Artykuł porusza kwestię oceny decyzji, podkreślając, że istotne jest skoncentrowanie się na dostępnych informacjach w momencie ich podejmowania. Krytyczne pytania dotyczą definicji sukcesu, rozważania opcji oraz oceny prawdopodobieństwa. Refleksja nad decyzjami pomaga usprawnić procesy decyzyjne, ale nie powinna prowadzić do oceny osoby podejmującej decyzję.
Rozważaliśmy w poprzednich częściach, jak podejmujemy decyzję. Dzisiaj pochylimy się nad pytaniem: jak i po co należy oceniać czy decyzja była poprawna, czy niepoprawna?
W mediach i w potocznych konwersacjach słyszymy często: „to była zła decyzja”, „on podjął dobrą decyzję”. Takie stwierdzenia są zwykle nieuzasadnione i często błędne. Ocena decyzji to bardzo skomplikowana sprawa, wymagająca posiadania informacji rzadko dla nas dostępnych. Potrzeba na nią wiele czasu i poważnych rozważań, znajomości matematyki, a konkretnie rachunku prawdopodobieństwa, obeznania z logiką. Tutaj może macie wątpliwość: przecież ocena po fakcie jest bardzo prosta, wystarczy sprawdzić, czy się udało, czy decyzja przyniosła zamierzony skutek, czy też nie i sprawa załatwiona. Nic bardziej mylnego! Może być wiele sposobów na ocenianie decyzji, ale jak decyzji na pewno oceniać nie można, to po jej skutkach. Z tej prostej przyczyny: w momencie podejmowania decyzji, jej skutki nie są znane, nie mogą więc wpłynąć na decyzję. W wyciąganiu wniosków na przyszłość skutki mają znaczenie, ale w ocenie decyzji przeszłych już nie. To, co wpływa na ocenę decyzji, to informacje, które były dostępne w momencie jej podejmowania. Obiektywna ocena musimy „zapomnieć” o wszelkich danych, zdobytych później (w tym o skutkach), odtworzyć przeszły stan wiedzy. To bardzo trudna sztuka. Ciężko przeprowadzić proces myślowy, ignorujący część posiadanej wiedzy. Najlepiej byłoby prawdziwie zapomnieć co się wydarzyło albo znaleźć osobę, która tego nie wie i zdać się na jej ocenę. Przydatne mogą tu być także maszyny, które można zaprogramować z ograniczonym zasobem wiedzy.
Oto kroki, o jakie musimy zadbać, przygotowując się do oceny decyzji. Po pierwsze, musimy wiedzieć, jak definiowaliśmy sukces w momencie, gdy podejmowaliśmy decyzję. To ważne, ponieważ definicja ta może się zmieniać z czasem. Przykładowo, bo apetyt rośnie w miarę jedzenie, nasze oczekiwania rosną z czasem. Meta poziom: rozważania, dlaczego zdefiniowałem sukces tak, a nie inaczej i czy definicja była właściwa? Drugim elementem, który musimy odtworzyć, to opcję dostępne w chwili podejmowania decyzji. Trzeba być uważnym, by obecny stan wiedzy, nie zaćmił naszej analizy. Dziś możemy zdawać sobie sprawę z istnienia setek możliwych wyborów. Czy znaliśmy te możliwości w momencie podejmowania decyzji? Meta poziom: rozważania, czy dołożyłem odpowiednich starań, by poznać wszystkie kluczowe możliwości, czy czegoś nie pominąłem, a jeśli to dlaczego? Trzeci element to ocena prawdopodobieństwa sukcesu dostępnych możliwości. Zarówno tej wybranej, jak i innych. Ponownie kluczowe jest, by nie wprowadzać wiedzy z przyszłości, w szczególności wiedzy o skutkach decyzji, do kalkulacji i szacować na podstawie ówczesnego stanu wiedzy. Ten punkt jest czasochłonny i skomplikowany, najłatwiej w nim o prześlizgnięcie się danych, które nie powinny brać udziału w ocenie. Warto więc poświęcić mu szczególną uwagę. Meta poziom: czy zadbałem o zdobycie adekwatnych informacji w momencie podejmowania decyzji? Czy wyposażyłem się w odpowiednią wiedzę? Po tych zabiegach stwierdzamy, czy wybrana opcja maksymalizowała prawdopodobieństwo sukcesu. Jeśli tak, decyzja była dobra. Jeśli nie, decyzja była błędna. W drugim przypadku warto poświęcić czas, by zrozumieć, dlaczego podjąłem błędną decyzję. Tu pomagają pytania, które opisałem jako „meta poziom”. Jest kilka dodatkowych, które powinniśmy zadać: Czy użyłem skróconego mechanizmu podejmowania decyzji?Jeśli tak to którego? Czy i jak użyłem hierarchii wartości przy podejmowaniu decyzji? Czy moja logika była spójna? Czy popełniłem błędy logiczne? Czy moje rozumienie rzeczywistości i tego, co ode mnie zależy a co nie, było poprawne? Czy moja moralność była poprawna? Czy wiedziałem, co jest dobre a co złe?
Uwaga na marginesie: Interesującym zagadnieniem jest, czy wybieramy decyzję na podstawie tego, czy maksymalizuje szansę sukcesu, czy minimalizuje szansę porażki. Tu zakładam to pierwsze, ale decyzje w tej samej sytuacji, mogą się diametralnie różnić, jeśli przyjmiemy drugą strategię.
Dlaczego chcielibyśmy poświęcać czas na ocenianie własnych decyzji? Najważniejszą korzyścią z tego płynącą, jest refleksja nad naszym trybem podejmowania decyzji. To okazja, by przyjrzeć się mechanizmom decydowania i je usprawnić: Pozwala na określenie sytuacji, w których używamy skróconego trybu decyzyjnego, mimo że zasadne byłoby użycie trybu świadomego. Dzięki temu w przyszłości możemy zwrócić uwagę na takie okoliczności i wymusić zmianę. Pozwala nam wykryć słabości w zdolnościach rozumowania. Może szwankuje nasza logika i wpadamy w błędy logiczne? Może błędnie odczytujemy, co od nas zależy, a co nie? Odkrywamy w ten sposób obszary, w które warto włożyć dodatkową pracę. Analiza naszych decyzji pozwala nam poprawić hierarchię wartości, jeśli wkradły się do niej błędy. Rzuca światło na podświadomą hierarchię wartości. Co jest niezwykle cennym wglądem, na podstawie którego, możemy zbliżyć podświadome i świadome pragnienia. Pozwala też wykryć błędy w danych, jakie mamy o świecie. Zauważyć, że w naszych wspomnieniach jest tendencyjność, którą możemy poprawić, lub którą możemy korygować w przyszłości. To, czemu refleksja nad decyzją służyć nie powinna, to ocenianie osoby ją podejmującej. To jest nieproduktywne, a często najzwyczajniej szkodliwe. Jeśli chcemy naprawiać nasze mechanizmy decydowania, oczyszczać nasze pojmowanie świata z błędów poznawczych, ulepszać naszą zdolność rozumowania, to oskarżanie i ferowanie wyroków moralnych temu nie sprzyja. Prędzej uwięzi nas w spirali toksycznego wstydu i poczucia wina. To jest ostrzeżenie dla tych, którzy chcą zerknąć na swoje decyzje: nie wychodźcie z perspektywy oskarżyciela, tylko z perspektywy ciekawego badacza i delikatnego mechanika, bo ta pierwsza może realnie zaszkodzić. Jeśli nie potraficie tego zrobić, wstrzymajcie się z takim eksperymentami, dopóki nie rozwiążecie spraw z waszym wewnętrznych krytykiem.
To jeśli chodzi o badanie procesu podejmowania decyzji. A co z jej rezultatami? Czy ich obserwacja jest bezużyteczna? Nie, jest przydatna, choć jej wartość jest, moim zdaniem, drugorzędna. To do czego się przydaje, to dodanie kolejnego punktu danych, kolejnego doświadczenia, do bazy, z której w przyszłości będziemy czerpać przy podejmowaniu decyzji. Krótko mówiąc, jest to kolejny punkcik, który poprawi nasze oszacowania prawdopodobieństwa sukcesu i porażki podobnych działań. Jako że jest to jeden punkt spośród wielu i dlatego, że mamy naturalną tendencję, by takie dane zbierać, nie przypuszczam, by było istotnym koncentrowanie się na tym procesie. Wyjątek stanowią sytuację, gdy mamy powody przypuszczać, że może dojść do zaburzenia poznawczego – czyli, że to, co zapamiętamy, będzie zniekształcone w tendencyjny sposób. Dwie częste sytuacje, w których może dochodzić do zaburzenia wspomnień, to kontakt z zachowaniami i substancjami oddziałującymi na mechanizm nagrody (tendencyjnie mózg zapamiętuje wyraźniej pozytywne aspekty, ignoruje negatywne), oraz pętla lęku i unikania jego źródła (ucieczka przed wyimaginowanym źródłem lęku, tendencyjnie jest zapamiętywana jako ratująca życie, mimo braku dowodów na istnienie realnego zagrożenia).
Mam nadzieje, że dzisiejszy artykuł zainspiruje was do spojrzenia na swoje decyzje i poddanie ich refleksji. Nie jest też niedorzecznym, aby spojrzeć na decyzje innych i spróbować zanalizować je w podobny sposób. Tu oczywista trudność, tkwi w dobrym odtworzeniu stanu wiedzy osoby decydującej, wciąż jednak ćwiczenie może być przydatne i nauczyć nas czegoś i naszych własnych decyzjach. Pamiętajcie, jeśli tego typu analizy wrzucają was w pętlę samokrytyki i ich skutkiem nie jest poprawienie waszego funkcjonowanie, ale obniżenie waszego nastroju, zaprzestańcie ich, a jeśli problem nie ustępuje, może warto porozmawiać o tym ze specjalistą!
Tekst porusza temat wpływu przypadku na nasze życie. Autor argumentuje, że przypadkowe okoliczności, takie jak miejsce urodzenia czy epoka, mają na nas większy wpływ niż podejmowane decyzje. Z drugiej strony, mimo dominacji losu, to nasze wybory kształtują sposób, w jaki wykorzystujemy dany nam potencjał.
Część 1: Los rządzi naszym życiem
Znacie porzekadło: „każdy jest kowalem własnego losu”? To bzdura, naszym życiem rządzi przypadek. Mamy minimalny wpływa na nasz los. Gdy patrzymy wstecz na nasze życie, to musimy dostrzec, że elementy losowe i od nas niezależne, ważą więcej, niż nasze decyzje. Jesteśmy liściem na wietrze, któremu wmawia się, że może decydować dokąd poleci. Rozważmy kilka przykładów, dla zilustrowania dysproporcji między przypadkiem a wolą i decyzją. 1. Przypadek: urodziłem się w Polsce, a nie w Etiopii. Nie mam żadnego wpływu na to, gdzie się urodziłem. Jednak ten fakt ma olbrzymie konsekwencje dla mojego życia: możliwości materialne, które idą za miejscem urodzenia, dostęp do edukacji, dostęp do opieki zdrowotnej, dostęp do książek, filmów etc. Rozważcie, jak bardzo te aspekty różnią się między Polską a Etiopią. Gdybym rodził się w Etiopii, moje szanse na przeżycie niemowlęctwa byłyby zdecydowanie niższe (śmiertelność niemowląt w Polsce: 4.4, w Etiopii: 48.3 [1]), moje życie mogło zakończyć się już na starcie. Czy miałbym dostęp do takie samej ilości książek, które pobudzałyby rozwój mojej wyobraźni? Czy mógłbym dostać okulary, które pozwoliłyby mi widzieć wyraźnie? Czy miałbym szansę na studia? Może wszystko to byłoby mi danej, jednak jest względnie oczywiste, poprzez porównanie zasobności obu krajów (PKB na osobę w Polsce: 31 939 USD, w Etiopii: 2332 USD [2]), że szansę na otrzymanie tych dobrodziejstw byłyby zdecydowanie mniejsze. Nie przypuszczam, by jakakolwiek decyzja w moim życiu, miała podobnie głęboki wpływ na jego przebieg. Więcej, przypuszczam, że wszystkie moje decyzje razem wzięte, nie ukształtowały mnie w takim stopniu jak ten jeden traf.
