O Opoce

Przeciwności losu nie wstrząsają mną specjalnie. Kiedy przychodzi mi się mierzyć z trudną wiadomością, zamieram na moment, ale już po chwili jestem gotowy do działania. Mój umysł odgradza się od emocji, zachowując dzięki temu zdolność do podejmowania racjonalnych działań i decyzji.
W trudnych sytuacjach można się na mnie oprzeć i nie ma ryzyka, że się załamię. Potrafię utrzymać siebie i innych bez poddawania się rozpaczy. W trudnych chwilach, kiedy potrzebna jest spokojna przystań i opoka, ja nią jestem.

Przykład

Najważniejszym przykładem przydatności tej cechy był czas tuż po śmierci taty. Była nagła i zaskakująca. Wtrąciła rodzinę w trudny emocjonalnie okres. Na mnie także odcisnęła swoje piętno, jednak dość szybko odciąłem się od intensywnych emocji. Odzyskałem spokój.

Zachowywałem przytomność umysłu, by zajmować się prostymi, życiowymi sprawami – jedzeniem czy piciem. Krzątałem się po domu i ogarniałem drobnostki. W tej krzątaninie był element rozładowywania napięcia, ale też konieczność, do której nikt inny nie miał serca.

Miałem spokój, którego inni potrzebowali. Utrzymywałem go przez długi czas, pozostając dostępnym wsparciem. To była jedna z najcięższych prób mojego opanowania, jakie przeżyłem.

Więcej przykładów

Niedawno spędziłem nieco czasu, pomagając mamie w wybieraniu elementów do urządzenia mieszkania.
Mama była nieco zestresowana całą sytuacją.
Moją rolą w całej sprawie było zachowanie spokoju. Nie doradzałem, co wybierać, tylko potwierdzałem i potakiwałem. Nie dzieliłem się żadną ekspercką wiedzą, bo jej nie mam. Po prostu zachowywałem spokój.
To była konkretna pomoc, którą mama doceniła.

Kiedy nastaje jakaś sytuacja kryzysowa – choroba w rodzinie lub coś podobnego – zachowuję spokój. Nie daję się ponieść ani hurraoptymistycznym rozważaniom, ani najczarniejszym scenariuszom. Pozostaję wyważony.
Kiedy sprawy zaczynają przybierać niepomyślny obrót, nie panikuję i nie tracę głowy. Chętnie pomagam innym i daję proste wsparcie w postaci swojej spokojnej obecności i logicznego słowa.

W pracy, kiedy dzieje się coś trudnego, emanuję spokojem. W konfrontacji z trudnym klientem czy ze skomplikowaną sytuacją w zespole mogę zachować spokój.
W wielu przypadkach pozostaję analityczny i logiczny, nawet jeśli w innych osobach buzują emocje.
Utrzymuję koncentrację na celu, zamiast wdawać się w sprzeczki i przepychanki słowne.
Odcinam się od opinii o osobach i koncentruję na zadaniu – to działa uspokajająco i pozwala osiągać lepsze wyniki.

Spójrzmy na przyczynę takiego stanu rzeczy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź kryje się w unikającym stylu przywiązania.

Powoduje on tendencję do nieangażowania się emocjonalnie w otaczające mnie wydarzenia oraz do niskiej odpowiedzi emocjonalnej na stres. Nie byłoby prawdą powiedzieć, że wydarzenia zupełnie na mnie nie wpływają. Jednak ten wpływ jest niewielki i łatwo go zatrzymać.

Ten mechanizm daje mi poczucie kontroli. Pozwala mi nie podążać za porywami serca w kierunku relacji, których racjonalnie nie pragnę. Unikam w ten sposób odrzucenia i zachowuję bezpieczny dystans.

Mechanizm uaktywnia się, gdy pojawia się silna emocja. Nim wzbierze ona falą, która odbiera kontrolę racjonalnemu umysłowi, zostaje stłumiona. W takiej osłabionej formie dopiero jest przetwarzana przez umysł. Unikam utraty kontroli i pogłębiania się emocji.

Ograniczenia i wyjątki

Kiedy jestem sam i nikt nie widzi, moja emocjonalna garda słabnie. Nie znika całkowicie, ale jest bardziej przepuszczalna. Ma to swoje dobre i złe strony.
Dobre, bo czuję większą swobodę, by śmiać się i radować.
Złe, bo czuję większą swobodę, by wyzwalać złość i agresję.

Pęknięcia w mojej pozycji jako opoki mogą wywołać dwie emocje: złość i radość.

Złość ma generalną tendencję do przenikania przez moją opokę najsilniej ze wszystkich emocji. Jeżeli obserwujecie mnie wyrażającego jakąś emocję, to najpewniej jest to jakaś forma złości.
Złość służy mi do przykrywania innych emocji. Jest pewnego rodzaju maską dla smutku, żalu, rozpaczy itd. Dlatego też ma tendencję do ujawniania się w największym stopniu i w nieodpowiednich momentach.
Pod wpływem złości grozi mi, że z opoki mogę zmienić się w agresora.

Radość jest druga pod względem siły przebicia. Przychodzi mi łatwo. Szczególnie w grupie ludzi wyzwala się najintensywniej.
Wspólna radość łączy grupę. Dlatego jest tak ekspresyjna w sytuacjach interakcji z innymi ludźmi. Śmiech jest uniwersalnym językiem, który przychodzi nam łatwo.
Pod wpływem radości z opoki staję się towarzyszem zabaw.

Jak to się objawia w relacjach?

Nawet w najtrudniejszych chwilach możesz na mnie polegać. Wszyscy wokół mają poczucie, że wali się świat – ja zachowuję spokój i klarowność myślenia.
Możesz się do mnie zwrócić o wsparcie, a ja ci go udzielę ze spokojem i łagodnością. Będę elementem oporu przeciwko nawale emocji. Stałym punktem.
Daj mi zadanie, a ja je wykonam bez kłótni i chaosu. Będę pracował spokojnie nad naszym wspólnym celem i dowiozę to, co dowieść się da. Nie złamią mnie intensywne emocje.

Zajmę się wszystkimi przyziemnymi sprawami wtedy, gdy ty nie jesteś w stanie o nich nawet myśleć.
Gdy nic nie można zrobić, jestem ramieniem, na którym możesz się wesprzeć. Nie mam wielu słów pociechy, ale mam spokój i stateczność, które są kojące w chwilach wielkiej straty i ciężkiej próby.
Śmiało wesprzyj się na mnie, jeśli tego potrzebujesz. Nie bój się – nie złamiesz mnie. Razem wytrwamy dłużej!

Jeśli potrzebujesz rady w trudnej sytuacji, zawsze mogę jej udzielić na spokojnie, bez poddawania się emocjom. Przeanalizuję logicznie twoją sytuację i sformułuję na podstawie tej analizy rekomendację.
Jeśli potrzebujesz trzeźwego spojrzenia, mam je zawsze do dyspozycji i chętnie się nim z tobą podzielę.

Pamiętaj jednak, że moja odporność ma swoje granice, a mój spokój – z pomocnego może stać się paraliżujący.

Zakończenie

Cieszę się, że mogę być oparciem w trudnych sytuacjach. To satysfakcjonujące uczucie. Jasne, czasem bywa też męczące, ale nie na tyle, by stanowiło to realny problem.
Medal ten ma jednak i drugą stronę: gdy spokój zamienia się w zamrożenie emocjonalne. Kiedy emocje nie są pod kontrolą, tylko są uwięzione pod taflą lodowej blokady. Wtedy do głosu dochodzi Pan Lodu…

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Samodzielność czy izolacja

Samodzielność jest cechą przydatną w życiu. Pozwala nam ogarniać codzienne sprawy. Usamodzielnianie się jest naturalnym procesem dorastania.
Proszenie o pomoc jest elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Dzięki niemu osiągamy więcej niż w pojedynkę. To mechanizm tworzenia bezpieczeństwa w grupie i sposób na jej integrację.
Potrzeba samodzielności może się jednak stać tak dominująca, że uniemożliwia nam proszenie o pomoc. Stajemy się samodzielni do absurdu. Choć widzimy, że nasze decyzje są szkodliwe, nie potrafimy ich zmienić, bo naruszyłyby naszą potrzebę samodzielności.

W moim życiu dostrzegam wiele zaradności. Łatwo uczę się nowych umiejętności i wykorzystuję je, by rozwiązywać codzienne trudności. Chętnie pomagam innym i czerpię z tego radość. Nie potrzebuję wsparcia w codziennych sprawach. Jestem samodzielny.
Samodzielność jest dla mnie tak ważna, że uczyniłem z niej konieczność. Stałem się Rafałkiem-samosią, który wszystko chce zrobić sam. Nie potrafię prosić o pomoc, chyba że w ostateczności. Nawet kiedy widzę, że moje starania nie przynoszą rezultatu, zacinam się i brnę dalej. Izoluję się od wsparcia innych.

Jak to się łączy

W moim przypadku zaradność i nieumiejętność proszenia o pomoc są manifestacjami mechanizmu psychicznego. Mają swoje źródło w lęku przed odrzuceniem i unikającym stylu przywiązania.
W każdym z nas, kiedy prosimy o pomoc, jest obawa, że spotkamy się z odmową. Ci, których pomocy szukamy, nie zawsze mogą czy chcą jej nam udzielić. Ta obawa napędza nas do uczenia się najpotrzebniejszych umiejętności. Towarzyszy nam w procesie usamodzielniania się od rodziców. W miarę jak ograniczają oni swą pomoc, uczymy się zaspokajać swoje potrzeby na własną rękę.
To zdrowy mechanizm, który towarzyszy nam przez całe życie. Gdy pojawiają się potrzeby i możemy je zaspokoić samodzielnie, uczymy się tego, szczególnie gdy jakaś potrzeba wymaga częstego zaspokajania.

Jednak nie każdą potrzebę można zaspokoić w pojedynkę. Nie każdą trzeba – wiele z nich inni ludzie chętnie zaspokoją, czy to za opłatą, czy z dobrej woli. Nie każdą warto – te, które ktoś potrafi ogarnąć lepiej niż my.
W takich sytuacjach prosimy o pomoc.
Problem pojawia się, gdy lęk przed odmową urasta do takich rozmiarów, że motywuje nas nie tylko do uczenia się samodzielności, ale do dążenia do samowystarczalności. Gdy staje się tak intensywny, że boimy się poprosić o pomoc, nawet wtedy, gdy jest to wskazane.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a samowystarczalność jest utopią. Próbując do niej dążyć, sprawiamy, że chęć robienia samemu z zasobu staje się ograniczeniem. Zawężamy swoje możliwości. Stajemy się samotnikami, izolowanymi w swoich potrzebach.

Gdzie jestem

Oba opisane tryby występują w moim życiu. Pytanie, który z nich jest dominujący? Na chwilę obecną dominuje tryb Rafałka-samosi, czyli jestem przechylony w stronę izolacji. Najważniejszą obserwacją, która prowadzi mnie do tego wniosku, jest to, jak trudno jest mi prosić o pomoc. Trudno jest mi sobie przypomnieć więcej niż jedną czy dwie sytuacje z ostatniego roku, w których zdecydowałem się o nią poprosić. Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej naświetlić sytuację.

Pierwszy przykład z pracy. Miałem kilka projektów, które upadły na ostatniej prostej, czyli na etapie poproszenia ekspertów o informację zwrotną. Wolałem zarzucić projekt, niż zwrócić się o pomoc. Pogrzebałem kilka inicjatyw i swoje szanse na awans i karierę.

Drugi przykład to sytuacja, w której odrzucam pomoc, nawet gdy została mi zaoferowana. Koleżanka zaproponowała, że może rzucić okiem na mój profil na Tinderze, żeby coś w nim poprawić. Ja przytaknąłem, podziękowałem za ofertę i nigdy nie wróciłem do tematu. Niedługo potem, zniechęcony, zawiesiłem swoje konto.

Z drugiej strony, trzeba powiedzieć, że jestem dość ogarniętym kawalerem. Obiad ugotuję, pranie zrobię, mieszkanie posprzątam, gwoździa wbiję, gniazdko wymienię, koło zmienię i tak dalej. Nie wszystko zrobię najlepiej czy szybko, ale zrobię.
Do tego projekty, które mogę realizować w pełni w pojedynkę, idą jak burza! Świetnie mi się działa w takim trybie. Za przykład może posłużyć ten blog. Zbliżam się do roku cotygodniowego publikowania wartościowych tekstów.

Optymalny stan

Zamiast określenia idealnej sytuacji, zaproponuję kilka etapów, poprzez które można do niej dotrzeć, a każdy jest preferowany ponad poprzednim. W dalszych rozważaniach wykorzystam perspektywę stoicką jako ramy do pracy nad sobą.

Pierwszy etap: Nauczyć się prosić o pomoc wbrew lękowi.
Na tym etapie nadal odczuwamy strach, gdy mamy poprosić o wsparcie, ale działamy pomimo niego. Ten etap jest spektrum, czyli przechodzi od: „czasem uda mi się pokonać lęk” do „pokonuję lęk za każdym razem”. Drugi koniec spektrum to już zdrowe funkcjonowanie, choć naznaczone dawką lęku.

Drugi etap: Zastąpić lęk niepokojem.
Na tym etapie, a przeplata się on z etapem pierwszym, dążymy do redukcji lęku. Ponownie jest to spektrum, na którego końcu znajduje się niepokój, rozumiany tu jako słabsza wersja lęku. Mniejszy lęk oznacza, że łatwiej jest go przezwyciężyć i wbrew niemu działać. Spełnienie tego etapu oznacza wolność od lęku związanego z proszeniem o pomoc.

Trzeci etap: Zastąpić niepokój ostrożnością.
Kto nie jest stoikiem, może zatrzymać się na etapie drugim. Dla stoika jest jeszcze praca do wykonania. Wyjaśnię pokrótce, o co chodzi z „ostrożnością” w tym kontekście.
Na ostrożność składają się trzy rzeczy: zrozumienie, że to, co od nas niezależne, może potoczyć się nie po naszej myśli, przewidywanie skutków i przezorne planowanie tego, co od nas zależne. W skrócie można by to określić jako połączenie akceptacji i przezorności. To stoicka alternatywa dla strachu.
Kiedy strach i niepokój związany z odrzuceniem prośby o pomoc zastąpimy ostrożnością, osiągniemy optymalny stan. Ostrożność powie nam, że nasza prośba może zostać przyjęta lub odrzucona – to od nas niezależne. Rozważy za i przeciw prośby i zdecyduje, czy ją wysunąć, oraz przygotuje plan na wypadek odrzucenia.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Ćwiczenia w tej sekcji są moimi prywatnymi pomysłami do pracy z opisanymi mechanizmami. Nie stanowią porady psychologicznej czy medycznej. Używajcie rozsądnie.

