To było tylko złudzenie – opowiadanie

Dziś, po dłuższej przerwie, prezentuję swe najnowsze opowiadanie. Jak to często u mnie bywa, opowiadanie ma rys psychologiczny, tym razem zajmujący się rozdarciem pomiędzy rzeczywistością a światem fantazji.

W procesie tworzenia tego tekstu wykorzystywałem ChatGPT do korekty redakcyjnej – czyli poprawy interpunkcji, ortografii, gramatyki i literówek.

Zachęcam do lektury i komentowania!

Wodery, czyli boso przez bagna

Autor, zapalony turysta górski, zdobył Koronę Gór Polskich i podjął nowe wyzwanie, odwiedzając parki narodowe w Polsce. Opisuje trudności podczas wyprawy w dolinie Biebrzy, zmierzenie się z błotnistymi szlakami oraz wartość lokalnych ostrzeżeń. Morał: należy szanować znaki i lokalną wiedzę.

Witajcie!
Jak część z was wie, jestem zapalonym turystom górskim. Uwielbiam chodzić po górach. Udało mi się zdobyć Koronę Gór Polskich – osiągnięcie, którym się regularnie chwalę, bo jestem z niego dumny i było świetnym wyczynem. Był to cel na miarę moich możliwości, który przyniósł mi sporą satysfakcję.

Po jego osiągnięciu stwierdziłem, że potrzebuje jakiegoś nowego celu, czegoś, do czego mógłbym dążyć. Przyszło mi na myśl odwiedzenie wszystkich parków narodowych w Polsce – fantastyczny, przyjemny cel. Zacząłem planować wyprawy. Pierwszą, którą zorganizowałem, była wyprawa do Białegostoku. Wokół tego miasta znajdują się trzy parki narodowe: Białowieża, czyli wielki las z żubrami, oraz Narew i Biebrza, czyli doliny rzek z łosiami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Początek wycieczki poświęciłem na Białowieżę, ale już w środku tygodnia ruszyłem nad Biebrzę, konkretnie w okolice miejscowości Gugny. Ruszyłem na szlak, który prowadził w dolinę Biebrzy. Kiedy na niego wchodziłem, widziałem kątem oka tabliczki z napisami: „Szlak okresowo trudny”. Trudny, dobre sobie! Może i trudny, ale na pewno nie dla mnie. Ja jestem doświadczonym turystą! Co oni tu wiedzą o trudnych szlakach? Kiedy oni ostatnio byli w wysokich Tatrach? No właśnie.

Parłem przed siebie, nie zważając na drobne niedogodności: podejrzanie rozległe kałuże, podtopione fragmenty drogi, grząską trawę. Wreszcie dotarłem do pierwszego większego rozlewiska. Musiałem się sporo nakombinować, bo na środku szlaku miałem małe oczko wodne, głębokie na jakieś pół metra, którego nie bardzo dało się obejść. Rzuciłem parę gałęzi tu i tam, zbudowałem coś na kształt mostka. Trochę zamoczyłem buty, ale dzień był ciepły więc to żaden problem, najważniejsze, że się przedarłem. Kontynuowałem marsz.

Teren nie chciał się poprawić. Wręcz stał się bardziej zdradliwy. Kawałek dalej chciałem stanąć na solidnie wyglądającej kępie trawy. Moje nogi zapadły się w błoto po kostki, wyciągnąłem je z głośnym chlupnięciem każdą. Przez moment obawiałem się, że błoto ściągnie mi buty z nóg! Doszedłem do wniosku, że dalej muszę iść na boso.

A może by zawrócić? Gdzie! Ja zawrócić? Taki wytrawny turysta? Bez sensu! Poszedłem dalej z duszą na ramieniu i butami przy boku.

Po pewny czasie wyszedłem z leśnej ścieżki na otwartą łąkę. Myślałem, że szlak przez las był trudny, ale teraz miałem się przekonać, co to znaczy prawdziwy trud. Bo wiecie, na łące, pod wodą i ukryte w błocie są połamane źdźbła trawy, takiej bardzo grubej i twardej trawy. Kryją się niewidoczne z ostrymi szpicami i kiedy idzie się przez bagno bosą stopą, to co chwila, ała, wbijają się w stopę od dołu.

Brodziłem po łące jak czapla, wysoko unosząc nogi i cierpiałem katuszę. Kiedy minąłem łąkę i dotarłem do kolejnego lasu, patrzyłem na niego jak na wybawienie. Jednak tylko dopóki nie poczułem, że lewa noga leci mi w dół, z nieprzyjemny, ssącym dźwiękiem. Wpadłem aż po biodro w głębokie błoto. Czułem, że jest jeszcze głębsze, ale zdołałem się złapać gałęzi i wyrwać się na kawałek suchego terenu. Mogłem iść dalej.

Maszerowałem z zabłoconymi spodniami przez las. Szło coraz ciężej, traciłem coraz więcej sił. Czułem się niepewnie, ale było dla mnie jasne, że jestem już za punktem bez powrotu, czyli jak bym zawrócił to mam dalej, niż jeśli będę parł do przodu. Kolejna łąka i ał, ał, ał – kolejne trawy.

W następnym lesie spotkałem na szlaku bardzo miłego starszego pana. Starszy pan szedł pewnie przez bagnisko. Popatrzył na mnie tak podejrzliwie i mówi: „Pan tak na boso przez to bagno?” Pytanie było zasadne, bowiem starszy pan miał na sobie tak zwane wodery, czyli wielkie gumowe portki, które sięgają mniej więcej do piersi, są przytwierdzone na szelkach, mają gumowe kalosze z twardą podeszwą i w których chodzenie po bagnach to ponoć bajka.

Odpowiedziałem: „Tak, fajnie się idzie, wszystko dobrze, siła jest”. Pan się uśmiechnął, pokiwał głową i poszedł dalej, mówiąc na odchodne: „Niech pan uważa, bo tam takie głębokie kałuże są, to trzeba czasem lasem ominąć”. „Tak, dobrze, dobrze”.

Kiedy dotarłem do suchego, to była absolutna ulga! Wyszedłem z bagna na piaszczystą drogę, suchą jak pieprz w ten słoneczny dzień i poczułem, jakbym chodził po chmurkach. To była przyjemność dla moich styranych, oblepionych błotem stóp. Nawet kiedy wkroczyłem na asfalt, po którym musiałem przejść, idąc do samochodu, jego rozgrzana powierzchnia była cudowną nawierzchnią do chodzenia.

Przeżyłem. Stopy mi nie odpadły, choć przez moment obawiałem się, że mogą, bo miałem je podziurawione od spodu źdźbłami trawy i pojawiło się na nich kilka tajemniczych, czarnych kropek, ale ostatecznie nie wdało się żadne zakażenie.

Morał z tej historii i nauka dla nas wszystkich jest taka: zwróćmy uwagę, co mówią oznaczenia na szlakach i jeśli lokalni mówią, że jest on trudny albo nie do przejścia, to nie pchajmy się na niego. Kierujmy się ich wiedzą, bo na pewno znają sytuację lepiej niż my.
Dziękuje!

W punktach

  1. Pewny siebie górski turysta
    Pewna siebie poza zdobywcy, ręce na biodrach, pierś wypięta.
  2. Wyprawa po zdobycie Parków Narodowych
  3. Szlak na Gugny, ostrzeżenie o trudnym szlaku – niech sobie nie żartują! Tutaj trudny szlak!
    Kiwanie głową z politowaniem i szyderczy uśmieszek
  4. Pierwsze większe rozlewisko i buty w błocie
  5. Ja miałbym zawrócić?
  6. Trawa wbija się w stopy
    Podskakiwanie jak po ukłuciu. Niby kroki jak czapla. Grymas bólu.
  7. Po pas w bagnie
    Wpadnięcie niby po pas i ratowanie się na szybko.
  8. Miły starszy pan
    Uśmiechy. Kciuki w górę. Pewna mina.
  9. Na suchym!
  10. Morał: idąc na wycieczkę ego zostaw w domu!

O budowaniu relacji

Artykuł bada mechanizmy tworzenia relacji, ze szczególnym uwzględnieniem roli układu nagrody i wpływu substancji psychoaktywnych, jak alkohol. Podkreśla znaczenie właściwości relacji oraz cech definiujących ich charakter. Autor przestrzega przed zniekształceniem oceny drugiej osoby przez dopaminowe stymulacje, podkreślając wagę świadomego podejścia do interakcji.

Treść dzisiejszego artykułu będzie swobodną hipotezą dotyczącą relacji i mechanizmów ich formowania. Dlaczego swobodną? Bo popartą minimalną ilością dowodów naukowych. Będę sporo zakładał i zgadywał, postaram się jednak przy tym zachować spójność logiczną.

Zainteresowałem się tym tematem z kilku powodów. Po pierwsze, relacje to jedna z moich kluczowych wartości, są dla mnie istotne i cenne, a ich zrozumienie jest przydatne. Po drugie, kwestia alkoholu, który w naszym społeczeństwie stanowi jedną z osi budowania relacji, a którym gardzę. Po trzecie, religia, która także jest osią budowania relacji, a z którą nie mam do czynienia. Można powiedzieć, że moją motywacją był niepokój, iż jestem odcięty od kluczowych mechanizmów tworzenia relacji.

DEFINICJA RELACJI

Zacznę moje rozważania od zdefiniowania relacji. Ten fragment będzie nieco techniczny, ale żeby dobrze zrozumieć dalszą część wywodu, proponuje Ci drogi czytelniku, by przeczytać przynajmniej wytłuszczone elementy tego rozdziału.
Pod tym linkiem znajdziecie kilka wcześniej wprowadzonych definicji.

Rdzeń relacji to stan umysłu refleksyjnego będący parą uporządkowaną, w której pierwszym elementem jest tenże umysł, a drugim dowolny obiekt rzeczywistości.
Przykłady:
Ja i ja, czyli rdzeń relacji z samym sobą.
Ja i inny człowiek, czyli rdzeń relacja między ludzkiej.

Właściwości relacji to stany umysłu odnoszące się do rdzenia relacji. Mogą to być: wspomnienia, emocje, przekonania, klasyfikacje, opinie etc.
Przykłady:
Emocja miłości może być właściwością relacji między mężem i żoną.
Przekonanie, że jestem zainteresowany romantycznie, może być właściwością mojej relacji z koleżanką z pracy.

Właściwości są budulcem relacji, trudno sobie wyobrazić jakąś całkowicie ich pozbawioną. Jądro mówi nam, co jest ze sobą w relacji, właściwości określają jej charakter.

Relacja to jądro relacji wraz z właściwościami.

Relacje mogą mieć cechy, czyli sądy wartościujące relację pod kątem jakiegoś parametru (toksyczność, bliskość, użyteczność etc.). Cechy możemy rozumieć jako podzbiory właściwości relacji wybrane ze względu na łączący je parametr. Zbiory cech nie są rozłączne, jedna właściwość może trafiać do wielu cech.

