Dwa poziomy sądu

Czy zdarzyło wam się kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? W gniewie powtórzyliście jego słowa, pogłębiło się poczucie obrazy, zdecydowaliście się odpowiedzieć słowami, które uznaliście za mocne, a wasz gniew wzrósł. Może ta osoba także odpowiedziała i sytuacja eskalowała.

Czy zdarzyło się wam kiedyś, iż usłyszeliście, jak ktoś o was mówi, stwierdziliście, że was obraża, i poczuliście gniew? Zatrzymaliście się na moment. Zaczerpnęliście dwa oddechy. Zapytaliście siebie: czy jego zdanie jest istotne? Czy w jego słowach jest ziarno prawdy? Spojrzeliście na to, co powiedział, jako na informację zwrotną, którą można przyjąć lub odrzucić. Gniewu już z wami nie było. Nie odpowiedzieliście nic lub odpowiedzieliście ze spokojem. Sytuacja się rozwiązała.

Te dwa przykłady, które rozpoczęły się tak samo, jednak dotarły do zupełnie odmiennych konkluzji, ilustrują esencję stoickiego ćwiczenia znanego pod nazwą dwóch poziomów sądu. Opiera się ono na obserwacji, że między naszym pierwszym wrażeniem i związanym z nim zalążkiem emocji, wstępnym sądem, a reakcją i działaniem znajduje się przestrzeń, w której jest miejsce na drugi sąd – na ponowne spojrzenie i zmianę wstępnego wyobrażenia.

Dla jasności dzisiejszego wywodu konieczne jest wyjaśnienie zawiłości związanych z pojęciem emocji. Ten termin ma dwa znaczenia, z których jedno zawiera się w drugim. Oba funkcjonują w naszej intuicji językowej, mieszają się ze sobą i są praktycznie używane.

Pierwsze, szerokie, rozumienie utożsamia „emocje” ze stanami afektywnymi. W tej interpretacji miłość, smutek i złość są ich przykładami. Jest to potocznie najczęstsza intuicja tego pojęcia. Na nasze potrzeby jest ona zbyt szeroka – nie będziemy używać pojęcia emocji w tym sensie.

Drugie, wąskie, rozumienie ogranicza „emocje” do krótkotrwałych, silnych stanów afektywnych, których biologicznym celem jest mobilizacja do reakcji na zagrożenie lub szansę. Emocje o zabarwieniu nieprzyjemnym mają nas zniechęcać do robienia czegoś, a te o zabarwieniu przyjemnym – do powtarzania wywołujących je aktywności. W najprostszej wersji wyróżnia się cztery podstawowe emocje: radość, smutek, strach i złość. W tym właśnie sensie używać będziemy tego pojęcia.

Praktykowanie poziomów sądu podzieliłbym na dwa etapy. Drugi z nich to sam sąd i przyzwolenie, jakie dajemy na rozwinięcie się i wzmocnienie emocji. Pierwszy, mniej oczywisty, to uważność, która pozwala dostrzec, że proces się zaczął i mamy okazję do interwencji – to konieczność, bez której ćwiczenie nie może mieć miejsca.

Technik ćwiczenia uważności jest wiele i są dobrze znane oraz łatwe do odnalezienia w internecie czy literaturze. Są to techniki oddechowe, medytacyjne i inne. Nie będę tu ich powielał – powiem tylko, że są one dobrym narzędziem na nasze potrzeby, czyli do trenowania pierwszego etapu dwóch poziomów sądu. Zachęcam do ich stosowania, zwłaszcza że korzyści z nich płynące wykraczają poza dzisiejszy temat.

Jest jedno specjalne i nietypowe podejście do uważności, na które chciałbym zwrócić uwagę – technika, która mi osobiście pomaga w praktyce. Chodzi o coś, co nazywam „wsteczną uważnością” albo refleksją nad emocjami. Jest ona przydatna szczególnie wtedy, gdy nie mamy jeszcze zdolności i zasobów, by zachować uważność w momencie kryzysu.

Polega ona na tym, by po czasie, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie, gdy przechodzimy przez miniony dzień, zatrzymać się nad zdarzeniami, w czasie których wyzwoliła się w nas silna emocja. Chcemy zastanowić się: co było bodźcem, który zainicjował proces? Jakie przekonanie zostało aktywowane (dlaczego uznaliśmy, że coś jest dobre lub złe)? Jaką emocję uformowaliśmy? Czy ona eskalowała, a jeśli tak, to dlaczego? Jaką formę przybrała po eskalacji? Do jakich działań doprowadziła? Czy były to słuszne i produktywne działania?

Sugeruję tu szczegółowe spojrzenie. Ideą, która przyświeca temu podejściu, jest utorowanie w przyszłości łatwiejszego uchwycenia momentu podobnej reakcji. Myśląc o tym, sprawiamy, że jest większa szansa, iż nasz mózg rozpozna podobną sytuację i „aktywuje” uważność. To inwestycja w przyszłe reakcje.

Kiedy wypracujemy sobie uważność, możemy zacząć praktykować elementy kontroli. Kluczem do udanego wykonania dwóch poziomów sądu jest nie zmuszanie się do zdominowania swojej emocji. Innymi słowy, powinniśmy uważać, by nie starać się w tym procesie emocji stłumić, bo nie o to chodzi. W tej wersji ćwiczenia emocja już z nami jest – zamiecenie jej pod dywan nie pomoże, a nawet może nam zaszkodzić.

Nie tłumimy więc, tylko stawiamy pytanie: jak chcę zareagować w związku z zaistniałą sytuacją i z emocją, którą czuję? To, że odczuwam gniew, nie oznacza, że jestem zobowiązany do tego, by krzyczeć czy kogoś uderzyć. To, jak zareaguję, zależy ode mnie, ale muszę tę decyzję świadomie podjąć. Jeśli to zaniedbam, włączy się automatyczna reakcja – niejednokrotnie taka, której będę żałował. Pochodzą bowiem one z innego etapu ewolucji niż ten, na którym się znajdujemy, i często są nieadekwatne do sytuacji.

Ponownie – kluczem do sukcesu w tym ćwiczeniu nie jest forsowanie czy usilne próby zatrzymania czegoś. Kluczem jest stworzenie sobie przestrzeni w czasie – dosłownie kilku sekund. Przestrzeni wystarczającej, by wyższe procesy w mózgu miały możliwość zadziałać, rozpocząć analizę i podjąć decyzję, co dalej zrobić. Tylko tyle i aż tyle: dwie–trzy sekundy między emocją a reakcją to czas potrzebny, by w sprawę wmieszały się ośrodki kontroli w mózgu i byśmy mogli wypracować nową odpowiedź na emocję. Odpowiedź ta niekiedy będzie dokładnie taka sama jak dyktowana przez emocję – zwykle jednak dojdzie do jej modyfikacji lub nadpisania.

Jak to zrobić? Tutaj także jest niemało technik, dyskutowanych chociażby w kontekście terapii poznawczo-behawioralnej. Jedna z nich to zaczerpnąć dwa głębokie wdechy przez nos, z pełną kontrolą. Skoncentrować się na precyzyjnym oddychaniu. To są dwie–trzy sekundy, które mózg może wykorzystać na analizę. Alternatywnie możemy powtórzyć w myślach krótką mantrę. Technik jest wiele – musimy wybrać jedną, która najbardziej nam odpowiada, i ćwiczyć.

Podsumowując dzisiejszy wywód, pracując nad wyrobieniem odruchu działania na dwóch poziomach sądu, powinniśmy zacząć od praktykowania uważności, która pozwoli pochwycić moment pojawienia się emocji. Następnie winniśmy zacząć praktykować dawanie sobie odrobiny czasu między emocją a reakcją – dość, by umysł miał okazję wkroczyć z analizą sytuacji.

Na początkułatwiej będzie nam osiągnąć ten efekt w sytuacjach, gdy mamy do czynienia z niezbyt intensywną emocją. Z czasem, w miarę praktyki, będziemy mogli dotykać coraz trudniejszych, intensywniejszych sytuacji.

To są dwa istotne czynniki: czas i praktyka. Tak jak w każdym właściwie ćwiczeniu stoickim, nie osiągniemy żadnych efektów, jeśli nie zainwestujemy czasu i nie będziemy praktykować. Nie ma tu drogi na skróty. Jeśli chcemy emocjami zarządzać, zamiast je tłumić, to musimy ćwiczyć wytrwale i pogodzić się z faktem, że postępy zajmą lata, że czasem nastąpi regres, że prędzej czy później przyjdzie zdarzenie tak intensywne, że wytrąci nas z rytmu.

Doskonałość nie jest naszym celem. Celem jest poprawa i usprawnienie funkcjonowania, zbliżenie się do działania w trybie nieustającej refleksji. Dzisiejsze ćwiczenie jest jednym z tych, które mają nas do tego celu zbliżyć. Nie zrażajcie się, że nie zawsze będzie wychodzić, że początki mogą być trudne. Ruch jest wszystkim, cel jest niczym.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Powtarzanie zasad

Powtarzanie jest podstawą nauki – to znana maksyma, którą słyszał każdy uczeń. Kryje się za nią konkretna neurologiczna prawda: to, co często i regularnie powtarzamy, jest łatwiej dostępne dla naszego umysłu do szybkiego przywołania. Coś, co słyszeliśmy czy powiedzieliśmy raz, możemy pamiętać równie dobrze jak to, co powtórzyliśmy sto razy. Jednak czas potrzebny na przywołanie tego z pamięci długotrwałej będzie wielokrotnie dłuższy.

To, co najważniejsze, powinniśmy trzymać zawsze na podorędziu. Tak jest z przedmiotami użytkowymi, tak jest też z zasadami, którymi kierujemy się w życiu. Te kilka najważniejszych powinno być dostępnych dla nas w każdej chwili i z wielką łatwością. Z tego też powodu starożytni stoicy praktykowali ćwiczenie polegające na powtarzaniu zasad. Dzisiaj spojrzymy na nie bliżej.

Zamysł stojący za ćwiczeniem powtarzania zasad jest prosty: każdego dnia – lub kilkukrotnie w ciągu dnia – powtarzamy kilka kluczowych dla nas fraz i sentencji, by utrwalić je w pamięci i mieć na mentalnym podorędziu w każdej chwili. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, sprecyzujmy więc kilka nasuwających się pytań dotyczących tej praktyki.

Jakie powinny być zasady, które powtarzamy? Czy ich wybór jest dowolny? W pewnym sensie tak – jest dowolny, ponieważ każdy człowiek będzie miał inny zbiór myśli i zasad, które zechce powtarzać. Nie istnieje żadna z góry przepisana lista. Z innej strony patrząc, dowolny jednak nie jest, ponieważ można określić kilka rozsądnych ograniczeń dla wyboru zasad:

  1. Zasady powinny być znaczące.
    Powinny dotyczyć istotnych aspektów życia i nieść w sobie nietrywialny sens. Powtarzanie co dzień, żeby zakładać szalik, gdy jest zimno, nie spełnia tego kryterium, mimo że jest zupełnie rozsądną zasadą. Powtarzanie, że moje ciało jest ode mnie niezależne, pozwala nabrać do niego dystansu i nadaje się jako jedna z zasad.
  2. Powinny być wspierające i budujące, a nie autodestrukcyjne i krytyczne.
    Powtarzanie, że dbałość o zdrowie ciała pozwala zachować energię dla ducha, jest dobrą zasadą. Powtarzanie, że „hulaj dusza, piekła nie ma”, jest niebezpieczne i potencjalnie destrukcyjne.
  3. Powinny być zrozumiałe.
    Rozważanie w myślach efemerycznych i niejasnych haiku może być fantastycznym, godnym polecenia doznaniem, ale ćwiczenie powtarzania zasad to nie miejsce na nie. Zasady winny być klarowne, przy czym nie muszą być klarowne dla nikogo innego poza nami samymi. Jeśli ja rozumiem frazę, którą powtarzam, nie muszę być w stanie wyjaśnić jej znaczenia nikomu innemu.
  4. Powinny odnosić się do wartości.
    Idealny zestaw powtarzanych zasad jest odbiciem naszego zbioru wartości i norm etycznych – niech podkreśla i wspiera ich rozumienie. Jeśli moją wartością jest sprawiedliwość, motywacyjny cytat z Luthera Kinga jest świetną zasadą do powtarzania. Nie tak dobry byłby cytat o czułości – choć to piękna wartość i cecha – jeśli nie ma jej w mojej hierarchii.
  5. Powinny być plastyczne i podatne na zmiany.
    Tak jak hierarchia wartości może się zmieniać, tak i lista naszych zasad powinna być otwarta na ewolucję i zmiany. Niech nie stanie się ona półreligijnym tworem, jakimś osobistym dekalogiem, który musi pozostać nienaruszony. Bądźmy otwarci na zmianę!

