Empatia

Odkąd pamiętam, wolałem słuchać niż mówić. Uwielbiam zagłębiać się w czyjąś opowieść. Wyczulić się na niuanse głosu: kiedy się wzniesie, a kiedy zadrży. Chciwie wpatruję się w oczy i mimikę opowiadającego. Tyleż można wyczytać z tych wszystkich znaków! Im więcej potrafiłem odczytać, tym czułem się bezpieczniej, strach malał.

Dzięki temu mogę wskoczyć w buty opowiadających, poczuć ich emocje, zobaczyć świat z ich perspektywy. Mogę ich zrozumieć, mogę się stać dla nich lustrem.

Nie zawsze wiem, jak pomóc albo nawet jak zareagować, ale zwykle wiem, jak dopasować się do drugiej osoby tak, by poczuła się wysłuchana i zrozumiana. Z łatwością staję się empatycznym kompanem, przez którego można przepuścić nawet najtrudniejsze zmartwienia.

Przykład(y)

Ciężko jest mi podać jeden przykład. Zamiast tego przytoczę kilka ogólniejszych sytuacji, w których empatia się objawia.

Trudny dzień w pracy. Kiedy ktoś ze znajomych ma naprawdę ciężki dzień, potrafię to dostrzec. Choć zazwyczaj nic nie mogę z tym zrobić, mogę tej osoby wysłuchać i pobyć z nią chwilę.

Zmęczenie. Zauważyłem, iż łatwo mi rozpoznać u innych objawy zmęczenia. Niezależnie od tego, jakie są ich przyczyny, są pewne znaki, na które zwracam uwagę. Ponownie, niewiele mogę z tym zrobić, ale mogę wesprzeć dobrym słowem.

Słuchacz. Z moim mówieniem bywa różnie, ale ze słuchaniem jest właściwie zawsze dobrze. Potrafię to jak mało kto. Czy jest to zabawna historyjka, czy trudny temat wymagający uwagi, bliskie osoby znajdą we mnie przyjazne i cierpliwe ucho.

Po prostu być. Bywa, że najlepsze, co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu być. Nic nie mówić, niczego nie robić. Ja się do tego świetnie nadaję – jestem cichym, ale obecnym kompanem na momenty smutku i zadumy.

Skąd to się bierze?

To może zaskoczyć, ale jest to efekt uboczny lękowego stylu przywiązania!
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo. W ten sposób możemy uniknąć starcia z zagniewaną osobą, możemy dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Ten mechanizm z dzieciństwa przekłada się na szczególne wyczulenie na stany innych w dorosłości. Nadal szukamy tych samych zagrożeń emocjonalnych, których wypatrywaliśmy kiedyś, ale teraz możemy użyć naszych obserwacji, by nieść innym wsparcie, a nie tylko unikać niebezpieczeństwa.
To, co kiedyś miało chronić, może zacząć łączyć – tak z lęku rodzi się empatia jako dojrzałe zastosowanie lękowej czujności.

Ograniczenia i wyjątki

Żaden zmysł nie jest doskonały. Także i moja empatia może zawieść. Nieraz zdarzało mi się pomylić i błędnie rozpoznać czyjś stan emocjonalny, co skutkowało nietrafionymi działaniami z mojej strony. Zwykle nie prowadzi to do poważnych konsekwencji, ale bywa niezręczne.

Z powyższego wynika też, że niejednokrotnie nie korzystam ze swojej empatycznej intuicji, czyli rozpoznaję pewien stan innej osoby, ale nie poruszam tematu. To próba uniknięcia pomyłki poprzez niepodejmowanie ryzyka. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy intuicja dotyczy spraw błahych lub takich, w których nie mam nic do zaoferowania.

Podobna wstrzemięźliwość zwykle (choć nie zawsze) towarzyszy mi w przypadku spraw prywatnych lub intymnych. Kardynalny przykład: kiedy mam podejrzenia, że jakaś znajoma kobieta jest w ciąży. Nawet jeśli mam 99% pewności, że tak jest, nie poruszę tego tematu, póki sama o tym nie wspomni.

Jak to się objawia w relacjach?

Szybko i bez tłumaczenia potrafię wyczuć, w jakim stanie jest osoba, z którą rozmawiam. Zazwyczaj nie trzeba mi nawet mówić, że jest się smutnym, szczęśliwym czy zmęczonym – ja już to wiem. To przekłada się też na szybsze dostosowanie się do sytuacji i adekwatną do niej reakcję.

Nie kwestionuję odczuć i emocji drugiej osoby. Nie mówię żadnych: „A dlaczego miałoby ci być smutno?”, „Czym ty możesz być zmęczona?”. To, że mogę wejść w buty osoby, z którą rozmawiam, sprawia, że tego typu odzywki nie mają dla mnie sensu.

Moja reakcja i zachowanie (o ile sytuacja mnie nie przerasta) są dobrze dopasowane do rozmówcy. Nie zbaczam z tematu, nie mówię bez związku, trzymam się tego, co druga strona czuje i okazuje. Dzięki temu łatwo jest się przede mną otworzyć i wygadać. Dodatkowo lubię słuchać, i ludzie to dostrzegają, co jeszcze bardziej ułatwia otwieranie się.

Zakończenie

Uwielbiam słuchać. Bardzo lubię pomagać – a pomaganie musi wypływać ze zrozumienia. Dlatego wolę milczeć i chłonąć to, co mają do powiedzenia inni. Potrafię to robić, bo praktykuję.

Jak długo jednak można się w milczeniu przysłuchiwać i przyglądać? Kiedy przyjdzie ten czas, gdy druga strona poczuje się nie tyle wysłuchana, co raczej śledzona?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Opoka / Król Lodu

Stabilność emocjonalna jest piękną cechą charakteru. Pozwala nam być wsparciem dla naszych bliskich w chwilach próby. Czyni nas godnymi zaufania, bezpiecznymi przystaniami dla tych, których kochamy.

Wszyscy odczuwamy emocje, wszyscy mamy uczucia. Komunikowanie tych stanów jest ważne dla zrozumienia między ludźmi. Choć nie chcemy wylewać emocji, chcemy, by bliscy rozumieli, co przeżywamy.

Stabilność emocjonalna może wynikać z dwóch przyczyn: wytężonej pracy nad naszymi przekonaniami, która pozwoliła nabrać dystansu do źródeł emocji, lub z zimnego odcięcia się od ich przeżywania. Pierwsza droga pozwala nam utrzymywać spokój i szczerze komunikować emocje oraz uczucia. Druga tworzy fasadę spokoju, która staje się blokadą dla bliskości.

Dostrzegam u siebie siłę w sytuacjach emocjonalnie trudnych. Mogę stanowić opokę dla moich bliskich w chwilach próby. Nie załamuję się pod wpływem zaskakujących wydarzeń, panika nie ma do mnie przystępu. Jestem wsparciem i siłą.

Jednak siła ta płynie z zimnego miejsca, ze zbroi Króla Lodu, która odcina emocje, nie pozwalając im się ujawnić. To czyni mnie zimnym w emocjonalnym dotyku. To sprawia, że ludzie chcą trzymać ode mnie dystans. Choć czasem nie pragnę niczego bardziej niż bycia przytulonym, mój pancerz utrzymuje innych na odległość.

Jak to się łączy

Muszę odnotować, że pojęcia emocji będę używał w wąskim sensie. W tym sensie emocją jest strach, złość, euforia. Emocjami nie są miłość, stres, nienawiść itd.

Silna potrzeba niedoświadczania emocji i odporności emocjonalnej może być rozumiana jako element unikającego stylu przywiązania. To sposób na nieprzyciąganie uwagi otoczenia, kamuflaż. Kiedy wyrażamy swoje emocje, pokazujemy je światu. Ludzie wokół nas kierują się ku nam, by zbadać charakter i źródło naszych emocji.

Wszyscy miewamy obawy przed ekspresją naszych emocjonalnych przeżyć i pewne sposoby wyrażania emocji są nieakceptowalne. Emocje wylewające się z nas nieustannie sprawiają, że otoczenie obojętnieje na nie. Uczymy się więc je ograniczać, wybierać, kiedy chcemy je głośno wyrazić, tak by uzyskać maksymalny efekt – trenujemy wyzwalanie emocji proporcjonalnie do poziomu zagrożenia lub szansy.

To zdrowy mechanizm regulacji emocjonalnej, skutecznej selekcji tych emocji, których przyczynę możemy ogarnąć sami, oraz trud poszerzania spektrum emocji, które są dla nas do ogarnięcia.

Kiedy wyrażamy emocję, jest to sygnał dla naszego otoczenia, że potrzebujemy wsparcia – bo nie ze wszystkim, co emocję wyzwala, możemy uporać się w pojedynkę. Ekspresja emocjonalna w kluczowych momentach pozwala nam szybko zakomunikować potrzebę wspierającemu otoczeniu.

Problem pojawia się, gdy lęk przed przyciągnięciem uwagi i odrzuceniem sprawia, że uczymy się skrajnego blokowania swej ekspresji emocjonalnej. Przestajemy komunikować emocje, chyba że wyleją się z nas niekontrolowanie. W tym procesie odcinamy do nich dostęp nie tylko otoczeniu, ale także sobie. Przed sobą też musimy je ukryć, stłumić, zatrzymać w podświadomości. Przez to tracimy z nimi kontakt i możliwość głębszej pracy.

Emocje są naturalnym działaniem ludzkiego umysłu – nie można ich całkowicie wyeliminować. Można z nimi pracować, lepiej je zrozumieć i poznać mechanizmy konstruktywnego ich wyrażania i przetwarzania. Jednak to możliwe tylko wtedy, gdy nie staramy się ich tłumić.

Gdzie jestem

Obie strony tej cechy występują w moim życiu. Pytanie brzmi: gdzie się znajduję na spektrum między nimi?

Oceniam, że obecnie jestem przechylony w stronę Króla Lodu, przy czym moja zbroja systematycznie się topi. Od czasu, gdy przestałem pić i zacząłem odzyskiwać kontakt ze swoimi emocjami, powoli przesuwam się w stronę stabilności emocjonalnej, od emocjonalnego zblokowania. Zblokowanie jest silne w sferze emocji romantycznych oraz złości.

Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej unaocznić sytuację.

Pierwszy przykład z relacji damsko-męskich. Jest mi trudno okazać kobiecie, że czuję do niej pociąg. Zachowuję nadmierny dystans, jestem powściągliwy i opanowany, tak że sprawiam wrażenie kogoś, kto chce się kumplować. Mówienie chłodnym, opanowanym głosem, bez mimiki: „Hej, pięknie wyglądasz!” jakoś nie przynosi sukcesów.

Drugi przykład to gniew, który ma ciekawą dynamikę u mnie. Zazwyczaj kompletnie go nie okazuję, choć przewija się w moim wewnętrznym dialogu – chociażby, gdy przeklinam kierowcę, który zajechał drogę. Czasem jednak jakby się ulewa. Objawia się to lekką zmianą w głosie, pojawieniem się szorstkości. Czuję się wtedy jak pokrywka, pod którą buzuje gotująca się woda – jeszcze wrzątek się nie wylał, ale już tryskają kropelki, które mogą zaboleć.

Trzeci przykład to budząca nadzieję łatwość, z jaką przychodzi mi radowanie się. To nowość, coś, co rozwija się od kilku lat. Coraz częściej i chętniej jestem skłonny się śmiać i cieszyć towarzystwem. Jest mi łatwiej być w grupie, rozmawiać i żartować. To osiągnięcie ostatnich czasów i zapowiedź pięknych zmian w przyszłości!

Aby lepiej zrozumieć jak możemy pracować z tymi zagadnieniami, przedstawię moje rozumienie stanu do którego dążymy.

Optymalny stan

Zdefiniuję kilka etapów, które zbliżają nas do optymalnego stanu. W skrócie można powiedzieć, że to ścieżka zapoznawania się ze swoimi emocjami i ich przebudowy. Zaczną się tu pojawiać pierwsze stoickie nuty.

Etap pierwszy

Do pracy z emocjami niezbędne jest, by być ich świadomym. Dlatego pierwszym krokiem jest usłyszeć emocje. To brzmi prosto, jednak dla niektórych z nas jest skomplikowane.

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do ich tłumienia i odpędzania, że nie nauczyliśmy się ich słyszeć i rozróżniać. Na tym etapie czeka nas nauka emocjonalnego słownictwa oraz cielesnych i myślowych sposobów objawiania się poszczególnych emocji.

Jeśli nauczymy się rozróżniać niepokój od strachu, to już jesteśmy na dobrej drodze.

Etap drugi

Nawet gdy już wiemy, co czujemy, niełatwe jest mówienie o tym. Instynktownie chcemy chronić swój wewnętrzny świat, nie zdradzać go innym, czy to ze strachu, czy ze wstydu.

Umiejętność wypowiedzenia emocji, nazwania ich głośno wobec innych, jest kluczowym elementem rozpuszczania bariery emocjonalnej. Pozwala być lepiej zrozumianym przez drugiego.

Wypowiadanie nie musi zawsze mieć formy słów – cielesna reakcja na emocję także może być jasnym komunikatem.

Etap trzeci

Ten etap wchodzi już w myślenie stoickie. Jego osią jest zrozumienie, które z emocji odnoszą się do rzeczy od nas niezależnych i w jaki sposób. Które z nich odnoszą się do stanów preferowanych (przyjemnych), a które do tych, których chcemy unikać (nieprzyjemnych).

Jest to rozbudowanie wiedzy o emocjach zdobytej w pierwszym etapie. Pogłębiamy niuanse ich zrozumienia i identyfikujemy, z jakich przekonań wynikają i co je wyzwala.

Etap czwarty

Na tym etapie kontynuujemy w ramach myśli stoickiej. Rezygnując ze strategii tłumienia emocji, pozostawiamy pustkę w obszarze zarządzania nimi. W większości sytuacji nie jest to krytyczny problem. Jednak okazjonalnie, gdy emocje są silne, może to prowadzić do wybuchów i reakcji, które przyniosą więcej szkody niż pożytku.

Ćwiczenie dwóch poziomów sądu

Musimy wypracować konstruktywną strategię przetwarzania emocji. W ogólnym zarysie chodzi o to, by dołożyć dodatkowy poziom. Poza instynktowną reakcją, która jest pierwotna i niekontrolowana, dokładamy drugi poziom sądu: racjonalną i rzeczową analizę rzeczy. Dopiero po przeprowadzeniu tejże decydujemy, jak zareagować.

Jest to ćwiczenie dwóch poziomów sądu i powiem o nim więcej w ramach praktycznych metod pracy.

Etap piąty

Ten etap jest pracą na całe życie. Nie powinniśmy się spodziewać, że go wypełnimy przed śmiercią. Naszym zadaniem jest przybliżać się do ideału.

Każda emocja ma swoje źródło w wewnętrznym, nieuświadomionym przekonaniu. Jeżeli przekonanie mówi, że coś od nas niezależnego ma właściwość dobra lub zła, to jest to przekonanie błędne. Według stoików takie przekonania są źródłem emocji (wąsko rozumianych).

Praca stoika polega na wydobywaniu tych przekonań na powierzchnię, poddawaniu ich refleksji i krytyce oraz obalaniu lub podtrzymywaniu – zależnie od tego, czy są logicznie spójne. To praca żmudna i wymagająca, by powtarzać ją regularnie latami.

Naszym ostatecznym celem jest, by wszystkie podświadome przekonania wartościujące odnosiły się tylko do rzeczy zależnych. Kiedy tak się stanie, emocje ustąpią pola konstruktywnym uczuciom, a my staniemy się stoickim mędrcem i zaczniemy lewitować nad resztą ludzkości z uśmiechem na ustach.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Chcę wam zaproponować kilka ćwiczeń, które praktykuję, a które mają pomóc w lepszym zbalansowaniu podejścia do emocji. Niektóre z nich są stoickie, inne ogólne. Żadne z nich nie jest medycznym zaleceniem – nie mam ku temu kwalifikacji. Stosujcie je z rozsądkiem. Jeśli wywołują w was niepokojące objawy, nie brnijcie w nie na ślepo.

Ćwiczenie pierwsze

To ćwiczenie stosuję doraźnie. Kiedy jestem w sytuacji, która – przypuszczam – powinna wywołać emocje, a ich nie odczuwam, próbuję sobie wyobrazić, co powinienem poczuć, i staram się to poczuć.

