O wartości relacji

Artykuł analizuje istotę relacji w kontekście hierarchii wartości, dzieląc je na relacje jako dobro i wartości. Zawiera refleksje na temat relacji ze światem, sobą oraz innymi ludźmi, podkreślając znaczenie akceptacji losu oraz możliwości wzajemnego rozwoju. Autor proponuje, by dążyć do miłości w relacjach międzyludzkich.

W ramach omawiania elementów mojej hierarchii wartości wprowadziłem pojęcie relacji i zarysowałem, jak wyobrażam sobie mechanizmy ich formowania. W tym artykule rozwinę temat, skupiając się na relacji jako wartości, o którą warto zabiegać.

Rozpocznę od kategoryzowania relacji, by łatwiej było omawiać ich szczegółowe aspekty. Na pierwszym poziomie kategoryzacji są dwie klasy: relacje jako dobro i relacje jako wartość. Podobnie jak w przypadku wolności, część zjawisk kryjących się pod pojęciem relacji jest elementem refleksyjności. Pozostałe aspekty są wartościami, czyli potencjalnymi celami dążeń niestanowiącymi dobra same w sobie.

Do grupy relacji jako dobro zaliczam dwie klasy: relacje ze światem i relacje z samym sobą. Pierwszą rozumiem nieco abstrakcyjnie jako relację z całością bytu bardziej niż z jego poszczególnymi częściami. Obie z nich uważam za fundamentalne dla naszej egzystencji, nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek niebędący w którejś z tych relacji. Bywają ludzie, u których są one zaniedbane i nikłe, ale u każdego jakieś być muszą.

Do grupy relacji jako wartość zaliczę trzy klasy: relacje z innymi ludźmi, z ideami i z naturą (żywą i martwą). W zamyśle ten podział ma pokryć całość spektrum możliwych relacji i na razie nie widzę w nim luk. Nie wątpię przy tym, że możliwe są inne podziały zbioru relacji, również pokrywające cały zbiór i mające swoją użyteczność. Nie twierdzę w związku z tym, że mój podział jest jedynym, będę go natomiast konsekwentnie używał w dalszych rozważaniach.

Relacja ze światem

Relacja ze światem jest jedną z dwóch fundamentalnych relacji dla naszej egzystencji – wynika z samego faktu naszego istnienia. Nie musimy sobie z tego zdawać sprawy ani nad tym rozmyślać, ale mamy jakieś spojrzenie na świat. Czy uważamy, że istnieje obiektywnie czy że jest symulacją w Matriksie, mamy pogląd na jego charakter. Możemy uważać, że jest przyjazny i budujący albo że jest mroczny i zagrażający — jakoś musimy się wobec niego pozycjonować.

Relacja ze światem jest powiązana z relacją z samym sobą, uważam je za wzajemnie dopełniające. Na ich pograniczu plasuje się ważne pytanie: gdzie kończę się ja, a zaczyna świat. Zagadka ta jest centralnym aspektem rozważań metafizyki stoickiej.

Jak wspomniałem we wstępie, na potrzeby definiowania tej relacji, świat rozumiem jako całość bytu, która nie jest nami. Mój stosunek do poszczególnych jego elementów, będę omawiał później, tutaj idzie o bardziej abstrakcyjne rozważania. Uważam tę relację za fragment refleksyjności, ponieważ manifestują się w niej dwa fundamentalne elementy: pierwszy to wspomniana już metafizyka i rozgraniczenie co jest mną a co światem. Drugi to etyka, w szczególności badanie co to znaczy, że świat jest dobry lub zły? Ten namysł jest kluczowym elementem refleksyjności.

Najpełniej stoickim podejściem do relacji ze światem jest tak zwane „amor fati”, czyli umiłowanie losu. Świat, czyli to, co nie jest nami, staje się synonimem losu, tego, co jest poza naszą kontrolą, co nam się przydarza.

Jest niejeden sposób na zarządzanie relacją z losem — od przeciwstawiania się, poprzez narzekanie, po akceptację. Stoickie podejście zaczyna się od tej ostatniej, ale na niej się nie kończy. Zaakceptowanie losu, rozumianego jako to, co nie jest pod naszą kontrolą, to świetny początek. Pozwala nam nie dokładać zmartwień bez konieczności i przenieść koncentrację na to, co od nas zależne i co możemy zmienić. Warto podkreślić, że akceptacja nie oznacza bierności. Przeciwnie, jest podstawą intensywnej aktywności tam, gdzie możemy realnie coś zmienić w obszarze tego, co od nas zależne, a nasze działania mogą i powinny być ukierunkowane na zmianę świata w zgodzie z naszymi wartościami.

Akceptacja nie jest jednak końcem stoickiej przygody z losem. Jako stoik powinienem pójść krok dalej, to znaczy pokochać swój los. Oznacza to, że optymalnym stanem jest, gdy każdy przypadek losu uważam za szczęśliwą okoliczność, która stanowi okazję do ćwiczenia się w cnocie (ćwiczenia swojej refleksyjności). Nawet zdarzenia, które potocznie określilibyśmy mianem złych czy tragicznych dla stoika stanowią część naturalnej kolei rzeczy i szansę na ćwiczenie swego spokoju duch.

Dla stoika relacja ze światem ma cztery stany: umiłowanie losu, akceptacja losu, dążenie do jednej z tych dwóch lub żadna z powyższych. Ta czwarta kategoria oznacza dowolną postawą różną od pozostałych trzech. Amor fati możemy określić mianem dobra, to jest po stoicku właściwa postawa. Wszystkie pozostałe dobrem nie są, ale dwie z nich zawierają w sobie dążenie do dobra, podczas gdy trzecia nie. Można by się pokusić o nazwanie jej w tym kontekście złem rozumianym nie jako brak dobra, ale odwrócenie się od niego. Nie widzę korzyści w takiej etykiecie. Pośród tych postaw mogą istnieć i takie, które prowadzą człowieka do szczęścia, bo ani stoicyzm, ani żaden inny system filozoficzny nie jest w stanie udowodnić swojej unikalności jako ścieżki do spełnionego życia.

Unikam określenia „zło” dlatego też, że w języku potocznym ma tak silny pejoratywny wydźwięk. W stoicyzmie zło jest raczej rodzajem pomyłki czy błędu poznawczego. Ci, których określiłbym mianem „złych”, mogliby być równie dobrze określeni jako „popełniający błąd w rozumowaniu”, bo przecież dobro sprowadza się do dobrego rozumowania o swoim funkcjonowaniu. To nie brzmi tak groźnie, ale też nie jest tak zwięzłe. Kogoś, kto popełnia błąd w rozumowaniu, nie skazuje się na potępienie, tylko poprawia. Jak powiada Marek Aureliusz:
„Na nikogo nie należy się gniewać. Jeżeli bowiem możesz, to go popraw. A jeżeli tego nie możesz, to popraw jego czyn. A jeżeli i tego nie możesz, cóż ci pomoże zagniewanie się? Nic nie należy czynić bezcelowo.”

Relacja z samym sobą

Relacja z samym sobą to druga fundamentalna relacja, bez której nie moglibyśmy istnieć jako istoty ludzkie. Jest dopełnieniem relacji ze światem. Bywa nieuświadomiona, kiedy nie mamy kontaktu z faktem, że coś o sobie sądzimy, jakoś siebie oceniamy. Częściej jednak jest częściowo podświadoma, z pewnych jej elementów zdajemy sobie sprawę z innych już nie. Często spychamy do podświadomości negatywne opinie, które mamy o sobie samym.

Ewolucja tej relacji jest fundamentalnym procesem refleksyjnego istnienia — jest refleksją, a przynajmniej jej częścią. Harmonijna relacja ze światem i sobą to esencja szczęśliwego i po stoicku spokojnego życia.

Pierwszą częścią tej relacji jest poznawanie samego siebie, czyli ustawianie siebie w pozycji czujnego obserwatora własnych procesów wewnętrznych. Proces ten zachodzi nieustannie na wielu poziomach umysłu. Wiele z nich jest automatycznych i ma więcej wspólnego z funkcjonowanie maszynerii naszego ciała niż ze świadomym namysłem. Kluczowa z punktu widzenia refleksyjności jest świadoma obserwacja procesów myślowych. Możemy jej dokonywać na bieżąco, w trakcie jak owe procesy zachodzą, ale możemy je także dokonywać z opóźnieniem, w ramach namysłu nad mijającym dniem. Niezależnie od metody jest niezwykle przydatnym, by tę kompetencję ćwiczyć, a ćwiczyć ją musimy, jeśli chcemy ją posiadać. Jest to umiejętność, której trzeba się uczyć i którą trzeba trenować, by stawać się w niej coraz sprawniejszym.

Drugim komponentem tej relacji jest zmienianie samego siebie. W trakcie obserwacji dostrzeżemy elementy naszej egzystencji, które chcielibyśmy zmodyfikować. Proces ten jest efektem świadomego wyboru, określenia pewnego stanu docelowego i zdefiniowania kroków, które mają nas do niego doprowadzić. Jest to czasochłonne przedsięwzięcie — zależnie od tego, co zmieniamy, może nam zając wiele lat, czasem nawet całe życie. Istotne jest, by koncertować się na procesie i na postępach, które czynimy po drodze, bardziej niż na ostatecznym celu. Sam staram się cel traktować jako coś nieosiągalnego i interesuje mnie jedynie zbliżanie się do niego. Takie podejście pomaga mi uniknąć zniechęcenia oraz chroni mnie przed stawianiem samemu sobie nierealnych wymagań.