Listy zasad, tak jak hierarchie wartości, są niezwykle indywidualnymi tworami i nikt nie jest zmuszony, by trzymać się wymienionych wyżej punktów. Mogę jedynie zachęcić, by przynajmniej wziąć je pod uwagę, ponieważ ćwiczenie to ma dwa ostrza – niewprawnie użyte może stać się źródłem mroku i cierpienia w naszym życiu.

Jak powinniśmy praktykować samo ćwiczenie? Jest kilka kluczowych aspektów, które warto rozważyć, zabierając się do praktyki. Dotyczą one miejsca i czasu, formy samych zasad oraz sposobu ich powtarzania:

  1. Świetnym momentem na przeprowadzenie tego ćwiczenia jest poranek.
    Może to być część porannego przeglądu siebie albo osobna aktywność. Poranek jest korzystny, bo toruje nasz umysł na nadchodzący dzień – będziemy mieli nasze zasady na podorędziu. Osobiście powtarzanie zasad jest dla mnie pierwszą czynnością po podniesieniu się z łóżka
  2. Nie ma potrzeby poświęcać na ten rytuał więcej niż kilku minut.
    Jeśli nasze zasady zaczynają zajmować 10 minut lub więcej, warto zastanowić się nad skróceniem listy, przycięciem niektórych zasad lub zastąpieniem ich krótszymi odpowiednikami.
  3. Miejsce jest dowolne, byle czuliśmy się w nim komfortowo, wypowiadając nasze zasady na głos.
  4. Zdecydowanie rekomenduję głośne wypowiadanie zasad zamiast powtarzania ich tylko w myślach. Zaangażujmy nieco więcej z naszego ciała do tej czynności – zwiększa to naszą zdolność zapamiętywania. Niech to będzie także rozgrzewka dla naszych strun głosowych przed nadchodzącym dniem.
  5. Cytaty są naturalnym zasobem, z którego warto czerpać swoje zasady. Oczywiście możemy je układać samodzielnie, szczególnie jeśli ktoś ma poetycko-pisarskie zacięcie. Jednak realistycznie rzecz biorąc, ktoś kiedyś zdołał już ująć lepiej to, co my właśnie próbujemy powiedzieć. Nie strońmy od cytowania – korzystajmy z zasobu kultury człowieka.
  6. Niech zasady będą możliwie treściwe.
    Jedno zdanie to optimum. Nie każdą myśl i wartość da się wyrazić tak zwięźle, ale jeśli to możliwe, znajdźmy jednozdaniową syntezę. Niech nie przekraczają dwóch lub trzech zdań. Nie chcemy powtarzać co rano strony A4 zwartego tekstu – to nastawia nas na porażkę, jeśli chodzi o ich zapamiętanie.

Forma, w jakiej chcecie praktykować to ćwiczenie, jest bardziej płynna niż jego treść – w tym sensie, że o ile wypaczona treść może być dla nas groźna, o tyle wypaczona forma może być co najwyżej nieskuteczna. Sugeruję, byście zaczęli według podanych wyżej zasad, a wraz z praktyką modyfikowali je pod swoje możliwości i preferencje.

Myśl najczęściej powtarzana staje się myślą najłatwiej dostępną. Zdając sobie z tego sprawę, możemy zacząć świadomie kształtować to, jakie idee stają się nam najbliższe. Wybierając mądrze swoje zasady, możemy wzmacniać kondycję naszego charakteru i ducha.

Powtarzanie zasad jest ćwiczeniem prostym do wykonania, choć wymagającym pewnego wysiłku w przygotowaniu – podczas dobierania odpowiednich zdań i słów, które staną się jego treścią. Warto jednak wykonać ten początkowy wysiłek, bo z czasem, systematycznie praktykując, zbudujemy w sobie zasób łatwo dostępnych, twórczych norm. A czy ty już wiesz, co znalazłoby się na twojej liście?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Przegląd siebie

Często popełnianym błędem we współczesnym rozumieniu stoicyzmu jest podchodzenie do niego jako do doraźnego środka zaradczego na bolączki codzienności. Wyobrażamy sobie, że w chwili, w której poczujemy gniew, sięgniemy po stoickie ćwiczenie i uśmierzymy go od ręki. Takie podejście nie działa i może być co najwyżej źródłem głębokiej frustracji dla użytkownika. Praktykowanie stoicyzmu jest ciągłym procesem. Jego skuteczność oparta jest na systematycznym powtarzaniu ćwiczeń i zachowań, tak by w dłuższej perspektywie czasu uzyskać korzystny efekt dla naszego stanu ducha.

Trzonem procesu stoickiego życia jest koncepcja codziennej medytacji określanej współcześnie jako przegląd siebie. Praktyka ta przez starożytnych stoików była określana mianem „rachunku sumienia”. Termin ten przeniknął jednak ze stoicyzmu do chrześcijańskich wierzeń i rytuałów i ma współcześnie zabarwienie silnie związane z religią. Aby nie tworzyć mylących korelacji, trzymać się będziemy współczesnego określenia, które pod wieloma względami lepiej oddaje sens samego ćwiczenia.

Przegląd siebie praktykowany jest zazwyczaj w dwóch trybach. Pierwszy z nich to poranny przegląd siebie, czyli medytacja nastawiona na przemyślenie nadchodzącego dnia i zaplanowanie go w taki sposób, by maksymalizować wartościowe życie. Drugi to wieczorny przegląd siebie nastawiony na refleksję nad mijającym dniem – pewnego rodzaju rozliczenie siebie z dokonanych czynów.

Dlaczego w ogóle praktykujemy przegląd siebie? Można by pomyśleć, że bycie w stanie refleksyjnego namysłu nad naszymi czynami powinno być czymś stałym. W pewnym sensie w każdej chwili winniśmy przeglądać siebie. To założenie jest właściwie słuszne i jest ono jedną z cech – może jedyną ważną cechą? – stoickiego mistrza. To ideał, do którego powinniśmy zmierzać. Realia są jednak takie, że w trakcie dnia, kiedy jesteśmy zajęci przeróżnymi zadaniami i kiedy o naszą uwagę konkurują rozmaite bodźce, niezwykle trudno jest zachować stan refleksji.

Póki więc nie osiągniemy ideału mędrca, posiłkujemy się wydzielaniem kawałka czasu z każdego dnia, który zabezpieczamy na poczet namysłu i refleksji. Tym czasem są właśnie przeglądy siebie. Spójrzmy teraz na każdy z nich z osobna i zastanówmy się, jakie towarzyszą im zadania i pytania.

Poranny przegląd siebie to czas na zaplanowanie nadchodzącego dnia. W jego trakcie spoglądamy na zadania, które nas czekają – co mamy dzisiaj do wykonania? Czy czeka nas coś szczególnie trudnego? Czy jest dziś coś, czego się obawiamy, co budzi w nas lęk? Następnym elementem jest przyjrzenie się planowanym aktywnościom i ocenienie ich pod kątem zgodności z naszymi wartościami. Czy to, co mamy dziś zrobić, jest wartościowe? Czy jest zgodne z tym, co uważam za słuszne? Jeżeli widzimy jakieś konflikty, warto się nad nimi pochylić nieco głębiej.

Poza obowiązkami, które wynikają z naszego grafiku dnia, mamy zwykle czas do zagospodarowania. Poranny przegląd siebie jest idealnym momentem, by pomyśleć, jak ten czas chcemy wykorzystać. Co dziś uczynię z moim czasem wolnym? Na co go spożytkuję? Czy potrzebuję dzisiaj odpoczynku, czy może mam siłę, by poświęcić się pracy nad sobą?

Z porannego przeglądu siebie winniśmy wyjść z dobrym pojęciem o tym, jak chcemy, by nasz dzisiejszy dzień przebiegł, ze świadomością, że okoliczności niezależne mogą wymusić jego modyfikacje. Nie ma konieczności, by mieć ów plan w punktach i na piśmie – może być w naszej głowie w formie luźnych celów. Jeżeli jednak ktoś preferuje formę pisemną, ona również się sprawdzi, a jej zaletą jest łatwość powrotu do planu, na przykład w trakcie wieczornego przeglądu siebie.

Wieczorny przegląd siebie to czas na rozliczenie mijającego dnia. Nie chodzi jednak o wytykanie sobie błędów i karanie się za nie, lecz o czułą i budującą refleksję nad jego przebiegiem, skoncentrowaną na wyciągnięciu konstruktywnych wniosków na przyszłość, a nie na ocenianiu przeszłych zdarzeń. Zasiadamy do niego wieczorem; jeśli to możliwe, niech będzie ostatnią rzeczą, jaką czynimy przed snem.

W jego trakcie przypominamy sobie przebieg minionego dnia. Zastanawiamy się, które wydarzenia były w nim kluczowe. Czy jakieś wydarzenie wywołało silne emocje? Dlaczego te emocje się pojawiły? Jak na nie zareagowałem? Patrzymy zarówno na rzeczy planowane, jak i niespodziewane. Czy wykonałem swój plan dnia? Jeśli nie – dlaczego? Co mi przeszkodziło? Czy wydarzyło się coś niespodziewanego, co zmusiło mnie do modyfikacji planów?

Wieczorny przegląd siebie to także moment na zastanowienie się nad zrealizowanymi wartościami. Mieliśmy pewien plan, wchodząc w dzień chcieliśmy, by był wartościowy – do jakiego stopnia udało nam się to osiągnąć? Czy jest coś, co chcielibyśmy w przyszłości poprawić? Czy jakaś wartość sprawiała nam dziś szczególny kłopot? Czy któraś była dla nas szczególnie ważna i łatwa? Zastanowienie nad wartościami pozwala nam nawiązać do ich hierarchii – weryfikujemy wartości deklarowane i porównujemy je z wartościami faktycznie realizowanymi.

Z wieczornego przeglądu siebie powinniśmy wyjść z wnioskami, jak możemy poprawić to, co się nie udało lub poszło nie do końca tak, jakbyśmy chcieli. Z obserwacją tego, co poszło nam świetnie i co możemy oraz powinniśmy kontynuować w przyszłości. Jeśli czegoś zaniedbaliśmy lub nie zdołaliśmy dokonać, warto mieć klarowną wizję powrotu do tego kolejnego dnia, jeśli to możliwe. Wreszcie powinniśmy wyjść z tego procesu z radością i wdzięcznością za dobrze przeżyty, refleksyjny dzień.

Uważam, iż bez jakiejś formy przeglądu siebie nie ma praktykowania stoicyzmu – więcej nawet, nie ma praktykowania jakiejkolwiek filozofii życia. Procedura ta nie musi być tak ściśle określona i osadzona w czasie jak to, co opisaliśmy powyżej, ale jakaś forma systematycznej refleksji jest niezbędna do czynienia postępów w sztuce dobrego życia.

Nasze przeglądy nie muszą być długie – pięć, dziesięć minut rano i wieczorem to już dobry początek, by zacząć pracować ze sobą. Ważniejsze niż długość samych sesji jest systematyczność ich praktykowania. Tylko jeśli będziemy konsekwentni i przez dłuższy czas pozostaniemy z tym ćwiczeniem, przyniesie ono rezultaty. Potrzebujemy cierpliwości i tak deficytowej w dzisiejszych czasach zdolności do odroczenia gratyfikacji, by w pełni wykorzystać dostępny tu potencjał.

