania, wątpliwości i sprzeciw wobec wyznawanej wiary, może w dużym stopniu złagodzić te ryzyka – a czasem wręcz je zneutralizować.

Podsumowanie

Nie wiem, czy człowiek musi mieć jakąkolwiek ideologię. Nie jestem nawet pewien, czy sam obecnie jakąś wyznaję.

Pozostaję wobec ideologii sceptyczny. Widzę korzyści, które z niej płyną w określonych warunkach – ale dostrzegam też wiele poważnych zagrożeń. Dlatego uważam, że jeśli decydujemy się na przyjęcie jakiejś ideologii, powinna ona pozostać otwarta na zakwestionowanie. Niech nigdy nie będzie niepodważalna.

Warto ją regularnie poddawać refleksji:

  • Czy ma sens?
  • Czy jest spójna?
  • Czy nam służy, czy może to my służymy jej?

Druga refleksja to apel do rodziców: rozważcie, czy i w jaki sposób przedstawiać dzieciom swoją ideologię jako jedynie słuszną – szczególnie w młodym wieku. Zastanówcie się, czy nie lepszym podejściem byłoby pokazanie im różnorodnych sposobów myślenia o świecie.

Oczywiście to wasza decyzja. Ale może warto przemyśleć, jakie korzyści płyną z otwartego umysłu – w przeciwieństwie do umysłu przyuczonego do podążania wyłącznie jedną, utartą ścieżką.

W mojej opinii warto dać dzieciom dostęp do szerokiego spektrum poglądów. Warto pozwolić im zadawać pytania – także te niewygodne – i wybierać, gdy będą już wystarczająco dojrzałe, by ich decyzje miały realną wartość.

Na zakończenie zostawię was z kilkoma pytaniami – być może staną się dla was pożywką do własnych refleksji:

  • Czy potrzebuję ideologii – czy potrafię się bez niej obyć?
  • Jeśli jej potrzebuję, to która z jej funkcji jest mi naprawdę niezbędna? Co mi daje?
  • Czy noszę w sobie elementy ideologiczne, które wpojono mi w dzieciństwie?
  • Jeśli tak – czy chcę je zachować? Czy rzeczywiście warto?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Dlaczego „praca” przestała mi wystarczać — o nowej wartości: Zabezpieczenie zasobów

W hierarchii wartości, którą buduję i przeglądam regularnie, zachodzą zmiany. Tym razem chodzi o coś więcej niż przesunięcia — chodzi o zmianę kategorii. Zamiast „pracy” — pojawia się „zabezpieczenie zasobów”. Czym jest ta wartość i dlaczego uważam ją za konieczną?

Hierarchia wartości jest strukturą żywą — zmienia się razem z nami. Wraz z nowymi doświadczeniami, ewolucją myślenia i konfrontacją z informacją zwrotną, przekształca się nasze rozumienie tego, co w życiu naprawdę ważne. Z czasem doprecyzowujemy swoje wartości, pogłębiamy ich sens, porządkujemy je na nowo — tak, by lepiej oddawały to, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

W przyjętej przeze mnie etyce — czerpiącej inspirację z myśli współczesnej szkoły stoickiej, szczególnie z dorobku Tomasza Mazura — jedynym prawdziwym dobrem jest refleksyjność. Rozumiem ją jako świadomy namysł nad sobą i intencjonalną, ciągłą pracę nad własnym kształtem. Wszystko inne — wartości, środki, działania — zyskuje znaczenie o tyle, o ile wspiera tę właśnie praktykę życia, tę drogę ku samorealizacji i wewnętrznej wolności.

Uważni czytelnicy mojego bloga być może pamiętają opisywaną tam hierarchię wartości. Jej ostatnią wersję można znaleźć tutaj. W tamtym układzie na piątym miejscu znajdowała się wartość określona mianem „praca” — rozumiana jako działalność zawodowa zapewniająca środki do zaspokojenia podstawowych potrzeb: jedzenia, mieszkania, ubrania.

W ostatnich tygodniach coraz częściej wracałem myślami do nieoczywistego braku w tym zestawieniu: nieobecności zdrowia jako odrębnego składnika. Chciałbym podzielić się refleksjami, które doprowadziły mnie do przedefiniowania tego miejsca w hierarchii i wprowadzenia nowej wartości — „zabezpieczenia zasobów”.

Dlaczego „praca” przestała wystarczać

Podczas niedawnej rozmowy z Andrzejem Bernardynem — nagrywaliśmy odcinek jego podcastu — poruszyliśmy temat obecności (a właściwie: nieobecności) zdrowia w mojej hierarchii wartości. Andrzej zapytał wprost: dlaczego zdrowie się tam nie pojawia? Moja odpowiedź była niespójna. W jej trakcie zorientowałem się, że sam nie wiem, czy i gdzie zdrowie właściwie się mieści w tym systemie. Ta chwila zakłopotania była punktem wyjścia do nowego namysłu nad moją hierarchią.

Pierwsza obserwacja: „praca” pełni w mojej strukturze funkcję odmienną od pozostałych wartości, nie jest celem, lecz koniecznością — umożliwia zdobycie środków do życia, a tym samym realizację innych wartości. Upraszczając: by żyć — muszę pracować. Choć „muszę” to może słowo zbyt mocne, przyjmijmy je jako wystarczająco bliskie prawdzie.

Druga obserwacja: pieniądze, które daje mi praca, nie są jedynym elementem, od którego zależy moja refleksyjność. Są nimi również zdrowie psychiczne i fizyczne, zdolność do koncentracji, dostępny czas. Dobry stan ciała — a szczególnie mózgu, będącego biologicznym nośnikiem procesów refleksyjnych — umożliwia mi sensowne funkcjonowanie.
Zdrowie psychiczne nie tylko wspiera refleksyjność — ono ją wręcz umożliwia. Bez minimalnego poziomu stabilności psychicznej zanika zdolność prowadzenia wewnętrznego dialogu, który jest podstawą samopoznania.

Te dwie obserwacje tworzą obraz gry w zarządzanie zasobami. Codziennie decydujemy, jak wymieniać czas na pieniądze, jak inwestować pieniądze w zdrowie etc. — a stawką tej gry jest zdolność do refleksji.

Wniosek? „Praca” jako odrębna wartość nie oddaje już złożoności tego systemu.

Zabezpieczenie zasobów

Odpowiedzią na te bolączki jest nowa, szersza wartość: „zabezpieczenie zasobów”. Obejmuje ona nie tylko „pracę”, lecz także inne istotne czynniki wspierające refleksyjność. Można śmiało powiedzieć, że w przypadku granicznym, gdy wartość ta jest nieobecna, niemożliwa jest refleksja — jako że niemożliwe jest życie.

Wyróżniam w jej ramach trzy kategorie:

Zasoby materialne — to one kryły się pod pojęciem „pracy” w poprzedniej wersji mojej hierarchii. Zaliczam tu pracę, oszczędności, nieruchomości, majątek wszelki. To, co pozwala mi zapewnić fizyczne przetrwanie mojemu ciału oraz materialne narzędzia i środki, które mogę wykorzystać w praktykowaniu innych wartości.

Zdrowie/witalność — kondycja mojego ciała i dostępne dla niego zasoby energetyczne. Przede wszystkim chodzi o jakość funkcjonowania mojego ciała, w szczególności mózgu. Dochodzi tu także aspekt psychiczny — czy mam energię do podejmowania się zadań?
Oba aspekty zdrowia — fizyczny i mentalny — powinny być zaopiekowane, a nacisk warto położyć na ten drugi, jako istotniejszy dla naszego człowieczeństwa.
Przykład: dla podróżnika dbałość o zdrowie narządów ruchu i ich sprawność jest istotna. Wprawdzie znamy przykłady wspaniałych wędrowców, którzy zdobywali niedostępne regiony pomimo braku władzy w nogach, to jednak niewątpliwie łatwiej podróżować, gdy zachowana jest nasza sprawność.

Czas — zasób, którego nam co dzień ubywa. Choć dbałość o zdrowie zwiększa statystycznie długość naszego życia, w żadnym momencie nie wiemy, ile nam go jeszcze pozostało. Jest to zasób, który możemy tylko wydawać. Decydujemy, jak go zainwestować — i nasza sprawczość sprowadza się do tego, by go rozsądnie używać.

Zdrowie determinuje jakość naszego czasu — oba te zasoby są ze sobą ściśle powiązane.

Żaden z tych zasobów nie stanowi wartości samej w sobie i każdy może, a nawet powinien, być poświęcony, jeśli zagrożone jest dobro lub któraś z wartości.

Miejsce w hierarchii i relacja z pozostałymi wartościami

Pomimo iż zakres tej wartości się rozszerzył, pozostaje ona na piątym miejscu w hierarchii. Kluczowym powodem jest tu obserwacja, że nie wyznacza ona kierunku działania. Może prowadzić do konkretnych akcji (ćwiczenie, zdrowe odżywianie, oszczędzanie), ale nie nadaje kierunku życia. To stawia ją raczej z boku niż poniżej pozostałych wartości — mam więc cztery wartości kierunkowe oraz jedną wspierającą.

Używam tu słowa „wartość” w dwóch znaczeniach. Kierunkowe wyznaczają sens działania — odpowiadają na pytanie, dlaczego coś robię. Wspierające, jak „zabezpieczenie zasobów”, tworzą warunki, by w ogóle móc działać.

Jak ta wartość wspiera inne?

Wolność — zasoby chronią nas przed utratą wolności, szczególnie w jej aspektach zewnętrznych (np. możliwość podróżowania, swoboda wypowiedzi).