2. Przypadek: urodziłem się w dwudziestym wieku, a nie w dwunastym Podobna sytuacja jak w przykładzie pierwszym. Zdecydowanie niższą szansę na przeżycie niemowlęctwa, minimalny dostęp do edukacji, krótka oczekiwana długość życia etc. Nie będę tu szukał konkretnych danych liczbowych, ale łatwo sobie wyobrazić, jak drastyczną różnicę ten przypadek sprawia w moim życiu. Różnice kulturowe, językowe, religijne uczyniłyby mnie diametralnie inną osobę.
3. Przypadek: Urodziłem się chłopcem. Naszemu społeczeństwu daleko jest do równości. Oczekiwania społeczne, sposób wychowania i spektrum możliwości w dorosłym życiu, są odmienne dla obu płci. Czy gdybym był dziewczynką, wyperswadowano by mi zainteresowanie fizyką? Czy presja zegara biologicznego sprawiłaby, że miałbym już rodzinę i dzieci? Nie wiem, ale jestem przekonany, że moje życie podążyłoby innymi kolejami, niż zmierza dzisiaj.
4. Przypadek: Studiowałem fizykę Tak, to jest przypadek, już wyjaśniam dlaczego. Swój pierwszy rok studiów poświęciłem na studiowanie informatyki. Dość szybko zdecydowałem (czy to była świadoma decyzja to inna kwestia), że to nie to. Chciałem podążać za swoją pasją, którą była, oczywiście… historia. Czekał mnie egzamin wstępny (takie, to były czasy). Na wszelki wypadek, złożyłem też podanie na fizykę – tam nie wymagali egzaminu, miałem przyjęcie gwarantowane. Uczyłem się pilnie, czułem się względnie dobrze przygotowany. Kiedy przyszło do ogłoszenia wyników, okazało się, że zabrakło mi jednego punktu. Gdyby choć jedno pytanie w teście lepiej mi podpasowało (ah, ratyfikacja 3 rozbioru, której, okazuje się, nigdy nie było), trafiłbym na historię zamiast na fizykę. Drobny przypadek, przemieszany z decyzjami, ustawił moją edukację. Zostałem na fizyce, nawet napisałem z niej doktorat. Jak jednak wyglądałoby moje życie, gdyby nie to jedno pytanie?
Wymieniłem cztery przykłady przypadków w moim życiu. Z pierwszych trzech każdy waży więcej niż wszystkie moje decyzje życiowe. Czwarty reprezentuje całą chmarę drobnych przypadków, lokujących się pomiędzy naszą decyzją a jej skutkami. Pokazuje on, że skutki naszych decyzji nie są nasze, zależą w większym stopniu od losu, niż od nas. Wiele decyzji nie może nawet zaistnieć, ze względu na okoliczności losu (jak zdecydować się, by zostać programistą komputerowym, żyjąc w dwunastym wieku?). Jak najbardziej jesteśmy liściem na wietrze i tak jak jemu, nie nam decydować gdzie nas poniesie wiatr!
Część 2: Liczą się tylko nasze decyzje
„Pytasz, co to jest wolność? Nie być niewolnikiem żadnej rzeczy, żadnej potrzeby, żadnych wydarzeń, przymusić swój los do równego postępowania z sobą. W dniu w którym zrozumiem, że mogę więcej od niego, nic nie dokaże” [3]
Może przechodzi wam teraz przez myśl: „Tu zaszła jakaś pomyłka. Cytaty mu się pomieszały! Przecież to pasuje do pierwszej części jak pięść do oka”. Nie ma pomyłki. Jak już ustaliliśmy, że naszym życiem rządzi przypadek, pora udowodnić, że to, co przypadkowe nie ma znaczenia i jedyne co się liczy to nasze wybory. W celu unaocznienia tej prawdy posłużę się metaforą. W metaforze tej każdy z nas będzie malarzem, nasze decyzje będą pociągnięciami pędzla, nasz los (nasz przypadek) będzie kanwą, na której malujemy, a obraz będzie naszym życiem. Jako malarz nie mamy wpływu na kanwę, na której przyjdzie nam malować. Jeden otrzyma idealnie białe, gładkie tło. Dla drugiego płótno będzie gładkie, ale całe czarne. Pierwszy nawet nie pomyśli, by namalować to, co dla drugiego będzie oczywiste. Los tych malarzy jest wolny od przeciwności, ale ich warunki były skrajnie odmienne. Jeden malarz otrzyma kanwę wielką na pół ściany, drugi taką, która zmieści się w dłoni. Jak odmienne dzieła muszą stworzyć, ale każde z nich może być piękne. To metafora długości życia. I tak jak na wielkim płótnie można namalować kicz, a na kawałku deszczułki arcydzieło, tak długie życie może być próżne, a krótkie bogate i piękne. Większość malarzy otrzyma kanwę z różnymi, mniejszymi i większymi wadami. To przeciwności losu, które spotykają nas w życiu. Od malarza zależy, czy niedoskonałości swego podkładu wykorzysta jako element arcydzieła. Czy pęknięcie stanie się zalążkiem obrazu kwietnej doliny, czy mrocznej przepaści? Czy załamie ręce i w podszytym poczuciem krzywdy narzekaniu stwierdzi, że nic nie namaluje? Czy spojrzy na kanwę sąsiada i, z zazdrości, zamiast malować swoje dzieło, ukradkiem ochlapie jego twór? Czy, odstraszony wadami płótna, skupi się tylko na małym skrawku, gdzie materiał jest idealny, a resztę porzuci? Czy podzieli się swoją kanwą z drugim człowiekiem? Czy dostrzeże wady swojej kanwy, poczuje złość i ponarzeka, po to, by po chwili ruszyć z malowaniem, wykorzystując swoją przestrzeń do maksimum? Czy wykorzysta większość kanwy, ale z wadami części nie zdoła się pogodzić i pozostawi ją pustą? Możliwości są ogromne i chociaż, kanwa nadaje kształt i wymusza wiele w formie dzieła, to jednak jest to nasz obraz. Płótno nie decyduje, co zostanie na nim namalowane, los nie decyduje, jakie ja stworze życie. Parafrazując tu Senekę, w dniu, w którym zrozumiemy, że los to tylko tło, straci on nad nami wszelką władzę.Ten kto akceptuje los odbiera mu moc sprawczą. Ten kto rozumie, że los jest obojętny i od nas niezależny, ten może skupić się nad tym co kontrolować może: na pociągnięciach pędzlem i kształtowaniem swego dzieła. Na zakończenie jeszcze jeden cytat z Seneki, który przypomina, że mówienie o dobrym lub złym losie, dobrej lub złej kanwie, nie ma sensu. Dzieło, które tworzymy, życie, które żyjemy, może być dobre albo złe, jakie będzie, zależy od naszych wyborów:
„Mylą się bowiem, mój Lucyliuszu, ci, którzy sądzą, że los obdarza nas bądź czymś dobrym, bądź też czymś złym. Daje on nam tylko materiał, z którego może powstać dobro lub zło, tylko zarodki rzeczy, które to zarodki mogą rozwinąć się w nas w zło albo dobro.” [3]
Post ten jest rozwinięciem postu „O podejmowaniu decyzji”, zainspirowanym dyskusją w komentarza, do zapoznania się z którą zachęcam!
„(…) czy emocjonalne reagowanie na sytuację zawsze można nazwać decyzją i czy powinniśmy w ogóle starać się tak je nazywać? Czy można w ogóle powiedzieć, że opisany w drugim przykładzie mężczyzna podjął decyzję w momencie, w którym okazał emocje? (…) „Decyzja” sprowadziła się tutaj do okazania lub nieokazania emocji, a nieokazywanie emocji nie jest zdrowym odruchem, do uzyskania którego warto dążyć.”
„(…) Możemy oczywiście mówić jeszcze o czymś takim jak działanie pod wpływem emocji – ale w takim przypadku nie obejmie ono przykładu nr 1, który sprowadza się do wulgarnej manifestacji uczuć, a nie decyzji podjętej z ich udziałem.”
Super komentarz, pokazujący ewidentną lukę w moich rozważaniach nad emocjonalnym okazywaniem emocji z poprzedniego artykułu. Poświęciłem nieco czasu na ponowne przemyślenia nad temat i doszedłem do poniższych poprawek. Pierwsza rzecz, którą zauważam, to, że było przesadą pomijanie punktów (5) i (6) z ogólnego schematu podejmowania decyzji. Te punkty w nim występują. To, co jest kluczowe dla mnie przy emocjonalnym podejmowaniu decyzji, to zawężenie opcji, jakie mamy do wyboru (czy raczej, jakie wydaje się nam, że mamy do wyboru). To oczywiście wpływa na punkty (5) i (6), ale ich całkowicie nie unieważnia. Proponuje taki oto przykład: Idę wieczorem przez ciemną uliczkę w centrum miasta. (1) Z cienia wyłania się sylwetka postawnego mężczyzny. Czuję strach. (2) Mam do wyboru: walczyć, uciekać lub zamrzeć bezruchu. (5) Walka: osoba przede mną jest większa niż ja. Nie potrafię się bić. Ucieczka: Osoba jest oddalona o 2 metry. Nie potrafię szybko biegać. Zamrzeć: Jest szansa, że jeśli nie będę rzucał się w oczy, to zagrożenie mnie po prostu ominie. (6) Opcje walki i ucieczki są skazane na porażkę. Zamrzeć daje szansę na uniknięcie starcia. (7) Wybieram zamarcie. (8) Zwalniam kroku i zamieram, czekając, aż tajemnicza postać mnie minie. Analizując tę sytuację „na zimno”, można bez trudu wskazać o wiele więcej dostępnych opcji. Mogę iść przed siebie i jedynie kątem oka zerkać na tajemniczą postać. Mogę zacząć wołać o pomoc. Mogę powiedzieć: „Dobry wieczór, szanownemu panu”. Mogę zmrużyć oczy i spróbować lepiej przyjrzeć się mrocznej postaci (zdobyć więcej informacji). Jednak w trybie emocjonalnego podejmowania decyzji, na te dodatkowe niuanse nie ma miejsca. Nie sugeruje przy tym, że reakcja i decyzja emocjonalna jest zła, wręcz przeciwnie, w mroczny zaułku, w opisanej sytuacji, takie zawężenie spektrum decyzji i związane z nim przyspieszenie reakcji, może stanowić różnicę między życiem a śmiercią! Drugi przykład, który chciałem tu podrzucić, to historia gwałtownego wybuchu miłości: Podoba mi się pewna kobieta. (1) Spędziliśmy wiele godzin na interesującej rozmowie. Czuję podekscytowanie i pożądanie. (2) Mam do wyboru: kupić jej kwiaty, zaprosić ją na wspólne wakacje. (5) Kwiaty mogę kupić za rogiem. Zorganizowanie wakacji długo trwa. Wakacje zrobią większe wrażenie niż kwiaty. Kwiaty są tradycyjnym symbolem uczucia. (6) Wakacje są zbyt skomplikowane. (7) Wybieram kwiaty. (8) Lecę do kwiaciarni i kupuje największy bukiet róż. Może to jest najlepsza możliwa decyzja w tej sytuacji. Problem polega na tym, że mam o wiele więcej opcji niż te dwie. Mogę do niej jutro zadzwonić i spytać jak się ma. Mogę jej powiedzieć, że mam wolny bilety do kina (cóż za przypadek 😉 ), czy nie chciałby się wybrać ze mną. I tak dalej i tak dalej. Ta decyzja może przynieść pożądane skutki (czyli, padniemy sobie w ramiona) i pomimo tego być złą decyzją! Może też przynieść opłakane skutku (czyli, dziewczyna powie, bym spadał z tymi kwiatami na drzewo) i pomimo tego być dobrą decyzją! Odpuściliśmy zbyt wiele opcji, by móc realnie rozstrzygać o poprawności naszej decyzji. W moim schemacie emocjonalne podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3) i (4), zawężenia punktu (2) i związanego z tym zawężenia punktów (5) i (6). Opieram się na ograniczonym zasobie opcji: Zdarzenie X wywołuje emocję Y, emocja Y podpowiada rozwiązania Z i W (pomija wiele innych), rozstrzygam wybór na korzyść Z, robię Z. Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy emocja jest bardzo silna, nieadekwatnie do sytuacji. Silne emocje mocniej zawężają wybór opcji, w ekstremalnych przypadkach pozostawiając jedną. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.