Zachęcam was serdecznie do podjęcia eksperymentu z przeglądem siebie. Zapewniam was, że nie musicie być stoikami, by go praktykować. Możecie w jego ramach badać waszą preferowaną filozofię życia – ważniejsza bowiem od filozoficznych detali jest postawa refleksji i rozwoju.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie

Wszyscy dokonujemy codziennie dziesiątków wyborów – od tych najdrobniejszych po wielkie życiowe decyzje. Zbieramy informacje o faktach towarzyszących naszym decyzjom. Zasięgamy rad i opinii bliskich. Przypominamy sobie podobne sytuacje z przeszłości i ekstrapolujemy z nich wskazówki na dziś. Staramy się przewidzieć konsekwencje naszej decyzji i to, jak ukształtuje ona przyszłość. Wreszcie przywołujemy to, co dla nas ważne, i sprawdzamy, czy decyzja temu właśnie służy.

W pośpiechu codzienności rzadko przeprowadzamy swoje decyzje świadomie, z takim rygorem i zaangażowaniem jak opisany wyżej. Polegamy na schematach, przyzwyczajeniach, szybkich i skróconych rozważaniach, pozwalamy, by większość pracy wykonała za nas podświadomość i wydajne procesy półświadome. Nie zasięgamy rad, nie przewidujemy świadomie konsekwencji ani nie badamy tego, co dla nas ważne. Póki decyzje, o których mowa, dotyczą drobnych codziennych spraw, ta metoda jest słuszna i skuteczna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do spraw kluczowych, wielkich decyzji stosujemy tę samą procedurę co do rozstrzygnięcia, co zjeść na śniadanie.

Nie będę zajmował się dziś całym procesem decyzyjnym. Chcę skupić się na jednym z jego aspektów, który jest kluczowy z punktu widzenia filozofii praktycznej (sztuki życia), w szczególności w jej stoickim wydaniu. Chodzi tu o określenie, co jest dla nas ważne, czyli o hierarchię przyświecających nam wartości.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was najważniejsze w życiu? Co jest numerem jeden, za co gotowi bylibyście poświęcić wszystko inne? Może pomyśleliście teraz o rodzinie. Rodzina jest najważniejsza. Ale co rozumieć przez rodzinę? Czy wujek z Ameryki, którego widzieliście raz w życiu, też się do niej zalicza? Czy może chodzi o bliską rodzinę: partnera, dzieci, rodziców? Mogło przyjść wam też do głowy zdrowie – często mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. No właśnie: jeśli najważniejsze, to czy ważniejsze od rodziny? Czy wasze zdrowie jest dla was ważniejsze niż wasze dzieci? Wasz partner / wasza partnerka? Wasi rodzice? Wujek z Ameryki? A gdzie w tym wszystkim miejsce na pieniądze? Jasne, może to nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale pewna ich ilość jest potrzebna, byśmy my i nasze dzieci mieli co jeść. Gdzie je umieścimy? Czy wujek z Ameryki jest ważniejszy choćby od nich?

Na podstawie powyższego możemy stwierdzić, że wartości – a w szczególności relacje między nimi, ich hierarchia – to skomplikowany temat. Pewnie każdy z nas ma jakąś intuicję w tej kwestii. Potrafimy „wyczuć”, jaka jest właściwa odpowiedź na postawione powyżej pytania, i wiemy doskonale, że biedny wujek z Ameryki szczytu naszej listy nie osiągnie. Intuicje te nie są łatwo przekładalne na słowa. Nie jest tak prosto wypowiedzieć je w formie klarownych, logicznych argumentów, nie odwołując się do instancji: „tak jest, bo tak czuję”. W praktyce do podejmowania decyzji „tak czuję” nam wystarcza. Pojawia się jednak ważne i niepokojące pytanie: czy nasze intuicje w sferze wartości są poprawne? Co jeśli nasze „czucie” zwodzi nas na manowce? Co jeśli konsekwentnie wybieramy źle?

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania i efektywnie umocnić nasze intuicje, możemy sięgnąć do stoickiej techniki namysłu nad wartościami i pracy z ich hierarchią. Celem ćwiczenia jest jawne zbudowanie tejże, regularne weryfikowanie jej poprawności, dostosowywanie jej w toku przemian naszego życia i jego priorytetów, planowanie dni pod kątem wartości, praktykowanie ich oraz regularne sprawdzanie, jak się z tej praktyki wywiązujemy. Poniżej skoncentruję się na pierwszym kroku, zaproponuję wam krótką procedurę oraz kilka kluczowych pytań, nad którymi warto się w jej trakcie pochylić.

Budowanie świadomej hierarchii wartości zacznij od swoich intuicji. Usiądź wygodnie z długopisem i kartką papieru i zanotuj hasłowo to, co dla ciebie jest ważne w życiu. Staraj się wypisać wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Śledź kolejność, w jakiej poszczególne myśli się pojawiają – możesz je po prostu ponumerować lub pisać w formie listy. Odłóż kartkę na bok, zajmij się swoimi codziennymi sprawami.

Jeśli masz trudności ze zwerbalizowaniem konkretnych wartości, istnieją pomoce do tego typu ćwiczeń: fiszki z nadrukowanymi nazwami wartości (rodzina, zdrowie, pieniądze itd.). Zamiast wypisywać listę z głowy, możesz zaopatrzyć się w nie i wybrać kilkanaście takich, które z tobą rezonują.

Wróć do swojej listy następnego dnia. Przeczytaj ją uważnie. Weź długopis i zacznij skreślać. Twoim celem jest skrócenie listy do pięciu najważniejszych wartości. Niech zostanie na niej to, co jest dla ciebie najcenniejsze. Jeśli coś skreślisz, to nie znaczy, że uznajesz to za nieważne, niewarte zachodu czy niedobre – odnotowujesz tylko, że dla ciebie są rzeczy ważniejsze. Skreślenie nie oznacza też, że od dziś całkowicie zaniedbasz ten aspekt życia. Gdy pozostaniesz z pięcioma, przepisz je „na czysto”, kartkę z długą listą wyrzuć albo schowaj głęboko do szuflady, odłóż długopis, zajmij się swoim dniem.

Kolejnego dnia wróć do swojej listy. Przed tobą ostatni krok, czyli uporządkowanie tych pięciu wartości od najważniejszej do najmniej ważnej. Przy czym „najmniej ważna” nie oznacza „nieważna”! Zastanów się, która z nich jest dla ciebie absolutnie kluczowa. Dla której poświęcisz pozostałe? To twoja wartość numer jeden. Porządkuj je dalej. Myśl przy tym o swoich celach i aspiracjach. Nie koncentruj się na tym, ile dziś każdej z nich poświęcasz czasu. Pytaj raczej: której z nich chciałbym / chciałabym poświęcać go więcej?

Tutaj może pojawić się wątpliwość: czasem najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale czasem najważniejsza jest praca, która daje nam środki do życia. Tak, wszystkie te wartości mają swój czas i miejsce – nie kwestionujemy tego. Pytamy: która ma mieć najwięcej miejsca? Oraz: jeśli musiałbyś / musiałabyś wybrać pomiędzy dwiema z nich, którą wybierzesz? W praktyce wszystkie z nich będziesz realizować; co więcej, będziesz też realizować wartości, które wczoraj skreśliłeś / skreśliłaś. Hierarchia ma nam służyć do określenia skali i rozstrzygania konfliktów, nie do zamykania się na wąski przedział doświadczeń.

Pracuj, aż uporządkujesz swoją listę. Może się zdarzyć, że była ona już od pierwszego dnia uporządkowana i twoje intuicyjne („co pierwsze przyszło mi do głowy”) ułożenie było ostateczne. Nie zakładaj jednak, że tak się stało. Sprawdź to w spokojnym namyśle. Przepisz swoją listę na czysto i zachowaj ją do przyszłej praktyki.

Nim podsumujemy nasze rozważania, chciałbym zwrócić waszą uwagę na trzy kluczowe pytania / koncepcje, które warto mieć na uwadze, pracując z hierarchią wartości.

Pierwsze z nich to pytanie: co jest dla mnie konieczne? Bez czego nie mogę żyć? Przykładowo: bez jedzenia nie będę mógł egzystować. W dzisiejszych czasach do zdobywania jedzenia służą pieniądze. Potrzebuję więc pewnej ilości pieniędzy, by egzystować – te zasoby są dla mnie konieczne. O konieczności sugerowałbym myśleć wąsko, to znaczy ograniczyć się faktycznie do tego, co jest niezbędne do biologicznego przetrwania naszego i tych, którzy od nas zależą. Nie mówmy więc: „koniecznie muszę pojechać na wakacje na Bahamy”, bo jakkolwiek byłyby one przyjemne i relaksujące, nie stanowią biologicznej konieczności.

Czy umieszczać to, co konieczne, na liście wartości? Tak, sugerowałbym to zawrzeć. Jeśli nie chcesz tego robić, staraj się przynajmniej mieć na uwadze, pracując z wartościami, że życie ma swoje konieczności, którym naturalnie będziesz poświęcać czas. Ja osobiście wprowadziłem do swojej hierarchii wartości pojęcie „zabezpieczenia zasobów”, w którym mieszczę kwestię koniecznych zarobków i utrzymania dobrego zdrowia.

Druga koncepcja dotyczy nadawania odpowiedniego priorytetu dbałości o siebie. Kto z was leciał samolotem, kojarzy zapewne wskazówkę, by w razie awarii najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku, które jest pod naszą opieką. Odruchowo możecie wypełnić swoją hierarchię wartości pięknymi, altruistycznymi ideami – uczono nas, że pomaganie innym i bezinteresowność są dobre, a dbanie o swoje interesy, jeśli nie złe, to przynajmniej podejrzane. Przełamcie ten schemat, przypominając sobie, że jeśli my sami nie będziemy w dobrym stanie, nie będziemy mogli służyć pomocą naszym bliskim.

To może powodować poważny dyskomfort, ale, myśląc o swoich wartościach, starajcie się ustawić priorytet na swoim dobrostanie. Jeżeli wasza psychika, wasze zdrowie, wasze życie nie będą w należytym porządku, to dla bliskich będziecie bardziej zawadą niż pomocą.

Trzeci aspekt to kwestia zobowiązań. W toku swojego życia podejmujemy przeróżne zobowiązania. Czasem robimy to jawnie, na przykład zatrudniając się do pracy i akceptując listę obowiązków. Czasem poprzez domniemanie – na przykład sprowadzając na świat dziecko. Warto pamiętać, myśląc o hierarchii wartości, o zobowiązaniach, które już podjęliśmy i które chcemy podjąć w przyszłości. Warto, by znalazły one swoje odzwierciedlenie na naszej liście.

Pamiętajmy przy tym, że zobowiązanie zobowiązaniu nierówne. Niektóre z naszych zobowiązań są nimi w słabym sensie. To znaczy, że jeśli uchylimy się od ich wykonania, istnieje wiele osób, które mogą je za nas podjąć. Świat się od tego nie zawali, nikt nie ucierpi. Przykładowo: jeśli jestem pracownikiem biurowym w wielkiej korporacji i wyjdę pewnego dnia z biura, trzaskając drzwiami, by już nigdy nie wrócić – świat się nie zawali. Inni podejmą moje zadania, z czasem zatrudnią kogoś na moje miejsce. To zobowiązanie w słabym sensie.

Niektóre zobowiązania możemy wykonać tylko my albo jest bardzo niewiele osób, które mogłyby się ich podjąć, a ich niewykonanie sprowadzi na kogoś innego cierpienie. Przykładem jest bycie rodzicem. Jeśli pewnego dnia wyjdę z domu, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą partnera czy partnerkę i dzieci, może nie znaleźć się nikt, kto podejmie moje obowiązki, a moje odejście najpewniej wyrządzi realną szkodę opuszczonym dzieciom. Jako rodzic jestem – do pewnego stopnia – niezastąpiony w życiu mojego dziecka. To zobowiązanie w silnym sensie.

