Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie

Wszyscy dokonujemy codziennie dziesiątków wyborów – od tych najdrobniejszych po wielkie życiowe decyzje. Zbieramy informacje o faktach towarzyszących naszym decyzjom. Zasięgamy rad i opinii bliskich. Przypominamy sobie podobne sytuacje z przeszłości i ekstrapolujemy z nich wskazówki na dziś. Staramy się przewidzieć konsekwencje naszej decyzji i to, jak ukształtuje ona przyszłość. Wreszcie przywołujemy to, co dla nas ważne, i sprawdzamy, czy decyzja temu właśnie służy.

W pośpiechu codzienności rzadko przeprowadzamy swoje decyzje świadomie, z takim rygorem i zaangażowaniem jak opisany wyżej. Polegamy na schematach, przyzwyczajeniach, szybkich i skróconych rozważaniach, pozwalamy, by większość pracy wykonała za nas podświadomość i wydajne procesy półświadome. Nie zasięgamy rad, nie przewidujemy świadomie konsekwencji ani nie badamy tego, co dla nas ważne. Póki decyzje, o których mowa, dotyczą drobnych codziennych spraw, ta metoda jest słuszna i skuteczna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do spraw kluczowych, wielkich decyzji stosujemy tę samą procedurę co do rozstrzygnięcia, co zjeść na śniadanie.

Nie będę zajmował się dziś całym procesem decyzyjnym. Chcę skupić się na jednym z jego aspektów, który jest kluczowy z punktu widzenia filozofii praktycznej (sztuki życia), w szczególności w jej stoickim wydaniu. Chodzi tu o określenie, co jest dla nas ważne, czyli o hierarchię przyświecających nam wartości.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was najważniejsze w życiu? Co jest numerem jeden, za co gotowi bylibyście poświęcić wszystko inne? Może pomyśleliście teraz o rodzinie. Rodzina jest najważniejsza. Ale co rozumieć przez rodzinę? Czy wujek z Ameryki, którego widzieliście raz w życiu, też się do niej zalicza? Czy może chodzi o bliską rodzinę: partnera, dzieci, rodziców? Mogło przyjść wam też do głowy zdrowie – często mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. No właśnie: jeśli najważniejsze, to czy ważniejsze od rodziny? Czy wasze zdrowie jest dla was ważniejsze niż wasze dzieci? Wasz partner / wasza partnerka? Wasi rodzice? Wujek z Ameryki? A gdzie w tym wszystkim miejsce na pieniądze? Jasne, może to nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale pewna ich ilość jest potrzebna, byśmy my i nasze dzieci mieli co jeść. Gdzie je umieścimy? Czy wujek z Ameryki jest ważniejszy choćby od nich?

Na podstawie powyższego możemy stwierdzić, że wartości – a w szczególności relacje między nimi, ich hierarchia – to skomplikowany temat. Pewnie każdy z nas ma jakąś intuicję w tej kwestii. Potrafimy „wyczuć”, jaka jest właściwa odpowiedź na postawione powyżej pytania, i wiemy doskonale, że biedny wujek z Ameryki szczytu naszej listy nie osiągnie. Intuicje te nie są łatwo przekładalne na słowa. Nie jest tak prosto wypowiedzieć je w formie klarownych, logicznych argumentów, nie odwołując się do instancji: „tak jest, bo tak czuję”. W praktyce do podejmowania decyzji „tak czuję” nam wystarcza. Pojawia się jednak ważne i niepokojące pytanie: czy nasze intuicje w sferze wartości są poprawne? Co jeśli nasze „czucie” zwodzi nas na manowce? Co jeśli konsekwentnie wybieramy źle?

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania i efektywnie umocnić nasze intuicje, możemy sięgnąć do stoickiej techniki namysłu nad wartościami i pracy z ich hierarchią. Celem ćwiczenia jest jawne zbudowanie tejże, regularne weryfikowanie jej poprawności, dostosowywanie jej w toku przemian naszego życia i jego priorytetów, planowanie dni pod kątem wartości, praktykowanie ich oraz regularne sprawdzanie, jak się z tej praktyki wywiązujemy. Poniżej skoncentruję się na pierwszym kroku, zaproponuję wam krótką procedurę oraz kilka kluczowych pytań, nad którymi warto się w jej trakcie pochylić.

Budowanie świadomej hierarchii wartości zacznij od swoich intuicji. Usiądź wygodnie z długopisem i kartką papieru i zanotuj hasłowo to, co dla ciebie jest ważne w życiu. Staraj się wypisać wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Śledź kolejność, w jakiej poszczególne myśli się pojawiają – możesz je po prostu ponumerować lub pisać w formie listy. Odłóż kartkę na bok, zajmij się swoimi codziennymi sprawami.

Jeśli masz trudności ze zwerbalizowaniem konkretnych wartości, istnieją pomoce do tego typu ćwiczeń: fiszki z nadrukowanymi nazwami wartości (rodzina, zdrowie, pieniądze itd.). Zamiast wypisywać listę z głowy, możesz zaopatrzyć się w nie i wybrać kilkanaście takich, które z tobą rezonują.

Wróć do swojej listy następnego dnia. Przeczytaj ją uważnie. Weź długopis i zacznij skreślać. Twoim celem jest skrócenie listy do pięciu najważniejszych wartości. Niech zostanie na niej to, co jest dla ciebie najcenniejsze. Jeśli coś skreślisz, to nie znaczy, że uznajesz to za nieważne, niewarte zachodu czy niedobre – odnotowujesz tylko, że dla ciebie są rzeczy ważniejsze. Skreślenie nie oznacza też, że od dziś całkowicie zaniedbasz ten aspekt życia. Gdy pozostaniesz z pięcioma, przepisz je „na czysto”, kartkę z długą listą wyrzuć albo schowaj głęboko do szuflady, odłóż długopis, zajmij się swoim dniem.

Kolejnego dnia wróć do swojej listy. Przed tobą ostatni krok, czyli uporządkowanie tych pięciu wartości od najważniejszej do najmniej ważnej. Przy czym „najmniej ważna” nie oznacza „nieważna”! Zastanów się, która z nich jest dla ciebie absolutnie kluczowa. Dla której poświęcisz pozostałe? To twoja wartość numer jeden. Porządkuj je dalej. Myśl przy tym o swoich celach i aspiracjach. Nie koncentruj się na tym, ile dziś każdej z nich poświęcasz czasu. Pytaj raczej: której z nich chciałbym / chciałabym poświęcać go więcej?

Tutaj może pojawić się wątpliwość: czasem najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale czasem najważniejsza jest praca, która daje nam środki do życia. Tak, wszystkie te wartości mają swój czas i miejsce – nie kwestionujemy tego. Pytamy: która ma mieć najwięcej miejsca? Oraz: jeśli musiałbyś / musiałabyś wybrać pomiędzy dwiema z nich, którą wybierzesz? W praktyce wszystkie z nich będziesz realizować; co więcej, będziesz też realizować wartości, które wczoraj skreśliłeś / skreśliłaś. Hierarchia ma nam służyć do określenia skali i rozstrzygania konfliktów, nie do zamykania się na wąski przedział doświadczeń.

Pracuj, aż uporządkujesz swoją listę. Może się zdarzyć, że była ona już od pierwszego dnia uporządkowana i twoje intuicyjne („co pierwsze przyszło mi do głowy”) ułożenie było ostateczne. Nie zakładaj jednak, że tak się stało. Sprawdź to w spokojnym namyśle. Przepisz swoją listę na czysto i zachowaj ją do przyszłej praktyki.

Nim podsumujemy nasze rozważania, chciałbym zwrócić waszą uwagę na trzy kluczowe pytania / koncepcje, które warto mieć na uwadze, pracując z hierarchią wartości.

Pierwsze z nich to pytanie: co jest dla mnie konieczne? Bez czego nie mogę żyć? Przykładowo: bez jedzenia nie będę mógł egzystować. W dzisiejszych czasach do zdobywania jedzenia służą pieniądze. Potrzebuję więc pewnej ilości pieniędzy, by egzystować – te zasoby są dla mnie konieczne. O konieczności sugerowałbym myśleć wąsko, to znaczy ograniczyć się faktycznie do tego, co jest niezbędne do biologicznego przetrwania naszego i tych, którzy od nas zależą. Nie mówmy więc: „koniecznie muszę pojechać na wakacje na Bahamy”, bo jakkolwiek byłyby one przyjemne i relaksujące, nie stanowią biologicznej konieczności.

Czy umieszczać to, co konieczne, na liście wartości? Tak, sugerowałbym to zawrzeć. Jeśli nie chcesz tego robić, staraj się przynajmniej mieć na uwadze, pracując z wartościami, że życie ma swoje konieczności, którym naturalnie będziesz poświęcać czas. Ja osobiście wprowadziłem do swojej hierarchii wartości pojęcie „zabezpieczenia zasobów”, w którym mieszczę kwestię koniecznych zarobków i utrzymania dobrego zdrowia.

Druga koncepcja dotyczy nadawania odpowiedniego priorytetu dbałości o siebie. Kto z was leciał samolotem, kojarzy zapewne wskazówkę, by w razie awarii najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku, które jest pod naszą opieką. Odruchowo możecie wypełnić swoją hierarchię wartości pięknymi, altruistycznymi ideami – uczono nas, że pomaganie innym i bezinteresowność są dobre, a dbanie o swoje interesy, jeśli nie złe, to przynajmniej podejrzane. Przełamcie ten schemat, przypominając sobie, że jeśli my sami nie będziemy w dobrym stanie, nie będziemy mogli służyć pomocą naszym bliskim.

To może powodować poważny dyskomfort, ale, myśląc o swoich wartościach, starajcie się ustawić priorytet na swoim dobrostanie. Jeżeli wasza psychika, wasze zdrowie, wasze życie nie będą w należytym porządku, to dla bliskich będziecie bardziej zawadą niż pomocą.

Trzeci aspekt to kwestia zobowiązań. W toku swojego życia podejmujemy przeróżne zobowiązania. Czasem robimy to jawnie, na przykład zatrudniając się do pracy i akceptując listę obowiązków. Czasem poprzez domniemanie – na przykład sprowadzając na świat dziecko. Warto pamiętać, myśląc o hierarchii wartości, o zobowiązaniach, które już podjęliśmy i które chcemy podjąć w przyszłości. Warto, by znalazły one swoje odzwierciedlenie na naszej liście.

Pamiętajmy przy tym, że zobowiązanie zobowiązaniu nierówne. Niektóre z naszych zobowiązań są nimi w słabym sensie. To znaczy, że jeśli uchylimy się od ich wykonania, istnieje wiele osób, które mogą je za nas podjąć. Świat się od tego nie zawali, nikt nie ucierpi. Przykładowo: jeśli jestem pracownikiem biurowym w wielkiej korporacji i wyjdę pewnego dnia z biura, trzaskając drzwiami, by już nigdy nie wrócić – świat się nie zawali. Inni podejmą moje zadania, z czasem zatrudnią kogoś na moje miejsce. To zobowiązanie w słabym sensie.

Niektóre zobowiązania możemy wykonać tylko my albo jest bardzo niewiele osób, które mogłyby się ich podjąć, a ich niewykonanie sprowadzi na kogoś innego cierpienie. Przykładem jest bycie rodzicem. Jeśli pewnego dnia wyjdę z domu, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą partnera czy partnerkę i dzieci, może nie znaleźć się nikt, kto podejmie moje obowiązki, a moje odejście najpewniej wyrządzi realną szkodę opuszczonym dzieciom. Jako rodzic jestem – do pewnego stopnia – niezastąpiony w życiu mojego dziecka. To zobowiązanie w silnym sensie.

Naturalnie tej drugiej kategorii zobowiązań przypiszcie wyższą wagę niż pierwszej. Upewnijcie się, że wasza hierarchia wartości pozwala wam je spełnić, bo nikt inny tego za was nie zrobi.

Przeniesienie naszej hierarchii wartości ze sfery intuicji do sfery rozumnego namysłu to proces, który wymaga czasu i wysiłku. Samo jej wstępne zbudowanie zajmuje kilka dni – a to dopiero początek przygody. Kiedy mamy ją dostępną, możemy zacząć w praktyce testować, czy nasze życie i nasze intuicje zgadzają się z wnioskami, do których doszliśmy. Nasze rozważania miały w sobie aspekt tworzenia pewnej teorii; następnie przychodzi moment sprawdzenia jej w codziennym doświadczeniu.

Przy pierwszym spojrzeniu może to wydawać się skomplikowane i przytłaczające. Nie wątpię jednak, że gdy zabierzecie się do tego procesu, szybko zorientujecie się, że jest on nie tylko łatwiejszy, niż się wydaje, lecz także że niesie w sobie wiele satysfakcji. Ostatecznie wszystkie te kroki prowadzą nas do próby odpowiedzi na jedno proste pytanie, z którym was dzisiaj zostawię:
Jaka jest twoja hierarchia wartości?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Stoicka dychotomia: zależne i niezależne

Aby być szczęśliwym, swoje cele i pragnienia powinienem lokować tylko pośród rzeczy ode mnie zależnych. Gdy tak uczynię, będę miał pełną kontrolę nad tym, by spotykało mnie to, czego pragnę, i bym uniknął tego, czego spotkać nie chcę. Oto esencja stoickiej dychotomii kontroli i – w pewnym uproszczeniu – stoickiej recepty na spokój ducha, a wraz z nim szczęśliwe życie.

Recepta niezwykle prosta: zrozum, co od ciebie zależy, a co nie. Zdecyduj, że pragniesz tylko tego, co od ciebie zależne. Skoro jest od ciebie zależne, masz to zawsze pod ręką, na życzenie. Nasuwa się jednak kilka pytań.

Sytuacje życiowe bywają skomplikowane i niejednoznaczne – jak mam rozpoznać, co i kiedy ode mnie zależy?
Jak to „zdecydować, że tego pragnę”? To pragnienie jest decyzją?
Czy to, że coś jest ode mnie zależne, oznacza, że zawsze mogę sobie to dać lub tego uniknąć? To nie zgadza się z moją intuicją! Co z czynnikami zewnętrznymi? Czy nie we wszystkim, co robimy, działają inne siły?

Zacznijmy od pierwszego z pytań – jest najbardziej fundamentalne i jego klarowne zrozumienie pomoże nam w odpowiedzi na pozostałe dwa. W kwestii rozpoznania, co jest od nas zależne, a co nie, stoicyzm daje jasną i koncepcyjnie prostą odpowiedź. Sięgając do Epikteta:

Niektóre rzeczy leżą w naszej mocy, inne zaś nie. W naszej mocy leżą: osądy, dążenia, pragnienie, awersja, odwracanie się od rzeczy; innymi słowy, wszelkie nasze czyny. W naszej mocy nie leżą: ciało, majątek, reputacja, piastowane stanowiska, a więc to, co nie jest naszymi czynami.[1]

Naszym dziełem są stany naszego umysłu i ducha. To, co poza nie wykracza, nie jest od nas zależne. Zauważmy tu, że „zależy od nas” jest rozumiane bardzo wąsko – jako coś, co całkowicie od nas zależy i od niczego innego. Weźmy przykład ciała: większość z nas, według potocznego rozumienia, powiedziałaby, że nasze ciało jest od nas zależne. Czy jednak możemy aktem woli uleczyć chorobę? Czy możemy sprawić, by odrosła nam ręka? Nie. Ciało może zostać uwięzione przez innych ludzi, ciało może zostać przez nich zniszczone. Nie jest więc od nas w pełni zależne, czyli w stoickim rozumieniu jest od nas niezależne.

Tak drastyczne rozróżnienie może budzić sprzeciw współczesnego człowieka, który chce dopatrywać się kontroli tam, gdzie ma jej choć trochę. Nie będę tu polemizował z tym podejściem; dodam tylko na marginesie, że niektórzy współcześni stoicy mówią o trychotomii kontroli, dodając „rzeczy od nas częściowo zależne”.[2]

Zerknijmy od razu na trzecie z pytań, jako że powyższe uściślenie rozumienia tego, co zależne i co niezależne, odpowiada na nie. W rozumieniu stoickim to, co ode mnie zależne, jest zawsze pod moją kontrolą i tylko moją. Mogę to dowolnie zmienić; nikt inny nie może tego zmienić ani zaburzyć bez mojego przyzwolenia. Tam, gdzie czynniki zewnętrzne mają choć odrobinę sprawczości, sprawa nie jest od nas zależna. W szczególności wynik naszych działań nigdy nie jest od nas zależny!

Jako ostatnie rozważmy pytanie drugie. Czy pragnienia są kwestią wyboru? Prawdopodobnie intuicja podpowie większości z nas, że nie – pragnienia nie są kwestią wyboru. Pragniemy pewnych rzeczy i możemy te pragnienia zaspokoić (ulec im) albo ich nie zaspokoić (powstrzymać się lub pokonać pragnienie). Większość z nas pewnie stwierdzi też, że pragnienia należy zaspokajać, o ile nie szkodzą innym.

