Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Ofiara

Skupienie na tym, co negatywne, jest jedną z moich wad. Wiele czasu poświęcam rozmyślaniom o najgorszym możliwym przebiegu wydarzeń. To mnie paraliżuje przed podjęciem działania. Sprawia, że w rozmowie bywam przygnębiający dla interlokutora. Na najbardziej błękitnym niebie odnajdę tę jedną chmurkę, następnie głęboko się nad nią zadumam, by po chwili opowiadać o niej wszystkim, którzy akurat korzystają ze słońca.

Moje ulubione tematy związane są z trudem, cierpieniem i wojną. Fascynują mnie ludzkie słabości, przewinienia, zbrodnie. Jestem przekonany, że to one zbliżają ludzi. Łączę się z innymi, afiszując swoje cierpienie i szukając wspólnych przestrzeni bólu.

Tekst jest drugą częścią trzyczęściowego cyklu artykułów. W poprzednim odcinku rozważałem moje zaangażowanie w relacje oraz to, jak mogą trwać pomimo trudności. W tym odcinku pokażę, jak trudności stają się narzędziem budowania więzi. W kolejnym dokonam syntezy tych dwóch biegunów.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje kontekst psychologiczny, ale nie jest to moim priorytetem. Pomimo tego nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego tekstu jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

Jestem alkoholikiem. Lubię o tym mówić dużo i często. Lubię o tym mówić, bo to wzbudza współczucie. To nie jest jedyny powód — ważne jest edukowanie innych o chorobie; im więcej osób wie, tym bezpieczniej dla mnie. Zrzucenie tego z siebie jest autoterapeutyczne. Ale jest to też poważna choroba, wokół której można budować mitologię cierpienia.

Uważam, że jako trzeźwy alkoholik jestem w lepszym położeniu — w lepszym miejscu w życiu — niż osoby nieuzależnione, które piją alkohol. W relacjach z pijącymi czuję raczej współczucie niż zazdrość. Czyli alkoholizm to nie jest dobra płaszczyzna poszukiwania współczucia?

Ależ jest! Bo w łowieniu współczucia nie jest ważne to, co myślę ja, lecz to, co myśli druga strona. A w naszym społeczeństwie niepijący, lub ci, którzy nie mogą pić, wciąż są postrzegani jako osoby dotknięte brakiem. Gram na tym schemacie kulturowym i całkiem skutecznie łowię współczucie, niezależnie od moich poglądów na sprawę!

To brzmi skomplikowanie i schizoidalnie, ale uważam, że szukanie sympatii poprzez nawet wydumane choroby i braki jest konsekwencją lękowych elementów mojego stylu przywiązania.

Skąd się to bierze?

Źródeł tego nastawienia doszukuję się w lękowym stylu przywiązania. W nim zorientowani jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji — obawiamy się ich nietrwałości. Doszukiwanie się wszędzie zagrożenia jest sposobem, by ich uniknąć, a zagrożenie, które dzielimy z innym, łączy.

Wspólne źródło strachu spaja relacje. Dzięki niemu jesteśmy bliżsi sobie — choć grozi nam coś z zewnątrz, nasza relacja jest bezpieczna. A o to chodzi w lękowym stylu przywiązania.

Nawet jeśli nie ma realnego zagrożenia, z tej perspektywy warto je wymyślić. Nie ma znaczenia, czy strach oparty jest na prawdziwych przesłankach — tak długo, jak w niego wierzymy, będzie nas łączył.

Element cierpienia także może służyć utrwaleniu relacji. Afiszowanie się cierpieniem jest sposobem, by wywołać u drugiej osoby potrzebę zaopiekowania się nami. Malując siebie jako słabych, skrzywdzonych, bezradnych, wywołujemy współczucie, które ma pogłębić i utrwalić relację.

Dlatego jedną ze strategii w relacjach jest ustawianie się w pozycji cierpiętniczej. Gramy kartą nieustannego narzekania, by skłonić bliskie nam osoby do pocieszania nas i oferowania pomocy. Możemy następnie tę pomoc przyjąć lub odrzucić — to mniej istotne — samo jej zaoferowanie umacnia relację.

Ograniczenia i wyjątki

Ograniczeniem dla mojego stawiania się w pozycji cierpiącej ofiary jest niechęć do okazywania słabości. Pisałem o niej poprzednio i jest efektem unikającego stylu przywiązania. To element mojej potrzeby pozostania niewidzialnym.

Widać, jak niekompatybilne są te dwa dążenia. Z moich obserwacji wynika, że zwykle górę bierze potrzeba udawania osoby pozbawionej słabości, więc ograniczam projekcję cierpienia.

To jednak nie eliminuje prób zbliżenia się poprzez korzystanie ze słabości czy cierpienia innych! Tę ścieżkę częściej niż drogę przez własną słabość zwykłem wybierać, gdy próbuję budować relację w lękowym stylu.

Jak to się objawia w relacjach?

Spójrzmy na kilka przykładów, które dostrzegam w swoich relacjach.

W rozmowach koncentruje się na niepowodzeniach i chorobach. Najbardziej wciągają mnie dyskusje o wszelkiego rodzaju trudnościom. Jeżeli cierpisz na jakąś chorobę, znajdziesz we mnie uważnego i empatycznego słuchacza. Chętnie pomówię o sposobach leczenia, zagrożeniach. Opowiem Ci o chorobach, które mnie trapią. To są moje tematy! Jak zazwyczaj jestem człowiekiem niewielu słów, tak o dobrej katastrofie mogę mówić godzinami.

To wiąże się z zamiłowaniem do narzekania. Kocham to! Jeśli mogę z kimś pomarudzić na to samo, jestem w siódmym niebie. Pogoda pod psem? Cudownie, porozmawiajmy o tym! Wysokie podatki? Mów mi jeszcze! Wokół wspólnego utyskiwania buduję bliskość i więź.

Może się zdarzyć, że będę próbował wciągnąć Cię do rozmowy o chorobach, niepowodzeniach i klęskach. Mogę przy tym być natarczywy, zbywać Twoje próby rozmowy o czymś pozytywnym, co Ci się udało. Wszystko dlatego, że oczekuję, iż ponura rozmowa bardziej nas zbliży. Można powiedzieć, że to pokręcony znak, że Cię lubię i szukam bliższej relacji.

Zakończenie

Wspólne cierpienie łączy ludzi — to stwierdzenie jest prawdziwe nie tylko w moim przypadku. Ja łączę się z ludźmi poprzez afiszowanie cierpienia i wyszukiwanie wspólnych bolączek.

Jednak tworzenie iluzji cierpienia, by generować bliskość, czy zapominanie o radości świata w powodzi narzekania, to zbyt daleko posunięte ekstremum.

W kolejnym artykule sprawdzimy, jak możemy znaleźć równowagę między zaangażowaniem a rolą ofiary.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie

Stałość jest jedną z moich zalet. Kiedy zdecyduję się zaangażować, potrafię wytrwać. Niepowodzenia i trudności mnie nie zniechęcają, przeciwnie – sprawiają, że jestem bardziej nastawiony na utrzymanie relacji. To w spokojnych i dobrych czasach mogę mieć tendencję do odpływania i znikania, ale gdy jest źle, można na mnie liczyć!

Tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego mini cyklu artykułów. W kolejnym odcinku pochylę się nad problemem stawiania siebie w roli ofiary i szukania bliskości przez cierpienie – co jest antytezą dzisiaj omawianych zjawisk. W ostatnim artykule dokonam syntezy tych dwóch.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje nieco szerszy kontekst psychologiczny, ale nie jest to głównym celem. Mimo to nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

W swojej ostatniej pracy spędziłem 12 lat. Trzy ostatnie lata nie miały sensu. Trwałem na stanowisku, mimo że nie miałem odrobiny zaangażowania w zadania, które wykonywałem, i straciłem zaufanie do firmy, dla której pracowałem. Byłem wypalony zawodowo i coraz wyraźniej obserwowałem konflikt wartości między mną a pracodawcą.

Pomimo tego byłem tam trzy lata. Dlaczego?
Dlatego, że się zaangażowałem. Była to kwestia spędzonego w firmie czasu, jak i trudności, które dzieliłem ze współpracownikami. Wszyscy musieliśmy radzić sobie z toksycznymi aspektami firmy. Musieliśmy mierzyć się z pogłębiającym się upadkiem wartości w naszym otoczeniu.

Trwałem jak żołnierz na placu boju – znosząc dyskomfort, aby zachować relacje, nie z pracodawcą, lecz z kolegami i koleżankami. Odejście byłoby przecież zdradą czy dezercją.

Ostatecznie odszedłem, bo trwanie w toksycznym środowisku bez nadziei i możliwości jego zmiany jest na dłuższą metę nonsensem. Zajęło mi to jednak ładnych parę lat…

Skąd się to bierze?

Źródeł zaangażowania doszukuję się w lękowym stylu przywiązania – gdy coś zagraża relacji, wchodzę w nią mocniej. W tym stylu nastawieni jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji i obawiamy się ich nietrwałości. Intensywne przywiązanie jest jedną ze strategii, jaką można przyjąć, by utrwalić kluczowe dla nas relacje.

Zaangażowanie generuje poczucie bezpieczeństwa poprzez budowanie stałości. Mamy przekonanie, że im więcej wysiłku włożymy w relację, tym będzie ona trwalsza, a dzięki temu bezpieczniejsza.

Ta obserwacja jest w zasadzie poprawna. Stałość i zaangażowanie rzeczywiście budują trwałość relacji i w większości przypadków druga strona odpowie w podobny sposób. Osiągamy swój cel.

Warto jednak zauważyć, że żadna ilość zaangażowania nie gwarantuje wzajemności. Ten fakt prowadzi do przykrych rozczarowań, które albo sprawią, że stracimy wiarę we wkładanie pracy w relację, albo – wręcz przeciwnie – że zaczniemy w nie intensywniej inwestować.