Naturalnie tej drugiej kategorii zobowiązań przypiszcie wyższą wagę niż pierwszej. Upewnijcie się, że wasza hierarchia wartości pozwala wam je spełnić, bo nikt inny tego za was nie zrobi.

Przeniesienie naszej hierarchii wartości ze sfery intuicji do sfery rozumnego namysłu to proces, który wymaga czasu i wysiłku. Samo jej wstępne zbudowanie zajmuje kilka dni – a to dopiero początek przygody. Kiedy mamy ją dostępną, możemy zacząć w praktyce testować, czy nasze życie i nasze intuicje zgadzają się z wnioskami, do których doszliśmy. Nasze rozważania miały w sobie aspekt tworzenia pewnej teorii; następnie przychodzi moment sprawdzenia jej w codziennym doświadczeniu.

Przy pierwszym spojrzeniu może to wydawać się skomplikowane i przytłaczające. Nie wątpię jednak, że gdy zabierzecie się do tego procesu, szybko zorientujecie się, że jest on nie tylko łatwiejszy, niż się wydaje, lecz także że niesie w sobie wiele satysfakcji. Ostatecznie wszystkie te kroki prowadzą nas do próby odpowiedzi na jedno proste pytanie, z którym was dzisiaj zostawię:
Jaka jest twoja hierarchia wartości?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Stoicka dychotomia: zależne i niezależne

Aby być szczęśliwym, swoje cele i pragnienia powinienem lokować tylko pośród rzeczy ode mnie zależnych. Gdy tak uczynię, będę miał pełną kontrolę nad tym, by spotykało mnie to, czego pragnę, i bym uniknął tego, czego spotkać nie chcę. Oto esencja stoickiej dychotomii kontroli i – w pewnym uproszczeniu – stoickiej recepty na spokój ducha, a wraz z nim szczęśliwe życie.

Recepta niezwykle prosta: zrozum, co od ciebie zależy, a co nie. Zdecyduj, że pragniesz tylko tego, co od ciebie zależne. Skoro jest od ciebie zależne, masz to zawsze pod ręką, na życzenie. Nasuwa się jednak kilka pytań.

Sytuacje życiowe bywają skomplikowane i niejednoznaczne – jak mam rozpoznać, co i kiedy ode mnie zależy?
Jak to „zdecydować, że tego pragnę”? To pragnienie jest decyzją?
Czy to, że coś jest ode mnie zależne, oznacza, że zawsze mogę sobie to dać lub tego uniknąć? To nie zgadza się z moją intuicją! Co z czynnikami zewnętrznymi? Czy nie we wszystkim, co robimy, działają inne siły?

Zacznijmy od pierwszego z pytań – jest najbardziej fundamentalne i jego klarowne zrozumienie pomoże nam w odpowiedzi na pozostałe dwa. W kwestii rozpoznania, co jest od nas zależne, a co nie, stoicyzm daje jasną i koncepcyjnie prostą odpowiedź. Sięgając do Epikteta:

Niektóre rzeczy leżą w naszej mocy, inne zaś nie. W naszej mocy leżą: osądy, dążenia, pragnienie, awersja, odwracanie się od rzeczy; innymi słowy, wszelkie nasze czyny. W naszej mocy nie leżą: ciało, majątek, reputacja, piastowane stanowiska, a więc to, co nie jest naszymi czynami.[1]

Naszym dziełem są stany naszego umysłu i ducha. To, co poza nie wykracza, nie jest od nas zależne. Zauważmy tu, że „zależy od nas” jest rozumiane bardzo wąsko – jako coś, co całkowicie od nas zależy i od niczego innego. Weźmy przykład ciała: większość z nas, według potocznego rozumienia, powiedziałaby, że nasze ciało jest od nas zależne. Czy jednak możemy aktem woli uleczyć chorobę? Czy możemy sprawić, by odrosła nam ręka? Nie. Ciało może zostać uwięzione przez innych ludzi, ciało może zostać przez nich zniszczone. Nie jest więc od nas w pełni zależne, czyli w stoickim rozumieniu jest od nas niezależne.

Tak drastyczne rozróżnienie może budzić sprzeciw współczesnego człowieka, który chce dopatrywać się kontroli tam, gdzie ma jej choć trochę. Nie będę tu polemizował z tym podejściem; dodam tylko na marginesie, że niektórzy współcześni stoicy mówią o trychotomii kontroli, dodając „rzeczy od nas częściowo zależne”.[2]

Zerknijmy od razu na trzecie z pytań, jako że powyższe uściślenie rozumienia tego, co zależne i co niezależne, odpowiada na nie. W rozumieniu stoickim to, co ode mnie zależne, jest zawsze pod moją kontrolą i tylko moją. Mogę to dowolnie zmienić; nikt inny nie może tego zmienić ani zaburzyć bez mojego przyzwolenia. Tam, gdzie czynniki zewnętrzne mają choć odrobinę sprawczości, sprawa nie jest od nas zależna. W szczególności wynik naszych działań nigdy nie jest od nas zależny!

Jako ostatnie rozważmy pytanie drugie. Czy pragnienia są kwestią wyboru? Prawdopodobnie intuicja podpowie większości z nas, że nie – pragnienia nie są kwestią wyboru. Pragniemy pewnych rzeczy i możemy te pragnienia zaspokoić (ulec im) albo ich nie zaspokoić (powstrzymać się lub pokonać pragnienie). Większość z nas pewnie stwierdzi też, że pragnienia należy zaspokajać, o ile nie szkodzą innym.

Stoicki punkt widzenia na tę kwestię jest diametralnie odmienny. Choć stoicy zgodzą się, że w momencie, w którym poczułem pragnienie, mam dwie wymienione powyżej opcje, to nie zgadzają się, że długofalowo pragnienia są poza naszą kontrolą. W skrócie: nie musisz pragnąć tego, czego pragniesz. To kwestia wyboru. Pragnienie jest jednym z przekonań, które żywimy – a może ma źródło w przekonaniu. Jest to przekonanie typu: „X jest dla mnie dobre”, gdzie X to coś, czego pragnę. Tu intuicyjnie nie ma kłopotu: jeśli jestem przekonany, że coś jest dla mnie dobre, to tego pragnę.

Haczyk tkwi w tym, że możemy modyfikować nasze przekonania. Możemy zmienić przekonanie „X jest dla mnie dobre” na przekonanie „X jest dla mnie obojętne”, „X jest dla mnie złe” lub „X jest dla mnie dobre, ale stoi w sprzeczności z Y, które jest dla mnie lepsze”. Wraz z taką zmianą następuje zmiana pragnień. Jeśli coś uznajemy za złe lub obojętne – nie pragniemy tego. Z dwóch wykluczających się opcji pragniemy tej, która jest bardziej wartościowa.

Czy proces takiej zmiany jest prosty? Nie – to czasochłonna i trudna praca, która przynosi czasem mieszane rezultaty. Nasze przekonania to skomplikowana plątanina, której niemała część pozostaje na co dzień skryta przed nami w podświadomości. Świadomie możemy mieć przekonanie, że zdrowa dieta jest ważniejsza niż smak pączków, ale podświadomie możemy nadal głęboko wierzyć, że pączki są dla nas najlepsze. Póki nie dotrzemy do tego nieświadomego przekonania i go nie podważymy, wciąż będziemy – od czasu do czasu – odczuwać pragnienie zjedzenia pączka. Zmiana jest więc trudna, ale możliwa.

Zależne są od nas nasze decyzje, pragnienia i sądy. To na nich powinniśmy się skoncentrować, jeśli chcemy osiągnąć zadowolenie i szczęście. Jeżeli naszym pragnieniem będzie podejmowanie dobrych decyzji i wydawanie trafnych sądów, to jego spełnienie znajdzie się całkowicie w naszych rękach. Nikt nas nie powstrzyma przed osiągnięciem spełnienia, nikt nam go nie odbierze. Jeśli pragnąć będziemy zdrowia, pieniędzy, sławy, pozycji społecznej czy miłości – spełnienie znajdzie się w rękach losu i przypadku. Czasem go dostąpimy, czasem nie będzie nam dane – będziemy mieć poczucie braku kontroli nad własnym szczęściem, a to może przywieść nas do frustracji, lęku, wstydu i całego anturażu trudnych emocji, które staną się naszą codziennością.


Bibligrafia:

[1] Epiktet. Wybrane diatryby i Encheiridion. Gliwice: Helion, 2021.

[2] William B. Irvine. Przewodnik dobrego życia. Starożytna sztuka stoickiej radości. Wydawnictwo Aktywa, 2023.


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Pytanie czy odpowiedź?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Plon stoickich warsztatów

Dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić ponownemu spojrzeniu na niedawne warsztaty stoickie, zorganizowane przez Tomasza Mazura, w których miałem przyjemność wziąć udział. Nie będę wam raportował rozkładu dnia, ćwiczeń czy treści rozmów – jeśli chcecie poznać takie szczegóły, musicie wybrać się sami – zamiast tego spojrzymy wspólnie na kilka kluczowych myśli czy pytań, które miały swój początek na warsztatach i nadal we mnie pracują.

Traktujcie poniższe teksty raczej jako surowe pytania, próby ich ukonkretnienia czy – w najlepszym wypadku – pierwsze zalążki odpowiedzi. Niczego poniżej nie jestem pewien, wiem tyle, że nic nie wiem, ale może już prawie potrafię zadać właściwe pytanie. To nie jest esej z tezą, nie ma tu myśli przewodniej, co najwyżej luźne powiązania. To zapis nowych kierunków w moim myśleniu, które zrodziły się w trakcie warsztatów. Na chwilę obecną panuje w nich pewien chaos, który – mam nadzieję – będzie twórczy.

Lektura jako doświadczenie

Jestem nauczony traktować lekturę jako źródło informacji – to jej główne zastosowanie. Drugim zastosowaniem jest rozrywka poprzez aktywowanie emocji (strachu w horrorze, podniecenia w romansie).

W związku z tą pierwszą funkcją oczekuję, że to, co czytam, będzie miało klarowną strukturę, będzie operowało dobrze zdefiniowanymi pojęciami w spójny, zrozumiały i jednoznaczny sposób. W skrócie: że informacja będzie zrozumiała i podana bez wieloznaczności.

Podobnie przy drugiej funkcji. Tutaj dopuszczam wprawdzie pewne elementy niedopowiedzenia czy tajemnicy – w końcu nie chcę, by autor kryminału zdradzał mi w drugim zdaniu, kto zabił. Ale czy nie oczekuję, że dowiem się na koniec jednoznacznie, kto jest mordercą? Czy jestem w stanie wybaczyć twórcy, który odmówi mi konkluzji?

Tu nasuwa się pytanie o poezję: jaką ona pełni funkcję? Czy jest to funkcja rozrywkowa, czy jeszcze inna? Na pewno brakuje jej klarowności i jednoznaczności!

Tutaj pojawia się myśl z warsztatów: w starożytności czytanie niebranżowe (kupieckie, prawnicze) było raczej źródłem doświadczenia i przeżycia, a nie informacji. Miało wywołać pewien stan, miało coś czytelnikowi zrobić.

Czy to ten rodzaj czytania, którego można szukać w poezji? Czy ja jestem w stanie tak czytać, czy mogę się oddzielić od oczekiwania informacji na rzecz przeżycia?

Siła rytuału

Kontynuując temat z poprzedniego punktu – czytanie jako doświadczenie – nasuwa mi się pytanie: a może czytanie jako rytuał?

To eksperyment, który wykonuję na samym sobie: staram się ubrać wieczorne czytanie w elementy rytualne i obserwować skutki. Łączę to z parzeniem kawy, z przygaszonymi światłami (ale na tyle jasnymi, by wzroku nie stracić), zapaloną świecą etc. Jest w tym przerost formy nad treścią, ale czy nie o to właśnie w rytuale chodzi?

Fascynuje mnie siła rytuału i jego powszechność w kulturach świata: od masowych obrzędów religijnych po proste parzenie herbaty w domu. Ludzkość rytualizuje swoje zachowania. Dlaczego? Czy jest w nich utrwalająca moc? Czy dają poczucie bezpieczeństwa? Czy pomagają w uczynieniu z prostej czynności wspomnianego wyżej przeżycia?