Rozwój — wymaga czasu, energii, a czasem także materialnych narzędzi. Trudno się rozwijać, kiedy każdego dnia walczy się o przetrwanie.

Relacje — czas i uważność to fundament każdej relacji — musimy je mieć, by móc je ofiarować drugiemu człowiekowi.

Twórczość — także tutaj czas i uważność są kluczowe. Dodatkowo wiele dziedzin twórczych wymaga zasobów materialnych (instrument, płótno, narzędzia).

Wszystkie te wartości opierają się na podstawowych potrzebach: jedzeniu, schronieniu, odzieniu. Nie są ważniejsze — ale bez nich trudno mówić o ich realizacji.

Pułapki i napięcia

Największą pułapką wartości wspierających jest nadanie jednemu z ich komponentów rangi celu. Gdy środek staje się celem, łatwo o wypaczenie: wypieranie innych wartości, obsesję kontroli, utożsamienie siebie z posiadaniem, zatracenie pierwotnego sensu.

Weźmy pieniądze. Łatwo zapomnieć, że ich zarabianie ma służyć konkretnemu celowi: zapewnieniu bytu i umożliwieniu realizacji wartości. Tymczasem żyjemy w kulturze, która nagradza akumulację: kolejne mieszkania, samochody, przedmioty. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb trudno się zatrzymać — wyznaczamy kolejne progi „wystarczająco” i natychmiast próbujemy je przekroczyć. Wtedy środek zaczyna dominować nad celem. A gdy cel zostaje zjedzony przez środek — tracimy sens.

Także zdrowie może stać się celem samym w sobie — prowadząc do kultu ciała i dominującego motywu życia. Można jednak nadać mu sens jako wartości kierunkowej: dążenia do sprawności, długowieczności czy świadomej obecności w świecie.

Wszystkie te komponenty traktuję jako narzędzia. Ich wartość jest wtórna. To nie one mają nadawać kształt mojemu życiu — i dlatego tak ważne jest, by regularnie sprawdzać, czy nadal służą celowi, któremu miały służyć. Czy nadal wspierają refleksyjność — czy może już ją zastępują

Dlaczego ta zmiana jest ważna

Wprowadzenie tej zmiany pozwala mi uporządkować moją hierarchię wartości i przywrócić jej spójność. Dotąd zdrowie było w niej „pogubione” — rozproszone pomiędzy inne wartości, pojawiające się niejako przy okazji, niedookreślone. Teraz zyskało swoje właściwe miejsce. Nie jako osobna wartość, ale jako jeden z kluczowych fundamentów egzystencji — i który warunkuje możliwość realizacji wartości właściwych.

Ta zmiana pozwala mi lepiej zarządzać swoimi siłami — nie po to, by je pomnażać, ale by tworzyć przestrzeń dla innych wartości. Nie chodzi o wydajność, lecz o wolność. O to, by móc odłożyć troskę i skierować uwagę tam, gdzie toczy się sens życia.

„Zabezpieczenie zasobów” staje się więc nie tylko fundamentem działania, ale warunkiem swobody — swobody od lęku, niepokoju, konieczności ciągłego zabezpieczania się. Kiedy wiem, że mam wystarczająco, mogę przestać o tym myśleć. A to, co się wtedy uwalnia — uwaga, energia, czas — mogę przeznaczyć na to, co naprawdę ważne.

Zakończenie

Hierarchia wartości nie jest dana raz na zawsze. To twór dynamiczny, który może się zmieniać z czasem. Warto spoglądać od czasu do czasu na nasze wartości i poddawać je krytycznej ocenie. Nie ma potrzeby bronić swojej hierarchii jak niepodległości — pozwólmy, by trafna informacja zwrotna wzbudzała w nas radość z otwierającej się szansy, zamiast złości na rzekomy atak.

Na koniec, zostawiam Ci kilka pytań — być może staną się początkiem Twojej refleksji:

– Jakie jest Twoje podejście do zasobów? Czy są dla Ciebie jedynie środkiem, czy któryś z nich stał się celem samym w sobie?
– Czy Twoje zasoby przypominają moje? A może są inne, mniej oczywiste?
– Jak rozpoznajesz granicę między zabezpieczaniem a gromadzeniem? Czy próbujesz ją wyznaczyć — i co się dzieje, gdy ją przekraczasz?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Sen o wolności na czterech kołach

Dawno temu podróżowanie opierało się głównie na pieszych wędrówkach i prostych środkach transportu, co zmieniało się z wynalezieniem samochodu. Choć obiecywano większą wolność, auta wprowadziły problemy takie jak korki i zanieczyszczenie. Prawdziwa wolność związana jest z zrozumieniem siebie, a nie z posiadaniem dóbr materialnych.

Dawno temu, sto lat albo i więcej, ludzie podróżowali po świecie głównie na własnych nogach. Gdy trzeba było pójść na targ, zakładali buty (jeśli je mieli) i ruszali w drogę. Niektórzy mieli wozy i wózki oraz konie, które mogły je ciągnąć – gdy na targ trzeba było zawieźć własne towary, taki środek transportu był jak znalazł.

Bryczki, karoce i wozy nadawały się również do podróży na większe odległości: a to do miasta powiatowego, do urzędu, a to do wojewódzkiego – do teatru. W owych miastach można było poruszać się pieszo albo wynająć dorożkę. W niektórych z nich kursowały tramwaje – również ciągnięte przez konie – którymi przejazd był o wiele tańszy, choć trzeba było trzymać się wytyczonych linii.

Gdy przychodził czas na wielką wyprawę, z pomocą przychodziły koleje żelazne. Sieć połączeń nie była szczególnie rozbudowana, ale większe miasta były połączone – jeśli nie pełnowymiarową koleją, to może wąskotorówką. Aby dojechać do stolicy, nie było lepszego rozwiązania niż kolej.

Nie da się ukryć – w tamtych czasach ludzie nie byli mobilni. Podróżowanie zabierało wiele czasu i pochłaniało sporo energii fizycznej. Wiele osób, zwłaszcza biedniejszych, nigdy nie miało szansy na podróż dalszą niż do najbliższego targu czy miasta powiatowego. Wynalezienie roweru nieco pomogło, ale i ten środek transportu miał swoje ograniczenia.

W czasach przed wielkimi wojnami pojawił się na świecie nowy wynalazek – automobil. Wykorzystujący spalanie ropy do napędzania kół, mógł rozpędzić się do prędkości dotąd zarezerwowanych dla pociągów. W przeciwieństwie do nich nie był jednak przywiązany do torów.

Początkowo automobil był zabawką bogatych elit. Niedługo później zaczęto wykorzystywać go w transporcie towarów – okazało się bowiem, że pakowny pojazd może przewieźć więcej w krótszym czasie niż wóz zaprzężony w konie. Zaletę tę szybko dostrzegły także armie świata i automobile – niektóre nawet opancerzone – stały się standardowym wyposażeniem wojskowym podczas globalnych konfliktów. Mimo to większość ludzi funkcjonowała bez automobilów. Pozostawały one towarem niszowym.

Po wielkiej wojnie na świecie – również w Stanach Zjednoczonych – pozostało wiele fabryk produkujących opancerzone automobile, tzw. czołgi. Gdy zamówienia wojskowe się skończyły, właściciele tych fabryk musieli znaleźć inne zastosowanie dla zainwestowanego kapitału. Zatrudnili więc najlepszych specjalistów od reklamy, powierzając im jedno zadanie: przekonać przeciętnego Amerykanina, że samochód (nowa nazwa automobilu) jest mu niezbędny.

Tęgie głowy reklamy pracowały od świtu do nocy. W czasie tej pracy miały przed oczami wielkie przestrzenie amerykańskiego interioru – areny wielotygodniowych wypraw konnych, spędów bydła, napadanych dyliżansów. Czego potrzebował mieszkaniec tych rozległych prerii, by być szczęśliwym? Szybkiego i sprawnego środka przemieszczania się. Samochód dałby mu wolność…

Tęgie głowy reklamy nie myślały jednak wąsko – tylko o mieszkańcach środkowych stanów. O, nie. Koncepcja wolności jest uniwersalna i może przemówić do każdego. Zaczęli więc kreślić wielką narrację, która trwa po dziś dzień. Jeśli utarte szlaki linii kolejowych zbyt cię krępują. Jeśli twoje własne nogi lub rower mają za mały zasięg, by ponieść cię do celu. Jeśli komunikacja miejska nigdy nie jedzie tam, gdzie chcesz trafić. To mamy dla ciebie rozwiązanie. Twój klucz do wolności: samochód.

Ludzie chcieli być wolni tak desperacko, że uwierzyli w slogan producentów samochodów. Tym łatwiej, że było w nim ziarno prawdy. Przecież samochód zaspokajał realne potrzeby transportowe, usprawniał przepływ towarów, niwelował wykluczenie komunikacyjne. W rozległych stepach i rosnących przedmieściach samochód faktycznie był przydatny i uwalniał człowieka od wielu ograniczeń. Niestety – na ulicach wielkich miast, wciąż przystosowanych do dorożek i tramwajów – sytuacja rozwijała się nieco inaczej.

Ludzie stanęli w pierwszych korkach. To napełniło ich świętym oburzeniem! Przecież obiecano im wolność, a nie uwięzienie w metalowej puszce, otoczonej przez inne metalowe puszki. Szybko zidentyfikowali przyczynę: stare, wąskie drogi. Rozwiązanie było proste – potrzeba więcej asfaltu i betonu, szerszych dróg.