Cechy są niezwykle istotne dla praktycznego rozumienia relacji. Wyróżniające się cechy definiują, jak klasyfikujemy relację. Oto kilka ważnych cech, jakie nadajemy relacją:

Romantyczna/platoniczna. Odpowiedź na pytanie, czy w relacji jest zawarty element miłości romantycznej. To może się wydawać stanem binarnym, ale uważam, że jest to spektrum, relacje mogą być mniej lub bardziej romantyczne.
Bliska/daleka. Możemy to rozumieć jako miarę ilości elementów w zbiorze właściwości relacji. Im ten zbiór jest bogatszy, tym relacja jest bliższa.
Jednostronna/wzajemna. Ja mogę być z czymś bądź kimś w relacji, ale nie odwrotnie. Bardzo typowa sytuacja dla relacji z przedmiotami nieożywionymi, gdzie wzajemność jest zwyczajnie niemożliwa. Ta cecha jest zero-jedynkowa.
Toksyczna/budująca. Czy relacja mnie wzmacnia i buduje moje możliwości jako człowieka, czy przeciwnie, osłabia i wysysa energię? Ta cecha rozciąga się na spektrum pomiędzy dwoma skrajnościami.
Realna/wirtualna. Czy znam obiekt relacji osobiście, czy nasze kontakty ograniczają się do świata wirtualnego? Nie jestem pewien czy rozumieć ten stan zero-jedynkowo, czy myśleć o nim jako o spektrum, czyli jak część relacji rozgrywa się w świecie wirtualnym, jak w rzeczywistym.
Przyjemna/nieprzyjemna. Czy formowanie nowych właściwości w tej relacji sprawia mi przyjemność, czy ból/dyskomfort? Wbrew wszelkim pozorom jest to cech odmienna od toksyczności. Są relacje nieprzyjemne, trudne, które mają właściwości niezwykle budujące i są relacje przyjemne, które toksycznie zatruwają życie.

Te przykłady nie wyczerpują wszystkich możliwych charakterystyk relacji, można by je mnożyć. Poprzestanę jednak na powyższych, które uważam za kluczowe. Jeśli uważacie, że coś istotnego pominąłem, dajcie znać!

HIPOTEZA: MÓZG FORMUJE RELACJE POPRZEZ DODAWANIE DO NICH WŁAŚCIWOŚCI

W tym rozdziale rozważę następującą hipotezę: formowanie relacji to dodawanie nowych elementów do jej zbioru właściwości. Relacja nie może istnieć, jeśli zbiór właściwości jest pusty. Sama wiedza o istnieniu drugiego elementu relacji jest już jej właściwością.

Na początku formowania się relacji jej zbiór właściwości procentowo rośnie bardzo szybko. To trywialna obserwacja, zasadzająca się na tym, że póki zbiór właściwości zawiera niewiele elementów, łatwo jest zwielokrotnić jego liczebność. Z tego może się wywodzić popularna opinia, iż pierwsze wrażenie jest niezwykle istotne dla relacji. Przypuszczam, że jest faktycznie kluczowe dla decyzji czy kontynuować relacje po pierwszym spotkaniu, ale jeśli będzie ona trwała, to jest jak najbardziej możliwe, by zatrzeć pierwsze wrażenie.

Zmiana w relacji polega na dodawaniu do niej nowych właściwości albo modyfikowaniu istniejących. Im dłużej relacja trwa, czy im więcej posiada właściwości, tym trudniej ją zmodyfikować. Dodanie jednej właściwości do setek istniejących w niewielkim stopniu zmienia ogólny obraz.
Właściwości z czasem zacierają się. Można je też aktywnie zmieniać, dotyczy to przede wszystkim tych, które mają formę przekonań, ale także tych, które interpretujemy jako wspomnienia – może to być forma urealniania wspomnień albo ich kreatywnego zmieniania by lepiej spełniały swoją funkcję. Ma to związek z tym, jak rozumiem naturę wspomnienia.

Nasz mózg nie jest kamerą wideo i nie nagrywa dokładnie wszystkiego, co widzi i słyszy. Zapamiętujemy wybiórczo, a często zabarwienie emocjonalne sytuacji decyduje o kształcie wspomnienia. Chciałbym zwrócić uwagę, że to, co pamiętamy, rzadko jest tym, co się faktycznie wydarzyło. To kluczowe dla formowania relacji, jako że wiele ich właściwości to wspomnienia, które nie są precyzyjnymi odwzorowanie rzeczywistości tylko interpretacjami, które w skompresowany sposób reprezentują realną sytuację.
Hipoteza: celem wspomnień (a więc i właściwości relacji) nie jest zgodność z prawdą i rzeczywistością, lecz informowanie przyszłych decyzji, tak by prowadziły do stanów uznawanych przez mózg za pożądane w momencie ich formowania.
Zgodność z rzeczywistością w tym niekoniecznie pomaga, a może nawet przeszkadzać.

Mózg koloruje i podkręca wspomnienia w zależności od kontekstu, wzmacniając te, które odnoszą się do czynności, które powinniśmy powtarzać, a zacierające te, które dotyczą czynności obojętnych lub niekorzystnych (chyba, że powinniśmy ich aktywnie unikać).
Hipoteza: mamy tendencję do tego by lepiej pamiętać to co dobre, zapominając to co złe.

Dygresja: dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, co złe? Czy to nie pomogłoby tego unikać? Przypuszczam, że nasz mózg działa tutaj jak Wielki Brat z „Roku 1984” Orwella, czyli stosuje cenzurę myśli. Jeśli nie wiemy, że jakaś zła czynność jest możliwa, to nie możemy jej wykonać, chyba że przypadkiem. Spekuluje, że dlatego właśnie mamy tendencję do zapominania tego, co złe.

Jaki mechanizm stoi za kolorowaniem i wybieraniem wspomnień? Zapewne więcej niż jeden, ale dziś chciałem się skupić, na mechanizmie nagrody, który podejrzewam o najbardziej znaczący wpływ na koloryt naszych wspomnień.

HIPOTEZA: AKTYWACJA UKŁADU NAGRODY WPŁYWA NA FORMOWANIE SIĘ WSPOMNIENIA

Układ nagrody w naszym mózgu jest siecią odpowiedzialną za wzmacnianie zachowań, które są korzystne dla wypełnienia naszej biologicznej funkcji, czyli prokreacji. Ta sieć występuje także w mózgach innych zwierząt, dzięki czemu możemy prowadzić nad nią pośrednie badania.

W uproszczeniu działanie układu nagrody przedstawia się następująco: kiedy jesteśmy poddawani bodźcowi, który jest interpretowany jako korzystny dla przetrwania, w mózgu wydziela się neuroprzekaźnik zwany dopaminą. Dopamina spełnia kilka funkcji, ale interesujące dla nas jest odpowiadanie za odczucie spełnienia. Wzrost jej poziomu jest dla układu nagrody znakiem, że to, co się właśnie zdarzyło, jest korzystne i powinno być powtarzane.

W naturalny sposób aktywują układ nagrody: jedzenie i picie, seks (szczególnie orgazm), dotyk drugiego człowieka, rozmowa, wysiłek fizyczny i inne. Choć każda z tych czynności powoduje wydzielenie dopaminy, jej ilość nie jest jednakowa – niektóre czynności są ważniejsze.

HIPOTEZA POMOCNICZA: układ nagrody nie rozróżnia, która konkretnie czynność go aktywowała, jedynie, że został aktywowany. Przykład: kiedy jemy kolację, oglądając film, mózg zakoduje smak jedzenia i obrazy na ekranie, jako związane z otrzymaną nagrodą. Nie będzie wiedział, że wyrzut dopaminy aktywowało jedzenie.

Kiedy układ nagrody zostaje aktywowany, zwiększa się prawdopodobieństwo zapamiętania danego wydarzenia oraz poziom przyjemności, który zostanie z nim powiązany. Takie przyjemne wyraziste wspomnienie ma nas skłonić, by w przyszłości powtarzać daną czynność.

Jak wspomniałem, wszystko, co jest zawarte we wspomnieniu, zostanie zakodowane jako przyjemne i warte powtarzania: jedzenie posiłku na równi z oglądaniem serialu. Sieć układu nagrody nie rozróżnia, który element ją faktycznie aktywował.

WNIOSEK: jeśli regularnie robimy coś w czasie posiłku, tę czynność zapamiętamy jako przyjemniejszą, niż w rzeczywistości jest!

Uważam, że powyższy schemat jest kluczowy w przypisywaniu wagi poszczególnym właściwością relacji. Im silniejsza stymulacja układu nagrody, tym wyższa waga zostanie przypisana danemu wspomnieniu, tym większy będzie miało wpływ na daną relację.

Suma wszystkich wag właściwości relacja daje całkowitą wagę tejże, czyli określa, jak ważna jest dla nas. To oznacza, że jakość (siła stymulacji układu nagrody) interakcji z obiektem jest równie ważna, jak ich ilość. Całkowitą wagę relacji używamy, by porównywać dwie relacje między sobą, czyli rozstrzygać, która z nich jest dla nas ważniejsza.

Gdy natomiast chodzi o cechy relacji, to ich wartość jest sumą wag wszystkich właściwości znajdujących się w odpowiadających im zbiorach. Przypominam, że cechy relacji to, na przykład: toksyczność, bliskość.

UWAGA NA MARIGNESIE: możliwe, iż w przypadku cechy relacji, jest jeszcze dodatkowy parametr, który określa jej intensywność względem danej cechy. Nie każde wspomnienie jednakowo silnie wpływa na każdą z cech, do których należy.

Waga relacji i jej cechy (a w szczególności ich konkretne wartości) są co do zasady nieuświadomione. Nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, że dana relacja ma dla nas wartość X, a druga Y. Zazwyczaj jednak jesteśmy w stanie stwierdzić świadomie, która relacja jest ważniejsza.

Ta niemożność określenia konkretnych wartości wiąże się z tym, że mózg nie przechowuje arkusza kalkulacyjnego z wartościami liczbowymi wagi relacji czy jej cech. Przypuszczam jednak, że mamy podświadome mechanizmy, które skutecznie syntezują wszystkie właściwości relacji w jakościowe porównania.

Tak układ nagrody, poprzez mechanizm formowania się wspomnień, wpływa silnie na treść naszych relacji.

WNIOSEK: DLA JAKOŚCI RELACJI ISTOTNE SĄ NIE TYLKO CECHY JEJ PRZEDMIOTU, ALE TAKŻE OKOLICZNOŚCI W KTÓRYCH WCHODZIMY Z NIM W INTERACKCJE

Relacje, które formujemy, nie są obiektywnym odwzorowaniem jakości ich przedmiotu. Ten sam przedmiot możemy obdarzyć pozytywnym uczuciem, jeśli poznaliśmy go w korzystnych warunkach, lub negatywnych, jeśli warunki naszego poznania były niekorzystne. Ten efekt jest szczególnie istotny w początkowych fazach relacji, gdy nie jest ona jeszcze bogata we właściwości i łatwo może się zmieniać.

Szczególną rolę w formowaniu naszego wrażenie pełni układ nagrody, który wpływa na to, jak postrzegamy osoby, przedmioty, sytuacje i miejsca, w których dochodzi do jego aktywacji. W przykładzie z poprzedniego rozdziału: jeśli oglądamy serial w czasie posiłku, wyda nam się lepszy, niż w rzeczywistości jest!