Jednoznaczność a wieloznaczność

Dalej, drążąc temat lektury i treści, jaką niesie, pojawia się kwestia jednoznaczności i wieloznaczności przekazu. W trakcie warsztatów padło zdanie, parafrazuję: im bardziej abstrakcyjne dzieło, tym więcej znaczeń; im bardziej literalne, tym znaczeń mniej. Bardzo logiczna obserwacja, która jednak nigdy wcześniej mnie nie uderzyła. Czy idealnie abstrakcyjne dzieło to takie, które ma tyle znaczeń, ilu ma widzów?

Co jest lepsze: jednoznaczność czy wieloznaczność? Odruchowo chcę powiedzieć, że ta pierwsza. Tak jestem przyuczony – przypuszczam, że to element kodu kulturowego naszej europejskiej myśli. Co, jeśli się mylę? Jeśli to wieloznaczność pozwala na lepsze zrozumienie? To brzmi dla mnie paradoksalnie, ale może ten dysonans, który odczuwam, jest efektem kodu kulturowego właśnie, a nie realnej oceny sytuacji? Co, jeśli zostałem nazbyt skutecznie przekonany, że jednoznaczność jest od wieloznaczności lepsza?

A może to pierwsze pytanie jest już źle postawione? Może nie ma wcale relacji lepsza/gorsza między jednoznacznością i wieloznacznością? Od kontekstu i celu może zależeć, której z nich warto użyć. Może są pewne pytania, na które odpowiada tylko jedna z nich, a druga nie potrafi? Może jest wiele pytań, na które obie potrafią odpowiedzieć?

Czy mówienie o „odpowiedzi na pytanie” ma sens w wieloznaczności? Czy powinniśmy wtedy mówić o „odpowiedziach na pytanie”? A może nawet i to już za dużo?  

Ograniczenia języka – zarys

Jeszcze jeden krok głębiej schodząc, ale pozostając w duchu zagadnienia poprzedniego: gdzie kończy się użyteczność języka jako środka prowadzącego do zrozumienia?

Czy wszystko da się wyrazić w języku? Czy wszystko można zdefiniować, a następnie ująć w spójne zdania? Język naturalny jest w swojej naturze wieloznaczny. Pojedyncza litera może jednocześnie znaczyć wiele, a sprawa komplikuje się, kiedy łączymy litery w słowa, a słowa w zdania. Na każdym z tych poziomów komunikat może mieć wiele jednoczesnych znaczeń. Czy potrafimy dostrzec tę wieloznaczność? Co, jeśli nie doceniamy jej rozległości? Co, jeśli wydaje się nam, że większość komunikatów, które wysyłamy i odbieramy, jest jednoznaczna, podczas gdy tak nie jest?

Czy to językowi pomaga, czy szkodzi? Czy warto poświęcać trud na ścisłe definiowanie pojęć, na eliminację wieloznaczności? Czy ten proces pozwala nam zrozumieć lepiej czy gorzej? A może nie ma na zrozumienie wpływu?

Tworzymy liczne metajęzyki: matematykę, język prawa etc. Stoją one na różnym poziomie precyzji i jednoznaczności, ale – o ile mi wiadomo – żaden z nich nie jest jednoznaczny. Nawet matematyka musi w pewnym momencie zatrzymać się na niedefiniowalnych pojęciach pierwotnych i aksjomatach. Czy da się stworzyć jednoznaczny język? Czy warto?

Co, jeśli z jednoznacznością czy bez niej zawsze pozostaną kluczowe aspekty bytu, których nie da się zrozumieć przy pomocy języka? Czy wciąż warto próbować? Czy próby, nawet skazane na niepowodzenie, mogą nas do zrozumienia przybliżyć?

No i podsumowujące pytanie: dlaczego mamy oczekiwać, że narzędzie, które ewolucyjnie powstało po to, by dwie małpy mogły się dogadać w sprawie bananów, miałoby się nadawać do rozwiązania tajemnic bytu?

Moralność jako wyposażenie indywidualne

Moralność jawi mi się obecnie jako wyposażenie ściśle indywidualne. To znaczy: każdy z nas tworzy swoją własną moralność, decyduje, co moralne jest, a co nie jest. Wiadomo, że dzieje się to pod wpływem kultury, wychowania, lektury etc. Ale ostatecznie to ja odpowiadam za jej kształt.

Prawo jest zewnętrzną strukturą, przy pomocy której prawodawca określa, jak chce, bym się zachowywał w relacjach z innymi. Moralność jest wewnętrzną strukturą, która określa, jak ja chcę się zachowywać w relacji ze światem. W tym sensie prawo jest takie samo dla wszystkich, moralność jest indywidualna. Prawo można łamać (choć wiążą się z tym konsekwencje), moralności się złamać nie da.

To ostatnie stwierdzenie – „moralności się złamać nie da” – może brzmieć nieco dziwnie, jakby sugerowało, że niemożliwe jest postępowanie niemoralne. W pewnym sensie tak to rozumiem. Jest to rozwinięcie sokratejskiej, przejętej przez stoików, myśli, że wszelkie zło jest efektem błędnego sądu. Czyli każdy człowiek postępuje według swej moralności, ale niektórzy ludzie mają błędnie ustawioną moralność albo błędnie odczytują sytuację.

Moja myśl wykracza tu kawałek dalej i mówi, że oceny moralne zawsze są subiektywne i względne. Tej myśli pewny nie jestem, ale wydaje mi się prawdopodobna – nie widzę, skąd miałaby się wziąć uniwersalna moralność. Subiektywność nie oznacza jednak dowolności. Wyobrażam sobie, że nasze moralności są w nieustającym dialogu: poprzez swoje czyny komunikujemy swoją moralność innym i odczytujemy ich moralność. Czasem dyskutujemy o niej słowem, próbujemy zrozumieć się nawzajem i szukać płaszczyzny porozumienia.

Pytań mam nadal wiele: czy musimy mieć wspólną moralność? Potrzebujemy wspólnego prawa, ale czy warto tego samego wymagać od moralności? Czy możemy bez kłopotu tkwić w takiej wiecznej debacie moralnej?

W obrębie jednej kultury zwykle dość łatwo uzgodnić nam podstawowe zasady moralne. Czy kultura stanowi wspólną platformę, na której każdy buduje moralność? Czy wspólne źródło prowadzi do podobnych efektów? Czy zawsze musi tak prowadzić? Może są liczne platformy, na których moralność da się budować (stoicyzm, chrześcijaństwo, buddyzm etc.)? Czy jest sposób, by stwierdzić, czy któraś jest lepsza od innych? W efekcie: czy da się znaleźć uniwersalną podstawę moralności? Czy moralności na niej zbudowane będą zawsze zgodne?

Granice mojej odpowiedzialności

A teraz praktycznie, w nawiązaniu do poprzedniego: jak powinienem skonstruować swoją moralność? W szczególności – jak powinienem ustawiać granice swojej odpowiedzialności? Rozumiem przez to przede wszystkim pytanie o to, jak efektywnie przeprowadzić rozgraniczenie między tym, co korzystne dla mnie, a tym, co korzystne dla ogółu.

Niezależnie od tego, co mówi prawo, ja mogę i powinienem podjąć trud zrozumienia, jak moje zachowania wpływają na świat wokół mnie, na innych ludzi, i tak dostosowywać swoje działania, by nie czynić im krzywdy. Jak jednak przeprowadzić skutecznie takie granice w świecie, który jest niebywale skomplikowany i współzależny?

Krótka lista wybranych dylematów, które się z tym wiążą, a które nie są i – w mojej opinii – nie powinny być regulowane prawnie:

  • Czy powinienem mieć samochód? Pozwala mi realizować pasje, ale pochłania cenne zasoby naturalne. Istnieją alternatywy: transport zbiorowy, zmiana pasji.
  • Czy powinienem jeść mięso? Smak mięsa jest przyjemny, mięso dostarcza kalorii. Zwierzęta cierpią przy jego produkcji, środowisko jest zanieczyszczane.
  • Czy mógłbym sprzedawać lub produkować alkohol i papierosy? Ludzie chcą kupować i używać tych produktów. Te produkty czynią im krzywdę.
  • Etc.

Pomysł na książkę: ćwiczenia stoickie dogłębnie

Na zakończenie dodam jeszcze, że systematycznie klaruje mi się wizja tego, jak powinna wyglądać książka, którą planuję napisać (jedna z książek, które planuję napisać).

Pomysł zrodził się jeszcze przed warsztatami, na warsztatach i teraz w Bieszczadach jednak się klarował i ewoluował. Osią planowanej książki pozostaną ćwiczenia stoickie – te bardziej znane i popularne. Chcę je opracować pod następującymi aspektami: rys historyczny, efekt well-beingowy (terapia CBT), efekt etyczny (jak się mają do stoickiej etyki współczesnej, cztery ciała człowieka), przegląd form praktykowania, wzorcowa praktyka w szczegółach.

Projekt nabiera koncepcyjnych rumieńców, ale ruszyły też już pierwsze prace badawcze!

Podsumowanie

Nie wątpię, że wiele z powyższych myśli będzie jeszcze na bloga wracać. Tyle ciekawych pytań, tak mało odpowiedzi, ale może to dobrze – ciekawiej jest szukać, niż dostać wszystko podane na tacy.

W newsletterze z tego tygodnia poruszam jeszcze dwa dodatkowe tematy:

  • Czy nasza kultura powinna dążyć do zwycięstwa nad innymi?
  • Wiele twarzy głębokiego spokoju

Jeśli jesteś ciekaw tych zagadnień, zasubskrybuj już dziś!

O tworzeniu

Tworzenie jest kluczowym narzędziem komunikacji, pozwalającym dzielić się myślami, emocjami i pomysłami zarówno z innymi, jak i samym sobą. Autor podkreśla jego rolę w refleksyjności, wsparciu relacji oraz autoterapii, a także zwraca uwagę na zagrożenia związane z oczekiwaniami i chęcią zysku.

Potrzebuję sposobu na komunikowanie się ze światem. Jest we mnie pragnienie podzielenia się myślami, ideami, pomysłami i fantazjami z innymi. Kluczowym narzędziem służącym mi w tym celu jest tworzenie.

Tworzenie jest na czwartym miejscu mojej hierarchii wartości. Plasuje się w niej wysoko — przed nim są wolność, rozwój i relacje, a za nim zabezpieczenie zasobów. Twórczość jest wartością samą w sobie oraz stanowi narzędzie dla innych wartości. Wykażę to w dalszej części artykułu, uzasadniając także jej miejsce w mojej hierarchii.

Nie będę wchodził głęboko w definicję tworzenia. Intuicyjne rozumienie tego pojęcia wydaje mi się wystarczające. Chciałbym jednak zauważyć pewną jego szczególną właściwość, która nie jest oczywista: kiedy mówimy o tworzeniu, mówimy o komunikacji. Mówiąc o komunikacji, niekoniecznie mamy na myśli tworzenie — czyli twórczość jest jednym z rodzajów komunikacji.

Na potrzeby tego artykułu przypomnę tylko, że dobro jest dla mnie tożsame z refleksyjnością. Podążam tu za sformułowaniem metawartości refleksyjności jako stoickiego dobra, zaproponowanym przez Tomasza Mazura: https://zbc.uz.zgora.pl/dlibra/publication/90553/edition/81042/content

Tworzenie jako wartość

Podzielę dyskusję o wartości twórczości na dwa obszary. Pierwszy to funkcja komunikacji ze światem zewnętrznym, a drugi — funkcja autoterapeutyczna, czyli komunikacja wewnętrzna.

Komunikacja ze światem

Komunikowanie myśli i idei
Tworzenie jest sposobem na przekazywanie naszych wewnętrznych rozmyślań innym ludziom. Czy w swych rozmyślaniach się mylimy, czy mamy rację, mają one potencjał, by wywołać refleksję w drugim człowieku.
W szczególnych przypadkach może to oznaczać przekazywanie informacji zwrotnej, która ma znaczny potencjał refleksyjny dla osoby ją otrzymującej. Pozwala jej spojrzeć z nowej perspektywy na swoje decyzje i czyny.
W tym punkcie koncentruję się na refleksyjności innych, ale — jak wspominałem wcześniej — moja refleksyjność nie jest w niczym lepsza od refleksyjności drugiego człowieka.
Tworzenie jawi się jako wartość sama w sobie.

