Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie

Wszyscy dokonujemy codziennie dziesiątków wyborów – od tych najdrobniejszych po wielkie życiowe decyzje. Zbieramy informacje o faktach towarzyszących naszym decyzjom. Zasięgamy rad i opinii bliskich. Przypominamy sobie podobne sytuacje z przeszłości i ekstrapolujemy z nich wskazówki na dziś. Staramy się przewidzieć konsekwencje naszej decyzji i to, jak ukształtuje ona przyszłość. Wreszcie przywołujemy to, co dla nas ważne, i sprawdzamy, czy decyzja temu właśnie służy.

W pośpiechu codzienności rzadko przeprowadzamy swoje decyzje świadomie, z takim rygorem i zaangażowaniem jak opisany wyżej. Polegamy na schematach, przyzwyczajeniach, szybkich i skróconych rozważaniach, pozwalamy, by większość pracy wykonała za nas podświadomość i wydajne procesy półświadome. Nie zasięgamy rad, nie przewidujemy świadomie konsekwencji ani nie badamy tego, co dla nas ważne. Póki decyzje, o których mowa, dotyczą drobnych codziennych spraw, ta metoda jest słuszna i skuteczna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do spraw kluczowych, wielkich decyzji stosujemy tę samą procedurę co do rozstrzygnięcia, co zjeść na śniadanie.

Nie będę zajmował się dziś całym procesem decyzyjnym. Chcę skupić się na jednym z jego aspektów, który jest kluczowy z punktu widzenia filozofii praktycznej (sztuki życia), w szczególności w jej stoickim wydaniu. Chodzi tu o określenie, co jest dla nas ważne, czyli o hierarchię przyświecających nam wartości.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was najważniejsze w życiu? Co jest numerem jeden, za co gotowi bylibyście poświęcić wszystko inne? Może pomyśleliście teraz o rodzinie. Rodzina jest najważniejsza. Ale co rozumieć przez rodzinę? Czy wujek z Ameryki, którego widzieliście raz w życiu, też się do niej zalicza? Czy może chodzi o bliską rodzinę: partnera, dzieci, rodziców? Mogło przyjść wam też do głowy zdrowie – często mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. No właśnie: jeśli najważniejsze, to czy ważniejsze od rodziny? Czy wasze zdrowie jest dla was ważniejsze niż wasze dzieci? Wasz partner / wasza partnerka? Wasi rodzice? Wujek z Ameryki? A gdzie w tym wszystkim miejsce na pieniądze? Jasne, może to nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale pewna ich ilość jest potrzebna, byśmy my i nasze dzieci mieli co jeść. Gdzie je umieścimy? Czy wujek z Ameryki jest ważniejszy choćby od nich?

Na podstawie powyższego możemy stwierdzić, że wartości – a w szczególności relacje między nimi, ich hierarchia – to skomplikowany temat. Pewnie każdy z nas ma jakąś intuicję w tej kwestii. Potrafimy „wyczuć”, jaka jest właściwa odpowiedź na postawione powyżej pytania, i wiemy doskonale, że biedny wujek z Ameryki szczytu naszej listy nie osiągnie. Intuicje te nie są łatwo przekładalne na słowa. Nie jest tak prosto wypowiedzieć je w formie klarownych, logicznych argumentów, nie odwołując się do instancji: „tak jest, bo tak czuję”. W praktyce do podejmowania decyzji „tak czuję” nam wystarcza. Pojawia się jednak ważne i niepokojące pytanie: czy nasze intuicje w sferze wartości są poprawne? Co jeśli nasze „czucie” zwodzi nas na manowce? Co jeśli konsekwentnie wybieramy źle?

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania i efektywnie umocnić nasze intuicje, możemy sięgnąć do stoickiej techniki namysłu nad wartościami i pracy z ich hierarchią. Celem ćwiczenia jest jawne zbudowanie tejże, regularne weryfikowanie jej poprawności, dostosowywanie jej w toku przemian naszego życia i jego priorytetów, planowanie dni pod kątem wartości, praktykowanie ich oraz regularne sprawdzanie, jak się z tej praktyki wywiązujemy. Poniżej skoncentruję się na pierwszym kroku, zaproponuję wam krótką procedurę oraz kilka kluczowych pytań, nad którymi warto się w jej trakcie pochylić.

Budowanie świadomej hierarchii wartości zacznij od swoich intuicji. Usiądź wygodnie z długopisem i kartką papieru i zanotuj hasłowo to, co dla ciebie jest ważne w życiu. Staraj się wypisać wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Śledź kolejność, w jakiej poszczególne myśli się pojawiają – możesz je po prostu ponumerować lub pisać w formie listy. Odłóż kartkę na bok, zajmij się swoimi codziennymi sprawami.

Jeśli masz trudności ze zwerbalizowaniem konkretnych wartości, istnieją pomoce do tego typu ćwiczeń: fiszki z nadrukowanymi nazwami wartości (rodzina, zdrowie, pieniądze itd.). Zamiast wypisywać listę z głowy, możesz zaopatrzyć się w nie i wybrać kilkanaście takich, które z tobą rezonują.

Wróć do swojej listy następnego dnia. Przeczytaj ją uważnie. Weź długopis i zacznij skreślać. Twoim celem jest skrócenie listy do pięciu najważniejszych wartości. Niech zostanie na niej to, co jest dla ciebie najcenniejsze. Jeśli coś skreślisz, to nie znaczy, że uznajesz to za nieważne, niewarte zachodu czy niedobre – odnotowujesz tylko, że dla ciebie są rzeczy ważniejsze. Skreślenie nie oznacza też, że od dziś całkowicie zaniedbasz ten aspekt życia. Gdy pozostaniesz z pięcioma, przepisz je „na czysto”, kartkę z długą listą wyrzuć albo schowaj głęboko do szuflady, odłóż długopis, zajmij się swoim dniem.

Kolejnego dnia wróć do swojej listy. Przed tobą ostatni krok, czyli uporządkowanie tych pięciu wartości od najważniejszej do najmniej ważnej. Przy czym „najmniej ważna” nie oznacza „nieważna”! Zastanów się, która z nich jest dla ciebie absolutnie kluczowa. Dla której poświęcisz pozostałe? To twoja wartość numer jeden. Porządkuj je dalej. Myśl przy tym o swoich celach i aspiracjach. Nie koncentruj się na tym, ile dziś każdej z nich poświęcasz czasu. Pytaj raczej: której z nich chciałbym / chciałabym poświęcać go więcej?

Tutaj może pojawić się wątpliwość: czasem najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale czasem najważniejsza jest praca, która daje nam środki do życia. Tak, wszystkie te wartości mają swój czas i miejsce – nie kwestionujemy tego. Pytamy: która ma mieć najwięcej miejsca? Oraz: jeśli musiałbyś / musiałabyś wybrać pomiędzy dwiema z nich, którą wybierzesz? W praktyce wszystkie z nich będziesz realizować; co więcej, będziesz też realizować wartości, które wczoraj skreśliłeś / skreśliłaś. Hierarchia ma nam służyć do określenia skali i rozstrzygania konfliktów, nie do zamykania się na wąski przedział doświadczeń.

Pracuj, aż uporządkujesz swoją listę. Może się zdarzyć, że była ona już od pierwszego dnia uporządkowana i twoje intuicyjne („co pierwsze przyszło mi do głowy”) ułożenie było ostateczne. Nie zakładaj jednak, że tak się stało. Sprawdź to w spokojnym namyśle. Przepisz swoją listę na czysto i zachowaj ją do przyszłej praktyki.

Nim podsumujemy nasze rozważania, chciałbym zwrócić waszą uwagę na trzy kluczowe pytania / koncepcje, które warto mieć na uwadze, pracując z hierarchią wartości.

Pierwsze z nich to pytanie: co jest dla mnie konieczne? Bez czego nie mogę żyć? Przykładowo: bez jedzenia nie będę mógł egzystować. W dzisiejszych czasach do zdobywania jedzenia służą pieniądze. Potrzebuję więc pewnej ilości pieniędzy, by egzystować – te zasoby są dla mnie konieczne. O konieczności sugerowałbym myśleć wąsko, to znaczy ograniczyć się faktycznie do tego, co jest niezbędne do biologicznego przetrwania naszego i tych, którzy od nas zależą. Nie mówmy więc: „koniecznie muszę pojechać na wakacje na Bahamy”, bo jakkolwiek byłyby one przyjemne i relaksujące, nie stanowią biologicznej konieczności.

Czy umieszczać to, co konieczne, na liście wartości? Tak, sugerowałbym to zawrzeć. Jeśli nie chcesz tego robić, staraj się przynajmniej mieć na uwadze, pracując z wartościami, że życie ma swoje konieczności, którym naturalnie będziesz poświęcać czas. Ja osobiście wprowadziłem do swojej hierarchii wartości pojęcie „zabezpieczenia zasobów”, w którym mieszczę kwestię koniecznych zarobków i utrzymania dobrego zdrowia.

Druga koncepcja dotyczy nadawania odpowiedniego priorytetu dbałości o siebie. Kto z was leciał samolotem, kojarzy zapewne wskazówkę, by w razie awarii najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku, które jest pod naszą opieką. Odruchowo możecie wypełnić swoją hierarchię wartości pięknymi, altruistycznymi ideami – uczono nas, że pomaganie innym i bezinteresowność są dobre, a dbanie o swoje interesy, jeśli nie złe, to przynajmniej podejrzane. Przełamcie ten schemat, przypominając sobie, że jeśli my sami nie będziemy w dobrym stanie, nie będziemy mogli służyć pomocą naszym bliskim.

To może powodować poważny dyskomfort, ale, myśląc o swoich wartościach, starajcie się ustawić priorytet na swoim dobrostanie. Jeżeli wasza psychika, wasze zdrowie, wasze życie nie będą w należytym porządku, to dla bliskich będziecie bardziej zawadą niż pomocą.

