O wartości relacji

Artykuł analizuje istotę relacji w kontekście hierarchii wartości, dzieląc je na relacje jako dobro i wartości. Zawiera refleksje na temat relacji ze światem, sobą oraz innymi ludźmi, podkreślając znaczenie akceptacji losu oraz możliwości wzajemnego rozwoju. Autor proponuje, by dążyć do miłości w relacjach międzyludzkich.

W ramach omawiania elementów mojej hierarchii wartości wprowadziłem pojęcie relacji i zarysowałem, jak wyobrażam sobie mechanizmy ich formowania. W tym artykule rozwinę temat, skupiając się na relacji jako wartości, o którą warto zabiegać.

Rozpocznę od kategoryzowania relacji, by łatwiej było omawiać ich szczegółowe aspekty. Na pierwszym poziomie kategoryzacji są dwie klasy: relacje jako dobro i relacje jako wartość. Podobnie jak w przypadku wolności, część zjawisk kryjących się pod pojęciem relacji jest elementem refleksyjności. Pozostałe aspekty są wartościami, czyli potencjalnymi celami dążeń niestanowiącymi dobra same w sobie.

Do grupy relacji jako dobro zaliczam dwie klasy: relacje ze światem i relacje z samym sobą. Pierwszą rozumiem nieco abstrakcyjnie jako relację z całością bytu bardziej niż z jego poszczególnymi częściami. Obie z nich uważam za fundamentalne dla naszej egzystencji, nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek niebędący w którejś z tych relacji. Bywają ludzie, u których są one zaniedbane i nikłe, ale u każdego jakieś być muszą.

Do grupy relacji jako wartość zaliczę trzy klasy: relacje z innymi ludźmi, z ideami i z naturą (żywą i martwą). W zamyśle ten podział ma pokryć całość spektrum możliwych relacji i na razie nie widzę w nim luk. Nie wątpię przy tym, że możliwe są inne podziały zbioru relacji, również pokrywające cały zbiór i mające swoją użyteczność. Nie twierdzę w związku z tym, że mój podział jest jedynym, będę go natomiast konsekwentnie używał w dalszych rozważaniach.

Relacja ze światem

Relacja ze światem jest jedną z dwóch fundamentalnych relacji dla naszej egzystencji – wynika z samego faktu naszego istnienia. Nie musimy sobie z tego zdawać sprawy ani nad tym rozmyślać, ale mamy jakieś spojrzenie na świat. Czy uważamy, że istnieje obiektywnie czy że jest symulacją w Matriksie, mamy pogląd na jego charakter. Możemy uważać, że jest przyjazny i budujący albo że jest mroczny i zagrażający — jakoś musimy się wobec niego pozycjonować.

Relacja ze światem jest powiązana z relacją z samym sobą, uważam je za wzajemnie dopełniające. Na ich pograniczu plasuje się ważne pytanie: gdzie kończę się ja, a zaczyna świat. Zagadka ta jest centralnym aspektem rozważań metafizyki stoickiej.

Jak wspomniałem we wstępie, na potrzeby definiowania tej relacji, świat rozumiem jako całość bytu, która nie jest nami. Mój stosunek do poszczególnych jego elementów, będę omawiał później, tutaj idzie o bardziej abstrakcyjne rozważania. Uważam tę relację za fragment refleksyjności, ponieważ manifestują się w niej dwa fundamentalne elementy: pierwszy to wspomniana już metafizyka i rozgraniczenie co jest mną a co światem. Drugi to etyka, w szczególności badanie co to znaczy, że świat jest dobry lub zły? Ten namysł jest kluczowym elementem refleksyjności.

Najpełniej stoickim podejściem do relacji ze światem jest tak zwane „amor fati”, czyli umiłowanie losu. Świat, czyli to, co nie jest nami, staje się synonimem losu, tego, co jest poza naszą kontrolą, co nam się przydarza.

Jest niejeden sposób na zarządzanie relacją z losem — od przeciwstawiania się, poprzez narzekanie, po akceptację. Stoickie podejście zaczyna się od tej ostatniej, ale na niej się nie kończy. Zaakceptowanie losu, rozumianego jako to, co nie jest pod naszą kontrolą, to świetny początek. Pozwala nam nie dokładać zmartwień bez konieczności i przenieść koncentrację na to, co od nas zależne i co możemy zmienić. Warto podkreślić, że akceptacja nie oznacza bierności. Przeciwnie, jest podstawą intensywnej aktywności tam, gdzie możemy realnie coś zmienić w obszarze tego, co od nas zależne, a nasze działania mogą i powinny być ukierunkowane na zmianę świata w zgodzie z naszymi wartościami.

Akceptacja nie jest jednak końcem stoickiej przygody z losem. Jako stoik powinienem pójść krok dalej, to znaczy pokochać swój los. Oznacza to, że optymalnym stanem jest, gdy każdy przypadek losu uważam za szczęśliwą okoliczność, która stanowi okazję do ćwiczenia się w cnocie (ćwiczenia swojej refleksyjności). Nawet zdarzenia, które potocznie określilibyśmy mianem złych czy tragicznych dla stoika stanowią część naturalnej kolei rzeczy i szansę na ćwiczenie swego spokoju duch.

Dla stoika relacja ze światem ma cztery stany: umiłowanie losu, akceptacja losu, dążenie do jednej z tych dwóch lub żadna z powyższych. Ta czwarta kategoria oznacza dowolną postawą różną od pozostałych trzech. Amor fati możemy określić mianem dobra, to jest po stoicku właściwa postawa. Wszystkie pozostałe dobrem nie są, ale dwie z nich zawierają w sobie dążenie do dobra, podczas gdy trzecia nie. Można by się pokusić o nazwanie jej w tym kontekście złem rozumianym nie jako brak dobra, ale odwrócenie się od niego. Nie widzę korzyści w takiej etykiecie. Pośród tych postaw mogą istnieć i takie, które prowadzą człowieka do szczęścia, bo ani stoicyzm, ani żaden inny system filozoficzny nie jest w stanie udowodnić swojej unikalności jako ścieżki do spełnionego życia.

Unikam określenia „zło” dlatego też, że w języku potocznym ma tak silny pejoratywny wydźwięk. W stoicyzmie zło jest raczej rodzajem pomyłki czy błędu poznawczego. Ci, których określiłbym mianem „złych”, mogliby być równie dobrze określeni jako „popełniający błąd w rozumowaniu”, bo przecież dobro sprowadza się do dobrego rozumowania o swoim funkcjonowaniu. To nie brzmi tak groźnie, ale też nie jest tak zwięzłe. Kogoś, kto popełnia błąd w rozumowaniu, nie skazuje się na potępienie, tylko poprawia. Jak powiada Marek Aureliusz:
„Na nikogo nie należy się gniewać. Jeżeli bowiem możesz, to go popraw. A jeżeli tego nie możesz, to popraw jego czyn. A jeżeli i tego nie możesz, cóż ci pomoże zagniewanie się? Nic nie należy czynić bezcelowo.”

Relacja z samym sobą

Relacja z samym sobą to druga fundamentalna relacja, bez której nie moglibyśmy istnieć jako istoty ludzkie. Jest dopełnieniem relacji ze światem. Bywa nieuświadomiona, kiedy nie mamy kontaktu z faktem, że coś o sobie sądzimy, jakoś siebie oceniamy. Częściej jednak jest częściowo podświadoma, z pewnych jej elementów zdajemy sobie sprawę z innych już nie. Często spychamy do podświadomości negatywne opinie, które mamy o sobie samym.

Ewolucja tej relacji jest fundamentalnym procesem refleksyjnego istnienia — jest refleksją, a przynajmniej jej częścią. Harmonijna relacja ze światem i sobą to esencja szczęśliwego i po stoicku spokojnego życia.

Pierwszą częścią tej relacji jest poznawanie samego siebie, czyli ustawianie siebie w pozycji czujnego obserwatora własnych procesów wewnętrznych. Proces ten zachodzi nieustannie na wielu poziomach umysłu. Wiele z nich jest automatycznych i ma więcej wspólnego z funkcjonowanie maszynerii naszego ciała niż ze świadomym namysłem. Kluczowa z punktu widzenia refleksyjności jest świadoma obserwacja procesów myślowych. Możemy jej dokonywać na bieżąco, w trakcie jak owe procesy zachodzą, ale możemy je także dokonywać z opóźnieniem, w ramach namysłu nad mijającym dniem. Niezależnie od metody jest niezwykle przydatnym, by tę kompetencję ćwiczyć, a ćwiczyć ją musimy, jeśli chcemy ją posiadać. Jest to umiejętność, której trzeba się uczyć i którą trzeba trenować, by stawać się w niej coraz sprawniejszym.

Drugim komponentem tej relacji jest zmienianie samego siebie. W trakcie obserwacji dostrzeżemy elementy naszej egzystencji, które chcielibyśmy zmodyfikować. Proces ten jest efektem świadomego wyboru, określenia pewnego stanu docelowego i zdefiniowania kroków, które mają nas do niego doprowadzić. Jest to czasochłonne przedsięwzięcie — zależnie od tego, co zmieniamy, może nam zając wiele lat, czasem nawet całe życie. Istotne jest, by koncertować się na procesie i na postępach, które czynimy po drodze, bardziej niż na ostatecznym celu. Sam staram się cel traktować jako coś nieosiągalnego i interesuje mnie jedynie zbliżanie się do niego. Takie podejście pomaga mi uniknąć zniechęcenia oraz chroni mnie przed stawianiem samemu sobie nierealnych wymagań.

Relacja z sobą, poza dużą ilością pracy, którą trzeba w nią włożyć, wymaga też wiele czułości względem siebie. W wyniku zaobserwowania u siebie czegoś, co chcemy zmienić, łatwo jest wpaść w pułapkę wewnętrznego krytyka, to znaczy traktowania samego siebie jako złego, godnego pogardy. Także w trakcie procesu zmian łatwo jest ulec poczuciu, że nie zmieniamy się dość szybko i pozwolić wewnętrznemu krytykowi uderzać w poczucie naszej wartości. Kontrą na te zjawiska jest zastąpienie krytyka czułym opiekunem. Zamiast atakować siebie, pocieszajmy się i podnośmy na duchu. Sprawmy, by nasza relacja była nakierowana na to, co pozytywne. Cieszmy się drobnymi zmianami, celebrujmy małe sukcesy. Na porażki patrzmy jako na okazję do nauki i wyciągnięcia wniosków, a nie okazję, by zdołować samego siebie.

Relacja z samym sobą jest refleksyjnością. Proces, o którym wspomniałem wyżej, jest głębokim namysłem nad schematami naszego działania i wysiłkiem w kierunku ich poprawy, a to jest definicja refleksyjności. W związku z tym relację z samym sobą zaliczam do kategorii dobra. To w tej relacji w najpełniejszy sposób urzeczywistniają się koncepcję dobra i zła. Jeśli jest w naszym życiu jakieś zło, to najpewniej tkwi w tej właśnie relacji. Tutaj, podobnie jak w relacji ze światem, możemy odciąć się od etykietki „zła” i rozumieć je raczej pomyłkę w rozumowaniu, tym razem naszym, a nie innych.

Zło nie jest diabłem z rogami ziejącym siarką, nie ma w nim nic mistycznego, zło jest pomyłką i błędem, które można poprawiać i naprawiać. Za popełnione pomyłki możemy zadośćuczynić lub ponieść karę, ale przede wszystkim możemy z nich wyciągnąć wnioski, by nie powielać ich w przyszłości.

Relacje z innymi ludźmi

Relacje z ludźmi mieszczą się w sferze wartości, nie stanowią dobra same w sobie, ale mogą być preferowane, jeśli przyczyniają się do powstania warunków sprzyjających refleksyjności, same nie będąc refleksyjnością. Jeżeli stanowią ograniczenie lub zagrożenie dla refleksyjności, wtedy są warte unikania.

Choć nie są dobrem same w sobie, stanowią jeden z najlepszych poligonów doświadczalnych i narzędzi w dążeniu do dobra. W teorii refleksyjność nie wymaga nic poza samą sobą i jest to prawdą dla stoickiego mędrca, który posiadł ją w pełni. W praktyce, dla tych z nas którzy do niej dążą, potrzebne są okoliczności zewnętrzne, czyli relacje w kontakcie, z którymi możemy poznawać i zmieniać siebie. Najlepszymi spośród nich są związki, w które wchodzimy z ludźmi wokół nas. Warto przy tym zwrócić uwagę, że relacje nie są jednostronne, tak jak my czerpiemy z nich korzyść dla naszej refleksyjności, tak druga strona czerpie korzyść dla swojej.

Trzy najważniejsze podkategorie relacji z ludźmi to: miłość, przyjaźń i koleżeństwo. Miłość rozumiem tu szeroko nieograniczoną do tej romantycznej. Większość z nas ma intuicje co do tego, co oznaczają te pojęcia, ale dla jasności sformułuje je tak, jak je rozumiem.

Miłość to relacja charakteryzująca się maksymalnym możliwym zaufaniem. Będąc w niej, czujemy, że bezpiecznie możemy powierzyć swoje ciało, myśli i emocje drugiemu człowiekowi. W moim rozumieniu ta relacja musi być koniecznie symetryczna, czyli odwzajemniona. Oznacza to, że nie przyjmuje za miłość żadnej relacji jednostronnej lub niesymetrycznej, także, wtedy gdy druga strona nie jest w stanie jej odwzajemnić.
Przykład: w tym rozumieniu relacja matki z niemowlęciem nie jest miłością. Określiłbym ją raczej relacją czułości, opiekuńczości, posiadania czy odpowiedzialności, ale nie miłości, bo niemowlę nie może symetrycznie uczestniczyć w takiej relacji. Ta relacja jest skrajnie asymetryczna. Wraz z upływem czasu i rozwojem dziecka, relacja z matką (rodzicem) może się przekształcić w miłość. Przypuszczam jednak, że w wielu przypadkach taki rozwój nie zachodzi i relacja między rodzicem a dzieckiem pozostaje niesymetryczna, a w rezultacie bardzo odległa od miłości.
Spośród relacji z innymi ludźmi miłość jest najwartościowszą, jako że daje nam dostęp do najpełniejszego otwarcia, co bezpośrednio przekłada się na największy potencjał ćwiczenia i rozwoju refleksyjności.
Jest też relacją, która naturalnie budzi największy lęk, jej częścią jest bowiem ukazanie drugiej osobie swoich słabości, czy tego, co za nie uważamy, wystawienie się na zagrożenie ciosem. Najpełniej możemy wejść w miłość, jeśli potrafimy pozbyć się tego lęku i wraz z nim wyzbyć się oporów i pokusy ukrywania części siebie.
Zauważę tutaj, że granice między różnymi typami relacji międzyludzkich są rozmyte i bez trudu mogę sobie wyobrazić głęboką przyjaźń, która będzie bardziej stymulująca dla refleksyjności niż słaba miłość. W obu przypadkach wartość relacji tworzy spektrum, a ich zakresy zachodzą na siebie.

Przyjaźń to relacja charakteryzująca się głębokim zaufaniem. Podobnie jak miłość oznacza poczucie bezpieczeństwa w powierzeniu swego ciała, myśli i emocji drugiemu człowiekowi i podobnie jak ona koniecznie musi być symetryczna. W dużej mierze różnica między miłością a przyjaźnią jest ilościowa raczej niż jakościowa. Jak wspomniałem powyżej, granicę są tu rozmyte. Jeślibym miał określić czynnik wyróżniający, to powiedziałbym, że w przypadku przyjaźni, nie jestem skłonny się dzielić najintymniejszymi sekretami czy myślami.
Jest naturalnie druga pod względem wartości dla naszej refleksyjności po miłości. Wciąż niesie za sobą ogromną wartość. Wszystkie rozważania przedstawione dla miłości mają zastosowanie i tutaj.

Koleżeństwo to relacja również oparta na zaufaniu, ale ograniczonym. Wyróżnikiem dla mnie tej relacji jest to, że ograniczone jest w niej zaufanie szczególnie w sferze emocji. To, co uważam dla niej za niezbędne, by odróżnić ją od „znajomości”, to zaufanie w sferze myśli.

Na tym ostatnim elemencie zasadza się według mnie natura koleżeństwa. Są to relacje, w których swobodnie wymieniamy się myślami i ideami, z obopólnym zrozumieniem, że nie dzielimy się intymnymi i emocjonalnymi szczegółami naszego funkcjonowania. Ta grupa relacji jest niezwykle istotna nie tyle ze względu na jakość, ile ze względu na swoją ilość. Większość nietrywialnych relacji w naszym życiu to relacje koleżeńskie.

To sprawia, że płynie z nich niezwykła korzyść, mianowicie wystawienie się na idee znacząco różniące się od naszych. One dają nam wgląd w świat, który jest poza naszym bezpośrednim kręgiem towarzyskim.

Wymiana idei jest niezwykle wartościową pożywkom dla refleksji, dlatego warto kultywować relacje koleżeńskie. Acz warto też dążyć do tego, by możliwie dużo relacji koleżeńskich przetworzyć w przyjaźnie i miłości.

Z powyższego można wnieść, że optymalnie jest być w stosunku miłosnym ze wszystkimi ludźmi, czy raczej, być otwartym na relacje miłości z każdym człowiekiem. Podkreślam to, bo miłość wymaga wzajemności, która nie od nas zależy. Jest to dla mnie naturalne uzupełnienie idei „amor fati”, umiłowania losu. Rozszerzam ją na wszystkich ludzi, a może to nawet nie jest rozszerzenie, może po prostu zauważam, że w niej już zawiera się myśl, by do drugiego człowieka zawsze wychodzić z pozycji gotowości do miłowania.

Trzy typy relacji z ludźmi, o których dzisiaj wspomniałem, nie wyczerpują całego spektrum możliwości. Przede wszystkim dla każdej z dziś wymienionych istnieje relacja odwrotna w rozumieniu dobra, czyli relacja, która szkodzi naszej refleksyjności, bardziej niż jej pomaga. Z grubsza te dychotomie to miłość/nienawiść, przyjaźń/wrogość, koleżeństwo/niechęć.
Osobną kategorią relacji z ludźmi, są wszelkiego rodzaju relacje jednostronne czy niesymetryczne. Tutaj można znaleźć wiele przykładów zarówno wartościowych, jak i niewartych zachodu relacji. Przykłady wartościowe to opiekuńczość, czułość. Przykłady niewarte zachodu: dominacja, znęcanie się.

Relacje z ideami

Relacje z ideami są interesującym obszarem naszego funkcjonowania. Odnoszą się one do stosunku, jaki mamy do abstrakcyjnych pojęć i twierdzeń. W ich obrębie mieszczą się nasze związki z filozofią, religią, polityką, ekonomią etc. Na potrzeby tych rozważań, wyodrębniam poza tę kategorię relację ze światem, którą omawiałem wyżej. W zasadzie świat jest pewną ideą, więc mógłbym rozważać je wspólnie, ale ze względu na bardziej fundamentalny charakter tej relacji, zdecydowałem traktować ją odrębnie.

Pochylę się teraz nieco bardziej szczegółowo nad relacjami z dwoma ideami: filozofią i religią. Polityka czy ekonomia nie interesują mnie specjalnie, nie będę więc poświęcał im miejsca. Dla kogoś innego mogą to być interesujące i ważne idee i jeżeli tak jest, polecam zastanowienie się nad nimi we własnym zakresie.

Filozofia nie jest jedną konkretną ideą, jest raczej zbiorem wielu idei, czy nawet jest procesem tworzenia idei. W swoich najszerszych definicjach obejmuje wszystkie idee od polityki po religie. Ja jednak będę o niej w tym kontekście myślał jako o pewnym podejściu do życia, w szczególności do osiągnięcia szczęścia.

