O wartościach

Czym jest hierarchia wartości?

Czy ważniejsza jest przyjaźń, czy praca? Czy większe znaczenie mają pieniądze, czy tężyzna fizyczna? Czy cenię wyżej duchowość, czy podróże do egzotycznych krajów?
Powyższe pytania, są przykładami pytań, o wzajemną relację między wartościami. Odpowiedzi na nie ustawiają wartości w hierarchiczną strukturę, uporządkowaną od tego, co najcenniejsze, do tego, co najmniej istotne. Ta struktura to hierarchia wartości.
Każdy z nas jakąś hierarchię wartości ma, nawet jeśli nie spisał jej nigdy na kartce, nie wypowiedział jej nigdy słowami, czy nawet, nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia.
Jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć na pytania powyżej, to znaczy, że masz swoją hierarchię wartości.

Zachęcam was, by zatrzymać się na chwilę i rozważyć następujące kwestie:
Czy mam fizyczny zapis swojej hierarchii wartości?
Czy potrafię wyrecytować, jaka jest moja hierarchia wartości?
Czy kiedykolwiek świadomie analizowałem i zmieniałem swoją hierarchię wartości?
Cześć z was na wszystkie powyższe pytania odpowie negatywnie. To znaczy, że wasza hierarchia wartości jest nieuświadomiona, że jest intuicyjna. W takim układzie można swobodnie funkcjonować i podejmować decyzje. Uważam jednak, że to za mało. Hierarchia wartości jest tak istotna, że kluczowe jest, by była dostępna dla świadomego, logicznego umysłu. To warunek konieczny, by została poddana krytyce. Każdy skorzysta na logicznym przeanalizowaniu fundamentalnych wartości i zmian ich układu w zależności od wyników takiej operacji — czasem będzie to oznaczać proste przeszeregowanie, czasem porzucenie pewnych wartości lub adaptację nowych.
Jak już wspomniałem, hierarchia porządkuje to, co ważne od najbardziej do najmniej istotnego. Uporządkowanie ma sens jedynie, jeśli nie dopuszcza remisów, czyli realnie oddziela od siebie wszystkie wartości. Bo jeśli wszystko ma wysoki priorytet, to nic nie ma wysokiego priorytetu. Może się tak zdarzyć, że dwie wartości będą blisko siebie, tak że trudno będzie między nimi wybrać, wtedy naszym zadaniem jest znalezienie różnicujących je argumentów i wzajemne uporządkowanie.
Co dokładnie znajdzie się na liście wartości, jest kwestią indywidualną. Przestawię swoją wersję, ale wasze mogą być odmienne. Możecie myśleć o wartościach kategoriami szerszymi, niż ja to czynię, lub węższymi. Wasze wartości mogą się w pokrywać z moimi lub od nich odbiegać. Nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Zależnie od sytuacji i indywidualnych okoliczności, można przytaczać argumenty na diametralnie różne uporządkowania. Co więcej, lista może się zmieniać z czasem. Nie dlatego, że kiedyś była błędna, tylko dlatego, że zmieniają się zewnętrzne i wewnętrzne okoliczności. Hierarchia wartości nie jest wyrytą w kamieniu ostateczne prawda, jest żywym tworem, podatny na logiczną krytykę i zmienne koleje losu.
Postaram się teraz przedstawić moją hierarchię wartości, sposób, w jaki o niej myślę, jak ją uzasadniam i nad jakim jej aspektami pracuję.

Jak wygląda moja hierarchia wartości?

Kiedy myślę o hierarchii wartości, to koncentruję się na pięciu czołowych elementach. To pozwala ograniczyć zakres dociekań do tego, co ważne. Mam ograniczoną ilość czasu do dyspozycji, nie ma potrzeby, by spędzać go na rozstrzyganiu różnicy między miejsce 50 a 51.
Kiedy myślę o elementach tej listy, myślę o tym, co jest ważne i co jest niezbędne, zostawiam na boku to, co przyjemne – przyjemności znajdują drogę do mego grafiku samoistnie. Nie wszystko, co robię w życiu, odnosi się do pierwszej piątki wartości, ale upewniam się, że większość tego, co robię, wynika bezpośrednio z tych punktów. Jeśli tak nie jest, jest to dla mnie znak kłopotu, że muszę przewartościować hierarchię lub popracować nad jej realizacją w praktyce.
Moja piątka przedstawia się następująco (w kolejności od najważniejszego):
trzeźwość
rozwój osobisty
relacje partnerskie
twórczość
praca.

