Blog

Empatia

Odkąd pamiętam, wolałem słuchać niż mówić. Uwielbiam zagłębiać się w czyjąś opowieść. Wyczulić się na niuanse głosu: kiedy się wzniesie, a kiedy zadrży. Chciwie wpatruję się w oczy i mimikę opowiadającego. Tyleż można wyczytać z tych wszystkich znaków! Im więcej potrafiłem odczytać, tym czułem się bezpieczniej, strach malał.

Dzięki temu mogę wskoczyć w buty opowiadających, poczuć ich emocje, zobaczyć świat z ich perspektywy. Mogę ich zrozumieć, mogę się stać dla nich lustrem.

Nie zawsze wiem, jak pomóc albo nawet jak zareagować, ale zwykle wiem, jak dopasować się do drugiej osoby tak, by poczuła się wysłuchana i zrozumiana. Z łatwością staję się empatycznym kompanem, przez którego można przepuścić nawet najtrudniejsze zmartwienia.

Przykład(y)

Ciężko jest mi podać jeden przykład. Zamiast tego przytoczę kilka ogólniejszych sytuacji, w których empatia się objawia.

Trudny dzień w pracy. Kiedy ktoś ze znajomych ma naprawdę ciężki dzień, potrafię to dostrzec. Choć zazwyczaj nic nie mogę z tym zrobić, mogę tej osoby wysłuchać i pobyć z nią chwilę.

Zmęczenie. Zauważyłem, iż łatwo mi rozpoznać u innych objawy zmęczenia. Niezależnie od tego, jakie są ich przyczyny, są pewne znaki, na które zwracam uwagę. Ponownie, niewiele mogę z tym zrobić, ale mogę wesprzeć dobrym słowem.

Słuchacz. Z moim mówieniem bywa różnie, ale ze słuchaniem jest właściwie zawsze dobrze. Potrafię to jak mało kto. Czy jest to zabawna historyjka, czy trudny temat wymagający uwagi, bliskie osoby znajdą we mnie przyjazne i cierpliwe ucho.

Po prostu być. Bywa, że najlepsze, co możemy zrobić dla drugiego człowieka, to po prostu być. Nic nie mówić, niczego nie robić. Ja się do tego świetnie nadaję – jestem cichym, ale obecnym kompanem na momenty smutku i zadumy.

Skąd to się bierze?

To może zaskoczyć, ale jest to efekt uboczny lękowego stylu przywiązania!
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo. W ten sposób możemy uniknąć starcia z zagniewaną osobą, możemy dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Ten mechanizm z dzieciństwa przekłada się na szczególne wyczulenie na stany innych w dorosłości. Nadal szukamy tych samych zagrożeń emocjonalnych, których wypatrywaliśmy kiedyś, ale teraz możemy użyć naszych obserwacji, by nieść innym wsparcie, a nie tylko unikać niebezpieczeństwa.
To, co kiedyś miało chronić, może zacząć łączyć – tak z lęku rodzi się empatia jako dojrzałe zastosowanie lękowej czujności.

Ograniczenia i wyjątki

Żaden zmysł nie jest doskonały. Także i moja empatia może zawieść. Nieraz zdarzało mi się pomylić i błędnie rozpoznać czyjś stan emocjonalny, co skutkowało nietrafionymi działaniami z mojej strony. Zwykle nie prowadzi to do poważnych konsekwencji, ale bywa niezręczne.

Z powyższego wynika też, że niejednokrotnie nie korzystam ze swojej empatycznej intuicji, czyli rozpoznaję pewien stan innej osoby, ale nie poruszam tematu. To próba uniknięcia pomyłki poprzez niepodejmowanie ryzyka. Zazwyczaj dzieje się tak, gdy intuicja dotyczy spraw błahych lub takich, w których nie mam nic do zaoferowania.

Podobna wstrzemięźliwość zwykle (choć nie zawsze) towarzyszy mi w przypadku spraw prywatnych lub intymnych. Kardynalny przykład: kiedy mam podejrzenia, że jakaś znajoma kobieta jest w ciąży. Nawet jeśli mam 99% pewności, że tak jest, nie poruszę tego tematu, póki sama o tym nie wspomni.

Jak to się objawia w relacjach?

Szybko i bez tłumaczenia potrafię wyczuć, w jakim stanie jest osoba, z którą rozmawiam. Zazwyczaj nie trzeba mi nawet mówić, że jest się smutnym, szczęśliwym czy zmęczonym – ja już to wiem. To przekłada się też na szybsze dostosowanie się do sytuacji i adekwatną do niej reakcję.

Nie kwestionuję odczuć i emocji drugiej osoby. Nie mówię żadnych: „A dlaczego miałoby ci być smutno?”, „Czym ty możesz być zmęczona?”. To, że mogę wejść w buty osoby, z którą rozmawiam, sprawia, że tego typu odzywki nie mają dla mnie sensu.

Moja reakcja i zachowanie (o ile sytuacja mnie nie przerasta) są dobrze dopasowane do rozmówcy. Nie zbaczam z tematu, nie mówię bez związku, trzymam się tego, co druga strona czuje i okazuje. Dzięki temu łatwo jest się przede mną otworzyć i wygadać. Dodatkowo lubię słuchać, i ludzie to dostrzegają, co jeszcze bardziej ułatwia otwieranie się.

Zakończenie

Uwielbiam słuchać. Bardzo lubię pomagać – a pomaganie musi wypływać ze zrozumienia. Dlatego wolę milczeć i chłonąć to, co mają do powiedzenia inni. Potrafię to robić, bo praktykuję.

Jak długo jednak można się w milczeniu przysłuchiwać i przyglądać? Kiedy przyjdzie ten czas, gdy druga strona poczuje się nie tyle wysłuchana, co raczej śledzona?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dopiski do drugiego odcinka podcastu

Najważniejsze punkty z drugiego odcinka podcastu:
https://youtu.be/mc2F3J10tcQ
https://open.spotify.com/episode/3IB5u8v968amWSGgxG7NTt?si=1qjRm3b5QC6UWKUV26dO2A

  1. Kiedy przestałem pić, stałem się gorącym zwolennikiem prohibicji. Uważałem, że wszyscy powinni natychmiast i od ręki zrozumieć, jak szkodliwy jest alkohol, a w związku z tym także przestać pić. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego są tacy oporni…
    Nie chciałem dostrzec, że alkohol – pomimo swej szkodliwości – zaspokaja pewne potrzeby, i że ludzie nie są skłonni tak łatwo tego zaspokojenia oddać.
  2. Na szczęście znam kilka osób i tak się też zdarzyło, że z niektórymi z nich wdałem się w dyskusję na temat prohibicji alkoholowej. Pozwoliły mi one zrozumieć, że mój zapał zealoty był naiwny i że potrzeba mi było głębiej pochylić się nad problemem.
  3. Pierwsza z istotnych myśli to ta, że prohibicja będzie skuteczna wtedy, kiedy nie będzie potrzebna – czyli gdy spożycie spadnie do poziomu, przy którym będzie można przezwyciężyć opór społeczny, a skutki obecności alkoholu będą tak małe, że zakaz nie będzie miał większego znaczenia.
  4. Druga myśl to ta, że ludzie piją w konkretnym celu – ten narkotyk zaspokaja konkretne i realne potrzeby osoby go zażywającej. Byłoby naiwnością twierdzić, że jest inaczej.
    Jakie to potrzeby? Interesująca jest lista zawarta w poniższym artykule:
    https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S2352853219300963?utm_source=chatgpt.com

Zawiera osiem głównych punktów (tłumaczenie moje):

  • wzmocnienie doznań
  • więzi społeczne
  • chęć przynależenia
  • przeciwlękowo
  • przeciwdepresyjnie
  • radzenie sobie z nudą
  • samorozwój
  • wydajność

Każda z tych kategorii ma po cztery podpunkty, które konkretyzują, co za nimi stoi. Nie będę tutaj przechodził przez nie wszystkie, ale temat ten podejmę wkrótce, jako że rozwikłanie, co może być zastępnikiem dla alkoholu w każdej z tych funkcji, jest kluczowe dla wytyczenia drogi do stopniowego usuwania alkoholu z naszej kultury i społeczeństwa.

  1. Trzecia myśl to: znaleźliśmy alternatywy dla azbestu, znajdziemy i dla alkoholu.
    To metaforyczne porównanie sytuacji z azbestem (eternitem) do alkoholu.
    Póki azbest jest na dachach, niektórzy ludzie będą umierać na raka. Jednak innym ludziom będzie sucho i ciepło – ich potrzeba schronienia będzie zaspokojona. Czy powiemy o tych pierwszych: „Trudno, niech umierają, eternit zostaje”? Czy raczej: „Pozbądźmy się azbestu, ale znajdźmy alternatywę, która osłoni innych przed deszczem i zaspokoi ich potrzebę schronienia”?

Póki alkohol jest akceptowany w naszym społeczeństwie, póty ludzie będą się uzależniać, umierać na raka czy ginąć w wypadkach spowodowanych przez pijanych. Z drugiej strony inne osoby będą miały rozrywkę, odprężenie, dawkę przyjemności, wsparcie w relacjach. Czy stwierdzimy o tych pierwszych: „Trudno, niech chorują i umierają”? Czy raczej powiemy: „Pozbądźmy się alkoholu z naszej kultury, ale znajdźmy zdrowe zamienniki, które zaspokoją potrzeby reszty – tam, gdzie to tylko możliwe”?
Znaleźliśmy alternatywę dla azbestu, znajdziemy i dla alkoholu!

  1. Czwarta myśl to: żabę trzeba gotować powoli – jeśli spróbuje się ją wrzucić na wrzątek, ucieknie z garnka.
    Ludzie źle reagują na gwałtowne zmiany, ale do drobnych przyzwyczajają się dość łatwo. Jeśli chcemy uniknąć buntu i gwałtownego starcia z obrońcami alkoholu, to restrykcje najlepiej wprowadzać systematycznie i stopniowo. Zamiast prohibicji – systematyczne podnoszenie, rok w rok, akcyzy i zmniejszanie liczby punktów sprzedaży alkoholu.
    Tu powinna być informacja o skutkach podnoszenia akcyzy, ale nie zdążyłem jej przygotować. Wrócę do tematu w przyszłości.
  2. Ostateczny wniosek jest taki, że jeżeli chcemy trwale i skutecznie ograniczyć spożycie, musimy zaoferować zdrowe alternatywy dla alkoholu, które pozwolą stopniowo wypierać ten narkotyk z naszej codzienności.

Opoka / Król Lodu

Stabilność emocjonalna jest piękną cechą charakteru. Pozwala nam być wsparciem dla naszych bliskich w chwilach próby. Czyni nas godnymi zaufania, bezpiecznymi przystaniami dla tych, których kochamy.

Wszyscy odczuwamy emocje, wszyscy mamy uczucia. Komunikowanie tych stanów jest ważne dla zrozumienia między ludźmi. Choć nie chcemy wylewać emocji, chcemy, by bliscy rozumieli, co przeżywamy.

Stabilność emocjonalna może wynikać z dwóch przyczyn: wytężonej pracy nad naszymi przekonaniami, która pozwoliła nabrać dystansu do źródeł emocji, lub z zimnego odcięcia się od ich przeżywania. Pierwsza droga pozwala nam utrzymywać spokój i szczerze komunikować emocje oraz uczucia. Druga tworzy fasadę spokoju, która staje się blokadą dla bliskości.

Dostrzegam u siebie siłę w sytuacjach emocjonalnie trudnych. Mogę stanowić opokę dla moich bliskich w chwilach próby. Nie załamuję się pod wpływem zaskakujących wydarzeń, panika nie ma do mnie przystępu. Jestem wsparciem i siłą.

Jednak siła ta płynie z zimnego miejsca, ze zbroi Króla Lodu, która odcina emocje, nie pozwalając im się ujawnić. To czyni mnie zimnym w emocjonalnym dotyku. To sprawia, że ludzie chcą trzymać ode mnie dystans. Choć czasem nie pragnę niczego bardziej niż bycia przytulonym, mój pancerz utrzymuje innych na odległość.

Jak to się łączy

Muszę odnotować, że pojęcia emocji będę używał w wąskim sensie. W tym sensie emocją jest strach, złość, euforia. Emocjami nie są miłość, stres, nienawiść itd.

Silna potrzeba niedoświadczania emocji i odporności emocjonalnej może być rozumiana jako element unikającego stylu przywiązania. To sposób na nieprzyciąganie uwagi otoczenia, kamuflaż. Kiedy wyrażamy swoje emocje, pokazujemy je światu. Ludzie wokół nas kierują się ku nam, by zbadać charakter i źródło naszych emocji.

Wszyscy miewamy obawy przed ekspresją naszych emocjonalnych przeżyć i pewne sposoby wyrażania emocji są nieakceptowalne. Emocje wylewające się z nas nieustannie sprawiają, że otoczenie obojętnieje na nie. Uczymy się więc je ograniczać, wybierać, kiedy chcemy je głośno wyrazić, tak by uzyskać maksymalny efekt – trenujemy wyzwalanie emocji proporcjonalnie do poziomu zagrożenia lub szansy.

To zdrowy mechanizm regulacji emocjonalnej, skutecznej selekcji tych emocji, których przyczynę możemy ogarnąć sami, oraz trud poszerzania spektrum emocji, które są dla nas do ogarnięcia.

Kiedy wyrażamy emocję, jest to sygnał dla naszego otoczenia, że potrzebujemy wsparcia – bo nie ze wszystkim, co emocję wyzwala, możemy uporać się w pojedynkę. Ekspresja emocjonalna w kluczowych momentach pozwala nam szybko zakomunikować potrzebę wspierającemu otoczeniu.