Stoicki punkt widzenia na tę kwestię jest diametralnie odmienny. Choć stoicy zgodzą się, że w momencie, w którym poczułem pragnienie, mam dwie wymienione powyżej opcje, to nie zgadzają się, że długofalowo pragnienia są poza naszą kontrolą. W skrócie: nie musisz pragnąć tego, czego pragniesz. To kwestia wyboru. Pragnienie jest jednym z przekonań, które żywimy – a może ma źródło w przekonaniu. Jest to przekonanie typu: „X jest dla mnie dobre”, gdzie X to coś, czego pragnę. Tu intuicyjnie nie ma kłopotu: jeśli jestem przekonany, że coś jest dla mnie dobre, to tego pragnę.

Haczyk tkwi w tym, że możemy modyfikować nasze przekonania. Możemy zmienić przekonanie „X jest dla mnie dobre” na przekonanie „X jest dla mnie obojętne”, „X jest dla mnie złe” lub „X jest dla mnie dobre, ale stoi w sprzeczności z Y, które jest dla mnie lepsze”. Wraz z taką zmianą następuje zmiana pragnień. Jeśli coś uznajemy za złe lub obojętne – nie pragniemy tego. Z dwóch wykluczających się opcji pragniemy tej, która jest bardziej wartościowa.

Czy proces takiej zmiany jest prosty? Nie – to czasochłonna i trudna praca, która przynosi czasem mieszane rezultaty. Nasze przekonania to skomplikowana plątanina, której niemała część pozostaje na co dzień skryta przed nami w podświadomości. Świadomie możemy mieć przekonanie, że zdrowa dieta jest ważniejsza niż smak pączków, ale podświadomie możemy nadal głęboko wierzyć, że pączki są dla nas najlepsze. Póki nie dotrzemy do tego nieświadomego przekonania i go nie podważymy, wciąż będziemy – od czasu do czasu – odczuwać pragnienie zjedzenia pączka. Zmiana jest więc trudna, ale możliwa.

Zależne są od nas nasze decyzje, pragnienia i sądy. To na nich powinniśmy się skoncentrować, jeśli chcemy osiągnąć zadowolenie i szczęście. Jeżeli naszym pragnieniem będzie podejmowanie dobrych decyzji i wydawanie trafnych sądów, to jego spełnienie znajdzie się całkowicie w naszych rękach. Nikt nas nie powstrzyma przed osiągnięciem spełnienia, nikt nam go nie odbierze. Jeśli pragnąć będziemy zdrowia, pieniędzy, sławy, pozycji społecznej czy miłości – spełnienie znajdzie się w rękach losu i przypadku. Czasem go dostąpimy, czasem nie będzie nam dane – będziemy mieć poczucie braku kontroli nad własnym szczęściem, a to może przywieść nas do frustracji, lęku, wstydu i całego anturażu trudnych emocji, które staną się naszą codziennością.


Bibligrafia:

[1] Epiktet. Wybrane diatryby i Encheiridion. Gliwice: Helion, 2021.

[2] William B. Irvine. Przewodnik dobrego życia. Starożytna sztuka stoickiej radości. Wydawnictwo Aktywa, 2023.


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Pytanie czy odpowiedź?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Plon stoickich warsztatów

Dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić ponownemu spojrzeniu na niedawne warsztaty stoickie, zorganizowane przez Tomasza Mazura, w których miałem przyjemność wziąć udział. Nie będę wam raportował rozkładu dnia, ćwiczeń czy treści rozmów – jeśli chcecie poznać takie szczegóły, musicie wybrać się sami – zamiast tego spojrzymy wspólnie na kilka kluczowych myśli czy pytań, które miały swój początek na warsztatach i nadal we mnie pracują.

Traktujcie poniższe teksty raczej jako surowe pytania, próby ich ukonkretnienia czy – w najlepszym wypadku – pierwsze zalążki odpowiedzi. Niczego poniżej nie jestem pewien, wiem tyle, że nic nie wiem, ale może już prawie potrafię zadać właściwe pytanie. To nie jest esej z tezą, nie ma tu myśli przewodniej, co najwyżej luźne powiązania. To zapis nowych kierunków w moim myśleniu, które zrodziły się w trakcie warsztatów. Na chwilę obecną panuje w nich pewien chaos, który – mam nadzieję – będzie twórczy.

Lektura jako doświadczenie

Jestem nauczony traktować lekturę jako źródło informacji – to jej główne zastosowanie. Drugim zastosowaniem jest rozrywka poprzez aktywowanie emocji (strachu w horrorze, podniecenia w romansie).

W związku z tą pierwszą funkcją oczekuję, że to, co czytam, będzie miało klarowną strukturę, będzie operowało dobrze zdefiniowanymi pojęciami w spójny, zrozumiały i jednoznaczny sposób. W skrócie: że informacja będzie zrozumiała i podana bez wieloznaczności.

Podobnie przy drugiej funkcji. Tutaj dopuszczam wprawdzie pewne elementy niedopowiedzenia czy tajemnicy – w końcu nie chcę, by autor kryminału zdradzał mi w drugim zdaniu, kto zabił. Ale czy nie oczekuję, że dowiem się na koniec jednoznacznie, kto jest mordercą? Czy jestem w stanie wybaczyć twórcy, który odmówi mi konkluzji?

Tu nasuwa się pytanie o poezję: jaką ona pełni funkcję? Czy jest to funkcja rozrywkowa, czy jeszcze inna? Na pewno brakuje jej klarowności i jednoznaczności!

Tutaj pojawia się myśl z warsztatów: w starożytności czytanie niebranżowe (kupieckie, prawnicze) było raczej źródłem doświadczenia i przeżycia, a nie informacji. Miało wywołać pewien stan, miało coś czytelnikowi zrobić.

Czy to ten rodzaj czytania, którego można szukać w poezji? Czy ja jestem w stanie tak czytać, czy mogę się oddzielić od oczekiwania informacji na rzecz przeżycia?

Siła rytuału

Kontynuując temat z poprzedniego punktu – czytanie jako doświadczenie – nasuwa mi się pytanie: a może czytanie jako rytuał?

To eksperyment, który wykonuję na samym sobie: staram się ubrać wieczorne czytanie w elementy rytualne i obserwować skutki. Łączę to z parzeniem kawy, z przygaszonymi światłami (ale na tyle jasnymi, by wzroku nie stracić), zapaloną świecą etc. Jest w tym przerost formy nad treścią, ale czy nie o to właśnie w rytuale chodzi?

Fascynuje mnie siła rytuału i jego powszechność w kulturach świata: od masowych obrzędów religijnych po proste parzenie herbaty w domu. Ludzkość rytualizuje swoje zachowania. Dlaczego? Czy jest w nich utrwalająca moc? Czy dają poczucie bezpieczeństwa? Czy pomagają w uczynieniu z prostej czynności wspomnianego wyżej przeżycia?

Jednoznaczność a wieloznaczność

Dalej, drążąc temat lektury i treści, jaką niesie, pojawia się kwestia jednoznaczności i wieloznaczności przekazu. W trakcie warsztatów padło zdanie, parafrazuję: im bardziej abstrakcyjne dzieło, tym więcej znaczeń; im bardziej literalne, tym znaczeń mniej. Bardzo logiczna obserwacja, która jednak nigdy wcześniej mnie nie uderzyła. Czy idealnie abstrakcyjne dzieło to takie, które ma tyle znaczeń, ilu ma widzów?

Co jest lepsze: jednoznaczność czy wieloznaczność? Odruchowo chcę powiedzieć, że ta pierwsza. Tak jestem przyuczony – przypuszczam, że to element kodu kulturowego naszej europejskiej myśli. Co, jeśli się mylę? Jeśli to wieloznaczność pozwala na lepsze zrozumienie? To brzmi dla mnie paradoksalnie, ale może ten dysonans, który odczuwam, jest efektem kodu kulturowego właśnie, a nie realnej oceny sytuacji? Co, jeśli zostałem nazbyt skutecznie przekonany, że jednoznaczność jest od wieloznaczności lepsza?

A może to pierwsze pytanie jest już źle postawione? Może nie ma wcale relacji lepsza/gorsza między jednoznacznością i wieloznacznością? Od kontekstu i celu może zależeć, której z nich warto użyć. Może są pewne pytania, na które odpowiada tylko jedna z nich, a druga nie potrafi? Może jest wiele pytań, na które obie potrafią odpowiedzieć?

Czy mówienie o „odpowiedzi na pytanie” ma sens w wieloznaczności? Czy powinniśmy wtedy mówić o „odpowiedziach na pytanie”? A może nawet i to już za dużo?  

Ograniczenia języka – zarys

Jeszcze jeden krok głębiej schodząc, ale pozostając w duchu zagadnienia poprzedniego: gdzie kończy się użyteczność języka jako środka prowadzącego do zrozumienia?

Czy wszystko da się wyrazić w języku? Czy wszystko można zdefiniować, a następnie ująć w spójne zdania? Język naturalny jest w swojej naturze wieloznaczny. Pojedyncza litera może jednocześnie znaczyć wiele, a sprawa komplikuje się, kiedy łączymy litery w słowa, a słowa w zdania. Na każdym z tych poziomów komunikat może mieć wiele jednoczesnych znaczeń. Czy potrafimy dostrzec tę wieloznaczność? Co, jeśli nie doceniamy jej rozległości? Co, jeśli wydaje się nam, że większość komunikatów, które wysyłamy i odbieramy, jest jednoznaczna, podczas gdy tak nie jest?

Czy to językowi pomaga, czy szkodzi? Czy warto poświęcać trud na ścisłe definiowanie pojęć, na eliminację wieloznaczności? Czy ten proces pozwala nam zrozumieć lepiej czy gorzej? A może nie ma na zrozumienie wpływu?

Tworzymy liczne metajęzyki: matematykę, język prawa etc. Stoją one na różnym poziomie precyzji i jednoznaczności, ale – o ile mi wiadomo – żaden z nich nie jest jednoznaczny. Nawet matematyka musi w pewnym momencie zatrzymać się na niedefiniowalnych pojęciach pierwotnych i aksjomatach. Czy da się stworzyć jednoznaczny język? Czy warto?

Co, jeśli z jednoznacznością czy bez niej zawsze pozostaną kluczowe aspekty bytu, których nie da się zrozumieć przy pomocy języka? Czy wciąż warto próbować? Czy próby, nawet skazane na niepowodzenie, mogą nas do zrozumienia przybliżyć?

No i podsumowujące pytanie: dlaczego mamy oczekiwać, że narzędzie, które ewolucyjnie powstało po to, by dwie małpy mogły się dogadać w sprawie bananów, miałoby się nadawać do rozwiązania tajemnic bytu?

Moralność jako wyposażenie indywidualne

Moralność jawi mi się obecnie jako wyposażenie ściśle indywidualne. To znaczy: każdy z nas tworzy swoją własną moralność, decyduje, co moralne jest, a co nie jest. Wiadomo, że dzieje się to pod wpływem kultury, wychowania, lektury etc. Ale ostatecznie to ja odpowiadam za jej kształt.

Prawo jest zewnętrzną strukturą, przy pomocy której prawodawca określa, jak chce, bym się zachowywał w relacjach z innymi. Moralność jest wewnętrzną strukturą, która określa, jak ja chcę się zachowywać w relacji ze światem. W tym sensie prawo jest takie samo dla wszystkich, moralność jest indywidualna. Prawo można łamać (choć wiążą się z tym konsekwencje), moralności się złamać nie da.

To ostatnie stwierdzenie – „moralności się złamać nie da” – może brzmieć nieco dziwnie, jakby sugerowało, że niemożliwe jest postępowanie niemoralne. W pewnym sensie tak to rozumiem. Jest to rozwinięcie sokratejskiej, przejętej przez stoików, myśli, że wszelkie zło jest efektem błędnego sądu. Czyli każdy człowiek postępuje według swej moralności, ale niektórzy ludzie mają błędnie ustawioną moralność albo błędnie odczytują sytuację.

Moja myśl wykracza tu kawałek dalej i mówi, że oceny moralne zawsze są subiektywne i względne. Tej myśli pewny nie jestem, ale wydaje mi się prawdopodobna – nie widzę, skąd miałaby się wziąć uniwersalna moralność. Subiektywność nie oznacza jednak dowolności. Wyobrażam sobie, że nasze moralności są w nieustającym dialogu: poprzez swoje czyny komunikujemy swoją moralność innym i odczytujemy ich moralność. Czasem dyskutujemy o niej słowem, próbujemy zrozumieć się nawzajem i szukać płaszczyzny porozumienia.

Pytań mam nadal wiele: czy musimy mieć wspólną moralność? Potrzebujemy wspólnego prawa, ale czy warto tego samego wymagać od moralności? Czy możemy bez kłopotu tkwić w takiej wiecznej debacie moralnej?

W obrębie jednej kultury zwykle dość łatwo uzgodnić nam podstawowe zasady moralne. Czy kultura stanowi wspólną platformę, na której każdy buduje moralność? Czy wspólne źródło prowadzi do podobnych efektów? Czy zawsze musi tak prowadzić? Może są liczne platformy, na których moralność da się budować (stoicyzm, chrześcijaństwo, buddyzm etc.)? Czy jest sposób, by stwierdzić, czy któraś jest lepsza od innych? W efekcie: czy da się znaleźć uniwersalną podstawę moralności? Czy moralności na niej zbudowane będą zawsze zgodne?

Granice mojej odpowiedzialności

A teraz praktycznie, w nawiązaniu do poprzedniego: jak powinienem skonstruować swoją moralność? W szczególności – jak powinienem ustawiać granice swojej odpowiedzialności? Rozumiem przez to przede wszystkim pytanie o to, jak efektywnie przeprowadzić rozgraniczenie między tym, co korzystne dla mnie, a tym, co korzystne dla ogółu.

Niezależnie od tego, co mówi prawo, ja mogę i powinienem podjąć trud zrozumienia, jak moje zachowania wpływają na świat wokół mnie, na innych ludzi, i tak dostosowywać swoje działania, by nie czynić im krzywdy. Jak jednak przeprowadzić skutecznie takie granice w świecie, który jest niebywale skomplikowany i współzależny?

Krótka lista wybranych dylematów, które się z tym wiążą, a które nie są i – w mojej opinii – nie powinny być regulowane prawnie:

  • Czy powinienem mieć samochód? Pozwala mi realizować pasje, ale pochłania cenne zasoby naturalne. Istnieją alternatywy: transport zbiorowy, zmiana pasji.
  • Czy powinienem jeść mięso? Smak mięsa jest przyjemny, mięso dostarcza kalorii. Zwierzęta cierpią przy jego produkcji, środowisko jest zanieczyszczane.
  • Czy mógłbym sprzedawać lub produkować alkohol i papierosy? Ludzie chcą kupować i używać tych produktów. Te produkty czynią im krzywdę.
  • Etc.

Pomysł na książkę: ćwiczenia stoickie dogłębnie

Na zakończenie dodam jeszcze, że systematycznie klaruje mi się wizja tego, jak powinna wyglądać książka, którą planuję napisać (jedna z książek, które planuję napisać).

Pomysł zrodził się jeszcze przed warsztatami, na warsztatach i teraz w Bieszczadach jednak się klarował i ewoluował. Osią planowanej książki pozostaną ćwiczenia stoickie – te bardziej znane i popularne. Chcę je opracować pod następującymi aspektami: rys historyczny, efekt well-beingowy (terapia CBT), efekt etyczny (jak się mają do stoickiej etyki współczesnej, cztery ciała człowieka), przegląd form praktykowania, wzorcowa praktyka w szczegółach.

Projekt nabiera koncepcyjnych rumieńców, ale ruszyły też już pierwsze prace badawcze!

Podsumowanie

Nie wątpię, że wiele z powyższych myśli będzie jeszcze na bloga wracać. Tyle ciekawych pytań, tak mało odpowiedzi, ale może to dobrze – ciekawiej jest szukać, niż dostać wszystko podane na tacy.

W newsletterze z tego tygodnia poruszam jeszcze dwa dodatkowe tematy:

  • Czy nasza kultura powinna dążyć do zwycięstwa nad innymi?
  • Wiele twarzy głębokiego spokoju

Jeśli jesteś ciekaw tych zagadnień, zasubskrybuj już dziś!

O tworzeniu

Tworzenie jest kluczowym narzędziem komunikacji, pozwalającym dzielić się myślami, emocjami i pomysłami zarówno z innymi, jak i samym sobą. Autor podkreśla jego rolę w refleksyjności, wsparciu relacji oraz autoterapii, a także zwraca uwagę na zagrożenia związane z oczekiwaniami i chęcią zysku.

Potrzebuję sposobu na komunikowanie się ze światem. Jest we mnie pragnienie podzielenia się myślami, ideami, pomysłami i fantazjami z innymi. Kluczowym narzędziem służącym mi w tym celu jest tworzenie.

Tworzenie jest na czwartym miejscu mojej hierarchii wartości. Plasuje się w niej wysoko — przed nim są wolność, rozwój i relacje, a za nim zabezpieczenie zasobów. Twórczość jest wartością samą w sobie oraz stanowi narzędzie dla innych wartości. Wykażę to w dalszej części artykułu, uzasadniając także jej miejsce w mojej hierarchii.

Nie będę wchodził głęboko w definicję tworzenia. Intuicyjne rozumienie tego pojęcia wydaje mi się wystarczające. Chciałbym jednak zauważyć pewną jego szczególną właściwość, która nie jest oczywista: kiedy mówimy o tworzeniu, mówimy o komunikacji. Mówiąc o komunikacji, niekoniecznie mamy na myśli tworzenie — czyli twórczość jest jednym z rodzajów komunikacji.

