O podejmowaniu decyzji – dyskusja

Post ten jest rozwinięciem postu „O podejmowaniu decyzji”, zainspirowanym dyskusją w komentarza, do zapoznania się z którą zachęcam!

„(…) czy emocjonalne reagowanie na sytuację zawsze można nazwać decyzją i czy powinniśmy w ogóle starać się tak je nazywać? Czy można w ogóle powiedzieć, że opisany w drugim przykładzie mężczyzna podjął decyzję w momencie, w którym okazał emocje? (…) „Decyzja” sprowadziła się tutaj do okazania lub nieokazania emocji, a nieokazywanie emocji nie jest zdrowym odruchem, do uzyskania którego warto dążyć.”

„(…) Możemy oczywiście mówić jeszcze o czymś takim jak działanie pod wpływem emocji – ale w takim przypadku nie obejmie ono przykładu nr 1, który sprowadza się do wulgarnej manifestacji uczuć, a nie decyzji podjętej z ich udziałem.”

Super komentarz, pokazujący ewidentną lukę w moich rozważaniach nad emocjonalnym okazywaniem emocji z poprzedniego artykułu. Poświęciłem nieco czasu na ponowne przemyślenia nad temat i doszedłem do poniższych poprawek.
Pierwsza rzecz, którą zauważam, to, że było przesadą pomijanie punktów (5) i (6) z ogólnego schematu podejmowania decyzji. Te punkty w nim występują. To, co jest kluczowe dla mnie przy emocjonalnym podejmowaniu decyzji, to zawężenie opcji, jakie mamy do wyboru (czy raczej, jakie wydaje się nam, że mamy do wyboru). To oczywiście wpływa na punkty (5) i (6), ale ich całkowicie nie unieważnia. Proponuje taki oto przykład:
Idę wieczorem przez ciemną uliczkę w centrum miasta. (1) Z cienia wyłania się sylwetka postawnego mężczyzny. Czuję strach. (2) Mam do wyboru: walczyć, uciekać lub zamrzeć bezruchu. (5) Walka: osoba przede mną jest większa niż ja. Nie potrafię się bić. Ucieczka: Osoba jest oddalona o 2 metry. Nie potrafię szybko biegać. Zamrzeć: Jest szansa, że jeśli nie będę rzucał się w oczy, to zagrożenie mnie po prostu ominie. (6) Opcje walki i ucieczki są skazane na porażkę. Zamrzeć daje szansę na uniknięcie starcia. (7) Wybieram zamarcie. (8) Zwalniam kroku i zamieram, czekając, aż tajemnicza postać mnie minie.
Analizując tę sytuację „na zimno”, można bez trudu wskazać o wiele więcej dostępnych opcji. Mogę iść przed siebie i jedynie kątem oka zerkać na tajemniczą postać. Mogę zacząć wołać o pomoc. Mogę powiedzieć: „Dobry wieczór, szanownemu panu”. Mogę zmrużyć oczy i spróbować lepiej przyjrzeć się mrocznej postaci (zdobyć więcej informacji). Jednak w trybie emocjonalnego podejmowania decyzji, na te dodatkowe niuanse nie ma miejsca. Nie sugeruje przy tym, że reakcja i decyzja emocjonalna jest zła, wręcz przeciwnie, w mroczny zaułku, w opisanej sytuacji, takie zawężenie spektrum decyzji i związane z nim przyspieszenie reakcji, może stanowić różnicę między życiem a śmiercią!
Drugi przykład, który chciałem tu podrzucić, to historia gwałtownego wybuchu miłości:
Podoba mi się pewna kobieta. (1) Spędziliśmy wiele godzin na interesującej rozmowie. Czuję podekscytowanie i pożądanie. (2) Mam do wyboru: kupić jej kwiaty, zaprosić ją na wspólne wakacje. (5) Kwiaty mogę kupić za rogiem. Zorganizowanie wakacji długo trwa. Wakacje zrobią większe wrażenie niż kwiaty. Kwiaty są tradycyjnym symbolem uczucia. (6) Wakacje są zbyt skomplikowane. (7) Wybieram kwiaty. (8) Lecę do kwiaciarni i kupuje największy bukiet róż.
Może to jest najlepsza możliwa decyzja w tej sytuacji. Problem polega na tym, że mam o wiele więcej opcji niż te dwie. Mogę do niej jutro zadzwonić i spytać jak się ma. Mogę jej powiedzieć, że mam wolny bilety do kina (cóż za przypadek 😉 ), czy nie chciałby się wybrać ze mną. I tak dalej i tak dalej. Ta decyzja może przynieść pożądane skutki (czyli, padniemy sobie w ramiona) i pomimo tego być złą decyzją! Może też przynieść opłakane skutku (czyli, dziewczyna powie, bym spadał z tymi kwiatami na drzewo) i pomimo tego być dobrą decyzją! Odpuściliśmy zbyt wiele opcji, by móc realnie rozstrzygać o poprawności naszej decyzji.
W moim schemacie emocjonalne podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3) i (4), zawężenia punktu (2) i związanego z tym zawężenia punktów (5) i (6). Opieram się na ograniczonym zasobie opcji:
Zdarzenie X wywołuje emocję Y, emocja Y podpowiada rozwiązania Z i W (pomija wiele innych), rozstrzygam wybór na korzyść Z, robię Z.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy emocja jest bardzo silna, nieadekwatnie do sytuacji. Silne emocje mocniej zawężają wybór opcji, w ekstremalnych przypadkach pozostawiając jedną. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

„Przychodzi mi też do głowy myśl, że ten „tryb” podejmowania decyzji ma bardzo zindywidualizowany charakter – jak wskazałeś, z uwagi na stan emocjonalny decydującego ma on de facto ograniczony wybór, ale w identycznej sytuacji katalog opcji do wyboru dla każdego będzie się przedstawiał nieco inaczej.(…)”

I tu także się zgadzam. Emocjonalne podejmowanie decyzji jest mocno zindywidualizowane i to nie tylko między różnymi osobami. Ta sama osoba może podjąć inne decyzje w bardzo podobnych sytuacjach, często zależnie od swojego stanu wewnętrznego. Przykładowo, inaczej będziemy reagować, inne decyzje podejmować, gdy jesteśmy najedzeni kontra, gdy jesteśmy głodni. To może być prawdą, właściwie dla każdego trybu podejmowania decyzji, ale w przypadku emocjonalnego wydaje się najbardziej uwypuklone.

O podejmowaniu decyzji

Codziennie podejmujemy wiele decyzji, często automatycznie, na podstawie nawyków, emocji lub preferencji. Proces decyzyjny jest złożony, obejmujący identyfikację opcji, zbieranie informacji i porównanie ich. Kluczowe są hierarchia wartości oraz świadomość, które wpływają na jakość podejmowanych decyzji. Ważne jest ich świadome ujednolicenie dla lepszych wyników.

Każdego dnia podejmujemy setki decyzji, są to głównie drobnostki: czy najpierw założyć lewy, czy prawy but? Czy zjeść na śniadanie płatki, czy kanapkę? Czy posłodzić herbatę, czy nie? Niewielki ułamek wymaga zaangażowani świadomości. Większość jest rozstrzygana przez nawyk, podświadome pragnienia, chwilowe emocje. Dysproporcja jest na tyle duża, że można zapytać przewrotnie: czy to ja podejmuje decyzję, czy decyzję podejmują mnie?
Tu może zaprotestujecie i powiecie, że ilość to jedno, ale ważniejsza jest jakość. Czyli decyzje, które są naprawdę istotne, podejmujemy świadomie. W teorii się zgadzam. W praktyce postrzegam to jako bardziej skomplikowane. Wiele decyzji ważnych podejmujemy poza zasięgiem świadomości. Nawet jeśli o niektórych z nich myślimy, to nie oznacza, że podejmujemy je świadomie.

Czym w ogóle jest decyzja? Jest wyborem jednej z wielu dostępnych opcji działania (brak działania jest działaniem). Opierając się na tej definicji, rozpiszę etapy procesu podejmowania decyzji:
1. Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie,
2. Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna,
3. Zebranie dostępnych informacji (faktów) o sytuacji,
4. Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia),
5. Zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji,
6. Porównanie opcji na podstawie ich za i przeciw,
7. Wybór najkorzystniejszej opcji,
8. Działanie.
To długa lista, skomplikowany proces. Jeśli mielibyśmy realizować go w pełni, za każdym razem, gdy decydujemy czy założyć najpierw lewy, czy prawy but, dotknąłby nas paraliż decyzyjny, nie moglibyśmy funkcjonować. Jednak decyzja o założeniu tego czy owego buta musi jakoś zapaść! To sugeruje, że istnieją mechanizmy kompresujące proces podejmowania decyzji. Spróbuje zaproponować kilka.