Pokrótce wyjaśnię dlaczego, jakie są argumenty za takim wyborem i kolejnością.
Na szczycie znajduje się trzeźwość, tu argument jest prosty: bez trzeźwości moje życie runie w gruzy, jest ona fundamentem niezbędnym dla budowania reszty. Musi być priorytetem, bo bez niej kolejne punkty nie zostaną zrealizowane.
Na drugim miejscu mamy rozwój osobisty. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest on niezbędnym wsparciem dla trzeźwości, drugą stroną tej samej monety. W pewnym sensie proces trzeźwienia polega na nieustannej ucieczce naprzód, która jest właśnie rozwojem osobistym. Bez rozwoju trzeźwość jest zagrożona, musi więc być on na drugim miejscu.
Na trzecim plasuje relacje partnerskie, termin szeroki i dość mglisty. Rozumiem przez to tworzenie i utrzymywanie zdrowych relacji z innymi ludźmi. Obejmują one relacje przyjacielskie, rodzinne, romantyczne. Obejmują moje pragnienie założenia rodziny i posiadania dzieci. Są dwa powody dla tak wysokiego miejsca relacji: pierwszy, to moje stoickie przekonanie, że relacje są niezbędne do właściwego rozwoju osobistego, są niezastąpionym materiałem i pożywką dla tegoż. Drugie, to stoickie zorientowanie na działanie dla dobra powszechnego, które w mojej opinii najpełniej przejawia się w relacjach z innymi.
Na czwartym miejscu mamy twórczość. Plasuje się ona w pierwszej piątce, gdyż jest ogromnym wsparcie dla zarówno trzeźwości, samorozwoju, jak i relacji. Stanowi formę autoterapii, pozwalającej mi przepracować wiele złożonych aspektów mojego funkcjonowania. Jest też źródłem wielkiej radości i poczucia spełnienia – stymulacja układu nagrody w mózgu. Sposobem na zdrowe wykorzystanie czasu. I wreszcie pretekstem do wchodzenia w relację z ludźmi.
Cztery pierwsze punkty były ze sobą powiązane, przenikały się i wspierały wzajemnie, piąty – praca – wyłamuje się z tego schematu. Znajduje się tutaj z konieczności. Zarobkowanie jest potrzebne do tego, bym mógł podtrzymać swoją egzystencję. Płacić rachunki, kupować jedzenie, realizować niektóre aspekty pozostałych życiowych priorytetów. W idealnej sytuacji chciałbym ją relegować poza pierwszą piątkę, by zrobić miejsce innym celom.
Wypracowanie obecnego kształtu mojej hierarchii wartości zajęło mi około roku, co około trzy miesiące tworząc kolejną wersję. Teraz nadchodzi kolejna runda prac skoncentrowana nie na samej drabince, z której jestem zadowolony, ale na doprecyzowaniu jej elementów. Przykładowo, trzeci punkt, relacje partnerskie, jest szeroki i niejasny, wyraźnie rozleglejszy od pozostałych. Chcę z niego wyłuskać najbardziej kluczowe rodzaje relacji i na nich się skupić, ustalić hierarchię wewnątrz hierarchii. Czy najważniejsze będzie założenie rodziny i posiadanie dzieci, czy pogłębienie istniejących przyjaźni, czy zbudowanie nowych? Na tego typu pytania będę szukał odpowiedzi.
Hierarchia wartości jest projektem na całe życie. Powinna ulegać zmianie, w miarę jak my się zmieniamy, jednocześnie wskazując kierunek tych zmian. Warto by była poddawana okresowym przeglądom, logicznej ocenie poszczególnych elementów, tak by nie prowadziła nas na manowce. Z każdym z jej punktów związać trzeba konkretne działania, które go realizują. Stworzyć przykłady, które ułatwią nam stosowanie ich w przyszłości. Ta część pracy także jest przede mną. Chcę nadawać głębię każdemu z moich priorytetów, aż staną się dla mnie krystalicznie jasne.

Dlaczego hierarchia wartości jest ważna?

Hierarchia wartości nie jest abstrakcyjną, teoretyczną koncepcją, przeciwnie, jest dalece praktycznym narzędziem. Za każdym razem, gdy podejmujemy decyzję, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, przywołujemy swoją hierarchię wartości. Pytanie, czy chcemy aktywnie kształtować nasz aparat decyzyjny. Jeśli nie, dzisiejszy wpis był małą intelektualną przygodą bez konsekwencji. Jeśli jednak chcemy, by nasze rozumienie tego, co jest ważne, miało solidne podstawy i logiczne uzasadnienie, musimy poświęcać czas i wysiłek na pracę z wartościami, w czym mam nadzieje ten tekst nieco pomoże.

