Czym jest synkatathesis (akt przyzwolenia)?

Preambuła

Dzisiejszy wpis rozpoczyna cykl artykułów inspirowanych serią pytań i tematów, które uczestnicy Kolonii Stoickich otrzymali, z zadaniem wyboru jednego i przygotowania wystąpienia na jego temat. Tak się składa, że wszystkie te tematy są ciekawe i warte zastanowienia, pozwoliłem sobie, wobec tego, pożyczyć ich ideę i oprzeć na nich kilkanaście kolejnych blogowych tematów (nie wykluczając krótkich przerw). Zagadnieniem przewodnim całego cyklu jest myślenie i jego jakość.

Wstęp

Synkatathesis to grecki termin tłumaczony zwykle jako przyzwolenie lub akt przyzwolenia (także zgoda, akceptacja, uznanie za prawdę). Jest to decyzja, by zaakceptować wyobrażenie (phantasia) jako prawdziwe. Jako taka stanowi zwieńczenie cyklu poznawczego, który rozpoczyna się od aisthesis (wrażenie, doświadczenie, odczucie) – aktu wspólnego ludziom i zwierzętom, polegającego, w uproszczeniu, na zarejestrowaniu bodźca. W ludzkim umyśle, w odpowiedzi na aisthesis, tworzy się jego obraz w wyobraźni (phantasia), dopiero z tym obrazem pracuje nasz umysł. Phantasia (wyobraźnia, obraz, zjawisko, pozór) może być prawdziwe – czyli wiernie oddawać istotę aisthesis – albo fałszywe – zniekształcać wrażenie fałszywymi sądami. Ostatnim etapem tego cyklu jest synkatathesis – decyzja, czy phantasia jest prawdziwe, czy fałszywe i podjęcie działania odpowiedniego do tej decyzji. W tym schemacie aisthesis jest od nas całkowicie niezależne, nie mamy wpływu na to, co się nam przydarza. Phantasia jest od nas niezależna w momencie, gdy już się stała, ale w zasadzie możemy modyfikować to, jakich phantasia będziemy dokonywać w przyszłości, pracując nad naszymi wyobrażeniami. Synkatathesis jest od nas w pełni zależne, a przynajmniej powinno takie być. W dalszej części artykułu zastanowimy się, jak mogą powstawać luki w tej zależności.

Przyzwolenie jednokrotne

Według stoików, każda decyzja składa się z trzech etapów, o których wspomnieliśmy we wstępie. Wszystko zaczyna się od aisthesis, czyli wrażenia lub bodźca. We współczesnym języku możemy ten element zrozumieć jako sygnał wygenerowany przez jeden ze zmysłów i przekazany do mózgu. Warto tu na marginesie wspomnieć, że zmysły zbierają sygnały zarówno z naszego otoczenia, jak i z wnętrza naszego ciała. Ostatecznie mamy tu do czynienia z impulsem elektrycznym i chemicznym, który dociera z peryferii układu nerwowego do jego centrum. Impuls ten ma jakiś obiektywny kształt i niesie realną informację. Celowo piszę tu o kształcie i informacji jako realnej, zamiast pisać o rzeczywistym wydarzeniu czy obiekcie, które opisują, bo realność tych pierwszych jest, z perspektywy naszego umysłu/mózgu, pewna, ale tych drugich już nie. Zmysły mogą wysyłać fałszywe sygnały – jest to zwykle objaw choroby lub manipulacji – a mózg nie ma pozazmysłowych sposobów ich weryfikacji.