Rutynowe podejmowanie decyzji
Rano wychodzę z domu na tramwaj. Mam dwie drogi na przystanek, o bardzo zbliżonej długości. (1) Muszę podjąć decyzję, którą drogą iść. (4) Przez ostatni rok chodziłem jedną z tych dróg. (7) Wybieram tę samą drogę. (8) Idę wybraną drogą na tramwaj.
Rutynowe podejmowanie decyzji jest powszechne w naszym funkcjonowaniu i przypuszczam, że każdy, po chwili zastanowienia, wskazałby przykłady rutyn w swoim życiu. Którą ręką szczotkuje zęby? Chodzę lewą czy prawą stroną chodnika? W jaki dzień podlewam kwiatki? Który but zakładam najpierw?
Niektórych rutyn w naszym życiu jesteśmy świadomi, innych nie. Niektóre są dla nas korzystne, inne obojętne, a jeszcze inne szkodliwe.
Co do zasady, jeżeli jesteśmy świadomi rutyny, możemy ją zmienić, inwestując czas i wysiłek na wypraktykowanie nowej.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktur (2), (3), (5) i (6). Opieramy się tylko na przeszłym doświadczeniu, schemat rozumowania:
W podobnych sytuacjach podejmowałem dotąd decyzję X, więc i tym razem decyduję X.
Kiedy rutynowe decyzje zawodzą? Kiedy coś znacząco zmieniło się w stanie rzeczywistości. Przykładowo, wyobraźmy sobie, że zawsze wyjmujemy kubek z szafki prawą ręką. Co się stanie, jeśli doznamy kontuzji prawej ręki, tak, że każde jej uniesienie, wywoła przykre odczucie bólu? Gdy rutynowo spróbujemy sięgnąć po kubek, sykniemy z bólu i zmienimy decyzję, sięgając po kubek lewą ręką.
Kto przechodził przez podobną sytuację, wie, jak długo rutyna potrafi się utrzymywać, nawet gdy mamy tak silne warunkowanie negatywne.

Emocjonalne podejmowanie decyzji
Szef miał do mnie pretensje o niedostarczenie raportu na czas. (1) Jestem zestresowany z tego powodu. (2) Mogę zjeść coś słodkiego albo wypić piwo. (7) Mam piwo w lodówce. (8) Wypijam piwo.
(1) Kolega nazwał mnie głupkiem. Czuję złość. (2) Mogę to zignorować lub nazwać go ch**em. (7) Czuję złość. (8) Nazywam kolegę ch**em.
Emocjonalne podejmowanie decyzji jest, przypuszczam, najczęstszym ze skrótów. Przykłady powyżej mają negatywne konotacje, ale sam mechanizm negatywny nie jest. W wielu przypadkach jest wyśmienitym sposobem na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu.
Często źródło decyzji jest nieuświadomione w momencie jej podejmowania. Po czasie możemy być w stanie dostrzec emocjonalny charakter naszej decyzji.
Ten proces można zmienić na dwa sposoby: po pierwsze, zmieniając swoje reakcje emocjonalne, po drugie, przez trenowanie tworzenia przestrzeni na refleksję między emocją a decyzją, odraczanie działania.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3), (4), (5) i (6). Przy czym punkt (2) jest zwykle zawężony – emocja powoduje tunelowe widzenie. Opieramy się na odczuwanej emocji i znanych sposobach jej rozwiązania:
Odczuwam emocję X, emocję X mogę rozładować w sposób Y albo Z, Y jest łatwo dostępny, robię Y.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy natężenie emocji jest nieadekwatne do sytuacji, jest zbyt silna, lub zbyt słaba ze względu na okoliczności. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

Mechaniczne podejmowanie decyzji
(1) Jestem zestresowany po tygodniu pracy. (8) Wypijam czteropak piwa.
(1) Ktoś zwrócił na mnie uwagę podczas obiadu, złamał niewidzialność. (8) Chowam się za ekranem telefonu.
(1) Słyszę głośny huk podobny do huku wystrzału. (8) Rzucam się na ziemię.
Przez mechaniczne podejmowanie decyzji, rozumiem decyzje płynące z psychicznych mechanizmów. Mogą to być mechanizmy obronne, mechanizmy uzależnienia i inne. O ile mechanizm chroni przed prawdziwym niebezpieczeństwem, może być wartościowy. Zazwyczaj tak podejmowane decyzją są jednak niekorzystne.
Mechanizmy działają z podświadomości, można jednak uświadomić sobie ich istnienie, co stanowi podstawę do ich zmiany, jeśli jest konieczna.
Są dwa sposoby, by radzić sobie z mechanizmami: pierwszy, to unikanie wyzwalaczy mechanizmu. Drugi, praca nad dezaktywacją, albo likwidacją, mechanizmu.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (2), (3), (4), (5), (6) i (7). Opieramy się na odebraniu informacji o wyzwalaczu i natychmiastowym przejściu do reakcji Y:
Obserwuje wyzwalacz X, robię Y.
Kiedy mechaniczne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy prawdziwe źródło zagrożenia już nie istnieje, na przykład, gdy żołnierz wrócił z wojny, jednak nadal reaguje gwałtownie na głośny huk. Także, jeśli zagrożenie nigdy nie istniało lub kiedy reakcja była od początku błędna, tutaj przykładem są mechanizmy uzależnienia prowadzące do zażywania substancji.

Preferencyjne podejmowanie decyzji
(1) Zatrudniam pracownika. (2) Mam do wyboru dwóch kandydatów. (3) Poznaje ich CV. Przeprowadzam rozmowy. (4) Porównuje wyniki z kandydatami i pracownikami z przeszłości. (5) Kandydaci mają bardzo zbliżone kwalifikacje. Rozmowy przebiegły podobnie. Jeden z kandydatów to mężczyzna, druga to kobieta. (6) Większość wyników jest zbliżona. Mężczyzn cenie wyżej niż kobiety. (7) Wybieram mężczyznę. (8) Zatrudniam mężczyznę.
Preferencyjne podejmowanie decyzji, może rywalizować z emocjonalnym pod względem częstości występowania. Polega ono na podejmowaniu decyzji na podstawie czy pod wpływem nieuświadomionych preferencji, korzystając z wcześniej zakorzenionych przekonań. Jest to skuteczny sposób na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu, jest konieczny do naszego funkcjonowania, ale ma ogromny potencjał, by skłaniać nas do podejmowania błędnych i krzywdzących decyzji.
Preferencje są zazwyczaj nieuświadomione, choć bywa inaczej. Nawet w przypadku nieuświadomionych preferencji, można wykonać pracę, by je odkryć i zmienić.
Dwa sposoby, by radzić sobie z tym trybem podejmowania decyzji: jeden, to gdy podejrzewamy, że możemy mieć ukryte preferencje, zasięgnięcie drugiej opinii może być pomocne. Drugi to, odkrywanie swoich ukrytych uprzedzeń i preferencji i zmienianie ich, lub branie na nie poprawki przy podejmowaniu decyzji.
W ogólnym schemacie preferencyjne podejmowanie decyzji nie pomija żadnych punktów, ale trywializuje i zaburza punkty (5) i (6), ograniczając opcje do tych preferowanych. Zbieramy informacje o decyzji i dostępnych opcjach, przy ich analizie odwołujemy się do naszych preferencji, zamiast do obiektywnych kryteriów i podejmujemy decyzję na ich podstawie:
Mam do wyboru ścieżkę X lub Y, poznaje argumenty za X, poznaje argumenty za Y, przywołuje moją preferencję dla X, nie ważę argumentów, wybieram X.
Kiedy preferencyjne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy nasze preferencje są oparte na błędnych przesłankach, wierzymy w coś, co nie jest prawdą, przykładowo, gdy ktoś wierzy, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn. Kiedy opieramy się na preferencjach w sytuacjach, gdy mamy do dyspozycji obiektywne argumenty i czas by je przeanalizować. Przykładowo, kiedy mamy do czynienia z byłym przestępcą, o którym wiemy, że zmienił swoje życie, jednak unikamy go, bo mamy przekonanie, że przestępcy są niebezpieczni.

Decyzje inspirowane hierarchią wartości
We wszystkich czterech opisanych wyżej sposobach podejmowania decyzji, jakiemuś zaburzeniu lub eliminacji ulegają punkty (5) i (6). Co więc z decyzjami, w których punkty (5) i (6) działają poprawnie? Takie decyzje określam mianem „decyzji inspirowanych hierarchią wartości”.
Proces podejmowania decyzji nie musi być świadomy. Sama hierarchia wartości nie musi być uświadomiona. Jeśli jednak dokonujemy rzetelnego zebrania za i przeciw wszystkich opcji i porównujemy je, zgodnie z tym, co uważamy za dobre lub złe, to nasz wybór wypływa z naszego rozumienia wartości i ich hierarchii.
Dla jakości podejmowanych w tym trybie decyzji kluczowe jest, by nasza hierarchia wartości była zdrowa. Mówiliśmy o niej nieco w poprzednim artykule. Błędy w hierarchii wartości przekładają się na błędy w decyzjach.
Jak hierarchia wartości wpływa na (5) punkt mojego schematu? Instruuje nas, co to znaczy „za”, a co to znaczy „przeciw”. Czyli jaki rezultat naszych działań jest pożądany, a jaki nie.
Przykład
Hierarchia wartości: przyjaźń, ekologia, pieniądze
Decyzja: wybór środka transportu na spotkanie
Opcje: tramwaj, samochód
Fakty: określony czas spotkania, rozkład jazdy tramwajów, pogoda, miejsce spotkania
Sytuacje z przeszłości: korki, spóźnione tramwaje, etc.
Argumenty: Tramwaj emituje mało CO2 (za: ekologia). Tramwaj jest tani (za: pieniądze). Samochód emituje spaliny (przecie: ekologia). Benzyna jest droga (przeciw: ekologia). Samochód jest najszybszy (za: przyjaźń – chcę być na czas).