Wolność wolnością, ale szybko okazało się, że potrzeba coraz więcej ograniczeń i obostrzeń, by ruch w wielkich miastach mógł w ogóle funkcjonować. Na skrzyżowaniach wyrastały sygnalizacje świetlne. Wprowadzano coraz ściślejsze ograniczenia prędkości, zakazy zatrzymywania się, zawracania, skrętu. Gęsta plątanina przepisów – by ludzie wreszcie mogli być wolni.

Zamknięci w swoich puszeczkach, narzekali, że zrobiło się strasznie głośno w tych miastach. Kiedyś było dużo spokojniej. To pewnie ta młodzież, z jej nowomodną muzyką.

Zaczęło też śmierdzieć. Już nie końskim łajnem, tylko spalinami. No to narzekali, kaszląc i popędzając swoje wehikuły wolności.

Znowu stanęli w korkach. Widać asfalt i beton, który wylano, nie były wystarczające. Potrzeba było więcej. Że nie ma już miejsca? Nonsens – można przecież wyburzyć setki domów i w ich miejsce wybudować autostradę. Wolność jest najważniejsza! Przecież mieszkańcy tych domów nie chcą stać na drodze społeczeństwa do wolności.

W miarę jak rosła potrzeba wolności, rosły też samochody. Kompaktowe automobile zastąpiły monstra udające pickupy, przypominające nieco czołgi – niedorzecznie niepasujące do skali miejskiego otoczenia, niepełniące żadnej funkcji poza głaskaniem zatrwożonego ego swych właścicieli. To oznaczało więcej hałasu, więcej spalin i więcej betonu, by je wszystkie pomieścić.

Minęło wiele lat od wynalezienia automobilu. Minęło wiele od omyłkowego utożsamienia posiadania auta z wolnością. Do dziś jednak ludzie stoją na ulicach w swoich metalowych puszeczkach – w korkach i na światłach – i śnią swój szalony sen o wolności. Próbują rozwiązywać miriady problemów, które generuje ten koszmar: a to wymyślą filtr spalin, żeby dymić mniej, a to zrobią samochód elektryczny – by dymić gdzie indziej. Mierzą się z kolejnymi wiatrakami, w trosce o swoją wolność, zapominając, ile swobody tkwiło w zwykłym spacerze piechotą przez miasto.

Czy samochód stworzył więcej problemów, niż rozwiązał?

Bo na pewno wiele rozwiązał, szczególnie w komunikacji na średnich dystansach. Skomunikował ze światem miejsca, które, ze względu na swą wielkość, nigdy nie doczekałyby się kolei, włączył je w obieg cywilizacji. Dziś nie ma już znaczenia, który z tych aspektów przeważał – samochód jest częścią naszej rzeczywistości, a to, co możemy zrobić, to nauczyć się korzystać z niego z większym rozsądkiem.

A jeśli to nie samochód daje wolność?

W tej historii nie chodzi tylko o samochody.
Nie chodzi też o korki, beton czy spaliny. To wszystko są objawy czegoś głębszego: naszego marzenia o wolności – i sposobu, w jaki próbowaliśmy to marzenie zrealizować.

Wolność, którą obiecały nam samochody, była kusząca, ale fałszywa. Jej fałsz tkwił w tym, że w nieuprawniony sposób rozszerzała „wolność do podróżowania” na wolność w ogóle. Opierała się na uproszczeniu: „kup coś, a będziesz wolny”. I wielu z nas w to uwierzyło – nie tylko w przypadku aut. Kupujemy specyficzne wolności cząstkowe, łudząc się, że da nam to wolność przez wielkie W.

W tej samej logice kupujemy smartfony, które mają nas zbliżać, a sprawiają, że jesteśmy rozproszeni. Kupujemy większe mieszkania, by „mieć przestrzeń”, a potem nie mamy czasu, by w nich naprawdę być. Kupujemy wycieczki, by „odpocząć”, ale wracamy zmęczeni jeszcze bardziej. Rozwiązując jeden problem generujemy dwa kolejne.

Trudno to dostrzec, zwłaszcza że czasem zakupy faktycznie rozwiązują realny problem i niosą wartość! Często jednak wpadamy w pułapkę iluzji, że posiadanie jest rozwiązaniem.
Zamiast zadawać pytania – próbujemy kupić na nie odpowiedzi.
Zamiast zrozumieć istotę trapiących nas problemów – próbujemy kupić gotowe rozwiązania.
Otaczamy się przedmiotami, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę, podczas gdy rośnie nasza bezradność.

I może właśnie dlatego ta historia o samochodzie tak do nas przemawia. Bo widzimy w niej siebie – zmęczonych, zaganianych, zagubionych na drodze do szczęścia i wolności. Wydaliśmy niemałe pieniądze – czy dostaliśmy to czego oczekiwaliśmy?

Czy na pewno wiesz, co kupujesz?

Może warto się na chwilę zatrzymać – i zadać sobie kilka niewygodnych, ale ważnych pytań:

  • Co próbuję sobie naprawdę dać, kiedy coś kupuję?
    Może nie chcę nowego auta, tylko swobody w decydowaniu, dokąd zmierzam.
    Może nie potrzebuję lepszych słuchawek, tylko ciszy.
    Może nie potrzebuję dalekich krain – tylko odpoczynku od codzienności.
  • Co próbuję uciszyć, gdy kupuję?
    Lęk? Poczucie braku wpływu? Samotność?
    Czasem nowy zakup daje namiastkę kontroli nad światem, w którym coraz mniej ode mnie zależy.
  • Czy to, co kupuję, naprawdę rozwiązuje mój problem – czy tylko go maskuje?
    Samochód miał skrócić czas podróży, a wprowadził koszty, stres, korki, zobowiązania. Czy koszty, które wygenerował nie przeważyły aby nad korzyściami?
    Może tak samo działa wiele innych decyzji, które podejmuję bez refleksji?

Kiedy konsumpcja staje się formą ucieczki

Nie chodzi o to, że nie wolno nam niczego chcieć. Ani o to, że każda decyzja zakupowa jest zła. Chodzi o to, że kupujemy rzeczy nie po to, by coś zdobyć – ale by czegoś nie czuć.
Konsumpcja może być formą znieczulenia. Próbą regulowania emocji.
A gdy robimy to regularnie, życie zaczyna przypominać jazdę po spirali:
czasem szybciej, częściej – ale wciąż w kółko, a to już symptom uzależnienia.

Wolność nie rodzi się z posiadania, tylko z rozumienia siebie

Prawdziwa wolność nie zaczyna się od kupienia samochodu. Zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja. Tam, gdzie potrafię odróżnić:
„chcę” od „potrzebuję”,
„to mnie wspiera” od „to mnie odciąga od siebie”,
„to rozwiązanie” od „to ucieczka”.
Wolność nie polega na tym, że mogę wszędzie dojechać. Polega na tym, że rozumiem, gdzie jestem – i dokąd, oraz dlaczego, chcę dotrzeć. Na tym, że rozumiem jakich zasobów potrzebuje w podróży.
Mało prawdopodobne, bym potrzebował samochodu, żeby tam trafić. W tej drodze bardziej przyda mi się lekkość ducha, bo zwykle nie musimy się fizycznie przemieszczać, by dotrzeć do celu.

Czasem lepiej się zatrzymać i zapytać:
czy „wolność”, którą kupuję, to rzeczywiste dobro – czy tylko iluzja?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Relacja jako droga: od istnienia przez wartość do praktyki

Relacja nie zawsze jest wyborem. Czasem po prostu jest — zanim ją nazwiemy, zanim ją ocenimy. Warto przyjrzeć się temu, jak relacja może przechodzić od bycia nieuświadomionym faktem, przez moment rozpoznania, aż po działanie. I jak w tym ruchu rodzi się dobro — rozumiane jako akt refleksji.

Relacje były już przedmiotem wcześniejszych rozważań — między innymi w kontekście ich wartości. Tym razem nie próbuję ich klasyfikować, lecz przyglądam się temu, jak relacja rozwija się w czasie: jak przechodzi od bycia koniecznym faktem, przez moment świadomego uznania, aż po praktykę.

Ta sekwencja — istnienie, wartość, działanie — nie zawsze przebiega liniowo. Może się zapętlać, pogłębiać, zaczynać od nowa. Ale w każdym z tych etapów możliwe jest dobro — rozumiane jako zdolność do refleksji. Tę możliwość warto potraktować poważnie.

Relacja jako istnienie

Nie wszystkie relacje są efektem decyzji. Niektóre po prostu są. Zanim zacznę je rozważać, oceniać lub rozwijać, już się w nich znajduję. To relacje konieczne, wynikające z samego faktu bycia: relacja ze światem, z czasem, z ciałem, z sobą samym. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie relacji ze światem w kontekście stoickim.

W filozofii stoickiej nie ma potrzeby oddzielania się od rzeczywistości — przeciwnie, zachęca się do rozpoznania, że jestem jej częścią. Marek Aureliusz pisał: „Nie jesteś oderwany od całości. Jesteś jej częścią, chwilą, ruchem, powrotem.” To nie metafora, ale przypomnienie o tym, że życie zawsze odbywa się w czymś i wobec czegoś.

W tym sensie relacja ze światem nie zaczyna się wtedy, gdy ją wybiorę. Ona mnie poprzedza. Mogę się jej sprzeciwiać, mogę ją ignorować, ale nie mogę się od niej uwolnić, dopóki sam istnieję. I choć nie jest ona jeszcze wartością ani dobrem, to stanowi podstawę, na której wartość lub dobro może się pojawić.

Można pokusić się o ogólne stwierdzenie: bycie w relacji nigdy nie jest kwestią wyboru. Sam fakt poznania czegoś — lub kogoś — już nas w niej umieszcza.

Pytanie: jaka jest moja relacja — i czy chcę ją rozpoznać?