Może brzmieć zabawnie, ale w momencie, kiedy nasze emocje są silnie odcięte, to sposób, by uzyskać wgląd, a także sposób, by stworzyć pozwolenie na daną emocję na przyszłość.

Sam stosuję to ćwiczenie także po fakcie. Medytuję wieczorem i przypominam sobie sytuację z dnia, w której zgaduję, że umknęła mi jakaś emocja. Wracam tam w wyobraźni i staram się ją przywołać.

Celem ćwiczenia jest zdolność pochwytywania i nazywania emocji, kiedy się pojawiają.

Ćwiczenie drugie

To także doraźne ćwiczenie, które stosuję, kiedy mam ku temu warunki.

Polega ono na tym, że kiedy pojawi się emocja – jeśli ją zauważę i nazwę – staram się ją wyrazić werbalnie i fizycznie. Po pierwsze, głośno wypowiadam jej nazwę. Po drugie, wysławiam tę emocję: okrzyk radości, przekleństwo złości. Po trzecie, fizycznie ją manifestuję: uśmiecham się, podnoszę ręce w geście triumfu, zaciskam pięści w złości. Wszystko to bez czynienia szkody sobie i innym!

Celem ćwiczenia jest utrwalenie pochwytywania emocji, nazywania ich i podstawowego wyrażania.

Ćwiczenie trzecie (dwa poziomy sądu)

To stoickie ćwiczenie, które opiera się na obserwacji dotyczącej natury przetwarzania emocji. Można w owym procesie wyróżnić dwa następujące po sobie etapy.

Pierwszy etap składa się z bodźca, który trafia na podświadome przekonanie. To generuje sąd wartościujący dany bodziec, a owo wartościowanie generuje emocję. Ta część procesu jest nieuświadomiona – dopiero końcowa emocja dociera do świadomości. Tutaj proces może się też zakończyć i po pojawieniu się emocji możemy podjąć standardowe, przypisane jej działanie.

W niektórych przypadkach może zostać uruchomiony drugi etap. Jest on świadomy i polega na zatrzymaniu automatycznej reakcji oraz ponownym rozważeniu sytuacji (bodźca). Zadajemy sobie pytania: co się konkretnie wydarzyło? Jaki wydałem sąd i czy jest on słuszny? Czy działanie, które sugeruje emocja, jest adekwatne? Przewartościowujemy pierwszy impuls i świadomie decydujemy, jak postąpić.

Każdemu z nas takie sytuacje przydarzają się przypadkiem. Esencją ćwiczenia dwóch poziomów sądu jest inicjowanie go z rozmysłem i świadomie – co pozwala podejmować lepsze decyzje, ale też sprawia, że łatwiej będzie nam uruchamiać go w przyszłości. Chodzi o świadome włączenie refleksji przed reakcją emocjonalną.

Ćwiczenie czwarte: praca z przekonaniami

To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszymi emocjami, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i inicjują uczucia.

Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą emocjom. Jak je wewnętrznie uzasadniam?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się wtedy dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy są racjonalne?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.

To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.

Podsumowanie

Choć do wykonania jest wiele pracy, wycofanie i zblokowanie emocjonalne nie jest wyrokiem. Celowa i wytężona praca może przynieść zmianę na lepsze.
Jak zawsze w przypadku tak fundamentalnych zmian trzeba być przygotowanym na to, że proces zajmie lata, a doskonałość może być nieosiągalna.

Uważam, że można roztopić zbroję Króla Lodu, nie przestając przy tym być opoką dla innych, ale jest to zadanie wymagające czasu i wysiłku.

A jak wy traktujecie swoje emocje? Potraficie z nimi żyć, czy raczej odpychacie je w głąb, byle ich nie poczuć?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Królu Lodu

Najwygodniej jest nie odczuwać emocji. Wtedy nic nie zakłóca analitycznego rozkładania świata na czynniki pierwsze. Życie staje się poukładane i przewidywalne. Gdyby dało się tak cały czas, byłbym szczęśliwy. Ale czy szczęście to nie emocja?

Znam ten stan: kiedy coś mnie wzburzy, podnosi się wewnątrz lodowaty pancerz. Tylko przez chwilę pozostaję poruszony, by za moment nie czuć już nic. Wiem, że to nie pomaga w relacjach z ludźmi: ja gubię się w ich emocjach, tak słabo je znam, oni nie mogą odczytać moich, bo ich nie okazuję. Jawie się zimny i niedostępny niczym Król Lodu.

A kto by się chciał przytulić do zimnego posągu?

Przykład

Najbardziej dramatycznie widać to pod koniec mojego picia. Przez trzy miesiące byłem w depresji alkoholowej. Moje życie było wyssane z radości. Mimo to chodziłem codziennie do pracy. Wykonywałem bez entuzjazmu i zaangażowania swoje obowiązki. Jadłem posiłki i piłem kawę. Czasem nawet rozmawiałem z ludźmi.

Spotykałem się z rodziną. Rozmawiałem z przyjaciółmi.

Przez cały ten czas nie dałem po sobie poznać, że towarzyszy mi cierpienie. Zachowywałem tę samą fasadę, którą trzymałem wcześniej: całkowity spokój, neutralna mina, wycofanie.

O ile mi wiadomo, nikt nie miał cienia podejrzenia, że przechodzę przez trudny okres. A przecież dzień czy dwa po planowaniu skoku pod pociąg byłem w pracy, wśród ludzi. Moje maskowanie było perfekcyjne.

Było tak dobre, że nikt, nie miał szansy ani okazji, by wyciągnąć do mnie pomocną dłoń. Odciąłem się od szansy na poprawę swojej sytuacji, czyli od pomocy drugiego człowieka. Tylko łut szczęścia zdecydował, że przeżyłem pomimo swej lodowej zbroi.

Więcej przykładów

Kobieta, na którą lecę, nie ma pojęcia, że tak właśnie jest – nawet jeśli mi się wydaje, że wysyłam sygnały, to domyślam się, że są trudne lub niemożliwe do rozpoznania.

Nigdy nikomu nie mówię: „kocham cię” – nie pamiętam sytuacji, w której powiedziałbym to komukolwiek. W dzieciństwie się zdarzało, ale nie mam konkretnych wspomnień.

Nigdy nie płaczę – nie płakałem na trzeźwo od około 25 lat. Nie liczę reakcji alergicznych, wiatru w oczy. Emocje nie są w stanie wywołać u mnie łez, czego niezmiernie żałuję.

W pracy nikt nie miał szans się zorientować, że jestem z niej głęboko niezadowolony – obecnie odchodzę, ale nikt nie miał nawet szansy, by w międzyczasie rozpoznać sytuację.

W pracy kierowano mnie do zadań, do których się nie nadawałem, bo sprawiałem wrażenie, że sobie dobrze w nich radzę. Momentami tak pewnie nawet było, ale moja frustracja rosła.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest podobna jak w przypadku omawianej odporności – wynika z unikającego stylu przywiązania, wzorca emocjonalnego, w którym bliskość kojarzy się z zagrożeniem.

Schemat może wyglądać następująco: wydarza się coś, co sprawia, że odczuwam silną emocję. Powiedzmy, że zobaczyłem kobietę, która mi się podoba, w niezwykle twarzowej sukience. Poczułem zachwyt nad jej pięknem. Są dwie opcje: mogę do niej podejść, uśmiechnąć się i powiedzieć: „ależ pięknie wyglądasz!”, albo mogę zachować kamienną twarz, powiedzieć „cześć” i zacząć rozmowę o pogodzie.

Pierwsza opcja wymaga silniejszego poczucia mojej emocji, a następnie ujawnienia jej przed drugą osobą. Ryzykuję odrzucenie i związany z nim ból. Mogę zyskać wzajemność.

Druga opcja wymaga i pozwala mi stłumić emocję zachwytu, nie ujawniając jej nikomu. Nie ryzykuję emocjonalnego bólu, ale tracę szansę na wzajemność.

Wybieram uniknięcie cierpienia ponad nadzieję spełnienia i idę za opcją drugą.

Unikający styl przywiązania staje się rodzajem ochraniacza przed emocjonalnym cierpieniem, ale jest to ochraniacz, który krępuje moje ruchy. To metaforyczna lodowa zbroja, która chroni, ale kiedy staje się za gruba i pełna, sprawia, że nie jestem w stanie wykonać kroku i tracę kontakt ze światem.

Pragnienie uniknięcia cierpienia prowadzi mnie do odcięcia się od ważnego elementu mojego człowieczeństwa, a pośrednio także do odcięcia mnie od drugiego człowieka. Bez otworzenia się na ryzyko cierpienia oddaję szansę na bliskość.

Ograniczenia i wyjątki

Złość jest emocją, która ma największą szansę na przebicie się przez pancerz lodu. Wyobrażam sobie, że dla kogoś z zewnątrz może to być niepokojący i zaskakujący obraz, kiedy zazwyczaj lodowato spokojny człowiek wybucha ni stąd, ni zowąd złością. A są to gwałtowne wybuchy. Jak już przeniknie ona przez bariery, to jest w niej olbrzymia niszczycielska siła.

Sam siebie się boję, kiedy ogarnia mnie złość.

Bardziej pozytywnym, choć równie zaskakującym wyjątkiem od reguły jest radość. Tutaj także mamy do czynienia z wybuchami, ale zazwyczaj nie mają one charakteru niszczycielskiego.

Z wybuchami radości mogę pracować, by uczynić je częstszymi, osłabiając tym samym moją zbroję i pokazując więcej swojego charakteru.

Ogólna obserwacja jest taka, iż emocje kumulują się we mnie i objawiają wybuchowo. Muszą przekroczyć pewien próg intensywności – wtedy się wylewają, ale póki tego nie uczynią, są całkowicie niewidoczne.

Jak to się objawia w relacjach

Mam spore trudności ze zrozumieniem emocji innych. Sam odczuwam je płytko i nie rozumiem ich wpływu na drugiego człowieka, przez co je zbywam. Nie pochylam się nad nimi, nie współodczuwam, tylko przechodzę do logicznego atakowania problemu.

To tworzy ryzyko, że kogoś skrzywdzę, nie zdając sobie sprawy, że moje zachowanie raczej przyczyni się do zaognienia emocji drugiej strony niż do ich załagodzenia.

Mimika mojej twarzy sprowadza się do jednej miny – co by się nie działo, jej wyraz pozostaje niezmienny. Mnie się wydaje, że go zmieniam w zależności od nastroju, ale tak nie jest.

To sprawia, że jestem postrzegany jako człowiek spokojny, ale też chłodny. Zniechęca to innych, by się do mnie zbliżali. Obserwuję, iż ludzie mają tendencję do utrzymywania dystansu, unikania kontaktu fizycznego.

Niewerbalne sygnały, które wysyłam innym, są tak delikatne, że nie do odebrania. Szczególnie frustrujące jest, kiedy próbuję zasygnalizować kobiecie, że ją lubię. Albo się wycofuję, by nie pokazać nic, albo zostawiam w sygnale furtki, jak go nie zinterpretować jako sygnału.

Pomimo tego oczekuję, że inni sygnały odczytają – frustruję się, gdy pozostaję niezrozumiany czy gdy nie ma reakcji na sygnał. Oczywiście tej frustracji też nie daję po sobie znać!

Zakończenie

Nie da się nikogo przytulić do serca, jeśli jest się odzianym w zbroję. Prawdziwa bliskość nie jest możliwa, jeśli nie ma w nas gotowości, by wystawić się na ciosy.

Choć w trudnych momentach życia zbroja pozwala nam utrzymać się na nogach i przetrwać, będąc wsparciem dla naszych bliskich, na co dzień może być przeszkodą, która sprawi, że nikogo bliskiego mieć nie będziemy.

A jak jest u was? Potraficie wyważyć odporność z wrażliwością? Potraficie być ostoją, nie tracąc delikatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Opoce

Przeciwności losu nie wstrząsają mną specjalnie. Kiedy przychodzi mi się mierzyć z trudną wiadomością, zamieram na moment, ale już po chwili jestem gotowy do działania. Mój umysł odgradza się od emocji, zachowując dzięki temu zdolność do podejmowania racjonalnych działań i decyzji.
W trudnych sytuacjach można się na mnie oprzeć i nie ma ryzyka, że się załamię. Potrafię utrzymać siebie i innych bez poddawania się rozpaczy. W trudnych chwilach, kiedy potrzebna jest spokojna przystań i opoka, ja nią jestem.

Przykład

Najważniejszym przykładem przydatności tej cechy był czas tuż po śmierci taty. Była nagła i zaskakująca. Wtrąciła rodzinę w trudny emocjonalnie okres. Na mnie także odcisnęła swoje piętno, jednak dość szybko odciąłem się od intensywnych emocji. Odzyskałem spokój.

Zachowywałem przytomność umysłu, by zajmować się prostymi, życiowymi sprawami – jedzeniem czy piciem. Krzątałem się po domu i ogarniałem drobnostki. W tej krzątaninie był element rozładowywania napięcia, ale też konieczność, do której nikt inny nie miał serca.

Miałem spokój, którego inni potrzebowali. Utrzymywałem go przez długi czas, pozostając dostępnym wsparciem. To była jedna z najcięższych prób mojego opanowania, jakie przeżyłem.

Więcej przykładów

Niedawno spędziłem nieco czasu, pomagając mamie w wybieraniu elementów do urządzenia mieszkania.
Mama była nieco zestresowana całą sytuacją.
Moją rolą w całej sprawie było zachowanie spokoju. Nie doradzałem, co wybierać, tylko potwierdzałem i potakiwałem. Nie dzieliłem się żadną ekspercką wiedzą, bo jej nie mam. Po prostu zachowywałem spokój.
To była konkretna pomoc, którą mama doceniła.

Kiedy nastaje jakaś sytuacja kryzysowa – choroba w rodzinie lub coś podobnego – zachowuję spokój. Nie daję się ponieść ani hurraoptymistycznym rozważaniom, ani najczarniejszym scenariuszom. Pozostaję wyważony.
Kiedy sprawy zaczynają przybierać niepomyślny obrót, nie panikuję i nie tracę głowy. Chętnie pomagam innym i daję proste wsparcie w postaci swojej spokojnej obecności i logicznego słowa.

W pracy, kiedy dzieje się coś trudnego, emanuję spokojem. W konfrontacji z trudnym klientem czy ze skomplikowaną sytuacją w zespole mogę zachować spokój.
W wielu przypadkach pozostaję analityczny i logiczny, nawet jeśli w innych osobach buzują emocje.
Utrzymuję koncentrację na celu, zamiast wdawać się w sprzeczki i przepychanki słowne.
Odcinam się od opinii o osobach i koncentruję na zadaniu – to działa uspokajająco i pozwala osiągać lepsze wyniki.

Spójrzmy na przyczynę takiego stanu rzeczy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź kryje się w unikającym stylu przywiązania.

Powoduje on tendencję do nieangażowania się emocjonalnie w otaczające mnie wydarzenia oraz do niskiej odpowiedzi emocjonalnej na stres. Nie byłoby prawdą powiedzieć, że wydarzenia zupełnie na mnie nie wpływają. Jednak ten wpływ jest niewielki i łatwo go zatrzymać.

Ten mechanizm daje mi poczucie kontroli. Pozwala mi nie podążać za porywami serca w kierunku relacji, których racjonalnie nie pragnę. Unikam w ten sposób odrzucenia i zachowuję bezpieczny dystans.

Mechanizm uaktywnia się, gdy pojawia się silna emocja. Nim wzbierze ona falą, która odbiera kontrolę racjonalnemu umysłowi, zostaje stłumiona. W takiej osłabionej formie dopiero jest przetwarzana przez umysł. Unikam utraty kontroli i pogłębiania się emocji.

Ograniczenia i wyjątki

Kiedy jestem sam i nikt nie widzi, moja emocjonalna garda słabnie. Nie znika całkowicie, ale jest bardziej przepuszczalna. Ma to swoje dobre i złe strony.
Dobre, bo czuję większą swobodę, by śmiać się i radować.
Złe, bo czuję większą swobodę, by wyzwalać złość i agresję.

Pęknięcia w mojej pozycji jako opoki mogą wywołać dwie emocje: złość i radość.

