O fizyce

Artykuł koncentruje się na starożytnej filozofii stoicyzmu, szczególnie na trzech podstawowych filarach: fizyce, logice i etyce. Autor podkreśla ich rolę w podejmowaniu decyzji i konieczność rozróżnienia między tym, co od nas zależy, a tym, co nie. Proponuje też wykorzystanie metody naukowej w analizie rzeczywistości.

                Ten artykuł nie dotyczy kwarków, kwantowej teorii pola, cząstek Higgsa czy czarnych dziur. Nie o takiej fizyce będę dzisiaj pisał, lecz o takiej jak ją definiowali rzymscy stoicy, czyli sztuce odróżniania tego, co rzeczywiste od tego, co nierzeczywiste.
                Trzy filary, działy stoicyzmu to:
1. Fizyka, czyli odróżnianie tego, co rzeczywiste od tego, co nierzeczywiste, oraz tego, co od nas zależne od tego, co niezależne,
2. Logika, czyli odróżnianie tego, co fałszywe od tego, co prawdziwe,
3. Etyka, czyli odróżnianie tego, co dobre od tego, co złe.
Każdej z nich poświęcę artykuł na blogu w cyklu rozważań o podejmowaniu decyzji. To te trzy elementy są narzędziami niezbędnymi do podejmowania racjonalnych i dobrych decyzji. W ramach dyskusji będę zwracał uwagę, na jakie elementy procesu podejmowania decyzji wpływają.

Część 1: Co jest rzeczywiste

                 Pierwszy aspekt fizyki to określenie co jest rzeczywiste, ta dziedzina wiedzy jest rozwijana po dziś dzień. Jej najlepszym obecnie narzędziem jest metoda naukowa. Pokrótce wymienię jedynie podstawowe właściwości teorii naukowej, bez zagłębiania się w szczegóły, które znaleźć można w licznych opracowaniach.
Kluczowym elementem metody naukowej jest tworzenie hipotez i teorii falsyfikowalnych, takich, dla których można określić wynik eksperymentu, które je obali: teoria przewidująca fałszywy wynik eksperymentu, jest fałszywa. Nacisk na falsyfikowalność wymusza tworzenie teorii, które precyzyjnie określają wyniki eksperymentów, dopuszczają swoją własną fałszywość i zachęcają do jej badania. Teoria naukowa jest bardzo dynamicznym tworem, ulegającym zmianą w procesie formułowania i badania. Jest to wielka siła tego modelu, opartego na próbach udowodnienia, że się mylimy, zamiast dowodzenia, że mamy rację. Ma to znamiona sokratejskiego „wiem, że nic nie wiem”: odrzucenia przekonania o własnej wiedzy, na rzecz ciągłego kwestionowania własnych teorii i przekonań.
Zmienność teorii naukowych jest ich siła i słabością. Na tak płynnym fundamencie, nie da się wznieść trwałego gmachu. To doprowadziło do wprowadzenia (odkrycia) pojęcia paradygmatu. Jest to teorią naukową, która uzyskała specjalne względy. Czy to przez liczne eksperymenty falsyfikujące, które jej nie obaliły, czy to przez szerokie i skuteczne zastosowanie praktyczne, paradygmat uzyskał status: „jesteśmy tego prawie pewni”. Paradygmaty są przydatne, by móc naukę stosować w praktyce. Pozwalają wokół teorii stworzyć katalog zastosowań. Pełnią funkcję rdzenia, wokół którego, nadbudowujemy wiedzę, na którym konstruujemy teorię szczegółowe.
Paradygmaty w nauce nie są wieczne, można je podważać i obalać. Obdarzamy je jednak większym zaufaniem niż teorie szczegółowe. Czyli, jeśli wyniki eksperymentu nie zgadzają się z paradygmatem, to najpierw szukamy błędu w eksperymencie, lub wyjaśnienia w obrębię paradygmatu. Dopiero gdy ich nie znajdziemy, podważamy sam paradygmat.
Przykładem obalonego paradygmatu jest mechanika newtonowska. Przez kilkaset lat funkcjonowała jako płodny i niepodważalny fakt, na którego bazie zbudowano setki szczegółowych teorii, na którego bazie wzniesiono wiele budowli i opracowano wiele maszyn. W początkach XX wieku została obalona i zastąpiona mechaniką kwantową, a później kwantową teorią pola. Do dziś pozostaje jednak częścią (przypadkiem granicznym) nowego paradygmatu, zachowując wiele ze swojej użyteczności.
Zmienność teorii naukowej i proces zdobywania wiedzy poprzez metodę naukową bywa frustrująca dla przeciętnego człowieka, który wolałby usłyszeć pewną odpowiedź na swoje pytania. Kiedy mówią mu, że maseczki mogą być nieskuteczne w walce z wirusem, aby miesiąc później powiedzieć, że są kluczowe w walce z pandemią, czuję się skołowany. Kiedy usłyszy, że czerwone wino działa pozytywnie na układ krążenia, by kilka lat później usłyszeć, że jednak nie, że alkohol jest kardiotoksyczny, traci zaufanie do przewidywań lekarzy. Kiedy najpierw mu mówią, że można się poruszać z dowolną prędkości, by później stwierdzić, że jednak nie da się szybciej niż światło w próżni, macha ręką na wiedzę naukową. Jedna zadaniem nauki nie jest dawanie pewności, a wyżej wymienionych zdarzenia, to przykłady siły działania metody naukowej i jej samo korygującej natury.
Problem niepewności jest fundamentalny dla naszego postrzegania świata, dla fizyki, wykraczając poza ramy metody naukowej. Pojawia się tu w naszych rozważaniach logika i jej nieubłagany werdykt, iż w naszym rozumieniu świata, nie możemy stwierdzić, co jest prawdziwe, tylko co prawdziwe nie jest. Poruszymy ten temat, związany ze strukturą implikacji logicznej, w przyszłości. Tu tylko podkreślę: jedyne czego możemy dowieść o rzeczywistości, to, że coś do niej nie należy, że nasza teoria jest fałszywa. Dowiedzeni prawdziwości wymaga dowiedzenia, że każdy wynik eksperymentu jest z nią zgodny, do dowiedzenia fałszywości, wystarczy wykazać, że istnieje eksperyment z nią sprzeczny. To zadania o dramatycznie odmiennej skali.

Część 2: Co jest od nas zależne

Marek Aureliusz

„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego;
2.) działa tylko dla dobra powszechnego;
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Marek Aureliusz, „Rozmyślania

                Cytat otwierający tę część artykułu będzie nam towarzyszył przez najbliższe kilka tygodni, jako plan punktów do dyskusji. Odnosi się bezpośrednio do zagadnienia wyborów czy, w mojej nomenklaturze, decyzji. „Swobodne zmierzanie naprzód”, o którym pisze rzymski cesarz, jest życiem złożonym z dobrych wyborów. Dostajemy stoicką receptę, co należy czynić, o co dbać, żeby dobrych wyborów dokonywać. Marek Aureliusz wymienia cztery punkty, my jednak zaklasyfikujemy je, do naszych trzech działów filozofii. Punkt (1) przypiszemy do logiki, punkt (2) do etyki, punkty (3) i (4) do fizyki. Rozdział nie jest ścisły, jako że nasze trzy dziedziny przenikają się i powyższe punkty przy głębszym rozważeniu rozciągają się na wiele dziedzin.