Problem pojawia się, gdy lęk przed przyciągnięciem uwagi i odrzuceniem sprawia, że uczymy się skrajnego blokowania swej ekspresji emocjonalnej. Przestajemy komunikować emocje, chyba że wyleją się z nas niekontrolowanie. W tym procesie odcinamy do nich dostęp nie tylko otoczeniu, ale także sobie. Przed sobą też musimy je ukryć, stłumić, zatrzymać w podświadomości. Przez to tracimy z nimi kontakt i możliwość głębszej pracy.

Emocje są naturalnym działaniem ludzkiego umysłu – nie można ich całkowicie wyeliminować. Można z nimi pracować, lepiej je zrozumieć i poznać mechanizmy konstruktywnego ich wyrażania i przetwarzania. Jednak to możliwe tylko wtedy, gdy nie staramy się ich tłumić.

Gdzie jestem

Obie strony tej cechy występują w moim życiu. Pytanie brzmi: gdzie się znajduję na spektrum między nimi?

Oceniam, że obecnie jestem przechylony w stronę Króla Lodu, przy czym moja zbroja systematycznie się topi. Od czasu, gdy przestałem pić i zacząłem odzyskiwać kontakt ze swoimi emocjami, powoli przesuwam się w stronę stabilności emocjonalnej, od emocjonalnego zblokowania. Zblokowanie jest silne w sferze emocji romantycznych oraz złości.

Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej unaocznić sytuację.

Pierwszy przykład z relacji damsko-męskich. Jest mi trudno okazać kobiecie, że czuję do niej pociąg. Zachowuję nadmierny dystans, jestem powściągliwy i opanowany, tak że sprawiam wrażenie kogoś, kto chce się kumplować. Mówienie chłodnym, opanowanym głosem, bez mimiki: „Hej, pięknie wyglądasz!” jakoś nie przynosi sukcesów.

Drugi przykład to gniew, który ma ciekawą dynamikę u mnie. Zazwyczaj kompletnie go nie okazuję, choć przewija się w moim wewnętrznym dialogu – chociażby, gdy przeklinam kierowcę, który zajechał drogę. Czasem jednak jakby się ulewa. Objawia się to lekką zmianą w głosie, pojawieniem się szorstkości. Czuję się wtedy jak pokrywka, pod którą buzuje gotująca się woda – jeszcze wrzątek się nie wylał, ale już tryskają kropelki, które mogą zaboleć.

Trzeci przykład to budząca nadzieję łatwość, z jaką przychodzi mi radowanie się. To nowość, coś, co rozwija się od kilku lat. Coraz częściej i chętniej jestem skłonny się śmiać i cieszyć towarzystwem. Jest mi łatwiej być w grupie, rozmawiać i żartować. To osiągnięcie ostatnich czasów i zapowiedź pięknych zmian w przyszłości!

Aby lepiej zrozumieć jak możemy pracować z tymi zagadnieniami, przedstawię moje rozumienie stanu do którego dążymy.

Optymalny stan

Zdefiniuję kilka etapów, które zbliżają nas do optymalnego stanu. W skrócie można powiedzieć, że to ścieżka zapoznawania się ze swoimi emocjami i ich przebudowy. Zaczną się tu pojawiać pierwsze stoickie nuty.

Etap pierwszy

Do pracy z emocjami niezbędne jest, by być ich świadomym. Dlatego pierwszym krokiem jest usłyszeć emocje. To brzmi prosto, jednak dla niektórych z nas jest skomplikowane.

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do ich tłumienia i odpędzania, że nie nauczyliśmy się ich słyszeć i rozróżniać. Na tym etapie czeka nas nauka emocjonalnego słownictwa oraz cielesnych i myślowych sposobów objawiania się poszczególnych emocji.

Jeśli nauczymy się rozróżniać niepokój od strachu, to już jesteśmy na dobrej drodze.

Etap drugi

Nawet gdy już wiemy, co czujemy, niełatwe jest mówienie o tym. Instynktownie chcemy chronić swój wewnętrzny świat, nie zdradzać go innym, czy to ze strachu, czy ze wstydu.

Umiejętność wypowiedzenia emocji, nazwania ich głośno wobec innych, jest kluczowym elementem rozpuszczania bariery emocjonalnej. Pozwala być lepiej zrozumianym przez drugiego.

Wypowiadanie nie musi zawsze mieć formy słów – cielesna reakcja na emocję także może być jasnym komunikatem.

Etap trzeci

Ten etap wchodzi już w myślenie stoickie. Jego osią jest zrozumienie, które z emocji odnoszą się do rzeczy od nas niezależnych i w jaki sposób. Które z nich odnoszą się do stanów preferowanych (przyjemnych), a które do tych, których chcemy unikać (nieprzyjemnych).

Jest to rozbudowanie wiedzy o emocjach zdobytej w pierwszym etapie. Pogłębiamy niuanse ich zrozumienia i identyfikujemy, z jakich przekonań wynikają i co je wyzwala.

Etap czwarty

Na tym etapie kontynuujemy w ramach myśli stoickiej. Rezygnując ze strategii tłumienia emocji, pozostawiamy pustkę w obszarze zarządzania nimi. W większości sytuacji nie jest to krytyczny problem. Jednak okazjonalnie, gdy emocje są silne, może to prowadzić do wybuchów i reakcji, które przyniosą więcej szkody niż pożytku.

Ćwiczenie dwóch poziomów sądu

Musimy wypracować konstruktywną strategię przetwarzania emocji. W ogólnym zarysie chodzi o to, by dołożyć dodatkowy poziom. Poza instynktowną reakcją, która jest pierwotna i niekontrolowana, dokładamy drugi poziom sądu: racjonalną i rzeczową analizę rzeczy. Dopiero po przeprowadzeniu tejże decydujemy, jak zareagować.

Jest to ćwiczenie dwóch poziomów sądu i powiem o nim więcej w ramach praktycznych metod pracy.

Etap piąty

Ten etap jest pracą na całe życie. Nie powinniśmy się spodziewać, że go wypełnimy przed śmiercią. Naszym zadaniem jest przybliżać się do ideału.

Każda emocja ma swoje źródło w wewnętrznym, nieuświadomionym przekonaniu. Jeżeli przekonanie mówi, że coś od nas niezależnego ma właściwość dobra lub zła, to jest to przekonanie błędne. Według stoików takie przekonania są źródłem emocji (wąsko rozumianych).

Praca stoika polega na wydobywaniu tych przekonań na powierzchnię, poddawaniu ich refleksji i krytyce oraz obalaniu lub podtrzymywaniu – zależnie od tego, czy są logicznie spójne. To praca żmudna i wymagająca, by powtarzać ją regularnie latami.

Naszym ostatecznym celem jest, by wszystkie podświadome przekonania wartościujące odnosiły się tylko do rzeczy zależnych. Kiedy tak się stanie, emocje ustąpią pola konstruktywnym uczuciom, a my staniemy się stoickim mędrcem i zaczniemy lewitować nad resztą ludzkości z uśmiechem na ustach.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Chcę wam zaproponować kilka ćwiczeń, które praktykuję, a które mają pomóc w lepszym zbalansowaniu podejścia do emocji. Niektóre z nich są stoickie, inne ogólne. Żadne z nich nie jest medycznym zaleceniem – nie mam ku temu kwalifikacji. Stosujcie je z rozsądkiem. Jeśli wywołują w was niepokojące objawy, nie brnijcie w nie na ślepo.

Ćwiczenie pierwsze

To ćwiczenie stosuję doraźnie. Kiedy jestem w sytuacji, która – przypuszczam – powinna wywołać emocje, a ich nie odczuwam, próbuję sobie wyobrazić, co powinienem poczuć, i staram się to poczuć.

Może brzmieć zabawnie, ale w momencie, kiedy nasze emocje są silnie odcięte, to sposób, by uzyskać wgląd, a także sposób, by stworzyć pozwolenie na daną emocję na przyszłość.

Sam stosuję to ćwiczenie także po fakcie. Medytuję wieczorem i przypominam sobie sytuację z dnia, w której zgaduję, że umknęła mi jakaś emocja. Wracam tam w wyobraźni i staram się ją przywołać.

Celem ćwiczenia jest zdolność pochwytywania i nazywania emocji, kiedy się pojawiają.

Ćwiczenie drugie

To także doraźne ćwiczenie, które stosuję, kiedy mam ku temu warunki.

Polega ono na tym, że kiedy pojawi się emocja – jeśli ją zauważę i nazwę – staram się ją wyrazić werbalnie i fizycznie. Po pierwsze, głośno wypowiadam jej nazwę. Po drugie, wysławiam tę emocję: okrzyk radości, przekleństwo złości. Po trzecie, fizycznie ją manifestuję: uśmiecham się, podnoszę ręce w geście triumfu, zaciskam pięści w złości. Wszystko to bez czynienia szkody sobie i innym!

Celem ćwiczenia jest utrwalenie pochwytywania emocji, nazywania ich i podstawowego wyrażania.

Ćwiczenie trzecie (dwa poziomy sądu)

To stoickie ćwiczenie, które opiera się na obserwacji dotyczącej natury przetwarzania emocji. Można w owym procesie wyróżnić dwa następujące po sobie etapy.

Pierwszy etap składa się z bodźca, który trafia na podświadome przekonanie. To generuje sąd wartościujący dany bodziec, a owo wartościowanie generuje emocję. Ta część procesu jest nieuświadomiona – dopiero końcowa emocja dociera do świadomości. Tutaj proces może się też zakończyć i po pojawieniu się emocji możemy podjąć standardowe, przypisane jej działanie.

W niektórych przypadkach może zostać uruchomiony drugi etap. Jest on świadomy i polega na zatrzymaniu automatycznej reakcji oraz ponownym rozważeniu sytuacji (bodźca). Zadajemy sobie pytania: co się konkretnie wydarzyło? Jaki wydałem sąd i czy jest on słuszny? Czy działanie, które sugeruje emocja, jest adekwatne? Przewartościowujemy pierwszy impuls i świadomie decydujemy, jak postąpić.

Każdemu z nas takie sytuacje przydarzają się przypadkiem. Esencją ćwiczenia dwóch poziomów sądu jest inicjowanie go z rozmysłem i świadomie – co pozwala podejmować lepsze decyzje, ale też sprawia, że łatwiej będzie nam uruchamiać go w przyszłości. Chodzi o świadome włączenie refleksji przed reakcją emocjonalną.

Ćwiczenie czwarte: praca z przekonaniami

To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszymi emocjami, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i inicjują uczucia.

Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą emocjom. Jak je wewnętrznie uzasadniam?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się wtedy dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy są racjonalne?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.

To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.

Podsumowanie

Choć do wykonania jest wiele pracy, wycofanie i zblokowanie emocjonalne nie jest wyrokiem. Celowa i wytężona praca może przynieść zmianę na lepsze.
Jak zawsze w przypadku tak fundamentalnych zmian trzeba być przygotowanym na to, że proces zajmie lata, a doskonałość może być nieosiągalna.

Uważam, że można roztopić zbroję Króla Lodu, nie przestając przy tym być opoką dla innych, ale jest to zadanie wymagające czasu i wysiłku.

A jak wy traktujecie swoje emocje? Potraficie z nimi żyć, czy raczej odpychacie je w głąb, byle ich nie poczuć?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Królu Lodu

Najwygodniej jest nie odczuwać emocji. Wtedy nic nie zakłóca analitycznego rozkładania świata na czynniki pierwsze. Życie staje się poukładane i przewidywalne. Gdyby dało się tak cały czas, byłbym szczęśliwy. Ale czy szczęście to nie emocja?

Znam ten stan: kiedy coś mnie wzburzy, podnosi się wewnątrz lodowaty pancerz. Tylko przez chwilę pozostaję poruszony, by za moment nie czuć już nic. Wiem, że to nie pomaga w relacjach z ludźmi: ja gubię się w ich emocjach, tak słabo je znam, oni nie mogą odczytać moich, bo ich nie okazuję. Jawie się zimny i niedostępny niczym Król Lodu.

A kto by się chciał przytulić do zimnego posągu?

Przykład

Najbardziej dramatycznie widać to pod koniec mojego picia. Przez trzy miesiące byłem w depresji alkoholowej. Moje życie było wyssane z radości. Mimo to chodziłem codziennie do pracy. Wykonywałem bez entuzjazmu i zaangażowania swoje obowiązki. Jadłem posiłki i piłem kawę. Czasem nawet rozmawiałem z ludźmi.

Spotykałem się z rodziną. Rozmawiałem z przyjaciółmi.

Przez cały ten czas nie dałem po sobie poznać, że towarzyszy mi cierpienie. Zachowywałem tę samą fasadę, którą trzymałem wcześniej: całkowity spokój, neutralna mina, wycofanie.

O ile mi wiadomo, nikt nie miał cienia podejrzenia, że przechodzę przez trudny okres. A przecież dzień czy dwa po planowaniu skoku pod pociąg byłem w pracy, wśród ludzi. Moje maskowanie było perfekcyjne.

Było tak dobre, że nikt, nie miał szansy ani okazji, by wyciągnąć do mnie pomocną dłoń. Odciąłem się od szansy na poprawę swojej sytuacji, czyli od pomocy drugiego człowieka. Tylko łut szczęścia zdecydował, że przeżyłem pomimo swej lodowej zbroi.

Więcej przykładów

Kobieta, na którą lecę, nie ma pojęcia, że tak właśnie jest – nawet jeśli mi się wydaje, że wysyłam sygnały, to domyślam się, że są trudne lub niemożliwe do rozpoznania.