Relacja z sobą, poza dużą ilością pracy, którą trzeba w nią włożyć, wymaga też wiele czułości względem siebie. W wyniku zaobserwowania u siebie czegoś, co chcemy zmienić, łatwo jest wpaść w pułapkę wewnętrznego krytyka, to znaczy traktowania samego siebie jako złego, godnego pogardy. Także w trakcie procesu zmian łatwo jest ulec poczuciu, że nie zmieniamy się dość szybko i pozwolić wewnętrznemu krytykowi uderzać w poczucie naszej wartości. Kontrą na te zjawiska jest zastąpienie krytyka czułym opiekunem. Zamiast atakować siebie, pocieszajmy się i podnośmy na duchu. Sprawmy, by nasza relacja była nakierowana na to, co pozytywne. Cieszmy się drobnymi zmianami, celebrujmy małe sukcesy. Na porażki patrzmy jako na okazję do nauki i wyciągnięcia wniosków, a nie okazję, by zdołować samego siebie.

Relacja z samym sobą jest refleksyjnością. Proces, o którym wspomniałem wyżej, jest głębokim namysłem nad schematami naszego działania i wysiłkiem w kierunku ich poprawy, a to jest definicja refleksyjności. W związku z tym relację z samym sobą zaliczam do kategorii dobra. To w tej relacji w najpełniejszy sposób urzeczywistniają się koncepcję dobra i zła. Jeśli jest w naszym życiu jakieś zło, to najpewniej tkwi w tej właśnie relacji. Tutaj, podobnie jak w relacji ze światem, możemy odciąć się od etykietki „zła” i rozumieć je raczej pomyłkę w rozumowaniu, tym razem naszym, a nie innych.

Zło nie jest diabłem z rogami ziejącym siarką, nie ma w nim nic mistycznego, zło jest pomyłką i błędem, które można poprawiać i naprawiać. Za popełnione pomyłki możemy zadośćuczynić lub ponieść karę, ale przede wszystkim możemy z nich wyciągnąć wnioski, by nie powielać ich w przyszłości.

Relacje z innymi ludźmi

Relacje z ludźmi mieszczą się w sferze wartości, nie stanowią dobra same w sobie, ale mogą być preferowane, jeśli przyczyniają się do powstania warunków sprzyjających refleksyjności, same nie będąc refleksyjnością. Jeżeli stanowią ograniczenie lub zagrożenie dla refleksyjności, wtedy są warte unikania.

Choć nie są dobrem same w sobie, stanowią jeden z najlepszych poligonów doświadczalnych i narzędzi w dążeniu do dobra. W teorii refleksyjność nie wymaga nic poza samą sobą i jest to prawdą dla stoickiego mędrca, który posiadł ją w pełni. W praktyce, dla tych z nas którzy do niej dążą, potrzebne są okoliczności zewnętrzne, czyli relacje w kontakcie, z którymi możemy poznawać i zmieniać siebie. Najlepszymi spośród nich są związki, w które wchodzimy z ludźmi wokół nas. Warto przy tym zwrócić uwagę, że relacje nie są jednostronne, tak jak my czerpiemy z nich korzyść dla naszej refleksyjności, tak druga strona czerpie korzyść dla swojej.

Trzy najważniejsze podkategorie relacji z ludźmi to: miłość, przyjaźń i koleżeństwo. Miłość rozumiem tu szeroko nieograniczoną do tej romantycznej. Większość z nas ma intuicje co do tego, co oznaczają te pojęcia, ale dla jasności sformułuje je tak, jak je rozumiem.

Miłość to relacja charakteryzująca się maksymalnym możliwym zaufaniem. Będąc w niej, czujemy, że bezpiecznie możemy powierzyć swoje ciało, myśli i emocje drugiemu człowiekowi. W moim rozumieniu ta relacja musi być koniecznie symetryczna, czyli odwzajemniona. Oznacza to, że nie przyjmuje za miłość żadnej relacji jednostronnej lub niesymetrycznej, także, wtedy gdy druga strona nie jest w stanie jej odwzajemnić.
Przykład: w tym rozumieniu relacja matki z niemowlęciem nie jest miłością. Określiłbym ją raczej relacją czułości, opiekuńczości, posiadania czy odpowiedzialności, ale nie miłości, bo niemowlę nie może symetrycznie uczestniczyć w takiej relacji. Ta relacja jest skrajnie asymetryczna. Wraz z upływem czasu i rozwojem dziecka, relacja z matką (rodzicem) może się przekształcić w miłość. Przypuszczam jednak, że w wielu przypadkach taki rozwój nie zachodzi i relacja między rodzicem a dzieckiem pozostaje niesymetryczna, a w rezultacie bardzo odległa od miłości.
Spośród relacji z innymi ludźmi miłość jest najwartościowszą, jako że daje nam dostęp do najpełniejszego otwarcia, co bezpośrednio przekłada się na największy potencjał ćwiczenia i rozwoju refleksyjności.
Jest też relacją, która naturalnie budzi największy lęk, jej częścią jest bowiem ukazanie drugiej osobie swoich słabości, czy tego, co za nie uważamy, wystawienie się na zagrożenie ciosem. Najpełniej możemy wejść w miłość, jeśli potrafimy pozbyć się tego lęku i wraz z nim wyzbyć się oporów i pokusy ukrywania części siebie.
Zauważę tutaj, że granice między różnymi typami relacji międzyludzkich są rozmyte i bez trudu mogę sobie wyobrazić głęboką przyjaźń, która będzie bardziej stymulująca dla refleksyjności niż słaba miłość. W obu przypadkach wartość relacji tworzy spektrum, a ich zakresy zachodzą na siebie.

Przyjaźń to relacja charakteryzująca się głębokim zaufaniem. Podobnie jak miłość oznacza poczucie bezpieczeństwa w powierzeniu swego ciała, myśli i emocji drugiemu człowiekowi i podobnie jak ona koniecznie musi być symetryczna. W dużej mierze różnica między miłością a przyjaźnią jest ilościowa raczej niż jakościowa. Jak wspomniałem powyżej, granicę są tu rozmyte. Jeślibym miał określić czynnik wyróżniający, to powiedziałbym, że w przypadku przyjaźni, nie jestem skłonny się dzielić najintymniejszymi sekretami czy myślami.
Jest naturalnie druga pod względem wartości dla naszej refleksyjności po miłości. Wciąż niesie za sobą ogromną wartość. Wszystkie rozważania przedstawione dla miłości mają zastosowanie i tutaj.

Koleżeństwo to relacja również oparta na zaufaniu, ale ograniczonym. Wyróżnikiem dla mnie tej relacji jest to, że ograniczone jest w niej zaufanie szczególnie w sferze emocji. To, co uważam dla niej za niezbędne, by odróżnić ją od „znajomości”, to zaufanie w sferze myśli.

Na tym ostatnim elemencie zasadza się według mnie natura koleżeństwa. Są to relacje, w których swobodnie wymieniamy się myślami i ideami, z obopólnym zrozumieniem, że nie dzielimy się intymnymi i emocjonalnymi szczegółami naszego funkcjonowania. Ta grupa relacji jest niezwykle istotna nie tyle ze względu na jakość, ile ze względu na swoją ilość. Większość nietrywialnych relacji w naszym życiu to relacje koleżeńskie.

To sprawia, że płynie z nich niezwykła korzyść, mianowicie wystawienie się na idee znacząco różniące się od naszych. One dają nam wgląd w świat, który jest poza naszym bezpośrednim kręgiem towarzyskim.

Wymiana idei jest niezwykle wartościową pożywkom dla refleksji, dlatego warto kultywować relacje koleżeńskie. Acz warto też dążyć do tego, by możliwie dużo relacji koleżeńskich przetworzyć w przyjaźnie i miłości.

Z powyższego można wnieść, że optymalnie jest być w stosunku miłosnym ze wszystkimi ludźmi, czy raczej, być otwartym na relacje miłości z każdym człowiekiem. Podkreślam to, bo miłość wymaga wzajemności, która nie od nas zależy. Jest to dla mnie naturalne uzupełnienie idei „amor fati”, umiłowania losu. Rozszerzam ją na wszystkich ludzi, a może to nawet nie jest rozszerzenie, może po prostu zauważam, że w niej już zawiera się myśl, by do drugiego człowieka zawsze wychodzić z pozycji gotowości do miłowania.

Trzy typy relacji z ludźmi, o których dzisiaj wspomniałem, nie wyczerpują całego spektrum możliwości. Przede wszystkim dla każdej z dziś wymienionych istnieje relacja odwrotna w rozumieniu dobra, czyli relacja, która szkodzi naszej refleksyjności, bardziej niż jej pomaga. Z grubsza te dychotomie to miłość/nienawiść, przyjaźń/wrogość, koleżeństwo/niechęć.
Osobną kategorią relacji z ludźmi, są wszelkiego rodzaju relacje jednostronne czy niesymetryczne. Tutaj można znaleźć wiele przykładów zarówno wartościowych, jak i niewartych zachodu relacji. Przykłady wartościowe to opiekuńczość, czułość. Przykłady niewarte zachodu: dominacja, znęcanie się.