                Zacznijmy od punktu (3) fundamentalnego dla stoicyzmu jako szkoły filozoficznej. Każdy jej adept rozważa i nosi w sercu tę myśl w jakiejś formie. Ja korzystam z wersji Epikteta, którą powtarzam rano i wieczorem i którą wezmę za osnowę dalszych rozmyślań:

„Naszym najważniejszym życiowy zadaniem jest nauczyć się rozróżniać rzeczy należące do dwóch kategorii: wydarzenie zewnętrzne (tych nie możemy kontrolować) i związane z tymi wydarzeniami wewnętrzne wybory, nad którymi mamy kontrolę. Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje.”
Epiktet, „Enchereidion”

Ktoś obeznany z terapią poznawczo-behawioralną, może tu dostrzec podobieństwa w sposobie myślenia o naszej sprawczości. Epiktet twierdzi, iż najważniejsze czego możemy w życiu dokonać, to rozróżnić co należy do jednej z kategorii: rzeczy od nas zależnych i rzeczy od nas niezależnych. Te kategorie są wzajemnie rozłączne, a razem pokrywają wszystko, co istnieje. Intuicyjnie ta propozycja ma sens. Znając takie rozróżnienie, możemy skoncentrować się na tym, co możemy zmienić i zaakceptować to, czego zmienić nie możemy – oczywiste. Dlaczego stoicy uczynili tę myśl rdzeniem swojej filozofii? Dlaczego ja, praktykujący stoik, czuję potrzebę, by codziennie ją powtarzać?
Pierwsza część odpowiedzi wynika z tego, że ta prosta teoria przekłada się na trudną praktykę i komplikuje, gdy zaczynamy zgłębiać szczegóły. Druga część odpowiedzi kryję się w ostatnich zdaniach: „Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje”. Myśli, które jest niezwykle trudna do zaakceptowania przez większość.
Zacznijmy od pierwszej części odpowiedzi i przy okazji uściślijmy, co stoik rozumie jako zależne (nad czym mamy kontrolę), a co jako niezależne (czego nie możemy kontrolować). Odpowiedź jest zawarta w oryginalnym cytacie: „wewnętrzne wybory”. To możemy kontrolować, tylko to jest od nas zależne. Jako dopełnienie zbioru to, co nie jest wewnętrznym wyborem, jest ode mnie niezależne. Przykładowo: moje życie i zdrowie, moja lewa ręka, mój stan konta, moje relacje z przyjaciółmi, awans w pracy, etc. Wszystko to jest ode mnie niezależne. Może mi zostać odebrane przez los, nie znajduje się w domenie moich wyborów/decyzji – jedynego co kontroluję. Tutaj może pojawić się sprzeciw. Jak to? Nie kontroluje własnej ręki? Co za nonsens! A jednak, po stoicku kontrola oznacza pełną kontrolę. Jeśli ręka zostanie mi odcięta, nie mogą wysiłkiem woli sprawić by odrosła. Jeśli porażeniu ulegną mięśnie w mej ręce, nie mogę myślą sprawić, by się zregenerowały. Jeśli przypadek, zewnętrzne okoliczności lub inni ludzie mogą mi coś odebrać, to nie mam nad tym kontroli. Ta idea, choć trudna do zaakceptowania, pozwala skoncentrować wysiłki tam, gdzie mamy realny wpływ – w sferze wewnętrznych decyzji. Uwalniamy się w ten sposób spod władzy zewnętrznych okoliczności i przejmujemy samostanowienie. Nasza nowa dziedzina jest o wiele mniejsza, niż świat, który usiłowaliśmy kontrolować wcześniej, jednak ją możemy kontrolować realnie, podczas gdy nad światem mieliśmy jedynie iluzję kontroli.
Druga myśl: „Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje” także niesie za sobą trudność. Wymaga zaakceptowania, że to we mnie tkwi dobro i zło, ja jestem ich źródłem w swoim życiu. To nie świat zewnętrzny jest zły. To moje wybory i wyobrażenia o świecie są złe. Ta myśl oznacza przejęcie pełnej odpowiedzialności za nasze szczęście i nasze dobro. Koniec zrzucania odpowiedzialności na innych i na okoliczności! Dobro i zło są we mnie. Ten sposób myślenia wydaje się kolidować z podejściem większości ludzi. Jest to jednak element przejęcia sprawczości nad swoim życiem, nieoddawania niczego co istotne (dobre lub złe) zewnętrznym okolicznością. Wiąże się też z akceptacją rzeczywistości, jako tym, czym jest, czyli tłem dla naszej melodii i skoncentrowaniu się na tym, co realnie możemy zmienić.
Jakkolwiek radykalne jest stoickie spojrzenie na sprawy od nas zależne i niezależne, nie oznacza ono porzucenia zewnętrznego świata. Zwróćcie uwagę na sformułowanie „związane z tymi wydarzeniami [zewnętrznymi], wewnętrzne wybory”. Jest w nim zawarty wskazówka na związek naszego wewnętrznego funkcjonowania z bodźcami płynącymi z zewnątrz. Choć tych drugich nie możemy kontrolować, są one bazą dla naszych wyborów. Bez nich świat dostępnych dla decyzji byłby niezwykle ubogi. Może, teoretycznie, tak ubogi świat jest wystarczający dla szczęśliwego istnienia, ale w praktyce nie musimy tego sprawdzać, rzeczywistość dostarcza nam szerokiej gamy zdarzeń, na których możemy doskonali nasze decyzje. Świat zewnętrzny oddziałuje na nas, a my oddziałujemy na świat zewnętrzny w cyklu działania i informacji zwrotnej. To, co nam się przydarza, jest tworzywem, które możemy obrócić w dobro lub zło. Słowami Seneki „Listów moralnych do Lucyliusza”:

„Mylą się bowiem, mój Lucyliusz, ci, którzy sądzą, że los obdarza nas bądź czymś dobrym, bądź też czymś złym. Daje on nam tylko materiał, z którego może powstać dobro lub zło, tylko zarodki rzeczy, które to zarodki mogą rozwinąć się w nas w zło albo dobro.”

Rozważania o umiejscowieniu dobra i zła w sferze naszych wyborów i rozumienia świata zewnętrznego jako źródła bodźców dla naszych decyzji, prowadzą nas do punktu (4) z myśli Marka Aurelego: „[natura racjonalna] przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”. Myśl ta wyraża stoicką akceptację rzeczywistości taką, jaka jest. Nie jest zadaniem ciekawym dla stoika, by „kłócić się” z rzeczywistością. Zadaniem dla stoika jest zrozumieć, co jest rzeczywiste i działać możliwie najlepiej w ramach zidentyfikowanej rzeczywistości. To idea przekraczającą potocznie rozumianą akceptację, określana jako „amor fati” (ukutym przez Nitzschego), czyli „umiłowanie losu”. Stoik kocha to, co mu się przydarza, bo każda zewnętrzna przeciwność jest okazją do poprawienia siebie, okazją do podjęcia dobrej decyzji. Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza” piszę:

„Nic nie wydaje mi się większym nieszczęściem niż człowiek, którego żadna i nigdy nie spotyka przeciwność, taki człowiek nie miał nigdy możności doświadczyć samego siebie.”

Część 3: Fizyka a mechanizm podejmowania decyzji

                Przebrnęliśmy przez spory kawałek teorii. Nadszedł czas, by rozważyć, jak w praktyce ową teorię możemy zastosować do ulepszenia naszej zdolności podejmowania decyzji.
Na początek przypomnę algorytmy podejmowania decyzji, który zaproponowałem w jednym z artykułów tej serii:
1. Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie,
2. Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna,
3. Zebranie dostępnych informacji (faktów) o sytuacji,
4. Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia),
5. Zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji,
6. Porównanie opcji na podstawie ich za i przeciw,
7. Wybór najkorzystniejszej opcji,
8. Działanie.
Fizyka przychodzi nam z pomocą głównie w odniesieniu do punktów od (1) do (4). Omówmy je teraz jeden po drugim.