Aby wrażenie zmysłowe mogło zostać poddane dalszej, nazwijmy to, obróbce, musi zostać przekształcone z wejściowego impulsu elektrochemicznego na obraz, czyli phantasia. Słowo obraz należy tu rozumieć luźno, jako kolekcję obrazów, dźwięków, słów, nastrojów itp. Należy też przypuścić, że na jedną phantasia złoży się wiele aisthesis – mózg nie rozpatrzy każdego impulsu zmysłowego z osobna, ale już na tym etapie zsyntetyzuje je w jeden twór. W tym momencie możemy mieć do czynienia z poważnymi zniekształceniami. Po pierwsze, synteza wielu wrażeń w jedno wyobrażenie może przebiec niepoprawnie: ważne impulsy zostaną pominięte, bo będą zbyt słabe, mało istotne zostaną wyolbrzymione, niepowiązane wrażenia zostaną mylnie włączone do analizy. Przykład: ściśnięcie żołądka wywołane lekkim głodem zostaje złączone z widokiem osoby i zostaje zinterpretowane jako oznaka strachu. Po drugie, powstawanie phantasia jest efektem wyuczonych (wypracowanych) mechanizmów poznawczych. Mózg na różnych etapach naszego życia uczy się, jak interpretować konkretne sygnały i ich połączenia. Te wyuczone mechanizmy mogą zawierać błędy i zniekształcenia. Przykładowo, osoba, która wykształciła tendencję do postrzegania świata pesymistycznie, będzie skłonna interpretować widok chmury na horyzoncie jako zapowiedź nieprzyjemnego deszczu. Mechanizmy te będą przybierać przeróżne formy: nastrój, cecha charakteru, tendencyjność w myśleniu, wybiórcza ślepota itd. Większość z nich będzie czasem przydatna (wezmę parasol i nie zmoknę), a czasem niekorzystna (nie wyjdę z domu, bo może padać).

Formowanie się phantasia to ciekawy i złożony temat wykraczający jednak poza ramy dzisiejszego tekstu, bowiem naszym punktem kluczowym jest kolejny etap tego procesu, czyli synkatathesis.

Człowiek – i o ile wiemy, jest to jego unikalna właściwość – jest wyposażony w zdolność przyjęcia lub odrzucenia wyobrażenia. Oznacza to, że nim phantasia przerodzi się w działanie – coś, co byłoby bardziej charakterystyczne dla reakcji zwierzęcia – jest moment, w którym świadomie możemy ją przyjąć, odrzucić lub zmodyfikować. To właśnie synkatathesis – akceptacja wyobrażenia. Sama koncepcja jest w ogólnym zarysie prosta: do świadomości dociera phantasia, tam poddawana jest analizie. Badana jest jej logiczna spójność. Jest konfrontowana z przeszłymi doświadczeniami. Jest oceniana w kontekście wartości i potrzeb. Jeśli sytuacja tego wymaga, wyciągane są ciężkie działa: oceny etycznej i moralnej. W zależności od wyników tych testów następuje decyzja co dalej z naszym wyobrażeniem uczynić.

Ogólna idea jest prosta, ale już samo pobieżne spojrzenie na katalog potencjalnych badań, jakimi poddana może być phantasia, powinno nam uzmysłowić, że w praktyce wcale tak prosto nie jest.  To ma dwie ważne konsekwencje. Pierwsza konsekwencja to, że nasz leniwy mózg będzie starał się ten etap upraszczać, minimalizować, a nawet pomijać. Jest to całkiem logiczne, jeśli podejdziemy do sprawy z perspektywy oszczędzania energii – a jest to według niektórych koncepcji główna kompetencja naszego mózgu – uruchamianie tak intensywnego procesu przy każdej drobnostce oznacza zużycie konkretnych kalorii, a jeśli to nas nie przekonuje, to rozważmy ile czasu, naszej mocy obliczeniowej, musimy poświęcić na takie badanie. W praktyce synkatathesis dla każdej phantasii może nie być możliwa. Druga konsekwencja to, że trudno oczekiwać, by proces przyzwolenia, za każdym razem przebiegł bezbłędnie. W tak skomplikowanych układach jest zbyt wiele rzeczy, które mogą pójść nie tak, by móc spodziewać się zawsze poprawnego wyniku.

Jeśli idzie o pierwszą z konsekwencji, zaproponuję potencjalny sposób, w jaki nasze umysły radzą sobie z nią. Jeśli idzie o drugą, to wypada ją zaakceptować i jednocześnie uzmysłowić sobie, że synkatathesis to umiejętność jak każda inna pod tym względem, że aby dobrze działała, musi być trenowana i poddawana częstym refleksyjnym przeglądom i modyfikacjom. Na swój sposób praca nad tą zdolnością jest zasadniczym sensem stoickiego życia.