Relacje z ideami

Relacje z ideami są interesującym obszarem naszego funkcjonowania. Odnoszą się one do stosunku, jaki mamy do abstrakcyjnych pojęć i twierdzeń. W ich obrębie mieszczą się nasze związki z filozofią, religią, polityką, ekonomią etc. Na potrzeby tych rozważań, wyodrębniam poza tę kategorię relację ze światem, którą omawiałem wyżej. W zasadzie świat jest pewną ideą, więc mógłbym rozważać je wspólnie, ale ze względu na bardziej fundamentalny charakter tej relacji, zdecydowałem traktować ją odrębnie.

Pochylę się teraz nieco bardziej szczegółowo nad relacjami z dwoma ideami: filozofią i religią. Polityka czy ekonomia nie interesują mnie specjalnie, nie będę więc poświęcał im miejsca. Dla kogoś innego mogą to być interesujące i ważne idee i jeżeli tak jest, polecam zastanowienie się nad nimi we własnym zakresie.

Filozofia nie jest jedną konkretną ideą, jest raczej zbiorem wielu idei, czy nawet jest procesem tworzenia idei. W swoich najszerszych definicjach obejmuje wszystkie idee od polityki po religie. Ja jednak będę o niej w tym kontekście myślał jako o pewnym podejściu do życia, w szczególności do osiągnięcia szczęścia.

Jeśli rozumiemy filozofię jako sztukę dążenia do szczęścia, to każdy człowiek na świecie jakąś się kieruje, czyli jest w relacji z pewną filozofią. Głębia tej relacji będzie się wahać znacząco od człowieka do człowieka, gdzie większość populacji nie jest świadoma jej istnienia.

Filozofia w pewnym sensie konkuruje z religią, którą także można rozumieć jako sposób dążenia do szczęścia, zbiór reguł i zwyczajów, które owo mają zapewniać za sprawą nadprzyrodzonych sił. W tym rozumieniu religię można by określić jako rodzaj filozofii.

Jeśli zwęzimy definicję, wykluczając systemy oparte na wierze w nadprzyrodzone, możemy mówić o filozofii świeckiej czy laickiej. Tego rodzaju filozofię będą odnosić się do tego, co możemy uznać za rzeczywiste.
W kategorii idei nie ma bardziej wartościowej relacji niż ta, którą możemy budować z naszą filozofią życia. Tak jak wspomniałem wyżej, każdy z nas jakąś już ma, warto jednak się z nią bardziej zaprzyjaźnić czy lepiej ją poznać, jeśli jest ukryta w podświadomości.

Możemy to zrobić zadając sobie pytania: co czyni mnie szczęśliwym? Dlaczego akurat to? Jaką potrzebę zaspokaja? Jakie są moje potrzeby? I tak dalej. W pewnym sensie odkrywanie swojej filozofii życia jest jak odkrywanie siebie. Tu nie warto się zatrzymywać na powierzchownych obserwacjach, każdy z nas ma sporo głębi, którą warto badać. Religia to system wierzeń i obrzędów, które pośredniczą między człowiekiem a tym, co nadprzyrodzone. W tym sensie religię możemy też rozumieć jako relację z nadprzyrodzonym, w wielu przypadkach z jakąś formą osobowego boga.

W przeciwieństwie do filozofii religii nie trzeba mieć, można swobodnie funkcjonować, nie mając poglądu na nadprzyrodzone.
U wielu ludzi religia pełni jednak funkcję zbliżoną do filozofii, to znaczy, podaje przepis na to, jak osiągnąć szczęście. Czasem chodzi o szczęście doczesne, ale często spotykane jest jego odroczenie do życia po śmierci. Dla wielu ludzi religia niewątpliwie pełni funkcję pocieszenia i uspokojenia. Daje strukturę i społeczność, do której przynależą.

Relacja z religią jest często zaszczepiana ludziom już w dzieciństwie, co raczej rzadko zdarza się z innymi ideami. Jest to jeden z powodów, dla którego religię raz przyjętą ciężko jest odrzucić. Drugim jest wspomniany wcześniej aspekt społeczny i związane z tym ryzyko ostracyzmu.

Osobiście nie posiadam poglądów religijnych i nie czuję potrzeby ich szukać. Moją zasadą jest, by polegać na akceptacji mojej śmiertelności, raczej niż poszukiwać nadziei na życie po śmierci. Takie podejście do świata i człowieczeństwa wydaje mi się ciekawsze.

Relacje z naturą (żywą i martwą)

Relacja z naturą odnosi się do naszego stosunku do wszystkiego, co nas otacza, a co jest fizyczne. Wyłączyłem z niej relacje z ludźmi, choć w ścisłym sensie są one jej podkategorią. Jednak ze względu na ich wyjątkowy charakter jako bytów refleksyjnych, potraktowałem je oddzielnie. Tutaj skupię się na interakcji ze zwierzętami i planetą jako całością. Choć byty te nie posiadają własnej refleksyjności, to ich bogactwo jest wspaniałym motorem do rozwoju naszej.

Moja osobista relacja ze zwierzętami ma w sobie osobliwą dwoistość. Z jednej strony jestem ich miłośnikiem. Psy i koty są prześwietne, zabawne i niosą ze sobą ciepło domowego ogniska. Dom, w którym szaleje piesek albo po którym dostojnie snują się koty, kojarzy mi się z przytulnością i swojskością. Mogę godzinami szarpać się z pieskiem o zabawkę, czy obserwować jak kot leży i śpi.
Jestem stałym bywalcem ogrodów zoologicznych, fascynują mnie mieszkające tam zwierzęta i choć uważam, że lepiej by zwierzęta żyły na wolności, doceniam rolę edukacyjną i zachowawczą, jaką pełnią te jednostki. Tak długo, jak warunki, w których żyją zwierzęta, są możliwie zbliżone do naturalnych i są traktowane z czułością i szacunkiem, wywodzę, iż warto wspierać ogrody zoologiczne.

Z drugiej strony jem mięso. Czy chcę to dostrzec, czy też nie, za wyprodukowaniem mięsa, które zjadam stoi ogrom śmierci i cierpienia. Mogą na to nie patrzeć, mogę udawać, że tego nie wiedzę, ale ostatecznie nie ucieknę przed tą prawdą. Na potrzeby naszego przemysłu spożywczego, także na moje potrzeby, zabijamy brutalnie miliardy zwierząt. Ich śmierć i ich życie nie mają nic wspólnego z humanitarnym traktowaniem – szczególnie tam, gdzie w grę wchodzi wielka skala, a więc i niska cena.

Jak mogę pogodzić te dwie sprzeczności? Czy się w ogóle da? Czy muszę dokonywać nieustannej dysocjacji od świadomości tego, jak pozyskiwane jest mięso, które zjadam? Czy muszę zapominać o tym, że zwierzętom, które trafiają na mój talerz, zadawane są ból i śmierć? Jakoś te dwie sprzeczności godzę i funkcjonuję, choć nie potrafię określić jak.

Może powiecie, że przecież człowiek jest mięsożerny, ty jesteś człowiekiem, jest naturalne, że jesz mięso. To prawda, choć jestem wielkim przeciwnikiem zrównywania tego, co naturalne z tym, co dobre. To osobne kategorie i wiele naturalnych rzeczy jest moralnie nieakceptowalnych. Jest też prawdą o mnie, że nie muszę jeść mięsa. Pewnie są na świecie ludzie, którzy ze względów zdrowotnych jeść je muszą, ale ja nie jestem jednych z nich. Moje zdrowie będzie równie dobre, a potencjalnie i lepsze, jeśli zrezygnuje z mięsa. Mogę bez problemu przetrwać i rozwijać się na diecie ściśle roślinnej. Skoro tak, to jedzenie mięsa jest wyborem, który muszę potrafić przed sobą uzasadnić. Jeśli coś nie jest dla mnie konieczne i przypuszczam lub wiem, że niesie ze sobą negatywne konsekwencje dla mnie lub innych, to na mnie spoczywa ciężar uzasadnienia, dlaczego się na to decyduje. Biorąc pod uwagę jak wiele śmierci i cierpienia kroczy za produkcją mięsa, nie mam pojęcia, jakich mógłbym użyć argumentów, poza: „bo lubię i już”, a to jest beznadziejnie słaby argument.

To trochę tak jak z krwawymi diamentami (czy dziś już bardziej krwawy kobalt) z Konga, póki nie widzę śmierci i cierpienia ludzi przy ich wydobywaniu, korzystam z nich i mam poczucie czystego sumienia. W momencie, gdy dowiem się jakie zło się z nimi wiąże, mam obowiązek, by zadać sobie pytanie, czy dalej z nich korzystać, czy mieści się to w granicach mojej moralności.

Relacja z planetą jako całością potraktuję nieco skrótowo, bo fundamentalnie jest w niej wiele podobieństw do relacji ze zwierzętami. Jest w niej przede wszystkim ta sam dwoistość: z jednej strony miłość i zachwyt, z drugiej strony brutalne wykorzystywanie jej zasobów. Co rozumiem przez to drugie? Moją nadmiarową konsumpcję. Patrząc wokół siebie, widzę wyraźniej, jak wiele otacza mnie przedmiotów, które są zasadniczo zbędne. Zbędne na pewno dla mojego przetrwania, ale zbędne też dla mojego szczęścia. Każdy z nich wymagał wykorzystania zasobów do wytworzenia. Każdy wziął coś z planety, na której mieszkam.