Jeśli rozumiemy filozofię jako sztukę dążenia do szczęścia, to każdy człowiek na świecie jakąś się kieruje, czyli jest w relacji z pewną filozofią. Głębia tej relacji będzie się wahać znacząco od człowieka do człowieka, gdzie większość populacji nie jest świadoma jej istnienia.

Filozofia w pewnym sensie konkuruje z religią, którą także można rozumieć jako sposób dążenia do szczęścia, zbiór reguł i zwyczajów, które owo mają zapewniać za sprawą nadprzyrodzonych sił. W tym rozumieniu religię można by określić jako rodzaj filozofii.

Jeśli zwęzimy definicję, wykluczając systemy oparte na wierze w nadprzyrodzone, możemy mówić o filozofii świeckiej czy laickiej. Tego rodzaju filozofię będą odnosić się do tego, co możemy uznać za rzeczywiste.
W kategorii idei nie ma bardziej wartościowej relacji niż ta, którą możemy budować z naszą filozofią życia. Tak jak wspomniałem wyżej, każdy z nas jakąś już ma, warto jednak się z nią bardziej zaprzyjaźnić czy lepiej ją poznać, jeśli jest ukryta w podświadomości.

Możemy to zrobić zadając sobie pytania: co czyni mnie szczęśliwym? Dlaczego akurat to? Jaką potrzebę zaspokaja? Jakie są moje potrzeby? I tak dalej. W pewnym sensie odkrywanie swojej filozofii życia jest jak odkrywanie siebie. Tu nie warto się zatrzymywać na powierzchownych obserwacjach, każdy z nas ma sporo głębi, którą warto badać. Religia to system wierzeń i obrzędów, które pośredniczą między człowiekiem a tym, co nadprzyrodzone. W tym sensie religię możemy też rozumieć jako relację z nadprzyrodzonym, w wielu przypadkach z jakąś formą osobowego boga.

W przeciwieństwie do filozofii religii nie trzeba mieć, można swobodnie funkcjonować, nie mając poglądu na nadprzyrodzone.
U wielu ludzi religia pełni jednak funkcję zbliżoną do filozofii, to znaczy, podaje przepis na to, jak osiągnąć szczęście. Czasem chodzi o szczęście doczesne, ale często spotykane jest jego odroczenie do życia po śmierci. Dla wielu ludzi religia niewątpliwie pełni funkcję pocieszenia i uspokojenia. Daje strukturę i społeczność, do której przynależą.

Relacja z religią jest często zaszczepiana ludziom już w dzieciństwie, co raczej rzadko zdarza się z innymi ideami. Jest to jeden z powodów, dla którego religię raz przyjętą ciężko jest odrzucić. Drugim jest wspomniany wcześniej aspekt społeczny i związane z tym ryzyko ostracyzmu.

Osobiście nie posiadam poglądów religijnych i nie czuję potrzeby ich szukać. Moją zasadą jest, by polegać na akceptacji mojej śmiertelności, raczej niż poszukiwać nadziei na życie po śmierci. Takie podejście do świata i człowieczeństwa wydaje mi się ciekawsze.

Relacje z naturą (żywą i martwą)

Relacja z naturą odnosi się do naszego stosunku do wszystkiego, co nas otacza, a co jest fizyczne. Wyłączyłem z niej relacje z ludźmi, choć w ścisłym sensie są one jej podkategorią. Jednak ze względu na ich wyjątkowy charakter jako bytów refleksyjnych, potraktowałem je oddzielnie. Tutaj skupię się na interakcji ze zwierzętami i planetą jako całością. Choć byty te nie posiadają własnej refleksyjności, to ich bogactwo jest wspaniałym motorem do rozwoju naszej.

Moja osobista relacja ze zwierzętami ma w sobie osobliwą dwoistość. Z jednej strony jestem ich miłośnikiem. Psy i koty są prześwietne, zabawne i niosą ze sobą ciepło domowego ogniska. Dom, w którym szaleje piesek albo po którym dostojnie snują się koty, kojarzy mi się z przytulnością i swojskością. Mogę godzinami szarpać się z pieskiem o zabawkę, czy obserwować jak kot leży i śpi.
Jestem stałym bywalcem ogrodów zoologicznych, fascynują mnie mieszkające tam zwierzęta i choć uważam, że lepiej by zwierzęta żyły na wolności, doceniam rolę edukacyjną i zachowawczą, jaką pełnią te jednostki. Tak długo, jak warunki, w których żyją zwierzęta, są możliwie zbliżone do naturalnych i są traktowane z czułością i szacunkiem, wywodzę, iż warto wspierać ogrody zoologiczne.

Z drugiej strony jem mięso. Czy chcę to dostrzec, czy też nie, za wyprodukowaniem mięsa, które zjadam stoi ogrom śmierci i cierpienia. Mogą na to nie patrzeć, mogę udawać, że tego nie wiedzę, ale ostatecznie nie ucieknę przed tą prawdą. Na potrzeby naszego przemysłu spożywczego, także na moje potrzeby, zabijamy brutalnie miliardy zwierząt. Ich śmierć i ich życie nie mają nic wspólnego z humanitarnym traktowaniem – szczególnie tam, gdzie w grę wchodzi wielka skala, a więc i niska cena.

Jak mogę pogodzić te dwie sprzeczności? Czy się w ogóle da? Czy muszę dokonywać nieustannej dysocjacji od świadomości tego, jak pozyskiwane jest mięso, które zjadam? Czy muszę zapominać o tym, że zwierzętom, które trafiają na mój talerz, zadawane są ból i śmierć? Jakoś te dwie sprzeczności godzę i funkcjonuję, choć nie potrafię określić jak.

Może powiecie, że przecież człowiek jest mięsożerny, ty jesteś człowiekiem, jest naturalne, że jesz mięso. To prawda, choć jestem wielkim przeciwnikiem zrównywania tego, co naturalne z tym, co dobre. To osobne kategorie i wiele naturalnych rzeczy jest moralnie nieakceptowalnych. Jest też prawdą o mnie, że nie muszę jeść mięsa. Pewnie są na świecie ludzie, którzy ze względów zdrowotnych jeść je muszą, ale ja nie jestem jednych z nich. Moje zdrowie będzie równie dobre, a potencjalnie i lepsze, jeśli zrezygnuje z mięsa. Mogę bez problemu przetrwać i rozwijać się na diecie ściśle roślinnej. Skoro tak, to jedzenie mięsa jest wyborem, który muszę potrafić przed sobą uzasadnić. Jeśli coś nie jest dla mnie konieczne i przypuszczam lub wiem, że niesie ze sobą negatywne konsekwencje dla mnie lub innych, to na mnie spoczywa ciężar uzasadnienia, dlaczego się na to decyduje. Biorąc pod uwagę jak wiele śmierci i cierpienia kroczy za produkcją mięsa, nie mam pojęcia, jakich mógłbym użyć argumentów, poza: „bo lubię i już”, a to jest beznadziejnie słaby argument.

To trochę tak jak z krwawymi diamentami (czy dziś już bardziej krwawy kobalt) z Konga, póki nie widzę śmierci i cierpienia ludzi przy ich wydobywaniu, korzystam z nich i mam poczucie czystego sumienia. W momencie, gdy dowiem się jakie zło się z nimi wiąże, mam obowiązek, by zadać sobie pytanie, czy dalej z nich korzystać, czy mieści się to w granicach mojej moralności.

Relacja z planetą jako całością potraktuję nieco skrótowo, bo fundamentalnie jest w niej wiele podobieństw do relacji ze zwierzętami. Jest w niej przede wszystkim ta sam dwoistość: z jednej strony miłość i zachwyt, z drugiej strony brutalne wykorzystywanie jej zasobów. Co rozumiem przez to drugie? Moją nadmiarową konsumpcję. Patrząc wokół siebie, widzę wyraźniej, jak wiele otacza mnie przedmiotów, które są zasadniczo zbędne. Zbędne na pewno dla mojego przetrwania, ale zbędne też dla mojego szczęścia. Każdy z nich wymagał wykorzystania zasobów do wytworzenia. Każdy wziął coś z planety, na której mieszkam.

Także i tu muszę sobie zadać pytanie: jak uzasadniam tę dwoistość? Jakie są moje argumenty za tym, by konsumować więcej, niż potrzebuję?

Wspólnym pytaniem, jakie nasuwa mi się po rozważeniu tych dwóch relacji: jaki wpływ na moją refleksyjność ma funkcjonowanie w tych sprzecznościach?

Natura wokół nas jest wspaniałym i bogatym źródłem inspiracji, wyciszenia i ciepła. W przyszłości jej różnorodność biologiczna może być źródłem nowych refleksyjnych gatunków. Warto o nią dbać, bo pozostaje niezmiennie wielkim przyczynkiem do rozkwitu refleksyjności ludzkiej!

Wodery, czyli boso przez bagna

Autor, zapalony turysta górski, zdobył Koronę Gór Polskich i podjął nowe wyzwanie, odwiedzając parki narodowe w Polsce. Opisuje trudności podczas wyprawy w dolinie Biebrzy, zmierzenie się z błotnistymi szlakami oraz wartość lokalnych ostrzeżeń. Morał: należy szanować znaki i lokalną wiedzę.

Witajcie!
Jak część z was wie, jestem zapalonym turystom górskim. Uwielbiam chodzić po górach. Udało mi się zdobyć Koronę Gór Polskich – osiągnięcie, którym się regularnie chwalę, bo jestem z niego dumny i było świetnym wyczynem. Był to cel na miarę moich możliwości, który przyniósł mi sporą satysfakcję.

Po jego osiągnięciu stwierdziłem, że potrzebuje jakiegoś nowego celu, czegoś, do czego mógłbym dążyć. Przyszło mi na myśl odwiedzenie wszystkich parków narodowych w Polsce – fantastyczny, przyjemny cel. Zacząłem planować wyprawy. Pierwszą, którą zorganizowałem, była wyprawa do Białegostoku. Wokół tego miasta znajdują się trzy parki narodowe: Białowieża, czyli wielki las z żubrami, oraz Narew i Biebrza, czyli doliny rzek z łosiami.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem. Początek wycieczki poświęciłem na Białowieżę, ale już w środku tygodnia ruszyłem nad Biebrzę, konkretnie w okolice miejscowości Gugny. Ruszyłem na szlak, który prowadził w dolinę Biebrzy. Kiedy na niego wchodziłem, widziałem kątem oka tabliczki z napisami: „Szlak okresowo trudny”. Trudny, dobre sobie! Może i trudny, ale na pewno nie dla mnie. Ja jestem doświadczonym turystą! Co oni tu wiedzą o trudnych szlakach? Kiedy oni ostatnio byli w wysokich Tatrach? No właśnie.

Parłem przed siebie, nie zważając na drobne niedogodności: podejrzanie rozległe kałuże, podtopione fragmenty drogi, grząską trawę. Wreszcie dotarłem do pierwszego większego rozlewiska. Musiałem się sporo nakombinować, bo na środku szlaku miałem małe oczko wodne, głębokie na jakieś pół metra, którego nie bardzo dało się obejść. Rzuciłem parę gałęzi tu i tam, zbudowałem coś na kształt mostka. Trochę zamoczyłem buty, ale dzień był ciepły więc to żaden problem, najważniejsze, że się przedarłem. Kontynuowałem marsz.

Teren nie chciał się poprawić. Wręcz stał się bardziej zdradliwy. Kawałek dalej chciałem stanąć na solidnie wyglądającej kępie trawy. Moje nogi zapadły się w błoto po kostki, wyciągnąłem je z głośnym chlupnięciem każdą. Przez moment obawiałem się, że błoto ściągnie mi buty z nóg! Doszedłem do wniosku, że dalej muszę iść na boso.

A może by zawrócić? Gdzie! Ja zawrócić? Taki wytrawny turysta? Bez sensu! Poszedłem dalej z duszą na ramieniu i butami przy boku.

Po pewny czasie wyszedłem z leśnej ścieżki na otwartą łąkę. Myślałem, że szlak przez las był trudny, ale teraz miałem się przekonać, co to znaczy prawdziwy trud. Bo wiecie, na łące, pod wodą i ukryte w błocie są połamane źdźbła trawy, takiej bardzo grubej i twardej trawy. Kryją się niewidoczne z ostrymi szpicami i kiedy idzie się przez bagno bosą stopą, to co chwila, ała, wbijają się w stopę od dołu.

Brodziłem po łące jak czapla, wysoko unosząc nogi i cierpiałem katuszę. Kiedy minąłem łąkę i dotarłem do kolejnego lasu, patrzyłem na niego jak na wybawienie. Jednak tylko dopóki nie poczułem, że lewa noga leci mi w dół, z nieprzyjemny, ssącym dźwiękiem. Wpadłem aż po biodro w głębokie błoto. Czułem, że jest jeszcze głębsze, ale zdołałem się złapać gałęzi i wyrwać się na kawałek suchego terenu. Mogłem iść dalej.

Maszerowałem z zabłoconymi spodniami przez las. Szło coraz ciężej, traciłem coraz więcej sił. Czułem się niepewnie, ale było dla mnie jasne, że jestem już za punktem bez powrotu, czyli jak bym zawrócił to mam dalej, niż jeśli będę parł do przodu. Kolejna łąka i ał, ał, ał – kolejne trawy.

W następnym lesie spotkałem na szlaku bardzo miłego starszego pana. Starszy pan szedł pewnie przez bagnisko. Popatrzył na mnie tak podejrzliwie i mówi: „Pan tak na boso przez to bagno?” Pytanie było zasadne, bowiem starszy pan miał na sobie tak zwane wodery, czyli wielkie gumowe portki, które sięgają mniej więcej do piersi, są przytwierdzone na szelkach, mają gumowe kalosze z twardą podeszwą i w których chodzenie po bagnach to ponoć bajka.

Odpowiedziałem: „Tak, fajnie się idzie, wszystko dobrze, siła jest”. Pan się uśmiechnął, pokiwał głową i poszedł dalej, mówiąc na odchodne: „Niech pan uważa, bo tam takie głębokie kałuże są, to trzeba czasem lasem ominąć”. „Tak, dobrze, dobrze”.

Kiedy dotarłem do suchego, to była absolutna ulga! Wyszedłem z bagna na piaszczystą drogę, suchą jak pieprz w ten słoneczny dzień i poczułem, jakbym chodził po chmurkach. To była przyjemność dla moich styranych, oblepionych błotem stóp. Nawet kiedy wkroczyłem na asfalt, po którym musiałem przejść, idąc do samochodu, jego rozgrzana powierzchnia była cudowną nawierzchnią do chodzenia.

Przeżyłem. Stopy mi nie odpadły, choć przez moment obawiałem się, że mogą, bo miałem je podziurawione od spodu źdźbłami trawy i pojawiło się na nich kilka tajemniczych, czarnych kropek, ale ostatecznie nie wdało się żadne zakażenie.

Morał z tej historii i nauka dla nas wszystkich jest taka: zwróćmy uwagę, co mówią oznaczenia na szlakach i jeśli lokalni mówią, że jest on trudny albo nie do przejścia, to nie pchajmy się na niego. Kierujmy się ich wiedzą, bo na pewno znają sytuację lepiej niż my.
Dziękuje!

W punktach

  1. Pewny siebie górski turysta
    Pewna siebie poza zdobywcy, ręce na biodrach, pierś wypięta.
  2. Wyprawa po zdobycie Parków Narodowych
  3. Szlak na Gugny, ostrzeżenie o trudnym szlaku – niech sobie nie żartują! Tutaj trudny szlak!
    Kiwanie głową z politowaniem i szyderczy uśmieszek
  4. Pierwsze większe rozlewisko i buty w błocie
  5. Ja miałbym zawrócić?
  6. Trawa wbija się w stopy
    Podskakiwanie jak po ukłuciu. Niby kroki jak czapla. Grymas bólu.
  7. Po pas w bagnie
    Wpadnięcie niby po pas i ratowanie się na szybko.
  8. Miły starszy pan
    Uśmiechy. Kciuki w górę. Pewna mina.
  9. Na suchym!
  10. Morał: idąc na wycieczkę ego zostaw w domu!

O wzięciu sterów w swoje ręce

W dzisiejszym wpisie poruszany jest temat odpowiedzialności i kontroli nad własnym życiem. Autor podkreśla, że emocje, aspiracje oraz wartości są kluczowe w kształtowaniu naszego szczęścia. Przejęcie odpowiedzialności za emocje oraz decyzje prowadzi do dojrzałości, samopoznania i pozytywnych zmian w życiu i społeczeństwie.

Dzisiejszy wpis będzie krótki, acz poruszę w nim ważny temat: branie odpowiedzialności i przejmowanie kontroli nad własnym życiem. Rozumiem przez to wszelkie stany wewnętrzne: emocje, poglądy, decyzje, wartości – wszystkie elementy naszego bytu, które właściwie zarządzane mogą nam dać szczęśliwe życie.

Co rozumiem przez przejmowanie kontroli? Konsekwentne sytuowanie przyczyny naszego stanu ducha w obrębie jego samego, czyli świadomość, że możemy decydować o tym, co i jak czujemy.
Co rozumiem przez branie odpowiedzialności? Zrozumienie, że za kontrolą idzie odpowiedzialność za skutki naszych stanów ducha. To, co robię pod wpływem moich stanów wewnętrznych, jest moją zasługą lub przewiną.

Przykładowo, kiedy poczuję gniew, powiem: „Ależ się zdenerwowałem, gdy usłyszałem, co on mówi”. Nie powiem natomiast: „Ależ się zdenerwowałem przez to, co on powiedział”, ani tym bardziej „Ależ jego słowa mnie zdenerwowały”.
Drugi przykład, jeśli w gniewie upuszczę naczynie, powiem: „Upuściłem szklankę, ponieważ się zdenerwowałem”. Nie powiem natomiast: „Tak mnie zdenerwował, że aż upuściłem szklankę”, ani tym bardziej: „Patrzcie, co on zrobił! Tak mnie zdenerwował, że aż przez niego upuściłem szklankę”.

Emocje

Być odpowiedzialnym i sprawczym w dziedzinie naszych emocji to fantastyczna sprawa! Pomyślcie, jak możemy kształtować nasze samopoczucie, gdy to naszą decyzją jest czy czujemy smutek, czy zadowolenie.

Droga do tak głębokiej kontroli jest długa, ale już podążanie nią jest satysfakcjonujące i uwalniające. Pierwszym krokiem, który trzeba zrobić, by w nią wyruszyć to powiedzieć sobie: „Tylko ja jestem odpowiedzialny za moje emocje nikt inny!” Czyli to ja decyduje czy czuję złość, a w związku z tym mówię „Ale się zezłościłem!” zamiast „Ale mnie zezłościli”. To ja decyduję czy czuję radość, w związku z czym mówię „Ale się uradowałem” zamiast „Ale mnie uradowali”. Nie bez powodu kładę nacisk na te słowa, język ma znaczenie i za każdym razem, gdy biorę werbalnie sprawstwo nad emocją, zbliżam się o krok do urzeczywistnienia celu, którym jest decydowanie o stanie ducha bez oglądania się na czynniki zewnętrze!

Wraz z kontrolą idzie odpowiedzialność. Skoro to ja decyduje, co czuję, to ja odpowiadam za to, co czynię pod wpływem tego uczucia. To piękny aspekt dojrzałości. Za każdym razem, gdy nie cofam się przed odpowiedzialnością za emocję, potwierdzam swoją dojrzałość emocjonalna. Wysyłam komunikat do siebie i innych, że można na mnie polegać i mi zaufać, bo nie tylko dbam o swoje emocje, ale i bez wymówek za nie odpowiadam. Odpowiedzialność jest motorem zmiany na lepsze, gdy chcemy by następstwa emocji były dla nas i dla świata wokół jak najkorzystniejsze!