Na potrzeby tego artykułu przypomnę tylko, że dobro jest dla mnie tożsame z refleksyjnością. Podążam tu za sformułowaniem metawartości refleksyjności jako stoickiego dobra, zaproponowanym przez Tomasza Mazura: https://zbc.uz.zgora.pl/dlibra/publication/90553/edition/81042/content

Tworzenie jako wartość

Podzielę dyskusję o wartości twórczości na dwa obszary. Pierwszy to funkcja komunikacji ze światem zewnętrznym, a drugi — funkcja autoterapeutyczna, czyli komunikacja wewnętrzna.

Komunikacja ze światem

Komunikowanie myśli i idei
Tworzenie jest sposobem na przekazywanie naszych wewnętrznych rozmyślań innym ludziom. Czy w swych rozmyślaniach się mylimy, czy mamy rację, mają one potencjał, by wywołać refleksję w drugim człowieku.
W szczególnych przypadkach może to oznaczać przekazywanie informacji zwrotnej, która ma znaczny potencjał refleksyjny dla osoby ją otrzymującej. Pozwala jej spojrzeć z nowej perspektywy na swoje decyzje i czyny.
W tym punkcie koncentruję się na refleksyjności innych, ale — jak wspominałem wcześniej — moja refleksyjność nie jest w niczym lepsza od refleksyjności drugiego człowieka.
Tworzenie jawi się jako wartość sama w sobie.

Komunikowanie potrzeb
Tworzenie jest sposobem na zakomunikowanie moich potrzeb światu zewnętrznemu. Świat nie ma obowiązku ich zaspokajać, ale komunikat stwarza ku temu szansę.
Dlaczego miałoby to być istotne dla refleksyjności? Zaspokajanie potrzeb nawiązuje do wartości „zabezpieczenia zasobów” i nią jest. Potrzeba — o ile jest faktyczna, a nie jedynie zachcianką — oznacza brak lub niedobór jednego z zasobów. Poprzez odpowiednią komunikację swoich potrzeb zwiększamy prawdopodobieństwo ich zaspokojenia.
Wartość tworzenia jest tu pośrednia i wynika z faktu, że sprzyja ono zabezpieczaniu zasobów. Motyw wzmacniania innych wartości będzie powracał także w kolejnych punktach.

Tworzenie i pogłębianie relacji
Przy budowaniu więzi z ludźmi szczególnie istotne jest wyrażanie emocji. To buduje bliskość i sprawia, że osoba po drugiej stronie lepiej rozumie nasz stan oraz reakcje.
Dzielenie tej samej emocji w odpowiedzi na konkretną stymulację sprawia, że zaczynamy patrzeć na drugą osobę cieplej. Aby do takiej sytuacji doszło, musimy w klarowny sposób przekazać jej naszą odpowiedź emocjonalną.
W ten sposób tworzenie sprzyja relacjom.
Dla mnie jest to szczególnie trudny rodzaj interakcji ze względu na blokady i zaburzenia, których doświadczam w sferze emocji. Do tego tematu wrócę i przyjrzę się jego wpływowi na jakość moich relacji.

Organizowanie grupy i społeczeństwa
To dopełnienie poprzedniego punktu, rozciągające go na relacje w obrębie szerszych grup ludzi. Każdy z nas ma wpływ na organizowanie się naszych grup towarzyskich i naszego społeczeństwa. Odbywa się to poprzez twórczą komunikację.
Mogę działać na rzecz zmian w swoim środowisku społecznym, przekazując jego członkom moje pomysły, odczucia i plany dotyczące tej wspólnoty. Mogę pomagać im rozpoczynać i prowadzić rozważania nad optymalną organizacją wspólnej rzeczywistości, a oni mogą pomagać mi zrozumieć, jak się zachowywać i jak tworzyć wspólnotę.
To ponownie sprzyja relacjom oraz tworzy lepsze warunki zewnętrzne, tak aby refleksja jednostki była łatwiej osiągalna.

Autoterapia/autokomunikacja

Porządkowanie myśli/filozofii/emocji

Tworzenie może być aktem porządkującym. Ja wykorzystuję je w ten sposób. Zazwyczaj ma to formę pisania eseju czy opowiadania. Czasem jednak jest to proste mówienie o tym, co myślę. Dotyczy to zarówno rozmowy z drugim człowiekiem, jak i mówienia do siebie.
Tworzy to silniejsze oparcie dla refleksyjności, a sam ten akt jest rodzajem refleksji.
Dlaczego piszę o tym jako o formie autoterapii? Ponieważ niektóre z moich kłopotów poznawczych czy drobnych zaburzeń są efektem chaosu w sferze myśli i przekonań. Dobrym przykładem jest, poruszany niedawno, temat jedzenia mięsa. Tkwił za nim chaotyczny konflikt wewnętrzny, którego uporządkowanie w dialogu ze sobą przyniosło mi korzyść.

Szczególnym przypadkiem uporządkowanej myśli jest filozofia, którą się kierujemy. Każdy z nas jakąś ma, nie każdy jednak zdaje sobie z tego sprawę.
Tworzenie oparte na naszej podbudowie filozoficznej pozwala nam ją dogłębniej analizować i spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. To prowadzi do jej wzbogacenia lub lepszego zorganizowania. Pokazuje nam potencjalne luki, co daje szansę, by je skutecznie wypełnić. Pomaga nam też pamiętać, czym jest nasza filozofia i skąd się wzięła.
Twórcze filozofowanie sprzyja rozwojowi.

Wyrażanie siebie w twórczości pozwala lepiej dostrzec i zrozumieć emocje. To sposób, by stanąć z boku, gdy sytuacja już się uspokoi, i spojrzeć jeszcze raz na to, co się wydarzyło oraz co poczułem.
Kiedy poznam swoje emocje, mogę zacząć je porządkować oraz tworzyć nowe metody wchodzenia z nimi w interakcję. Dzięki temu skuteczniej wykorzystuję je jako źródło informacji i intuicyjnej analizy sytuacji.
Aby jednak móc im zaufać, muszę lepiej poznać przekonania i mechanizmy, które za nimi stoją. Temu właśnie służy twórczość.
Tworzenie sprzyja wolności — jest efektem lepszego rozumienia komunikatu emocjonalnego, który uwalnia mnie od poddawania się niezrozumiałym popędom. Wspiera też rozwój poprzez modyfikowanie i eksplorowanie podświadomych przekonań.

Wentylowanie emocji

Emocje mogą się w nas gromadzić. Jeśli jesteśmy chronicznie poddawani wyzwalaczom lub nie możemy usunąć przyczyny jednej z nich, narasta w nas napięcie emocjonalne. Utrudnia ono jasne myślenie, analizę sytuacji oraz wejście w perspektywę uważnego obserwatora.
Twórcza ekspresja to skuteczny sposób na uwolnienie tego napięcia i odzyskanie swobody umysłu. Niejednokrotnie rozpisanie trudnej sytuacji na kartce papieru bywa wystarczającym wentylem, pozwala obniżyć napięcie do poziomu niezaburzającego funkcjonowanie.
Istnieją też inne metody redukcji napięcia, ale twórczość należy do najzdrowszych i najskuteczniejszych.

Podsumowując, tworzenie ma podwójną wartość: wspiera i wzmacnia inne wartości, a także stanowi samoistne źródło wartości. Generalnie wpływ tworzenia jest probabilistyczny — zwiększa szansę na pojawienie się refleksji, ale nie gwarantuje.

Formy tworzenia

Pisanie
Dla mnie to główna forma tworzenia. Swoje najważniejsze myśli komunikuję ze światem w formie tekstowej. Jest to nietypowe — większość ludzi używa mowy jako podstawowej formy komunikacji i twórczości.
Trzy media, które wykorzystuję, to blog, opowiadania i dzienniki.
Blog jest formą autoterapii, porządkującą i pogłębiającą moje myślenie oraz sposobnością do wpływania na innych.
Opowiadania przynoszą innym rozrywkę i radość. Jeśli czytelnik dobrze się bawił, a przy tym poczuł lekką inspirację do rozmyślań, osiągnąłem swój cel.
Dzienniki to autoterapia. Tam dotykam tego wszystkiego, czego wstyd nie pozwala mi ujawnić na blogu przed czytelnikami. To trudne pisanie i lektura — porządkuję i wentyluję emocje.

Inne formy tworzenia

Mówienie to najpowszechniejsza forma twórczej ekspresji. Ja także z niej korzystam, choć rzadziej niż z pisania – więcej czasu spędzam na pisaniu niż na mówieniu. Praktykuję, choć niewprawnie, pogawędki przy kawie w pracy, gdzie realizuję budowanie relacji z innymi. Chodzę do klubu mówców Toastmasters, gdzie ćwiczę retorykę, by pewnego dnia wpływać na grupy i społeczeństwo.
Długo by wymieniać potencjalne pola aktywności twórczej, których można się podjąć — od malarstwa po muzykę. Spektrum możliwości jest ogromne, ale jestem raczej ich odbiorcą niż nadawcą.

Potencjalne zagrożenia

Twórczość jest pozytywnym elementem naszego życia. Daje satysfakcję i przyczynia się do kultywowania dobra w nas i w świecie. Jednak mogą pojawić się ryzyka, których warto być świadomym — nie po to, by zarzucić tworzenie, lecz by ich unikać podczas tworzenia. Oto dwa przykłady.

Marzenia o sławie
Za twórczością, szczególnie pisaną, idzie marzenie o sławie — że pewnego dnia będę wielkim pisarzem podziwianym przez miliony. To naturalna, egocentryczna fantazja. Póki jest okazjonalna i niewielka, nie stanowi problemu — rozdmuchana może się nim stać.
Ważne, że ta fantazja nie jest mi potrzebna. Nie potrzebuję jej, by mnie motywowała — twórczość ma dla mnie wartość i bez niej. A skoro nie jest motywacją, to do czego służy?
W tym marzeniu jest przebłysk konfliktu między nieświadomym, a świadomym. Świadomie sława i podziw nie są dla mnie istotne, ale podświadomie chcę być zaakceptowany przez grupę, a nawet w niej dominować.
Ten konflikt jest rozpraszający i marnuje moją mentalną energię.

Zafiksowanie na zarobkowaniu
A co, gdyby twórczość zaczęła mi przynosić dochody? Czy nie byłoby cudownie? Nie byłoby źle — to jedna z opcji zarobku. Nie chcę jednak się na niej skupiać. Jeśli postawię sobie za cel utrzymywać się z pisania, mogę stracić niemało z jego dzisiejszych funkcji.
Czy dalej będę mógł się autoterapeutyzować, jeśli od jakości i treści tekstu będą zależeć moje zarobki? Czy zachowam konieczne swobodę i wolność? Może, ale istnieje ryzyko, że poświęcę je na rzecz lepszej poczytności.
Nie ma nic złego w tym, że tekst się dobrze czyta, ale dla mnie kluczowe są walory komunikacyjne i autoterapeutyczne tekstu. Poczytność i zarobek są drugorzędne.

Zakończenie

Twórczość jest cenną wartością, harmonijnie współgra z innymi wartościami, jakie mi przyświecają, i je wzmacnia. Pozwala im rozkwitnąć, wnosząc niezależny wkład w refleksyjne dobro. Nie rozstrzygam, czy jest bardziej narzędziem, czy samodzielnym bytem — poprzestanę na stwierdzeniu, że zasługuje na wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości.

Zostawiam nas z kilkoma pytaniami. Najpierw dwa, które zostaną ze mną:
Czy pisanie, z którego się utrzymuję, wskoczy wyżej w mojej hierarchii wartości?
Czy różnorodność form tworzenia ma znaczenie, czy wystarczy mi jedna?

Dla was mam kilka pytań, które mogą pomóc w napisaniu własnej wersji eseju:
Czy tworzenie i komunikacja są dla was ważne?
Jakie jest wasze główne medium twórcze?
Czy wykorzystujecie tworzenie jako formę autoterapii?
A może macie inne zastosowania, o których nie wspomniałem?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Sen o wolności na czterech kołach

Dawno temu podróżowanie opierało się głównie na pieszych wędrówkach i prostych środkach transportu, co zmieniało się z wynalezieniem samochodu. Choć obiecywano większą wolność, auta wprowadziły problemy takie jak korki i zanieczyszczenie. Prawdziwa wolność związana jest z zrozumieniem siebie, a nie z posiadaniem dóbr materialnych.

Dawno temu, sto lat albo i więcej, ludzie podróżowali po świecie głównie na własnych nogach. Gdy trzeba było pójść na targ, zakładali buty (jeśli je mieli) i ruszali w drogę. Niektórzy mieli wozy i wózki oraz konie, które mogły je ciągnąć – gdy na targ trzeba było zawieźć własne towary, taki środek transportu był jak znalazł.

Bryczki, karoce i wozy nadawały się również do podróży na większe odległości: a to do miasta powiatowego, do urzędu, a to do wojewódzkiego – do teatru. W owych miastach można było poruszać się pieszo albo wynająć dorożkę. W niektórych z nich kursowały tramwaje – również ciągnięte przez konie – którymi przejazd był o wiele tańszy, choć trzeba było trzymać się wytyczonych linii.

Gdy przychodził czas na wielką wyprawę, z pomocą przychodziły koleje żelazne. Sieć połączeń nie była szczególnie rozbudowana, ale większe miasta były połączone – jeśli nie pełnowymiarową koleją, to może wąskotorówką. Aby dojechać do stolicy, nie było lepszego rozwiązania niż kolej.

Nie da się ukryć – w tamtych czasach ludzie nie byli mobilni. Podróżowanie zabierało wiele czasu i pochłaniało sporo energii fizycznej. Wiele osób, zwłaszcza biedniejszych, nigdy nie miało szansy na podróż dalszą niż do najbliższego targu czy miasta powiatowego. Wynalezienie roweru nieco pomogło, ale i ten środek transportu miał swoje ograniczenia.

W czasach przed wielkimi wojnami pojawił się na świecie nowy wynalazek – automobil. Wykorzystujący spalanie ropy do napędzania kół, mógł rozpędzić się do prędkości dotąd zarezerwowanych dla pociągów. W przeciwieństwie do nich nie był jednak przywiązany do torów.

Początkowo automobil był zabawką bogatych elit. Niedługo później zaczęto wykorzystywać go w transporcie towarów – okazało się bowiem, że pakowny pojazd może przewieźć więcej w krótszym czasie niż wóz zaprzężony w konie. Zaletę tę szybko dostrzegły także armie świata i automobile – niektóre nawet opancerzone – stały się standardowym wyposażeniem wojskowym podczas globalnych konfliktów. Mimo to większość ludzi funkcjonowała bez automobilów. Pozostawały one towarem niszowym.

Po wielkiej wojnie na świecie – również w Stanach Zjednoczonych – pozostało wiele fabryk produkujących opancerzone automobile, tzw. czołgi. Gdy zamówienia wojskowe się skończyły, właściciele tych fabryk musieli znaleźć inne zastosowanie dla zainwestowanego kapitału. Zatrudnili więc najlepszych specjalistów od reklamy, powierzając im jedno zadanie: przekonać przeciętnego Amerykanina, że samochód (nowa nazwa automobilu) jest mu niezbędny.

Tęgie głowy reklamy pracowały od świtu do nocy. W czasie tej pracy miały przed oczami wielkie przestrzenie amerykańskiego interioru – areny wielotygodniowych wypraw konnych, spędów bydła, napadanych dyliżansów. Czego potrzebował mieszkaniec tych rozległych prerii, by być szczęśliwym? Szybkiego i sprawnego środka przemieszczania się. Samochód dałby mu wolność…

Tęgie głowy reklamy nie myślały jednak wąsko – tylko o mieszkańcach środkowych stanów. O, nie. Koncepcja wolności jest uniwersalna i może przemówić do każdego. Zaczęli więc kreślić wielką narrację, która trwa po dziś dzień. Jeśli utarte szlaki linii kolejowych zbyt cię krępują. Jeśli twoje własne nogi lub rower mają za mały zasięg, by ponieść cię do celu. Jeśli komunikacja miejska nigdy nie jedzie tam, gdzie chcesz trafić. To mamy dla ciebie rozwiązanie. Twój klucz do wolności: samochód.

Ludzie chcieli być wolni tak desperacko, że uwierzyli w slogan producentów samochodów. Tym łatwiej, że było w nim ziarno prawdy. Przecież samochód zaspokajał realne potrzeby transportowe, usprawniał przepływ towarów, niwelował wykluczenie komunikacyjne. W rozległych stepach i rosnących przedmieściach samochód faktycznie był przydatny i uwalniał człowieka od wielu ograniczeń. Niestety – na ulicach wielkich miast, wciąż przystosowanych do dorożek i tramwajów – sytuacja rozwijała się nieco inaczej.

Ludzie stanęli w pierwszych korkach. To napełniło ich świętym oburzeniem! Przecież obiecano im wolność, a nie uwięzienie w metalowej puszce, otoczonej przez inne metalowe puszki. Szybko zidentyfikowali przyczynę: stare, wąskie drogi. Rozwiązanie było proste – potrzeba więcej asfaltu i betonu, szerszych dróg.