Wydaje się, że większość z nas zdaje sobie z tego intuicyjnie sprawę. Kreujemy spotkania z innymi ludźmi, w taki sposób by towarzyszyły im wyrzuty dopaminy. Klasycznym przykładem jest randka przy eleganckiej kolacji. Spędzając czas z drugą osobą podczas jedzenia posiłku, kodujemy zarówno w naszym mózgu, jak i w mózgu osoby towarzyszącej, skojarzenie z nagrodą, a w związku z tym myślimy o sobie nawzajem nieco cieplej.

Obserwacja: łamiąc symetrię tego mechanizmu, można go wykorzystać do manipulacji! Na przykład, zachęcając drugą osobę do jedzenia słodkości, podczas gdy my nie jemy, sprawiamy, że owa osoba myśli o nas nieco lepiej, podczas gdy my zachowujemy wobec niej więcej obiektywizmu.

Drugą intuicyjnie jasną manifestacją tego mechanizmu, jest udane życie seksualne w związku, gdzie przez „udane” rozumiem tu takie, które skutkuje orgazmem dla obu stron. To niezwykle istotny czynnik budujący relację, gdyż osoba, z którą uprawiamy seks, jest kodowana jako część przyjemnego spełnienia orgazmu, w efekcie myślimy o niej cieplej i postrzegamy ją w pozytywnym świetle.

Trzecią intuicyjną manifestacją są wspólne rodzinne posiłki, które są wykorzystywane jako sposób na formowanie dobrych familijnych relacji. Spędzając razem czas przy smacznym posiłku, będziemy myśleć o sobie nieco lepiej. Warto tu jednak zauważyć dwie rzeczy. Pierwsza, powinniśmy zwracać uwagę na innych domowników nie ekran smartfona, bo inaczej to urządzenie zakodujemy jako „sympatryczne”. Po drugie, układ nagrody to nie wszystko i jeśli zapędzono nas do stołu pod groźbą kary, to żadna ilość dopaminy nie sprawi, że zaczniemy cieszyć się towarzystwem.

Płyną z tego dwa praktyczne wnioski. Pierwszy, jeśli chcesz rozwijać, utrwalać i pogłębiać relację, dbaj, by spotkaniom z jej obiektem towarzyszyły zachowania stymulujące układ nagrody (jedzenie, wspólny wysiłek fizyczny, śmiech, seks etc.).
Drugi, jeśli chcesz zachować możliwie obiektywne spojrzenie na drugą stronę, usuwaj wszelkie stymulanty dopaminy z obrębu waszych spotkań. To sytuacja dość typowa w biznesie, jeśli negocjujesz z dostawcą cenę, nie stawiaj między wami ciasteczek, a już na pewno sam ich nie jedz! Lepsze dla twojego celu będzie zachowanie obiektywizmu i nieformowanie przyjaznych uczuć do dostawcy.

Obserwacja: w tym drugim przypadku widzimy pole do manipulacji. Jeśli postawimy na stole pyszne ciasteczka i skłonimy dostawcę, by je zjadł, podczas gdy my sami się powstrzymamy, tworzymy lekkie zachwianie równowagi w relacji na naszą korzyść.

Wniosek na koniec jest taki, że, po pierwsze, nie powinniśmy zbyt mocno ufać naszym odczuciom o innych osobach, zwłaszcza jeśli „strzelało” między nami dużo dopaminy. Po drugie, jest cenne, by zdawać sobie sprawę z tego efektu i go świadomie wykorzystywać, by wzmacniać relacje bliskie i chronić relacje formalne i biznesowe przed nadmierną bliskością. To drugie nie musi być wcale manipulacją, o ile zachowujemy symetrię i szczerze informujemy drugą stronę o naszych intencjach!

HIPOTEZA: NARKOTYKI ZMIENIAJĄ FORMOWANIE SIĘ RELACJI

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie poruszył w artykule tematu narkotyków, a w szczególności alkoholu 😉
Szczególnie w sytuacji, gdy mówimy o działaniu układu nagrody!

Duża grupa substancji psychoaktywnych oddziałuje na nasz mózg poprzez mechanizm dopaminowy i związaną z nim sieć nagrody. W wielkim uproszczeniu powodują one silne wyrzuty dopaminy, aktywując układ nagrody. Jedną z tak działających substancji jest etanol – najpopularniejszy, legalny i najłatwiej dostępny narkotyk.
Na marginesie: nie sugeruje, że stymulowanie wyrzutu dopaminy jest jedynym efektem działania etanolu na mózg! Zdaje sobie sprawę, że jest to bardziej złożone.

Podstawową kwestią jest określenie skali wpływu etanolu na sieć nagrody w porównaniu z naturalną stymulacją. Otóż wyrzut dopaminy związany ze spożyciem alkoholu jest kilkukrotnie intensywniejszy niż związany z jedzeniem (od 3 do 6 razy). Jest silniejszy niż wyrzut dopaminy wywołany orgazmem (który jest najsilniejszym z naturalnych) od jednego do trzech razy, zależnie od okoliczności.
Na marginesie: wyrzuty dopaminy związane z innymi narkotykami mogą być jeszcze silniejsze (co zwykle przekłada się na ich „siłę” uzależniania).

Mając do dyspozycji powyższy fakty i biorąc pod uwagę nasze poprzednie rozważania, zastanówmy się, co się stanie, jeśli do procesu formowania relacji dolejemy etanolu.

Podstawowym wnioskiem jest, iż alkohol, kiedy jest spożywany w towarzystwie obiektu relacji, koduje silnie pozytywny wrażenie. Czyli jeśli spożywamy etanol w towarzystwie drugiego człowieka, kodujemy pozytywne odczucia w stosunku do niego, co najmniej równie silne, a potencjalnie kilkukrotnie silniejsze, jak gdybyśmy uprawiali z nim seks!
Przykładowo, kiedy spędzasz wieczór ze znajomym i wypijasz w ciągu tego wieczora cztery dawki alkoholu, to poziom pozytywnego kodowania w takiej sytuacji, może odpowiadać 12 wspólnym orgazmom.

Drugi wniosek, alkohol rzeczywiście skutecznie i silnie buduje więzi społeczne. Szybko zaczynami lubić ludzi, z którymi pijemy alkohol, niezależnie od tego, co sobą obiektywnie reprezentują. Praktycznie każda przypadkowa i niespójna grupa może się związać, jeśli wystarczająco często zażywa wspólnie etanol.
Trwałość tych więzi jest osobną kwestią, niekiedy mogą wyparować, jeśli wyparuje alkohol, ale mogą też przetrwać usunięcie alkoholu z roli spoiwa.

Trzeci wniosek, alkohol nieprzypadkowo jest domyślnym elementem randek, spotkań zapoznawczych, imprez firmowych. Jego rolą w tych spotkaniach jest, między innymi, zakodowanie wzajemnych pozytywnych opinii uczestników.

Czwarty wniosek, nasz mózg nie jest przystosowany do radzenia sobie z tak intensywnymi wyrzutami dopaminy, zwłaszcza kiedy mogą się powtarzać tak często (powyżej przykład równowartości 12 orgazmów jednego wieczora). Warto stosować zasadę ograniczonego zaufania do siebie samych, gdy formujemy swoje opinie na czyjś temat pod wpływem alkoholu.

Piąty wniosek, etanol stymuluje układ nagrody na tyle intensywnie, że dość łatwo jest na wejść w relację z nim samym. Nie mówię tu o uzależnieniu, raczej o myśleniu o alkoholu jako o przyjacielu, pocieszycielu, wsparciu. Jako o kimś/czymś, czego chcemy bronić, czym chcemy się opiekować. Stąd, chociażby, te dziwaczne zdrobnienia: „piwko”, „winko”, „wódeczka”.

Podsumowując, nie da się ukryć, że alkohol skutecznie koduje pozytywne więzi i postrzeganie innych osób, to źródło jego kulturowej roli kleju społecznego. Intensywność, z jaką to robi, wykracza jednak poza naturalne granice, do których przystosowany jest mózg, może więc mieć wiele niespodziewanych skutków ubocznych. No i jest rakotwórczy, toksyczny dla mózgu, wątroby i serca, ale to już mam nadzieję wiecie 😉

WYBRANE WNIOSKI

W tym rozdziale chcę podać kilka przykładów na to w jakich życiowych sytuacjach, mechanizmy formowania relacji mają znaczenie i kiedy warto być szczególnie czujnym na ewentualne błędy poznawcze.

Kazus pierwszej randki
Na pierwszych randkach polecałbym rozważenie unikania etanolu, seksu, a nawet jedzenia — wszelkich czynników, które wywołują wyrzuty dopaminy. Nie róbmy nic, co szczególnie lubimy. W przeciwnym wypadku osobę, z którą się zapoznajemy, będziemy postrzegać przez pryzmat przyjemnej aktywności, a to oznacza, że będziemy ją postrzegać lepiej, niż na to zasługuje. Może nas to zaprowadzić do zaangażowania się w relację, która nam nie odpowiada i z której będziemy musieli się po pewnym czasie ewakuować!
Zamiast aktywności ekscytujących lub generujących dopaminę, spokojny spacer czy rozmowa przy herbacie, dadzą nam lepsze, mniej zniekształcone informacje o drugiej osobie, a to informacji szukamy na pierwszych randkach!
Podkreślam, że te stwierdzenia nie są absolutami! Dopamina na randce zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu poznawczego co do drugiej osoby, ale go nie gwarantuje!

Kazus ciężarnej żony
Wyobraźmy sobie następującą sytuacją: małżeństwo spodziewa się dziecka. Ciężarna żona nie pije alkoholu, jej mąż, w geście solidarności, nie spożywa przy niej. Na razie świetnie. Teraz wyobraźmy sobie, że w pracy męża, co piątek ekipa wyskakuje na kilka drinków wieczorem. Dobra małżonka zachęca męża, by do nich dołączył dla „relaksu”, ona sobie świetnie poradzi sama. W ekipie jest koleżanka. Co piątek piją razem kilka drinków. Mąż zaczyna myśleć o niej coraz cieplej. Z żoną nie pije i nie uprawia seksu, bo ciąża. Nie znajdują czasu na wspólne posiłki.
Po kilku miesiącach relacja z koleżanką z pracy zaczyna przysłaniać relację z żoną, tak silnie jest kodowana przez wspólne spożywanie alkoholu. Koleżanka wydaje się o tyle ciekawsza, sympatyczniejsza i fajniejsza od małżonki. Między mężem i żoną pojawia się pęknięcie…

Kazus dobranej pary
Wyobraźmy sobie dwoje ludzi, którzy spotykają się ze sobą, są sobie bliscy. Ich związek się rozwija, postanawiają razem zamieszkać. Są bardzo zajęci różnymi sprawami, mają tyle na głowie, ale dbają, by codziennie razem zasiąść do posiłku, a najlepiej kilku. Co weekend wybierają się do eleganckiej restauracji na coś niezwykle pysznego.
Oboje dbają, by w ich życie seksualne nie wkradła się nuda. Wiadomo, że nie codziennie każdy ma ochotę na seks, ale starają się znaleźć czas i korzystać szczególnie z tych dni, gdy czują werwę. Podczas seksu nie są samolubni, komunikują się i dbają wzajemnie o swoje potrzeby i zaspokojenie.
Każdego dnia stają się sobie odrobinę bliżsi, myślą o sobie nieco cieplej, ich uczucia kwitną i się rozwijają. Dbałość o budujące wykorzystanie układu nagrody sprawia, że będą żyli długo i szczęśliwie…