Złość ma generalną tendencję do przenikania przez moją opokę najsilniej ze wszystkich emocji. Jeżeli obserwujecie mnie wyrażającego jakąś emocję, to najpewniej jest to jakaś forma złości.
Złość służy mi do przykrywania innych emocji. Jest pewnego rodzaju maską dla smutku, żalu, rozpaczy itd. Dlatego też ma tendencję do ujawniania się w największym stopniu i w nieodpowiednich momentach.
Pod wpływem złości grozi mi, że z opoki mogę zmienić się w agresora.

Radość jest druga pod względem siły przebicia. Przychodzi mi łatwo. Szczególnie w grupie ludzi wyzwala się najintensywniej.
Wspólna radość łączy grupę. Dlatego jest tak ekspresyjna w sytuacjach interakcji z innymi ludźmi. Śmiech jest uniwersalnym językiem, który przychodzi nam łatwo.
Pod wpływem radości z opoki staję się towarzyszem zabaw.

Jak to się objawia w relacjach?

Nawet w najtrudniejszych chwilach możesz na mnie polegać. Wszyscy wokół mają poczucie, że wali się świat – ja zachowuję spokój i klarowność myślenia.
Możesz się do mnie zwrócić o wsparcie, a ja ci go udzielę ze spokojem i łagodnością. Będę elementem oporu przeciwko nawale emocji. Stałym punktem.
Daj mi zadanie, a ja je wykonam bez kłótni i chaosu. Będę pracował spokojnie nad naszym wspólnym celem i dowiozę to, co dowieść się da. Nie złamią mnie intensywne emocje.

Zajmę się wszystkimi przyziemnymi sprawami wtedy, gdy ty nie jesteś w stanie o nich nawet myśleć.
Gdy nic nie można zrobić, jestem ramieniem, na którym możesz się wesprzeć. Nie mam wielu słów pociechy, ale mam spokój i stateczność, które są kojące w chwilach wielkiej straty i ciężkiej próby.
Śmiało wesprzyj się na mnie, jeśli tego potrzebujesz. Nie bój się – nie złamiesz mnie. Razem wytrwamy dłużej!

Jeśli potrzebujesz rady w trudnej sytuacji, zawsze mogę jej udzielić na spokojnie, bez poddawania się emocjom. Przeanalizuję logicznie twoją sytuację i sformułuję na podstawie tej analizy rekomendację.
Jeśli potrzebujesz trzeźwego spojrzenia, mam je zawsze do dyspozycji i chętnie się nim z tobą podzielę.

Pamiętaj jednak, że moja odporność ma swoje granice, a mój spokój – z pomocnego może stać się paraliżujący.

Zakończenie

Cieszę się, że mogę być oparciem w trudnych sytuacjach. To satysfakcjonujące uczucie. Jasne, czasem bywa też męczące, ale nie na tyle, by stanowiło to realny problem.
Medal ten ma jednak i drugą stronę: gdy spokój zamienia się w zamrożenie emocjonalne. Kiedy emocje nie są pod kontrolą, tylko są uwięzione pod taflą lodowej blokady. Wtedy do głosu dochodzi Pan Lodu…

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Samodzielność czy izolacja

Samodzielność jest cechą przydatną w życiu. Pozwala nam ogarniać codzienne sprawy. Usamodzielnianie się jest naturalnym procesem dorastania.
Proszenie o pomoc jest elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Dzięki niemu osiągamy więcej niż w pojedynkę. To mechanizm tworzenia bezpieczeństwa w grupie i sposób na jej integrację.
Potrzeba samodzielności może się jednak stać tak dominująca, że uniemożliwia nam proszenie o pomoc. Stajemy się samodzielni do absurdu. Choć widzimy, że nasze decyzje są szkodliwe, nie potrafimy ich zmienić, bo naruszyłyby naszą potrzebę samodzielności.

W moim życiu dostrzegam wiele zaradności. Łatwo uczę się nowych umiejętności i wykorzystuję je, by rozwiązywać codzienne trudności. Chętnie pomagam innym i czerpię z tego radość. Nie potrzebuję wsparcia w codziennych sprawach. Jestem samodzielny.
Samodzielność jest dla mnie tak ważna, że uczyniłem z niej konieczność. Stałem się Rafałkiem-samosią, który wszystko chce zrobić sam. Nie potrafię prosić o pomoc, chyba że w ostateczności. Nawet kiedy widzę, że moje starania nie przynoszą rezultatu, zacinam się i brnę dalej. Izoluję się od wsparcia innych.

Jak to się łączy

W moim przypadku zaradność i nieumiejętność proszenia o pomoc są manifestacjami mechanizmu psychicznego. Mają swoje źródło w lęku przed odrzuceniem i unikającym stylu przywiązania.
W każdym z nas, kiedy prosimy o pomoc, jest obawa, że spotkamy się z odmową. Ci, których pomocy szukamy, nie zawsze mogą czy chcą jej nam udzielić. Ta obawa napędza nas do uczenia się najpotrzebniejszych umiejętności. Towarzyszy nam w procesie usamodzielniania się od rodziców. W miarę jak ograniczają oni swą pomoc, uczymy się zaspokajać swoje potrzeby na własną rękę.
To zdrowy mechanizm, który towarzyszy nam przez całe życie. Gdy pojawiają się potrzeby i możemy je zaspokoić samodzielnie, uczymy się tego, szczególnie gdy jakaś potrzeba wymaga częstego zaspokajania.

Jednak nie każdą potrzebę można zaspokoić w pojedynkę. Nie każdą trzeba – wiele z nich inni ludzie chętnie zaspokoją, czy to za opłatą, czy z dobrej woli. Nie każdą warto – te, które ktoś potrafi ogarnąć lepiej niż my.
W takich sytuacjach prosimy o pomoc.
Problem pojawia się, gdy lęk przed odmową urasta do takich rozmiarów, że motywuje nas nie tylko do uczenia się samodzielności, ale do dążenia do samowystarczalności. Gdy staje się tak intensywny, że boimy się poprosić o pomoc, nawet wtedy, gdy jest to wskazane.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a samowystarczalność jest utopią. Próbując do niej dążyć, sprawiamy, że chęć robienia samemu z zasobu staje się ograniczeniem. Zawężamy swoje możliwości. Stajemy się samotnikami, izolowanymi w swoich potrzebach.

Gdzie jestem

Oba opisane tryby występują w moim życiu. Pytanie, który z nich jest dominujący? Na chwilę obecną dominuje tryb Rafałka-samosi, czyli jestem przechylony w stronę izolacji. Najważniejszą obserwacją, która prowadzi mnie do tego wniosku, jest to, jak trudno jest mi prosić o pomoc. Trudno jest mi sobie przypomnieć więcej niż jedną czy dwie sytuacje z ostatniego roku, w których zdecydowałem się o nią poprosić. Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej naświetlić sytuację.

Pierwszy przykład z pracy. Miałem kilka projektów, które upadły na ostatniej prostej, czyli na etapie poproszenia ekspertów o informację zwrotną. Wolałem zarzucić projekt, niż zwrócić się o pomoc. Pogrzebałem kilka inicjatyw i swoje szanse na awans i karierę.

Drugi przykład to sytuacja, w której odrzucam pomoc, nawet gdy została mi zaoferowana. Koleżanka zaproponowała, że może rzucić okiem na mój profil na Tinderze, żeby coś w nim poprawić. Ja przytaknąłem, podziękowałem za ofertę i nigdy nie wróciłem do tematu. Niedługo potem, zniechęcony, zawiesiłem swoje konto.

Z drugiej strony, trzeba powiedzieć, że jestem dość ogarniętym kawalerem. Obiad ugotuję, pranie zrobię, mieszkanie posprzątam, gwoździa wbiję, gniazdko wymienię, koło zmienię i tak dalej. Nie wszystko zrobię najlepiej czy szybko, ale zrobię.
Do tego projekty, które mogę realizować w pełni w pojedynkę, idą jak burza! Świetnie mi się działa w takim trybie. Za przykład może posłużyć ten blog. Zbliżam się do roku cotygodniowego publikowania wartościowych tekstów.

Optymalny stan

Zamiast określenia idealnej sytuacji, zaproponuję kilka etapów, poprzez które można do niej dotrzeć, a każdy jest preferowany ponad poprzednim. W dalszych rozważaniach wykorzystam perspektywę stoicką jako ramy do pracy nad sobą.

Pierwszy etap: Nauczyć się prosić o pomoc wbrew lękowi.
Na tym etapie nadal odczuwamy strach, gdy mamy poprosić o wsparcie, ale działamy pomimo niego. Ten etap jest spektrum, czyli przechodzi od: „czasem uda mi się pokonać lęk” do „pokonuję lęk za każdym razem”. Drugi koniec spektrum to już zdrowe funkcjonowanie, choć naznaczone dawką lęku.

Drugi etap: Zastąpić lęk niepokojem.
Na tym etapie, a przeplata się on z etapem pierwszym, dążymy do redukcji lęku. Ponownie jest to spektrum, na którego końcu znajduje się niepokój, rozumiany tu jako słabsza wersja lęku. Mniejszy lęk oznacza, że łatwiej jest go przezwyciężyć i wbrew niemu działać. Spełnienie tego etapu oznacza wolność od lęku związanego z proszeniem o pomoc.

Trzeci etap: Zastąpić niepokój ostrożnością.
Kto nie jest stoikiem, może zatrzymać się na etapie drugim. Dla stoika jest jeszcze praca do wykonania. Wyjaśnię pokrótce, o co chodzi z „ostrożnością” w tym kontekście.
Na ostrożność składają się trzy rzeczy: zrozumienie, że to, co od nas niezależne, może potoczyć się nie po naszej myśli, przewidywanie skutków i przezorne planowanie tego, co od nas zależne. W skrócie można by to określić jako połączenie akceptacji i przezorności. To stoicka alternatywa dla strachu.
Kiedy strach i niepokój związany z odrzuceniem prośby o pomoc zastąpimy ostrożnością, osiągniemy optymalny stan. Ostrożność powie nam, że nasza prośba może zostać przyjęta lub odrzucona – to od nas niezależne. Rozważy za i przeciw prośby i zdecyduje, czy ją wysunąć, oraz przygotuje plan na wypadek odrzucenia.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Ćwiczenia w tej sekcji są moimi prywatnymi pomysłami do pracy z opisanymi mechanizmami. Nie stanowią porady psychologicznej czy medycznej. Używajcie rozsądnie.

Ćwiczenie pierwsze: Zidentyfikuj potrzebę i poproś o pomoc.
Oczywisty pierwszy krok. Wymaga uważności i świadomego analizowania potrzeb. Dobrym momentem jest poranny przegląd siebie, zastanowienie się nad nadchodzącym dniem i rozpoznanie czekających nas wyzwań.
Wybierzmy jedno, przy którym pomocy może nam udzielić ktoś zaufany i bezpieczny. Niech to będzie coś drobnego.
Poprośmy tę osobę o pomoc wbrew oporowi. Jeśli dziś się nie uda, spróbujmy jutro.

Ćwiczenie drugie: Premeditatio Malorum.
To klasyczne ćwiczenie stoickie ma zastosowanie do naszej pracy. Łacińska nazwa tłumaczy się jako „uprzednie rozmyślania nad złem”, a polega na wyobrażaniu sobie negatywnego scenariusza wydarzenia, które budzi w nas lęk. Wyobrażamy sobie konsekwencje oraz naszą reakcję. Co się faktycznie stanie? Co uczynimy, gdy to się stanie? Jak zareagujemy?
Celem jest stępienie ostrza lęku, w myśl zasady, że dobrze poznane zagrożenie jest mniej straszne niż niepewność.
Uważajmy jednak – jeśli ćwiczenie wywołuje u nas depresyjne nastroje lub silny lęk, zaprzestańmy go.

Ćwiczenie trzecie: Zależne/niezależne.
Równie klasyczne ćwiczenie polegające na analizowaniu sytuacji pod kątem tego, co jest od nas zależne, a co nie. Za Epiktetem:
„Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas: ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem.”
To ćwiczenie może być wykonywane w połączeniu z Premeditatio Malorum lub niezależnie. Jego celem jest skoncentrowanie uwagi na tym, co kontrolujemy, i stworzenie dystansu, a przez to zmniejszenie lęku o to, czego nie kontrolujemy.
To ćwiczenie jest krokiem ku zastąpieniu lęku przeczuwaniem.

Ćwiczenie czwarte: Praca z przekonaniami.
To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszym lękiem, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i lęku nie powodują.
Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą lękowi przed proszeniem o pomoc. Jak to wewnętrznie uzasadniamy? Co, poza strachem, czujemy?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się na tym etapie dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy mój strach jest racjonalny?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.
To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.
Jeśli uda się nam je zakończyć, to oznaczałoby, że właśnie osiągnęliśmy optymalny stan i możemy sobie pogratulować, bo jesteśmy pierwszymi ludźmi w historii, którym się to udało.

Podsumowanie

Dzisiejsze rozważania kończymy pozytywną i praktyczną nutą. Choć mogą trapić nas trudności w proszeniu o wsparcie tam, gdzie jest ono potrzebne, nie stanowią wyroku. Są praktyczne kroki, które możemy podejmować, by modyfikować swoje schematy oraz łagodzić ich wpływ na codzienne funkcjonowanie.
Kluczowe jest, by przygotować się na długą drogę i proces, który nie musi być monotoniczny. Wdrożenie zaproponowanych tu metod to praca na miesiące i lata, podczas których możemy być pewni, że po wzlotach przyjdą upadki. Wiemy jednak, że skomplikowane i głębokie problemy nie mają łatwych rozwiązań.

Dobra wiadomość jest taka, że już z samego podążania tą drogą można czerpać radość i spełnienie!

A gdzie dla was przebiega granica między samodzielnością a izolacją?
Czy potraficie znaleźć idealną drogę pośrednią?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Rafałku-samosi

Nie cierpię tego uczucia, gdy muszę kogoś poprosić o pomoc. Jestem przekonany, że powinienem był poradzić sobie sam, ale coś poszło nie tak – zawiodłem. Konieczność proszenia o wsparcie budzi we mnie lęk przed odrzuceniem. Co jeśli odmówią? Co jeśli pomyślą, że jestem słaby?

Nie jest ważne, czy to mała sprawa, czy wielkie zadanie. Nie chcę prosić o pomoc, nie potrafię prosić o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam. To schemat, który kładzie się cieniem na moim życiu i ogranicza moje możliwości.

Opowiem wam dzisiaj, jak to jest, że tak trudno jest mi prosić o pomoc.

Przykład

Jako przykład wezmę coś świeżego – poszukiwania pracy.

Zmieniam ścieżkę kariery. Z konsultingu chcę przenieść się do sektora non-profit. Rozważam pracę w organizacjach charytatywnych, na uczelniach czy w bibliotekach. Szukam czegoś, co da mi poczucie, że realnie i pozytywnie wpływam na czyjeś życie.

Ze względu na specyfikę tych branż kluczowym sposobem na znalezienie zatrudnienia jest wykorzystanie sieci kontaktów. Najpierw szuka się pośród znajomych, a dopiero potem daje ogólne ogłoszenie.

Wsparcie znajomych jest niezwykle istotne dla sukcesu tego przedsięwzięcia. Rozmawiałem o tym z moim przyjacielem Krzysiem. Mówił mi to, co powyżej: popytaj, wykorzystaj sieć, większość ofert nie trafia na portale. Ja przytakiwałem: racja, to ma sens. W 100% zgadzałem się i nadal zgadzam z tą diagnozą.

Co w związku z tym robię? Wchodzę na portale z ogłoszeniami i sprawdzam, czy czegoś nie ma. Szukam studiów podyplomowych, by zdobyć nowe kwalifikacje. Zaprzęgam AI, żeby napisać dobre CV – choć nie mam go gdzie wysłać. Martwię się, że coś mi nie idzie.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale coś tu nie gra. To, co robię, ma się nijak do tego, co uważam za skuteczne. Dlaczego? Dlatego, że Rafałek wszystko chce zrobić sam. Nie chce niczyjej pomocy, nawet jeśli proszenie o nią jest sensowne. Nieważne, pod jak wielką górę mam się wspiąć – ważne, żeby nikt mi w tym nie pomagał.

Szukanie pomocy w znalezieniu pracy byłoby oznaką słabości, wystawieniem się na odrzucenie, odkrywaniem się przed drugim człowiekiem. A że by zadziałało? To ma drugorzędne znaczenie.