Przejrzysta hierarchia wartości to jeden ze sposobów zaprowadzania porządku w naszym wewnętrznym świecie, budowania zaufania do samego siebie i decyzji, które musimy podejmować, a które bywają bardzo trudne.

W kolejnym wpisie spojrzę szczegółowo na proces podejmowania decyzji i jak wiąże się on z hierarchią wartości, skorzystam przy tym z osobistego przykładu. Jeśli dzisiejszy artykuł was zaciekawił, zapraszam na kontynuację w przyszłą środę.

O starości

Tekst porusza refleksje nad życiem, czasem i stratami spowodowanymi przez alkohol. Autor analizuje swoje przeżycia z perspektywy Seneki, podkreślając, ile czasu stracił na zewnętrzne okoliczności. Po latach zmagań z nałogiem, odnajduje wolność i sens życia, z nadzieją na dalszy rozwój przed śmiercią.

„[ludzie] nikomu na świecie nie pozwolą zająć swych posiadłości, a jeśli wywiąże się bodaj najbłahsza kłótnia w sprawach granicznych, natychmiast chwytają za kamienie i zbroje! Ale swe życie pozwalają innym zajmować, więcej: sami wprowadzają przyszłych panów swojego życia do domu. Nie znajdziesz nikogo, kto by chciał między innych rozdzielić swoje pieniądze, a przecież jak wielu rozdaje innym swoje życie! Skąpcami są w zachowaniu odziedziczonego majątku, ale są największymi marnotrawcami, jeśli chodzi o stratę czasu, jedynego dobre, wobec którego skąpstwo i chciwość są cnotą. Wybierz któregoś z gromady starców: „Widzimy, że dożyłeś do najdalszej granicy ludzkiego wieku.(…) Dalej więc! Zdaj rachunek ze swego życia! Policz, jak wiele z ogólnej sumy czasu zabrał wierzyciel, jak wiele kochanka, (…) jak wiele klient, jak wiele kłótnia z żoną, (…) jak wiele bieganina po mieście dla załatwienia różnych potrzeb. Dodaj do tego choroby, których sam się nabawiłeś, dodaj i te również okresy, które upłynęły bezużytecznie, a zobaczysz, że masz daleko mniej lat, niż sobie liczysz. Przypomnij sobie, ile to razy byłeś zdecydowany, co masz czynić, ile to dni spędziłeś tak, jak je zaplanowałeś, ile razy rozporządzałeś własną osobą, ile razy zachowałeś tę samą pogodę na twarzy, ile razy duch twój nie przejął się trwogą, jakiego w tak długim wieku dokonałeś dzieła, jak wielu ludzi rabowało ci twe życie, kiedy ty nawet nie doceniałeś co tracisz; jak wiele ci zabrał jałowy smutek, głupia uciecha, chciwa żądza, pochlebcza rozmowa, jak mało pozostało ci z ciebie, a wtedy zrozumiesz, że umrzesz – dziecięciem!” (…) żyjecie, jak gdybyście mieli żyć wieki, że nawet nigdy nie pomyślicie o swej znikomości, że nie zwracacie uwagi, jak wiele już czasu ubyło, trwonicie go jednak w ten sposób, jakbyście zawsze mieli pełną, a nawet niewyczerpaną miarę, gdy tymczasem ten właśnie dzień, który poświęcacie bądź jakiejś osobie, bądź jakiejś sprawie, jest może – ostatnim. Wszystkiego się lękacie jak śmiertelni, wszystkiego łakniecie jak nieśmiertelni. Posłyszysz jak mówi większość: „Z ukończeniem pięćdziesiątego roku wycofam się na spoczynek, a rok sześćdziesiąty uwolni mnie z wszelkich w ogóle powinności publiczny.” Ale kto, koniec końców, da ci gwarancję tego dłuższego życia? (…) Nie wstydzisz się, by same już resztki życia zachowywać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać te tylko lata, kiedy już do niczego nie będziesz zdatny? O wiele za późno wtedy dopiero zaczynać życie, kiedy je trzeba już dokończyć! I cóż to za głupia niepamięć śmiertelnej doli, żeby aż na pięćdziesiąty lub sześćdziesiąty rok życia odkładać rozumne postanowienia i chcieć rozpoczynać życie w tym wieku, do którego dożyło niewielu!”
O krótkości życia, Seneka

Ile mam lat? Jeśli spojrzę w dowód, wyjdzie że czterdzieści. Czy aby na pewno? Mój zegarek twierdzi, że mój wiek „sprawnościowy” to trzydzieści sześć. Czuję się młodziej i obracam się wśród młodszych ludzi. Ale ile faktycznie przeżyłem?