Aspiracje i oczekiwania

Moje aspiracje i oczekiwanie jakie mam wobec siebie, nadają kierunek życiu. Dzięki wzięciu sterów nad nimi gwarantuje, że będę podążać w kierunku, który jest satysfakcjonujący i który uważam za ważny.

Do czego chcę dążyć w życiu? Czy interesuje mnie zgromadzenie wielkich pieniędzy? Czy osiągnięcie wysokiej pozycji w społeczeństwie i zdobycie władzy? Czy osiągnięcie mądrości? A może spokoju ducha? Tak wiele możliwości, spośród których mogę wybierać! To może się wydawać przytłaczające, ale jest ogromna satysfakcja ukryta w chwili, gdy zaczynam rozumieć, do czego aspiruje, co mnie naprawdę kręci! Jeszcze większa jest satysfakcja w momencie, gdy zrozumiem, że mogę aspiracje zmieniać z czasem, mogę je przekształcać, w miarę jak zmienia się moje życie czy pogłębia zrozumienie świata!

Dążenie do osiągnięcia aspiracji jest najskuteczniejsze, wtedy kiedy oczekiwania są skrojone na miarę możliwości. Uzyskuje to, ustalając tempo postępów i zdając sobie sprawę, że nie jestem, podporządkowani temu tempu, tylko ono jest podporządkowane mi, czyli mogę je modyfikować w zależności od przemyśleń i sprzyjających lub nie okoliczności. Ogrom satysfakcji znajduję w zrozumieniu, że wszelkie wymagania, oczekiwania i terminy są pod moją kontrolą i w mojej mocy jest je utrzymywać lub zmieniać.

Dlatego zadawajmy pytanie „czego ja oczekuję od życia?” a zapomnijmy o pytaniu „czego ode mnie oczekują inni?”. Zastanawiajmy się, w jakim tempie chcemy realizować cele, a nie kiedy społeczeństwo życzy sobie, byśmy je zrealizowali.

Poczucie własnej wartości

Mam ogromną wartość, jestem świetnym człowiekiem! I ty drogi czytelniku, także masz wielką wartość i jesteś świetnym człowiekiem, ale nie potrzebujesz mnie, bym cię o tym zapewniał, wystarczy, że sam jesteś o tym przekonany i tego świadom!

Ze świadomości własnej wartości płynie wielki spokój. Jest to jeden z najskuteczniejszych leków na lęk, z jakimi się spotkałem. Gdy wiem, że jestem wartościowy, że moje słowa i myśli mają znaczenie, nie ma potrzeby, by obawiać się reakcji innych na to, co uczynię. Mogę wypowiadać swoją prawdę i bez strachu czy złości przyjmować informację zwrotną.

Co więcej, jako że wiem, że jestem wartościowy i poczucie wartości jest we mnie dobrze osadzone, nie boję się zmiany. Mogę zmieniać siebie, kiedy zauważę taką potrzebę i nie oznacza to, że przed zmianą byłem wadliwy czy bezwartościowy. Nie muszę drżeć z obawy, kiedy spotykam się z krytyką, mogę jej wysłuchać i zastanowić się, czy jest zasadna, czy nie, a następnie działać zgodnie z własną decyzją. Zewnętrzna krytyka nie jest zagrożeniem dla mojej wartości, jest świetną informacją, która odpowiednio wykorzystana pozwoli mi wzrastać.

Dlatego mówię sobie „jesteś wartościowym człowiekiem, jeśli ktoś się z tym nie zgadza to jego problem nie twój!” Nie interesują mnie oceny wystawiane przez innych o ile nie towarzyszy im konstruktywna informacja zwrotna, bo żadna ocena zewnętrzna nie ma mocy, by naruszyć moją wartość!

Wartości, czyli to co dla nas ważne

Gdy świadomie ustalam, jakie są moje wartości i jak mają się względem siebie, czuję, że wprowadzam ład do świata wewnętrznego. Decyzje stają się łatwiejsze, bo jest dla nich konkretna podkładka, a ja mam mniej wątpliwości i zgryzot.

Świat może być inspirujący w dziedzinie wartości. Studia filozoficzne, czytanie głębokiej literatury popularnej, konwersacje z ludźmi, którzy poświęcili czas na rozmyślania o wartościach, to wszystko są cenne dane. Jednak ostatecznie to ja ustalam, które z tych inspiracji przyjąć, a które odrzucić. Tworzę własne definicje wartości według indywidualnych rozmyślań. Do mnie też należy ustalanie ich w jasną hierarchię.

Wykonanie tej pracy sprawia, że czuję zgodność z moimi wartościami, a jeśli któraś z nich mnie uwiera, to wiemy, że mogę ją przeanalizować i zmienić. Nie jestem skazany na konkretny zbiór wartości. Tak jak cele moje wartości mogą się zmieniać i ewoluować wraz ze mną. Co dziś jest główną wartością, jutro może całkowicie wypaść z hierarchii.

Najważniejsze to pamiętać, że nie jestem skrępowany żadnym zewnętrznym systemem moralnym i żadną zewnętrzną strukturą wartości. O ile sam sobie takich kajdanów nie narzucę, mogę swobodnie eksplorować szerokie przestrzenie tego, co ważne i cenne! Nie pozwólmy, by ograniczały nas zmurszałe religie i ideologie, drążmy tunel wartości podług własnego planu!

Decyzje

Wszystko, o czym pisałem powyżej, sprowadza się do wolności decydowania, najlepszego z możliwych celów. Autonomia nad moimi decyzjami i zrozumienie, że sam jestem najważniejszą instancją ich oceny i zmiany, to ideał, który równoważny jest życiu szczęśliwemu.

Przejęcie władzy nad decyzjami jest lekiem na frustrację. Każda decyzja jest moja. Jej skutki, mogą być różne w zależności od okoliczności, ale jednego jestem pewien, decyzje podjąłem w zgodzie z sobą. Nikt nie postawi mnie w sytuacji, w której będę w konflikcie z moimi wartościami, celami i zrozumienie świata. Jeśli wydaje mi się, że w taką sytuację trafiłem, to analizuję ją ponownie, bo zapewne przeoczyłem jakąś opcję. Jeśli nie pozostały żadne decyzje, to mogę oddać się sztuce akceptacji i obserwować rozwijającą się sytuację jako widz, który nie ma w niej żadnej stawki.

Życie jest ciągiem wyborów. Byłoby optymalnie, gdyby każdy z nich był mój. W rzeczywistości wiele które już podjąłem, narzucili mi inni. Na szczęście, nie zmienia to faktu, że mogę przejąć nad nimi ponownie kontrolę i stać się kowalem swego losu.

Za władzą decydowania idzie odpowiedzialność, czyli dojrzałość. To świadomość, że decyzje mają konsekwencje wykraczające poza moją osobę oraz umiejętność oceny tych konsekwencji, ujmowani ich w procesie decyzyjny, oraz ponoszenia odpowiedzialności za nie, kiedy do tego przyjdzie. Ta odpowiedzialność jest motorem dla pięknego kształtowania moich decyzji. Nie jest ciężarem, a wręcz przeciwnie jest siłą, która pcha mnie ku byciu coraz lepszymi! Jest wiele radości w świadomości, że jestem w pełni odpowiedzialny za swe decyzje i ich skutki.

Przykład

Dzisiejszy artykuł zakończę przykładem, ilustrującym jak proste, naturalne sprawy mogą się potoczyć, jeśli nie bierzemy odpowiedzialności za siebie i o ile lepiej mogłoby być, gdy było inaczej.

Nasze biologiczne uwarunkowanie sprawia, że duża część mężczyzn odczuwa pociąg seksualny do kobiet. Kiedy widzimy atrakcyjną kobietę, czujemy pożądanie. Jednak niektórzy, zamiast powiedzieć „kiedy widzę atrakcyjną kobietę, czuję pożądanie”, mówią „ta kobieta budzi we mnie pożądanie”. Przekierowuje sprawczość z siebie na kobietę. To ona sprawiła, że czuję pożądanie, a jeśli traktuje pożądanie jako występek czy grzech, to ona jest winna mego grzechu.

Niekiedy pożądanie rozwijamy w żądzę, jego gorętszą wersję, która jest nastawiona na działanie. Tworzymy w sobie chęć zdobycia kobiety będącej jego obiektem. Powinniśmy spokojnie powiedzieć sobie: „rozbudziłem w sobie żądzę, muszę być czujny, co z nią uczynię”, zamiast tego niejeden z nas mówi „ona obudziła we mnie żądzę, nie wiem, co za chwilę uczynię”.

Żądza może prowadzić do czynu. Tym czynem jest podejmowanie zalotów. W większości przypadków, jeśli owe zaloty nie spotkają się ze wzajemnością, wycofujemy się i pracujemy nad tym, by nasza żądza opadła. Niekiedy mężczyzna podejmuje inną decyzję w swej żądzą i podejmuje próbę zdobycia drugiego człowieka przemocą. Jeśli tak się stanie, ten człowiek powinien pomyśleć „uczyniłem coś strasznego, podjąłem koszmarną decyzję, muszę ponieść jej konsekwencje”. Jednak zazwyczaj to, co zostanie powiedziane to „rozpaliła mnie i sprowokowała do tego, sama tego chciała, przez nią będę miał teraz problemy”.

Na każdym z tych etapów jest szansa, by wziąć kontrolę w swoje ręce, przestać przerzucać odpowiedzialność za swe żądze i czyny na postronne osoby i zatrzymać niebezpieczne szaleństwo. Bywa jednak, że zamiast tego dzieje się coś niedorzecznego: utrwalenie patologii w kulturze lub religii.

Weźmy za przykład prawo szariatu, które nakazuje kobiecie zakrywanie większości ciała, by nie budziła pożądania w mężczyznach. To religijne usankcjonowanie delegowania na kobiety męskiego pożądania! Zamiast złożyć odpowiedzialność na mężczyznach, którzy czują pożądanie, tak by się nauczyli je kontrolować albo spotka ich kara, cały ciężar zostaje przerzucony na kobiety. To one mają się ukrywać za szatami i zamykać w domach, tylko dlatego by jakiś żałośnie słaby mężczyzna nie rozpalił w sobie nędznych żądz i nie dokonał na nich brutalnego gwałtu. Jeśli faktycznie są niezdolni do okiełznania swoich żądz, to zamiast więzienia kobiet, proponuje przymusową kastrację, ta skutecznie ostudzi ich zapędy.
To prawo jest jasnym dowodem tego, jak słabi są mężczyźni je wprowadzający, jak żałośnie nie ogarniają własnych umysłów. W swojej mizerności zrzucają swoje popędy na barki kobiet, samemu uciekając od odpowiedzialności. Ciekawe czy chociaż się tego wstydzą?

Kiedy przejmujemy kontrolę nad swoimi decyzjami mamy wiele do zyskania! Nasz sukces w tych zadaniach może się rozciągnąć poza nasze życie, może dotknąć całego społeczeństwa. Zachęcam więc nas wszystkich do wzięcia sterów w swoje ręce!

O sercu i rozumie

Na spotkaniu klubu Biznes Toastmasters odbyła się debata o decyzjach podejmowanych sercem lub rozumem. Autor podkreśla, że serce to emocje, a rozum to świadome myślenie. Szybkość i dokładność to kryteria oceny decyzji; w zależności od sytuacji, można preferować jedną z tych metod lub łączyć je harmonijnie.

Na niedawnym spotkaniu klubu mówców Biznes Toastmasters odbyła się debata oksfordzka na temat „Lepiej decydować sercem niż rozumem”. Dyskusja była ciekawa i zażarta! Tak się złożyło, że pełniłem na spotkaniu inną funkcję, nie wziąłem więc bezpośredniego udziału. Pora bym to nadrobił i zmierzył się z tematem.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta. Serce to mięsień pompujący krew, zawiera nieco neuronów, ale nie na tyle dużo by można było przy jego pomocy decydować. Sprawa załatwiona, lepiej jest decydować rozumem, bo sercem się nie da.

Tu może się oburzycie: „przecież to serce to tylko taka metafora! Nie udawaj, że nie wiesz!” No dobrze. Wiem. Jaka to jest dokładnie metafora? Co znaczą pojęcia, które zostały użyte w tezie, skoro nie bierzemy ich dosłownie? Nim przejdę do analizowania pytania, muszę rozwiązać tę definicyjną zagadkę.

Zacznijmy od serca. Z potocznego rozumienia stwierdzenia „decydować sercem” adekwatną definicją jest decydowanie na podstawie uczuć czy też emocji. Na potrzeby tego rozumowania nie zagłębię się w potencjalne różnice pomiędzy „uczuciami” a „emocjami”, będę je traktował ogólnie jako informacje płynące z podświadomości i określał mianem „emocji”.

Jeśli chodzi o decydowanie rozum, to będą to decyzje podjęte na podstawie świadomego rozumowania.

Chciałbym uniknąć pojawienia się fałszywej alternatywy w stawianym pytaniu. Tak może się zdarzyć na kilka sposobów. Po pierwsze, jeśli dwa człony alternatywy mają część wspólną, czyli wybór jednej pociąga w pewnych przypadkach wybór drugiej, w szczególności, gdy się całkowicie pokrywają. Po drugie, jeśli istnieją inne opcje niż te rozważane, czyli człony naszej alternatywy nie pokrywają pełnego spektrum możliwości.

Mając to na uwadze, przedefiniuje używane pojęcia. Tak jak są zapisane obecnie, mają część wspólną oraz nie pokrywają pełnego spektrum możliwości. Mają część wspólną, ponieważ istnieją decyzje łączone, czyli takie gdzie najpierw pojawia się emocja i reakcja na nią, a na ich podstawie odbywa się proces świadomego rozumowania. Nie pokrywają całego spektrum możliwości, jako że mogą istnieć decyzje, które ani nie mają podłoża świadomego, ani emocjonalnego, a są, przykładowo, oparte na nawykach.

Proponuje w związku z tym następujące definicje:
Myślenie/decydowanie sercem to wszystkie procesy myślowe, które są w pełni podświadome i prowadzą do działania bez świadomego namysłu.
Myślenie/decydowanie rozumem to wszelkie procesy myślowe, które mają komponent świadomego rozumowania.

To niejedyny możliwy sposób zdefiniowania tych pojęć, alternatywnie można rozważać następujące definicje:
Myślenie/decydowanie serce to wszystkie procesy myślowe, których wynikiem jest decyzja zgodna z początkowym wnioskiem podświadomym.
Myślenie/decydowanie rozumem to wszystkie procesy myślowe, których wynikiem jest decyzja niezgodna z początkowym wnioskiem podświadomym, czyli gdy świadome rozumowanie zmieniło decyzję.

Pierwsza definicja wydaje mi się prostsza, druga bardziej zbliżona do potocznego rozumienia tych pojęć. Na potrzeby tego artykułu pozostanę przy pierwszej parze definicji.

Jest jeszcze jedno słowo w tezie, które powinienem dobrze zrozumieć. Co znaczy „lepiej”? Jakie kryteria przyjmę, by rozstrzygnąć spór? Proponuje następujące dwa parametry.
1. Szybkość podejmowania decyzji – decyzja jest tym lepsza, im szybciej zostaje podjęta, ponieważ zużywa wtedy mnie zasobów: czasu i energii. Szybkie decyzje są lepsze od wolnych.
2. Poprawność podejmowanie decyzji – jest tym lepsza, im jest precyzyjniejsza, czyli im wyższe niesie prawdopodobieństwo dobrych, czyli przynoszących nam większe korzyści, wyników. Poprawne decyzje są lepsze od niepoprawnych.

Oba kryteria obejmują spektrum możliwości. Z jednej strony mamy czas podejmowania decyzji (albo zużytą energią), z drugiej strony prawdopodobieństwo sukcesu.

Obserwacja 1: świadome procesy myślowe są wolniejsze od podświadomych.

Obserwacja 2: świadome procesy myślowe są poprawniejsze od podświadomych.

Nasze pytanie sprowadza się do określenia, gdzie przebiega punkt równowagi między szybkością a poprawnością. Nie przypuszczam, bym był w stanie odpowiedzieć na nie dokładnie. To, co mogę osiągnąć to uargumentować, że istnieją sytuacje, w których szybkość jest istotniejsza oraz istnieją sytuację, gdy istotniejsza jest poprawność. Jeśli zdołam to wykazać, to udowodnię, że odpowiedź na naszą tezę jest niejednoznaczna i czasem lepiej kierować się sercem, a czasem rozumem.

Rozważmy sytuację, która ilustruje prymat szybkości nad dokładnością. Stajemy oko w oko z rozwścieczonym tygrysem. Zwierz zrywa się do skoku. Musimy podjąć decyzję co robimy. Jeżeli proces decydowania zajmie więcej niż ułamek sekundy, rozszarpią nas kły i pazury. Powiedzmy, że decyzja podjęta w ułamku sekundy daje nam 20% szans na przetrwanie, to niewiele, ta decyzja ma niską poprawność. Decyzja, której podjęcie zajęłoby nam 5 sekund, daje nam szansę na przetrwanie 100%, wymyślimy idealną taktykę. Jednak faktyczna szansa przetrwania w drugim przypadku wynosi 0%. Tygrys nas pożre, nim podejmiemy decyzję. Żadna miara poprawności nie przeważy nad szybkością. Są więc decyzje, które lepiej podejmować sercem.

Rozważmy przykład, który ilustruje prymat dokładności nad szybkością. Saper staje przed zadaniem rozbrojenia bomby. Na zegarze jest jeszcze 60 sekund. Do zapalnika wiodą dwa przewody: czerwony i niebieski. Saper może zdać się na intuicję (czyli podświadomość) i przeciąć czerwony przewód. Może to zrobić natychmiast, na zegarze nie upłynie nawet sekunda. Prawdopodobieństwo sukcesu to 50%, jeśli się pomyli, umrze. Jest to jednak doświadczony fachowiec. Jeśli poświęci na badanie bomby i jej logiczną analizę 50 sekund, to uzyska prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, który przewód należy przeciąć. Inwestując 50 sekund, osiąga 100% poprawność decyzji (w przybliżeniu). Są więc decyzje, które lepiej podejmować rozumem.

Skory istnieją sytuacje, które preferują każdy z typów, odpowiedź na tezę musi brzmieć: to zależy. Gdy kluczowa jest szybkość działania, lepiej jest się kierować sercem. Gdy kluczowa jest precyzja lepiej kierować się rozumem. Czasami najlepszym trybem decydowania jest najpierw pomyśleć sercem, a potem potwierdzić lub zaprzeczyć rozumem. Może każda nasza decyzja ma taką strukturę? Wtedy odpowiedź na tezę brzmi: zawsze potrzebujemy obu!

Odpowiedź może być dość złożona, ja skłania się ku stwierdzeniu, że najlepiej wykorzystywać oba te tryby decydowania w harmonijny sposób i kłaść nacisk na jeden z nich, tam, gdzie sytuacja wymaga jego mocnych stron!

O rozwoju osobistym

Artykuł omawia rozwój osobisty jako kluczową wartość ze stoickiej perspektywy, definiując jego różne typy: fizyczny, indywidualny, społeczny i refleksyjny. Każdy typ wpływa na refleksyjność, która jest uznawana za dobro. Autor proponuje metody praktyczne, podkreślając znaczenie analizy przekonań oraz prób nowych doświadczeń dla osobistego rozwoju.

Dzisiejszy artykuł poświęcę drugiej z kluczowych wartości, czyli rozwojowi osobistemu. Spośród wszystkich na mojej liście budzi ona zapewne największe zdziwienie, a jednak uważam ją za absolutnie kluczową z perspektywy stoickiej.