Ćwiczenie pierwsze: Zidentyfikuj potrzebę i poproś o pomoc.
Oczywisty pierwszy krok. Wymaga uważności i świadomego analizowania potrzeb. Dobrym momentem jest poranny przegląd siebie, zastanowienie się nad nadchodzącym dniem i rozpoznanie czekających nas wyzwań.
Wybierzmy jedno, przy którym pomocy może nam udzielić ktoś zaufany i bezpieczny. Niech to będzie coś drobnego.
Poprośmy tę osobę o pomoc wbrew oporowi. Jeśli dziś się nie uda, spróbujmy jutro.

Ćwiczenie drugie: Premeditatio Malorum.
To klasyczne ćwiczenie stoickie ma zastosowanie do naszej pracy. Łacińska nazwa tłumaczy się jako „uprzednie rozmyślania nad złem”, a polega na wyobrażaniu sobie negatywnego scenariusza wydarzenia, które budzi w nas lęk. Wyobrażamy sobie konsekwencje oraz naszą reakcję. Co się faktycznie stanie? Co uczynimy, gdy to się stanie? Jak zareagujemy?
Celem jest stępienie ostrza lęku, w myśl zasady, że dobrze poznane zagrożenie jest mniej straszne niż niepewność.
Uważajmy jednak – jeśli ćwiczenie wywołuje u nas depresyjne nastroje lub silny lęk, zaprzestańmy go.

Ćwiczenie trzecie: Zależne/niezależne.
Równie klasyczne ćwiczenie polegające na analizowaniu sytuacji pod kątem tego, co jest od nas zależne, a co nie. Za Epiktetem:
„Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas: ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem.”
To ćwiczenie może być wykonywane w połączeniu z Premeditatio Malorum lub niezależnie. Jego celem jest skoncentrowanie uwagi na tym, co kontrolujemy, i stworzenie dystansu, a przez to zmniejszenie lęku o to, czego nie kontrolujemy.
To ćwiczenie jest krokiem ku zastąpieniu lęku przeczuwaniem.

Ćwiczenie czwarte: Praca z przekonaniami.
To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszym lękiem, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i lęku nie powodują.
Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą lękowi przed proszeniem o pomoc. Jak to wewnętrznie uzasadniamy? Co, poza strachem, czujemy?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się na tym etapie dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy mój strach jest racjonalny?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.
To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.
Jeśli uda się nam je zakończyć, to oznaczałoby, że właśnie osiągnęliśmy optymalny stan i możemy sobie pogratulować, bo jesteśmy pierwszymi ludźmi w historii, którym się to udało.

Podsumowanie

Dzisiejsze rozważania kończymy pozytywną i praktyczną nutą. Choć mogą trapić nas trudności w proszeniu o wsparcie tam, gdzie jest ono potrzebne, nie stanowią wyroku. Są praktyczne kroki, które możemy podejmować, by modyfikować swoje schematy oraz łagodzić ich wpływ na codzienne funkcjonowanie.
Kluczowe jest, by przygotować się na długą drogę i proces, który nie musi być monotoniczny. Wdrożenie zaproponowanych tu metod to praca na miesiące i lata, podczas których możemy być pewni, że po wzlotach przyjdą upadki. Wiemy jednak, że skomplikowane i głębokie problemy nie mają łatwych rozwiązań.

Dobra wiadomość jest taka, że już z samego podążania tą drogą można czerpać radość i spełnienie!

A gdzie dla was przebiega granica między samodzielnością a izolacją?
Czy potraficie znaleźć idealną drogę pośrednią?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Rafałku-samosi

Nie cierpię tego uczucia, gdy muszę kogoś poprosić o pomoc. Jestem przekonany, że powinienem był poradzić sobie sam, ale coś poszło nie tak – zawiodłem. Konieczność proszenia o wsparcie budzi we mnie lęk przed odrzuceniem. Co jeśli odmówią? Co jeśli pomyślą, że jestem słaby?

Nie jest ważne, czy to mała sprawa, czy wielkie zadanie. Nie chcę prosić o pomoc, nie potrafię prosić o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam. To schemat, który kładzie się cieniem na moim życiu i ogranicza moje możliwości.

Opowiem wam dzisiaj, jak to jest, że tak trudno jest mi prosić o pomoc.

Przykład

Jako przykład wezmę coś świeżego – poszukiwania pracy.

Zmieniam ścieżkę kariery. Z konsultingu chcę przenieść się do sektora non-profit. Rozważam pracę w organizacjach charytatywnych, na uczelniach czy w bibliotekach. Szukam czegoś, co da mi poczucie, że realnie i pozytywnie wpływam na czyjeś życie.

Ze względu na specyfikę tych branż kluczowym sposobem na znalezienie zatrudnienia jest wykorzystanie sieci kontaktów. Najpierw szuka się pośród znajomych, a dopiero potem daje ogólne ogłoszenie.

Wsparcie znajomych jest niezwykle istotne dla sukcesu tego przedsięwzięcia. Rozmawiałem o tym z moim przyjacielem Krzysiem. Mówił mi to, co powyżej: popytaj, wykorzystaj sieć, większość ofert nie trafia na portale. Ja przytakiwałem: racja, to ma sens. W 100% zgadzałem się i nadal zgadzam z tą diagnozą.

Co w związku z tym robię? Wchodzę na portale z ogłoszeniami i sprawdzam, czy czegoś nie ma. Szukam studiów podyplomowych, by zdobyć nowe kwalifikacje. Zaprzęgam AI, żeby napisać dobre CV – choć nie mam go gdzie wysłać. Martwię się, że coś mi nie idzie.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale coś tu nie gra. To, co robię, ma się nijak do tego, co uważam za skuteczne. Dlaczego? Dlatego, że Rafałek wszystko chce zrobić sam. Nie chce niczyjej pomocy, nawet jeśli proszenie o nią jest sensowne. Nieważne, pod jak wielką górę mam się wspiąć – ważne, żeby nikt mi w tym nie pomagał.

Szukanie pomocy w znalezieniu pracy byłoby oznaką słabości, wystawieniem się na odrzucenie, odkrywaniem się przed drugim człowiekiem. A że by zadziałało? To ma drugorzędne znaczenie.

Więcej przykładów

Życie prywatne:

  • Uszkodzona ściana w sypialni – jak składałem szafę, walnęła o ścianę. Oczywiście robiłem to sam, bez pomocy.
  • Sporty zespołowe – czuję wściekłość, gdy podczas gry popełnię błąd, szczególnie gdy ktoś z zespołu go naprawi. Nie gram już w gry zespołowe.

Praca:

  • Projekty w pracy upadłe na ostatniej prostej – blokuję się i prokrastynuję, kiedy przychodzi moment, by omówić lub przedstawić wyniki. Moje projekty potrafią upaść na niechęci do ustalenia ostatniego spotkania, które je „przyklepie”.
  • Stracone okazje na wspólne zbudowanie czegoś – kiedy pojawia się perspektywa pracy w zespole, ogarnia mnie zniechęcenie. Jeśli nie ma jasnego podziału zadań, mam tendencję do spychologii, czekania, aż inni coś zrobią.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest bardzo podobna jak w przypadku zaradności.

Proces uniku przebiega następująco: zaczyna się od zidentyfikowania zadania lub potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję wnieść materac do mieszkania. Rozważam opcję wykonania zadania. Są dwie: dzwonię do znajomego i proszę o pomoc albo próbuję wtaszczyć materac w pojedynkę.

Ważę opcje: pierwsza wymaga kontaktu ze znajomym, przyznania się, że nie jestem w stanie czegoś zrobić sam, poproszenia o pomoc i czekania, czy się zgodzi. Druga opcja wymaga pół godziny szarpania się z wielkim klamotem po schodach – ryzykując uszkodzenie towaru i ciała.

Przedkładam uniknięcie psychicznego bólu ponad nieomal pewny ból fizyczny. Taszczę materac w pojedynkę.

Reszta to masowanie naciągniętych pleców i pławienie się w dumie, że sobie poradziłem – co umacnia schemat.

Z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z ludźmi rodzi się podejmowanie zadań ponad siły, które przynosi mi szkodę fizyczną. To jeden przykład działania mojego stylu przywiązania.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się z minimalizowaniem polegania na innych. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na niechęć do proszenia o jakąkolwiek pomoc, do współpracy i wspólnego rozwiązywania problemów. Wszystko próbuję robić sam – nawet jeśli wiem, że nie jest to optymalne albo problem mnie przerasta.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią –unikam odrzucenia.

Ograniczenia i wyjątki

Korzystanie z pomocy specjalistów, osób nieznajomych, nie jest końcem świata i przychodzi mi względnie łatwo. Przykład: pomoc lekarza. Staram się jej unikać, ale szybko rezygnuję z leczenia na własną rękę i udaję się do specjalisty.

Jak już się do nich zwrócę, nie kwestionuję zaleceń i się ich trzymam.

Można ująć to szerzej i powiedzieć, że jest mi łatwiej korzystać z pomocy w sytuacjach, gdy za nią płacę i gdy udzielająca jej osoba jest mi obca. Biznesowy charakter transakcji ułatwia mi pogodzenie się z tym, że nie robię czegoś sam. To stoi w kontraście do proszenia o pomoc przyjaciela, gdzie stawiam się w pozycji petenta, a nie partnera biznesowego.

Najważniejszym wyjątkiem jest sytuacja, w której zostaję przyparty do muru – kiedy już nie mogę sam przed sobą udawać. Wtedy mogę siebie przekonać do tego, by poprosić o pomoc.

Nie jestem zadowolony z takiego obrotu rzeczy. Jest we mnie masa wstydu i niechęci, często nakierowanych na osobę, która niesie mi pomoc. Dla ulgi tworzę fantazje o interesowności osoby, która mi pomaga.

To czyni całą sytuację bardziej transakcyjną, co jest dla mnie łatwiejsze niż jednostronne otrzymywanie pomocy.

Czekam do ostatniej możliwej chwili z proszeniem o pomoc. Czasem przeciągam sytuację poza punkt, w którym pomoc jest możliwa. Bywa, że sprowadzam na siebie w ten sposób kłopoty.

Jak to się objawia w relacjach

Najłatwiej zauważyć to moje podejście poprzez to, czego nie ma – nie proszę prawie nigdy o pomoc. Czasem może być nawet widoczne, że z czymś trudnym się borykam albo sobie nie radzę, ale nawet wtedy nie proszę o wsparcie.

Z drugiej strony jestem generalnie chętny do pomocy, kiedy ktoś poprosi, gdy widzę, że mógłbym się na coś przydać. W ten sposób tworzę asymetrię w relacjach, która jest dla mnie wygodna emocjonalnie. Czuję się bezpiecznie, gdy mam poczucie, że druga osoba ma wobec mnie zobowiązanie.

Unikam angażowania się we wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli trzeba znaleźć dobry prezent dla kogoś i grupa przyjaciół debatuje, co to mogłoby być, ja będę miał tendencję do niemieszania się i wybierania po swojemu. To sprawia, że moje prezent bywają nietrafione.

Efektem tego zjawiska jest moje mniejsze zgranie z grupą. Wspólne rozwiązywanie trudności łączy ludzi. Ja, wymiksowując się z niego, tracę część spoiwa społecznego.

Ma to widoczne konsekwencje w relacjach zawodowych. Niechętnie angażuję się w zespołowe działania (burze mózgów itp.). Jestem na nich, ale moja uwaga błądzi. To jest zauważane przez innych i odbierane jako brak zainteresowania wspólnym zadaniem, co osłabia moje relacje ze współpracownikami.

Często ignoruję wnioski i ustalenia z pracy grupowej i wdrażam własne pomysły. To sprawia, że mogę być postrzegany jako niepokorny lub nieuważny pracownik – zwłaszcza gdy mój pomysł jest gorszy od grupowego.
Unikam jak mogę wszelkich grupowych aktywności, uważając je za nudne.

Zakończenie

Nie da się każdego problemu rozwiązać w pojedynkę, nie korzystając z pomocy bliskich osób. Kto próbuje, ten musi się sparzyć – w najlepszym przypadku tracąc część możliwości, które niesie ze sobą świat.

To ciemna strona zaradności – przesunięta ku ekstremum zdrowa potrzeba bycia możliwie samowystarczalnym. Czy da się mieć jedno bez drugiego?

A wy potraficie prosić o pomoc, czy, jak ja, wolicie pocierpieć – ale na własny rachunek?

W przyszłym tygodniu spojrzymy na obie strony problemu i zastanowimy się, jak możemy z nim pracować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O zaradności

Uwielbiam to uczucie, kiedy uda mi się zrobić coś nowego. Wziąć się za zadanie, nauczyć się, czego wymaga, i je wykonać. Najlepszy moment to, kiedy wszystko zaczyna działać jak powinno – jeszcze pozostaje nieco do zrobienia, ale już widzę, że mi się udało. Nauczyłem się czegoś nowego, co będę mógł wykorzystać.

Efekty mojego działania nie muszą być idealne, żebym miał satysfakcję. Wystarczy, że osiągnąłem cel. Nie ma dla mnie znaczenia, czy było to wykonane optymalnie, czy efekt jest piękny. To szczegóły, które mogą być satysfakcjonujące, jeśli się udadzą, ale ich brak nie odbiera przyjemności ukończenia zadania.

Przykład

Często ta moja namiętność realizuje się w drobnych pracach domowych i gospodarskich. Weźmy przykład z tej działki.
Po urządzeniu mieszkania moi budowlańcy zostawili źle położony silikon przy wannie. W efekcie za brzeg wanny, na ścianę, lała mi się woda. Spowodowało to uszkodzenia tapety po drugiej stronie ściany. Problem trzeba było rozwiązać, by uniknąć dalszych szkód.
Nigdy wcześniej nie kładłem silikonu. Odpaliłem kilka filmików na YouTubie. Najpierw musiałem zerwać stary silikon, oczyścić miejsce, i dopiero wtedy położyć nowy.
Zrobiłem listę i pojechałem do Castoramy. To poszło gładko. Potem zabrałem się do usuwania silikonu. Lekko nie było –niedoceniłem, jak wiele skrobania będzie potrzebne. Zamiast załatwić sprawę w jeden wieczór, musiałem ją rozłożyć na dwa dni. Ostatecznie jednak udało się. Miałem rant wanny oczyszczony i gotowy do przyjęcia uszczelki.
Do wanny nalałem wody. Sam stanąłem w środku, by kłaść silikon, kiedy jest obciążona – wtedy nie odklei się, gdy będziemy jej używać. Nakładałem warstwę etapami. Miejscami silikon wpadał w lukę, mimo że kładłem szeroką warstwę. Zaraz po położeniu wygładzałem go specjalnym przyrządem.
Gdy dotarłem do końca, całe dłonie miałem w silikonie. Wyczerpałem repertuar przekleństw. No ale miałem uszczelnioną wannę!
Czy silikon, który położyłem, wygląda dobrze? Nie. Wygląda, jakby kładło go pięcioletnie dziecko. Czy trzyma szczelność? Tak – przez ostatnie pięć lat nie miałem z nim problemu. Zadanie wykonane, a ja mam lepsze pojęcie, z czym się wiąże kładzenie uszczelki.