Jak wpływa na punkt (6)? Pozwala nam przypisać wagę do poszczególnych za i przeciw co w efekcie umożliwia nam porównanie dwóch opcji. Im coś jest wyżej w hierarchii wartości, tym wyższą ma wagę.
Przykład
Porównanie:
Za samochodem przemawia najwyżej lokująca się w hierarchii wartości przyjaźń, to daje tej opcji wysoką wagę. Jednak dwa pozostałe aspekty przemawiają, za tramwajem. Powiedzmy, że przyjaźń ma wagę 4, ekologia 3, a pieniądze 2. Za tramwajem przemawia sumaryczna waga 5, za samochodem 4.
Wybór: tramwaj.

Mam nadzieje, że to uzmysławia, jak ważna jest hierarchia wartości dla procesu podejmowania decyzji.
Jedna dodatkowa sprawa, którą chciałbym tu poruszyć, to pytanie:
czy świadom i podświadoma hierarchia wartości muszą być takie same?
Intuicyjnie wydaje mi się, że odpowiedź, brzmi: nie. To jest niepokojąca myśl, bo sugeruje, że nawet jeśli rozumiemy nasze wartości, wiemy, co się dla nas liczy, nasza podświadomość może mieć inną opinię, a większość decyzji podejmowana jest w różnych podświadomych trybach! Nie ma jednak powodu, by załamywać ręce. To tylko powinno zachęcić nas do pracy nad ujednoliceniem świadomych i podświadomych wartości. Czy to poprzez umacnianie świadomej hierarchii wartości, czy poprzez zgłębianie i podważanie założeń podświadomej. Spójność tych dwóch bytów jest gwarancją dobrych decyzji.

Trzy filary podejmowania decyzji
Na koniec chciałem zasygnalizować trzy koncepcje, które stanowią o naszej zdolności do podejmowania decyzji. W kolejnych artykułach poświęcę każdej z nich z osobna więcej miejsca:
Logikę, czyli sztukę odróżniania prawdy od fałszu. Pracuje we wszystkich punktach.
Etykę, czyli sztukę odróżniania dobra od zła. Pracującą głównie w punkcie (5).
Fizykę, czyli sztukę odróżniania rzeczywistego od nierzeczywistego i zależnego od niezależnego. Pracującą głównie w punktach (1) do (4).
W praktyce wszystkie trzy dziedziny przeplatają się w nietrywialny sposób. Tym tematem zajmiemy się jednak później.


Przykład: wyjazd na firmową wigilię
Zakończymy dzisiejsze rozważania przykładem praktycznym z mojej niedalekiej przeszłości:
(1) Zakład pracy organizuje spotkanie wigilijne.

(2) Dwie opcje: idę lub nie idę na spotkanie.

(3) Fakty o sytuacji:
Spotkanie jest wyjazdowe (poza miastem) z opcjonalnym noclegiem.
Na spotkaniu będzie dostępny darmowy alkohol.
W spotkaniu weźmie udział większość moich przyjaciół z pracy.
Na spotkaniu będzie muzyka i tańce.
Na spotkaniu będzie darmowe, zapewne smaczne, jedzenie.
Jestem uzależniony od alkoholu.
Przebywanie w towarzystwie pijących jest wyzwalaczem głodu.

(4) W ciągu ostatnich dwóch lat, nie brałem udziału w żadnym tego typu spotkaniu. Zwykle odczuwałem niepokój i żal, że coś tracę na kilka dni przed wydarzeniem i w dniu wydarzenia. Uczucia te znikały zazwyczaj już dzień po. W ostatnich miesiącach poczucie straty zmniejszyło się, lżej znoszę świadomość, że coś mnie omija.
Sięgając wstecz dalej, na tego typu imprezach z darmowym alkoholem, piłbym do całkowitego upojenia w niekontrolowany sposób. Następnego dnia leczyłbym kaca klinem. Miałbym poczucie, że bawiłem się dobrze, ale nie pamiętałbym 80% imprezy. Wchodziłbym w relacje z ludźmi przez godzinę lub dwie, później wszystko się rozmywało, nie było już przestrzeni na kontakt.

(5) Przed tym punktem warto byście rzucili okiem na moją hierarchię wartości. (LINK)
Dla uproszczenia spojrzę tylko na opcję 2 „nie jechać”, to są wzajemnie wykluczające się alternatywy, także jest w zagadnieniu symetria pozwalająca mi na takie uproszczenie.
Opcja 2: Nie jechać
Za:
Unikam wyzwalacza (trzeźwość),
Utrzymuje swój stały cykl snu, jestem wypoczęty (trzeźwość),
Nie muszę oglądać pijanych przyjaciół (relacje partnerskie),
Mam czas na lekturę lub pracę nad sobą (rozwój osobisty),
Unikam podejrzeń, że akceptuje fundowanie alkoholu przez firmę (rozwój osobisty).
Przeciw:
Tracę okazję do pogłębienia przyjaźni (relacje partnerskie),
Tracę okazję do zabawy i tańca (rozwój osobisty),
Mogę zostać odebrany jako nietowarzyski przez współpracowników (praca),
Tracę okazję na zobaczenie nowego miejsca,
Omija mnie darmowe jedzenie.

(6) Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to kilka punktów związanych z trzeźwością przemawiających za tym, by nie jechać. Trzeźwość to numer jeden w mojej hierarchii wartości.
Druga rzecz to uniknięcie kontaktu z pijanymi przyjaciółmi. Zazwyczaj jest nieprzyjemny oglądać osobę, którą się zna i lubi, gdy jest oszołomiona alkoholem. To pozwala mi zachować o niej lepsze zdanie i wiążę się z dobrymi relacjami.
Dalej mamy argumenty z rozwoju osobistego: nie jadąc, zostawiam sobie czas na rozwój i unikam angażowania się w sytuację, której moralnie nie akceptuje, czyli fundowania alkoholu pracownikom przez pracodawcę.
Za tym, by jechać, także znalazło się kilka argumentów. Pierwszy dotyczy relacji: miałbym sposobność, by pogłębić relacje z moimi przyjaciółmi, czy to z tymi, którzy nie piją, czy też z pijącymi, nim oszołomiliby się alkoholem.
Taki wyjazd jest okazją do zabawy. Uwielbiam taniec (dla jasności: tańczyć nie potrafię, ale bardzo lubię), zabawę i żarty – one mnie rozwijają, są sposobem wychodzenia ze strefy komfortu.
Tego typu wyjazdy służą budowaniu zażyłości biznesowej. Może być, że część osób zinterpretuje moją nieobecność jako afront i trudniej będzie mi z nimi współpracować. Części osób nie poznam, w związku z czym nie będę miał okazji podjąć z nimi współpracy. Kategoria pracy jest ostatnią w mojej hierarchii.
Na koniec mamy nieprzyporządkowane do żadnej kategorii: zobaczenie nowego miejsca i darmowe jedzenie. To są sprawy nieistotne, mogłyby rozstrzygnąć remis, ale w pierwszej ocenie nie ważą.
W obu opcjach są korzyści dla relacji i rozwoju osobistego. Dla uproszczenia przyjmę, że te się wzajemnie znoszą. Pozostaniemy z argumentami dotyczącymi trzeźwości w opcji, by nie jechać i argumentem dotyczącym pracy w opcji, by jechać. Trzeźwość stoi wyżej niż praca w mojej hierarchii wartości.

(7) Wybieraj opcję, by nie jechać. (8) Odrzucam zaproszenie i organizuje sobie ten czas w normalny sposób.

O wartościach

Czym jest hierarchia wartości?

Czy ważniejsza jest przyjaźń, czy praca? Czy większe znaczenie mają pieniądze, czy tężyzna fizyczna? Czy cenię wyżej duchowość, czy podróże do egzotycznych krajów?
Powyższe pytania, są przykładami pytań, o wzajemną relację między wartościami. Odpowiedzi na nie ustawiają wartości w hierarchiczną strukturę, uporządkowaną od tego, co najcenniejsze, do tego, co najmniej istotne. Ta struktura to hierarchia wartości.
Każdy z nas jakąś hierarchię wartości ma, nawet jeśli nie spisał jej nigdy na kartce, nie wypowiedział jej nigdy słowami, czy nawet, nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia.
Jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć na pytania powyżej, to znaczy, że masz swoją hierarchię wartości.

