Blog

Tolerancja kontra mimikra

Tolerancja i zrozumienie wobec drugiego człowieka są kluczową kompetencją w budowaniu trwałych i pozytywnych relacji. Stanowią zdrową podwalinę głębokiej więzi. Warto kultywować empatyczne podejście do każdego napotkanego człowieka.

Z drugiej strony zatracenie się w drugim człowieku — odrzucenie własnych pragnień i dążeń po to, by się do niego upodobnić — jest autodestrukcyjną strategią przywiązania. Prowadzi do utraty cech własnych oraz do sztuczności w relacjach, które opierają się na iluzji.

Na osi pomiędzy tymi biegunami warto dążyć w kierunku tolerancji i zrozumienia opartych na pełnej akceptacji własnych pasji i upodobań. Dzięki temu możemy zachować zalety otwartości, jednocześnie unikając pułapek mimikry.

Jak to się łączy?

Elementem łączącym tolerancję i mimikrę jest empatia — otwartość na drugiego człowieka, jego potrzeby, pragnienia i trudności. W pierwszym przypadku towarzyszy jej silne poczucie własnej wartości, a efektem jest zachowanie wspierające, przynoszące korzyść zarówno wspierającemu, jak i wspieranemu. W drugim przypadku mamy do czynienia z ucieczką od siebie w drugiego człowieka i zamiast realnego wsparcia pojawia się lustrzane naśladownictwo.

Człowiek tolerancyjny akceptuje odmienność. Co kluczowe — akceptuje również własną odmienność: czuje się komfortowo z tym, że różni się od reszty ludzkości, rozumie, że ma unikalne wady i zalety oraz elementy wspólne z innymi. Akceptacja siebie stanowi podstawę akceptowania innych. Redukuje lęk przed odmiennością i pozwala konsekwentnie wybierać porozumienie zamiast konfliktu.

Człowiek-kameleon, wbrew pozorom, jest zagorzałym wrogiem odmienności. Źródło tej wrogości tkwi w nim samym — w przekonaniu, że jego odmienność i unikalność są czymś niewłaściwym, przejawem słabości i niedoskonałości. Odmienność budzi w nim tak głęboki lęk, że nie może sobie pozwolić na jej istnienie w relacjach. Skoro nie może zmienić drugiej strony, zmienia siebie, zatracając własną istotę na rzecz bezpieczeństwa konformizmu.

I tak empatia łączy tolerancję i mimikrę, a dzieli je lęk.

Nasuwa się pytanie: gdzie ja sam lokuję się na tych dwóch skalach?

Gdzie jestem

Jestem empatycznym człowiekiem — to jedna z moich największych zalet. Słucham, wczuwam się i sympatyzuję z rozmówcą. Chcę w każdym dostrzec dobre strony i zakładam, że ludzie mają dobre intencje, choć czasami opacznie je rozumieją lub popełniają błędy. Jestem dumny ze swojego otwartego nastawienia.

Jestem lękowcem — zarówno w sensie zdiagnozowanych zaburzeń, jak i charakterologicznego funkcjonowania. Lęk jest moim towarzyszem od dawna. Jest jedną z podstawowych sił, które mnie napędzają. Boję się wchodzić w relacje; boję się, że te, które już mam, rozpadną się, bo powiem lub zrobię coś nieodpowiedniego. Nie czuję się pewnie w żadnej z nich — każda wydaje mi się być w stanie ciągłego zagrożenia. Wiem o swoim lęku, akceptuję go i jestem gotów z nim oraz nad nim pracować.

Połączenie tych faktów sprawia, że obecnie jestem wyraźnie wychylony w kierunku mimikry. Widzę, jak upodabniam się do rozmówcy, wiem, że ten proces zachodzi, ale rzadko jestem w stanie go zatrzymać.

Optymalny stan

Ten przypadek jest dość prosty, jeśli chodzi o określenie optimum. Można je ująć następująco: zachować pełnię empatii, eliminując lęk. To łatwiejsze do wysłowienia niż do zrealizowania w praktyce, ale sprowadza się do zachowania elementów, które pozytywnie łączą nas z drugim człowiekiem, przy jednoczesnym odrzuceniu dyktowanej strachem mimikry.

Chcemy zachowywać pełnię własnej tożsamości, pozostając jednocześnie otwartymi na doświadczenie, historię i emocje drugiego człowieka — czyli na szeroko pojętą tolerancję.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowa jest praca z lękami i doraźnym strachem. Najlepszym ćwiczeniem jest dyskusja z przekonaniami — tymi, które stanowią źródło lęku. Ma ona formę dialogu sokratycznego z samym sobą, w którym stawiamy pytania dotyczące przekonań, jakie w sobie nosimy. Celem jest wykazanie ich fałszywości i zastąpienie ich przekonaniami bardziej realistycznymi i bliższymi rzeczywistości.

Proces ten wymaga wielu powtórzeń — silnie zakorzenione przekonania nie ustąpią po jednokrotnym zakwestionowaniu ich prawdziwości. Efekty dialogu muszą pracować przez dłuższy czas. Istotna jest również uważność na momenty uruchamiania się tych mechanizmów w sytuacjach społecznych. Ma to znaczenie zarówno dla identyfikowania przekonań, które chcemy podważyć, jak i dla utrwalania nowych, zdrowszych schematów.

Przekonania będące źródłem naszych lęków najczęściej obracają się wokół niskiego poczucia własnej wartości, nieufności wobec drugiego człowieka, poczucia niezrozumienia oraz innych schematów sugerujących, że szczere wejście w relację zakończy się odrzuceniem.

Podsumowanie

Balans między akceptacją a mimikrą powinien być wyraźnie wychylony w stronę akceptacji. Zmienianie się na potrzeby każdej relacji, w którą wchodzimy, jest prostą drogą do utraty kontaktu z własnym „ja” i z własnymi potrzebami — do stania się lustrem pozbawionym właściwości.

Praca nad tym balansem wymaga jednak zmierzenia się z lękami, które mogą być w nas silnie ugruntowane — ze strachem, że jeżeli pozostaniemy sobą, zostaniemy odrzuceni.

Zachęcam was do podjęcia stoickiej pracy nad tymi przekonaniami, jeśli odnajdujecie je w sobie. To nie tylko droga do większej tolerancji wobec drugiego człowieka, ale przede wszystkim do większej tolerancji wobec samego siebie.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Społeczny kameleon

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancyjnym podejściem do drugiego człowieka a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Bywam człowiekiem bez właściwości. Potrafię odrzucić siebie i upodobnić się do rozmówcy czy grupy, w której się znajduję. Umiem wtopić się w tło. Mogę zacząć mówić, myśleć i czuć jak ludzie w moim otoczeniu. A właściwie — by uściślić — potrafię odtwarzać moje wyobrażenia o innych; przecież nie wiem na pewno, co myślą. W takich momentach przestaję istnieć, stając się jedynie lustrem.

Przykład

Za przykład niech posłuży cała klasa zachowań, które są dla mnie charakterystyczne — chodzi o kompletne zanurzanie się w temat, który fascynuje mojego rozmówcę.

Jeżeli dostrzegam, że druga osoba szczególnie interesuje się jakimś tematem, zawieszam własne zainteresowania, odstawiam je w kąt i w pełni poświęcam się temu, co ona mówi. Nie ma znaczenia, czy temat był dla mnie wcześniej interesujący — mogła to być najnudniejsza treść na świecie; jednak po chwili rozmowy staję się nią zafascynowany i zaangażowany.

Dla jasności: nie jest to oszustwo ani poza. Moje myślenie faktycznie się zmienia i to, co przed chwilą było nudne, staje się autentycznie ciekawe. Zazwyczaj, gdy rozmowa się kończy, zagadnienie ponownie staje się nudne — aż do momentu kolejnego spotkania. Jeżeli jednak z kimś przebywam regularnie, tematy na tyle we mnie wsiąkają, że nawet pod nieobecność tej drugiej osoby zajmuję się nimi z zainteresowaniem.

Efekt jest na tyle intensywny, że nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie kończą się pożyczone zainteresowania, które tylko udaję, że lubię, a gdzie zaczynają się moje własne pasje. Możliwe, że granica ta jest nieostra i że kilka tematów, które początkowo były dla mnie nieistotne i wobec których udawałem zainteresowanie na potrzeby relacji, stało się autentycznymi fascynacjami.

Ten wzorzec zahacza o zagubienie własnej tożsamości i może prowadzić do kryzysu w jej obrębie. Spójrzmy na kilka dodatkowych przykładów, które obrazują ten proces.

Więcej przykładów

W konwersacji mam tendencję do przyjmowania tonu głosu i słownictwa rozmówców. Sposób, w jaki mówię, zmienia się w trakcie dialogu — im lepiej poznaję drugą stronę, tym bardziej się do niej upodabniam: odwzorowuję jej emocje, uczę się jej idiomów. Moja mowa staje się lustrzana.

Gdy jestem zaangażowany w zajęcia grupowe, mam silną tendencję do podążania za tym, co robią inni. Częściowo jest to przejaw ogólnego konformizmu, jednak doprowadzony do sytuacji, w której nigdy nie mam własnego zdania. Czekam, aż inni się na coś zdecydują, i dopiero wtedy podłączam się pod ich plan. Jeżeli planów jest kilka, wybieram jeden i zaczynam go ślepo popierać.