Nadszedł czasy by zdać rachunek ze swego dotychczasowego życia. Jak wzywa Seneka, spójrzmy razem, ile żyłem dla siebie, a ile zmitrężyłem na okoliczności zewnętrzne.

Zacznijmy od dzieciństwa. Niewiele z niego pamiętam. Pierwsze wyraźne wspomnienia mam z czasów liceum. Czas do szesnastego roku życia to biała plama z niewielkimi przebłyskami. Jak podliczyć ten  czas? Trzy pierwsze lata życia – mało kto je pamięta, kształtują nas znacznie, zaliczmy je w pełni. Z pozostałych trzynastu zebrał by się może rok wspomnień i za tyle je policzę. Wiem, że funkcjonuje we mnie wiele mechanizmów z tego okresu, których kształtowania się w zapomnianym czasie. Nie zaliczam go jednak do pożytecznych lat, bo mechanizmy te są dzisiaj miną do rozbrajania, a nie wartościowymi częściami mojej osobowości.
Do wieku lat szesnastu przeżyłem cztery.

W okolicach półmetka liceum zacząłem pić. Zorientowałem się, że kiedy piję to się nie boję, że czuję się silny i sprawczy. Dzięki alkoholowi nie musiałem czuć wstydu, smutku, gniewu i żalu. To trudne emocje, kto by chciał je czuć? Od tego czasu piłem nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia lat. Na początku metaforyczne, bo piłem od okazji do okazji, nie łatwo było zorganizować pieniądze i warunki by można było się spokojnie napić. Myślenie miałem już jednak pijane.
To ile z tych licealnych lat mogę policzyć dla siebie? Będąc szczodrym to powiedział bym, że dwa lata z czterech. Zdobyłem wiedzę, zbudowałem kilka przyjaźni, nauczyłem się kilku życiowych prawd nie związanych z piciem. Jednak gro tego czasu podporządkowałem alkoholowi, zużyłem na przypodobanie się grupie rówieśniczej, straciłem na fantazjowanie o wybujałych ambicjach.
W wieku lat dziewiętnastu ruszam na studia jak sześciolatek.

Pierwszy rok studiów straciłem na Politechnice, robiąc coś co miało mnie zaciekawić, a w rzeczywistości znudziło. Piłem nieco więcej i częściej niż w liceum i, co kluczowe, coraz częściej w samotności.
Kolejne lata już na fizyce, to rosnąca koncentracja życia wokół alkoholu: próżne biesiady, samotne chlanie, półprzytomne i skacowane weekendy. Nie wszystko szło na straty:  uczyłem się tego co sprawiało mi frajdę, poznałem kilka(naście) osób, z którymi przyjaźnie się do dziś i są to najcenniejszych znajomości mego życia.
Jednak większość tego czasu to ucieczka od siebie w błogi bezwład. Funkcjonowanie jak gdybym miał żyć wieki, jakby mój czas miał się nie wyczerpać odkładanie wszystkiego na później. To życie samotne, ale, paradoksalnie, głęboko zorientowane na zdobywanie akceptacji innych i ucieczkę przed poczuciem odrzuceniem. Będąc sam nie zostawiałem chwili dla siebie.
Te sześć lat to może rok życia płodnego życia. Pisząc ten tekst, nie mogę się nadziwić jak mało z nich pamiętam.