„Przychodzi mi też do głowy myśl, że ten „tryb” podejmowania decyzji ma bardzo zindywidualizowany charakter – jak wskazałeś, z uwagi na stan emocjonalny decydującego ma on de facto ograniczony wybór, ale w identycznej sytuacji katalog opcji do wyboru dla każdego będzie się przedstawiał nieco inaczej.(…)”
I tu także się zgadzam. Emocjonalne podejmowanie decyzji jest mocno zindywidualizowane i to nie tylko między różnymi osobami. Ta sama osoba może podjąć inne decyzje w bardzo podobnych sytuacjach, często zależnie od swojego stanu wewnętrznego. Przykładowo, inaczej będziemy reagować, inne decyzje podejmować, gdy jesteśmy najedzeni kontra, gdy jesteśmy głodni. To może być prawdą, właściwie dla każdego trybu podejmowania decyzji, ale w przypadku emocjonalnego wydaje się najbardziej uwypuklone.
Codziennie podejmujemy wiele decyzji, często automatycznie, na podstawie nawyków, emocji lub preferencji. Proces decyzyjny jest złożony, obejmujący identyfikację opcji, zbieranie informacji i porównanie ich. Kluczowe są hierarchia wartości oraz świadomość, które wpływają na jakość podejmowanych decyzji. Ważne jest ich świadome ujednolicenie dla lepszych wyników.
Każdego dnia podejmujemy setki decyzji, są to głównie drobnostki: czy najpierw założyć lewy, czy prawy but? Czy zjeść na śniadanie płatki, czy kanapkę? Czy posłodzić herbatę, czy nie? Niewielki ułamek wymaga zaangażowani świadomości. Większość jest rozstrzygana przez nawyk, podświadome pragnienia, chwilowe emocje. Dysproporcja jest na tyle duża, że można zapytać przewrotnie: czy to ja podejmuje decyzję, czy decyzję podejmują mnie? Tu może zaprotestujecie i powiecie, że ilość to jedno, ale ważniejsza jest jakość. Czyli decyzje, które są naprawdę istotne, podejmujemy świadomie. W teorii się zgadzam. W praktyce postrzegam to jako bardziej skomplikowane. Wiele decyzji ważnych podejmujemy poza zasięgiem świadomości. Nawet jeśli o niektórych z nich myślimy, to nie oznacza, że podejmujemy je świadomie.
Czym w ogóle jest decyzja? Jest wyborem jednej z wielu dostępnych opcji działania (brak działania jest działaniem). Opierając się na tej definicji, rozpiszę etapy procesu podejmowania decyzji: 1. Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie, 2. Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna, 3. Zebranie dostępnych informacji (faktów) o sytuacji, 4. Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia), 5. Zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji, 6. Porównanie opcji na podstawie ich za i przeciw, 7. Wybór najkorzystniejszej opcji, 8. Działanie. To długa lista, skomplikowany proces. Jeśli mielibyśmy realizować go w pełni, za każdym razem, gdy decydujemy czy założyć najpierw lewy, czy prawy but, dotknąłby nas paraliż decyzyjny, nie moglibyśmy funkcjonować. Jednak decyzja o założeniu tego czy owego buta musi jakoś zapaść! To sugeruje, że istnieją mechanizmy kompresujące proces podejmowania decyzji. Spróbuje zaproponować kilka.
Rutynowe podejmowanie decyzji Rano wychodzę z domu na tramwaj. Mam dwie drogi na przystanek, o bardzo zbliżonej długości. (1) Muszę podjąć decyzję, którą drogą iść. (4) Przez ostatni rok chodziłem jedną z tych dróg. (7) Wybieram tę samą drogę. (8) Idę wybraną drogą na tramwaj. Rutynowe podejmowanie decyzji jest powszechne w naszym funkcjonowaniu i przypuszczam, że każdy, po chwili zastanowienia, wskazałby przykłady rutyn w swoim życiu. Którą ręką szczotkuje zęby? Chodzę lewą czy prawą stroną chodnika? W jaki dzień podlewam kwiatki? Który but zakładam najpierw? Niektórych rutyn w naszym życiu jesteśmy świadomi, innych nie. Niektóre są dla nas korzystne, inne obojętne, a jeszcze inne szkodliwe. Co do zasady, jeżeli jesteśmy świadomi rutyny, możemy ją zmienić, inwestując czas i wysiłek na wypraktykowanie nowej. W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktur (2), (3), (5) i (6). Opieramy się tylko na przeszłym doświadczeniu, schemat rozumowania: W podobnych sytuacjach podejmowałem dotąd decyzję X, więc i tym razem decyduję X. Kiedy rutynowe decyzje zawodzą? Kiedy coś znacząco zmieniło się w stanie rzeczywistości. Przykładowo, wyobraźmy sobie, że zawsze wyjmujemy kubek z szafki prawą ręką. Co się stanie, jeśli doznamy kontuzji prawej ręki, tak, że każde jej uniesienie, wywoła przykre odczucie bólu? Gdy rutynowo spróbujemy sięgnąć po kubek, sykniemy z bólu i zmienimy decyzję, sięgając po kubek lewą ręką. Kto przechodził przez podobną sytuację, wie, jak długo rutyna potrafi się utrzymywać, nawet gdy mamy tak silne warunkowanie negatywne.
Emocjonalne podejmowanie decyzji Szef miał do mnie pretensje o niedostarczenie raportu na czas. (1) Jestem zestresowany z tego powodu. (2) Mogę zjeść coś słodkiego albo wypić piwo. (7) Mam piwo w lodówce. (8) Wypijam piwo. (1) Kolega nazwał mnie głupkiem. Czuję złość. (2) Mogę to zignorować lub nazwać go ch**em. (7) Czuję złość. (8) Nazywam kolegę ch**em. Emocjonalne podejmowanie decyzji jest, przypuszczam, najczęstszym ze skrótów. Przykłady powyżej mają negatywne konotacje, ale sam mechanizm negatywny nie jest. W wielu przypadkach jest wyśmienitym sposobem na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu. Często źródło decyzji jest nieuświadomione w momencie jej podejmowania. Po czasie możemy być w stanie dostrzec emocjonalny charakter naszej decyzji. Ten proces można zmienić na dwa sposoby: po pierwsze, zmieniając swoje reakcje emocjonalne, po drugie, przez trenowanie tworzenia przestrzeni na refleksję między emocją a decyzją, odraczanie działania. W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3), (4), (5) i (6). Przy czym punkt (2) jest zwykle zawężony – emocja powoduje tunelowe widzenie. Opieramy się na odczuwanej emocji i znanych sposobach jej rozwiązania: Odczuwam emocję X, emocję X mogę rozładować w sposób Y albo Z, Y jest łatwo dostępny, robię Y. Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy natężenie emocji jest nieadekwatne do sytuacji, jest zbyt silna, lub zbyt słaba ze względu na okoliczności. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.
Mechaniczne podejmowanie decyzji (1) Jestem zestresowany po tygodniu pracy. (8) Wypijam czteropak piwa. (1) Ktoś zwrócił na mnie uwagę podczas obiadu, złamał niewidzialność. (8) Chowam się za ekranem telefonu. (1) Słyszę głośny huk podobny do huku wystrzału. (8) Rzucam się na ziemię. Przez mechaniczne podejmowanie decyzji, rozumiem decyzje płynące z psychicznych mechanizmów. Mogą to być mechanizmy obronne, mechanizmy uzależnienia i inne. O ile mechanizm chroni przed prawdziwym niebezpieczeństwem, może być wartościowy. Zazwyczaj tak podejmowane decyzją są jednak niekorzystne. Mechanizmy działają z podświadomości, można jednak uświadomić sobie ich istnienie, co stanowi podstawę do ich zmiany, jeśli jest konieczna. Są dwa sposoby, by radzić sobie z mechanizmami: pierwszy, to unikanie wyzwalaczy mechanizmu. Drugi, praca nad dezaktywacją, albo likwidacją, mechanizmu. W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (2), (3), (4), (5), (6) i (7). Opieramy się na odebraniu informacji o wyzwalaczu i natychmiastowym przejściu do reakcji Y: Obserwuje wyzwalacz X, robię Y. Kiedy mechaniczne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy prawdziwe źródło zagrożenia już nie istnieje, na przykład, gdy żołnierz wrócił z wojny, jednak nadal reaguje gwałtownie na głośny huk. Także, jeśli zagrożenie nigdy nie istniało lub kiedy reakcja była od początku błędna, tutaj przykładem są mechanizmy uzależnienia prowadzące do zażywania substancji.
Preferencyjne podejmowanie decyzji (1) Zatrudniam pracownika. (2) Mam do wyboru dwóch kandydatów. (3) Poznaje ich CV. Przeprowadzam rozmowy. (4) Porównuje wyniki z kandydatami i pracownikami z przeszłości. (5) Kandydaci mają bardzo zbliżone kwalifikacje. Rozmowy przebiegły podobnie. Jeden z kandydatów to mężczyzna, druga to kobieta. (6) Większość wyników jest zbliżona. Mężczyzn cenie wyżej niż kobiety. (7) Wybieram mężczyznę. (8) Zatrudniam mężczyznę. Preferencyjne podejmowanie decyzji, może rywalizować z emocjonalnym pod względem częstości występowania. Polega ono na podejmowaniu decyzji na podstawie czy pod wpływem nieuświadomionych preferencji, korzystając z wcześniej zakorzenionych przekonań. Jest to skuteczny sposób na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu, jest konieczny do naszego funkcjonowania, ale ma ogromny potencjał, by skłaniać nas do podejmowania błędnych i krzywdzących decyzji. Preferencje są zazwyczaj nieuświadomione, choć bywa inaczej. Nawet w przypadku nieuświadomionych preferencji, można wykonać pracę, by je odkryć i zmienić. Dwa sposoby, by radzić sobie z tym trybem podejmowania decyzji: jeden, to gdy podejrzewamy, że możemy mieć ukryte preferencje, zasięgnięcie drugiej opinii może być pomocne. Drugi to, odkrywanie swoich ukrytych uprzedzeń i preferencji i zmienianie ich, lub branie na nie poprawki przy podejmowaniu decyzji. W ogólnym schemacie preferencyjne podejmowanie decyzji nie pomija żadnych punktów, ale trywializuje i zaburza punkty (5) i (6), ograniczając opcje do tych preferowanych. Zbieramy informacje o decyzji i dostępnych opcjach, przy ich analizie odwołujemy się do naszych preferencji, zamiast do obiektywnych kryteriów i podejmujemy decyzję na ich podstawie: Mam do wyboru ścieżkę X lub Y, poznaje argumenty za X, poznaje argumenty za Y, przywołuje moją preferencję dla X, nie ważę argumentów, wybieram X. Kiedy preferencyjne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy nasze preferencje są oparte na błędnych przesłankach, wierzymy w coś, co nie jest prawdą, przykładowo, gdy ktoś wierzy, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn. Kiedy opieramy się na preferencjach w sytuacjach, gdy mamy do dyspozycji obiektywne argumenty i czas by je przeanalizować. Przykładowo, kiedy mamy do czynienia z byłym przestępcą, o którym wiemy, że zmienił swoje życie, jednak unikamy go, bo mamy przekonanie, że przestępcy są niebezpieczni.