Wolność wolnością, ale szybko okazało się, że potrzeba coraz więcej ograniczeń i obostrzeń, by ruch w wielkich miastach mógł w ogóle funkcjonować. Na skrzyżowaniach wyrastały sygnalizacje świetlne. Wprowadzano coraz ściślejsze ograniczenia prędkości, zakazy zatrzymywania się, zawracania, skrętu. Gęsta plątanina przepisów – by ludzie wreszcie mogli być wolni.

Zamknięci w swoich puszeczkach, narzekali, że zrobiło się strasznie głośno w tych miastach. Kiedyś było dużo spokojniej. To pewnie ta młodzież, z jej nowomodną muzyką.

Zaczęło też śmierdzieć. Już nie końskim łajnem, tylko spalinami. No to narzekali, kaszląc i popędzając swoje wehikuły wolności.

Znowu stanęli w korkach. Widać asfalt i beton, który wylano, nie były wystarczające. Potrzeba było więcej. Że nie ma już miejsca? Nonsens – można przecież wyburzyć setki domów i w ich miejsce wybudować autostradę. Wolność jest najważniejsza! Przecież mieszkańcy tych domów nie chcą stać na drodze społeczeństwa do wolności.

W miarę jak rosła potrzeba wolności, rosły też samochody. Kompaktowe automobile zastąpiły monstra udające pickupy, przypominające nieco czołgi – niedorzecznie niepasujące do skali miejskiego otoczenia, niepełniące żadnej funkcji poza głaskaniem zatrwożonego ego swych właścicieli. To oznaczało więcej hałasu, więcej spalin i więcej betonu, by je wszystkie pomieścić.

Minęło wiele lat od wynalezienia automobilu. Minęło wiele od omyłkowego utożsamienia posiadania auta z wolnością. Do dziś jednak ludzie stoją na ulicach w swoich metalowych puszeczkach – w korkach i na światłach – i śnią swój szalony sen o wolności. Próbują rozwiązywać miriady problemów, które generuje ten koszmar: a to wymyślą filtr spalin, żeby dymić mniej, a to zrobią samochód elektryczny – by dymić gdzie indziej. Mierzą się z kolejnymi wiatrakami, w trosce o swoją wolność, zapominając, ile swobody tkwiło w zwykłym spacerze piechotą przez miasto.

Czy samochód stworzył więcej problemów, niż rozwiązał?

Bo na pewno wiele rozwiązał, szczególnie w komunikacji na średnich dystansach. Skomunikował ze światem miejsca, które, ze względu na swą wielkość, nigdy nie doczekałyby się kolei, włączył je w obieg cywilizacji. Dziś nie ma już znaczenia, który z tych aspektów przeważał – samochód jest częścią naszej rzeczywistości, a to, co możemy zrobić, to nauczyć się korzystać z niego z większym rozsądkiem.

A jeśli to nie samochód daje wolność?

W tej historii nie chodzi tylko o samochody.
Nie chodzi też o korki, beton czy spaliny. To wszystko są objawy czegoś głębszego: naszego marzenia o wolności – i sposobu, w jaki próbowaliśmy to marzenie zrealizować.

Wolność, którą obiecały nam samochody, była kusząca, ale fałszywa. Jej fałsz tkwił w tym, że w nieuprawniony sposób rozszerzała „wolność do podróżowania” na wolność w ogóle. Opierała się na uproszczeniu: „kup coś, a będziesz wolny”. I wielu z nas w to uwierzyło – nie tylko w przypadku aut. Kupujemy specyficzne wolności cząstkowe, łudząc się, że da nam to wolność przez wielkie W.

W tej samej logice kupujemy smartfony, które mają nas zbliżać, a sprawiają, że jesteśmy rozproszeni. Kupujemy większe mieszkania, by „mieć przestrzeń”, a potem nie mamy czasu, by w nich naprawdę być. Kupujemy wycieczki, by „odpocząć”, ale wracamy zmęczeni jeszcze bardziej. Rozwiązując jeden problem generujemy dwa kolejne.

Trudno to dostrzec, zwłaszcza że czasem zakupy faktycznie rozwiązują realny problem i niosą wartość! Często jednak wpadamy w pułapkę iluzji, że posiadanie jest rozwiązaniem.
Zamiast zadawać pytania – próbujemy kupić na nie odpowiedzi.
Zamiast zrozumieć istotę trapiących nas problemów – próbujemy kupić gotowe rozwiązania.
Otaczamy się przedmiotami, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę, podczas gdy rośnie nasza bezradność.

I może właśnie dlatego ta historia o samochodzie tak do nas przemawia. Bo widzimy w niej siebie – zmęczonych, zaganianych, zagubionych na drodze do szczęścia i wolności. Wydaliśmy niemałe pieniądze – czy dostaliśmy to czego oczekiwaliśmy?

Czy na pewno wiesz, co kupujesz?

Może warto się na chwilę zatrzymać – i zadać sobie kilka niewygodnych, ale ważnych pytań:

  • Co próbuję sobie naprawdę dać, kiedy coś kupuję?
    Może nie chcę nowego auta, tylko swobody w decydowaniu, dokąd zmierzam.
    Może nie potrzebuję lepszych słuchawek, tylko ciszy.
    Może nie potrzebuję dalekich krain – tylko odpoczynku od codzienności.
  • Co próbuję uciszyć, gdy kupuję?
    Lęk? Poczucie braku wpływu? Samotność?
    Czasem nowy zakup daje namiastkę kontroli nad światem, w którym coraz mniej ode mnie zależy.
  • Czy to, co kupuję, naprawdę rozwiązuje mój problem – czy tylko go maskuje?
    Samochód miał skrócić czas podróży, a wprowadził koszty, stres, korki, zobowiązania. Czy koszty, które wygenerował nie przeważyły aby nad korzyściami?
    Może tak samo działa wiele innych decyzji, które podejmuję bez refleksji?

Kiedy konsumpcja staje się formą ucieczki

Nie chodzi o to, że nie wolno nam niczego chcieć. Ani o to, że każda decyzja zakupowa jest zła. Chodzi o to, że kupujemy rzeczy nie po to, by coś zdobyć – ale by czegoś nie czuć.
Konsumpcja może być formą znieczulenia. Próbą regulowania emocji.
A gdy robimy to regularnie, życie zaczyna przypominać jazdę po spirali:
czasem szybciej, częściej – ale wciąż w kółko, a to już symptom uzależnienia.

Wolność nie rodzi się z posiadania, tylko z rozumienia siebie

Prawdziwa wolność nie zaczyna się od kupienia samochodu. Zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja. Tam, gdzie potrafię odróżnić:
„chcę” od „potrzebuję”,
„to mnie wspiera” od „to mnie odciąga od siebie”,
„to rozwiązanie” od „to ucieczka”.
Wolność nie polega na tym, że mogę wszędzie dojechać. Polega na tym, że rozumiem, gdzie jestem – i dokąd, oraz dlaczego, chcę dotrzeć. Na tym, że rozumiem jakich zasobów potrzebuje w podróży.
Mało prawdopodobne, bym potrzebował samochodu, żeby tam trafić. W tej drodze bardziej przyda mi się lekkość ducha, bo zwykle nie musimy się fizycznie przemieszczać, by dotrzeć do celu.

Czasem lepiej się zatrzymać i zapytać:
czy „wolność”, którą kupuję, to rzeczywiste dobro – czy tylko iluzja?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O najstarszym zawodzie świata

Dzisiaj dość niezwykły artykuł – to zapis mowy ze spotkania Biznes Toastmasters. Wpis składa się z trzech części: konspektu mowy, transkrypcji (bez poprawek) nagrania jednej z sekcji treningowych i wyedytowaną wersję z poprawkami.

KONSPEKT

  1. Najstarszy zawód świata?
  2. Po co filozofia?
    1. Żeby być
      1. filozofuje więc jestem
      1. życie to więcej niż przemiana materii
        „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.”
        Seneka
    1. Żeby dobrze być
      1. Etyka (dobro i zło)
      1. Logika (prawda i fałsz)
      1. Fizyka (zależne i niezależne)
    1. Żeby dobrze czynić
      1. Przykład: retoryk
        Nie wystarczy dobrze przemawiać, trzeba jeszcze o dobru przemawiać
        „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”
        Winston Churchill
        „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”
        Józef Goebbels
  3. Podsumowanie: żeby być, żeby dobrze być, żeby dobrze czynić
  4. Bonus: anegdotka o Aleksandrze i Diogenesie + oczy Demokryta

TREŚĆ MOWY (transkrypcja treningu)

Witam was serdecznie!

Na dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie. Rozumiem przez to zawód filozofa. To właśnie ten zawód uważam za najstarszy zawód na świecie, albo przypuszcza, że może być jednym z najstarszych. Odkąd z homo erectus zmieniliśmy się w homo sapiens, myśl i namysł stały się ważną częścią naszej egzystencji i przypuszczam, że już w tych pierwszych, pierwotnych plemionach ludzie zdolni do głębokiego i dobrego namysłu byli cenieni. Może pierwsi szamani ludzkich plemion, to były osoby trochę jak filozofowie, które zdolne były do myślenia głęboko, myślenia lepiej niż inni.

OK. No ale, nie jest moim celem, żeby was zachęcić do zmiany zawodu i przebranżowienia się teraz gremialnie na filozofów. Nie. Chodzi mi o to żeby was zachęcić do tego, żeby wprowadzić odrobinę filozofii do waszego życia, żeby zacząć ją uprawiać.

A po co? Zapytacie. Kilka powodów. Pierwszy, fundamentalny, to po to żeby po prosty być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję więc jestem. No właśnie, filozofuje więc jestem… człowiekiem. To co nas odróżnia od zwierząt, w mojej opinii, to właśnie zdolność do głębokiego myślenia, refleksji i namysłu, czyli do filozofowania. Jeżeli nie filozofujemy, to trawimy nasze życie, no pochłanianie pokarmów, wydalanie, oddychanie. Jak powiedział Seneka, mówiąc o osobach pozbawionych tego namysłu w swoim życiu: „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.” A jest różnica między życiem, a trwaniem. Tą różnicą jest filozofia.

Filozofujemy żeby żyć, ale filozofujemy też żeby żyć dobrze, a pomagają nam w tym trzy działy filozofii. Po pierwsze: etyka, czyli nauka, która mówi nam o tym co jest dobre, a co złe, pozwala nam odróżniać te dwa stan, zdefiniować je i wybierać między nimi. Tylko dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Każdy z nas jakąś ma, bo gdybyśmy jej nie mieli, nie bylibyśmy w stanie dokonać żadnego wyboru. Czasami po prostu swojej etyki sobie nie uświadamiamy i tkwi ona w naszej podświadomości.

Drugi dział filozofii, niezbędny nam do dobrego funkcjonowania to logika, czyli nauka o tym co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, konstruowaniu sylogizmów i rozpoznawaniu błędów logicznych. Fundamentalna dlatego byśmy mogli myśleć w sposób spójny i właściwy.

Trzeci wreszcie dział, bliski mojemu sercu, to fizyka. Dzisiaj fizyka jest w większości nauką szczegółową, nie zachęcam was koniecznie do studiowania głębokiej fizyki. Natomiast jest część fizyki, która pozostała w filozofii, ta część starożytnej fizyki, która pozostała z filozofią, to jest nauka odpowiadania na pytanie: co jest od nas zależne a co jest od nas niezależne. Nauka zrozumienia tego nad czym mamy kontrolę, a nad czym kontroli nie mamy. Niesamowicie istotna kwestia, dla każdego kto chce decydować o tym co robić, ale jeszcze ważniejsza dla tego kto chce być w życiu szczęśliwym.

To są świetne powody do filozofowania. Weźmy nasz przykład. Nasz czyli osób uczących się retoryki, sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryka odpowie nam na pytanie o czy i co powinniśmy mówić? Nie. Retoryka nam odpowie jak powinniśmy coś powiedzieć. Ale żeby wypełnić swoją mowę treścią potrzebujemy filozofii. A żeby wiedzieć czy ta treść jest dobra tym bardziej potrzebujemy filozofii.

Weźmy taki przykład retoryczny. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy, cytuję: „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.” Koniec cytatu.
Drugi cytat. Cytuję: „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!” Koniec cytaty.
Bardzo podobne zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, motywacja dla całego narodu do walki. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat, to cytat z Winstona Churchila, drugi, to cytat z Józefa Goebbelsa.
Retoryka jest pustym narzędziem, które musi być wypełnione treścią przez filozofię.

Podsumowując, uczymy się filozofii żeby żyć jak ludzie, żeby żyć dobrze i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, które mamy dostępne. Dlatego warto się nią zainteresować i warto wprowadzić jej elementy do naszego życia.

Na koniec, jako że mam jeszcze chwilę czasu, podzielę się małą zabawną anegdotką. Był sobie filozof Diogenes żyjący w Atenach w czasach Aleksandra Wielkiego. Pewnego dnia Aleksander po przybyciu, po powrocie z Persji, po podboju Persji, wybrał się do Diogenesa, który odpoczywał na skałach na morzem ze swoimi uczniami. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział: Diogenesie, jestem dzisiaj w świątecznym nastroju, proś mnie o cokolwiek tylko chcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie. Diogenes, który leżał sobie, otworzył jedno oko, popatrzył na Aleksandra, zamknął oko i powiedział: Mam jedno życzenie, żebyś się trochę przesunął, bo zasłaniasz mi Słońce. Tyle życzył sobie filozof Diogenes od mocarnego Aleksandra, nic więcej władca świata nie był w stanie mu dać.

Dziękuje.

TREŚĆ MOWY Z POPRAWKAMI

Witam was serdecznie!

W dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie… Chodzi o mi o zawód filozofa. Nie wiem oczywiście, czy to faktycznie najstarszy zawód, ale przypuszczam, że odkąd awansowaliśmy z erectus na sapiens, sztuka myślenia znalazła się w cenie, a ludzie zdolni do głębszego namysłu byli wartościowy. Być może pierwsi szamani neolitycznych plemion, byli filozofami, czyli ludźmi zdolnymi myśleć głębiej, dokładniej, lepiej.

Nie jest jednak moim celem skłonić tu obecnych do przebranżowienia i gremialnej zmiany zawodu na filozofów. Chodzi mi raczej o to, by zachęcić was do wprowadzenia odrobiny filozofii do waszego codziennego życia, by zacząć jej używać w praktyce.

Zapytacie: po co? Jest kilka powodów. Pierwszy, najważniejszy, filozofujemy, żeby być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję, więc jestem, a konkretnie, filozofuje, więc jestem człowiekiem. Cechą szczególnie ludzką, wyróżniającą nas pośród innych zwierząt, jest umiejętność głębokiego namysłu – czyli do filozofowania. Życie nie sprowadza się do jedzenia, picia, wydalania i spania – potrzeba czegoś więcej, by powiedzieć o kimś, że jest człowiekiem. Słowami rzymskiego stoika Seneki:
„(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo”. A o różnicy między życiem a trwaniem stanowi filozofia.

Filozofujemy, żeby żyć. Filozofujemy, żeby dobrze żyć. To drugi powód do zainteresowania się filozofowaniem. W dobrym życiu pomagają nam trzy filary filozofii.

Po pierwsze, etyka, czyli nauka o tym, co jest dobre a co złe, pozwalająca na odróżnić od siebie te dwa stany i wybierać między nimi. Dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Już dzisiaj każdy z nas jakąś etykę ma, ale niekoniecznie jest jej świadom. By wynieść ją do świadomości, sprawdzić i utrwalić potrzebne jest nam praktykowanie filozoficznych ćwiczeń.

Po drugie, logika, czyli nauka o tym, co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, tworzeniu sylogizmów i unikaniu błędów logicznych. Bez niej nie jesteśmy w stanie poprawnie wnioskować, co czyni ją fundamentalną.

Po trzecie, fizyka, bliska mojemu sercu, nauka o tym, co rzeczywiste, a co nie. Dzisiaj jest samodzielną, szczegółową nauką, ale pewien element tego, jak rozumieli ją starożytni, pozostał w obrębie filozofii. Chodzi o odpowiedź na pytanie: co jest od nas zależne, a co nie, rozumienie, nad czym mamy kontrolę, gdzie znajduje się nasza sprawczość. To zagadnienie fundamentalne dla stoicyzmu, ale ogólnie kluczowe dla stabilności emocjonalnej i psychicznej i w konsekwencji dla szczęśliwego życia.

Jako przykład praktycznej istotności filozofowania weźmy nas na tej sali. Jesteśmy adeptami retoryki, czyli sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryk da nam odpowiedź na pytanie: co powinniśmy powiedzieć? Nie, retoryka powie nam, jak to powinniśmy powiedzieć, ale żeby wypełnić naszą mowę treścią, potrzebujemy, choćby minimalnego, filozoficznego namysłu. A żeby zapewnić, że treść będzie dobra, potrzebujemy solidnej filozofii.

Z życia wzięty przykład jak ważna jest idea, która stoi za zabiegami retorycznymi. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy:
„Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”

Drugi:
„(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”

Bardzo zbliżone zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, sugestia krańcowości sytuacji, uogólnienie na cały naród. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat to Winston Churchill, drugi Józef Goebbels. Retoryka bez filozofii jest tylko pustym narzędziem.