W pracowaniu nad zaangażowaniem można się doszukiwać awersji do zmiany. Jest to sposób na ustatkowanie naszych relacji, w formie dalekiej od optymalnej, tak by nie ryzykować wychodzenia ku niosącej niepewność zmianie. Ten aspekt wiąże się z lękowym stylem przywiązania.

Na koniec chciałbym zauważyć, że choć u siebie dostrzegam źródła tego postępowania w lęku, to rozumiem, że u innych ludzi motywacją do podobnych zachowań może być bezpieczny styl przywiązania, w którym zaangażowanie wynika z poczucia bezpieczeństwa wchodzenia w głębokie relacje. Co więcej, odpowiednio zaopiekowany aspekt zaangażowania może stać się ścieżką ku takiemu właśnie zdrowemu funkcjonowaniu.

W moim przypadku ze stylem lękowym współistnieje styl unikający, co prowadzi do interesujących wyjątków od powyższych reguł.

Ograniczenia i wyjątki

Jako osoba, która ma elementy unikającego stylu przywiązania, doświadczam konfliktu między tymi podejściami. W takich wypadkach, zamiast silnego zaangażowania w relacje, idę w stronę odpuszczenia i zarzucenia relacji. Ciężko jest mi jednoznacznie określić, kiedy który z tych elementów bierze górę.

Elementem, który może mieć wpływ, jest kwestia tego, czy w relacji znajduje się wspólna płaszczyzna bólu, trudu, cierpienia. Jeżeli jest ona obecna, wówczas wykazuję większe zaangażowanie w relacje i jest szansa, że w nie „wrosnę”. Kiedy takiego elementu nie ma, aspekty unikające sprawiają, że odpuszczam i się nie angażuję – wtedy powyższe rozważania nie mają zastosowania.

Jeżeli jednak już wejdę w relację, ma to kilka znaczących konsekwencji.

Jak to się objawia w relacjach?

Moje zaangażowanie w relacje jest dalece niewrażliwe na konflikt. Kłótnia, różnica zdań – wszystko to nie wpływa na moje długoterminowe zaangażowanie. Pozostaję w relacji. Po czasie konfliktu wracam, starając się przywrócić sytuację do jej poprzedniego stanu. Druga strona nie zawsze jest zainteresowana, ale jeśli jest, możemy kontynuować znajomość.

Bywa, że konflikt jest dla mnie pożywką i motywacją, by pozostawać w relacji.

Dłuższe przerwy w relacjach nie stanowią dla mnie problemu. Relację uważam za coś długoterminowego, coś, co ma trwać wiele lat. Kilka miesięcy przerwy w kontaktach w takiej perspektywie nie stanowi szczególnego kłopotu. Mogę wrócić do stanu relacji, jaki był w momencie zaniku kontaktów. Nie czuję potrzeby zgłębiania przyczyny pauzy. Mogę pozostawić sprawę bez wyjaśnienia – co może być zaletą, jak i wadą. Tu ujawniają się elementy stylu unikającego.

Nie mam kłopotu z tym, że ludzie wokół mnie mają wady. Przeciwnie – wiedza o czyichś wadach sprawia, że myślę o nich cieplej, szczególnie gdy u siebie dostrzegam podobne. Praktykuję bliskość przez niedoskonałość. Chętnie dowiaduję się o niedoskonałościach innych, nie po to, by je wykorzystać przeciwko nim, lecz po to, by ich za nie bardziej polubić.

Sam bardzo niechętnie ujawniam swoje wady; staram się je ukrywać i kreować fasadę doskonałości. Choć to próżny trud, inne cechy mojego funkcjonowania nie pozwalają mi na otwartość.

Zakończenie

Moje relacje nie są na chwilę. Jeśli w coś wchodzę, to chcę wejść w to na długi czas. Jestem gotów pracować nad relacją. Jestem gotów wybaczać.

Wady, cierpienie i trudności są dla mnie powodem do trwania w relacji, a nie do jej przerywania. To dobra cecha, ale czy można się w niej posunąć za daleko?
O tym już za tydzień.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Empatia czy kontrola

Empatia jest wielką zaletą. Wczucie się w położenie drugiego człowieka pomaga nam być lepszymi przyjaciółmi czy partnerami. Buduje relacje i stwarza przestrzeń bezpieczną dla wszystkich.
Każdy z nas potrzebuje być wysłuchanym i zrozumianym. Nie po to, by otrzymać pomoc, ale by poczuć wspólnotę z drugim człowiekiem — by ująć sobie ciężaru z pleców.

Empatia może wynikać z dwóch źródeł: zainteresowania losem drugiego albo z potrzeby kontroli. Obie mogą dawać podobny efekt, ale druga z nich niesie niebezpieczeństwo stania się obsesją. Wtedy, zamiast tworzyć relację, zaczyna ją rozkładać.

Jest we mnie empatia dla drugiego człowieka. Potrafię słuchać. Można się przede mną wygadać i mieć poczucie, że zostało się zrozumianym.
Potrafię też przekroczyć granicę i z uważnego słuchacza stać się stalkerem. Zamiast słuchać by zrozumieć, słucham by kontrolować — albo by tworzyć w sobie iluzję kontroli.

Jak sprawić, by czujność łączyła mnie z ludźmi, miast dzielić?
Nim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się, jak te dwie cechy się łączą.

Jak to się łączy?

Potrzeba czujnego obserwowania świata wokół może być rozumiana jako element lękowego stylu przywiązania. Wszyscy zwracamy uwagę na otoczenie, ale kiedy odczuwamy strach, nasze zmysły się wyczulają. Dlatego osoba przywiązująca się lękowo będzie doskonałym obserwatorem.

Aby funkcjonować w świecie, musimy zdobywać informacje. Używamy naszych zmysłów do obserwowania i katalogowania danych o świecie. Słuchamy tego, co się do nas mówi, obserwujemy mowę ciała i mimikę osób, z którymi rozmawiamy. Te dane pozwalają wnioskować o stanie innych osób i ich przekonaniach, a w efekcie — reagować i działać w odpowiedni sposób.

To element naszego oddziaływania ze światem. Dobre wyczulenie i uważność na drugą osobę usprawniają nasze relacje z nią.

Sytuacja się komplikuje, kiedy zdolność obserwacji nas pochłania. Próbujemy zaobserwować najdrobniejsze niuanse, by wyciągać z nich szczegółowe wnioski. Kiedy wpatrujemy się w drugą osobę z namolną intensywnością.

Jednym z problemów, które to rodzi, jest atak na prywatność. Jeśli staramy się dostać do treści, którymi druga strona nie chce się z nami dzielić, przestajemy być konstruktywni i pomocni — stajemy się zaborczy. Empatyczna intencja, by pomagać, przeradza się w zaborczą intencję kontroli.

Drugi problem to nadmierne zaufanie do odczytanych niuansów. Jesteśmy omylni, a im drobniejszymi szczegółami się zajmujemy, tym więcej jest przestrzeni na pomyłkę. Nasza zaleta — lepsze rozumienie ludzi — przeradza się w wadę opacznego ich rozumienia, kiedy popychamy ją do ekstremum.

Gdzie jestem?

Moje położenie na osi empatia–kontrola jest satysfakcjonujące. Od dłuższego czasu nie zaobserwowałem drastycznej inwazji w czyjąś prywatność. Zdarza mi się intensywnie interesować sprawami osób, które mnie fascynują — momentami do przesady — ale to wyjątek nie reguła.
Ostatnia sytuacja przekroczenia granic miała miejsce rok temu. Od tego czasu cisza, co sugeruje zmianę we mnie.

Interesujące jest, czy wiąże się z tym osłabienie mojej empatii.
Moja obserwacja jest, iż udaje mi się zachować równowagę, w sensie uważnego obserwowania i dostrzegania stanów emocjonalnych innych. Rzadziej działam na podstawie tych obserwacji, co jest związane z chęcią uniknięcia przekraczania granic. Empatia nie musi prowadzić do interwencji —może być niemym zrozumieniem drugiego człowieka i objawić się przez postawę bardziej niż przez działanie.

Dostrzegam potencjał do lepszego wyważenia tych skrajności, ale nie uważam tego obszaru za priorytetowy w pracy nad sobą.
Pomimo tego, zastanówmy się, jak może wyglądać optimum dla osi empatia–kontrola.

Optymalny stan

Spójrzmy na kilka aspektów tematu. Jak może wyglądać ich idealny stan?

Uważność buduje bliskość. Dzięki niej dostrzegamy drugiego człowieka w pełni i możemy być pomocą. Nie widzę problemów w rozwijaniu uważności jak najszerzej się da, tak długo, jak nie zatracimy siebie w życiu innych — czyli póki nie przestaniemy żyć własnym życiem po to, by być widzem w życiu drugiego.

Granice w relacjach chronią sfery, które uznajemy za intymne, przed inwazją niepożądanych gości. Granice zmieniają się w zależności od relacji — bliższe mają ich mniej, luźniejsze więcej. Optymalne jest bycie uważnym nie tylko na potrzeby, ale i na granice. Nigdy nie przekroczyć czyichś granic to ideał, który trudno zrealizować w praktyce, lecz kiedy granice przekroczymy, musimy być gotowi, by przeprosić i wycofać się.

Prywatność jest efektem działania granic. Naszym obowiązkiem jako istot społecznych jest jej szanowanie. Empatia nie powinna stawać się wytrychem do czyjegoś domu. Optymalne jest zrozumienie, że niezależnie od tego, co zauważyliśmy czy wyczuliśmy, nie mamy prawa wkraczać w czyjąś prywatność nieproszeni. Powinniśmy się przed tym zatrzymać.

Intymność — czyli druga, miękka strona prywatności — jest niezbędna do zbudowania bliskich relacji. Empatia pomaga nam ją budować, dostrzegać w bliskiej nam osobie drobne, nikomu innemu nieznane cechy. Intymności jednak nie można wykraść poprzez „podglądanie”. Prawdziwa intymność wymaga zaproszenia i zgody obu stron, bo nie może być jednostronna.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Stoicyzm ma do zaoferowania wiele technik przydatnych w pracy nad empatią, które są zorientowane na wytworzenie w nas czujności bez komponentu lękowego.