Decyzje inspirowane hierarchią wartości We wszystkich czterech opisanych wyżej sposobach podejmowania decyzji, jakiemuś zaburzeniu lub eliminacji ulegają punkty (5) i (6). Co więc z decyzjami, w których punkty (5) i (6) działają poprawnie? Takie decyzje określam mianem „decyzji inspirowanych hierarchią wartości”. Proces podejmowania decyzji nie musi być świadomy. Sama hierarchia wartości nie musi być uświadomiona. Jeśli jednak dokonujemy rzetelnego zebrania za i przeciw wszystkich opcji i porównujemy je, zgodnie z tym, co uważamy za dobre lub złe, to nasz wybór wypływa z naszego rozumienia wartości i ich hierarchii. Dla jakości podejmowanych w tym trybie decyzji kluczowe jest, by nasza hierarchia wartości była zdrowa. Mówiliśmy o niej nieco w poprzednim artykule. Błędy w hierarchii wartości przekładają się na błędy w decyzjach. Jak hierarchia wartości wpływa na (5) punkt mojego schematu? Instruuje nas, co to znaczy „za”, a co to znaczy „przeciw”. Czyli jaki rezultat naszych działań jest pożądany, a jaki nie. Przykład Hierarchia wartości: przyjaźń, ekologia, pieniądze Decyzja: wybór środka transportu na spotkanie Opcje: tramwaj, samochód Fakty: określony czas spotkania, rozkład jazdy tramwajów, pogoda, miejsce spotkania Sytuacje z przeszłości: korki, spóźnione tramwaje, etc. Argumenty: Tramwaj emituje mało CO2 (za: ekologia). Tramwaj jest tani (za: pieniądze). Samochód emituje spaliny (przecie: ekologia). Benzyna jest droga (przeciw: ekologia). Samochód jest najszybszy (za: przyjaźń – chcę być na czas). Jak wpływa na punkt (6)? Pozwala nam przypisać wagę do poszczególnych za i przeciw co w efekcie umożliwia nam porównanie dwóch opcji. Im coś jest wyżej w hierarchii wartości, tym wyższą ma wagę. Przykład Porównanie: Za samochodem przemawia najwyżej lokująca się w hierarchii wartości przyjaźń, to daje tej opcji wysoką wagę. Jednak dwa pozostałe aspekty przemawiają, za tramwajem. Powiedzmy, że przyjaźń ma wagę 4, ekologia 3, a pieniądze 2. Za tramwajem przemawia sumaryczna waga 5, za samochodem 4. Wybór: tramwaj.
Mam nadzieje, że to uzmysławia, jak ważna jest hierarchia wartości dla procesu podejmowania decyzji. Jedna dodatkowa sprawa, którą chciałbym tu poruszyć, to pytanie: czy świadom i podświadoma hierarchia wartości muszą być takie same? Intuicyjnie wydaje mi się, że odpowiedź, brzmi: nie. To jest niepokojąca myśl, bo sugeruje, że nawet jeśli rozumiemy nasze wartości, wiemy, co się dla nas liczy, nasza podświadomość może mieć inną opinię, a większość decyzji podejmowana jest w różnych podświadomych trybach! Nie ma jednak powodu, by załamywać ręce. To tylko powinno zachęcić nas do pracy nad ujednoliceniem świadomych i podświadomych wartości. Czy to poprzez umacnianie świadomej hierarchii wartości, czy poprzez zgłębianie i podważanie założeń podświadomej. Spójność tych dwóch bytów jest gwarancją dobrych decyzji.
Trzy filary podejmowania decyzji Na koniec chciałem zasygnalizować trzy koncepcje, które stanowią o naszej zdolności do podejmowania decyzji. W kolejnych artykułach poświęcę każdej z nich z osobna więcej miejsca: Logikę, czyli sztukę odróżniania prawdy od fałszu. Pracuje we wszystkich punktach. Etykę, czyli sztukę odróżniania dobra od zła. Pracującą głównie w punkcie (5). Fizykę, czyli sztukę odróżniania rzeczywistego od nierzeczywistego i zależnego od niezależnego. Pracującą głównie w punktach (1) do (4). W praktyce wszystkie trzy dziedziny przeplatają się w nietrywialny sposób. Tym tematem zajmiemy się jednak później.
Przykład: wyjazd na firmową wigilię Zakończymy dzisiejsze rozważania przykładem praktycznym z mojej niedalekiej przeszłości: (1) Zakład pracy organizuje spotkanie wigilijne.
(2) Dwie opcje: idę lub nie idę na spotkanie.
(3) Fakty o sytuacji: Spotkanie jest wyjazdowe (poza miastem) z opcjonalnym noclegiem. Na spotkaniu będzie dostępny darmowy alkohol. W spotkaniu weźmie udział większość moich przyjaciół z pracy. Na spotkaniu będzie muzyka i tańce. Na spotkaniu będzie darmowe, zapewne smaczne, jedzenie. Jestem uzależniony od alkoholu. Przebywanie w towarzystwie pijących jest wyzwalaczem głodu.
(4) W ciągu ostatnich dwóch lat, nie brałem udziału w żadnym tego typu spotkaniu. Zwykle odczuwałem niepokój i żal, że coś tracę na kilka dni przed wydarzeniem i w dniu wydarzenia. Uczucia te znikały zazwyczaj już dzień po. W ostatnich miesiącach poczucie straty zmniejszyło się, lżej znoszę świadomość, że coś mnie omija. Sięgając wstecz dalej, na tego typu imprezach z darmowym alkoholem, piłbym do całkowitego upojenia w niekontrolowany sposób. Następnego dnia leczyłbym kaca klinem. Miałbym poczucie, że bawiłem się dobrze, ale nie pamiętałbym 80% imprezy. Wchodziłbym w relacje z ludźmi przez godzinę lub dwie, później wszystko się rozmywało, nie było już przestrzeni na kontakt.
(5) Przed tym punktem warto byście rzucili okiem na moją hierarchię wartości. (LINK) Dla uproszczenia spojrzę tylko na opcję 2 „nie jechać”, to są wzajemnie wykluczające się alternatywy, także jest w zagadnieniu symetria pozwalająca mi na takie uproszczenie. Opcja 2: Nie jechać Za: Unikam wyzwalacza (trzeźwość), Utrzymuje swój stały cykl snu, jestem wypoczęty (trzeźwość), Nie muszę oglądać pijanych przyjaciół (relacje partnerskie), Mam czas na lekturę lub pracę nad sobą (rozwój osobisty), Unikam podejrzeń, że akceptuje fundowanie alkoholu przez firmę (rozwój osobisty). Przeciw: Tracę okazję do pogłębienia przyjaźni (relacje partnerskie), Tracę okazję do zabawy i tańca (rozwój osobisty), Mogę zostać odebrany jako nietowarzyski przez współpracowników (praca), Tracę okazję na zobaczenie nowego miejsca, Omija mnie darmowe jedzenie.
(6) Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to kilka punktów związanych z trzeźwością przemawiających za tym, by nie jechać. Trzeźwość to numer jeden w mojej hierarchii wartości. Druga rzecz to uniknięcie kontaktu z pijanymi przyjaciółmi. Zazwyczaj jest nieprzyjemny oglądać osobę, którą się zna i lubi, gdy jest oszołomiona alkoholem. To pozwala mi zachować o niej lepsze zdanie i wiążę się z dobrymi relacjami. Dalej mamy argumenty z rozwoju osobistego: nie jadąc, zostawiam sobie czas na rozwój i unikam angażowania się w sytuację, której moralnie nie akceptuje, czyli fundowania alkoholu pracownikom przez pracodawcę. Za tym, by jechać, także znalazło się kilka argumentów. Pierwszy dotyczy relacji: miałbym sposobność, by pogłębić relacje z moimi przyjaciółmi, czy to z tymi, którzy nie piją, czy też z pijącymi, nim oszołomiliby się alkoholem. Taki wyjazd jest okazją do zabawy. Uwielbiam taniec (dla jasności: tańczyć nie potrafię, ale bardzo lubię), zabawę i żarty – one mnie rozwijają, są sposobem wychodzenia ze strefy komfortu. Tego typu wyjazdy służą budowaniu zażyłości biznesowej. Może być, że część osób zinterpretuje moją nieobecność jako afront i trudniej będzie mi z nimi współpracować. Części osób nie poznam, w związku z czym nie będę miał okazji podjąć z nimi współpracy. Kategoria pracy jest ostatnią w mojej hierarchii. Na koniec mamy nieprzyporządkowane do żadnej kategorii: zobaczenie nowego miejsca i darmowe jedzenie. To są sprawy nieistotne, mogłyby rozstrzygnąć remis, ale w pierwszej ocenie nie ważą. W obu opcjach są korzyści dla relacji i rozwoju osobistego. Dla uproszczenia przyjmę, że te się wzajemnie znoszą. Pozostaniemy z argumentami dotyczącymi trzeźwości w opcji, by nie jechać i argumentem dotyczącym pracy w opcji, by jechać. Trzeźwość stoi wyżej niż praca w mojej hierarchii wartości.
(7) Wybieraj opcję, by nie jechać. (8) Odrzucam zaproszenie i organizuje sobie ten czas w normalny sposób.
Czy ważniejsza jest przyjaźń, czy praca? Czy większe znaczenie mają pieniądze, czy tężyzna fizyczna? Czy cenię wyżej duchowość, czy podróże do egzotycznych krajów? Powyższe pytania, są przykładami pytań, o wzajemną relację między wartościami. Odpowiedzi na nie ustawiają wartości w hierarchiczną strukturę, uporządkowaną od tego, co najcenniejsze, do tego, co najmniej istotne. Ta struktura to hierarchia wartości. Każdy z nas jakąś hierarchię wartości ma, nawet jeśli nie spisał jej nigdy na kartce, nie wypowiedział jej nigdy słowami, czy nawet, nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia. Jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć na pytania powyżej, to znaczy, że masz swoją hierarchię wartości.
Zachęcam was, by zatrzymać się na chwilę i rozważyć następujące kwestie: Czy mam fizyczny zapis swojej hierarchii wartości? Czy potrafię wyrecytować, jaka jest moja hierarchia wartości? Czy kiedykolwiek świadomie analizowałem i zmieniałem swoją hierarchię wartości? Cześć z was na wszystkie powyższe pytania odpowie negatywnie. To znaczy, że wasza hierarchia wartości jest nieuświadomiona, że jest intuicyjna. W takim układzie można swobodnie funkcjonować i podejmować decyzje. Uważam jednak, że to za mało. Hierarchia wartości jest tak istotna, że kluczowe jest, by była dostępna dla świadomego, logicznego umysłu. To warunek konieczny, by została poddana krytyce. Każdy skorzysta na logicznym przeanalizowaniu fundamentalnych wartości i zmian ich układu w zależności od wyników takiej operacji — czasem będzie to oznaczać proste przeszeregowanie, czasem porzucenie pewnych wartości lub adaptację nowych. Jak już wspomniałem, hierarchia porządkuje to, co ważne od najbardziej do najmniej istotnego. Uporządkowanie ma sens jedynie, jeśli nie dopuszcza remisów, czyli realnie oddziela od siebie wszystkie wartości. Bo jeśli wszystko ma wysoki priorytet, to nic nie ma wysokiego priorytetu. Może się tak zdarzyć, że dwie wartości będą blisko siebie, tak że trudno będzie między nimi wybrać, wtedy naszym zadaniem jest znalezienie różnicujących je argumentów i wzajemne uporządkowanie. Co dokładnie znajdzie się na liście wartości, jest kwestią indywidualną. Przestawię swoją wersję, ale wasze mogą być odmienne. Możecie myśleć o wartościach kategoriami szerszymi, niż ja to czynię, lub węższymi. Wasze wartości mogą się w pokrywać z moimi lub od nich odbiegać. Nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Zależnie od sytuacji i indywidualnych okoliczności, można przytaczać argumenty na diametralnie różne uporządkowania. Co więcej, lista może się zmieniać z czasem. Nie dlatego, że kiedyś była błędna, tylko dlatego, że zmieniają się zewnętrzne i wewnętrzne okoliczności. Hierarchia wartości nie jest wyrytą w kamieniu ostateczne prawda, jest żywym tworem, podatny na logiczną krytykę i zmienne koleje losu. Postaram się teraz przedstawić moją hierarchię wartości, sposób, w jaki o niej myślę, jak ją uzasadniam i nad jakim jej aspektami pracuję.