Relacja jako wartość

Sama obecność w relacji nie wystarcza, by nadawać jej znaczenie. Można być z kimś lub z czymś w stałym kontakcie — i pozostać wobec tej relacji obojętnym. To, co przemienia relację w wartość, to akt refleksyjnego rozpoznania. To moment, w którym uświadamiam sobie, że ta relacja mnie współtworzy — że wpływa na to, kim jestem i jak myślę. Wtedy przestaje być tłem, a staje się miejscem odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o emocjonalną reakcję ani nagłą zmianę odczuć. Wartość pojawia się wtedy, gdy zaczynam patrzeć na relację jako na coś, wobec czego nie mogę już pozostać bierny. To pierwszy krok etyczny. Nie tyle w działaniu, co w uznaniu: ta relacja mnie współtworzy — i ja mogę współtworzyć ją.

W tym ujęciu wartość nie istnieje niezależnie — jest efektem refleksyjności. Aktem, w którym coś, co było neutralne, staje się znaczące. To dlatego wartość relacji nie jest nadana z zewnątrz, lecz wyłania się z wewnętrznego punktu widzenia.

Stoicy pisali o wspólnocie nie jako zobowiązaniu zewnętrznym, ale jako przestrzeni wzajemnego rozwoju. Seneka przypomina: „Człowiek jest świętością dla człowieka.” Marek Aureliusz dodaje: „Nie jesteśmy stworzeni dla siebie, lecz jedni dla drugich.” Ale ich refleksja nie kończy się na relacjach międzyludzkich. Dotyczy również relacji z naturą, z porządkiem świata, z czasem, z tym, co przekracza jednostkę. Aureliusz pisał: „Zgadzaj się z tym, co przynosi ci los, kochaj to, co cię spotyka, bo wszystko dzieje się zgodnie z naturą.”

Uznanie tych relacji nie jest wyrazem sentymentalizmu. To akt wewnętrznej zgody i świadomości — i jako taki ma wymiar etyczny. To nie abstrakcyjne ideały, ale konsekwencje, które pojawiają się, gdy zaczynam refleksyjnie przeżywać relację — z drugim, ze światem, z samym sobą.

Jeśli dobro to refleksyjność, to każda relacja może stać się miejscem dobra — o ile zostanie zauważona. Możliwość dobra jest obecna zawsze, choć nie zawsze uświadomiona.

Relacja jako praktyka

Uznanie relacji za wartość otwiera możliwość działania — ale nie gwarantuje, że to działanie się wydarzy. Wartość bez praktyki pozostaje potencjałem. To dopiero konkretne decyzje i gesty nadają jej kształt. Można powiedzieć, że praktyka jest przestrzenią, w której refleksyjność się rozwija i utrwala — nie poprzez rozważanie, lecz poprzez działanie.

W duchu stoickim praktyka nie oznacza spektakularnych czynów, lecz systematyczność: uważne słuchanie, dotrzymywanie zobowiązań, gotowość do korekty. Również relacja z samym sobą — jeśli ma być czymś więcej niż tylko obecnością — domaga się uwagi. Bez regularnej autorefleksji łatwo przechodzi w autopilot.

Miłość, w tym ujęciu, nie jest uczuciem — jest działaniem. Nie tyle ją „czuję”, co ją czynię. Odpowiadam na jej wartość nie przez deklarację, lecz przez codzienną postawę.

Jednak również praktyka może się wypaczyć, jeśli odłączy się od refleksji. Działanie bez uważności staje się rytuałem bez treści, grą ról. Dlatego powrót do refleksyjności musi być utrzymywany w samym działaniu.

Dobro nie wynika z samego działania, lecz z tego, że działanie pozostaje świadome.

Zakończenie

Można więc myśleć o relacjach nie jako o stanach, ale jako o ruchu — między obecnością, świadomością i działaniem. To, co je łączy, to możliwość refleksji, która w każdej chwili może się wydarzyć — i która, jeśli się wydarzy, czyni z relacji przestrzeń dobra.

Warto zadać sobie pytanie: w których relacjach jestem obecny, ale jeszcze nieświadomy? W których jestem świadomy, ale nieobecny w działaniu? A w których — we wszystkich tych trzech wymiarach?

Nota o powstaniu tekstu

Powyższy artykuł został przygotowany przy wsparciu narzędzia AI (ChatGPT). W procesie powstawania tekstu AI pełniło funkcję redakcyjno-warsztatową: pomagało w doprecyzowaniu struktury, redagowaniu wybranych fragmentów, dostrajaniu stylu oraz formułowaniu propozycji uzupełnień i rozwinięć — zawsze w odpowiedzi na autorskie decyzje, wskazania i korekty.

O wartości relacji

Artykuł analizuje istotę relacji w kontekście hierarchii wartości, dzieląc je na relacje jako dobro i wartości. Zawiera refleksje na temat relacji ze światem, sobą oraz innymi ludźmi, podkreślając znaczenie akceptacji losu oraz możliwości wzajemnego rozwoju. Autor proponuje, by dążyć do miłości w relacjach międzyludzkich.

W ramach omawiania elementów mojej hierarchii wartości wprowadziłem pojęcie relacji i zarysowałem, jak wyobrażam sobie mechanizmy ich formowania. W tym artykule rozwinę temat, skupiając się na relacji jako wartości, o którą warto zabiegać.

Rozpocznę od kategoryzowania relacji, by łatwiej było omawiać ich szczegółowe aspekty. Na pierwszym poziomie kategoryzacji są dwie klasy: relacje jako dobro i relacje jako wartość. Podobnie jak w przypadku wolności, część zjawisk kryjących się pod pojęciem relacji jest elementem refleksyjności. Pozostałe aspekty są wartościami, czyli potencjalnymi celami dążeń niestanowiącymi dobra same w sobie.

Do grupy relacji jako dobro zaliczam dwie klasy: relacje ze światem i relacje z samym sobą. Pierwszą rozumiem nieco abstrakcyjnie jako relację z całością bytu bardziej niż z jego poszczególnymi częściami. Obie z nich uważam za fundamentalne dla naszej egzystencji, nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek niebędący w którejś z tych relacji. Bywają ludzie, u których są one zaniedbane i nikłe, ale u każdego jakieś być muszą.

Do grupy relacji jako wartość zaliczę trzy klasy: relacje z innymi ludźmi, z ideami i z naturą (żywą i martwą). W zamyśle ten podział ma pokryć całość spektrum możliwych relacji i na razie nie widzę w nim luk. Nie wątpię przy tym, że możliwe są inne podziały zbioru relacji, również pokrywające cały zbiór i mające swoją użyteczność. Nie twierdzę w związku z tym, że mój podział jest jedynym, będę go natomiast konsekwentnie używał w dalszych rozważaniach.

Relacja ze światem

Relacja ze światem jest jedną z dwóch fundamentalnych relacji dla naszej egzystencji – wynika z samego faktu naszego istnienia. Nie musimy sobie z tego zdawać sprawy ani nad tym rozmyślać, ale mamy jakieś spojrzenie na świat. Czy uważamy, że istnieje obiektywnie czy że jest symulacją w Matriksie, mamy pogląd na jego charakter. Możemy uważać, że jest przyjazny i budujący albo że jest mroczny i zagrażający — jakoś musimy się wobec niego pozycjonować.

Relacja ze światem jest powiązana z relacją z samym sobą, uważam je za wzajemnie dopełniające. Na ich pograniczu plasuje się ważne pytanie: gdzie kończę się ja, a zaczyna świat. Zagadka ta jest centralnym aspektem rozważań metafizyki stoickiej.

Jak wspomniałem we wstępie, na potrzeby definiowania tej relacji, świat rozumiem jako całość bytu, która nie jest nami. Mój stosunek do poszczególnych jego elementów, będę omawiał później, tutaj idzie o bardziej abstrakcyjne rozważania. Uważam tę relację za fragment refleksyjności, ponieważ manifestują się w niej dwa fundamentalne elementy: pierwszy to wspomniana już metafizyka i rozgraniczenie co jest mną a co światem. Drugi to etyka, w szczególności badanie co to znaczy, że świat jest dobry lub zły? Ten namysł jest kluczowym elementem refleksyjności.

Najpełniej stoickim podejściem do relacji ze światem jest tak zwane „amor fati”, czyli umiłowanie losu. Świat, czyli to, co nie jest nami, staje się synonimem losu, tego, co jest poza naszą kontrolą, co nam się przydarza.

Jest niejeden sposób na zarządzanie relacją z losem — od przeciwstawiania się, poprzez narzekanie, po akceptację. Stoickie podejście zaczyna się od tej ostatniej, ale na niej się nie kończy. Zaakceptowanie losu, rozumianego jako to, co nie jest pod naszą kontrolą, to świetny początek. Pozwala nam nie dokładać zmartwień bez konieczności i przenieść koncentrację na to, co od nas zależne i co możemy zmienić. Warto podkreślić, że akceptacja nie oznacza bierności. Przeciwnie, jest podstawą intensywnej aktywności tam, gdzie możemy realnie coś zmienić w obszarze tego, co od nas zależne, a nasze działania mogą i powinny być ukierunkowane na zmianę świata w zgodzie z naszymi wartościami.

Akceptacja nie jest jednak końcem stoickiej przygody z losem. Jako stoik powinienem pójść krok dalej, to znaczy pokochać swój los. Oznacza to, że optymalnym stanem jest, gdy każdy przypadek losu uważam za szczęśliwą okoliczność, która stanowi okazję do ćwiczenia się w cnocie (ćwiczenia swojej refleksyjności). Nawet zdarzenia, które potocznie określilibyśmy mianem złych czy tragicznych dla stoika stanowią część naturalnej kolei rzeczy i szansę na ćwiczenie swego spokoju duch.