Pierwszym pytaniem w przypadku rozwoju osobistego jest: czy jest wartością? Nie chodzi tu o rozstrzyganie czy jest cenny lub pożyteczny, ale rozstrzygnięcie, czy nie jest częścią Dobra rozumianego jako stan najwyższej możliwej refleksyjności. W mojej dyskusji nad wolnością uległa ona rozszczepieniu na Wolność odnoszącą się do tego, co zależne i będącą częścią Dobra oraz wolność jako wartość odnoszącą się do tego, co niezależne. Zbadam czy podobne zjawisko będzie miało miejsce w przypadku rozwoju osobistego.

Zacznę moje rozważania od formalnych definicji. W kolejnych rozdziałach przejdę do jego właściwości, wpływu i sposobu praktykowania.

DEFINICJA ROZWOJU OSOBISTEGO

Rozwój osobisty jest typem procesu odnoszącym się do ciała lub umysłu konkretnej osoby. Aby nazwać proces „rozwojem”, musi mieć parametr, który rośnie wraz z jego postępami – nie musi być ściśle rosnący, ale w dłuższej perspektywie powinien wykazywać tendencję wzrostową.
Nieco bardziej szczegółowo opisałem formalne definicje w słowniczku.

Na tym etapie wyróżnię cztery podtypy rozwoju osobistego [1]:
+ rozwój fizyczny,
+ rozwój indywidualny,
+ rozwój społeczny,
+ rozwój refleksyjny.

Rozwój fizyczny dotyczy mojego ciała: zdrowie, ruch, szybkość, zręczność etc.
Jest podstawą biologicznego funkcjonowania, sprzyja trwaniu naszej istoty. Jest źródłem energii witalnych, potrzebnych do realizowania wartości.

Rozwój indywidualny dotyczy umiejętności i przekonań: wiedza, zawód, wspomnienia, charakter etc.
Jest zestawem narzędzi i mechanizmów, które wypracowuje na własny użytek i które czynią mnie unikalnymi w społeczności. Jest źródłem mojego osobistego funkcjonowania i podstawą mechanizmów decyzyjnych.

Rozwój społeczny dotyczy wpływu, jaki ma na mnie społeczności i jaki ja mamy na nią: znajomości, informacja zwrotna, język, ideologie, normy społeczne etc.
Jest fundamentem komunikacji z innymi i polem, na którym realizuje moje wartości w sposób wykraczający poza moją istotę. Dzięki niemu mogę z dobrem sięgnąć szerzej i dalej.

Rozwój refleksyjny dotyczy mojej refleksyjności: logika, etyka, decyzje, wartości etc.
Jest dobrem w ścisłym rozumieniu. To kolejny po Wolności aspekt mojej refleksyjności. Jest podstawą mojego rozwoju jako człowieka refleksyjnego, czyli człowieka dobrego.

JAK ROZWÓJ OSOBISTY WPŁYWA NA REFLEKSYJNOŚĆ

Omówiłem definicję rozwoju osobistego i rozbiłem go na kilka kategorii. Teraz spojrzę dokładniej, jak poszczególne kategorie wpływają na refleksyjność i w związku z tym, dlaczego uznaje go za wartość.

Po pierwsze, podobnie jak wolność, rozwój osobisty rozdziela się na dwie kategorie: rozwój refleksyjności, czyli rozwój rozumiany jako dobro i pozostałe aspekty, czyli rozwój rozumiany jako wartość.

Zacznę omówienie od pierwszej kategorii, czyli od rozwoju naszej refleksyjności. W tym artykule argumentowałem, że refleksyjność jest jedynym dobrem. Rozwijanie refleksyjności jest zwiększaniem zasobu dobra. Z tego trywialnie wynika, że rozwój refleksyjny jest dobrem, a w związku z tym jest wart, by go aktywnie realizować w życiu.

Na czym ten rozwój polega? Refleksyjność mogę rozumieć jako kompetencję czy umiejętność. Najlepszym sposobem na jej rozwijanie jest trening, czyli stosowanie jej w praktyce. Im częściej jej używam, tym sprawniejszy się staje, tym mam jej więcej. Czyli kluczem do rozwoju refleksyjności jest jej wykorzystywanie w codziennym życiu i w specjalnie wykreowanych sytuacjach treningowych.

Aby lepiej zrozumieć, z czym mam do czynienia, podzielę kompetencje refleksyjności na trzy filary według stoickiej reguły: logikę, etykę i metafizykę. O każdej z nich mogę myśleć jak o osobnej (choć powiązanej z pozostałymi) kompetencji, której rozwój wpływa bezpośrednio na moją refleksyjność.

Rozwój mojej kompetencji w logice to polepszanie umiejętności formułowania poprawnych i rozpoznawania błędnych wnioskowań. Zdania logiczne są językiem refleksji, ich maestria jest równoważna maestrii wewnętrznego dialogu, kształtującego moje decyzje. Bez logiki nie byłbym w stanie analizować swoich procesów wewnętrznych. Dlatego kształcenie logiki jest dobrem.

Rozwój mojej kompetencji w etyce to tworzenie i modyfikowanie hierarchii wartości, która nadaje kierunek moim wyborom, pozwala zrozumieć, co jest prawdziwie ważne a co nie. Jest tematem mojego wewnętrznego dialogu, etyczna maestria jest maestrią mojej wewnętrznej problematyki. Bez etyki nie byłbym w stanie oceniać, jak i które procesy wewnętrzne powinienem zmienić. Dlatego kształceni etyki jest dobrem.

Rozwój mojej kompetencji w metafizyce to rozumienie mojego miejsca w świecie, tego, czym jestem i jak usadawiam się względem wszechświata. Zrozumienie mojego miejsca pozwala mi poprawnie określić obszar mej sprawczości i ograniczać decyzje, które podejmuj do tych, które są ode mnie zależne. Metafizyka jest granicą mojego wewnętrznego dialogu, jej maestria jest maestrią w angażowaniu wewnętrznych zasobów, tam tylko gdzie są skuteczne. Bez metafizyki mój wewnętrzny dialog rozlałby się po całym świecie i stracił swą moc. Dlatego kształcenie metafizyki jest dobrem.

Rozwój fizyczny

Moje ciało nie jest mną w tym sensie, że nie jest moją refleksyjnością, jednak ja nie mogę istnieć bez ciała, tak jak nie mogę istnieć bez tlenu, choć nie jestem tlenem. Moje ciało potrzebuje napoju, pokarmu i aktywności, by funkcjonować, potrzebuje też opieki lekarza i leku, gdy jest chore. Ciało wysportowane, dobrze odżywione i systematycznie leczone jest trwalsze. Z tego wnoszę, że rozwój fizyczny przedłużając trwanie mojego ciała, przedłuża także trwanie mojej refleksyjności, w związku z tym jest wartościowy.

Drugą wartością płynącą z rozwoju fizycznego, jest zwiększenie zasobów energii dostępnych mojej refleksyjności. Refleksyjność jest procesem i aby się toczyć, wymaga energii, a tej dostarcza moje ciało. Wysportowane, dobrze odżywione i systematycznie leczone ciało ma większe zasoby energii, których mogę użyć do podtrzymania refleksyjności. Z tego wnoszę, że rozwój fizyczny zwiększa mój potencjał refleksyjny, w związku z tym jest wartościowy.

Jedyne co jest konieczne do zaistnienia refleksji to żywy mózg i rezerwa energii. Refleksja istnieje i toczy się także w człowieku, który nie ma możności rozwoju fizycznego w klasycznym sensie. Silne ciało nie jest konieczne dla refleksyjności, w związku z czym rozwój fizyczny nie jest dobrem, choć jest wartością.

Z rozwojem fizycznym można przesadzić. Zbyt wielka jego ilość nie przyczynia się do zachowania zdrowego ciała i energii witalnych, staje się celem samym w sobie, co jest niekorzystne dla mojej refleksyjności, bo odbiera jej czas i zasoby. Ciało jest ważne, o tyle o ile przyczynia się do lepszego funkcjonowania rozumu, wszystko poza tym jest zbędne.

Rozwój indywidualny

Sfera osobista odnosi się do takich elementów jak przekonania, umiejętności praktyczne, charakter czy nawyki. Ta sfera nie jest mną, ale jest zestawem procedur mojego funkcjonowania, tak jak komputer pokładowy nie jest samolotem, ale jest konieczny, by samolot mógł lecieć. Potrzebuje moich indywidualnych właściwości, by wyodrębnić siebie ze świata i móc zrozumieć i oddziaływać na tenże świat. Mając klarowne, sprawdzone przekonania, dobre nawyki, cenne umiejętności i godny charakter, poznaje świat pełniej i komunikuje się z nim skuteczniej. Poznanie świata jest pożywką dla mojej refleksyjności, komunikowanie się jest sposobem na wzbudzanie refleksyjności w innych. Z tego wnoszę, że rozwój osobisty zwiększa potencjał refleksyjny, w związku z tym jest wartościowy.

Refleksja musi być uczyniona nad czymś. Choć sama dla siebie może być pożywką, to łatwiej jest jej działać nad czymś zewnętrznym. Głównym zewnętrznym materiałem dla refleksyjności jest to, co nazywam moją osobowością, czy inaczej moimi mechanizmami funkcjonowania. W tej sferze mieści się też mechanizm podejmowania decyzji, o którym pisałem w tym artykule. Przestrzeń osobista jest związana z przestrzenią społeczną, która także jest obszarem funkcjonowania moich decyzji. Różni je to, iż w przestrzeni osobistej ulokowane jest to, co sam świadomie wykształcam, w przestrzeni społecznej to, co jest mi narzucane przez kulturę, w której funkcjonuje i co może plasować się w podświadomości.

Podobnie jak w przypadku fizyczności tak przy osobowości jej dobry stan nie jest konieczny do bycia refleksyjnym, ale jej minimalne funkcjonowanie konieczne jest. Utrata osobowości nie jest zjawiskiem częstym, ale realnym. Wiele chorób psychicznych i stanów chorobowych mózgu interpretuje jak taką stratę. Przypuszczam, że przy braku osobowości, refleksyjność jest niemożliwa. Mimo tego dobry stan indywidualności nie jest konieczny dla refleksyjności, nie jest więc ona dobrem, choć jest wartością.

Przypuszczam, że i z rozwojem osobowości podobnie jak z rozwojem fizycznym można przesadzić, ale w tej sferze większym zagrożeniem dla refleksyjności wydaje mi się rozwój w złym kierunku, czyli budowanie destrukcyjnych nawyków czy fałszywych przekonań.

Rozwój społeczny

Strefa społeczna odnosi się do elementów mojego funkcjonowania, które zostały mi narzucone przez środowisko ludzkie, w którym funkcjonuje. Ten proces jest intensywny w dzieciństwie, z wiekiem słabnie, ale nigdy całkowicie się nie kończy. Te elementy są dla mnie konieczne, bym mógł funkcjonować w otoczeniu i współpracować z innymi ludźmi. Kooperacja z ludźmi w dziedzinie wymiany idei, dyskusji, dzielenia się informacją zwrotną jest płodnym obszarem do działania mojej refleksyjności. Analizowanie procesów zachodzących między mną a innymi to akt refleksyjności. Z tego wnoszę, że rozwój społeczny zwiększa potencjał refleksyjny, w związku z czym jest wartościowy.

Odnoszą się tu podobne uwagi jak do rozwoju indywidualnego, jako że te sfery są sobie bliskie. Główną zaletą jest odgrywanie roli zewnętrznej pożywki dla refleksyjnego ducha odnoszącej się do mechanizmów mojego funkcjonowania z innymi: ulepszania ich i poszukiwania tych, które są atawistyczne, czyli dawniej użyteczne, ale teraz już obojętne lub szkodliwe. W obrębie tej sfery mieści się także rzucanie wyzwań obowiązującym normą społecznym, co jest źródłem refleksji dla mnie i innych.

Ze wszystkich trzech wartościowych przejawów rozwoju, ten wydaje się najmniej koniecznym w tym sensie, że człowiek na bezludnej wyspie może się bez niego obyć. Jednak to mylne założenie, ów człowiek musiał przejść jakąś socjalizację i warunkowanie społeczne, inaczej by nie przetrwał, bo ludzkie dzieci nie są zdolne do samodzielnego przetrwania w naturze jeszcze długo po urodzeniu. Ten element opieki jest elementem socjalizującym. Także minimalny rozwój społeczny jest konieczny dla refleksji, po to, by umożliwić przetrwanie, bez którego jej nie ma. Całkowita izolacja od stada jest dla człowieka niezwykle trudnym stanem. Przypuszczam, że refleksyjność może w takiej izolacji istnieć, jednak wyobrażam sobie, że jest niezwykle utrudniona. Mimo tego dobry stan uspołecznienia nie jest konieczny dla refleksyjności, nie jest więc ono dobrem, choć jest wartością.

Z rozwojem społecznym na pewno można przesadzić. Chodzi mi przede wszystkim o skoncentrowanie życia i funkcjonowania na odpowiadaniu na sygnały płynące ze społeczeństwa, od innych ludzi, całkowicie ignorując sygnały płynące z wnętrza. Jest to jakby przeniesienie wielu moich kompetencji na świat zewnętrzny. Moje emocje nie są moim dziełem – to inni je wywołują. Jestem szczęśliwy nie wtedy kiedy zrobię coś dobrego, tylko kiedy zostanę pochwalony. Przykłady mógłbym mnożyć. Objawy te są efektem błędów w moim rozwoju społecznym i warte są, bym się nad nimi pochylił i jej poprawiał jak dalece to możliwe. Uważam, że szczególną uwagę warto przy tym zwracać na przekonania związane z religią i innymi ideologiami, których wpływ pojawił się we wczesnym dzieciństwie. Warto je obejrzeć krytycznie i zakwestionować.

METODY ROZWOJU OSOBISTEGO

W tym rozdziale chciałem dodać nieco praktycznych wskazówek jako uzupełnienie teoretycznego wstępu. Przykłady, które zobaczycie poniżej, są moimi osobistymi doświadczeniami, choć metody są często znane. Wiem, że okazały się przydatne dla mnie, nie widzę znacznego ryzyka w ich praktykowaniu, ale też nie gwarantuje, że dla was okażą się pomocne. Dla żadnej z nich nie posiadam ani nie szukałem badań potwierdzających ich skuteczność. Stosujcie zgodnie z własnym uznaniem i na własne ryzyko!

Po pierwsze, jeśli chodzi o rozwój refleksyjności, to dla wszystkich jej aspektów już podałem kilka metod i praktyk, które stosuje. Zapraszam do odpowiednich artykułów:
Logika
Etyka
Metafizyka

Ćwiczenie sprawności ruchowej

Celem tej praktyki jest utrzymanie ciała w sprawności do wykonywania podstawowych czynności dnia codziennego.
Osobiście praktykuje na trzy sposoby. Pierwszy to ćwiczenia na siłowni pod obciążeniem oraz rozciąganie. Mają zbudować muskulaturę, która będzie skutecznie wspierać układ kostny w utrzymywaniu wyprostowanej postawy i przyjmowaniu obciążeń przy wysiłku. Rozciągania służą utrzymaniu dużego zakresu ruchomości stawów, niwelując szkodliwy wpływ siedzącego trybu życia.
Drugi sposób to regularna jazda na rowerze. Dla mnie to przede wszystkim sposób na przemieszczanie się po mieście: na dojazdy do pracy, na zakupy, do biblioteki, do kina i tak dalej. To robię przez cały rok. Dodatkowo w sezonie ciepłym znajduje czas na mniejsze i większe eskapady po mieście i poza nim. Odbywa się to z korzyścią dla układu krążenia.
Trzeci sposób to chodzenie po górach. To głównie sezonowa aktywność, która ma utrzymać moją mobilność oraz stanowić mocny wycisk dla układu krążenia. Wisienka na torcie: ta aktywność także wspaniale otwiera mi umysł i pozwala myśleć z szybkością i sprawnością nieosiągalną na równinach!

Kardio i utrzymanie masy ciała

Utrzymanie właściwej masy ciała i dobrej kondycji układu krążenia to aktywność obliczona na zwiększenie szans na dłuższe życie. Ma ona dwie strony. Po pierwsze, jest to ruch, o którym wspomniałem wcześniej (rower, góry, siłownia). Po drugie, jest to odpowiednia dieta, rozumiana jako ograniczenie spożywanych kalorii oraz spożywanie pokarmów bogatych w składniki odżywcze, a możliwie ubogich w substancje szkodliwe. Jedno z drugim idzie w parze, jest mi trudno utrzymać właściwą masę ciała samą dietą, czy też samą aktywnością fizyczną.
Wybór konkretnych aktywności ma niewielkie znaczenie, kluczowe jest, by się ruszać, mając na uwadze dwa aspekty: zachowanie sprawności motorycznej i zachowanie dobrej kondycji układu krążenia. Czy jeżdżę na rowerze, czy biegam to sprawa preferencji.

Analizuj swoje przekonania

Jestem przekonany o bardzo wielu rzeczach. Wiele moich przekonań nie jestem świadoma. Wiele moich przekonań, tych świadomych i podświadomych, jest fałszywa. Póki jakieś przekonanie we mnie tkwi, póty będzie dyktować moje decyzje i zachowania. Warto im się regularnie przyglądać i aktywnie odkrywać te, które chowają się w podświadomości.

W mojej praktyce najlepszą metodą na wychwytywanie podświadomych przekonań jest przyglądanie się emocją, które się w nas aktywują. Czynię to, zadając pytania, dlaczego czuję to co czuję akurat w tej sytuacji i drążąc temat, to znaczy nie poprzestając na powierzchownych odpowiedziach. Tak mogę dotrzeć do przekonania, które leży u źródła emocji. Piszę „mogę dotrzeć”, bo z praktyki wiem, że często pierwsze odkrycia są fałszywe, że nie dotarłem z pytaniami dość głęboko. Analiza błędnie uchwyconych przekonań, zwykle prowadzi mnie do uświadomienia sobie pomyłki, a analiza jej natury pomaga mi lepiej zrozumieć podobne sytuacje w przyszłości.

Kiedy mam już przekonanie w ręku, zaczynam zadawać pytania. Moją ulubioną metodą analizowania przekonań jest dialog sokratejski, czyli wymiana pytań i odpowiedzi. Staram się w ten sposób drążyć temat, nie zachowując obiektywności, raczej próbuje być adwokatem diabła, czyli okazywać sceptycyzm wobec przekonania i zadawać niewygodne pytania.

Po tym procesie mam pojęcie czy przekonanie jest słuszne. Jeśli tak, nic więcej robić na tę chwilę nie muszę. Jeśli nie, kolejnym etapem jest zmiana przekonania. Jeśli przekonanie jest świadome, sprawa jest prosta: przyjmuje nowy punkt widzenia. Gorzej, jeśli jest podświadome. Wtedy muszę „przekonać” podświadomość do nowych wniosków. W tym celu kilkakrotnie przechodzę przez rozumowanie, utrwalając je. Zawsze, gdy efekty starego przekonania ponownie się pojawią, powtarzam nową prawdę, analizując sytuację w jej kontekście. Z czasem nowy sposób myślenia zakorzenia się w podświadomości, przy czym przy mocnych przekonaniach może to trwać latami. Sam ma kilka takich, które wiem, że są fałszywe od kilku lat, a mimo niekiedy, choć rzadziej niż kiedyś, aktywują się w podświadomości.

Mów i słuchaj

Ten rozdział mógłby się równie dobrze nazywać: pisz i czytaj. Chodzi o to, by dzielić się swoimi przemyśleniami i spostrzeżeniami z innymi. W moim przypadku dzieje się to poprzez pisanie w różnych zakamarkach Internetu także dlatego, że mówienie mi nie wychodzi tak sprawnie.