Ta historia to dość typowy przebieg moich przygód z samowystarczalnością. Zwykle potrafię zrobić to, czego potrzebuję, dobrze, ale niekoniecznie najlepiej jak to możliwe. Co dla mnie jest w zupełności wystarczające.

Więcej przykładów

W jakich jeszcze dziedzinach się realizuję?

  • Strzyżenie włosów –po co mam chodzić do fryzjera, jeśli mogę się oblecieć maszynką?
  • Smarowanie roweru – po co angażować serwis do drobnostki?
  • Podłączanie pralek, zmywarek – przecież nie będę wzywał hydraulika do pierdółki.
  • Kładzenie podłogi na balkonie – trochę bolało, ale oszczędziłem na robociźnie.
  • Składanie mebli – bo jak producent pisze, że potrzeba dwóch osób, to dla mnie brzmi jak wyzwanie!

Wszystkie te punkty mają wspólny mianownik: wolę zrobić średnio, ale sam, niż korzystać z pomocy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź na to pytanie kryje się w mojej osobowości.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się także, z minimalizowaniem polegania na innych ludziach. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, to szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na chęć uczenia się nowych umiejętności – drobnych, acz przydatnych w życiu. Jeśli nauczę się strzyc włosy, to nie będę musiał polegać na fryzjerze, chodzić do niego ani z nim rozmawiać.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią – czyli unikam odrzucenia.

Proces odkrywania nowego pola niezależności jest prosty. Zaczyna się od potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję czystych rzeczy. Identyfikuję sposób jej zaspokojenia – mogę zrobić pranie. Teraz zastanawiam się, czego potrzebuję, by to osiągnąć. Potrzebuję działającej pralki. Załóżmy, że pralkę już mam, wymaga tylko podłączenia. Przychodzi moment na rozważanie opcji. Rozważam wezwanie hydraulika – to oznacza wyszukanie kontaktu, zadzwonienie i umówienie się, przyjęcie tej osoby w domu. Wtedy pojawia się myśl: czy to takie trudne? Przecież sam sobie z tym poradzę!

Reszta to już wykonanie, czyli przeszukiwanie internetu, zakupy narzędzi i materiałów oraz realizacja.

Czyli z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi rodzi się nauka nowej umiejętności.

Ograniczenia i wyjątki

Ciekawe, że zadania wymagające precyzji nie są dla mnie. Nie mam tego przywiązania do szczegółu – choć wpisuje je do CV. Zadowala mnie i cieszy osiąganie ogólnego celu, wyniku, który jest zbliżony do mojego zamierzenia. Robota wykonana na 80% to dla mnie 100% satysfakcji. Nie interesuje mnie doprowadzanie zadania do perfekcyjnego stanu. Perfekcjonizm nie jest moim problemem – jestem pragmatyczny i gotowy na kompromis w działaniu.

Efektem ubocznym tej charakterystyki jest, że najłatwiej przychodzi mi odpuszczenie zadań wymagających precyzji. Dobrym przykładem jest sprzątanie mieszkania. Kiedyś byłem uczulony na sam pomysł, by robiła to zatrudniona osoba. Upierałem się, żeby robić to samemu, chociaż wiedziałem, że nie robię tego dobrze. Przy sprzątaniu ostatnie 20% jest ważne dla efektu.

W końcu odpuściłem – wynająłem firmę, by zajmowała się tym raz w miesiącu. Efekt: mieszkanie jest w lepszym stanie niż wcześniej. Ja mam więcej czasu na drobne zadania.

Jest bariera skomplikowania, której nie przekraczam. Chętnie naprawiam swój rower, ale z samochodem jadę do mechanika i nie próbuję udawać, że dam radę.

Jest bariera czasu. Jeśli coś wymagałoby ode mnie takiej ilości czasu, którą oceniam jako przesadną, nie biorę się za to. Mogę złożyć meble, ale położenie płytek w łazience to za dużo.

Jest bariera inwestycji. Jeśli zadanie wymaga zakupienia drogiego sprzętu, który nie znajdzie innego zastosowania, to się za to nie łapię. Mogę kupić maszynkę do strzyżenia włosów, by uniknąć fryzjera, ale nie kupię wiertarki udarowej, by wywiercić jedną dziurę.

Jak to się objawia w relacjach

Ta moja zaleta ma kilka interesujących benefitów w relacjach.

Jestem łatwy w utrzymaniu. To znaczy, że nie potrzebuję pomocy od swych znajomych i przyjaciół. Większość rzeczy ogarniam sam. Nie zawracam nikomu głowy drobiazgami domowymi. Możemy się skupić na bardziej interesujących tematach i zadaniach. Nie trzeba mi poświęcać uwagi i energii.

Choć sam niechętnie przyjmuję pomoc, to jestem bardzo skłonny do pomocy. Mam wypracowany zestaw umiejętności i chętnie wykorzystuję je, by pomóc moim znajomym i przyjaciołom. Czasem wprawdzie nie do końca mi wyjdzie, albo złapię się za coś, o czym nie mam pojęcia, i jest klapa. Częściej jednak znajduję rozwiązanie i skutecznie pomagam, a nawet jeśli nie wyjdzie, to nigdy nie rozwalę czegoś doszczętnie.

Lubię pokazywać i uczyć innych, jak wykonywać pewne zadania, i vice versa – lubię uczyć się od innych nowych umiejętności, które oni mają opanowane. Jedno i drugie sprawia mi przyjemność. Czy mam kogoś nauczyć grać w planszówkę, czy mam się nauczyć od kogoś – do obu podchodzę z dobrym humorem, uwagą i wprawą.

Zakończenie

Zaradność przydaje się w życiu – nie tylko osobie zaradnej, ale wielu w jej otoczeniu. To zasób, z którego posiadania jestem zadowolony i który chciałbym zachować.
Co jednak, jeśli zaradność przesuniemy dalej? Co jeśli podkręcimy intensywność? Wtedy w pewnym momencie przejdziemy od człowieka, który rzadko potrzebuje pomocy, do człowieka, który nie potrafi jej przyjąć.

Ale o tym w przyszłym tygodniu.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O stylach przywiązania

Tekst ten jest początkiem dłuższego cyklu poświęconego niuansom mojej psychologii. Zapowiedzią tego wydarzenia był już poprzedni artykuł, który wprowadził was w moje rozumienia pewnych bazowych zjawisk w mojej psychice: wstydu uogólnionego, lęku, elementów narcyzmu, wyparcia emocji. W kolejnych tygodniach będę eksplorował bardziej szczegółowe mechanizmy, takie jak objawiają się w moim zachowaniu i funkcjonowaniu.

Osnową tego cyklu będzie koncepcja stylu przywiązania, którą dzisiaj wam pokrótce przestawię. Określę też przy okazji jak identyfikuję swój własny styl. Nie aspiruje do tego by ten artykuł był naukowym opracowaniem, jednak dołożę starań, by zawarte w nim informacje były oparte na współczesnej wiedzy psychologicznej, tak jak ją rozumiem.

Artykuły w tym cyklu będą nieco krótsze, niż bywały w przeszłości. Będą też często bardzo osobiste – ten jeszcze taki nie będzie – gdy będę rozważał konkretne moje zachowania konstruktywne i destruktywne. Nie będę unikał sytuacji z życia wziętych i schematów, które obserwuje u siebie.

Style przywiązania

Style przywiązania są wyniesionymi z dzieciństwa sposobami wchodzenia w relacje, schematami, które wpływają na nasze emocje, myśli i zachowania wobec drugiego człowieka. Choć kształtują się przede wszystkim w dzieciństwie, to możliwe jest ich zmienianie w późniejszym życiu – może mieć to miejsce zarówno w wyniku świadomej pracy, jak i wpływów środowiska. Jedna osoba może charakteryzować się więcej niż jednym stylem przywiązania, albo w postaci stylu mieszanego, albo w postaci przechodzenia między stylami w zależności od sytuacji.

Wyróżnia się cztery podstawowe style przywiązania:

  • Bezpieczny
  • Unikający
  • Ambiwalentny / lękowy
  • Zdezorganizowany

Bezpieczny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem bezpieczeństwa w związku. Przejawia się w nim zdolność do dawania wsparcia bez oczekiwania nagrody i zdolność do proszenia o wsparcie bez strachu o odrzucenie. Osoby przywiązujące się w tym stylu nie boją się bliskości, okazują zaufanie. Ich podejście do rozwiązywania konfliktów jest konstruktywne. Otwarcie komunikują swoje potrzeby i dzielą się informacją zwrotną.

Unikający styl przywiązania charakteryzuje się potrzebą zachowania dystansu w relacjach. Osoby z tym stylem przywiązania nie są skłonne do przyjmowania wsparcia – bycie na łasce traktują jako zagrażające, choć same mogą być gotowe by go udzielić. Charakterystyczne jest dla nich unikanie i strach przed bliskością. Mają tendencję do samodzielnego i jednostronnego rozwiązywania problemów, są niechętne współpracy. Potrzeby raczej ukrywają niż komunikują, traktując je jak oznakę słabości. Mają tendencję do ignorowania informacji zwrotnej i nie dawania jej innym.

Ambiwalentny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem strachu o utratę niezwykle dla nich istotnej relacji. Manifestuje się w nim potrzeba do częstego otrzymywania wsparcia i zabiegania o nie – bycia zaopiekowanym raczej niż samodzielnym. Osoby z tym stylem odczuwają wielką potrzebę bliskości i strach przed jej utratą. Mają tendencję do pozostawiania rozwiązywania problemów innym. Potrzeby komunikują nie wprost i oczekują, że zostaną odgadnięte. Na informacje zwrotną mogą reagować jak na zagrażający relacji atak.

Zdezorganizowany styl przywiązania charakteryzuje się sprzecznymi zachowaniami w relacjach. Ten styl jest mieszaniną stylu unikającego i ambiwalentnego. Osoba przechodzi od zabiegania o wsparcie do jego całkowitego unikania. Wykazują konflikt między potrzebą bliskości a strachem przed bliskością. Nie mają jednej strategii rozwiązywania problemów, komunikowania emocji czy reagowania na informację zwrotną. Można takie osoby określić jako nieprzewidywalne w relacjach.

Mój styl przywiązania

To co przestawię w tej sekcji to nie jest żadna profesjonalna diagnoza. Opieram się tutaj na kilku prostych testach, które można wykonać samodzielnie w internecie, oraz na obserwacjach mojego funkcjonowania na co dzień. Nic mniej i nic więcej.

Moim głównym stylem przywiązania jest typ unikający. Charakteryzują mnie wszystkie typowe dla niego zachowania.
Jestem zdystansowany w relacjach, bliskie relacje mają dla mnie coś zagrażającego w sobie. W efekcie nie tworzę bliskich związków i relacji. Od rodziny, poprzez przyjaźnie, aż po relacje romantyczne utrzymuje dystans od drugiego człowieka. To okazuje się być szczególnie problematyczne przy relacjach romantycznych, oczywiście.
Unikam i boję się prawdziwej bliskości. Nie mówię o swoich emocjach, nie dzielę się przeżyciami. Mogę bez problemu mówić o faktach czy przemyśleniach, ale nie o emocjach i uczuciach. Sama myśl o takim otwarciu budzi we mnie strach.
Nie chcę, nie oczekuję i nie proszę o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam, nawet jeśli tego nie potrafię – byle tylko nie polegać na pomocy innych. Jeżeli kupuje czyjeś usługi, żaden problem, jeśli natomiast miałbym poprosić przyjaciela o prostą pomoc, to niedopuszczalne okazywanie słabości. Chętnie pomogę innym, ale sam czuję potrzebę pozostawania samowystarczalnym.
Nie jestem dobrym graczem drużynowym. Wprawdzie na rozmowach kwalifikacyjnych z uporem twierdzę, że jest inaczej, realia są takie, że nie chcę grać w drużynie. Nie chcę polegać na kimś i nie chcę by ktoś polegał na mnie. Komfortowo czuję się w takim układzie drużynowym, gdzie każdy ma ściśle określone zadanie do zrobienia i może funkcjonować jako indywidualny gracz. Nie lubię grać w spory drużynowe, nie znoszę gdy na szkoleniach czy warsztatach prowadzący mówi: „a teraz zróbcie coś w grupie”.
Nie komunikuje swoich potrzeb. To trochę jak z proszeniem o pomoc. Gdybym komuś powiedział, że potrzebuję, przykładowo, bliskości, to było by jednoznaczne z proszeniem, by ta osoba pomogła mi ją osiągnąć. A ja o pomoc nie proszę, wszystkim zajmuje się sam, także zaspokajaniem swoich potrzeb. Jakiejś nie jestem w stanie zaspokoić? Trudno, muszę obejść się bez niej.
Informację zwrotną zbywam, ignoruję lub się na nią obrażam. Każdy kawałek informacji zwrotnej sugerującej zmianę, jest podważaniem moje samowystarczalności. Dlatego nie akceptuję sugestii, że coś robię nie tak. Pozytywna informacja zwrotna to znowu strata czasu, przecież wiem, że robię to dobrze, nikt mi nie musi tego mówić – pod tym względem też jestem samowystarczalny. Zakładam, że wszyscy mają takie samo podejście do tematu jak ja, staram się więc nie dawać innym informacji zwrotnej żadnego typu.

Powyższy obraz jest celowo przerysowany i to podwójnie. Po pierwsze, zawarłem w nim tylko trudne czy negatywne cechy stylu unikającego, nie wspominając nawet o jego mocnych stronach. Po drugie, nie w każdej sytuacji reaguje z opisaną powyżej intensywnością, na przykład nie raz dałem i przyjąłem informację zwrotną, a świat się nie zawalił. Opisane wyżej schematy są bardziej tendencjami, niż gwarantowanymi w każdej sytuacji reakcjami.