Uważność możemy ćwiczyć przy pomocy jednej z wielu metod. Nie będę rozwijał tematu — istnieje szeroka literatura traktująca o tym zagadnieniu. Wybierzcie ćwiczenie, które odpowiada waszym preferencjom, i trenujcie!

Do trenowania dostrzegania granic polecam dwa stoickie ćwiczenia. Pierwsze to premeditatio malorum, czyli uprzednie rozmyślania nad złem (albo medytacje nad złem). Nazwa brzmi groźnie, ale ćwiczenie sprowadza się do wyobrażenia sytuacji, która może nas spotkać, a której się obawiamy — na przykład dlatego, że ryzykujemy przekroczenie w niej granic. Wyobrażamy sobie najgorszy przebieg tej sytuacji: jak do niego doszło, jakie są konsekwencje, co zrobimy po. Cel jest dwojaki: po pierwsze, pozwala zrozumieć, jak możemy dostosować postępowanie, by zminimalizować prawdopodobieństwo złego przebiegu sytuacji. Po drugie, pozwala dostrzec, że nawet za najgorszym jej przebiegiem jest ciąg dalszy — świat się nie skończy.

Premeditatio bonum — które możecie kojarzyć jako tytuł tego bloga — czyli medytacje nad dobrem, jest odwróceniem poprzedniego ćwiczenia. Zamiast wyobrażać sobie najgorszy przebieg, wyobrażamy sobie najlepszy i kontemplujemy, jak możemy do niego doprowadzić. Ta wersja ćwiczenia jest szczególnie przydatna dla osób, które nie najlepiej znoszą nastrój premeditatio malorum.

Do treningu poszanowania prywatności polecam technikę dwóch poziomów sądu. Polega ona na oddzieleniu impulsu emocjonalnego od działania poprzez wprowadzenie pomiędzy nie dodatkowego namysłu. Pierwszy poziom sądu w tej metodzie dzieje się automatycznie — to nasza emocjonalna reakcja na bodziec. Może to być na przykład współczucie, gdy empatycznie odczytujemy w kimś smutek. Drugi poziom sądu to ponowny namysł nad sytuacją, już nie automatyczny, ale świadomy. Analizujemy sytuację i sprawdzamy, czy emocjonalne wezwanie ma rację bytu. Jeśli tak — podążamy za nim, jeśli nie — zmieniamy reakcję. W ten sposób możemy powstrzymać wkroczenie w czyjąś prywatność dyktowane impulsem emocjonalnym.

Ta praktyka jest trudna i wymaga świadomego trenowania, ale może przynieść rezultaty nie tylko w obszarze relacji i prywatności, lecz szerzej — we wszelkich sytuacjach, które wyzwalają w nas reakcję emocjonalną.

Praca nad intymnością jest najbardziej organiczna ze wszystkich. Dwa kierunki, które sugeruję praktykować, to słuchanie i zaufanie. Praktyka słuchania to dbanie o to, by słuchać więcej, niż mówić. Istotne jest, by zachować uważność, czyli chłonąć to, o czym informuje nas druga strona, a nie potakiwać, bujając w obłokach. Praktykowanie zaufania to dzielenie się swoimi wrażliwymi stronami z drugim człowiekiem. Tu mogę tylko polecić próbowanie — zmaganie się ze strachem przed oceną i odrzuceniem. Wraz z kolejnymi próbami będzie łatwiej.

Podsumowanie

Balans między empatią a kontrolą jest jednym z najtrudniejszych do osiągnięcia w naszym funkcjonowaniu. Jest też jednym z najbardziej wartościowych — dobrze określony pozwala nam być niezwykłym wsparciem dla bliźniego.
Balans ten wydaje się być osiągalny, jeśli jesteśmy gotowi włożyć odpowiednią ilość pracy i podejść do sprawy w sposób świadomy.

A jak Wy znajdujecie balans między empatią a kontrolą? Czy idziecie z pomocą za podszeptem drobnych sygnałów, czy raczej wstrzymujecie się, by nie naruszyć czyjejś prywatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Empatia

Odkąd pamiętam, wolałem słuchać niż mówić. Uwielbiam zagłębiać się w czyjąś opowieść. Wyczulić się na niuanse głosu: kiedy się wzniesie, a kiedy zadrży. Chciwie wpatruję się w oczy i mimikę opowiadającego. Tyleż można wyczytać z tych wszystkich znaków! Im więcej potrafiłem odczytać, tym czułem się bezpieczniej, strach malał.

Dzięki temu mogę wskoczyć w buty opowiadających, poczuć ich emocje, zobaczyć świat z ich perspektywy. Mogę ich zrozumieć, mogę się stać dla nich lustrem.

Nie zawsze wiem, jak pomóc albo nawet jak zareagować, ale zwykle wiem, jak dopasować się do drugiej osoby tak, by poczuła się wysłuchana i zrozumiana. Z łatwością staję się empatycznym kompanem, przez którego można przepuścić nawet najtrudniejsze zmartwienia.

Przykład(y)

Ciężko jest mi podać jeden przykład. Zamiast tego przytoczę kilka ogólniejszych sytuacji, w których empatia się objawia.

Trudny dzień w pracy. Kiedy ktoś ze znajomych ma naprawdę ciężki dzień, potrafię to dostrzec. Choć zazwyczaj nic nie mogę z tym zrobić, mogę tej osoby wysłuchać i pobyć z nią chwilę.

Zmęczenie. Zauważyłem, iż łatwo mi rozpoznać u innych objawy zmęczenia. Niezależnie od tego, jakie są ich przyczyny, są pewne znaki, na które zwracam uwagę. Ponownie, niewiele mogę z tym zrobić, ale mogę wesprzeć dobrym słowem.

Słuchacz. Z moim mówieniem bywa różnie, ale ze słuchaniem jest właściwie zawsze dobrze. Potrafię to jak mało kto. Czy jest to zabawna historyjka, czy trudny temat wymagający uwagi, bliskie osoby znajdą we mnie przyjazne i cierpliwe ucho.

Po prostu być. Bywa, że najlepsze, co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu być. Nic nie mówić, niczego nie robić. Ja się do tego świetnie nadaję – jestem cichym, ale obecnym kompanem na momenty smutku i zadumy.

Skąd to się bierze?

To może zaskoczyć, ale jest to efekt uboczny lękowego stylu przywiązania!
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo. W ten sposób możemy uniknąć starcia z zagniewaną osobą, możemy dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Ten mechanizm z dzieciństwa przekłada się na szczególne wyczulenie na stany innych w dorosłości. Nadal szukamy tych samych zagrożeń emocjonalnych, których wypatrywaliśmy kiedyś, ale teraz możemy użyć naszych obserwacji, by nieść innym wsparcie, a nie tylko unikać niebezpieczeństwa.
To, co kiedyś miało chronić, może zacząć łączyć – tak z lęku rodzi się empatia jako dojrzałe zastosowanie lękowej czujności.

Ograniczenia i wyjątki

Żaden zmysł nie jest doskonały. Także i moja empatia może zawieść. Nieraz zdarzało mi się pomylić i błędnie rozpoznać czyjś stan emocjonalny, co skutkowało nietrafionymi działaniami z mojej strony. Zwykle nie prowadzi to do poważnych konsekwencji, ale bywa niezręczne.

Z powyższego wynika też, że niejednokrotnie nie korzystam ze swojej empatycznej intuicji, czyli rozpoznaję pewien stan innej osoby, ale nie poruszam tematu. To próba uniknięcia pomyłki poprzez niepodejmowanie ryzyka. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy intuicja dotyczy spraw błahych lub takich, w których nie mam nic do zaoferowania.

Podobna wstrzemięźliwość zwykle (choć nie zawsze) towarzyszy mi w przypadku spraw prywatnych lub intymnych. Kardynalny przykład: kiedy mam podejrzenia, że jakaś znajoma kobieta jest w ciąży. Nawet jeśli mam 99% pewności, że tak jest, nie poruszę tego tematu, póki sama o tym nie wspomni.

Jak to się objawia w relacjach?

Szybko i bez tłumaczenia potrafię wyczuć, w jakim stanie jest osoba, z którą rozmawiam. Zazwyczaj nie trzeba mi nawet mówić, że jest się smutnym, szczęśliwym czy zmęczonym – ja już to wiem. To przekłada się też na szybsze dostosowanie się do sytuacji i adekwatną do niej reakcję.

Nie kwestionuję odczuć i emocji drugiej osoby. Nie mówię żadnych: „A dlaczego miałoby ci być smutno?”, „Czym ty możesz być zmęczona?”. To, że mogę wejść w buty osoby, z którą rozmawiam, sprawia, że tego typu odzywki nie mają dla mnie sensu.

Moja reakcja i zachowanie (o ile sytuacja mnie nie przerasta) są dobrze dopasowane do rozmówcy. Nie zbaczam z tematu, nie mówię bez związku, trzymam się tego, co druga strona czuje i okazuje. Dzięki temu łatwo jest się przede mną otworzyć i wygadać. Dodatkowo lubię słuchać, i ludzie to dostrzegają, co jeszcze bardziej ułatwia otwieranie się.

Zakończenie

Uwielbiam słuchać. Bardzo lubię pomagać – a pomaganie musi wypływać ze zrozumienia. Dlatego wolę milczeć i chłonąć to, co mają do powiedzenia inni. Potrafię to robić, bo praktykuję.

Jak długo jednak można się w milczeniu przysłuchiwać i przyglądać? Kiedy przyjdzie ten czas, gdy druga strona poczuje się nie tyle wysłuchana, co raczej śledzona?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Opoka / Król Lodu

Stabilność emocjonalna jest piękną cechą charakteru. Pozwala nam być wsparciem dla naszych bliskich w chwilach próby. Czyni nas godnymi zaufania, bezpiecznymi przystaniami dla tych, których kochamy.