Jeżeli zdarzy mi się poczuć niezgodę z decyzją i działaniem grupy, nie wspominam o tym. Nawet jeśli widzę, że obrana droga zakończy się porażką, nie reaguję i pozwalam, by zdarzenia rozegrały się zgodnie z decyzją większości. Na koniec, razem ze wszystkimi, narzekam na niefortunny przebieg wypadków — którym mogłem zapobiec jednym dobrze dobranym zdaniem.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on zarówno elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem mojego przekształcania się na potrzeby rozmówcy.

Styl lękowy odpowiada za obawę, iż to, co mam do powiedzenia i zaoferowania, nie jest interesujące i zostanie odrzucone. Skutkuje to niechęcią do dzielenia się własnymi przemyśleniami, zainteresowaniami czy poglądami — styl unikający dodatkowo wzmacnia ten efekt.

Z lękowych aspektów wynika również moja skłonność do przytakiwania rozmówcy. Staram się w ten sposób przypodobać drugiej osobie i stworzyć u niej — oraz u siebie — wrażenie, że jesteśmy do siebie podobni. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, zmniejszając postrzegane ryzyko odrzucenia. Instynktownie czuję, że osoby do siebie podobne trzymają się razem, i daje mi to pewną dozę komfortu.

Styl unikający dokłada do tej sytuacji potrzebę bycia skrytym i niepoznanym. Im mniej o sobie mówię i im bardziej pozwalam, by konwersacja była skoncentrowana na rozmówcy, tym bardziej komfortowo się czuję. Paradoksalnie mogę być w relacji, choć wcale mnie w niej nie ma — o ile uczynię ją całkowicie skupioną na drugiej osobie.

Połączenie tych czynników nadaje mi charakter społecznego kameleona — przystosowującego się do otoczenia i niezainteresowanego posiadaniem własnych właściwości.

Ograniczenia i wyjątki

Dla pełnej siły tego efektu niezbędny jest bezpośredni kontakt z drugą osobą. Muszę widzieć, słyszeć i czuć rozmówcę, by faktycznie włączyć tryb mimikry. Być może jest to kwestia posiadania wystarczającej ilości informacji. Efekt jest taki, że moje wypowiedzi pisemne są nieporównywalnie bardziej niezależne i „moje” niż cokolwiek, co powiem w bezpośredniej rozmowie. Jeżeli chcecie wiedzieć, co naprawdę myślę, czytajcie to, co piszę — ewentualnie to, co wygłaszam w formie niezakłóconej przemowy.

Dominującym komponentem w moim sposobie przywiązywania się jest unikanie. Zdarzają się sytuacje, w których ten styl bierze górę nad aspektem lękowym i zamiast konformizmu pojawia się ucieczka. Im trudniejszy i bardziej kontrowersyjny temat, im bardziej agresywny rozmówca, tym większa szansa, że ucieknę, zamiast się dostosować. To sytuacja rzadka przy kuchennym stole, ale realistyczna w przypadku przypadkowego konfliktu na ulicy.

Jak to się objawia w relacjach

Uważnie słucham tego, co masz mi do powiedzenia, jednak sam niechętnie inicjuję tematy. Drążę to, co powiedziałeś, dopytuję, interesuję się, zgłębiam. Może to tworzyć wrażenie szczerego zainteresowania — i w istocie nim jest. W konsekwencji jednak o sobie nie mówię praktycznie wcale. Masz niewielkie szanse, by dowiedzieć się, co mnie interesuje.

Oddaję decyzję o tym, co robić, w twoje ręce. Sam niechętnie proponuję zajęcia; raczej podchwytuję sugestie i staram się je popierać oraz promować. Czasem mylnie zinterpretuję twoje intencje — co zapewne wywoła twój opór — a ja szybko się z niego wycofam. Chcę zgadzać się na to, co proponujesz, a nie wychodzić z własną inicjatywą. Oczekuję, że to ty z nią wystąpisz — ja czekam na wskazówki.

Nawet jeśli znamy się długo, istnieje spora szansa, że nie wiesz, kim jestem i co mnie interesuje. W pewnym sensie sam tego nie wiem. Na pierwszy rzut oka możemy mieć wiele wspólnego, jednak nie ma pewności, ile z tego jest fabrykacją mojej potrzeby dopasowania się do ciebie.

Zakończenie

Czasem sam siebie zaskakuję zdolnością do wtapiania się w każdą grupę i każde otoczenie. Wystarczy kilka zdań, minuta obserwacji — i już zaczynam się przekształcać oraz zmieniać.

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać „supermocą”, lecz rzeczywistość jest odmienna. Automatyzm tego zachowania sprawia, że tracę poczucie siebie, oddalam się od własnych potrzeb, pragnień i pasji.

Może to prowadzić do poszukiwania izolacji, bo właśnie w niej zachowuję autentyczność — to jednak rodzi kolejne trudności. Dla zdrowego funkcjonowania konieczne jest znalezienie równowagi między otwartością i tolerancją a społeczną mimikrą, o czym już za tydzień. A wy, drodzy czytelnicy — czy zdarza się wam przejmować właściwości partnera lub partnerki w relacji? Czy zawsze potraficie zachować siebie?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancją a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Przechodząc do meritum: uważam się za ponadprzeciętnie tolerancyjnego człowieka. Nie przywiązuję się do stereotypów. Interesuje mnie charakter moich rozmówców i to, co mają do powiedzenia. Czerpię satysfakcję z tego, że jestem w stanie z każdym znaleźć nić porozumienia — czy raczej, że zawsze jestem gotów tej nici szukać.

Przykład

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, tak aby nie wskazywać konkretnych osób, ale mam łatwość w trwaniu w relacjach nawet z osobami, które darzę antypatią.

Pozostaję w takich relacjach nawet wtedy, gdy obcowanie z tymi osobami jest dla mnie nieprzyjemne. Zazwyczaj nie garnę się do nich, ale też ich nie unikam. Jeśli pojawią się w moim otoczeniu, swobodnie — i nie dając nic po sobie poznać — mogę wskoczyć w konwersację z nimi.

Tkwi za tym przekonanie, że nikt nie jest tak nieprzyjemny, żeby nie dało się z nim odbyć rozmowy. Wierzę, że warto dawać szansę i pozostawać otwartym na drugiego człowieka oraz że nasze niechęci często są wynikiem nieporozumienia. Na tej podstawie przed nikim nie zamykam drogi do relacji, nawet jeśli ktoś sprawia, że czuję się niezręcznie i niekomfortowo.

Więcej przykładów

W każdej rodzinie w naszym kraju — a może i na świecie — konfrontują się ze sobą poglądy polityczne. To naturalna sprawa. Wiem z opowieści, że takie konfrontacje mogą prowadzić do głębokich problemów, rozłamów i dramatów. Dla mnie są one kompletnie obojętne. Po części dlatego, że nie interesuję się polityką, a po części dlatego, że nie uważam poglądów politycznych za wyznacznik jakości człowieka. Mogę rozmawiać ze zwolennikiem każdej partii i opcji. Co więcej — mogę wysłuchać zwolennika każdej partii i opcji, zarówno w rodzinie, jak i poza nią.

Nie mamy zbyt wielu okazji do kontaktu z osobami z innych sfer społecznych — chodzi mi tu o status majątkowy i edukacyjny. Nasze społeczeństwo jest bardziej rozwarstwione i podzielone, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Ja nie jestem wyjątkiem — kontakty poza moją sferą są rzadkie, ale kiedy już do nich dochodzi, nie odczuwam trudności ani dyskomfortu. Nie wiem, czy druga strona odnosi podobne wrażenie; mam nadzieję, że tak.

Podobnie jak z poglądami politycznymi, tak też z poglądami religijnymi drugiej strony nie mam kłopotu. Tutaj — jeszcze bardziej niż przy polityce — kluczowe jest to, iż religia mnie nie interesuje i uważam ją za temat marginalny. Nie mam problemu, by wysłuchać tej czy owej mistycznej opowieści ani by zamienić kilka zdań z apologetą dowolnego wyznania. Nie wdaję się w debatę — pozostaję biernym odbiorcą — ale właśnie dlatego, że temat nie jest dla mnie porywający.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem moich zdolności adaptacji do każdej osoby i środowiska.

Z faktu, że mam mieszane strategie wchodzenia w relacje, wynika potencjał do rozumienia perspektyw innych ludzi. Rezonuję zarówno z lękowcami, jak i z unikającymi, a także dobrze dogaduję się z osobami bezpiecznymi — choć to bardziej ich zasługa. Potrafię znaleźć nić porozumienia w każdym przypadku.

Elementy unikające sprawiają, że stronię od konfliktu. Przejawia się to w preferowaniu wsłuchiwania się w zdanie innych ludzi. Dzięki temu niweluję ryzyko, że ktoś się do mnie zniechęci lub poczuje złość. To strategia unikająca, która przekłada się na łatwiejsze przebywanie z osobami, z którymi się nie zgadzam, poprzez niedzielenie się własnymi poglądami. Jeśli nie znają mojego zdania, nie mają z czym polemizować.