Nim przejdę do kilku dodatkowych cech, wykraczających poza styl unikający, chciałbym złagodzić pierwsze przerysowanie, czyli spojrzeć na kilka zalet takiej formy wchodzenia w relacje.
Dobrze się sprawdzam w roli nieco oddalonego obserwatora. Mogę każdemu zaoferować dość obiektywną perspektywę, niezmąconą emocjonalnym zaangażowaniem.
Trudno jest mnie, nawet przypadkiem wciągnąć w emocjonalne wybuchy. To sprawia, że w trudnych momentach, można polegać na mojej spokojnej i racjonalnej ocenie sytuacji.
Choć mówienie o uczuciach jest dla mnie prawie niemożliwe, to mówienie o faktach i koncepcjach jest niezwykle proste. Mówienie tego jak jest, co się wydarzyło, co zrobiłem, tak długo jak pozostaje w sferze faktów jest łatwe, bez potrzeby owijania w bawełnę i motania.
Samowystarczalna osoba jest łatwa w obsłudze. Faktycznie ogarniam większość spraw, które mam do ogarnięcia bez pomocy. Co więcej potrafię ogarnąć wiele spraw, więc mogę Ci pomóc z twoimi. Więcej nawet, lubię pomagać innym z ich różnymi drobnymi potrzebami.
Choć nie potrafię grać w drużynie, to jestem silnym solistą. To nieco związane z poprzednim punktem, potrafię zrozumieć i rozwiązać wiele problemów, tak długo jak nie muszę tego robić w towarzystwie. Nawet w sportach czy działaniach drużynowych, jeśli da się znaleźć pozycję dla indywidualisty to ja ją chętnie wypełnię i będę przydatny dla zespołu!
Nie będę Ci zawracał głowy swoimi potrzebami. Zajmę się nimi sam. Okazuje się, że całkiem sporo z nich można faktycznie bez problemu ogarnąć w pojedynkę, albo można z nich kompletnie zrezygnować. Kolejny element sprawiający, że jestem łatwy w utrzymaniu.

Unikający styl przywiązania to moja główna charakterystyka. Dostrzegam jednak u siebie także elementy ambiwalentnego albo lękowego typu. Zależnie od sytuacji, może u mnie występować reakcje czerpiąca z tegoż, choć jest to rzadkością w porównaniu ze stylem unikowy.
Jestem bardzo uważny na innych. Przyglądam się, obserwuję i monitoruję zachowanie ludzi w moim otoczeniu. Przykładam wielką wagę do szczegółu. Wszystko co da się zinterpretować jako znak, że ktoś staje się do mnie negatywnie nastwiony zauważę i zinterpretuje w najczarniejszy możliwy sposób. Nawet pod wpływem drobnego gestu mogę zmienić zdanie i kurs, byle tylko uniknąć naruszenia ważnej relacji. To czyni mnie chwiejnym i konformistycznym.
Zamiast wyrażać swoje potrzeby i narażać się na ich odrzucenie, wolę tworzyć obraz siebie jako wymagającej pomocy ofiary. Tak, nie wprost, komunikuje swoje potrzeby. Właściwie to staram się skłonić innych by odgadli czego mi potrzeba, na podstawie nieszczęść, które mnie rzekomo trapią. Nie proszę o pomoc. Staram się wywołać litość, która ostatecznie da mi to czego potrzebuję.

To dwie główne negatywne cechy lękowego stylu przywiązania, które w sobie dostrzegam. Jest tego nieco więcej na przecięciu ze stylem unikowym, gdzie pojawiają się mieszane mechanizmy, czy raczej mechanizmy unikowe zmodyfikowane o aspekt lęku.

W stylu lękowym także można dojrzeć silne aspekty, które uzupełniają się z jego wadami.
Styl lękowy jest dla mnie źródłem intensywnej empatii. Jestem w stanie dostrzec stany emocjonalne i fizyczne osób wokół mnie, tych na których mi zależy i się do nich odnieść. Nie musicie mi nic mówić, a ja zorientuje się że jesteście rozgniewani, zmęczeni czy znudzeni.
Styl lękowy wiążę się z wielkim oddaniem drugiej stronie. Jak już stworzę relację, to jestem gotów w nią inwestować i się jej trzymać. Wiele potrafię wybaczyć i zapomnieć, koncentrując się na  tym raczej co trzyma nas razem, niż co nas dzieli.

Podsumowanie

Przed nami długa droga przez niuanse i detale tego jak wygląda moje funkcjonowanie w relacjach. Dzisiaj postawiliśmy pierwszy krok. Nakreśliliśmy ramy wokół których zorganizuję dalszą pracę nad bardziej konkretnymi sytuacjami z życia wziętymi i stojącymi za nimi mechanizmami.

A czy wy badaliście kiedyś swój styl przywiązania? Albo czy zastanawialiście się jak funkcjonujecie w relacjach i jak to możecie zmienić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wstydzie, lęku i egocentryzmie

W miarę postępu w terapii, autor analizuje wewnętrzne mechanizmy związane z brakiem bezpieczeństwa i wstydem. Odkrywa swoje lęki przed oceną, unika bliskości oraz tłumi emocje. Mimo fantazji o lepszym świecie, czuje się ofiarą niesprawiedliwości. Dąży do zrozumienia swoich strategii radzenia sobie z bólem i odrzuceniem.

W miarę jak postępuję naprzód w terapii, odkrywam nowe sposoby patrzenia na swoje funkcjonowanie i kręcące nim mechanizmy. Systematycznie, buduję obraz mojego świata wewnętrznego, który tłumaczy to, co widzę w swoim zachowaniu. Przedstawię moją obecną analizę i interpretację kluczowych aspektów oraz opiszę obraz, który się z nich wyłania.

Czuły na brak bezpiecznego portu [Wysoka reaktywność, brak bezpiecznych więzi]

Jestem czuły na bodźce, typ obserwatora. Uważnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, i chłonę to, co widzę. Zwykle nie wspominam o tym, co zauważyłem ani jakie wyciągnąłem z tego wnioski – zachowuję je dla siebie.
Łatwo ulegam przebodźcowaniu. Duże grupy ludzi są dla mnie męczące, bo to właśnie na nich reaguję. To gesty, słowa, mimika – wszystkie te drobnostki przyciągają moją uwagę.
Już od małego bliskie relacje były dla mnie trudne. Innym osobą dają one poczucie bezpieczeństwa, dla mnie są czymś zagrażającym. Spodziewam się w nich krytyki, transakcyjności oraz braku zaufania i bezpieczeństwa.
Używam mojej bolesnej supermocy uważności, by czujnie unikać bliskości – nie dam się więcej zranić.

Nieustające czuwanie [Wrażliwość na ocenę]

Każdy twój ruch, przypadkowy gest, westchnienie czy mina są zauważane i rejestrowane. Przyglądam się wszystkim w otoczeniu. Nieustannie badam, czy nie dostrzegę śladu niechęci.
Powiedziałem żart. Czy się zaśmiała? Jeśli nie – dlaczego? Czy żart był słaby? A inni? Czy się śmieją albo chociaż uśmiechają? Dłonie stają się wilgotne od potu. Wydaje mi się, że się odsunął z niechęcią. Czy to przez żart? Mój żołądek spina się w kulkę.
Czuwam bez ustanku. Zmysły są wyostrzone. Nasłuchuję skrawków rozmów, tak jakby każda była o mnie. Interpretuję je w ten sposób. Badam, co to może oznaczać. Czuję ulgę, gdy zorientuję się, że sprawa mnie nie dotyczy. Mogę przenieść uwagę na kolejną osobę i z jej zachowania wyczytywać, co o mnie sądzi.
Muszę pozostawać w gotowości, nie ma wyboru. Muszę uważnie monitorować innych i siebie, by sprawdzić, czy nie robię czegoś, co mogłoby się nie spodobać. Jeżeli opuszczę gardę choćby na chwilę, zorientują się. Zobaczą to, czego się tak wstydzę.

Na początku był wstyd [Toksyczny wstyd]

To się wszystko zaczęło od wstydu. Czego się tak wstydziłem? To tajemnica! Wiedzcie tylko, że muszę dbać o to, by nikt jej nie poznał – to stąd ta cała czujność.
Ja siebie widzę takim, jakim jestem, nikt inny nie może mnie zobaczyć! To by była katastrofa. Ten ktoś by się dowiedział i jak nic mnie porzucił, a nie mogę na to pozwolić. Muszę się ukrywać, maskować to, kim jestem – bo się wstydzę.
Czy ty dostrzegasz część prawdziwego mnie? To niedobrze! Czuję palpitacje serca! Muszę działać. Odwrócić twoją uwagę albo uciec. Kiedy zniknę ci z oczu, zapomnisz o mnie i ten przebłysk, który ujrzałeś, zatrze się szybko w pamięci.
To tak już jest, że jak tylko ktoś się do mnie zbliży, to ja znajdę sposób, żeby stworzyć między nami dystans. Nikt rozsądny nie chce, żeby inni poznawali jego wstydliwe sekrety. Mój wstydliwy sekret jest ogromny. Tak wielki, że nie mogę pokazać ani kawałka siebie, bo natychmiast się wyda. Zdradzę wam w zaufaniu, że jest za wielki nawet dla mnie i ja sam nie wiem, co to jest, czego się wstydzę. Może to wszystko, co jest moje, a może nic?
Zresztą, nieważne, co to jest – mój wstyd nie interesuje się prawdą. Ważne, że wiem doskonale, iż nawet teraz rodzi się wam w głowach ocena, która będzie dla mnie druzgocąca – i nie liczy się, czy tak faktycznie jest.

Boję się, że mnie źle ocenią [Lęk przed oceną]

A może właśnie boję się, że mnie dobrze ocenisz? Dobrze, czyli źle. Negatywnie. W końcu mam tak wiele powodów do wstydu, że nie potrafię żadnego nazwać. Naturalne jest, że kto na mnie spojrzy, zobaczy je od razu. Oceni, że jestem nic niewart.
Zdarzyło wam się kiedyś, w środku ważnego dnia, poplamić sosem swoją białą koszulę? Zero możliwości, by ją zmienić. Zero możliwości, by ją zdjąć. Przed wami najważniejsze spotkanie miesiąca. Czekają klienci, prezesi i kto tam jeszcze. Wy patrzycie w dół i jedyne, co widzicie, to plama na koszuli. Pytania w głowie: czy oni ją zobaczą? Jak mogę ją ukryć? Czy to koniec?
Moje życie to każdy dzień w poplamionej koszuli. Główne zadanie: nie dopuścić, byście zobaczyli plamę. Jeśli ją zobaczycie, to oczywiście przestaniecie się do mnie odzywać. Nie będziecie chcieli mnie znać.
Robię przeróżne wygibasy, byle tylko ukryć plamę. Trzymam dystans – bo z daleka trudniej dostrzec takie szczegóły. Odwracam się obojętnie plecami – bo wtedy jej nie widać. Rozpraszam waszą uwagę. Kieruję rozmowę na was – wtedy nie patrzycie na mnie. Najważniejsze: trzymam się w samotności – nikt mnie nie widzi i nie ocenia.
Nie chcę od was piątki. Jestem przecież przekonany, że na nią nie zasługuję. Rzecz w tym, by nie dostać jedynki. To by była katastrofa. Tego jednego się boję. Siedzę z tym strachem sam każdego dnia.
Jak fajnie byłoby być w świecie, w którym nikt nie ma mocy mnie ocenić! Albo w takim, w którym nie noszę żadnej plamy! Ale to tylko fantazja…

Z fantazją nie ma strachu! [Fantazje wielkościowe]

Stworzę sobie świat bez poplamionych koszul! Mam do dyspozycji niezmierzone przestrzenie wyobraźni. Kształtowałem je już nieraz według potrzeb. Tworzyłem nowego siebie. Tworzyłem otoczenie, którego potrzebowałem. Rzeczywistość jest przereklamowana. Dostać w niej to, co się chce, to przerażający proces. Zbudowanie fantastycznej krainy, w której jestem półbogiem, to ułamek sekundy i zero strachu!
Niejeden świat stworzyłem w ciągu swego życia. Nigdy ich nie liczyłem. Pewnie były to dziesiątki, jeśli nie setki. Choć przyznaję, że większość z nich pożyczyłem. Brałem scenografię z książki czy filmu. Czasem pożyczałem całą historię, lekko ją modyfikując.
Który z nich był pierwszy? Stawiałbym na Dziki Zachód z Winnetou i Old Shatterhandem. Później Tolkien. To mi się zdarzało jeszcze niedawno. Bywałem orkiem i bywałem elfem. Nie wybrzydzałem. Ważne było, żeby rola dawała poczucie siły. Żebym nie znał strachu.
Czy jako kapitan Gwiezdnej Floty, czy jako czarodziej w moim świecie – byłem nieustraszony, potężny i zawsze zwyciężałem. Nikt mnie nigdy nie opuszczał. Co najwyżej ja mogłem zostawić kogoś za sobą. Nieważne, skąd brałem scenografię. Ważne, że dawała mi moc.
Gdyby tak dało się żyć tylko fantazją! Niestety, czasami trzeba wyskoczyć do realnego świata. A tam… nic mnie tak nie wkurza jak mój własny strach.

Kiedy się wkurzę to się nie boję [Gniew zastępczy]

Gdy rozmawiamy sobie swobodnie, uśmiecham się, jestem miły. Chcesz mi dać informację zwrotną – drobną poprawkę w moim sposobie bycia. Nadal się uśmiecham, ale wiedz: właśnie się na ciebie wkurzyłem. Możesz to dostrzec po lekko zaciśniętych szczękach. Czasem zwijam dłoń w pięść. Zmieniam ton głosu – staje się twardszy, słychać w nim złość.
Bo jak śmiesz twierdzić, że nie jestem idealny? Czy ty próbujesz sugerować, że zrobiłem coś źle? Co za nonsens! Co za tupet! Nie ma takiej możliwości! Wczoraj wieczorem w fantazjach zniszczyłem całą planetę. A ty mówisz, że buty nie pasują mi do koszuli? To niemożliwe, żebyś dostrzegł słabość we mnie. Cokolwiek to jest – było zaplanowane.
Gdybym nie był taki wściekły, to jeszcze zacząłbym się bać. Bać, że dostrzegasz to, o czym nie wspominamy. Że za chwilę wstaniesz i odejdziesz. Że cię już nigdy nie zobaczę. Na szczęście złość jest tak cudnie zaborcza – nie zostawia miejsca na inne emocje. Jest łatwiejsza niż strach, bo daje złudzenie siły i kontroli – zupełnie jak fantazje.
Wewnętrzne napięcie rośnie. Mój ton staje się bardziej oschły. Słowa są jeszcze przyjazne, ale na końcu języka mam „Ty ku***!”. Dłonie zaciskają się w pięści. Na słowach może się nie skończyć. STOP! Nie ma zgody na takie wyskoki! Nie potrafię się bezpiecznie złościć? Tak bardzo nie radzę sobie z emocjami? No to szlaban na czucie – dla własnego bezpieczeństwa.