Więcej przykładów

Życie prywatne:

  • Uszkodzona ściana w sypialni – jak składałem szafę, walnęła o ścianę. Oczywiście robiłem to sam, bez pomocy.
  • Sporty zespołowe – czuję wściekłość, gdy podczas gry popełnię błąd, szczególnie gdy ktoś z zespołu go naprawi. Nie gram już w gry zespołowe.

Praca:

  • Projekty w pracy upadłe na ostatniej prostej – blokuję się i prokrastynuję, kiedy przychodzi moment, by omówić lub przedstawić wyniki. Moje projekty potrafią upaść na niechęci do ustalenia ostatniego spotkania, które je „przyklepie”.
  • Stracone okazje na wspólne zbudowanie czegoś – kiedy pojawia się perspektywa pracy w zespole, ogarnia mnie zniechęcenie. Jeśli nie ma jasnego podziału zadań, mam tendencję do spychologii, czekania, aż inni coś zrobią.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest bardzo podobna jak w przypadku zaradności.

Proces uniku przebiega następująco: zaczyna się od zidentyfikowania zadania lub potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję wnieść materac do mieszkania. Rozważam opcję wykonania zadania. Są dwie: dzwonię do znajomego i proszę o pomoc albo próbuję wtaszczyć materac w pojedynkę.

Ważę opcje: pierwsza wymaga kontaktu ze znajomym, przyznania się, że nie jestem w stanie czegoś zrobić sam, poproszenia o pomoc i czekania, czy się zgodzi. Druga opcja wymaga pół godziny szarpania się z wielkim klamotem po schodach – ryzykując uszkodzenie towaru i ciała.

Przedkładam uniknięcie psychicznego bólu ponad nieomal pewny ból fizyczny. Taszczę materac w pojedynkę.

Reszta to masowanie naciągniętych pleców i pławienie się w dumie, że sobie poradziłem – co umacnia schemat.

Z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z ludźmi rodzi się podejmowanie zadań ponad siły, które przynosi mi szkodę fizyczną. To jeden przykład działania mojego stylu przywiązania.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się z minimalizowaniem polegania na innych. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na niechęć do proszenia o jakąkolwiek pomoc, do współpracy i wspólnego rozwiązywania problemów. Wszystko próbuję robić sam – nawet jeśli wiem, że nie jest to optymalne albo problem mnie przerasta.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią –unikam odrzucenia.

Ograniczenia i wyjątki

Korzystanie z pomocy specjalistów, osób nieznajomych, nie jest końcem świata i przychodzi mi względnie łatwo. Przykład: pomoc lekarza. Staram się jej unikać, ale szybko rezygnuję z leczenia na własną rękę i udaję się do specjalisty.

Jak już się do nich zwrócę, nie kwestionuję zaleceń i się ich trzymam.

Można ująć to szerzej i powiedzieć, że jest mi łatwiej korzystać z pomocy w sytuacjach, gdy za nią płacę i gdy udzielająca jej osoba jest mi obca. Biznesowy charakter transakcji ułatwia mi pogodzenie się z tym, że nie robię czegoś sam. To stoi w kontraście do proszenia o pomoc przyjaciela, gdzie stawiam się w pozycji petenta, a nie partnera biznesowego.

Najważniejszym wyjątkiem jest sytuacja, w której zostaję przyparty do muru – kiedy już nie mogę sam przed sobą udawać. Wtedy mogę siebie przekonać do tego, by poprosić o pomoc.

Nie jestem zadowolony z takiego obrotu rzeczy. Jest we mnie masa wstydu i niechęci, często nakierowanych na osobę, która niesie mi pomoc. Dla ulgi tworzę fantazje o interesowności osoby, która mi pomaga.

To czyni całą sytuację bardziej transakcyjną, co jest dla mnie łatwiejsze niż jednostronne otrzymywanie pomocy.

Czekam do ostatniej możliwej chwili z proszeniem o pomoc. Czasem przeciągam sytuację poza punkt, w którym pomoc jest możliwa. Bywa, że sprowadzam na siebie w ten sposób kłopoty.

Jak to się objawia w relacjach

Najłatwiej zauważyć to moje podejście poprzez to, czego nie ma – nie proszę prawie nigdy o pomoc. Czasem może być nawet widoczne, że z czymś trudnym się borykam albo sobie nie radzę, ale nawet wtedy nie proszę o wsparcie.

Z drugiej strony jestem generalnie chętny do pomocy, kiedy ktoś poprosi, gdy widzę, że mógłbym się na coś przydać. W ten sposób tworzę asymetrię w relacjach, która jest dla mnie wygodna emocjonalnie. Czuję się bezpiecznie, gdy mam poczucie, że druga osoba ma wobec mnie zobowiązanie.

Unikam angażowania się we wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli trzeba znaleźć dobry prezent dla kogoś i grupa przyjaciół debatuje, co to mogłoby być, ja będę miał tendencję do niemieszania się i wybierania po swojemu. To sprawia, że moje prezent bywają nietrafione.

Efektem tego zjawiska jest moje mniejsze zgranie z grupą. Wspólne rozwiązywanie trudności łączy ludzi. Ja, wymiksowując się z niego, tracę część spoiwa społecznego.

Ma to widoczne konsekwencje w relacjach zawodowych. Niechętnie angażuję się w zespołowe działania (burze mózgów itp.). Jestem na nich, ale moja uwaga błądzi. To jest zauważane przez innych i odbierane jako brak zainteresowania wspólnym zadaniem, co osłabia moje relacje ze współpracownikami.

Często ignoruję wnioski i ustalenia z pracy grupowej i wdrażam własne pomysły. To sprawia, że mogę być postrzegany jako niepokorny lub nieuważny pracownik – zwłaszcza gdy mój pomysł jest gorszy od grupowego.
Unikam jak mogę wszelkich grupowych aktywności, uważając je za nudne.

Zakończenie

Nie da się każdego problemu rozwiązać w pojedynkę, nie korzystając z pomocy bliskich osób. Kto próbuje, ten musi się sparzyć – w najlepszym przypadku tracąc część możliwości, które niesie ze sobą świat.

To ciemna strona zaradności – przesunięta ku ekstremum zdrowa potrzeba bycia możliwie samowystarczalnym. Czy da się mieć jedno bez drugiego?

A wy potraficie prosić o pomoc, czy, jak ja, wolicie pocierpieć – ale na własny rachunek?

W przyszłym tygodniu spojrzymy na obie strony problemu i zastanowimy się, jak możemy z nim pracować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O zaradności

Uwielbiam to uczucie, kiedy uda mi się zrobić coś nowego. Wziąć się za zadanie, nauczyć się, czego wymaga, i je wykonać. Najlepszy moment to, kiedy wszystko zaczyna działać jak powinno – jeszcze pozostaje nieco do zrobienia, ale już widzę, że mi się udało. Nauczyłem się czegoś nowego, co będę mógł wykorzystać.

Efekty mojego działania nie muszą być idealne, żebym miał satysfakcję. Wystarczy, że osiągnąłem cel. Nie ma dla mnie znaczenia, czy było to wykonane optymalnie, czy efekt jest piękny. To szczegóły, które mogą być satysfakcjonujące, jeśli się udadzą, ale ich brak nie odbiera przyjemności ukończenia zadania.

Przykład

Często ta moja namiętność realizuje się w drobnych pracach domowych i gospodarskich. Weźmy przykład z tej działki.
Po urządzeniu mieszkania moi budowlańcy zostawili źle położony silikon przy wannie. W efekcie za brzeg wanny, na ścianę, lała mi się woda. Spowodowało to uszkodzenia tapety po drugiej stronie ściany. Problem trzeba było rozwiązać, by uniknąć dalszych szkód.
Nigdy wcześniej nie kładłem silikonu. Odpaliłem kilka filmików na YouTubie. Najpierw musiałem zerwać stary silikon, oczyścić miejsce, i dopiero wtedy położyć nowy.
Zrobiłem listę i pojechałem do Castoramy. To poszło gładko. Potem zabrałem się do usuwania silikonu. Lekko nie było –niedoceniłem, jak wiele skrobania będzie potrzebne. Zamiast załatwić sprawę w jeden wieczór, musiałem ją rozłożyć na dwa dni. Ostatecznie jednak udało się. Miałem rant wanny oczyszczony i gotowy do przyjęcia uszczelki.
Do wanny nalałem wody. Sam stanąłem w środku, by kłaść silikon, kiedy jest obciążona – wtedy nie odklei się, gdy będziemy jej używać. Nakładałem warstwę etapami. Miejscami silikon wpadał w lukę, mimo że kładłem szeroką warstwę. Zaraz po położeniu wygładzałem go specjalnym przyrządem.
Gdy dotarłem do końca, całe dłonie miałem w silikonie. Wyczerpałem repertuar przekleństw. No ale miałem uszczelnioną wannę!
Czy silikon, który położyłem, wygląda dobrze? Nie. Wygląda, jakby kładło go pięcioletnie dziecko. Czy trzyma szczelność? Tak – przez ostatnie pięć lat nie miałem z nim problemu. Zadanie wykonane, a ja mam lepsze pojęcie, z czym się wiąże kładzenie uszczelki.

Ta historia to dość typowy przebieg moich przygód z samowystarczalnością. Zwykle potrafię zrobić to, czego potrzebuję, dobrze, ale niekoniecznie najlepiej jak to możliwe. Co dla mnie jest w zupełności wystarczające.

Więcej przykładów

W jakich jeszcze dziedzinach się realizuję?

  • Strzyżenie włosów –po co mam chodzić do fryzjera, jeśli mogę się oblecieć maszynką?
  • Smarowanie roweru – po co angażować serwis do drobnostki?
  • Podłączanie pralek, zmywarek – przecież nie będę wzywał hydraulika do pierdółki.
  • Kładzenie podłogi na balkonie – trochę bolało, ale oszczędziłem na robociźnie.
  • Składanie mebli – bo jak producent pisze, że potrzeba dwóch osób, to dla mnie brzmi jak wyzwanie!

Wszystkie te punkty mają wspólny mianownik: wolę zrobić średnio, ale sam, niż korzystać z pomocy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź na to pytanie kryje się w mojej osobowości.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się także, z minimalizowaniem polegania na innych ludziach. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, to szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na chęć uczenia się nowych umiejętności – drobnych, acz przydatnych w życiu. Jeśli nauczę się strzyc włosy, to nie będę musiał polegać na fryzjerze, chodzić do niego ani z nim rozmawiać.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią – czyli unikam odrzucenia.

Proces odkrywania nowego pola niezależności jest prosty. Zaczyna się od potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję czystych rzeczy. Identyfikuję sposób jej zaspokojenia – mogę zrobić pranie. Teraz zastanawiam się, czego potrzebuję, by to osiągnąć. Potrzebuję działającej pralki. Załóżmy, że pralkę już mam, wymaga tylko podłączenia. Przychodzi moment na rozważanie opcji. Rozważam wezwanie hydraulika – to oznacza wyszukanie kontaktu, zadzwonienie i umówienie się, przyjęcie tej osoby w domu. Wtedy pojawia się myśl: czy to takie trudne? Przecież sam sobie z tym poradzę!

Reszta to już wykonanie, czyli przeszukiwanie internetu, zakupy narzędzi i materiałów oraz realizacja.

Czyli z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi rodzi się nauka nowej umiejętności.

Ograniczenia i wyjątki

Ciekawe, że zadania wymagające precyzji nie są dla mnie. Nie mam tego przywiązania do szczegółu – choć wpisuje je do CV. Zadowala mnie i cieszy osiąganie ogólnego celu, wyniku, który jest zbliżony do mojego zamierzenia. Robota wykonana na 80% to dla mnie 100% satysfakcji. Nie interesuje mnie doprowadzanie zadania do perfekcyjnego stanu. Perfekcjonizm nie jest moim problemem – jestem pragmatyczny i gotowy na kompromis w działaniu.

Efektem ubocznym tej charakterystyki jest, że najłatwiej przychodzi mi odpuszczenie zadań wymagających precyzji. Dobrym przykładem jest sprzątanie mieszkania. Kiedyś byłem uczulony na sam pomysł, by robiła to zatrudniona osoba. Upierałem się, żeby robić to samemu, chociaż wiedziałem, że nie robię tego dobrze. Przy sprzątaniu ostatnie 20% jest ważne dla efektu.

W końcu odpuściłem – wynająłem firmę, by zajmowała się tym raz w miesiącu. Efekt: mieszkanie jest w lepszym stanie niż wcześniej. Ja mam więcej czasu na drobne zadania.

Jest bariera skomplikowania, której nie przekraczam. Chętnie naprawiam swój rower, ale z samochodem jadę do mechanika i nie próbuję udawać, że dam radę.

Jest bariera czasu. Jeśli coś wymagałoby ode mnie takiej ilości czasu, którą oceniam jako przesadną, nie biorę się za to. Mogę złożyć meble, ale położenie płytek w łazience to za dużo.

Jest bariera inwestycji. Jeśli zadanie wymaga zakupienia drogiego sprzętu, który nie znajdzie innego zastosowania, to się za to nie łapię. Mogę kupić maszynkę do strzyżenia włosów, by uniknąć fryzjera, ale nie kupię wiertarki udarowej, by wywiercić jedną dziurę.

Jak to się objawia w relacjach

Ta moja zaleta ma kilka interesujących benefitów w relacjach.

Jestem łatwy w utrzymaniu. To znaczy, że nie potrzebuję pomocy od swych znajomych i przyjaciół. Większość rzeczy ogarniam sam. Nie zawracam nikomu głowy drobiazgami domowymi. Możemy się skupić na bardziej interesujących tematach i zadaniach. Nie trzeba mi poświęcać uwagi i energii.

Choć sam niechętnie przyjmuję pomoc, to jestem bardzo skłonny do pomocy. Mam wypracowany zestaw umiejętności i chętnie wykorzystuję je, by pomóc moim znajomym i przyjaciołom. Czasem wprawdzie nie do końca mi wyjdzie, albo złapię się za coś, o czym nie mam pojęcia, i jest klapa. Częściej jednak znajduję rozwiązanie i skutecznie pomagam, a nawet jeśli nie wyjdzie, to nigdy nie rozwalę czegoś doszczętnie.

Lubię pokazywać i uczyć innych, jak wykonywać pewne zadania, i vice versa – lubię uczyć się od innych nowych umiejętności, które oni mają opanowane. Jedno i drugie sprawia mi przyjemność. Czy mam kogoś nauczyć grać w planszówkę, czy mam się nauczyć od kogoś – do obu podchodzę z dobrym humorem, uwagą i wprawą.

Zakończenie

Zaradność przydaje się w życiu – nie tylko osobie zaradnej, ale wielu w jej otoczeniu. To zasób, z którego posiadania jestem zadowolony i który chciałbym zachować.
Co jednak, jeśli zaradność przesuniemy dalej? Co jeśli podkręcimy intensywność? Wtedy w pewnym momencie przejdziemy od człowieka, który rzadko potrzebuje pomocy, do człowieka, który nie potrafi jej przyjąć.

Ale o tym w przyszłym tygodniu.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wstydzie, lęku i egocentryzmie

W miarę postępu w terapii, autor analizuje wewnętrzne mechanizmy związane z brakiem bezpieczeństwa i wstydem. Odkrywa swoje lęki przed oceną, unika bliskości oraz tłumi emocje. Mimo fantazji o lepszym świecie, czuje się ofiarą niesprawiedliwości. Dąży do zrozumienia swoich strategii radzenia sobie z bólem i odrzuceniem.

W miarę jak postępuję naprzód w terapii, odkrywam nowe sposoby patrzenia na swoje funkcjonowanie i kręcące nim mechanizmy. Systematycznie, buduję obraz mojego świata wewnętrznego, który tłumaczy to, co widzę w swoim zachowaniu. Przedstawię moją obecną analizę i interpretację kluczowych aspektów oraz opiszę obraz, który się z nich wyłania.