Wszyscy odczuwamy emocje, wszyscy mamy uczucia. Komunikowanie tych stanów jest ważne dla zrozumienia między ludźmi. Choć nie chcemy wylewać emocji, chcemy, by bliscy rozumieli, co przeżywamy.

Stabilność emocjonalna może wynikać z dwóch przyczyn: wytężonej pracy nad naszymi przekonaniami, która pozwoliła nabrać dystansu do źródeł emocji, lub z zimnego odcięcia się od ich przeżywania. Pierwsza droga pozwala nam utrzymywać spokój i szczerze komunikować emocje oraz uczucia. Druga tworzy fasadę spokoju, która staje się blokadą dla bliskości.

Dostrzegam u siebie siłę w sytuacjach emocjonalnie trudnych. Mogę stanowić opokę dla moich bliskich w chwilach próby. Nie załamuję się pod wpływem zaskakujących wydarzeń, panika nie ma do mnie przystępu. Jestem wsparciem i siłą.

Jednak siła ta płynie z zimnego miejsca, ze zbroi Króla Lodu, która odcina emocje, nie pozwalając im się ujawnić. To czyni mnie zimnym w emocjonalnym dotyku. To sprawia, że ludzie chcą trzymać ode mnie dystans. Choć czasem nie pragnę niczego bardziej niż bycia przytulonym, mój pancerz utrzymuje innych na odległość.

Jak to się łączy

Muszę odnotować, że pojęcia emocji będę używał w wąskim sensie. W tym sensie emocją jest strach, złość, euforia. Emocjami nie są miłość, stres, nienawiść itd.

Silna potrzeba niedoświadczania emocji i odporności emocjonalnej może być rozumiana jako element unikającego stylu przywiązania. To sposób na nieprzyciąganie uwagi otoczenia, kamuflaż. Kiedy wyrażamy swoje emocje, pokazujemy je światu. Ludzie wokół nas kierują się ku nam, by zbadać charakter i źródło naszych emocji.

Wszyscy miewamy obawy przed ekspresją naszych emocjonalnych przeżyć i pewne sposoby wyrażania emocji są nieakceptowalne. Emocje wylewające się z nas nieustannie sprawiają, że otoczenie obojętnieje na nie. Uczymy się więc je ograniczać, wybierać, kiedy chcemy je głośno wyrazić, tak by uzyskać maksymalny efekt – trenujemy wyzwalanie emocji proporcjonalnie do poziomu zagrożenia lub szansy.

To zdrowy mechanizm regulacji emocjonalnej, skutecznej selekcji tych emocji, których przyczynę możemy ogarnąć sami, oraz trud poszerzania spektrum emocji, które są dla nas do ogarnięcia.

Kiedy wyrażamy emocję, jest to sygnał dla naszego otoczenia, że potrzebujemy wsparcia – bo nie ze wszystkim, co emocję wyzwala, możemy uporać się w pojedynkę. Ekspresja emocjonalna w kluczowych momentach pozwala nam szybko zakomunikować potrzebę wspierającemu otoczeniu.

Problem pojawia się, gdy lęk przed przyciągnięciem uwagi i odrzuceniem sprawia, że uczymy się skrajnego blokowania swej ekspresji emocjonalnej. Przestajemy komunikować emocje, chyba że wyleją się z nas niekontrolowanie. W tym procesie odcinamy do nich dostęp nie tylko otoczeniu, ale także sobie. Przed sobą też musimy je ukryć, stłumić, zatrzymać w podświadomości. Przez to tracimy z nimi kontakt i możliwość głębszej pracy.

Emocje są naturalnym działaniem ludzkiego umysłu – nie można ich całkowicie wyeliminować. Można z nimi pracować, lepiej je zrozumieć i poznać mechanizmy konstruktywnego ich wyrażania i przetwarzania. Jednak to możliwe tylko wtedy, gdy nie staramy się ich tłumić.

Gdzie jestem

Obie strony tej cechy występują w moim życiu. Pytanie brzmi: gdzie się znajduję na spektrum między nimi?

Oceniam, że obecnie jestem przechylony w stronę Króla Lodu, przy czym moja zbroja systematycznie się topi. Od czasu, gdy przestałem pić i zacząłem odzyskiwać kontakt ze swoimi emocjami, powoli przesuwam się w stronę stabilności emocjonalnej, od emocjonalnego zblokowania. Zblokowanie jest silne w sferze emocji romantycznych oraz złości.

Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej unaocznić sytuację.

Pierwszy przykład z relacji damsko-męskich. Jest mi trudno okazać kobiecie, że czuję do niej pociąg. Zachowuję nadmierny dystans, jestem powściągliwy i opanowany, tak że sprawiam wrażenie kogoś, kto chce się kumplować. Mówienie chłodnym, opanowanym głosem, bez mimiki: „Hej, pięknie wyglądasz!” jakoś nie przynosi sukcesów.

Drugi przykład to gniew, który ma ciekawą dynamikę u mnie. Zazwyczaj kompletnie go nie okazuję, choć przewija się w moim wewnętrznym dialogu – chociażby, gdy przeklinam kierowcę, który zajechał drogę. Czasem jednak jakby się ulewa. Objawia się to lekką zmianą w głosie, pojawieniem się szorstkości. Czuję się wtedy jak pokrywka, pod którą buzuje gotująca się woda – jeszcze wrzątek się nie wylał, ale już tryskają kropelki, które mogą zaboleć.

Trzeci przykład to budząca nadzieję łatwość, z jaką przychodzi mi radowanie się. To nowość, coś, co rozwija się od kilku lat. Coraz częściej i chętniej jestem skłonny się śmiać i cieszyć towarzystwem. Jest mi łatwiej być w grupie, rozmawiać i żartować. To osiągnięcie ostatnich czasów i zapowiedź pięknych zmian w przyszłości!

Aby lepiej zrozumieć jak możemy pracować z tymi zagadnieniami, przedstawię moje rozumienie stanu do którego dążymy.

Optymalny stan

Zdefiniuję kilka etapów, które zbliżają nas do optymalnego stanu. W skrócie można powiedzieć, że to ścieżka zapoznawania się ze swoimi emocjami i ich przebudowy. Zaczną się tu pojawiać pierwsze stoickie nuty.

Etap pierwszy

Do pracy z emocjami niezbędne jest, by być ich świadomym. Dlatego pierwszym krokiem jest usłyszeć emocje. To brzmi prosto, jednak dla niektórych z nas jest skomplikowane.

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do ich tłumienia i odpędzania, że nie nauczyliśmy się ich słyszeć i rozróżniać. Na tym etapie czeka nas nauka emocjonalnego słownictwa oraz cielesnych i myślowych sposobów objawiania się poszczególnych emocji.

Jeśli nauczymy się rozróżniać niepokój od strachu, to już jesteśmy na dobrej drodze.

Etap drugi

Nawet gdy już wiemy, co czujemy, niełatwe jest mówienie o tym. Instynktownie chcemy chronić swój wewnętrzny świat, nie zdradzać go innym, czy to ze strachu, czy ze wstydu.

Umiejętność wypowiedzenia emocji, nazwania ich głośno wobec innych, jest kluczowym elementem rozpuszczania bariery emocjonalnej. Pozwala być lepiej zrozumianym przez drugiego.

Wypowiadanie nie musi zawsze mieć formy słów – cielesna reakcja na emocję także może być jasnym komunikatem.

Etap trzeci

Ten etap wchodzi już w myślenie stoickie. Jego osią jest zrozumienie, które z emocji odnoszą się do rzeczy od nas niezależnych i w jaki sposób. Które z nich odnoszą się do stanów preferowanych (przyjemnych), a które do tych, których chcemy unikać (nieprzyjemnych).

Jest to rozbudowanie wiedzy o emocjach zdobytej w pierwszym etapie. Pogłębiamy niuanse ich zrozumienia i identyfikujemy, z jakich przekonań wynikają i co je wyzwala.

Etap czwarty

Na tym etapie kontynuujemy w ramach myśli stoickiej. Rezygnując ze strategii tłumienia emocji, pozostawiamy pustkę w obszarze zarządzania nimi. W większości sytuacji nie jest to krytyczny problem. Jednak okazjonalnie, gdy emocje są silne, może to prowadzić do wybuchów i reakcji, które przyniosą więcej szkody niż pożytku.

Ćwiczenie dwóch poziomów sądu

Musimy wypracować konstruktywną strategię przetwarzania emocji. W ogólnym zarysie chodzi o to, by dołożyć dodatkowy poziom. Poza instynktowną reakcją, która jest pierwotna i niekontrolowana, dokładamy drugi poziom sądu: racjonalną i rzeczową analizę rzeczy. Dopiero po przeprowadzeniu tejże decydujemy, jak zareagować.

Jest to ćwiczenie dwóch poziomów sądu i powiem o nim więcej w ramach praktycznych metod pracy.

Etap piąty

Ten etap jest pracą na całe życie. Nie powinniśmy się spodziewać, że go wypełnimy przed śmiercią. Naszym zadaniem jest przybliżać się do ideału.

Każda emocja ma swoje źródło w wewnętrznym, nieuświadomionym przekonaniu. Jeżeli przekonanie mówi, że coś od nas niezależnego ma właściwość dobra lub zła, to jest to przekonanie błędne. Według stoików takie przekonania są źródłem emocji (wąsko rozumianych).

Praca stoika polega na wydobywaniu tych przekonań na powierzchnię, poddawaniu ich refleksji i krytyce oraz obalaniu lub podtrzymywaniu – zależnie od tego, czy są logicznie spójne. To praca żmudna i wymagająca, by powtarzać ją regularnie latami.

Naszym ostatecznym celem jest, by wszystkie podświadome przekonania wartościujące odnosiły się tylko do rzeczy zależnych. Kiedy tak się stanie, emocje ustąpią pola konstruktywnym uczuciom, a my staniemy się stoickim mędrcem i zaczniemy lewitować nad resztą ludzkości z uśmiechem na ustach.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Chcę wam zaproponować kilka ćwiczeń, które praktykuję, a które mają pomóc w lepszym zbalansowaniu podejścia do emocji. Niektóre z nich są stoickie, inne ogólne. Żadne z nich nie jest medycznym zaleceniem – nie mam ku temu kwalifikacji. Stosujcie je z rozsądkiem. Jeśli wywołują w was niepokojące objawy, nie brnijcie w nie na ślepo.