Celem tego ćwiczenia jest wystawienie moich przekonań, poglądów i rozmyślań na informację zwrotną. Mam tendencję do zadurzania się we własnych wywodach, ot taki egocentryczny rys. Nie ma nic lepszego dla mojego myślenia, niż porządna krytyka i kubeł wody wylany na głowę. Nie zawsze pod wpływem takiej terapii zmieniam zdanie, ale zawsze po niej lepiej rozumiem problem, z którym się mierzę.

Nie wiem, czy jest ogólnie ludzką przypadłością, by przeceniać wagę własnych myśli. Na pewno jest to moja przypadłość. Jeśli macie podobnie, to zachęcam was do znalezienia dobrego medium do wygłaszania swych tez i poddawania ich konstruktywnej krytyce, będąc przygotowanym, iż czasem będzie druzgocąca.

Kwestionuj to co oczywiste

Jeśli mam wybrać które prawdy i przekonania zakwestionować, zaczynam od tych, które wydają się najbardziej oczywiste. Robię tak dlatego, że są najniebezpieczniejsze. Im bardziej jestem przekonany do słuszności jakiegoś przekonania, tym mniej refleksji będę poświęcał mu i jego skutkom. To niebezpieczna sytuacja. Jeśli tak się zdarzy, że uzyskam pewność co do prawdziwości czegoś, co jest fałszywe, to sam siebie wywiodę na manowce. Gdy zauważę, że czegoś jestem pewny, zaczynam czujniej się temu przyglądać. W końcu pewność nie istnieje poza obszarem twierdzeń matematycznych!

Ta sama zasada odnosi się do tego, co mi mówi społeczeństwo i inni ludzie. Im bardziej są pewni co do słuszności swoich poglądów i twierdzeń, tym ja bardziej staje się sceptyczny. Nie ma prawie nic pewnego na tym świecie, więc sprzedawanie czegoś jako pewnik jest podejrzane. Z tego właśnie powodu zachowuje duży dystans co do twierdzeń religijnych, pewność w ich wyznawcach sugeruje mi, że mam do czynienia z pomyłką, której poddali się liczni, może poprzez manipulację, może dlatego, że przyjemnie im było uznać to za pewnik, może z obu tych powodów. Jakkolwiek by było, im bardziej wyznawcy pewni są swego bóstwa, tym bardziej ja jestem sceptyczny. Nic pewnego poza twierdzeniami matematyki, jeśli ktoś mówi inaczej, to podejrzewam, że nie wie do końca, o czym mówi i jest poważnie zagubiony.

Próbuj nowych rzeczy

Próbowanie nowych rzeczy, wyzwań i poznawanie ludzi poszerza horyzonty. Po prostu daje mi informacje o tym, co jest możliwe i dostępne, dzięki czemu pole mojego wyboru rośnie.

Dlatego staram się w miarę regularnie próbować czegoś nowego. Po pierwsze podróże, czyli zwiedzanie nowych miejsc, a nie trzeba jechać daleka, by było ciekawie. W zasięgu kilku godzin drogi są miejsca nieodkryte a godne uwagi. Podróże zagraniczne mają dodatkowy aspekty nowości w postaci lokalnej kultury, jednak z mojego doświadczenia wynika, że ciężko jest tę kulturę poznać i jako turysta poruszam się w pewnego rodzaju bańce. Da się z tej bańki wyrwać, ale jest to trudne. Mnie osobiście nigdy się nie udało.

Drugi aspekt nowego to poznawanie nowych ludzi. To najłatwiej zrobić, z mojego doświadczenia, poprzez angażowanie się w „kółka zainteresowań”. Przykładem jest klub mówców, do którego uczęszczam, kompletnie nowa ekipa ciekawych ludzi, z którymi już na wejściu mam wspólny temat. Możliwości jest bardzo wiele od szachów po budowanie robotów.

To sprowadza nas do trzeciego aspektu, czyli do próbowani nowych umiejętności i zajęć. Jednym plusem tego podejścia jest wspomniane poznawanie nowych ludzi, drugim rozwijanie moich własnych umiejętności. Czy jest to koordynacja ruchowa w tańcu, umiejętności wokalne na lekcji śpiewu, czy cokolwiek innego, stymulujemy w ten sposób mój umysł do rozwoju. Nie wszystko musi się mi spodobać i ze mną zostać, warto jednak sprawdzać, bo prędzej czy później coś się mi spodoba i do mnie przyklei.

Sto razy pytaj „dlaczego?”

Ten motyw przewijał się w innych podpunktach, ale chcę go podkreślić osobno. Co byśmy nie robili, co byśmy nie myśleli, jakbyśmy nie zadecydowali, warto co jakiś czas zapytać się „dlaczego?”.

Staram się być dla samego siebie najbardziej namolnym towarzyszem, który co rusz pyta: a dlaczego to robisz? Nie potrafię odpowiedzieć? Może warto przerwać tę czynność i się zastanowić? Nic i nigdy nie robię bez powodu. Jeśli coś czynię, ale nie potrafię wyjaśnić dlaczego, to znaczy, że moje motywacje są przede mną ukryte. Im większy wpływ ma dana czynność na moje życie, tym ważniejsze jest, bym znalazł prawdziwe powody, jakie za nią stoją.

To bywa męczące, nie przeczę. I wiem doskonale, że nie da się każdej czynności w życiu poddawać za każdym razem podobnemu przesłuchaniu, ale wiem, że każdą większą decyzję, można od czasu do czasu sprawdzić dociekliwym „dlaczego?”.

Pamiętajmy też, by nie zatrzymywać się na pierwszym pytaniu, by drążyć i pogłębiać aż nie uzyskamy satysfakcjonującej i logicznej odpowiedzi. Jeśli trzeba sto razy zapytać „dlaczego?” to pytam. Wiedza o motywach mojego postępowania jest warta czasu poświęconego na ich badanie!

[1] Rozdzielenie rozwoju na cztery typy jest inspirowane podziałem istoty ludzkiej zaproponowanym przez Tomasza Mazura w nieopublikowanym jeszcze tekście „Cztery ciała człowiek”.

O budowaniu relacji

Artykuł bada mechanizmy tworzenia relacji, ze szczególnym uwzględnieniem roli układu nagrody i wpływu substancji psychoaktywnych, jak alkohol. Podkreśla znaczenie właściwości relacji oraz cech definiujących ich charakter. Autor przestrzega przed zniekształceniem oceny drugiej osoby przez dopaminowe stymulacje, podkreślając wagę świadomego podejścia do interakcji.

Treść dzisiejszego artykułu będzie swobodną hipotezą dotyczącą relacji i mechanizmów ich formowania. Dlaczego swobodną? Bo popartą minimalną ilością dowodów naukowych. Będę sporo zakładał i zgadywał, postaram się jednak przy tym zachować spójność logiczną.

Zainteresowałem się tym tematem z kilku powodów. Po pierwsze, relacje to jedna z moich kluczowych wartości, są dla mnie istotne i cenne, a ich zrozumienie jest przydatne. Po drugie, kwestia alkoholu, który w naszym społeczeństwie stanowi jedną z osi budowania relacji, a którym gardzę. Po trzecie, religia, która także jest osią budowania relacji, a z którą nie mam do czynienia. Można powiedzieć, że moją motywacją był niepokój, iż jestem odcięty od kluczowych mechanizmów tworzenia relacji.

DEFINICJA RELACJI

Zacznę moje rozważania od zdefiniowania relacji. Ten fragment będzie nieco techniczny, ale żeby dobrze zrozumieć dalszą część wywodu, proponuje Ci drogi czytelniku, by przeczytać przynajmniej wytłuszczone elementy tego rozdziału.
Pod tym linkiem znajdziecie kilka wcześniej wprowadzonych definicji.

Rdzeń relacji to stan umysłu refleksyjnego będący parą uporządkowaną, w której pierwszym elementem jest tenże umysł, a drugim dowolny obiekt rzeczywistości.
Przykłady:
Ja i ja, czyli rdzeń relacji z samym sobą.
Ja i inny człowiek, czyli rdzeń relacja między ludzkiej.

Właściwości relacji to stany umysłu odnoszące się do rdzenia relacji. Mogą to być: wspomnienia, emocje, przekonania, klasyfikacje, opinie etc.
Przykłady:
Emocja miłości może być właściwością relacji między mężem i żoną.
Przekonanie, że jestem zainteresowany romantycznie, może być właściwością mojej relacji z koleżanką z pracy.

Właściwości są budulcem relacji, trudno sobie wyobrazić jakąś całkowicie ich pozbawioną. Jądro mówi nam, co jest ze sobą w relacji, właściwości określają jej charakter.

Relacja to jądro relacji wraz z właściwościami.

Relacje mogą mieć cechy, czyli sądy wartościujące relację pod kątem jakiegoś parametru (toksyczność, bliskość, użyteczność etc.). Cechy możemy rozumieć jako podzbiory właściwości relacji wybrane ze względu na łączący je parametr. Zbiory cech nie są rozłączne, jedna właściwość może trafiać do wielu cech.

Cechy są niezwykle istotne dla praktycznego rozumienia relacji. Wyróżniające się cechy definiują, jak klasyfikujemy relację. Oto kilka ważnych cech, jakie nadajemy relacją:

Romantyczna/platoniczna. Odpowiedź na pytanie, czy w relacji jest zawarty element miłości romantycznej. To może się wydawać stanem binarnym, ale uważam, że jest to spektrum, relacje mogą być mniej lub bardziej romantyczne.
Bliska/daleka. Możemy to rozumieć jako miarę ilości elementów w zbiorze właściwości relacji. Im ten zbiór jest bogatszy, tym relacja jest bliższa.
Jednostronna/wzajemna. Ja mogę być z czymś bądź kimś w relacji, ale nie odwrotnie. Bardzo typowa sytuacja dla relacji z przedmiotami nieożywionymi, gdzie wzajemność jest zwyczajnie niemożliwa. Ta cecha jest zero-jedynkowa.
Toksyczna/budująca. Czy relacja mnie wzmacnia i buduje moje możliwości jako człowieka, czy przeciwnie, osłabia i wysysa energię? Ta cecha rozciąga się na spektrum pomiędzy dwoma skrajnościami.
Realna/wirtualna. Czy znam obiekt relacji osobiście, czy nasze kontakty ograniczają się do świata wirtualnego? Nie jestem pewien czy rozumieć ten stan zero-jedynkowo, czy myśleć o nim jako o spektrum, czyli jak część relacji rozgrywa się w świecie wirtualnym, jak w rzeczywistym.
Przyjemna/nieprzyjemna. Czy formowanie nowych właściwości w tej relacji sprawia mi przyjemność, czy ból/dyskomfort? Wbrew wszelkim pozorom jest to cech odmienna od toksyczności. Są relacje nieprzyjemne, trudne, które mają właściwości niezwykle budujące i są relacje przyjemne, które toksycznie zatruwają życie.

Te przykłady nie wyczerpują wszystkich możliwych charakterystyk relacji, można by je mnożyć. Poprzestanę jednak na powyższych, które uważam za kluczowe. Jeśli uważacie, że coś istotnego pominąłem, dajcie znać!

HIPOTEZA: MÓZG FORMUJE RELACJE POPRZEZ DODAWANIE DO NICH WŁAŚCIWOŚCI

W tym rozdziale rozważę następującą hipotezę: formowanie relacji to dodawanie nowych elementów do jej zbioru właściwości. Relacja nie może istnieć, jeśli zbiór właściwości jest pusty. Sama wiedza o istnieniu drugiego elementu relacji jest już jej właściwością.

Na początku formowania się relacji jej zbiór właściwości procentowo rośnie bardzo szybko. To trywialna obserwacja, zasadzająca się na tym, że póki zbiór właściwości zawiera niewiele elementów, łatwo jest zwielokrotnić jego liczebność. Z tego może się wywodzić popularna opinia, iż pierwsze wrażenie jest niezwykle istotne dla relacji. Przypuszczam, że jest faktycznie kluczowe dla decyzji czy kontynuować relacje po pierwszym spotkaniu, ale jeśli będzie ona trwała, to jest jak najbardziej możliwe, by zatrzeć pierwsze wrażenie.

Zmiana w relacji polega na dodawaniu do niej nowych właściwości albo modyfikowaniu istniejących. Im dłużej relacja trwa, czy im więcej posiada właściwości, tym trudniej ją zmodyfikować. Dodanie jednej właściwości do setek istniejących w niewielkim stopniu zmienia ogólny obraz.
Właściwości z czasem zacierają się. Można je też aktywnie zmieniać, dotyczy to przede wszystkim tych, które mają formę przekonań, ale także tych, które interpretujemy jako wspomnienia – może to być forma urealniania wspomnień albo ich kreatywnego zmieniania by lepiej spełniały swoją funkcję. Ma to związek z tym, jak rozumiem naturę wspomnienia.

Nasz mózg nie jest kamerą wideo i nie nagrywa dokładnie wszystkiego, co widzi i słyszy. Zapamiętujemy wybiórczo, a często zabarwienie emocjonalne sytuacji decyduje o kształcie wspomnienia. Chciałbym zwrócić uwagę, że to, co pamiętamy, rzadko jest tym, co się faktycznie wydarzyło. To kluczowe dla formowania relacji, jako że wiele ich właściwości to wspomnienia, które nie są precyzyjnymi odwzorowanie rzeczywistości tylko interpretacjami, które w skompresowany sposób reprezentują realną sytuację.
Hipoteza: celem wspomnień (a więc i właściwości relacji) nie jest zgodność z prawdą i rzeczywistością, lecz informowanie przyszłych decyzji, tak by prowadziły do stanów uznawanych przez mózg za pożądane w momencie ich formowania.
Zgodność z rzeczywistością w tym niekoniecznie pomaga, a może nawet przeszkadzać.

Mózg koloruje i podkręca wspomnienia w zależności od kontekstu, wzmacniając te, które odnoszą się do czynności, które powinniśmy powtarzać, a zacierające te, które dotyczą czynności obojętnych lub niekorzystnych (chyba, że powinniśmy ich aktywnie unikać).
Hipoteza: mamy tendencję do tego by lepiej pamiętać to co dobre, zapominając to co złe.

Dygresja: dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, co złe? Czy to nie pomogłoby tego unikać? Przypuszczam, że nasz mózg działa tutaj jak Wielki Brat z „Roku 1984” Orwella, czyli stosuje cenzurę myśli. Jeśli nie wiemy, że jakaś zła czynność jest możliwa, to nie możemy jej wykonać, chyba że przypadkiem. Spekuluje, że dlatego właśnie mamy tendencję do zapominania tego, co złe.

Jaki mechanizm stoi za kolorowaniem i wybieraniem wspomnień? Zapewne więcej niż jeden, ale dziś chciałem się skupić, na mechanizmie nagrody, który podejrzewam o najbardziej znaczący wpływ na koloryt naszych wspomnień.

HIPOTEZA: AKTYWACJA UKŁADU NAGRODY WPŁYWA NA FORMOWANIE SIĘ WSPOMNIENIA

Układ nagrody w naszym mózgu jest siecią odpowiedzialną za wzmacnianie zachowań, które są korzystne dla wypełnienia naszej biologicznej funkcji, czyli prokreacji. Ta sieć występuje także w mózgach innych zwierząt, dzięki czemu możemy prowadzić nad nią pośrednie badania.

W uproszczeniu działanie układu nagrody przedstawia się następująco: kiedy jesteśmy poddawani bodźcowi, który jest interpretowany jako korzystny dla przetrwania, w mózgu wydziela się neuroprzekaźnik zwany dopaminą. Dopamina spełnia kilka funkcji, ale interesujące dla nas jest odpowiadanie za odczucie spełnienia. Wzrost jej poziomu jest dla układu nagrody znakiem, że to, co się właśnie zdarzyło, jest korzystne i powinno być powtarzane.

W naturalny sposób aktywują układ nagrody: jedzenie i picie, seks (szczególnie orgazm), dotyk drugiego człowieka, rozmowa, wysiłek fizyczny i inne. Choć każda z tych czynności powoduje wydzielenie dopaminy, jej ilość nie jest jednakowa – niektóre czynności są ważniejsze.

HIPOTEZA POMOCNICZA: układ nagrody nie rozróżnia, która konkretnie czynność go aktywowała, jedynie, że został aktywowany. Przykład: kiedy jemy kolację, oglądając film, mózg zakoduje smak jedzenia i obrazy na ekranie, jako związane z otrzymaną nagrodą. Nie będzie wiedział, że wyrzut dopaminy aktywowało jedzenie.

Kiedy układ nagrody zostaje aktywowany, zwiększa się prawdopodobieństwo zapamiętania danego wydarzenia oraz poziom przyjemności, który zostanie z nim powiązany. Takie przyjemne wyraziste wspomnienie ma nas skłonić, by w przyszłości powtarzać daną czynność.

Jak wspomniałem, wszystko, co jest zawarte we wspomnieniu, zostanie zakodowane jako przyjemne i warte powtarzania: jedzenie posiłku na równi z oglądaniem serialu. Sieć układu nagrody nie rozróżnia, który element ją faktycznie aktywował.

WNIOSEK: jeśli regularnie robimy coś w czasie posiłku, tę czynność zapamiętamy jako przyjemniejszą, niż w rzeczywistości jest!

Uważam, że powyższy schemat jest kluczowy w przypisywaniu wagi poszczególnym właściwością relacji. Im silniejsza stymulacja układu nagrody, tym wyższa waga zostanie przypisana danemu wspomnieniu, tym większy będzie miało wpływ na daną relację.

Suma wszystkich wag właściwości relacja daje całkowitą wagę tejże, czyli określa, jak ważna jest dla nas. To oznacza, że jakość (siła stymulacji układu nagrody) interakcji z obiektem jest równie ważna, jak ich ilość. Całkowitą wagę relacji używamy, by porównywać dwie relacje między sobą, czyli rozstrzygać, która z nich jest dla nas ważniejsza.

Gdy natomiast chodzi o cechy relacji, to ich wartość jest sumą wag wszystkich właściwości znajdujących się w odpowiadających im zbiorach. Przypominam, że cechy relacji to, na przykład: toksyczność, bliskość.

UWAGA NA MARIGNESIE: możliwe, iż w przypadku cechy relacji, jest jeszcze dodatkowy parametr, który określa jej intensywność względem danej cechy. Nie każde wspomnienie jednakowo silnie wpływa na każdą z cech, do których należy.

Waga relacji i jej cechy (a w szczególności ich konkretne wartości) są co do zasady nieuświadomione. Nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, że dana relacja ma dla nas wartość X, a druga Y. Zazwyczaj jednak jesteśmy w stanie stwierdzić świadomie, która relacja jest ważniejsza.

Ta niemożność określenia konkretnych wartości wiąże się z tym, że mózg nie przechowuje arkusza kalkulacyjnego z wartościami liczbowymi wagi relacji czy jej cech. Przypuszczam jednak, że mamy podświadome mechanizmy, które skutecznie syntezują wszystkie właściwości relacji w jakościowe porównania.

Tak układ nagrody, poprzez mechanizm formowania się wspomnień, wpływa silnie na treść naszych relacji.

WNIOSEK: DLA JAKOŚCI RELACJI ISTOTNE SĄ NIE TYLKO CECHY JEJ PRZEDMIOTU, ALE TAKŻE OKOLICZNOŚCI W KTÓRYCH WCHODZIMY Z NIM W INTERACKCJE

Relacje, które formujemy, nie są obiektywnym odwzorowaniem jakości ich przedmiotu. Ten sam przedmiot możemy obdarzyć pozytywnym uczuciem, jeśli poznaliśmy go w korzystnych warunkach, lub negatywnych, jeśli warunki naszego poznania były niekorzystne. Ten efekt jest szczególnie istotny w początkowych fazach relacji, gdy nie jest ona jeszcze bogata we właściwości i łatwo może się zmieniać.