Czuły na brak bezpiecznego portu [Wysoka reaktywność, brak bezpiecznych więzi]

Jestem czuły na bodźce, typ obserwatora. Uważnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, i chłonę to, co widzę. Zwykle nie wspominam o tym, co zauważyłem ani jakie wyciągnąłem z tego wnioski – zachowuję je dla siebie.
Łatwo ulegam przebodźcowaniu. Duże grupy ludzi są dla mnie męczące, bo to właśnie na nich reaguję. To gesty, słowa, mimika – wszystkie te drobnostki przyciągają moją uwagę.
Już od małego bliskie relacje były dla mnie trudne. Innym osobą dają one poczucie bezpieczeństwa, dla mnie są czymś zagrażającym. Spodziewam się w nich krytyki, transakcyjności oraz braku zaufania i bezpieczeństwa.
Używam mojej bolesnej supermocy uważności, by czujnie unikać bliskości – nie dam się więcej zranić.

Nieustające czuwanie [Wrażliwość na ocenę]

Każdy twój ruch, przypadkowy gest, westchnienie czy mina są zauważane i rejestrowane. Przyglądam się wszystkim w otoczeniu. Nieustannie badam, czy nie dostrzegę śladu niechęci.
Powiedziałem żart. Czy się zaśmiała? Jeśli nie – dlaczego? Czy żart był słaby? A inni? Czy się śmieją albo chociaż uśmiechają? Dłonie stają się wilgotne od potu. Wydaje mi się, że się odsunął z niechęcią. Czy to przez żart? Mój żołądek spina się w kulkę.
Czuwam bez ustanku. Zmysły są wyostrzone. Nasłuchuję skrawków rozmów, tak jakby każda była o mnie. Interpretuję je w ten sposób. Badam, co to może oznaczać. Czuję ulgę, gdy zorientuję się, że sprawa mnie nie dotyczy. Mogę przenieść uwagę na kolejną osobę i z jej zachowania wyczytywać, co o mnie sądzi.
Muszę pozostawać w gotowości, nie ma wyboru. Muszę uważnie monitorować innych i siebie, by sprawdzić, czy nie robię czegoś, co mogłoby się nie spodobać. Jeżeli opuszczę gardę choćby na chwilę, zorientują się. Zobaczą to, czego się tak wstydzę.

Na początku był wstyd [Toksyczny wstyd]

To się wszystko zaczęło od wstydu. Czego się tak wstydziłem? To tajemnica! Wiedzcie tylko, że muszę dbać o to, by nikt jej nie poznał – to stąd ta cała czujność.
Ja siebie widzę takim, jakim jestem, nikt inny nie może mnie zobaczyć! To by była katastrofa. Ten ktoś by się dowiedział i jak nic mnie porzucił, a nie mogę na to pozwolić. Muszę się ukrywać, maskować to, kim jestem – bo się wstydzę.
Czy ty dostrzegasz część prawdziwego mnie? To niedobrze! Czuję palpitacje serca! Muszę działać. Odwrócić twoją uwagę albo uciec. Kiedy zniknę ci z oczu, zapomnisz o mnie i ten przebłysk, który ujrzałeś, zatrze się szybko w pamięci.
To tak już jest, że jak tylko ktoś się do mnie zbliży, to ja znajdę sposób, żeby stworzyć między nami dystans. Nikt rozsądny nie chce, żeby inni poznawali jego wstydliwe sekrety. Mój wstydliwy sekret jest ogromny. Tak wielki, że nie mogę pokazać ani kawałka siebie, bo natychmiast się wyda. Zdradzę wam w zaufaniu, że jest za wielki nawet dla mnie i ja sam nie wiem, co to jest, czego się wstydzę. Może to wszystko, co jest moje, a może nic?
Zresztą, nieważne, co to jest – mój wstyd nie interesuje się prawdą. Ważne, że wiem doskonale, iż nawet teraz rodzi się wam w głowach ocena, która będzie dla mnie druzgocąca – i nie liczy się, czy tak faktycznie jest.

Boję się, że mnie źle ocenią [Lęk przed oceną]

A może właśnie boję się, że mnie dobrze ocenisz? Dobrze, czyli źle. Negatywnie. W końcu mam tak wiele powodów do wstydu, że nie potrafię żadnego nazwać. Naturalne jest, że kto na mnie spojrzy, zobaczy je od razu. Oceni, że jestem nic niewart.
Zdarzyło wam się kiedyś, w środku ważnego dnia, poplamić sosem swoją białą koszulę? Zero możliwości, by ją zmienić. Zero możliwości, by ją zdjąć. Przed wami najważniejsze spotkanie miesiąca. Czekają klienci, prezesi i kto tam jeszcze. Wy patrzycie w dół i jedyne, co widzicie, to plama na koszuli. Pytania w głowie: czy oni ją zobaczą? Jak mogę ją ukryć? Czy to koniec?
Moje życie to każdy dzień w poplamionej koszuli. Główne zadanie: nie dopuścić, byście zobaczyli plamę. Jeśli ją zobaczycie, to oczywiście przestaniecie się do mnie odzywać. Nie będziecie chcieli mnie znać.
Robię przeróżne wygibasy, byle tylko ukryć plamę. Trzymam dystans – bo z daleka trudniej dostrzec takie szczegóły. Odwracam się obojętnie plecami – bo wtedy jej nie widać. Rozpraszam waszą uwagę. Kieruję rozmowę na was – wtedy nie patrzycie na mnie. Najważniejsze: trzymam się w samotności – nikt mnie nie widzi i nie ocenia.
Nie chcę od was piątki. Jestem przecież przekonany, że na nią nie zasługuję. Rzecz w tym, by nie dostać jedynki. To by była katastrofa. Tego jednego się boję. Siedzę z tym strachem sam każdego dnia.
Jak fajnie byłoby być w świecie, w którym nikt nie ma mocy mnie ocenić! Albo w takim, w którym nie noszę żadnej plamy! Ale to tylko fantazja…

Z fantazją nie ma strachu! [Fantazje wielkościowe]

Stworzę sobie świat bez poplamionych koszul! Mam do dyspozycji niezmierzone przestrzenie wyobraźni. Kształtowałem je już nieraz według potrzeb. Tworzyłem nowego siebie. Tworzyłem otoczenie, którego potrzebowałem. Rzeczywistość jest przereklamowana. Dostać w niej to, co się chce, to przerażający proces. Zbudowanie fantastycznej krainy, w której jestem półbogiem, to ułamek sekundy i zero strachu!
Niejeden świat stworzyłem w ciągu swego życia. Nigdy ich nie liczyłem. Pewnie były to dziesiątki, jeśli nie setki. Choć przyznaję, że większość z nich pożyczyłem. Brałem scenografię z książki czy filmu. Czasem pożyczałem całą historię, lekko ją modyfikując.
Który z nich był pierwszy? Stawiałbym na Dziki Zachód z Winnetou i Old Shatterhandem. Później Tolkien. To mi się zdarzało jeszcze niedawno. Bywałem orkiem i bywałem elfem. Nie wybrzydzałem. Ważne było, żeby rola dawała poczucie siły. Żebym nie znał strachu.
Czy jako kapitan Gwiezdnej Floty, czy jako czarodziej w moim świecie – byłem nieustraszony, potężny i zawsze zwyciężałem. Nikt mnie nigdy nie opuszczał. Co najwyżej ja mogłem zostawić kogoś za sobą. Nieważne, skąd brałem scenografię. Ważne, że dawała mi moc.
Gdyby tak dało się żyć tylko fantazją! Niestety, czasami trzeba wyskoczyć do realnego świata. A tam… nic mnie tak nie wkurza jak mój własny strach.

Kiedy się wkurzę to się nie boję [Gniew zastępczy]

Gdy rozmawiamy sobie swobodnie, uśmiecham się, jestem miły. Chcesz mi dać informację zwrotną – drobną poprawkę w moim sposobie bycia. Nadal się uśmiecham, ale wiedz: właśnie się na ciebie wkurzyłem. Możesz to dostrzec po lekko zaciśniętych szczękach. Czasem zwijam dłoń w pięść. Zmieniam ton głosu – staje się twardszy, słychać w nim złość.
Bo jak śmiesz twierdzić, że nie jestem idealny? Czy ty próbujesz sugerować, że zrobiłem coś źle? Co za nonsens! Co za tupet! Nie ma takiej możliwości! Wczoraj wieczorem w fantazjach zniszczyłem całą planetę. A ty mówisz, że buty nie pasują mi do koszuli? To niemożliwe, żebyś dostrzegł słabość we mnie. Cokolwiek to jest – było zaplanowane.
Gdybym nie był taki wściekły, to jeszcze zacząłbym się bać. Bać, że dostrzegasz to, o czym nie wspominamy. Że za chwilę wstaniesz i odejdziesz. Że cię już nigdy nie zobaczę. Na szczęście złość jest tak cudnie zaborcza – nie zostawia miejsca na inne emocje. Jest łatwiejsza niż strach, bo daje złudzenie siły i kontroli – zupełnie jak fantazje.
Wewnętrzne napięcie rośnie. Mój ton staje się bardziej oschły. Słowa są jeszcze przyjazne, ale na końcu języka mam „Ty ku***!”. Dłonie zaciskają się w pięści. Na słowach może się nie skończyć. STOP! Nie ma zgody na takie wyskoki! Nie potrafię się bezpiecznie złościć? Tak bardzo nie radzę sobie z emocjami? No to szlaban na czucie – dla własnego bezpieczeństwa.

Nie wolno się złościć! [Tłumienie emocji]

Nie wolno się złościć! Te słowa są jak mantra, choć jej nie powtarzam. Nie ma takiej potrzeby – jest zakorzeniona w sposobie patrzenia na emocje. Złości czuć nie wolno!
Szkopuł w tym, że to się tak do końca nie da. Emocje mają to do siebie, że pojawiają się bez pozwolenia. Co gorsza – jedna z drugiej może wypączkować! Poczuć jedną, to zaryzykować poczucie kolejnej. A kto wie, może to będzie właśnie złość?
Z mojej perspektywy najlepiej byłoby nie czuć nic – bo wtedy nigdy bym się nie zezłościł. A przy okazji rozwiązałbym problem wstydu. Skoro tak się nie da, to jedyny wniosek: trzeba próbować. Ponosić porażkę za porażką, nie wyciągając wniosków, i udawać, że się nic nie czuje.
To jest trik! Jeśli będę udawał dość dobrze, to sam uwierzę w to, że nic nie czuję. To prawie to samo, co nic nie czuć! Nawet jeśli nie do końca – to przynajmniej nie grozi mi wtedy wyzywanie innych i wymachiwanie pięściami. To dobrze, prawda?
W świecie fantazji mogę nie mieć emocji, jeśli nie chcę. O ile lepiej by było, gdyby ten świat miał taką opcję. W fantazjach wszystko jest po mojej myśli. Tutaj wszystko działa przeciwko mnie. Jakbyście uwzięli się, żeby robić mi na złość. Żebym tylko nie był szczęśliwy. Czemu czuję, że mnie krzywdzicie?

Czemu świat nie jest taki jak ja chcę? [Poczucie krzywdy]

Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. No i ja jestem tym biednym. To już dawno przestało być śmieszne. Co bym sobie nie zaplanował, co bym nie pomyślał – zawsze ktoś albo coś staje mi na przeszkodzie. Złośliwość losu i ludzi, mówię wam!
Jak chcę zostać bogaty, to nie dostaję ani awansu, ani podwyżki. Na jedno i drugie zasłużyłem, ale zły szef, zła firma uwzięli się, żeby nie dawać. Jak chcę być piękny, to na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Jak chcę schudnąć, to każdy mi wciska ciasteczka, a do tego są święta – no i wiadomo, że kawałeczek serniczka jeszcze wejdzie. Kiedy chcę sławy, nikt o mnie nie mówi. Kiedy chcę chwili spokoju, wszyscy dzwonią, żeby się spotykać. Wiem, że to przesada, ale tak to momentami odczuwam.
Może to niesprawiedliwe wobec świata, ale nic na nim nie dzieje się po mojej myśli. Twierdzicie, że to mało prawdopodobne? W moim życiu nie siedzicie. Ja wiem lepiej i mówię wam, że wszystko co do jednego układa się na opak.
Dlaczego świat nie może się poukładać pod moją myśl? Gdyby tak stał się nieco bardziej taki, jakim ja go chcę – dla mnie to by była bomba! Już nie mówię, żeby wszystko miało się układać po mojemu, ale te parę spraw przecież mogłoby. Niestety, jestem na każdym kroku pokrzywdzony. To smutne, nie uważacie?
Zresztą, ja wam tego nie opowiadam, żeby się żalić – co to, to nie. Mi chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli mój ból. Bo może możecie mi pomóc?

Jestem taki biedny. Pomożesz mi? [Rola ofiary]

Nie mam zupełnie czasu! Tyle na głowie. Gonię resztkami sił, a tu jeszcze trzeba zrobić to czy tamto. Nie no, zrobię to, wiadomo, ale co się przy tym wycierpię, to moje. Słuchaj, wczoraj wróciłem po północy do domu. Nic nie spałem, ledwo co, a dzisiaj o szóstej już do pracy. No i jeszcze wieczorem trzeba śmieci wyrzucić… Naprawdę? Skoczysz je wyrzucić? Jesteś cudowny! A skoro i tak idziesz, to czy możesz zahaczyć o Żabkę i kupić mi ciasteczka i sok? Dzięki!
Ja jestem strasznie nieciekawy. Nic nie potrafię powiedzieć po ludzku. Bo się strasznie peszę. Będziecie się ze mną nudzili. Jak by tu był ten drugi, to on ma gadane. Ja niestety nie. Szkoda, że trafiliście na mnie. Tak? Jestem całkiem zabawny? To miło, że tak mówisz, ale mi się wydaje… No skoro nalegasz, to w sumie nie będę się kłócił. Jesteś przemiła!
Mogę to zrobić, pewnie. To moje zadanie w końcu. Jeszcze mi wpadło sprawdzenie danych. Będzie na to potrzeba czasu. Myślałem, że dzisiaj wyskoczę do kina, ale może w przyszłym tygodniu. Zebrało się sporo spraw. Czekają na raport. Niby parę slajdów, ale to jednak trzeba przysiąść, żeby to jakoś wyglądało. O, jeśli byłbyś w stanie to wziąć, to by mi mega pomogło! Dzięki!
No ale dlaczego ja? Przecież ja się na tym nie znam. Ja nie wiem. To mnie przerasta. Ja nie potrafię. Pomożesz? Super! Ty to potrafisz ogarnąć. Lepiej ty niż ja, bo ja na pewno coś zepsuję. Super, że już załatwione. To odezwę się jeszcze.
To naprawdę działa! Nie zawsze, ale jednak. Nigdy nie muszę mówić, czego potrzebuję. Ludzie, kiedy czują współczucie, sami zgadują, co to może być!
Jak się nad tym zastanowić, to bycie nieudacznikiem może być portem, w którym znajduje się schronienie. Czy jest w nim bezpiecznie? Czasem bywa…

I potem zaczynam od początku [Wzmocnienie cyklu]

To tylko namiastka prawdziwego bezpieczeństwa i przywiązania, ale nigdy ich nie miałem, więc wpisuje się w cały cykl. Wróciłem do początku – szukam w niewłaściwych miejscach bliskości, relacji, zaspokojenia potrzeb. Skoro się sprawdza, dlaczego miałbym z tego rezygnować?
Może dlatego, że kiedy się w tym zorientuję, to się tego wstydzę? Ale już przerobiliśmy moje metody radzenia sobie ze wstydem. Wszystkiego się wstydzę, to mogę i tego na dokładkę. Tylko muszę jeszcze ciaśniej zacisnąć pętlę kontroli nad emocjami. Więcej fantazji, więcej gniewu, więcej tłumienia emocji! Znam ten schemat jak własną kieszeń, mogę go powielać w nieskończoność.
Choć zdradzę wam w sekrecie, że to nie jedyny sposób, bym dostał to, czego chcę.
Może myślicie: „Hej, stary, po prostu tak nie rób i będzie w porządku!” Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Te mechanizmy są moją drugą naturą. To intuicja. Wiecie, jak trudno jest jej się przeciwstawić, nawet kiedy wiemy, że jest w błędzie?
Czasem się da. Kiedy wszystko idzie gładko, kiedy nic nie staje na mojej drodze, mogę ignorować swoją intuicję. Jest jednak wiele spraw, dużych i drobnych, które odpalają mnie jak lont w dynamice i kiedy już ruszą, nie sposób mnie zatrzymać.