Ćwiczenie pierwsze

To ćwiczenie stosuję doraźnie. Kiedy jestem w sytuacji, która – przypuszczam – powinna wywołać emocje, a ich nie odczuwam, próbuję sobie wyobrazić, co powinienem poczuć, i staram się to poczuć.

Może brzmieć zabawnie, ale w momencie, kiedy nasze emocje są silnie odcięte, to sposób, by uzyskać wgląd, a także sposób, by stworzyć pozwolenie na daną emocję na przyszłość.

Sam stosuję to ćwiczenie także po fakcie. Medytuję wieczorem i przypominam sobie sytuację z dnia, w której zgaduję, że umknęła mi jakaś emocja. Wracam tam w wyobraźni i staram się ją przywołać.

Celem ćwiczenia jest zdolność pochwytywania i nazywania emocji, kiedy się pojawiają.

Ćwiczenie drugie

To także doraźne ćwiczenie, które stosuję, kiedy mam ku temu warunki.

Polega ono na tym, że kiedy pojawi się emocja – jeśli ją zauważę i nazwę – staram się ją wyrazić werbalnie i fizycznie. Po pierwsze, głośno wypowiadam jej nazwę. Po drugie, wysławiam tę emocję: okrzyk radości, przekleństwo złości. Po trzecie, fizycznie ją manifestuję: uśmiecham się, podnoszę ręce w geście triumfu, zaciskam pięści w złości. Wszystko to bez czynienia szkody sobie i innym!

Celem ćwiczenia jest utrwalenie pochwytywania emocji, nazywania ich i podstawowego wyrażania.

Ćwiczenie trzecie (dwa poziomy sądu)

To stoickie ćwiczenie, które opiera się na obserwacji dotyczącej natury przetwarzania emocji. Można w owym procesie wyróżnić dwa następujące po sobie etapy.

Pierwszy etap składa się z bodźca, który trafia na podświadome przekonanie. To generuje sąd wartościujący dany bodziec, a owo wartościowanie generuje emocję. Ta część procesu jest nieuświadomiona – dopiero końcowa emocja dociera do świadomości. Tutaj proces może się też zakończyć i po pojawieniu się emocji możemy podjąć standardowe, przypisane jej działanie.

W niektórych przypadkach może zostać uruchomiony drugi etap. Jest on świadomy i polega na zatrzymaniu automatycznej reakcji oraz ponownym rozważeniu sytuacji (bodźca). Zadajemy sobie pytania: co się konkretnie wydarzyło? Jaki wydałem sąd i czy jest on słuszny? Czy działanie, które sugeruje emocja, jest adekwatne? Przewartościowujemy pierwszy impuls i świadomie decydujemy, jak postąpić.

Każdemu z nas takie sytuacje przydarzają się przypadkiem. Esencją ćwiczenia dwóch poziomów sądu jest inicjowanie go z rozmysłem i świadomie – co pozwala podejmować lepsze decyzje, ale też sprawia, że łatwiej będzie nam uruchamiać go w przyszłości. Chodzi o świadome włączenie refleksji przed reakcją emocjonalną.

Ćwiczenie czwarte: praca z przekonaniami

To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszymi emocjami, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i inicjują uczucia.

Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą emocjom. Jak je wewnętrznie uzasadniam?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się wtedy dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy są racjonalne?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.

To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.

Podsumowanie

Choć do wykonania jest wiele pracy, wycofanie i zblokowanie emocjonalne nie jest wyrokiem. Celowa i wytężona praca może przynieść zmianę na lepsze.
Jak zawsze w przypadku tak fundamentalnych zmian trzeba być przygotowanym na to, że proces zajmie lata, a doskonałość może być nieosiągalna.

Uważam, że można roztopić zbroję Króla Lodu, nie przestając przy tym być opoką dla innych, ale jest to zadanie wymagające czasu i wysiłku.

A jak wy traktujecie swoje emocje? Potraficie z nimi żyć, czy raczej odpychacie je w głąb, byle ich nie poczuć?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Królu Lodu

Najwygodniej jest nie odczuwać emocji. Wtedy nic nie zakłóca analitycznego rozkładania świata na czynniki pierwsze. Życie staje się poukładane i przewidywalne. Gdyby dało się tak cały czas, byłbym szczęśliwy. Ale czy szczęście to nie emocja?

Znam ten stan: kiedy coś mnie wzburzy, podnosi się wewnątrz lodowaty pancerz. Tylko przez chwilę pozostaję poruszony, by za moment nie czuć już nic. Wiem, że to nie pomaga w relacjach z ludźmi: ja gubię się w ich emocjach, tak słabo je znam, oni nie mogą odczytać moich, bo ich nie okazuję. Jawie się zimny i niedostępny niczym Król Lodu.

A kto by się chciał przytulić do zimnego posągu?

Przykład

Najbardziej dramatycznie widać to pod koniec mojego picia. Przez trzy miesiące byłem w depresji alkoholowej. Moje życie było wyssane z radości. Mimo to chodziłem codziennie do pracy. Wykonywałem bez entuzjazmu i zaangażowania swoje obowiązki. Jadłem posiłki i piłem kawę. Czasem nawet rozmawiałem z ludźmi.

Spotykałem się z rodziną. Rozmawiałem z przyjaciółmi.

Przez cały ten czas nie dałem po sobie poznać, że towarzyszy mi cierpienie. Zachowywałem tę samą fasadę, którą trzymałem wcześniej: całkowity spokój, neutralna mina, wycofanie.

O ile mi wiadomo, nikt nie miał cienia podejrzenia, że przechodzę przez trudny okres. A przecież dzień czy dwa po planowaniu skoku pod pociąg byłem w pracy, wśród ludzi. Moje maskowanie było perfekcyjne.

Było tak dobre, że nikt, nie miał szansy ani okazji, by wyciągnąć do mnie pomocną dłoń. Odciąłem się od szansy na poprawę swojej sytuacji, czyli od pomocy drugiego człowieka. Tylko łut szczęścia zdecydował, że przeżyłem pomimo swej lodowej zbroi.

Więcej przykładów

Kobieta, na którą lecę, nie ma pojęcia, że tak właśnie jest – nawet jeśli mi się wydaje, że wysyłam sygnały, to domyślam się, że są trudne lub niemożliwe do rozpoznania.

Nigdy nikomu nie mówię: „kocham cię” – nie pamiętam sytuacji, w której powiedziałbym to komukolwiek. W dzieciństwie się zdarzało, ale nie mam konkretnych wspomnień.

Nigdy nie płaczę – nie płakałem na trzeźwo od około 25 lat. Nie liczę reakcji alergicznych, wiatru w oczy. Emocje nie są w stanie wywołać u mnie łez, czego niezmiernie żałuję.

W pracy nikt nie miał szans się zorientować, że jestem z niej głęboko niezadowolony – obecnie odchodzę, ale nikt nie miał nawet szansy, by w międzyczasie rozpoznać sytuację.

W pracy kierowano mnie do zadań, do których się nie nadawałem, bo sprawiałem wrażenie, że sobie dobrze w nich radzę. Momentami tak pewnie nawet było, ale moja frustracja rosła.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest podobna jak w przypadku omawianej odporności – wynika z unikającego stylu przywiązania, wzorca emocjonalnego, w którym bliskość kojarzy się z zagrożeniem.

Schemat może wyglądać następująco: wydarza się coś, co sprawia, że odczuwam silną emocję. Powiedzmy, że zobaczyłem kobietę, która mi się podoba, w niezwykle twarzowej sukience. Poczułem zachwyt nad jej pięknem. Są dwie opcje: mogę do niej podejść, uśmiechnąć się i powiedzieć: „ależ pięknie wyglądasz!”, albo mogę zachować kamienną twarz, powiedzieć „cześć” i zacząć rozmowę o pogodzie.

Pierwsza opcja wymaga silniejszego poczucia mojej emocji, a następnie ujawnienia jej przed drugą osobą. Ryzykuję odrzucenie i związany z nim ból. Mogę zyskać wzajemność.

Druga opcja wymaga i pozwala mi stłumić emocję zachwytu, nie ujawniając jej nikomu. Nie ryzykuję emocjonalnego bólu, ale tracę szansę na wzajemność.

Wybieram uniknięcie cierpienia ponad nadzieję spełnienia i idę za opcją drugą.

Unikający styl przywiązania staje się rodzajem ochraniacza przed emocjonalnym cierpieniem, ale jest to ochraniacz, który krępuje moje ruchy. To metaforyczna lodowa zbroja, która chroni, ale kiedy staje się za gruba i pełna, sprawia, że nie jestem w stanie wykonać kroku i tracę kontakt ze światem.

Pragnienie uniknięcia cierpienia prowadzi mnie do odcięcia się od ważnego elementu mojego człowieczeństwa, a pośrednio także do odcięcia mnie od drugiego człowieka. Bez otworzenia się na ryzyko cierpienia oddaję szansę na bliskość.

Ograniczenia i wyjątki

Złość jest emocją, która ma największą szansę na przebicie się przez pancerz lodu. Wyobrażam sobie, że dla kogoś z zewnątrz może to być niepokojący i zaskakujący obraz, kiedy zazwyczaj lodowato spokojny człowiek wybucha ni stąd, ni zowąd złością. A są to gwałtowne wybuchy. Jak już przeniknie ona przez bariery, to jest w niej olbrzymia niszczycielska siła.

Sam siebie się boję, kiedy ogarnia mnie złość.

Bardziej pozytywnym, choć równie zaskakującym wyjątkiem od reguły jest radość. Tutaj także mamy do czynienia z wybuchami, ale zazwyczaj nie mają one charakteru niszczycielskiego.