Kazus seksu, narkotyków i rock and rola
Ciężko jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą uprawiasz regularnie seks. Jeszcze ciężej jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą regularnie zażywacie wspólnie narkotyki. Zarówno jedno, jak i drugie jest w stanie sprawić, że polubimy kogoś, kto na to nie zasługuje. Im częściej powtarzają się warunkujące zachowania, czy im większy procent naszych kontaktów z daną osobą odbywa się w ich towarzystwie, tym trudniej będzie zachować trzeźwość oceny.
Jesteśmy w stanie o wiele więcej wybaczyć i o wiele więcej zaakceptować u osób, z którymi dzielimy kieliszek lub łoże. Warto zwrócić uwagę na to z kim wchodzimy w kontakty, gdy jesteśmy pod wpływem narkotyków i zachować odrobinę dodatkowego sceptycyzmu. Tak jak w przypadku randek, sugerowałbym nie mieszać spotkań zapoznawczych z alkoholem, seksem i jedzeniem. Dajmy sobie możliwie dużą szansę, na wyrobienie racjonalnej opinii o drugiej osobie nim wprowadzimy elementy, które mogą zaburzyć nasz osąd.
Choć ryzyko wejścia w toksyczną czy niepożądaną relację rośnie, gdy w grę wchodzą narkotyki, nie znaczy to, że każda relacja uformowana w ich towarzystwie jest zła! Większość ludzi, których polubimy pod ich wpływem, pozostanie godna lubienia i bez. Wszystko jest tu grą prawdopodobieństwa, używając etanolu lub innych narkotyków, zwiększamy prawdopodobieństwo pomyłki, ale jej nie gwarantujemy. Podobnie jak całkowite od nich stronienie, nie gwarantuje samych dobrych wyborów.

Kazus ferajny z podwórka
Wyobraźmy sobie podwórko między kamienicami i ekipę młodzieży, która się na nim bawi. To pokopią piłkę, to pobujają się na trzepaku. W miarę jak stają się starsi, zaczynają sięgać po alkohol i inne narkotyki. Piją i zażywają razem.
Niektórzy z nich wchodzą w konflikt z prawem: sprzedadzą komuś narkotyk, kogoś okradną, kogoś pobiją. Niektórzy idą w innym kierunku, kształcą się, zdobywają zawód i podejmują pracę.
Nadal spotykają się od czasu do czasu i są gotowi za siebie skoczyć w ogień. Kumpel okradł sklep i pobił przy tym sklepikarza? To trzeba mu pomóc zwiać, ukryć go. To dobra morda przecież jest, nasz człowiek.
To nie jest dobra morda. To złodziej i bandyta. A relacja z nim kumpli z podwórka jest wypaczona latami wspólnego bujania się na dzielni z narkotykami w tle.
Pożywką takiej sytuacja nie muszą być koniecznie narkotyki. Dzieciaki z trudnych rodzina też się do nich irracjonalnie przywiązują, po części przez momenty czułości, po części przez wspólne posiłki. Wierni w sektach i społecznościach religijnych przywiązują się do nich przez akty bliskości, czasem seksualnej, przez wspólne posiłki i przez wspólne rytualne zażywanie narkotyków.
Jest wiele sposobów, na które grupa może zakodować w nas przywiązanie do niej, droga przez mechanizm nagrody i jego wpływ na relacje jest jedną z nich.

UKŁAD NAGRODY TO NIE WSZYSTKO

Choć moim zdaniem układ nagrody ma ogromny i niedoceniany wpływ na to, jak formujemy relacje, kogo lubimy a kogo nie, to jest oczywiste, że nasz mózg wykracza poza ten jeden system. Mamy do dyspozycji nasz płat czołowy, czy raczej kojarzoną z nim sieć hamującą impulsywne zachowania i przeprowadzającą racjonalne rozumowania. Możemy kontrolować swoje reakcje, co więcej możemy, przy odrobinie wprawy sprawdzać i modyfikować wspomnienia i przekonania, które już się w nas uformowały. Nasz mózg zawsze będzie popełniał błędy poznawcze, ale my nigdy nie musi być ich niewolnikami.

Psy w eksperymencie Pawłowa nie miały wyboru. Stymulowanie ich układu nagrody łączące przyjemność jedzenia z dźwiękiem dzwonka zbudowało w nich relację z tym dźwiękiem, która objawiała się niekontrolowanym wydzielaniem śliny. My mamy wybór, w przeciwieństwie do nich posiadamy bowiem wyższe funkcje mózgu i związaną z nim refleksyjność. To są narzędzia, które pozwalają nam wykroczyć poza schemat odruchowej, zaprogramowanej reakcji.

Nie ignorujmy jednak siły dopaminy. Eksperymenty przeprowadzone na szczurach wykazały, że alkohol jest w stanie całkowicie oderwać te zwierzęta od życia społecznego, w znaczeniu, że mając do dyspozycji alkohol i obcowanie z innymi szczurami, będą wybierać substancję. W innych eksperymentach pokazano, że szczury uzależnione od metaamfetaminy będą ją wybierać ponad jedzeniem, do tego stopnia, że umrą z głodu kilka centymetrów od miski z pokarmem. Jak wspomniałem powyżej nasz mózg może więcej, ale nie zapominajmy, że ten sam mechanizm, który aktywuje się w mózgach szczurów, pracuje i w naszych.

Na zakończenie dodam, że pomimo mojego krytycznego stosunku do środków psychoaktywnych, nie twierdzę tutaj, że każda relacja oparta na alkoholu czy innych narkotykach jest zła. To byłby nonsens. Jest wiele cennych relacji, także w moim życiu, które rozpoczęły się od alkoholu, ale przetrwały jego wyrzucenie z mojego życia i kwitną dalej. Były też inne relacje, które tej zmiany nie przetrwały.
Miejmy oko na nasz układ nagrody, nawet jeśli formowanie relacji jest dużo bardziej skomplikowane, niż sugeruje to mój dzisiejszy wywód.

O uzależnieniu od alkoholu – historia prawdziwa

Tekst opisuje doświadczenia osoby uzależnionej od alkoholu, przedstawiając mechanizmy uzależnienia, jak personifikacja alkoholu, iluzje i zaprzeczenia oraz rozdzielenie osobowości. Autor dzieli się refleksjami na temat emocjonalnych i fizycznych konsekwencji picia, a także strategii utrzymania trzeźwości w codziennym życiu.

„Kolejna noc się kończy nam
Rozkoszy i koszmarów
I każdy z nas zostanie sam
Gdy zatrzasną już ołtarz baru.”

Jacek Kaczmarski, „Przy ołtarzu baru”

Mechanizm nałogowego regulowania emocji – czyli jak zakochałem się w alkoholu
Posłuchajcie historii mojej największej miłości. Poznałem ją w liceum. Byłem zagubionym młodzieńcem, z trudem radzącym sobie z dojrzewaniem, odpowiedzialnością i relacjami. Te ostatnie były najtrudniejsze. Nikt mnie nie rozumiał! Byłem zbyt odmienny i nazbyt lepszy od reszty ludzi, by mogli mi dać ten rodzaj bliskości, którego potrzebowałem.
Romans zaczął się na dobre na półmetku liceum. Tak mi zawróciła w głowie, że rzygałem pod płotem zgięty w pół, ale wcześniej przytuliła mnie i ukoiła jak nikt wcześniej. Sprawiła, że byłem szczęśliwy, że przestałem się bać, że mogłem należeć. Moja luba – substancja o niepozornym wzorze chemicznym C2H5OH – tani rozpuszczalnik, paliwo do niektórych rodzajów silników, płyn do dezynfekcji powierzchni płaskich i rakotwórcza, uzależniająca neurotoksyna. Czy można sobie wymarzyć wspanialszą ukochaną?
Nie minęło wiele czasu, a we wszystkich emocjonalnych potrzebach polegałem tylko na niej. Po liceum, już na studiach, coraz częściej uśmierzałem nią swój strach i swoją samotność. Systematycznie stawała się niezastąpiona w moim życiu. Innych odsuwała na bok, już nie chciała się mną dzielić. Najbardziej lubiła i najwięcej mi dawała, gdy byliśmy tylko we dwoje.
Straszne były poranki gdy budziłem się roztrzęsiony, bez ukochanej przy boku. Czasem tak za nią tęskniłem, że musiałem ją ponownie spotkać i to jeszcze przed śniadaniem. Klinowałem straszne, lękowe kace. Byle przetrwać do wieczora.
Ciężko mi powiedzieć kiedy się zorientowałem, że to toksyczna miłość. Czy było to wtedy, gdy próbowała mnie zabić? Czy może wcześniej, gdy mnie jedynie okaleczała? Nie mogłem uwierzyć, że robi mi krzywdę. To ze mną musiało być coś nie tak. To ja ją źle traktowałem, używałem w niewłaściwy sposób. Moja ukochana musiała być bez winy, nieważne jakie iluzję i zaprzeczenia trzeba było stworzyć by taka pozostała.

Pierwszy z mechanizmów uzależnienia, mechanizm nałogowego regulowania emocji, określany jest niekiedy jako zakochanie się w alkoholu. Następuje personifikacja substancji i pojawiają się ukierunkowane na nią emocje. Zaczynamy traktować używkę jak bliską osobę, która nas wspiera, pociesza i kocha. Zaczynamy zdrabniać: piwko, winko, wódeczka.  Umiejscawiamy alkohol jako główne (jedyne) źródło regulacji emocji. Trudne emocje są uśmierzanie przy pomocy dawki, częściej wielu dawek, etanolu. To źródło szybkiej, łatwo dostępnej ulgi, nie wymagającej żadnego wysiłku z naszej strony. Zdrowe sposoby regulowania emocji: rozmowa z drugim człowiekiem, wysiłek fizyczny, medytacja i kontemplacja, zostają zmarginalizowane jako zbyt trudne i powolne. Ich podstawowa zaleta, czyli długofalowa skuteczność, jest umniejszana, a podstawowa wada etanolu, czyli długofalowa emocjonalna toksyczność, jest całkowicie ignorowana. Przede wszystkim jednak zapominamy, że mamy do czynienia z prostą molekułą, całkowicie nieczułą na nasze emocjonalne zaloty.
Inne relacje systematycznie schodzą na dalszy plan. Pojawia się poczucie, że nikt, poza używką, nas nie rozumie. To toksyczny związek, który generuje wewnętrzne i zewnętrzne komunikaty, że coś jest nie tak z naszym nastawienie do alkoholu. Nie możemy tego zaakceptować, musimy bronić czci naszej ukochanej, wytwarza się mechanizm iluzji i zaprzeczeń.