(1) Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie.
W tym punkcie naszym zadaniem jest ocenić, co jest rzeczywiste i jak rzeczywistość prezentuje się w szczegółach. Polegamy na swoich zmysłach i zdolności do syntezowania płynących z nich informacji, by stworzyć obraz sytuacji.
Pierwszym zadaniem fizyki na tym etapie jest, by zweryfikować świadectwo naszych zmysłów pod kątem realności, skonfrontować informacje zmysłowe ze sobą i upewnić się o ich spójności. Kolokwialnie, upewnić się, czy „oczy nas nie mylą”.
Drugim zadaniem, jest weryfikacja syntezy, czyli całościowego obrazu naszego doświadczenia. Umysł jest podatny na zniekształcenia i błędy poznawcze, nikt nie jest od nich wolny, choć nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z ich istnienia. Naszym zadaniem jest upewnić się, że wyobrażenie o rzeczywistości, które stworzyliśmy, nie zawiera błędów. Oznacza to zaprzęgnięcie wiedzy o rachunku prawdopodobieństwa, naszej o dziedzinach szczegółowych nauki (fizyki współczesnej, biologii, historii etc.), zdolności do kwestionowania własnych założeń — by spróbować podważyć pierwsze rozumienie sytuacji.
Można o tym myśleć następująco: zadanie jest, stworzyć teorię na temat tego, co się wydarzyło. Jako dobry naukowiec zaczynamy od zebrania dostępnego materiału doświadczalnego i sprawdzenia go pod kątem prawdziwości – to wrażenia zmysłowe. Następnie formułujemy wstępną hipotezę – to pierwsze wrażenie. Szukamy luk w naszej hipotezie, eksperymentów falsyfikujących – to poszukiwanie potencjalnych błędów poznawczych. Ponawiamy obserwację i sprawdzamy materiał dowodowy pod kątem eksperymentów falsyfikujących – to ponowne spojrzenie na sytuację, przypomnienie sobie jej przebiegu i weryfikacja czy doszło do błędu poznawczego. Poddajemy teorię ocenie przez innych badaczy – omawiamy sytuację z innymi ludźmi albo ze sobą samy po pewnym czasie.
To dość skomplikowane. Czy da się w ten sposób podejść do każdej decyzji w życiu? Nie. Czy da się w ten sposób podejść do większości decyzji w życiu? Nie. Czy możemy tak podchodzić do większej ilość decyzji niż obecnie? Tak. Czy możemy tak podejść do tych kilkunastu, czy kilkudziesięciu najważniejszych decyzji? Tak.
Aby być gotowym w kluczowych momentach do zastosowania tak głębokiego rozmyślania, musi to podejście trenować na przykładach prostych decyzji. Tak jak żołnierz przygotowujący się na wojnę, ćwiczy strzelanie na bezpiecznym poligonie, tak i my, trenujemy swój umysł w czasach spokoju, by nie zostać zaskoczonym w czasach zamętu.
Te rozważania zawarły też w sobie punkty (3) i (4), czyli zbieranie informacji i przywoływanie doświadczenia, jako elementy iteracyjnego procesu weryfikacji naszej teorii o przeżywanym doświadczeniu. Do punktu (4) wrócę jeszcze osobno, o punkcie (3) powiem tylko, że każdą informację, możemy traktować jak mini teorię, czyli weryfikować ją pod kątem zgodności z doświadczeniem.

(2) Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna.
W tym punkcie kluczowe znaczenie ma rozumienie tego, co jest od nas zależne, a co nie. Aby poprawnie określić dostępny dla nas zbiór opcji działania, musimy dobrze rozumieć, co jest w naszej mocy, a co pozostaje w rękach przypadku czy czynników zewnętrznych. Mam poczucie, że ten punkt jest najczęstszym źródłem błędnych decyzji. Nagminnie mylimy się w ocenie tego, co możemy faktycznie zrobić i co jest od nas zależne. Robimy to poprzez rozszerzanie granic swojej sprawczości, przypisując sobie większy wpływ na rzeczywistość, niż faktycznie posiadamy.
Przykład: Rząd mojego kraju wprowadził prawo, z którym się gorąco nie zgadzam.
Typowa opcja, którą rozważamy: wyjdę na ulicę razem z innymi i zmusimy rząd do zmiany prawa.
Realna opcje: Wyjdę na ulicę. Będę skandował hasła. Jeśli spotkam innych podobnie myślących, to będę starał się ich trzymać.

Nie jest w mojej mocy zmienić decyzję rządu. Nie jest w mojej mocy zmusić czy nakłonić innych by wyszli na ulicę. Może się okazać, że stanę na niej zupełnie sam. Może się okazać, że będą nas tysiące, a rząd decyzji nie zmieni. I tak dalej.
Niejeden człowiek zapędził się w kozi róg, poprzez nazbyt szerokie rozumienie swojej sprawczości. Niejeden uczynił swoje życie nieszczęśliwym, bo nie chciał zrozumieć, co od niego zależy, a co nie.
Kluczowym przy podejmowaniu decyzji, jest stosowanie się do reguły zależne/niezależne, gdy budujemy zestaw opcji, spośród których przyjdzie nam wybierać. Upewniajmy się, że w tym zestawie jest zawsze tylko to, co kontrolujemy, czyli:
„Zaproszę koleżankę na kawę” nie „Pójdę z koleżanką na kawę” (koleżanka ma tu coś do powiedzenia)
„Będę spożywał 2000 kalorii dziennie” nie „Schudnę 10 kilogramów do wiosny” (może być za mało czasu)
„Będę pisał post co tydzień” nie „Zostanę królem blogosfery” (nikt nie kontroluje, co się stanie wiralem w internecie)
Jeszcze lepiej, jest dodać do każdego z tych stwierdzeń stoickie zastrzeżenie: „jeśli nic mi w tym nie przeszkodzi”.
„Zaproszę koleżankę na kawę, jeśli nic mi w tym nie przeszkodzi”, bo co jeśli mój telefon zje pies?
„Będę spożywał 2000 kalorii dziennie, jeśli nic mi tym nie przeszkodzi”, bo co jeśli okaże się, że ma to negatywny wpływ na moje zdrowie i lekarz zaleci mi więcej kalorii?
„Będę pisał posta co tydzień, jeśli nic mi w tym nie przeszkodzi”, bo co jeśli złamie obie ręce i nie będę w stanie używać klawiatury przez miesiąc?
Ta praktyka wydaje mi się zdecydowanie łatwiejsza do wprowadzenia, niż to, co rozważaliśmy w punkcie pierwszym. W sensie możemy ją zastosować do większej ilości naszych decyzji, tych małych i tych większych, jako że jest mniej czasochłonna, mimo że jej wpływ na nasze decyzje jest równie wielki, jak rozpoznanie rzeczywistości.
Co jest ważne, nie zakładajmy, że już potrafimy to robić! Trzeba ćwiczyć i przez ćwiczenia budować automatyzm takiego podejścia, by przy każdej nawet drobnej decyzji, nasz umysł filtrował opcję pod kątem tych od nas zależnych.

(4) Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia).
O tym punkcie krótko, bo większość tego, co odnosi się do punktu (1), ma zastosowanie i tutaj, a przeszłe doświadczenia stanowią też jeden z przyczynków do naszej weryfikacji rzeczywistości, są swoistą bazą wyników eksperymentów, którymi można testować nasze teorie.
Przeszłe doświadczenia można poddawać analizie, a nawet warto je poddawać analizie. Nie mamy żadnej gwarancji, że to, co tkwi w naszych wspomnieniach, jest wolne od błędów poznawczych. Nie wiemy, czy to, co pamiętamy, faktycznie się wydarzyło i czy wydarzyło się tak, jak to pamiętamy. To myśl dość nieprzyjemna, ale warto się z nią oswoić i regularnie poddawać sprawdzeniu nasze przekonania o przeszłości. Poddawajmy je skrupulatnej ocenie podobnej do tej opisanej w punkcie (1), jeśli to możliwe, konfrontując je z innymi świadkami tych wydarzeń. Wspomnienia stanowią ważny punkty odniesienia dla naszych decyzji teraz i w przyszłości: czyśćmy je z błędów poznawczych i dbajmy, by nie były zaburzane substancjami psychoaktywnymi. Jeśli nasze decyzje będą oparte na śmieciowych danych, to same też będą śmieciowe, niezależnie od tego, jak sprawnie działać będą mechanizmy ich podejmowania.