Zachęcam was, by zatrzymać się na chwilę i rozważyć następujące kwestie:
Czy mam fizyczny zapis swojej hierarchii wartości?
Czy potrafię wyrecytować, jaka jest moja hierarchia wartości?
Czy kiedykolwiek świadomie analizowałem i zmieniałem swoją hierarchię wartości?
Cześć z was na wszystkie powyższe pytania odpowie negatywnie. To znaczy, że wasza hierarchia wartości jest nieuświadomiona, że jest intuicyjna. W takim układzie można swobodnie funkcjonować i podejmować decyzje. Uważam jednak, że to za mało. Hierarchia wartości jest tak istotna, że kluczowe jest, by była dostępna dla świadomego, logicznego umysłu. To warunek konieczny, by została poddana krytyce. Każdy skorzysta na logicznym przeanalizowaniu fundamentalnych wartości i zmian ich układu w zależności od wyników takiej operacji — czasem będzie to oznaczać proste przeszeregowanie, czasem porzucenie pewnych wartości lub adaptację nowych.
Jak już wspomniałem, hierarchia porządkuje to, co ważne od najbardziej do najmniej istotnego. Uporządkowanie ma sens jedynie, jeśli nie dopuszcza remisów, czyli realnie oddziela od siebie wszystkie wartości. Bo jeśli wszystko ma wysoki priorytet, to nic nie ma wysokiego priorytetu. Może się tak zdarzyć, że dwie wartości będą blisko siebie, tak że trudno będzie między nimi wybrać, wtedy naszym zadaniem jest znalezienie różnicujących je argumentów i wzajemne uporządkowanie.
Co dokładnie znajdzie się na liście wartości, jest kwestią indywidualną. Przestawię swoją wersję, ale wasze mogą być odmienne. Możecie myśleć o wartościach kategoriami szerszymi, niż ja to czynię, lub węższymi. Wasze wartości mogą się w pokrywać z moimi lub od nich odbiegać. Nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Zależnie od sytuacji i indywidualnych okoliczności, można przytaczać argumenty na diametralnie różne uporządkowania. Co więcej, lista może się zmieniać z czasem. Nie dlatego, że kiedyś była błędna, tylko dlatego, że zmieniają się zewnętrzne i wewnętrzne okoliczności. Hierarchia wartości nie jest wyrytą w kamieniu ostateczne prawda, jest żywym tworem, podatny na logiczną krytykę i zmienne koleje losu.
Postaram się teraz przedstawić moją hierarchię wartości, sposób, w jaki o niej myślę, jak ją uzasadniam i nad jakim jej aspektami pracuję.

Jak wygląda moja hierarchia wartości?

Kiedy myślę o hierarchii wartości, to koncentruję się na pięciu czołowych elementach. To pozwala ograniczyć zakres dociekań do tego, co ważne. Mam ograniczoną ilość czasu do dyspozycji, nie ma potrzeby, by spędzać go na rozstrzyganiu różnicy między miejsce 50 a 51.
Kiedy myślę o elementach tej listy, myślę o tym, co jest ważne i co jest niezbędne, zostawiam na boku to, co przyjemne – przyjemności znajdują drogę do mego grafiku samoistnie. Nie wszystko, co robię w życiu, odnosi się do pierwszej piątki wartości, ale upewniam się, że większość tego, co robię, wynika bezpośrednio z tych punktów. Jeśli tak nie jest, jest to dla mnie znak kłopotu, że muszę przewartościować hierarchię lub popracować nad jej realizacją w praktyce.
Moja piątka przedstawia się następująco (w kolejności od najważniejszego):
trzeźwość
rozwój osobisty
relacje partnerskie
twórczość
praca.

Pokrótce wyjaśnię dlaczego, jakie są argumenty za takim wyborem i kolejnością.
Na szczycie znajduje się trzeźwość, tu argument jest prosty: bez trzeźwości moje życie runie w gruzy, jest ona fundamentem niezbędnym dla budowania reszty. Musi być priorytetem, bo bez niej kolejne punkty nie zostaną zrealizowane.
Na drugim miejscu mamy rozwój osobisty. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest on niezbędnym wsparciem dla trzeźwości, drugą stroną tej samej monety. W pewnym sensie proces trzeźwienia polega na nieustannej ucieczce naprzód, która jest właśnie rozwojem osobistym. Bez rozwoju trzeźwość jest zagrożona, musi więc być on na drugim miejscu.
Na trzecim plasuje relacje partnerskie, termin szeroki i dość mglisty. Rozumiem przez to tworzenie i utrzymywanie zdrowych relacji z innymi ludźmi. Obejmują one relacje przyjacielskie, rodzinne, romantyczne. Obejmują moje pragnienie założenia rodziny i posiadania dzieci. Są dwa powody dla tak wysokiego miejsca relacji: pierwszy, to moje stoickie przekonanie, że relacje są niezbędne do właściwego rozwoju osobistego, są niezastąpionym materiałem i pożywką dla tegoż. Drugie, to stoickie zorientowanie na działanie dla dobra powszechnego, które w mojej opinii najpełniej przejawia się w relacjach z innymi.
Na czwartym miejscu mamy twórczość. Plasuje się ona w pierwszej piątce, gdyż jest ogromnym wsparcie dla zarówno trzeźwości, samorozwoju, jak i relacji. Stanowi formę autoterapii, pozwalającej mi przepracować wiele złożonych aspektów mojego funkcjonowania. Jest też źródłem wielkiej radości i poczucia spełnienia – stymulacja układu nagrody w mózgu. Sposobem na zdrowe wykorzystanie czasu. I wreszcie pretekstem do wchodzenia w relację z ludźmi.
Cztery pierwsze punkty były ze sobą powiązane, przenikały się i wspierały wzajemnie, piąty – praca – wyłamuje się z tego schematu. Znajduje się tutaj z konieczności. Zarobkowanie jest potrzebne do tego, bym mógł podtrzymać swoją egzystencję. Płacić rachunki, kupować jedzenie, realizować niektóre aspekty pozostałych życiowych priorytetów. W idealnej sytuacji chciałbym ją relegować poza pierwszą piątkę, by zrobić miejsce innym celom.
Wypracowanie obecnego kształtu mojej hierarchii wartości zajęło mi około roku, co około trzy miesiące tworząc kolejną wersję. Teraz nadchodzi kolejna runda prac skoncentrowana nie na samej drabince, z której jestem zadowolony, ale na doprecyzowaniu jej elementów. Przykładowo, trzeci punkt, relacje partnerskie, jest szeroki i niejasny, wyraźnie rozleglejszy od pozostałych. Chcę z niego wyłuskać najbardziej kluczowe rodzaje relacji i na nich się skupić, ustalić hierarchię wewnątrz hierarchii. Czy najważniejsze będzie założenie rodziny i posiadanie dzieci, czy pogłębienie istniejących przyjaźni, czy zbudowanie nowych? Na tego typu pytania będę szukał odpowiedzi.
Hierarchia wartości jest projektem na całe życie. Powinna ulegać zmianie, w miarę jak my się zmieniamy, jednocześnie wskazując kierunek tych zmian. Warto by była poddawana okresowym przeglądom, logicznej ocenie poszczególnych elementów, tak by nie prowadziła nas na manowce. Z każdym z jej punktów związać trzeba konkretne działania, które go realizują. Stworzyć przykłady, które ułatwią nam stosowanie ich w przyszłości. Ta część pracy także jest przede mną. Chcę nadawać głębię każdemu z moich priorytetów, aż staną się dla mnie krystalicznie jasne.

Dlaczego hierarchia wartości jest ważna?

Hierarchia wartości nie jest abstrakcyjną, teoretyczną koncepcją, przeciwnie, jest dalece praktycznym narzędziem. Za każdym razem, gdy podejmujemy decyzję, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, przywołujemy swoją hierarchię wartości. Pytanie, czy chcemy aktywnie kształtować nasz aparat decyzyjny. Jeśli nie, dzisiejszy wpis był małą intelektualną przygodą bez konsekwencji. Jeśli jednak chcemy, by nasze rozumienie tego, co jest ważne, miało solidne podstawy i logiczne uzasadnienie, musimy poświęcać czas i wysiłek na pracę z wartościami, w czym mam nadzieje ten tekst nieco pomoże.

Przejrzysta hierarchia wartości to jeden ze sposobów zaprowadzania porządku w naszym wewnętrznym świecie, budowania zaufania do samego siebie i decyzji, które musimy podejmować, a które bywają bardzo trudne.

W kolejnym wpisie spojrzę szczegółowo na proces podejmowania decyzji i jak wiąże się on z hierarchią wartości, skorzystam przy tym z osobistego przykładu. Jeśli dzisiejszy artykuł was zaciekawił, zapraszam na kontynuację w przyszłą środę.