Komunikowanie potrzeb
Tworzenie jest sposobem na zakomunikowanie moich potrzeb światu zewnętrznemu. Świat nie ma obowiązku ich zaspokajać, ale komunikat stwarza ku temu szansę.
Dlaczego miałoby to być istotne dla refleksyjności? Zaspokajanie potrzeb nawiązuje do wartości „zabezpieczenia zasobów” i nią jest. Potrzeba — o ile jest faktyczna, a nie jedynie zachcianką — oznacza brak lub niedobór jednego z zasobów. Poprzez odpowiednią komunikację swoich potrzeb zwiększamy prawdopodobieństwo ich zaspokojenia.
Wartość tworzenia jest tu pośrednia i wynika z faktu, że sprzyja ono zabezpieczaniu zasobów. Motyw wzmacniania innych wartości będzie powracał także w kolejnych punktach.

Tworzenie i pogłębianie relacji
Przy budowaniu więzi z ludźmi szczególnie istotne jest wyrażanie emocji. To buduje bliskość i sprawia, że osoba po drugiej stronie lepiej rozumie nasz stan oraz reakcje.
Dzielenie tej samej emocji w odpowiedzi na konkretną stymulację sprawia, że zaczynamy patrzeć na drugą osobę cieplej. Aby do takiej sytuacji doszło, musimy w klarowny sposób przekazać jej naszą odpowiedź emocjonalną.
W ten sposób tworzenie sprzyja relacjom.
Dla mnie jest to szczególnie trudny rodzaj interakcji ze względu na blokady i zaburzenia, których doświadczam w sferze emocji. Do tego tematu wrócę i przyjrzę się jego wpływowi na jakość moich relacji.

Organizowanie grupy i społeczeństwa
To dopełnienie poprzedniego punktu, rozciągające go na relacje w obrębie szerszych grup ludzi. Każdy z nas ma wpływ na organizowanie się naszych grup towarzyskich i naszego społeczeństwa. Odbywa się to poprzez twórczą komunikację.
Mogę działać na rzecz zmian w swoim środowisku społecznym, przekazując jego członkom moje pomysły, odczucia i plany dotyczące tej wspólnoty. Mogę pomagać im rozpoczynać i prowadzić rozważania nad optymalną organizacją wspólnej rzeczywistości, a oni mogą pomagać mi zrozumieć, jak się zachowywać i jak tworzyć wspólnotę.
To ponownie sprzyja relacjom oraz tworzy lepsze warunki zewnętrzne, tak aby refleksja jednostki była łatwiej osiągalna.

Autoterapia/autokomunikacja

Porządkowanie myśli/filozofii/emocji

Tworzenie może być aktem porządkującym. Ja wykorzystuję je w ten sposób. Zazwyczaj ma to formę pisania eseju czy opowiadania. Czasem jednak jest to proste mówienie o tym, co myślę. Dotyczy to zarówno rozmowy z drugim człowiekiem, jak i mówienia do siebie.
Tworzy to silniejsze oparcie dla refleksyjności, a sam ten akt jest rodzajem refleksji.
Dlaczego piszę o tym jako o formie autoterapii? Ponieważ niektóre z moich kłopotów poznawczych czy drobnych zaburzeń są efektem chaosu w sferze myśli i przekonań. Dobrym przykładem jest, poruszany niedawno, temat jedzenia mięsa. Tkwił za nim chaotyczny konflikt wewnętrzny, którego uporządkowanie w dialogu ze sobą przyniosło mi korzyść.

Szczególnym przypadkiem uporządkowanej myśli jest filozofia, którą się kierujemy. Każdy z nas jakąś ma, nie każdy jednak zdaje sobie z tego sprawę.
Tworzenie oparte na naszej podbudowie filozoficznej pozwala nam ją dogłębniej analizować i spojrzeć na nią z szerszej perspektywy. To prowadzi do jej wzbogacenia lub lepszego zorganizowania. Pokazuje nam potencjalne luki, co daje szansę, by je skutecznie wypełnić. Pomaga nam też pamiętać, czym jest nasza filozofia i skąd się wzięła.
Twórcze filozofowanie sprzyja rozwojowi.

Wyrażanie siebie w twórczości pozwala lepiej dostrzec i zrozumieć emocje. To sposób, by stanąć z boku, gdy sytuacja już się uspokoi, i spojrzeć jeszcze raz na to, co się wydarzyło oraz co poczułem.
Kiedy poznam swoje emocje, mogę zacząć je porządkować oraz tworzyć nowe metody wchodzenia z nimi w interakcję. Dzięki temu skuteczniej wykorzystuję je jako źródło informacji i intuicyjnej analizy sytuacji.
Aby jednak móc im zaufać, muszę lepiej poznać przekonania i mechanizmy, które za nimi stoją. Temu właśnie służy twórczość.
Tworzenie sprzyja wolności — jest efektem lepszego rozumienia komunikatu emocjonalnego, który uwalnia mnie od poddawania się niezrozumiałym popędom. Wspiera też rozwój poprzez modyfikowanie i eksplorowanie podświadomych przekonań.

Wentylowanie emocji

Emocje mogą się w nas gromadzić. Jeśli jesteśmy chronicznie poddawani wyzwalaczom lub nie możemy usunąć przyczyny jednej z nich, narasta w nas napięcie emocjonalne. Utrudnia ono jasne myślenie, analizę sytuacji oraz wejście w perspektywę uważnego obserwatora.
Twórcza ekspresja to skuteczny sposób na uwolnienie tego napięcia i odzyskanie swobody umysłu. Niejednokrotnie rozpisanie trudnej sytuacji na kartce papieru bywa wystarczającym wentylem, pozwala obniżyć napięcie do poziomu niezaburzającego funkcjonowanie.
Istnieją też inne metody redukcji napięcia, ale twórczość należy do najzdrowszych i najskuteczniejszych.

Podsumowując, tworzenie ma podwójną wartość: wspiera i wzmacnia inne wartości, a także stanowi samoistne źródło wartości. Generalnie wpływ tworzenia jest probabilistyczny — zwiększa szansę na pojawienie się refleksji, ale nie gwarantuje.

Formy tworzenia

Pisanie
Dla mnie to główna forma tworzenia. Swoje najważniejsze myśli komunikuję ze światem w formie tekstowej. Jest to nietypowe — większość ludzi używa mowy jako podstawowej formy komunikacji i twórczości.
Trzy media, które wykorzystuję, to blog, opowiadania i dzienniki.
Blog jest formą autoterapii, porządkującą i pogłębiającą moje myślenie oraz sposobnością do wpływania na innych.
Opowiadania przynoszą innym rozrywkę i radość. Jeśli czytelnik dobrze się bawił, a przy tym poczuł lekką inspirację do rozmyślań, osiągnąłem swój cel.
Dzienniki to autoterapia. Tam dotykam tego wszystkiego, czego wstyd nie pozwala mi ujawnić na blogu przed czytelnikami. To trudne pisanie i lektura — porządkuję i wentyluję emocje.

Inne formy tworzenia

Mówienie to najpowszechniejsza forma twórczej ekspresji. Ja także z niej korzystam, choć rzadziej niż z pisania – więcej czasu spędzam na pisaniu niż na mówieniu. Praktykuję, choć niewprawnie, pogawędki przy kawie w pracy, gdzie realizuję budowanie relacji z innymi. Chodzę do klubu mówców Toastmasters, gdzie ćwiczę retorykę, by pewnego dnia wpływać na grupy i społeczeństwo.
Długo by wymieniać potencjalne pola aktywności twórczej, których można się podjąć — od malarstwa po muzykę. Spektrum możliwości jest ogromne, ale jestem raczej ich odbiorcą niż nadawcą.

Potencjalne zagrożenia

Twórczość jest pozytywnym elementem naszego życia. Daje satysfakcję i przyczynia się do kultywowania dobra w nas i w świecie. Jednak mogą pojawić się ryzyka, których warto być świadomym — nie po to, by zarzucić tworzenie, lecz by ich unikać podczas tworzenia. Oto dwa przykłady.

Marzenia o sławie
Za twórczością, szczególnie pisaną, idzie marzenie o sławie — że pewnego dnia będę wielkim pisarzem podziwianym przez miliony. To naturalna, egocentryczna fantazja. Póki jest okazjonalna i niewielka, nie stanowi problemu — rozdmuchana może się nim stać.
Ważne, że ta fantazja nie jest mi potrzebna. Nie potrzebuję jej, by mnie motywowała — twórczość ma dla mnie wartość i bez niej. A skoro nie jest motywacją, to do czego służy?
W tym marzeniu jest przebłysk konfliktu między nieświadomym, a świadomym. Świadomie sława i podziw nie są dla mnie istotne, ale podświadomie chcę być zaakceptowany przez grupę, a nawet w niej dominować.
Ten konflikt jest rozpraszający i marnuje moją mentalną energię.

Zafiksowanie na zarobkowaniu
A co, gdyby twórczość zaczęła mi przynosić dochody? Czy nie byłoby cudownie? Nie byłoby źle — to jedna z opcji zarobku. Nie chcę jednak się na niej skupiać. Jeśli postawię sobie za cel utrzymywać się z pisania, mogę stracić niemało z jego dzisiejszych funkcji.
Czy dalej będę mógł się autoterapeutyzować, jeśli od jakości i treści tekstu będą zależeć moje zarobki? Czy zachowam konieczne swobodę i wolność? Może, ale istnieje ryzyko, że poświęcę je na rzecz lepszej poczytności.
Nie ma nic złego w tym, że tekst się dobrze czyta, ale dla mnie kluczowe są walory komunikacyjne i autoterapeutyczne tekstu. Poczytność i zarobek są drugorzędne.

Zakończenie

Twórczość jest cenną wartością, harmonijnie współgra z innymi wartościami, jakie mi przyświecają, i je wzmacnia. Pozwala im rozkwitnąć, wnosząc niezależny wkład w refleksyjne dobro. Nie rozstrzygam, czy jest bardziej narzędziem, czy samodzielnym bytem — poprzestanę na stwierdzeniu, że zasługuje na wysokie miejsce w mojej hierarchii wartości.

Zostawiam nas z kilkoma pytaniami. Najpierw dwa, które zostaną ze mną:
Czy pisanie, z którego się utrzymuję, wskoczy wyżej w mojej hierarchii wartości?
Czy różnorodność form tworzenia ma znaczenie, czy wystarczy mi jedna?

Dla was mam kilka pytań, które mogą pomóc w napisaniu własnej wersji eseju:
Czy tworzenie i komunikacja są dla was ważne?
Jakie jest wasze główne medium twórcze?
Czy wykorzystujecie tworzenie jako formę autoterapii?
A może macie inne zastosowania, o których nie wspomniałem?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

Sen o wolności na czterech kołach

Dawno temu podróżowanie opierało się głównie na pieszych wędrówkach i prostych środkach transportu, co zmieniało się z wynalezieniem samochodu. Choć obiecywano większą wolność, auta wprowadziły problemy takie jak korki i zanieczyszczenie. Prawdziwa wolność związana jest z zrozumieniem siebie, a nie z posiadaniem dóbr materialnych.

Dawno temu, sto lat albo i więcej, ludzie podróżowali po świecie głównie na własnych nogach. Gdy trzeba było pójść na targ, zakładali buty (jeśli je mieli) i ruszali w drogę. Niektórzy mieli wozy i wózki oraz konie, które mogły je ciągnąć – gdy na targ trzeba było zawieźć własne towary, taki środek transportu był jak znalazł.

Bryczki, karoce i wozy nadawały się również do podróży na większe odległości: a to do miasta powiatowego, do urzędu, a to do wojewódzkiego – do teatru. W owych miastach można było poruszać się pieszo albo wynająć dorożkę. W niektórych z nich kursowały tramwaje – również ciągnięte przez konie – którymi przejazd był o wiele tańszy, choć trzeba było trzymać się wytyczonych linii.