Nigdy nikomu nie mówię: „kocham cię” – nie pamiętam sytuacji, w której powiedziałbym to komukolwiek. W dzieciństwie się zdarzało, ale nie mam konkretnych wspomnień.

Nigdy nie płaczę – nie płakałem na trzeźwo od około 25 lat. Nie liczę reakcji alergicznych, wiatru w oczy. Emocje nie są w stanie wywołać u mnie łez, czego niezmiernie żałuję.

W pracy nikt nie miał szans się zorientować, że jestem z niej głęboko niezadowolony – obecnie odchodzę, ale nikt nie miał nawet szansy, by w międzyczasie rozpoznać sytuację.

W pracy kierowano mnie do zadań, do których się nie nadawałem, bo sprawiałem wrażenie, że sobie dobrze w nich radzę. Momentami tak pewnie nawet było, ale moja frustracja rosła.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest podobna jak w przypadku omawianej odporności – wynika z unikającego stylu przywiązania, wzorca emocjonalnego, w którym bliskość kojarzy się z zagrożeniem.

Schemat może wyglądać następująco: wydarza się coś, co sprawia, że odczuwam silną emocję. Powiedzmy, że zobaczyłem kobietę, która mi się podoba, w niezwykle twarzowej sukience. Poczułem zachwyt nad jej pięknem. Są dwie opcje: mogę do niej podejść, uśmiechnąć się i powiedzieć: „ależ pięknie wyglądasz!”, albo mogę zachować kamienną twarz, powiedzieć „cześć” i zacząć rozmowę o pogodzie.

Pierwsza opcja wymaga silniejszego poczucia mojej emocji, a następnie ujawnienia jej przed drugą osobą. Ryzykuję odrzucenie i związany z nim ból. Mogę zyskać wzajemność.

Druga opcja wymaga i pozwala mi stłumić emocję zachwytu, nie ujawniając jej nikomu. Nie ryzykuję emocjonalnego bólu, ale tracę szansę na wzajemność.

Wybieram uniknięcie cierpienia ponad nadzieję spełnienia i idę za opcją drugą.

Unikający styl przywiązania staje się rodzajem ochraniacza przed emocjonalnym cierpieniem, ale jest to ochraniacz, który krępuje moje ruchy. To metaforyczna lodowa zbroja, która chroni, ale kiedy staje się za gruba i pełna, sprawia, że nie jestem w stanie wykonać kroku i tracę kontakt ze światem.

Pragnienie uniknięcia cierpienia prowadzi mnie do odcięcia się od ważnego elementu mojego człowieczeństwa, a pośrednio także do odcięcia mnie od drugiego człowieka. Bez otworzenia się na ryzyko cierpienia oddaję szansę na bliskość.

Ograniczenia i wyjątki

Złość jest emocją, która ma największą szansę na przebicie się przez pancerz lodu. Wyobrażam sobie, że dla kogoś z zewnątrz może to być niepokojący i zaskakujący obraz, kiedy zazwyczaj lodowato spokojny człowiek wybucha ni stąd, ni zowąd złością. A są to gwałtowne wybuchy. Jak już przeniknie ona przez bariery, to jest w niej olbrzymia niszczycielska siła.

Sam siebie się boję, kiedy ogarnia mnie złość.

Bardziej pozytywnym, choć równie zaskakującym wyjątkiem od reguły jest radość. Tutaj także mamy do czynienia z wybuchami, ale zazwyczaj nie mają one charakteru niszczycielskiego.

Z wybuchami radości mogę pracować, by uczynić je częstszymi, osłabiając tym samym moją zbroję i pokazując więcej swojego charakteru.

Ogólna obserwacja jest taka, iż emocje kumulują się we mnie i objawiają wybuchowo. Muszą przekroczyć pewien próg intensywności – wtedy się wylewają, ale póki tego nie uczynią, są całkowicie niewidoczne.

Jak to się objawia w relacjach

Mam spore trudności ze zrozumieniem emocji innych. Sam odczuwam je płytko i nie rozumiem ich wpływu na drugiego człowieka, przez co je zbywam. Nie pochylam się nad nimi, nie współodczuwam, tylko przechodzę do logicznego atakowania problemu.

To tworzy ryzyko, że kogoś skrzywdzę, nie zdając sobie sprawy, że moje zachowanie raczej przyczyni się do zaognienia emocji drugiej strony niż do ich załagodzenia.

Mimika mojej twarzy sprowadza się do jednej miny – co by się nie działo, jej wyraz pozostaje niezmienny. Mnie się wydaje, że go zmieniam w zależności od nastroju, ale tak nie jest.

To sprawia, że jestem postrzegany jako człowiek spokojny, ale też chłodny. Zniechęca to innych, by się do mnie zbliżali. Obserwuję, iż ludzie mają tendencję do utrzymywania dystansu, unikania kontaktu fizycznego.

Niewerbalne sygnały, które wysyłam innym, są tak delikatne, że nie do odebrania. Szczególnie frustrujące jest, kiedy próbuję zasygnalizować kobiecie, że ją lubię. Albo się wycofuję, by nie pokazać nic, albo zostawiam w sygnale furtki, jak go nie zinterpretować jako sygnału.

Pomimo tego oczekuję, że inni sygnały odczytają – frustruję się, gdy pozostaję niezrozumiany czy gdy nie ma reakcji na sygnał. Oczywiście tej frustracji też nie daję po sobie znać!

Zakończenie

Nie da się nikogo przytulić do serca, jeśli jest się odzianym w zbroję. Prawdziwa bliskość nie jest możliwa, jeśli nie ma w nas gotowości, by wystawić się na ciosy.

Choć w trudnych momentach życia zbroja pozwala nam utrzymać się na nogach i przetrwać, będąc wsparciem dla naszych bliskich, na co dzień może być przeszkodą, która sprawi, że nikogo bliskiego mieć nie będziemy.

A jak jest u was? Potraficie wyważyć odporność z wrażliwością? Potraficie być ostoją, nie tracąc delikatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Opoce

Przeciwności losu nie wstrząsają mną specjalnie. Kiedy przychodzi mi się mierzyć z trudną wiadomością, zamieram na moment, ale już po chwili jestem gotowy do działania. Mój umysł odgradza się od emocji, zachowując dzięki temu zdolność do podejmowania racjonalnych działań i decyzji.
W trudnych sytuacjach można się na mnie oprzeć i nie ma ryzyka, że się załamię. Potrafię utrzymać siebie i innych bez poddawania się rozpaczy. W trudnych chwilach, kiedy potrzebna jest spokojna przystań i opoka, ja nią jestem.

Przykład

Najważniejszym przykładem przydatności tej cechy był czas tuż po śmierci taty. Była nagła i zaskakująca. Wtrąciła rodzinę w trudny emocjonalnie okres. Na mnie także odcisnęła swoje piętno, jednak dość szybko odciąłem się od intensywnych emocji. Odzyskałem spokój.

Zachowywałem przytomność umysłu, by zajmować się prostymi, życiowymi sprawami – jedzeniem czy piciem. Krzątałem się po domu i ogarniałem drobnostki. W tej krzątaninie był element rozładowywania napięcia, ale też konieczność, do której nikt inny nie miał serca.

Miałem spokój, którego inni potrzebowali. Utrzymywałem go przez długi czas, pozostając dostępnym wsparciem. To była jedna z najcięższych prób mojego opanowania, jakie przeżyłem.

Więcej przykładów

Niedawno spędziłem nieco czasu, pomagając mamie w wybieraniu elementów do urządzenia mieszkania.
Mama była nieco zestresowana całą sytuacją.
Moją rolą w całej sprawie było zachowanie spokoju. Nie doradzałem, co wybierać, tylko potwierdzałem i potakiwałem. Nie dzieliłem się żadną ekspercką wiedzą, bo jej nie mam. Po prostu zachowywałem spokój.
To była konkretna pomoc, którą mama doceniła.

Kiedy nastaje jakaś sytuacja kryzysowa – choroba w rodzinie lub coś podobnego – zachowuję spokój. Nie daję się ponieść ani hurraoptymistycznym rozważaniom, ani najczarniejszym scenariuszom. Pozostaję wyważony.
Kiedy sprawy zaczynają przybierać niepomyślny obrót, nie panikuję i nie tracę głowy. Chętnie pomagam innym i daję proste wsparcie w postaci swojej spokojnej obecności i logicznego słowa.

W pracy, kiedy dzieje się coś trudnego, emanuję spokojem. W konfrontacji z trudnym klientem czy ze skomplikowaną sytuacją w zespole mogę zachować spokój.
W wielu przypadkach pozostaję analityczny i logiczny, nawet jeśli w innych osobach buzują emocje.
Utrzymuję koncentrację na celu, zamiast wdawać się w sprzeczki i przepychanki słowne.
Odcinam się od opinii o osobach i koncentruję na zadaniu – to działa uspokajająco i pozwala osiągać lepsze wyniki.

Spójrzmy na przyczynę takiego stanu rzeczy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź kryje się w unikającym stylu przywiązania.

Powoduje on tendencję do nieangażowania się emocjonalnie w otaczające mnie wydarzenia oraz do niskiej odpowiedzi emocjonalnej na stres. Nie byłoby prawdą powiedzieć, że wydarzenia zupełnie na mnie nie wpływają. Jednak ten wpływ jest niewielki i łatwo go zatrzymać.

Ten mechanizm daje mi poczucie kontroli. Pozwala mi nie podążać za porywami serca w kierunku relacji, których racjonalnie nie pragnę. Unikam w ten sposób odrzucenia i zachowuję bezpieczny dystans.

Mechanizm uaktywnia się, gdy pojawia się silna emocja. Nim wzbierze ona falą, która odbiera kontrolę racjonalnemu umysłowi, zostaje stłumiona. W takiej osłabionej formie dopiero jest przetwarzana przez umysł. Unikam utraty kontroli i pogłębiania się emocji.

Ograniczenia i wyjątki

Kiedy jestem sam i nikt nie widzi, moja emocjonalna garda słabnie. Nie znika całkowicie, ale jest bardziej przepuszczalna. Ma to swoje dobre i złe strony.
Dobre, bo czuję większą swobodę, by śmiać się i radować.
Złe, bo czuję większą swobodę, by wyzwalać złość i agresję.

Pęknięcia w mojej pozycji jako opoki mogą wywołać dwie emocje: złość i radość.

Złość ma generalną tendencję do przenikania przez moją opokę najsilniej ze wszystkich emocji. Jeżeli obserwujecie mnie wyrażającego jakąś emocję, to najpewniej jest to jakaś forma złości.
Złość służy mi do przykrywania innych emocji. Jest pewnego rodzaju maską dla smutku, żalu, rozpaczy itd. Dlatego też ma tendencję do ujawniania się w największym stopniu i w nieodpowiednich momentach.
Pod wpływem złości grozi mi, że z opoki mogę zmienić się w agresora.

Radość jest druga pod względem siły przebicia. Przychodzi mi łatwo. Szczególnie w grupie ludzi wyzwala się najintensywniej.
Wspólna radość łączy grupę. Dlatego jest tak ekspresyjna w sytuacjach interakcji z innymi ludźmi. Śmiech jest uniwersalnym językiem, który przychodzi nam łatwo.
Pod wpływem radości z opoki staję się towarzyszem zabaw.

Jak to się objawia w relacjach?

Nawet w najtrudniejszych chwilach możesz na mnie polegać. Wszyscy wokół mają poczucie, że wali się świat – ja zachowuję spokój i klarowność myślenia.
Możesz się do mnie zwrócić o wsparcie, a ja ci go udzielę ze spokojem i łagodnością. Będę elementem oporu przeciwko nawale emocji. Stałym punktem.
Daj mi zadanie, a ja je wykonam bez kłótni i chaosu. Będę pracował spokojnie nad naszym wspólnym celem i dowiozę to, co dowieść się da. Nie złamią mnie intensywne emocje.

Zajmę się wszystkimi przyziemnymi sprawami wtedy, gdy ty nie jesteś w stanie o nich nawet myśleć.
Gdy nic nie można zrobić, jestem ramieniem, na którym możesz się wesprzeć. Nie mam wielu słów pociechy, ale mam spokój i stateczność, które są kojące w chwilach wielkiej straty i ciężkiej próby.
Śmiało wesprzyj się na mnie, jeśli tego potrzebujesz. Nie bój się – nie złamiesz mnie. Razem wytrwamy dłużej!

Jeśli potrzebujesz rady w trudnej sytuacji, zawsze mogę jej udzielić na spokojnie, bez poddawania się emocjom. Przeanalizuję logicznie twoją sytuację i sformułuję na podstawie tej analizy rekomendację.
Jeśli potrzebujesz trzeźwego spojrzenia, mam je zawsze do dyspozycji i chętnie się nim z tobą podzielę.

Pamiętaj jednak, że moja odporność ma swoje granice, a mój spokój – z pomocnego może stać się paraliżujący.