Podsumowując: uczymy się filozofii, żeby być ludźmi, żeby dobrze być ludźmi i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, do których mamy dostęp. Dlatego zachęcam wszystkich do jej praktykowania od czasu do czasu, a najlepiej co dzień.

Na zakończenie mała anegdotka. W czasach Aleksandra Wielkiego żył sobie w Atenach filozof zwany Diogenesem. Pewnego dnia, krótko po podboju Persji, Aleksander przybył do Aten i zapragnął spotkać się z Diogenesem. Filozof spędzał dzień ze swoimi uczniami, wygrzewając się w słońcu na skałach pod miastem i tam też odnalazł go władca. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział:
„Diogenesie, jestem dzisiaj w szczodrym nastroju, proś mnie, o cokolwiek tylko zechcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie.”
Diogenes otworzył jedno oko, spojrzał na Aleksandra, zamknął oko i powiedział:
„Życzę sobie, abyś się nieco odsunął, bo zasłaniasz mi Słońce”.
Tylko tyle dla filozofa Diogenesa mógł uczynić władca całego znanego świata, a osiągnięcia takiej pełnej wolności nam wszystkim życzę!

O wolności prościej

Autor rozważa kwestie wolności, koncentrując się na indywidualnych decyzjach oraz ich wpływie na refleksyjność. Odrzuca społeczne konteksty i prawne aspekty, skupiając się na osobistej definicji wolności jako stanu decyzyjności. Wskazuje na znaczenie wolności ekonomicznej, słowa i cielesnej dla poprawy refleksyjności, podkreślając ich rolę w samorozwoju.

Pora wykonać krok wstecz. Po interesujących dyskusjach, rozważaniach i lekturze, doszedłem do wniosku, że muszę się przegrupować w moich rozważaniach o wolności.

Zasadnicza refleksja: nie jestem przygotowany na rozważanie tematu w odniesieniu do społeczeństwa czy prawa.
Wniosek: porzucam rozważania z tej perspektywy.

Druga refleksja: mam nową zgrabną definicję wolności, warto rozważyć wolność osobistą w jej kontekście.

Trzecia refleksja: muszę zadać sobie pytanie: czemu służą te rozważania? Odpowiedź na nie będzie zadaniem na dziś.

Dlaczego poświęcam czas na rozważanie etyki, wartości, wolności i innych abstrakcyjnych pojęć?
Nie jestem zawodowym filozofem, więc nie chodzi o głębokie rozważania teoretyczne. Jestem człowiekiem, który codziennie podejmuje decyzje i chce to robić dobrze. To jest powód do poświęcania czasu na pracę nad etyką i jej konsekwencjami. Żeby poprawnie decydować, muszę wiedzieć, co jest dobre a co złe. Mogę w tym polegać na intuicji, ale intuicja może się mylić i choć warto z niej korzystać, to należy ją sprawdzać.

A co nie jest powodem tych rozważań? Nie jest nim chęć zmieniania świata. Nie jest nim konieczność decydowania, jakie stanowić prawo. Nie jest nim chęć zmieniania innych na moje podobieństwo.

Z powyższego wnioskuje, że moje skupienie powinno spoczywać na indywidualnych wyborach, a nie na analizie szerokiego kontekstu.
To się zgrywa z pierwszą z moich refleksji.

Dzisiejszym tematem jest wolność. Zacznę od przytoczenia definicji, której używam:
Wolność to stan jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości.
Wolność całkowite jednostki to zbiór wszystkich jej wolności cząstkowych.
Szczegółowe definicje znajdziecie tu.

Pierwsze pytanie, na które odpowiem to: dlaczego w ogóle zajmuje się tym pojęciem?

Wolność jest numerem jeden w mojej hierarchii wartości. Jest kluczowa, by podejmować słuszne decyzje!

Jak mogła trafić na szczyt mojej hierarchii, jeśli nie wiem, czym jest i jak ją rozumiem?

Polegałem na intuicji i na potocznym rozumieniu tego pojęcia. Nie potrafiłem sformułować definicji, ale potrafiłem wyczuć, jak się przejawia.

Czy nie mogę dalej polegać na intuicji?

Mogę i do pewnego stopnia będę, ale intuicja jest narzędziem niedoskonałym, powinna być konfrontowana z logicznymi argumentami. Inaczej istnieje ryzyko, że sprowadzi nas na manowce. Intuicyjne decyzje warto weryfikować, sprawdzać jak zostały podjęte i czy były poprawne.

Pora na kluczowe pytanie: dlaczego wolność jest na pierwszym miejscu mojej hierarchii wartości? Odpowiedź oprę na racjonalnym rozważaniu.

Zacznę od prostszego pytania: po co jest mi wolność?

Patrząc na definicję, zauważam, że wolność jednostki jest złożonym stanem. Mogę być wolny w jednej kwestii, jednocześnie nie mając wolności w innej. Biorąc nieco absurdalny przykład: wolno mi chodzić po chodniku, ale nie wolno mi latać nad blokami. Żeby zostać wolnym w tym drugim przypadku, musiałbym zaopatrzyć się w odpowiedni sprzęt (helikopter). Ze względu na tę właściwość, proste pytanie „po co mi wolność?” komplikuje się.

Na szczęście, mam do dyspozycji etykę, czyli rozumiem, co jest dobre a co złe. Przypomnę, że moja etyka, za jedyne dobro uznaje refleksyjność, czy też wzrost refleksyjności w świecie. Po definicję refleksyjności odsyłam do artykułu „O etyce stoickiej”.
Na tej podstawie domyślam się, że odpowiedź na pytanie „po co mi wolność?” powinna brzmieć: „po to, by zwiększać refleksyjność moją i innych”. Jak jednak mogę uzasadnić tę intuicyjną odpowiedź?

Pomocna okazuje się definicja wolności jako stanu jednoczesnego występowania decyzyjności i sprawczości. Sprawczość zwykle zależy od czynników zewnętrznych (praw przyrody, praw ludzkich, zasobów finansowych, cech fizycznych), rzadziej od mojej woli. Z tego powodu pominę ją w rozważaniach i przyjmę, że dysponuję zbiorem sprawczości, że są rzeczy, które mogę uczynić, ale zawartość tego zbioru nie zależy (znacząco) ode mnie.

To pozwala mi skupić się na decyzyjności i powiedzieć, że dbanie o moją wolność, jest dbałością o najszerszy zakres decyzyjności. Czyli chcę bym miał możliwie dużo decyzji, które mogę podjąć. To nie znaczy, że wszystkie podejmę, jedynie, że mam najszerszy zakres możliwości decydowania.

A czym jest decyzyjność, jeśli nie jedną z podstaw refleksyjności? Można rozumieć refleksję jako formę decydowania: decydowanie o zmianach, które chcę uczynić w sobie. Poszerzanie zbioru decyzji dostępnych w procesie refleksji, bezpośrednio rozwija moje moralne dobro. Im więcej mam wolności do zmieniania siebie, tym bardziej jestem refleksyjny.

To rozumowanie prowadzi mnie do zawężonego pojęcia wolności, wolności szczegółowej odnoszącej się do procesów wewnętrznych przemian. Nie ma tu mowy o prawie do posiadania broni, wolności od tyranii, swobodzie ekonomicznej – są drugorzędne w rozumowaniu: dlaczego wolność jest ważna dla mnie. Nie chcę powiedzieć, że są pozbawione znaczenia, nic podobnego! Mają wpływ na moją refleksyjność, ale jest on niewielki w porównaniu z tą wolnością, którą w innym miejscu nazwałem wolnością sumienia.

W tym tkwi bardzo dobra wiadomość. Najważniejsza ze wszystkich wolności jest całkowicie zależna ode mnie! Żadna zewnętrzna siła nie może mi jej odebrać ani ograniczyć!

Co nie oznacza, że mam wolne sumienie! Co je pęta?
Mylne wyobrażenia, ideologię, błędne schematy poznawcze, lęki, tabu, wady charakteru, złe nawyki, nałogi, egocentryzm, egoizm…
Co na nowo otwiera temat sprawczości!

Co z resztą zbioru wolności?

Poza obszarem wolności sumienia pozostaje szerokie pole działań i decyzji. To tam najczęściej operuje prawo, polityka i nacisk społeczny. W tym tekście nie odniosę się do tych szerokich dziedzin. Jedyne co mnie interesuje, to które z wolności są wartościowe dla mnie. Czyli o które powinienem dbać, by kultywować swoją refleksyjność, abstrahując od stanu prawnego, polityki, dyktatów religijnych czy społecznych tabu.

Nim przejdziemy dalej, muszę poruszyć pytanie: czy to na pewno dalej jest wolność? Jeśli weźmiemy sprawczość w ściśle stoickim sensie, to opuszczając domenę wolności sumienia, zostawiłem ją za sobą! Przecież ode mnie zależą tylko moje sądy, myśli i decyzje. Wszystko, o czym będę mówić dalej, nie jest już wolnością w ścisły sensie, bo nie ma w tym prawdziwej sprawczości! Jedynie przypomina nieco wolność.

Wprowadzę dwa pojęcia: wolność faktyczna, czyli wolność sumienia i wolność pozorna, czyli tycząca się preferowanych stanów świata zewnętrznego i decyzyjności w ich względzie. Dla odróżnienia tą pierwszą będę pisał wielką literą.

Jakie elementy zbioru wpływają na moją refleksyjność?

Trzy sfery wydają się najważniejsze: ekonomia, słowo i ciało.

Wolność ekonomiczna to posiadanie wystarczającej ilości środków, by zakupić jedzenie, schronienie, książki, środki czystości, leki, komputer, dostęp do Internetu, elektryczność, wodę, ogrzewanie. Dodatkowo jest przydatnym dla mojego spokoju ducha, bym miał możliwość odłożenia co roku pewnej kwoty.

Nie interesuje mnie system, w jakim funkcjonuje, tylko jakie zasoby materialne potrzebuje i czy mogę o nie skutecznie zabiegać.
Pojawia się element sprawczości: czy mam możność zdobycia niezbędnych zasobów?

Wolność słowa to dostęp do nieocenzurowanej myśli. Realizuje ją poprzez dostęp do Internetu, księgarni i bibliotek oraz w swobodnych dyskusjach z ludźmi.

Wolność cielesna to możność chronienia swego ciała, wystawiania go na szkodę i modyfikowania.

Czy te wolności podlegają ograniczeniom?

Żadna z nich nie może realizować się kosztem drugiego człowieka i jego refleksyjności. Moja refleksyjność nie jest lepsza ani gorsza od refleksyjności bliźniego i nie mam prawa jej faworyzować. W praktycznych sytuacjach nie da się stwierdzić, komu zasób przyda się bardziej, niedopuszczalne jest więc zawłaszczanie zasobów innych ludzi.

Jest złe, by moje używanie którejś z nich stwarzało zagrożenie, wyrządzało krzywdę lub zubożało drugiego – w kontekście wolności, ale przede wszystkim Wolności.

Jak wolność ekonomiczna wpływa na moją refleksyjność?

Tworzy bazę do rozmyślań poprzez zaspokojenie podstawowych potrzeb cielesnych i zapewnienie energii, a następnie wyposażenie mnie w narzędzia, które refleksję ułatwiają i usprawniają. Drugorzędny wpływ bierze się z zapewnienia bezpieczeństwa wykraczającego poza dziś, czyli zgromadzenia oszczędności.

Jak zdobywam wolność ekonomiczną?

Osobiście czynię to poprzez pracę zarobkową. To nie jedyny sposób, ale dość typowy. Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest to, że żyję w systemie społeczno-prawnym, który umożliwia takie zarobkowanie i względnie swobodne wydawanie zarobionych środków.  

Jak wolność słowa wpływa na moją refleksyjność?

Jej najważniejszym aspektem jest swoboda dyskusji i wymiany idei. Poddawanie własnych idei krytyce zewnętrznej jest cennym źródłem refleksji. Przyswajanie i krytykowanie idei innych jest źródłem nowych sposobów myślenia.

Ja zdobywam wolność słowa?

Moja sprawczość w tej dziedzinie to po pierwsze szczere wypowiadanie swoich poglądów na różnych forach i przyswajanie informacji zwrotnej.
Po drugie to aktywne szukanie myśli innych, by się z nimi skonfrontować.

Warunkiem zewnętrznym mojej sprawczości jest funkcjonowanie w systemie społeczno-prawnym, który nie cenzuruje idei.

Jak wolność cielesna wpływa na moją refleksyjność?

Po pierwsze bezpieczeństwo przed atakiem z zewnątrz na moje ciało pozwala mi skierować zasoby od obrony ku wewnętrznej refleksji.

Po drugie dbanie o zdrowie mojego ciała i umysłu pozwala mi zmaksymalizować zasoby, które mogę przeznaczyć na refleksję.

Po trzecie moje ciało jest narzędziem kontaktu ze światem zewnętrznym, ekspresji, dawania i przyjmowania informacji zwrotnej.

Jak zdobywam wolność cielesną?

Ta pierwsza zależy od systemu społeczno-prawnego, w którym funkcjonuje. Moja kontrola jest tu iluzoryczna.

Ta druga zależy po pierwsze od moich genów, na które nie mam wpływu. Po drugie od mojego stylu życia, nad którym mogę pracować, wybierając to, co jest zdrowe i korzystne dla mego ciała. Po trzecie od przypadku, decyzji innych ludzi, zjawisk przyrody etc.

Ta trzecia podobnie jak druga zależy od genów (uzdolnień) i przypadku (kontuzji, wypadków) oraz moich decyzji jak ze swego ciała korzystać.

Zdefiniowałem Wolność i wolność oraz odpowiedziałem pokrótce na pytanie, jak korzystamy z wolności?

Dlaczego przemknąłem jedynie nad Wolnością i jej wykorzystaniem?

Bo temat zasługuje na osobny artykuł, a sporo już o nim mówiłem w cyklu o decyzjach! Tylko podkreślę, iż Wolność jest zależna od nas samych i praca nad nią jest pracą nad sobą – czyli rozwojem osobistym, drugą z moich kluczowych wartości.

Dotychczasowe rozważania były wsobne, koncentrowały się na tym, co wolność robi dla mnie i jak mogę ją poszerzać. Jednak stoicka etyka mówi o refleksyjności w ogóle. W związku z tym pytam: jak moja wolność może przysłużyć się refleksyjności innych?

Na wstępie podkreślę, że pytanie nie jest „jak powinna wyglądać wolność innych”, tylko co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmienić świat na lepsze i jakie aspekty mojej wolności pozwalają mi pomagać i służyć innym ludziom?

Zacznijmy od pierwszego pytania: co mogę uczynić ze swoją wolnością, tak by zmieniać świat na lepsze?

To pytanie sprowadza się do rozdysponowywania zasobów. Są dwa zasoby, które mam do dyspozycji: czas i dobra materialne.

Zacznijmy od pieniędzy. Gdzie powinny iść, by najbardziej przysłużyć się wolności innych?

Optymalnie, zasoby, których nie zużywam na swoje potrzeby, powinny iść w kierunku dobroczynności.
Jeden obszary to pomaganie osobom w skrajne nędzy, w kryzysie bezdomności, w kryzysie uzależnienia, w innych kryzysach psychicznych i życiowy.
Drugi to edukacja dzieci i dorosłych.
Trzeci, który ze mną rezonuje, to medycyna szczególnie ta ratująca życie.

Wszystkie z tych działań służą tworzenie przestrzeni na refleksję korzystającym z nich ludziom. Choć nie ma gwarancji, że z niej skorzystają, to wiadomo, że pieniądze pozostające u mnie niczyjej refleksyjności się nie przysłużą. Szansa na sukces jest lepsza od pewności porażki.

Czy tak czynię?

Nie, daleko mi do tego ideału, ale staram się ku niemu zmierzać.

Gdzie powinien iść mój czas?

Część mojego czasu idzie na zarabianie pieniędzy o dysponowaniu którymi już wspomniałem. To, co pozostaje, powinno się koncentrować na kilku aspektach, czyli wartościach: rozwój osobisty, kultywowanie relacji z ludźmi, twórczość (szerzenie myśli). Na dalszych miejscach są: relaks i rozrywka obniżające poziom stresu, obowiązki domowe, dbanie o zdrowie, pomaganie innym.

Wszystkie powyższe odpowiedzi są ogólnikowe i brakuje im pełnego uzasadnienia. Przyjdzie na nie czas, gdy będę rozważał szczegółowo pozostałe wartości.

Nie jestem też tych odpowiedzi pewien, przeciwnie, mam przekonanie, że są inne równie korzystne opcje, o których nie pomyślałem. Możliwe nawet, że są lepsze, bardziej efektywne sposoby na wykorzystanie moich zasobów! Jestem otwarty na wszelkie sugestie, śmiało dawajcie mi znać jakie macie pomysły!

Jedno jest dla mnie jasne, szczególnie gdy chodzi o zasoby finansowe. Jeśli będą tkwić przy moim tyłku, to niczego dobrego nie zdziałają!

Chciałbym podsumować te rozważania. Podzieliłem wolność na dwa pojęcia: Wolność i wolność.