Gdy przychodził czas na wielką wyprawę, z pomocą przychodziły koleje żelazne. Sieć połączeń nie była szczególnie rozbudowana, ale większe miasta były połączone – jeśli nie pełnowymiarową koleją, to może wąskotorówką. Aby dojechać do stolicy, nie było lepszego rozwiązania niż kolej.

Nie da się ukryć – w tamtych czasach ludzie nie byli mobilni. Podróżowanie zabierało wiele czasu i pochłaniało sporo energii fizycznej. Wiele osób, zwłaszcza biedniejszych, nigdy nie miało szansy na podróż dalszą niż do najbliższego targu czy miasta powiatowego. Wynalezienie roweru nieco pomogło, ale i ten środek transportu miał swoje ograniczenia.

W czasach przed wielkimi wojnami pojawił się na świecie nowy wynalazek – automobil. Wykorzystujący spalanie ropy do napędzania kół, mógł rozpędzić się do prędkości dotąd zarezerwowanych dla pociągów. W przeciwieństwie do nich nie był jednak przywiązany do torów.

Początkowo automobil był zabawką bogatych elit. Niedługo później zaczęto wykorzystywać go w transporcie towarów – okazało się bowiem, że pakowny pojazd może przewieźć więcej w krótszym czasie niż wóz zaprzężony w konie. Zaletę tę szybko dostrzegły także armie świata i automobile – niektóre nawet opancerzone – stały się standardowym wyposażeniem wojskowym podczas globalnych konfliktów. Mimo to większość ludzi funkcjonowała bez automobilów. Pozostawały one towarem niszowym.

Po wielkiej wojnie na świecie – również w Stanach Zjednoczonych – pozostało wiele fabryk produkujących opancerzone automobile, tzw. czołgi. Gdy zamówienia wojskowe się skończyły, właściciele tych fabryk musieli znaleźć inne zastosowanie dla zainwestowanego kapitału. Zatrudnili więc najlepszych specjalistów od reklamy, powierzając im jedno zadanie: przekonać przeciętnego Amerykanina, że samochód (nowa nazwa automobilu) jest mu niezbędny.

Tęgie głowy reklamy pracowały od świtu do nocy. W czasie tej pracy miały przed oczami wielkie przestrzenie amerykańskiego interioru – areny wielotygodniowych wypraw konnych, spędów bydła, napadanych dyliżansów. Czego potrzebował mieszkaniec tych rozległych prerii, by być szczęśliwym? Szybkiego i sprawnego środka przemieszczania się. Samochód dałby mu wolność…

Tęgie głowy reklamy nie myślały jednak wąsko – tylko o mieszkańcach środkowych stanów. O, nie. Koncepcja wolności jest uniwersalna i może przemówić do każdego. Zaczęli więc kreślić wielką narrację, która trwa po dziś dzień. Jeśli utarte szlaki linii kolejowych zbyt cię krępują. Jeśli twoje własne nogi lub rower mają za mały zasięg, by ponieść cię do celu. Jeśli komunikacja miejska nigdy nie jedzie tam, gdzie chcesz trafić. To mamy dla ciebie rozwiązanie. Twój klucz do wolności: samochód.

Ludzie chcieli być wolni tak desperacko, że uwierzyli w slogan producentów samochodów. Tym łatwiej, że było w nim ziarno prawdy. Przecież samochód zaspokajał realne potrzeby transportowe, usprawniał przepływ towarów, niwelował wykluczenie komunikacyjne. W rozległych stepach i rosnących przedmieściach samochód faktycznie był przydatny i uwalniał człowieka od wielu ograniczeń. Niestety – na ulicach wielkich miast, wciąż przystosowanych do dorożek i tramwajów – sytuacja rozwijała się nieco inaczej.

Ludzie stanęli w pierwszych korkach. To napełniło ich świętym oburzeniem! Przecież obiecano im wolność, a nie uwięzienie w metalowej puszce, otoczonej przez inne metalowe puszki. Szybko zidentyfikowali przyczynę: stare, wąskie drogi. Rozwiązanie było proste – potrzeba więcej asfaltu i betonu, szerszych dróg.

Wolność wolnością, ale szybko okazało się, że potrzeba coraz więcej ograniczeń i obostrzeń, by ruch w wielkich miastach mógł w ogóle funkcjonować. Na skrzyżowaniach wyrastały sygnalizacje świetlne. Wprowadzano coraz ściślejsze ograniczenia prędkości, zakazy zatrzymywania się, zawracania, skrętu. Gęsta plątanina przepisów – by ludzie wreszcie mogli być wolni.

Zamknięci w swoich puszeczkach, narzekali, że zrobiło się strasznie głośno w tych miastach. Kiedyś było dużo spokojniej. To pewnie ta młodzież, z jej nowomodną muzyką.

Zaczęło też śmierdzieć. Już nie końskim łajnem, tylko spalinami. No to narzekali, kaszląc i popędzając swoje wehikuły wolności.

Znowu stanęli w korkach. Widać asfalt i beton, który wylano, nie były wystarczające. Potrzeba było więcej. Że nie ma już miejsca? Nonsens – można przecież wyburzyć setki domów i w ich miejsce wybudować autostradę. Wolność jest najważniejsza! Przecież mieszkańcy tych domów nie chcą stać na drodze społeczeństwa do wolności.

W miarę jak rosła potrzeba wolności, rosły też samochody. Kompaktowe automobile zastąpiły monstra udające pickupy, przypominające nieco czołgi – niedorzecznie niepasujące do skali miejskiego otoczenia, niepełniące żadnej funkcji poza głaskaniem zatrwożonego ego swych właścicieli. To oznaczało więcej hałasu, więcej spalin i więcej betonu, by je wszystkie pomieścić.

Minęło wiele lat od wynalezienia automobilu. Minęło wiele od omyłkowego utożsamienia posiadania auta z wolnością. Do dziś jednak ludzie stoją na ulicach w swoich metalowych puszeczkach – w korkach i na światłach – i śnią swój szalony sen o wolności. Próbują rozwiązywać miriady problemów, które generuje ten koszmar: a to wymyślą filtr spalin, żeby dymić mniej, a to zrobią samochód elektryczny – by dymić gdzie indziej. Mierzą się z kolejnymi wiatrakami, w trosce o swoją wolność, zapominając, ile swobody tkwiło w zwykłym spacerze piechotą przez miasto.

Czy samochód stworzył więcej problemów, niż rozwiązał?

Bo na pewno wiele rozwiązał, szczególnie w komunikacji na średnich dystansach. Skomunikował ze światem miejsca, które, ze względu na swą wielkość, nigdy nie doczekałyby się kolei, włączył je w obieg cywilizacji. Dziś nie ma już znaczenia, który z tych aspektów przeważał – samochód jest częścią naszej rzeczywistości, a to, co możemy zrobić, to nauczyć się korzystać z niego z większym rozsądkiem.

A jeśli to nie samochód daje wolność?

W tej historii nie chodzi tylko o samochody.
Nie chodzi też o korki, beton czy spaliny. To wszystko są objawy czegoś głębszego: naszego marzenia o wolności – i sposobu, w jaki próbowaliśmy to marzenie zrealizować.

Wolność, którą obiecały nam samochody, była kusząca, ale fałszywa. Jej fałsz tkwił w tym, że w nieuprawniony sposób rozszerzała „wolność do podróżowania” na wolność w ogóle. Opierała się na uproszczeniu: „kup coś, a będziesz wolny”. I wielu z nas w to uwierzyło – nie tylko w przypadku aut. Kupujemy specyficzne wolności cząstkowe, łudząc się, że da nam to wolność przez wielkie W.

W tej samej logice kupujemy smartfony, które mają nas zbliżać, a sprawiają, że jesteśmy rozproszeni. Kupujemy większe mieszkania, by „mieć przestrzeń”, a potem nie mamy czasu, by w nich naprawdę być. Kupujemy wycieczki, by „odpocząć”, ale wracamy zmęczeni jeszcze bardziej. Rozwiązując jeden problem generujemy dwa kolejne.

Trudno to dostrzec, zwłaszcza że czasem zakupy faktycznie rozwiązują realny problem i niosą wartość! Często jednak wpadamy w pułapkę iluzji, że posiadanie jest rozwiązaniem.
Zamiast zadawać pytania – próbujemy kupić na nie odpowiedzi.
Zamiast zrozumieć istotę trapiących nas problemów – próbujemy kupić gotowe rozwiązania.
Otaczamy się przedmiotami, by poczuć, że mamy nad czymś kontrolę, podczas gdy rośnie nasza bezradność.

I może właśnie dlatego ta historia o samochodzie tak do nas przemawia. Bo widzimy w niej siebie – zmęczonych, zaganianych, zagubionych na drodze do szczęścia i wolności. Wydaliśmy niemałe pieniądze – czy dostaliśmy to czego oczekiwaliśmy?

Czy na pewno wiesz, co kupujesz?

Może warto się na chwilę zatrzymać – i zadać sobie kilka niewygodnych, ale ważnych pytań:

  • Co próbuję sobie naprawdę dać, kiedy coś kupuję?
    Może nie chcę nowego auta, tylko swobody w decydowaniu, dokąd zmierzam.
    Może nie potrzebuję lepszych słuchawek, tylko ciszy.
    Może nie potrzebuję dalekich krain – tylko odpoczynku od codzienności.
  • Co próbuję uciszyć, gdy kupuję?
    Lęk? Poczucie braku wpływu? Samotność?
    Czasem nowy zakup daje namiastkę kontroli nad światem, w którym coraz mniej ode mnie zależy.
  • Czy to, co kupuję, naprawdę rozwiązuje mój problem – czy tylko go maskuje?
    Samochód miał skrócić czas podróży, a wprowadził koszty, stres, korki, zobowiązania. Czy koszty, które wygenerował nie przeważyły aby nad korzyściami?
    Może tak samo działa wiele innych decyzji, które podejmuję bez refleksji?

Kiedy konsumpcja staje się formą ucieczki

Nie chodzi o to, że nie wolno nam niczego chcieć. Ani o to, że każda decyzja zakupowa jest zła. Chodzi o to, że kupujemy rzeczy nie po to, by coś zdobyć – ale by czegoś nie czuć.
Konsumpcja może być formą znieczulenia. Próbą regulowania emocji.
A gdy robimy to regularnie, życie zaczyna przypominać jazdę po spirali:
czasem szybciej, częściej – ale wciąż w kółko, a to już symptom uzależnienia.

Wolność nie rodzi się z posiadania, tylko z rozumienia siebie

Prawdziwa wolność nie zaczyna się od kupienia samochodu. Zaczyna się tam, gdzie kończy się iluzja. Tam, gdzie potrafię odróżnić:
„chcę” od „potrzebuję”,
„to mnie wspiera” od „to mnie odciąga od siebie”,
„to rozwiązanie” od „to ucieczka”.
Wolność nie polega na tym, że mogę wszędzie dojechać. Polega na tym, że rozumiem, gdzie jestem – i dokąd, oraz dlaczego, chcę dotrzeć. Na tym, że rozumiem jakich zasobów potrzebuje w podróży.
Mało prawdopodobne, bym potrzebował samochodu, żeby tam trafić. W tej drodze bardziej przyda mi się lekkość ducha, bo zwykle nie musimy się fizycznie przemieszczać, by dotrzeć do celu.

Czasem lepiej się zatrzymać i zapytać:
czy „wolność”, którą kupuję, to rzeczywiste dobro – czy tylko iluzja?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O najstarszym zawodzie świata

Dzisiaj dość niezwykły artykuł – to zapis mowy ze spotkania Biznes Toastmasters. Wpis składa się z trzech części: konspektu mowy, transkrypcji (bez poprawek) nagrania jednej z sekcji treningowych i wyedytowaną wersję z poprawkami.