Zakończenie

Cieszę się, że mogę być oparciem w trudnych sytuacjach. To satysfakcjonujące uczucie. Jasne, czasem bywa też męczące, ale nie na tyle, by stanowiło to realny problem.
Medal ten ma jednak i drugą stronę: gdy spokój zamienia się w zamrożenie emocjonalne. Kiedy emocje nie są pod kontrolą, tylko są uwięzione pod taflą lodowej blokady. Wtedy do głosu dochodzi Pan Lodu…

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Samodzielność czy izolacja

Samodzielność jest cechą przydatną w życiu. Pozwala nam ogarniać codzienne sprawy. Usamodzielnianie się jest naturalnym procesem dorastania.
Proszenie o pomoc jest elementem funkcjonowania w społeczeństwie. Dzięki niemu osiągamy więcej niż w pojedynkę. To mechanizm tworzenia bezpieczeństwa w grupie i sposób na jej integrację.
Potrzeba samodzielności może się jednak stać tak dominująca, że uniemożliwia nam proszenie o pomoc. Stajemy się samodzielni do absurdu. Choć widzimy, że nasze decyzje są szkodliwe, nie potrafimy ich zmienić, bo naruszyłyby naszą potrzebę samodzielności.

W moim życiu dostrzegam wiele zaradności. Łatwo uczę się nowych umiejętności i wykorzystuję je, by rozwiązywać codzienne trudności. Chętnie pomagam innym i czerpię z tego radość. Nie potrzebuję wsparcia w codziennych sprawach. Jestem samodzielny.
Samodzielność jest dla mnie tak ważna, że uczyniłem z niej konieczność. Stałem się Rafałkiem-samosią, który wszystko chce zrobić sam. Nie potrafię prosić o pomoc, chyba że w ostateczności. Nawet kiedy widzę, że moje starania nie przynoszą rezultatu, zacinam się i brnę dalej. Izoluję się od wsparcia innych.

Jak to się łączy

W moim przypadku zaradność i nieumiejętność proszenia o pomoc są manifestacjami mechanizmu psychicznego. Mają swoje źródło w lęku przed odrzuceniem i unikającym stylu przywiązania.
W każdym z nas, kiedy prosimy o pomoc, jest obawa, że spotkamy się z odmową. Ci, których pomocy szukamy, nie zawsze mogą czy chcą jej nam udzielić. Ta obawa napędza nas do uczenia się najpotrzebniejszych umiejętności. Towarzyszy nam w procesie usamodzielniania się od rodziców. W miarę jak ograniczają oni swą pomoc, uczymy się zaspokajać swoje potrzeby na własną rękę.
To zdrowy mechanizm, który towarzyszy nam przez całe życie. Gdy pojawiają się potrzeby i możemy je zaspokoić samodzielnie, uczymy się tego, szczególnie gdy jakaś potrzeba wymaga częstego zaspokajania.

Jednak nie każdą potrzebę można zaspokoić w pojedynkę. Nie każdą trzeba – wiele z nich inni ludzie chętnie zaspokoją, czy to za opłatą, czy z dobrej woli. Nie każdą warto – te, które ktoś potrafi ogarnąć lepiej niż my.
W takich sytuacjach prosimy o pomoc.
Problem pojawia się, gdy lęk przed odmową urasta do takich rozmiarów, że motywuje nas nie tylko do uczenia się samodzielności, ale do dążenia do samowystarczalności. Gdy staje się tak intensywny, że boimy się poprosić o pomoc, nawet wtedy, gdy jest to wskazane.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym, a samowystarczalność jest utopią. Próbując do niej dążyć, sprawiamy, że chęć robienia samemu z zasobu staje się ograniczeniem. Zawężamy swoje możliwości. Stajemy się samotnikami, izolowanymi w swoich potrzebach.

Gdzie jestem

Oba opisane tryby występują w moim życiu. Pytanie, który z nich jest dominujący? Na chwilę obecną dominuje tryb Rafałka-samosi, czyli jestem przechylony w stronę izolacji. Najważniejszą obserwacją, która prowadzi mnie do tego wniosku, jest to, jak trudno jest mi prosić o pomoc. Trudno jest mi sobie przypomnieć więcej niż jedną czy dwie sytuacje z ostatniego roku, w których zdecydowałem się o nią poprosić. Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej naświetlić sytuację.

Pierwszy przykład z pracy. Miałem kilka projektów, które upadły na ostatniej prostej, czyli na etapie poproszenia ekspertów o informację zwrotną. Wolałem zarzucić projekt, niż zwrócić się o pomoc. Pogrzebałem kilka inicjatyw i swoje szanse na awans i karierę.

Drugi przykład to sytuacja, w której odrzucam pomoc, nawet gdy została mi zaoferowana. Koleżanka zaproponowała, że może rzucić okiem na mój profil na Tinderze, żeby coś w nim poprawić. Ja przytaknąłem, podziękowałem za ofertę i nigdy nie wróciłem do tematu. Niedługo potem, zniechęcony, zawiesiłem swoje konto.

Z drugiej strony, trzeba powiedzieć, że jestem dość ogarniętym kawalerem. Obiad ugotuję, pranie zrobię, mieszkanie posprzątam, gwoździa wbiję, gniazdko wymienię, koło zmienię i tak dalej. Nie wszystko zrobię najlepiej czy szybko, ale zrobię.
Do tego projekty, które mogę realizować w pełni w pojedynkę, idą jak burza! Świetnie mi się działa w takim trybie. Za przykład może posłużyć ten blog. Zbliżam się do roku cotygodniowego publikowania wartościowych tekstów.

Optymalny stan

Zamiast określenia idealnej sytuacji, zaproponuję kilka etapów, poprzez które można do niej dotrzeć, a każdy jest preferowany ponad poprzednim. W dalszych rozważaniach wykorzystam perspektywę stoicką jako ramy do pracy nad sobą.

Pierwszy etap: Nauczyć się prosić o pomoc wbrew lękowi.
Na tym etapie nadal odczuwamy strach, gdy mamy poprosić o wsparcie, ale działamy pomimo niego. Ten etap jest spektrum, czyli przechodzi od: „czasem uda mi się pokonać lęk” do „pokonuję lęk za każdym razem”. Drugi koniec spektrum to już zdrowe funkcjonowanie, choć naznaczone dawką lęku.

Drugi etap: Zastąpić lęk niepokojem.
Na tym etapie, a przeplata się on z etapem pierwszym, dążymy do redukcji lęku. Ponownie jest to spektrum, na którego końcu znajduje się niepokój, rozumiany tu jako słabsza wersja lęku. Mniejszy lęk oznacza, że łatwiej jest go przezwyciężyć i wbrew niemu działać. Spełnienie tego etapu oznacza wolność od lęku związanego z proszeniem o pomoc.

Trzeci etap: Zastąpić niepokój ostrożnością.
Kto nie jest stoikiem, może zatrzymać się na etapie drugim. Dla stoika jest jeszcze praca do wykonania. Wyjaśnię pokrótce, o co chodzi z „ostrożnością” w tym kontekście.
Na ostrożność składają się trzy rzeczy: zrozumienie, że to, co od nas niezależne, może potoczyć się nie po naszej myśli, przewidywanie skutków i przezorne planowanie tego, co od nas zależne. W skrócie można by to określić jako połączenie akceptacji i przezorności. To stoicka alternatywa dla strachu.
Kiedy strach i niepokój związany z odrzuceniem prośby o pomoc zastąpimy ostrożnością, osiągniemy optymalny stan. Ostrożność powie nam, że nasza prośba może zostać przyjęta lub odrzucona – to od nas niezależne. Rozważy za i przeciw prośby i zdecyduje, czy ją wysunąć, oraz przygotuje plan na wypadek odrzucenia.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Ćwiczenia w tej sekcji są moimi prywatnymi pomysłami do pracy z opisanymi mechanizmami. Nie stanowią porady psychologicznej czy medycznej. Używajcie rozsądnie.

Ćwiczenie pierwsze: Zidentyfikuj potrzebę i poproś o pomoc.
Oczywisty pierwszy krok. Wymaga uważności i świadomego analizowania potrzeb. Dobrym momentem jest poranny przegląd siebie, zastanowienie się nad nadchodzącym dniem i rozpoznanie czekających nas wyzwań.
Wybierzmy jedno, przy którym pomocy może nam udzielić ktoś zaufany i bezpieczny. Niech to będzie coś drobnego.
Poprośmy tę osobę o pomoc wbrew oporowi. Jeśli dziś się nie uda, spróbujmy jutro.

Ćwiczenie drugie: Premeditatio Malorum.
To klasyczne ćwiczenie stoickie ma zastosowanie do naszej pracy. Łacińska nazwa tłumaczy się jako „uprzednie rozmyślania nad złem”, a polega na wyobrażaniu sobie negatywnego scenariusza wydarzenia, które budzi w nas lęk. Wyobrażamy sobie konsekwencje oraz naszą reakcję. Co się faktycznie stanie? Co uczynimy, gdy to się stanie? Jak zareagujemy?
Celem jest stępienie ostrza lęku, w myśl zasady, że dobrze poznane zagrożenie jest mniej straszne niż niepewność.
Uważajmy jednak – jeśli ćwiczenie wywołuje u nas depresyjne nastroje lub silny lęk, zaprzestańmy go.

Ćwiczenie trzecie: Zależne/niezależne.
Równie klasyczne ćwiczenie polegające na analizowaniu sytuacji pod kątem tego, co jest od nas zależne, a co nie. Za Epiktetem:
„Ze wszystkich rzeczy jedne są od nas zależne, drugie zaś niezależne. Zależne są od nas: sądy, popędy, pragnienia, odrazy i jednym słowem – to wszystko, co jest naszym dziełem. Niezależne natomiast są od nas: ciało, mienie, sława, godności i jednym słowem – to wszystko, co nie jest naszym dziełem.”
To ćwiczenie może być wykonywane w połączeniu z Premeditatio Malorum lub niezależnie. Jego celem jest skoncentrowanie uwagi na tym, co kontrolujemy, i stworzenie dystansu, a przez to zmniejszenie lęku o to, czego nie kontrolujemy.
To ćwiczenie jest krokiem ku zastąpieniu lęku przeczuwaniem.

Ćwiczenie czwarte: Praca z przekonaniami.
To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszym lękiem, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i lęku nie powodują.
Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą lękowi przed proszeniem o pomoc. Jak to wewnętrznie uzasadniamy? Co, poza strachem, czujemy?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się na tym etapie dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy mój strach jest racjonalny?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.
To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.
Jeśli uda się nam je zakończyć, to oznaczałoby, że właśnie osiągnęliśmy optymalny stan i możemy sobie pogratulować, bo jesteśmy pierwszymi ludźmi w historii, którym się to udało.

Podsumowanie

Dzisiejsze rozważania kończymy pozytywną i praktyczną nutą. Choć mogą trapić nas trudności w proszeniu o wsparcie tam, gdzie jest ono potrzebne, nie stanowią wyroku. Są praktyczne kroki, które możemy podejmować, by modyfikować swoje schematy oraz łagodzić ich wpływ na codzienne funkcjonowanie.
Kluczowe jest, by przygotować się na długą drogę i proces, który nie musi być monotoniczny. Wdrożenie zaproponowanych tu metod to praca na miesiące i lata, podczas których możemy być pewni, że po wzlotach przyjdą upadki. Wiemy jednak, że skomplikowane i głębokie problemy nie mają łatwych rozwiązań.

Dobra wiadomość jest taka, że już z samego podążania tą drogą można czerpać radość i spełnienie!

A gdzie dla was przebiega granica między samodzielnością a izolacją?
Czy potraficie znaleźć idealną drogę pośrednią?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Rafałku-samosi

Nie cierpię tego uczucia, gdy muszę kogoś poprosić o pomoc. Jestem przekonany, że powinienem był poradzić sobie sam, ale coś poszło nie tak – zawiodłem. Konieczność proszenia o wsparcie budzi we mnie lęk przed odrzuceniem. Co jeśli odmówią? Co jeśli pomyślą, że jestem słaby?

Nie jest ważne, czy to mała sprawa, czy wielkie zadanie. Nie chcę prosić o pomoc, nie potrafię prosić o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam. To schemat, który kładzie się cieniem na moim życiu i ogranicza moje możliwości.

Opowiem wam dzisiaj, jak to jest, że tak trudno jest mi prosić o pomoc.

Przykład

Jako przykład wezmę coś świeżego – poszukiwania pracy.

Zmieniam ścieżkę kariery. Z konsultingu chcę przenieść się do sektora non-profit. Rozważam pracę w organizacjach charytatywnych, na uczelniach czy w bibliotekach. Szukam czegoś, co da mi poczucie, że realnie i pozytywnie wpływam na czyjeś życie.

Ze względu na specyfikę tych branż kluczowym sposobem na znalezienie zatrudnienia jest wykorzystanie sieci kontaktów. Najpierw szuka się pośród znajomych, a dopiero potem daje ogólne ogłoszenie.

Wsparcie znajomych jest niezwykle istotne dla sukcesu tego przedsięwzięcia. Rozmawiałem o tym z moim przyjacielem Krzysiem. Mówił mi to, co powyżej: popytaj, wykorzystaj sieć, większość ofert nie trafia na portale. Ja przytakiwałem: racja, to ma sens. W 100% zgadzałem się i nadal zgadzam z tą diagnozą.

Co w związku z tym robię? Wchodzę na portale z ogłoszeniami i sprawdzam, czy czegoś nie ma. Szukam studiów podyplomowych, by zdobyć nowe kwalifikacje. Zaprzęgam AI, żeby napisać dobre CV – choć nie mam go gdzie wysłać. Martwię się, że coś mi nie idzie.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale coś tu nie gra. To, co robię, ma się nijak do tego, co uważam za skuteczne. Dlaczego? Dlatego, że Rafałek wszystko chce zrobić sam. Nie chce niczyjej pomocy, nawet jeśli proszenie o nią jest sensowne. Nieważne, pod jak wielką górę mam się wspiąć – ważne, żeby nikt mi w tym nie pomagał.