To pierwsze odnosi się do realnej sfery mojej sprawczości, czyli moich stanów wewnętrznych: wyobrażeń, decyzji, refleksji. Ten świat jest niezależny od ignorancji z zewnątrz, tylko ode mnie zależy ile dam sobie Wolności, bo tylko ja mogę ją odbierać i dawać. To, co zewnętrzne nie ma przystępu do tej wewnętrznej twierdzy. Wolność pozorna to obszary decyzji i zjawisk ode mnie niezależnych, czyli w których moja sprawczość jest minimalna i warunkowa. Nie oznacza to, że odrobiny sprawczości, którą w tych obszarach posiadam, nie warto wykorzystać, by poszerzać granice refleksyjności. Niektóre ze wspomnianych elementów znajdą manifestację w innych wartościach, które przedyskutuję w przyszłości.

O granicach wolności – część trzecia

Artykuł omawia różne rodzaje wolności, szczególnie wolność ekonomiczną i cielesną, podkreślając ich etyczną wartość dla społeczeństwa. Skupia się na równowadze między zasobnością a niezależnością, podkreślając, jak ograniczenia wolności ekonomicznej mogą wspierać inne formy wolności. Argumentuje, że refleksyjność społeczeństwa wymaga bezpieczeństwa materialnego.

W dzisiejszym artykule kontynuujemy pracę z poprzedniego, analizujemy kolejne rodzaje wolności pod kątem ich wartości etycznej dla społeczeństwa.

Wolność ekonomiczna

Wzrost zasobności społeczeństwa wpływa pozytywnie na jego refleksyjność, poprzez zmniejszanie ilość osób, które muszą walczyć o zapewnienie bytu i zwiększa ilość tych, którzy cieszą się stabilnością finansową. Jest tu również ryzyko: wzrost zasobności, skutkuje zwiększeniem się ilości ludzi goniących ślepo za zyskiem – czyli będących w ekonomicznej niewoli.
Tak jak dla jednostki, tak dla społeczeństwa, wolność ekonomiczna nie tkwi w maksymalnym zysku, raczej w równowadze: w wolności od ubóstwa i wolności od nadmiaru, bo oba te stany szkodzą refleksyjności. Rzecz w tym, że społeczeństwu trudniej ją osiągnąć niż jednostce, a jej utrata prowadzi do gwałtownych zjawisk społecznych, dodatkowo szkodzących wolności.

O wolność ekonomiczną społeczeństwa dbają dwukierunkowo. Z jednej strony zapewniają swobody ekonomiczne. Podstawową jest swoboda działalności gospodarczej, czyli zdolność do wytwarzania dóbr, ich przechowywania i transportowania. To wolność podejmowania pracy i zatrudniania za uzgodnionym wynagrodzeniem. Wreszcie wolność handlu, czyli sprzedaży i zakupu wytworzonych dóbr, ich wymiany na inne lub ekwiwalent pieniężny. Te fundamenty wolności ekonomicznej nie są niewzruszone, każdy jest ograniczany. Nie wszystkie dobra mogą być wytwarzane, nakładane są wymogi na ich przechowywanie i transport. Za pracę trzeba zapłacić minimalną stawkę. Wielu produktów nie można sprzedawać wcale, a innych nie można sprzedawać pewnym grupą ludzi. Współczesne społeczeństwa nie mają wątpliwości, że fundamenty wolności ekonomicznej nie są monolitami i można je regulować, jest kwestią umowy jak bardzo.
To nieintuicyjne, ale środkami dbałości o wolność ekonomiczną są także podatki i redystrybucja dóbr. To pozorna sprzeczność wynikająca z niezrozumienia różnicy między kontekstem indywidualnym a społecznym. W przypadku indywidualny, nic nie stoi na przeszkodzie, by jednostka gromadziła coraz więcej zasobów. Tak jak omawialiśmy w pierwszej części cyklu, nie ma z tego korzyści, ale nie ma i szkody. W społeczeństwie sytuacja jest diametralnie różna. Zgromadzenie wszystkich zasobów w rękach jednej osoby to katastrofa. Społeczeństwo jest ekonomicznie wolne, czyli maksymalizuje refleksyjność, gdy największa ilość ludzi ma zapewnione środki na przetrwanie i jak najwięcej ma zgromadzone oszczędności, dające bezpieczeństwo. Ten stan można osiągnąć, między innymi poprzez podatki i redystrybucję.

Wolność ekonomiczna sytuuje się najniżej pośród omawianych rodzajów. Właściwie nie zdarza się by inne były jej podporządkowane, a co najmniej żaden przykład nie przychodzi mi do głowy.
Często natomiast ograniczamy wolności gospodarczą jednych, na rzecz drugich. Wspomniana redystrybucja dóbr jest takim zabiegiem. Idea produktów regionalnych (oscypek itp.) i chronionych znaków towarowych są również przykład restrykcji. Temat jest rozległy, ale ekonomiści i prawnicy poświęcili mu dość uwagi, ja więc się tu zatrzymam.

Wolność ekonomiczna jest ograniczana, by inne mogły prosperować. Większość ograniczeń omawialiśmy uprzednio, przypomnę hasłowo kilka z nich: zakaz handlu narkotykami, zakaz niewolnictwa, ochrona przed pozbawianiem minimum egzystencjalnego, zakaz sprzedaż narządów, zakaz stręczycielstwa, zakaz sprzedaży tytoniu i etanolu nieletnim itd.
Czy sobie z tego zdajemy sprawę, czy nie, żyjemy w świecie mocno ograniczonej ekonomii. Wiele z tych ograniczeń wrosło mocno w społeczność i nie jest kwestionowane, choć każde napotykało na opór, kiedy było wprowadzane.

O wolności ekonomicznej spotykamy wiele fałszywych wyobrażeń, jest on najbardziej niezrozumianą z całej grupy!
Wolność ekonomiczna nie oznacza prawa do szkodzenia innym, nawet jeśli przynosi zyski, nie jest przejawem wolności. W drastycznych sytuacjach nie ma co do tego wątpliwości: przyjmowanie zleceń na zamordowanie czy pobicie człowieka, jest niedopuszczalne i argumenty o swobodzie działalności gospodarczej tego nie zmienią. Wolność ekonomiczna wchodzi w konflikt z wolnością cielesną i musi ustąpić pola. W subtelniejszych sytuacjach, społeczeństwo nie jest tak zdeterminowane. Weźmy produkcję i sprzedaż papierosów, ta aktywność narusza wolność cielesną ludzi używających uzależniającego produktu. Czyni on spustoszenie w społeczeństwie, zabijając jego członków. Ich produkowanie i sprzedaż powinno być zakazane bez oglądania się na swobodę gospodarczą! Także tutaj powinna ustąpić wolności cielesnej. Podobnie dla alkoholu, gdzie konflikt rozciąga się także na wolność sumienia ze względu na zaburzanie pracy mózgu.

Wolności ekonomiczna, nie ogranicza się do swobody wymiany dóbr i obrotu towarem, jest także zdolnością do zapewnienia sobie bytu. System, który spycha masy ludzi w ubóstwo, nie jest wolny, niezależnie ile razy użyjemy tego słowa w nazwie! Gdzie przewaga materialna jest wykorzystana do zmuszania innych, pod groźbą ruiny czy śmierci głodowej, do robienia czego zażyczy sobie posiadacz, tam mamy system półniewolniczy będący zaprzeczeniem wolności! Łatwo poddać się iluzji, że gdzie wszystko można tam jest wolność, warto jednak sprawdzić, czy nie ma jednostek i grup społecznych, które nie mogą absolutnie nic.

Gdzie ludzie umierają z głodu przez brak pieniędzy, tam nie ma wolności ekonomicznej! Gdzie ludzie mieszkają pod mostem, bo nie stać ich na schronienie, tam nie ma wolności ekonomicznej! Gdzie ludzie są wyrzuceni poza nawias bytowania bez swojej winy, tam nie ma wolności! To jest prawdą w obrębie społeczeństwa, a także w skali globalnej. Jeśli w Etiopii ludzie umierają z głodu, bo nie stać ich na jedzenie, to nie ma na świecie wolności ekonomicznej! Ważne, by zdać sobie sprawę, że jesteśmy jednym i że nasze życie nie jest cenniejsze od życia Etiopów, amerykanów czy chińczyków. Wszyscy zasługujemy, by zaspokoiwszy głód rozważać pytania o naturę człowieka.
Uprzedzając argumenty o uzależnionych, którzy trafiają na ulicę ze względu na swój nałóg: społeczeństwo nie ma interesu refleksyjnego, by się nimi zajmować, póki nie zdecydują się leczyć z nałogu, kiedy to ma wielki interes. U czynnego nałogowca nie ma przestrzeni na refleksję, u trzeźwiejącego jest jej ogrom!

Nawet regulowana ekonomia pozostaje sferą, w której możemy sporo zdziałać na rzecz wolności. Zauważyliśmy, że duże rozwarstwienie majątku jest niekorzystne, a to dlatego, że duża grupa ludzi zostaje zepchnięta poniżej granicy ubóstwa. Są oni skoncentrowani na zapewnieniu sobie bytu na najbliższy czas. To nie sprzyja refleksyjności.
Wśród najbogatszych nie ma nic, co by kompensowało tę stratę, a dodatkowe miliony na ich kontach nic nie znaczą dla refleksyjności. Refleksyjność biedaka i bogacza jest równo cenna, więc rozwarstwienie zubaża społeczeństwo.
Jednocześnie całkowita równość nie jest pożądanym stanem. Doza nierówności – najlepiej powyżej minimum, a nawet bezpieczeństwa bytowego – motywuje niektórych do poszukiwania nowych rozwiązań, które pozwolą awansować w społeczeństwie. To pozytywne zjawisko dla refleksyjności, o ile nie przeradza się w kompulsywne dążenie, by mieć więcej. Idealnie wolne społeczeństwo, charakteryzowałoby się zapewnionym bezpieczeństwem finansowym i konkurencją o zasoby nadmiarowe.
Najważniejszym co możemy zrobić dla wzmocnienia wolności ekonomicznej, jest ograniczanie nędzy. Bezpieczeństwo materiale jest przydatne, ale nie równa się, z jakiego przeskokiem dokonuje człowiek, przechodząc od ubóstwa do stabilności. Zwracajmy uwagę na to, co możemy zrobić, by wspomóc taką przemianę, zarówno jako jednostki, jak i społeczeństwo. Nie ograniczajmy się w tym do najbliższego otoczenia, sięgajmy wyobraźnią do innych krajów, na inne kontynenty docierając i tam z naszą pomocą!

Wolność cielesna

Posiadanie kontroli nad własnym ciałem jest istotnym aspektem naszej refleksyjności. Jest ono podstawowym narzędziem i polem doświadczalnym dla woli i myśli, ale choć ważne, nie jest tak kluczowe, jak uważa wielu. Posłużę się przykładem: jeśli w wypadku stracę ramię, moje ciało zmniejszy się, ale moje człowieczeństwo pozostanie nietknięte. Dlatego wnoszę, iż nasza natura nie tkwi w naszych członkach, lecz się nimi posługuje.
Multum aspektów naszej wolności cielesne jest ograniczane lub powinno być. Z perspektywy jednostki wspomnieliśmy o tym. Patrząc z perspektywy społeczeństwa, jest nawet wyraźniejszym, jak ważne jest wytyczanie jej granic.

Podstawowym sposobem systemowego dbania o nią, jest ochrona nietykalności cielesnej. Dotyczy to ochrony przed nadmierną ingerencją władzy, jak i przed atakiem ze strony członków społeczności. Uszkodzenie ciała drugiej osoby, z drobnymi wyjątkami, jest przestępstwem lub wykroczeniem zależnie od okoliczności. Rozciąga się to także na pozbawianie innego możliwości przemieszczania się – czyli więzienie. To aspekt na pograniczu wolności poruszania się.
Jednostka ma władzę decydowania o swoim ciele. W myśl tego zabiegi medyczne mogą być wykonywane za zgodą pacjenta (o ile jest w stanie jej udzielić). Zauważmy, że ta zasada ewoluowała, w przeszłości dokonywano przymusowych lobotomii czy kastracji. Zasada kontroli daje jednostce prawo uszkodzeń swojego ciała, samookaleczenia. Może je modyfikować poprzez tatuowanie, piercing, operacje plastyczne itp. Kobieta powinna móc zdecydować czy zachować ciąże. Niezależnie od tego, czy się z decyzjami jednostki zgadzamy, czy nie, może ona być moralna, bo stanowią wyraz refleksyjności przejawianej w kontakcie z naszą fizycznością. Refleksyjność nie żyje w próżni, a jej wehikułem jest nasze ciało.
To nie zwalnia nas z empatii i odpowiedzialności. Jeśli ktoś okalecza swoje ciało żyletką, nie ma powodu, by taką osobę potępiać lub osądzać. Można jej współczuć tak drastycznych zachowań i starać się jej pomóc, jeśli to możliwe. Nieosądzanie nie oznacza jednak, że moralnym jest dać owej osobie paczkę żyletek w prezencie. To działa na szkodę refleksyjności, promuje kompulsje i jest aktem szkodzenia człowiekowi. Dodam jednak, że są tu niuanse i jeśli wiemy, że konsekwencje niedostarczenia żyletek będą katastrofalne, moralnym może być je dostarczyć. Nie zwalniam też okaleczającego się z moralnej odpowiedzialności przed samym sobą za wyrządzanie sobie krzywdy!

W hierarchii cielesność plasuje się przed przemieszczeniem się i ekonomią. Sama jest ograniczana często na rzecz wolności sumienia i wolności słowa.
Typowym przykładem jest zakaz (lub ograniczenie) sprzedaży, narkotyków. Weźmy heroinę: nielegalnym jest produkowanie, sprzedaż i posiadanie (poza zastosowaniami medycznymi). Stoi to w sprzeczności ze swobodą do zażywania takich substancji, na jakie mamy ochotę. Dyskutowaliśmy poprzednio [LINK] jak niszczycielskie są takie środki dla zdolności do jasnego myślenia. W społeczności szkody rozszerzają się jeszcze na osoby w kontakt z zażywającą oraz na opiekę zdrowotną, która poddana jest obciążeniu z powodu narkotyku. Tracimy ludzkie życie i zdrowie w wyniku przestępstw popełnianych pod wpływem. Tracimy w przeładowany systemie zdrowia, który leczy osoby zażywające. Tracimy wolność przyszłych pokoleń, w dzieciach, które wychowują się z zażywającymi rodzicami. Wolność jednostki do brania blednie przy tak negatywnych konsekwencjach.
Nie każda niszczycielska substancja jest zakazana, dostęp do niektórych jest tylko utrudniany. Wprowadza się ograniczenia wiekowe, opodatkowanie, które ma pokryć koszty dla systemu zdrowia i temu podobne. W innym miejscu podawałem w wątpliwość takie półśrodki, czasem jednak nie da się w praktyce zrobić więcej.

Najczęściej, by chronić wolność cielesną, ograniczamy ekonomiczną. Podam dwa drastyczne przykłady, ale jest ich więcej.
Pierwszy to zakaz niewolnictwa, czyli posiadanie człowieka jako własności. Swoboda cielesna jednej osoby jest ważniejsza od wolności ekonomicznej drugiej. Takie przypadki wciąż się zdarzają, choć są bacznie tropione i eliminowane. Pokusa jest tak wielka, że pojawiły się subtelniejsze sposoby niewolenia, oparte o przymus ekonomiczny, stawiające przed wyborem: albo wykonasz polecenie, albo umrzesz z głodu. Można być refleksyjnym niewolnikiem, ale jest to znacznie trudniejsze, dlatego też niewolnictwo jest nieetyczne.
Drugi przykład to kupowanie organów. Medycyna jest w stanie przeszczepiać narządy, co bywa jedynym sposobem ratowania życia. System dawców powinien być chroniony przed nadużyciami, czyli organy powinny trafiać do najbardziej potrzebujących niezależnie od ich statusu majątkowego czy społecznego. Korumpowanie systemu powinno być surowo karane. Życie bogacza jest warte tyle, co życie nędzarza. To ich refleksyjność ma wartość, a ona niezależna od zasobów materialnych!

Powszechnym błędem przy rozmowach o tej wolności jest przecenianie jej znaczenia. Nie sugeruje tutaj, że jest nieistotna, nic z tych rzeczy, raczej, że jest mniej istotna, niż większość zakłada. Wynika to z jej obosiecznej natury, to znaczy, że może mieć korzystny wpływ na refleksyjność, ale może i negatywny.
Kiedy jednostka niszczy ciało, skraca życie, niszczy umysł narkotykami – wtedy społeczeństwo traci refleksyjność, mimo że są to przejawy popularnie rozumianej wolności cielesnej. Kiedy im się przyjrzymy, zauważymy, że są jednak aktami niewoli. To musi być brane pod uwagę, gdy dyskutujemy jak przeprowadzić jej granice.
Z drugiej strony, jest istotne, by człowiek mógł decydować o swym ciele. Niezgodność między umysłem a ciałem jest niszcząca dla wolności myśli jednostki, a w związku z tym dla jej refleksyjności. Każdy z nas jest artystą, a materia, w której tworzymy to nasze ciało – mimika, mięśnie, tatuaże, blizny i zmarszczki.
Na szczęście konflikt między drugim a pierwszy błędem jest iluzoryczny, bo narkotyki nie są siłą twórczą, lecz niszczącą. Trzymanie ich z dala od naszego organizmu jest godnym pochwały przejawem wolności! W dużej mierze, eksperymenty z substancjami już obnażyły swoją bezużyteczność, można ich zaniechać.