Moje zapalniki [Wyzwalacze]

Konstruktywna krytyka [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie na spotkaniu w pracy, omawiamy aktualne tematy. Ktoś zwraca uwagę, że mógłbym poprawić kilka rzeczy w jednym z modeli, które stworzyłem – to słuszne, dobrze umotywowane uwagi. Czuję złość, wściekłość nawet. Odcinam tę emocję, spycham ją i tłumię. Na zewnątrz wydostaje się co najwyżej delikatna irytacja w głosie. Cała reszta spotkania to fantazjowanie, że mam rację, a mój krytyk się nie zna.

Poczucie bycia zdemaskowanym [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie przed laptopem w pracy, piszę odpowiedź na maila. Przychodzi wiadomość na komunikatorze: kolega zauważył, że jeden z elementów w bazie, za którą odpowiadam, ma dziwną wartość. Może wkradł się błąd?
Co za sku***! Co on sobie wyobraża? Na pewno nawet nie potrafi używać tych danych i nie wie, o co w nich chodzi. Sprawdzam jednocześnie problematyczny element. Faktycznie błąd. Ale ja jestem beznadziejny. Gdybym tylko cofnął czas i to zmienił, nie byłoby problemu.
Złość nadal we mnie kipi, ale wciskam ją coraz głębiej. Nie mam ochoty odpowiadać – może jutro. Niech sobie nie myśli, że jego obserwacja mnie zainteresowała!

Brak uwagi lub uznania [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Wysłałem wiadomość już dziesięć minut temu i sprawdzam dla pewności, czy na pewno poszła. Tak, jak najbardziej. Jeszcze nieodczytana, na komunikatorze jest ikonka, która o tym informuje. Coś długo, widać nie było okazji.
Ikonka zmieniła się na przeczytane pięć minut temu. Dlaczego nie odpisuje? Co zrobiłem nie tak? Pewnie powiedziałem coś głupiego. Czytam swoją wiadomość jeszcze raz. Niby nic, może trochę za poufały ton? Czemu ja jestem taki głupi? Już się wkurzyłem na siebie i na odbiorcę.
Wymyślam alternatywną wersję swojej wiadomości – taką rozsądniejszą. Jest super. Gniew powoli zapada się w podświadomość, ale wciąż nie mam uwagi, której szukam.
Piszę kolejną wiadomość niby na spokojnie, nie upominam się o odpowiedź, tylko dorzucam parę zdań. Wtrącam o tym, co mi się nie udało i jakie to były trudne parę dni. Nie muszę czekać długo, by druga strona zaczęła pisać odpowiedź.

Poczucie bezsilności [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Gra była wyrównana, a teraz przeciwnik raz za razem dociąga kartę, jakiej potrzebuje, a ja same landy (których nie potrzebuję)! Nic z tym nie mogę zrobić. Moje decyzje są nieważne, ja jestem nieważny, bezsilny…
Złość na przeciwnika szybko rozwija się we wściekłość. Niby wiem, że nie kierują oni dociąganymi kartami bardziej niż ja, ale moja intuicja maluje ich jako winnych wszystkiemu. Tracę koncentrację i zaczynam popełniać błędy. To napędza schemat.
Gdybym tylko zagrał inaczej dwie tury temu. Gdybym tylko nie odpalał gry teraz, ale za godzinę, tak jak miałem w planach – miałbym innego przeciwnika i inne karty.
Dłoń zaciska się na myszce, czuję, jak jej obudowa zaczyna trzeszczeć. Przypominam sobie, jak rzuciłem myszką w monitor, rozbijając matrycę. Kosztowało mnie to 600 złotych. Spycham wściekłość w głąb.
Zawsze wszystko jest przeciwko mnie. Nawet to, co powinno być losowe. Pójdę pożalić się koledze na niesprawiedliwość losu, może da mi trochę współczucia.

Zazdrość [rola ofiary]
Kariera nie ma dla mnie znaczenia. To stwierdzenie jest prawdziwe. Kiedy w cyklu ewaluacyjnym nie dostaję awansu, uważam się za pokrzywdzonego i niesprawiedliwie potraktowanego. To zdanie też jest prawdziwe.
To nie jest tak, że się złoszczę. Nie, po prostu jestem rozczarowany i przekonany, że los mnie źle potraktował. Nie chcę tego awansu, nie obchodzi mnie, czy go dostanę, ale kiedy go nie dostaję, myślę sobie: a to draństwo! Co? Niby nie zasłużyłem? Nie należy mi się?
No i jest jeszcze zazdrość. Jak tylko pojawiają się informacje o kolegach i koleżankach, którzy awansowali, to im zazdroszczę. Patrzę na nich wilkiem – w mojej głowie; w rzeczywistości nie daję nic po sobie poznać – kwestionuję zasłużoność awansu, porównuję ich ze sobą i podkręcam moje poczucie bycia ofiarą systemu.
Całość trwa około tygodnia lub dwóch, kiedy obwieszczane są awanse. Potem mija i nie myślę o tym, aż do kolejnego cyklu. Chyba że ktoś wspomni o awansie przy śniadaniu. Wtedy przechodzę skróconą wersję powyższego procesu w pięć minut.

Po waszej stronie lustra [Efekty]

W tym paragrafie będę dużo zgadywał, bo nie widzę świata z waszej perspektywy, a przed informacją zwrotną osłaniam się jak diabeł przed wodą święconą. Wybaczcie mi omyłki i dajcie znać, jak to ze mną jest. Jak się prezentuję zewnętrznemu światu?

Wyobrażam sobie, że ludzie widzą mnie jako bardzo spokojnego i opanowanego. Kogoś, kto nigdy się nie złości. Może ktoś dostrzeże drobne poirytowanie, zmieniony ton głosu. Przypuszczają też, że ujawnia się mój wyfantazjowany egocentryzm i poczucie wyższości. Może to jest do zauważenia, że mam tendencję do patrzenia na innych z góry.

Zgaduję, że jawię się jako osoba wycofana i niezaangażowana. Zawsze na dystans, nigdy w pełni razem. Z tym może także wiązać się postrzeganie mnie jako kogoś pasywnego, niezainteresowanego kierowaniem czy zmierzaniem w jakimś kierunku.

Pewnie część osób widzi we mnie człowieka skrytego – i to na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony, kogoś, kto mało o sobie mówi, komu nic ciekawego się nie przydarza. Z drugiej strony, kogoś, kto ukrywa swoje emocje, nie okazuje ich, nie chce się nimi dzielić.

Mogę też zgadywać, że jestem postrzegany jako ktoś negatywnie nastawiony do życia. Osoba w typie: szklanka jest do połowy pusta, a zaraz zapewne się stłucze. Kogoś, kto wszystko, widzi w ciemnych barwach. Kogoś, kto opowiada o swoich trudnościach lub problemach, nie wspominając o sukcesach.

Zresztą, przeczytajcie po prostu ten rozdział i policzcie, ile wymieniłem pozytywów, a nawet jeśli wymieniłem jakiś, to czy nie próbuję go sprzedać jako ukryty problem.

To przeprowadza mnie do podsumowania. Ciężko się wyrwać ze swoich schematów, nawet jeśli doskonale zdajemy sobie sprawę, że są w nas aktywne. Przecież nawet ten tekst, jeśli się chwilę zastanowić, jest próbą zdobycia współczucia i sympatii! Kiedy zaczynałem go pisać, jeszcze o tym nie wiedziałem. Zorientowałem się w połowie, że moje intencje nie są żadną miarą czyste. Nie przestałem jednak, bo nawet jeśli jest efektem działania mechanizmu, może przynieść coś dobrego.

Całkiem na zakończenie dodam, że opisane dziś mechanizmy nie są jedynymi, które we mnie działają. Mam o więcej strategii unikania odrzucenia i bólu niż fantazjowanie i stawianie się w roli ofiary: dystansowanie, racjonalizacja, unikanie, substancje i zachowania kompulsywne. Jest tego sporo i w przyszłości mam nadzieję spojrzeć na nie bliżej.

A wy? Wiecie już, jakie mieszkają w was demony i jakie strategie przyjmujecie, by sobie z nimi radzić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O tworzeniu

Tworzenie jest kluczowym narzędziem komunikacji, pozwalającym dzielić się myślami, emocjami i pomysłami zarówno z innymi, jak i samym sobą. Autor podkreśla jego rolę w refleksyjności, wsparciu relacji oraz autoterapii, a także zwraca uwagę na zagrożenia związane z oczekiwaniami i chęcią zysku.

Potrzebuję sposobu na komunikowanie się ze światem. Jest we mnie pragnienie podzielenia się myślami, ideami, pomysłami i fantazjami z innymi. Kluczowym narzędziem służącym mi w tym celu jest tworzenie.

Tworzenie jest na czwartym miejscu mojej hierarchii wartości. Plasuje się w niej wysoko — przed nim są wolność, rozwój i relacje, a za nim zabezpieczenie zasobów. Twórczość jest wartością samą w sobie oraz stanowi narzędzie dla innych wartości. Wykażę to w dalszej części artykułu, uzasadniając także jej miejsce w mojej hierarchii.

Nie będę wchodził głęboko w definicję tworzenia. Intuicyjne rozumienie tego pojęcia wydaje mi się wystarczające. Chciałbym jednak zauważyć pewną jego szczególną właściwość, która nie jest oczywista: kiedy mówimy o tworzeniu, mówimy o komunikacji. Mówiąc o komunikacji, niekoniecznie mamy na myśli tworzenie — czyli twórczość jest jednym z rodzajów komunikacji.

Na potrzeby tego artykułu przypomnę tylko, że dobro jest dla mnie tożsame z refleksyjnością. Podążam tu za sformułowaniem metawartości refleksyjności jako stoickiego dobra, zaproponowanym przez Tomasza Mazura: https://zbc.uz.zgora.pl/dlibra/publication/90553/edition/81042/content

Tworzenie jako wartość

Podzielę dyskusję o wartości twórczości na dwa obszary. Pierwszy to funkcja komunikacji ze światem zewnętrznym, a drugi — funkcja autoterapeutyczna, czyli komunikacja wewnętrzna.

Komunikacja ze światem

Komunikowanie myśli i idei
Tworzenie jest sposobem na przekazywanie naszych wewnętrznych rozmyślań innym ludziom. Czy w swych rozmyślaniach się mylimy, czy mamy rację, mają one potencjał, by wywołać refleksję w drugim człowieku.
W szczególnych przypadkach może to oznaczać przekazywanie informacji zwrotnej, która ma znaczny potencjał refleksyjny dla osoby ją otrzymującej. Pozwala jej spojrzeć z nowej perspektywy na swoje decyzje i czyny.
W tym punkcie koncentruję się na refleksyjności innych, ale — jak wspominałem wcześniej — moja refleksyjność nie jest w niczym lepsza od refleksyjności drugiego człowieka.
Tworzenie jawi się jako wartość sama w sobie.

Komunikowanie potrzeb
Tworzenie jest sposobem na zakomunikowanie moich potrzeb światu zewnętrznemu. Świat nie ma obowiązku ich zaspokajać, ale komunikat stwarza ku temu szansę.
Dlaczego miałoby to być istotne dla refleksyjności? Zaspokajanie potrzeb nawiązuje do wartości „zabezpieczenia zasobów” i nią jest. Potrzeba — o ile jest faktyczna, a nie jedynie zachcianką — oznacza brak lub niedobór jednego z zasobów. Poprzez odpowiednią komunikację swoich potrzeb zwiększamy prawdopodobieństwo ich zaspokojenia.
Wartość tworzenia jest tu pośrednia i wynika z faktu, że sprzyja ono zabezpieczaniu zasobów. Motyw wzmacniania innych wartości będzie powracał także w kolejnych punktach.

Tworzenie i pogłębianie relacji
Przy budowaniu więzi z ludźmi szczególnie istotne jest wyrażanie emocji. To buduje bliskość i sprawia, że osoba po drugiej stronie lepiej rozumie nasz stan oraz reakcje.
Dzielenie tej samej emocji w odpowiedzi na konkretną stymulację sprawia, że zaczynamy patrzeć na drugą osobę cieplej. Aby do takiej sytuacji doszło, musimy w klarowny sposób przekazać jej naszą odpowiedź emocjonalną.
W ten sposób tworzenie sprzyja relacjom.
Dla mnie jest to szczególnie trudny rodzaj interakcji ze względu na blokady i zaburzenia, których doświadczam w sferze emocji. Do tego tematu wrócę i przyjrzę się jego wpływowi na jakość moich relacji.

Organizowanie grupy i społeczeństwa
To dopełnienie poprzedniego punktu, rozciągające go na relacje w obrębie szerszych grup ludzi. Każdy z nas ma wpływ na organizowanie się naszych grup towarzyskich i naszego społeczeństwa. Odbywa się to poprzez twórczą komunikację.
Mogę działać na rzecz zmian w swoim środowisku społecznym, przekazując jego członkom moje pomysły, odczucia i plany dotyczące tej wspólnoty. Mogę pomagać im rozpoczynać i prowadzić rozważania nad optymalną organizacją wspólnej rzeczywistości, a oni mogą pomagać mi zrozumieć, jak się zachowywać i jak tworzyć wspólnotę.
To ponownie sprzyja relacjom oraz tworzy lepsze warunki zewnętrzne, tak aby refleksja jednostki była łatwiej osiągalna.

Autoterapia/autokomunikacja

Porządkowanie myśli/filozofii/emocji

Tworzenie może być aktem porządkującym. Ja wykorzystuję je w ten sposób. Zazwyczaj ma to formę pisania eseju czy opowiadania. Czasem jednak jest to proste mówienie o tym, co myślę. Dotyczy to zarówno rozmowy z drugim człowiekiem, jak i mówienia do siebie.
Tworzy to silniejsze oparcie dla refleksyjności, a sam ten akt jest rodzajem refleksji.
Dlaczego piszę o tym jako o formie autoterapii? Ponieważ niektóre z moich kłopotów poznawczych czy drobnych zaburzeń są efektem chaosu w sferze myśli i przekonań. Dobrym przykładem jest, poruszany niedawno, temat jedzenia mięsa. Tkwił za nim chaotyczny konflikt wewnętrzny, którego uporządkowanie w dialogu ze sobą przyniosło mi korzyść.

Szczególnym przypadkiem uporządkowanej myśli jest filozofia, którą się kierujemy. Każdy z nas jakąś ma, nie każdy jednak zdaje sobie z tego sprawę.
Tworzenie oparte na naszej podbudowie filozoficznej pozwala nam ją dogłębniej analizować i spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. To prowadzi do jej wzbogacenia lub lepszego zorganizowania. Pokazuje nam potencjalne luki, co daje szansę, by je skutecznie wypełnić. Pomaga nam też pamiętać, czym jest nasza filozofia i skąd się wzięła.
Twórcze filozofowanie sprzyja rozwojowi.

Wyrażanie siebie w twórczości pozwala lepiej dostrzec i zrozumieć emocje. To sposób, by stanąć z boku, gdy sytuacja już się uspokoi, i spojrzeć jeszcze raz na to, co się wydarzyło oraz co poczułem.
Kiedy poznam swoje emocje, mogę zacząć je porządkować oraz tworzyć nowe metody wchodzenia z nimi w interakcję. Dzięki temu skuteczniej wykorzystuję je jako źródło informacji i intuicyjnej analizy sytuacji.
Aby jednak móc im zaufać, muszę lepiej poznać przekonania i mechanizmy, które za nimi stoją. Temu właśnie służy twórczość.
Tworzenie sprzyja wolności — jest efektem lepszego rozumienia komunikatu emocjonalnego, który uwalnia mnie od poddawania się niezrozumiałym popędom. Wspiera też rozwój poprzez modyfikowanie i eksplorowanie podświadomych przekonań.

Wentylowanie emocji

Emocje mogą się w nas gromadzić. Jeśli jesteśmy chronicznie poddawani wyzwalaczom lub nie możemy usunąć przyczyny jednej z nich, narasta w nas napięcie emocjonalne. Utrudnia ono jasne myślenie, analizę sytuacji oraz wejście w perspektywę uważnego obserwatora.
Twórcza ekspresja to skuteczny sposób na uwolnienie tego napięcia i odzyskanie swobody umysłu. Niejednokrotnie rozpisanie trudnej sytuacji na kartce papieru bywa wystarczającym wentylem, pozwala obniżyć napięcie do poziomu niezaburzającego funkcjonowanie.
Istnieją też inne metody redukcji napięcia, ale twórczość należy do najzdrowszych i najskuteczniejszych.