Także i tu muszę sobie zadać pytanie: jak uzasadniam tę dwoistość? Jakie są moje argumenty za tym, by konsumować więcej, niż potrzebuję?

Wspólnym pytaniem, jakie nasuwa mi się po rozważeniu tych dwóch relacji: jaki wpływ na moją refleksyjność ma funkcjonowanie w tych sprzecznościach?

Natura wokół nas jest wspaniałym i bogatym źródłem inspiracji, wyciszenia i ciepła. W przyszłości jej różnorodność biologiczna może być źródłem nowych refleksyjnych gatunków. Warto o nią dbać, bo pozostaje niezmiennie wielkim przyczynkiem do rozkwitu refleksyjności ludzkiej!

O sercu i rozumie

Na spotkaniu klubu Biznes Toastmasters odbyła się debata o decyzjach podejmowanych sercem lub rozumem. Autor podkreśla, że serce to emocje, a rozum to świadome myślenie. Szybkość i dokładność to kryteria oceny decyzji; w zależności od sytuacji, można preferować jedną z tych metod lub łączyć je harmonijnie.

Na niedawnym spotkaniu klubu mówców Biznes Toastmasters odbyła się debata oksfordzka na temat „Lepiej decydować sercem niż rozumem”. Dyskusja była ciekawa i zażarta! Tak się złożyło, że pełniłem na spotkaniu inną funkcję, nie wziąłem więc bezpośredniego udziału. Pora bym to nadrobił i zmierzył się z tematem.

Na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się prosta. Serce to mięsień pompujący krew, zawiera nieco neuronów, ale nie na tyle dużo by można było przy jego pomocy decydować. Sprawa załatwiona, lepiej jest decydować rozumem, bo sercem się nie da.

Tu może się oburzycie: „przecież to serce to tylko taka metafora! Nie udawaj, że nie wiesz!” No dobrze. Wiem. Jaka to jest dokładnie metafora? Co znaczą pojęcia, które zostały użyte w tezie, skoro nie bierzemy ich dosłownie? Nim przejdę do analizowania pytania, muszę rozwiązać tę definicyjną zagadkę.

Zacznijmy od serca. Z potocznego rozumienia stwierdzenia „decydować sercem” adekwatną definicją jest decydowanie na podstawie uczuć czy też emocji. Na potrzeby tego rozumowania nie zagłębię się w potencjalne różnice pomiędzy „uczuciami” a „emocjami”, będę je traktował ogólnie jako informacje płynące z podświadomości i określał mianem „emocji”.

Jeśli chodzi o decydowanie rozum, to będą to decyzje podjęte na podstawie świadomego rozumowania.

Chciałbym uniknąć pojawienia się fałszywej alternatywy w stawianym pytaniu. Tak może się zdarzyć na kilka sposobów. Po pierwsze, jeśli dwa człony alternatywy mają część wspólną, czyli wybór jednej pociąga w pewnych przypadkach wybór drugiej, w szczególności, gdy się całkowicie pokrywają. Po drugie, jeśli istnieją inne opcje niż te rozważane, czyli człony naszej alternatywy nie pokrywają pełnego spektrum możliwości.

Mając to na uwadze, przedefiniuje używane pojęcia. Tak jak są zapisane obecnie, mają część wspólną oraz nie pokrywają pełnego spektrum możliwości. Mają część wspólną, ponieważ istnieją decyzje łączone, czyli takie gdzie najpierw pojawia się emocja i reakcja na nią, a na ich podstawie odbywa się proces świadomego rozumowania. Nie pokrywają całego spektrum możliwości, jako że mogą istnieć decyzje, które ani nie mają podłoża świadomego, ani emocjonalnego, a są, przykładowo, oparte na nawykach.

Proponuje w związku z tym następujące definicje:
Myślenie/decydowanie sercem to wszystkie procesy myślowe, które są w pełni podświadome i prowadzą do działania bez świadomego namysłu.
Myślenie/decydowanie rozumem to wszelkie procesy myślowe, które mają komponent świadomego rozumowania.

To niejedyny możliwy sposób zdefiniowania tych pojęć, alternatywnie można rozważać następujące definicje:
Myślenie/decydowanie serce to wszystkie procesy myślowe, których wynikiem jest decyzja zgodna z początkowym wnioskiem podświadomym.
Myślenie/decydowanie rozumem to wszystkie procesy myślowe, których wynikiem jest decyzja niezgodna z początkowym wnioskiem podświadomym, czyli gdy świadome rozumowanie zmieniło decyzję.

Pierwsza definicja wydaje mi się prostsza, druga bardziej zbliżona do potocznego rozumienia tych pojęć. Na potrzeby tego artykułu pozostanę przy pierwszej parze definicji.

Jest jeszcze jedno słowo w tezie, które powinienem dobrze zrozumieć. Co znaczy „lepiej”? Jakie kryteria przyjmę, by rozstrzygnąć spór? Proponuje następujące dwa parametry.
1. Szybkość podejmowania decyzji – decyzja jest tym lepsza, im szybciej zostaje podjęta, ponieważ zużywa wtedy mnie zasobów: czasu i energii. Szybkie decyzje są lepsze od wolnych.
2. Poprawność podejmowanie decyzji – jest tym lepsza, im jest precyzyjniejsza, czyli im wyższe niesie prawdopodobieństwo dobrych, czyli przynoszących nam większe korzyści, wyników. Poprawne decyzje są lepsze od niepoprawnych.

Oba kryteria obejmują spektrum możliwości. Z jednej strony mamy czas podejmowania decyzji (albo zużytą energią), z drugiej strony prawdopodobieństwo sukcesu.

Obserwacja 1: świadome procesy myślowe są wolniejsze od podświadomych.

Obserwacja 2: świadome procesy myślowe są poprawniejsze od podświadomych.

Nasze pytanie sprowadza się do określenia, gdzie przebiega punkt równowagi między szybkością a poprawnością. Nie przypuszczam, bym był w stanie odpowiedzieć na nie dokładnie. To, co mogę osiągnąć to uargumentować, że istnieją sytuacje, w których szybkość jest istotniejsza oraz istnieją sytuację, gdy istotniejsza jest poprawność. Jeśli zdołam to wykazać, to udowodnię, że odpowiedź na naszą tezę jest niejednoznaczna i czasem lepiej kierować się sercem, a czasem rozumem.

Rozważmy sytuację, która ilustruje prymat szybkości nad dokładnością. Stajemy oko w oko z rozwścieczonym tygrysem. Zwierz zrywa się do skoku. Musimy podjąć decyzję co robimy. Jeżeli proces decydowania zajmie więcej niż ułamek sekundy, rozszarpią nas kły i pazury. Powiedzmy, że decyzja podjęta w ułamku sekundy daje nam 20% szans na przetrwanie, to niewiele, ta decyzja ma niską poprawność. Decyzja, której podjęcie zajęłoby nam 5 sekund, daje nam szansę na przetrwanie 100%, wymyślimy idealną taktykę. Jednak faktyczna szansa przetrwania w drugim przypadku wynosi 0%. Tygrys nas pożre, nim podejmiemy decyzję. Żadna miara poprawności nie przeważy nad szybkością. Są więc decyzje, które lepiej podejmować sercem.

Rozważmy przykład, który ilustruje prymat dokładności nad szybkością. Saper staje przed zadaniem rozbrojenia bomby. Na zegarze jest jeszcze 60 sekund. Do zapalnika wiodą dwa przewody: czerwony i niebieski. Saper może zdać się na intuicję (czyli podświadomość) i przeciąć czerwony przewód. Może to zrobić natychmiast, na zegarze nie upłynie nawet sekunda. Prawdopodobieństwo sukcesu to 50%, jeśli się pomyli, umrze. Jest to jednak doświadczony fachowiec. Jeśli poświęci na badanie bomby i jej logiczną analizę 50 sekund, to uzyska prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, który przewód należy przeciąć. Inwestując 50 sekund, osiąga 100% poprawność decyzji (w przybliżeniu). Są więc decyzje, które lepiej podejmować rozumem.

Skory istnieją sytuacje, które preferują każdy z typów, odpowiedź na tezę musi brzmieć: to zależy. Gdy kluczowa jest szybkość działania, lepiej jest się kierować sercem. Gdy kluczowa jest precyzja lepiej kierować się rozumem. Czasami najlepszym trybem decydowania jest najpierw pomyśleć sercem, a potem potwierdzić lub zaprzeczyć rozumem. Może każda nasza decyzja ma taką strukturę? Wtedy odpowiedź na tezę brzmi: zawsze potrzebujemy obu!

Odpowiedź może być dość złożona, ja skłania się ku stwierdzeniu, że najlepiej wykorzystywać oba te tryby decydowania w harmonijny sposób i kłaść nacisk na jeden z nich, tam, gdzie sytuacja wymaga jego mocnych stron!

O budowaniu relacji

Artykuł bada mechanizmy tworzenia relacji, ze szczególnym uwzględnieniem roli układu nagrody i wpływu substancji psychoaktywnych, jak alkohol. Podkreśla znaczenie właściwości relacji oraz cech definiujących ich charakter. Autor przestrzega przed zniekształceniem oceny drugiej osoby przez dopaminowe stymulacje, podkreślając wagę świadomego podejścia do interakcji.