Mechanizm iluzji i zaprzeczeń – czyli jak stałem się mistrzem kłamstwa
Jakie to szczęście, że oni piją więcej! Byli pijani w sztok, a ja nawet nie byłem zrobiony. Jeśli ktoś tu ma problem to oni, a nie ja!
Przyszedł taki moment w moim piciu, gdy ludzie potrzebni byli do dwóch rzeczy: żebym mógł sobie mówić, że nie pije sam tylko w towarzystwie i jako punkt odniesienia, bym dowodził sobie, że nie piję tak dużo. Co z tego, że już od studiów, około 80% alkoholu wypijałem w samotności. Przecież od czasu do czasu wychodziłem z ludźmi „na miasto”, czyli piłem towarzysko. Co z tego, że wypijałem mniej od znajomych raz na 10 spotkań, na pozostałych się upadlając – to jedno było istotne, dowodziło, że oni piją więcej.
Zarzygałem pościeli w wynajętym domku, to bardzo kiepski numer! Oj tam. Zapłaciłem za szkodę, więc nie ma problemu.
Zlałem się w spodnie przez sen, to gruba akcja! Może nikt pewnie nie zauważył, w końcu wyschłych, wyprałem, nie ma tematu.
Wyszedłem z firmowej imprezy w hotelu i padłem nieprzytomny w krzaki metr od brzegu Odry, to już przesada! Nonsens, przeleżałem spokojnie do rana. Tylko się trochę podrapałem. Dwa dni później, to nawet już nawet kaca nie miałem.
Wyjebałem się po pępkowym bez przytomności na krawężnik przy przystanku, to mogło się skończyć tragicznie! Nic się nie stało, zima była lekka, nawet przymrozku nie było. Kurtkę wyprałem i po krzyku.
Rzygałem przez sen leżąc na wznak, ocknąłem się w ostatniej chwili i obróciłem na bok, mogłem się udusić własnymi wymiocinami! Ale się nie udusiłem. Nie było tak groźnie. Parę dni później to nawet łóżko ogarnąłem i już nie śmierdziało.
Zgubiłem okulary (po 20 latach noszenia) podczas szaleństw w nocnym klubie, to strata kilkuset złotych! Na biednego nie trafiło, także luz. Zresztą, mam zapasowe.
Zapomniałem 6 godzin firmowej imprezy, mimo że chodziłem, tańczyłem, rozmawiałem z ludźmi, to mega niebezpieczne, mogłem w tym czasie zrobić cokolwiek! A tam, zawsze miałem słabą pamięć. Komu się nie zdarzy to czy owo zapomnieć?
Przecież mam pracę i to dobrze płatną, więc o co chodzi? Za swoje pije, od nikogo nie pożyczam. Należy mi się po ciężkim dniu w robocie! Ja jestem koneserem kraftów, piję dla smaku. Alkohol dodaje mi pewności siebie. Po paru głębszych lepiej tańczę. W życiu nie zagadam do laski na trzeźwo. I tak dalej.
Wszystkie t sytuacje są wzięte z życia. W każde z tych kłamstw i iluzji święcie wierzyłem. Najstarsza z nich miała miejsce jak miałem około 25 lat, najmłodsze dwa i pół roku temu. Przez kolejne 13 lat, skutecznie się okłamywałem. Rozjazd między kłamstwem a rzeczywistością stał się tak wielki, że aż musiałem się rozdwoić.

Drugi z mechanizmów, mechanizm iluzji i zaprzeczeń, odpowiada za ochroną nałogu. Jego zadaniem jest stworzenie iluzji, że substancja nie wyrządza nam szkód, a jest nam niezbędna do funkcjonowania. Chroni on obiekt naszej miłości przed atakami z zewnątrz. Jest podobny do zaślepienia ukochaną osobą, gdy nie dostrzegamy jej wad, przerysowujemy zalety, nie przyjmujemy żadnych negatywnych informacji na jej temat. W uzależnieniu ta iluzja jest niezwykle trudna do rozproszenia. Warto zwrócić uwagę, że ten mechanizm działa przede wszystkim na wewnętrzny użytek, to siebie musi w pierwszej kolejności okłamać. Prowadzi to w konsekwencji do okłamywania innych, ale to jest efekt uboczny. Kluczowym jest bym ja, alkoholik, mógł uzasadnić dlaczego nie przestaje pić.
Mechanizm może przybrać wiele form, tutaj wypiszę je tylko hasłowo, więcej szczegółów znajdziecie w [1]: zaprzeczenie, minimalizowanie, obwinianie (innych), racjonalizowanie, intelektualizowanie, odwracanie uwagi, fantazjowanie, koloryzowanie wspomnień, marzeniowe planowanie, zaśmiewanie.
Dysonans poznawczy między iluzją a rzeczywistością z czasem staje się tak trudny do opanowania, że następuje rozdwojenie czy rozproszenie osobowości osoby uzależnionej.

Mechanizm rozdwojonego ja – czyli jak zrobiło się nas dwóch
Jednym z najstraszniejszych doświadczeń alkoholowych jest palimpsest [2], oto jeden z moich.
Byłem na imprezie firmowej w klubie niedaleko wrocławskiego Rynku. Mieliśmy wynajęty cały lokal z open barem. Zacząłem szybko jako jeden z pierwszych. Około 10tej wieczorem byłem już po paru piwach. Moja odporność na alkohol była wtedy tak wysoka, że ta ilość nie powodowała nawet zająknięcia. Siedziałem  na zewnątrz rozmawiając z dwiema koleżankami, można było tutaj swobodnie palić, a w środku było duszno. Wszyscy sączyliśmy alkohol. Następny moment, który pamiętam, to gdy płaczę na przystanku bo uciekł mi nocny autobus. Jest godzina piąta rano, kolejną godzinę spędzę próbując dotrzeć do domu. Do dziś nie pamiętam nic co się zdarzyło się pomiędzy. Jeśli ktoś by mi powiedział, że zamordowałem wtedy człowieka, to nie mógłbym zaprzeczyć – może zabiłem, nie pamiętam.
Takie doświadczenia przewijały się przez moje życie i są dobrze znane z doświadczeń innych uzależnionych. Fizjologicznie jest to upośledzenie mechanizmów odpowiedzialnych za przenoszenie wspomnień z pamięci krótkotrwałej do długotrwałej. Dla mnie, były to momenty w których ja trzeźwy przestawałem istnieć, a stery całkowicie przejmowała moja druga osobowość, ja pijący alkohol.
Ja trzeźwy jestem pełny lęku, mam niskie poczucie wartości, jestem niepewny, uważam, że niewiele potrafię, wstydzę się tego co robiłem po pijaku, pragnę spokoju i dobrego życia. Ja pijący nie znam lęku, jestem pępkiem świata, mam pewność swoich opinii i sądów, uważam, że potrafię wszystko, nie wstydzę się niczego, pragnę ostrej jazdy i intensywnego życia. Od wielu lat jest nas dwóch.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego rozdwojenia, nim nie zacząłem terapii. Nie dostrzegałem jak drastycznie moja osobowość się zmieniała, kiedy byłem pod wpływem. Szalałem na parkietach nocnych klubów, nagabywałem dziewczęta, wdawałem się w sprzeczki z ludźmi, zasypiałem w krzakach i szczałem pod siebie. Żadnej z tych rzeczy nie robiłem kiedy byłem trzeźwy. Wtedy czytałem książki, chodziłem na spacery, gotowałem obiady, bałem się o swoje zdrowie i pracowałem. Kontrola była płynnie przekazywana między jedną osobowością a drugą. Z czasem było więcej mnie pijanego. Ta osobowość jest zaborcza, chciała dla siebie więcej czasu. Prawdziwy ja, czuł się bezsilny, pozbawiony nadziei i kontroli. Zostałem zepchnięty pod ścianę, spadłem na dno i dopiero kiedy stanęła przed wyborem: albo stawię opór i przestanę pić, albo umrę z własnej ręki, dopiero wtedy podjąłem walkę i raz jeszcze przejąłem stery.

Trzeci z mechanizmów, mechanizm rozdwojonego ja jest kontynuacją iluzji i zaprzeczeń, ich zwieńczeniem. Tworzą one swoją własną niezależną osobowość, której pragnienia i cele są diametralnie odmienna od pragnień i dążeń pierwotnego ja. Jedna osobowość budzi się pod wpływem substancji, druga gdy ciało jest trzeźwe. Jedna chce dalej zażywać, druga chce przestać. Jedna jest silna i asertywna, druga słaba i przestraszona. Te zmiany są często łatwiej zauważalne dla otoczenia, niż dla samej zainteresowanej osoby. Płynie informacja zwrotna: kiedy wypijesz, jesteś całkiem inną osobą, nie mogę cię wtedy znieść. To pogłębia dysonans poznawczy uzależnionej osoby, która sama siebie widzi jako lepszą, kiedy jest pod wpływem i nie może zrozumieć dlaczego otoczenia ma dokładnie odwrotne spostrzeżenia.

Głód alkoholowy – czyli co mnie czasem szarpie
Głód jest wrogiem każdej trzeźwiejącej osoby. Miałem sporo szczęścia w początkach swej drogi, obżerałem się. Unikałem dzięki temu ssania w żołądku, które mogło by mnie skłonić do zapełnienia go alkoholem. W pierwszych miesiącach wypełniłem pustkę po alkoholu jedzeniem.
Moje głody nie były szczególnie intensywne. Nie wariowałem, nie chodziłem po ścianach. Moje głody były subtelne, ujawniały się na poziomie emocji, były irracjonalnym rozdrażnieniem i złością, które domagały się ukojenia. Były pustką samotności, którą chciałem wypełnić. Były zmęczeniem, które łaknęło pobudzenia. Dla każdego z tych stanów kiedyś moją odpowiedzią był by alkohol. Teraz mój mózg, próbował mnie oszukać i przekonać, że powinienem znowu sięgnąć po sprawdzony środek. Często były to jedynie miraże, wytwory mojej wyobraźni, obliczone na ponowne uruchomienie mechanizmu nałogowego regulowania emocji, a z nim całej maszynerii uzależnienia.
Dzisiaj głody zdarzają mi się rzadko, są przelotną myślą gdy mijam w sklepie półkę z alkoholami; są złością, która wybuch na widok reklamy alkoholu na Facebooku. Nadal trzymam się HALTU (Hungry, Angry, Lonely, Tired; Głodny, Wkurzony, Samotny, Zmęczony), czyli programu, który wskazuje jakich stanów unikać by zminimalizować ryzyko wystąpienia głodu. Pewnie będę się go trzymał do końca życia bo, pomijając kwestie uzależnienia, jest dobrą regułą na poprawę codziennego funkcjonowania.
Jednorazowy głód ma małe prawdopodobieństwo by przerwać moją abstynencję, dopiero, kiedy rozrośnie się do długotrwałego nawrotu, staje się niebezpiecznym.

Głód alkoholowy nie musi się objawiać nieodpartą chęcią zażycia substancji. Jego objawy są często bardziej subtelne i związane są z chęcią „załatwienia” emocji przy pomocy narkotyku. Działanie narkotyku daje natychmiastową, choć krótkotrwałą, ulgę. Zdrowe sposoby wymagają czasu i prawdziwego poczucia emocji. Warto, by osoby uzależnione nie ignorowały sygnałów płynących z ciała (podenerwowanie, niemożność usiedzenia na miejscy, bezwład i obojętność), sygnałów płynących z emocji (nieumiejscowiona złość, przygniatający smutek, histeryczna radość) i innych. Koncentrowanie się jedynie na potrzebie zażycia substancji, może być poważnym błędem prowadzącym do złamania abstynencji.
Jest kilka użytecznych programów pomagających zapobiegać napadom głodu i osłabiać go gdy się pojawi, tutaj tylko hasłowo: wspomniany HALT, 24 godziny i inne. Więcej szczegółów w [1].