O starości

Tekst porusza refleksje nad życiem, czasem i stratami spowodowanymi przez alkohol. Autor analizuje swoje przeżycia z perspektywy Seneki, podkreślając, ile czasu stracił na zewnętrzne okoliczności. Po latach zmagań z nałogiem, odnajduje wolność i sens życia, z nadzieją na dalszy rozwój przed śmiercią.

„[ludzie] nikomu na świecie nie pozwolą zająć swych posiadłości, a jeśli wywiąże się bodaj najbłahsza kłótnia w sprawach granicznych, natychmiast chwytają za kamienie i zbroje! Ale swe życie pozwalają innym zajmować, więcej: sami wprowadzają przyszłych panów swojego życia do domu. Nie znajdziesz nikogo, kto by chciał między innych rozdzielić swoje pieniądze, a przecież jak wielu rozdaje innym swoje życie! Skąpcami są w zachowaniu odziedziczonego majątku, ale są największymi marnotrawcami, jeśli chodzi o stratę czasu, jedynego dobre, wobec którego skąpstwo i chciwość są cnotą. Wybierz któregoś z gromady starców: „Widzimy, że dożyłeś do najdalszej granicy ludzkiego wieku.(…) Dalej więc! Zdaj rachunek ze swego życia! Policz, jak wiele z ogólnej sumy czasu zabrał wierzyciel, jak wiele kochanka, (…) jak wiele klient, jak wiele kłótnia z żoną, (…) jak wiele bieganina po mieście dla załatwienia różnych potrzeb. Dodaj do tego choroby, których sam się nabawiłeś, dodaj i te również okresy, które upłynęły bezużytecznie, a zobaczysz, że masz daleko mniej lat, niż sobie liczysz. Przypomnij sobie, ile to razy byłeś zdecydowany, co masz czynić, ile to dni spędziłeś tak, jak je zaplanowałeś, ile razy rozporządzałeś własną osobą, ile razy zachowałeś tę samą pogodę na twarzy, ile razy duch twój nie przejął się trwogą, jakiego w tak długim wieku dokonałeś dzieła, jak wielu ludzi rabowało ci twe życie, kiedy ty nawet nie doceniałeś co tracisz; jak wiele ci zabrał jałowy smutek, głupia uciecha, chciwa żądza, pochlebcza rozmowa, jak mało pozostało ci z ciebie, a wtedy zrozumiesz, że umrzesz – dziecięciem!” (…) żyjecie, jak gdybyście mieli żyć wieki, że nawet nigdy nie pomyślicie o swej znikomości, że nie zwracacie uwagi, jak wiele już czasu ubyło, trwonicie go jednak w ten sposób, jakbyście zawsze mieli pełną, a nawet niewyczerpaną miarę, gdy tymczasem ten właśnie dzień, który poświęcacie bądź jakiejś osobie, bądź jakiejś sprawie, jest może – ostatnim. Wszystkiego się lękacie jak śmiertelni, wszystkiego łakniecie jak nieśmiertelni. Posłyszysz jak mówi większość: „Z ukończeniem pięćdziesiątego roku wycofam się na spoczynek, a rok sześćdziesiąty uwolni mnie z wszelkich w ogóle powinności publiczny.” Ale kto, koniec końców, da ci gwarancję tego dłuższego życia? (…) Nie wstydzisz się, by same już resztki życia zachowywać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać dla siebie i dla dobra duszy przeznaczać te tylko lata, kiedy już do niczego nie będziesz zdatny? O wiele za późno wtedy dopiero zaczynać życie, kiedy je trzeba już dokończyć! I cóż to za głupia niepamięć śmiertelnej doli, żeby aż na pięćdziesiąty lub sześćdziesiąty rok życia odkładać rozumne postanowienia i chcieć rozpoczynać życie w tym wieku, do którego dożyło niewielu!”
O krótkości życia, Seneka

Ile mam lat? Jeśli spojrzę w dowód, wyjdzie że czterdzieści. Czy aby na pewno? Mój zegarek twierdzi, że mój wiek „sprawnościowy” to trzydzieści sześć. Czuję się młodziej i obracam się wśród młodszych ludzi. Ale ile faktycznie przeżyłem?

Nadszedł czasy by zdać rachunek ze swego dotychczasowego życia. Jak wzywa Seneka, spójrzmy razem, ile żyłem dla siebie, a ile zmitrężyłem na okoliczności zewnętrzne.

Zacznijmy od dzieciństwa. Niewiele z niego pamiętam. Pierwsze wyraźne wspomnienia mam z czasów liceum. Czas do szesnastego roku życia to biała plama z niewielkimi przebłyskami. Jak podliczyć ten  czas? Trzy pierwsze lata życia – mało kto je pamięta, kształtują nas znacznie, zaliczmy je w pełni. Z pozostałych trzynastu zebrał by się może rok wspomnień i za tyle je policzę. Wiem, że funkcjonuje we mnie wiele mechanizmów z tego okresu, których kształtowania się w zapomnianym czasie. Nie zaliczam go jednak do pożytecznych lat, bo mechanizmy te są dzisiaj miną do rozbrajania, a nie wartościowymi częściami mojej osobowości.
Do wieku lat szesnastu przeżyłem cztery.

W okolicach półmetka liceum zacząłem pić. Zorientowałem się, że kiedy piję to się nie boję, że czuję się silny i sprawczy. Dzięki alkoholowi nie musiałem czuć wstydu, smutku, gniewu i żalu. To trudne emocje, kto by chciał je czuć? Od tego czasu piłem nieprzerwanie przez ponad dwadzieścia lat. Na początku metaforyczne, bo piłem od okazji do okazji, nie łatwo było zorganizować pieniądze i warunki by można było się spokojnie napić. Myślenie miałem już jednak pijane.
To ile z tych licealnych lat mogę policzyć dla siebie? Będąc szczodrym to powiedział bym, że dwa lata z czterech. Zdobyłem wiedzę, zbudowałem kilka przyjaźni, nauczyłem się kilku życiowych prawd nie związanych z piciem. Jednak gro tego czasu podporządkowałem alkoholowi, zużyłem na przypodobanie się grupie rówieśniczej, straciłem na fantazjowanie o wybujałych ambicjach.
W wieku lat dziewiętnastu ruszam na studia jak sześciolatek.

Pierwszy rok studiów straciłem na Politechnice, robiąc coś co miało mnie zaciekawić, a w rzeczywistości znudziło. Piłem nieco więcej i częściej niż w liceum i, co kluczowe, coraz częściej w samotności.
Kolejne lata już na fizyce, to rosnąca koncentracja życia wokół alkoholu: próżne biesiady, samotne chlanie, półprzytomne i skacowane weekendy. Nie wszystko szło na straty:  uczyłem się tego co sprawiało mi frajdę, poznałem kilka(naście) osób, z którymi przyjaźnie się do dziś i są to najcenniejszych znajomości mego życia.
Jednak większość tego czasu to ucieczka od siebie w błogi bezwład. Funkcjonowanie jak gdybym miał żyć wieki, jakby mój czas miał się nie wyczerpać odkładanie wszystkiego na później. To życie samotne, ale, paradoksalnie, głęboko zorientowane na zdobywanie akceptacji innych i ucieczkę przed poczuciem odrzuceniem. Będąc sam nie zostawiałem chwili dla siebie.
Te sześć lat to może rok życia płodnego życia. Pisząc ten tekst, nie mogę się nadziwić jak mało z nich pamiętam.

Na doktorat poszedłem z braku pomysłu na to co chcę robić. Okazał się on jednak pozytywnym przeżyciem i powodem do dumy. Mój nałóg się pogłębiał. Miałe więcej pieniędzy, mogłem więcej i częściej pić. Normą stały się weekendowe ciągi, klinowanie z rana, całe dnie rozpieprzone na kaca, który paradoksalnie był chwilą wytchnienia. Rdzeniem mojego funkcjonowania było pochłanianie seriali. Setki czy tysiące godzin idących jedna po drugiej na gapienie się w ekran. W środku nocy, z alkoholem w ręku, jeszcze jeden odcinek – a następny dzień kolejnych dziesięć na kaca. Zabijałem czas piciem i seansami, pożytkowałem odrobinę na pracę na uczelni, w efekcie nie miałem chwili by się zatrzymać, coś poczuć, czegoś się o sobie dowiedzieć.
Nie wszystko straciłem – nauczyłem się kwantowej teorii pola, ewolucji gwiazd, odrobinki prawdy o funkcjonowaniu wszechświata.
Za te pięć lat, dam sobie kolejny roczek, zostając dumnym ośmiolatkiem.