Na doktorat poszedłem z braku pomysłu na to co chcę robić. Okazał się on jednak pozytywnym przeżyciem i powodem do dumy. Mój nałóg się pogłębiał. Miałe więcej pieniędzy, mogłem więcej i częściej pić. Normą stały się weekendowe ciągi, klinowanie z rana, całe dnie rozpieprzone na kaca, który paradoksalnie był chwilą wytchnienia. Rdzeniem mojego funkcjonowania było pochłanianie seriali. Setki czy tysiące godzin idących jedna po drugiej na gapienie się w ekran. W środku nocy, z alkoholem w ręku, jeszcze jeden odcinek – a następny dzień kolejnych dziesięć na kaca. Zabijałem czas piciem i seansami, pożytkowałem odrobinę na pracę na uczelni, w efekcie nie miałem chwili by się zatrzymać, coś poczuć, czegoś się o sobie dowiedzieć.
Nie wszystko straciłem – nauczyłem się kwantowej teorii pola, ewolucji gwiazd, odrobinki prawdy o funkcjonowaniu wszechświata.
Za te pięć lat, dam sobie kolejny roczek, zostając dumnym ośmiolatkiem.

Pierwsze osiem lat pracy, od jej podjęcia do rzucenia picia, to jazda bez trzymanki i na farcie. Po raz pierwszy miałem pieniądze żeby pić i korzystałem z tego coraz intensywniej. Byłem typowym „wysoko funkcjonującym” alkoholikiem: jakoś trzymałem sprawy zawodowe (w końcu płaciły za picie), a wszystko inne rozpadało się w gruzy. Ślizgałem się tylko po powierzchni życia. Oddawałem swój czas na lewo i prawo bo sam nie umiałem z nim nic zrobić, najwięcej zaofiarowałem alkoholowi, wiele nieukojonym lękom.
Jak utrzymałem pracę: fart. Jak nie utonąłem w Odrze (a obudziłem się kiedyś metr od jej brzegu): fart. Jak to się stało, że mnie nie pobito, obrabowano, zabito: fart.
Byłem wiecznie zmęczony, rozczarowany swoim życiem, zły na cały świat. Chciałem pić bez przerwy, ale nie mogłem – bo praca. Marzyłem na jawie o emeryturze, że wtedy to dopiero pożyję, mając na myśli – popiję.  Trzydziestolatek śniący o tym by już być po sześćdziesiątce.
Degrengolada tego okresu była głęboka. Za osiem lat policzę sobie rok, co da mi lat dziewięć w wieku trzydziestu ośmiu.
Niszczycielska spirala tego okresu doprowadziła mnie jednak do najpiękniejszego kryzysu mojego życia i do odzyskania wolności.

Po raz pierwszy w życiu – wolny. Od momentu gdy przestałem pić do dziś, to najpełniej przeżyty okres mojego życia. Nigdy nie byłem w tak dobrej formie fizycznej, w tak dobrej formie intelektualnej i w tak dobrej formie emocjonalnej. Czyli zaliczamy dwa lata? Powoli, spójrzmy głębiej.
Pierwsze pół roku trzeźwienia to był czas chaosu, zaciskania pośladków i działania na ślepo. Na plus liczę początek pracy stoickiej, czyli kształtowania rozumnej ścieżki życia. Także na plus pracę nad i poprawę formy fizycznej.  Na minus, setki godzin wypełnione bezrozumnym klikaniem w Diablo 2, które wypełniło mi część pustki po alkoholu. Rozważałem, czy czasu tej obsesji nie odliczyć od całości, ale spełnił on ważną rolę – pomagały zachować abstynencję – zostanie więc.
Kolejne półtora roku, od rzucenia palenia, to czas prostszy i przeżyty w pełni, z małymi potknięciami, które jednak prowadziły do nowych wniosków i kolejnych kroków naprzód.
Z małymi zastrzeżeniami całe te dwa lata zaliczę jako przeżyte, co da mi na dzień dzisiejszy jedenaście lat. I tak jestem wyrośniętym jedenastolatkiem, fizycznie i intelektualnie dorosłym, ale pod względem mądrości i emocjonalności wciąż dzieckiem na początku okresu dojrzewania. Kto miał kontakt z dziećmi w tym wieku, wie jak potrafią być uparte, jak pewne swej nieomylności, jak bardzo egocentryczne, zapatrzone w siebie. Ale są też urocze, przytulaśne, ciekawe świata, gadają czasem bardzo śmieszne, a czasem bardzo mądre rzeczy. Widać w nich potencjał. Dają się lubić, a skoro wiemy, że to tylko faza i kiedyś z tego wyrosną, wiele im wybaczamy.
Ufam, że ostatnie dwa lata wyznaczyły trwały trend w moim życiu i jeśli los pozwoli i da mi trochę czasu, to zdążę przed śmiercią dorosnąć. Ale jeśli nie i dzisiaj jest ten ostatni dzień, to cóż, ważne, że tu i teraz żyję dla siebie i jestem panem swojego czasu!