Treść dzisiejszego artykułu będzie swobodną hipotezą dotyczącą relacji i mechanizmów ich formowania. Dlaczego swobodną? Bo popartą minimalną ilością dowodów naukowych. Będę sporo zakładał i zgadywał, postaram się jednak przy tym zachować spójność logiczną.

Zainteresowałem się tym tematem z kilku powodów. Po pierwsze, relacje to jedna z moich kluczowych wartości, są dla mnie istotne i cenne, a ich zrozumienie jest przydatne. Po drugie, kwestia alkoholu, który w naszym społeczeństwie stanowi jedną z osi budowania relacji, a którym gardzę. Po trzecie, religia, która także jest osią budowania relacji, a z którą nie mam do czynienia. Można powiedzieć, że moją motywacją był niepokój, iż jestem odcięty od kluczowych mechanizmów tworzenia relacji.

DEFINICJA RELACJI

Zacznę moje rozważania od zdefiniowania relacji. Ten fragment będzie nieco techniczny, ale żeby dobrze zrozumieć dalszą część wywodu, proponuje Ci drogi czytelniku, by przeczytać przynajmniej wytłuszczone elementy tego rozdziału.
Pod tym linkiem znajdziecie kilka wcześniej wprowadzonych definicji.

Rdzeń relacji to stan umysłu refleksyjnego będący parą uporządkowaną, w której pierwszym elementem jest tenże umysł, a drugim dowolny obiekt rzeczywistości.
Przykłady:
Ja i ja, czyli rdzeń relacji z samym sobą.
Ja i inny człowiek, czyli rdzeń relacja między ludzkiej.

Właściwości relacji to stany umysłu odnoszące się do rdzenia relacji. Mogą to być: wspomnienia, emocje, przekonania, klasyfikacje, opinie etc.
Przykłady:
Emocja miłości może być właściwością relacji między mężem i żoną.
Przekonanie, że jestem zainteresowany romantycznie, może być właściwością mojej relacji z koleżanką z pracy.

Właściwości są budulcem relacji, trudno sobie wyobrazić jakąś całkowicie ich pozbawioną. Jądro mówi nam, co jest ze sobą w relacji, właściwości określają jej charakter.

Relacja to jądro relacji wraz z właściwościami.

Relacje mogą mieć cechy, czyli sądy wartościujące relację pod kątem jakiegoś parametru (toksyczność, bliskość, użyteczność etc.). Cechy możemy rozumieć jako podzbiory właściwości relacji wybrane ze względu na łączący je parametr. Zbiory cech nie są rozłączne, jedna właściwość może trafiać do wielu cech.

Cechy są niezwykle istotne dla praktycznego rozumienia relacji. Wyróżniające się cechy definiują, jak klasyfikujemy relację. Oto kilka ważnych cech, jakie nadajemy relacją:

Romantyczna/platoniczna. Odpowiedź na pytanie, czy w relacji jest zawarty element miłości romantycznej. To może się wydawać stanem binarnym, ale uważam, że jest to spektrum, relacje mogą być mniej lub bardziej romantyczne.
Bliska/daleka. Możemy to rozumieć jako miarę ilości elementów w zbiorze właściwości relacji. Im ten zbiór jest bogatszy, tym relacja jest bliższa.
Jednostronna/wzajemna. Ja mogę być z czymś bądź kimś w relacji, ale nie odwrotnie. Bardzo typowa sytuacja dla relacji z przedmiotami nieożywionymi, gdzie wzajemność jest zwyczajnie niemożliwa. Ta cecha jest zero-jedynkowa.
Toksyczna/budująca. Czy relacja mnie wzmacnia i buduje moje możliwości jako człowieka, czy przeciwnie, osłabia i wysysa energię? Ta cecha rozciąga się na spektrum pomiędzy dwoma skrajnościami.
Realna/wirtualna. Czy znam obiekt relacji osobiście, czy nasze kontakty ograniczają się do świata wirtualnego? Nie jestem pewien czy rozumieć ten stan zero-jedynkowo, czy myśleć o nim jako o spektrum, czyli jak część relacji rozgrywa się w świecie wirtualnym, jak w rzeczywistym.
Przyjemna/nieprzyjemna. Czy formowanie nowych właściwości w tej relacji sprawia mi przyjemność, czy ból/dyskomfort? Wbrew wszelkim pozorom jest to cech odmienna od toksyczności. Są relacje nieprzyjemne, trudne, które mają właściwości niezwykle budujące i są relacje przyjemne, które toksycznie zatruwają życie.

Te przykłady nie wyczerpują wszystkich możliwych charakterystyk relacji, można by je mnożyć. Poprzestanę jednak na powyższych, które uważam za kluczowe. Jeśli uważacie, że coś istotnego pominąłem, dajcie znać!

HIPOTEZA: MÓZG FORMUJE RELACJE POPRZEZ DODAWANIE DO NICH WŁAŚCIWOŚCI

W tym rozdziale rozważę następującą hipotezę: formowanie relacji to dodawanie nowych elementów do jej zbioru właściwości. Relacja nie może istnieć, jeśli zbiór właściwości jest pusty. Sama wiedza o istnieniu drugiego elementu relacji jest już jej właściwością.

Na początku formowania się relacji jej zbiór właściwości procentowo rośnie bardzo szybko. To trywialna obserwacja, zasadzająca się na tym, że póki zbiór właściwości zawiera niewiele elementów, łatwo jest zwielokrotnić jego liczebność. Z tego może się wywodzić popularna opinia, iż pierwsze wrażenie jest niezwykle istotne dla relacji. Przypuszczam, że jest faktycznie kluczowe dla decyzji czy kontynuować relacje po pierwszym spotkaniu, ale jeśli będzie ona trwała, to jest jak najbardziej możliwe, by zatrzeć pierwsze wrażenie.

Zmiana w relacji polega na dodawaniu do niej nowych właściwości albo modyfikowaniu istniejących. Im dłużej relacja trwa, czy im więcej posiada właściwości, tym trudniej ją zmodyfikować. Dodanie jednej właściwości do setek istniejących w niewielkim stopniu zmienia ogólny obraz.
Właściwości z czasem zacierają się. Można je też aktywnie zmieniać, dotyczy to przede wszystkim tych, które mają formę przekonań, ale także tych, które interpretujemy jako wspomnienia – może to być forma urealniania wspomnień albo ich kreatywnego zmieniania by lepiej spełniały swoją funkcję. Ma to związek z tym, jak rozumiem naturę wspomnienia.

Nasz mózg nie jest kamerą wideo i nie nagrywa dokładnie wszystkiego, co widzi i słyszy. Zapamiętujemy wybiórczo, a często zabarwienie emocjonalne sytuacji decyduje o kształcie wspomnienia. Chciałbym zwrócić uwagę, że to, co pamiętamy, rzadko jest tym, co się faktycznie wydarzyło. To kluczowe dla formowania relacji, jako że wiele ich właściwości to wspomnienia, które nie są precyzyjnymi odwzorowanie rzeczywistości tylko interpretacjami, które w skompresowany sposób reprezentują realną sytuację.
Hipoteza: celem wspomnień (a więc i właściwości relacji) nie jest zgodność z prawdą i rzeczywistością, lecz informowanie przyszłych decyzji, tak by prowadziły do stanów uznawanych przez mózg za pożądane w momencie ich formowania.
Zgodność z rzeczywistością w tym niekoniecznie pomaga, a może nawet przeszkadzać.

Mózg koloruje i podkręca wspomnienia w zależności od kontekstu, wzmacniając te, które odnoszą się do czynności, które powinniśmy powtarzać, a zacierające te, które dotyczą czynności obojętnych lub niekorzystnych (chyba, że powinniśmy ich aktywnie unikać).
Hipoteza: mamy tendencję do tego by lepiej pamiętać to co dobre, zapominając to co złe.

Dygresja: dlaczego nie pamiętamy wszystkiego, co złe? Czy to nie pomogłoby tego unikać? Przypuszczam, że nasz mózg działa tutaj jak Wielki Brat z „Roku 1984” Orwella, czyli stosuje cenzurę myśli. Jeśli nie wiemy, że jakaś zła czynność jest możliwa, to nie możemy jej wykonać, chyba że przypadkiem. Spekuluje, że dlatego właśnie mamy tendencję do zapominania tego, co złe.

Jaki mechanizm stoi za kolorowaniem i wybieraniem wspomnień? Zapewne więcej niż jeden, ale dziś chciałem się skupić, na mechanizmie nagrody, który podejrzewam o najbardziej znaczący wpływ na koloryt naszych wspomnień.

HIPOTEZA: AKTYWACJA UKŁADU NAGRODY WPŁYWA NA FORMOWANIE SIĘ WSPOMNIENIA

Układ nagrody w naszym mózgu jest siecią odpowiedzialną za wzmacnianie zachowań, które są korzystne dla wypełnienia naszej biologicznej funkcji, czyli prokreacji. Ta sieć występuje także w mózgach innych zwierząt, dzięki czemu możemy prowadzić nad nią pośrednie badania.