Szukanie pomocy w znalezieniu pracy byłoby oznaką słabości, wystawieniem się na odrzucenie, odkrywaniem się przed drugim człowiekiem. A że by zadziałało? To ma drugorzędne znaczenie.

Więcej przykładów

Życie prywatne:

  • Uszkodzona ściana w sypialni – jak składałem szafę, walnęła o ścianę. Oczywiście robiłem to sam, bez pomocy.
  • Sporty zespołowe – czuję wściekłość, gdy podczas gry popełnię błąd, szczególnie gdy ktoś z zespołu go naprawi. Nie gram już w gry zespołowe.

Praca:

  • Projekty w pracy upadłe na ostatniej prostej – blokuję się i prokrastynuję, kiedy przychodzi moment, by omówić lub przedstawić wyniki. Moje projekty potrafią upaść na niechęci do ustalenia ostatniego spotkania, które je „przyklepie”.
  • Stracone okazje na wspólne zbudowanie czegoś – kiedy pojawia się perspektywa pracy w zespole, ogarnia mnie zniechęcenie. Jeśli nie ma jasnego podziału zadań, mam tendencję do spychologii, czekania, aż inni coś zrobią.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest bardzo podobna jak w przypadku zaradności.

Proces uniku przebiega następująco: zaczyna się od zidentyfikowania zadania lub potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję wnieść materac do mieszkania. Rozważam opcję wykonania zadania. Są dwie: dzwonię do znajomego i proszę o pomoc albo próbuję wtaszczyć materac w pojedynkę.

Ważę opcje: pierwsza wymaga kontaktu ze znajomym, przyznania się, że nie jestem w stanie czegoś zrobić sam, poproszenia o pomoc i czekania, czy się zgodzi. Druga opcja wymaga pół godziny szarpania się z wielkim klamotem po schodach – ryzykując uszkodzenie towaru i ciała.

Przedkładam uniknięcie psychicznego bólu ponad nieomal pewny ból fizyczny. Taszczę materac w pojedynkę.

Reszta to masowanie naciągniętych pleców i pławienie się w dumie, że sobie poradziłem – co umacnia schemat.

Z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z ludźmi rodzi się podejmowanie zadań ponad siły, które przynosi mi szkodę fizyczną. To jeden przykład działania mojego stylu przywiązania.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się z minimalizowaniem polegania na innych. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na niechęć do proszenia o jakąkolwiek pomoc, do współpracy i wspólnego rozwiązywania problemów. Wszystko próbuję robić sam – nawet jeśli wiem, że nie jest to optymalne albo problem mnie przerasta.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią –unikam odrzucenia.

Ograniczenia i wyjątki

Korzystanie z pomocy specjalistów, osób nieznajomych, nie jest końcem świata i przychodzi mi względnie łatwo. Przykład: pomoc lekarza. Staram się jej unikać, ale szybko rezygnuję z leczenia na własną rękę i udaję się do specjalisty.

Jak już się do nich zwrócę, nie kwestionuję zaleceń i się ich trzymam.

Można ująć to szerzej i powiedzieć, że jest mi łatwiej korzystać z pomocy w sytuacjach, gdy za nią płacę i gdy udzielająca jej osoba jest mi obca. Biznesowy charakter transakcji ułatwia mi pogodzenie się z tym, że nie robię czegoś sam. To stoi w kontraście do proszenia o pomoc przyjaciela, gdzie stawiam się w pozycji petenta, a nie partnera biznesowego.

Najważniejszym wyjątkiem jest sytuacja, w której zostaję przyparty do muru – kiedy już nie mogę sam przed sobą udawać. Wtedy mogę siebie przekonać do tego, by poprosić o pomoc.

Nie jestem zadowolony z takiego obrotu rzeczy. Jest we mnie masa wstydu i niechęci, często nakierowanych na osobę, która niesie mi pomoc. Dla ulgi tworzę fantazje o interesowności osoby, która mi pomaga.

To czyni całą sytuację bardziej transakcyjną, co jest dla mnie łatwiejsze niż jednostronne otrzymywanie pomocy.

Czekam do ostatniej możliwej chwili z proszeniem o pomoc. Czasem przeciągam sytuację poza punkt, w którym pomoc jest możliwa. Bywa, że sprowadzam na siebie w ten sposób kłopoty.

Jak to się objawia w relacjach

Najłatwiej zauważyć to moje podejście poprzez to, czego nie ma – nie proszę prawie nigdy o pomoc. Czasem może być nawet widoczne, że z czymś trudnym się borykam albo sobie nie radzę, ale nawet wtedy nie proszę o wsparcie.

Z drugiej strony jestem generalnie chętny do pomocy, kiedy ktoś poprosi, gdy widzę, że mógłbym się na coś przydać. W ten sposób tworzę asymetrię w relacjach, która jest dla mnie wygodna emocjonalnie. Czuję się bezpiecznie, gdy mam poczucie, że druga osoba ma wobec mnie zobowiązanie.

Unikam angażowania się we wspólne rozwiązywanie problemów. Jeśli trzeba znaleźć dobry prezent dla kogoś i grupa przyjaciół debatuje, co to mogłoby być, ja będę miał tendencję do niemieszania się i wybierania po swojemu. To sprawia, że moje prezent bywają nietrafione.

Efektem tego zjawiska jest moje mniejsze zgranie z grupą. Wspólne rozwiązywanie trudności łączy ludzi. Ja, wymiksowując się z niego, tracę część spoiwa społecznego.

Ma to widoczne konsekwencje w relacjach zawodowych. Niechętnie angażuję się w zespołowe działania (burze mózgów itp.). Jestem na nich, ale moja uwaga błądzi. To jest zauważane przez innych i odbierane jako brak zainteresowania wspólnym zadaniem, co osłabia moje relacje ze współpracownikami.

Często ignoruję wnioski i ustalenia z pracy grupowej i wdrażam własne pomysły. To sprawia, że mogę być postrzegany jako niepokorny lub nieuważny pracownik – zwłaszcza gdy mój pomysł jest gorszy od grupowego.
Unikam jak mogę wszelkich grupowych aktywności, uważając je za nudne.

Zakończenie

Nie da się każdego problemu rozwiązać w pojedynkę, nie korzystając z pomocy bliskich osób. Kto próbuje, ten musi się sparzyć – w najlepszym przypadku tracąc część możliwości, które niesie ze sobą świat.

To ciemna strona zaradności – przesunięta ku ekstremum zdrowa potrzeba bycia możliwie samowystarczalnym. Czy da się mieć jedno bez drugiego?

A wy potraficie prosić o pomoc, czy, jak ja, wolicie pocierpieć – ale na własny rachunek?

W przyszłym tygodniu spojrzymy na obie strony problemu i zastanowimy się, jak możemy z nim pracować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O zaradności

Uwielbiam to uczucie, kiedy uda mi się zrobić coś nowego. Wziąć się za zadanie, nauczyć się, czego wymaga, i je wykonać. Najlepszy moment to, kiedy wszystko zaczyna działać jak powinno – jeszcze pozostaje nieco do zrobienia, ale już widzę, że mi się udało. Nauczyłem się czegoś nowego, co będę mógł wykorzystać.

Efekty mojego działania nie muszą być idealne, żebym miał satysfakcję. Wystarczy, że osiągnąłem cel. Nie ma dla mnie znaczenia, czy było to wykonane optymalnie, czy efekt jest piękny. To szczegóły, które mogą być satysfakcjonujące, jeśli się udadzą, ale ich brak nie odbiera przyjemności ukończenia zadania.

Przykład

Często ta moja namiętność realizuje się w drobnych pracach domowych i gospodarskich. Weźmy przykład z tej działki.
Po urządzeniu mieszkania moi budowlańcy zostawili źle położony silikon przy wannie. W efekcie za brzeg wanny, na ścianę, lała mi się woda. Spowodowało to uszkodzenia tapety po drugiej stronie ściany. Problem trzeba było rozwiązać, by uniknąć dalszych szkód.
Nigdy wcześniej nie kładłem silikonu. Odpaliłem kilka filmików na YouTubie. Najpierw musiałem zerwać stary silikon, oczyścić miejsce, i dopiero wtedy położyć nowy.
Zrobiłem listę i pojechałem do Castoramy. To poszło gładko. Potem zabrałem się do usuwania silikonu. Lekko nie było –niedoceniłem, jak wiele skrobania będzie potrzebne. Zamiast załatwić sprawę w jeden wieczór, musiałem ją rozłożyć na dwa dni. Ostatecznie jednak udało się. Miałem rant wanny oczyszczony i gotowy do przyjęcia uszczelki.
Do wanny nalałem wody. Sam stanąłem w środku, by kłaść silikon, kiedy jest obciążona – wtedy nie odklei się, gdy będziemy jej używać. Nakładałem warstwę etapami. Miejscami silikon wpadał w lukę, mimo że kładłem szeroką warstwę. Zaraz po położeniu wygładzałem go specjalnym przyrządem.
Gdy dotarłem do końca, całe dłonie miałem w silikonie. Wyczerpałem repertuar przekleństw. No ale miałem uszczelnioną wannę!
Czy silikon, który położyłem, wygląda dobrze? Nie. Wygląda, jakby kładło go pięcioletnie dziecko. Czy trzyma szczelność? Tak – przez ostatnie pięć lat nie miałem z nim problemu. Zadanie wykonane, a ja mam lepsze pojęcie, z czym się wiąże kładzenie uszczelki.

Ta historia to dość typowy przebieg moich przygód z samowystarczalnością. Zwykle potrafię zrobić to, czego potrzebuję, dobrze, ale niekoniecznie najlepiej jak to możliwe. Co dla mnie jest w zupełności wystarczające.

Więcej przykładów

W jakich jeszcze dziedzinach się realizuję?

  • Strzyżenie włosów –po co mam chodzić do fryzjera, jeśli mogę się oblecieć maszynką?
  • Smarowanie roweru – po co angażować serwis do drobnostki?
  • Podłączanie pralek, zmywarek – przecież nie będę wzywał hydraulika do pierdółki.
  • Kładzenie podłogi na balkonie – trochę bolało, ale oszczędziłem na robociźnie.
  • Składanie mebli – bo jak producent pisze, że potrzeba dwóch osób, to dla mnie brzmi jak wyzwanie!

Wszystkie te punkty mają wspólny mianownik: wolę zrobić średnio, ale sam, niż korzystać z pomocy.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź na to pytanie kryje się w mojej osobowości.

Jako osoba z unikającym stylem przywiązania jestem nastawiony na minimalizowanie kontaktu z ludźmi. To wiąże się także, z minimalizowaniem polegania na innych ludziach. Jeśli widzę możliwość uwolnienia się od zależności, to szukam sposobu, by ją wykorzystać.

To przekłada się na chęć uczenia się nowych umiejętności – drobnych, acz przydatnych w życiu. Jeśli nauczę się strzyc włosy, to nie będę musiał polegać na fryzjerze, chodzić do niego ani z nim rozmawiać.

Czuję się pewniej, kiedy nie muszę prosić o pomoc, bo wtedy nie ryzykuję, że mi odmówią – czyli unikam odrzucenia.

Proces odkrywania nowego pola niezależności jest prosty. Zaczyna się od potrzeby. Powiedzmy, że potrzebuję czystych rzeczy. Identyfikuję sposób jej zaspokojenia – mogę zrobić pranie. Teraz zastanawiam się, czego potrzebuję, by to osiągnąć. Potrzebuję działającej pralki. Załóżmy, że pralkę już mam, wymaga tylko podłączenia. Przychodzi moment na rozważanie opcji. Rozważam wezwanie hydraulika – to oznacza wyszukanie kontaktu, zadzwonienie i umówienie się, przyjęcie tej osoby w domu. Wtedy pojawia się myśl: czy to takie trudne? Przecież sam sobie z tym poradzę!

Reszta to już wykonanie, czyli przeszukiwanie internetu, zakupy narzędzi i materiałów oraz realizacja.

Czyli z mojej niechęci do wchodzenia w interakcje z innymi ludźmi rodzi się nauka nowej umiejętności.

Ograniczenia i wyjątki

Ciekawe, że zadania wymagające precyzji nie są dla mnie. Nie mam tego przywiązania do szczegółu – choć wpisuje je do CV. Zadowala mnie i cieszy osiąganie ogólnego celu, wyniku, który jest zbliżony do mojego zamierzenia. Robota wykonana na 80% to dla mnie 100% satysfakcji. Nie interesuje mnie doprowadzanie zadania do perfekcyjnego stanu. Perfekcjonizm nie jest moim problemem – jestem pragmatyczny i gotowy na kompromis w działaniu.

Efektem ubocznym tej charakterystyki jest, że najłatwiej przychodzi mi odpuszczenie zadań wymagających precyzji. Dobrym przykładem jest sprzątanie mieszkania. Kiedyś byłem uczulony na sam pomysł, by robiła to zatrudniona osoba. Upierałem się, żeby robić to samemu, chociaż wiedziałem, że nie robię tego dobrze. Przy sprzątaniu ostatnie 20% jest ważne dla efektu.

W końcu odpuściłem – wynająłem firmę, by zajmowała się tym raz w miesiącu. Efekt: mieszkanie jest w lepszym stanie niż wcześniej. Ja mam więcej czasu na drobne zadania.

Jest bariera skomplikowania, której nie przekraczam. Chętnie naprawiam swój rower, ale z samochodem jadę do mechanika i nie próbuję udawać, że dam radę.

Jest bariera czasu. Jeśli coś wymagałoby ode mnie takiej ilości czasu, którą oceniam jako przesadną, nie biorę się za to. Mogę złożyć meble, ale położenie płytek w łazience to za dużo.