Elementy lękowe sprawiają natomiast, że jestem ostrożny w konfrontacjach. W skrócie: w każdej relacji obawiam się, że ją zepsuję, że zniechęcę do siebie drugą stronę. Aby zminimalizować ryzyko, ograniczam krytykę, nie wchodzę w polemikę i nie daję pretekstu do zerwania znajomości — a lękowy charakter przywiązania podpowiada mi, że takiego pretekstu każdy z moich znajomych szuka.

Ograniczenia i wyjątki

Szczerze mówiąc, nie wiem, co wpisać w tej sekcji. Mam wrażenie, że od tego podejścia nie ma w moim życiu wyjątków i że nie podlega ono istotnym ograniczeniom.

Nasuwa się pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź pozostawię na kolejny artykuł, w którym będę rozważał społeczną mimikrę.

Jak to się objawia w relacjach

W tej sekcji przechodzę do ogólnych tendencji, których ślady mogliśmy już dostrzec w przykładach.

Zawsze jestem gotowy wysłuchać drugą osobę — niezależnie od tego, co się stało, jaki jest temat i jak postrzegam relację między nami. Żaden z tych czynników nie stanowi przeszkody, by spotkać się z drugim człowiekiem. Tego się trzymam. Nie zawsze jestem dostępny, ale gdy jestem — nikogo nie odpędzam.

Słuchając, nie jestem bierny: pokazuję swoje zaangażowanie. Parafrazuję, by zasygnalizować zrozumienie. O ile nie dzieje się wokół mnie coś niezwykle absorbującego, poświęcam mówcy swoją uwagę. Sprawdza się to dobrze w rozmowach twarzą w twarz; nieco gorzej, gdy rozmawiam przez telefon, ale i wtedy staram się pozostać obecny.

Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym kogoś skrytykował — a przez krytykę rozumiem tu trudną, negatywną informację zwrotną. Nawet jeśli jest ona uzasadniona w moich odczuciach, nie jestem skłonny jej wypowiedzieć. Jeśli już, ograniczam się do opisu faktów i wskazania, że pewne elementy można by poprawić. Najchętniej jednak omijam punkty trudne i przechodzę do pozytywnej, przyjemnej informacji zwrotnej.

Mogę rozmawiać z każdym. Nawet jeśli się z kimś pokłóciłem, nawet jeśli jestem w gniewie — mogę rozmawiać i nie przestaję się odzywać. Nikomu nie powiedziałem: „nie chcę więcej z tobą rozmawiać” i nikomu tego powiedzieć nie planuję. Jeśli było gorąco, mogę potrzebować godziny czy dwóch, by ochłonąć, ale nie więcej — i już mogę zasiąść do dialogu, jeśli druga strona jest na to gotowa.

Zakończenie

Moja tolerancja jest ogromna. Z jednej strony to świetnie, bo z każdym się dogadam i każdego zaakceptuję. Z drugiej strony — to niekoniecznie dobre, bo dogadywanie się ze złem nie jest najlepszym pomysłem, a lęk o trwałość relacji nie musi być dobrym doradcą.

Chcę lubić wszystkich i chcę, żeby wszyscy mnie lubili — i takie zachowanie próbuję realizować w praktyce. To, czy w tej potrzebie przypodobania się nie gubię tego, kim jestem, rozważę w kolejnym tekście.

A was, drodzy czytelnicy, zapytam na koniec: czy tolerancja ma granice? Czy wyznaczacie jej jasne ramy?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Ofiara

Skupienie na tym, co negatywne, jest jedną z moich wad. Wiele czasu poświęcam rozmyślaniom o najgorszym możliwym przebiegu wydarzeń. To mnie paraliżuje przed podjęciem działania. Sprawia, że w rozmowie bywam przygnębiający dla interlokutora. Na najbardziej błękitnym niebie odnajdę tę jedną chmurkę, następnie głęboko się nad nią zadumam, by po chwili opowiadać o niej wszystkim, którzy akurat korzystają ze słońca.

Moje ulubione tematy związane są z trudem, cierpieniem i wojną. Fascynują mnie ludzkie słabości, przewinienia, zbrodnie. Jestem przekonany, że to one zbliżają ludzi. Łączę się z innymi, afiszując swoje cierpienie i szukając wspólnych przestrzeni bólu.

Tekst jest drugą częścią trzyczęściowego cyklu artykułów. W poprzednim odcinku rozważałem moje zaangażowanie w relacje oraz to, jak mogą trwać pomimo trudności. W tym odcinku pokażę, jak trudności stają się narzędziem budowania więzi. W kolejnym dokonam syntezy tych dwóch biegunów.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje kontekst psychologiczny, ale nie jest to moim priorytetem. Pomimo tego nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego tekstu jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

Jestem alkoholikiem. Lubię o tym mówić dużo i często. Lubię o tym mówić, bo to wzbudza współczucie. To nie jest jedyny powód — ważne jest edukowanie innych o chorobie; im więcej osób wie, tym bezpieczniej dla mnie. Zrzucenie tego z siebie jest autoterapeutyczne. Ale jest to też poważna choroba, wokół której można budować mitologię cierpienia.

Uważam, że jako trzeźwy alkoholik jestem w lepszym położeniu — w lepszym miejscu w życiu — niż osoby nieuzależnione, które piją alkohol. W relacjach z pijącymi czuję raczej współczucie niż zazdrość. Czyli alkoholizm to nie jest dobra płaszczyzna poszukiwania współczucia?

Ależ jest! Bo w łowieniu współczucia nie jest ważne to, co myślę ja, lecz to, co myśli druga strona. A w naszym społeczeństwie niepijący, lub ci, którzy nie mogą pić, wciąż są postrzegani jako osoby dotknięte brakiem. Gram na tym schemacie kulturowym i całkiem skutecznie łowię współczucie, niezależnie od moich poglądów na sprawę!

To brzmi skomplikowanie i schizoidalnie, ale uważam, że szukanie sympatii poprzez nawet wydumane choroby i braki jest konsekwencją lękowych elementów mojego stylu przywiązania.

Skąd się to bierze?

Źródeł tego nastawienia doszukuję się w lękowym stylu przywiązania. W nim zorientowani jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji — obawiamy się ich nietrwałości. Doszukiwanie się wszędzie zagrożenia jest sposobem, by ich uniknąć, a zagrożenie, które dzielimy z innym, łączy.

Wspólne źródło strachu spaja relacje. Dzięki niemu jesteśmy bliżsi sobie — choć grozi nam coś z zewnątrz, nasza relacja jest bezpieczna. A o to chodzi w lękowym stylu przywiązania.

Nawet jeśli nie ma realnego zagrożenia, z tej perspektywy warto je wymyślić. Nie ma znaczenia, czy strach oparty jest na prawdziwych przesłankach — tak długo, jak w niego wierzymy, będzie nas łączył.

Element cierpienia także może służyć utrwaleniu relacji. Afiszowanie się cierpieniem jest sposobem, by wywołać u drugiej osoby potrzebę zaopiekowania się nami. Malując siebie jako słabych, skrzywdzonych, bezradnych, wywołujemy współczucie, które ma pogłębić i utrwalić relację.

Dlatego jedną ze strategii w relacjach jest ustawianie się w pozycji cierpiętniczej. Gramy kartą nieustannego narzekania, by skłonić bliskie nam osoby do pocieszania nas i oferowania pomocy. Możemy następnie tę pomoc przyjąć lub odrzucić — to mniej istotne — samo jej zaoferowanie umacnia relację.

Ograniczenia i wyjątki

Ograniczeniem dla mojego stawiania się w pozycji cierpiącej ofiary jest niechęć do okazywania słabości. Pisałem o niej poprzednio i jest efektem unikającego stylu przywiązania. To element mojej potrzeby pozostania niewidzialnym.

Widać, jak niekompatybilne są te dwa dążenia. Z moich obserwacji wynika, że zwykle górę bierze potrzeba udawania osoby pozbawionej słabości, więc ograniczam projekcję cierpienia.

To jednak nie eliminuje prób zbliżenia się poprzez korzystanie ze słabości czy cierpienia innych! Tę ścieżkę częściej niż drogę przez własną słabość zwykłem wybierać, gdy próbuję budować relację w lękowym stylu.

Jak to się objawia w relacjach?

Spójrzmy na kilka przykładów, które dostrzegam w swoich relacjach.

W rozmowach koncentruje się na niepowodzeniach i chorobach. Najbardziej wciągają mnie dyskusje o wszelkiego rodzaju trudnościom. Jeżeli cierpisz na jakąś chorobę, znajdziesz we mnie uważnego i empatycznego słuchacza. Chętnie pomówię o sposobach leczenia, zagrożeniach. Opowiem Ci o chorobach, które mnie trapią. To są moje tematy! Jak zazwyczaj jestem człowiekiem niewielu słów, tak o dobrej katastrofie mogę mówić godzinami.