Dbając o ciało, dbamy o wolność. Warto korzystać z wiedzy medycznej i fizjologicznej. Konsultować się z lekarzem i zajmować się chorobami, które nas trapią. Warto dbać o dobry sen i nie ignorować zaburzeń w jego rytmie – jest istotny dla zdrowia naszego mózgu. Regularne uprawianie sportu i utrzymywanie dobrej kondycji przyniesie korzyści w samopoczuciu i jakości myślenia. Eksperymentujmy z nowymi doznaniami i wyzwaniami, ale zawsze z rozsądkiem.
Nie dajmy się zwieść substancjom, które oddziałują bezpośrednio na układy naszego mózgu (układ nagrody). Może się wydawać, że dają przyjemność, radość, zaspokojenie i korzystnie wpływają na życie, ale w ich przypadku nie możemy ufać osobistemu doświadczeniu! Jest ono zaburzone przez hiper stymulacje układu nagrody, pozytywne aspekty zażywania są wzmacniane, negatywne ignorowane. Nasz mózg gromadzi zafałszowane oceny sytuacji! Zamiast polegać na własnych wspomnieniach, złóżmy wiarę w nauce, która bezstronnie bada skutki uboczne, korzyści i szkodliwość tych substancji.
Uważajmy też na substancje, które szkodzą naszemu ciału. Zwracajmy uwagę, co jemy, pijemy, czym się smarujemy. Wiele produktów ma skutki uboczne, które nie są zauważalne natychmiast, lecz po latach. Tam, gdzie dostępne są badania, polegajmy na nich, na opinii ekspertów popartej materiałem doświadczalnym.

Wolność przemieszczania się

Wolność przemieszczania się jest ważniejsza dla społeczeństwa niż jednostki. Idee najlepiej przenoszą się wraz z wyznającymi je ludźmi i choć na jednostkę, poznanie nowej kultury czy spojrzenia na świat, ma niewielki wpływ, to na społeczność już ogromny. Dochodzi do modyfikowania miejscowych paradygmatów, bardzo subtelnego, nieomal niezauważalnego, jednak dotykającego tak wielu, że odciskającego piętno na refleksyjności społeczeństwa. Mieszanie kultur, religii i idei stymuluje ich rozwój. Nawet jeśli się ze sobą konfrontują, to w konfrontacji zmieniają się, a zmiana jest warunkiem koniecznym postępu.
Warto też zauważyć, że swoboda poruszania się dział korzystnie na ekonomię, poprzez zwiększenie wymiany biznesowej i handlowej.

Ważny aspekt dbałości o swobodę przemieszczania się rozgrywa się na poziomie międzynarodowym. Im mniej granic, czy im mniej kontroli na granicach, tym lepiej. Przykładem jest tutaj strefa Schengen. Druga opcja to ruch bezwizowy, im więcej krajów im szerzej na niego zezwala, tym lepiej. Trzecia kwestia to łatwość uzyskania paszportu. Wszystkie razem tworzy środowisko przyjazne swobodzie poruszania się.
Mniej oczywistym aspektem tej wolności jest dostęp do środków transportu. Ujawnia się on w każdej skali od międzynarodowej do gminnej. Tanie połączenia lotnicze, rozwinięta sieć kolejowa międzymiastowa i lokalna. Sieć dróg i autostrad dla dalekich podróży autem. Transport zbiorowy dla miast czy gminy wiejskich. Infrastruktura rowerowa. Wszystko to sprzyja swobodzie przemieszczania się, w skali istotnej dla przeciętnego człowieka.

Wolność ta stoi w wyżej tylko od ekonomicznej, jednak w praktyce rzadko zdarzają się sytuacje, w których byłaby potrzeba ją ograniczać. Zwykle nie oddziałuje negatywnie na rzeczywistość, zachowując niewielki pozytywny wpływ.
Jedynym przypadkiem, który kojarzę z ostatnich lat, bardzo wyrazistym, była pandemia COVID. Tutaj wolność poruszania się została ograniczona drastycznie i sensownie ze względu na wolność cielesną. Uczyniono to, by ograniczyć liczbę ofiar. Innym przykładem, może być wojna. Miejmy nadzieje, że podobne sytuacje zostaną nam oszczędzone, ale nie ma na to gwarancji.

Przykłady ograniczania innych wolności, by chronić tą, tyczą się dziedziny ekonomicznej i są marginalne. Jedną z nich jest służebność gruntów, która wymusza użyczanie terenu na przykład pod swobodny przejazd. Jest wymagana, by okolice ze szczególnie skomplikowaną strukturą własności mogły funkcjonować, acz jej główne zastosowanie to zapewnienie dostępu mediów (linie wysokiego napięcia itp.).
Pewnym ograniczeniem wolności ekonomicznej jest powszechny dostęp do dróg miejskich czy gminnych. W teorii samorządy mogłyby mieć możliwość pobierania myta, tak jak to się czyni na autostradach czy mostach. Praktycznie nie spotyka się podobnych rozwiązań. Swoboda przemieszczania się bierze górę nad chęcią zarobku społeczności.

Typowym błędem przy tej wolności, są próby jej ograniczania. Przez wieki dyktatorzy i inne rządy próbowały uniemożliwiać obywatelom zmianę miejsca pobytu. Często motywował to strach przed fermentem intelektualnym, jaki mobilność przynosi. Wynalazki typu paszport wewnętrzny w ZSRR, czy obowiązek meldunkowy w PRL, to jedne z wielu administracyjnych zamachów na wolność podróżowania.
Jeśli cofniemy się dawniej w historii, trafimy na systemy ekonomiczno-społeczne (feudalny, niewolniczy), które w założeniach miały ograniczanie swobody przemieszczania i osiedlania się.
Wreszcie mamy kwestię prób zatrzymywania uchodźców na granicach. Podobnie jak powyżej motywacją za takim działaniami jest strach. Czasem jest to strach ekonomiczny, że zabraknie zasobów dla nas, jeśli ich przyjmiemy. Czasem kulturowy, że zniszczą naszą kulturę. Czasem religijny, że sprowadzą nam obce wierzenia. Czasem rasowy, że przyniosą gorsze geny do narodu wybranego. Każdy z tych strachów, jest rozdmuchaną przesadą. Większość społeczeństwa zachodu ma zasobów w bród. Jeśli kultura czy religia jest tak słaba, że rozpadnie się pod naporem kilku tysięcy obcych, to może lepiej by upadła? Argumenty rasowe nauka dawno obaliła. Strachy o przestępczość zwykle są wyolbrzymione, a policja potrafi sobie z nią radzić. To, co natomiast stanie się pozytywnego, to wzrost idei, z którymi można dyskutować i o których można dyskutować – a to zysk dla społecznej refleksyjności!

W miarę prostym jest, co możemy uczynić, by tę wolność wspierać: robić więcej tego, co już robimy. Otwierajmy kolejne granice. Im mniej potrzebny jest paszport, tym lepiej! Szukajmy opcji na rozszerzenie strefy Shengen, nowych partnerów, których można by w nią włączyć. Zabiegajmy o zniesienie wiz, by do minimum obniżyć koszty i formalności podróżowania. Niech to będzie ruch w obie strony, dla nas, ale i do nas! Otwórzmy się na imigrację, bo wzbogaci nasz społeczeństwo.
No i jeszcze, rozszerzajmy strefy wolnego handlu, jako element wolnego przemieszczania się. To fantastyczny sposób na stymulowanie rozwoju gospodarczego! Na zakończenie dobra albo zła wiadomość. Ten cykl rozrośnie się na jeszcze jeden artykuł, poświęcony krytyce popularnych mitów o wolności. Właściwie to jeszcze o dwa, ostatni będzie syntezą wszystkiego tego co poruszyłem do tej pory w kilku żołnierskich słowach. Mam nadziej, że to pomoże przyswoić pierwotny materiał. W przyszłości od takiej właśnie będę się starał zaczynać, a nie na niej kończyć.

O granicach wolności – część druga

Artykuł analizuje wolność z perspektywy stoickiej, skupiając się na jej wpływie na refleksyjność jednostki i społeczeństwa. Podkreśla znaczenie wolności sumienia, edukacji oraz wolności słowa i religii, które powinny być chronione i promowane, aby wspierać rozwój myśli i wiedzy w społeczeństwie.

W poprzednim artykule omówiliśmy w kontekście etyki stoickiej kluczowe aspekty terminu „wolność” odnoszące się do doświadczenia jednostki. Zastanawialiśmy się, jak można zmaksymalizować refleksyjność pojedynczego człowieka. Dziś spojrzymy na to zagadnienie z punktu widzenia społeczeństwa – jako ono wyznacza granicę wolności, by maksymalizować globalną refleksyjność.
Gorąco zachęcam, by wpierw przeczytać część pierwszą , inaczej wiele stwierdzeń w tym tekście będzie dla was niejasna!
Polecam także artykuł z przydatnymi definicjami!

Wolność z perspektywy społeczeństwa

Temat od strony jednostki omówiliśmy, zastanówmy się, co się zmieni, gdy zaczniemy mówić o społeczeństwie, czyli jeśli refleksyjność, którą maksymalizujemy, nie jest naszą własną, ale ogólnoludzką? Postaram się nie powtarzać już przytoczonych rozumowań i skupić się na tym, co się zmienia albo co jest zupełnie nowe.

Wolność sumienia

Refleksyjność społeczności korzysta z wolności sumienia jednostek ją tworzących. Jest w jej interesie ustalać prawa i granice innych wolności tak, by korzystała na tym ta konkretna. Zazwyczaj będzie poprawnym ograniczyć wolność ekonomiczną, czy cielesną po to, by poszerzyć swobodę myśli.

Poza dbaniem o utrzymanie możliwie szerokiego jej zakresu rola w rozwijaniu wolności sumienia spoczywa na społeczeństwie poprzez system edukacji i wychowywanie kolejnego pokolenia. Role do odegrania mają tu przede wszystkim rodzice oraz szkoła.
Psychologii znany jest wachlarz zaburzeń, które mają korzenie w dzieciństwie i w procesie wychowania. Każde z tych zaburzeń jest umniejszeniem refleksyjności osoby nim dotkniętej, a przez to także refleksyjności całości.
Idealną sytuacją jest wychowywanie się z niezaburzonymi rodzicami w bezpiecznym domu rodzinnym. Nie jest istotne czy są to rodzice biologiczni, czy są tej samej, czy różnych płci, ważne by byli zdrowymi, dojrzałymi osobami, które dziecko kochają i dają mu opiekę. Takie sytuacje powinno społeczeństwo promować. W miarę możliwości dzieci powinny wyrastać w stabilnych rodzinach.
Przeciwieństwem są rodzice głęboko zaburzeni: znęcający się nad dzieckiem, wykorzystujący je czy krzywdzący na różne sposoby. Wychowanie w takim domu doprowadzi do rozwoju zaburzeń u dziecka. W interesie dobra powszechnego jest, by społeczeństwo wkroczyło i wyrwało młodego człowieka z patologicznej sytuacji.
Między ekstremami rozciąga się spektrum problemów. Gdzie przeprowadzić granicę, kiedy odbieramy dziecko rodzicom? Nie wiem. Określenie tego leży w kompetencji nauk szczegółowych, psychologii i psychiatrii, które mogą szukać optimum.

Społeczeństwo może i powinno ograniczać inne rodzaje wolności, by chronić wolność sumienia. W praktyce już to robi, choć niekoniecznie używa właściwych argumentów. Mam wrażenie, może mylne, że zazwyczaj w dyskusji społecznej, politycznej i prawnej, za nadrzędną uznawana jest wolność cielesna i jej warianty (wolność do życia, zdrowia etc.). Tuż za nią plasuje się wolność ekonomiczna, rozumiana jako prawo do gromadzenia.
Z mojej perspektywy to błędnie ustawiona hierarchia. Źródła błędu dopatruje się w łatwości zmierzenia tych dwóch wolności. Granice ciała są ściśle określone, majątek można policzyć i zweryfikować — obie łatwo przekładają się na język praw i przepisy. Pozostałe wolności są efemeryczne, trudniejsze do zrozumienia i zmierzenia. Niestety, taki argument, choć zrozumiały, jest błędny i sprawia, że akcenty w prawie i kulturze są położone w złych miejscach.

Spójrzmy, jak społeczeństwo ogranicza naszą swobodę, by chronić wolność sumienia i gdzie jest potencjał, by zrobić więcej. Nie będę przechodził przez całą rzeczywistość prawną i społeczną, wezmę tylko jeden przykład, który można próbować uogólniać.
Sięgnę do ulubionego tematu, czyli do substancji psychoaktywnych. Duża grupa tych substancji jest zakazana w obrocie poza medycznym. Dotyczy to narkotyków wszystkich typów: depresantów (heroina, inne opiaty), stymulantów (kokaina, amfetamina) i psychodelików (LSD, pewne grzyby). Ich sprzedaż, produkcja i posiadanie jest zakazane, przy czym zakaz nie dotyczy stosowania ich jako leków. To klarowne rozgraniczenie. Wolność jednostki do zażywania substancji jest ograniczana przez społeczeństwo, ponieważ szkodzą zdrowiu jednostki, generują koszty dla opieki zdrowotnej i tak dalej. Szczególną ochroną otaczamy dzieci, rozumiejąc, że narkotyki są dla młodego organizmu szczególnie szkodliwe.
Argument jest błędny, wniosek słuszny. Te substancje powinny być zakazane dlatego, że działają niszczycielsko na refleksyjność osób je zażywających. Ten wpływ ja dzielę na: wpływ krótkoterminowy (oszołomienie narkotykiem), średnioterminowy (objawy odstawienne), długoterminowy (wieloletnie uszkodzenia zdrowi, szczególnie mózgu) i nagły (psychozy). Nie każdy narkotyk powoduje wszystkie konsekwencje. Przy niektórych są argumenty, że sprzyjają refleksyjności: psychodeliki poprzez trans, stymulanty poprzez zwiększenie aktywności mózgu. Każdorazowo przedstawiciele nauk szczegółowych mogą dyskutować za i przeciw poszczególnych substancji.

Znam trzy wyjątki pośród narkotyków, które nie są zakazane (plus przypadek graniczny). Są to: etanol, który jest narkotykiem o działaniu depresyjnym oraz kofeina i nikotyna, czyli dwa stymulanty. Przypadek graniczny to THCX, czyli kolejny depresant – w Polsce zakazany, ale jego posiadanie nie jest ścigane. W wielu krajach choćby sąsiednich Czechach jest legalny.
Pomimo swej legalności są one poddana ograniczeniom. Przykładowo, alkohol i nikotyna nie mogą być sprzedawana osobą poniżej 18 lat, zakładam, że podobnie marihuana tam, gdzie jest legalna. Kofeina nie ma tego typu ograniczeń, jedynie nie zaleca się podawania jej dzieciom. Dalej: zabronione jest prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu, ale nikotyna i kofeina nie są poddane podobnym ograniczeniom – to jest sensowne, ponieważ etanol dział tłumiąco na nasz układ nerwowy i spowalnia reakcji, a dwa pozostałe działają pobudzająco i reakcje przyspieszają. Alkohol i nikotyna są opatrzone ostrzeżeniami o skutkach zdrowotnych, a instytucje odpowiedzialne za zdrowie zalecają powstrzymanie się od ich używania.
Dlaczego akurat te narkotyki są legalne?

W przypadku alkoholu to historyczna zaszłość. Substancja była tak długo obecna w kulturze europejskiej, że przyzwyczailiśmy się do niej. Gdyby alkohol był współczesnym wynalazkiem, byłby nielegalny. Warto dążyć do jego rugowania z kultury, aż do momentu, kiedy będzie można go zakazać przy niewielki oporze.
Jeśli chodzi o nikotynę, to kłopotem jest bardzo silne uzależnienie, które wywołuje – silniejsze od alkoholu, a nawet wielu opiatów. Zakaz sprzedaży nikotyny byłby szokiem dla uzależnionych – mógłby prowadzić do niepokojów społecznych i cierpienia. Systematyczne ograniczanie jej spożycia, aż do momentu, gdy zakaz będzie możliwy do przeprowadzenia, wydaje się dobrą drogą.
Kofeina, choć silnie uzależnia, to nie ma wielu negatywnych skutków ubocznych. Tutaj możemy obserwować i kontynuować badania naukowe, jeśli nie pojawią się nowe ryzyka, nie ma sensu jej zakazywać.
Marihuana to przykład kroku z w złą stronę, wywołanego nielogicznymi pobudkami. Jedna z nich to, że jest mniej szkodliwa od alkoholu, alkohol jest legalny, ergo ona powinna być legalna. Błędem w tym rozumowaniu, jest założenie, że alkohol jest legalny ze względu na swój poziom szkodliwości. Tak nie jest. Legalność alkoholu wynika z innych przyczyn, które nie aplikują się do marihuany. Biorąc pod uwagę jej negatywny wpływ na funkcjonowanie mózgu i refleksyjność, lepiej dla społeczeństwa by pozostała zakazana.