Dla stoika relacja ze światem ma cztery stany: umiłowanie losu, akceptacja losu, dążenie do jednej z tych dwóch lub żadna z powyższych. Ta czwarta kategoria oznacza dowolną postawą różną od pozostałych trzech. Amor fati możemy określić mianem dobra, to jest po stoicku właściwa postawa. Wszystkie pozostałe dobrem nie są, ale dwie z nich zawierają w sobie dążenie do dobra, podczas gdy trzecia nie. Można by się pokusić o nazwanie jej w tym kontekście złem rozumianym nie jako brak dobra, ale odwrócenie się od niego. Nie widzę korzyści w takiej etykiecie. Pośród tych postaw mogą istnieć i takie, które prowadzą człowieka do szczęścia, bo ani stoicyzm, ani żaden inny system filozoficzny nie jest w stanie udowodnić swojej unikalności jako ścieżki do spełnionego życia.

Unikam określenia „zło” dlatego też, że w języku potocznym ma tak silny pejoratywny wydźwięk. W stoicyzmie zło jest raczej rodzajem pomyłki czy błędu poznawczego. Ci, których określiłbym mianem „złych”, mogliby być równie dobrze określeni jako „popełniający błąd w rozumowaniu”, bo przecież dobro sprowadza się do dobrego rozumowania o swoim funkcjonowaniu. To nie brzmi tak groźnie, ale też nie jest tak zwięzłe. Kogoś, kto popełnia błąd w rozumowaniu, nie skazuje się na potępienie, tylko poprawia. Jak powiada Marek Aureliusz:
„Na nikogo nie należy się gniewać. Jeżeli bowiem możesz, to go popraw. A jeżeli tego nie możesz, to popraw jego czyn. A jeżeli i tego nie możesz, cóż ci pomoże zagniewanie się? Nic nie należy czynić bezcelowo.”

Relacja z samym sobą

Relacja z samym sobą to druga fundamentalna relacja, bez której nie moglibyśmy istnieć jako istoty ludzkie. Jest dopełnieniem relacji ze światem. Bywa nieuświadomiona, kiedy nie mamy kontaktu z faktem, że coś o sobie sądzimy, jakoś siebie oceniamy. Częściej jednak jest częściowo podświadoma, z pewnych jej elementów zdajemy sobie sprawę z innych już nie. Często spychamy do podświadomości negatywne opinie, które mamy o sobie samym.

Ewolucja tej relacji jest fundamentalnym procesem refleksyjnego istnienia — jest refleksją, a przynajmniej jej częścią. Harmonijna relacja ze światem i sobą to esencja szczęśliwego i po stoicku spokojnego życia.

Pierwszą częścią tej relacji jest poznawanie samego siebie, czyli ustawianie siebie w pozycji czujnego obserwatora własnych procesów wewnętrznych. Proces ten zachodzi nieustannie na wielu poziomach umysłu. Wiele z nich jest automatycznych i ma więcej wspólnego z funkcjonowanie maszynerii naszego ciała niż ze świadomym namysłem. Kluczowa z punktu widzenia refleksyjności jest świadoma obserwacja procesów myślowych. Możemy jej dokonywać na bieżąco, w trakcie jak owe procesy zachodzą, ale możemy je także dokonywać z opóźnieniem, w ramach namysłu nad mijającym dniem. Niezależnie od metody jest niezwykle przydatnym, by tę kompetencję ćwiczyć, a ćwiczyć ją musimy, jeśli chcemy ją posiadać. Jest to umiejętność, której trzeba się uczyć i którą trzeba trenować, by stawać się w niej coraz sprawniejszym.

Drugim komponentem tej relacji jest zmienianie samego siebie. W trakcie obserwacji dostrzeżemy elementy naszej egzystencji, które chcielibyśmy zmodyfikować. Proces ten jest efektem świadomego wyboru, określenia pewnego stanu docelowego i zdefiniowania kroków, które mają nas do niego doprowadzić. Jest to czasochłonne przedsięwzięcie — zależnie od tego, co zmieniamy, może nam zając wiele lat, czasem nawet całe życie. Istotne jest, by koncertować się na procesie i na postępach, które czynimy po drodze, bardziej niż na ostatecznym celu. Sam staram się cel traktować jako coś nieosiągalnego i interesuje mnie jedynie zbliżanie się do niego. Takie podejście pomaga mi uniknąć zniechęcenia oraz chroni mnie przed stawianiem samemu sobie nierealnych wymagań.

Relacja z sobą, poza dużą ilością pracy, którą trzeba w nią włożyć, wymaga też wiele czułości względem siebie. W wyniku zaobserwowania u siebie czegoś, co chcemy zmienić, łatwo jest wpaść w pułapkę wewnętrznego krytyka, to znaczy traktowania samego siebie jako złego, godnego pogardy. Także w trakcie procesu zmian łatwo jest ulec poczuciu, że nie zmieniamy się dość szybko i pozwolić wewnętrznemu krytykowi uderzać w poczucie naszej wartości. Kontrą na te zjawiska jest zastąpienie krytyka czułym opiekunem. Zamiast atakować siebie, pocieszajmy się i podnośmy na duchu. Sprawmy, by nasza relacja była nakierowana na to, co pozytywne. Cieszmy się drobnymi zmianami, celebrujmy małe sukcesy. Na porażki patrzmy jako na okazję do nauki i wyciągnięcia wniosków, a nie okazję, by zdołować samego siebie.

Relacja z samym sobą jest refleksyjnością. Proces, o którym wspomniałem wyżej, jest głębokim namysłem nad schematami naszego działania i wysiłkiem w kierunku ich poprawy, a to jest definicja refleksyjności. W związku z tym relację z samym sobą zaliczam do kategorii dobra. To w tej relacji w najpełniejszy sposób urzeczywistniają się koncepcję dobra i zła. Jeśli jest w naszym życiu jakieś zło, to najpewniej tkwi w tej właśnie relacji. Tutaj, podobnie jak w relacji ze światem, możemy odciąć się od etykietki „zła” i rozumieć je raczej pomyłkę w rozumowaniu, tym razem naszym, a nie innych.

Zło nie jest diabłem z rogami ziejącym siarką, nie ma w nim nic mistycznego, zło jest pomyłką i błędem, które można poprawiać i naprawiać. Za popełnione pomyłki możemy zadośćuczynić lub ponieść karę, ale przede wszystkim możemy z nich wyciągnąć wnioski, by nie powielać ich w przyszłości.

Relacje z innymi ludźmi

Relacje z ludźmi mieszczą się w sferze wartości, nie stanowią dobra same w sobie, ale mogą być preferowane, jeśli przyczyniają się do powstania warunków sprzyjających refleksyjności, same nie będąc refleksyjnością. Jeżeli stanowią ograniczenie lub zagrożenie dla refleksyjności, wtedy są warte unikania.

Choć nie są dobrem same w sobie, stanowią jeden z najlepszych poligonów doświadczalnych i narzędzi w dążeniu do dobra. W teorii refleksyjność nie wymaga nic poza samą sobą i jest to prawdą dla stoickiego mędrca, który posiadł ją w pełni. W praktyce, dla tych z nas którzy do niej dążą, potrzebne są okoliczności zewnętrzne, czyli relacje w kontakcie, z którymi możemy poznawać i zmieniać siebie. Najlepszymi spośród nich są związki, w które wchodzimy z ludźmi wokół nas. Warto przy tym zwrócić uwagę, że relacje nie są jednostronne, tak jak my czerpiemy z nich korzyść dla naszej refleksyjności, tak druga strona czerpie korzyść dla swojej.

Trzy najważniejsze podkategorie relacji z ludźmi to: miłość, przyjaźń i koleżeństwo. Miłość rozumiem tu szeroko nieograniczoną do tej romantycznej. Większość z nas ma intuicje co do tego, co oznaczają te pojęcia, ale dla jasności sformułuje je tak, jak je rozumiem.

Miłość to relacja charakteryzująca się maksymalnym możliwym zaufaniem. Będąc w niej, czujemy, że bezpiecznie możemy powierzyć swoje ciało, myśli i emocje drugiemu człowiekowi. W moim rozumieniu ta relacja musi być koniecznie symetryczna, czyli odwzajemniona. Oznacza to, że nie przyjmuje za miłość żadnej relacji jednostronnej lub niesymetrycznej, także, wtedy gdy druga strona nie jest w stanie jej odwzajemnić.
Przykład: w tym rozumieniu relacja matki z niemowlęciem nie jest miłością. Określiłbym ją raczej relacją czułości, opiekuńczości, posiadania czy odpowiedzialności, ale nie miłości, bo niemowlę nie może symetrycznie uczestniczyć w takiej relacji. Ta relacja jest skrajnie asymetryczna. Wraz z upływem czasu i rozwojem dziecka, relacja z matką (rodzicem) może się przekształcić w miłość. Przypuszczam jednak, że w wielu przypadkach taki rozwój nie zachodzi i relacja między rodzicem a dzieckiem pozostaje niesymetryczna, a w rezultacie bardzo odległa od miłości.
Spośród relacji z innymi ludźmi miłość jest najwartościowszą, jako że daje nam dostęp do najpełniejszego otwarcia, co bezpośrednio przekłada się na największy potencjał ćwiczenia i rozwoju refleksyjności.
Jest też relacją, która naturalnie budzi największy lęk, jej częścią jest bowiem ukazanie drugiej osobie swoich słabości, czy tego, co za nie uważamy, wystawienie się na zagrożenie ciosem. Najpełniej możemy wejść w miłość, jeśli potrafimy pozbyć się tego lęku i wraz z nim wyzbyć się oporów i pokusy ukrywania części siebie.
Zauważę tutaj, że granice między różnymi typami relacji międzyludzkich są rozmyte i bez trudu mogę sobie wyobrazić głęboką przyjaźń, która będzie bardziej stymulująca dla refleksyjności niż słaba miłość. W obu przypadkach wartość relacji tworzy spektrum, a ich zakresy zachodzą na siebie.