Szczególną rolę w formowaniu naszego wrażenie pełni układ nagrody, który wpływa na to, jak postrzegamy osoby, przedmioty, sytuacje i miejsca, w których dochodzi do jego aktywacji. W przykładzie z poprzedniego rozdziału: jeśli oglądamy serial w czasie posiłku, wyda nam się lepszy, niż w rzeczywistości jest!

Wydaje się, że większość z nas zdaje sobie z tego intuicyjnie sprawę. Kreujemy spotkania z innymi ludźmi, w taki sposób by towarzyszyły im wyrzuty dopaminy. Klasycznym przykładem jest randka przy eleganckiej kolacji. Spędzając czas z drugą osobą podczas jedzenia posiłku, kodujemy zarówno w naszym mózgu, jak i w mózgu osoby towarzyszącej, skojarzenie z nagrodą, a w związku z tym myślimy o sobie nawzajem nieco cieplej.

Obserwacja: łamiąc symetrię tego mechanizmu, można go wykorzystać do manipulacji! Na przykład, zachęcając drugą osobę do jedzenia słodkości, podczas gdy my nie jemy, sprawiamy, że owa osoba myśli o nas nieco lepiej, podczas gdy my zachowujemy wobec niej więcej obiektywizmu.

Drugą intuicyjnie jasną manifestacją tego mechanizmu, jest udane życie seksualne w związku, gdzie przez „udane” rozumiem tu takie, które skutkuje orgazmem dla obu stron. To niezwykle istotny czynnik budujący relację, gdyż osoba, z którą uprawiamy seks, jest kodowana jako część przyjemnego spełnienia orgazmu, w efekcie myślimy o niej cieplej i postrzegamy ją w pozytywnym świetle.

Trzecią intuicyjną manifestacją są wspólne rodzinne posiłki, które są wykorzystywane jako sposób na formowanie dobrych familijnych relacji. Spędzając razem czas przy smacznym posiłku, będziemy myśleć o sobie nieco lepiej. Warto tu jednak zauważyć dwie rzeczy. Pierwsza, powinniśmy zwracać uwagę na innych domowników nie ekran smartfona, bo inaczej to urządzenie zakodujemy jako „sympatryczne”. Po drugie, układ nagrody to nie wszystko i jeśli zapędzono nas do stołu pod groźbą kary, to żadna ilość dopaminy nie sprawi, że zaczniemy cieszyć się towarzystwem.

Płyną z tego dwa praktyczne wnioski. Pierwszy, jeśli chcesz rozwijać, utrwalać i pogłębiać relację, dbaj, by spotkaniom z jej obiektem towarzyszyły zachowania stymulujące układ nagrody (jedzenie, wspólny wysiłek fizyczny, śmiech, seks etc.).
Drugi, jeśli chcesz zachować możliwie obiektywne spojrzenie na drugą stronę, usuwaj wszelkie stymulanty dopaminy z obrębu waszych spotkań. To sytuacja dość typowa w biznesie, jeśli negocjujesz z dostawcą cenę, nie stawiaj między wami ciasteczek, a już na pewno sam ich nie jedz! Lepsze dla twojego celu będzie zachowanie obiektywizmu i nieformowanie przyjaznych uczuć do dostawcy.

Obserwacja: w tym drugim przypadku widzimy pole do manipulacji. Jeśli postawimy na stole pyszne ciasteczka i skłonimy dostawcę, by je zjadł, podczas gdy my sami się powstrzymamy, tworzymy lekkie zachwianie równowagi w relacji na naszą korzyść.

Wniosek na koniec jest taki, że, po pierwsze, nie powinniśmy zbyt mocno ufać naszym odczuciom o innych osobach, zwłaszcza jeśli „strzelało” między nami dużo dopaminy. Po drugie, jest cenne, by zdawać sobie sprawę z tego efektu i go świadomie wykorzystywać, by wzmacniać relacje bliskie i chronić relacje formalne i biznesowe przed nadmierną bliskością. To drugie nie musi być wcale manipulacją, o ile zachowujemy symetrię i szczerze informujemy drugą stronę o naszych intencjach!

HIPOTEZA: NARKOTYKI ZMIENIAJĄ FORMOWANIE SIĘ RELACJI

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie poruszył w artykule tematu narkotyków, a w szczególności alkoholu 😉
Szczególnie w sytuacji, gdy mówimy o działaniu układu nagrody!

Duża grupa substancji psychoaktywnych oddziałuje na nasz mózg poprzez mechanizm dopaminowy i związaną z nim sieć nagrody. W wielkim uproszczeniu powodują one silne wyrzuty dopaminy, aktywując układ nagrody. Jedną z tak działających substancji jest etanol – najpopularniejszy, legalny i najłatwiej dostępny narkotyk.
Na marginesie: nie sugeruje, że stymulowanie wyrzutu dopaminy jest jedynym efektem działania etanolu na mózg! Zdaje sobie sprawę, że jest to bardziej złożone.

Podstawową kwestią jest określenie skali wpływu etanolu na sieć nagrody w porównaniu z naturalną stymulacją. Otóż wyrzut dopaminy związany ze spożyciem alkoholu jest kilkukrotnie intensywniejszy niż związany z jedzeniem (od 3 do 6 razy). Jest silniejszy niż wyrzut dopaminy wywołany orgazmem (który jest najsilniejszym z naturalnych) od jednego do trzech razy, zależnie od okoliczności.
Na marginesie: wyrzuty dopaminy związane z innymi narkotykami mogą być jeszcze silniejsze (co zwykle przekłada się na ich „siłę” uzależniania).

Mając do dyspozycji powyższy fakty i biorąc pod uwagę nasze poprzednie rozważania, zastanówmy się, co się stanie, jeśli do procesu formowania relacji dolejemy etanolu.

Podstawowym wnioskiem jest, iż alkohol, kiedy jest spożywany w towarzystwie obiektu relacji, koduje silnie pozytywny wrażenie. Czyli jeśli spożywamy etanol w towarzystwie drugiego człowieka, kodujemy pozytywne odczucia w stosunku do niego, co najmniej równie silne, a potencjalnie kilkukrotnie silniejsze, jak gdybyśmy uprawiali z nim seks!
Przykładowo, kiedy spędzasz wieczór ze znajomym i wypijasz w ciągu tego wieczora cztery dawki alkoholu, to poziom pozytywnego kodowania w takiej sytuacji, może odpowiadać 12 wspólnym orgazmom.

Drugi wniosek, alkohol rzeczywiście skutecznie i silnie buduje więzi społeczne. Szybko zaczynami lubić ludzi, z którymi pijemy alkohol, niezależnie od tego, co sobą obiektywnie reprezentują. Praktycznie każda przypadkowa i niespójna grupa może się związać, jeśli wystarczająco często zażywa wspólnie etanol.
Trwałość tych więzi jest osobną kwestią, niekiedy mogą wyparować, jeśli wyparuje alkohol, ale mogą też przetrwać usunięcie alkoholu z roli spoiwa.

Trzeci wniosek, alkohol nieprzypadkowo jest domyślnym elementem randek, spotkań zapoznawczych, imprez firmowych. Jego rolą w tych spotkaniach jest, między innymi, zakodowanie wzajemnych pozytywnych opinii uczestników.

Czwarty wniosek, nasz mózg nie jest przystosowany do radzenia sobie z tak intensywnymi wyrzutami dopaminy, zwłaszcza kiedy mogą się powtarzać tak często (powyżej przykład równowartości 12 orgazmów jednego wieczora). Warto stosować zasadę ograniczonego zaufania do siebie samych, gdy formujemy swoje opinie na czyjś temat pod wpływem alkoholu.

Piąty wniosek, etanol stymuluje układ nagrody na tyle intensywnie, że dość łatwo jest na wejść w relację z nim samym. Nie mówię tu o uzależnieniu, raczej o myśleniu o alkoholu jako o przyjacielu, pocieszycielu, wsparciu. Jako o kimś/czymś, czego chcemy bronić, czym chcemy się opiekować. Stąd, chociażby, te dziwaczne zdrobnienia: „piwko”, „winko”, „wódeczka”.

Podsumowując, nie da się ukryć, że alkohol skutecznie koduje pozytywne więzi i postrzeganie innych osób, to źródło jego kulturowej roli kleju społecznego. Intensywność, z jaką to robi, wykracza jednak poza naturalne granice, do których przystosowany jest mózg, może więc mieć wiele niespodziewanych skutków ubocznych. No i jest rakotwórczy, toksyczny dla mózgu, wątroby i serca, ale to już mam nadzieję wiecie 😉

WYBRANE WNIOSKI

W tym rozdziale chcę podać kilka przykładów na to w jakich życiowych sytuacjach, mechanizmy formowania relacji mają znaczenie i kiedy warto być szczególnie czujnym na ewentualne błędy poznawcze.

Kazus pierwszej randki
Na pierwszych randkach polecałbym rozważenie unikania etanolu, seksu, a nawet jedzenia — wszelkich czynników, które wywołują wyrzuty dopaminy. Nie róbmy nic, co szczególnie lubimy. W przeciwnym wypadku osobę, z którą się zapoznajemy, będziemy postrzegać przez pryzmat przyjemnej aktywności, a to oznacza, że będziemy ją postrzegać lepiej, niż na to zasługuje. Może nas to zaprowadzić do zaangażowania się w relację, która nam nie odpowiada i z której będziemy musieli się po pewnym czasie ewakuować!
Zamiast aktywności ekscytujących lub generujących dopaminę, spokojny spacer czy rozmowa przy herbacie, dadzą nam lepsze, mniej zniekształcone informacje o drugiej osobie, a to informacji szukamy na pierwszych randkach!
Podkreślam, że te stwierdzenia nie są absolutami! Dopamina na randce zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu poznawczego co do drugiej osoby, ale go nie gwarantuje!

Kazus ciężarnej żony
Wyobraźmy sobie następującą sytuacją: małżeństwo spodziewa się dziecka. Ciężarna żona nie pije alkoholu, jej mąż, w geście solidarności, nie spożywa przy niej. Na razie świetnie. Teraz wyobraźmy sobie, że w pracy męża, co piątek ekipa wyskakuje na kilka drinków wieczorem. Dobra małżonka zachęca męża, by do nich dołączył dla „relaksu”, ona sobie świetnie poradzi sama. W ekipie jest koleżanka. Co piątek piją razem kilka drinków. Mąż zaczyna myśleć o niej coraz cieplej. Z żoną nie pije i nie uprawia seksu, bo ciąża. Nie znajdują czasu na wspólne posiłki.
Po kilku miesiącach relacja z koleżanką z pracy zaczyna przysłaniać relację z żoną, tak silnie jest kodowana przez wspólne spożywanie alkoholu. Koleżanka wydaje się o tyle ciekawsza, sympatyczniejsza i fajniejsza od małżonki. Między mężem i żoną pojawia się pęknięcie…

Kazus dobranej pary
Wyobraźmy sobie dwoje ludzi, którzy spotykają się ze sobą, są sobie bliscy. Ich związek się rozwija, postanawiają razem zamieszkać. Są bardzo zajęci różnymi sprawami, mają tyle na głowie, ale dbają, by codziennie razem zasiąść do posiłku, a najlepiej kilku. Co weekend wybierają się do eleganckiej restauracji na coś niezwykle pysznego.
Oboje dbają, by w ich życie seksualne nie wkradła się nuda. Wiadomo, że nie codziennie każdy ma ochotę na seks, ale starają się znaleźć czas i korzystać szczególnie z tych dni, gdy czują werwę. Podczas seksu nie są samolubni, komunikują się i dbają wzajemnie o swoje potrzeby i zaspokojenie.
Każdego dnia stają się sobie odrobinę bliżsi, myślą o sobie nieco cieplej, ich uczucia kwitną i się rozwijają. Dbałość o budujące wykorzystanie układu nagrody sprawia, że będą żyli długo i szczęśliwie…

Kazus seksu, narkotyków i rock and rola
Ciężko jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą uprawiasz regularnie seks. Jeszcze ciężej jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą regularnie zażywacie wspólnie narkotyki. Zarówno jedno, jak i drugie jest w stanie sprawić, że polubimy kogoś, kto na to nie zasługuje. Im częściej powtarzają się warunkujące zachowania, czy im większy procent naszych kontaktów z daną osobą odbywa się w ich towarzystwie, tym trudniej będzie zachować trzeźwość oceny.
Jesteśmy w stanie o wiele więcej wybaczyć i o wiele więcej zaakceptować u osób, z którymi dzielimy kieliszek lub łoże. Warto zwrócić uwagę na to z kim wchodzimy w kontakty, gdy jesteśmy pod wpływem narkotyków i zachować odrobinę dodatkowego sceptycyzmu. Tak jak w przypadku randek, sugerowałbym nie mieszać spotkań zapoznawczych z alkoholem, seksem i jedzeniem. Dajmy sobie możliwie dużą szansę, na wyrobienie racjonalnej opinii o drugiej osobie nim wprowadzimy elementy, które mogą zaburzyć nasz osąd.
Choć ryzyko wejścia w toksyczną czy niepożądaną relację rośnie, gdy w grę wchodzą narkotyki, nie znaczy to, że każda relacja uformowana w ich towarzystwie jest zła! Większość ludzi, których polubimy pod ich wpływem, pozostanie godna lubienia i bez. Wszystko jest tu grą prawdopodobieństwa, używając etanolu lub innych narkotyków, zwiększamy prawdopodobieństwo pomyłki, ale jej nie gwarantujemy. Podobnie jak całkowite od nich stronienie, nie gwarantuje samych dobrych wyborów.

Kazus ferajny z podwórka
Wyobraźmy sobie podwórko między kamienicami i ekipę młodzieży, która się na nim bawi. To pokopią piłkę, to pobujają się na trzepaku. W miarę jak stają się starsi, zaczynają sięgać po alkohol i inne narkotyki. Piją i zażywają razem.
Niektórzy z nich wchodzą w konflikt z prawem: sprzedadzą komuś narkotyk, kogoś okradną, kogoś pobiją. Niektórzy idą w innym kierunku, kształcą się, zdobywają zawód i podejmują pracę.
Nadal spotykają się od czasu do czasu i są gotowi za siebie skoczyć w ogień. Kumpel okradł sklep i pobił przy tym sklepikarza? To trzeba mu pomóc zwiać, ukryć go. To dobra morda przecież jest, nasz człowiek.
To nie jest dobra morda. To złodziej i bandyta. A relacja z nim kumpli z podwórka jest wypaczona latami wspólnego bujania się na dzielni z narkotykami w tle.
Pożywką takiej sytuacja nie muszą być koniecznie narkotyki. Dzieciaki z trudnych rodzina też się do nich irracjonalnie przywiązują, po części przez momenty czułości, po części przez wspólne posiłki. Wierni w sektach i społecznościach religijnych przywiązują się do nich przez akty bliskości, czasem seksualnej, przez wspólne posiłki i przez wspólne rytualne zażywanie narkotyków.
Jest wiele sposobów, na które grupa może zakodować w nas przywiązanie do niej, droga przez mechanizm nagrody i jego wpływ na relacje jest jedną z nich.

UKŁAD NAGRODY TO NIE WSZYSTKO

Choć moim zdaniem układ nagrody ma ogromny i niedoceniany wpływ na to, jak formujemy relacje, kogo lubimy a kogo nie, to jest oczywiste, że nasz mózg wykracza poza ten jeden system. Mamy do dyspozycji nasz płat czołowy, czy raczej kojarzoną z nim sieć hamującą impulsywne zachowania i przeprowadzającą racjonalne rozumowania. Możemy kontrolować swoje reakcje, co więcej możemy, przy odrobinie wprawy sprawdzać i modyfikować wspomnienia i przekonania, które już się w nas uformowały. Nasz mózg zawsze będzie popełniał błędy poznawcze, ale my nigdy nie musi być ich niewolnikami.

Psy w eksperymencie Pawłowa nie miały wyboru. Stymulowanie ich układu nagrody łączące przyjemność jedzenia z dźwiękiem dzwonka zbudowało w nich relację z tym dźwiękiem, która objawiała się niekontrolowanym wydzielaniem śliny. My mamy wybór, w przeciwieństwie do nich posiadamy bowiem wyższe funkcje mózgu i związaną z nim refleksyjność. To są narzędzia, które pozwalają nam wykroczyć poza schemat odruchowej, zaprogramowanej reakcji.

Nie ignorujmy jednak siły dopaminy. Eksperymenty przeprowadzone na szczurach wykazały, że alkohol jest w stanie całkowicie oderwać te zwierzęta od życia społecznego, w znaczeniu, że mając do dyspozycji alkohol i obcowanie z innymi szczurami, będą wybierać substancję. W innych eksperymentach pokazano, że szczury uzależnione od metaamfetaminy będą ją wybierać ponad jedzeniem, do tego stopnia, że umrą z głodu kilka centymetrów od miski z pokarmem. Jak wspomniałem powyżej nasz mózg może więcej, ale nie zapominajmy, że ten sam mechanizm, który aktywuje się w mózgach szczurów, pracuje i w naszych.

Na zakończenie dodam, że pomimo mojego krytycznego stosunku do środków psychoaktywnych, nie twierdzę tutaj, że każda relacja oparta na alkoholu czy innych narkotykach jest zła. To byłby nonsens. Jest wiele cennych relacji, także w moim życiu, które rozpoczęły się od alkoholu, ale przetrwały jego wyrzucenie z mojego życia i kwitną dalej. Były też inne relacje, które tej zmiany nie przetrwały.
Miejmy oko na nasz układ nagrody, nawet jeśli formowanie relacji jest dużo bardziej skomplikowane, niż sugeruje to mój dzisiejszy wywód.

O najstarszym zawodzie świata

Dzisiaj dość niezwykły artykuł – to zapis mowy ze spotkania Biznes Toastmasters. Wpis składa się z trzech części: konspektu mowy, transkrypcji (bez poprawek) nagrania jednej z sekcji treningowych i wyedytowaną wersję z poprawkami.

KONSPEKT

  1. Najstarszy zawód świata?
  2. Po co filozofia?
    1. Żeby być
      1. filozofuje więc jestem
      1. życie to więcej niż przemiana materii
        „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.”
        Seneka
    1. Żeby dobrze być
      1. Etyka (dobro i zło)
      1. Logika (prawda i fałsz)
      1. Fizyka (zależne i niezależne)
    1. Żeby dobrze czynić
      1. Przykład: retoryk
        Nie wystarczy dobrze przemawiać, trzeba jeszcze o dobru przemawiać
        „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”
        Winston Churchill
        „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”
        Józef Goebbels
  3. Podsumowanie: żeby być, żeby dobrze być, żeby dobrze czynić
  4. Bonus: anegdotka o Aleksandrze i Diogenesie + oczy Demokryta

TREŚĆ MOWY (transkrypcja treningu)

Witam was serdecznie!

Na dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie. Rozumiem przez to zawód filozofa. To właśnie ten zawód uważam za najstarszy zawód na świecie, albo przypuszcza, że może być jednym z najstarszych. Odkąd z homo erectus zmieniliśmy się w homo sapiens, myśl i namysł stały się ważną częścią naszej egzystencji i przypuszczam, że już w tych pierwszych, pierwotnych plemionach ludzie zdolni do głębokiego i dobrego namysłu byli cenieni. Może pierwsi szamani ludzkich plemion, to były osoby trochę jak filozofowie, które zdolne były do myślenia głęboko, myślenia lepiej niż inni.

OK. No ale, nie jest moim celem, żeby was zachęcić do zmiany zawodu i przebranżowienia się teraz gremialnie na filozofów. Nie. Chodzi mi o to żeby was zachęcić do tego, żeby wprowadzić odrobinę filozofii do waszego życia, żeby zacząć ją uprawiać.