W uproszczeniu działanie układu nagrody przedstawia się następująco: kiedy jesteśmy poddawani bodźcowi, który jest interpretowany jako korzystny dla przetrwania, w mózgu wydziela się neuroprzekaźnik zwany dopaminą. Dopamina spełnia kilka funkcji, ale interesujące dla nas jest odpowiadanie za odczucie spełnienia. Wzrost jej poziomu jest dla układu nagrody znakiem, że to, co się właśnie zdarzyło, jest korzystne i powinno być powtarzane.

W naturalny sposób aktywują układ nagrody: jedzenie i picie, seks (szczególnie orgazm), dotyk drugiego człowieka, rozmowa, wysiłek fizyczny i inne. Choć każda z tych czynności powoduje wydzielenie dopaminy, jej ilość nie jest jednakowa – niektóre czynności są ważniejsze.

HIPOTEZA POMOCNICZA: układ nagrody nie rozróżnia, która konkretnie czynność go aktywowała, jedynie, że został aktywowany. Przykład: kiedy jemy kolację, oglądając film, mózg zakoduje smak jedzenia i obrazy na ekranie, jako związane z otrzymaną nagrodą. Nie będzie wiedział, że wyrzut dopaminy aktywowało jedzenie.

Kiedy układ nagrody zostaje aktywowany, zwiększa się prawdopodobieństwo zapamiętania danego wydarzenia oraz poziom przyjemności, który zostanie z nim powiązany. Takie przyjemne wyraziste wspomnienie ma nas skłonić, by w przyszłości powtarzać daną czynność.

Jak wspomniałem, wszystko, co jest zawarte we wspomnieniu, zostanie zakodowane jako przyjemne i warte powtarzania: jedzenie posiłku na równi z oglądaniem serialu. Sieć układu nagrody nie rozróżnia, który element ją faktycznie aktywował.

WNIOSEK: jeśli regularnie robimy coś w czasie posiłku, tę czynność zapamiętamy jako przyjemniejszą, niż w rzeczywistości jest!

Uważam, że powyższy schemat jest kluczowy w przypisywaniu wagi poszczególnym właściwością relacji. Im silniejsza stymulacja układu nagrody, tym wyższa waga zostanie przypisana danemu wspomnieniu, tym większy będzie miało wpływ na daną relację.

Suma wszystkich wag właściwości relacja daje całkowitą wagę tejże, czyli określa, jak ważna jest dla nas. To oznacza, że jakość (siła stymulacji układu nagrody) interakcji z obiektem jest równie ważna, jak ich ilość. Całkowitą wagę relacji używamy, by porównywać dwie relacje między sobą, czyli rozstrzygać, która z nich jest dla nas ważniejsza.

Gdy natomiast chodzi o cechy relacji, to ich wartość jest sumą wag wszystkich właściwości znajdujących się w odpowiadających im zbiorach. Przypominam, że cechy relacji to, na przykład: toksyczność, bliskość.

UWAGA NA MARIGNESIE: możliwe, iż w przypadku cechy relacji, jest jeszcze dodatkowy parametr, który określa jej intensywność względem danej cechy. Nie każde wspomnienie jednakowo silnie wpływa na każdą z cech, do których należy.

Waga relacji i jej cechy (a w szczególności ich konkretne wartości) są co do zasady nieuświadomione. Nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, że dana relacja ma dla nas wartość X, a druga Y. Zazwyczaj jednak jesteśmy w stanie stwierdzić świadomie, która relacja jest ważniejsza.

Ta niemożność określenia konkretnych wartości wiąże się z tym, że mózg nie przechowuje arkusza kalkulacyjnego z wartościami liczbowymi wagi relacji czy jej cech. Przypuszczam jednak, że mamy podświadome mechanizmy, które skutecznie syntezują wszystkie właściwości relacji w jakościowe porównania.

Tak układ nagrody, poprzez mechanizm formowania się wspomnień, wpływa silnie na treść naszych relacji.

WNIOSEK: DLA JAKOŚCI RELACJI ISTOTNE SĄ NIE TYLKO CECHY JEJ PRZEDMIOTU, ALE TAKŻE OKOLICZNOŚCI W KTÓRYCH WCHODZIMY Z NIM W INTERACKCJE

Relacje, które formujemy, nie są obiektywnym odwzorowaniem jakości ich przedmiotu. Ten sam przedmiot możemy obdarzyć pozytywnym uczuciem, jeśli poznaliśmy go w korzystnych warunkach, lub negatywnych, jeśli warunki naszego poznania były niekorzystne. Ten efekt jest szczególnie istotny w początkowych fazach relacji, gdy nie jest ona jeszcze bogata we właściwości i łatwo może się zmieniać.

Szczególną rolę w formowaniu naszego wrażenie pełni układ nagrody, który wpływa na to, jak postrzegamy osoby, przedmioty, sytuacje i miejsca, w których dochodzi do jego aktywacji. W przykładzie z poprzedniego rozdziału: jeśli oglądamy serial w czasie posiłku, wyda nam się lepszy, niż w rzeczywistości jest!

Wydaje się, że większość z nas zdaje sobie z tego intuicyjnie sprawę. Kreujemy spotkania z innymi ludźmi, w taki sposób by towarzyszyły im wyrzuty dopaminy. Klasycznym przykładem jest randka przy eleganckiej kolacji. Spędzając czas z drugą osobą podczas jedzenia posiłku, kodujemy zarówno w naszym mózgu, jak i w mózgu osoby towarzyszącej, skojarzenie z nagrodą, a w związku z tym myślimy o sobie nawzajem nieco cieplej.

Obserwacja: łamiąc symetrię tego mechanizmu, można go wykorzystać do manipulacji! Na przykład, zachęcając drugą osobę do jedzenia słodkości, podczas gdy my nie jemy, sprawiamy, że owa osoba myśli o nas nieco lepiej, podczas gdy my zachowujemy wobec niej więcej obiektywizmu.

Drugą intuicyjnie jasną manifestacją tego mechanizmu, jest udane życie seksualne w związku, gdzie przez „udane” rozumiem tu takie, które skutkuje orgazmem dla obu stron. To niezwykle istotny czynnik budujący relację, gdyż osoba, z którą uprawiamy seks, jest kodowana jako część przyjemnego spełnienia orgazmu, w efekcie myślimy o niej cieplej i postrzegamy ją w pozytywnym świetle.

Trzecią intuicyjną manifestacją są wspólne rodzinne posiłki, które są wykorzystywane jako sposób na formowanie dobrych familijnych relacji. Spędzając razem czas przy smacznym posiłku, będziemy myśleć o sobie nieco lepiej. Warto tu jednak zauważyć dwie rzeczy. Pierwsza, powinniśmy zwracać uwagę na innych domowników nie ekran smartfona, bo inaczej to urządzenie zakodujemy jako „sympatryczne”. Po drugie, układ nagrody to nie wszystko i jeśli zapędzono nas do stołu pod groźbą kary, to żadna ilość dopaminy nie sprawi, że zaczniemy cieszyć się towarzystwem.

Płyną z tego dwa praktyczne wnioski. Pierwszy, jeśli chcesz rozwijać, utrwalać i pogłębiać relację, dbaj, by spotkaniom z jej obiektem towarzyszyły zachowania stymulujące układ nagrody (jedzenie, wspólny wysiłek fizyczny, śmiech, seks etc.).
Drugi, jeśli chcesz zachować możliwie obiektywne spojrzenie na drugą stronę, usuwaj wszelkie stymulanty dopaminy z obrębu waszych spotkań. To sytuacja dość typowa w biznesie, jeśli negocjujesz z dostawcą cenę, nie stawiaj między wami ciasteczek, a już na pewno sam ich nie jedz! Lepsze dla twojego celu będzie zachowanie obiektywizmu i nieformowanie przyjaznych uczuć do dostawcy.

Obserwacja: w tym drugim przypadku widzimy pole do manipulacji. Jeśli postawimy na stole pyszne ciasteczka i skłonimy dostawcę, by je zjadł, podczas gdy my sami się powstrzymamy, tworzymy lekkie zachwianie równowagi w relacji na naszą korzyść.

Wniosek na koniec jest taki, że, po pierwsze, nie powinniśmy zbyt mocno ufać naszym odczuciom o innych osobach, zwłaszcza jeśli „strzelało” między nami dużo dopaminy. Po drugie, jest cenne, by zdawać sobie sprawę z tego efektu i go świadomie wykorzystywać, by wzmacniać relacje bliskie i chronić relacje formalne i biznesowe przed nadmierną bliskością. To drugie nie musi być wcale manipulacją, o ile zachowujemy symetrię i szczerze informujemy drugą stronę o naszych intencjach!

HIPOTEZA: NARKOTYKI ZMIENIAJĄ FORMOWANIE SIĘ RELACJI

Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie poruszył w artykule tematu narkotyków, a w szczególności alkoholu 😉
Szczególnie w sytuacji, gdy mówimy o działaniu układu nagrody!

Duża grupa substancji psychoaktywnych oddziałuje na nasz mózg poprzez mechanizm dopaminowy i związaną z nim sieć nagrody. W wielkim uproszczeniu powodują one silne wyrzuty dopaminy, aktywując układ nagrody. Jedną z tak działających substancji jest etanol – najpopularniejszy, legalny i najłatwiej dostępny narkotyk.
Na marginesie: nie sugeruje, że stymulowanie wyrzutu dopaminy jest jedynym efektem działania etanolu na mózg! Zdaje sobie sprawę, że jest to bardziej złożone.