Przyjaźń to relacja charakteryzująca się głębokim zaufaniem. Podobnie jak miłość oznacza poczucie bezpieczeństwa w powierzeniu swego ciała, myśli i emocji drugiemu człowiekowi i podobnie jak ona koniecznie musi być symetryczna. W dużej mierze różnica między miłością a przyjaźnią jest ilościowa raczej niż jakościowa. Jak wspomniałem powyżej, granicę są tu rozmyte. Jeślibym miał określić czynnik wyróżniający, to powiedziałbym, że w przypadku przyjaźni, nie jestem skłonny się dzielić najintymniejszymi sekretami czy myślami.
Jest naturalnie druga pod względem wartości dla naszej refleksyjności po miłości. Wciąż niesie za sobą ogromną wartość. Wszystkie rozważania przedstawione dla miłości mają zastosowanie i tutaj.

Koleżeństwo to relacja również oparta na zaufaniu, ale ograniczonym. Wyróżnikiem dla mnie tej relacji jest to, że ograniczone jest w niej zaufanie szczególnie w sferze emocji. To, co uważam dla niej za niezbędne, by odróżnić ją od „znajomości”, to zaufanie w sferze myśli.

Na tym ostatnim elemencie zasadza się według mnie natura koleżeństwa. Są to relacje, w których swobodnie wymieniamy się myślami i ideami, z obopólnym zrozumieniem, że nie dzielimy się intymnymi i emocjonalnymi szczegółami naszego funkcjonowania. Ta grupa relacji jest niezwykle istotna nie tyle ze względu na jakość, ile ze względu na swoją ilość. Większość nietrywialnych relacji w naszym życiu to relacje koleżeńskie.

To sprawia, że płynie z nich niezwykła korzyść, mianowicie wystawienie się na idee znacząco różniące się od naszych. One dają nam wgląd w świat, który jest poza naszym bezpośrednim kręgiem towarzyskim.

Wymiana idei jest niezwykle wartościową pożywkom dla refleksji, dlatego warto kultywować relacje koleżeńskie. Acz warto też dążyć do tego, by możliwie dużo relacji koleżeńskich przetworzyć w przyjaźnie i miłości.

Z powyższego można wnieść, że optymalnie jest być w stosunku miłosnym ze wszystkimi ludźmi, czy raczej, być otwartym na relacje miłości z każdym człowiekiem. Podkreślam to, bo miłość wymaga wzajemności, która nie od nas zależy. Jest to dla mnie naturalne uzupełnienie idei „amor fati”, umiłowania losu. Rozszerzam ją na wszystkich ludzi, a może to nawet nie jest rozszerzenie, może po prostu zauważam, że w niej już zawiera się myśl, by do drugiego człowieka zawsze wychodzić z pozycji gotowości do miłowania.

Trzy typy relacji z ludźmi, o których dzisiaj wspomniałem, nie wyczerpują całego spektrum możliwości. Przede wszystkim dla każdej z dziś wymienionych istnieje relacja odwrotna w rozumieniu dobra, czyli relacja, która szkodzi naszej refleksyjności, bardziej niż jej pomaga. Z grubsza te dychotomie to miłość/nienawiść, przyjaźń/wrogość, koleżeństwo/niechęć.
Osobną kategorią relacji z ludźmi, są wszelkiego rodzaju relacje jednostronne czy niesymetryczne. Tutaj można znaleźć wiele przykładów zarówno wartościowych, jak i niewartych zachodu relacji. Przykłady wartościowe to opiekuńczość, czułość. Przykłady niewarte zachodu: dominacja, znęcanie się.

Relacje z ideami

Relacje z ideami są interesującym obszarem naszego funkcjonowania. Odnoszą się one do stosunku, jaki mamy do abstrakcyjnych pojęć i twierdzeń. W ich obrębie mieszczą się nasze związki z filozofią, religią, polityką, ekonomią etc. Na potrzeby tych rozważań, wyodrębniam poza tę kategorię relację ze światem, którą omawiałem wyżej. W zasadzie świat jest pewną ideą, więc mógłbym rozważać je wspólnie, ale ze względu na bardziej fundamentalny charakter tej relacji, zdecydowałem traktować ją odrębnie.

Pochylę się teraz nieco bardziej szczegółowo nad relacjami z dwoma ideami: filozofią i religią. Polityka czy ekonomia nie interesują mnie specjalnie, nie będę więc poświęcał im miejsca. Dla kogoś innego mogą to być interesujące i ważne idee i jeżeli tak jest, polecam zastanowienie się nad nimi we własnym zakresie.

Filozofia nie jest jedną konkretną ideą, jest raczej zbiorem wielu idei, czy nawet jest procesem tworzenia idei. W swoich najszerszych definicjach obejmuje wszystkie idee od polityki po religie. Ja jednak będę o niej w tym kontekście myślał jako o pewnym podejściu do życia, w szczególności do osiągnięcia szczęścia.

Jeśli rozumiemy filozofię jako sztukę dążenia do szczęścia, to każdy człowiek na świecie jakąś się kieruje, czyli jest w relacji z pewną filozofią. Głębia tej relacji będzie się wahać znacząco od człowieka do człowieka, gdzie większość populacji nie jest świadoma jej istnienia.

Filozofia w pewnym sensie konkuruje z religią, którą także można rozumieć jako sposób dążenia do szczęścia, zbiór reguł i zwyczajów, które owo mają zapewniać za sprawą nadprzyrodzonych sił. W tym rozumieniu religię można by określić jako rodzaj filozofii.

Jeśli zwęzimy definicję, wykluczając systemy oparte na wierze w nadprzyrodzone, możemy mówić o filozofii świeckiej czy laickiej. Tego rodzaju filozofię będą odnosić się do tego, co możemy uznać za rzeczywiste.
W kategorii idei nie ma bardziej wartościowej relacji niż ta, którą możemy budować z naszą filozofią życia. Tak jak wspomniałem wyżej, każdy z nas jakąś już ma, warto jednak się z nią bardziej zaprzyjaźnić czy lepiej ją poznać, jeśli jest ukryta w podświadomości.

Możemy to zrobić zadając sobie pytania: co czyni mnie szczęśliwym? Dlaczego akurat to? Jaką potrzebę zaspokaja? Jakie są moje potrzeby? I tak dalej. W pewnym sensie odkrywanie swojej filozofii życia jest jak odkrywanie siebie. Tu nie warto się zatrzymywać na powierzchownych obserwacjach, każdy z nas ma sporo głębi, którą warto badać. Religia to system wierzeń i obrzędów, które pośredniczą między człowiekiem a tym, co nadprzyrodzone. W tym sensie religię możemy też rozumieć jako relację z nadprzyrodzonym, w wielu przypadkach z jakąś formą osobowego boga.

W przeciwieństwie do filozofii religii nie trzeba mieć, można swobodnie funkcjonować, nie mając poglądu na nadprzyrodzone.
U wielu ludzi religia pełni jednak funkcję zbliżoną do filozofii, to znaczy, podaje przepis na to, jak osiągnąć szczęście. Czasem chodzi o szczęście doczesne, ale często spotykane jest jego odroczenie do życia po śmierci. Dla wielu ludzi religia niewątpliwie pełni funkcję pocieszenia i uspokojenia. Daje strukturę i społeczność, do której przynależą.

Relacja z religią jest często zaszczepiana ludziom już w dzieciństwie, co raczej rzadko zdarza się z innymi ideami. Jest to jeden z powodów, dla którego religię raz przyjętą ciężko jest odrzucić. Drugim jest wspomniany wcześniej aspekt społeczny i związane z tym ryzyko ostracyzmu.

Osobiście nie posiadam poglądów religijnych i nie czuję potrzeby ich szukać. Moją zasadą jest, by polegać na akceptacji mojej śmiertelności, raczej niż poszukiwać nadziei na życie po śmierci. Takie podejście do świata i człowieczeństwa wydaje mi się ciekawsze.

Relacje z naturą (żywą i martwą)

Relacja z naturą odnosi się do naszego stosunku do wszystkiego, co nas otacza, a co jest fizyczne. Wyłączyłem z niej relacje z ludźmi, choć w ścisłym sensie są one jej podkategorią. Jednak ze względu na ich wyjątkowy charakter jako bytów refleksyjnych, potraktowałem je oddzielnie. Tutaj skupię się na interakcji ze zwierzętami i planetą jako całością. Choć byty te nie posiadają własnej refleksyjności, to ich bogactwo jest wspaniałym motorem do rozwoju naszej.

Moja osobista relacja ze zwierzętami ma w sobie osobliwą dwoistość. Z jednej strony jestem ich miłośnikiem. Psy i koty są prześwietne, zabawne i niosą ze sobą ciepło domowego ogniska. Dom, w którym szaleje piesek albo po którym dostojnie snują się koty, kojarzy mi się z przytulnością i swojskością. Mogę godzinami szarpać się z pieskiem o zabawkę, czy obserwować jak kot leży i śpi.
Jestem stałym bywalcem ogrodów zoologicznych, fascynują mnie mieszkające tam zwierzęta i choć uważam, że lepiej by zwierzęta żyły na wolności, doceniam rolę edukacyjną i zachowawczą, jaką pełnią te jednostki. Tak długo, jak warunki, w których żyją zwierzęta, są możliwie zbliżone do naturalnych i są traktowane z czułością i szacunkiem, wywodzę, iż warto wspierać ogrody zoologiczne.