Trzeci aspekt to kwestia zobowiązań. W toku swojego życia podejmujemy przeróżne zobowiązania. Czasem robimy to jawnie, na przykład zatrudniając się do pracy i akceptując listę obowiązków. Czasem poprzez domniemanie – na przykład sprowadzając na świat dziecko. Warto pamiętać, myśląc o hierarchii wartości, o zobowiązaniach, które już podjęliśmy i które chcemy podjąć w przyszłości. Warto, by znalazły one swoje odzwierciedlenie na naszej liście.

Pamiętajmy przy tym, że zobowiązanie zobowiązaniu nierówne. Niektóre z naszych zobowiązań są nimi w słabym sensie. To znaczy, że jeśli uchylimy się od ich wykonania, istnieje wiele osób, które mogą je za nas podjąć. Świat się od tego nie zawali, nikt nie ucierpi. Przykładowo: jeśli jestem pracownikiem biurowym w wielkiej korporacji i wyjdę pewnego dnia z biura, trzaskając drzwiami, by już nigdy nie wrócić – świat się nie zawali. Inni podejmą moje zadania, z czasem zatrudnią kogoś na moje miejsce. To zobowiązanie w słabym sensie.

Niektóre zobowiązania możemy wykonać tylko my albo jest bardzo niewiele osób, które mogłyby się ich podjąć, a ich niewykonanie sprowadzi na kogoś innego cierpienie. Przykładem jest bycie rodzicem. Jeśli pewnego dnia wyjdę z domu, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą partnera czy partnerkę i dzieci, może nie znaleźć się nikt, kto podejmie moje obowiązki, a moje odejście najpewniej wyrządzi realną szkodę opuszczonym dzieciom. Jako rodzic jestem – do pewnego stopnia – niezastąpiony w życiu mojego dziecka. To zobowiązanie w silnym sensie.

Naturalnie tej drugiej kategorii zobowiązań przypiszcie wyższą wagę niż pierwszej. Upewnijcie się, że wasza hierarchia wartości pozwala wam je spełnić, bo nikt inny tego za was nie zrobi.

Przeniesienie naszej hierarchii wartości ze sfery intuicji do sfery rozumnego namysłu to proces, który wymaga czasu i wysiłku. Samo jej wstępne zbudowanie zajmuje kilka dni – a to dopiero początek przygody. Kiedy mamy ją dostępną, możemy zacząć w praktyce testować, czy nasze życie i nasze intuicje zgadzają się z wnioskami, do których doszliśmy. Nasze rozważania miały w sobie aspekt tworzenia pewnej teorii; następnie przychodzi moment sprawdzenia jej w codziennym doświadczeniu.

Przy pierwszym spojrzeniu może to wydawać się skomplikowane i przytłaczające. Nie wątpię jednak, że gdy zabierzecie się do tego procesu, szybko zorientujecie się, że jest on nie tylko łatwiejszy, niż się wydaje, lecz także że niesie w sobie wiele satysfakcji. Ostatecznie wszystkie te kroki prowadzą nas do próby odpowiedzi na jedno proste pytanie, z którym was dzisiaj zostawię:
Jaka jest twoja hierarchia wartości?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreatywność czy ucieczka w fantazje?

Kreatywność jest cennym zasobem. Zdolność do tworzenia abstrakcyjnych koncepcji i ubierania ich w konkretne ramy ma zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Pozwala nam lepiej pracować z własnymi przekonaniami, a także wyobrazić sobie położenie innych ludzi, co czyni ją niezwykle użyteczną w relacjach.

Uciekanie w fantazję przed rzeczywistymi emocjami przynosi ulgę. Jest ona jednak krótkotrwała i ulotna. Problemy, których próbowaliśmy uniknąć, nie znikają – przeciwnie, mają tendencję do wzrastania, gdy je ignorujemy. Zatracając się w świecie wyobraźni, tracimy kontakt z rzeczywistością.

Nawigując między tymi dwoma aspektami, warto pracować nad zbliżeniem się do kreatywności, by wykorzystywać wyobraźnię do rozwiązywania problemów rzeczywistego świata, a nie do uciekania przed nimi.

Jak to się łączy?

Jest w miarę jasne, że dwie omawiane skrajności są w gruncie rzeczy tym samym zjawiskiem. Różnica między nimi nie tkwi w jakości, lecz raczej w natężeniu – które jest niższe w przypadku kreatywności – oraz w zastosowaniu.

W przypadku bycia kreatywnym wyobraźnia jest narzędziem, które ma za zadanie informować nasze decyzje w realnym świecie. Służy procesowi decydowania i zmiany, której jesteśmy agentem. Pomaga nam lepiej zrozumieć możliwe konsekwencje, odgadnąć motywacje własne i innych. Jest nośnikiem idei i pomysłów, które skutecznie je komunikują i rozjaśniają.

W aspekcie ucieczkowym wyobraźnia staje się narzędziem unikania problemów, zapominania o nich. W ten sposób przypomina nieco używanie środków psychoaktywnych – na krótki czas pozwala odsunąć od siebie problem, czy to wewnętrzny (emocjonalny), czy zewnętrzny (zadanie do wykonania). Tak jak w przypadku środków psychoaktywnych, to odsunięcie jest niekonstruktywne – nie rozwiązuje problemu, pozostawia go na boku. W rezultacie fantazjowanie staje się rodzajem „nałogowego” regulowania emocji, które może stworzyć większe problemy niż te, których próbuje uniknąć.

Gdzie jestem

Mój stan obecny określiłbym jako bliski stanowi kreatora, czyli zdrowego i konstruktywnego wykorzystywania wyobraźni. Z kilkoma dużymi kłopotami, jakie w przeszłości z nią miałem, zdołałem się już uporać – żeby przywołać przykład z fantazjami przed zaśnięciem przywołany w tekście o ucieczce w fantazje [LINK].

Systematycznie ograniczam sytuacje, w których w niekontrolowany sposób osuwam się w zafantazjowywanie przeróżnych trudnych wyzwań i sytuacji z życia. Dostrzegam, kiedy ten mechanizm się uruchamia, i potrafię go zazwyczaj powstrzymać.

Choć jest dobrze, to jednak mogłoby być lepiej. Nadal widzę spore pole do poprawy, szczególnie w dziedzinie relacji. Tutaj zdarza mi się nadal, iż uciekam przed decyzją czy działaniem, które wystawiłoby mnie na perspektywę odrzucenia, w fantazję o tym działaniu. Rozgrywam sytuację w głowie, daję jej pozytywne zakończenie i, na pewnym poziomie, uznaję, że tak się faktycznie stało.

Optymalny stan

Moje wyobrażenie optimum na tej osi jest dość proste i intuicyjne: chcemy zachować kreatywność bogatej wyobraźni, jednocześnie eliminując – na tyle, na ile to możliwe – aspekt ucieczkowy.

Chcę, by wyobraźnia była narzędziem tworzenia i radzenia sobie z wyzwaniami życia. By pozwalała ujmować idee w sposób zrozumiały i przystępny, by była źródłem metafor poszerzających zrozumienie skomplikowanych problemów u mnie i u innych, z którymi wchodzę w interakcje. Idea twórczości, nawet tej technicznej i naukowej, polega w dużej mierze na sile wyobraźni i warto tę siłę pielęgnować i zachowywać.

W odniesieniu do emocji wyobraźnia powinna być narzędziem pracy z nimi, ich lepszego zrozumienia i zinternalizowania. Ma ułatwiać odczytywanie przesłania, jakie się za nimi kryje, ma być tłumaczem między nimi a świadomą analizą. Nie powinna przy tym stać się narzędziem emocjonalnego tłumienia, metodą na ignorowanie czy zagłuszanie emocji – takie jej wykorzystanie, choć kuszące, będzie prowadzić do większych kłopotów niż zysków.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowe dla rozwijania i balansowania tej kompetencji są stoickie ćwiczenia oparte na wyobraźni. W pewnym sensie każde stoickie ćwiczenie ma element wyobrażonego, ale jest kilka, które szczególnie mocno się na nim opierają. Regularne praktykowanie tych ćwiczeń prowadzi do pewnej dyscypliny w fantazjowaniu, w sensie przyzwyczajenia nas do używania wyobraźni do analizowania konkretnych, realnych problemów. Nadaje ramy problemowe zajęciu wyobrażania sobie.

Ćwiczenia, które absorbują wyobraźnię w największym stopniu, to:

  1. Perspektywa kosmiczna – wyobrażanie sobie siebie jako części większej całości, czy to w przestrzeni (kosmos), czy w czasie.
  2. Premeditatio maloru (i bonum) – rozmyślanie nad złem (dobrem), czyli wyobrażanie przebiegu nadchodzących wyzwań w celu zrozumienia, czego możemy się spodziewać w najgorszym (najlepszym) obrocie rzeczy. To wyobrażanie ukierunkowane na rozpoznanie ścieżki wyjścia z każdego, nawet najtrudniejszego przebiegu zdarzeń.
  3. Wizualizacja mistrza – co zrobiłby w tej sytuacji stoicki mistrz; ćwiczenie ma nam pomóc dokonać właściwego, stoickiego wyboru, kiedy stajemy przed skomplikowanym pytaniem.

Pozostaje jeszcze sprawdzenie naszej dyspozycji w relacjach. Choć nie jest to konkretne ćwiczenie stoickie, należy pamiętać, że stoicyzm jest filozofią ukierunkowaną na społeczność. W tym duchu niezwykle istotne jest wchodzenie w relacje i trenowanie w nich konstruktywnego użytkowania wyobraźni oraz powstrzymywania się przed ucieczką.

Podsumowanie

Balans między kreowaniem a ucieczką w fantazję powinien być przechylony w stronę tego pierwszego. Jest jednak niezwykle istotne, by w dążeniu do tego optimum nie utracić zdolności radosnego wykorzystania naszej wyobraźni.