Nawrót – czyli dlaczego boję się nudy
Poza jedzeniem, drugą szczęśliwą okolicznością mojego trzeźwienia było wydanie gry Diablo 2 Resuercted (czyli Diablo 2 z nowoczesną grafiką). Wsiąkłem w nią niczym woda w piach. Każdy wieczór po powrocie z pracy poświęcałem na grindowanie potworów, zbieranie przedmiotów, ulepszanie postaci i generalną, bezmyślną łupankę. Nieświadomie uczyniłem sobie wielką przysługę. Wypełniłem pustkę jaką pozostawił alkohol i skutecznie zabiłem nudę. Bez kompulsywnego grania, które trwało nieco ponad pół roku, pewnie nie byłbym w stanie utrzymać trzeźwości.
Nie gram już w Diablo od półtora roku. Raz jeden wróciłem, na tydzień czy dwa, nie zdając sobie do końca sprawy dlaczego. Po czasie zrozumiałem, że ten powrót, był związany z nawrotem choroby. Balansowałem na granicy powrotu do nałogu, mój nastrój spadł, czułem się przytłoczony, nie radziłem sobie z emocjami i, co najgorsze, dopadła mnie pustka i nuda. Powrót do gry był instynktownym mechanizmem ratunkowym, po raz kolejny zasypałem po-alkoholową pustkę kompulsywnym graniem. I po raz kolejny zadziałało, dało mi czas by uporać się z emocjami i przetrwać nawrót.
Do dziś mam, na wszelki wypadek, zainstalowane na komputerze Diablo. Wprawdzie zarówno trudne emocję i nudę, która je budzi, mam lepiej opanowane, ale nie zaszkodzi mieć plan awaryjny gdyby coś zaczęło się sypać. Na mojej lodówce nadal wisi też lista zaleceń, których powinna się trzymać osoba trzeźwiejąca, też na wszelki wypadek.

Większość ludzi słysząc frazę „nawrót uzależnienia”, wyobraża sobie osobę, która po dłuższej trzeźwości łamie abstynencję i zaczyna ponownie zażywać. Tak czasem kończy się nawrót, jest on jednak bardziej złożonym wydarzeniem, które jest rozciągnięte w czasie. Wszystko zaczyna się od emocji, tych trudnych, wywoływanych przez nudę, tragedie życiowe, choroby. Gdy osoba uzależniona nie zarejestruje, że owe emocje się pojawiły, nie przeżyje ich, będą one rosnąć, nakręcać się, aż staną się niemożliwe do opanowania i doprowadzą do złamania abstynencji.
To groźne zjawisko. Dobra wiadomość jest tak, że można je powstrzymać, w każdym momencie poprzedzającym zapicie, poprzez zaopiekowanie się nieogarniętymi emocjami i rozładowanie napięcia w zdrowy sposób. Można mu też skutecznie zapobiegać zważając na to by unikać stanów, które mogą je zapoczątkować.

Zalecenia – czyli dlaczego wolę z tobą nie gadać gdy pijesz
Kiedy zaczynałem trzeźwieć, byłem przekonany, że jak już ustabilizuje się moja abstynencja, za jakiś miesiąc czy dwa, to wrócę do nocnego życia, tylko na trzeźwo. Wyobrażałem sobie, że będę szalał na parkietach w nocnych klubach, pijąc wodę i zachwycając wszystkich swoją trzeźwością. Na szczęście nie zdarzyła się okazja, żeby ten pomysł zrealizować.
Z czasem, w miarę jak rosło moje zrozumienie choroby, zaczął zachodzić proces odwrotny. To znaczy, zamiast rozluźniać ograniczenia w kontakcie z alkoholem, zacząłem je zacieśniać. W pierwszym roku jeszcze zdarzało mi się pojechać na zakrapianego grilla czy pójść na kolację z pijącymi ludźmi. Za każdym razem czułem się nieswojo podczas takich sytuacji. Nie mogę powiedzieć, że je strasznie odchorowywałem, ale budowały napięcie, wyzwalały tęsknotę i stanowiły zagrożenie dla mojej trzeźwości.
Ostatni rok to najbardziej restrykcyjne podejście, czyli, jeśli mogę tego uniknąć, to nie spędzam czasu, ani nawet nie rozmawiam, z ludźmi, którzy są pod wpływem alkoholu, niezależnie od tego czy wypili kieliszek wina, czy butelkę wódki. Prosta zasada: piłeś(a)? Nie rozmawiam z tobą! Z jednej strony to podejście jest dobre, bo bardzo jednoznaczne. Nie zostawia przestrzeni na negocjacje z samym sobą i na wahania. Z drugiej, jego restrykcyjność wyklucza bardzo szeroki wachlarz spotkań towarzyskich w naszej kulturze. Także takich, które nie niosą ze sobą znacznego zagrożenia.
Rozważam ostatnio czy nie rozluźnić nieco tych reguł i pozwalać sobie na rozmowę i pozostawanie w towarzystwie ludzi, którzy zażyli jedną lub dwie dawki alkoholu. Przy tej ilość, zazwyczaj osoba odurzona jest jeszcze komunikatywna i można prowadzić z nią wartościową rozmowę. Od trzech, czterech dawek konwersacja nie ma sensu i lepiej jest poczekać, aż dana osoba przetrzeźwieje. Jest to dla mnie do sprawdzenia, w jakim stopniu takie okazje będą na mnie wpływać i na ile będę w stanie egzekwować nowe zasady.
Wisi nad tym próbowaniem cień. Pamiętacie iluzje i zaprzeczenia? Był tam taki kawałek o racjonalizowaniu.

Zalecenia co robić a czego unikać, są niezwykle istotnym elementem życia osób trzeźwiejących. Ze swoich obserwacji mogę powiedzieć, że ich przestrzeganie stanowi o tym, czy dana osoba przetrwa pierwszy rok trzeźwienia, a każde właściwie zapicie, można wywieść od złamania jednej z reguł. List zaleceń jest długa i nie będę jej w całości przytaczał, można ją znaleźć w [1]. Wspomnę tu tylko o kilku:
+ nie trzymam w domu alkoholu, nie pozwalam by w moim domu spożywano alkohol
+ unikam miejsc i sytuacji w których kiedyś piłem
+ nie spędzam czasu z osobami pijącymi (nie rozmawiam, nie polewam etc.)
+ dbam o sen i generalnie dobre samopoczucie
+ jasno i bez wykrętów odmawiam alkoholu
+ nie daje i nie przyjmuje alkoholu jako prezentu.

Konkluzja – czyli co dalej
Program 24 godziny mówi, by skoncentrować się na nadchodzącym dniu, nie wybiegać myślą daleko w przyszłość, by nie przytłoczył nas jej ogrom. Mój stoicki ulubieniec Seneka mówi:
„Prawdziwe szczęście polega na cieszeniu się teraźniejszością, bez niepokoju o przyszłość; na nie oddawaniu się nadziejom ani lękom, lecz na zadowoleniu z tego, co posiadamy, co jest wystarczające – bo ten, kto jest zadowolony, niczego nie pragnie. Największe błogosławieństwa ludzkości są w nas i w naszym zasięgu. Mądry człowiek jest zadowolony ze swojego losu, cokolwiek by to nie było, bez pragnienia tego, czego nie posiada”.
Nie wiem co przyniesie mi przyszłość. Wiem jakich wyborów chce dokonywać dzisiaj. Chcę wybierać swoje zdrowie, a więc i swoją trzeźwość. Chcę wybierać szczere relacje z ludźmi, a więc i swoją trzeźwość. Chcę wybierać wolność a więc i swoją trzeźwość. Chcę wybierać założenie rodziny, a więc i swoją trzeźwość. Dzień po dniu z cegiełek dobrych wyborów mogę zbudować długie i udane życie, o ile, jak mawiają stoicy, nic mi w tym nie przeszkodzi. Co najważniejsze, mogę wybierać trzeźwość ponad otumanieniem. Czego i wam wszystkim życzę!

BIBLIOGRAFIA
[1] Robert Modrzyński, „O uzależnieniu prosto i zrozumiale. Niezbędnik pacjenta i jego rodziny”
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Palimpsest_alkoholowy
[3] Ewa Wojdyło, „Początek drogi. Wykłady psychologa na oddziale odwykowym”

O egocentryzmie

Autor refleksyjnie analizuje swoje egocentryczne zachowania, przyznając, że obecnie nie potrafi przyjmować odmowy, komunikować potrzeb i uwzględniać emocji innych. Prawe postawy obejmują akceptację odpowiedzi odmownych oraz aktywne słuchanie bliskich. Podkreśla, że dostrzeganie i zrozumienie swoich oraz cudzych emocji jest kluczowe dla zdrowych relacji.

Nie myślę o sobie jako o człowieku egocentrycznym, oczekującym, że świat będzie się wokół niego kręcił. To nieprzyjemna wizja, trudny do zaakceptowania wizerunek siebie. Przecież jest empatyczny, miły, szczodry i dobry, czyż nie?

Jak wspominałem we wcześniejszych wpisach, jestem emocjonalnym dzieckiem, a dzieci nie są wprawne w empatii, miłości i szczodrości – tych cech nabieramy dopiero w trakcie dojrzewania. Nauka wszystkich trzech jest jeszcze przede mną. Obecnie funkcjonuję myśląc o sobie jako o centrum świata, którego potrzeby powinny być zaspokajane bez pytania i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian – naturalna postawa dziecka, którego potrzeby są zaspokajane przez rodziców nie oczekujących nic w zamian.
Rozważę cztery aspekty mojego funkcjonowania, które wiążę z egocentryzmem. W każdym z nich podam stan jaki obserwuje dziś u siebie, stan jaki chciałbym osiągnąć, oraz objawy, które mogą posłużyć do diagnozy problemu. Ostatni aspekt potraktujcie z przymrużeniem oka, na pewno nie wyczerpuje tematu.

Nie potrafię przyjmować „nie” jako odpowiedzi
Jak jest obecnie
Kiedy ktoś mi odmawia, odpowiadam uśmiechem i mówię „Jasne, nie ma problemu”. Wewnątrz kipię. Moje pytanie jest tylko kurtuazyjne, nie dopuszcza odpowiedzi odmownej.  Rzadko o coś proszę, jeśli już to zrobię, to oczekuję bezdyskusyjnej zgody. Odchodzę skołowany, w głowie rozgrywając fantazję, że mój rozmówca się jednak zgodził. Patrzę wilkiem na tą osobę, zaczynam stawiać ją w pozycji wroga, planować jak mogę się odpłacić. Odrzucenie prośby uważam za jednoznaczne z odrzuceniem mnie.
Jak być powinno

Prośbę warto wysnuwać tylko wtedy gdy jest się gotowym przyjąć odpowiedź odmowną. Osoba do której się zwracam ma swoje potrzeby, swoje granice i zdolność decydowania jak je zaspokajać i egzekwować, co czasem oznacza odrzucenie próśb z nimi kolidujących. Opinia osoby proszonej, jest tu ostateczną instancją.
Przyjmuję odmowę ze spokojem, znajduję inny sposób zaspokojenia swej potrzeby. Rozumiem, że odmowa nie jest jednoznaczna z końcem relacji, jest jej naturalną częścią.
Daję sobie swobodę by odmawiać próśb innych gdy naruszają moje granice, tę samą wolność rozciągam na innych ludzi.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
zaskoczenie przechodzące w gniew po usłyszeniu odmowy – jeśli pojawia się systematycznie, zauważyłeś problem.
Jeśli masz trudności w kontakcie ze swoimi emocjami:
Automatyczne ponawianie pytania, jakbyś nie usłyszał pierwszej odpowiedzi. Nieufność skierowana w odmawiającego. Fantazje, że jednak się zgodził.