Podsumowując, tworzenie ma podwójną wartość: wspiera i wzmacnia inne wartości, a także stanowi samoistne źródło wartości. Generalnie wpływ tworzenia jest probabilistyczny — zwiększa szansę na pojawienie się refleksji, ale nie gwarantuje.

Formy tworzenia

Pisanie
Dla mnie to główna forma tworzenia. Swoje najważniejsze myśli komunikuję ze światem w formie tekstowej. Jest to nietypowe — większość ludzi używa mowy jako podstawowej formy komunikacji i twórczości.
Trzy media, które wykorzystuję, to blog, opowiadania i dzienniki.
Blog jest formą autoterapii, porządkującą i pogłębiającą moje myślenie oraz sposobnością do wpływania na innych.
Opowiadania przynoszą innym rozrywkę i radość. Jeśli czytelnik dobrze się bawił, a przy tym poczuł lekką inspirację do rozmyślań, osiągnąłem swój cel.
Dzienniki to autoterapia. Tam dotykam tego wszystkiego, czego wstyd nie pozwala mi ujawnić na blogu przed czytelnikami. To trudne pisanie i lektura — porządkuję i wentyluję emocje.

Inne formy tworzenia

Mówienie to najpowszechniejsza forma twórczej ekspresji. Ja także z niej korzystam, choć rzadziej niż z pisania – więcej czasu spędzam na pisaniu niż na mówieniu. Praktykuję, choć niewprawnie, pogawędki przy kawie w pracy, gdzie realizuję budowanie relacji z innymi. Chodzę do klubu mówców Toastmasters, gdzie ćwiczę retorykę, by pewnego dnia wpływać na grupy i społeczeństwo.
Długo by wymieniać potencjalne pola aktywności twórczej, których można się podjąć — od malarstwa po muzykę. Spektrum możliwości jest ogromne, ale jestem raczej ich odbiorcą niż nadawcą.

Potencjalne zagrożenia

Twórczość jest pozytywnym elementem naszego życia. Daje satysfakcję i przyczynia się do kultywowania dobra w nas i w świecie. Jednak mogą pojawić się ryzyka, których warto być świadomym — nie po to, by zarzucić tworzenie, lecz by ich unikać podczas tworzenia. Oto dwa przykłady.

Marzenia o sławie
Za twórczością, szczególnie pisaną, idzie marzenie o sławie — że pewnego dnia będę wielkim pisarzem podziwianym przez miliony. To naturalna, egocentryczna fantazja. Póki jest okazjonalna i niewielka, nie stanowi problemu — rozdmuchana może się nim stać.
Ważne, że ta fantazja nie jest mi potrzebna. Nie potrzebuję jej, by mnie motywowała — twórczość ma dla mnie wartość i bez niej. A skoro nie jest motywacją, to do czego służy?
W tym marzeniu jest przebłysk konfliktu między nieświadomym, a świadomym. Świadomie sława i podziw nie są dla mnie istotne, ale podświadomie chcę być zaakceptowany przez grupę, a nawet w niej dominować.
Ten konflikt jest rozpraszający i marnuje moją mentalną energię.

Zafiksowanie na zarobkowaniu
A co, gdyby twórczość zaczęła mi przynosić dochody? Czy nie byłoby cudownie? Nie byłoby źle — to jedna z opcji zarobku. Nie chcę jednak się na niej skupiać. Jeśli postawię sobie za cel utrzymywać się z pisania, mogę stracić niemało z jego dzisiejszych funkcji.
Czy dalej będę mógł się autoterapeutyzować, jeśli od jakości i treści tekstu będą zależeć moje zarobki? Czy zachowam konieczne swobodę i wolność? Może, ale istnieje ryzyko, że poświęcę je na rzecz lepszej poczytności.
Nie ma nic złego w tym, że tekst się dobrze czyta, ale dla mnie kluczowe są walory komunikacyjne i autoterapeutyczne tekstu. Poczytność i zarobek są drugorzędne.

Zakończenie

Twórczość jest cenną wartością, harmonijnie współgra z innymi wartościami, jakie mi przyświecają, i je wzmacnia. Pozwala im rozkwitnąć, wnosząc niezależny wkład w refleksyjne dobro. Nie rozstrzygam, czy jest bardziej narzędziem, czy samodzielnym bytem — poprzestanę na stwierdzeniu, że zasługuje na wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości.

Zostawiam nas z kilkoma pytaniami. Najpierw dwa, które zostaną ze mną:
Czy pisanie, z którego się utrzymuję, wskoczy wyżej w mojej hierarchii wartości?
Czy różnorodność form tworzenia ma znaczenie, czy wystarczy mi jedna?

Dla was mam kilka pytań, które mogą pomóc w napisaniu własnej wersji eseju:
Czy tworzenie i komunikacja są dla was ważne?
Jakie jest wasze główne medium twórcze?
Czy wykorzystujecie tworzenie jako formę autoterapii?
A może macie inne zastosowania, o których nie wspomniałem?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O religiach i innych ideologiach

Autor podejmuje kontrowersyjny temat, definiując religię jako ideologię. Zauważa, że ideologie wpływają na refleksyjność jednostki w sposób zarówno pozytywny, jak i negatywny. Podkreśla ryzyko dogmatyzmu, presji grupy i nietolerancji. Zawarte są także korzyści, jak tworzenie społeczności i mobilizacja polityczna, ale i zagrożenia dla refleksyjności.

Dzisiejszy temat z pewnością wzbudzi kontrowersje. Już sam tytuł może wywołać opór – dlatego od razu śpieszę z wyjaśnieniem: tak, uważam religię za ideologię. W dalszej części tekstu przedstawię definicję, która uzasadnia takie stanowisko i którą przyjmuję na potrzeby tej analizy.

Postaram się zachować możliwie dużą obiektywność, jednak nie ukrywam, że nie przemawiam z pozycji sympatyka religii. Przedstawione przeze mnie tezy mogą więc być dla niektórych czytelników drażniące, a nawet obraźliwe. Jeśli ktoś źle znosi krytykę wierzeń religijnych, być może lepiej zrezygnować z dalszej lektury.

Dla kontekstu dodam, że moje rozważania odbywają się w ramach jednej ze współczesnych wersji stoicyzmu, w której refleksyjność postrzegana jest jako najwyższe dobro moralne. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj: https://premeditatio.blog/2025/03/26/o-etyce-stoickiej/


Definicje

Ideologia to zbiór przekonań, które opisują obecny stan szerokiego wycinka ludzkiej rzeczywistości, proponują jego idealny lub docelowy kształt i wyznaczają drogę od jednego do drugiego. Ideologia nie musi dotyczyć całego świata — może koncentrować się na systemie politycznym, społeczeństwie czy innych strukturach. Czasem łączy wiele z tych elementów. W szczególnych przypadkach ideologia nie zawiera przepisu na dotarcie do stanu końcowego — jest wtedy czysto opisowa. W tym tekście skupię się jednak głównie na ideologiach, które proponują konkretny sposób postępowania, choć niektóre rozważania będą miały zastosowanie także do ujęć opisowych.

Wycinek rzeczywistości jest szeroki, jeśli obejmuje więcej niż dwa obiekty. Przykładowo — relacja między dwiema osobami nie spełnia tego kryterium, ale społeczeństwo danego kraju już tak. Zwykle używamy tego określenia w odniesieniu do dużych zbiorowości ludzkich.

Wycinek rzeczywistości jest ludzki, jeśli dotyczy ludzi i sprawy z nimi bezpośrednio związanych. Rodzina jest takim właśnie wycinkiem; Układ Słoneczny — już nie. Polskie społeczeństwo — jak najbardziej tak.

Religia to szczególny rodzaj ideologii, która źródło swojej prawdziwości wywodzi z nadprzyrodzonego — Bogach, Bogu lub innych bytów mistycznych. „Nadprzyrodzone” oznacza coś, czego istnienia nie można zweryfikować empirycznie. Warto zaznaczyć, że taka definicja nie obejmuje niektórych systemów tradycyjnie określanych jako religie — na przykład buddyzmu zen. Dla mnie to jak najbardziej akceptowalne. Trzymając się przykładu buddyzmu zen — w moim światopoglądzie to raczej filozofia, a nie religia.

Ogólnie o wpływie ideologii na refleksyjność

Wszystkie ideologie łączy pewien zestaw cech, które wpływają na refleksyjność jednostek. Najczęściej dotyczy to refleksyjności ich wyznawców, choć niekiedy oddziaływanie może sięgać szerzej — obejmując również osoby postronne.

Wpływ ten może mieć zarówno charakter pozytywny, jak i negatywny. Nie każda ideologia zawiera w sobie wszystkie z opisywanych tu aspektów.

Co istotne: ocena, czy dany wpływ jest korzystny czy szkodliwy, zależy często od celu ideologii i jego zgodności z naszym systemem wartości. W tym tekście nie podejmuję się jednak oceny celów ideologii — interesuje mnie wyłącznie to, jak wpływa ona na refleksyjność jednostek i zbiorowości.

Innymi słowy: nie analizuję, czy wizja świata promowana przez daną ideologię jest mi bliska czy też nie. Interesuje mnie wyłącznie to, jak przyjęcie tej ideologii może wpływać na refleksyjność jej akolitów oraz osób pozostających pod ich wpływem.

Nie mam wątpliwości, że człowiek może jednocześnie kierować się wieloma ideologiami. Nie wszystkie muszą ze sobą kolidować — niektóre odnoszą się do zupełnie różnych obszarów rzeczywistości. Przykładowo: możemy wyobrazić sobie ideologię polityczną, która nie dotyka zagadnień ekonomicznych, i ekonomiczną — niezależną od polityki.

Negatywy

Usztywnienie myślenia

Pierwszym zagrożeniem związanym z przyjęciem konkretnej ideologii jest usztywnienie myślenia. Przyjmując dany system ideologiczny jako własny, stawiamy się w sytuacji, w której jego porzucenie lub zmiana staje się trudna. Z natury jesteśmy niechętni zmianom — to cecha gatunkowa. Jeśli dodamy do tego ryzyko utraty społeczności, to ideologiczne zaangażowanie może się okazać jedną z najtrudniejszych zmian, jakich można dokonać.

Refleksyjność natomiast jest ściśle związana ze zdolnością do zmiany. To właśnie z potrzeby zmiany poddajemy siebie i świat refleksji. Nie twierdzę, że ideologia całkowicie uniemożliwia zmianę, ale może ją ograniczać w sposób niekorzystny.

Usztywnienie myślenia oznacza także osłabienie jego krytycznego wymiaru. Głęboko wyznawana ideologia staje się odporna na analizę krytyczną — a przynajmniej my sami nie jesteśmy skłonni jej takiej analizie poddawać. Powód jest prosty: refleksja mogłaby doprowadzić nas do wniosku, że naszą ideologię należy porzucić lub zmienić. Aby tego nie ryzykować, często decydujemy się refleksji w ogóle nie rozpoczynać.

Słowem podsumowującym efekt usztywnienia myślenia jest dogmatyzm. Ideologie opierają się na podstawowych założeniach (dogmatach), które nie podlegają kwestionowaniu — bo bez nich cała konstrukcja mogłaby runąć. Dyskusja wewnątrz ideologii toczy się zazwyczaj wokół interpretacji lub praktycznego zastosowania dogmatów, nie zaś wokół ich zasadności.

Oczywiście, zdarza się, że ideologia opiera się na sensownych i spójnych dogmatach. Nawet wtedy jednak można to ocenić wyłącznie z zewnątrz. Dla osoby zanurzonej w danym systemie dogmaty są z definicji słuszne — dlatego nie może ona mieć pewności, że to właśnie jej ideologia jest uzasadniona.

Presja grupy – manipulacja

Człowiek jest istotą stadną, dlatego wszyscy – bez wyjątku – jesteśmy podatni na presję grupy, w której funkcjonujemy. Mamy w sobie głęboko zakorzenioną potrzebę podporządkowywania się jej normom i oczekiwaniom. Nawet ci, którzy postrzegają siebie jako nonkonformistów, po bliższym przyjrzeniu się własnym zachowaniom mogliby dostrzec znaczną dozę uległości wobec swojej społeczności.

Społeczności skupione wokół ideologii nie stanowią tu wyjątku. Tym, co je wyróżnia, są silnie sprecyzowane przekonania i wizja świata, które starają się narzucić swoim członkom. To właśnie wspólna idea scala te grupy, dlatego, aby mogły przetrwać, muszą chronić jednomyślność wśród swoich akolitów.

Sposoby utrzymywania tej jednomyślności nie zawsze są etyczne – wiele z nich to formy manipulacji. Groźba wykluczenia z grupy czy bardziej wyrafinowane techniki wpływania na emocje bywają – często nieświadomie – stosowane przez członków, by utrzymać spójność poglądów.

Osoba poddana takiej presji traci przestrzeń do refleksji– zamyka się na rozważanie własnych poglądów i pozycji.

Brzmi znajomo? Jak potocznie rozumiana sekta. Czy zatem każda grupa ideologiczna nią jest? Choć cechy bywają zbliżone, odpowiedź brzmi: nie. Kluczowe znaczenie mają natężenie tych cech i skrajność stosowanych metod. Co więcej, nie każda ideologia z definicji musi posługiwać się manipulacją.

Etyczne pomieszanie – wyznawane idee ponad przyzwoitość

Ideologia zazwyczaj niesie ze sobą pewną formę etyki lub moralności. Te systemy nie zawsze są kompletne, lecz w ramach danej ideologii stanowią jej nieodłączny element.

Przykładowo: ideologia polityczna zawiera zwykle etykę postępowania politycznego, ekonomiczna – etykę biznesu, i tak dalej. Im bardziej całościowy system, tym szersza jest jego etyka – aż po ideologie, które próbują objąć całą rzeczywistość i oferują pełny kodeks moralny.

Samo istnienie etyki ideologicznej nie jest niczym złym. Problem pojawia się tam, gdzie cele ideologii i jej zasady kolidują z osobistymi refleksjami etycznymi jednostki.

Często przejawia się to w niepisanej zasadzie wspólnej wielu ideologiom: przybliżanie do celu ideologicznego stanowi najwyższe dobro. Innymi słowy – wszystko, co służy realizacji wizji świata promowanej przez ideologię, staje się moralnie dopuszczalne.

Dla osoby, która chce pozostać wierna swojej ideologii, taki konflikt oznacza konieczność odrzucenia własnych przekonań moralnych i podporządkowania się nadrzędnemu celowi. To wewnętrzne pęknięcie bywa szkodliwe dla refleksyjności – prowadzi bowiem do porzucenia jej fundamentalnej funkcji: samodzielnego kształtowania moralności i rozróżniania dobra od zła.

W efekcie pojawia się wewnętrzny chaos – paradoks, który może działać destrukcyjnie na zdolność refleksji.

Jeśli maksymalizacja zysków staje się najwyższym celem mojej ideologii, mogę w jej imieniu usprawiedliwić każdą zbrodnię. Jeśli celem jest zbawienie – własne lub cudze – każda zbrodnia może zostać uniewinniona, o ile przybliża do tego celu.

Nie każda ideologia zawiera w sobie ten ukryty imperatyw. W tych, które go nie mają, samo istnienie systemu moralnego nie stanowi problemu – o ile zasady te podlegają dyskusji i mogą ewoluować. W dalszej części pokażemy, że istnienie etycznego fundamentu ideologii może być wręcz korzystne z perspektywy refleksyjności jej wyznawców.

Nietolerancja dla innych idei

Ideologia to konkretny przepis na to, jak powinien wyglądać określony wycinek rzeczywistości – oraz jak należy dążyć do tego stanu. Inne ideologie, które próbują opisać ten sam obszar, stają się z definicji konkurencyjne: różnią się albo co do pożądanego kształtu świata, albo co do środków prowadzących do jego urzeczywistnienia.

Ten fundamentalny konflikt sprzyja nietolerancji wobec odmiennych systemów myślenia. Człowiek z natury nie radzi sobie dobrze z odmiennością – instynktownie dążymy do homogenizacji (być może to dziedzictwo plemienne). Ideologie dostarczają dodatkowej przestrzeni do wzmacniania i utrwalania tej nietolerancji.