Powiem wręcz, że choć warto pracować nad tym aspektem, nie warto poświęcać swej wyobraźni dla pozbycia się drobnych elementów ucieczkowych. Okazjonalna ucieczka w wyobrażenia przyniesie mniej szkód niż utrata wyobraźni.

A jaką wy macie relację ze swoją fantazją? Czy służy wam pomocą na co dzień? Czy czasem uciekacie w nią, gdy dzień dopiecze wam nad miarę?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Fantasta

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Niekiedy zapadam się w fantazje jak w bagno. Zmyślona historia zaczyna żyć w mojej głowie, rozwijać się, nabiera intensywności i wyrazistości. Nie chcę jej przerywać, nie chcę jej kończyć. Chcę pozostać w wymyślonym świecie, który jawi mi się jako bezpieczniejszy, lepszy od rzeczywistego. Czasem trwa to krócej – fantazja jest zwarta i konkretna. Czasem trwa dłużej – fantazja jest rozbudowana i wielopoziomowa.

Przykład

Najbardziej wyrazistym przykładem z mojego doświadczenia było tworzenie fantazyjnych światów, służących jako arena dla moich myśli przed zaśnięciem. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ od dłuższego czasu nie praktykuję już tej metody na zasypianie.

Koncepcja była prosta: kładąc się spać, gdy nawiedzała mnie gonitwa myśli, często zabarwiona lękiem, porządkowałem je poprzez wejście do wymyślonego świata. Zaczynałem snuć bardzo konkretną, wyrazistą fantazję osadzoną w świecie magii i miecza lub w świecie fantastyczno-naukowym. Obsadzałem siebie w roli głównego bohatera i rozgrywałem jakiś scenariusz.

To pozwalało mi odciąć się od naporu nieuporządkowanych myśli, które mogłyby powstrzymywać mnie przed zaśnięciem przez dłuższy czas. Świat fantazyjny działał uspokajająco i zwykle po kilku minutach takiej „medytacji” odpływałem w sen.

Choć używałem kilku światów w tym celu, miałem swoje ulubione – takie, w których podejmowałem rozpoczęte historie z wieczora na wieczór. Te fantazyjne konstrukcje rozlewały się poza obszar zasypiania; myślałem też o nich na jawie – w podobnej roli, czyli dla uspokojenia lęku.

Więcej przykładów

Jest dla mnie typowe, że poświęcam więcej czasu na fantazjowanie o relacjach niż na faktyczne wchodzenie w nie. Czyli zamiast napisać do osoby, z którą chciałbym porozmawiać, wyobrażam sobie rozmowę, zazwyczaj jej idealny przebieg. Po skończonej fantazji mam poczucie, że nie ma już potrzeby przenosić jej w rzeczywistość.

Niektóre z moich fantazji spełniają rolę głaskania ego, to znaczy, że ich treść przedstawia mnie w pozycji siły, władzy i wiedzy wykraczających dalece poza rzeczywisty stan rzeczy. W natychmiastowej perspektywie sprawiają, że czuję się nieco lepiej, w sensie regulowania emocji związanych z niskim poczuciem własnej wartości. W perspektywie dłuższej zaczynam wierzyć w ich elementy, co prowadzi do praktycznego zadufania w sobie.

Skąd się to bierze

Podobnie jak w przypadku poprzedniego aspektu „kreatora”, także tutaj źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

Odsunięcie się w fantazję było i nadal jest dla mnie sposobem regulowania emocji. Przynosi ulgę, szczególnie od tych związanych z lękiem, gdyż zastępuje zagrażającą rzeczywistość pewną iluzją. Efekt jest zwykle chwilowy – przez czas trwania fantazji napięcie znika. Jednak pewne aspekty trwają dłużej: pojawia się efekt zawierzenia własnej opowieści – pewne jej elementy mój umysł bierze za prawdę.

Fantazjowanie jest realną strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami. Sama w sobie nie jest czymś negatywnym ani niszczycielskim. Trzeba jednak rozróżnić pomiędzy twórczym parafrazowaniem własnego doświadczenia, które pozwala je lepiej zrozumieć, a ucieczką w fikcję przed nazbyt bolesną emocją, którą chce się pod opowieścią pogrzebać, a nie przez nią przepracować.

Stąd rozdzielenie tego mechanizmu na dwa bieguny – twórczy i problemowy.

Ograniczenia i wyjątki

Doświadczenie jest w dużej mierze granicą fantazji. To, co fantastyczne, sklejam z elementów mi znanych, czasem lekko je rozszerzając, ale to, co wymknęło się sferze moich realnych doświadczeń, nie znajduje odzwierciedlenia w fantazjach. To ich ograniczenie.

Jak to się objawia w relacjach?

Najbardziej drastycznym przejawem nadmiernego fantazjowania w sferze relacji jest ich urywanie się, czy raczej urywanie ich przeze mnie. Kiedy mój umysł zaczyna intensywnie rozgrywać dany związek w wyobraźni, traci zainteresowanie i zapał do rozwijania go w rzeczywistości – jakby był już dokonany i nie było sensu go kontynuować. Zjawisko może być tak intensywne, że prowadzi do zaprzestania kontaktu z drugą osobą. Nie chodzi tu o jawne zrywanie czegokolwiek, raczej o stopniowe ograniczanie kontaktu, aż do jego całkowitego ustania. Ten efekt jest dodatkowo wzmacniany przez moją ogólną tendencję do unikania relacji.

Trudniejsze do zaobserwowania, ale potencjalnie równie destrukcyjne, jest zastępowanie przez fantazjowanie wchodzenia w nowe relacje. Tutaj mieszczą się te relacje, które mogłyby być, ale ich nie ma, bo wybrałem bierność napędzaną przez fikcję wyobrażeń. Druga strona potencjalnej relacji nie ma szans zaobserwować procesu, tylko ja niekiedy uświadamiam sobie, że zaszedł.

Fantazjowanie może narażać na szwank istniejące relacje, także poprzez tworzenie niezgodności między fantazją a rzeczywistością. Chodzi mi o sytuacje, w których wymyślę sobie pewien przebieg zdarzeń, przeżyję go w wyobraźni, włącznie z reakcją drugiej strony, a następnie rzeczywistość okaże się mniej satysfakcjonująca. Mogę się na kogoś wręcz obrazić, za to, że nie zrobił tego, co sobie wyfantazjowałem!

Zakończenie

Tworzę światy w swojej wyobraźni i w nie uciekam. Mam do tego niemały talent, to, co tworzę, bywa niezwykle kuszące. Niezależnie jednak od tego, jak piękna jest fantazja, zatracenie się w niej może być ucieczką od rzeczywistości.

Jeśli czynimy tak okazjonalnie, dla wytchnienia, nie ma w tym problemu. Jeśli jednak staje się to naszą kluczową strategią regulacji emocji, możemy wpaść w pułapkę. Od nas zależy, czy znajdziemy odpowiedni balans.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreator

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Twórczość jest jedną z moich najważniejszych wartości. Uważam, że jestem kreatywnym człowiekiem i mam zdolność do tworzenia nowych koncepcji, obrazów, światów. Wykorzystuję te zdolności na co dzień i rozwijam je z zapałem. Stanowią ważny element mojego życia i czynią mnie interesującym człowiekiem.

Przykład

Blog, na którym się obecnie znajdujemy, stanowi koronny przykład realizacji moich twórczych zapałów w praktyce.

Obecnie liczy już ponad 70 wpisów. Każdy z nich jest stworzonym przeze mnie kawałkiem treści. Niektóre są bardziej udane, inne mniej, ale każdy jest oryginalnym tworem mojej fantazji, moich przemyśleń i moich zdolności ubierania tych dwóch w słowa.

Jestem dumny z tego, co napisałem na potrzeby bloga. Wiem, że wytworzenie takiej ilości tekstu jest czymś niezwykłym i nietypowym, szczególnie w dzisiejszych czasach. Mam realne przekonanie, że ta moja twórcza działalność wzbogaciła świat choć odrobinkę.

Chcę kontynuować twórczą pracę w ramach bloga i będę to czynił tak długo, jak pozwolą mi na to okoliczności życiowe. A jeśli pewnego dnia stanie się to niemożliwe, znajdę inne sposoby twórczej ekspresji, jako że i dziś mam ich więcej.

Więcej przykładów

W ciągu ostatnich kilku miesięcy przysiadłem na laurach, jeśli chodzi o pisanie opowiadań, ale nadal jest to zajęcie, które mnie cieszy i które praktykuję z niezłym skutkiem. Jest to też jedna z tych aktywności twórczych, które chcę rozwijać.

Wyplatanie makram, choć czasem dość automatyczne, także jest przejawem twórczej pracy. Jest to przekształcanie nieuporządkowanego zbioru sznurków w obraz, który ma w sobie ład i któremu można nadać pewien sens. Dziś rzadko siadam do makram, ale kto wie, czy nie wrócę do nich w przyszłości?

Podobnie sprawa ma się z innymi aktywnościami manualnymi: układanie kompozycji kwiatowych, dzierganie, rzeźbienie w dyni, malowanie ceramiki – to wszystko zajęcia o twórczym charakterze, które dają mi radość. Nawet jeśli nie praktykuję ich regularnie, to cenię je sobie niezmiernie.

Skąd się to bierze

Źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

System był tak skuteczny, że praktykowałem go konsekwentnie przez wiele lat, modyfikując treść i charakter wyimaginowanych relacji, rozbudowując je do całych światów i skomplikowanych systemów. Praktykowałem fantazjowanie bardzo regularnie i z wielkim zaangażowaniem – przynosiło mi przecież zaspokojenie niezwykle istotnych potrzeb relacyjnych. Praktyka czyni mistrza – stałem się wielce wprawny w tworzeniu fikcyjnych światów i postaci.