Nie wolno się złościć! [Tłumienie emocji]

Nie wolno się złościć! Te słowa są jak mantra, choć jej nie powtarzam. Nie ma takiej potrzeby – jest zakorzeniona w sposobie patrzenia na emocje. Złości czuć nie wolno!
Szkopuł w tym, że to się tak do końca nie da. Emocje mają to do siebie, że pojawiają się bez pozwolenia. Co gorsza – jedna z drugiej może wypączkować! Poczuć jedną, to zaryzykować poczucie kolejnej. A kto wie, może to będzie właśnie złość?
Z mojej perspektywy najlepiej byłoby nie czuć nic – bo wtedy nigdy bym się nie zezłościł. A przy okazji rozwiązałbym problem wstydu. Skoro tak się nie da, to jedyny wniosek: trzeba próbować. Ponosić porażkę za porażką, nie wyciągając wniosków, i udawać, że się nic nie czuje.
To jest trik! Jeśli będę udawał dość dobrze, to sam uwierzę w to, że nic nie czuję. To prawie to samo, co nic nie czuć! Nawet jeśli nie do końca – to przynajmniej nie grozi mi wtedy wyzywanie innych i wymachiwanie pięściami. To dobrze, prawda?
W świecie fantazji mogę nie mieć emocji, jeśli nie chcę. O ile lepiej by było, gdyby ten świat miał taką opcję. W fantazjach wszystko jest po mojej myśli. Tutaj wszystko działa przeciwko mnie. Jakbyście uwzięli się, żeby robić mi na złość. Żebym tylko nie był szczęśliwy. Czemu czuję, że mnie krzywdzicie?

Czemu świat nie jest taki jak ja chcę? [Poczucie krzywdy]

Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. No i ja jestem tym biednym. To już dawno przestało być śmieszne. Co bym sobie nie zaplanował, co bym nie pomyślał – zawsze ktoś albo coś staje mi na przeszkodzie. Złośliwość losu i ludzi, mówię wam!
Jak chcę zostać bogaty, to nie dostaję ani awansu, ani podwyżki. Na jedno i drugie zasłużyłem, ale zły szef, zła firma uwzięli się, żeby nie dawać. Jak chcę być piękny, to na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Jak chcę schudnąć, to każdy mi wciska ciasteczka, a do tego są święta – no i wiadomo, że kawałeczek serniczka jeszcze wejdzie. Kiedy chcę sławy, nikt o mnie nie mówi. Kiedy chcę chwili spokoju, wszyscy dzwonią, żeby się spotykać. Wiem, że to przesada, ale tak to momentami odczuwam.
Może to niesprawiedliwe wobec świata, ale nic na nim nie dzieje się po mojej myśli. Twierdzicie, że to mało prawdopodobne? W moim życiu nie siedzicie. Ja wiem lepiej i mówię wam, że wszystko co do jednego układa się na opak.
Dlaczego świat nie może się poukładać pod moją myśl? Gdyby tak stał się nieco bardziej taki, jakim ja go chcę – dla mnie to by była bomba! Już nie mówię, żeby wszystko miało się układać po mojemu, ale te parę spraw przecież mogłoby. Niestety, jestem na każdym kroku pokrzywdzony. To smutne, nie uważacie?
Zresztą, ja wam tego nie opowiadam, żeby się żalić – co to, to nie. Mi chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli mój ból. Bo może możecie mi pomóc?

Jestem taki biedny. Pomożesz mi? [Rola ofiary]

Nie mam zupełnie czasu! Tyle na głowie. Gonię resztkami sił, a tu jeszcze trzeba zrobić to czy tamto. Nie no, zrobię to, wiadomo, ale co się przy tym wycierpię, to moje. Słuchaj, wczoraj wróciłem po północy do domu. Nic nie spałem, ledwo co, a dzisiaj o szóstej już do pracy. No i jeszcze wieczorem trzeba śmieci wyrzucić… Naprawdę? Skoczysz je wyrzucić? Jesteś cudowny! A skoro i tak idziesz, to czy możesz zahaczyć o Żabkę i kupić mi ciasteczka i sok? Dzięki!
Ja jestem strasznie nieciekawy. Nic nie potrafię powiedzieć po ludzku. Bo się strasznie peszę. Będziecie się ze mną nudzili. Jak by tu był ten drugi, to on ma gadane. Ja niestety nie. Szkoda, że trafiliście na mnie. Tak? Jestem całkiem zabawny? To miło, że tak mówisz, ale mi się wydaje… No skoro nalegasz, to w sumie nie będę się kłócił. Jesteś przemiła!
Mogę to zrobić, pewnie. To moje zadanie w końcu. Jeszcze mi wpadło sprawdzenie danych. Będzie na to potrzeba czasu. Myślałem, że dzisiaj wyskoczę do kina, ale może w przyszłym tygodniu. Zebrało się sporo spraw. Czekają na raport. Niby parę slajdów, ale to jednak trzeba przysiąść, żeby to jakoś wyglądało. O, jeśli byłbyś w stanie to wziąć, to by mi mega pomogło! Dzięki!
No ale dlaczego ja? Przecież ja się na tym nie znam. Ja nie wiem. To mnie przerasta. Ja nie potrafię. Pomożesz? Super! Ty to potrafisz ogarnąć. Lepiej ty niż ja, bo ja na pewno coś zepsuję. Super, że już załatwione. To odezwę się jeszcze.
To naprawdę działa! Nie zawsze, ale jednak. Nigdy nie muszę mówić, czego potrzebuję. Ludzie, kiedy czują współczucie, sami zgadują, co to może być!
Jak się nad tym zastanowić, to bycie nieudacznikiem może być portem, w którym znajduje się schronienie. Czy jest w nim bezpiecznie? Czasem bywa…

I potem zaczynam od początku [Wzmocnienie cyklu]

To tylko namiastka prawdziwego bezpieczeństwa i przywiązania, ale nigdy ich nie miałem, więc wpisuje się w cały cykl. Wróciłem do początku – szukam w niewłaściwych miejscach bliskości, relacji, zaspokojenia potrzeb. Skoro się sprawdza, dlaczego miałbym z tego rezygnować?
Może dlatego, że kiedy się w tym zorientuję, to się tego wstydzę? Ale już przerobiliśmy moje metody radzenia sobie ze wstydem. Wszystkiego się wstydzę, to mogę i tego na dokładkę. Tylko muszę jeszcze ciaśniej zacisnąć pętlę kontroli nad emocjami. Więcej fantazji, więcej gniewu, więcej tłumienia emocji! Znam ten schemat jak własną kieszeń, mogę go powielać w nieskończoność.
Choć zdradzę wam w sekrecie, że to nie jedyny sposób, bym dostał to, czego chcę.
Może myślicie: „Hej, stary, po prostu tak nie rób i będzie w porządku!” Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Te mechanizmy są moją drugą naturą. To intuicja. Wiecie, jak trudno jest jej się przeciwstawić, nawet kiedy wiemy, że jest w błędzie?
Czasem się da. Kiedy wszystko idzie gładko, kiedy nic nie staje na mojej drodze, mogę ignorować swoją intuicję. Jest jednak wiele spraw, dużych i drobnych, które odpalają mnie jak lont w dynamice i kiedy już ruszą, nie sposób mnie zatrzymać.

Moje zapalniki [Wyzwalacze]

Konstruktywna krytyka [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie na spotkaniu w pracy, omawiamy aktualne tematy. Ktoś zwraca uwagę, że mógłbym poprawić kilka rzeczy w jednym z modeli, które stworzyłem – to słuszne, dobrze umotywowane uwagi. Czuję złość, wściekłość nawet. Odcinam tę emocję, spycham ją i tłumię. Na zewnątrz wydostaje się co najwyżej delikatna irytacja w głosie. Cała reszta spotkania to fantazjowanie, że mam rację, a mój krytyk się nie zna.

Poczucie bycia zdemaskowanym [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie przed laptopem w pracy, piszę odpowiedź na maila. Przychodzi wiadomość na komunikatorze: kolega zauważył, że jeden z elementów w bazie, za którą odpowiadam, ma dziwną wartość. Może wkradł się błąd?
Co za sku***! Co on sobie wyobraża? Na pewno nawet nie potrafi używać tych danych i nie wie, o co w nich chodzi. Sprawdzam jednocześnie problematyczny element. Faktycznie błąd. Ale ja jestem beznadziejny. Gdybym tylko cofnął czas i to zmienił, nie byłoby problemu.
Złość nadal we mnie kipi, ale wciskam ją coraz głębiej. Nie mam ochoty odpowiadać – może jutro. Niech sobie nie myśli, że jego obserwacja mnie zainteresowała!

Brak uwagi lub uznania [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Wysłałem wiadomość już dziesięć minut temu i sprawdzam dla pewności, czy na pewno poszła. Tak, jak najbardziej. Jeszcze nieodczytana, na komunikatorze jest ikonka, która o tym informuje. Coś długo, widać nie było okazji.
Ikonka zmieniła się na przeczytane pięć minut temu. Dlaczego nie odpisuje? Co zrobiłem nie tak? Pewnie powiedziałem coś głupiego. Czytam swoją wiadomość jeszcze raz. Niby nic, może trochę za poufały ton? Czemu ja jestem taki głupi? Już się wkurzyłem na siebie i na odbiorcę.
Wymyślam alternatywną wersję swojej wiadomości – taką rozsądniejszą. Jest super. Gniew powoli zapada się w podświadomość, ale wciąż nie mam uwagi, której szukam.
Piszę kolejną wiadomość niby na spokojnie, nie upominam się o odpowiedź, tylko dorzucam parę zdań. Wtrącam o tym, co mi się nie udało i jakie to były trudne parę dni. Nie muszę czekać długo, by druga strona zaczęła pisać odpowiedź.

Poczucie bezsilności [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Gra była wyrównana, a teraz przeciwnik raz za razem dociąga kartę, jakiej potrzebuje, a ja same landy (których nie potrzebuję)! Nic z tym nie mogę zrobić. Moje decyzje są nieważne, ja jestem nieważny, bezsilny…
Złość na przeciwnika szybko rozwija się we wściekłość. Niby wiem, że nie kierują oni dociąganymi kartami bardziej niż ja, ale moja intuicja maluje ich jako winnych wszystkiemu. Tracę koncentrację i zaczynam popełniać błędy. To napędza schemat.
Gdybym tylko zagrał inaczej dwie tury temu. Gdybym tylko nie odpalał gry teraz, ale za godzinę, tak jak miałem w planach – miałbym innego przeciwnika i inne karty.
Dłoń zaciska się na myszce, czuję, jak jej obudowa zaczyna trzeszczeć. Przypominam sobie, jak rzuciłem myszką w monitor, rozbijając matrycę. Kosztowało mnie to 600 złotych. Spycham wściekłość w głąb.
Zawsze wszystko jest przeciwko mnie. Nawet to, co powinno być losowe. Pójdę pożalić się koledze na niesprawiedliwość losu, może da mi trochę współczucia.

Zazdrość [rola ofiary]
Kariera nie ma dla mnie znaczenia. To stwierdzenie jest prawdziwe. Kiedy w cyklu ewaluacyjnym nie dostaję awansu, uważam się za pokrzywdzonego i niesprawiedliwie potraktowanego. To zdanie też jest prawdziwe.
To nie jest tak, że się złoszczę. Nie, po prostu jestem rozczarowany i przekonany, że los mnie źle potraktował. Nie chcę tego awansu, nie obchodzi mnie, czy go dostanę, ale kiedy go nie dostaję, myślę sobie: a to draństwo! Co? Niby nie zasłużyłem? Nie należy mi się?
No i jest jeszcze zazdrość. Jak tylko pojawiają się informacje o kolegach i koleżankach, którzy awansowali, to im zazdroszczę. Patrzę na nich wilkiem – w mojej głowie; w rzeczywistości nie daję nic po sobie poznać – kwestionuję zasłużoność awansu, porównuję ich ze sobą i podkręcam moje poczucie bycia ofiarą systemu.
Całość trwa około tygodnia lub dwóch, kiedy obwieszczane są awanse. Potem mija i nie myślę o tym, aż do kolejnego cyklu. Chyba że ktoś wspomni o awansie przy śniadaniu. Wtedy przechodzę skróconą wersję powyższego procesu w pięć minut.

Po waszej stronie lustra [Efekty]

W tym paragrafie będę dużo zgadywał, bo nie widzę świata z waszej perspektywy, a przed informacją zwrotną osłaniam się jak diabeł przed wodą święconą. Wybaczcie mi omyłki i dajcie znać, jak to ze mną jest. Jak się prezentuję zewnętrznemu światu?

Wyobrażam sobie, że ludzie widzą mnie jako bardzo spokojnego i opanowanego. Kogoś, kto nigdy się nie złości. Może ktoś dostrzeże drobne poirytowanie, zmieniony ton głosu. Przypuszczają też, że ujawnia się mój wyfantazjowany egocentryzm i poczucie wyższości. Może to jest do zauważenia, że mam tendencję do patrzenia na innych z góry.

Zgaduję, że jawię się jako osoba wycofana i niezaangażowana. Zawsze na dystans, nigdy w pełni razem. Z tym może także wiązać się postrzeganie mnie jako kogoś pasywnego, niezainteresowanego kierowaniem czy zmierzaniem w jakimś kierunku.

Pewnie część osób widzi we mnie człowieka skrytego – i to na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony, kogoś, kto mało o sobie mówi, komu nic ciekawego się nie przydarza. Z drugiej strony, kogoś, kto ukrywa swoje emocje, nie okazuje ich, nie chce się nimi dzielić.

Mogę też zgadywać, że jestem postrzegany jako ktoś negatywnie nastawiony do życia. Osoba w typie: szklanka jest do połowy pusta, a zaraz zapewne się stłucze. Kogoś, kto wszystko, widzi w ciemnych barwach. Kogoś, kto opowiada o swoich trudnościach lub problemach, nie wspominając o sukcesach.

Zresztą, przeczytajcie po prostu ten rozdział i policzcie, ile wymieniłem pozytywów, a nawet jeśli wymieniłem jakiś, to czy nie próbuję go sprzedać jako ukryty problem.

To przeprowadza mnie do podsumowania. Ciężko się wyrwać ze swoich schematów, nawet jeśli doskonale zdajemy sobie sprawę, że są w nas aktywne. Przecież nawet ten tekst, jeśli się chwilę zastanowić, jest próbą zdobycia współczucia i sympatii! Kiedy zaczynałem go pisać, jeszcze o tym nie wiedziałem. Zorientowałem się w połowie, że moje intencje nie są żadną miarą czyste. Nie przestałem jednak, bo nawet jeśli jest efektem działania mechanizmu, może przynieść coś dobrego.

Całkiem na zakończenie dodam, że opisane dziś mechanizmy nie są jedynymi, które we mnie działają. Mam o więcej strategii unikania odrzucenia i bólu niż fantazjowanie i stawianie się w roli ofiary: dystansowanie, racjonalizacja, unikanie, substancje i zachowania kompulsywne. Jest tego sporo i w przyszłości mam nadzieję spojrzeć na nie bliżej.

A wy? Wiecie już, jakie mieszkają w was demony i jakie strategie przyjmujecie, by sobie z nimi radzić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O tworzeniu

Tworzenie jest kluczowym narzędziem komunikacji, pozwalającym dzielić się myślami, emocjami i pomysłami zarówno z innymi, jak i samym sobą. Autor podkreśla jego rolę w refleksyjności, wsparciu relacji oraz autoterapii, a także zwraca uwagę na zagrożenia związane z oczekiwaniami i chęcią zysku.