Pierwsze osiem lat pracy, od jej podjęcia do rzucenia picia, to jazda bez trzymanki i na farcie. Po raz pierwszy miałem pieniądze żeby pić i korzystałem z tego coraz intensywniej. Byłem typowym „wysoko funkcjonującym” alkoholikiem: jakoś trzymałem sprawy zawodowe (w końcu płaciły za picie), a wszystko inne rozpadało się w gruzy. Ślizgałem się tylko po powierzchni życia. Oddawałem swój czas na lewo i prawo bo sam nie umiałem z nim nic zrobić, najwięcej zaofiarowałem alkoholowi, wiele nieukojonym lękom.
Jak utrzymałem pracę: fart. Jak nie utonąłem w Odrze (a obudziłem się kiedyś metr od jej brzegu): fart. Jak to się stało, że mnie nie pobito, obrabowano, zabito: fart.
Byłem wiecznie zmęczony, rozczarowany swoim życiem, zły na cały świat. Chciałem pić bez przerwy, ale nie mogłem – bo praca. Marzyłem na jawie o emeryturze, że wtedy to dopiero pożyję, mając na myśli – popiję.  Trzydziestolatek śniący o tym by już być po sześćdziesiątce.
Degrengolada tego okresu była głęboka. Za osiem lat policzę sobie rok, co da mi lat dziewięć w wieku trzydziestu ośmiu.
Niszczycielska spirala tego okresu doprowadziła mnie jednak do najpiękniejszego kryzysu mojego życia i do odzyskania wolności.

Po raz pierwszy w życiu – wolny. Od momentu gdy przestałem pić do dziś, to najpełniej przeżyty okres mojego życia. Nigdy nie byłem w tak dobrej formie fizycznej, w tak dobrej formie intelektualnej i w tak dobrej formie emocjonalnej. Czyli zaliczamy dwa lata? Powoli, spójrzmy głębiej.
Pierwsze pół roku trzeźwienia to był czas chaosu, zaciskania pośladków i działania na ślepo. Na plus liczę początek pracy stoickiej, czyli kształtowania rozumnej ścieżki życia. Także na plus pracę nad i poprawę formy fizycznej.  Na minus, setki godzin wypełnione bezrozumnym klikaniem w Diablo 2, które wypełniło mi część pustki po alkoholu. Rozważałem, czy czasu tej obsesji nie odliczyć od całości, ale spełnił on ważną rolę – pomagały zachować abstynencję – zostanie więc.
Kolejne półtora roku, od rzucenia palenia, to czas prostszy i przeżyty w pełni, z małymi potknięciami, które jednak prowadziły do nowych wniosków i kolejnych kroków naprzód.
Z małymi zastrzeżeniami całe te dwa lata zaliczę jako przeżyte, co da mi na dzień dzisiejszy jedenaście lat. I tak jestem wyrośniętym jedenastolatkiem, fizycznie i intelektualnie dorosłym, ale pod względem mądrości i emocjonalności wciąż dzieckiem na początku okresu dojrzewania. Kto miał kontakt z dziećmi w tym wieku, wie jak potrafią być uparte, jak pewne swej nieomylności, jak bardzo egocentryczne, zapatrzone w siebie. Ale są też urocze, przytulaśne, ciekawe świata, gadają czasem bardzo śmieszne, a czasem bardzo mądre rzeczy. Widać w nich potencjał. Dają się lubić, a skoro wiemy, że to tylko faza i kiedyś z tego wyrosną, wiele im wybaczamy.
Ufam, że ostatnie dwa lata wyznaczyły trwały trend w moim życiu i jeśli los pozwoli i da mi trochę czasu, to zdążę przed śmiercią dorosnąć. Ale jeśli nie i dzisiaj jest ten ostatni dzień, to cóż, ważne, że tu i teraz żyję dla siebie i jestem panem swojego czasu!

O byciu zmianą której pragniemy

W dzisiejszym tekście omawiane są związki między wdzięcznością, osobistym rozwojem i chęcią do zmiany świata. Autor krytycznie ocenia współczesne podejście do rozwoju, podkreślając, że istotne jest najpierw zadbać o siebie. Wskazuje na stoicką moralność, która łączy logikę, fizykę i etykę w dążeniu do dobra wspólnego.

Dzisiejszy tekst jest kontynuacją tekstu „O wdzięczności”, będącego komentarzem do TEDx Arona Andersona. Inspiracją dla jego powstania była rozmowa z kolegą Pawłem, któremu za ową dyskusję dziękuję, zachęcając jednocześnie do wskazania wszelkich nieścisłości.

Założenie: współczesny człowiek jest wystarczająco rozwinięty, wyedukowany i samoświadomy. Skoro tak, to dalsze drążenie koncepcji akceptacji, wdzięczności, etc., jest tylko narzędziem, które powstrzymuje człowieka od wystąpienia przeciw niesprawiedliwości świata.
W SKRÓCIE: techniki rozwoju osobistego, są jedynie współczesną wersją idei „chleba i igrzysk”.

Nie zgadzam się już z założeniem, że kondycja współczesnego człowieka jest tak korzystna. Anegdotycznie powiem, że ja na pewno nie osiągnąłem zadowalających standardów. Nie mam natomiast pomysłu, jak moglibyśmy rozstrzygnąć o prawdziwości założenia. Pozostańmy więc przy nim, a skoncentrujmy się na samym rozumowaniu i wnioskach.

Twierdzę, iż nie ma konfliktu między praktykowaniem wdzięcznością i rozwojem, a pracą by zmieniać świat. Więcej jeszcze, te praktyki są konieczne, by zmiana, którą czynimy była trwałą i pozytywną. Celnie ujął to Georges Friedmann:

„Unieśmiertelnić się, przekraczając siebie. Ta praca nad sobą jest konieczna, ta ambicja – słuszna. Liczni są ci, których pochłaniają całkowicie wojująca polityka, przygotowania do rewolucji społecznej. Nieliczni, bardzo nieliczni ci, którzy przygotowując rewolucję, chcą stać się jej godni.”

Rewolucję zaczynajmy od nas samych. Tak jak w samolocie mówią by najpierw założyć maskę sobie, a dopiero później dziecku, tak tu, powinniśmy najpierw zadbać o siebie a potem o świat. Powinniśmy stać się zmianą, której pragniemy. Dzięki temu przewodzimy poprzez dawanie przykładu, zamiast poprzez przymus. Edukujemy siebie, by móc edukować innych. Prawdziwie postrzegamy świat, dzięki czemu podejmujemy lepsze decyzje.

Przeszłe rewolucje nie podążały tym tropem, w efekcie pożerały swoje dzieci. Znaczył je krwawy przebieg i niepewność skutków, które były dziełem przypadku bardziej niż zamysłu. Charakter przywódcy był dobrym prognostykiem przebiegu rewolucji (M.L. King a W. Lenin). By nie powielić ich błędów, musimy oprzeć naszą rewolucję na tym co kontrolujemy, czyli na naszym charakterze.

Pytanie czy przy takim podejściu rewolucja kiedykolwiek nadejdzie, do doskonałości charakteru dążymy całe życie, nigdy jej nie osiągając. Jednak nie wydaje mi się by osiągnięcie doskonałości było konieczne. Wystarczy, że zaczęliśmy drogę ku niej i pewnie po niej stąpamy, a czas jest odpowiedni do zmieniania świata. Nie o doskonałość tu chodzi, a o właściwe nastawienie do rzeczywistości, gotowość do uznania swej omylności i zorientowanie na dobro ogółu.

Jak te rozmyślania wpisują się w myśl stoicką? Przypomnijmy słowa Marka Aureliusza:

„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego;
2.) działa tylko dla dobra powszechnego;
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Rdzeniem stoickiej moralności jest działanie dla dobra powszechnego. Nie ma przypadku, iż sąsiaduje tu z myślami, które odnoszą się do tego co kojarzymy z rozwojem osobistym. Dla stoika, wszystkie te cztery koncepcje stanowią spójną całość, powinny być praktykowane i rozwijane razem. Punkt drugi nie czeka na spełnienie pozostałych, przeciwnie, jest motorem i zachętą by zgłębiać pozostałe, jest powodem, dla którego warto robić raczej coś niż nic.

Cytat z Aurelego ujmuje trzy relacje, w których, według stoików, znajduję się człowiek:
+ relację z sobą samym („nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego”)
+ relację z wszechświatem („odczuwam pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy” i „przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”)
+ relację z innymi ludźmi („działa tylko dla dobra powszechnego”).

Są to kolejno: logika, fizyka i etyka stoicka. Trzy filary, powiązane między sobą, niezbędne by gmach naszego rozumu mógł się utrzymać. Bez logiki nie wiemy co jest prawdziwe, bez fizyki nie rozumiemy w jakim świecie działamy, bez etyki nie wiemy do czego mamy dążyć. Koncentracja jedynie na „działaniu dla dobra powszechnego” grozi zaniedbaniem dwóch pozostałych. Jeśli zaniedbamy logikę – skąd mamy wiedzieć, czy to do czego dążymy jest prawdziwie dobre? Jeśli zaniedbamy fizykę – skąd mamy wiedzieć, czy to jak do celu dążymy będzie skuteczne?
Ergo, nie może być prawdziwie społecznego działania, bez wewnętrznego rozwoju.