Jest bariera inwestycji. Jeśli zadanie wymaga zakupienia drogiego sprzętu, który nie znajdzie innego zastosowania, to się za to nie łapię. Mogę kupić maszynkę do strzyżenia włosów, by uniknąć fryzjera, ale nie kupię wiertarki udarowej, by wywiercić jedną dziurę.

Jak to się objawia w relacjach

Ta moja zaleta ma kilka interesujących benefitów w relacjach.

Jestem łatwy w utrzymaniu. To znaczy, że nie potrzebuję pomocy od swych znajomych i przyjaciół. Większość rzeczy ogarniam sam. Nie zawracam nikomu głowy drobiazgami domowymi. Możemy się skupić na bardziej interesujących tematach i zadaniach. Nie trzeba mi poświęcać uwagi i energii.

Choć sam niechętnie przyjmuję pomoc, to jestem bardzo skłonny do pomocy. Mam wypracowany zestaw umiejętności i chętnie wykorzystuję je, by pomóc moim znajomym i przyjaciołom. Czasem wprawdzie nie do końca mi wyjdzie, albo złapię się za coś, o czym nie mam pojęcia, i jest klapa. Częściej jednak znajduję rozwiązanie i skutecznie pomagam, a nawet jeśli nie wyjdzie, to nigdy nie rozwalę czegoś doszczętnie.

Lubię pokazywać i uczyć innych, jak wykonywać pewne zadania, i vice versa – lubię uczyć się od innych nowych umiejętności, które oni mają opanowane. Jedno i drugie sprawia mi przyjemność. Czy mam kogoś nauczyć grać w planszówkę, czy mam się nauczyć od kogoś – do obu podchodzę z dobrym humorem, uwagą i wprawą.

Zakończenie

Zaradność przydaje się w życiu – nie tylko osobie zaradnej, ale wielu w jej otoczeniu. To zasób, z którego posiadania jestem zadowolony i który chciałbym zachować.
Co jednak, jeśli zaradność przesuniemy dalej? Co jeśli podkręcimy intensywność? Wtedy w pewnym momencie przejdziemy od człowieka, który rzadko potrzebuje pomocy, do człowieka, który nie potrafi jej przyjąć.

Ale o tym w przyszłym tygodniu.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O stylach przywiązania

Tekst ten jest początkiem dłuższego cyklu poświęconego niuansom mojej psychologii. Zapowiedzią tego wydarzenia był już poprzedni artykuł, który wprowadził was w moje rozumienia pewnych bazowych zjawisk w mojej psychice: wstydu uogólnionego, lęku, elementów narcyzmu, wyparcia emocji. W kolejnych tygodniach będę eksplorował bardziej szczegółowe mechanizmy, takie jak objawiają się w moim zachowaniu i funkcjonowaniu.

Osnową tego cyklu będzie koncepcja stylu przywiązania, którą dzisiaj wam pokrótce przestawię. Określę też przy okazji jak identyfikuję swój własny styl. Nie aspiruje do tego by ten artykuł był naukowym opracowaniem, jednak dołożę starań, by zawarte w nim informacje były oparte na współczesnej wiedzy psychologicznej, tak jak ją rozumiem.

Artykuły w tym cyklu będą nieco krótsze, niż bywały w przeszłości. Będą też często bardzo osobiste – ten jeszcze taki nie będzie – gdy będę rozważał konkretne moje zachowania konstruktywne i destruktywne. Nie będę unikał sytuacji z życia wziętych i schematów, które obserwuje u siebie.

Style przywiązania

Style przywiązania są wyniesionymi z dzieciństwa sposobami wchodzenia w relacje, schematami, które wpływają na nasze emocje, myśli i zachowania wobec drugiego człowieka. Choć kształtują się przede wszystkim w dzieciństwie, to możliwe jest ich zmienianie w późniejszym życiu – może mieć to miejsce zarówno w wyniku świadomej pracy, jak i wpływów środowiska. Jedna osoba może charakteryzować się więcej niż jednym stylem przywiązania, albo w postaci stylu mieszanego, albo w postaci przechodzenia między stylami w zależności od sytuacji.

Wyróżnia się cztery podstawowe style przywiązania:

  • Bezpieczny
  • Unikający
  • Ambiwalentny / lękowy
  • Zdezorganizowany

Bezpieczny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem bezpieczeństwa w związku. Przejawia się w nim zdolność do dawania wsparcia bez oczekiwania nagrody i zdolność do proszenia o wsparcie bez strachu o odrzucenie. Osoby przywiązujące się w tym stylu nie boją się bliskości, okazują zaufanie. Ich podejście do rozwiązywania konfliktów jest konstruktywne. Otwarcie komunikują swoje potrzeby i dzielą się informacją zwrotną.

Unikający styl przywiązania charakteryzuje się potrzebą zachowania dystansu w relacjach. Osoby z tym stylem przywiązania nie są skłonne do przyjmowania wsparcia – bycie na łasce traktują jako zagrażające, choć same mogą być gotowe by go udzielić. Charakterystyczne jest dla nich unikanie i strach przed bliskością. Mają tendencję do samodzielnego i jednostronnego rozwiązywania problemów, są niechętne współpracy. Potrzeby raczej ukrywają niż komunikują, traktując je jak oznakę słabości. Mają tendencję do ignorowania informacji zwrotnej i nie dawania jej innym.

Ambiwalentny styl przywiązania charakteryzuje się poczuciem strachu o utratę niezwykle dla nich istotnej relacji. Manifestuje się w nim potrzeba do częstego otrzymywania wsparcia i zabiegania o nie – bycia zaopiekowanym raczej niż samodzielnym. Osoby z tym stylem odczuwają wielką potrzebę bliskości i strach przed jej utratą. Mają tendencję do pozostawiania rozwiązywania problemów innym. Potrzeby komunikują nie wprost i oczekują, że zostaną odgadnięte. Na informacje zwrotną mogą reagować jak na zagrażający relacji atak.

Zdezorganizowany styl przywiązania charakteryzuje się sprzecznymi zachowaniami w relacjach. Ten styl jest mieszaniną stylu unikającego i ambiwalentnego. Osoba przechodzi od zabiegania o wsparcie do jego całkowitego unikania. Wykazują konflikt między potrzebą bliskości a strachem przed bliskością. Nie mają jednej strategii rozwiązywania problemów, komunikowania emocji czy reagowania na informację zwrotną. Można takie osoby określić jako nieprzewidywalne w relacjach.

Mój styl przywiązania

To co przestawię w tej sekcji to nie jest żadna profesjonalna diagnoza. Opieram się tutaj na kilku prostych testach, które można wykonać samodzielnie w internecie, oraz na obserwacjach mojego funkcjonowania na co dzień. Nic mniej i nic więcej.

Moim głównym stylem przywiązania jest typ unikający. Charakteryzują mnie wszystkie typowe dla niego zachowania.
Jestem zdystansowany w relacjach, bliskie relacje mają dla mnie coś zagrażającego w sobie. W efekcie nie tworzę bliskich związków i relacji. Od rodziny, poprzez przyjaźnie, aż po relacje romantyczne utrzymuje dystans od drugiego człowieka. To okazuje się być szczególnie problematyczne przy relacjach romantycznych, oczywiście.
Unikam i boję się prawdziwej bliskości. Nie mówię o swoich emocjach, nie dzielę się przeżyciami. Mogę bez problemu mówić o faktach czy przemyśleniach, ale nie o emocjach i uczuciach. Sama myśl o takim otwarciu budzi we mnie strach.
Nie chcę, nie oczekuję i nie proszę o pomoc. Wszystko chcę zrobić sam, nawet jeśli tego nie potrafię – byle tylko nie polegać na pomocy innych. Jeżeli kupuje czyjeś usługi, żaden problem, jeśli natomiast miałbym poprosić przyjaciela o prostą pomoc, to niedopuszczalne okazywanie słabości. Chętnie pomogę innym, ale sam czuję potrzebę pozostawania samowystarczalnym.
Nie jestem dobrym graczem drużynowym. Wprawdzie na rozmowach kwalifikacyjnych z uporem twierdzę, że jest inaczej, realia są takie, że nie chcę grać w drużynie. Nie chcę polegać na kimś i nie chcę by ktoś polegał na mnie. Komfortowo czuję się w takim układzie drużynowym, gdzie każdy ma ściśle określone zadanie do zrobienia i może funkcjonować jako indywidualny gracz. Nie lubię grać w spory drużynowe, nie znoszę gdy na szkoleniach czy warsztatach prowadzący mówi: „a teraz zróbcie coś w grupie”.
Nie komunikuje swoich potrzeb. To trochę jak z proszeniem o pomoc. Gdybym komuś powiedział, że potrzebuję, przykładowo, bliskości, to było by jednoznaczne z proszeniem, by ta osoba pomogła mi ją osiągnąć. A ja o pomoc nie proszę, wszystkim zajmuje się sam, także zaspokajaniem swoich potrzeb. Jakiejś nie jestem w stanie zaspokoić? Trudno, muszę obejść się bez niej.
Informację zwrotną zbywam, ignoruję lub się na nią obrażam. Każdy kawałek informacji zwrotnej sugerującej zmianę, jest podważaniem moje samowystarczalności. Dlatego nie akceptuję sugestii, że coś robię nie tak. Pozytywna informacja zwrotna to znowu strata czasu, przecież wiem, że robię to dobrze, nikt mi nie musi tego mówić – pod tym względem też jestem samowystarczalny. Zakładam, że wszyscy mają takie samo podejście do tematu jak ja, staram się więc nie dawać innym informacji zwrotnej żadnego typu.

Powyższy obraz jest celowo przerysowany i to podwójnie. Po pierwsze, zawarłem w nim tylko trudne czy negatywne cechy stylu unikającego, nie wspominając nawet o jego mocnych stronach. Po drugie, nie w każdej sytuacji reaguje z opisaną powyżej intensywnością, na przykład nie raz dałem i przyjąłem informację zwrotną, a świat się nie zawalił. Opisane wyżej schematy są bardziej tendencjami, niż gwarantowanymi w każdej sytuacji reakcjami.

Nim przejdę do kilku dodatkowych cech, wykraczających poza styl unikający, chciałbym złagodzić pierwsze przerysowanie, czyli spojrzeć na kilka zalet takiej formy wchodzenia w relacje.
Dobrze się sprawdzam w roli nieco oddalonego obserwatora. Mogę każdemu zaoferować dość obiektywną perspektywę, niezmąconą emocjonalnym zaangażowaniem.
Trudno jest mnie, nawet przypadkiem wciągnąć w emocjonalne wybuchy. To sprawia, że w trudnych momentach, można polegać na mojej spokojnej i racjonalnej ocenie sytuacji.
Choć mówienie o uczuciach jest dla mnie prawie niemożliwe, to mówienie o faktach i koncepcjach jest niezwykle proste. Mówienie tego jak jest, co się wydarzyło, co zrobiłem, tak długo jak pozostaje w sferze faktów jest łatwe, bez potrzeby owijania w bawełnę i motania.
Samowystarczalna osoba jest łatwa w obsłudze. Faktycznie ogarniam większość spraw, które mam do ogarnięcia bez pomocy. Co więcej potrafię ogarnąć wiele spraw, więc mogę Ci pomóc z twoimi. Więcej nawet, lubię pomagać innym z ich różnymi drobnymi potrzebami.
Choć nie potrafię grać w drużynie, to jestem silnym solistą. To nieco związane z poprzednim punktem, potrafię zrozumieć i rozwiązać wiele problemów, tak długo jak nie muszę tego robić w towarzystwie. Nawet w sportach czy działaniach drużynowych, jeśli da się znaleźć pozycję dla indywidualisty to ja ją chętnie wypełnię i będę przydatny dla zespołu!
Nie będę Ci zawracał głowy swoimi potrzebami. Zajmę się nimi sam. Okazuje się, że całkiem sporo z nich można faktycznie bez problemu ogarnąć w pojedynkę, albo można z nich kompletnie zrezygnować. Kolejny element sprawiający, że jestem łatwy w utrzymaniu.

Unikający styl przywiązania to moja główna charakterystyka. Dostrzegam jednak u siebie także elementy ambiwalentnego albo lękowego typu. Zależnie od sytuacji, może u mnie występować reakcje czerpiąca z tegoż, choć jest to rzadkością w porównaniu ze stylem unikowy.
Jestem bardzo uważny na innych. Przyglądam się, obserwuję i monitoruję zachowanie ludzi w moim otoczeniu. Przykładam wielką wagę do szczegółu. Wszystko co da się zinterpretować jako znak, że ktoś staje się do mnie negatywnie nastwiony zauważę i zinterpretuje w najczarniejszy możliwy sposób. Nawet pod wpływem drobnego gestu mogę zmienić zdanie i kurs, byle tylko uniknąć naruszenia ważnej relacji. To czyni mnie chwiejnym i konformistycznym.
Zamiast wyrażać swoje potrzeby i narażać się na ich odrzucenie, wolę tworzyć obraz siebie jako wymagającej pomocy ofiary. Tak, nie wprost, komunikuje swoje potrzeby. Właściwie to staram się skłonić innych by odgadli czego mi potrzeba, na podstawie nieszczęść, które mnie rzekomo trapią. Nie proszę o pomoc. Staram się wywołać litość, która ostatecznie da mi to czego potrzebuję.

To dwie główne negatywne cechy lękowego stylu przywiązania, które w sobie dostrzegam. Jest tego nieco więcej na przecięciu ze stylem unikowym, gdzie pojawiają się mieszane mechanizmy, czy raczej mechanizmy unikowe zmodyfikowane o aspekt lęku.