Nie potrafię komunikować swoich potrzeb
Jak jest obecnie
Nie mówię innym ludziom czego potrzebuje. Jeśli czuję smutek – nie proszę o pocieszenie. Jeśli czuję strach – nie proszę o pomoc. Jeśli czuję wstyd – nie proszę o wysłuchanie. Jeśli czuję samotność – nie proszę o towarzystwo. Oczekuje od ludzi, że sami się domyślą czego mi potrzeba i mi to dadzą, że magicznie odczytają smutek w moich oczach i go ukoją. Jeśli tego nie robią, obrażam się i gniewam.
Jak być powinno
Mówię bliskim mi osobą co czuję, mówię im czego potrzebuje. Daję im szansę i możliwość by odmówić zaspokojenia moich potrze – bez gniewu i obrażania się, szukam wsparcia w innym człowieku lub w sobie. Żadne moja emocja nie jest tabu, o każdej jestem gotów powiedzieć. Rozumiem, że drobne niewerbalne sygnały są bardzo łatwe do przeoczenia i nie polegam na nich w codziennej komunikacji z drugim człowiekiem.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
Kiedy czujesz trudną emocję, uzewnętrzniasz ją tyko mową ciała. Nie mówisz, co czujesz. Czujesz złość, gdy nie dostajesz oczekiwanej reakcji.
Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami:
Zmienia się twoja mimika (spuszczone kąciku ust etc.). Fantazjujesz, że osoby w twoim życiu zaspokajają twoje potrzeby (przytulanie, rozmowa etc.).

Nie uwzględniam potrzeb innych w relacjach
Jak jest obecnie
Nie pytam innych ludzi jak się czują, nie pytam ich czy czegoś potrzebują. Słucham gdy zechcą wypowiedzieć swoje problemy, ale nie dopytuje, nie oferuje pocieszenia. Szybko zmieniam temat. Nie wracam do sytuacji po czasie. Oferuje rozwiązania, zamiast pocieszenia, albo fantazjuje o tym jak pomaga tej osobie i jak uzyskuje w ten sposób jej wdzięczność. Jestem nastawiony na jak najszybszy powrót do moich potrzeb.
Jak być powinno
Pytam ludzi na których mi zależy o to jak się czują, regularnie na co dzień, ale także wtedy gdy dostrzegę niewerbalne sygnały zmienionego nastroju. Słucham odpowiedzi z całą uwagą i w skupieniu. Dopytuje jeśli się zatrzymają, zostawiam chwilę ciszy jeśli tak jest lepiej. Nie oferuje rozwiązań, poprzestaje na wysłuchaniu.
Jeśli jest to właściwe, nie wstrzymuje się przed kontaktem fizycznym, przytulam drugą osobę by pokazać, że jestem przy niej.
Świadomie zostawiam swoje problemy i potrzeby na boku, nie próbuje przyspieszyć przejścia do zajmowania się nimi.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
Odczuwasz zniecierpliwienie, znudzenie i złość gdy wysłuchujesz zwierzeń drugiej osoby. Obrażasz się gdy nie chce przyjąć twojej rady, albo gdy mówi, że nie szuka twojej rady.
Czujesz ulgę gdy historia się kończy, momentalnie przechodzisz do swoich potrzeb.
Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami:
Podczas rozmowy o problemach drugiej osoby: odwracasz wzrok, przytupujesz nogą, myśli błądzą, uciekasz w fantazje.
W pierwszym momencie ciszy czujesz potrzebę odejścia lub dosłownie odchodzisz.
Od trudnej opowieści drugiej osoby przechodzisz płynnie do własnych historii, często humorystycznych, nie pasujących do nastroju chwili.

Złoszczę się gdy ktoś nie poświęca mi uwagi
Jak jest obecnie
Oczekuje, że wszystko co powiem i zrobię będzie centrum zainteresowania ludzi wokół mnie. Gdy moja wypowiedź zostaje pominięta i dyskusja w grupie przechodzi dalej, jestem zaskoczony i obrażony. Tracę wątek w dyskusji rozpamiętując pominiętą wypowiedź.
Kiedy ktoś kogo lubię rozmawia z inną osobą mimo, że ja jestem w pobliżu, uważam się za zdradzonego i obrażam się na ową osobę, oraz krzywo patrzę i źle życzę, osobie z którą rozmawia.
Jak być powinno
Kiedy moja wypowiedź zostaje pominięta w dyskusji, albo wnoszę ją ponownie, jeśli warto, albo odpuszczam i kontynuuję z nowym kierunkiem dyskusji. Nie biorę do siebie pominięcia mojej wypowiedzi, to normalne zjawisko, szczególnie w grupowych konwersacjach.
Cieszę się, gdy lubiana przeze mnie osoba prowadzi z kimś przyjemną rozmowę. Życzę jej jak najlepszych relacji z innymi. Nikt nie musi i nie powinien mi poświęcać 100 procent swego czasu.
Jak to zauważyć
Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami:
Gniew pojawiający się podczas rozmowy, gdy wypowiedź przeszła bez echa. Złość na osobę, która zmieniła temat.
Zazdrość gdy obserwuje miłą mi osobę w rozmowie z kimś innym.
Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami:
Powrót w fantazji do pominiętej wypowiedzi – ponowne jej wypowiadanie z większą emfazą.
Negatywne nastawienie do tego co mówi osoba, która mnie odcięła.
Fantazje w której to ja rozmawiam z miłą mi osobą.
Nagła zmiana nastawienia do rozmówcy z pozytywnego na negatywny.

O chwili szczęścia

W niedzielę wybrałem się do kina na „Diunę”, po obiedzie w restauracji Pasibus. Podczas posiłku poczułem spokój i szczęście, dostrzegając, że do radości wystarczą proste przyjemności. Po filmie zrozumiałem, że szczęście nie wymaga luksusów, a prawdziwym celem jest osiągnięcie spokoju ducha w codzienności.

Była to niedziela jakoś na przedwiośniu. Wybrałem się do kina na drugą część Diuny, odczekawszy kilka tygodni od premiery. Seans miał miejsce w Cinema City w Koronie koło godziny 14tej. Wyjechałem wcześniej, aby zjeść na miejscu obiad przed
filmem.

Mój wybór padł na Pasibusa – restauracyjny klejnot w Koronie. Zamówiłem burgera z frytkami i Colą – taką zwykła, z cukrem, był weekend. Po krótkim oczekiwaniu otrzymałem posiłek i udałem się na poszukiwania optymalnego miejsca. Niedziela
była niehandlowa, przeto panował luz i bez problemu znalazłem stolik – tak nieco z tyłu żeby mieć wszystkich na oku.

Usiadłem, otworzyłem napój, zjadłem frytkę i ująłem w dłonie kanapkę. Spojrzałem na nią, a następnie rozejrzałem się wokół. Wtedy to poczułem. Wyobrażam sobie, że tak przebiegają wszelkie boskie objawienia. Spłynął na mnie spokój, całkowita
błogość i coś czego nie poznałem, tak dawno nie miałem z tym do czynienia – szczęście. W tle rozbrzmiał harmonijny głos chóru… żartuje, w tle słychać było ludzi
ciamkających burgery.

Wgryzłem się w kanapkę, jadłem powoli, świadom że nie muszę się spieszyć. Miałem czas. Delektowałem się posiłkiem. Przyglądałem się krążącym wokół ludziom. Uśmiechałem się między kęsami, a sos kapał mi na brodę. Odczucie spokoju mnie
nie opuszczało. Brzuszek powoli się wypełniał. Wskazówki zegara przesuwały się leniwie.

Po posiłku statecznym krokiem przemieściłem się do kina. Leniwie skorzystałem z ruchomych schodów. Na górze w nozdrza połechtał mi zapach kina, czyli popcornu,
czyli tłuszczu na którym jest prażony. Miałem czas, przechadzałem się po holu przyglądając się plakatom. Zapach otulał mnie jak ciepły kocyk i dopieszczając jeszcze poczucie spokoju. Wreszcie przeszedłem przez bramki wszedłem na salę w
sam czasy na moją ulubioną część seansu – zapowiedzi.

Spektakl sprawił mi ogromną frajdę. Film był pięknie zrobiony i wciągający. Na trzy godziny wypadłem z realnego świata i zanurzyłem się w piaski Arrakis. Nie istniało nic, poza rozgrywającą się na moich oczach historią. Wyszedłem z kina zadowolony, spokojny, szczęśliwy.

Był to jeden z najpiękniejszych dni mojego życia.

Dwie lekcje wyciągnąłem z tego doświadczenia. Pierwsza to uświadomienie sobie, że do szczęścia naprawdę potrzebuję niewiele: nie muszę być w egzotycznych krajach, nie muszę leżeć na gorącej plaży, nie muszę pławić się w luksusie i bogactwie, nie muszę zbierać zaszczytów i pochwał. Wszystko to jest zbędne.
Wystarczy mi sto złotych i wolne popołudnie we wrocławskiej galerii handlowej. Druga lekcja to, ze potrzebuje mniej jeszcze, że wystarczy mi wolna i spokojna głowa, a szczęście płynie ze spokoju mego ducha.

Innymi słowy: Po pierwsze, szczęście nie wymaga niezwykłych okoliczności i niesamowitych zdarzeń, szczęście jest w codzienności. Nie płynie z zewnętrznych okoliczności, z
bogactw i zaszczytów, jest naszym dziełem – tak jak każda inna emocja. Po drugie, spokój ducha i szczęście to jedno. Nie jest tak, że spokój przynosi szczęście, albo szczęście spokój. Spokój jest szczęściem, a szczęście spokojem.

Na tych dwóch lekcjach wyrosły dwie praktyczne zmiany:
Pierwsza, nie gonię już za dalekimi wyprawami i egzotycznymi podróżami. Nie unikam ich gdy pojawiają się na mej drodze, przyjmuje je z zadowoleniem, ale nie gnam by je zdobyć – bo w gonitwie musiał bym zgubić spokój. Nie ścigam pieniędzy i
poklasku, a przynajmniej staram się, bo z poklaskiem mi nie wychodzi. One nie przyczyniają się do szczęścia, mogą natomiast być dla niego przeszkodą. Raz, że używamy cennego czasu by je zdobywać. Dwa, że gdy już je zdobędziemy, ogarnia
nas strach przed ich utratą. Trzy, gdy nie uda się ich zdobyć, dosięga nas gniew i frustracja.