Wiele możemy uczynić dla wolności myśli, jeśli twórczo podejdziemy do systemu edukacji. Jego obecna forma jest niesatysfakcjonująca z perspektywy wspierania dobra w społeczeństwie. Widzę dwa dodatki do tego system: edukację psychologiczną i filozoficzną. Jednak nie jako coś na marginesie, ale jako najważniejsze zajęcia na równej stopie z matematyką i językiem polskim. Wszystko inne (fizykę, chemię, historię etc.) widziałbym jako opcjonalne, poza podstawami, które mogłyby być realizowane jako „Przyroda” i „Nauka o człowieku”. Psychologię możemy rozumieć jako „naukę o emocjach”, a filozofię jako „naukę myślenia”. Oba te zagadnienia mają większy potencjał, by wzmocnić refleksyjność młodych ludzi niż klasyczne program nauczania!

Wolność słowa

Swobodny przepływ idei jest jednym z ważniejszych źródeł rozwoju myśli. Słowa jednego człowieka mogą sprowokować miliony do przemyśleń i refleksji. Dwoje ludzi w otwartej dyskusji wzajemnie podnosi się do wyżyn zrozumienia. Wolność słowa jest konieczna, by mogło to nastąpić, dlatego społeczeństwo i państwo powinny jej skutecznie bronić.

Jest oczywiste, że podstawowa swobody wypowiedzi to brak cenzury, rozumiany jako wolność publikacji i wypowiadania się w przestrzeni publicznej. Bez niej nie ma mowy o pluralizmie. Ważne jest zrozumienie, że ten wymóg rozciąga się poza literę prawa i odnosi się także do presji społecznej. To znaczy, że groźba ostracyzmu czy przemocy ze strony współobywateli, nie zamyka nikomu ust, że wypowiadanie poglądów nie niesie ze sobą tej groźby.
Wolność słowa wymaga, pod względem systemowym i międzyludzkim, by z ideami zmagać się kontrargumentami, a nie cenzurą, ostracyzmem czy napiętnowaniem. Nie bójmy się spierać z najbardziej nawet odrażającymi poglądami, uczmy się raczej uzasadniać racjonalność naszych. Jest intelektualnym lenistwem zamykać usta tym, z którymi się nie zgadzamy, tylko dlatego, że nie chce się nam zrozumieć własnych poglądów.
Idee rodzą się i upadają, zostają zapomniane – potem wracają, jako świeże odkrycie. Jest istotne, by chronić myśl poprzednich pokoleń – zarówno tą, która nam odpowiada, jak i tą, z którą się nie zgadzamy. Funkcję wolnego od cenzury magazynu ludzkiej myśli pełnią biblioteki. Te cudowne instytucje kultury, być może największe osiągnięcie cywilizacji, zbierają zapiski z intencją ich swobodnej dystrybucji. Niezależnie od postępującej cyfryzacji, ich rola pozostaje kluczowa dla wolności słowa!

Wolność słowa plasuje się na drugim miejscu pod względem ważności dla społeczeństwa po wolności sumienia. Oznacza to, że, co do zasady, pozostałe wolności powinny jej ustąpić w wypadku konfliktów. Chcę jednak zaznaczyć, że jest kilka niuansów. Dobrym przykładem są treści kierowane do dzieci i z udziałem dzieci. Te pierwsze, bo mogą zaszkodzić kształtującej się refleksyjności, poprzez manipulację niewykształconym jeszcze umysłem, niemającym odporności porównywalnej z dorosłym. Mam na myśli reklamę kierowaną do nieletnich, indoktrynację ideologiczną i religijną. Te dwie ostatnie są trudne do powstrzymania, bo zazwyczaj indoktrynującymi są rodzice. Nie chodzi o odcięcie młodych ludzi od trudnych zagadnień do osiemnastego roku życia. Specjaliści powinni się wypowiedzieć, gdzie przeprowadzić granicę.
Druga kwestia to treści z udziałem dzieci, od drastycznych (pornografia), do umiarkowanych (np. konkursy piękności dla dzieci). Tworzenie i udostępnianie takich treści działa niszcząco na refleksyjność dwojako: po pierwsze, to ryzyko krytycznego zaburzenia psychiki dziecka (im drastyczniejsza forma, tym większe). Po drugie, to umacnianie i propagowanie zaburzeń u dorosłych zaangażowanych w generowanie i konsumpcję tych treści.
Ograniczenia wolności słowa w tych przypadkach mają sens, bo są korzystne dla refleksyjności.

Przykładem ograniczenia wolności ekonomicznej, by zachować wolność słowa, jest zakaz przekupywania naukowców czy urzędników w celu ukrycia niewygodnej dla nas prawdy. Korupcja tego typu jest karygodna, ponieważ naraża zdolność wielu ludzi do podejmowania poinformowanych decyzji, godzi w ich refleksyjność, pozbawiając ich danych. Nawet gdy prawo bezpośrednio nie wkracza, na przykład w przypadku producentów alkoholu płacących za badania sugerujące jego nieszkodliwość (gdzie konflikt interesów jest ujawniony), opinia publiczna negatywnie patrzy na ten proceder.
Wolność cielesna jest nieustannie łamana dla zachowania wolności słowa. Moja wolność, by widzieć, słyszeć, wąchać etc., tylko to, co mi sprawia przyjemność, jest mi odbierana na każdym kroku. Komunikat medialny, obraz na bilbordzie czy wypowiedź człowieka na ulicy może wywoływać w nas dyskomfort psychiczny i fizyczny. Nie jest on jednak powodem, by w przestrzeni publicznej powstrzymać kogoś od wypowiedzi. Mogę się wycofać do swego domu czy bezpiecznego miejsca i tam izolować się od niepożądanych treści, ale ta izolacja nie rozciąga się szerzej.

Jest kilka praktyk we współczesnym społeczeństwie, które niekorzystnie oddziałują na wolność słowa, niektóre są systemowe, inne społeczne.
Systemowym błędem jest prewencyjna cenzura faszyzmu i komunizmu. W Polsce zakazane jest ich propagowanie. To błąd. Te skompromitowane ideologie na zakazie jedynie zyskują. Nie jest problemem, by w dyskusji pokonać przedstawicieli tych ideologii, nie jest też problemem, pokonać ich w polityce. Jeśli obawiamy się porażki z nimi na tych polach, to pora ostro przysiąść do szlifowania naszej ideologii oraz rozumienia dobra i zła. W starciach z radykalnymi poglądami otwiera się możliwość lepszego zrozumienia naszych własnych i wzmocnienia argumentów przemawiających za nimi. Nie bójmy się tego starcia!
Jeśli chodzi o błędy społeczne, to jednym z nich jest istnienie tematów tabu. Wprawdzie nie każdy temat jest odpowiedni w każdej sytuacji, szczególnie gdy słuchają dzieci, to między dorosłymi istnienie zakazanych tematów jest szkodliwe. Zamyka możliwość zrozumienia ważnych aspektów człowieczeństwa. Refleksyjność cierpi nie tylko u jednostki, ale u całego społeczeństwa. Wymień dowolny temat tabu w komentarzu, a ja dowiodę, że lepiej o nim mówić otwarcie.
Drugi błąd, o którym chciałem wspomnieć to cenzura estetyczna, czyli wykluczanie czegoś z przestrzeni publicznej dlatego, że mi się nie podoba, lub, że mnie gorszy. Moje poczucie zgorszenia nie jest miernikiem wartości idei, dzieła sztuki czy człowieka. Mam prawo do odczuć estetycznych, ale nie by używać ich jako kagańca na wypowiedź drugiego. Zawsze mogę opuścić przestrzeń, w której nadawany jest nieznośny komunikat. We współczesnym świecie próbujemy wszystko przerobić na naszą modłę, a refleksyjność lepiej rozwija się tam, gdzie można wypowiedzieć obrzydliwą prawdę.

Wolność słowa nie ma się źle w naszym społeczeństwie, warto jednak szukać ulepszeń. Czego mi brakuje, to rodzaj Hyde Parku, miejsca, gdzie można publicznie wypowiedzieć dowolne poglądy, myśli, nonsensy. Takiego, w którym są obecni ludzie zainteresowani słuchaniem. Gdzie mogę pójść i wysłuchać mówców wystawiając siebie na myśli, czasem niedorzeczne, ale mimo to stymulujące, a na pewno inne niż w uładzonym przekazie medialnym. Nie jest to więc kwestia wentyla do wykrzyczenia się dla radykałów, to stworzenie okazji by elementem radykalnej myśli zainteresował się stateczny konserwatysta. Jakże płodnie byłoby mieć takie miejsce w każdym większym mieście!

Wolność wyznania

Jak już wspominałem, jest to podgrupa wolności słowa i wiele argumentów odnosi się i tu. Warto wspomnieć o niej osobno, ze względu na wpływ, jaki wywiera na dyskurs polityczny i filozoficzny (w tym etyczny). Swoboda posiadania poglądów na kwestie duchowe jest istotna dla społeczeństwa, bo zamykanie się na jedno spojrzenie, pęta refleksję. Konfrontacja tych idei, mimo ich abstrakcyjnego charakteru, a może dzięki niemu, jest płodna intelektualnie. Podważanie cudzych wierzeń religijnych może być stymulujące dla obu stron. Ważne jest, by chronić je, przed przemocą, która może z takiej konfrontacji wybuchnąć.

Jest kilka kwestii, które w społeczeństwie powinny funkcjonować, by zapewniać wolność wyznania. Podstawową jest rozdział kościoła od państwa. Teoretycznie w ustroju nieprzestrzegającym tej zasady, możliwe jest tolerowanie innych wyznań, ale nie widzę, jak byłoby możliwe, aby były równouprawnione, jeśli jedno ma bezpośredni wpływ na władzę i kształt prawa. Państwo i stanowione prawo powinno pozostać wolne od nakazów religijnych ksiąg i religijnych przywódców. Wtedy jest największa szansa, na utrzymanie swobody dyskusji duchowej.
Te same wolności, które gwarantujemy ideą, a które omawialiśmy w poprzednim punkcie, rozciągnięte być powinny na przekonania religijne.
Wolność religijna wymaga jednak więcej. Nie wystarczy, że wszystkie wierzenia lub ich brak są legalne, konieczna jest systemowa obrona mniejszości religijnych. Jest to cecha ideologii duchowych, że z samego założenia nie dopuszczają do końca istnienia innych. Na zasadzie: ja mam rację, wszyscy inni się mylą, jest moim obowiązkiem, by ich przekonać lub, co gorsza, zmusić do ujrzenia prawdy. Dlatego system powinien mieć mechanizmy zabezpieczające mniejszości religijne przed ekspansją religii dominującej. Wiąże się to z przeciwdziałaniem dyskryminacji na tle religijnym. Czyli państwo powinno dbać, by społeczeństwo nie wyrzucało mniejszości poza nawias, odmawiając im dostępu do ekonomii, do polityki czy do wypowiedzi w mediach i na ulicach. Historycznie można zaobserwować, że religie mają tendencje do czynienia podobnych ruchów, nie wystarczy więc, by prawo nie dyskryminowało, powinno chronić przed dyskryminacją z rąk społeczeństwa.

Pod względem istotności, jest na równi z wolnością słowa, co oznacza, że co do zasady, wolność ekonomiczna, cielesna i przemieszczania się powinny jej ustępować.
Podobnie jak poprzedni są tu niuanse. Wiele z nich dotyczy dzieci i ich indoktrynacji religijnej. To trudny punktu, który nie jest realizowany we współczesnych społeczeństwa, raczej funkcjonuje domniemanie, że rodzice mogą narzucać religię dziecku, w tym okresie życia, kiedy dziecko nie ma możliwość intelektualnych, by podać w wątpliwość wskazówki rodziców. Dla rozwoju refleksyjności, to powinno się zmienić i jak najwięcej dzieci powinno wychowywać się wolne od ideologicznej manipulacji, aż do momentu, kiedy będą w stanie poddać ją krytycznej analizie.
Jest też kilka drastycznych przykładów związanych z okaleczaniem ciała dzieci w wyniku praktyk religijnych. Niektóre z nich są zakazane, inne nie. Czyli jest granica, na jaką rozległość urazów się godzimy.

Konkretnych przykładów ograniczani innych wolności, by zachować wolność wyznania, jest w społeczeństwie sporo. Koncentrują się wokół wspomnianej ochrony mniejszości wyznaniowych. Przykładowo, jest niedopuszczalne, by odmówić obsłużenia kogoś w sklepie ze względu na wyznawaną przez ową osobę religię. Rozciąga się to na inne usługi, właściwie na całą przestrzeń ekonomiczną, która jest jasno podporządkowana wolności religijnej.

Nie widzę rażących systemowych problemów z podejściem do wolności wyznania, prawo rozsądnie ujmuje to zagadnienie. Inaczej sprawa się przedstawia, gdy zaczynamy mówić o społeczeństwie. Tutaj problemów jest sporo, część z nich dotknęliśmy już wcześniej.
Po pierwsze, jest tendencja do narzucania religii innym, zwana nawracaniem. To błąd etyczny. Jeżeli rozważymy sytuację, w której jedna z religii osiąga pełen sukces, czyli wszyscy zostają nawróceni, mamy społeczeństwo, które traci źródło fermentu myśli, czyli konfrontacje idei na tematy metafizyczne. Jedność religijna obniża refleksyjność społeczeństwa, w którym panuje. To przekonanie stoi w konflikcie z etyką większości religii świata, w których za słuszne i moralne uważane jest nawracanie innowierców. Nawrócenie jest uważane za dar, osoba religijna myśli o nim w kontekście ocalenia – podczas gdy jest odwrotnie, dochodzi do zagłady i zniszczenia fragmentu refleksyjności w świecie. Dla jasności nie mam tu na myśli nawracania przemocą, za niemoralne uważam nawracanie słowem.
Po drugie, wysiłki w nawracaniu mogą prowadzić do prób kontrolowania słów i myśli, tu przechodzimy do nawracania przemocą (niekoniecznie fizyczną!). To olbrzymie zagrożenie, szczególnie w społeczeństwach, które są bliskie religijnej jedności i usuwają ostatnie ośrodki odmiennej myśli. To nieetyczne działanie, niebezpieczne dla jakości refleksji społeczności. Kontrola myśli może się też rozciągnąć na wiernych, jako gwarancja, że pozostają oddani religii.
Po trzecie, mamy „delikatniejszą” formę powyższych, czyli niechęć społeczeństwa do innowierców, przejawiająca się brakiem dialogu. To błąd etyczny, który utrudnia wymianę idei między wyznaniami, czyli pozbawia społeczeństwo cennego elementu koegzystencji wielu wierzeń. Społeczeństwo zamknięte nie korzysta z możliwości, jakie niesie różnorodność, co nie ogranicza się zresztą tylko do kwestii religijnych.
Po czwarte błędem systemowym jest dopuszczenie, by religia wpływała na prawo. Każdy przepis prawa powinien mieć świeckie uzasadnienie, które nie zależy od wierzeń konkretnej religii. Może być inspirowany przez jakąś zasadę wiary, ale musi zyskać niezależne od niej uzasadnienie. Czynię to rozróżnienie z praktycznego powodu: wiele rozsądnych praw w naszych kodeksach, wywodzi się z religijnej dysputy, jednak w międzyczasie znalazły dobre świeckie podwaliny. Nie warto wylewać dziecka razem z kąpielą i agitować za zmianą każdego z tych praw, ze względu na ich pochodzenie. Lepiej skoncentrować się na identyfikacji takich praw, które nie mają dobrego świeckiego uzasadnienia i na tym, by współcześnie nie wprowadzać do kodeksów inspiracji religijnych. W przeciwieństwie do wolności słowa, wolność religii w społeczeństwie nie ma się dobrze. Systemowo jest w porządku, mamy świeckie państwo i świeckie prawa, zagwarantowaną swobodę religijną i równość wierzeń. To, co zgrzyta i czego brakuje, to otwartość społeczeństwa na inne wierzenia i na ich brak. Nasz kraj jest jednolity kulturowo, rasowo i religijnie. Nie jesteśmy w młodym wieku wystawiani na wpływy innych wyznań. Nawet jeśli w okolicy są innowiercy, to wiele rodzin przekaże dzieciom nieufność do nich. W większości wypadków chodzi po prostu o to, że innowierców nie ma. To nie do końca prawda, bo w prawie każdej społeczności mamy choćby kilka niewierzących osób, jednak nie są one traktowane jako innowiercy, przez co, nie są naturalnymi partnerami do debat religijnych.
Nasze społeczeństwo zyskałoby na dwóch rzeczach: po pierwsze, traktowaniu ateistów i bez religijnych jako partnerów do rozważań o naturze istnienia – podejmowaniu prób zrozumienia ich punktu widzenia, tak jak mógłby kogoś ciekawić innowierca. Po drugie, zyskalibyśmy na różnorodności wyznań, na zachęcaniu ludzi wszelkiej religii by się do nas sprowadzali, wznosili swoje świątynie etc. Byśmy zaczęli przełamywać jednolitość społeczeństwa pod tym względem – przy okazji pomogłoby też z różnorodnością rasową i kulturową.
W tym miejscu postawię kropkę na ten tydzień. Tekst rozrasta się ponad oczekiwania, w związku z czym wydzielę część trzecią. Omówimy w niej wolność ekonomiczną, cielesną i przemieszczania się oraz zajmiemy się kilkoma popularnymi błędami poznawczymi co do wolności!