A po co? Zapytacie. Kilka powodów. Pierwszy, fundamentalny, to po to żeby po prosty być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję więc jestem. No właśnie, filozofuje więc jestem… człowiekiem. To co nas odróżnia od zwierząt, w mojej opinii, to właśnie zdolność do głębokiego myślenia, refleksji i namysłu, czyli do filozofowania. Jeżeli nie filozofujemy, to trawimy nasze życie, no pochłanianie pokarmów, wydalanie, oddychanie. Jak powiedział Seneka, mówiąc o osobach pozbawionych tego namysłu w swoim życiu: „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.” A jest różnica między życiem, a trwaniem. Tą różnicą jest filozofia.

Filozofujemy żeby żyć, ale filozofujemy też żeby żyć dobrze, a pomagają nam w tym trzy działy filozofii. Po pierwsze: etyka, czyli nauka, która mówi nam o tym co jest dobre, a co złe, pozwala nam odróżniać te dwa stan, zdefiniować je i wybierać między nimi. Tylko dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Każdy z nas jakąś ma, bo gdybyśmy jej nie mieli, nie bylibyśmy w stanie dokonać żadnego wyboru. Czasami po prostu swojej etyki sobie nie uświadamiamy i tkwi ona w naszej podświadomości.

Drugi dział filozofii, niezbędny nam do dobrego funkcjonowania to logika, czyli nauka o tym co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, konstruowaniu sylogizmów i rozpoznawaniu błędów logicznych. Fundamentalna dlatego byśmy mogli myśleć w sposób spójny i właściwy.

Trzeci wreszcie dział, bliski mojemu sercu, to fizyka. Dzisiaj fizyka jest w większości nauką szczegółową, nie zachęcam was koniecznie do studiowania głębokiej fizyki. Natomiast jest część fizyki, która pozostała w filozofii, ta część starożytnej fizyki, która pozostała z filozofią, to jest nauka odpowiadania na pytanie: co jest od nas zależne a co jest od nas niezależne. Nauka zrozumienia tego nad czym mamy kontrolę, a nad czym kontroli nie mamy. Niesamowicie istotna kwestia, dla każdego kto chce decydować o tym co robić, ale jeszcze ważniejsza dla tego kto chce być w życiu szczęśliwym.

To są świetne powody do filozofowania. Weźmy nasz przykład. Nasz czyli osób uczących się retoryki, sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryka odpowie nam na pytanie o czy i co powinniśmy mówić? Nie. Retoryka nam odpowie jak powinniśmy coś powiedzieć. Ale żeby wypełnić swoją mowę treścią potrzebujemy filozofii. A żeby wiedzieć czy ta treść jest dobra tym bardziej potrzebujemy filozofii.

Weźmy taki przykład retoryczny. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy, cytuję: „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.” Koniec cytatu.
Drugi cytat. Cytuję: „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!” Koniec cytaty.
Bardzo podobne zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, motywacja dla całego narodu do walki. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat, to cytat z Winstona Churchila, drugi, to cytat z Józefa Goebbelsa.
Retoryka jest pustym narzędziem, które musi być wypełnione treścią przez filozofię.

Podsumowując, uczymy się filozofii żeby żyć jak ludzie, żeby żyć dobrze i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, które mamy dostępne. Dlatego warto się nią zainteresować i warto wprowadzić jej elementy do naszego życia.

Na koniec, jako że mam jeszcze chwilę czasu, podzielę się małą zabawną anegdotką. Był sobie filozof Diogenes żyjący w Atenach w czasach Aleksandra Wielkiego. Pewnego dnia Aleksander po przybyciu, po powrocie z Persji, po podboju Persji, wybrał się do Diogenesa, który odpoczywał na skałach na morzem ze swoimi uczniami. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział: Diogenesie, jestem dzisiaj w świątecznym nastroju, proś mnie o cokolwiek tylko chcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie. Diogenes, który leżał sobie, otworzył jedno oko, popatrzył na Aleksandra, zamknął oko i powiedział: Mam jedno życzenie, żebyś się trochę przesunął, bo zasłaniasz mi Słońce. Tyle życzył sobie filozof Diogenes od mocarnego Aleksandra, nic więcej władca świata nie był w stanie mu dać.

Dziękuje.

TREŚĆ MOWY Z POPRAWKAMI

Witam was serdecznie!

W dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie… Chodzi o mi o zawód filozofa. Nie wiem oczywiście, czy to faktycznie najstarszy zawód, ale przypuszczam, że odkąd awansowaliśmy z erectus na sapiens, sztuka myślenia znalazła się w cenie, a ludzie zdolni do głębszego namysłu byli wartościowy. Być może pierwsi szamani neolitycznych plemion, byli filozofami, czyli ludźmi zdolnymi myśleć głębiej, dokładniej, lepiej.

Nie jest jednak moim celem skłonić tu obecnych do przebranżowienia i gremialnej zmiany zawodu na filozofów. Chodzi mi raczej o to, by zachęcić was do wprowadzenia odrobiny filozofii do waszego codziennego życia, by zacząć jej używać w praktyce.

Zapytacie: po co? Jest kilka powodów. Pierwszy, najważniejszy, filozofujemy, żeby być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję, więc jestem, a konkretnie, filozofuje, więc jestem człowiekiem. Cechą szczególnie ludzką, wyróżniającą nas pośród innych zwierząt, jest umiejętność głębokiego namysłu – czyli do filozofowania. Życie nie sprowadza się do jedzenia, picia, wydalania i spania – potrzeba czegoś więcej, by powiedzieć o kimś, że jest człowiekiem. Słowami rzymskiego stoika Seneki:
„(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo”. A o różnicy między życiem a trwaniem stanowi filozofia.

Filozofujemy, żeby żyć. Filozofujemy, żeby dobrze żyć. To drugi powód do zainteresowania się filozofowaniem. W dobrym życiu pomagają nam trzy filary filozofii.

Po pierwsze, etyka, czyli nauka o tym, co jest dobre a co złe, pozwalająca na odróżnić od siebie te dwa stany i wybierać między nimi. Dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Już dzisiaj każdy z nas jakąś etykę ma, ale niekoniecznie jest jej świadom. By wynieść ją do świadomości, sprawdzić i utrwalić potrzebne jest nam praktykowanie filozoficznych ćwiczeń.

Po drugie, logika, czyli nauka o tym, co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, tworzeniu sylogizmów i unikaniu błędów logicznych. Bez niej nie jesteśmy w stanie poprawnie wnioskować, co czyni ją fundamentalną.

Po trzecie, fizyka, bliska mojemu sercu, nauka o tym, co rzeczywiste, a co nie. Dzisiaj jest samodzielną, szczegółową nauką, ale pewien element tego, jak rozumieli ją starożytni, pozostał w obrębie filozofii. Chodzi o odpowiedź na pytanie: co jest od nas zależne, a co nie, rozumienie, nad czym mamy kontrolę, gdzie znajduje się nasza sprawczość. To zagadnienie fundamentalne dla stoicyzmu, ale ogólnie kluczowe dla stabilności emocjonalnej i psychicznej i w konsekwencji dla szczęśliwego życia.

Jako przykład praktycznej istotności filozofowania weźmy nas na tej sali. Jesteśmy adeptami retoryki, czyli sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryk da nam odpowiedź na pytanie: co powinniśmy powiedzieć? Nie, retoryka powie nam, jak to powinniśmy powiedzieć, ale żeby wypełnić naszą mowę treścią, potrzebujemy, choćby minimalnego, filozoficznego namysłu. A żeby zapewnić, że treść będzie dobra, potrzebujemy solidnej filozofii.

Z życia wzięty przykład jak ważna jest idea, która stoi za zabiegami retorycznymi. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy:
„Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”

Drugi:
„(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”

Bardzo zbliżone zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, sugestia krańcowości sytuacji, uogólnienie na cały naród. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat to Winston Churchill, drugi Józef Goebbels. Retoryka bez filozofii jest tylko pustym narzędziem.

Podsumowując: uczymy się filozofii, żeby być ludźmi, żeby dobrze być ludźmi i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, do których mamy dostęp. Dlatego zachęcam wszystkich do jej praktykowania od czasu do czasu, a najlepiej co dzień.

Na zakończenie mała anegdotka. W czasach Aleksandra Wielkiego żył sobie w Atenach filozof zwany Diogenesem. Pewnego dnia, krótko po podboju Persji, Aleksander przybył do Aten i zapragnął spotkać się z Diogenesem. Filozof spędzał dzień ze swoimi uczniami, wygrzewając się w słońcu na skałach pod miastem i tam też odnalazł go władca. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział:
„Diogenesie, jestem dzisiaj w szczodrym nastroju, proś mnie, o cokolwiek tylko zechcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie.”
Diogenes otworzył jedno oko, spojrzał na Aleksandra, zamknął oko i powiedział:
„Życzę sobie, abyś się nieco odsunął, bo zasłaniasz mi Słońce”.
Tylko tyle dla filozofa Diogenesa mógł uczynić władca całego znanego świata, a osiągnięcia takiej pełnej wolności nam wszystkim życzę!

Recenzja książki „Obnażony umysł. Twoja droga do wolności i szczęścia bez alkoholu” Annie Grace

Dzisiejszy wpis poświęcę na recenzję książki „Obnażony umysł. Twoja droga do wolności i szczęścia bez alkoholu” autorstwa Annie Grace. Tytuł mówi wiele, domyślacie się zapewne, że książka traktuje o alkoholu i sposobach jego eliminacji z naszego życia. Pozycja ta jest pomocna dla ludzi używających alkoholu okazjonalnie i w umiarkowanych ilościach, w rozpoczęciu przemyśleń nad związkiem z tytułową substancją. Zadaje pytania o przyczyny i argumenty, jakimi się posługujemy, by zracjonalizować spożywanie tego narkotyku.

UWAGA: Książka ta nie jest przeznaczona dla osób uzależnionych! Dla uzależnionych jest terapia leczenia uzależnień! Po paru latach trzeźwości można sięgnąć po tę książkę, jako materiał dodatkowy, ale na razie to d…a w troki i na terapię!

Autorka oparła swoje podejście do przewartościowania roli alkoholu na koncepcji punktów liminalnych, czyli stanów zawieszonych pomiędzy dwoma możliwościami. Każdy z nich odnosi się do jednego z często przytaczanych powodów, dla których pijemy alkohol. Celem spoglądania na punkty liminalne jest przetestowanie, czy nasze przekonania są słuszne. Autorka zadaje pytania o doświadczenia i obserwacje leżące u ich podstaw, założenia, jakie na nich budujemy, wnioski, jakie z tych wyciągamy i wreszcie o samo przekonanie.

Spójrzmy teraz pokrótce na wszystkie przekonania, którymi autorka się zajmuje.

Pierwsze na liście: picie to nawyk. Pije, bo się przyzwyczaiłem, to część mojej rutyny. Tak jak kawa po śniadaniu, jak coś słodkiego na deser w niedzielę, tak wino do kolacji w piątek, to coś, co robię rutynowo. Czy aby na pewno? Skoro to tylko nawyk to bez trudu możesz z tego zrezygnować, prawda?

Drugie na liście: pije dla smaku. Jestem smakoszem, koneserem piwa i wina. Znam najlepsze szczepy winogron i każdą odmianę chmielu. Skala IBU, nasłonecznienie stoku, rocznik, słód – to dla mnie chleb powszedni. Wiem jaki alkohol dobrać do jakiej potrawy, by podkreślić smak jedzenia! Czy aby na pewno? Czy jesteś w stanie w ślepej próbie odróżnić najdroższe wino od taniego sikacza? Czy alkohol nie otępia kubków smakowych? Czy po piątym drinku czujesz jeszcze smak czegokolwiek?

Trzecie na liście: piję, bo alkohol dodaje odwagi. Kiedy wypiję, od razu łatwiej mi się rozmawia z ludźmi, nie krępuje się już tak bardzo dużą grupą wokół mnie. Jestem odważny. Wiadomo, że żołnierz przed bitwą musi wypić, żeby się dzielniej się sprawować! Czy aby na pewno? Alkohol tłumi strach, a odwaga to czynienie czegoś wbrew strachowi, jak możesz być odważny, jeśli nie odczuwasz strachu? Czy strach nie jest po to, by chronić nas przed niebezpiecznymi wyborami? Czy pozbywając się strachu, nie pozbywasz się tej ochrony?

Czwarty na liście: picie mnie rozluźnia i pomaga w seksie. Kiedy piję, jestem swobodniejszy w obejściu, bez problemu mogę zagadać do obcej osoby czy rzucić żarcik nawet w grupie, którą słabo znam. Mam umiar i wiem, kiedy przestać, żeby tylko trochę się rozluźnić. Czy aby na pewno? Nigdy nie zdarzyło ci się wypić więcej, niż planowałeś? Nigdy nie zrobiłeś pod wpływem czegoś, czego później żałowałeś?

Piąty na liście: picie łagodzi stres i koi nerwy. Po ciężkim tygodniu po prostu muszę rozładować stres. Kieliszek wina, piwo czy kolorowy drink rozpuszczają nerwowość nagromadzoną przez tydzień, czy dzień i pozwalają mi spokojnie zasnąć. Czy aby na pewno? Czy zauważyłeś, że kiedy minie godziny od spożycia alkoholu, twój stres wraca wzmocniony? Czy wiesz, że spożywanie alkoholu przed snem może ułatwić zaśnięcie, ale drastycznie pogarsza jego jakość?

Szósty na liście: picie czyni mnie szczęśliwym. Jak wypiję, jestem radosny, cieszę się życiem. Nawet jeśli chwilę wcześniej byłem smutny, kilka łyków sprawia, że się uśmiecham. Dzięki temu jestem szczęśliwy. Czy aby na pewno? Czy nie potrafisz odczuć radości bez alkoholu? Czy wiesz, że alkohol jest przyczyną depresji, obniżonego nastroju oraz wielu cierpień i krzywd? Czy uważasz, że poprzednie pytanie ciebie akurat nie dotyczy, bo ty czerpiesz z alkoholu szczęście?

Siódmy na liście: alkohol jest niezbędny do życia towarzyskiego. Ludzie piją, gdy spotykają się w grupie. Przy kolacji, na domówce – oczywiście, że wypiją kieliszek czy dwa, czasem nieco więcej. To naturalny element życia towarzyskiego, który ułatwia rozmowę i socjalizację. Wszyscy tak robią. Czy aby na pewno? Czy wiesz, że około połowy dorosłej populacji nie pije alkoholu? Czy oni nie mają życia towarzyskiego? Czy widziałeś kiedyś bawiące się dzieci? Jak im się to udaje, skoro nie piją alkoholu?

Ósmy na liście: piję, by dopasować się do ludzi. W mojej kulturze picie jest przyjętym sposobem spędzania wolnego czasu. Osoby niepijące muszą się tłumaczyć z niepicia. Ja nie chcę się tłumaczyć. Ja chcę należeć, być częścią mojej społeczności! Bez alkoholu to prawie niemożliwe! Czy aby na pewno? Czy chcesz być zakładnikiem cudzych nawyków i nałogów? Czy wiesz, że około połowy dorosłej populacji nie pije? Czy możesz ich odnaleźć?

Więcej szczegółów i konkretów znajdziecie w książce. Każde z tych pytań jest niezwykle ważne, bo często stoi za uzasadnieniem picia okazyjnego i umiarkowanego. Uzasadnieniem, które warto zbadać, bo może się okazać nonsensowne.

Zachęcam do lektury tej i odważnego poddania swoich założeń próbie. Cóż macie do stracenia? Przecież jeśli nie mylicie się co do waszego stosunku do alkoholu, to bez problemu odpowiecie na postawione w książce pytania i umocnieni będziecie pić dalej, a jeśli się mylicie, to będziecie mieć świetną okazję, by przewartościować swoje przekonania! Jak by sytuacja się nie potoczyła, tylko na tym skorzystacie.

O wolności prościej

Autor rozważa kwestie wolności, koncentrując się na indywidualnych decyzjach oraz ich wpływie na refleksyjność. Odrzuca społeczne konteksty i prawne aspekty, skupiając się na osobistej definicji wolności jako stanu decyzyjności. Wskazuje na znaczenie wolności ekonomicznej, słowa i cielesnej dla poprawy refleksyjności, podkreślając ich rolę w samorozwoju.

Pora wykonać krok wstecz. Po interesujących dyskusjach, rozważaniach i lekturze, doszedłem do wniosku, że muszę się przegrupować w moich rozważaniach o wolności.

Zasadnicza refleksja: nie jestem przygotowany na rozważanie tematu w odniesieniu do społeczeństwa czy prawa.
Wniosek: porzucam rozważania z tej perspektywy.

Druga refleksja: mam nową zgrabną definicję wolności, warto rozważyć wolność osobistą w jej kontekście.

Trzecia refleksja: muszę zadać sobie pytanie: czemu służą te rozważania? Odpowiedź na nie będzie zadaniem na dziś.

Dlaczego poświęcam czas na rozważanie etyki, wartości, wolności i innych abstrakcyjnych pojęć?
Nie jestem zawodowym filozofem, więc nie chodzi o głębokie rozważania teoretyczne. Jestem człowiekiem, który codziennie podejmuje decyzje i chce to robić dobrze. To jest powód do poświęcania czasu na pracę nad etyką i jej konsekwencjami. Żeby poprawnie decydować, muszę wiedzieć, co jest dobre a co złe. Mogę w tym polegać na intuicji, ale intuicja może się mylić i choć warto z niej korzystać, to należy ją sprawdzać.

A co nie jest powodem tych rozważań? Nie jest nim chęć zmieniania świata. Nie jest nim konieczność decydowania, jakie stanowić prawo. Nie jest nim chęć zmieniania innych na moje podobieństwo.

Z powyższego wnioskuje, że moje skupienie powinno spoczywać na indywidualnych wyborach, a nie na analizie szerokiego kontekstu.
To się zgrywa z pierwszą z moich refleksji.

Dzisiejszym tematem jest wolność. Zacznę od przytoczenia definicji, której używam:
Wolność to stan jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości.
Wolność całkowite jednostki to zbiór wszystkich jej wolności cząstkowych.
Szczegółowe definicje znajdziecie tu.

Pierwsze pytanie, na które odpowiem to: dlaczego w ogóle zajmuje się tym pojęciem?

Wolność jest numerem jeden w mojej hierarchii wartości. Jest kluczowa, by podejmować słuszne decyzje!

Jak mogła trafić na szczyt mojej hierarchii, jeśli nie wiem, czym jest i jak ją rozumiem?

Polegałem na intuicji i na potocznym rozumieniu tego pojęcia. Nie potrafiłem sformułować definicji, ale potrafiłem wyczuć, jak się przejawia.

Czy nie mogę dalej polegać na intuicji?

Mogę i do pewnego stopnia będę, ale intuicja jest narzędziem niedoskonałym, powinna być konfrontowana z logicznymi argumentami. Inaczej istnieje ryzyko, że sprowadzi nas na manowce. Intuicyjne decyzje warto weryfikować, sprawdzać jak zostały podjęte i czy były poprawne.

Pora na kluczowe pytanie: dlaczego wolność jest na pierwszym miejscu mojej hierarchii wartości? Odpowiedź oprę na racjonalnym rozważaniu.

Zacznę od prostszego pytania: po co jest mi wolność?

Patrząc na definicję, zauważam, że wolność jednostki jest złożonym stanem. Mogę być wolny w jednej kwestii, jednocześnie nie mając wolności w innej. Biorąc nieco absurdalny przykład: wolno mi chodzić po chodniku, ale nie wolno mi latać nad blokami. Żeby zostać wolnym w tym drugim przypadku, musiałbym zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt (helikopter). Ze względu na tę właściwość, proste pytanie „po co mi wolność?” komplikuje się.