Potrzebuję sposobu na komunikowanie się ze światem. Jest we mnie pragnienie podzielenia się myślami, ideami, pomysłami i fantazjami z innymi. Kluczowym narzędziem służącym mi w tym celu jest tworzenie.

Tworzenie jest na czwartym miejscu mojej hierarchii wartości. Plasuje się w niej wysoko — przed nim są wolność, rozwój i relacje, a za nim zabezpieczenie zasobów. Twórczość jest wartością samą w sobie oraz stanowi narzędzie dla innych wartości. Wykażę to w dalszej części artykułu, uzasadniając także jej miejsce w mojej hierarchii.

Nie będę wchodził głęboko w definicję tworzenia. Intuicyjne rozumienie tego pojęcia wydaje mi się wystarczające. Chciałbym jednak zauważyć pewną jego szczególną właściwość, która nie jest oczywista: kiedy mówimy o tworzeniu, mówimy o komunikacji. Mówiąc o komunikacji, niekoniecznie mamy na myśli tworzenie — czyli twórczość jest jednym z rodzajów komunikacji.

Na potrzeby tego artykułu przypomnę tylko, że dobro jest dla mnie tożsame z refleksyjnością. Podążam tu za sformułowaniem metawartości refleksyjności jako stoickiego dobra, zaproponowanym przez Tomasza Mazura: https://zbc.uz.zgora.pl/dlibra/publication/90553/edition/81042/content

Tworzenie jako wartość

Podzielę dyskusję o wartości twórczości na dwa obszary. Pierwszy to funkcja komunikacji ze światem zewnętrznym, a drugi — funkcja autoterapeutyczna, czyli komunikacja wewnętrzna.

Komunikacja ze światem

Komunikowanie myśli i idei
Tworzenie jest sposobem na przekazywanie naszych wewnętrznych rozmyślań innym ludziom. Czy w swych rozmyślaniach się mylimy, czy mamy rację, mają one potencjał, by wywołać refleksję w drugim człowieku.
W szczególnych przypadkach może to oznaczać przekazywanie informacji zwrotnej, która ma znaczny potencjał refleksyjny dla osoby ją otrzymującej. Pozwala jej spojrzeć z nowej perspektywy na swoje decyzje i czyny.
W tym punkcie koncentruję się na refleksyjności innych, ale — jak wspominałem wcześniej — moja refleksyjność nie jest w niczym lepsza od refleksyjności drugiego człowieka.
Tworzenie jawi się jako wartość sama w sobie.

Komunikowanie potrzeb
Tworzenie jest sposobem na zakomunikowanie moich potrzeb światu zewnętrznemu. Świat nie ma obowiązku ich zaspokajać, ale komunikat stwarza ku temu szansę.
Dlaczego miałoby to być istotne dla refleksyjności? Zaspokajanie potrzeb nawiązuje do wartości „zabezpieczenia zasobów” i nią jest. Potrzeba — o ile jest faktyczna, a nie jedynie zachcianką — oznacza brak lub niedobór jednego z zasobów. Poprzez odpowiednią komunikację swoich potrzeb zwiększamy prawdopodobieństwo ich zaspokojenia.
Wartość tworzenia jest tu pośrednia i wynika z faktu, że sprzyja ono zabezpieczaniu zasobów. Motyw wzmacniania innych wartości będzie powracał także w kolejnych punktach.

Tworzenie i pogłębianie relacji
Przy budowaniu więzi z ludźmi szczególnie istotne jest wyrażanie emocji. To buduje bliskość i sprawia, że osoba po drugiej stronie lepiej rozumie nasz stan oraz reakcje.
Dzielenie tej samej emocji w odpowiedzi na konkretną stymulację sprawia, że zaczynamy patrzeć na drugą osobę cieplej. Aby do takiej sytuacji doszło, musimy w klarowny sposób przekazać jej naszą odpowiedź emocjonalną.
W ten sposób tworzenie sprzyja relacjom.
Dla mnie jest to szczególnie trudny rodzaj interakcji ze względu na blokady i zaburzenia, których doświadczam w sferze emocji. Do tego tematu wrócę i przyjrzę się jego wpływowi na jakość moich relacji.

Organizowanie grupy i społeczeństwa
To dopełnienie poprzedniego punktu, rozciągające go na relacje w obrębie szerszych grup ludzi. Każdy z nas ma wpływ na organizowanie się naszych grup towarzyskich i naszego społeczeństwa. Odbywa się to poprzez twórczą komunikację.
Mogę działać na rzecz zmian w swoim środowisku społecznym, przekazując jego członkom moje pomysły, odczucia i plany dotyczące tej wspólnoty. Mogę pomagać im rozpoczynać i prowadzić rozważania nad optymalną organizacją wspólnej rzeczywistości, a oni mogą pomagać mi zrozumieć, jak się zachowywać i jak tworzyć wspólnotę.
To ponownie sprzyja relacjom oraz tworzy lepsze warunki zewnętrzne, tak aby refleksja jednostki była łatwiej osiągalna.

Autoterapia/autokomunikacja

Porządkowanie myśli/filozofii/emocji

Tworzenie może być aktem porządkującym. Ja wykorzystuję je w ten sposób. Zazwyczaj ma to formę pisania eseju czy opowiadania. Czasem jednak jest to proste mówienie o tym, co myślę. Dotyczy to zarówno rozmowy z drugim człowiekiem, jak i mówienia do siebie.
Tworzy to silniejsze oparcie dla refleksyjności, a sam ten akt jest rodzajem refleksji.
Dlaczego piszę o tym jako o formie autoterapii? Ponieważ niektóre z moich kłopotów poznawczych czy drobnych zaburzeń są efektem chaosu w sferze myśli i przekonań. Dobrym przykładem jest, poruszany niedawno, temat jedzenia mięsa. Tkwił za nim chaotyczny konflikt wewnętrzny, którego uporządkowanie w dialogu ze sobą przyniosło mi korzyść.

Szczególnym przypadkiem uporządkowanej myśli jest filozofia, którą się kierujemy. Każdy z nas jakąś ma, nie każdy jednak zdaje sobie z tego sprawę.
Tworzenie oparte na naszej podbudowie filozoficznej pozwala nam ją dogłębniej analizować i spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. To prowadzi do jej wzbogacenia lub lepszego zorganizowania. Pokazuje nam potencjalne luki, co daje szansę, by je skutecznie wypełnić. Pomaga nam też pamiętać, czym jest nasza filozofia i skąd się wzięła.
Twórcze filozofowanie sprzyja rozwojowi.

Wyrażanie siebie w twórczości pozwala lepiej dostrzec i zrozumieć emocje. To sposób, by stanąć z boku, gdy sytuacja już się uspokoi, i spojrzeć jeszcze raz na to, co się wydarzyło oraz co poczułem.
Kiedy poznam swoje emocje, mogę zacząć je porządkować oraz tworzyć nowe metody wchodzenia z nimi w interakcję. Dzięki temu skuteczniej wykorzystuję je jako źródło informacji i intuicyjnej analizy sytuacji.
Aby jednak móc im zaufać, muszę lepiej poznać przekonania i mechanizmy, które za nimi stoją. Temu właśnie służy twórczość.
Tworzenie sprzyja wolności — jest efektem lepszego rozumienia komunikatu emocjonalnego, który uwalnia mnie od poddawania się niezrozumiałym popędom. Wspiera też rozwój poprzez modyfikowanie i eksplorowanie podświadomych przekonań.

Wentylowanie emocji

Emocje mogą się w nas gromadzić. Jeśli jesteśmy chronicznie poddawani wyzwalaczom lub nie możemy usunąć przyczyny jednej z nich, narasta w nas napięcie emocjonalne. Utrudnia ono jasne myślenie, analizę sytuacji oraz wejście w perspektywę uważnego obserwatora.
Twórcza ekspresja to skuteczny sposób na uwolnienie tego napięcia i odzyskanie swobody umysłu. Niejednokrotnie rozpisanie trudnej sytuacji na kartce papieru bywa wystarczającym wentylem, pozwala obniżyć napięcie do poziomu niezaburzającego funkcjonowanie.
Istnieją też inne metody redukcji napięcia, ale twórczość należy do najzdrowszych i najskuteczniejszych.

Podsumowując, tworzenie ma podwójną wartość: wspiera i wzmacnia inne wartości, a także stanowi samoistne źródło wartości. Generalnie wpływ tworzenia jest probabilistyczny — zwiększa szansę na pojawienie się refleksji, ale nie gwarantuje.

Formy tworzenia

Pisanie
Dla mnie to główna forma tworzenia. Swoje najważniejsze myśli komunikuję ze światem w formie tekstowej. Jest to nietypowe — większość ludzi używa mowy jako podstawowej formy komunikacji i twórczości.
Trzy media, które wykorzystuję, to blog, opowiadania i dzienniki.
Blog jest formą autoterapii, porządkującą i pogłębiającą moje myślenie oraz sposobnością do wpływania na innych.
Opowiadania przynoszą innym rozrywkę i radość. Jeśli czytelnik dobrze się bawił, a przy tym poczuł lekką inspirację do rozmyślań, osiągnąłem swój cel.
Dzienniki to autoterapia. Tam dotykam tego wszystkiego, czego wstyd nie pozwala mi ujawnić na blogu przed czytelnikami. To trudne pisanie i lektura — porządkuję i wentyluję emocje.

Inne formy tworzenia

Mówienie to najpowszechniejsza forma twórczej ekspresji. Ja także z niej korzystam, choć rzadziej niż z pisania – więcej czasu spędzam na pisaniu niż na mówieniu. Praktykuję, choć niewprawnie, pogawędki przy kawie w pracy, gdzie realizuję budowanie relacji z innymi. Chodzę do klubu mówców Toastmasters, gdzie ćwiczę retorykę, by pewnego dnia wpływać na grupy i społeczeństwo.
Długo by wymieniać potencjalne pola aktywności twórczej, których można się podjąć — od malarstwa po muzykę. Spektrum możliwości jest ogromne, ale jestem raczej ich odbiorcą niż nadawcą.

Potencjalne zagrożenia

Twórczość jest pozytywnym elementem naszego życia. Daje satysfakcję i przyczynia się do kultywowania dobra w nas i w świecie. Jednak mogą pojawić się ryzyka, których warto być świadomym — nie po to, by zarzucić tworzenie, lecz by ich unikać podczas tworzenia. Oto dwa przykłady.

Marzenia o sławie
Za twórczością, szczególnie pisaną, idzie marzenie o sławie — że pewnego dnia będę wielkim pisarzem podziwianym przez miliony. To naturalna, egocentryczna fantazja. Póki jest okazjonalna i niewielka, nie stanowi problemu — rozdmuchana może się nim stać.
Ważne, że ta fantazja nie jest mi potrzebna. Nie potrzebuję jej, by mnie motywowała — twórczość ma dla mnie wartość i bez niej. A skoro nie jest motywacją, to do czego służy?
W tym marzeniu jest przebłysk konfliktu między nieświadomym, a świadomym. Świadomie sława i podziw nie są dla mnie istotne, ale podświadomie chcę być zaakceptowany przez grupę, a nawet w niej dominować.
Ten konflikt jest rozpraszający i marnuje moją mentalną energię.

Zafiksowanie na zarobkowaniu
A co, gdyby twórczość zaczęła mi przynosić dochody? Czy nie byłoby cudownie? Nie byłoby źle — to jedna z opcji zarobku. Nie chcę jednak się na niej skupiać. Jeśli postawię sobie za cel utrzymywać się z pisania, mogę stracić niemało z jego dzisiejszych funkcji.
Czy dalej będę mógł się autoterapeutyzować, jeśli od jakości i treści tekstu będą zależeć moje zarobki? Czy zachowam konieczne swobodę i wolność? Może, ale istnieje ryzyko, że poświęcę je na rzecz lepszej poczytności.
Nie ma nic złego w tym, że tekst się dobrze czyta, ale dla mnie kluczowe są walory komunikacyjne i autoterapeutyczne tekstu. Poczytność i zarobek są drugorzędne.

Zakończenie

Twórczość jest cenną wartością, harmonijnie współgra z innymi wartościami, jakie mi przyświecają, i je wzmacnia. Pozwala im rozkwitnąć, wnosząc niezależny wkład w refleksyjne dobro. Nie rozstrzygam, czy jest bardziej narzędziem, czy samodzielnym bytem — poprzestanę na stwierdzeniu, że zasługuje na wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości.

Zostawiam nas z kilkoma pytaniami. Najpierw dwa, które zostaną ze mną:
Czy pisanie, z którego się utrzymuję, wskoczy wyżej w mojej hierarchii wartości?
Czy różnorodność form tworzenia ma znaczenie, czy wystarczy mi jedna?

Dla was mam kilka pytań, które mogą pomóc w napisaniu własnej wersji eseju:
Czy tworzenie i komunikacja są dla was ważne?
Jakie jest wasze główne medium twórcze?
Czy wykorzystujecie tworzenie jako formę autoterapii?
A może macie inne zastosowania, o których nie wspomniałem?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Dlaczego „praca” przestała mi wystarczać — o nowej wartości: Zabezpieczenie zasobów

W hierarchii wartości, którą buduję i przeglądam regularnie, zachodzą zmiany. Tym razem chodzi o coś więcej niż przesunięcia — chodzi o zmianę kategorii. Zamiast „pracy” — pojawia się „zabezpieczenie zasobów”. Czym jest ta wartość i dlaczego uważam ją za konieczną?

Hierarchia wartości jest strukturą żywą — zmienia się razem z nami. Wraz z nowymi doświadczeniami, ewolucją myślenia i konfrontacją z informacją zwrotną, przekształca się nasze rozumienie tego, co w życiu naprawdę ważne. Z czasem doprecyzowujemy swoje wartości, pogłębiamy ich sens, porządkujemy je na nowo — tak, by lepiej oddawały to, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy.

W przyjętej przeze mnie etyce — czerpiącej inspirację z myśli współczesnej szkoły stoickiej, szczególnie z dorobku Tomasza Mazura — jedynym prawdziwym dobrem jest refleksyjność. Rozumiem ją jako świadomy namysł nad sobą i intencjonalną, ciągłą pracę nad własnym kształtem. Wszystko inne — wartości, środki, działania — zyskuje znaczenie o tyle, o ile wspiera tę właśnie praktykę życia, tę drogę ku samorealizacji i wewnętrznej wolności.

Uważni czytelnicy mojego bloga być może pamiętają opisywaną tam hierarchię wartości. Jej ostatnią wersję można znaleźć tutaj. W tamtym układzie na piątym miejscu znajdowała się wartość określona mianem „praca” — rozumiana jako działalność zawodowa zapewniająca środki do zaspokojenia podstawowych potrzeb: jedzenia, mieszkania, ubrania.