Reasumując, nie należy zaniedbywać fizyki jako nauki o rzeczywistości i naszym miejscu w niej. Jest kluczowa dla naszego procesu podejmowania decyzji, ponieważ:
1. Pozwala nam poprawnie zidentyfikować, co jest rzeczywiste, a co jest tworem lub zniekształceniem naszego umysłu.
2. Pozwala nam koncentrować nasze wybory nad tym, co naprawdę od nas zależy, bez gubienia się w labiryntach przypadku i sprawczości innych ludzi.

Ćwiczcie się więc w rozpoznawaniu rzeczywistości, bo każdemu z nas takie ćwiczenia wyjdą na dobre!

O dobrych decyzjach

Artykuł porusza kwestię oceny decyzji, podkreślając, że istotne jest skoncentrowanie się na dostępnych informacjach w momencie ich podejmowania. Krytyczne pytania dotyczą definicji sukcesu, rozważania opcji oraz oceny prawdopodobieństwa. Refleksja nad decyzjami pomaga usprawnić procesy decyzyjne, ale nie powinna prowadzić do oceny osoby podejmującej decyzję.

Rozważaliśmy w poprzednich częściach, jak podejmujemy decyzję. Dzisiaj pochylimy się nad pytaniem: jak i po co należy oceniać czy decyzja była poprawna, czy niepoprawna?

W mediach i w potocznych konwersacjach słyszymy często: „to była zła decyzja”, „on podjął dobrą decyzję”. Takie stwierdzenia są zwykle nieuzasadnione i często błędne. Ocena decyzji to bardzo skomplikowana sprawa, wymagająca posiadania informacji rzadko dla nas dostępnych. Potrzeba na nią wiele czasu i poważnych rozważań, znajomości matematyki, a konkretnie rachunku prawdopodobieństwa, obeznania z logiką.
Tutaj może macie wątpliwość: przecież ocena po fakcie jest bardzo prosta, wystarczy sprawdzić, czy się udało, czy decyzja przyniosła zamierzony skutek, czy też nie i sprawa załatwiona. Nic bardziej mylnego! Może być wiele sposobów na ocenianie decyzji, ale jak decyzji na pewno oceniać nie można, to po jej skutkach. Z tej prostej przyczyny: w momencie podejmowania decyzji, jej skutki nie są znane, nie mogą więc wpłynąć na decyzję. W wyciąganiu wniosków na przyszłość skutki mają znaczenie, ale w ocenie decyzji przeszłych już nie.
To, co wpływa na ocenę decyzji, to informacje, które były dostępne w momencie jej podejmowania. Obiektywna ocena musimy „zapomnieć” o wszelkich danych, zdobytych później (w tym o skutkach), odtworzyć przeszły stan wiedzy. To bardzo trudna sztuka. Ciężko przeprowadzić proces myślowy, ignorujący część posiadanej wiedzy. Najlepiej byłoby prawdziwie zapomnieć co się wydarzyło albo znaleźć osobę, która tego nie wie i zdać się na jej ocenę. Przydatne mogą tu być także maszyny, które można zaprogramować z ograniczonym zasobem wiedzy.

                Oto kroki, o jakie musimy zadbać, przygotowując się do oceny decyzji. Po pierwsze, musimy wiedzieć, jak definiowaliśmy sukces w momencie, gdy podejmowaliśmy decyzję. To ważne, ponieważ definicja ta może się zmieniać z czasem. Przykładowo, bo apetyt rośnie w miarę jedzenie, nasze oczekiwania rosną z czasem.
Meta poziom: rozważania, dlaczego zdefiniowałem sukces tak, a nie inaczej i czy definicja była właściwa?
Drugim elementem, który musimy odtworzyć, to opcję dostępne w chwili podejmowania decyzji. Trzeba być uważnym, by obecny stan wiedzy, nie zaćmił naszej analizy. Dziś możemy zdawać sobie sprawę z istnienia setek możliwych wyborów. Czy znaliśmy te możliwości w momencie podejmowania decyzji?
Meta poziom: rozważania, czy dołożyłem odpowiednich starań, by poznać wszystkie kluczowe możliwości, czy czegoś nie pominąłem, a jeśli to dlaczego?
Trzeci element to ocena prawdopodobieństwa sukcesu dostępnych możliwości. Zarówno tej wybranej, jak i innych. Ponownie kluczowe jest, by nie wprowadzać wiedzy z przyszłości, w szczególności wiedzy o skutkach decyzji, do kalkulacji i szacować na podstawie ówczesnego stanu wiedzy. Ten punkt jest czasochłonny i skomplikowany, najłatwiej w nim o prześlizgnięcie się danych, które nie powinny brać udziału w ocenie. Warto więc poświęcić mu szczególną uwagę.
Meta poziom: czy zadbałem o zdobycie adekwatnych informacji w momencie podejmowania decyzji? Czy wyposażyłem się w odpowiednią wiedzę?
Po tych zabiegach stwierdzamy, czy wybrana opcja maksymalizowała prawdopodobieństwo sukcesu. Jeśli tak, decyzja była dobra. Jeśli nie, decyzja była błędna. W drugim przypadku warto poświęcić czas, by zrozumieć, dlaczego podjąłem błędną decyzję. Tu pomagają pytania, które opisałem jako „meta poziom”. Jest kilka dodatkowych, które powinniśmy zadać:
Czy użyłem skróconego mechanizmu podejmowania decyzji? Jeśli tak to którego?
Czy i jak użyłem hierarchii wartości przy podejmowaniu decyzji?
Czy moja logika była spójna? Czy popełniłem błędy logiczne?
Czy moje rozumienie rzeczywistości i tego, co ode mnie zależy a co nie, było poprawne?
Czy moja moralność była poprawna? Czy wiedziałem, co jest dobre a co złe?


Uwaga na marginesie: Interesującym zagadnieniem jest, czy wybieramy decyzję na podstawie tego, czy maksymalizuje szansę sukcesu, czy minimalizuje szansę porażki. Tu zakładam to pierwsze, ale decyzje w tej samej sytuacji, mogą się diametralnie różnić, jeśli przyjmiemy drugą strategię.

                Dlaczego chcielibyśmy poświęcać czas na ocenianie własnych decyzji? Najważniejszą korzyścią z tego płynącą, jest refleksja nad naszym trybem podejmowania decyzji. To okazja, by przyjrzeć się mechanizmom decydowania i je usprawnić:
Pozwala na określenie sytuacji, w których używamy skróconego trybu decyzyjnego, mimo że zasadne byłoby użycie trybu świadomego. Dzięki temu w przyszłości możemy zwrócić uwagę na takie okoliczności i wymusić zmianę.
Pozwala nam wykryć słabości w zdolnościach rozumowania. Może szwankuje nasza logika i wpadamy w błędy logiczne? Może błędnie odczytujemy, co od nas zależy, a co nie? Odkrywamy w ten sposób obszary, w które warto włożyć dodatkową pracę.
Analiza naszych decyzji pozwala nam poprawić hierarchię wartości, jeśli wkradły się do niej błędy. Rzuca światło na podświadomą hierarchię wartości. Co jest niezwykle cennym wglądem, na podstawie którego, możemy zbliżyć podświadome i świadome pragnienia.
Pozwala też wykryć błędy w danych, jakie mamy o świecie. Zauważyć, że w naszych wspomnieniach jest tendencyjność, którą możemy poprawić, lub którą możemy korygować w przyszłości.
To, czemu refleksja nad decyzją służyć nie powinna, to ocenianie osoby ją podejmującej. To jest nieproduktywne, a często najzwyczajniej szkodliwe. Jeśli chcemy naprawiać nasze mechanizmy decydowania, oczyszczać nasze pojmowanie świata z błędów poznawczych, ulepszać naszą zdolność rozumowania, to oskarżanie i ferowanie wyroków moralnych temu nie sprzyja. Prędzej uwięzi nas w spirali toksycznego wstydu i poczucia wina.
To jest ostrzeżenie dla tych, którzy chcą zerknąć na swoje decyzje: nie wychodźcie z perspektywy oskarżyciela, tylko z perspektywy ciekawego badacza i delikatnego mechanika, bo ta pierwsza może realnie zaszkodzić. Jeśli nie potraficie tego zrobić, wstrzymajcie się z takim eksperymentami, dopóki nie rozwiążecie spraw z waszym wewnętrznych krytykiem.