Na szczęście, mam do dyspozycji etykę, czyli rozumiem, co jest dobre a co złe. Przypomnę, że moja etyka, za jedyne dobro uznaje refleksyjność, czy też wzrost refleksyjności w świecie. Po definicję refleksyjności odsyłam do artykułu „O etyce stoickiej”.
Na tej podstawie domyślam się, że odpowiedź na pytanie „po co mi wolność?” powinna brzmieć: „po to, by zwiększać refleksyjność moją i innych”. Jak jednak mogę uzasadnić tę intuicyjną odpowiedź?

Pomocna okazuje się definicja wolności jako stanu jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości. Sprawczość zwykle zależy od czynników zewnętrznych (praw przyrody, praw ludzkich, zasobów finansowych, cech fizycznych), rzadziej od mojej woli. Z tego powodu pominę ją w rozważaniach i przyjmę, że dysponuję zbiorem sprawczości, że są rzeczy, które mogę uczynić, ale zawartość tego zbioru nie zależy (znacząco) ode mnie.

To pozwala mi skupić się na decyzyjności i powiedzieć, że dbanie o moją wolność, jest dbałością o najszerszy zakres decyzyjności. Czyli chcę bym miał możliwie dużo decyzji, które mogę podjąć. To nie znaczy, że wszystkie podejmę, jedynie, że mam najszerszy zakres możliwości decydowania.

A czym jest decyzyjność, jeśli nie jedną z podstaw refleksyjności? Można rozumieć refleksję jako formę decydowania: decydowanie o zmianach, które chcę uczynić w sobie. Poszerzanie zbioru decyzji dostępnych w procesie refleksji, bezpośrednio rozwija moje moralne dobro. Im więcej mam wolności do zmieniania siebie, tym bardziej jestem refleksyjny.

To rozumowanie prowadzi mnie do zawężonego pojęcia wolności, wolności szczegółowej odnoszącej się do procesów wewnętrznych przemian. Nie ma tu mowy o prawie do posiadania broni, wolności od tyranii, swobodzie ekonomicznej – są drugorzędne w rozumowaniu: dlaczego wolność jest ważna dla mnie. Nie chcę powiedzieć, że są pozbawione znaczenia, nic podobnego! Mają wpływ na moją refleksyjność, ale jest on niewielki w porównaniu z tą wolnością, którą w innym miejscu nazwałem wolnością sumienia.

W tym tkwi bardzo dobra wiadomość. Najważniejsza ze wszystkich wolności jest całkowicie zależna ode mnie! Żadna zewnętrzna siła nie może mi jej odebrać ani ograniczyć!

Co nie oznacza, że mam wolne sumienie! Co je pęta?
Mylne wyobrażenia, ideologię, błędne schematy poznawcze, lęki, tabu, wady charakteru, złe nawyki, nałogi, egocentryzm, egoizm…
Co na nowo otwiera temat sprawczości!

Co z resztą zbioru wolności?

Poza obszarem wolności sumienia pozostaje szerokie pole działań i decyzji. To tam najczęściej operuje prawo, polityka i nacisk społeczny. W tym tekście nie odniosę się do tych szerokich dziedzin. Jedyne co mnie interesuje, to które z wolności są wartościowe dla mnie. Czyli o które powinienem dbać, by kultywować swoją refleksyjność, abstrahując od stanu prawnego, polityki, dyktatów religijnych czy społecznych tabu.

Nim przejdziemy dalej, muszę poruszyć pytanie: czy to na pewno dalej jest wolność? Jeśli weźmiemy sprawczość w ściśle stoickim sensie, to opuszczając domenę wolności sumienia, zostawiłem ją za sobą! Przecież ode mnie zależą tylko moje sądy, myśli i decyzje. Wszystko, o czym będę mówić dalej, nie jest już wolnością w ścisły sensie, bo nie ma w tym prawdziwej sprawczości! Jedynie przypomina nieco wolność.

Wprowadzę dwa pojęcia: wolność faktyczna, czyli wolność sumienia i wolność pozorna, czyli tycząca się preferowanych stanów świata zewnętrznego i decyzyjności w ich względzie. Dla odróżnienia tą pierwszą będę pisał wielką literą.

Jakie elementy zbioru wpływają na moją refleksyjność?

Trzy sfery wydają się najważniejsze: ekonomia, słowo i ciało.

Wolność ekonomiczna to posiadanie wystarczającej ilości środków, by zakupić jedzenie, schronienie, książki, środki czystości, leki, komputer, dostęp do Internetu, elektryczność, wodę, ogrzewanie. Dodatkowo jest przydatnym dla mojego spokoju ducha, bym miał możliwość odłożenia co roku pewnej kwoty.

Nie interesuje mnie system, w jakim funkcjonuje, tylko jakie zasoby materialne potrzebuje i czy mogę o nie skutecznie zabiegać.
Pojawia się element sprawczości: czy mam możność zdobycia niezbędnych zasobów?

Wolność słowa to dostęp do nieocenzurowanej myśli. Realizuje ją poprzez dostęp do Internetu, księgarni i bibliotek oraz w swobodnych dyskusjach z ludźmi.

Wolność cielesna to możność chronienia swego ciała, wystawiania go na szkodę i modyfikowania.

Czy te wolności podlegają ograniczeniom?

Żadna z nich nie może realizować się kosztem drugiego człowieka i jego refleksyjności. Moja refleksyjność nie jest lepsza ani gorsza od refleksyjności bliźniego i nie mam prawa jej faworyzować. W praktycznych sytuacjach nie da się stwierdzić, komu zasób przyda się bardziej, niedopuszczalne jest więc zawłaszczanie zasobów innych ludzi.

Jest złe, by moje używanie którejś z nich stwarzało zagrożenie, wyrządzało krzywdę lub zubożało drugiego – w kontekście wolności, ale przede wszystkim Wolności.

Jak wolność ekonomiczna wpływa na moją refleksyjność?

Tworzy bazę do rozmyślań poprzez zaspokojenie podstawowych potrzeb cielesnych i zapewnienie energii, a następnie wyposażenie mnie w narzędzia, które refleksję ułatwiają i usprawniają. Drugorzędny wpływ bierze się z zapewnienia bezpieczeństwa wykraczającego poza dziś, czyli zgromadzenia oszczędności.

Jak zdobywam wolność ekonomiczną?

Osobiście czynię to poprzez pracę zarobkową. To nie jedyny sposób, ale dość typowy. Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest to, że żyję w systemie społeczno-prawnym, który umożliwia takie zarobkowanie i względnie swobodne wydawanie zarobionych środków.  

Jak wolność słowa wpływa na moją refleksyjność?

Jej najważniejszym aspektem jest swoboda dyskusji i wymiany idei. Poddawanie własnych idei krytyce zewnętrznej jest cennym źródłem refleksji. Przyswajanie i krytykowanie idei innych jest źródłem nowych sposobów myślenia.

Ja zdobywam wolność słowa?

Moja sprawczość w tej dziedzinie to po pierwsze szczere wypowiadanie swoich poglądów na różnych forach i przyswajanie informacji zwrotnej.
Po drugie to aktywne szukanie myśli innych, by się z nimi skonfrontować.

Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest funkcjonowanie w systemie społeczno-prawnym, który nie cenzuruje idei.

Jak wolność cielesna wpływa na moją refleksyjność?

Po pierwsze bezpieczeństwo przed atakiem z zewnątrz na moje ciało pozwala mi skierować zasoby od obrony ku wewnętrznej refleksji.

Po drugie dbanie o zdrowie mojego ciała i umysłu pozwala mi zmaksymalizować zasoby, które mogę przeznaczyć na refleksję.

Po trzecie moje ciało jest narzędziem kontaktu ze światem zewnętrznym, ekspresji, dawania i przyjmowania informacji zwrotnej.

Jak zdobywam wolność cielesną?

Ta pierwsza zależy od systemu społeczno-prawnego, w którym funkcjonuje. Moja kontrola jest tu iluzoryczna.

Ta druga zależy po pierwsze od moich genów, na które nie mam wpływu. Po drugie od mojego stylu życia, nad którym mogę pracować, wybierając to, co jest zdrowe i korzystne dla mego ciała. Po trzecie od przypadku, decyzji innych ludzi, zjawisk przyrody etc.

Ta trzecia podobnie jak druga zależy od genów (uzdolnień) i przypadku (kontuzji, wypadków) oraz moich decyzji jak ze swego ciała korzystać.

Zdefiniowałem Wolność i wolność oraz odpowiedziałem pokrótce na pytanie, jak korzystamy z wolności?

Dlaczego przemknąłem jedynie nad Wolnością i jej wykorzystaniem?

Bo temat zasługuje na osobny artykuł, a sporo już o nim mówiłem w cyklu o decyzjach! Tylko podkreślę, iż Wolność jest zależna od nas samych i praca nad nią jest pracą nad sobą – czyli rozwojem osobistym, drugą z moich kluczowych wartości.

Dotychczasowe rozważania były wsobne, koncentrowały się na tym, co wolność robi dla mnie i jak mogę ją poszerzać. Jednak stoicka etyka mówi o refleksyjności w ogóle. W związku z tym pytam: jak moja wolność może przysłużyć się refleksyjności innych?

Na wstępie podkreślę, że pytanie nie jest „jak powinna wyglądać wolność innych”, tylko co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmienić świat na lepsze i jakie aspekty mojej wolności pozwalają mi pomagać i służyć innym ludziom?

Zacznijmy od pierwszego pytania: co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmieniać świat na lepsze?

To pytanie sprowadza się do rozdysponowywania zasobów. Są dwa zasoby, które mam do dyspozycji: czas i dobra materialne.

Zacznijmy od pieniędzy. Gdzie powinny iść, by najbardziej przysłużyć się wolności innych?

Optymalnie, zasoby, których nie zużywam na swoje potrzeby, powinny iść w kierunku dobroczynności.
Jeden obszary to pomaganie osobom w skrajne nędzy, w kryzysie bezdomności, w kryzysie uzależnienia, w innych kryzysach psychicznych i życiowy.
Drugi to edukacja dzieci i dorosłych.
Trzeci, który ze mną rezonuje, to medycyna szczególnie ta ratująca życie.

Wszystkie z tych działań służą tworzenie przestrzeni na refleksję korzystającym z nich ludziom. Choć nie ma gwarancji, że z niej skorzystają, to wiadomo, że pieniądze pozostające u mnie niczyjej refleksyjności się nie przysłużą. Szansa na sukces jest lepsza od pewności porażki.

Czy tak czynię?

Nie, daleko mi do tego ideału, ale staram się ku niemu zmierzać.

Gdzie powinien iść mój czas?

Część mojego czasu idzie na zarabianie pieniędzy o dysponowaniu którymi już wspomniałem. To, co pozostaje, powinno się koncentrować na kilku aspektach, czyli wartościach: rozwój osobisty, kultywowanie relacji z ludźmi, twórczość (szerzenie myśli). Na dalszych miejscach są: relaks i rozrywka obniżające poziom stresu, obowiązki domowe, dbanie o zdrowie, pomaganie innym.

Wszystkie powyższe odpowiedzi są ogólnikowe i brakuje im pełnego uzasadnienia. Przyjdzie na nie czas, gdy będę rozważał szczegółowo pozostałe wartości.

Nie jestem też tych odpowiedzi pewien, przeciwnie, mam przekonanie, że są inne równie korzystne opcje, o których nie pomyślałem. Możliwe nawet, że są lepsze, bardziej efektywne sposoby na wykorzystanie moich zasobów! Jestem otwarty na wszelkie sugestie, śmiało dawajcie mi znać jakie macie pomysły!

Jedno jest dla mnie jasne, szczególnie gdy chodzi o zasoby finansowe. Jeśli będą tkwić przy moim tyłku, to niczego dobrego nie zdziałają!

Chciałbym podsumować te rozważania. Podzieliłem wolność na dwa pojęcia: Wolność i wolność.

To pierwsze odnosi się do realnej sfery mojej sprawczości, czyli moich stanów wewnętrznych: wyobrażeń, decyzji, refleksji. Ten świat jest niezależny od ignorancji z zewnątrz, tylko ode mnie zależy ile dam sobie Wolności, bo tylko ja mogę ją odbierać i dawać. To, co zewnętrzne nie ma przystępu do tej wewnętrznej twierdzy. Wolność pozorna to obszary decyzji i zjawisk ode mnie niezależnych, czyli w których moja sprawczość jest minimalna i warunkowa. Nie oznacza to, że odrobiny sprawczości, którą w tych obszarach posiadam, nie warto wykorzystać, by poszerzać granice refleksyjności. Niektóre ze wspomnianych elementów znajdą manifestację w innych wartościach, które przedyskutuję w przyszłości.

Tekst mowy prezentującej moją osobę

Dzisiejszy tekst jest zapisem mowy, który wygłosiłem na spotkaniu Biznes Toastmasters we Wrocławiu. Uzupełniłem go, w kilku miejscach rozwinąłem i doszlifowałem, zachowując jednak ducha oryginału.
Mowa miała charakter przedstawienia siebie. Zdecydowałem powiedzieć o końcówce mojego uzależnienia i drodze, jaką kroczę od tamtej pory.
Tekst zawiera elementy drastyczne. Rodzicom zalecam skontrolowanie go przed udostępnieniem swoim pociechom, a osobą o dużej wrażliwości polecam ostrożność przy lekturze!

Wszystko zaczęło się w sobotę 30 lipca 2022 roku. Siedziałem w fotelu w swoim mieszkaniu i płakałem. Piłem, nie trzeźwiejąc, trzeci dzień: zacząłem pić w czwartek, piłem, aż straciłem przytomność.

Ocknąłem się w piątek rano i bez zastanowienia wypiłem otwarte, wygazowane piwo które stało przy łóżku po czym otworzyłem kolejne. Pracowałem zdalnie, ale to nie przeszkadzało mi pić od samego rana. Gdy piwo się skończyło, zacząłem opróżniać butelki z winem – nigdy za nim nie przepadałem, ale smak nie miał znaczenia, liczył się tylko alkohol. Wieczorem miałem już moje ulubione IPA — mogłem degustować. Podczas degustacji uderzałem kośćmi dłoni o kant biurka, raz za razem. Następnie otworzyłem aromatycznego belgijskiego tripla, degustując jego bukiet smakowy uderzałem pięścią w ścianę z całej siły, raz za razem — żeby tylko coś poczuć.

Ocknąłem się w sobotę rano, ręce miałem spuchnięte i pokrwawione. Siedziałem w fotelu i płakałem. Płakałem, że to już koniec, że już nie mogę tak dalej pić, ale pomiędzy szlochami pociągałem kolejne łyki z puszki. Po głowie tłukła się  myśl: „To koniec, idź tam, na tory, skończ z tym. Śmieciem jesteś, a śmieci się wyrzuca”. Nim się zebrałem do wyjścia, wypiłem tyle, że najpierw zapomniałem gdzie mam iść, a później straciłem przytomność.

Ocknąłem się po wielu godzinach nieco przetrzeźwiały, była niedziela. Jedząc śniadanie i popijając je tanim piwem, myślałem: „Kurczę,  było dość grubo. Chciałem się niby zabić. Ja to chyba muszę mniej pić”. Postanowiłem, że w nadchodzącym tygodniu nie piję. Znaczy do piątku, bo w weekend to już OK, nie przesadzajmy. Wytrzymałem w tym postanowieniu do wtorku.

Wtedy jednak stało się coś, co uważam za najpiękniejsze wydarzenie w moim życiu. Za każdym razem, gdy pociągałem łyk z butelki drogiego, kraftowego piwa, słyszałem z tyłu głowy głos: „Co ty, k…a, robisz!? Przecież ty się zabić chciałeś przez to g…o! Miałeś nie pić do piątku, a jest, k…a, wtorek!” Tego dnia po raz pierwszy poczułem, co to znaczy utracić komfort picia!

Piłem jeszcze przez kolejne dwa tygodnie, ale w żadnym momencie nie mogłem się już uwolnić od tego głosu, nie mogłem odzyskać komfortu. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale nie mogło mnie spotkać w życiu nic lepszego. Na razie byłem przestraszony i zrozpaczony.

15 sierpnia obudziłem się z lekkim kacem po wypitych poprzedniego dnia czterech piwach. Nie wypiłem nic do śniadania, nic do obiadu, ani kropli do kolacji. 16 sierpnia — dalej nic. Kolejne 24 godziny – nic, potem kolejne i kolejne.

Miałem szczęście, że przetrwałem bez zapicia pierwsze miesiące, chroniły mnie dyskomfort i strach przed śmiercią. Do terapii zabierałem się jak pies do jeża, na miting AA nie raczyłem się wybrać. Myślałem wtedy, że poradzę sobie sam – silna wola i te sprawy. Bzdura, uzależniony nie ma żadnej silnej woli, jest bezsilny wobec alkoholu.

No ale o tym dowiedziałem się, dopiero gdy trafiłem na terapię leczenia uzależnień, prawie pół roku po zaprzestaniu picia. Początek wcale nie był łatwy. Bałem się odzywać, czułem się nie na miejscu, inni pacjenci mnie przerażali, terapeuta stresował. Wiedziałem jednak, że jestem chory, a tu się moją chorobę leczy. Chodziłem więc tydzień w tydzień przez rok, bez skuchy, co poniedziałek – tam mogli mi pomóc, tam dawali mi szansę.

W tym samym czasie wgryzałem się jak szalony w filozofię stoicką, która jest mi podporą do dziś. Zacząłem rozumieć, jak i dlaczego się tu znalazłem, a emocje przestały być przypadłością, której trzeba się jak najszybciej pozbyć, stały się naturalną częścią mnie, która domaga się zrozumienia i należnego sobie miejsca. A jedną z najważniejszych rzeczy dla każdego stoika, to być w kontakcie ze swoimi emocjami.

Zacząłem wiele czytać o filozofii i psychologii, a potem o nich pisać.

Wypełniałem kompulsywnie pustkę, jaką w moim życiu zostawił alkohol, najpierw prostymi rozrywkami – graniem, spaniem, jedzeniem. Później zacząłem stawiać sobie cel. Największy: zdobyć koronę gór polskich w 12 miesięcy. I wiecie co? Udało się! Miesiąc po miesiącu zaliczałem kolejne szczyty. Wdrapałem się nawet, pomimo lęku wysokości, na te nieszczęsne Rysy! Wreszcie mogłem realizować swoje cele, a nie tylko on nich marzyć.

Dzisiaj mija 985 dni, podczas których nie wypiłem nic. Stoję przed wami, tak jak ponad rok temu stałem przytulony do kawałka kamienia na szczycie góry, starając się nie patrzeć w przepaść. Stoję przed wami, by zmierzyć się z lękiem większym nawet niż lęk wysokości – z lękiem przed byciem zauważonym i byciem słyszanym. Cztery lata temu nie miałbym mocy, by spojrzeć mu w twarz, dziś jestem w stanie to zrobić, a to wszystko dzięki utracie poczucia komfortu, która dosięgnęła mnie pewnego sierpniowego dnia.

Dobra historia powinna mieć morał, a ta jest przecież całkiem niezła. Najczarniejszy moment mojego życia doprowadził mnie do najpiękniejszego czasu. Tak jednak nie musiało być, wypadki mogły potoczyć się dużo tragiczniej. Tych z was, którzy nadal gracie w tę ruletkę, zostawię z pytaniem: dlaczego to robicie? Nie chcę, byście dziś pogrążyli się w strachu przed podzieleniem mojego losu, bo choć strach jest cudownym motywatorem w sytuacjach krańcowych, to życie w nieustającym strachu jest piekłem. Popatrzcie na to z drugiej strony. Zamiast zastanawiać się, dlaczego mielibyście niepić, zastanówcie się, dlaczego pijecie i czy naprawdę macie po temu dobre powody?