Tak ucieczkowe aspekty stylu unikającego wytworzyły okoliczności, w których mogła rozkwitnąć dość niezwykła wyobraźnia. Taka, która w chmurze łatwo dostrzeże smoka, dosiądzie go i poleci na jego grzbiecie, by podbijać starożytne królestwa. Przede wszystkim jednak taka, która stworzy sobie przyjaciela, który nigdy nie odejdzie, chyba że zostanie odprawiony.

To potężne narzędzie, jednak nawet ono ma swoje ograniczenia.

Ograniczenia i wyjątki

Wyobraźnia ma swoje ograniczenia. Wszędzie tam, gdzie moje doświadczenie jest nikłe lub żadne, mam trudności z wyrazistością wizji. Widzę to wyraźnie w swojej twórczości, która napotyka opór tam, gdzie chcę odejść od własnego doświadczenia.

Mogę tworzyć przybliżenia, pewnego rodzaju zgadywanki, ale w wielu przypadkach mam poczucie niedostateczności takich zabiegów. To sprawia, że w mojej ocenie pewne aspekty mej twórczości są niedojrzałe, niepełne.

Choć jest to przejaw raczej niepewności niż sprawdzenia z faktami, wciąż widzę w tym feralne ograniczenie w mojej postawie twórcy.

Szczególnie opisywane tu zjawisko realizuje się w trudności, jaką mam, by wczuć się w położenie innych osób. Może to odnosić się do bohatera opowiadania – póki jest względnie zbliżony do mnie samego, mogę go pisać, ale gdy chciałbym wykroczyć silnie poza własną orbitę, sytuacja realnie się komplikuje. Te postaci wychodzą płasko i niezbyt realistycznie – w mojej ocenie.

Zjawisko to wykracza zresztą poza twórczość literacką i sprawia, że miewam problemy z empatią, a przynajmniej tworzy we mnie tendencję nadmiernego przypisywania moich własnych motywacji i cech innym ludziom. Utrudnia to zrozumienie i może prowadzić do poważnych nieporozumień.

Jak to się objawia w relacjach?

Fantazja potrafi być źródłem całkiem niezłych dowcipów. Takich bardzo niestandardowych i czasem dość pokrętnych. Nie wszystkie da się zrozumieć od razu, ale gdy już rozsupła się małą wiązankę słowną, bywa zabawnie. Jeśli się nie uda, trudno – może następnym razem.

Moje poczucie humoru to Monty Python i Leslie Nielsen / Mel Brooks. Dziwaczne, nietypowe, ale momentami turbo zabawne.

Jedna z najprostszych obserwacji, jakie możesz o mnie poczynić, to że jestem kreatywny w rozmowie – zarówno jeśli chodzi o budowanie zdań, jak i tworzenie warstw znaczeniowych w wypowiedziach. Jeśli zdecyduję się mówić – tak naprawdę, a nie półgębkiem – to to, co powiem, jest kreatywne, interesujące, warte wysłuchania.

Nie zawsze jest poprawne, nie zawsze zrozumiałe (nawet dla mnie samego), ale gdy się rozsupła, staje się przynajmniej dobrą pożywką do refleksji.

Często zdarza mi się potakiwać w rozmowach – takie proste „Tak”, „Rozumiem”. Niekiedy to zwykły drobny konformizm, by zasygnalizować bycie w rozmowie. Częściej jednak w moim przypadku jest to sygnał, że właśnie sobie wyobraziłem, zwizualizowałem to, o czym mówisz, i słowo zgody potwierdza zakończenie tego procesu.

Opisujesz, że znajomy sprzedaje dom z ogrodem, a w ogrodzie są panele fotowoltaiczne? W moim umyśle tworzy się obraz tego domu – czy raczej mojej fantazji o nim. Dzięki temu mogę lepiej rozumieć dalszą część historii, i takie zrozumienie często sygnalizuje właśnie potakiwanie.

Zakończenie

Jestem kreatywnym człowiekiem. Potrafię tworzyć całe światy w wyobraźni. Potrafię ubierać myśl w formę słowa, nadawać jej kształt. Moja wyobraźnia jest potężnym narzędziem, szkolonym od dziecka i do dziś regularnie używanym. Nie mam drugiego tak cennego zasobu.

Nawet ona ma jednak swoją cenę, bo wielka fantazja kusi, by się w niej zatracić, by uciec przed trudami rzeczywistości w jej kontrolowane i bezpieczne objęcia. Wyobraźnia może być zarówno twórczym narzędziem działania, jak i substytutem, w który przed działaniem uciekamy…

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja kontra mimikra

Tolerancja i zrozumienie wobec drugiego człowieka są kluczową kompetencją w budowaniu trwałych i pozytywnych relacji. Stanowią zdrową podwalinę głębokiej więzi. Warto kultywować empatyczne podejście do każdego napotkanego człowieka.

Z drugiej strony zatracenie się w drugim człowieku — odrzucenie własnych pragnień i dążeń po to, by się do niego upodobnić — jest autodestrukcyjną strategią przywiązania. Prowadzi do utraty cech własnych oraz do sztuczności w relacjach, które opierają się na iluzji.

Na osi pomiędzy tymi biegunami warto dążyć w kierunku tolerancji i zrozumienia opartych na pełnej akceptacji własnych pasji i upodobań. Dzięki temu możemy zachować zalety otwartości, jednocześnie unikając pułapek mimikry.

Jak to się łączy?

Elementem łączącym tolerancję i mimikrę jest empatia — otwartość na drugiego człowieka, jego potrzeby, pragnienia i trudności. W pierwszym przypadku towarzyszy jej silne poczucie własnej wartości, a efektem jest zachowanie wspierające, przynoszące korzyść zarówno wspierającemu, jak i wspieranemu. W drugim przypadku mamy do czynienia z ucieczką od siebie w drugiego człowieka i zamiast realnego wsparcia pojawia się lustrzane naśladownictwo.

Człowiek tolerancyjny akceptuje odmienność. Co kluczowe — akceptuje również własną odmienność: czuje się komfortowo z tym, że różni się od reszty ludzkości, rozumie, że ma unikalne wady i zalety oraz elementy wspólne z innymi. Akceptacja siebie stanowi podstawę akceptowania innych. Redukuje lęk przed odmiennością i pozwala konsekwentnie wybierać porozumienie zamiast konfliktu.

Człowiek-kameleon, wbrew pozorom, jest zagorzałym wrogiem odmienności. Źródło tej wrogości tkwi w nim samym — w przekonaniu, że jego odmienność i unikalność są czymś niewłaściwym, przejawem słabości i niedoskonałości. Odmienność budzi w nim tak głęboki lęk, że nie może sobie pozwolić na jej istnienie w relacjach. Skoro nie może zmienić drugiej strony, zmienia siebie, zatracając własną istotę na rzecz bezpieczeństwa konformizmu.

I tak empatia łączy tolerancję i mimikrę, a dzieli je lęk.

Nasuwa się pytanie: gdzie ja sam lokuję się na tych dwóch skalach?

Gdzie jestem

Jestem empatycznym człowiekiem — to jedna z moich największych zalet. Słucham, wczuwam się i sympatyzuję z rozmówcą. Chcę w każdym dostrzec dobre strony i zakładam, że ludzie mają dobre intencje, choć czasami opacznie je rozumieją lub popełniają błędy. Jestem dumny ze swojego otwartego nastawienia.

Jestem lękowcem — zarówno w sensie zdiagnozowanych zaburzeń, jak i charakterologicznego funkcjonowania. Lęk jest moim towarzyszem od dawna. Jest jedną z podstawowych sił, które mnie napędzają. Boję się wchodzić w relacje; boję się, że te, które już mam, rozpadną się, bo powiem lub zrobię coś nieodpowiedniego. Nie czuję się pewnie w żadnej z nich — każda wydaje mi się być w stanie ciągłego zagrożenia. Wiem o swoim lęku, akceptuję go i jestem gotów z nim oraz nad nim pracować.

Połączenie tych faktów sprawia, że obecnie jestem wyraźnie wychylony w kierunku mimikry. Widzę, jak upodabniam się do rozmówcy, wiem, że ten proces zachodzi, ale rzadko jestem w stanie go zatrzymać.

Optymalny stan

Ten przypadek jest dość prosty, jeśli chodzi o określenie optimum. Można je ująć następująco: zachować pełnię empatii, eliminując lęk. To łatwiejsze do wysłowienia niż do zrealizowania w praktyce, ale sprowadza się do zachowania elementów, które pozytywnie łączą nas z drugim człowiekiem, przy jednoczesnym odrzuceniu dyktowanej strachem mimikry.

Chcemy zachowywać pełnię własnej tożsamości, pozostając jednocześnie otwartymi na doświadczenie, historię i emocje drugiego człowieka — czyli na szeroko pojętą tolerancję.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowa jest praca z lękami i doraźnym strachem. Najlepszym ćwiczeniem jest dyskusja z przekonaniami — tymi, które stanowią źródło lęku. Ma ona formę dialogu sokratycznego z samym sobą, w którym stawiamy pytania dotyczące przekonań, jakie w sobie nosimy. Celem jest wykazanie ich fałszywości i zastąpienie ich przekonaniami bardziej realistycznymi i bliższymi rzeczywistości.

Proces ten wymaga wielu powtórzeń — silnie zakorzenione przekonania nie ustąpią po jednokrotnym zakwestionowaniu ich prawdziwości. Efekty dialogu muszą pracować przez dłuższy czas. Istotna jest również uważność na momenty uruchamiania się tych mechanizmów w sytuacjach społecznych. Ma to znaczenie zarówno dla identyfikowania przekonań, które chcemy podważyć, jak i dla utrwalania nowych, zdrowszych schematów.