                To jeśli chodzi o badanie procesu podejmowania decyzji. A co z jej rezultatami? Czy ich obserwacja jest bezużyteczna? Nie, jest przydatna, choć jej wartość jest, moim zdaniem, drugorzędna. To do czego się przydaje, to dodanie kolejnego punktu danych, kolejnego doświadczenia, do bazy, z której w przyszłości będziemy czerpać przy podejmowaniu decyzji. Krótko mówiąc, jest to kolejny punkcik, który poprawi nasze oszacowania prawdopodobieństwa sukcesu i porażki podobnych działań. Jako że jest to jeden punkt spośród wielu i dlatego, że mamy naturalną tendencję, by takie dane zbierać, nie przypuszczam, by było istotnym koncentrowanie się na tym procesie.
Wyjątek stanowią sytuację, gdy mamy powody przypuszczać, że może dojść do zaburzenia poznawczego – czyli, że to, co zapamiętamy, będzie zniekształcone w tendencyjny sposób. Dwie częste sytuacje, w których może dochodzić do zaburzenia wspomnień, to kontakt z zachowaniami i substancjami oddziałującymi na mechanizm nagrody (tendencyjnie mózg zapamiętuje wyraźniej pozytywne aspekty, ignoruje negatywne), oraz pętla lęku i unikania jego źródła (ucieczka przed wyimaginowanym źródłem lęku, tendencyjnie jest zapamiętywana jako ratująca życie, mimo braku dowodów na istnienie realnego zagrożenia).                

Mam nadzieje, że dzisiejszy artykuł zainspiruje was do spojrzenia na swoje decyzje i poddanie ich refleksji. Nie jest też niedorzecznym, aby spojrzeć na decyzje innych i spróbować zanalizować je w podobny sposób. Tu oczywista trudność, tkwi w dobrym odtworzeniu stanu wiedzy osoby decydującej, wciąż jednak ćwiczenie może być przydatne i nauczyć nas czegoś i naszych własnych decyzjach.
Pamiętajcie, jeśli tego typu analizy wrzucają was w pętlę samokrytyki i ich skutkiem nie jest poprawienie waszego funkcjonowanie, ale obniżenie waszego nastroju, zaprzestańcie ich, a jeśli problem nie ustępuje, może warto porozmawiać o tym ze specjalistą!

O podejmowaniu decyzji – dyskusja

Post ten jest rozwinięciem postu „O podejmowaniu decyzji”, zainspirowanym dyskusją w komentarza, do zapoznania się z którą zachęcam!

„(…) czy emocjonalne reagowanie na sytuację zawsze można nazwać decyzją i czy powinniśmy w ogóle starać się tak je nazywać? Czy można w ogóle powiedzieć, że opisany w drugim przykładzie mężczyzna podjął decyzję w momencie, w którym okazał emocje? (…) „Decyzja” sprowadziła się tutaj do okazania lub nieokazania emocji, a nieokazywanie emocji nie jest zdrowym odruchem, do uzyskania którego warto dążyć.”

„(…) Możemy oczywiście mówić jeszcze o czymś takim jak działanie pod wpływem emocji – ale w takim przypadku nie obejmie ono przykładu nr 1, który sprowadza się do wulgarnej manifestacji uczuć, a nie decyzji podjętej z ich udziałem.”

Super komentarz, pokazujący ewidentną lukę w moich rozważaniach nad emocjonalnym okazywaniem emocji z poprzedniego artykułu. Poświęciłem nieco czasu na ponowne przemyślenia nad temat i doszedłem do poniższych poprawek.
Pierwsza rzecz, którą zauważam, to, że było przesadą pomijanie punktów (5) i (6) z ogólnego schematu podejmowania decyzji. Te punkty w nim występują. To, co jest kluczowe dla mnie przy emocjonalnym podejmowaniu decyzji, to zawężenie opcji, jakie mamy do wyboru (czy raczej, jakie wydaje się nam, że mamy do wyboru). To oczywiście wpływa na punkty (5) i (6), ale ich całkowicie nie unieważnia. Proponuje taki oto przykład:
Idę wieczorem przez ciemną uliczkę w centrum miasta. (1) Z cienia wyłania się sylwetka postawnego mężczyzny. Czuję strach. (2) Mam do wyboru: walczyć, uciekać lub zamrzeć bezruchu. (5) Walka: osoba przede mną jest większa niż ja. Nie potrafię się bić. Ucieczka: Osoba jest oddalona o 2 metry. Nie potrafię szybko biegać. Zamrzeć: Jest szansa, że jeśli nie będę rzucał się w oczy, to zagrożenie mnie po prostu ominie. (6) Opcje walki i ucieczki są skazane na porażkę. Zamrzeć daje szansę na uniknięcie starcia. (7) Wybieram zamarcie. (8) Zwalniam kroku i zamieram, czekając, aż tajemnicza postać mnie minie.
Analizując tę sytuację „na zimno”, można bez trudu wskazać o wiele więcej dostępnych opcji. Mogę iść przed siebie i jedynie kątem oka zerkać na tajemniczą postać. Mogę zacząć wołać o pomoc. Mogę powiedzieć: „Dobry wieczór, szanownemu panu”. Mogę zmrużyć oczy i spróbować lepiej przyjrzeć się mrocznej postaci (zdobyć więcej informacji). Jednak w trybie emocjonalnego podejmowania decyzji, na te dodatkowe niuanse nie ma miejsca. Nie sugeruje przy tym, że reakcja i decyzja emocjonalna jest zła, wręcz przeciwnie, w mroczny zaułku, w opisanej sytuacji, takie zawężenie spektrum decyzji i związane z nim przyspieszenie reakcji, może stanowić różnicę między życiem a śmiercią!
Drugi przykład, który chciałem tu podrzucić, to historia gwałtownego wybuchu miłości:
Podoba mi się pewna kobieta. (1) Spędziliśmy wiele godzin na interesującej rozmowie. Czuję podekscytowanie i pożądanie. (2) Mam do wyboru: kupić jej kwiaty, zaprosić ją na wspólne wakacje. (5) Kwiaty mogę kupić za rogiem. Zorganizowanie wakacji długo trwa. Wakacje zrobią większe wrażenie niż kwiaty. Kwiaty są tradycyjnym symbolem uczucia. (6) Wakacje są zbyt skomplikowane. (7) Wybieram kwiaty. (8) Lecę do kwiaciarni i kupuje największy bukiet róż.
Może to jest najlepsza możliwa decyzja w tej sytuacji. Problem polega na tym, że mam o wiele więcej opcji niż te dwie. Mogę do niej jutro zadzwonić i spytać jak się ma. Mogę jej powiedzieć, że mam wolny bilety do kina (cóż za przypadek 😉 ), czy nie chciałby się wybrać ze mną. I tak dalej i tak dalej. Ta decyzja może przynieść pożądane skutki (czyli, padniemy sobie w ramiona) i pomimo tego być złą decyzją! Może też przynieść opłakane skutku (czyli, dziewczyna powie, bym spadał z tymi kwiatami na drzewo) i pomimo tego być dobrą decyzją! Odpuściliśmy zbyt wiele opcji, by móc realnie rozstrzygać o poprawności naszej decyzji.
W moim schemacie emocjonalne podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3) i (4), zawężenia punktu (2) i związanego z tym zawężenia punktów (5) i (6). Opieram się na ograniczonym zasobie opcji:
Zdarzenie X wywołuje emocję Y, emocja Y podpowiada rozwiązania Z i W (pomija wiele innych), rozstrzygam wybór na korzyść Z, robię Z.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy emocja jest bardzo silna, nieadekwatnie do sytuacji. Silne emocje mocniej zawężają wybór opcji, w ekstremalnych przypadkach pozostawiając jedną. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