Druga, zrozumiałem co jest moim celem w życiu. Zajęło to jeszcze nieco czasu i przemyśleń od owego dnia, ale zaskoczyło i od kilku miesięcy codziennie powtarzam podczas wieczornej medytacji (przeglądu siebie), że celem mojego życia jest spokój
ducha. Pracuję nad tym każdego dnia. Czasem mi się udaje i te sukcesy przynoszą radość. Częściej coś zgrzyta, coś się psuje, ale z tych niepowodzeń wyciągam naukę na przyszłość. Liczę, że pewnego dnia uczucie spokoju rozleje się na całe moje życie.

O pięknych wspomnieniach

W artykule omawiana jest romantyzacja picia alkoholu w kontekście pamięci i mechanizmów psychologicznych. Wspomnienia są często zniekształcone, sprzyjając faworyzowaniu ekstremalnych doświadczeń, co może prowadzić do uzależnienia. Pozytywne aspekty picia dominują w pamięci, a negatywne są ignorowane, wpływając na decyzje dotyczące alkoholu.

Dzisiejsze rozważania kontynuują temat podjęty w niedawnym wpisie odnoszącym się do podcastu: https://www.youtube.com/watch?v=OCEcvvYewtA&t=902s… . Konkretnie koncepcję romantyzowania picia alkoholu. Podzielę go na trzy części według schematu:
Hipoteza 1: nasze wspomnienia mają tendencję do faworyzowania zdarzeń ekstremalnych
Hipoteza 2: alkohol wzmacnia faworyzowanie pozytywnych wspomnień poprzez mechanizm dopaminowy
Wniosek: nasze wspomnienia z imprez alkoholowych, są przekolorowane i wypaczone.

Po co nam wspomnienia? W moim rozumieniu ewolucyjna przydatność wspomnień tkwi w przenoszeniu informacji, iż pozwala nam dokonywać lepszych wyborów w przyszłości.

DYGRESJA: wspomnienia wcale nie muszą być prawdziwe, żeby skutecznie wypełniać swą rolę! Można wręcz przypuszczać, że zafałszowane, podkręcone, wzmocnione wspomnienie lepiej spełni swą funkcję, niż wspomnienie w pełni prawdziwe. Badania pokazują, że wiele wspomnień to fabrykacje i modyfikacje naszego umysłu [D. Kahneman „Pułapki myślenia”].

Wychodząc z tej perspektywy, jakiego rodzaju wydarzenie są najbardziej warte zapamiętania? Zapamiętywanie wszystkiego nie ma sensu, to było by marnotrawstwo zasobów mózgu (energii). Mózg selekcjonuje wydarzenia do zapamiętania. Moja hipoteza jest następująca: zapamiętujemy najlepiej zdarzenia ekstremalne, silne wychylenia w pozytywnym lub negatywnym kierunku, podczas gdy stany przeciętne ulegają zatarciu. Podobny mechanizm stwierdzono przy badaniu wspomnień odczucia bólu [D. Kahneman „Pułapki myślenia”].

Wydarzenia przeciętne, nie wymagają szczególnych działań. Co byśmy w tych sytuacjach nie zrobili, nasze przetrwanie nie jest zagrożone, energii wydajemy niewiele – a to są kryteria, które są dostępne dla automatycznych mechanizmów naszego mózgu.

OSOBISTA OBSERWACJA: zapamiętujemy to co zwyczajne, nie mamy wielkich luk w pamięci, ale zapamiętujemy to w sposób skompresowany (wiele wydarzeń zlewa się w jedno) i uproszczony (szczegóły się zacierają).

Drastyczne negatywne wydarzenie jest warte zapamiętania, bo w przyszłości może nam pozwolić uniknąć zagrożenia. Uczymy się czego się wystrzegać, jak reagować i jak lepiej przez podobne sytuacje przechodzić. To fantastyczny mechanizm, kluczowy dla naszego rozwoju i uczenia się. Jednak zdarza się, że ten mechanizm nas zdradza. Przykład: zespół stresu pourazowego (PTSD), gdy traumatyczne wspomnienie jest tak intensywne, że związane z nim mechanizmy przetrwania aktywują się bez kontroli pod wpływem minimalnych wyzwalaczy.

Silnie pozytywne wydarzenie jest warte zapamiętania, by móc dążyć do jego powtarzania. Uczymy się co nam przynosi korzyść, co robić by uzyskać przyjemny stan. Przykładowo, przyjemność z jedzenia pragnienie jedzenia, przyjemność orgazmu koduje potrzebę seksu etc.. Przydatność tego mechanizmu jest jasna.

DYGRESJA: tutaj można dostrzec elementy kompresji informacji, przykładowo nie pamiętamy konkretnych posiłków, pamiętamy natomiast smak potraw (smak jabłka, smak burgera) i przyjemność z jedzenia.

Pozytywne kodowanie, także może nas zdradzić. Przykład: uzależnienia, te od substancji psychoaktywnych i te od zachowań. Gdy układ nagrody jest sztucznie stymulowany, tworzy fałszywy obraz zaspokojenia ważnej potrzeby.

Odczucie zaspokojenia, towarzyszące spożyciu dawki alkoholu, jest dziewięciokrotnie silniejsze, niż odczucie zaspokojenia towarzyszące orgazmowi – w sensie, iż wyrzut dopaminy (neuroprzekaźnika związanego między innymi z mechanizmem nagrody w mózgu) jest 9-krotnie większe w przypadku alkoholu niż w przypadku orgazmu. Ze względu na tą silną stymulację układu nagrody, asocjacje związane z zażywaniem alkoholu, będą silnie przesunięte ku pozytywnym, negatywne konsekwencje będą natomiast ignorowane.

Układ nagrody odgrywa kluczową rolę w formowaniu się uzależnienia. O jego roli w tym kontekście można posłuchać tu (podcast niemyte Dusze serdecznie polecam!): https://www.youtube.com/watch?v=xaFmz6iJX28… . Poczytać tu: [R. Modrzyński „O uzależnieniu prosto i zrozumiale”], [J. Lindenmeyer, „Ile możesz wypić?”] i w wielu innych publikacjach.

Warto jednak pamiętać, że przestymulowanie układu nagrody występuje u każdej osoby zażywającej etanol czy inny środek psychoaktywny nie tylko u uzależnionych.

Spójrzmy na przykładową imprezę alkoholową i podzielmy jej poszczególne etapy ze względu na spodziewaną intensywność wspomnienia.
Pierwsze: nudne części imprezy, momenty ciszy, lekkiej nudy, gdy odlatujemy myślami bo ktoś pitoli od rzeczy, gdy nerwowo czekamy, aż coś się zacznie dziać, czekamy aż ktoś wróci z toalety czy z baru. Brak ekstremalnych doznań sprawia, że mają niską wagę w naszej pamięci. Jeśli nie towarzyszy im zażycie i wyrzut dopaminy, znikają zupełnie. Mamy świadomość, że takie momenty są na imprezie, ale ile to trudno było by określić.

Drugie: negatywne konsekwencje o umiarkowanej intensywności. Po imprezie, przychodzi kac, którego zapamiętujemy słabo albo wcale, chyba, że był ekstremalny. Wiemy, że będziemy mieć kaca, ale ta perspektywa jest mało namacalna. Kac jest rozciągnięty w czasie a jego intensywność maleje, to nie stymuluje mózgu do zapamiętywania, bo słabo sobie radzi z wydarzeniami rozciągniętymi w czasie [D. Kahneman „Pułapki myślenia”]. Negatywne konsekwencje pojawiają się i w trakcie imprezy. Przykład: spadek poziomu alkoholu we krwi. Sytuacja, koncert na którym ustawiono za mało dystrybutorów substancji. W kolejkach do tych punktów, można zaobserwować rosnące podenerwowanie, wywołane objawami odstawionymi i oczekiwaniem kolejne dawki etanolu.

DYGRESJA: W opisanej sytuacji najpewniej zapamiętamy nie nerwowe oczekiwanie, a ulgę, którą przyniosło nam zażycie.

Trzecie: pozytywy o umiarkowanej intensywności. To powolne rozmowy o: pogodzie, gdzie na wakacje, czy dzieci zdrowe – normalne sprawy, zwykle omawiane przy kawie w pracy. Są przyjemne i najbardziej wartościowe na całej imprezie. Zbyt zwyczajne by zakodować się w pamięci.

Czwarte: ekstremalnie ekscytujące momenty. Związane z wyrzutami dopaminy, kodującymi poczucie zaspokojenia potrzeby. Przykłady: śmiechawka, uczucie niezniszczalności, „głębokie” rozmowy, „kocie” ruchy na parkiecie itd.. Także pierwszy łyk substancji, idące za nim uczucie ulgi – kodujące smak i zapach trunku. Te aspekty zapamiętamy najsilniej, będą rdzeniem wspomnienia, a z czasem jedynym co z niego pozostanie. Będą stanowić główny przyczynek do podjęci decyzji o kolejnym piciu.

Piąte: ekstremalnie negatywne momenty. To sytuacje gdy ktoś został fizycznie zaatakowany, wybuchnął konflikt (także między przyjaciółmi), obrzydliwe żarty i bolesne słowa. Mają duże prawdopodobieństwo by być silnie zakodowanymi. Są wartościową lekcją i warto ich unikać w przyszłości. Ich intensywność nie dobije jednak do silnie pozytywnych wspomnień, bo nie towarzyszy im wyrzut dopaminy. Powinny jednak pozostać i stanowić ważny przyczynek do decyzji o piciu.

Co pozostanie z przebiegu imprezy? Skrótu z najważniejszych momentów, jak skrót meczu. Wiemy, że było coś więcej, ale wypełniacze o małej intensywności zniknęły. Da to wrażenie wydarzenia, o wiele ciekawszego, niż w rzeczywistości. Radosne uniesienie goni radosne unesienie, podekscytownie i zaspokojenie. Moje doświadczenie: z czasem dochodzi do większego zagęszczenia. Imprez zlewają się w jedeną, zdominowaną przez odczucie zaspokojenia (wyrzut dopaminy), połączonego z ulgą. We wspomnieniu brakuje miejsca na trudne i niebezpieczne chwile, pozytywne aspekty dominują.

Jak takie wspomnienie wpłynie na decyzję o piciu? Będzie skłaniać do ponownego sięgania po alkohol, bo jest niewyważone, pomija negatywne skutki intoksykacji. Można to wiązać z zabużeniami w układzie nagrody. Jednak większość ludzi, przez większość czasu nie pije alkoholu. Dlaczego? Wspomnienie nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na decyzję. Działa jeszcze logiczne myślenie i aktywność hamująca płata czołowego. Ważymy konsekwencje picia: kaca, zmęczenie, zły sen. To te oczywiste. Rzadziej rozważamy też długofalowe skutki: raka, uszkodzenia mózgu, uszkodzenia wątroby etc..

To przeciąganie linii między rozsądkiem a nakręcanym dopaminą kolorowym wspomnieniem. Większość jest gdzieś pośrodku, ci u których wygrał rozsądek nie piją wcale, a ci u których wygrał rozregulowany układ nagrody zapadają na uzależnienie.