Jak wygląda moja hierarchia wartości?
Kiedy myślę o hierarchii wartości, to koncentruję się na pięciu czołowych elementach. To pozwala ograniczyć zakres dociekań do tego, co ważne. Mam ograniczoną ilość czasu do dyspozycji, nie ma potrzeby, by spędzać go na rozstrzyganiu różnicy między miejsce 50 a 51. Kiedy myślę o elementach tej listy, myślę o tym, co jest ważne i co jest niezbędne, zostawiam na boku to, co przyjemne – przyjemności znajdują drogę do mego grafiku samoistnie. Nie wszystko, co robię w życiu, odnosi się do pierwszej piątki wartości, ale upewniam się, że większość tego, co robię, wynika bezpośrednio z tych punktów. Jeśli tak nie jest, jest to dla mnie znak kłopotu, że muszę przewartościować hierarchię lub popracować nad jej realizacją w praktyce. Moja piątka przedstawia się następująco (w kolejności od najważniejszego): trzeźwość rozwój osobisty relacje partnerskie twórczość praca.
Pokrótce wyjaśnię dlaczego, jakie są argumenty za takim wyborem i kolejnością. Na szczycie znajduje się trzeźwość, tu argument jest prosty: bez trzeźwości moje życie runie w gruzy, jest ona fundamentem niezbędnym dla budowania reszty. Musi być priorytetem, bo bez niej kolejne punkty nie zostaną zrealizowane. Na drugim miejscu mamy rozwój osobisty. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest on niezbędnym wsparciem dla trzeźwości, drugą stroną tej samej monety. W pewnym sensie proces trzeźwienia polega na nieustannej ucieczce naprzód, która jest właśnie rozwojem osobistym. Bez rozwoju trzeźwość jest zagrożona, musi więc być on na drugim miejscu. Na trzecim plasuje relacje partnerskie, termin szeroki i dość mglisty. Rozumiem przez to tworzenie i utrzymywanie zdrowych relacji z innymi ludźmi. Obejmują one relacje przyjacielskie, rodzinne, romantyczne. Obejmują moje pragnienie założenia rodziny i posiadania dzieci. Są dwa powody dla tak wysokiego miejsca relacji: pierwszy, to moje stoickie przekonanie, że relacje są niezbędne do właściwego rozwoju osobistego, są niezastąpionym materiałem i pożywką dla tegoż. Drugie, to stoickie zorientowanie na działanie dla dobra powszechnego, które w mojej opinii najpełniej przejawia się w relacjach z innymi. Na czwartym miejscu mamy twórczość. Plasuje się ona w pierwszej piątce, gdyż jest ogromnym wsparcie dla zarówno trzeźwości, samorozwoju, jak i relacji. Stanowi formę autoterapii, pozwalającej mi przepracować wiele złożonych aspektów mojego funkcjonowania. Jest też źródłem wielkiej radości i poczucia spełnienia – stymulacja układu nagrody w mózgu. Sposobem na zdrowe wykorzystanie czasu. I wreszcie pretekstem do wchodzenia w relację z ludźmi. Cztery pierwsze punkty były ze sobą powiązane, przenikały się i wspierały wzajemnie, piąty – praca – wyłamuje się z tego schematu. Znajduje się tutaj z konieczności. Zarobkowanie jest potrzebne do tego, bym mógł podtrzymać swoją egzystencję. Płacić rachunki, kupować jedzenie, realizować niektóre aspekty pozostałych życiowych priorytetów. W idealnej sytuacji chciałbym ją relegować poza pierwszą piątkę, by zrobić miejsce innym celom. Wypracowanie obecnego kształtu mojej hierarchii wartości zajęło mi około roku, co około trzy miesiące tworząc kolejną wersję. Teraz nadchodzi kolejna runda prac skoncentrowana nie na samej drabince, z której jestem zadowolony, ale na doprecyzowaniu jej elementów. Przykładowo, trzeci punkt, relacje partnerskie, jest szeroki i niejasny, wyraźnie rozleglejszy od pozostałych. Chcę z niego wyłuskać najbardziej kluczowe rodzaje relacji i na nich się skupić, ustalić hierarchię wewnątrz hierarchii. Czy najważniejsze będzie założenie rodziny i posiadanie dzieci, czy pogłębienie istniejących przyjaźni, czy zbudowanie nowych? Na tego typu pytania będę szukał odpowiedzi. Hierarchia wartości jest projektem na całe życie. Powinna ulegać zmianie, w miarę jak my się zmieniamy, jednocześnie wskazując kierunek tych zmian. Warto by była poddawana okresowym przeglądom, logicznej ocenie poszczególnych elementów, tak by nie prowadziła nas na manowce. Z każdym z jej punktów związać trzeba konkretne działania, które go realizują. Stworzyć przykłady, które ułatwią nam stosowanie ich w przyszłości. Ta część pracy także jest przede mną. Chcę nadawać głębię każdemu z moich priorytetów, aż staną się dla mnie krystalicznie jasne.
Dlaczego hierarchia wartości jest ważna?
Hierarchia wartości nie jest abstrakcyjną, teoretyczną koncepcją, przeciwnie, jest dalece praktycznym narzędziem. Za każdym razem, gdy podejmujemy decyzję, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, przywołujemy swoją hierarchię wartości. Pytanie, czy chcemy aktywnie kształtować nasz aparat decyzyjny. Jeśli nie, dzisiejszy wpis był małą intelektualną przygodą bez konsekwencji. Jeśli jednak chcemy, by nasze rozumienie tego, co jest ważne, miało solidne podstawy i logiczne uzasadnienie, musimy poświęcać czas i wysiłek na pracę z wartościami, w czym mam nadzieje ten tekst nieco pomoże.
Przejrzysta hierarchia wartości to jeden ze sposobów zaprowadzania porządku w naszym wewnętrznym świecie, budowania zaufania do samego siebie i decyzji, które musimy podejmować, a które bywają bardzo trudne.
W kolejnym wpisie spojrzę szczegółowo na proces podejmowania decyzji i jak wiąże się on z hierarchią wartości, skorzystam przy tym z osobistego przykładu. Jeśli dzisiejszy artykuł was zaciekawił, zapraszam na kontynuację w przyszłą środę.
Ostatni wpis serii o alkoholu omawia jego psychoaktywne działanie oraz negatywny wpływ na społeczeństwo. Alkohol wywołuje efekty takie jak pobudzenie, stłumienie lęku i ułatwienie komunikacji, ale również prowadzi do uzależnienia i przestępczości. Dodatkowo analizowane są koszty społeczne związane z jego spożyciem.
Dzisiejszy wpis jest ostatnim z serii poświęconej alkoholowi. Do tej pory omówiliśmy: 1. Wpływ alkoholu na zdrowie 2. Uzależnienie od alkoholu 3. Dlaczego pijemy Ostatni część poświęcona będzie dwóm zagadnieniom. Po pierwsze spojrzymy na to, jakie jest psychoaktywne działanie alkoholu. Co alkohol robi w naszym mózgu, jakie stany wywołuje. Po drugie, zgłębimy szkody, jakie alkohol przynosi społeczeństwu i dlaczego jego funkcjonowanie w kulturze, jest problemem nas wszystkich, nawet tych, którzy nie piją.
Jak alkohol działa na psychikę? ([1], [2], [3])
Z grubsza rzecz ujmując, alkohol wywołuje trzy pożądane efekty psychiczne: pobudzenie psychomotoryczne (haj) – efekt zbliżony do działania stymulantów (np. amfetaminy), przypływ energii i chęci do działania, większa chęć do rozmowy, tańca, śpiewu, zanik senności. Stłumieni lęku – efekt wspólny z innymi depresantami (np. heroiną), obniżenie odczuwane lęku, uczucie ulgi i spokoju, odprężenie. Może, być połączone ze wzrostem senności. Ułatwienie komunikacji interpersonalnej – nie jest to osobny efekt, raczej pochodna dwóch pierwszych. Pobudzenie ułatwia inicjowanie konwersacji, wchodzenie w kontakt fizyczny (czasem niepożądany). Ograniczenie lęku ułatwia wyrażanie swojego zdania, wdawanie się w rozmowy, mówienie i robienie rzeczy „odważnych” (w tym niebezpiecznych). Nie wszyscy doświadczają wszystkich tych efektów jednakowo. Część osób doświadcza tylko tłumienia lęku, co ich odpręża, ale nie doznają pobudzenia lub tylko niewielkie. Część osób doświadczy pobudzenia, ale nie tłumienia lęków. Jest grupa osób, która nie doświadczy żadnego z tych efektów – to szczęśliwcy, którzy nie rozumieją, dlaczego ktoś pije alkohol, zazwyczaj niepijący albo pijący symbolicznie. Niektóre osoby, doświadczają wszystkich trzech stanów. Do nich zaliczam się i ja. To grupa ryzyka, jeśli idzie o uzależnienie. Temat uzależnienia już przerobiliśmy [LINK]. Tutaj chce tylko uczulić te osoby, które odczuwają pobudzenie po zażyciu alkoholu, by bardzo ostrożnie podchodziły do swojej relacji z alkoholem. Z trzech efektów silne pobudzenie jest najrzadziej spotykane, jest raczej wyjątkiem, niż regułą. Alkohol jest depresantem, środkiem uspokajającym, działanie stymulujące jest tu nietypowe. Jak wspomniałem wyżej, warto zwracać na nie uwagę, bo może być znakiem ostrzegawczym przed uzależnieniem, a nawet jeśli nie, to może prowadzić do przeciągającego się imprezowania i większego spożycia, które jest szkodliwe dla zdrowia. Występowanie wszystkich powyższych efektów zależy od osoby, od dawki alkoholu, od chwilowego samopoczucia, od stanu zdrowie i wielu innych czynników. Z tego względu mówi się, że alkohol ma działanie nieswoiste, czyli zmienne i trudne do przewidzenia. Wszystkie trzy efekty są efektami krótkotrwałymi, tłumienie lęku może trwać najdłużej, ale towarzysząca mu ulga zanika szybko. Wszystkie trzy zaczynają zanikać kilkanaście minut po spożyciu, ustępując miejsca objawom odstawiennym: spadkowi poziomu energii, napięciu i niepewności, dezorientacji, senności. Te objawy są długotrwałe i wiążą się z zasadniczym działaniem alkoholu: centralny układ nerwowy zaczyna spowalniać. Są one na tyle nieprzyjemne, że stanowią zachętę do zażycia kolejnej dawki, która je natychmiastowo uśmierzy, odtwarzając efekt krótkotrwały. Celem większości pijących, jest tak pokierować spożyciem, by objawy odstawienne przespać – zostawiając radzenie sobie z nimi podświadomości. Jest wiele innych niepożądanych objawów zatrucia alkoholem, które albo pojawiają się po odstawieniu, albo idą w parze z objawami pożądanymi, aby wymienić kilka: zaburzenia równowagi i koordynacji, zaburzenia pamięci, zaburzenia zdolności podejmowania decyzji, zaburzenia mowy, zaburzenia logicznego i abstrakcyjnego myślenia, zaburzenia kontroli impulsów, lęki, obniżone samopoczucie, odczucie bezsilności, zaburzenia popędu seksualnego itd.. Ważnym i niebezpiecznym objawem zażycia alkoholu jest zwiększenie agresji. Nie występuje u wszystkich i zawsze, ale może się pojawić i wywołać bardzo niebezpieczne sytuacje. Wyższy poziom agresji w połączeniu z zaburzeniami kontroli i logicznego myślenia tworzy wybuchową mieszankę, która sprowadza nas do trzeciego dzisiejszego pytania.