„Przychodzi mi też do głowy myśl, że ten „tryb” podejmowania decyzji ma bardzo zindywidualizowany charakter – jak wskazałeś, z uwagi na stan emocjonalny decydującego ma on de facto ograniczony wybór, ale w identycznej sytuacji katalog opcji do wyboru dla każdego będzie się przedstawiał nieco inaczej.(…)”

I tu także się zgadzam. Emocjonalne podejmowanie decyzji jest mocno zindywidualizowane i to nie tylko między różnymi osobami. Ta sama osoba może podjąć inne decyzje w bardzo podobnych sytuacjach, często zależnie od swojego stanu wewnętrznego. Przykładowo, inaczej będziemy reagować, inne decyzje podejmować, gdy jesteśmy najedzeni kontra, gdy jesteśmy głodni. To może być prawdą, właściwie dla każdego trybu podejmowania decyzji, ale w przypadku emocjonalnego wydaje się najbardziej uwypuklone.

O wartościach

Czym jest hierarchia wartości?

Czy ważniejsza jest przyjaźń, czy praca? Czy większe znaczenie mają pieniądze, czy tężyzna fizyczna? Czy cenię wyżej duchowość, czy podróże do egzotycznych krajów?
Powyższe pytania, są przykładami pytań, o wzajemną relację między wartościami. Odpowiedzi na nie ustawiają wartości w hierarchiczną strukturę, uporządkowaną od tego, co najcenniejsze, do tego, co najmniej istotne. Ta struktura to hierarchia wartości.
Każdy z nas jakąś hierarchię wartości ma, nawet jeśli nie spisał jej nigdy na kartce, nie wypowiedział jej nigdy słowami, czy nawet, nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia.
Jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć na pytania powyżej, to znaczy, że masz swoją hierarchię wartości.

Zachęcam was, by zatrzymać się na chwilę i rozważyć następujące kwestie:
Czy mam fizyczny zapis swojej hierarchii wartości?
Czy potrafię wyrecytować, jaka jest moja hierarchia wartości?
Czy kiedykolwiek świadomie analizowałem i zmieniałem swoją hierarchię wartości?
Cześć z was na wszystkie powyższe pytania odpowie negatywnie. To znaczy, że wasza hierarchia wartości jest nieuświadomiona, że jest intuicyjna. W takim układzie można swobodnie funkcjonować i podejmować decyzje. Uważam jednak, że to za mało. Hierarchia wartości jest tak istotna, że kluczowe jest, by była dostępna dla świadomego, logicznego umysłu. To warunek konieczny, by została poddana krytyce. Każdy skorzysta na logicznym przeanalizowaniu fundamentalnych wartości i zmian ich układu w zależności od wyników takiej operacji — czasem będzie to oznaczać proste przeszeregowanie, czasem porzucenie pewnych wartości lub adaptację nowych.
Jak już wspomniałem, hierarchia porządkuje to, co ważne od najbardziej do najmniej istotnego. Uporządkowanie ma sens jedynie, jeśli nie dopuszcza remisów, czyli realnie oddziela od siebie wszystkie wartości. Bo jeśli wszystko ma wysoki priorytet, to nic nie ma wysokiego priorytetu. Może się tak zdarzyć, że dwie wartości będą blisko siebie, tak że trudno będzie między nimi wybrać, wtedy naszym zadaniem jest znalezienie różnicujących je argumentów i wzajemne uporządkowanie.
Co dokładnie znajdzie się na liście wartości, jest kwestią indywidualną. Przestawię swoją wersję, ale wasze mogą być odmienne. Możecie myśleć o wartościach kategoriami szerszymi, niż ja to czynię, lub węższymi. Wasze wartości mogą się w pokrywać z moimi lub od nich odbiegać. Nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Zależnie od sytuacji i indywidualnych okoliczności, można przytaczać argumenty na diametralnie różne uporządkowania. Co więcej, lista może się zmieniać z czasem. Nie dlatego, że kiedyś była błędna, tylko dlatego, że zmieniają się zewnętrzne i wewnętrzne okoliczności. Hierarchia wartości nie jest wyrytą w kamieniu ostateczne prawda, jest żywym tworem, podatny na logiczną krytykę i zmienne koleje losu.
Postaram się teraz przedstawić moją hierarchię wartości, sposób, w jaki o niej myślę, jak ją uzasadniam i nad jakim jej aspektami pracuję.

Jak wygląda moja hierarchia wartości?

Kiedy myślę o hierarchii wartości, to koncentruję się na pięciu czołowych elementach. To pozwala ograniczyć zakres dociekań do tego, co ważne. Mam ograniczoną ilość czasu do dyspozycji, nie ma potrzeby, by spędzać go na rozstrzyganiu różnicy między miejsce 50 a 51.
Kiedy myślę o elementach tej listy, myślę o tym, co jest ważne i co jest niezbędne, zostawiam na boku to, co przyjemne – przyjemności znajdują drogę do mego grafiku samoistnie. Nie wszystko, co robię w życiu, odnosi się do pierwszej piątki wartości, ale upewniam się, że większość tego, co robię, wynika bezpośrednio z tych punktów. Jeśli tak nie jest, jest to dla mnie znak kłopotu, że muszę przewartościować hierarchię lub popracować nad jej realizacją w praktyce.
Moja piątka przedstawia się następująco (w kolejności od najważniejszego):
trzeźwość
rozwój osobisty
relacje partnerskie
twórczość
praca.