To wiąże się z zamiłowaniem do narzekania. Kocham to! Jeśli mogę z kimś pomarudzić na to samo, jestem w siódmym niebie. Pogoda pod psem? Cudownie, porozmawiajmy o tym! Wysokie podatki? Mów mi jeszcze! Wokół wspólnego utyskiwania buduję bliskość i więź.

Może się zdarzyć, że będę próbował wciągnąć Cię do rozmowy o chorobach, niepowodzeniach i klęskach. Mogę przy tym być natarczywy, zbywać Twoje próby rozmowy o czymś pozytywnym, co Ci się udało. Wszystko dlatego, że oczekuję, iż ponura rozmowa bardziej nas zbliży. Można powiedzieć, że to pokręcony znak, że Cię lubię i szukam bliższej relacji.

Zakończenie

Wspólne cierpienie łączy ludzi — to stwierdzenie jest prawdziwe nie tylko w moim przypadku. Ja łączę się z ludźmi poprzez afiszowanie cierpienia i wyszukiwanie wspólnych bolączek.

Jednak tworzenie iluzji cierpienia, by generować bliskość, czy zapominanie o radości świata w powodzi narzekania, to zbyt daleko posunięte ekstremum.

W kolejnym artykule sprawdzimy, jak możemy znaleźć równowagę między zaangażowaniem a rolą ofiary.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie

Stałość jest jedną z moich zalet. Kiedy zdecyduję się zaangażować, potrafię wytrwać. Niepowodzenia i trudności mnie nie zniechęcają, przeciwnie – sprawiają, że jestem bardziej nastawiony na utrzymanie relacji. To w spokojnych i dobrych czasach mogę mieć tendencję do odpływania i znikania, ale gdy jest źle, można na mnie liczyć!

Tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego mini cyklu artykułów. W kolejnym odcinku pochylę się nad problemem stawiania siebie w roli ofiary i szukania bliskości przez cierpienie – co jest antytezą dzisiaj omawianych zjawisk. W ostatnim artykule dokonam syntezy tych dwóch.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje nieco szerszy kontekst psychologiczny, ale nie jest to głównym celem. Mimo to nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

W swojej ostatniej pracy spędziłem 12 lat. Trzy ostatnie lata nie miały sensu. Trwałem na stanowisku, mimo że nie miałem odrobiny zaangażowania w zadania, które wykonywałem, i straciłem zaufanie do firmy, dla której pracowałem. Byłem wypalony zawodowo i coraz wyraźniej obserwowałem konflikt wartości między mną a pracodawcą.

Pomimo tego byłem tam trzy lata. Dlaczego?
Dlatego, że się zaangażowałem. Była to kwestia spędzonego w firmie czasu, jak i trudności, które dzieliłem ze współpracownikami. Wszyscy musieliśmy radzić sobie z toksycznymi aspektami firmy. Musieliśmy mierzyć się z pogłębiającym się upadkiem wartości w naszym otoczeniu.

Trwałem jak żołnierz na placu boju – znosząc dyskomfort, aby zachować relacje, nie z pracodawcą, lecz z kolegami i koleżankami. Odejście byłoby przecież zdradą czy dezercją.

Ostatecznie odszedłem, bo trwanie w toksycznym środowisku bez nadziei i możliwości jego zmiany jest na dłuższą metę nonsensem. Zajęło mi to jednak ładnych parę lat…

Skąd się to bierze?

Źródeł zaangażowania doszukuję się w lękowym stylu przywiązania – gdy coś zagraża relacji, wchodzę w nią mocniej. W tym stylu nastawieni jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji i obawiamy się ich nietrwałości. Intensywne przywiązanie jest jedną ze strategii, jaką można przyjąć, by utrwalić kluczowe dla nas relacje.

Zaangażowanie generuje poczucie bezpieczeństwa poprzez budowanie stałości. Mamy przekonanie, że im więcej wysiłku włożymy w relację, tym będzie ona trwalsza, a dzięki temu bezpieczniejsza.

Ta obserwacja jest w zasadzie poprawna. Stałość i zaangażowanie rzeczywiście budują trwałość relacji i w większości przypadków druga strona odpowie w podobny sposób. Osiągamy swój cel.

Warto jednak zauważyć, że żadna ilość zaangażowania nie gwarantuje wzajemności. Ten fakt prowadzi do przykrych rozczarowań, które albo sprawią, że stracimy wiarę we wkładanie pracy w relację, albo – wręcz przeciwnie – że zaczniemy w nie intensywniej inwestować.

W pracowaniu nad zaangażowaniem można się doszukiwać awersji do zmiany. Jest to sposób na ustatkowanie naszych relacji, w formie dalekiej od optymalnej, tak by nie ryzykować wychodzenia ku niosącej niepewność zmianie. Ten aspekt wiąże się z lękowym stylem przywiązania.

Na koniec chciałbym zauważyć, że choć u siebie dostrzegam źródła tego postępowania w lęku, to rozumiem, że u innych ludzi motywacją do podobnych zachowań może być bezpieczny styl przywiązania, w którym zaangażowanie wynika z poczucia bezpieczeństwa wchodzenia w głębokie relacje. Co więcej, odpowiednio zaopiekowany aspekt zaangażowania może stać się ścieżką ku takiemu właśnie zdrowemu funkcjonowaniu.

W moim przypadku ze stylem lękowym współistnieje styl unikający, co prowadzi do interesujących wyjątków od powyższych reguł.

Ograniczenia i wyjątki

Jako osoba, która ma elementy unikającego stylu przywiązania, doświadczam konfliktu między tymi podejściami. W takich wypadkach, zamiast silnego zaangażowania w relacje, idę w stronę odpuszczenia i zarzucenia relacji. Ciężko jest mi jednoznacznie określić, kiedy który z tych elementów bierze górę.

Elementem, który może mieć wpływ, jest kwestia tego, czy w relacji znajduje się wspólna płaszczyzna bólu, trudu, cierpienia. Jeżeli jest ona obecna, wówczas wykazuję większe zaangażowanie w relacje i jest szansa, że w nie „wrosnę”. Kiedy takiego elementu nie ma, aspekty unikające sprawiają, że odpuszczam i się nie angażuję – wtedy powyższe rozważania nie mają zastosowania.

Jeżeli jednak już wejdę w relację, ma to kilka znaczących konsekwencji.

Jak to się objawia w relacjach?

Moje zaangażowanie w relacje jest dalece niewrażliwe na konflikt. Kłótnia, różnica zdań – wszystko to nie wpływa na moje długoterminowe zaangażowanie. Pozostaję w relacji. Po czasie konfliktu wracam, starając się przywrócić sytuację do jej poprzedniego stanu. Druga strona nie zawsze jest zainteresowana, ale jeśli jest, możemy kontynuować znajomość.

Bywa, że konflikt jest dla mnie pożywką i motywacją, by pozostawać w relacji.

Dłuższe przerwy w relacjach nie stanowią dla mnie problemu. Relację uważam za coś długoterminowego, coś, co ma trwać wiele lat. Kilka miesięcy przerwy w kontaktach w takiej perspektywie nie stanowi szczególnego kłopotu. Mogę wrócić do stanu relacji, jaki był w momencie zaniku kontaktów. Nie czuję potrzeby zgłębiania przyczyny pauzy. Mogę pozostawić sprawę bez wyjaśnienia – co może być zaletą, jak i wadą. Tu ujawniają się elementy stylu unikającego.

Nie mam kłopotu z tym, że ludzie wokół mnie mają wady. Przeciwnie – wiedza o czyichś wadach sprawia, że myślę o nich cieplej, szczególnie gdy u siebie dostrzegam podobne. Praktykuję bliskość przez niedoskonałość. Chętnie dowiaduję się o niedoskonałościach innych, nie po to, by je wykorzystać przeciwko nim, lecz po to, by ich za nie bardziej polubić.

Sam bardzo niechętnie ujawniam swoje wady; staram się je ukrywać i kreować fasadę doskonałości. Choć to próżny trud, inne cechy mojego funkcjonowania nie pozwalają mi na otwartość.

Zakończenie

Moje relacje nie są na chwilę. Jeśli w coś wchodzę, to chcę wejść w to na długi czas. Jestem gotów pracować nad relacją. Jestem gotów wybaczać.

Wady, cierpienie i trudności są dla mnie powodem do trwania w relacji, a nie do jej przerywania. To dobra cecha, ale czy można się w niej posunąć za daleko?
O tym już za tydzień.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Empatia czy kontrola

Empatia jest wielką zaletą. Wczucie się w położenie drugiego człowieka pomaga nam być lepszymi przyjaciółmi czy partnerami. Buduje relacje i stwarza przestrzeń bezpieczną dla wszystkich.
Każdy z nas potrzebuje być wysłuchanym i zrozumianym. Nie po to, by otrzymać pomoc, ale by poczuć wspólnotę z drugim człowiekiem — by ująć sobie ciężaru z pleców.

Empatia może wynikać z dwóch źródeł: zainteresowania losem drugiego albo z potrzeby kontroli. Obie mogą dawać podobny efekt, ale druga z nich niesie niebezpieczeństwo stania się obsesją. Wtedy, zamiast tworzyć relację, zaczyna ją rozkładać.