Podstawową kwestią jest określenie skali wpływu etanolu na sieć nagrody w porównaniu z naturalną stymulacją. Otóż wyrzut dopaminy związany ze spożyciem alkoholu jest kilkukrotnie intensywniejszy niż związany z jedzeniem (od 3 do 6 razy). Jest silniejszy niż wyrzut dopaminy wywołany orgazmem (który jest najsilniejszym z naturalnych) od jednego do trzech razy, zależnie od okoliczności.
Na marginesie: wyrzuty dopaminy związane z innymi narkotykami mogą być jeszcze silniejsze (co zwykle przekłada się na ich „siłę” uzależniania).

Mając do dyspozycji powyższy fakty i biorąc pod uwagę nasze poprzednie rozważania, zastanówmy się, co się stanie, jeśli do procesu formowania relacji dolejemy etanolu.

Podstawowym wnioskiem jest, iż alkohol, kiedy jest spożywany w towarzystwie obiektu relacji, koduje silnie pozytywny wrażenie. Czyli jeśli spożywamy etanol w towarzystwie drugiego człowieka, kodujemy pozytywne odczucia w stosunku do niego, co najmniej równie silne, a potencjalnie kilkukrotnie silniejsze, jak gdybyśmy uprawiali z nim seks!
Przykładowo, kiedy spędzasz wieczór ze znajomym i wypijasz w ciągu tego wieczora cztery dawki alkoholu, to poziom pozytywnego kodowania w takiej sytuacji, może odpowiadać 12 wspólnym orgazmom.

Drugi wniosek, alkohol rzeczywiście skutecznie i silnie buduje więzi społeczne. Szybko zaczynami lubić ludzi, z którymi pijemy alkohol, niezależnie od tego, co sobą obiektywnie reprezentują. Praktycznie każda przypadkowa i niespójna grupa może się związać, jeśli wystarczająco często zażywa wspólnie etanol.
Trwałość tych więzi jest osobną kwestią, niekiedy mogą wyparować, jeśli wyparuje alkohol, ale mogą też przetrwać usunięcie alkoholu z roli spoiwa.

Trzeci wniosek, alkohol nieprzypadkowo jest domyślnym elementem randek, spotkań zapoznawczych, imprez firmowych. Jego rolą w tych spotkaniach jest, między innymi, zakodowanie wzajemnych pozytywnych opinii uczestników.

Czwarty wniosek, nasz mózg nie jest przystosowany do radzenia sobie z tak intensywnymi wyrzutami dopaminy, zwłaszcza kiedy mogą się powtarzać tak często (powyżej przykład równowartości 12 orgazmów jednego wieczora). Warto stosować zasadę ograniczonego zaufania do siebie samych, gdy formujemy swoje opinie na czyjś temat pod wpływem alkoholu.

Piąty wniosek, etanol stymuluje układ nagrody na tyle intensywnie, że dość łatwo jest na wejść w relację z nim samym. Nie mówię tu o uzależnieniu, raczej o myśleniu o alkoholu jako o przyjacielu, pocieszycielu, wsparciu. Jako o kimś/czymś, czego chcemy bronić, czym chcemy się opiekować. Stąd, chociażby, te dziwaczne zdrobnienia: „piwko”, „winko”, „wódeczka”.

Podsumowując, nie da się ukryć, że alkohol skutecznie koduje pozytywne więzi i postrzeganie innych osób, to źródło jego kulturowej roli kleju społecznego. Intensywność, z jaką to robi, wykracza jednak poza naturalne granice, do których przystosowany jest mózg, może więc mieć wiele niespodziewanych skutków ubocznych. No i jest rakotwórczy, toksyczny dla mózgu, wątroby i serca, ale to już mam nadzieję wiecie 😉

WYBRANE WNIOSKI

W tym rozdziale chcę podać kilka przykładów na to w jakich życiowych sytuacjach, mechanizmy formowania relacji mają znaczenie i kiedy warto być szczególnie czujnym na ewentualne błędy poznawcze.

Kazus pierwszej randki
Na pierwszych randkach polecałbym rozważenie unikania etanolu, seksu, a nawet jedzenia — wszelkich czynników, które wywołują wyrzuty dopaminy. Nie róbmy nic, co szczególnie lubimy. W przeciwnym wypadku osobę, z którą się zapoznajemy, będziemy postrzegać przez pryzmat przyjemnej aktywności, a to oznacza, że będziemy ją postrzegać lepiej, niż na to zasługuje. Może nas to zaprowadzić do zaangażowania się w relację, która nam nie odpowiada i z której będziemy musieli się po pewnym czasie ewakuować!
Zamiast aktywności ekscytujących lub generujących dopaminę, spokojny spacer czy rozmowa przy herbacie, dadzą nam lepsze, mniej zniekształcone informacje o drugiej osobie, a to informacji szukamy na pierwszych randkach!
Podkreślam, że te stwierdzenia nie są absolutami! Dopamina na randce zwiększa prawdopodobieństwo popełnienia błędu poznawczego co do drugiej osoby, ale go nie gwarantuje!

Kazus ciężarnej żony
Wyobraźmy sobie następującą sytuacją: małżeństwo spodziewa się dziecka. Ciężarna żona nie pije alkoholu, jej mąż, w geście solidarności, nie spożywa przy niej. Na razie świetnie. Teraz wyobraźmy sobie, że w pracy męża, co piątek ekipa wyskakuje na kilka drinków wieczorem. Dobra małżonka zachęca męża, by do nich dołączył dla „relaksu”, ona sobie świetnie poradzi sama. W ekipie jest koleżanka. Co piątek piją razem kilka drinków. Mąż zaczyna myśleć o niej coraz cieplej. Z żoną nie pije i nie uprawia seksu, bo ciąża. Nie znajdują czasu na wspólne posiłki.
Po kilku miesiącach relacja z koleżanką z pracy zaczyna przysłaniać relację z żoną, tak silnie jest kodowana przez wspólne spożywanie alkoholu. Koleżanka wydaje się o tyle ciekawsza, sympatyczniejsza i fajniejsza od małżonki. Między mężem i żoną pojawia się pęknięcie…

Kazus dobranej pary
Wyobraźmy sobie dwoje ludzi, którzy spotykają się ze sobą, są sobie bliscy. Ich związek się rozwija, postanawiają razem zamieszkać. Są bardzo zajęci różnymi sprawami, mają tyle na głowie, ale dbają, by codziennie razem zasiąść do posiłku, a najlepiej kilku. Co weekend wybierają się do eleganckiej restauracji na coś niezwykle pysznego.
Oboje dbają, by w ich życie seksualne nie wkradła się nuda. Wiadomo, że nie codziennie każdy ma ochotę na seks, ale starają się znaleźć czas i korzystać szczególnie z tych dni, gdy czują werwę. Podczas seksu nie są samolubni, komunikują się i dbają wzajemnie o swoje potrzeby i zaspokojenie.
Każdego dnia stają się sobie odrobinę bliżsi, myślą o sobie nieco cieplej, ich uczucia kwitną i się rozwijają. Dbałość o budujące wykorzystanie układu nagrody sprawia, że będą żyli długo i szczęśliwie…

Kazus seksu, narkotyków i rock and rola
Ciężko jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą uprawiasz regularnie seks. Jeszcze ciężej jest zachować obiektywne spojrzenie na osobę, z którą regularnie zażywacie wspólnie narkotyki. Zarówno jedno, jak i drugie jest w stanie sprawić, że polubimy kogoś, kto na to nie zasługuje. Im częściej powtarzają się warunkujące zachowania, czy im większy procent naszych kontaktów z daną osobą odbywa się w ich towarzystwie, tym trudniej będzie zachować trzeźwość oceny.
Jesteśmy w stanie o wiele więcej wybaczyć i o wiele więcej zaakceptować u osób, z którymi dzielimy kieliszek lub łoże. Warto zwrócić uwagę na to z kim wchodzimy w kontakty, gdy jesteśmy pod wpływem narkotyków i zachować odrobinę dodatkowego sceptycyzmu. Tak jak w przypadku randek, sugerowałbym nie mieszać spotkań zapoznawczych z alkoholem, seksem i jedzeniem. Dajmy sobie możliwie dużą szansę, na wyrobienie racjonalnej opinii o drugiej osobie nim wprowadzimy elementy, które mogą zaburzyć nasz osąd.
Choć ryzyko wejścia w toksyczną czy niepożądaną relację rośnie, gdy w grę wchodzą narkotyki, nie znaczy to, że każda relacja uformowana w ich towarzystwie jest zła! Większość ludzi, których polubimy pod ich wpływem, pozostanie godna lubienia i bez. Wszystko jest tu grą prawdopodobieństwa, używając etanolu lub innych narkotyków, zwiększamy prawdopodobieństwo pomyłki, ale jej nie gwarantujemy. Podobnie jak całkowite od nich stronienie, nie gwarantuje samych dobrych wyborów.