Z wybuchami radości mogę pracować, by uczynić je częstszymi, osłabiając tym samym moją zbroję i pokazując więcej swojego charakteru.

Ogólna obserwacja jest taka, iż emocje kumulują się we mnie i objawiają wybuchowo. Muszą przekroczyć pewien próg intensywności – wtedy się wylewają, ale póki tego nie uczynią, są całkowicie niewidoczne.

Jak to się objawia w relacjach

Mam spore trudności ze zrozumieniem emocji innych. Sam odczuwam je płytko i nie rozumiem ich wpływu na drugiego człowieka, przez co je zbywam. Nie pochylam się nad nimi, nie współodczuwam, tylko przechodzę do logicznego atakowania problemu.

To tworzy ryzyko, że kogoś skrzywdzę, nie zdając sobie sprawy, że moje zachowanie raczej przyczyni się do zaognienia emocji drugiej strony niż do ich załagodzenia.

Mimika mojej twarzy sprowadza się do jednej miny – co by się nie działo, jej wyraz pozostaje niezmienny. Mnie się wydaje, że go zmieniam w zależności od nastroju, ale tak nie jest.

To sprawia, że jestem postrzegany jako człowiek spokojny, ale też chłodny. Zniechęca to innych, by się do mnie zbliżali. Obserwuję, iż ludzie mają tendencję do utrzymywania dystansu, unikania kontaktu fizycznego.

Niewerbalne sygnały, które wysyłam innym, są tak delikatne, że nie do odebrania. Szczególnie frustrujące jest, kiedy próbuję zasygnalizować kobiecie, że ją lubię. Albo się wycofuję, by nie pokazać nic, albo zostawiam w sygnale furtki, jak go nie zinterpretować jako sygnału.

Pomimo tego oczekuję, że inni sygnały odczytają – frustruję się, gdy pozostaję niezrozumiany czy gdy nie ma reakcji na sygnał. Oczywiście tej frustracji też nie daję po sobie znać!

Zakończenie

Nie da się nikogo przytulić do serca, jeśli jest się odzianym w zbroję. Prawdziwa bliskość nie jest możliwa, jeśli nie ma w nas gotowości, by wystawić się na ciosy.

Choć w trudnych momentach życia zbroja pozwala nam utrzymać się na nogach i przetrwać, będąc wsparciem dla naszych bliskich, na co dzień może być przeszkodą, która sprawi, że nikogo bliskiego mieć nie będziemy.

A jak jest u was? Potraficie wyważyć odporność z wrażliwością? Potraficie być ostoją, nie tracąc delikatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Opoce

Przeciwności losu nie wstrząsają mną specjalnie. Kiedy przychodzi mi się mierzyć z trudną wiadomością, zamieram na moment, ale już po chwili jestem gotowy do działania. Mój umysł odgradza się od emocji, zachowując dzięki temu zdolność do podejmowania racjonalnych działań i decyzji.
W trudnych sytuacjach można się na mnie oprzeć i nie ma ryzyka, że się załamię. Potrafię utrzymać siebie i innych bez poddawania się rozpaczy. W trudnych chwilach, kiedy potrzebna jest spokojna przystań i opoka, ja nią jestem.

Przykład

Najważniejszym przykładem przydatności tej cechy był czas tuż po śmierci taty. Była nagła i zaskakująca. Wtrąciła rodzinę w trudny emocjonalnie okres. Na mnie także odcisnęła swoje piętno, jednak dość szybko odciąłem się od intensywnych emocji. Odzyskałem spokój.

Zachowywałem przytomność umysłu, by zajmować się prostymi, życiowymi sprawami – jedzeniem czy piciem. Krzątałem się po domu i ogarniałem drobnostki. W tej krzątaninie był element rozładowywania napięcia, ale też konieczność, do której nikt inny nie miał serca.

Miałem spokój, którego inni potrzebowali. Utrzymywałem go przez długi czas, pozostając dostępnym wsparciem. To była jedna z najcięższych prób mojego opanowania, jakie przeżyłem.

Więcej przykładów

Niedawno spędziłem nieco czasu, pomagając mamie w wybieraniu elementów do urządzenia mieszkania.
Mama była nieco zestresowana całą sytuacją.
Moją rolą w całej sprawie było zachowanie spokoju. Nie doradzałem, co wybierać, tylko potwierdzałem i potakiwałem. Nie dzieliłem się żadną ekspercką wiedzą, bo jej nie mam. Po prostu zachowywałem spokój.
To była konkretna pomoc, którą mama doceniła.

Kiedy nastaje jakaś sytuacja kryzysowa – choroba w rodzinie lub coś podobnego – zachowuję spokój. Nie daję się ponieść ani hurraoptymistycznym rozważaniom, ani najczarniejszym scenariuszom. Pozostaję wyważony.
Kiedy sprawy zaczynają przybierać niepomyślny obrót, nie panikuję i nie tracę głowy. Chętnie pomagam innym i daję proste wsparcie w postaci swojej spokojnej obecności i logicznego słowa.

W pracy, kiedy dzieje się coś trudnego, emanuję spokojem. W konfrontacji z trudnym klientem czy ze skomplikowaną sytuacją w zespole mogę zachować spokój.
W wielu przypadkach pozostaję analityczny i logiczny, nawet jeśli w innych osobach buzują emocje.
Utrzymuję koncentrację na celu, zamiast wdawać się w sprzeczki i przepychanki słowne.
Odcinam się od opinii o osobach i koncentruję na zadaniu – to działa uspokajająco i pozwala osiągać lepsze wyniki.

Spójrzmy na przyczynę takiego stanu rzeczy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź kryje się w unikającym stylu przywiązania.

Powoduje on tendencję do nieangażowania się emocjonalnie w otaczające mnie wydarzenia oraz do niskiej odpowiedzi emocjonalnej na stres. Nie byłoby prawdą powiedzieć, że wydarzenia zupełnie na mnie nie wpływają. Jednak ten wpływ jest niewielki i łatwo go zatrzymać.

Ten mechanizm daje mi poczucie kontroli. Pozwala mi nie podążać za porywami serca w kierunku relacji, których racjonalnie nie pragnę. Unikam w ten sposób odrzucenia i zachowuję bezpieczny dystans.

Mechanizm uaktywnia się, gdy pojawia się silna emocja. Nim wzbierze ona falą, która odbiera kontrolę racjonalnemu umysłowi, zostaje stłumiona. W takiej osłabionej formie dopiero jest przetwarzana przez umysł. Unikam utraty kontroli i pogłębiania się emocji.

Ograniczenia i wyjątki

Kiedy jestem sam i nikt nie widzi, moja emocjonalna garda słabnie. Nie znika całkowicie, ale jest bardziej przepuszczalna. Ma to swoje dobre i złe strony.
Dobre, bo czuję większą swobodę, by śmiać się i radować.
Złe, bo czuję większą swobodę, by wyzwalać złość i agresję.

Pęknięcia w mojej pozycji jako opoki mogą wywołać dwie emocje: złość i radość.

Złość ma generalną tendencję do przenikania przez moją opokę najsilniej ze wszystkich emocji. Jeżeli obserwujecie mnie wyrażającego jakąś emocję, to najpewniej jest to jakaś forma złości.
Złość służy mi do przykrywania innych emocji. Jest pewnego rodzaju maską dla smutku, żalu, rozpaczy itd. Dlatego też ma tendencję do ujawniania się w największym stopniu i w nieodpowiednich momentach.
Pod wpływem złości grozi mi, że z opoki mogę zmienić się w agresora.

Radość jest druga pod względem siły przebicia. Przychodzi mi łatwo. Szczególnie w grupie ludzi wyzwala się najintensywniej.
Wspólna radość łączy grupę. Dlatego jest tak ekspresyjna w sytuacjach interakcji z innymi ludźmi. Śmiech jest uniwersalnym językiem, który przychodzi nam łatwo.
Pod wpływem radości z opoki staję się towarzyszem zabaw.

Jak to się objawia w relacjach?

Nawet w najtrudniejszych chwilach możesz na mnie polegać. Wszyscy wokół mają poczucie, że wali się świat – ja zachowuję spokój i klarowność myślenia.
Możesz się do mnie zwrócić o wsparcie, a ja ci go udzielę ze spokojem i łagodnością. Będę elementem oporu przeciwko nawale emocji. Stałym punktem.
Daj mi zadanie, a ja je wykonam bez kłótni i chaosu. Będę pracował spokojnie nad naszym wspólnym celem i dowiozę to, co dowieść się da. Nie złamią mnie intensywne emocje.

Zajmę się wszystkimi przyziemnymi sprawami wtedy, gdy ty nie jesteś w stanie o nich nawet myśleć.
Gdy nic nie można zrobić, jestem ramieniem, na którym możesz się wesprzeć. Nie mam wielu słów pociechy, ale mam spokój i stateczność, które są kojące w chwilach wielkiej straty i ciężkiej próby.
Śmiało wesprzyj się na mnie, jeśli tego potrzebujesz. Nie bój się – nie złamiesz mnie. Razem wytrwamy dłużej!

Jeśli potrzebujesz rady w trudnej sytuacji, zawsze mogę jej udzielić na spokojnie, bez poddawania się emocjom. Przeanalizuję logicznie twoją sytuację i sformułuję na podstawie tej analizy rekomendację.
Jeśli potrzebujesz trzeźwego spojrzenia, mam je zawsze do dyspozycji i chętnie się nim z tobą podzielę.

Pamiętaj jednak, że moja odporność ma swoje granice, a mój spokój – z pomocnego może stać się paraliżujący.