Pokrótce wyjaśnię dlaczego, jakie są argumenty za takim wyborem i kolejnością.
Na szczycie znajduje się trzeźwość, tu argument jest prosty: bez trzeźwości moje życie runie w gruzy, jest ona fundamentem niezbędnym dla budowania reszty. Musi być priorytetem, bo bez niej kolejne punkty nie zostaną zrealizowane.
Na drugim miejscu mamy rozwój osobisty. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest on niezbędnym wsparciem dla trzeźwości, drugą stroną tej samej monety. W pewnym sensie proces trzeźwienia polega na nieustannej ucieczce naprzód, która jest właśnie rozwojem osobistym. Bez rozwoju trzeźwość jest zagrożona, musi więc być on na drugim miejscu.
Na trzecim plasuje relacje partnerskie, termin szeroki i dość mglisty. Rozumiem przez to tworzenie i utrzymywanie zdrowych relacji z innymi ludźmi. Obejmują one relacje przyjacielskie, rodzinne, romantyczne. Obejmują moje pragnienie założenia rodziny i posiadania dzieci. Są dwa powody dla tak wysokiego miejsca relacji: pierwszy, to moje stoickie przekonanie, że relacje są niezbędne do właściwego rozwoju osobistego, są niezastąpionym materiałem i pożywką dla tegoż. Drugie, to stoickie zorientowanie na działanie dla dobra powszechnego, które w mojej opinii najpełniej przejawia się w relacjach z innymi.
Na czwartym miejscu mamy twórczość. Plasuje się ona w pierwszej piątce, gdyż jest ogromnym wsparcie dla zarówno trzeźwości, samorozwoju, jak i relacji. Stanowi formę autoterapii, pozwalającej mi przepracować wiele złożonych aspektów mojego funkcjonowania. Jest też źródłem wielkiej radości i poczucia spełnienia – stymulacja układu nagrody w mózgu. Sposobem na zdrowe wykorzystanie czasu. I wreszcie pretekstem do wchodzenia w relację z ludźmi.
Cztery pierwsze punkty były ze sobą powiązane, przenikały się i wspierały wzajemnie, piąty – praca – wyłamuje się z tego schematu. Znajduje się tutaj z konieczności. Zarobkowanie jest potrzebne do tego, bym mógł podtrzymać swoją egzystencję. Płacić rachunki, kupować jedzenie, realizować niektóre aspekty pozostałych życiowych priorytetów. W idealnej sytuacji chciałbym ją relegować poza pierwszą piątkę, by zrobić miejsce innym celom.
Wypracowanie obecnego kształtu mojej hierarchii wartości zajęło mi około roku, co około trzy miesiące tworząc kolejną wersję. Teraz nadchodzi kolejna runda prac skoncentrowana nie na samej drabince, z której jestem zadowolony, ale na doprecyzowaniu jej elementów. Przykładowo, trzeci punkt, relacje partnerskie, jest szeroki i niejasny, wyraźnie rozleglejszy od pozostałych. Chcę z niego wyłuskać najbardziej kluczowe rodzaje relacji i na nich się skupić, ustalić hierarchię wewnątrz hierarchii. Czy najważniejsze będzie założenie rodziny i posiadanie dzieci, czy pogłębienie istniejących przyjaźni, czy zbudowanie nowych? Na tego typu pytania będę szukał odpowiedzi.
Hierarchia wartości jest projektem na całe życie. Powinna ulegać zmianie, w miarę jak my się zmieniamy, jednocześnie wskazując kierunek tych zmian. Warto by była poddawana okresowym przeglądom, logicznej ocenie poszczególnych elementów, tak by nie prowadziła nas na manowce. Z każdym z jej punktów związać trzeba konkretne działania, które go realizują. Stworzyć przykłady, które ułatwią nam stosowanie ich w przyszłości. Ta część pracy także jest przede mną. Chcę nadawać głębię każdemu z moich priorytetów, aż staną się dla mnie krystalicznie jasne.

Dlaczego hierarchia wartości jest ważna?

Hierarchia wartości nie jest abstrakcyjną, teoretyczną koncepcją, przeciwnie, jest dalece praktycznym narzędziem. Za każdym razem, gdy podejmujemy decyzję, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, przywołujemy swoją hierarchię wartości. Pytanie, czy chcemy aktywnie kształtować nasz aparat decyzyjny. Jeśli nie, dzisiejszy wpis był małą intelektualną przygodą bez konsekwencji. Jeśli jednak chcemy, by nasze rozumienie tego, co jest ważne, miało solidne podstawy i logiczne uzasadnienie, musimy poświęcać czas i wysiłek na pracę z wartościami, w czym mam nadzieje ten tekst nieco pomoże.

Przejrzysta hierarchia wartości to jeden ze sposobów zaprowadzania porządku w naszym wewnętrznym świecie, budowania zaufania do samego siebie i decyzji, które musimy podejmować, a które bywają bardzo trudne.

W kolejnym wpisie spojrzę szczegółowo na proces podejmowania decyzji i jak wiąże się on z hierarchią wartości, skorzystam przy tym z osobistego przykładu. Jeśli dzisiejszy artykuł was zaciekawił, zapraszam na kontynuację w przyszłą środę.

O starości

Tekst porusza refleksje nad życiem, czasem i stratami spowodowanymi przez alkohol. Autor analizuje swoje przeżycia z perspektywy Seneki, podkreślając, ile czasu stracił na zewnętrzne okoliczności. Po latach zmagań z nałogiem, odnajduje wolność i sens życia, z nadzieją na dalszy rozwój przed śmiercią.

„[ludzie] nikomu na świecie nie pozwolą zająć swych posiadłości, a jeśli wywiąże się bodaj najbłahsza kłótnia w sprawach granicznych, natychmiast chwytają za kamienie i zbroje! Ale swe życie pozwalają innym zajmować, więcej: sami wprowadzają przyszłych panów swojego życia do domu. Nie znajdziesz nikogo, kto by chciał między innych rozdzielić swoje pieniądze, a przecież jak wielu rozdaje innym swoje życie! Skąpcami są w zachowaniu odziedziczonego majątku, ale są największymi marnotrawcami, jeśli chodzi o stratę czasu, jedynego dobre, wobec którego skąpstwo i chciwość są cnotą. Wybierz któregoś z gromady starców: „Widzimy, że dożyłeś do najdalszej granicy ludzkiego wieku.(…) Dalej więc! Zdaj rachunek ze swego życia! Policz, jak wiele z ogólnej sumy czasu zabrał wierzyciel, jak wiele kochanka, (…) jak wiele klient, jak wiele kłótnia z żoną, (…) jak wiele bieganina po mieście dla załatwienia różnych potrzeb. Dodaj do tego choroby, których sam się nabawiłeś, dodaj i te również okresy, które upłynęły bezużytecznie, a zobaczysz, że masz daleko mniej lat, niż sobie liczysz. Przypomnij sobie, ile to razy byłeś zdecydowany, co masz czynić, ile to dni spędziłeś tak, jak je zaplanowałeś, ile razy rozporządzałeś własną osobą, ile razy zachowałeś tę samą pogodę na twarzy, ile razy duch twój nie przejął się trwogą, jakiego w tak długim wieku dokonałeś dzieła, jak wielu ludzi rabowało ci twe życie, kiedy ty nawet nie doceniałeś co tracisz; jak wiele ci zabrał jałowy smutek, głupia uciecha, chciwa żądza, pochlebcza rozmowa, jak mało pozostało ci z ciebie, a wtedy zrozumiesz, że umrzesz – dziecięciem!” (…) żyjecie, jak gdybyście mieli żyć wieki, że nawet nigdy nie pomyślicie o swej znikomości, że nie zwracacie uwagi, jak wiele już czasu ubyło, trwonicie go jednak w ten sposób, jakbyście zawsze mieli pełną, a nawet niewyczerpaną miarę, gdy tymczasem ten właśnie dzień, który poświęcacie bądź jakiejś osobie, bądź jakiejś sprawie, jest może – ostatnim. Wszystkiego się lękacie jak śmiertelni, wszystkiego łakniecie jak nieśmiertelni. Posłyszysz jak mówi większość: „Z ukończeniem pięćdziesiątego roku wycofam się na spoczynek, a rok sześćdziesiąty uwolni mnie z wszelkich w ogóle powinności publiczny.” Ale kto, koniec końców, da ci gwarancję tego dłuższego życia? (…) Nie wstydzisz się, by same już resztki życia zachowywać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać te tylko lata, kiedy już do niczego nie będziesz zdatny? O wiele za późno wtedy dopiero zaczynać życie, kiedy je trzeba już dokończyć! I cóż to za głupia niepamięć śmiertelnej doli, żeby aż na pięćdziesiąty lub sześćdziesiąty rok życia odkładać rozumne postanowienia i chcieć rozpoczynać życie w tym wieku, do którego dożyło niewielu!”
O krótkości życia, Seneka

Ile mam lat? Jeśli spojrzę w dowód, wyjdzie że czterdzieści. Czy aby na pewno? Mój zegarek twierdzi, że mój wiek „sprawnościowy” to trzydzieści sześć. Czuję się młodziej i obracam się wśród młodszych ludzi. Ale ile faktycznie przeżyłem?

Nadszedł czasy by zdać rachunek ze swego dotychczasowego życia. Jak wzywa Seneka, spójrzmy razem, ile żyłem dla siebie, a ile zmitrężyłem na okoliczności zewnętrzne.