W stylu lękowym także można dojrzeć silne aspekty, które uzupełniają się z jego wadami.
Styl lękowy jest dla mnie źródłem intensywnej empatii. Jestem w stanie dostrzec stany emocjonalne i fizyczne osób wokół mnie, tych na których mi zależy i się do nich odnieść. Nie musicie mi nic mówić, a ja zorientuje się że jesteście rozgniewani, zmęczeni czy znudzeni.
Styl lękowy wiążę się z wielkim oddaniem drugiej stronie. Jak już stworzę relację, to jestem gotów w nią inwestować i się jej trzymać. Wiele potrafię wybaczyć i zapomnieć, koncentrując się na  tym raczej co trzyma nas razem, niż co nas dzieli.

Podsumowanie

Przed nami długa droga przez niuanse i detale tego jak wygląda moje funkcjonowanie w relacjach. Dzisiaj postawiliśmy pierwszy krok. Nakreśliliśmy ramy wokół których zorganizuję dalszą pracę nad bardziej konkretnymi sytuacjami z życia wziętymi i stojącymi za nimi mechanizmami.

A czy wy badaliście kiedyś swój styl przywiązania? Albo czy zastanawialiście się jak funkcjonujecie w relacjach i jak to możecie zmienić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O wstydzie, lęku i egocentryzmie

W miarę postępu w terapii, autor analizuje wewnętrzne mechanizmy związane z brakiem bezpieczeństwa i wstydem. Odkrywa swoje lęki przed oceną, unika bliskości oraz tłumi emocje. Mimo fantazji o lepszym świecie, czuje się ofiarą niesprawiedliwości. Dąży do zrozumienia swoich strategii radzenia sobie z bólem i odrzuceniem.

W miarę jak postępuję naprzód w terapii, odkrywam nowe sposoby patrzenia na swoje funkcjonowanie i kręcące nim mechanizmy. Systematycznie, buduję obraz mojego świata wewnętrznego, który tłumaczy to, co widzę w swoim zachowaniu. Przedstawię moją obecną analizę i interpretację kluczowych aspektów oraz opiszę obraz, który się z nich wyłania.

Czuły na brak bezpiecznego portu [Wysoka reaktywność, brak bezpiecznych więzi]

Jestem czuły na bodźce, typ obserwatora. Uważnie przyglądam się wszystkiemu, co mnie otacza, i chłonę to, co widzę. Zwykle nie wspominam o tym, co zauważyłem ani jakie wyciągnąłem z tego wnioski – zachowuję je dla siebie.
Łatwo ulegam przebodźcowaniu. Duże grupy ludzi są dla mnie męczące, bo to właśnie na nich reaguję. To gesty, słowa, mimika – wszystkie te drobnostki przyciągają moją uwagę.
Już od małego bliskie relacje były dla mnie trudne. Innym osobą dają one poczucie bezpieczeństwa, dla mnie są czymś zagrażającym. Spodziewam się w nich krytyki, transakcyjności oraz braku zaufania i bezpieczeństwa.
Używam mojej bolesnej supermocy uważności, by czujnie unikać bliskości – nie dam się więcej zranić.

Nieustające czuwanie [Wrażliwość na ocenę]

Każdy twój ruch, przypadkowy gest, westchnienie czy mina są zauważane i rejestrowane. Przyglądam się wszystkim w otoczeniu. Nieustannie badam, czy nie dostrzegę śladu niechęci.
Powiedziałem żart. Czy się zaśmiała? Jeśli nie – dlaczego? Czy żart był słaby? A inni? Czy się śmieją albo chociaż uśmiechają? Dłonie stają się wilgotne od potu. Wydaje mi się, że się odsunął z niechęcią. Czy to przez żart? Mój żołądek spina się w kulkę.
Czuwam bez ustanku. Zmysły są wyostrzone. Nasłuchuję skrawków rozmów, tak jakby każda była o mnie. Interpretuję je w ten sposób. Badam, co to może oznaczać. Czuję ulgę, gdy zorientuję się, że sprawa mnie nie dotyczy. Mogę przenieść uwagę na kolejną osobę i z jej zachowania wyczytywać, co o mnie sądzi.
Muszę pozostawać w gotowości, nie ma wyboru. Muszę uważnie monitorować innych i siebie, by sprawdzić, czy nie robię czegoś, co mogłoby się nie spodobać. Jeżeli opuszczę gardę choćby na chwilę, zorientują się. Zobaczą to, czego się tak wstydzę.

Na początku był wstyd [Toksyczny wstyd]

To się wszystko zaczęło od wstydu. Czego się tak wstydziłem? To tajemnica! Wiedzcie tylko, że muszę dbać o to, by nikt jej nie poznał – to stąd ta cała czujność.
Ja siebie widzę takim, jakim jestem, nikt inny nie może mnie zobaczyć! To by była katastrofa. Ten ktoś by się dowiedział i jak nic mnie porzucił, a nie mogę na to pozwolić. Muszę się ukrywać, maskować to, kim jestem – bo się wstydzę.
Czy ty dostrzegasz część prawdziwego mnie? To niedobrze! Czuję palpitacje serca! Muszę działać. Odwrócić twoją uwagę albo uciec. Kiedy zniknę ci z oczu, zapomnisz o mnie i ten przebłysk, który ujrzałeś, zatrze się szybko w pamięci.
To tak już jest, że jak tylko ktoś się do mnie zbliży, to ja znajdę sposób, żeby stworzyć między nami dystans. Nikt rozsądny nie chce, żeby inni poznawali jego wstydliwe sekrety. Mój wstydliwy sekret jest ogromny. Tak wielki, że nie mogę pokazać ani kawałka siebie, bo natychmiast się wyda. Zdradzę wam w zaufaniu, że jest za wielki nawet dla mnie i ja sam nie wiem, co to jest, czego się wstydzę. Może to wszystko, co jest moje, a może nic?
Zresztą, nieważne, co to jest – mój wstyd nie interesuje się prawdą. Ważne, że wiem doskonale, iż nawet teraz rodzi się wam w głowach ocena, która będzie dla mnie druzgocąca – i nie liczy się, czy tak faktycznie jest.

Boję się, że mnie źle ocenią [Lęk przed oceną]

A może właśnie boję się, że mnie dobrze ocenisz? Dobrze, czyli źle. Negatywnie. W końcu mam tak wiele powodów do wstydu, że nie potrafię żadnego nazwać. Naturalne jest, że kto na mnie spojrzy, zobaczy je od razu. Oceni, że jestem nic niewart.
Zdarzyło wam się kiedyś, w środku ważnego dnia, poplamić sosem swoją białą koszulę? Zero możliwości, by ją zmienić. Zero możliwości, by ją zdjąć. Przed wami najważniejsze spotkanie miesiąca. Czekają klienci, prezesi i kto tam jeszcze. Wy patrzycie w dół i jedyne, co widzicie, to plama na koszuli. Pytania w głowie: czy oni ją zobaczą? Jak mogę ją ukryć? Czy to koniec?
Moje życie to każdy dzień w poplamionej koszuli. Główne zadanie: nie dopuścić, byście zobaczyli plamę. Jeśli ją zobaczycie, to oczywiście przestaniecie się do mnie odzywać. Nie będziecie chcieli mnie znać.
Robię przeróżne wygibasy, byle tylko ukryć plamę. Trzymam dystans – bo z daleka trudniej dostrzec takie szczegóły. Odwracam się obojętnie plecami – bo wtedy jej nie widać. Rozpraszam waszą uwagę. Kieruję rozmowę na was – wtedy nie patrzycie na mnie. Najważniejsze: trzymam się w samotności – nikt mnie nie widzi i nie ocenia.
Nie chcę od was piątki. Jestem przecież przekonany, że na nią nie zasługuję. Rzecz w tym, by nie dostać jedynki. To by była katastrofa. Tego jednego się boję. Siedzę z tym strachem sam każdego dnia.
Jak fajnie byłoby być w świecie, w którym nikt nie ma mocy mnie ocenić! Albo w takim, w którym nie noszę żadnej plamy! Ale to tylko fantazja…

Z fantazją nie ma strachu! [Fantazje wielkościowe]

Stworzę sobie świat bez poplamionych koszul! Mam do dyspozycji niezmierzone przestrzenie wyobraźni. Kształtowałem je już nieraz według potrzeb. Tworzyłem nowego siebie. Tworzyłem otoczenie, którego potrzebowałem. Rzeczywistość jest przereklamowana. Dostać w niej to, co się chce, to przerażający proces. Zbudowanie fantastycznej krainy, w której jestem półbogiem, to ułamek sekundy i zero strachu!
Niejeden świat stworzyłem w ciągu swego życia. Nigdy ich nie liczyłem. Pewnie były to dziesiątki, jeśli nie setki. Choć przyznaję, że większość z nich pożyczyłem. Brałem scenografię z książki czy filmu. Czasem pożyczałem całą historię, lekko ją modyfikując.
Który z nich był pierwszy? Stawiałbym na Dziki Zachód z Winnetou i Old Shatterhandem. Później Tolkien. To mi się zdarzało jeszcze niedawno. Bywałem orkiem i bywałem elfem. Nie wybrzydzałem. Ważne było, żeby rola dawała poczucie siły. Żebym nie znał strachu.
Czy jako kapitan Gwiezdnej Floty, czy jako czarodziej w moim świecie – byłem nieustraszony, potężny i zawsze zwyciężałem. Nikt mnie nigdy nie opuszczał. Co najwyżej ja mogłem zostawić kogoś za sobą. Nieważne, skąd brałem scenografię. Ważne, że dawała mi moc.
Gdyby tak dało się żyć tylko fantazją! Niestety, czasami trzeba wyskoczyć do realnego świata. A tam… nic mnie tak nie wkurza jak mój własny strach.

Kiedy się wkurzę to się nie boję [Gniew zastępczy]

Gdy rozmawiamy sobie swobodnie, uśmiecham się, jestem miły. Chcesz mi dać informację zwrotną – drobną poprawkę w moim sposobie bycia. Nadal się uśmiecham, ale wiedz: właśnie się na ciebie wkurzyłem. Możesz to dostrzec po lekko zaciśniętych szczękach. Czasem zwijam dłoń w pięść. Zmieniam ton głosu – staje się twardszy, słychać w nim złość.
Bo jak śmiesz twierdzić, że nie jestem idealny? Czy ty próbujesz sugerować, że zrobiłem coś źle? Co za nonsens! Co za tupet! Nie ma takiej możliwości! Wczoraj wieczorem w fantazjach zniszczyłem całą planetę. A ty mówisz, że buty nie pasują mi do koszuli? To niemożliwe, żebyś dostrzegł słabość we mnie. Cokolwiek to jest – było zaplanowane.
Gdybym nie był taki wściekły, to jeszcze zacząłbym się bać. Bać, że dostrzegasz to, o czym nie wspominamy. Że za chwilę wstaniesz i odejdziesz. Że cię już nigdy nie zobaczę. Na szczęście złość jest tak cudnie zaborcza – nie zostawia miejsca na inne emocje. Jest łatwiejsza niż strach, bo daje złudzenie siły i kontroli – zupełnie jak fantazje.
Wewnętrzne napięcie rośnie. Mój ton staje się bardziej oschły. Słowa są jeszcze przyjazne, ale na końcu języka mam „Ty ku***!”. Dłonie zaciskają się w pięści. Na słowach może się nie skończyć. STOP! Nie ma zgody na takie wyskoki! Nie potrafię się bezpiecznie złościć? Tak bardzo nie radzę sobie z emocjami? No to szlaban na czucie – dla własnego bezpieczeństwa.

Nie wolno się złościć! [Tłumienie emocji]

Nie wolno się złościć! Te słowa są jak mantra, choć jej nie powtarzam. Nie ma takiej potrzeby – jest zakorzeniona w sposobie patrzenia na emocje. Złości czuć nie wolno!
Szkopuł w tym, że to się tak do końca nie da. Emocje mają to do siebie, że pojawiają się bez pozwolenia. Co gorsza – jedna z drugiej może wypączkować! Poczuć jedną, to zaryzykować poczucie kolejnej. A kto wie, może to będzie właśnie złość?
Z mojej perspektywy najlepiej byłoby nie czuć nic – bo wtedy nigdy bym się nie zezłościł. A przy okazji rozwiązałbym problem wstydu. Skoro tak się nie da, to jedyny wniosek: trzeba próbować. Ponosić porażkę za porażką, nie wyciągając wniosków, i udawać, że się nic nie czuje.
To jest trik! Jeśli będę udawał dość dobrze, to sam uwierzę w to, że nic nie czuję. To prawie to samo, co nic nie czuć! Nawet jeśli nie do końca – to przynajmniej nie grozi mi wtedy wyzywanie innych i wymachiwanie pięściami. To dobrze, prawda?
W świecie fantazji mogę nie mieć emocji, jeśli nie chcę. O ile lepiej by było, gdyby ten świat miał taką opcję. W fantazjach wszystko jest po mojej myśli. Tutaj wszystko działa przeciwko mnie. Jakbyście uwzięli się, żeby robić mi na złość. Żebym tylko nie był szczęśliwy. Czemu czuję, że mnie krzywdzicie?