Przekonania będące źródłem naszych lęków najczęściej obracają się wokół niskiego poczucia własnej wartości, nieufności wobec drugiego człowieka, poczucia niezrozumienia oraz innych schematów sugerujących, że szczere wejście w relację zakończy się odrzuceniem.

Podsumowanie

Balans między akceptacją a mimikrą powinien być wyraźnie wychylony w stronę akceptacji. Zmienianie się na potrzeby każdej relacji, w którą wchodzimy, jest prostą drogą do utraty kontaktu z własnym „ja” i z własnymi potrzebami — do stania się lustrem pozbawionym właściwości.

Praca nad tym balansem wymaga jednak zmierzenia się z lękami, które mogą być w nas silnie ugruntowane — ze strachem, że jeżeli pozostaniemy sobą, zostaniemy odrzuceni.

Zachęcam was do podjęcia stoickiej pracy nad tymi przekonaniami, jeśli odnajdujecie je w sobie. To nie tylko droga do większej tolerancji wobec drugiego człowieka, ale przede wszystkim do większej tolerancji wobec samego siebie.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Społeczny kameleon

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancyjnym podejściem do drugiego człowieka a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Bywam człowiekiem bez właściwości. Potrafię odrzucić siebie i upodobnić się do rozmówcy czy grupy, w której się znajduję. Umiem wtopić się w tło. Mogę zacząć mówić, myśleć i czuć jak ludzie w moim otoczeniu. A właściwie — by uściślić — potrafię odtwarzać moje wyobrażenia o innych; przecież nie wiem na pewno, co myślą. W takich momentach przestaję istnieć, stając się jedynie lustrem.

Przykład

Za przykład niech posłuży cała klasa zachowań, które są dla mnie charakterystyczne — chodzi o kompletne zanurzanie się w temat, który fascynuje mojego rozmówcę.

Jeżeli dostrzegam, że druga osoba szczególnie interesuje się jakimś tematem, zawieszam własne zainteresowania, odstawiam je w kąt i w pełni poświęcam się temu, co ona mówi. Nie ma znaczenia, czy temat był dla mnie wcześniej interesujący — mogła to być najnudniejsza treść na świecie; jednak po chwili rozmowy staję się nią zafascynowany i zaangażowany.

Dla jasności: nie jest to oszustwo ani poza. Moje myślenie faktycznie się zmienia i to, co przed chwilą było nudne, staje się autentycznie ciekawe. Zazwyczaj, gdy rozmowa się kończy, zagadnienie ponownie staje się nudne — aż do momentu kolejnego spotkania. Jeżeli jednak z kimś przebywam regularnie, tematy na tyle we mnie wsiąkają, że nawet pod nieobecność tej drugiej osoby zajmuję się nimi z zainteresowaniem.

Efekt jest na tyle intensywny, że nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie kończą się pożyczone zainteresowania, które tylko udaję, że lubię, a gdzie zaczynają się moje własne pasje. Możliwe, że granica ta jest nieostra i że kilka tematów, które początkowo były dla mnie nieistotne i wobec których udawałem zainteresowanie na potrzeby relacji, stało się autentycznymi fascynacjami.

Ten wzorzec zahacza o zagubienie własnej tożsamości i może prowadzić do kryzysu w jej obrębie. Spójrzmy na kilka dodatkowych przykładów, które obrazują ten proces.

Więcej przykładów

W konwersacji mam tendencję do przyjmowania tonu głosu i słownictwa rozmówców. Sposób, w jaki mówię, zmienia się w trakcie dialogu — im lepiej poznaję drugą stronę, tym bardziej się do niej upodabniam: odwzorowuję jej emocje, uczę się jej idiomów. Moja mowa staje się lustrzana.

Gdy jestem zaangażowany w zajęcia grupowe, mam silną tendencję do podążania za tym, co robią inni. Częściowo jest to przejaw ogólnego konformizmu, jednak doprowadzony do sytuacji, w której nigdy nie mam własnego zdania. Czekam, aż inni się na coś zdecydują, i dopiero wtedy podłączam się pod ich plan. Jeżeli planów jest kilka, wybieram jeden i zaczynam go ślepo popierać.

Jeżeli zdarzy mi się poczuć niezgodę z decyzją i działaniem grupy, nie wspominam o tym. Nawet jeśli widzę, że obrana droga zakończy się porażką, nie reaguję i pozwalam, by zdarzenia rozegrały się zgodnie z decyzją większości. Na koniec, razem ze wszystkimi, narzekam na niefortunny przebieg wypadków — którym mogłem zapobiec jednym dobrze dobranym zdaniem.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on zarówno elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem mojego przekształcania się na potrzeby rozmówcy.

Styl lękowy odpowiada za obawę, iż to, co mam do powiedzenia i zaoferowania, nie jest interesujące i zostanie odrzucone. Skutkuje to niechęcią do dzielenia się własnymi przemyśleniami, zainteresowaniami czy poglądami — styl unikający dodatkowo wzmacnia ten efekt.

Z lękowych aspektów wynika również moja skłonność do przytakiwania rozmówcy. Staram się w ten sposób przypodobać drugiej osobie i stworzyć u niej — oraz u siebie — wrażenie, że jesteśmy do siebie podobni. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, zmniejszając postrzegane ryzyko odrzucenia. Instynktownie czuję, że osoby do siebie podobne trzymają się razem, i daje mi to pewną dozę komfortu.

Styl unikający dokłada do tej sytuacji potrzebę bycia skrytym i niepoznanym. Im mniej o sobie mówię i im bardziej pozwalam, by konwersacja była skoncentrowana na rozmówcy, tym bardziej komfortowo się czuję. Paradoksalnie mogę być w relacji, choć wcale mnie w niej nie ma — o ile uczynię ją całkowicie skupioną na drugiej osobie.

Połączenie tych czynników nadaje mi charakter społecznego kameleona — przystosowującego się do otoczenia i niezainteresowanego posiadaniem własnych właściwości.

Ograniczenia i wyjątki

Dla pełnej siły tego efektu niezbędny jest bezpośredni kontakt z drugą osobą. Muszę widzieć, słyszeć i czuć rozmówcę, by faktycznie włączyć tryb mimikry. Być może jest to kwestia posiadania wystarczającej ilości informacji. Efekt jest taki, że moje wypowiedzi pisemne są nieporównywalnie bardziej niezależne i „moje” niż cokolwiek, co powiem w bezpośredniej rozmowie. Jeżeli chcecie wiedzieć, co naprawdę myślę, czytajcie to, co piszę — ewentualnie to, co wygłaszam w formie niezakłóconej przemowy.

Dominującym komponentem w moim sposobie przywiązywania się jest unikanie. Zdarzają się sytuacje, w których ten styl bierze górę nad aspektem lękowym i zamiast konformizmu pojawia się ucieczka. Im trudniejszy i bardziej kontrowersyjny temat, im bardziej agresywny rozmówca, tym większa szansa, że ucieknę, zamiast się dostosować. To sytuacja rzadka przy kuchennym stole, ale realistyczna w przypadku przypadkowego konfliktu na ulicy.

Jak to się objawia w relacjach

Uważnie słucham tego, co masz mi do powiedzenia, jednak sam niechętnie inicjuję tematy. Drążę to, co powiedziałeś, dopytuję, interesuję się, zgłębiam. Może to tworzyć wrażenie szczerego zainteresowania — i w istocie nim jest. W konsekwencji jednak o sobie nie mówię praktycznie wcale. Masz niewielkie szanse, by dowiedzieć się, co mnie interesuje.

Oddaję decyzję o tym, co robić, w twoje ręce. Sam niechętnie proponuję zajęcia; raczej podchwytuję sugestie i staram się je popierać oraz promować. Czasem mylnie zinterpretuję twoje intencje — co zapewne wywoła twój opór — a ja szybko się z niego wycofam. Chcę zgadzać się na to, co proponujesz, a nie wychodzić z własną inicjatywą. Oczekuję, że to ty z nią wystąpisz — ja czekam na wskazówki.

Nawet jeśli znamy się długo, istnieje spora szansa, że nie wiesz, kim jestem i co mnie interesuje. W pewnym sensie sam tego nie wiem. Na pierwszy rzut oka możemy mieć wiele wspólnego, jednak nie ma pewności, ile z tego jest fabrykacją mojej potrzeby dopasowania się do ciebie.

Zakończenie

Czasem sam siebie zaskakuję zdolnością do wtapiania się w każdą grupę i każde otoczenie. Wystarczy kilka zdań, minuta obserwacji — i już zaczynam się przekształcać oraz zmieniać.

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać „supermocą”, lecz rzeczywistość jest odmienna. Automatyzm tego zachowania sprawia, że tracę poczucie siebie, oddalam się od własnych potrzeb, pragnień i pasji.

Może to prowadzić do poszukiwania izolacji, bo właśnie w niej zachowuję autentyczność — to jednak rodzi kolejne trudności. Dla zdrowego funkcjonowania konieczne jest znalezienie równowagi między otwartością i tolerancją a społeczną mimikrą, o czym już za tydzień. A wy, drodzy czytelnicy — czy zdarza się wam przejmować właściwości partnera lub partnerki w relacji? Czy zawsze potraficie zachować siebie?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancją a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Przechodząc do meritum: uważam się za ponadprzeciętnie tolerancyjnego człowieka. Nie przywiązuję się do stereotypów. Interesuje mnie charakter moich rozmówców i to, co mają do powiedzenia. Czerpię satysfakcję z tego, że jestem w stanie z każdym znaleźć nić porozumienia — czy raczej, że zawsze jestem gotów tej nici szukać.

Przykład

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, tak aby nie wskazywać konkretnych osób, ale mam łatwość w trwaniu w relacjach nawet z osobami, które darzę antypatią.