Z drugiej strony jem mięso. Czy chcę to dostrzec, czy też nie, za wyprodukowaniem mięsa, które zjadam stoi ogrom śmierci i cierpienia. Mogą na to nie patrzeć, mogę udawać, że tego nie wiedzę, ale ostatecznie nie ucieknę przed tą prawdą. Na potrzeby naszego przemysłu spożywczego, także na moje potrzeby, zabijamy brutalnie miliardy zwierząt. Ich śmierć i ich życie nie mają nic wspólnego z humanitarnym traktowaniem – szczególnie tam, gdzie w grę wchodzi wielka skala, a więc i niska cena.

Jak mogę pogodzić te dwie sprzeczności? Czy się w ogóle da? Czy muszę dokonywać nieustannej dysocjacji od świadomości tego, jak pozyskiwane jest mięso, które zjadam? Czy muszę zapominać o tym, że zwierzętom, które trafiają na mój talerz, zadawane są ból i śmierć? Jakoś te dwie sprzeczności godzę i funkcjonuję, choć nie potrafię określić jak.

Może powiecie, że przecież człowiek jest mięsożerny, ty jesteś człowiekiem, jest naturalne, że jesz mięso. To prawda, choć jestem wielkim przeciwnikiem zrównywania tego, co naturalne z tym, co dobre. To osobne kategorie i wiele naturalnych rzeczy jest moralnie nieakceptowalnych. Jest też prawdą o mnie, że nie muszę jeść mięsa. Pewnie są na świecie ludzie, którzy ze względów zdrowotnych jeść je muszą, ale ja nie jestem jednych z nich. Moje zdrowie będzie równie dobre, a potencjalnie i lepsze, jeśli zrezygnuje z mięsa. Mogę bez problemu przetrwać i rozwijać się na diecie ściśle roślinnej. Skoro tak, to jedzenie mięsa jest wyborem, który muszę potrafić przed sobą uzasadnić. Jeśli coś nie jest dla mnie konieczne i przypuszczam lub wiem, że niesie ze sobą negatywne konsekwencje dla mnie lub innych, to na mnie spoczywa ciężar uzasadnienia, dlaczego się na to decyduje. Biorąc pod uwagę jak wiele śmierci i cierpienia kroczy za produkcją mięsa, nie mam pojęcia, jakich mógłbym użyć argumentów, poza: „bo lubię i już”, a to jest beznadziejnie słaby argument.

To trochę tak jak z krwawymi diamentami (czy dziś już bardziej krwawy kobalt) z Konga, póki nie widzę śmierci i cierpienia ludzi przy ich wydobywaniu, korzystam z nich i mam poczucie czystego sumienia. W momencie, gdy dowiem się jakie zło się z nimi wiąże, mam obowiązek, by zadać sobie pytanie, czy dalej z nich korzystać, czy mieści się to w granicach mojej moralności.

Relacja z planetą jako całością potraktuję nieco skrótowo, bo fundamentalnie jest w niej wiele podobieństw do relacji ze zwierzętami. Jest w niej przede wszystkim ta sam dwoistość: z jednej strony miłość i zachwyt, z drugiej strony brutalne wykorzystywanie jej zasobów. Co rozumiem przez to drugie? Moją nadmiarową konsumpcję. Patrząc wokół siebie, widzę wyraźniej, jak wiele otacza mnie przedmiotów, które są zasadniczo zbędne. Zbędne na pewno dla mojego przetrwania, ale zbędne też dla mojego szczęścia. Każdy z nich wymagał wykorzystania zasobów do wytworzenia. Każdy wziął coś z planety, na której mieszkam.

Także i tu muszę sobie zadać pytanie: jak uzasadniam tę dwoistość? Jakie są moje argumenty za tym, by konsumować więcej, niż potrzebuję?

Wspólnym pytaniem, jakie nasuwa mi się po rozważeniu tych dwóch relacji: jaki wpływ na moją refleksyjność ma funkcjonowanie w tych sprzecznościach?

Natura wokół nas jest wspaniałym i bogatym źródłem inspiracji, wyciszenia i ciepła. W przyszłości jej różnorodność biologiczna może być źródłem nowych refleksyjnych gatunków. Warto o nią dbać, bo pozostaje niezmiennie wielkim przyczynkiem do rozkwitu refleksyjności ludzkiej!

O wzięciu sterów w swoje ręce

W dzisiejszym wpisie poruszany jest temat odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem. Autor podkreśla, że emocje, aspiracje oraz wartości są kluczowe w kształtowaniu naszego szczęścia. Przejęcie odpowiedzialności za emocje oraz decyzje prowadzi do dojrzałości, samopoznania i pozytywnych zmian w życiu i społeczeństwie.

Dzisiejszy wpis będzie krótki, acz poruszę w nim ważny temat: branie odpowiedzialności i przejmowanie kontroli nad własnym życiem. Rozumiem przez to wszelkie stany wewnętrzne: emocje, poglądy, decyzje, wartości – wszystkie elementy naszego bytu, które właściwie zarządzane mogą nam dać szczęśliwe życie.

Co rozumiem przez przejmowanie kontroli? Konsekwentne sytuowanie przyczyny naszego stanu ducha w obrębie jego samego, czyli świadomość, że możemy decydować o tym, co i jak czujemy.
Co rozumiem przez branie odpowiedzialności? Zrozumienie, że za kontrolą idzie odpowiedzialność za skutki naszych stanów ducha. To, co robię pod wpływem moich stanów wewnętrznych, jest moją zasługą lub przewiną.

Przykładowo, kiedy poczuję gniew, powiem: „Ależ się zdenerwowałem, gdy usłyszałem, co on mówi”. Nie powiem natomiast: „Ależ się zdenerwowałem przez to, co on powiedział”, ani tym bardziej „Ależ jego słowa mnie zdenerwowały”.
Drugi przykład, jeśli w gniewie upuszczę naczynie, powiem: „Upuściłem szklankę, ponieważ się zdenerwowałem”. Nie powiem natomiast: „Tak mnie zdenerwował, że aż upuściłem szklankę”, ani tym bardziej: „Patrzcie, co on zrobił! Tak mnie zdenerwował, że aż przez niego upuściłem szklankę”.

Emocje

Być odpowiedzialnym i sprawczym w dziedzinie naszych emocji to fantastyczna sprawa! Pomyślcie, jak możemy kształtować nasze samopoczucie, gdy to naszą decyzją jest czy czujemy smutek, czy zadowolenie.

Droga do tak głębokiej kontroli jest długa, ale już podążanie nią jest satysfakcjonujące i uwalniające. Pierwszym krokiem, który trzeba zrobić, by w nią wyruszyć to powiedzieć sobie: „Tylko ja jestem odpowiedzialny za moje emocje nikt inny!” Czyli to ja decyduje czy czuję złość, a w związku z tym mówię „Ale się zezłościłem!” zamiast „Ale mnie zezłościli”. To ja decyduję czy czuję radość, w związku z czym mówię „Ale się uradowałem” zamiast „Ale mnie uradowali”. Nie bez powodu kładę nacisk na te słowa, język ma znaczenie i za każdym razem, gdy biorę werbalnie sprawstwo nad emocją, zbliżam się o krok do urzeczywistnienia celu, którym jest decydowanie o stanie ducha bez oglądania się na czynniki zewnętrze!

Wraz z kontrolą idzie odpowiedzialność. Skoro to ja decyduje, co czuję, to ja odpowiadam za to, co czynię pod wpływem tego uczucia. To piękny aspekt dojrzałości. Za każdym razem, gdy nie cofam się przed odpowiedzialnością za emocję, potwierdzam swoją dojrzałość emocjonalna. Wysyłam komunikat do siebie i innych, że można na mnie polegać i mi zaufać, bo nie tylko dbam o swoje emocje, ale i bez wymówek za nie odpowiadam. Odpowiedzialność jest motorem zmiany na lepsze, gdy chcemy by następstwa emocji były dla nas i dla świata wokół jak najkorzystniejsze!

Aspiracje i oczekiwania

Moje aspiracje i oczekiwanie jakie mam wobec siebie, nadają kierunek życiu. Dzięki wzięciu sterów nad nimi gwarantuje, że będę podążać w kierunku, który jest satysfakcjonujący i który uważam za ważny.

Do czego chcę dążyć w życiu? Czy interesuje mnie zgromadzenie wielkich pieniędzy? Czy osiągnięcie wysokiej pozycji w społeczeństwie i zdobycie władzy? Czy osiągnięcie mądrości? A może spokoju ducha? Tak wiele możliwości, spośród których mogę wybierać! To może się wydawać przytłaczające, ale jest ogromna satysfakcja ukryta w chwili, gdy zaczynam rozumieć, do czego aspiruje, co mnie naprawdę kręci! Jeszcze większa jest satysfakcja w momencie, gdy zrozumiem, że mogę aspiracje zmieniać z czasem, mogę je przekształcać, w miarę jak zmienia się moje życie czy pogłębia zrozumienie świata!

Dążenie do osiągnięcia aspiracji jest najskuteczniejsze, wtedy kiedy oczekiwania są skrojone na miarę możliwości. Uzyskuje to, ustalając tempo postępów i zdając sobie sprawę, że nie jestem, podporządkowani temu tempu, tylko ono jest podporządkowane mi, czyli mogę je modyfikować w zależności od przemyśleń i sprzyjających lub nie okoliczności. Ogrom satysfakcji znajduję w zrozumieniu, że wszelkie wymagania, oczekiwania i terminy są pod moją kontrolą i w mojej mocy jest je utrzymywać lub zmieniać.