Czemu świat nie jest taki jak ja chcę? [Poczucie krzywdy]

Biednemu zawsze wiatr wieje w oczy. No i ja jestem tym biednym. To już dawno przestało być śmieszne. Co bym sobie nie zaplanował, co bym nie pomyślał – zawsze ktoś albo coś staje mi na przeszkodzie. Złośliwość losu i ludzi, mówię wam!
Jak chcę zostać bogaty, to nie dostaję ani awansu, ani podwyżki. Na jedno i drugie zasłużyłem, ale zły szef, zła firma uwzięli się, żeby nie dawać. Jak chcę być piękny, to na twarzy pojawiają się czerwone plamy. Jak chcę schudnąć, to każdy mi wciska ciasteczka, a do tego są święta – no i wiadomo, że kawałeczek serniczka jeszcze wejdzie. Kiedy chcę sławy, nikt o mnie nie mówi. Kiedy chcę chwili spokoju, wszyscy dzwonią, żeby się spotykać. Wiem, że to przesada, ale tak to momentami odczuwam.
Może to niesprawiedliwe wobec świata, ale nic na nim nie dzieje się po mojej myśli. Twierdzicie, że to mało prawdopodobne? W moim życiu nie siedzicie. Ja wiem lepiej i mówię wam, że wszystko co do jednego układa się na opak.
Dlaczego świat nie może się poukładać pod moją myśl? Gdyby tak stał się nieco bardziej taki, jakim ja go chcę – dla mnie to by była bomba! Już nie mówię, żeby wszystko miało się układać po mojemu, ale te parę spraw przecież mogłoby. Niestety, jestem na każdym kroku pokrzywdzony. To smutne, nie uważacie?
Zresztą, ja wam tego nie opowiadam, żeby się żalić – co to, to nie. Mi chodzi tylko o to, żebyście zrozumieli mój ból. Bo może możecie mi pomóc?

Jestem taki biedny. Pomożesz mi? [Rola ofiary]

Nie mam zupełnie czasu! Tyle na głowie. Gonię resztkami sił, a tu jeszcze trzeba zrobić to czy tamto. Nie no, zrobię to, wiadomo, ale co się przy tym wycierpię, to moje. Słuchaj, wczoraj wróciłem po północy do domu. Nic nie spałem, ledwo co, a dzisiaj o szóstej już do pracy. No i jeszcze wieczorem trzeba śmieci wyrzucić… Naprawdę? Skoczysz je wyrzucić? Jesteś cudowny! A skoro i tak idziesz, to czy możesz zahaczyć o Żabkę i kupić mi ciasteczka i sok? Dzięki!
Ja jestem strasznie nieciekawy. Nic nie potrafię powiedzieć po ludzku. Bo się strasznie peszę. Będziecie się ze mną nudzili. Jak by tu był ten drugi, to on ma gadane. Ja niestety nie. Szkoda, że trafiliście na mnie. Tak? Jestem całkiem zabawny? To miło, że tak mówisz, ale mi się wydaje… No skoro nalegasz, to w sumie nie będę się kłócił. Jesteś przemiła!
Mogę to zrobić, pewnie. To moje zadanie w końcu. Jeszcze mi wpadło sprawdzenie danych. Będzie na to potrzeba czasu. Myślałem, że dzisiaj wyskoczę do kina, ale może w przyszłym tygodniu. Zebrało się sporo spraw. Czekają na raport. Niby parę slajdów, ale to jednak trzeba przysiąść, żeby to jakoś wyglądało. O, jeśli byłbyś w stanie to wziąć, to by mi mega pomogło! Dzięki!
No ale dlaczego ja? Przecież ja się na tym nie znam. Ja nie wiem. To mnie przerasta. Ja nie potrafię. Pomożesz? Super! Ty to potrafisz ogarnąć. Lepiej ty niż ja, bo ja na pewno coś zepsuję. Super, że już załatwione. To odezwę się jeszcze.
To naprawdę działa! Nie zawsze, ale jednak. Nigdy nie muszę mówić, czego potrzebuję. Ludzie, kiedy czują współczucie, sami zgadują, co to może być!
Jak się nad tym zastanowić, to bycie nieudacznikiem może być portem, w którym znajduje się schronienie. Czy jest w nim bezpiecznie? Czasem bywa…

I potem zaczynam od początku [Wzmocnienie cyklu]

To tylko namiastka prawdziwego bezpieczeństwa i przywiązania, ale nigdy ich nie miałem, więc wpisuje się w cały cykl. Wróciłem do początku – szukam w niewłaściwych miejscach bliskości, relacji, zaspokojenia potrzeb. Skoro się sprawdza, dlaczego miałbym z tego rezygnować?
Może dlatego, że kiedy się w tym zorientuję, to się tego wstydzę? Ale już przerobiliśmy moje metody radzenia sobie ze wstydem. Wszystkiego się wstydzę, to mogę i tego na dokładkę. Tylko muszę jeszcze ciaśniej zacisnąć pętlę kontroli nad emocjami. Więcej fantazji, więcej gniewu, więcej tłumienia emocji! Znam ten schemat jak własną kieszeń, mogę go powielać w nieskończoność.
Choć zdradzę wam w sekrecie, że to nie jedyny sposób, bym dostał to, czego chcę.
Może myślicie: „Hej, stary, po prostu tak nie rób i będzie w porządku!” Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Te mechanizmy są moją drugą naturą. To intuicja. Wiecie, jak trudno jest jej się przeciwstawić, nawet kiedy wiemy, że jest w błędzie?
Czasem się da. Kiedy wszystko idzie gładko, kiedy nic nie staje na mojej drodze, mogę ignorować swoją intuicję. Jest jednak wiele spraw, dużych i drobnych, które odpalają mnie jak lont w dynamice i kiedy już ruszą, nie sposób mnie zatrzymać.

Moje zapalniki [Wyzwalacze]

Konstruktywna krytyka [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie na spotkaniu w pracy, omawiamy aktualne tematy. Ktoś zwraca uwagę, że mógłbym poprawić kilka rzeczy w jednym z modeli, które stworzyłem – to słuszne, dobrze umotywowane uwagi. Czuję złość, wściekłość nawet. Odcinam tę emocję, spycham ją i tłumię. Na zewnątrz wydostaje się co najwyżej delikatna irytacja w głosie. Cała reszta spotkania to fantazjowanie, że mam rację, a mój krytyk się nie zna.

Poczucie bycia zdemaskowanym [złość, fantazje, odcięcie]
Siedzę spokojnie przed laptopem w pracy, piszę odpowiedź na maila. Przychodzi wiadomość na komunikatorze: kolega zauważył, że jeden z elementów w bazie, za którą odpowiadam, ma dziwną wartość. Może wkradł się błąd?
Co za sku***! Co on sobie wyobraża? Na pewno nawet nie potrafi używać tych danych i nie wie, o co w nich chodzi. Sprawdzam jednocześnie problematyczny element. Faktycznie błąd. Ale ja jestem beznadziejny. Gdybym tylko cofnął czas i to zmienił, nie byłoby problemu.
Złość nadal we mnie kipi, ale wciskam ją coraz głębiej. Nie mam ochoty odpowiadać – może jutro. Niech sobie nie myśli, że jego obserwacja mnie zainteresowała!

Brak uwagi lub uznania [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Wysłałem wiadomość już dziesięć minut temu i sprawdzam dla pewności, czy na pewno poszła. Tak, jak najbardziej. Jeszcze nieodczytana, na komunikatorze jest ikonka, która o tym informuje. Coś długo, widać nie było okazji.
Ikonka zmieniła się na przeczytane pięć minut temu. Dlaczego nie odpisuje? Co zrobiłem nie tak? Pewnie powiedziałem coś głupiego. Czytam swoją wiadomość jeszcze raz. Niby nic, może trochę za poufały ton? Czemu ja jestem taki głupi? Już się wkurzyłem na siebie i na odbiorcę.
Wymyślam alternatywną wersję swojej wiadomości – taką rozsądniejszą. Jest super. Gniew powoli zapada się w podświadomość, ale wciąż nie mam uwagi, której szukam.
Piszę kolejną wiadomość niby na spokojnie, nie upominam się o odpowiedź, tylko dorzucam parę zdań. Wtrącam o tym, co mi się nie udało i jakie to były trudne parę dni. Nie muszę czekać długo, by druga strona zaczęła pisać odpowiedź.

Poczucie bezsilności [złość, fantazje, odcięcie, rola ofiary]
Gra była wyrównana, a teraz przeciwnik raz za razem dociąga kartę, jakiej potrzebuje, a ja same landy (których nie potrzebuję)! Nic z tym nie mogę zrobić. Moje decyzje są nieważne, ja jestem nieważny, bezsilny…
Złość na przeciwnika szybko rozwija się we wściekłość. Niby wiem, że nie kierują oni dociąganymi kartami bardziej niż ja, ale moja intuicja maluje ich jako winnych wszystkiemu. Tracę koncentrację i zaczynam popełniać błędy. To napędza schemat.
Gdybym tylko zagrał inaczej dwie tury temu. Gdybym tylko nie odpalał gry teraz, ale za godzinę, tak jak miałem w planach – miałbym innego przeciwnika i inne karty.
Dłoń zaciska się na myszce, czuję, jak jej obudowa zaczyna trzeszczeć. Przypominam sobie, jak rzuciłem myszką w monitor, rozbijając matrycę. Kosztowało mnie to 600 złotych. Spycham wściekłość w głąb.
Zawsze wszystko jest przeciwko mnie. Nawet to, co powinno być losowe. Pójdę pożalić się koledze na niesprawiedliwość losu, może da mi trochę współczucia.

Zazdrość [rola ofiary]
Kariera nie ma dla mnie znaczenia. To stwierdzenie jest prawdziwe. Kiedy w cyklu ewaluacyjnym nie dostaję awansu, uważam się za pokrzywdzonego i niesprawiedliwie potraktowanego. To zdanie też jest prawdziwe.
To nie jest tak, że się złoszczę. Nie, po prostu jestem rozczarowany i przekonany, że los mnie źle potraktował. Nie chcę tego awansu, nie obchodzi mnie, czy go dostanę, ale kiedy go nie dostaję, myślę sobie: a to draństwo! Co? Niby nie zasłużyłem? Nie należy mi się?
No i jest jeszcze zazdrość. Jak tylko pojawiają się informacje o kolegach i koleżankach, którzy awansowali, to im zazdroszczę. Patrzę na nich wilkiem – w mojej głowie; w rzeczywistości nie daję nic po sobie poznać – kwestionuję zasłużoność awansu, porównuję ich ze sobą i podkręcam moje poczucie bycia ofiarą systemu.
Całość trwa około tygodnia lub dwóch, kiedy obwieszczane są awanse. Potem mija i nie myślę o tym, aż do kolejnego cyklu. Chyba że ktoś wspomni o awansie przy śniadaniu. Wtedy przechodzę skróconą wersję powyższego procesu w pięć minut.

Po waszej stronie lustra [Efekty]

W tym paragrafie będę dużo zgadywał, bo nie widzę świata z waszej perspektywy, a przed informacją zwrotną osłaniam się jak diabeł przed wodą święconą. Wybaczcie mi omyłki i dajcie znać, jak to ze mną jest. Jak się prezentuję zewnętrznemu światu?

Wyobrażam sobie, że ludzie widzą mnie jako bardzo spokojnego i opanowanego. Kogoś, kto nigdy się nie złości. Może ktoś dostrzeże drobne poirytowanie, zmieniony ton głosu. Przypuszczają też, że ujawnia się mój wyfantazjowany egocentryzm i poczucie wyższości. Może to jest do zauważenia, że mam tendencję do patrzenia na innych z góry.

Zgaduję, że jawię się jako osoba wycofana i niezaangażowana. Zawsze na dystans, nigdy w pełni razem. Z tym może także wiązać się postrzeganie mnie jako kogoś pasywnego, niezainteresowanego kierowaniem czy zmierzaniem w jakimś kierunku.

Pewnie część osób widzi we mnie człowieka skrytego – i to na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony, kogoś, kto mało o sobie mówi, komu nic ciekawego się nie przydarza. Z drugiej strony, kogoś, kto ukrywa swoje emocje, nie okazuje ich, nie chce się nimi dzielić.

Mogę też zgadywać, że jestem postrzegany jako ktoś negatywnie nastawiony do życia. Osoba w typie: szklanka jest do połowy pusta, a zaraz zapewne się stłucze. Kogoś, kto wszystko, widzi w ciemnych barwach. Kogoś, kto opowiada o swoich trudnościach lub problemach, nie wspominając o sukcesach.

Zresztą, przeczytajcie po prostu ten rozdział i policzcie, ile wymieniłem pozytywów, a nawet jeśli wymieniłem jakiś, to czy nie próbuję go sprzedać jako ukryty problem.

To przeprowadza mnie do podsumowania. Ciężko się wyrwać ze swoich schematów, nawet jeśli doskonale zdajemy sobie sprawę, że są w nas aktywne. Przecież nawet ten tekst, jeśli się chwilę zastanowić, jest próbą zdobycia współczucia i sympatii! Kiedy zaczynałem go pisać, jeszcze o tym nie wiedziałem. Zorientowałem się w połowie, że moje intencje nie są żadną miarą czyste. Nie przestałem jednak, bo nawet jeśli jest efektem działania mechanizmu, może przynieść coś dobrego.

Całkiem na zakończenie dodam, że opisane dziś mechanizmy nie są jedynymi, które we mnie działają. Mam o więcej strategii unikania odrzucenia i bólu niż fantazjowanie i stawianie się w roli ofiary: dystansowanie, racjonalizacja, unikanie, substancje i zachowania kompulsywne. Jest tego sporo i w przyszłości mam nadzieję spojrzeć na nie bliżej.

A wy? Wiecie już, jakie mieszkają w was demony i jakie strategie przyjmujecie, by sobie z nimi radzić?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.