Jest we mnie empatia dla drugiego człowieka. Potrafię słuchać. Można się przede mną wygadać i mieć poczucie, że zostało się zrozumianym.
Potrafię też przekroczyć granicę i z uważnego słuchacza stać się stalkerem. Zamiast słuchać by zrozumieć, słucham by kontrolować — albo by tworzyć w sobie iluzję kontroli.

Jak sprawić, by czujność łączyła mnie z ludźmi, miast dzielić?
Nim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się, jak te dwie cechy się łączą.

Jak to się łączy?

Potrzeba czujnego obserwowania świata wokół może być rozumiana jako element lękowego stylu przywiązania. Wszyscy zwracamy uwagę na otoczenie, ale kiedy odczuwamy strach, nasze zmysły się wyczulają. Dlatego osoba przywiązująca się lękowo będzie doskonałym obserwatorem.

Aby funkcjonować w świecie, musimy zdobywać informacje. Używamy naszych zmysłów do obserwowania i katalogowania danych o świecie. Słuchamy tego, co się do nas mówi, obserwujemy mowę ciała i mimikę osób, z którymi rozmawiamy. Te dane pozwalają wnioskować o stanie innych osób i ich przekonaniach, a w efekcie — reagować i działać w odpowiedni sposób.

To element naszego oddziaływania ze światem. Dobre wyczulenie i uważność na drugą osobę usprawniają nasze relacje z nią.

Sytuacja się komplikuje, kiedy zdolność obserwacji nas pochłania. Próbujemy zaobserwować najdrobniejsze niuanse, by wyciągać z nich szczegółowe wnioski. Kiedy wpatrujemy się w drugą osobę z namolną intensywnością.

Jednym z problemów, które to rodzi, jest atak na prywatność. Jeśli staramy się dostać do treści, którymi druga strona nie chce się z nami dzielić, przestajemy być konstruktywni i pomocni — stajemy się zaborczy. Empatyczna intencja, by pomagać, przeradza się w zaborczą intencję kontroli.

Drugi problem to nadmierne zaufanie do odczytanych niuansów. Jesteśmy omylni, a im drobniejszymi szczegółami się zajmujemy, tym więcej jest przestrzeni na pomyłkę. Nasza zaleta — lepsze rozumienie ludzi — przeradza się w wadę opacznego ich rozumienia, kiedy popychamy ją do ekstremum.

Gdzie jestem?

Moje położenie na osi empatia–kontrola jest satysfakcjonujące. Od dłuższego czasu nie zaobserwowałem drastycznej inwazji w czyjąś prywatność. Zdarza mi się intensywnie interesować sprawami osób, które mnie fascynują — momentami do przesady — ale to wyjątek nie reguła.
Ostatnia sytuacja przekroczenia granic miała miejsce rok temu. Od tego czasu cisza, co sugeruje zmianę we mnie.

Interesujące jest, czy wiąże się z tym osłabienie mojej empatii.
Moja obserwacja jest, iż udaje mi się zachować równowagę, w sensie uważnego obserwowania i dostrzegania stanów emocjonalnych innych. Rzadziej działam na podstawie tych obserwacji, co jest związane z chęcią uniknięcia przekraczania granic. Empatia nie musi prowadzić do interwencji —może być niemym zrozumieniem drugiego człowieka i objawić się przez postawę bardziej niż przez działanie.

Dostrzegam potencjał do lepszego wyważenia tych skrajności, ale nie uważam tego obszaru za priorytetowy w pracy nad sobą.
Pomimo tego, zastanówmy się, jak może wyglądać optimum dla osi empatia–kontrola.

Optymalny stan

Spójrzmy na kilka aspektów tematu. Jak może wyglądać ich idealny stan?

Uważność buduje bliskość. Dzięki niej dostrzegamy drugiego człowieka w pełni i możemy być pomocą. Nie widzę problemów w rozwijaniu uważności jak najszerzej się da, tak długo, jak nie zatracimy siebie w życiu innych — czyli póki nie przestaniemy żyć własnym życiem po to, by być widzem w życiu drugiego.

Granice w relacjach chronią sfery, które uznajemy za intymne, przed inwazją niepożądanych gości. Granice zmieniają się w zależności od relacji — bliższe mają ich mniej, luźniejsze więcej. Optymalne jest bycie uważnym nie tylko na potrzeby, ale i na granice. Nigdy nie przekroczyć czyichś granic to ideał, który trudno zrealizować w praktyce, lecz kiedy granice przekroczymy, musimy być gotowi, by przeprosić i wycofać się.

Prywatność jest efektem działania granic. Naszym obowiązkiem jako istot społecznych jest jej szanowanie. Empatia nie powinna stawać się wytrychem do czyjegoś domu. Optymalne jest zrozumienie, że niezależnie od tego, co zauważyliśmy czy wyczuliśmy, nie mamy prawa wkraczać w czyjąś prywatność nieproszeni. Powinniśmy się przed tym zatrzymać.

Intymność — czyli druga, miękka strona prywatności — jest niezbędna do zbudowania bliskich relacji. Empatia pomaga nam ją budować, dostrzegać w bliskiej nam osobie drobne, nikomu innemu nieznane cechy. Intymności jednak nie można wykraść poprzez „podglądanie”. Prawdziwa intymność wymaga zaproszenia i zgody obu stron, bo nie może być jednostronna.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Stoicyzm ma do zaoferowania wiele technik przydatnych w pracy nad empatią, które są zorientowane na wytworzenie w nas czujności bez komponentu lękowego.

Uważność możemy ćwiczyć przy pomocy jednej z wielu metod. Nie będę rozwijał tematu — istnieje szeroka literatura traktująca o tym zagadnieniu. Wybierzcie ćwiczenie, które odpowiada waszym preferencjom, i trenujcie!

Do trenowania dostrzegania granic polecam dwa stoickie ćwiczenia. Pierwsze to premeditatio malorum, czyli uprzednie rozmyślania nad złem (albo medytacje nad złem). Nazwa brzmi groźnie, ale ćwiczenie sprowadza się do wyobrażenia sytuacji, która może nas spotkać, a której się obawiamy — na przykład dlatego, że ryzykujemy przekroczenie w niej granic. Wyobrażamy sobie najgorszy przebieg tej sytuacji: jak do niego doszło, jakie są konsekwencje, co zrobimy po. Cel jest dwojaki: po pierwsze, pozwala zrozumieć, jak możemy dostosować postępowanie, by zminimalizować prawdopodobieństwo złego przebiegu sytuacji. Po drugie, pozwala dostrzec, że nawet za najgorszym jej przebiegiem jest ciąg dalszy — świat się nie skończy.

Premeditatio bonum — które możecie kojarzyć jako tytuł tego bloga — czyli medytacje nad dobrem, jest odwróceniem poprzedniego ćwiczenia. Zamiast wyobrażać sobie najgorszy przebieg, wyobrażamy sobie najlepszy i kontemplujemy, jak możemy do niego doprowadzić. Ta wersja ćwiczenia jest szczególnie przydatna dla osób, które nie najlepiej znoszą nastrój premeditatio malorum.

Do treningu poszanowania prywatności polecam technikę dwóch poziomów sądu. Polega ona na oddzieleniu impulsu emocjonalnego od działania poprzez wprowadzenie pomiędzy nie dodatkowego namysłu. Pierwszy poziom sądu w tej metodzie dzieje się automatycznie — to nasza emocjonalna reakcja na bodziec. Może to być na przykład współczucie, gdy empatycznie odczytujemy w kimś smutek. Drugi poziom sądu to ponowny namysł nad sytuacją, już nie automatyczny, ale świadomy. Analizujemy sytuację i sprawdzamy, czy emocjonalne wezwanie ma rację bytu. Jeśli tak — podążamy za nim, jeśli nie — zmieniamy reakcję. W ten sposób możemy powstrzymać wkroczenie w czyjąś prywatność dyktowane impulsem emocjonalnym.

Ta praktyka jest trudna i wymaga świadomego trenowania, ale może przynieść rezultaty nie tylko w obszarze relacji i prywatności, lecz szerzej — we wszelkich sytuacjach, które wyzwalają w nas reakcję emocjonalną.

Praca nad intymnością jest najbardziej organiczna ze wszystkich. Dwa kierunki, które sugeruję praktykować, to słuchanie i zaufanie. Praktyka słuchania to dbanie o to, by słuchać więcej, niż mówić. Istotne jest, by zachować uważność, czyli chłonąć to, o czym informuje nas druga strona, a nie potakiwać, bujając w obłokach. Praktykowanie zaufania to dzielenie się swoimi wrażliwymi stronami z drugim człowiekiem. Tu mogę tylko polecić próbowanie — zmaganie się ze strachem przed oceną i odrzuceniem. Wraz z kolejnymi próbami będzie łatwiej.

Podsumowanie

Balans między empatią a kontrolą jest jednym z najtrudniejszych do osiągnięcia w naszym funkcjonowaniu. Jest też jednym z najbardziej wartościowych — dobrze określony pozwala nam być niezwykłym wsparciem dla bliźniego.
Balans ten wydaje się być osiągalny, jeśli jesteśmy gotowi włożyć odpowiednią ilość pracy i podejść do sprawy w sposób świadomy.