Zakończenie

Cieszę się, że mogę być oparciem w trudnych sytuacjach. To satysfakcjonujące uczucie. Jasne, czasem bywa też męczące, ale nie na tyle, by stanowiło to realny problem.
Medal ten ma jednak i drugą stronę: gdy spokój zamienia się w zamrożenie emocjonalne. Kiedy emocje nie są pod kontrolą, tylko są uwięzione pod taflą lodowej blokady. Wtedy do głosu dochodzi Pan Lodu…

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Samodzielność czy izolacja

Samodzielność jest cechą przydatną w życiu. Pozwala nam ogarniać codzienne sprawy. Usamodzielnianie się jest naturalnym procesem dorastania.
Proszenie o pomoc jest elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Dzięki niemu osiągamy więcej niż w pojedynkę. To mechanizm tworzenia bezpieczeństwa w grupie i sposób na jej integrację.
Potrzeba samodzielności może się jednak stać tak dominująca, że uniemożliwia nam proszenie o pomoc. Stajemy się samodzielni do absurdu. Choć widzimy, że nasze decyzje są szkodliwe, nie potrafimy ich zmienić, bo naruszyłyby naszą potrzebę samodzielności.

W moim życiu dostrzegam wiele zaradności. Łatwo uczę się nowych umiejętności i wykorzystuję je, by rozwiązywać codzienne trudności. Chętnie pomagam innym i czerpię z tego radość. Nie potrzebuję wsparcia w codziennych sprawach. Jestem samodzielny.
Samodzielność jest dla mnie tak ważna, że uczyniłem z niej konieczność. Stałem się Rafałkiem-samosią, który wszystko chce zrobić sam. Nie potrafię prosić o pomoc, chyba że w ostateczności. Nawet kiedy widzę, że moje starania nie przynoszą rezultatu, zacinam się i brnę dalej. Izoluję się od wsparcia innych.

Jak to się łączy

W moim przypadku zaradność i nieumiejętność proszenia o pomoc są manifestacjami mechanizmu psychicznego. Mają swoje źródło w lęku przed odrzuceniem i unikającym stylu przywiązania.
W każdym z nas, kiedy prosimy o pomoc, jest obawa, że spotkamy się z odmową. Ci, których pomocy szukamy, nie zawsze mogą czy chcą jej nam udzielić. Ta obawa napędza nas do uczenia się najpotrzebniejszych umiejętności. Towarzyszy nam w procesie usamodzielniania się od rodziców. W miarę jak ograniczają oni swą pomoc, uczymy się zaspokajać swoje potrzeby na własną rękę.
To zdrowy mechanizm, który towarzyszy nam przez całe życie. Gdy pojawiają się potrzeby i możemy je zaspokoić samodzielnie, uczymy się tego, szczególnie gdy jakaś potrzeba wymaga częstego zaspokajania.

Jednak nie każdą potrzebę można zaspokoić w pojedynkę. Nie każdą trzeba – wiele z nich inni ludzie chętnie zaspokoją, czy to za opłatą, czy z dobrej woli. Nie każdą warto – te, które ktoś potrafi ogarnąć lepiej niż my.
W takich sytuacjach prosimy o pomoc.
Problem pojawia się, gdy lęk przed odmową urasta do takich rozmiarów, że motywuje nas nie tylko do uczenia się samodzielności, ale do dążenia do samowystarczalności. Gdy staje się tak intensywny, że boimy się poprosić o pomoc, nawet wtedy, gdy jest to wskazane.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a samowystarczalność jest utopią. Próbując do niej dążyć, sprawiamy, że chęć robienia samemu z zasobu staje się ograniczeniem. Zawężamy swoje możliwości. Stajemy się samotnikami, izolowanymi w swoich potrzebach.

Gdzie jestem

Oba opisane tryby występują w moim życiu. Pytanie, który z nich jest dominujący? Na chwilę obecną dominuje tryb Rafałka-samosi, czyli jestem przechylony w stronę izolacji. Najważniejszą obserwacją, która prowadzi mnie do tego wniosku, jest to, jak trudno jest mi prosić o pomoc. Trudno jest mi sobie przypomnieć więcej niż jedną czy dwie sytuacje z ostatniego roku, w których zdecydowałem się o nią poprosić. Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej naświetlić sytuację.

Pierwszy przykład z pracy. Miałem kilka projektów, które upadły na ostatniej prostej, czyli na etapie poproszenia ekspertów o informację zwrotną. Wolałem zarzucić projekt, niż zwrócić się o pomoc. Pogrzebałem kilka inicjatyw i swoje szanse na awans i karierę.

Drugi przykład to sytuacja, w której odrzucam pomoc, nawet gdy została mi zaoferowana. Koleżanka zaproponowała, że może rzucić okiem na mój profil na Tinderze, żeby coś w nim poprawić. Ja przytaknąłem, podziękowałem za ofertę i nigdy nie wróciłem do tematu. Niedługo potem, zniechęcony, zawiesiłem swoje konto.

Z drugiej strony, trzeba powiedzieć, że jestem dość ogarniętym kawalerem. Obiad ugotuję, pranie zrobię, mieszkanie posprzątam, gwoździa wbiję, gniazdko wymienię, koło zmienię i tak dalej. Nie wszystko zrobię najlepiej czy szybko, ale zrobię.
Do tego projekty, które mogę realizować w pełni w pojedynkę, idą jak burza! Świetnie mi się działa w takim trybie. Za przykład może posłużyć ten blog. Zbliżam się do roku cotygodniowego publikowania wartościowych tekstów.

Optymalny stan

Zamiast określenia idealnej sytuacji, zaproponuję kilka etapów, poprzez które można do niej dotrzeć, a każdy jest preferowany ponad poprzednim. W dalszych rozważaniach wykorzystam perspektywę stoicką jako ramy do pracy nad sobą.

Pierwszy etap: Nauczyć się prosić o pomoc wbrew lękowi.
Na tym etapie nadal odczuwamy strach, gdy mamy poprosić o wsparcie, ale działamy pomimo niego. Ten etap jest spektrum, czyli przechodzi od: „czasem uda mi się pokonać lęk” do „pokonuję lęk za każdym razem”. Drugi koniec spektrum to już zdrowe funkcjonowanie, choć naznaczone dawką lęku.

Drugi etap: Zastąpić lęk niepokojem.
Na tym etapie, a przeplata się on z etapem pierwszym, dążymy do redukcji lęku. Ponownie jest to spektrum, na którego końcu znajduje się niepokój, rozumiany tu jako słabsza wersja lęku. Mniejszy lęk oznacza, że łatwiej jest go przezwyciężyć i wbrew niemu działać. Spełnienie tego etapu oznacza wolność od lęku związanego z proszeniem o pomoc.

Trzeci etap: Zastąpić niepokój ostrożnością.
Kto nie jest stoikiem, może zatrzymać się na etapie drugim. Dla stoika jest jeszcze praca do wykonania. Wyjaśnię pokrótce, o co chodzi z „ostrożnością” w tym kontekście.
Na ostrożność składają się trzy rzeczy: zrozumienie, że to, co od nas niezależne, może potoczyć się nie po naszej myśli, przewidywanie skutków i przezorne planowanie tego, co od nas zależne. W skrócie można by to określić jako połączenie akceptacji i przezorności. To stoicka alternatywa dla strachu.
Kiedy strach i niepokój związany z odrzuceniem prośby o pomoc zastąpimy ostrożnością, osiągniemy optymalny stan. Ostrożność powie nam, że nasza prośba może zostać przyjęta lub odrzucona – to od nas niezależne. Rozważy za i przeciw prośby i zdecyduje, czy ją wysunąć, oraz przygotuje plan na wypadek odrzucenia.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Ćwiczenia w tej sekcji są moimi prywatnymi pomysłami do pracy z opisanymi mechanizmami. Nie stanowią porady psychologicznej czy medycznej. Używajcie rozsądnie.

Ćwiczenie pierwsze: Zidentyfikuj potrzebę i poproś o pomoc.
Oczywisty pierwszy krok. Wymaga uważności i świadomego analizowania potrzeb. Dobrym momentem jest poranny przegląd siebie, zastanowienie się nad nadchodzącym dniem i rozpoznanie czekających nas wyzwań.
Wybierzmy jedno, przy którym pomocy może nam udzielić ktoś zaufany i bezpieczny. Niech to będzie coś drobnego.
Poprośmy tę osobę o pomoc wbrew oporowi. Jeśli dziś się nie uda, spróbujmy jutro.

Ćwiczenie drugie: Premeditatio Malorum.
To klasyczne ćwiczenie stoickie ma zastosowanie do naszej pracy. Łacińska nazwa tłumaczy się jako „uprzednie rozmyślania nad złem”, a polega na wyobrażaniu sobie negatywnego scenariusza wydarzenia, które budzi w nas lęk. Wyobrażamy sobie konsekwencje oraz naszą reakcję. Co się faktycznie stanie? Co uczynimy, gdy to się stanie? Jak zareagujemy?
Celem jest stępienie ostrza lęku, w myśl zasady, że dobrze poznane zagrożenie jest mniej straszne niż niepewność.
Uważajmy jednak – jeśli ćwiczenie wywołuje u nas depresyjne nastroje lub silny lęk, zaprzestańmy go.

Ćwiczenie trzecie: Zależne/niezależne.
Równie klasyczne ćwiczenie polegające na analizowaniu sytuacji pod kątem tego, co jest od nas zależne, a co nie. Za Epiktetem:
„Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas: ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem.”
To ćwiczenie może być wykonywane w połączeniu z Premeditatio Malorum lub niezależnie. Jego celem jest skoncentrowanie uwagi na tym, co kontrolujemy, i stworzenie dystansu, a przez to zmniejszenie lęku o to, czego nie kontrolujemy.
To ćwiczenie jest krokiem ku zastąpieniu lęku przeczuwaniem.

Ćwiczenie czwarte: Praca z przekonaniami.
To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszym lękiem, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i lęku nie powodują.
Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą lękowi przed proszeniem o pomoc. Jak to wewnętrznie uzasadniamy? Co, poza strachem, czujemy?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się na tym etapie dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy mój strach jest racjonalny?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.
To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.
Jeśli uda się nam je zakończyć, to oznaczałoby, że właśnie osiągnęliśmy optymalny stan i możemy sobie pogratulować, bo jesteśmy pierwszymi ludźmi w historii, którym się to udało.