Pozostaję w takich relacjach nawet wtedy, gdy obcowanie z tymi osobami jest dla mnie nieprzyjemne. Zazwyczaj nie garnę się do nich, ale też ich nie unikam. Jeśli pojawią się w moim otoczeniu, swobodnie — i nie dając nic po sobie poznać — mogę wskoczyć w konwersację z nimi.

Tkwi za tym przekonanie, że nikt nie jest tak nieprzyjemny, żeby nie dało się z nim odbyć rozmowy. Wierzę, że warto dawać szansę i pozostawać otwartym na drugiego człowieka oraz że nasze niechęci często są wynikiem nieporozumienia. Na tej podstawie przed nikim nie zamykam drogi do relacji, nawet jeśli ktoś sprawia, że czuję się niezręcznie i niekomfortowo.

Więcej przykładów

W każdej rodzinie w naszym kraju — a może i na świecie — konfrontują się ze sobą poglądy polityczne. To naturalna sprawa. Wiem z opowieści, że takie konfrontacje mogą prowadzić do głębokich problemów, rozłamów i dramatów. Dla mnie są one kompletnie obojętne. Po części dlatego, że nie interesuję się polityką, a po części dlatego, że nie uważam poglądów politycznych za wyznacznik jakości człowieka. Mogę rozmawiać ze zwolennikiem każdej partii i opcji. Co więcej — mogę wysłuchać zwolennika każdej partii i opcji, zarówno w rodzinie, jak i poza nią.

Nie mamy zbyt wielu okazji do kontaktu z osobami z innych sfer społecznych — chodzi mi tu o status majątkowy i edukacyjny. Nasze społeczeństwo jest bardziej rozwarstwione i podzielone, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Ja nie jestem wyjątkiem — kontakty poza moją sferą są rzadkie, ale kiedy już do nich dochodzi, nie odczuwam trudności ani dyskomfortu. Nie wiem, czy druga strona odnosi podobne wrażenie; mam nadzieję, że tak.

Podobnie jak z poglądami politycznymi, tak też z poglądami religijnymi drugiej strony nie mam kłopotu. Tutaj — jeszcze bardziej niż przy polityce — kluczowe jest to, iż religia mnie nie interesuje i uważam ją za temat marginalny. Nie mam problemu, by wysłuchać tej czy owej mistycznej opowieści ani by zamienić kilka zdań z apologetą dowolnego wyznania. Nie wdaję się w debatę — pozostaję biernym odbiorcą — ale właśnie dlatego, że temat nie jest dla mnie porywający.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem moich zdolności adaptacji do każdej osoby i środowiska.

Z faktu, że mam mieszane strategie wchodzenia w relacje, wynika potencjał do rozumienia perspektyw innych ludzi. Rezonuję zarówno z lękowcami, jak i z unikającymi, a także dobrze dogaduję się z osobami bezpiecznymi — choć to bardziej ich zasługa. Potrafię znaleźć nić porozumienia w każdym przypadku.

Elementy unikające sprawiają, że stronię od konfliktu. Przejawia się to w preferowaniu wsłuchiwania się w zdanie innych ludzi. Dzięki temu niweluję ryzyko, że ktoś się do mnie zniechęci lub poczuje złość. To strategia unikająca, która przekłada się na łatwiejsze przebywanie z osobami, z którymi się nie zgadzam, poprzez niedzielenie się własnymi poglądami. Jeśli nie znają mojego zdania, nie mają z czym polemizować.

Elementy lękowe sprawiają natomiast, że jestem ostrożny w konfrontacjach. W skrócie: w każdej relacji obawiam się, że ją zepsuję, że zniechęcę do siebie drugą stronę. Aby zminimalizować ryzyko, ograniczam krytykę, nie wchodzę w polemikę i nie daję pretekstu do zerwania znajomości — a lękowy charakter przywiązania podpowiada mi, że takiego pretekstu każdy z moich znajomych szuka.

Ograniczenia i wyjątki

Szczerze mówiąc, nie wiem, co wpisać w tej sekcji. Mam wrażenie, że od tego podejścia nie ma w moim życiu wyjątków i że nie podlega ono istotnym ograniczeniom.

Nasuwa się pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź pozostawię na kolejny artykuł, w którym będę rozważał społeczną mimikrę.

Jak to się objawia w relacjach

W tej sekcji przechodzę do ogólnych tendencji, których ślady mogliśmy już dostrzec w przykładach.

Zawsze jestem gotowy wysłuchać drugą osobę — niezależnie od tego, co się stało, jaki jest temat i jak postrzegam relację między nami. Żaden z tych czynników nie stanowi przeszkody, by spotkać się z drugim człowiekiem. Tego się trzymam. Nie zawsze jestem dostępny, ale gdy jestem — nikogo nie odpędzam.

Słuchając, nie jestem bierny: pokazuję swoje zaangażowanie. Parafrazuję, by zasygnalizować zrozumienie. O ile nie dzieje się wokół mnie coś niezwykle absorbującego, poświęcam mówcy swoją uwagę. Sprawdza się to dobrze w rozmowach twarzą w twarz; nieco gorzej, gdy rozmawiam przez telefon, ale i wtedy staram się pozostać obecny.

Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym kogoś skrytykował — a przez krytykę rozumiem tu trudną, negatywną informację zwrotną. Nawet jeśli jest ona uzasadniona w moich odczuciach, nie jestem skłonny jej wypowiedzieć. Jeśli już, ograniczam się do opisu faktów i wskazania, że pewne elementy można by poprawić. Najchętniej jednak omijam punkty trudne i przechodzę do pozytywnej, przyjemnej informacji zwrotnej.

Mogę rozmawiać z każdym. Nawet jeśli się z kimś pokłóciłem, nawet jeśli jestem w gniewie — mogę rozmawiać i nie przestaję się odzywać. Nikomu nie powiedziałem: „nie chcę więcej z tobą rozmawiać” i nikomu tego powiedzieć nie planuję. Jeśli było gorąco, mogę potrzebować godziny czy dwóch, by ochłonąć, ale nie więcej — i już mogę zasiąść do dialogu, jeśli druga strona jest na to gotowa.

Zakończenie

Moja tolerancja jest ogromna. Z jednej strony to świetnie, bo z każdym się dogadam i każdego zaakceptuję. Z drugiej strony — to niekoniecznie dobre, bo dogadywanie się ze złem nie jest najlepszym pomysłem, a lęk o trwałość relacji nie musi być dobrym doradcą.

Chcę lubić wszystkich i chcę, żeby wszyscy mnie lubili — i takie zachowanie próbuję realizować w praktyce. To, czy w tej potrzebie przypodobania się nie gubię tego, kim jestem, rozważę w kolejnym tekście.

A was, drodzy czytelnicy, zapytam na koniec: czy tolerancja ma granice? Czy wyznaczacie jej jasne ramy?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie czy więź przez cierpienie?

Zaangażowanie w relacje jest warunkiem koniecznym ich rozwoju i trwałości. Jeśli chcemy związać się z kimś bliżej, poznać głębiej, powinniśmy inwestować czas i energię w kontakt z tą osobą.

Jesteśmy zwierzętami stadnymi — relacje są dla nas niezbędne do prawidłowego funkcjonowania, niezależnie od tego, czy jesteśmy introwertykami, czy ekstrawertykami.

Strategii angażowania się w relacje jest wiele. Jedną z nich jest szczera ciekawość oraz chęć niesienia pomocy i wsparcia drugiemu człowiekowi. Drugą, choć położoną na tej samej osi, jest zanurzanie się z drugą osobą we wspólne cierpienie i narzekania.

Potrafię się zaangażować w relację — jestem stały w sympatiach i uczuciach. Lubię jednak narzekać, słuchać narzekania i łączyć się z drugim człowiekiem poprzez cierpienie.

Jak wykorzystać skłonność do współcierpienia, by stała się podstawą bliskości i empatycznego wsparcia? Jak uniknąć wzajemnego pogrążania się w niechęci i cierpieniu?

Będę starał się pokazać, że choć cierpienie może być jednym z aspektów relacji, nie powinno być jej podstawą.
Rozpocznijmy nasze rozważania od zbadania, jak te dwie strategie się łączą.

Jak to się łączy?

Wspieranie się w trudnych chwilach jest naturalnym elementem relacji — to warunek konieczny, by takie relacje były trwałe i budujące. Rozmawianie o tym, co nas boli, daje możliwość udzielenia i otrzymania pomocy.

Jeżeli jednak wykazujemy elementy lękowego stylu przywiązania, to znaczy żyjemy w obawie o trwałość relacji, możemy ten zdrowy mechanizm podkręcić do poziomu patologii. Cierpienie i ból stają się elementem spajającym relację — nie poprzez pomaganie sobie nawzajem i niesienie ulgi, lecz przez ich podtrzymywanie i pławienie się w nich jak w kleju łączącym relację.

Czasem jest to ból, który dzielimy z drugą osobą — poprzez niego wytwarzamy poczucie bliskości w cierpieniu. Czasem jest to ból, którym epatujemy wobec drugiej osoby — używamy go, by wzbudzić współczucie i instynkt opiekuńczy. W obu przypadkach osobie z lękowym stylem przywiązania nie zależy na tym, by ból uleczyć; przeciwnie — chce go podtrzymywać i poszerzać.

Lęk wypacza szczere, empatyczne zaangażowanie.

Gdzie jestem?

W swoim funkcjonowaniu dostrzegam silny komponent lękowy — widzę, że szukam wzmocnienia relacji poprzez manifestowanie cierpienia.

Obie wersje tej strategii nie są mi obce. Szukam płaszczyzn wspólnego narzekania, cierpień i bolączek, które dzielę z innymi, jak i manifestuję własne cierpienie w nadziei na wzbudzenie współczucia oraz wywołanie potrzeby opiekowania się mną.