O wdzięczności

Aron Anderson w swojej prezentacji omawia trzy kluczowe zasady: wzięcie odpowiedzialności za rzeczywistość, zdobycie właściwej perspektywy oraz przyjęcie wdzięczności w życiu. Inspirując się myślami Marka Aureliusza i Epikteta, akcentuje znaczenie akceptacji losu i skupienia na tym, co zależy od nas, by osiągnąć spokój ducha.

Dziś chciałem poświęcić nieco uwagi ciekawej prezentacji Arona Andersona (anglojęzyczna): https://www.youtube.com/watch?v=kLnd1UGMLrw&t=609s&ab_channel=TEDxTalks
Moim zamiarem jest ująć myśli w niej zawarte w kontekście doktryny stoickiej, ubarwiwszy je odrobinką własnych doświadczeń.
Niech naszym przewodnikiem będzie myśl Marka Aureliusza (punkt 2 pomijam jako nieistotny dla tych rozważań):
„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego; (…)
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Teraz zerknijmy na 3 elementy z prelekcji pana Andersona:

Take ownership (weź odpowiedzialność/zaakceptuj prawdę)
Pierwszy z trzech punktów to wzięcie odpowiedzialności, lub inaczej akceptacja rzeczywistości. Koncepcja, którą poruszałem w niedawnym wpisie, do której będę niejednokrotnie wracał, bo uważam ją za fundamentalną. W cytacie z Marka Aureliusza mamy: „nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego”, to znaczy widzę rzeczywistość taką jaka jest, nie zniekształconą przez moje przekonania, nie oszukuję sam siebie, wiem jaka jest moim dziełem i moją odpowiedzialnością. Wiem co jest moją rolą w życiu, słowami Epikteta:
„Pamiętaj, że jesteś aktorem w sztuce. Grasz postać zgodnie z wolą dramaturga. Jeśli sztuka jest krótka, to jest krótka; jeśli długa, to długa. Gdy dramaturg pragnie, byś odgrywał żebraka, nawet tę rolę graj dobrze, podobnie jak gdy jesteś kaleką, bogaczem lub przeciętnym człowiekiem. Na tym bowiem polega twoje zadanie, by dobrze odgrywać przypisaną ci rolę. Jej wybór należy do kogoś innego.”
Epiktet, Enchiridion, 17

W moim osobistym doświadczeniu kluczowym elementem powrotu do rzeczywistości, było zaakceptowanie tego, że jestem uzależniony. Na bazie tej prawdy mogłem podejmować dobre decyzje i budować swoje życie na nowo. Prawda jest solidnym fundamentem. Kłamstwo jest piaskiem, na którym nie wzniesie się nic trwałego.

Get perspective (Zdobądź właściwą perspektywę)
Drugi punkt Arona zgrywa się z 3 punktem Marka Aureliusz: „odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy”. Kiedy już zdobędziemy prawdziwy ogląd sytuacji, możemy rozgraniczyć to co od nasz zależy od tego co od nas nie zależy (fundamentalny stoicki podział świata na zależne i niezależne). Mając ten podział w ręku, możemy skoncentrować uwagę na tym co od nas zależne i kształtować to w najlepszy możliwy sposób.
Może nie zależeć ode mnie, czy pozostał mi rok życia, jak w przypadku koleżanki, o której mówi Aron, ale zależy ode mnie w jakim duchu ten rok przeżyję. Nie mam gwarancji, że spełni się wszystko co sobie postanowię, ale mogę zagwarantować, że zrobię wszystko co w mojej mocy by tak się stało i że sukces i niepowodzenie przyjmę z jednakim spokojem ducha.
To bardzo uwalniając perspektywa, słowami Marka Aureliusza:
„Jeśli za dobre i złe uznamy tylko rzeczy zależne od naszego wyboru, nie będzie powodu do obwiniania bogów lub okazywania wrogości innym ludziom.”
Marek Aureliusz, Rozmyślania, 6.41

Właściwa perspektywa wyswobadza nas od zawiści, złorzeczenia na los, użalania się. Uwalnia nas do czynienia tego co dobre i ważne.
W moim doświadczeniu, zrozumienie: że jest ode mnie niezależne to, że mój mózg jest uzależniony od alkoholu (w AA powiedziano by: jestem bezsilny wobec alkoholu); że alkohol funkcjonuje i będzie funkcjonował w społeczeństwie; pozwoliło mi się skoncentrować na tym co jest ode mnie zależne: na nie przebywaniu w towarzystwie pijących, nie tolerowaniu alkoholu w moim domu, pilnowanie by być wypoczętym, najedzonym, spokojnym, nie samotnym (tzw. HALT) i szeroko mówiąc przestrzeganie zasad i zaleceń, uczestniczeniu w terapiach i praca nad sobą. Karty zostały rozdane, rola przydzielona, a do mnie należy zagrać najlepszą możliwą partię.

Embrace gratitude (amor fati, umiłowanie losu, wdzięczność)
Ostatni punkt Arona zbiega się z ostatnim punktem Marka Aureliusza: „przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”. Stoicy wzywają do pełnej akceptacji naszego losu. Więcej jeszcze, do pragnienia tego co los nam zsyła i niczego innego:
„Nie pragnij, by wszystko toczyło się zgodnie z twymi oczekiwaniami. Zamiast tego chciej, by wydarzyło się to, co rzeczywiście się wydarza. Wtedy twe życie będzie upływać pomyślnie.”
Epiktet, Enchiridion, 8

Tak jak Aron mówi w swoim materiale, nie trudno być wdzięcznym gdy świat nas pieści, trudności pojawiają się wtedy gdy los się od nas odwraca. Sztuka (sztuczka) polega na tym, żeby przestać rozróżniać te dwa stany. To znaczy akceptować i przyjmować z wdzięcznością nasz los tak jak leci. Epiktet mówi: wszystkie twoje pragnienia mogą się spełnić, jeśli tylko zawsze będziesz pragnął dokładnie tego co ci się przydarza.
Bardzo trudna sztuka, mi samemu daleko jest do jej realnego praktykowania. Zbliżam się do akceptacji losu, a i to jeszcze nie w pełni, umiłowanie wciąż przede mną. Jest to jednak ważne i w połączeniu z poprzednimi punktami stanowi jedną z możliwych dróg do spokoju ducha. Słowami Epikteta:
„Dwie cechy sprawiają, że łatwo jest chwalić opatrzność za wszystko, co może się przydarzyć. Te cechy to: kompletny ogląd tego, co rzeczywiście wydarzyło się w danej sytuacji, i poczucie wdzięczności. Jaki jest sens oglądu bez wdzięczności? Co jest obiektem wdzięczności bez oglądu?”
Epiktet, Diatryby, 1.6.1-2

Wdzięczność i prawdziwy ogląd czynią nasze spojrzenie na świat kompletnymi.
Z mojego doświadczenia, a jak wspomniałem ta droga trwa, jest we mnie wiele wdzięczności za wspaniałych ludzi w moim życiu, za trzeźwy umysł, za wspaniałe czasy w których żyje, które oferują tak wiele możliwości rozwoju. Ale jest wciąż wiele gniewu i niezgody: na stracone lata, na rolę, którą alkohol pełni w naszym społeczeństwie etc.. Wciąż jeszcze przede mną, zrozumienie co w tym jest faktycznie w moje mocy a co nie, co mogę zmienić, a co warto zaakceptować by pewnego dnia pokochać.

PS.: Pozdrowienia dla Karola Klęczka za polecenie TEDx’a!

O pięknych wspomnieniach

W artykule omawiana jest romantyzacja picia alkoholu w kontekście pamięci i mechanizmów psychologicznych. Wspomnienia są często zniekształcone, sprzyjając faworyzowaniu ekstremalnych doświadczeń, co może prowadzić do uzależnienia. Pozytywne aspekty picia dominują w pamięci, a negatywne są ignorowane, wpływając na decyzje dotyczące alkoholu.

Dzisiejsze rozważania kontynuują temat podjęty w niedawnym wpisie odnoszącym się do podcastu: https://www.youtube.com/watch?v=OCEcvvYewtA&t=902s… . Konkretnie koncepcję romantyzowania picia alkoholu. Podzielę go na trzy części według schematu:
Hipoteza 1: nasze wspomnienia mają tendencję do faworyzowania zdarzeń ekstremalnych
Hipoteza 2: alkohol wzmacnia faworyzowanie pozytywnych wspomnień poprzez mechanizm dopaminowy
Wniosek: nasze wspomnienia z imprez alkoholowych, są przekolorowane i wypaczone.

Po co nam wspomnienia? W moim rozumieniu ewolucyjna przydatność wspomnień tkwi w przenoszeniu informacji, iż pozwala nam dokonywać lepszych wyborów w przyszłości.

DYGRESJA: wspomnienia wcale nie muszą być prawdziwe, żeby skutecznie wypełniać swą rolę! Można wręcz przypuszczać, że zafałszowane, podkręcone, wzmocnione wspomnienie lepiej spełni swą funkcję, niż wspomnienie w pełni prawdziwe. Badania pokazują, że wiele wspomnień to fabrykacje i modyfikacje naszego umysłu [D. Kahneman „Pułapki myślenia”].