W ostatnich tygodniach coraz częściej wracałem myślami do nieoczywistego braku w tym zestawieniu: nieobecności zdrowia jako odrębnego składnika. Chciałbym podzielić się refleksjami, które doprowadziły mnie do przedefiniowania tego miejsca w hierarchii i wprowadzenia nowej wartości — „zabezpieczenia zasobów”.

Dlaczego „praca” przestała wystarczać

Podczas niedawnej rozmowy z Andrzejem Bernardynem — nagrywaliśmy odcinek jego podcastu — poruszyliśmy temat obecności (a właściwie: nieobecności) zdrowia w mojej hierarchii wartości. Andrzej zapytał wprost: dlaczego zdrowie się tam nie pojawia? Moja odpowiedź była niespójna. W jej trakcie zorientowałem się, że sam nie wiem, czy i gdzie zdrowie właściwie się mieści w tym systemie. Ta chwila zakłopotania była punktem wyjścia do nowego namysłu nad moją hierarchią.

Pierwsza obserwacja: „praca” pełni w mojej strukturze funkcję odmienną od pozostałych wartości, nie jest celem, lecz koniecznością — umożliwia zdobycie środków do życia, a tym samym realizację innych wartości. Upraszczając: by żyć — muszę pracować. Choć „muszę” to może słowo zbyt mocne, przyjmijmy je jako wystarczająco bliskie prawdzie.

Druga obserwacja: pieniądze, które daje mi praca, nie są jedynym elementem, od którego zależy moja refleksyjność. Są nimi również zdrowie psychiczne i fizyczne, zdolność do koncentracji, dostępny czas. Dobry stan ciała — a szczególnie mózgu, będącego biologicznym nośnikiem procesów refleksyjnych — umożliwia mi sensowne funkcjonowanie.
Zdrowie psychiczne nie tylko wspiera refleksyjność — ono ją wręcz umożliwia. Bez minimalnego poziomu stabilności psychicznej zanika zdolność prowadzenia wewnętrznego dialogu, który jest podstawą samopoznania.

Te dwie obserwacje tworzą obraz gry w zarządzanie zasobami. Codziennie decydujemy, jak wymieniać czas na pieniądze, jak inwestować pieniądze w zdrowie etc. — a stawką tej gry jest zdolność do refleksji.

Wniosek? „Praca” jako odrębna wartość nie oddaje już złożoności tego systemu.

Zabezpieczenie zasobów

Odpowiedzią na te bolączki jest nowa, szersza wartość: „zabezpieczenie zasobów”. Obejmuje ona nie tylko „pracę”, lecz także inne istotne czynniki wspierające refleksyjność. Można śmiało powiedzieć, że w przypadku granicznym, gdy wartość ta jest nieobecna, niemożliwa jest refleksja — jako że niemożliwe jest życie.

Wyróżniam w jej ramach trzy kategorie:

Zasoby materialne — to one kryły się pod pojęciem „pracy” w poprzedniej wersji mojej hierarchii. Zaliczam tu pracę, oszczędności, nieruchomości, majątek wszelki. To, co pozwala mi zapewnić fizyczne przetrwanie mojemu ciału oraz materialne narzędzia i środki, które mogę wykorzystać w praktykowaniu innych wartości.

Zdrowie/witalność — kondycja mojego ciała i dostępne dla niego zasoby energetyczne. Przede wszystkim chodzi o jakość funkcjonowania mojego ciała, w szczególności mózgu. Dochodzi tu także aspekt psychiczny — czy mam energię do podejmowania się zadań?
Oba aspekty zdrowia — fizyczny i mentalny — powinny być zaopiekowane, a nacisk warto położyć na ten drugi, jako istotniejszy dla naszego człowieczeństwa.
Przykład: dla podróżnika dbałość o zdrowie narządów ruchu i ich sprawność jest istotna. Wprawdzie znamy przykłady wspaniałych wędrowców, którzy zdobywali niedostępne regiony pomimo braku władzy w nogach, to jednak niewątpliwie łatwiej podróżować, gdy zachowana jest nasza sprawność.

Czas — zasób, którego nam co dzień ubywa. Choć dbałość o zdrowie zwiększa statystycznie długość naszego życia, w żadnym momencie nie wiemy, ile nam go jeszcze pozostało. Jest to zasób, który możemy tylko wydawać. Decydujemy, jak go zainwestować — i nasza sprawczość sprowadza się do tego, by go rozsądnie używać.

Zdrowie determinuje jakość naszego czasu — oba te zasoby są ze sobą ściśle powiązane.

Żaden z tych zasobów nie stanowi wartości samej w sobie i każdy może, a nawet powinien, być poświęcony, jeśli zagrożone jest dobro lub któraś z wartości.

Miejsce w hierarchii i relacja z pozostałymi wartościami

Pomimo iż zakres tej wartości się rozszerzył, pozostaje ona na piątym miejscu w hierarchii. Kluczowym powodem jest tu obserwacja, że nie wyznacza ona kierunku działania. Może prowadzić do konkretnych akcji (ćwiczenie, zdrowe odżywianie, oszczędzanie), ale nie nadaje kierunku życia. To stawia ją raczej z boku niż poniżej pozostałych wartości — mam więc cztery wartości kierunkowe oraz jedną wspierającą.

Używam tu słowa „wartość” w dwóch znaczeniach. Kierunkowe wyznaczają sens działania — odpowiadają na pytanie, dlaczego coś robię. Wspierające, jak „zabezpieczenie zasobów”, tworzą warunki, by w ogóle móc działać.

Jak ta wartość wspiera inne?

Wolność — zasoby chronią nas przed utratą wolności, szczególnie w jej aspektach zewnętrznych (np. możliwość podróżowania, swoboda wypowiedzi).

Rozwój — wymaga czasu, energii, a czasem także materialnych narzędzi. Trudno się rozwijać, kiedy każdego dnia walczy się o przetrwanie.

Relacje — czas i uważność to fundament każdej relacji — musimy je mieć, by móc je ofiarować drugiemu człowiekowi.

Twórczość — także tutaj czas i uważność są kluczowe. Dodatkowo wiele dziedzin twórczych wymaga zasobów materialnych (instrument, płótno, narzędzia).

Wszystkie te wartości opierają się na podstawowych potrzebach: jedzeniu, schronieniu, odzieniu. Nie są ważniejsze — ale bez nich trudno mówić o ich realizacji.

Pułapki i napięcia

Największą pułapką wartości wspierających jest nadanie jednemu z ich komponentów rangi celu. Gdy środek staje się celem, łatwo o wypaczenie: wypieranie innych wartości, obsesję kontroli, utożsamienie siebie z posiadaniem, zatracenie pierwotnego sensu.

Weźmy pieniądze. Łatwo zapomnieć, że ich zarabianie ma służyć konkretnemu celowi: zapewnieniu bytu i umożliwieniu realizacji wartości. Tymczasem żyjemy w kulturze, która nagradza akumulację: kolejne mieszkania, samochody, przedmioty. Po zaspokojeniu podstawowych potrzeb trudno się zatrzymać — wyznaczamy kolejne progi „wystarczająco” i natychmiast próbujemy je przekroczyć. Wtedy środek zaczyna dominować nad celem. A gdy cel zostaje zjedzony przez środek — tracimy sens.

Także zdrowie może stać się celem samym w sobie — prowadząc do kultu ciała i dominującego motywu życia. Można jednak nadać mu sens jako wartości kierunkowej: dążenia do sprawności, długowieczności czy świadomej obecności w świecie.

Wszystkie te komponenty traktuję jako narzędzia. Ich wartość jest wtórna. To nie one mają nadawać kształt mojemu życiu — i dlatego tak ważne jest, by regularnie sprawdzać, czy nadal służą celowi, któremu miały służyć. Czy nadal wspierają refleksyjność — czy może już ją zastępują

Dlaczego ta zmiana jest ważna

Wprowadzenie tej zmiany pozwala mi uporządkować moją hierarchię wartości i przywrócić jej spójność. Dotąd zdrowie było w niej „pogubione” — rozproszone pomiędzy inne wartości, pojawiające się niejako przy okazji, niedookreślone. Teraz zyskało swoje właściwe miejsce. Nie jako osobna wartość, ale jako jeden z kluczowych fundamentów egzystencji — i który warunkuje możliwość realizacji wartości właściwych.

Ta zmiana pozwala mi lepiej zarządzać swoimi siłami — nie po to, by je pomnażać, ale by tworzyć przestrzeń dla innych wartości. Nie chodzi o wydajność, lecz o wolność. O to, by móc odłożyć troskę i skierować uwagę tam, gdzie toczy się sens życia.

„Zabezpieczenie zasobów” staje się więc nie tylko fundamentem działania, ale warunkiem swobody — swobody od lęku, niepokoju, konieczności ciągłego zabezpieczania się. Kiedy wiem, że mam wystarczająco, mogę przestać o tym myśleć. A to, co się wtedy uwalnia — uwaga, energia, czas — mogę przeznaczyć na to, co naprawdę ważne.

Zakończenie

Hierarchia wartości nie jest dana raz na zawsze. To twór dynamiczny, który może się zmieniać z czasem. Warto spoglądać od czasu do czasu na nasze wartości i poddawać je krytycznej ocenie. Nie ma potrzeby bronić swojej hierarchii jak niepodległości — pozwólmy, by trafna informacja zwrotna wzbudzała w nas radość z otwierającej się szansy, zamiast złości na rzekomy atak.

Na koniec, zostawiam Ci kilka pytań — być może staną się początkiem Twojej refleksji:

– Jakie jest Twoje podejście do zasobów? Czy są dla Ciebie jedynie środkiem, czy któryś z nich stał się celem samym w sobie?
– Czy Twoje zasoby przypominają moje? A może są inne, mniej oczywiste?
– Jak rozpoznajesz granicę między zabezpieczaniem a gromadzeniem? Czy próbujesz ją wyznaczyć — i co się dzieje, gdy ją przekraczasz?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Sen o wolności na czterech kołach

Dawno temu podróżowanie opierało się głównie na pieszych wędrówkach i prostych środkach transportu, co zmieniało się z wynalezieniem samochodu. Choć obiecywano większą wolność, auta wprowadziły problemy takie jak korki i zanieczyszczenie. Prawdziwa wolność związana jest z zrozumieniem siebie, a nie z posiadaniem dóbr materialnych.

Dawno temu, sto lat albo i więcej, ludzie podróżowali po świecie głównie na własnych nogach. Gdy trzeba było pójść na targ, zakładali buty (jeśli je mieli) i ruszali w drogę. Niektórzy mieli wozy i wózki oraz konie, które mogły je ciągnąć – gdy na targ trzeba było zawieźć własne towary, taki środek transportu był jak znalazł.

Bryczki, karoce i wozy nadawały się również do podróży na większe odległości: a to do miasta powiatowego, do urzędu, a to do wojewódzkiego – do teatru. W owych miastach można było poruszać się pieszo albo wynająć dorożkę. W niektórych z nich kursowały tramwaje – również ciągnięte przez konie – którymi przejazd był o wiele tańszy, choć trzeba było trzymać się wytyczonych linii.

Gdy przychodził czas na wielką wyprawę, z pomocą przychodziły koleje żelazne. Sieć połączeń nie była szczególnie rozbudowana, ale większe miasta były połączone – jeśli nie pełnowymiarową koleją, to może wąskotorówką. Aby dojechać do stolicy, nie było lepszego rozwiązania niż kolej.

Nie da się ukryć – w tamtych czasach ludzie nie byli mobilni. Podróżowanie zabierało wiele czasu i pochłaniało sporo energii fizycznej. Wiele osób, zwłaszcza biedniejszych, nigdy nie miało szansy na podróż dalszą niż do najbliższego targu czy miasta powiatowego. Wynalezienie roweru nieco pomogło, ale i ten środek transportu miał swoje ograniczenia.

W czasach przed wielkimi wojnami pojawił się na świecie nowy wynalazek – automobil. Wykorzystujący spalanie ropy do napędzania kół, mógł rozpędzić się do prędkości dotąd zarezerwowanych dla pociągów. W przeciwieństwie do nich nie był jednak przywiązany do torów.

Początkowo automobil był zabawką bogatych elit. Niedługo później zaczęto wykorzystywać go w transporcie towarów – okazało się bowiem, że pakowny pojazd może przewieźć więcej w krótszym czasie niż wóz zaprzężony w konie. Zaletę tę szybko dostrzegły także armie świata i automobile – niektóre nawet opancerzone – stały się standardowym wyposażeniem wojskowym podczas globalnych konfliktów. Mimo to większość ludzi funkcjonowała bez automobilów. Pozostawały one towarem niszowym.

Po wielkiej wojnie na świecie – również w Stanach Zjednoczonych – pozostało wiele fabryk produkujących opancerzone automobile, tzw. czołgi. Gdy zamówienia wojskowe się skończyły, właściciele tych fabryk musieli znaleźć inne zastosowanie dla zainwestowanego kapitału. Zatrudnili więc najlepszych specjalistów od reklamy, powierzając im jedno zadanie: przekonać przeciętnego Amerykanina, że samochód (nowa nazwa automobilu) jest mu niezbędny.

Tęgie głowy reklamy pracowały od świtu do nocy. W czasie tej pracy miały przed oczami wielkie przestrzenie amerykańskiego interioru – areny wielotygodniowych wypraw konnych, spędów bydła, napadanych dyliżansów. Czego potrzebował mieszkaniec tych rozległych prerii, by być szczęśliwym? Szybkiego i sprawnego środka przemieszczania się. Samochód dałby mu wolność…

Tęgie głowy reklamy nie myślały jednak wąsko – tylko o mieszkańcach środkowych stanów. O, nie. Koncepcja wolności jest uniwersalna i może przemówić do każdego. Zaczęli więc kreślić wielką narrację, która trwa po dziś dzień. Jeśli utarte szlaki linii kolejowych zbyt cię krępują. Jeśli twoje własne nogi lub rower mają za mały zasięg, by ponieść cię do celu. Jeśli komunikacja miejska nigdy nie jedzie tam, gdzie chcesz trafić. To mamy dla ciebie rozwiązanie. Twój klucz do wolności: samochód.

Ludzie chcieli być wolni tak desperacko, że uwierzyli w slogan producentów samochodów. Tym łatwiej, że było w nim ziarno prawdy. Przecież samochód zaspokajał realne potrzeby transportowe, usprawniał przepływ towarów, niwelował wykluczenie komunikacyjne. W rozległych stepach i rosnących przedmieściach samochód faktycznie był przydatny i uwalniał człowieka od wielu ograniczeń. Niestety – na ulicach wielkich miast, wciąż przystosowanych do dorożek i tramwajów – sytuacja rozwijała się nieco inaczej.