Kwestia intensywności i akceptowalności tych mechanizmów jest bardziej złożona. W polskiej kulturze współnarzekanie jest ogólnie przyjętym sposobem budowania więzi społecznych. Rodzi to pytanie, czy w takim wypadku jest to nadal manipulacja, czy dzień jak co dzień w nadwiślańskim kraju. Otóż kulturowa normalizacja nie znosi kosztów dla jednostki. Tak jak większość, kultura może się mylić co do dobra — i w tym przypadku się myli, a ja wraz z nią.

Manipulacja poprzez wymuszanie współczucia jest już bardziej jednoznaczna. Mało kto uzna ją za akceptowalny sposób postępowania. Dla jasności: szukanie realnej pomocy to jedno, łowienie współczucia i podtrzymywanie własnego cierpienia w celu wzbudzenia sympatii innych — to drugie. Staram się tego nie robić, ale wiem, że nie zawsze mi się to udaje.

Optymalny stan

Opis idealnego stanu jest w tym przypadku prosty: powinniśmy przenieść się w stronę uczciwego zaangażowania oraz empatycznego szukania i dawania pomocy, zarzucając manipulowanie poprzez narzekanie oraz wymuszanie współczucia sztucznie podtrzymywanym cierpieniem.

Komplikacją jest to, że wyzbycie się nawyku narzekania może mieć negatywne konsekwencje dla naszych relacji społecznych. Warto być tu ostrożnym i mieć świadomość, że możemy w ten sposób stracić część sieci społecznej. Do rozważenia jest systematyczne i powolne „wygaszanie” narzekania, w nadziei, że pozwoli to naszej grupie towarzyskiej się zaadaptować.

Długofalowo jest to jednak gra warta świeczki — zarówno dla jednostek, jak i dla kultury jako całości. Ograniczenie obsesji narzekania wyjdzie nam zbiorowo na zdrowie.

Spójrzmy jeszcze jak do sprawy może podejść stoik.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Pracując nad poprawą stanu rzeczy, zwróciłbym uwagę na trzy aspekty. Pierwszy to osłabienie przekonania, że dzieje nam się krzywda lub że cierpimy. Drugi to trenowanie szczerości — realistycznego mówienia o sobie, bez rozdymania cierpienia. Trzeci to praca nad lękiem, który leży u podstaw stylu przywiązania.

Premeditatio malorum to ćwiczenie stworzone po to, by uświadamiać sobie, że to, czego się boimy — to, co uważamy za cierpienie — jest w rzeczywistości zupełnie do zniesienia. W ćwiczeniu tym wyraźnie wyobrażamy sobie czekającą nas próbę albo doskwierającą nam przypadłość. Tworzymy obraz tego, jak reagujemy na sytuację i jak sobie z nią radzimy. Wyobrażamy sobie siebie już po trudnym wydarzeniu albo moment, w którym odczuwamy ulgę w bólu. Staramy się wyobrazić sobie najgorszy możliwy przebieg wydarzeń, lecz nie zatrzymujemy się na nim — wizualizujemy także to, co będzie dalej, oraz to, co będziemy robić, gdy kurz opadnie.

W ten sposób uświadamiamy sobie, że to, czego się boimy i przed czym uciekamy, nie jest ostateczną klęską ani końcem. Daje to praktyczną perspektywę i sprawia, że gdy dopadną nas trudności, jesteśmy lepiej przygotowani, by się z nimi zmierzyć.

Ćwiczenie to nadaje się do pracy nad pierwszym i trzecim aspektem.

Na trenowanie szczerości nie ma specjalnego ćwiczenia — tutaj do głosu dochodzi praktyka. Zachowując uważność na własne słowa, możemy wychwycić momenty, w których odruchowo chcielibyśmy werbalnie podkręcić nasze cierpienie. Możemy się wtedy zatrzymać i zamiast dramatycznych sformułowań użyć realistycznego opisu. Możemy mówić, trzymając się faktów, bez dodawania interpretacji i wartościowań. To samo możemy robić w naszych myślach, chroniąc się przed nadmiernie katastroficzną wizją własnego życia.

Wreszcie ćwiczeniem, które może okazać się pomocne w pracy z lękiem, jest poznawanie i analizowanie własnych wyobrażeń. Lękamy się o stan naszych relacji z powodu jakiegoś wewnętrznego przekonania. Jakie ono jest, zależy od osobistych uwarunkowań. Istotą ćwiczenia jest dotarcie do tego przekonania — tu pomoże uważność na siebie — a następnie przeanalizowanie go w trybie dialogu sokratejskiego, czyli poprzez zadawanie pogłębiających pytań o sens założeń ukrytych w tym przekonaniu. Systematyczna praca tego typu może obniżyć poziom lęku, a w efekcie potrzebę jego uśmierzania poprzez szukanie współczucia.

Podsumowanie

Balans między empatycznym zaangażowaniem a więzią budowaną przez cierpienie jest jednym z najłatwiejszych do zdefiniowania w całej serii artykułów. Powinien on być wyraźnie wychylony w stronę zaangażowania. Cierpienie nie jest zdrowym źródłem więzi.

Wypracowanie tego balansu — zwłaszcza w otoczeniu, które lubi narzekać i zbiorowo cierpieć — nie musi być jednak trywialne.

Zachęcam was do podjęcia tej pracy po stoicku, ponieważ daje ona szansę na zmniejszenie lęku towarzyszącego naszym relacjom i, w efekcie, poprawę jakości życia.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Ofiara

Skupienie na tym, co negatywne, jest jedną z moich wad. Wiele czasu poświęcam rozmyślaniom o najgorszym możliwym przebiegu wydarzeń. To mnie paraliżuje przed podjęciem działania. Sprawia, że w rozmowie bywam przygnębiający dla interlokutora. Na najbardziej błękitnym niebie odnajdę tę jedną chmurkę, następnie głęboko się nad nią zadumam, by po chwili opowiadać o niej wszystkim, którzy akurat korzystają ze słońca.

Moje ulubione tematy związane są z trudem, cierpieniem i wojną. Fascynują mnie ludzkie słabości, przewinienia, zbrodnie. Jestem przekonany, że to one zbliżają ludzi. Łączę się z innymi, afiszując swoje cierpienie i szukając wspólnych przestrzeni bólu.

Tekst jest drugą częścią trzyczęściowego cyklu artykułów. W poprzednim odcinku rozważałem moje zaangażowanie w relacje oraz to, jak mogą trwać pomimo trudności. W tym odcinku pokażę, jak trudności stają się narzędziem budowania więzi. W kolejnym dokonam syntezy tych dwóch biegunów.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje kontekst psychologiczny, ale nie jest to moim priorytetem. Pomimo tego nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego tekstu jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

Jestem alkoholikiem. Lubię o tym mówić dużo i często. Lubię o tym mówić, bo to wzbudza współczucie. To nie jest jedyny powód — ważne jest edukowanie innych o chorobie; im więcej osób wie, tym bezpieczniej dla mnie. Zrzucenie tego z siebie jest autoterapeutyczne. Ale jest to też poważna choroba, wokół której można budować mitologię cierpienia.

Uważam, że jako trzeźwy alkoholik jestem w lepszym położeniu — w lepszym miejscu w życiu — niż osoby nieuzależnione, które piją alkohol. W relacjach z pijącymi czuję raczej współczucie niż zazdrość. Czyli alkoholizm to nie jest dobra płaszczyzna poszukiwania współczucia?

Ależ jest! Bo w łowieniu współczucia nie jest ważne to, co myślę ja, lecz to, co myśli druga strona. A w naszym społeczeństwie niepijący, lub ci, którzy nie mogą pić, wciąż są postrzegani jako osoby dotknięte brakiem. Gram na tym schemacie kulturowym i całkiem skutecznie łowię współczucie, niezależnie od moich poglądów na sprawę!

To brzmi skomplikowanie i schizoidalnie, ale uważam, że szukanie sympatii poprzez nawet wydumane choroby i braki jest konsekwencją lękowych elementów mojego stylu przywiązania.

Skąd się to bierze?

Źródeł tego nastawienia doszukuję się w lękowym stylu przywiązania. W nim zorientowani jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji — obawiamy się ich nietrwałości. Doszukiwanie się wszędzie zagrożenia jest sposobem, by ich uniknąć, a zagrożenie, które dzielimy z innym, łączy.

Wspólne źródło strachu spaja relacje. Dzięki niemu jesteśmy bliżsi sobie — choć grozi nam coś z zewnątrz, nasza relacja jest bezpieczna. A o to chodzi w lękowym stylu przywiązania.

Nawet jeśli nie ma realnego zagrożenia, z tej perspektywy warto je wymyślić. Nie ma znaczenia, czy strach oparty jest na prawdziwych przesłankach — tak długo, jak w niego wierzymy, będzie nas łączył.

Element cierpienia także może służyć utrwaleniu relacji. Afiszowanie się cierpieniem jest sposobem, by wywołać u drugiej osoby potrzebę zaopiekowania się nami. Malując siebie jako słabych, skrzywdzonych, bezradnych, wywołujemy współczucie, które ma pogłębić i utrwalić relację.

Dlatego jedną ze strategii w relacjach jest ustawianie się w pozycji cierpiętniczej. Gramy kartą nieustannego narzekania, by skłonić bliskie nam osoby do pocieszania nas i oferowania pomocy. Możemy następnie tę pomoc przyjąć lub odrzucić — to mniej istotne — samo jej zaoferowanie umacnia relację.

Ograniczenia i wyjątki

Ograniczeniem dla mojego stawiania się w pozycji cierpiącej ofiary jest niechęć do okazywania słabości. Pisałem o niej poprzednio i jest efektem unikającego stylu przywiązania. To element mojej potrzeby pozostania niewidzialnym.

Widać, jak niekompatybilne są te dwa dążenia. Z moich obserwacji wynika, że zwykle górę bierze potrzeba udawania osoby pozbawionej słabości, więc ograniczam projekcję cierpienia.