A jak Wy znajdujecie balans między empatią a kontrolą? Czy idziecie z pomocą za podszeptem drobnych sygnałów, czy raczej wstrzymujecie się, by nie naruszyć czyjejś prywatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kontrola

Kiedy wiemy wszystko o wszystkich, wydaje nam się, że jesteśmy najbezpieczniejsi. Możemy przewidywać ich ruchy i zachowania, być zawsze gotowi, by uniknąć zagrożenia lub wykorzystać okazję. Jeśliby się dało być czujnym, moglibyśmy uwolnić się od strachu.

Komu jednak starczyłoby energii?

Zawsze rozglądam się czujnie, przyglądam intensywnie i wsłuchuję w ton głosu. Wszyscy ludzie, którzy są mi choć odrobinę bliscy, są pod stałą obserwacją. Rzadko daję po sobie znać, że coś zauważyłem, ale widzę wszystko. Mój umysł działa jak monitoring osiedlowy – wiele widzi, słyszy, analizuje, ale rzadko naprawdę chroni.

Kto jest w stanie nie przeoczyć niczego?

Przykład

Ta cecha szczególnie wyraźnie manifestuje się w przypadkach relacji damsko-męskich. Moje podejście można by nazwać fiksacją na nastroju drugiej osoby – dziewczyny, która mi się podoba.

Obserwuję ją uważnie. Zwracam uwagę na mimikę, gesty, ton głosu. Na to, czy odpowiedziała na moje „cześć” i czy jej głos brzmiał entuzjastycznie, czy obojętnie.
Czy się uśmiecha? Jeśli tak – i ja mam ochotę się uśmiechać, a mój nastrój leci w górę jak rakieta. Spojrzała na mnie bez uśmiechu i odeszła? Ogarnia mnie czarna rozpacz. Wiem, że świat się kończy, bo ona jest na mnie zła.

Każdy jej gest odczytuję jako sygnał alarmowy w moim systemie monitoringu. Przekazuję sterowanie swoimi emocjami w ręce drugiej osoby, która nie ma nawet pojęcia, że czymś steruje.

To przepis na katastrofę – oddaję kontrolę nad sobą w obce ręce.

Więcej przykładów

Podobne mechanizmy występują w innych przypadkach.

Kiedy ktoś mnie zainteresuje, potrafię spędzić długie godziny na przekopywaniu się przez posty na Facebooku. Sięgam głęboko, jak tylko się da, i staram się wyczytać możliwie dużo informacji – chociażby, czy dziewczę ma chłopaka.

Kiedy wydaje mi się, że coś dostrzegłem u drugiej osoby, zdarza mi się przekroczyć granicę i wtrącić w nie swoje sprawy, poruszając temat, który nie był dla mnie przeznaczony. Pół biedy, jeśli mam rację, ale pomyłki mogą prowadzić do niezręcznych, a nawet konfliktowych sytuacji.

Drastycznie reaguję na zmiany w humorze czy samopoczuciu osób mi bliskich. Jeśli słyszę w głosie mamy zmęczenie czy słabości, reaguję na to, zmieniając swój własny nastrój. Pojawia się wtedy we mnie mieszanina słabości i rozdrażnienia. To kolejny przykład zewnątrzsterowności w praktyce.

Wszystkie te przypadki łączy lęk i potrzeba kontroli.

Dlaczego tak się dzieje?

Skąd się to bierze?

To efekt uboczny lękowego stylu przywiązania.
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo.
W ten sposób możemy uniknąć starcia z osobą zagniewaną, dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Utrzymując czujność i skanując otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń, tworzymy poczucie, że przeciwdziałamy niebezpieczeństwu. Kłopot w tym, że jesteśmy tak wyczuleni, iż zaczynamy dostrzegać zagrożenie wszędzie – nasz system monitoringu staje się przeczulony.
Związujemy poczucie bezpieczeństwa z naszą oceną stanu świata.

Ten mechanizm z dzieciństwa przeradza się w obsesję kontrolowania i unikania rzeczywistych i urojonych zagrożeń, jakie niosą ze sobą ludzie wokół. W jego trybach wszystko może być zinterpretowane jako oznaka niebezpieczeństwa. Każdy może stać się napastnikiem.

Zamiast spodziewanego ukojenia lęku otrzymujemy jego zwiększoną dawkę, która systematycznie skłania nas do odsuwania się od ludzi.

Ograniczenia i wyjątki

Moja czujność jest zarezerwowana dla ludzi mi bliskich – i im ktoś jest bliżej, tym czujniejszą zwracam na niego uwagę. Drugą stroną tej sytuacji jest fakt, że obce mi osoby w dużej mierze ignoruję i nie przywiązuję do nich wagi.

To dość nieintuicyjne podejście, bo przecież ze strony kogoś obcego i niesprawdzonego można by się spodziewać większego zagrożenia niż od bliskiego. Jednak mój umysł spogląda na to inaczej: prawdziwego zagrożenia upatruję w bliskich. Obcy są mi obojętni – a to dlatego, że bliska osoba ma większą moc, by mnie zranić.

Jak to się objawia w relacjach

Są tu dwa ważne aspekty, już opisałem.

Pierwszy to przekraczanie granic i inwazyjne zachowanie.
Choć zazwyczaj jestem skryty i wycofany, bywają sytuacje, w których wyskakuję z śmiałymi tezami, starając się przyciągnąć czyjąś uwagę. Wyciągam wtedy na wierzch potencjalnie negatywne stany, które – jak mi się wydaje – zauważyłem.

Zwykle koncentruję się na negatywnych aspektach, bo tak to u mnie funkcjonuje: postrzegam cierpienie jako pretekst do bliskości – może nawet jako jedyny. Dlatego obsesyjnie potrafię przyczepić się jakiegoś negatywnego stanu, który wykryłem u drugiej osoby.
Nawet jeśli ona nie chce o tym rozmawiać, potrafię trzymać się uparcie, wspominać mimochodem. Staję się namolny i denerwujący.

Każdy człowiek ma potrzebę posiadania strefy prywatności i chronienia jej. Ja, kiedy złapię trop, nie zwracam uwagi na tę granicę, depczę ją – i w efekcie zrażam do siebie ludzi.

Drugi to zewnątrzsterowność.
W relacjach poddaję się zazwyczaj nastrojom i emocjom drugiej strony, dostosowuję się jak kameleon i pozwalam, by mnie prowadzono. To z jednej strony coś, co można nazwać empatią, czasem pomocna, jednak kiedy staje się normą, czyni ze mnie osobę pozbawioną właściwości.

Metaforycznie: jestem lustrem dla drugiego. W lustrze warto się czasem przejrzeć, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie chce w nie bezustannie wpatrywać.

Skoro jestem smutny, kiedy ktoś jest smutny, a radosny, kiedy ktoś jest radosny – to sam nie wnoszę tych stanów. Nie zarażam ludzi swoim nastrojem, nie zachęcam do refleksji, gdy jestem zamyślony.
Z perspektywy relacji to ogranicza moją wartość dla drugiej strony.

Oba te mechanizmy mają mnie chronić przed zagrożeniem, ale zamiast tego stają się źródłem napięcia.

Zakończenie

Nie lubimy być obserwowani, mieć poczucia, że każde nasze potknięcie zostanie zauważone i odnotowane. Życie pod okiem wścibskiego sąsiada to niewielka przyjemność.

Nieustępliwa czujność czasami nas ochroni ale w większości przypadków będzie tylko balastem dla nas i dla naszego otoczenia.

Czy potraficie przymknąć oko i pozwolić sobie nie zauważać?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Dlaczego pijemy?

Ludzkie działania są nakierowane na zaspokajanie potrzeb. Kiedy podejmujemy akcję, uważamy, że jej efekt przyniesie nam coś, czego potrzebujemy. Nie zawsze wiemy, jaką potrzebę zaspokajamy, i nie zawsze nasze działania ją zaspokajają. Część decyzji jest podświadoma, część błędna.

Pytanie postawione w tytule ma jakąś odpowiedź dla każdego, kto sięga, sięgnął lub sięgnie po alkohol. Nie zawsze będzie wiedział, dlaczego to robi, ale zawsze stać za tym będzie nadzieja zaspokojenia potrzeby.

Aby zmniejszać obecność alkoholu w społeczeństwie, musimy zrozumieć motywacje, jakie skłaniają ludzi do sięgania po niego, oraz rozpoznać potrzeby, które zaspokaja – tak, byśmy mogli zaproponować alternatywy.

W tych rozważaniach rozpoznaję dwa oddziałujące na siebie elementy. Pierwszy to wspomniana już potrzeba. Jednak potrzeba może być zaspokojona na wiele sposobów. To, który sposób wybierzemy, zależy od drugiego elementu, który nazywam „zachętą” (dostępność, skuteczność, inne potrzeby zaspokajane przy okazji etc.). Do zachęt wrócę w kolejnych odcinkach podcastu.