KONSPEKT

  1. Najstarszy zawód świata?
  2. Po co filozofia?
    1. Żeby być
      1. filozofuje więc jestem
      1. życie to więcej niż przemiana materii
        „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.”
        Seneka
    1. Żeby dobrze być
      1. Etyka (dobro i zło)
      1. Logika (prawda i fałsz)
      1. Fizyka (zależne i niezależne)
    1. Żeby dobrze czynić
      1. Przykład: retoryk
        Nie wystarczy dobrze przemawiać, trzeba jeszcze o dobru przemawiać
        „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”
        Winston Churchill
        „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”
        Józef Goebbels
  3. Podsumowanie: żeby być, żeby dobrze być, żeby dobrze czynić
  4. Bonus: anegdotka o Aleksandrze i Diogenesie + oczy Demokryta

TREŚĆ MOWY (transkrypcja treningu)

Witam was serdecznie!

Na dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie. Rozumiem przez to zawód filozofa. To właśnie ten zawód uważam za najstarszy zawód na świecie, albo przypuszcza, że może być jednym z najstarszych. Odkąd z homo erectus zmieniliśmy się w homo sapiens, myśl i namysł stały się ważną częścią naszej egzystencji i przypuszczam, że już w tych pierwszych, pierwotnych plemionach ludzie zdolni do głębokiego i dobrego namysłu byli cenieni. Może pierwsi szamani ludzkich plemion, to były osoby trochę jak filozofowie, które zdolne były do myślenia głęboko, myślenia lepiej niż inni.

OK. No ale, nie jest moim celem, żeby was zachęcić do zmiany zawodu i przebranżowienia się teraz gremialnie na filozofów. Nie. Chodzi mi o to żeby was zachęcić do tego, żeby wprowadzić odrobinę filozofii do waszego życia, żeby zacząć ją uprawiać.

A po co? Zapytacie. Kilka powodów. Pierwszy, fundamentalny, to po to żeby po prosty być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję więc jestem. No właśnie, filozofuje więc jestem… człowiekiem. To co nas odróżnia od zwierząt, w mojej opinii, to właśnie zdolność do głębokiego myślenia, refleksji i namysłu, czyli do filozofowania. Jeżeli nie filozofujemy, to trawimy nasze życie, no pochłanianie pokarmów, wydalanie, oddychanie. Jak powiedział Seneka, mówiąc o osobach pozbawionych tego namysłu w swoim życiu: „(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo.” A jest różnica między życiem, a trwaniem. Tą różnicą jest filozofia.

Filozofujemy żeby żyć, ale filozofujemy też żeby żyć dobrze, a pomagają nam w tym trzy działy filozofii. Po pierwsze: etyka, czyli nauka, która mówi nam o tym co jest dobre, a co złe, pozwala nam odróżniać te dwa stan, zdefiniować je i wybierać między nimi. Tylko dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Każdy z nas jakąś ma, bo gdybyśmy jej nie mieli, nie bylibyśmy w stanie dokonać żadnego wyboru. Czasami po prostu swojej etyki sobie nie uświadamiamy i tkwi ona w naszej podświadomości.

Drugi dział filozofii, niezbędny nam do dobrego funkcjonowania to logika, czyli nauka o tym co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, konstruowaniu sylogizmów i rozpoznawaniu błędów logicznych. Fundamentalna dlatego byśmy mogli myśleć w sposób spójny i właściwy.

Trzeci wreszcie dział, bliski mojemu sercu, to fizyka. Dzisiaj fizyka jest w większości nauką szczegółową, nie zachęcam was koniecznie do studiowania głębokiej fizyki. Natomiast jest część fizyki, która pozostała w filozofii, ta część starożytnej fizyki, która pozostała z filozofią, to jest nauka odpowiadania na pytanie: co jest od nas zależne a co jest od nas niezależne. Nauka zrozumienia tego nad czym mamy kontrolę, a nad czym kontroli nie mamy. Niesamowicie istotna kwestia, dla każdego kto chce decydować o tym co robić, ale jeszcze ważniejsza dla tego kto chce być w życiu szczęśliwym.

To są świetne powody do filozofowania. Weźmy nasz przykład. Nasz czyli osób uczących się retoryki, sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryka odpowie nam na pytanie o czy i co powinniśmy mówić? Nie. Retoryka nam odpowie jak powinniśmy coś powiedzieć. Ale żeby wypełnić swoją mowę treścią potrzebujemy filozofii. A żeby wiedzieć czy ta treść jest dobra tym bardziej potrzebujemy filozofii.

Weźmy taki przykład retoryczny. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy, cytuję: „Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.” Koniec cytatu.
Drugi cytat. Cytuję: „(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!” Koniec cytaty.
Bardzo podobne zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, motywacja dla całego narodu do walki. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat, to cytat z Winstona Churchila, drugi, to cytat z Józefa Goebbelsa.
Retoryka jest pustym narzędziem, które musi być wypełnione treścią przez filozofię.

Podsumowując, uczymy się filozofii żeby żyć jak ludzie, żeby żyć dobrze i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, które mamy dostępne. Dlatego warto się nią zainteresować i warto wprowadzić jej elementy do naszego życia.

Na koniec, jako że mam jeszcze chwilę czasu, podzielę się małą zabawną anegdotką. Był sobie filozof Diogenes żyjący w Atenach w czasach Aleksandra Wielkiego. Pewnego dnia Aleksander po przybyciu, po powrocie z Persji, po podboju Persji, wybrał się do Diogenesa, który odpoczywał na skałach na morzem ze swoimi uczniami. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział: Diogenesie, jestem dzisiaj w świątecznym nastroju, proś mnie o cokolwiek tylko chcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie. Diogenes, który leżał sobie, otworzył jedno oko, popatrzył na Aleksandra, zamknął oko i powiedział: Mam jedno życzenie, żebyś się trochę przesunął, bo zasłaniasz mi Słońce. Tyle życzył sobie filozof Diogenes od mocarnego Aleksandra, nic więcej władca świata nie był w stanie mu dać.

Dziękuje.

TREŚĆ MOWY Z POPRAWKAMI

Witam was serdecznie!

W dzisiejszej mowie chce was zachęcić do zainteresowania się najstarszym zawodem świata. Co przez to rozumiem? Patrzycie na mnie podejrzliwie… Chodzi o mi o zawód filozofa. Nie wiem oczywiście, czy to faktycznie najstarszy zawód, ale przypuszczam, że odkąd awansowaliśmy z erectus na sapiens, sztuka myślenia znalazła się w cenie, a ludzie zdolni do głębszego namysłu byli wartościowy. Być może pierwsi szamani neolitycznych plemion, byli filozofami, czyli ludźmi zdolnymi myśleć głębiej, dokładniej, lepiej.

Nie jest jednak moim celem skłonić tu obecnych do przebranżowienia i gremialnej zmiany zawodu na filozofów. Chodzi mi raczej o to, by zachęcić was do wprowadzenia odrobiny filozofii do waszego codziennego życia, by zacząć jej używać w praktyce.

Zapytacie: po co? Jest kilka powodów. Pierwszy, najważniejszy, filozofujemy, żeby być. Parafrazując słowa Kartezjusza: filozofuję, więc jestem, a konkretnie, filozofuje, więc jestem człowiekiem. Cechą szczególnie ludzką, wyróżniającą nas pośród innych zwierząt, jest umiejętność głębokiego namysłu – czyli do filozofowania. Życie nie sprowadza się do jedzenia, picia, wydalania i spania – potrzeba czegoś więcej, by powiedzieć o kimś, że jest człowiekiem. Słowami rzymskiego stoika Seneki:
„(…) nie ma żadnego powodu, żebyś patrząc na czyjeś siwe włosy i twarz zoraną bruzdami, wysunął stąd wniosek, że żył długo. Nie żył długo, tylko trwał długo”. A o różnicy między życiem a trwaniem stanowi filozofia.

Filozofujemy, żeby żyć. Filozofujemy, żeby dobrze żyć. To drugi powód do zainteresowania się filozofowaniem. W dobrym życiu pomagają nam trzy filary filozofii.

Po pierwsze, etyka, czyli nauka o tym, co jest dobre a co złe, pozwalająca na odróżnić od siebie te dwa stany i wybierać między nimi. Dzięki etyce jesteśmy w stanie dokonywać wyborów moralnych. Już dzisiaj każdy z nas jakąś etykę ma, ale niekoniecznie jest jej świadom. By wynieść ją do świadomości, sprawdzić i utrwalić potrzebne jest nam praktykowanie filozoficznych ćwiczeń.

Po drugie, logika, czyli nauka o tym, co jest prawdziwe a co fałszywe, nauka o wnioskowaniu, poprawnym rozumowaniu, tworzeniu sylogizmów i unikaniu błędów logicznych. Bez niej nie jesteśmy w stanie poprawnie wnioskować, co czyni ją fundamentalną.

Po trzecie, fizyka, bliska mojemu sercu, nauka o tym, co rzeczywiste, a co nie. Dzisiaj jest samodzielną, szczegółową nauką, ale pewien element tego, jak rozumieli ją starożytni, pozostał w obrębie filozofii. Chodzi o odpowiedź na pytanie: co jest od nas zależne, a co nie, rozumienie, nad czym mamy kontrolę, gdzie znajduje się nasza sprawczość. To zagadnienie fundamentalne dla stoicyzmu, ale ogólnie kluczowe dla stabilności emocjonalnej i psychicznej i w konsekwencji dla szczęśliwego życia.

Jako przykład praktycznej istotności filozofowania weźmy nas na tej sali. Jesteśmy adeptami retoryki, czyli sztuki przemawiania. Czy wystarczy poprawnie przemawiać, żeby dobrze przemawiać? Czy retoryk da nam odpowiedź na pytanie: co powinniśmy powiedzieć? Nie, retoryka powie nam, jak to powinniśmy powiedzieć, ale żeby wypełnić naszą mowę treścią, potrzebujemy, choćby minimalnego, filozoficznego namysłu. A żeby zapewnić, że treść będzie dobra, potrzebujemy solidnej filozofii.

Z życia wzięty przykład jak ważna jest idea, która stoi za zabiegami retorycznymi. Podam wam dwa cytaty. Pierwszy:
„Pytacie mnie o cel. Mogę odpowiedzieć jednym słowem: zwycięstwo – zwycięstwo, choćby droga do niego była długa i ciężka – bo bez zwycięstwa nie ma przetrwania.”

Drugi:
„(…) musimy zwyciężyć, bo inaczej cały nasz naród, z nami na czele, ze wszystkim, co kochamy, czeka zagłada. A więc do dzieła!”

Bardzo zbliżone zabiegi retoryczne: wezwanie do boju, sugestia krańcowości sytuacji, uogólnienie na cały naród. Dwa narody, dwie bardzo odmienne ideologie. Pierwszy cytat to Winston Churchill, drugi Józef Goebbels. Retoryka bez filozofii jest tylko pustym narzędziem.

Podsumowując: uczymy się filozofii, żeby być ludźmi, żeby dobrze być ludźmi i żeby dobrze wykorzystywać narzędzia, do których mamy dostęp. Dlatego zachęcam wszystkich do jej praktykowania od czasu do czasu, a najlepiej co dzień.

Na zakończenie mała anegdotka. W czasach Aleksandra Wielkiego żył sobie w Atenach filozof zwany Diogenesem. Pewnego dnia, krótko po podboju Persji, Aleksander przybył do Aten i zapragnął spotkać się z Diogenesem. Filozof spędzał dzień ze swoimi uczniami, wygrzewając się w słońcu na skałach pod miastem i tam też odnalazł go władca. Aleksander stanął nad Diogenesem i powiedział:
„Diogenesie, jestem dzisiaj w szczodrym nastroju, proś mnie, o cokolwiek tylko zechcesz, a ja spełnię każde twoje życzenie.”
Diogenes otworzył jedno oko, spojrzał na Aleksandra, zamknął oko i powiedział:
„Życzę sobie, abyś się nieco odsunął, bo zasłaniasz mi Słońce”.
Tylko tyle dla filozofa Diogenesa mógł uczynić władca całego znanego świata, a osiągnięcia takiej pełnej wolności nam wszystkim życzę!