Wychodząc z tej perspektywy, jakiego rodzaju wydarzenie są najbardziej warte zapamiętania? Zapamiętywanie wszystkiego nie ma sensu, to było by marnotrawstwo zasobów mózgu (energii). Mózg selekcjonuje wydarzenia do zapamiętania. Moja hipoteza jest następująca: zapamiętujemy najlepiej zdarzenia ekstremalne, silne wychylenia w pozytywnym lub negatywnym kierunku, podczas gdy stany przeciętne ulegają zatarciu. Podobny mechanizm stwierdzono przy badaniu wspomnień odczucia bólu [D. Kahneman „Pułapki myślenia”].

Wydarzenia przeciętne, nie wymagają szczególnych działań. Co byśmy w tych sytuacjach nie zrobili, nasze przetrwanie nie jest zagrożone, energii wydajemy niewiele – a to są kryteria, które są dostępne dla automatycznych mechanizmów naszego mózgu.

OSOBISTA OBSERWACJA: zapamiętujemy to co zwyczajne, nie mamy wielkich luk w pamięci, ale zapamiętujemy to w sposób skompresowany (wiele wydarzeń zlewa się w jedno) i uproszczony (szczegóły się zacierają).

Drastyczne negatywne wydarzenie jest warte zapamiętania, bo w przyszłości może nam pozwolić uniknąć zagrożenia. Uczymy się czego się wystrzegać, jak reagować i jak lepiej przez podobne sytuacje przechodzić. To fantastyczny mechanizm, kluczowy dla naszego rozwoju i uczenia się. Jednak zdarza się, że ten mechanizm nas zdradza. Przykład: zespół stresu pourazowego (PTSD), gdy traumatyczne wspomnienie jest tak intensywne, że związane z nim mechanizmy przetrwania aktywują się bez kontroli pod wpływem minimalnych wyzwalaczy.

Silnie pozytywne wydarzenie jest warte zapamiętania, by móc dążyć do jego powtarzania. Uczymy się co nam przynosi korzyść, co robić by uzyskać przyjemny stan. Przykładowo, przyjemność z jedzenia pragnienie jedzenia, przyjemność orgazmu koduje potrzebę seksu etc.. Przydatność tego mechanizmu jest jasna.

DYGRESJA: tutaj można dostrzec elementy kompresji informacji, przykładowo nie pamiętamy konkretnych posiłków, pamiętamy natomiast smak potraw (smak jabłka, smak burgera) i przyjemność z jedzenia.

Pozytywne kodowanie, także może nas zdradzić. Przykład: uzależnienia, te od substancji psychoaktywnych i te od zachowań. Gdy układ nagrody jest sztucznie stymulowany, tworzy fałszywy obraz zaspokojenia ważnej potrzeby.

Odczucie zaspokojenia, towarzyszące spożyciu dawki alkoholu, jest dziewięciokrotnie silniejsze, niż odczucie zaspokojenia towarzyszące orgazmowi – w sensie, iż wyrzut dopaminy (neuroprzekaźnika związanego między innymi z mechanizmem nagrody w mózgu) jest 9-krotnie większe w przypadku alkoholu niż w przypadku orgazmu. Ze względu na tą silną stymulację układu nagrody, asocjacje związane z zażywaniem alkoholu, będą silnie przesunięte ku pozytywnym, negatywne konsekwencje będą natomiast ignorowane.

Układ nagrody odgrywa kluczową rolę w formowaniu się uzależnienia. O jego roli w tym kontekście można posłuchać tu (podcast niemyte Dusze serdecznie polecam!): https://www.youtube.com/watch?v=xaFmz6iJX28… . Poczytać tu: [R. Modrzyński „O uzależnieniu prosto i zrozumiale”], [J. Lindenmeyer, „Ile możesz wypić?”] i w wielu innych publikacjach.

Warto jednak pamiętać, że przestymulowanie układu nagrody występuje u każdej osoby zażywającej etanol czy inny środek psychoaktywny nie tylko u uzależnionych.

Spójrzmy na przykładową imprezę alkoholową i podzielmy jej poszczególne etapy ze względu na spodziewaną intensywność wspomnienia.
Pierwsze: nudne części imprezy, momenty ciszy, lekkiej nudy, gdy odlatujemy myślami bo ktoś pitoli od rzeczy, gdy nerwowo czekamy, aż coś się zacznie dziać, czekamy aż ktoś wróci z toalety czy z baru. Brak ekstremalnych doznań sprawia, że mają niską wagę w naszej pamięci. Jeśli nie towarzyszy im zażycie i wyrzut dopaminy, znikają zupełnie. Mamy świadomość, że takie momenty są na imprezie, ale ile to trudno było by określić.

Drugie: negatywne konsekwencje o umiarkowanej intensywności. Po imprezie, przychodzi kac, którego zapamiętujemy słabo albo wcale, chyba, że był ekstremalny. Wiemy, że będziemy mieć kaca, ale ta perspektywa jest mało namacalna. Kac jest rozciągnięty w czasie a jego intensywność maleje, to nie stymuluje mózgu do zapamiętywania, bo słabo sobie radzi z wydarzeniami rozciągniętymi w czasie [D. Kahneman „Pułapki myślenia”]. Negatywne konsekwencje pojawiają się i w trakcie imprezy. Przykład: spadek poziomu alkoholu we krwi. Sytuacja, koncert na którym ustawiono za mało dystrybutorów substancji. W kolejkach do tych punktów, można zaobserwować rosnące podenerwowanie, wywołane objawami odstawionymi i oczekiwaniem kolejne dawki etanolu.

DYGRESJA: W opisanej sytuacji najpewniej zapamiętamy nie nerwowe oczekiwanie, a ulgę, którą przyniosło nam zażycie.

Trzecie: pozytywy o umiarkowanej intensywności. To powolne rozmowy o: pogodzie, gdzie na wakacje, czy dzieci zdrowe – normalne sprawy, zwykle omawiane przy kawie w pracy. Są przyjemne i najbardziej wartościowe na całej imprezie. Zbyt zwyczajne by zakodować się w pamięci.

Czwarte: ekstremalnie ekscytujące momenty. Związane z wyrzutami dopaminy, kodującymi poczucie zaspokojenia potrzeby. Przykłady: śmiechawka, uczucie niezniszczalności, „głębokie” rozmowy, „kocie” ruchy na parkiecie itd.. Także pierwszy łyk substancji, idące za nim uczucie ulgi – kodujące smak i zapach trunku. Te aspekty zapamiętamy najsilniej, będą rdzeniem wspomnienia, a z czasem jedynym co z niego pozostanie. Będą stanowić główny przyczynek do podjęci decyzji o kolejnym piciu.

Piąte: ekstremalnie negatywne momenty. To sytuacje gdy ktoś został fizycznie zaatakowany, wybuchnął konflikt (także między przyjaciółmi), obrzydliwe żarty i bolesne słowa. Mają duże prawdopodobieństwo by być silnie zakodowanymi. Są wartościową lekcją i warto ich unikać w przyszłości. Ich intensywność nie dobije jednak do silnie pozytywnych wspomnień, bo nie towarzyszy im wyrzut dopaminy. Powinny jednak pozostać i stanowić ważny przyczynek do decyzji o piciu.

Co pozostanie z przebiegu imprezy? Skrótu z najważniejszych momentów, jak skrót meczu. Wiemy, że było coś więcej, ale wypełniacze o małej intensywności zniknęły. Da to wrażenie wydarzenia, o wiele ciekawszego, niż w rzeczywistości. Radosne uniesienie goni radosne unesienie, podekscytownie i zaspokojenie. Moje doświadczenie: z czasem dochodzi do większego zagęszczenia. Imprez zlewają się w jedeną, zdominowaną przez odczucie zaspokojenia (wyrzut dopaminy), połączonego z ulgą. We wspomnieniu brakuje miejsca na trudne i niebezpieczne chwile, pozytywne aspekty dominują.

Jak takie wspomnienie wpłynie na decyzję o piciu? Będzie skłaniać do ponownego sięgania po alkohol, bo jest niewyważone, pomija negatywne skutki intoksykacji. Można to wiązać z zabużeniami w układzie nagrody. Jednak większość ludzi, przez większość czasu nie pije alkoholu. Dlaczego? Wspomnienie nie jest jedynym czynnikiem wpływającym na decyzję. Działa jeszcze logiczne myślenie i aktywność hamująca płata czołowego. Ważymy konsekwencje picia: kaca, zmęczenie, zły sen. To te oczywiste. Rzadziej rozważamy też długofalowe skutki: raka, uszkodzenia mózgu, uszkodzenia wątroby etc..

To przeciąganie linii między rozsądkiem a nakręcanym dopaminą kolorowym wspomnieniem. Większość jest gdzieś pośrodku, ci u których wygrał rozsądek nie piją wcale, a ci u których wygrał rozregulowany układ nagrody zapadają na uzależnienie.