Im głębiej wierzymy w prawdziwość własnej ideologii, tym silniejsze staje się pragnienie przekonania do niej innych. Opór wywołuje frustrację, ta zaś łatwo przeradza się w agresję – fizyczną lub psychiczną – która zawsze stanowi cios w refleksyjność. Zarówno po stronie ofiary, jak i sprawcy.

Oczywiście, nie każda osoba i nie każda ideologia sięga po przemoc. Nie wszystkie też mają ambicję nawracania innych. Wiele jednak, przekonane o własnej nieomylności, dążą do tego, by inni myśleli, czuli i działali zgodnie z ich obrazem świata.

Upraszczanie / trywializowanie

Ostatnim zagrożeniem dla refleksyjności, o którym chcę wspomnieć, jest skłonność do nadmiernego upraszczania świata. Chodzi tu o jednowymiarowe postrzeganie rzeczywistości przez pryzmat określonej ideologii – bez zdolności do szerszego spojrzenia, które mogłoby zachwiać naszymi przekonaniami i podważyć fundamenty systemu dającego nam poczucie bezpieczeństwa.

Taka redukcja złożoności świata zamyka refleksyjność w wąskim kręgu wybranych przekonań – zamiast ją rozwijać, ogranicza jej horyzont.

Choć to zawężenie nie jest wyłącznie domeną ideologii, to właśnie ideologiczne myślenie szczególnie sprzyja jego powstawaniu.

Pozytywy

Tworzenie społeczności

Ideologie stanowią jeden z najsilniejszych mechanizmów łączenia ludzi we wspólnoty. Wspólne tematy, aktywności i rytuały zbliżają nas do siebie i ułatwiają nawiązywanie relacji. Tak jak mamy skłonność do podejrzliwości wobec odmienności, tak kontakt z kimś podobnym daje poczucie komfortu – a ideologia może być jedną z płaszczyzn tego porozumienia.

Społeczność to przestrzeń wymiany myśli, wątpliwości, planów i intencji. To sieć, w której nasza refleksyjność spotyka się z refleksyjnością innych – co zasadniczo sprzyja jej rozwojowi.

Silne więzi społeczne, wspierane przez ideologie, mogą także pozytywnie wpływać na długość życia – a to oznacza, że osoby dobrze osadzone w społecznościach mają więcej czasu na refleksję.

Człowiek jest istotą społeczną. Choć nie każdy lgnie do tłumu, wszyscy potrzebujemy pewnej dozy relacji i wsparcia – zarówno dla zdrowia psychicznego, jak i fizycznego. Wiele ideologii (zwłaszcza religijnych) dostarcza takich struktur.

Poczucie bezpieczeństwa płynące z przynależności do wspólnoty stwarza warunki sprzyjające pogłębionej refleksji. W najprostszych słowach: nie musimy walczyć o przetrwanie, więc możemy pozwolić sobie na głęboki namysł.

Warto jednak zauważyć – i nie jako krytykę ideologii, lecz wspólnot jako takich – że społeczności mogą być również toksyczne i destrukcyjne wobec refleksyjności. Przykładowo, społeczność stalinowskich komunistów była silnie związana i spójna ideologicznie, lecz jej wpływ na refleksyjność – zwłaszcza ludzi, których dotykała – był głęboko niszczący.

Proste ramy etyczne (wspólne wartości, kompas moralny)

Jak wspomniałem wcześniej, ideologia zazwyczaj zawiera w sobie element etyczny lub moralny – przynajmniej w obszarze zagadnień, którymi się zajmuje. Osoba utożsamiająca się z daną ideologią może przyjąć ten kompas moralny jako własny.

Większość ludzi nie dysponuje ani potrzebą, ani czasem, ani zasobami, by samodzielnie zbudować pełny system etyczny. Dla wielu wystarczającą podstawą do podejmowania decyzji moralnych są właśnie zewnętrzne systemy wartości – a refleksyjność realizuje się wtedy w odniesieniu do tych przyjętych zasad.

Niewątpliwie można reflektować nad własnym postępowaniem także w ramach etyki, której się nie stworzyło samodzielnie. W tym sensie przyjęcie jakiegokolwiek systemu moralnego – zamiast jego braku – jest generalnie korzystne dla refleksyjności.

Dodatkową zaletą wspólnej etyki jest umacnianie więzi społecznych. Wspólne wartości sprzyjają budowaniu trwalszych wspólnot, w których refleksyjność jednostki znajduje wsparcie i rezonans.

Potencjalne problemy i napięcia związane z ideologicznymi systemami moralnymi omówiłem już wcześniej – w częściach „Etyczne pomieszanie” oraz „Nietolerancja dla innych idei”.

Efekt porządkowania świata

Ideologie wprowadzają porządek w generalnie chaotyczną rzeczywistość. Nadają kierunek i wyznaczają zasady działania. Dostarczają swoim wyznawcom jasnych drogowskazów – dokąd zmierzać i jak postępować. Dla osób wcześniej pozbawionych celu stanowi to źródło ukojenia.

Chaos – szczególnie w sferze sensu istnienia – może być niszczący dla refleksyjności, prowadząc do nihilizmu i utraty woli życia. W tym kontekście ideologia pełni funkcję stabilizującą: porządkuje myślenie, dając jednostce punkt odniesienia i wewnętrzną orientację.

Oczywiście, możliwe jest samodzielne wypracowanie własnego sensu – na przykład przy pomocy filozofii lub innych narzędzi kultury. Jednak podobnie jak w przypadku moralności, nie każdy ma ku temu potrzebę, zasoby ani czas.

Zagrożenia wynikające z nadmiernego porządkowania świata – takie jak redukcjonizm, nietolerancja czy sztywność poznawcza – omówiłem wcześniej w częściach: „Upraszczanie rzeczywistości”, „Nietolerancja dla innych idei” oraz „Usztywnienie myślenia”.

Mobilizacja polityczna

Wyznawanie ideologii często prowadzi do mobilizacji politycznej wokół spraw uznawanych za istotne. Choć sam dyskurs polityczny rzadko bywa szczególnie refleksyjny, to już ocenianie i rozważanie zjawisk politycznych czy społecznych stanowi akt refleksji. Ideologie – nawet te, których nie podzielamy – mogą prowokować nas do takiej aktywności.

W rezultacie osoby identyfikujące się z daną ideologią mają tendencję do częstszego i szerszego angażowania się w życie publiczne – poprzez udział w wyborach, wypowiadanie się na forum społecznym, czy bezpośrednie uczestnictwo w polityce i strukturach władzy.

Tego rodzaju zaangażowanie nie jest konieczne do rozwijania refleksyjności, ale może stanowić jej ważne pole treningowe. Co więcej, przestrzeń publiczna to także arena, na której możliwe jest aktywne wzmacnianie refleksyjności innych – przez dialog, działanie i przykład.

Edukacja

Ideologia może pełnić funkcję platformy edukacyjnej. Dążąc do pozyskania nowych wyznawców, stara się przekazywać wiedzę na swój temat, poszerzając tym samym horyzonty odbiorców i wpływając na ich wizję świata.

Z reguły jest także zainteresowana edukowaniem własnych członków – zgodnie z przyświecającymi jej założeniami. Niektóre ideologie wykraczają poza swoje dogmaty i otwarcie wspierają edukację także w szerszym, pozadogmatycznym zakresie.

W tym miejscu pojawia się jednak wiele niuansów. Edukacja jest tylko tak wartościowa, jak wartościowa jest treść, którą przekazuje. Jeśli ideologia jest silnie dogmatyczna, może raczej programować niż uczyć.

Zagrożenie kryje się również w samej metodzie edukacji. Kluczowe pytanie brzmi: czy proces ten jest otwartą przestrzenią wymiany myśli, w której ścierają się poglądy, a pytania są mile widziane? Czy też przypomina raczej mechanizmy opisane wcześniej przy okazji „Presji grupy” – gdzie edukacja przekształca się w manipulację?

Każdą ideologię należy ocenić indywidualnie – zarówno pod kątem treści, jak i formy przekazu – zanim wyciągniemy wnioski o jej edukacyjnym charakterze.

Platforma zmian

W historii wiele ideologii pełniło rolę platform wielkich, pozytywnych przemian. Część z nich powstawała właśnie po to, by zakwestionować status quo i wejść z nim w konflikt – z myślą o wywołaniu transformacji.

Ruchy emancypacyjne stanowią tu doskonały przykład ideologii, które potrafiły przeobrazić skostniałe społeczeństwa w bardziej sprawiedliwe i otwarte. Choć te zmiany nie zawsze obywały się bez przemocy, ich efektem często bywał lepszy świat.

Jak to się ma do refleksyjności? Ferment zmian to doskonała pożywka dla myślenia. Nowe ideologie mogą otwierać przed nami przestrzenie rozważań, których istnienia wcześniej nie dostrzegaliśmy. Innymi słowy, świat postulowany przez daną ideologię może okazać się bardziej sprzyjający refleksyjności niż ten, w którym żyjemy obecnie.

Warto zauważyć, że ideologie mogą pełnić nie tylko rolę siły transformacyjnej. Niekiedy stają się twierdzami dobrej teraźniejszości – broniąc obecnego porządku przed zmianami, które mogłyby pogorszyć warunki dla refleksyjności. Innymi słowy, ideologia może chronić świat przed przekształceniem w taki, który byłby dla refleksji mniej przychylny.

Szczególnie o wpływie religii

Wszystkie omówione wcześniej pozytywne i negatywne aspekty ideologii odnoszą się również do religii – traktowanej jako szczególny przypadek ideologii. Istnieją jednak pewne kwestie specyficzne, które dotyczą wyłącznie religii lub występują głównie w jej obrębie.

Przedstawione poniżej uwagi dotyczą przede wszystkim religii instytucjonalnych i dziedziczonych, a także takich, które zakładają istnienie bytów transcendentnych.

1. Irracjonalne podstawy

Część religii opiera się na przyjmowaniu za część rzeczywistości elementów, których nie da się empirycznie potwierdzić. Mam tu na myśli wiarę w istnienie bytów transcendentnych – Boga, bogów lub sił nadprzyrodzonych – której nie towarzyszy żadna forma dowodu opartego na doświadczeniu.

Oczywiście, każda ideologia bazuje na pewnych założeniach – i wiele z nich również nie troszczy się zbytnio o ich weryfikację. Różnica w przypadku religii polega na tym, że jej fundamenty z definicji wymykają się jakiejkolwiek możliwości empirycznego sprawdzenia. Odwołania do sfery boskiej pozostają poza zasięgiem testów i obserwacji.

Nie jest to jeszcze samo w sobie poważnym problemem. Istnieją ideologie, które teoretycznie dają się zweryfikować, lecz w praktyce nikt tego nie robi – czy to z powodu trudności, czy braku potrzeby.

Problematyczny staje się jednak sposób myślenia, który może się z takiego podejścia wykształcić. Skoro otwieramy jedną furtkę dla twierdzeń nieweryfikowalnych, czy nie otworzymy kolejnych? Przyjmowanie czegoś za prawdę bez dowodu to niebezpieczny precedens dla poznawania świata.

Uważam, że to może utrudniać (choć nie wyklucza!) zachowanie poznawczego rygoru w innych obszarach życia. Religia bywa źródłem nawyku bezrefleksyjnego akceptowania twierdzeń – czy to zawartych w świętych pismach, czy wypowiadanych przez religijnych autorytetów.

Pielęgnowanie przekonań, których nie sposób zweryfikować niezależnym eksperymentem, osłabia refleksyjność – bo tworzy rozdarcie między empirycznym poznaniem a wiarą opartą na akcie zaufania. Ten wewnętrzny rozdźwięk umysł musi w jakiś sposób rozwiązać lub zamaskować – a tłumione paradoksy rzadko służą zdrowiu intelektualnemu.

2. Wczesna indoktrynacja

W przypadku wielu religii – szczególnie tych dziedziczonych – istotnym problemem jest moment, w którym zostajemy w nie wprowadzeni. Dzieje się to zwykle już w dzieciństwie, w okresie największej podatności na wpływy.

Jeśli pochodzimy z religijnej rodziny, ideologia religijna jest nam wpajana bardzo wcześnie – często zanim zdobędziemy jakiekolwiek narzędzia do samodzielnej oceny czy refleksji. Dla porównania: większość ideologii świeckich zaczyna zabiegać o jednostkę dopiero wtedy, gdy osiąga ona pewien poziom dojrzałości intelektualnej.

Warto jednak zaznaczyć, że istnieją także ideologie świeckie, które posługują się równie wczesną formą indoktrynacji – jak choćby socjalizm w realiach PRL-u czy współczesny kapitalizm kształtujący konsumenckie postawy już od najmłodszych lat. Różnica polega na tym, że w przypadku religii to rodzice – a więc osoby najbliższe dziecku – stają się bezpośrednimi nośnikami przekonań. W religiach dziedziczonych to właśnie rodzinne środowisko jest głównym kanałem transmisji wiary, co nadaje temu procesowi szczególną siłę i trwałość.

Dlaczego ma to znaczenie z punktu widzenia refleksyjności?

  • Po pierwsze, dzieci są wyjątkowo podatne na idee przekazywane przez rodziców. Brakuje im jeszcze rozwiniętych kompetencji refleksyjnych, a autorytet opiekunów działa niezwykle silnie. Poglądy przyjęte w dzieciństwie są często głęboko zakorzenione i trudne do zakwestionowania w dorosłości.
  • Po drugie, tak wczesna ekspozycja zawęża i kanalizuje rodzącą się refleksyjność, kierując ją od razu w określone tory. W rezultacie refleksja nie rozwija się swobodnie – zamiast eksplorować, podporządkowuje się jednej narracji.
  • Po trzecie, dziecko może przyswoić lęk, który utrzyma się również w dorosłym życiu: lęk przed odejściem od ideologii, przed potępieniem, karą, odrzuceniem przez wspólnotę. Tego rodzaju emocjonalna presja skutecznie tłumi procesy refleksyjne.

Oczywiście, wiele zależy od formy i intensywności takiej religijnej socjalizacji. Nie każdy religijny dom oddziałuje na dzieci w jednakowy sposób. Dom, w którym dopuszcza się pytania, wątpliwości i sprzeciw wobec wyznawanej wiary, może w dużym stopniu złagodzić te ryzyka – a czasem wręcz je zneutralizować.

Podsumowanie

Nie wiem, czy człowiek musi mieć jakąkolwiek ideologię. Nie jestem nawet pewien, czy sam obecnie jakąś wyznaję.

Pozostaję wobec ideologii sceptyczny. Widzę korzyści, które z niej płyną w określonych warunkach – ale dostrzegam też wiele poważnych zagrożeń. Dlatego uważam, że jeśli decydujemy się na przyjęcie jakiejś ideologii, powinna ona pozostać otwarta na zakwestionowanie. Niech nigdy nie będzie niepodważalna.

Warto ją regularnie poddawać refleksji:

  • Czy ma sens?
  • Czy jest spójna?
  • Czy nam służy, czy może to my służymy jej?

Druga refleksja to apel do rodziców: rozważcie, czy i w jaki sposób przedstawiać dzieciom swoją ideologię jako jedynie słuszną – szczególnie w młodym wieku. Zastanówcie się, czy nie lepszym podejściem byłoby pokazanie im różnorodnych sposobów myślenia o świecie.

Oczywiście to wasza decyzja. Ale może warto przemyśleć, jakie korzyści płyną z otwartego umysłu – w przeciwieństwie do umysłu przyuczonego do podążania wyłącznie jedną, utartą ścieżką.

W mojej opinii warto dać dzieciom dostęp do szerokiego spektrum poglądów. Warto pozwolić im zadawać pytania – także te niewygodne – i wybierać, gdy będą już wystarczająco dojrzałe, by ich decyzje miały realną wartość.

Na zakończenie zostawię was z kilkoma pytaniami – być może staną się dla was pożywką do własnych refleksji:

  • Czy potrzebuję ideologii – czy potrafię się bez niej obyć?
  • Jeśli jej potrzebuję, to która z jej funkcji jest mi naprawdę niezbędna? Co mi daje?
  • Czy noszę w sobie elementy ideologiczne, które wpojono mi w dzieciństwie?
  • Jeśli tak – czy chcę je zachować? Czy rzeczywiście warto?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.