W tekście będę łączył rozważania z poziomu społeczeństwa i kultury z rozważaniami na poziomie indywidualnym oraz systemowym. Celem jest zaprezentowanie kluczowych powodów do spożywania oraz zaproponowanie szerokiego spektrum alternatyw. Choć operuję skoncentrowany na przykładzie alkoholu, większość propozycji odnosi się z równym powodzeniem do innych narkotyków.


Metodologia SUMM

Na potrzeby tego artykułu wybrałem metodologię SUMM, tak jak ją zdefiniowano w następującej publikacji:
Roberta Biolcati, Stefano Passini,
Development of the Substance Use Motives Measure (SUMM): A comprehensive eight-factor model for alcohol/drugs consumption.
Wszelkie tłumaczenia z angielskiego oryginału są moje.

Wybrałem ją ze względu na szeroką grupę definiowanych powodów i dostępność szczegółowych pytań, które korelują z konkretnymi powodami. Metodologia odnosi się zarówno do alkoholu, jak i innych substancji psychoaktywnych.

SUMM definiuje osiem kategorii powodów do zażywania substancji:

  • wzmocnienie,
  • społeczne,
  • dostosowanie się,
  • przeciwlękowe,
  • przeciwdepresyjne,
  • sposób na nudę,
  • samorozwój,
  • wydajność.

Nie wszystkie mają zastosowanie do alkoholu. Dwie ostatnie wydają się mało istotne, gdy chodzi o tę substancję. Motyw samorozwoju kojarzę z psychodelikami (np. LSD), a motyw wydajności – ze stymulantami (np. amfetamina). Pominę je w dyskusji poniżej. Ich opis można znaleźć w cytowanym materiale źródłowym.


Społeczne (Social)

Cztery powody kryjące się za tą kategorią to:

  • Żeby być towarzyskim.
  • Jako celebrację/świętowanie.
  • Bo taki jest zwyczaj.
  • Bo pomaga mi cieszyć się przyjęciem.

Rozważania o tej ścieżce połączę z kolejną.


Dostosowanie (To fit in)

Charakteryzuje się następującymi motywami:

  • By nie czuć się wykluczonym.
  • By być lubianym.
  • Bo moi przyjaciele mnie do tego nakłaniają.
  • By dopasować się do grupy, którą lubię.

Chcę je zaadresować łącznie, bo wiele alternatyw jest adekwatnych dla obu. Są one zbliżone do siebie. Niektóre elementy zazębiają się: efekty społeczne dominują w starszym wieku, dostosowanie – w młodszym. Choć odpowiedniość nie jest idealna, omówmy je łącznie.

Zmiana w tej kategorii spoczywa głównie na naszych barkach, bo to nasze wybory determinują, jaki jest klimat kulturowy i społeczny, jeśli chodzi o używanie alkoholu. Opcji, co wybierać, jest wiele.

Najprostsza to bezalkoholowe zamienniki. Możemy nie zmieniać nic w sytuacjach społecznych i grupowych, poza tym, że wino będzie bezalkoholowe. Bezalkoholowe wesela, urodziny i inne okazje są możliwe i praktykowane. Im więcej ludzi będzie dokonywało takich wyborów, tym mniejsza presja społeczna na używanie alkoholu.

Dla małych spotkań nastawionych na socjalizację możemy znaleźć inspirację w innych kulturach. W basenie Morza Śródziemnego popularna jest kawa jako centrum małych rytuałów społecznych – wieczornych spotkań, szybkich wypadów po pracy, spędzania czasu w leniwy dzień ze znajomymi. W krajach azjatyckich taką alternatywą jest herbata. Opcji jest sporo. Możemy je wybierać, zachowując społeczny charakter spotkań, rugując z nich niezdrowy i otumaniający alkohol. Jakość rozmów przy herbacie będzie wyższa niż przy alkoholu.

Kultura to coś, co my tworzymy, a nie coś, co jest nam narzucone. Nasze wybory ją kształtują i spoczywa na nas odpowiedzialność za jej kształt. W naszych decyzjach zawiera się siła, by społeczne powody do picia zmienić, ograniczyć lub zlikwidować.

Wspomnę na marginesie, bo w tym artykule interesują mnie raczej pozytywne rozwiązania, że wpływ na ten aspekt będą miały także polityka cenowa (akcyza), dostępność alkoholu oraz upowszechnianie wiedzy o jego rakotwórczości – nawet w niewielkich dawkach – i o tym, że nie istnieje coś takiego jak „bezpieczna dawka”.

Przeciwlękowe (Anxiety-Coping)
Za działaniem przeciwlękowym kryją się cztery powody do zażywania:

  • By się zrelaksować/rozluźnić.
  • By czuć się bardziej pewnym siebie.
  • Bo pomaga mi, gdy czuję się zdenerwowany.
  • By zmniejszyć lęk.

Tu rozważania połączę z kolejną kategorią:

Przeciwdepresyjne (Depression-Coping)
Działanie przeciwdepresyjne to następujące powody:

  • By się rozweselić, gdy mam kiepski nastrój.
  • Bo pomaga mi, gdy mam depresyjny nastrój.
  • By wyłączyć negatywne myśli o sobie samym.
  • By przestać ruminować.

W tych kategoriach najsilniejszą konkurencją, choć równie albo bardziej toksyczną, dla alkoholu są… inne narkotyki. Nie są dobrą alternatywą, ale są alternatywą. Większość opioidów ma działanie przeciwlękowe i przeciwdepresyjne. Kwestia wyboru substancji zależy w dużej mierze od „zachęt”.

Alkohol jest łatwiej dostępny i tańszy (szczególnie w Polsce), ale działa tylko przez 45 minut do godziny, podczas gdy opioidy działają nawet kilkanaście godzin. Po uwzględnieniu, że dla uzyskania tego samego efektu trzeba zażyć wiele dawek alkoholu, kwestia kosztu może nie być tak oczywista.

Opioidy będą miały generalnie silniejsze działanie w tych obszarach.
Opioidy nie będą powodować tak silnych objawów zatrucia, ale są dużo łatwiejsze do przedawkowania i spowodowania bezpośredniego zgonu.
Są też silniej uzależniające niż alkohol, a objawy ich odstawienia są częstokroć znacznie silniejsze.

W jakimś sensie jest to wybór jak między dżumą a cholerą — obie alternatywy są niszczycielskie. Narkotyki nie stanowią zdrowej alternatywy dla alkoholu, co więc może nią być?

Zdrowe alternatywy w radzeniu sobie z lękiem i depresją są liczne i zależą od stopnia nasilenia objawów.

Dla silnych objawów mających znamiona choroby zdrową alternatywą jest leczenie psychiatryczne.

Niestety choroby psychiczne są nadal tematem tabu w naszym społeczeństwie, które krzywdzi wiele osób poprzez zniechęcanie ich do poszukiwania pomocy, wywoływanie wstydu i strachu przed osądem społecznym. Jest istotne, byśmy my, jako członkowie społeczeństwa, pracowali nad roztrzaskaniem tego tabu w drobny mak!

Od nas zależy, czy będziemy mówić o chorobach psychicznych z należytą otwartością, czy nie będziemy oceniać (także podświadomie) osób leczących się psychiatrycznie, czy będziemy rozmawiać z dziećmi i bliskimi o tych chorobach. Normalizacja tych zjawisk leży w naszych rękach!

Za wysiłkiem społecznym powinien iść wysiłek systemowy i finansowy. Potrzebne jest zwiększenie dostępności psychiatrów i psychoterapeutów refundowanych przez NFZ. Wykluczenie z systemu ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na prywatną psychoterapię czy leki zapisywane przez psychiatrów, jest niebezpieczną niedorzecznością.

W przypadku lżejszych objawów, gdy nie ma znamion choroby, kluczowa jest rola edukacji. Zarówno edukacja dzieci, jak i dorosłych ma znaczenie. Potrzebujemy zajęć z psychologami w szkołach, by uczyć młodych ludzi, jak radzić sobie z lękiem i smutkiem. Należy ich uczyć technik relaksacyjnych, medytacyjnych i innych, które w zdrowy sposób przynoszą ulgę od tych trudnych emocji. Przestrzegałbym tutaj przed stwierdzeniami typu: „Rodzice powinni uczyć dzieci takich rzeczy”. Mało który rodzic ma kompetencje, by to zrobić. To jak z pływaniem — niektórzy rodzice potrafią nauczyć swoje dzieci pływać, niektórzy nie, ale właściwie żaden rodzic nie jest w stanie nauczyć dziecka pływać tak dobrze, jak zrobi to profesjonalny instruktor. Nie ma powodu, by do kompetencji psychologicznych i emocjonalnych stosować niższy standard!

Choć nas, dorosłych, nikt tego nie uczył, nic straconego! Mamy zdolność i szansę, by zdobyć te kompetencje. Stworzenie przestrzeni dla psychoedukacji dorosłych jest szansą na poprawę jakości życia wielu osób. Optymalnie byłoby, gdyby była ona niewykluczająca i dostępna dla różnych warstw społeczeństwa.

Tutaj przestrzegałbym przed zakładaniem: „Ja nie potrzebuję, ja już to potrafię”. Może tak faktycznie jest, ale warto to sprawdzić, bo a nuż się mylimy.