Ludzie stanęli w pierwszych korkach. To napełniło ich świętym oburzeniem! Przecież obiecano im wolność, a nie uwięzienie w metalowej puszce, otoczonej przez inne metalowe puszki. Szybko zidentyfikowali przyczynę: stare, wąskie drogi. Rozwiązanie było proste – potrzeba więcej asfaltu i betonu, szerszych dróg.

Wolność wolnością, ale szybko okazało się, że potrzeba coraz więcej ograniczeń i obostrzeń, by ruch w wielkich miastach mógł w ogóle funkcjonować. Na skrzyżowaniach wyrastały sygnalizacje świetlne. Wprowadzano coraz ściślejsze ograniczenia prędkości, zakazy zatrzymywania się, zawracania, skrętu. Gęsta plątanina przepisów – by ludzie wreszcie mogli być wolni.

Zamknięci w swoich puszeczkach, narzekali, że zrobiło się strasznie głośno w tych miastach. Kiedyś było dużo spokojniej. To pewnie ta młodzież, z jej nowomodną muzyką.

Zaczęło też śmierdzieć. Już nie końskim łajnem, tylko spalinami. No to narzekali, kaszląc i popędzając swoje wehikuły wolności.

Znowu stanęli w korkach. Widać asfalt i beton, który wylano, nie były wystarczające. Potrzeba było więcej. Że nie ma już miejsca? Nonsens – można przecież wyburzyć setki domów i w ich miejsce wybudować autostradę. Wolność jest najważniejsza! Przecież mieszkańcy tych domów nie chcą stać na drodze społeczeństwa do wolności.

W miarę jak rosła potrzeba wolności, rosły też samochody. Kompaktowe automobile zastąpiły monstra udające pickupy, przypominające nieco czołgi – niedorzecznie niepasujące do skali miejskiego otoczenia, niepełniące żadnej funkcji poza głaskaniem zatrwożonego ego swych właścicieli. To oznaczało więcej hałasu, więcej spalin i więcej betonu, by je wszystkie pomieścić.

Minęło wiele lat od wynalezienia automobilu. Minęło wiele od omyłkowego utożsamienia posiadania auta z wolnością. Do dziś jednak ludzie stoją na ulicach w swoich metalowych puszeczkach – w korkach i na światłach – i śnią swój szalony sen o wolności. Próbują rozwiązywać miriady problemów, które generuje ten koszmar: a to wymyślą filtr spalin, żeby dymić mniej, a to zrobią samochód elektryczny – by dymić gdzie indziej. Mierzą się z kolejnymi wiatrakami, w trosce o swoją wolność, zapominając, ile swobody tkwiło w zwykłym spacerze piechotą przez miasto.

Czy samochód stworzył więcej problemów, niż rozwiązał?

Bo na pewno wiele rozwiązał, szczególnie w komunikacji na średnich dystansach. Skomunikował ze światem miejsca, które, ze względu na swą wielkość, nigdy nie doczekałyby się kolei, włączył je w obieg cywilizacji. Dziś nie ma już znaczenia, który z tych aspektów przeważał – samochód jest częścią naszej rzeczywistości, a to, co możemy zrobić, to nauczyć się korzystać z niego z większym rozsądkiem.

A jeśli to nie samochód daje wolność?

W tej historii nie chodzi tylko o samochody.
Nie chodzi też o korki, beton czy spaliny. To wszystko są objawy czegoś głębszego: naszego marzenia o wolności – i sposobu, w jaki próbowaliśmy to marzenie zrealizować.

Wolność, którą obiecały nam samochody, była kusząca, ale fałszywa. Jej fałsz tkwił w tym, że w nieuprawniony sposób rozszerzała „wolność do podróżowania” na wolność w ogóle. Opierała się na uproszczeniu: „kup coś, a będziesz wolny”. I wielu z nas w to uwierzyło – nie tylko w przypadku aut. Kupujemy specyficzne wolności cząstkowe, łudząc się, że da nam to wolność przez wielkie W.

W tej samej logice kupujemy smartfony, które mają nas zbliżać, a sprawiają, że jesteśmy rozproszeni. Kupujemy większe mieszkania, by „mieć przestrzeń”, a potem nie mamy czasu, by w nich naprawdę być. Kupujemy wycieczki, by „odpocząć”, ale wracamy zmęczeni jeszcze bardziej. Rozwiązując jeden problem generujemy dwa kolejne.

Trudno to dostrzec, zwłaszcza że czasem zakupy faktycznie rozwiązują realny problem i niosą wartość! Często jednak wpadamy w pułapkę iluzji, że posiadanie jest rozwiązaniem.
Zamiast zadawać pytania – próbujemy kupić na nie odpowiedzi.
Zamiast zrozumieć istotę trapiących nas problemów – próbujemy kupić gotowe rozwiązania.
Otaczamy się przedmiotami, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę, podczas gdy rośnie nasza bezradność.

I może właśnie dlatego ta historia o samochodzie tak do nas przemawia. Bo widzimy w niej siebie – zmęczonych, zaganianych, zagubionych na drodze do szczęścia i wolności. Wydaliśmy niemałe pieniądze – czy dostaliśmy to czego oczekiwaliśmy?

Czy na pewno wiesz, co kupujesz?

Może warto się na chwilę zatrzymać – i zadać sobie kilka niewygodnych, ale ważnych pytań:

  • Co próbuję sobie naprawdę dać, kiedy coś kupuję?
    Może nie chcę nowego auta, tylko swobody w decydowaniu, dokąd zmierzam.
    Może nie potrzebuję lepszych słuchawek, tylko ciszy.
    Może nie potrzebuję dalekich krain – tylko odpoczynku od codzienności.
  • Co próbuję uciszyć, gdy kupuję?
    Lęk? Poczucie braku wpływu? Samotność?
    Czasem nowy zakup daje namiastkę kontroli nad światem, w którym coraz mniej ode mnie zależy.
  • Czy to, co kupuję, naprawdę rozwiązuje mój problem – czy tylko go maskuje?
    Samochód miał skrócić czas podróży, a wprowadził koszty, stres, korki, zobowiązania. Czy koszty, które wygenerował nie przeważyły aby nad korzyściami?
    Może tak samo działa wiele innych decyzji, które podejmuję bez refleksji?

Kiedy konsumpcja staje się formą ucieczki

Nie chodzi o to, że nie wolno nam niczego chcieć. Ani o to, że każda decyzja zakupowa jest zła. Chodzi o to, że kupujemy rzeczy nie po to, by coś zdobyć – ale by czegoś nie czuć.
Konsumpcja może być formą znieczulenia. Próbą regulowania emocji.
A gdy robimy to regularnie, życie zaczyna przypominać jazdę po spirali:
czasem szybciej, częściej – ale wciąż w kółko, a to już symptom uzależnienia.

Wolność nie rodzi się z posiadania, tylko z rozumienia siebie

Prawdziwa wolność nie zaczyna się od kupienia samochodu. Zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja. Tam, gdzie potrafię odróżnić:
„chcę” od „potrzebuję”,
„to mnie wspiera” od „to mnie odciąga od siebie”,
„to rozwiązanie” od „to ucieczka”.
Wolność nie polega na tym, że mogę wszędzie dojechać. Polega na tym, że rozumiem, gdzie jestem – i dokąd, oraz dlaczego, chcę dotrzeć. Na tym, że rozumiem jakich zasobów potrzebuje w podróży.
Mało prawdopodobne, bym potrzebował samochodu, żeby tam trafić. W tej drodze bardziej przyda mi się lekkość ducha, bo zwykle nie musimy się fizycznie przemieszczać, by dotrzeć do celu.

Czasem lepiej się zatrzymać i zapytać:
czy „wolność”, którą kupuję, to rzeczywiste dobro – czy tylko iluzja?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Relacja jako droga: od istnienia przez wartość do praktyki

Relacja nie zawsze jest wyborem. Czasem po prostu jest — zanim ją nazwiemy, zanim ją ocenimy. Warto przyjrzeć się temu, jak relacja może przechodzić od bycia nieuświadomionym faktem, przez moment rozpoznania, aż po działanie. I jak w tym ruchu rodzi się dobro — rozumiane jako akt refleksji.

Relacje były już przedmiotem wcześniejszych rozważań — między innymi w kontekście ich wartości. Tym razem nie próbuję ich klasyfikować, lecz przyglądam się temu, jak relacja rozwija się w czasie: jak przechodzi od bycia koniecznym faktem, przez moment świadomego uznania, aż po praktykę.

Ta sekwencja — istnienie, wartość, działanie — nie zawsze przebiega liniowo. Może się zapętlać, pogłębiać, zaczynać od nowa. Ale w każdym z tych etapów możliwe jest dobro — rozumiane jako zdolność do refleksji. Tę możliwość warto potraktować poważnie.

Relacja jako istnienie

Nie wszystkie relacje są efektem decyzji. Niektóre po prostu są. Zanim zacznę je rozważać, oceniać lub rozwijać, już się w nich znajduję. To relacje konieczne, wynikające z samego faktu bycia: relacja ze światem, z czasem, z ciałem, z sobą samym. Przyjrzyjmy się temu na przykładzie relacji ze światem w kontekście stoickim.

W filozofii stoickiej nie ma potrzeby oddzielania się od rzeczywistości — przeciwnie, zachęca się do rozpoznania, że jestem jej częścią. Marek Aureliusz pisał: „Nie jesteś oderwany od całości. Jesteś jej częścią, chwilą, ruchem, powrotem.” To nie metafora, ale przypomnienie o tym, że życie zawsze odbywa się w czymś i wobec czegoś.

W tym sensie relacja ze światem nie zaczyna się wtedy, gdy ją wybiorę. Ona mnie poprzedza. Mogę się jej sprzeciwiać, mogę ją ignorować, ale nie mogę się od niej uwolnić, dopóki sam istnieję. I choć nie jest ona jeszcze wartością ani dobrem, to stanowi podstawę, na której wartość lub dobro może się pojawić.

Można pokusić się o ogólne stwierdzenie: bycie w relacji nigdy nie jest kwestią wyboru. Sam fakt poznania czegoś — lub kogoś — już nas w niej umieszcza.

Pytanie: jaka jest moja relacja — i czy chcę ją rozpoznać?

Relacja jako wartość

Sama obecność w relacji nie wystarcza, by nadawać jej znaczenie. Można być z kimś lub z czymś w stałym kontakcie — i pozostać wobec tej relacji obojętnym. To, co przemienia relację w wartość, to akt refleksyjnego rozpoznania. To moment, w którym uświadamiam sobie, że ta relacja mnie współtworzy — że wpływa na to, kim jestem i jak myślę. Wtedy przestaje być tłem, a staje się miejscem odpowiedzialności.

Nie chodzi tu o emocjonalną reakcję ani nagłą zmianę odczuć. Wartość pojawia się wtedy, gdy zaczynam patrzeć na relację jako na coś, wobec czego nie mogę już pozostać bierny. To pierwszy krok etyczny. Nie tyle w działaniu, co w uznaniu: ta relacja mnie współtworzy — i ja mogę współtworzyć ją.

W tym ujęciu wartość nie istnieje niezależnie — jest efektem refleksyjności. Aktem, w którym coś, co było neutralne, staje się znaczące. To dlatego wartość relacji nie jest nadana z zewnątrz, lecz wyłania się z wewnętrznego punktu widzenia.

Stoicy pisali o wspólnocie nie jako zobowiązaniu zewnętrznym, ale jako przestrzeni wzajemnego rozwoju. Seneka przypomina: „Człowiek jest świętością dla człowieka.” Marek Aureliusz dodaje: „Nie jesteśmy stworzeni dla siebie, lecz jedni dla drugich.” Ale ich refleksja nie kończy się na relacjach międzyludzkich. Dotyczy również relacji z naturą, z porządkiem świata, z czasem, z tym, co przekracza jednostkę. Aureliusz pisał: „Zgadzaj się z tym, co przynosi ci los, kochaj to, co cię spotyka, bo wszystko dzieje się zgodnie z naturą.”

Uznanie tych relacji nie jest wyrazem sentymentalizmu. To akt wewnętrznej zgody i świadomości — i jako taki ma wymiar etyczny. To nie abstrakcyjne ideały, ale konsekwencje, które pojawiają się, gdy zaczynam refleksyjnie przeżywać relację — z drugim, ze światem, z samym sobą.

Jeśli dobro to refleksyjność, to każda relacja może stać się miejscem dobra — o ile zostanie zauważona. Możliwość dobra jest obecna zawsze, choć nie zawsze uświadomiona.

Relacja jako praktyka

Uznanie relacji za wartość otwiera możliwość działania — ale nie gwarantuje, że to działanie się wydarzy. Wartość bez praktyki pozostaje potencjałem. To dopiero konkretne decyzje i gesty nadają jej kształt. Można powiedzieć, że praktyka jest przestrzenią, w której refleksyjność się rozwija i utrwala — nie poprzez rozważanie, lecz poprzez działanie.

W duchu stoickim praktyka nie oznacza spektakularnych czynów, lecz systematyczność: uważne słuchanie, dotrzymywanie zobowiązań, gotowość do korekty. Również relacja z samym sobą — jeśli ma być czymś więcej niż tylko obecnością — domaga się uwagi. Bez regularnej autorefleksji łatwo przechodzi w autopilot.

Miłość, w tym ujęciu, nie jest uczuciem — jest działaniem. Nie tyle ją „czuję”, co ją czynię. Odpowiadam na jej wartość nie przez deklarację, lecz przez codzienną postawę.

Jednak również praktyka może się wypaczyć, jeśli odłączy się od refleksji. Działanie bez uważności staje się rytuałem bez treści, grą ról. Dlatego powrót do refleksyjności musi być utrzymywany w samym działaniu.

Dobro nie wynika z samego działania, lecz z tego, że działanie pozostaje świadome.

Zakończenie

Można więc myśleć o relacjach nie jako o stanach, ale jako o ruchu — między obecnością, świadomością i działaniem. To, co je łączy, to możliwość refleksji, która w każdej chwili może się wydarzyć — i która, jeśli się wydarzy, czyni z relacji przestrzeń dobra.

Warto zadać sobie pytanie: w których relacjach jestem obecny, ale jeszcze nieświadomy? W których jestem świadomy, ale nieobecny w działaniu? A w których — we wszystkich tych trzech wymiarach?

Nota o powstaniu tekstu

Powyższy artykuł został przygotowany przy wsparciu narzędzia AI (ChatGPT). W procesie powstawania tekstu AI pełniło funkcję redakcyjno-warsztatową: pomagało w doprecyzowaniu struktury, redagowaniu wybranych fragmentów, dostrajaniu stylu oraz formułowaniu propozycji uzupełnień i rozwinięć — zawsze w odpowiedzi na autorskie decyzje, wskazania i korekty.