Podsumowanie

Dzisiejsze rozważania kończymy pozytywną i praktyczną nutą. Choć mogą trapić nas trudności w proszeniu o wsparcie tam, gdzie jest ono potrzebne, nie stanowią wyroku. Są praktyczne kroki, które możemy podejmować, by modyfikować swoje schematy oraz łagodzić ich wpływ na codzienne funkcjonowanie.
Kluczowe jest, by przygotować się na długą drogę i proces, który nie musi być monotoniczny. Wdrożenie zaproponowanych tu metod to praca na miesiące i lata, podczas których możemy być pewni, że po wzlotach przyjdą upadki. Wiemy jednak, że skomplikowane i głębokie problemy nie mają łatwych rozwiązań.

Dobra wiadomość jest taka, że już z samego podążania tą drogą można czerpać radość i spełnienie!

A gdzie dla was przebiega granica między samodzielnością a izolacją?
Czy potraficie znaleźć idealną drogę pośrednią?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Rafałku-samosi

Nie cierpię tego uczucia, gdy muszę kogoś poprosić o pomoc. Jestem przekonany, że powinienem był poradzić sobie sam, ale coś poszło nie tak – zawiodłem. Konieczność proszenia o wsparcie budzi we mnie lęk przed odrzuceniem. Co jeśli odmówią? Co jeśli pomyślą, że jestem słaby?

Nie jest ważne, czy to mała sprawa, czy wielkie zadanie. Nie chcę prosić o pomoc, nie potrafię prosić o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam. To schemat, który kładzie się cieniem na moim życiu i ogranicza moje możliwości.

Opowiem wam dzisiaj, jak to jest, że tak trudno jest mi prosić o pomoc.

Przykład

Jako przykład wezmę coś świeżego – poszukiwania pracy.

Zmieniam ścieżkę kariery. Z konsultingu chcę przenieść się do sektora non-profit. Rozważam pracę w organizacjach charytatywnych, na uczelniach czy w bibliotekach. Szukam czegoś, co da mi poczucie, że realnie i pozytywnie wpływam na czyjeś życie.

Ze względu na specyfikę tych branż kluczowym sposobem na znalezienie zatrudnienia jest wykorzystanie sieci kontaktów. Najpierw szuka się pośród znajomych, a dopiero potem daje ogólne ogłoszenie.

Wsparcie znajomych jest niezwykle istotne dla sukcesu tego przedsięwzięcia. Rozmawiałem o tym z moim przyjacielem Krzysiem. Mówił mi to, co powyżej: popytaj, wykorzystaj sieć, większość ofert nie trafia na portale. Ja przytakiwałem: racja, to ma sens. W 100% zgadzałem się i nadal zgadzam z tą diagnozą.

Co w związku z tym robię? Wchodzę na portale z ogłoszeniami i sprawdzam, czy czegoś nie ma. Szukam studiów podyplomowych, by zdobyć nowe kwalifikacje. Zaprzęgam AI, żeby napisać dobre CV – choć nie mam go gdzie wysłać. Martwię się, że coś mi nie idzie.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale coś tu nie gra. To, co robię, ma się nijak do tego, co uważam za skuteczne. Dlaczego? Dlatego, że Rafałek wszystko chce zrobić sam. Nie chce niczyjej pomocy, nawet jeśli proszenie o nią jest sensowne. Nieważne, pod jak wielką górę mam się wspiąć – ważne, żeby nikt mi w tym nie pomagał.

Szukanie pomocy w znalezieniu pracy byłoby oznaką słabości, wystawieniem się na odrzucenie, odkrywaniem się przed drugim człowiekiem. A że by zadziałało? To ma drugorzędne znaczenie.

Więcej przykładów

Życie prywatne:

  • Uszkodzona ściana w sypialni – jak składałem szafę, walnęła o ścianę. Oczywiście robiłem to sam, bez pomocy.
  • Sporty zespołowe – czuję wściekłość, gdy podczas gry popełnię błąd, szczególnie gdy ktoś z zespołu go naprawi. Nie gram już w gry zespołowe.

Praca:

  • Projekty w pracy upadłe na ostatniej prostej – blokuję się i prokrastynuję, kiedy przychodzi moment, by omówić lub przedstawić wyniki. Moje projekty potrafią upaść na niechęci do ustalenia ostatniego spotkania, które je „przyklepie”.
  • Stracone okazje na wspólne zbudowanie czegoś – kiedy pojawia się perspektywa pracy w zespole, ogarnia mnie zniechęcenie. Jeśli nie ma jasnego podziału zadań, mam tendencję do spychologii, czekania, aż inni coś zrobią.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest bardzo podobna jak w przypadku zaradności.

Proces uniku przebiega następująco: zaczyna się od zidentyfikowania zadania lub potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję wnieść materac do mieszkania. Rozważam opcję wykonania zadania. Są dwie: dzwonię do znajomego i proszę o pomoc albo próbuję wtaszczyć materac w pojedynkę.

Ważę opcje: pierwsza wymaga kontaktu ze znajomym, przyznania się, że nie jestem w stanie czegoś zrobić sam, poproszenia o pomoc i czekania, czy się zgodzi. Druga opcja wymaga pół godziny szarpania się z wielkim klamotem po schodach – ryzykując uszkodzenie towaru i ciała.

Przedkładam uniknięcie psychicznego bólu ponad nieomal pewny ból fizyczny. Taszczę materac w pojedynkę.

Reszta to masowanie naciągniętych pleców i pławienie się w dumie, że sobie poradziłem – co umacnia schemat.

Z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z ludźmi rodzi się podejmowanie zadań ponad siły, które przynosi mi szkodę fizyczną. To jeden przykład działania mojego stylu przywiązania.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się z minimalizowaniem polegania na innych. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na niechęć do proszenia o jakąkolwiek pomoc, do współpracy i wspólnego rozwiązywania problemów. Wszystko próbuję robić sam – nawet jeśli wiem, że nie jest to optymalne albo problem mnie przerasta.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią –unikam odrzucenia.

Ograniczenia i wyjątki

Korzystanie z pomocy specjalistów, osób nieznajomych, nie jest końcem świata i przychodzi mi względnie łatwo. Przykład: pomoc lekarza. Staram się jej unikać, ale szybko rezygnuję z leczenia na własną rękę i udaję się do specjalisty.

Jak już się do nich zwrócę, nie kwestionuję zaleceń i się ich trzymam.

Można ująć to szerzej i powiedzieć, że jest mi łatwiej korzystać z pomocy w sytuacjach, gdy za nią płacę i gdy udzielająca jej osoba jest mi obca. Biznesowy charakter transakcji ułatwia mi pogodzenie się z tym, że nie robię czegoś sam. To stoi w kontraście do proszenia o pomoc przyjaciela, gdzie stawiam się w pozycji petenta, a nie partnera biznesowego.

Najważniejszym wyjątkiem jest sytuacja, w której zostaję przyparty do muru – kiedy już nie mogę sam przed sobą udawać. Wtedy mogę siebie przekonać do tego, by poprosić o pomoc.

Nie jestem zadowolony z takiego obrotu rzeczy. Jest we mnie masa wstydu i niechęci, często nakierowanych na osobę, która niesie mi pomoc. Dla ulgi tworzę fantazje o interesowności osoby, która mi pomaga.

To czyni całą sytuację bardziej transakcyjną, co jest dla mnie łatwiejsze niż jednostronne otrzymywanie pomocy.

Czekam do ostatniej możliwej chwili z proszeniem o pomoc. Czasem przeciągam sytuację poza punkt, w którym pomoc jest możliwa. Bywa, że sprowadzam na siebie w ten sposób kłopoty.

Jak to się objawia w relacjach

Najłatwiej zauważyć to moje podejście poprzez to, czego nie ma – nie proszę prawie nigdy o pomoc. Czasem może być nawet widoczne, że z czymś trudnym się borykam albo sobie nie radzę, ale nawet wtedy nie proszę o wsparcie.

Z drugiej strony jestem generalnie chętny do pomocy, kiedy ktoś poprosi, gdy widzę, że mógłbym się na coś przydać. W ten sposób tworzę asymetrię w relacjach, która jest dla mnie wygodna emocjonalnie. Czuję się bezpiecznie, gdy mam poczucie, że druga osoba ma wobec mnie zobowiązanie.

Unikam angażowania się we wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli trzeba znaleźć dobry prezent dla kogoś i grupa przyjaciół debatuje, co to mogłoby być, ja będę miał tendencję do niemieszania się i wybierania po swojemu. To sprawia, że moje prezent bywają nietrafione.

Efektem tego zjawiska jest moje mniejsze zgranie z grupą. Wspólne rozwiązywanie trudności łączy ludzi. Ja, wymiksowując się z niego, tracę część spoiwa społecznego.

Ma to widoczne konsekwencje w relacjach zawodowych. Niechętnie angażuję się w zespołowe działania (burze mózgów itp.). Jestem na nich, ale moja uwaga błądzi. To jest zauważane przez innych i odbierane jako brak zainteresowania wspólnym zadaniem, co osłabia moje relacje ze współpracownikami.

Często ignoruję wnioski i ustalenia z pracy grupowej i wdrażam własne pomysły. To sprawia, że mogę być postrzegany jako niepokorny lub nieuważny pracownik – zwłaszcza gdy mój pomysł jest gorszy od grupowego.
Unikam jak mogę wszelkich grupowych aktywności, uważając je za nudne.

Zakończenie

Nie da się każdego problemu rozwiązać w pojedynkę, nie korzystając z pomocy bliskich osób. Kto próbuje, ten musi się sparzyć – w najlepszym przypadku tracąc część możliwości, które niesie ze sobą świat.

To ciemna strona zaradności – przesunięta ku ekstremum zdrowa potrzeba bycia możliwie samowystarczalnym. Czy da się mieć jedno bez drugiego?

A wy potraficie prosić o pomoc, czy, jak ja, wolicie pocierpieć – ale na własny rachunek?

W przyszłym tygodniu spojrzymy na obie strony problemu i zastanowimy się, jak możemy z nim pracować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.