Jak alkohol wpływa na dobrostan społeczeństwa? ([4], [5], [6])
Kryminogenność Pośród powszechnie używanych narkotyków, alkohol jest najczęściej wiązany z przestępczością, jest kryminogenny. Kilka statystyk dla USA: w 37% przypadków gwałtu, sprawca jest pod wpływem alkoholu w 27% napaści z użyciem przemocy, sprawca jest pod wpływem alkoholu w 66% przemocy domowej, sprawca jest pod wpływem alkoholu w 40% przypadków przemocy przeciw dzieciom, sprawca jest pod wpływem alkoholu. Statystki w Polsce (dane z 2019 roku) kształtują się, jak następuje: gwałt – 60% sprawców pod wpływem alkoholu pobicia – 73% sprawców pod wpływem alkoholu zabójstwo – 80% sprawców pod wpływem alkoholu. Nie będę się rozpisywał i zostawię te statystyki bez dalszego komentarza.
Koszty finansowe ([7]) Wielu ludzi uważa, że państwo zarabia na sprzedaży alkoholu. Przecież pobiera akcyzę, podatek VAT, opłaty za koncesję itp.. Rzeczywistość jednak nie jest tak różowa dla krajowego budżetu. Podatek akcyzowy pokrywa, w przybliżeniu, koszty, jakie ponosi system opieki zdrowotnej, wynikające z leczenia chorób i urazów związanych ze spożywaniem alkoholu. To jednak niejedyny koszt, jaki ponosimy. Alkohol powoduje też spadek produktywności. Powoduje utratę czasu pracy na leczenie skutków picia. Skraca produktywne lata życia, niszcząc zdrowie i powodując przedwczesną śmierć. To koszty, których nie pokrywa żaden podatek lub danina. Akcyza na alkohol musiałaby wzrosnąć trzykrotnie, by zbliżyć się do poziomu pozwalającego je skompensować.
Autor postu dzieli swoje przemyślenia na temat alkoholu w sześciu hipotezach, które odzwierciedlają różne motywy jego spożywania. Przedstawia wpływ alkoholu na psychikę, przyzwyczajenia kulturowe oraz mechanizmy uzależnienia. Zachęca do refleksji nad własnymi powódami picia oraz ich konsekwencjami, podkreślając, że żaden powód nie jest naprawdę dobry.
Cykl ten miał być trylogią, ale po spisaniu ostatniej części, zdecydowałem, że podzielę ją na dwie. Pierwsza, podejmie próbę odpowiedzi na pytanie: dlaczego pijemy alkohol? Druga, opiszę wpływ alkoholu na psychikę i skutki, jakie niesie spożywanie alkoholu, dla społeczeństwa. Przypominam tutaj, że do tej pory omówiliśmy: 1. Wpływ alkoholu na zdrowie 2. Uzależnienie od alkoholu
Ten wpis ma być zachętą do dyskusji nad powodami dla których pijemy alkohol. W poniższym tekście przytoczę tę, które przyszły mi do głowy. Wiem jednak, że jestem stronniczy, dlatego chciałbym usłyszeć od was: dlaczego pijecie?
Przedstawię sześć nie wykluczających się wzajemnie hipotez, każda z nich może być prawdziwa dla innej grupy ludzi. Co więcej, kilka może być jednocześnie prawdziwych dla jednego człowieka. Przy tych, z którymi sam miałem z nią doświadczenia, postaram się przedstawić przykład wzięty z mojego życia.
Kursywą wyróżniam autobiograficzne fragmenty.
Hipoteza 1: Co ukoi mój strach czyli psychotropy bez recepty Kiedy wychodzę na spotkanie ze znajomymi czuję strach. Jeszcze nim wyruszę z domu, kręcę się, spoglądam nerwowo na zegarek. Wychodzę za wcześnie, znowu będę przed czasem. Mam nadzieje, że to nie problem, ale może jednak tak. Jaki dzisiaj będę? Radosny czy zgaszony? Jeśli zgaszony to czy będą mnie dalej lubić? Co będzie jak przestaną mnie lubić? Zostanę całkiem sam! Tak się nie da, tak się nie da… dzwonię do drzwi i zakładam, na twarz najbardziej wyjściowy uśmiech. Strach mnie jednak nie opuszcza, nie będę się dobrze bawił jeśli czegoś z nim nie zrobię. To typowa sytuacja z jaką mierzyłem się przez większość mojego życia. Strach nawiedzał mnie zawsze kiedy musiałem znaleźć się w grupie osób. Nie miało znaczenia czy te osoby były mi obce, czy znałem je dobrze. Budzę się rano i boję się wyjść spod kołdry. Nie chcę. Mam wrażenie, że jeśli odrzucę pościel to stanie się coś strasznego, coś czemu nie podołam. Kręcę się z boku na bok, zaciskam oczy udając, że nie widzę światła świtu. Mijają minut, a ja nadal się boję. Jak mam funkcjonować w takim stanie? Lęk towarzyszył mi przez całe dnie. Najmocniej uderzał rano, zaraz po przebudzeniu, ale i w ciągu dnia przychodził falami. Czy wiecie, że alkohol ma silne działanie przeciwlękowe? Działa bardzo szybko, już kilka minut po zażyciu, pojawia się uczucie ulgi, towarzyszy mu lekkie pobudzenie i wzrost chęci do działania. Pobudzeni mija szybko, ale działanie przeciwlękowe utrzymuje się od 45 minut do godziny. Kiedy ustaje, lęk wraca wzmocniony, o ile źródło lęku nie zniknęło w międzyczasie. To prowokuje do zażycia kolejnej dawki, a po niej kolejnej i kolejnej, i tak aż do utraty przytomności („zaśnięcia”). Przerabiałem ten schemat setki razy. Strach jest naturalną i zdrową emocją. Nie jest zły, choć bywa trudny. Niesie dla nas informację, znika kiedy zostanie zrozumiany, kiedy informacja dotrze do celu czyli naszego świadomego umysłu. Jeśli zostanie chemicznie stłumiony nie może wykonać swojego zadania. Nawet jeśli jego przyczyna zniknie, pozostanie w naszym bagażu nieprzeżytych emocji. Alkohol pozwalał mi mówić do ludzi. Strach i niepewność znikały w oka mgnieniu. Mogłem zacząć żartować, opowiadać historię, śpiewać piosenki. Przestawałem się bać. Bez alkoholu, nie chciałem być między ludźmi, bo czułem dyskomfort. Nawet z bliskimi znajomymi, nawet z rodziną, nie chciałem się zadawać na trzeźwo, bo się bałem. Kiedy wchodzimy w grupę ludzi odczuwamy niepokój. Niektórzy z nas odczują strach czy lęk. To naturalne odczucia, których źródło dało by się wywieść od naszego ewolucyjnego dziedzictwa i tego jak ważne było w nim stado. Kiedy spojrzycie na grupę dzieci, które właśnie spotkały się po raz pierwszy, dostrzeżecie tą samą ostrożność, niepewność, strach. Kiedy spojrzycie na nie kilka minut później, będą już razem biegać i skakać. Dokonały czegoś, czego wielu dorosłych nie potrafi: poznały się nawzajem, rozproszyły swoje obawy i, swoją odwagą, przezwyciężyły lęk. Wielu dorosłych, w tym i ja, delegowało ten proces w całości na alkohol, tak, że zatracili umiejętność przełamywania barier z innymi bez pośrednictwa substancji. Nie każdy lęk można przezwyciężyć, nie na każdy lęk jest odwaga. Jeśli jego źródłem są głębsze zaburzenia, może być potrzebna interwencja psychologa (psychoterapia) i/lub psychiatry (leki). Skorzystanie z takiej pomocy nie jest oznaką słabości, przeciwnie jest oznaką siły, dojrzałości i rozsądku. Mam zaburzenia lękowe. Kiedyś leczyłem je alkoholem. Obecnie zażywam antydepresanty z grupy leków zwrotnego wychwytu serotoniny (z przepisu lekarza psychiatry) i bardzo sobie je chwale. Mają one następujące przewagi nad alkoholem: + nie uzależniają + nie powodują raka + nie powodują uszkodzeń mózgu + nie powodują kaca + działają 24 godziny na dobę, a nie tylko do godziny po zażyciu + pełna lista czego SRI nie robią w artykule o wpływie alkoholu na zdrowie Jeśli potrzebujecie leku, udajcie się do lekarza. Nie polegajcie na byle czym, tylko dlatego, że możecie to kupić bez recepty w najbliższej żabce!
Hipoteza 2: Kalka społeczna czyli „zawsze tak było” Kiedy dorastałem, alkohol był częścią większości spotkań: wesela, komunie, imieniny, urodziny, święta. Kiedy trafiłem do liceum i sam zacząłem pić, alkohol był częścią każdego spotkania z kolegami: domówki, ucieczki ze szkoły, urodziny, granie w gry. Kiedy poszedłem na studia, ze znajomymi wychodziło się na piwo, na drinka, na wódkę. Nikt nie zadawał pytania: hej, a właściwie to po co nam tu ten alkohol? Jego obecność była jako powietrze, po prostu jest. I jak powietrze, był przezroczysty, niewidzialny, niezauważalny, niekwestionowany. Przyzwyczajenie jest potężną siłą w naszym życiu. Ja przyzwyczaiłem się, że zawsze kiedy spotykam się ze znajomymi, musi temu spotkaniu towarzyszyć alkohol. Tak było zawsze, tak jest, i tak będzie. Dlaczego? Przyzwyczajenie jest potężnym czynnikiem w naszym życiu. Setki drobnych i wielkich decyzji, które podejmujemy, pozbawione są refleksji, bo wypływają wprost z przyzwyczajenia. Z okresu swojego wychowania i dojrzewania wynosimy bagaż wzorców, czasem świetnych i użytecznych, czasem toksycznych, czasem obojętnych. Bagaż powiększa się w miarę jak idziemy przez życie. Dochodzą nowe wzorce, istniejące wzorce są utrwalane albo eliminowane. Proces ten zazwyczaj zachodzi poza naszą świadomością. Rzadko jest logiczną analizą istniejących schematów, refleksyjnym przewartościowaniem naszego zachowania i naszych automatycznych założeń. Alkohol pełni obecnie w kulturze europejskiej rolę społecznego kleju. Jest nieodłącznym towarzyszem spotkań towarzyskich, czy to na wysokich szczeblach ludzi znanych i wpływowych, czy na nizinach społecznych pośród prostych robotników. Wszyscy w toku naszego życia zetknęliśmy się ze schematem spotkania towarzyskiego pod zbiorczym tytułem „chodźmy na piwo, pogadamy”. Dla wielu z nas, ten wzorzec jest typowy dla interakcji społecznych. Dla niektórych, jest jedyny. Kiedy ostatnio zadaliście sobie pytanie, dlaczego spotykam się z kolegą/koleżanką przy alkoholu? Kiedy ostatnio poddaliście refleksji, jaką rolę spełnia alkohol w waszych życiu towarzyskim? Kiedy ostatni sprawdziliście, czy jest wam potrzebny do czegokolwiek? Nieczęsto wychodzę na spotkania towarzyskie na których może się pojawić alkohol, ale zdarza mi się to od czasu do czasu. Ostatnio miałem przyjemność w takiej okazji uczestniczyć. Wydarzenie nie było mocno alkoholowe, większość uczestników nie piła, jednak substancja przewijała się, w bardzo klasyczny sposób, znany z miliona domówek w tym kraju. Przez cały wieczór, od czasu do czasu, pojawiało się we mnie pytanie: po co? Co by się zmieniło, gdyby alkoholu na tej imprezie nie było wcale? Byliśmy zgraną grupą, znającą i lubiącą się nawzajem. Rozmowa kleiła się bez problemu, także dla tych, którzy nie pili. Jestem stronniczy, więc możliwe, że czegoś nie dostrzegam, ale mój wniosek był taki, że alkohol na tym spotkaniu to był tylko kwiatek do kożucha, byłoby równie udane i bez niego. Świętujemy przy użyciu alkoholu, wznosimy toasty: na Nowy Rok, na urodziny, na zdrowie (ta ponura groteska) i tak dalej. Stworzyliśmy społeczną kalkę wpisującą alkohol w rytuał świętowania – ciekawym byłoby prześledzić jak to się stał [1]. Odgrywamy scenki przy jedzeniu, zwykle z winem, odnoszące się do ponoć niezwykłego związku tego trunku ze smakiem potraw. Nie pytamy: jak substancja, która paraliżuje nasze kubki smakowe, ma pomóc w smakowaniu czegokolwiek? Nie poddajemy naszych przekonań logicznej refleksji. Zachęcam was byście zerknęli na własną relację z alkoholem, na sytuacje w których oczekujecie, że będzie alkohol, w których wydaje się wam obecność alkoholu naturalna. Na przyzwyczajenia, które wiążecie z tym narkotykiem. Jestem ciekaw co odkryjecie, dajcie mi znać!