Zacznijmy od dzieciństwa. Niewiele z niego pamiętam. Pierwsze wyraźne wspomnienia mam z czasów liceum. Czas do szesnastego roku życia to biała plama z niewielkimi przebłyskami. Jak podliczyć ten  czas? Trzy pierwsze lata życia – mało kto je pamięta, kształtują nas znacznie, zaliczmy je w pełni. Z pozostałych trzynastu zebrał by się może rok wspomnień i za tyle je policzę. Wiem, że funkcjonuje we mnie wiele mechanizmów z tego okresu, których kształtowania się w zapomnianym czasie. Nie zaliczam go jednak do pożytecznych lat, bo mechanizmy te są dzisiaj miną do rozbrajania, a nie wartościowymi częściami mojej osobowości.
Do wieku lat szesnastu przeżyłem cztery.

W okolicach półmetka liceum zacząłem pić. Zorientowałem się, że kiedy piję to się nie boję, że czuję się silny i sprawczy. Dzięki alkoholowi nie musiałem czuć wstydu, smutku, gniewu i żalu. To trudne emocje, kto by chciał je czuć? Od tego czasu piłem nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia lat. Na początku metaforyczne, bo piłem od okazji do okazji, nie łatwo było zorganizować pieniądze i warunki by można było się spokojnie napić. Myślenie miałem już jednak pijane.
To ile z tych licealnych lat mogę policzyć dla siebie? Będąc szczodrym to powiedział bym, że dwa lata z czterech. Zdobyłem wiedzę, zbudowałem kilka przyjaźni, nauczyłem się kilku życiowych prawd nie związanych z piciem. Jednak gro tego czasu podporządkowałem alkoholowi, zużyłem na przypodobanie się grupie rówieśniczej, straciłem na fantazjowanie o wybujałych ambicjach.
W wieku lat dziewiętnastu ruszam na studia jak sześciolatek.

Pierwszy rok studiów straciłem na Politechnice, robiąc coś co miało mnie zaciekawić, a w rzeczywistości znudziło. Piłem nieco więcej i częściej niż w liceum i, co kluczowe, coraz częściej w samotności.
Kolejne lata już na fizyce, to rosnąca koncentracja życia wokół alkoholu: próżne biesiady, samotne chlanie, półprzytomne i skacowane weekendy. Nie wszystko szło na straty:  uczyłem się tego co sprawiało mi frajdę, poznałem kilka(naście) osób, z którymi przyjaźnie się do dziś i są to najcenniejszych znajomości mego życia.
Jednak większość tego czasu to ucieczka od siebie w błogi bezwład. Funkcjonowanie jak gdybym miał żyć wieki, jakby mój czas miał się nie wyczerpać odkładanie wszystkiego na później. To życie samotne, ale, paradoksalnie, głęboko zorientowane na zdobywanie akceptacji innych i ucieczkę przed poczuciem odrzuceniem. Będąc sam nie zostawiałem chwili dla siebie.
Te sześć lat to może rok życia płodnego życia. Pisząc ten tekst, nie mogę się nadziwić jak mało z nich pamiętam.

Na doktorat poszedłem z braku pomysłu na to co chcę robić. Okazał się on jednak pozytywnym przeżyciem i powodem do dumy. Mój nałóg się pogłębiał. Miałe więcej pieniędzy, mogłem więcej i częściej pić. Normą stały się weekendowe ciągi, klinowanie z rana, całe dnie rozpieprzone na kaca, który paradoksalnie był chwilą wytchnienia. Rdzeniem mojego funkcjonowania było pochłanianie seriali. Setki czy tysiące godzin idących jedna po drugiej na gapienie się w ekran. W środku nocy, z alkoholem w ręku, jeszcze jeden odcinek – a następny dzień kolejnych dziesięć na kaca. Zabijałem czas piciem i seansami, pożytkowałem odrobinę na pracę na uczelni, w efekcie nie miałem chwili by się zatrzymać, coś poczuć, czegoś się o sobie dowiedzieć.
Nie wszystko straciłem – nauczyłem się kwantowej teorii pola, ewolucji gwiazd, odrobinki prawdy o funkcjonowaniu wszechświata.
Za te pięć lat, dam sobie kolejny roczek, zostając dumnym ośmiolatkiem.

Pierwsze osiem lat pracy, od jej podjęcia do rzucenia picia, to jazda bez trzymanki i na farcie. Po raz pierwszy miałem pieniądze żeby pić i korzystałem z tego coraz intensywniej. Byłem typowym „wysoko funkcjonującym” alkoholikiem: jakoś trzymałem sprawy zawodowe (w końcu płaciły za picie), a wszystko inne rozpadało się w gruzy. Ślizgałem się tylko po powierzchni życia. Oddawałem swój czas na lewo i prawo bo sam nie umiałem z nim nic zrobić, najwięcej zaofiarowałem alkoholowi, wiele nieukojonym lękom.
Jak utrzymałem pracę: fart. Jak nie utonąłem w Odrze (a obudziłem się kiedyś metr od jej brzegu): fart. Jak to się stało, że mnie nie pobito, obrabowano, zabito: fart.
Byłem wiecznie zmęczony, rozczarowany swoim życiem, zły na cały świat. Chciałem pić bez przerwy, ale nie mogłem – bo praca. Marzyłem na jawie o emeryturze, że wtedy to dopiero pożyję, mając na myśli – popiję.  Trzydziestolatek śniący o tym by już być po sześćdziesiątce.
Degrengolada tego okresu była głęboka. Za osiem lat policzę sobie rok, co da mi lat dziewięć w wieku trzydziestu ośmiu.
Niszczycielska spirala tego okresu doprowadziła mnie jednak do najpiękniejszego kryzysu mojego życia i do odzyskania wolności.

Po raz pierwszy w życiu – wolny. Od momentu gdy przestałem pić do dziś, to najpełniej przeżyty okres mojego życia. Nigdy nie byłem w tak dobrej formie fizycznej, w tak dobrej formie intelektualnej i w tak dobrej formie emocjonalnej. Czyli zaliczamy dwa lata? Powoli, spójrzmy głębiej.
Pierwsze pół roku trzeźwienia to był czas chaosu, zaciskania pośladków i działania na ślepo. Na plus liczę początek pracy stoickiej, czyli kształtowania rozumnej ścieżki życia. Także na plus pracę nad i poprawę formy fizycznej.  Na minus, setki godzin wypełnione bezrozumnym klikaniem w Diablo 2, które wypełniło mi część pustki po alkoholu. Rozważałem, czy czasu tej obsesji nie odliczyć od całości, ale spełnił on ważną rolę – pomagały zachować abstynencję – zostanie więc.
Kolejne półtora roku, od rzucenia palenia, to czas prostszy i przeżyty w pełni, z małymi potknięciami, które jednak prowadziły do nowych wniosków i kolejnych kroków naprzód.
Z małymi zastrzeżeniami całe te dwa lata zaliczę jako przeżyte, co da mi na dzień dzisiejszy jedenaście lat. I tak jestem wyrośniętym jedenastolatkiem, fizycznie i intelektualnie dorosłym, ale pod względem mądrości i emocjonalności wciąż dzieckiem na początku okresu dojrzewania. Kto miał kontakt z dziećmi w tym wieku, wie jak potrafią być uparte, jak pewne swej nieomylności, jak bardzo egocentryczne, zapatrzone w siebie. Ale są też urocze, przytulaśne, ciekawe świata, gadają czasem bardzo śmieszne, a czasem bardzo mądre rzeczy. Widać w nich potencjał. Dają się lubić, a skoro wiemy, że to tylko faza i kiedyś z tego wyrosną, wiele im wybaczamy.
Ufam, że ostatnie dwa lata wyznaczyły trwały trend w moim życiu i jeśli los pozwoli i da mi trochę czasu, to zdążę przed śmiercią dorosnąć. Ale jeśli nie i dzisiaj jest ten ostatni dzień, to cóż, ważne, że tu i teraz żyję dla siebie i jestem panem swojego czasu!