Kazus ferajny z podwórka
Wyobraźmy sobie podwórko między kamienicami i ekipę młodzieży, która się na nim bawi. To pokopią piłkę, to pobujają się na trzepaku. W miarę jak stają się starsi, zaczynają sięgać po alkohol i inne narkotyki. Piją i zażywają razem.
Niektórzy z nich wchodzą w konflikt z prawem: sprzedadzą komuś narkotyk, kogoś okradną, kogoś pobiją. Niektórzy idą w innym kierunku, kształcą się, zdobywają zawód i podejmują pracę.
Nadal spotykają się od czasu do czasu i są gotowi za siebie skoczyć w ogień. Kumpel okradł sklep i pobił przy tym sklepikarza? To trzeba mu pomóc zwiać, ukryć go. To dobra morda przecież jest, nasz człowiek.
To nie jest dobra morda. To złodziej i bandyta. A relacja z nim kumpli z podwórka jest wypaczona latami wspólnego bujania się na dzielni z narkotykami w tle.
Pożywką takiej sytuacja nie muszą być koniecznie narkotyki. Dzieciaki z trudnych rodzina też się do nich irracjonalnie przywiązują, po części przez momenty czułości, po części przez wspólne posiłki. Wierni w sektach i społecznościach religijnych przywiązują się do nich przez akty bliskości, czasem seksualnej, przez wspólne posiłki i przez wspólne rytualne zażywanie narkotyków.
Jest wiele sposobów, na które grupa może zakodować w nas przywiązanie do niej, droga przez mechanizm nagrody i jego wpływ na relacje jest jedną z nich.

UKŁAD NAGRODY TO NIE WSZYSTKO

Choć moim zdaniem układ nagrody ma ogromny i niedoceniany wpływ na to, jak formujemy relacje, kogo lubimy a kogo nie, to jest oczywiste, że nasz mózg wykracza poza ten jeden system. Mamy do dyspozycji nasz płat czołowy, czy raczej kojarzoną z nim sieć hamującą impulsywne zachowania i przeprowadzającą racjonalne rozumowania. Możemy kontrolować swoje reakcje, co więcej możemy, przy odrobinie wprawy sprawdzać i modyfikować wspomnienia i przekonania, które już się w nas uformowały. Nasz mózg zawsze będzie popełniał błędy poznawcze, ale my nigdy nie musi być ich niewolnikami.

Psy w eksperymencie Pawłowa nie miały wyboru. Stymulowanie ich układu nagrody łączące przyjemność jedzenia z dźwiękiem dzwonka zbudowało w nich relację z tym dźwiękiem, która objawiała się niekontrolowanym wydzielaniem śliny. My mamy wybór, w przeciwieństwie do nich posiadamy bowiem wyższe funkcje mózgu i związaną z nim refleksyjność. To są narzędzia, które pozwalają nam wykroczyć poza schemat odruchowej, zaprogramowanej reakcji.

Nie ignorujmy jednak siły dopaminy. Eksperymenty przeprowadzone na szczurach wykazały, że alkohol jest w stanie całkowicie oderwać te zwierzęta od życia społecznego, w znaczeniu, że mając do dyspozycji alkohol i obcowanie z innymi szczurami, będą wybierać substancję. W innych eksperymentach pokazano, że szczury uzależnione od metaamfetaminy będą ją wybierać ponad jedzeniem, do tego stopnia, że umrą z głodu kilka centymetrów od miski z pokarmem. Jak wspomniałem powyżej nasz mózg może więcej, ale nie zapominajmy, że ten sam mechanizm, który aktywuje się w mózgach szczurów, pracuje i w naszych.

Na zakończenie dodam, że pomimo mojego krytycznego stosunku do środków psychoaktywnych, nie twierdzę tutaj, że każda relacja oparta na alkoholu czy innych narkotykach jest zła. To byłby nonsens. Jest wiele cennych relacji, także w moim życiu, które rozpoczęły się od alkoholu, ale przetrwały jego wyrzucenie z mojego życia i kwitną dalej. Były też inne relacje, które tej zmiany nie przetrwały.
Miejmy oko na nasz układ nagrody, nawet jeśli formowanie relacji jest dużo bardziej skomplikowane, niż sugeruje to mój dzisiejszy wywód.

O chwili szczęścia

W niedzielę wybrałem się do kina na „Diunę”, po obiedzie w restauracji Pasibus. Podczas posiłku poczułem spokój i szczęście, dostrzegając, że do radości wystarczą proste przyjemności. Po filmie zrozumiałem, że szczęście nie wymaga luksusów, a prawdziwym celem jest osiągnięcie spokoju ducha w codzienności.

Była to niedziela jakoś na przedwiośniu. Wybrałem się do kina na drugą część Diuny, odczekawszy kilka tygodni od premiery. Seans miał miejsce w Cinema City w Koronie koło godziny 14tej. Wyjechałem wcześniej, aby zjeść na miejscu obiad przed
filmem.

Mój wybór padł na Pasibusa – restauracyjny klejnot w Koronie. Zamówiłem burgera z frytkami i Colą – taką zwykła, z cukrem, był weekend. Po krótkim oczekiwaniu otrzymałem posiłek i udałem się na poszukiwania optymalnego miejsca. Niedziela
była niehandlowa, przeto panował luz i bez problemu znalazłem stolik – tak nieco z tyłu żeby mieć wszystkich na oku.

Usiadłem, otworzyłem napój, zjadłem frytkę i ująłem w dłonie kanapkę. Spojrzałem na nią, a następnie rozejrzałem się wokół. Wtedy to poczułem. Wyobrażam sobie, że tak przebiegają wszelkie boskie objawienia. Spłynął na mnie spokój, całkowita
błogość i coś czego nie poznałem, tak dawno nie miałem z tym do czynienia – szczęście. W tle rozbrzmiał harmonijny głos chóru… żartuje, w tle słychać było ludzi
ciamkających burgery.

Wgryzłem się w kanapkę, jadłem powoli, świadom że nie muszę się spieszyć. Miałem czas. Delektowałem się posiłkiem. Przyglądałem się krążącym wokół ludziom. Uśmiechałem się między kęsami, a sos kapał mi na brodę. Odczucie spokoju mnie
nie opuszczało. Brzuszek powoli się wypełniał. Wskazówki zegara przesuwały się leniwie.

Po posiłku statecznym krokiem przemieściłem się do kina. Leniwie skorzystałem z ruchomych schodów. Na górze w nozdrza połechtał mi zapach kina, czyli popcornu,
czyli tłuszczu na którym jest prażony. Miałem czas, przechadzałem się po holu przyglądając się plakatom. Zapach otulał mnie jak ciepły kocyk i dopieszczając jeszcze poczucie spokoju. Wreszcie przeszedłem przez bramki wszedłem na salę w
sam czasy na moją ulubioną część seansu – zapowiedzi.

Spektakl sprawił mi ogromną frajdę. Film był pięknie zrobiony i wciągający. Na trzy godziny wypadłem z realnego świata i zanurzyłem się w piaski Arrakis. Nie istniało nic, poza rozgrywającą się na moich oczach historią. Wyszedłem z kina zadowolony, spokojny, szczęśliwy.

Był to jeden z najpiękniejszych dni mojego życia.

Dwie lekcje wyciągnąłem z tego doświadczenia. Pierwsza to uświadomienie sobie, że do szczęścia naprawdę potrzebuję niewiele: nie muszę być w egzotycznych krajach, nie muszę leżeć na gorącej plaży, nie muszę pławić się w luksusie i bogactwie, nie muszę zbierać zaszczytów i pochwał. Wszystko to jest zbędne.
Wystarczy mi sto złotych i wolne popołudnie we wrocławskiej galerii handlowej. Druga lekcja to, ze potrzebuje mniej jeszcze, że wystarczy mi wolna i spokojna głowa, a szczęście płynie ze spokoju mego ducha.

Innymi słowy: Po pierwsze, szczęście nie wymaga niezwykłych okoliczności i niesamowitych zdarzeń, szczęście jest w codzienności. Nie płynie z zewnętrznych okoliczności, z
bogactw i zaszczytów, jest naszym dziełem – tak jak każda inna emocja. Po drugie, spokój ducha i szczęście to jedno. Nie jest tak, że spokój przynosi szczęście, albo szczęście spokój. Spokój jest szczęściem, a szczęście spokojem.

Na tych dwóch lekcjach wyrosły dwie praktyczne zmiany:
Pierwsza, nie gonię już za dalekimi wyprawami i egzotycznymi podróżami. Nie unikam ich gdy pojawiają się na mej drodze, przyjmuje je z zadowoleniem, ale nie gnam by je zdobyć – bo w gonitwie musiał bym zgubić spokój. Nie ścigam pieniędzy i
poklasku, a przynajmniej staram się, bo z poklaskiem mi nie wychodzi. One nie przyczyniają się do szczęścia, mogą natomiast być dla niego przeszkodą. Raz, że używamy cennego czasu by je zdobywać. Dwa, że gdy już je zdobędziemy, ogarnia
nas strach przed ich utratą. Trzy, gdy nie uda się ich zdobyć, dosięga nas gniew i frustracja.

Druga, zrozumiałem co jest moim celem w życiu. Zajęło to jeszcze nieco czasu i przemyśleń od owego dnia, ale zaskoczyło i od kilku miesięcy codziennie powtarzam podczas wieczornej medytacji (przeglądu siebie), że celem mojego życia jest spokój
ducha. Pracuję nad tym każdego dnia. Czasem mi się udaje i te sukcesy przynoszą radość. Częściej coś zgrzyta, coś się psuje, ale z tych niepowodzeń wyciągam naukę na przyszłość. Liczę, że pewnego dnia uczucie spokoju rozleje się na całe moje życie.