Hipoteza 3: Pobudź mnie czule czyli zaskakujący stymulant Padam na twarz, za chwilę zasnę na stole. Szybko, no gdzie to piwo. O, jest. Duży łyk, jeszcze jeden i jeszcze jeden. Już czuję, że mogę podnieść głowę, nie zasnę. Kolejny. Kufel jest pusty. Mniej niż 10 minut. Dobra. Następne. Już trochę wolniej, ale i tak poniżej 20 minut. Kolejne. Pół godziny i z głowy. No teraz to mogę zaczynać wieczór. Po senności nie ma śladu, strach zniknął, mam moc i energię. Jest dziewiąta wieczorem. Skończę zasypiając (tracąc przytomność?) o piątej nad ranem. U około 10-15% populacji alkohol wywołuje niezwykły efekt – zamiast swojego zwyczajowego spowolnienia i otępienia powoduje pobudzenie i uczucie wzrostu energii, działa jak klasyczny stymulant! Jednocześnie uśmierza strach i powoduje rozluźnienie, działa jak klasyczny depresant! Jest to niezwykłe połączenie. Nie znam drugiej substancji psychoaktywnej, która miała by podobny efekt. To zjawisko jest czynnikiem ryzyka w zachorowaniach na uzależnienie od alkoholu. Osoby w ten sposób reagujące na alkohol, nie mają naturalnego hamulca, jakim jest dla większości: wypiłem za dużo, zasypiam. Dzieje się odwrotnie, im więcej wypiją tym są bardziej pobudzone. Piją w efekcie więcej, a także częściej, bo postrzegają dodatkowe korzyści z kontaktu z alkoholem. Jest więcej sytuacji, w których są gotowe sięgnąć po substancje. Większość ludzi gdy jest zmęczona, nie pija wcale albo pije mniej. Ja robiłem wręcz przeciwnie, im bardziej czułem się zmęczony, tym chętniej sięgałem po alkohol, by się pobudzić. Kiedy wychodziłem z domu oczy mi się same zamykały. Byłem niewyspany, skacowany. Umówiłem się jednak ze znajomym na mieście. Zbierając resztki energii dostałem się do tramwaju. Ledwo mogłem usiedzieć nie zasypiając. Przed oczami miałem mroczki. Dotarłem na miejsce, do jednego z lokali w centrum. Kolega stwierdził, że też jest zmęczony, trzeba się więc obudzić. Zamówiliśmy butelkę wódki i piwo na głowę. Podziałało. Nie pamiętam, co się działo w kolejnych godzinach (palimpsest alkoholowy), następna klatka to inny lokal w centrum. Kolegi już nie ma, a ja tańczę szaleńczo na parkiecie. Lokal pustoszeje. Jest piąta nad ranem. W końcu i ja wychodzę, chociaż mógłbym cisnąć jeszcze dłużej. Budzę się pod wieczór. Okazuje się, że zgubiłem okulary. Chyba przeszkadzały mi w tańczeniu. Idę do monopolowego po piwo, żeby się nieco obudzić. Jeśli obserwujecie u siebie silnie pobudzające działanie alkoholu, nie chodzi tu o chwilowe pobudzenie zaraz po zażyciu, tylko efekt trwający około 45-60 minut, powinniście szczególnie uważać na swoją relację z alkoholem. Jeśli nie wiecie do końca jak to sprawdzić, to następujący test może pomóc, choć go nie polecam bo wymaga picia alkoholu (lepiej nie testować i po prostu przestać pić): wypijcie szybko szklankę wódki (200 ml). Odczekajcie kilka(naście) minut. Czujecie senność czy pobudzenie? Jeśli czujecie pobudzenie, jesteście we wspomnianych wyżej 15 procentach. Najlepsza rada jaką dla was mam: rozstańcie się z alkoholem. Nie eksperymentujcie, nie testujcie granic, nie zakładajcie, że znacie jakiś umiar. Każda z tych rzeczy was zwiedzie, a alkohol ma dla was tyle teoretycznej użyteczności, że ryzykujecie, że staniecie się od niego zależni.
Hipoteza 4: No przecież jak wypiję to jestem fajniejszy! Prawda? Prawda?! Wychodzę na parkiet. Za chwilę moje kocie ruchy oszołomią wszystkich zgromadzonych. Zaczynam taniec, jestem jak natchniony, wyginam się wbrew prawom fizyki, moje ruchy są idealnie zgrane z rytmem piosenki. Ale to jeszcze nie jest moje ostatnie słowo. Wracam po kolejnymi piwie. Nie wiem jak to możliwe, ale tańczę jeszcze lepiej. Za chwilę wszystkie kobiety w lokalu padną mi do stóp. Jestem królem tańca! Tylko dzięki alkoholowi, na trzeźwo jestem w tym beznadziejny, tylko komuś nogi podepczę. O kurwa, na coś nadepnąłem… a jakaś zołza podlazła mi pod buty, uważaj gdzie łazisz, ja tu tańczę! Wielu pijących tego doświadcza: poczucie, że mogą więcej, że są stają się lepsi i fajniejsi, lepiej tańczą, gadka im się klei, żarty są śmieszne jak nigdy, a jak wsiądą za kółko, to mogą startować w rajdach! Mamy poczucie, że startujemy z niskiego pułapu, że jesteśmy kiepscy, mało interesujący, a ten magiczny napój dodaje nam sił, czaru i umiejętności. Wiemy jednak, że nie można przesadzić. Jak wypijemy za dużo, to staniemy się bełkotliwie, zaczniemy się zataczać etc.. Musimy znaleźć magiczną granicę, po której alkohol zaczyna nam szkodzić: „umiar”. Nagraliśmy się kiedyś z kolegami po pijaku. Pamiętam tą imprezę, w trakcie czułem, że mamy fazę, że walimy dobre teksty, śpiewamy szlagieru Kultu lepiej niż Kazik, recytujemy „Pana Tadeusz” tak że Mickiewicz łezkę z zachwytu w niebie roni. Obejrzałem później nagranie, zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy: bełkot, pseudo mądrości, wulgaryzmy bez ładu i składu i wycie, którego nie sposób nazwać śpiewem. Szkoda, że nie dało mi to do myślenia. Alkohol nas zmienia. Zmienia nas i to zawsze na gorsze. Nie może być inaczej jeśli się nad tym chwilę zastanowić. Narkotyk, który spowalnia nasze ruchy, opóźnia reakcję, odbiera kontrolę nad siłą i modulacją głosu, zaburza logiczne myślenie, wzmaga agresję, upośledza postrzeganie rzeczywistości, nie może korzystnie wpływać na nasze zachowanie! Gdy jesteśmy pod jego wpływem jak odmienne jest jednak nasze rozumienie. Poniżej wykres, ilustrujący te zależności.
Rzeczywistość alkoholowa jest niezmiernie prosta: od pierwszego kieliszka, piwa, drinka, stajemy się gorszymi ludźmi. Nie ma żadnego mitycznego „umiaru”, po którym sprawy przybierają zły obrót, jest monotoniczny zjazd w dół. Większość z nas jest fajna na trzeźwo, także nim zrobimy się kijowi musimy sporo wypić, ale każdy łyk sprawia, że postępujemy krok na drodze w dół. Osoby pijące starają się chronić tą iluzję. Nie chcą konfrontować się ze swoim zachowanie po pijaku, nie chcą informacji zwrotnej z tego stanu. Często unikają towarzystwa osób trzeźwych, trzymają się innych pijących. Kiedy sami nie piją, dostrzegają te prawidłowości u innych osób, ale nie aplikują ich do siebie, czyli myślą: innych alkohol zmienia na gorszę, ale nie mnie, ja jestem wyjątkiem! Dla osób, które uważają, że stają się po alkoholu lepsze, ciekawsze, zabawniejsze etc., proponuje eksperyment: nagrajcie się podczas jednej z imprez na kamerce i gdy już wytrzeźwiejecie i przejdzie wam kac, obejrzyjcie spokojnie i dokładnie ten zapis wideo. Bądźcie odważni i oglądajcie dalej, niezależnie jak niezręcznie zaczniecie się czuć.
Hipoteza 5: Przecież nie będzie pił sam! Czyli empatia Z tą hipotezą nie miałem osobistego doświadczenia, znam ją z obserwacji. Chodzi o to, że gdy jesteśmy w towarzystwie i widzimy, że jedna osoba pije, dołączamy się do niej i też zaczynamy pić, by nie czuła się samotna i napiętnowana. Rozpoznajemy, że ktoś pić musi i dołączamy się do nich, by stworzyć komfortową sytuację. Typowe dla gospodarzy na imprezie, którzy nie chcą zostawiać gości samych z alkoholem, nalewają go więc i gościowi i sobie – dla towarzystwa. Chcą by gość poczuł się swobodnie w ich domu. To wydaje się być dobrym, sympatycznym, ludzkim powodem do picia. Nie zostawiamy potrzebującego człowieka samego sobie, pomagamy mu czuć się komfortowo w naszym towarzystwie. Jednak jest w tym złuda, bo to nie z nami osoba pijąca czuję się komfortowo, tylko z alkoholem. Podtrzymujemy komfort picia osoby, która, z dużą dozą pewności, pić nie powinna. Nieświadomie wyświadczamy im niedźwiedzią przysługę, bo nie ma nic lepszego dla osoby pijącej niż utrata komfortu picia! Rada dla osób z tej grupy: przestańcie to robić! Poszanujcie swoje zdrowie i pozwólcie innym poczuć dyskomfort i wstyd płynący z ich decyzji. Pozwólcie im stracić komfort picia, on przynosi więcej szkód niż pożytku.