To jednak nie eliminuje prób zbliżenia się poprzez korzystanie ze słabości czy cierpienia innych! Tę ścieżkę częściej niż drogę przez własną słabość zwykłem wybierać, gdy próbuję budować relację w lękowym stylu.

Jak to się objawia w relacjach?

Spójrzmy na kilka przykładów, które dostrzegam w swoich relacjach.

W rozmowach koncentruje się na niepowodzeniach i chorobach. Najbardziej wciągają mnie dyskusje o wszelkiego rodzaju trudnościom. Jeżeli cierpisz na jakąś chorobę, znajdziesz we mnie uważnego i empatycznego słuchacza. Chętnie pomówię o sposobach leczenia, zagrożeniach. Opowiem Ci o chorobach, które mnie trapią. To są moje tematy! Jak zazwyczaj jestem człowiekiem niewielu słów, tak o dobrej katastrofie mogę mówić godzinami.

To wiąże się z zamiłowaniem do narzekania. Kocham to! Jeśli mogę z kimś pomarudzić na to samo, jestem w siódmym niebie. Pogoda pod psem? Cudownie, porozmawiajmy o tym! Wysokie podatki? Mów mi jeszcze! Wokół wspólnego utyskiwania buduję bliskość i więź.

Może się zdarzyć, że będę próbował wciągnąć Cię do rozmowy o chorobach, niepowodzeniach i klęskach. Mogę przy tym być natarczywy, zbywać Twoje próby rozmowy o czymś pozytywnym, co Ci się udało. Wszystko dlatego, że oczekuję, iż ponura rozmowa bardziej nas zbliży. Można powiedzieć, że to pokręcony znak, że Cię lubię i szukam bliższej relacji.

Zakończenie

Wspólne cierpienie łączy ludzi — to stwierdzenie jest prawdziwe nie tylko w moim przypadku. Ja łączę się z ludźmi poprzez afiszowanie cierpienia i wyszukiwanie wspólnych bolączek.

Jednak tworzenie iluzji cierpienia, by generować bliskość, czy zapominanie o radości świata w powodzi narzekania, to zbyt daleko posunięte ekstremum.

W kolejnym artykule sprawdzimy, jak możemy znaleźć równowagę między zaangażowaniem a rolą ofiary.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Zaangażowanie

Stałość jest jedną z moich zalet. Kiedy zdecyduję się zaangażować, potrafię wytrwać. Niepowodzenia i trudności mnie nie zniechęcają, przeciwnie – sprawiają, że jestem bardziej nastawiony na utrzymanie relacji. To w spokojnych i dobrych czasach mogę mieć tendencję do odpływania i znikania, ale gdy jest źle, można na mnie liczyć!

Tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego mini cyklu artykułów. W kolejnym odcinku pochylę się nad problemem stawiania siebie w roli ofiary i szukania bliskości przez cierpienie – co jest antytezą dzisiaj omawianych zjawisk. W ostatnim artykule dokonam syntezy tych dwóch.

W tym artykule przeprowadzę was przez jeden z aspektów mojego funkcjonowania w relacjach. Tekst ma charakter autoterapeutyczny i jego głównym celem jest przedstawienie moich doświadczeń. Zasygnalizuje nieco szerszy kontekst psychologiczny, ale nie jest to głównym celem. Mimo to nie wątpię, że wielu z was odnajdzie elementy własnego doświadczenia w tym, o czym będę pisał, i skorzysta z tego jako inspiracji do refleksji nad własnym bytem.

Przykład

W swojej ostatniej pracy spędziłem 12 lat. Trzy ostatnie lata nie miały sensu. Trwałem na stanowisku, mimo że nie miałem odrobiny zaangażowania w zadania, które wykonywałem, i straciłem zaufanie do firmy, dla której pracowałem. Byłem wypalony zawodowo i coraz wyraźniej obserwowałem konflikt wartości między mną a pracodawcą.

Pomimo tego byłem tam trzy lata. Dlaczego?
Dlatego, że się zaangażowałem. Była to kwestia spędzonego w firmie czasu, jak i trudności, które dzieliłem ze współpracownikami. Wszyscy musieliśmy radzić sobie z toksycznymi aspektami firmy. Musieliśmy mierzyć się z pogłębiającym się upadkiem wartości w naszym otoczeniu.

Trwałem jak żołnierz na placu boju – znosząc dyskomfort, aby zachować relacje, nie z pracodawcą, lecz z kolegami i koleżankami. Odejście byłoby przecież zdradą czy dezercją.

Ostatecznie odszedłem, bo trwanie w toksycznym środowisku bez nadziei i możliwości jego zmiany jest na dłuższą metę nonsensem. Zajęło mi to jednak ładnych parę lat…

Skąd się to bierze?

Źródeł zaangażowania doszukuję się w lękowym stylu przywiązania – gdy coś zagraża relacji, wchodzę w nią mocniej. W tym stylu nastawieni jesteśmy na minimalizowanie zagrożeń dla relacji i obawiamy się ich nietrwałości. Intensywne przywiązanie jest jedną ze strategii, jaką można przyjąć, by utrwalić kluczowe dla nas relacje.

Zaangażowanie generuje poczucie bezpieczeństwa poprzez budowanie stałości. Mamy przekonanie, że im więcej wysiłku włożymy w relację, tym będzie ona trwalsza, a dzięki temu bezpieczniejsza.

Ta obserwacja jest w zasadzie poprawna. Stałość i zaangażowanie rzeczywiście budują trwałość relacji i w większości przypadków druga strona odpowie w podobny sposób. Osiągamy swój cel.

Warto jednak zauważyć, że żadna ilość zaangażowania nie gwarantuje wzajemności. Ten fakt prowadzi do przykrych rozczarowań, które albo sprawią, że stracimy wiarę we wkładanie pracy w relację, albo – wręcz przeciwnie – że zaczniemy w nie intensywniej inwestować.

W pracowaniu nad zaangażowaniem można się doszukiwać awersji do zmiany. Jest to sposób na ustatkowanie naszych relacji, w formie dalekiej od optymalnej, tak by nie ryzykować wychodzenia ku niosącej niepewność zmianie. Ten aspekt wiąże się z lękowym stylem przywiązania.

Na koniec chciałbym zauważyć, że choć u siebie dostrzegam źródła tego postępowania w lęku, to rozumiem, że u innych ludzi motywacją do podobnych zachowań może być bezpieczny styl przywiązania, w którym zaangażowanie wynika z poczucia bezpieczeństwa wchodzenia w głębokie relacje. Co więcej, odpowiednio zaopiekowany aspekt zaangażowania może stać się ścieżką ku takiemu właśnie zdrowemu funkcjonowaniu.

W moim przypadku ze stylem lękowym współistnieje styl unikający, co prowadzi do interesujących wyjątków od powyższych reguł.

Ograniczenia i wyjątki

Jako osoba, która ma elementy unikającego stylu przywiązania, doświadczam konfliktu między tymi podejściami. W takich wypadkach, zamiast silnego zaangażowania w relacje, idę w stronę odpuszczenia i zarzucenia relacji. Ciężko jest mi jednoznacznie określić, kiedy który z tych elementów bierze górę.

Elementem, który może mieć wpływ, jest kwestia tego, czy w relacji znajduje się wspólna płaszczyzna bólu, trudu, cierpienia. Jeżeli jest ona obecna, wówczas wykazuję większe zaangażowanie w relacje i jest szansa, że w nie „wrosnę”. Kiedy takiego elementu nie ma, aspekty unikające sprawiają, że odpuszczam i się nie angażuję – wtedy powyższe rozważania nie mają zastosowania.

Jeżeli jednak już wejdę w relację, ma to kilka znaczących konsekwencji.

Jak to się objawia w relacjach?

Moje zaangażowanie w relacje jest dalece niewrażliwe na konflikt. Kłótnia, różnica zdań – wszystko to nie wpływa na moje długoterminowe zaangażowanie. Pozostaję w relacji. Po czasie konfliktu wracam, starając się przywrócić sytuację do jej poprzedniego stanu. Druga strona nie zawsze jest zainteresowana, ale jeśli jest, możemy kontynuować znajomość.

Bywa, że konflikt jest dla mnie pożywką i motywacją, by pozostawać w relacji.

Dłuższe przerwy w relacjach nie stanowią dla mnie problemu. Relację uważam za coś długoterminowego, coś, co ma trwać wiele lat. Kilka miesięcy przerwy w kontaktach w takiej perspektywie nie stanowi szczególnego kłopotu. Mogę wrócić do stanu relacji, jaki był w momencie zaniku kontaktów. Nie czuję potrzeby zgłębiania przyczyny pauzy. Mogę pozostawić sprawę bez wyjaśnienia – co może być zaletą, jak i wadą. Tu ujawniają się elementy stylu unikającego.

Nie mam kłopotu z tym, że ludzie wokół mnie mają wady. Przeciwnie – wiedza o czyichś wadach sprawia, że myślę o nich cieplej, szczególnie gdy u siebie dostrzegam podobne. Praktykuję bliskość przez niedoskonałość. Chętnie dowiaduję się o niedoskonałościach innych, nie po to, by je wykorzystać przeciwko nim, lecz po to, by ich za nie bardziej polubić.

Sam bardzo niechętnie ujawniam swoje wady; staram się je ukrywać i kreować fasadę doskonałości. Choć to próżny trud, inne cechy mojego funkcjonowania nie pozwalają mi na otwartość.

Zakończenie

Moje relacje nie są na chwilę. Jeśli w coś wchodzę, to chcę wejść w to na długi czas. Jestem gotów pracować nad relacją. Jestem gotów wybaczać.

Wady, cierpienie i trudności są dla mnie powodem do trwania w relacji, a nie do jej przerywania. To dobra cecha, ale czy można się w niej posunąć za daleko?
O tym już za tydzień.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.