Osobny element edukacyjny, który jest w mojej opinii ważny, to edukacja filozoficzna dzieci i dorosłych. Fundamentalnie chodzi o to, by uczyć się budowania poczucia sensu, stawiania pytań o sens życia, pracy z przekonaniami i wartościami. Nie chodzi o wykład z historii filozofii, tylko o podejście praktyczne, jak je stosowano w antycznej Grecji i Rzymie — filozofia jako konkretna i praktyczna sztuka życia.

Aktywności tego typu mogą stanowić uzupełnienie pracy psychologicznej i prowadzić do podniesienia jakości życia, obniżenia poziomu lęku i poprawy samopoczucia.


Sposób na nudę (Boredom-Coping)
Za tym punktem kryją się następujące cztery powody:

  • By mieć coś do roboty.
  • By rozproszyć nudę.
  • Bo nie mam nic lepszego do robienia.
  • By spędzić czas.

Ten powód wydaje się być trywialny, ale jest całkiem częsty. Tutaj plasują się osoby, które piją dwa piwa po pracy, przed zaśnięciem — po to, by przeczekać. Czasem oglądają przy tym mecz, film czy serial. Chodzi o to, by zagospodarować kawałek czasu, na który nie ma pomysłu.

Naturalnymi alternatywami są w tym przypadku inne pomysły na spędzanie czasu. Oczywiście nie może się to ograniczać do produkowania list alternatyw — chodzi o to, by te alternatywy były dostępne tak fizycznie, jak i mentalnie dla zainteresowanych. Przykładowo: świetnie jest mieć salę koncertową pięć minut od domu, ale jeśli nie mam żadnego doświadczenia z muzyką klasyczną, to będzie to dla mnie marna opcja.

Dostępność miejsc dla dzieci i dorosłych, gdzie można pograć w gry (minigolf etc.) czy potańczyć do skocznej muzyki — a wszystko to bez komponentu alkoholowego — to świetny sposób na spędzanie czasu. Szczególnie potańcówki — mężczyznom w naszej kulturze przydałby się trening odwagi, by byli zdolni tańczyć bez oszałamiania się alkoholem.

Zwiększony dostęp do miejsc kultury, czyli teatrów, kin i sal koncertowych, jeśli zostanie połączony z odpowiednią edukacją przygotowującą widza do konsumowania serwowanej tam sztuki, będzie świetną alternatywą.

Większe atrakcje, takie jak ogrody zoologiczne, muzea i parki rozrywki, mogą być świetnymi na spędzanie czasu w dni wolne, kiedy jest go więcej do zagospodarowania. Warto rozważyć, by nie było w tych miejscach alkoholu, szczególnie jeśli są finansowane ze środków publicznych (na was patrzę, moje kochane ogrody zoologiczne!).

No i wreszcie — edukacja młodzieży i aktywizacja dorosłych to elementy, które powinny uzupełnić system. Promowanie czytelnictwa może samo w sobie znacząco pomóc w przeciwdziałaniu nudzie. Wszelkiego rodzaju warsztaty kreatywne, takie jak malowanie czy granie na instrumentach, mogą być cenne, o ile nie stają się kolejnym pretekstem do picia.

Wzmocnienie (Enhancement)
Za pojęciem wzmocnienia kryją się cztery powody:

  • Bo to dobra zabawa.
  • Bo to ekscytujące.
  • Aby osiągnąć haj.
  • Bo sprawia, że czuję się dobrze.

To popularny powód stojący za zażywaniem alkoholu i innych narkotyków. Celem są różne formy odczucia przyjemności. Całej złożoności tego motywu nie omówię dziś, ale wrócę do niego w przyszłości.

Jest to najtrudniejszy do zastąpienia efekt działania. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że alkohol powoduje trzykrotnie wyższy wyrzut dopaminy niż seks, a metamfetamina wywołuje dziesięciokrotnie większy — czyli zażycie tych substancji jest odpowiednio trzy- i dziesięciokrotnie bardziej przyjemne niż orgazm — to dojdziemy do wniosku, że nie mamy do zaoferowania żadnej równie intensywnej, zdrowej alternatywy.

W starciu na chwilowe odczucie przyjemności nigdy nie wygramy z narkotykami. Aby osiągnąć postęp na tym polu, musimy przedefiniować zasady gry.

Sposobem na to jest edukacja, tym razem w sztuce odraczania gratyfikacji. Choć w odczuciu przyjemności „tu i teraz” alkohol i inne narkotyki są bezkonkurencyjne, to jednak wypadają bardzo blado, gdy zastanowimy się nad odczuciem długoterminowym. W skrócie — za przyjemność zażycia substancji płaci się cierpieniem dnia następnego i w kolejnych (czasem po latach).

Trwałym sposobem na osłabienie wzmacniającego charakteru narkotyków jest nauczenie dzieci i dorosłych, by przykładali większą (odpowiednią) wagę do odroczonej gratyfikacji. Wiele technik medytacyjnych i mindfulnessowych może przyjść z pomocą.

Jest jeszcze jedna ścieżka — dość niszowa, ale dla niektórych osób obiecująca — ścieżka sportów ekstremalnych. Chodzi o zastąpienie dopaminy adrenaliną, której narkotyki zwykle nie wyzwalają. Tutaj stawiamy przeżycie czegoś ekstremalnego ponad zażycie substancji. Jednak dla osób z awersją wobec ryzyka nie będzie to dobre rozwiązanie.


Ścieżki, równoległość, zmienność
Jest kilka obserwacji, które nasuwają się przy rozważaniu powyższych powodów.

Pierwsza: kilka powodów może występować równocześnie. Mogę sobie wyobrazić, że „wzmocnienie” i „przeciwlękowe” jednocześnie są potrzebami, które zaspokaja alkohol. Jedna z nich może być dominująca albo mogą być równorzędne. Współistnieć może też więcej niż dwie.

Druga: powody mogą być zmienne w czasie — zarówno w skali całego życia (za młodu mam inne powody niż na starość), jak i w skali dni czy tygodni (w środę mogę mieć inny powód niż w sobotę; w Sylwestra piję z innego powodu niż na urlopie w sierpniu).

Trzecia: powody mogą podążać pewnymi ścieżkami w trakcie życia. Niektóre z nich są „powodami wejścia”, czyli dla nich zaczynamy pić, ale kontynuujemy ten proceder już z innych. Mogą się one także zapętlać, gdy wracamy do powodów, które motywowały nas w przeszłości.

Przykładowo, moja ścieżka przedstawiała się następująco:
Zacząłem od powodów społecznych i dostosowania się. Szybko dołączyło do nich działanie przeciwlękowe. Z czasem społeczne i dostosowanie się zanikały, ale weszło do gry także wzmocnienie. Nieco później, kiedy zacząłem pić w samotności, radzenie sobie z nudą stało się istotne. Pod koniec wzmocnienie i radzenie sobie z nudą zanikły, ale weszło działanie antydepresyjne, które paradoksalnie „leczyło” depresję przez alkohol wywołaną.

Wielu ludzi przechodzi prostszą ścieżkę. Na przykład zaczynają od działania społecznego i na nim poprzestają do końca życia. Możliwych układów jest wiele.


Podsumowanie
Powody do sięgania po alkohol i potrzeby, które próbujemy nim zaspokajać, są bardzo różnorodne. Kilka z nich może ze sobą koegzystować, nawzajem się umacniając.

Jeśli chcemy skutecznie ograniczyć spożycie alkoholu, musimy zaadresować kluczowe z nich i zaproponować realne alternatywy. To, w połączeniu z dobrą komunikacją o konsekwencjach picia, może być strategią prowadzącą do trwałej zmiany.

Pozostaje jeszcze kwestia „zachęt”, które umacniają alkohol jako sposób na realizację potrzeb. Im także musimy się przyjrzeć, by tworzyć dobre strategie.

Zostawię was dziś z kilkoma pytaniami, na które odpowiedzi mogą być dla was ciekawe:

  • Dla którego z tych powodów Ty pijesz?
  • Czy tylko dla jednego, czy dla wielu?
  • Czym możesz zastąpić alkohol w zaspokajaniu tej potrzeby? Może warto spróbować jakiejś alternatywy?

Dlaczego pijemy? (Podcast)

Dziś zapraszam do obejrzenia trzeciego już odcinka podcastu Premeditatio Bonum.

Rozprawiam w nim o powodach dla których spożywamy alkohol i potrzebach do których zaspokajania jest on używany.

Celem jest rozpoznanie co musimy zaoferować, by skutecznie konkurować z ofertą jaką alkohol niesie swoim użytkownikom.

W ramach eksperymentowania, za tydzień ukarze się na blogu pisemna wersja tego odcinka – uładzona i zredagowana – dla tych z was, którzy preferują lekturę!

Zachęcam do słuchania, komentowania, subskrypcji kanałów i dawania łapek w górę!

YouTube: https://youtu.be/tV42w19F0AQ

Spotify: https://open.spotify.com/episode/651n2MkrynubcdVfzjKzmF?si=AelzfsrXRge_JPnaNB9M-g

Strona bloga i podcastu na Facebooku: facebook.com/PremeditatioBonum