Dlatego zadawajmy pytanie „czego ja oczekuję od życia?” a zapomnijmy o pytaniu „czego ode mnie oczekują inni?”. Zastanawiajmy się, w jakim tempie chcemy realizować cele, a nie kiedy społeczeństwo życzy sobie, byśmy je zrealizowali.

Poczucie własnej wartości

Mam ogromną wartość, jestem świetnym człowiekiem! I ty drogi czytelniku, także masz wielką wartość i jesteś świetnym człowiekiem, ale nie potrzebujesz mnie, bym cię o tym zapewniał, wystarczy, że sam jesteś o tym przekonany i tego świadom!

Ze świadomości własnej wartości płynie wielki spokój. Jest to jeden z najskuteczniejszych leków na lęk, z jakimi się spotkałem. Gdy wiem, że jestem wartościowy, że moje słowa i myśli mają znaczenie, nie ma potrzeby, by obawiać się reakcji innych na to, co uczynię. Mogę wypowiadać swoją prawdę i bez strachu czy złości przyjmować informację zwrotną.

Co więcej, jako że wiem, że jestem wartościowy i poczucie wartości jest we mnie dobrze osadzone, nie boję się zmiany. Mogę zmieniać siebie, kiedy zauważę taką potrzebę i nie oznacza to, że przed zmianą byłem wadliwy czy bezwartościowy. Nie muszę drżeć z obawy, kiedy spotykam się z krytyką, mogę jej wysłuchać i zastanowić się, czy jest zasadna, czy nie, a następnie działać zgodnie z własną decyzją. Zewnętrzna krytyka nie jest zagrożeniem dla mojej wartości, jest świetną informacją, która odpowiednio wykorzystana pozwoli mi wzrastać.

Dlatego mówię sobie „jesteś wartościowym człowiekiem, jeśli ktoś się z tym nie zgadza to jego problem nie twój!” Nie interesują mnie oceny wystawiane przez innych o ile nie towarzyszy im konstruktywna informacja zwrotna, bo żadna ocena zewnętrzna nie ma mocy, by naruszyć moją wartość!

Wartości, czyli to co dla nas ważne

Gdy świadomie ustalam, jakie są moje wartości i jak mają się względem siebie, czuję, że wprowadzam ład do świata wewnętrznego. Decyzje stają się łatwiejsze, bo jest dla nich konkretna podkładka, a ja mam mniej wątpliwości i zgryzot.

Świat może być inspirujący w dziedzinie wartości. Studia filozoficzne, czytanie głębokiej literatury popularnej, konwersacje z ludźmi, którzy poświęcili czas na rozmyślania o wartościach, to wszystko są cenne dane. Jednak ostatecznie to ja ustalam, które z tych inspiracji przyjąć, a które odrzucić. Tworzę własne definicje wartości według indywidualnych rozmyślań. Do mnie też należy ustalanie ich w jasną hierarchię.

Wykonanie tej pracy sprawia, że czuję zgodność z moimi wartościami, a jeśli któraś z nich mnie uwiera, to wiemy, że mogę ją przeanalizować i zmienić. Nie jestem skazany na konkretny zbiór wartości. Tak jak cele moje wartości mogą się zmieniać i ewoluować wraz ze mną. Co dziś jest główną wartością, jutro może całkowicie wypaść z hierarchii.

Najważniejsze to pamiętać, że nie jestem skrępowany żadnym zewnętrznym systemem moralnym i żadną zewnętrzną strukturą wartości. O ile sam sobie takich kajdanów nie narzucę, mogę swobodnie eksplorować szerokie przestrzenie tego, co ważne i cenne! Nie pozwólmy, by ograniczały nas zmurszałe religie i ideologie, drążmy tunel wartości podług własnego planu!

Decyzje

Wszystko, o czym pisałem powyżej, sprowadza się do wolności decydowania, najlepszego z możliwych celów. Autonomia nad moimi decyzjami i zrozumienie, że sam jestem najważniejszą instancją ich oceny i zmiany, to ideał, który równoważny jest życiu szczęśliwemu.

Przejęcie władzy nad decyzjami jest lekiem na frustrację. Każda decyzja jest moja. Jej skutki, mogą być różne w zależności od okoliczności, ale jednego jestem pewien, decyzje podjąłem w zgodzie z sobą. Nikt nie postawi mnie w sytuacji, w której będę w konflikcie z moimi wartościami, celami i zrozumienie świata. Jeśli wydaje mi się, że w taką sytuację trafiłem, to analizuję ją ponownie, bo zapewne przeoczyłem jakąś opcję. Jeśli nie pozostały żadne decyzje, to mogę oddać się sztuce akceptacji i obserwować rozwijającą się sytuację jako widz, który nie ma w niej żadnej stawki.

Życie jest ciągiem wyborów. Byłoby optymalnie, gdyby każdy z nich był mój. W rzeczywistości wiele które już podjąłem, narzucili mi inni. Na szczęście, nie zmienia to faktu, że mogę przejąć nad nimi ponownie kontrolę i stać się kowalem swego losu.

Za władzą decydowania idzie odpowiedzialność, czyli dojrzałość. To świadomość, że decyzje mają konsekwencje wykraczające poza moją osobę oraz umiejętność oceny tych konsekwencji, ujmowani ich w procesie decyzyjny, oraz ponoszenia odpowiedzialności za nie, kiedy do tego przyjdzie. Ta odpowiedzialność jest motorem dla pięknego kształtowania moich decyzji. Nie jest ciężarem, a wręcz przeciwnie jest siłą, która pcha mnie ku byciu coraz lepszymi! Jest wiele radości w świadomości, że jestem w pełni odpowiedzialny za swe decyzje i ich skutki.

Przykład

Dzisiejszy artykuł zakończę przykładem, ilustrującym jak proste, naturalne sprawy mogą się potoczyć, jeśli nie bierzemy odpowiedzialności za siebie i o ile lepiej mogłoby być, gdy było inaczej.

Nasze biologiczne uwarunkowanie sprawia, że duża część mężczyzn odczuwa pociąg seksualny do kobiet. Kiedy widzimy atrakcyjną kobietę, czujemy pożądanie. Jednak niektórzy, zamiast powiedzieć „kiedy widzę atrakcyjną kobietę, czuję pożądanie”, mówią „ta kobieta budzi we mnie pożądanie”. Przekierowuje sprawczość z siebie na kobietę. To ona sprawiła, że czuję pożądanie, a jeśli traktuje pożądanie jako występek czy grzech, to ona jest winna mego grzechu.

Niekiedy pożądanie rozwijamy w żądzę, jego gorętszą wersję, która jest nastawiona na działanie. Tworzymy w sobie chęć zdobycia kobiety będącej jego obiektem. Powinniśmy spokojnie powiedzieć sobie: „rozbudziłem w sobie żądzę, muszę być czujny, co z nią uczynię”, zamiast tego niejeden z nas mówi „ona obudziła we mnie żądzę, nie wiem, co za chwilę uczynię”.

Żądza może prowadzić do czynu. Tym czynem jest podejmowanie zalotów. W większości przypadków, jeśli owe zaloty nie spotkają się ze wzajemnością, wycofujemy się i pracujemy nad tym, by nasza żądza opadła. Niekiedy mężczyzna podejmuje inną decyzję w swej żądzą i podejmuje próbę zdobycia drugiego człowieka przemocą. Jeśli tak się stanie, ten człowiek powinien pomyśleć „uczyniłem coś strasznego, podjąłem koszmarną decyzję, muszę ponieść jej konsekwencje”. Jednak zazwyczaj to, co zostanie powiedziane to „rozpaliła mnie i sprowokowała do tego, sama tego chciała, przez nią będę miał teraz problemy”.

Na każdym z tych etapów jest szansa, by wziąć kontrolę w swoje ręce, przestać przerzucać odpowiedzialność za swe żądze i czyny na postronne osoby i zatrzymać niebezpieczne szaleństwo. Bywa jednak, że zamiast tego dzieje się coś niedorzecznego: utrwalenie patologii w kulturze lub religii.

Weźmy za przykład prawo szariatu, które nakazuje kobiecie zakrywanie większości ciała, by nie budziła pożądania w mężczyznach. To religijne usankcjonowanie delegowania na kobiety męskiego pożądania! Zamiast złożyć odpowiedzialność na mężczyznach, którzy czują pożądanie, tak by się nauczyli je kontrolować albo spotka ich kara, cały ciężar zostaje przerzucony na kobiety. To one mają się ukrywać za szatami i zamykać w domach, tylko dlatego by jakiś żałośnie słaby mężczyzna nie rozpalił w sobie nędznych żądz i nie dokonał na nich brutalnego gwałtu. Jeśli faktycznie są niezdolni do okiełznania swoich żądz, to zamiast więzienia kobiet, proponuje przymusową kastrację, ta skutecznie ostudzi ich zapędy.
To prawo jest jasnym dowodem tego, jak słabi są mężczyźni je wprowadzający, jak żałośnie nie ogarniają własnych umysłów. W swojej mizerności zrzucają swoje popędy na barki kobiet, samemu uciekając od odpowiedzialności. Ciekawe czy chociaż się tego wstydzą?

Kiedy przejmujemy kontrolę nad swoimi decyzjami mamy wiele do zyskania! Nasz sukces w tych zadaniach może się rozciągnąć poza nasze życie, może dotknąć całego społeczeństwa. Zachęcam więc nas wszystkich do wzięcia sterów w swoje ręce!