Hipoteza 6: No przecież piję! Patrz trzymam butelkę! Czyli „dajcie mi spokój” Jest jeszcze jedna grupa, ludzie którzy piją „na odczepnego”, to znaczy po to by inni pijący dali im spokój. To osoby, które na kilkugodzinnej imprezie otworzą jedno piwo i nawet go nie skończą. Ciężko powiedzieć by w ogóle pili, dlatego nie poświęcę im wiele miejsca. Mam dla nich tylko jedną radę: rozważcie czy nie przestać bawić się w te podchody. Chcąc nie chcąc, utrwalacie kulturę alkoholową, która przynosi bezpośrednie szkody społeczeństwu, w którym żyjecie. Ale jak ktoś nie ma ochoty kopać się z koniem, to rozumiem.
Podsumowując, przedstawiłem wam sześć hipotez co do tego dlaczego pijemy/pijecie alkohol. Więcej niż jedna z nich może stosować się do was. Możecie mieć swoje własne, których nie ująłem na swojej liście. Chciałbym was zachęcić do dwóch rzeczy: Po pierwsze, poddajcie refleksji swoje powody by pić. Macie teraz do dyspozycji część pierwszą tego cyklu, gdzie omawiamy negatywne skutki picia, macie dzisiejszy artykuł, macie czas na przemyślenia. Spróbujcie zważyć na jednej szali, korzyści jakie czerpiecie z picia alkoholu, na drugiej, negatywne konsekwencje picia. Czy rachunek się zgadza? Po drugie, jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi przemyśleniami i powodami ze mną – w prywatnej rozmowie, w komentarzach, cokolwiek jest dla was komfortowe. Chętnie poznałbym więcej hipotez dlaczego pijemy i poddał je krytyce. Żadna z tych, które przedstawiłem dziś, nie jest dobrym powodem do picia. Może Ty masz powód, który jest dobry?
BIBILOGRAFIA
[1] „Ile możesz wypić? O nałogach i ich leczeniu”, Johannes Lindenmeyer [2] „Obnażony umysł. Twoja droga do wolności i szczęścia bez alkoholu”, Annie Grace
Dziś na blogu opowiadanie o tytule „Wspólna decyzja”. Opowieść o pracowniku biurowym z historią uzależnień, mierzącym się z trudnym czasem w swojej firmie, przez którą przetacza się fala zwolnień. Jak poradzi sobie z zachowaniem trzeźwości w tych stresujących czasach?
Autor refleksyjnie analizuje swoje egocentryczne zachowania, przyznając, że obecnie nie potrafi przyjmować odmowy, komunikować potrzeb i uwzględniać emocji innych. Prawe postawy obejmują akceptację odpowiedzi odmownych oraz aktywne słuchanie bliskich. Podkreśla, że dostrzeganie i zrozumienie swoich oraz cudzych emocji jest kluczowe dla zdrowych relacji.
Nie myślę o sobie jako o człowieku egocentrycznym, oczekującym, że świat będzie się wokół niego kręcił. To nieprzyjemna wizja, trudny do zaakceptowania wizerunek siebie. Przecież jest empatyczny, miły, szczodry i dobry, czyż nie?
Jak wspominałem we wcześniejszych wpisach, jestem emocjonalnym dzieckiem, a dzieci nie są wprawne w empatii, miłości i szczodrości – tych cech nabieramy dopiero w trakcie dojrzewania. Nauka wszystkich trzech jest jeszcze przede mną. Obecnie funkcjonuję myśląc o sobie jako o centrum świata, którego potrzeby powinny być zaspokajane bez pytania i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian – naturalna postawa dziecka, którego potrzeby są zaspokajane przez rodziców nie oczekujących nic w zamian. Rozważę cztery aspekty mojego funkcjonowania, które wiążę z egocentryzmem. W każdym z nich podam stan jaki obserwuje dziś u siebie, stan jaki chciałbym osiągnąć, oraz objawy, które mogą posłużyć do diagnozy problemu. Ostatni aspekt potraktujcie z przymrużeniem oka, na pewno nie wyczerpuje tematu.
Nie potrafię przyjmować „nie” jako odpowiedzi Jak jest obecnie Kiedy ktoś mi odmawia, odpowiadam uśmiechem i mówię „Jasne, nie ma problemu”. Wewnątrz kipię. Moje pytanie jest tylko kurtuazyjne, nie dopuszcza odpowiedzi odmownej. Rzadko o coś proszę, jeśli już to zrobię, to oczekuję bezdyskusyjnej zgody. Odchodzę skołowany, w głowie rozgrywając fantazję, że mój rozmówca się jednak zgodził. Patrzę wilkiem na tą osobę, zaczynam stawiać ją w pozycji wroga, planować jak mogę się odpłacić. Odrzucenie prośby uważam za jednoznaczne z odrzuceniem mnie. Jak być powinno Prośbę warto wysnuwać tylko wtedy gdy jest się gotowym przyjąć odpowiedź odmowną. Osoba do której się zwracam ma swoje potrzeby, swoje granice i zdolność decydowania jak je zaspokajać i egzekwować, co czasem oznacza odrzucenie próśb z nimi kolidujących. Opinia osoby proszonej, jest tu ostateczną instancją. Przyjmuję odmowę ze spokojem, znajduję inny sposób zaspokojenia swej potrzeby. Rozumiem, że odmowa nie jest jednoznaczna z końcem relacji, jest jej naturalną częścią. Daję sobie swobodę by odmawiać próśb innych gdy naruszają moje granice, tę samą wolność rozciągam na innych ludzi. Jak to zauważyć Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami: zaskoczenie przechodzące w gniew po usłyszeniu odmowy – jeśli pojawia się systematycznie, zauważyłeś problem. Jeśli masz trudności w kontakcie ze swoimi emocjami: Automatyczne ponawianie pytania, jakbyś nie usłyszał pierwszej odpowiedzi. Nieufność skierowana w odmawiającego. Fantazje, że jednak się zgodził.
Nie potrafię komunikować swoich potrzeb Jak jest obecnie Nie mówię innym ludziom czego potrzebuje. Jeśli czuję smutek – nie proszę o pocieszenie. Jeśli czuję strach – nie proszę o pomoc. Jeśli czuję wstyd – nie proszę o wysłuchanie. Jeśli czuję samotność – nie proszę o towarzystwo. Oczekuje od ludzi, że sami się domyślą czego mi potrzeba i mi to dadzą, że magicznie odczytają smutek w moich oczach i go ukoją. Jeśli tego nie robią, obrażam się i gniewam. Jak być powinno Mówię bliskim mi osobą co czuję, mówię im czego potrzebuje. Daję im szansę i możliwość by odmówić zaspokojenia moich potrze – bez gniewu i obrażania się, szukam wsparcia w innym człowieku lub w sobie. Żadne moja emocja nie jest tabu, o każdej jestem gotów powiedzieć. Rozumiem, że drobne niewerbalne sygnały są bardzo łatwe do przeoczenia i nie polegam na nich w codziennej komunikacji z drugim człowiekiem. Jak to zauważyć Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami: Kiedy czujesz trudną emocję, uzewnętrzniasz ją tyko mową ciała. Nie mówisz, co czujesz. Czujesz złość, gdy nie dostajesz oczekiwanej reakcji. Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami: Zmienia się twoja mimika (spuszczone kąciku ust etc.). Fantazjujesz, że osoby w twoim życiu zaspokajają twoje potrzeby (przytulanie, rozmowa etc.).
Nie uwzględniam potrzeb innych w relacjach Jak jest obecnie Nie pytam innych ludzi jak się czują, nie pytam ich czy czegoś potrzebują. Słucham gdy zechcą wypowiedzieć swoje problemy, ale nie dopytuje, nie oferuje pocieszenia. Szybko zmieniam temat. Nie wracam do sytuacji po czasie. Oferuje rozwiązania, zamiast pocieszenia, albo fantazjuje o tym jak pomaga tej osobie i jak uzyskuje w ten sposób jej wdzięczność. Jestem nastawiony na jak najszybszy powrót do moich potrzeb. Jak być powinno Pytam ludzi na których mi zależy o to jak się czują, regularnie na co dzień, ale także wtedy gdy dostrzegę niewerbalne sygnały zmienionego nastroju. Słucham odpowiedzi z całą uwagą i w skupieniu. Dopytuje jeśli się zatrzymają, zostawiam chwilę ciszy jeśli tak jest lepiej. Nie oferuje rozwiązań, poprzestaje na wysłuchaniu. Jeśli jest to właściwe, nie wstrzymuje się przed kontaktem fizycznym, przytulam drugą osobę by pokazać, że jestem przy niej. Świadomie zostawiam swoje problemy i potrzeby na boku, nie próbuje przyspieszyć przejścia do zajmowania się nimi. Jak to zauważyć Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami: Odczuwasz zniecierpliwienie, znudzenie i złość gdy wysłuchujesz zwierzeń drugiej osoby. Obrażasz się gdy nie chce przyjąć twojej rady, albo gdy mówi, że nie szuka twojej rady. Czujesz ulgę gdy historia się kończy, momentalnie przechodzisz do swoich potrzeb. Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami: Podczas rozmowy o problemach drugiej osoby: odwracasz wzrok, przytupujesz nogą, myśli błądzą, uciekasz w fantazje. W pierwszym momencie ciszy czujesz potrzebę odejścia lub dosłownie odchodzisz. Od trudnej opowieści drugiej osoby przechodzisz płynnie do własnych historii, często humorystycznych, nie pasujących do nastroju chwili.
Złoszczę się gdy ktoś nie poświęca mi uwagi Jak jest obecnie Oczekuje, że wszystko co powiem i zrobię będzie centrum zainteresowania ludzi wokół mnie. Gdy moja wypowiedź zostaje pominięta i dyskusja w grupie przechodzi dalej, jestem zaskoczony i obrażony. Tracę wątek w dyskusji rozpamiętując pominiętą wypowiedź. Kiedy ktoś kogo lubię rozmawia z inną osobą mimo, że ja jestem w pobliżu, uważam się za zdradzonego i obrażam się na ową osobę, oraz krzywo patrzę i źle życzę, osobie z którą rozmawia. Jak być powinno Kiedy moja wypowiedź zostaje pominięta w dyskusji, albo wnoszę ją ponownie, jeśli warto, albo odpuszczam i kontynuuję z nowym kierunkiem dyskusji. Nie biorę do siebie pominięcia mojej wypowiedzi, to normalne zjawisko, szczególnie w grupowych konwersacjach. Cieszę się, gdy lubiana przeze mnie osoba prowadzi z kimś przyjemną rozmowę. Życzę jej jak najlepszych relacji z innymi. Nikt nie musi i nie powinien mi poświęcać 100 procent swego czasu. Jak to zauważyć Jeśli masz kontakt ze swoimi emocjami: Gniew pojawiający się podczas rozmowy, gdy wypowiedź przeszła bez echa. Złość na osobę, która zmieniła temat. Zazdrość gdy obserwuje miłą mi osobę w rozmowie z kimś innym. Jeśli masz trudności w kontakcie z emocjami: Powrót w fantazji do pominiętej wypowiedzi – ponowne jej wypowiadanie z większą emfazą. Negatywne nastawienie do tego co mówi osoba, która mnie odcięła. Fantazje w której to ja rozmawiam z miłą mi osobą. Nagła zmiana nastawienia do rozmówcy z pozytywnego na negatywny.
Opowiadanie, które autor napisał rok temu, ma psychologiczny charakter i koncentruje się na wewnętrznym dialogu głównego bohatera. Autor zachęca do lektury oraz komentowania treści, co sugeruje otwartość na opinie i wymianę myśli na temat jego twórczości.
Dzisiaj chciałbym się podzielić opowiadaniem, które napisałem mniej więcej rok temu. Opowiadanie ma charakter psychologiczny, jego główną osią jest wewnętrzny dialog głównego bohatera.