Przyzwolenie wielokrotne – nawyki

Każdego dnia nasz umysł przyjmuje tysiące wrażeń zmysłowych. Jeżeli każda z tych aisthesis miałaby być najpierw zamieniona na phantasia, a następnie poddana weryfikacji w synkatathesis, nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

Kiedy wiążemy buty, zapewne jest tak, że zaczynamy zazwyczaj od tego samego, albo lewego, albo prawego. O ile jakieś okoliczności nie sprawią, że taka kolejność będzie niepraktyczna, to nie musimy się nad tym zastanawiać, po prostu to robimy. Nie ma potrzeby, by poddawać nasze wyobrażenie o tym, który but należy zawiązać najpierw ocenie w synkatathesis. Czynność ta ma niewielkie znaczenie, nie ma żadnych implikacji moralnych, nie odnosi się do sfery wartości oraz jest przez nas wypraktykowana przez lata jej powtarzania. Możemy sobie więc pozwolić na zastosowanie skrótu.

Taki skrót określamy mianem nawyku. Wypracowaliśmy sobie nawyk wiązania najpierw prawego, a potem lewego buta i teraz stosujemy go automatycznie. Gdzieś na początku naszej przygody ze sznurowadłami musieliśmy jeszcze decydować, od której strony zacząć. Możliwe nawet, że mieliśmy wtedy praktyczne rozważania nad tym, jak jest nam wygodniej – mogą być chociażby dobre przesłanki do podjęcia tej decyzji związane z naszą dominującą ręką. W tamtych czasach praktykowaliśmy synkatathesis, by decydować, czy zawiązać najpierw prawy, czy lewy but.

Wypraktykowane w wielokrotnym powtarzaniu synkatathesis staje się nawykiem. Oczywiście do powstania nawyku koniecznym jest, by nasze wybory były spójne, byśmy w przeważającej większości przypadków podejmowali tę samą decyzję. Jeżeli stajemy często w jakiejś sytuacji, ale nasze wybory zmieniają się w nieprzewidywalny sposób za każdym razem, to nie dojdzie do wykształcenia się nawyku. Nawyk nie powstanie też, jeżeli sytuacja jest wyjątkowa, czyli zdarza się z niewielką częstotliwością.

Nawyki to potężne narzędzie poprawy efektywności naszego funkcjonowania. Pomyślcie, jak szybko i sprawnie idzie wam wiązanie butów. Jak niewiele zastanowienia wkładacie w tę obiektywnie dość skomplikowaną czynność. Tysiące nawyków, które wypracowaliśmy, każdego dnia optymalizują nasze działania, oszczędzając nam czas i energię.

Nawyki nie są jednak pozbawione pułapek i zagrożeń, szczególnie dlatego, że wiele z nich dotyczy spraw o wiele poważniejszych, bardziej skomplikowanych i trudniejszych w ocenie niż to, którego buta zawiązać najpierw. Wiele z naszych nawyków ma realny wpływ na nasze zdrowie, życie i działania moralne.

O kształtowaniu nawyków napisano i powiedziano wiele. W tym miejscu chciałbym zwrócić tylko waszą uwagę, że żaden nawyk nie jest wiążący. Generalnie mamy dostęp do argumentacji i procedury stojącej za nawykiem – w sensie wiemy, co i dlaczego robimy. W związku z tym mamy możliwość dokonania innego wyboru za każdym razem, gdy stajemy przed nawykowym działaniem. To niekoniecznie jest łatwe, ale na pewno jest osiągalne, a z każdą niezależną decyzją będzie łatwiej i łatwiej by nawyk przełamać.

Przyzwolenie podświadome – charakter

W ostatniej części tego artykułu chciałbym zaproponować pójście o krok dalej i rozważenie tego, co może się stać, gdy automatyczny synkatathesis przejdzie do podświadomości. Rozumiem to jako wyższy poziom nawyku, schemat, który jest jeszcze bardziej utrwalony i automatyczny.

Postuluję, że nawyk, który stał się podświadomym staje się tym, co zazwyczaj określamy mianem cechy charakteru czy usposobienia osoby. Przykładowo, ktoś kto dokonuje regularnie wyboru by spędzać czas bez towarzystwa innych osób, wytwarza w sobie nawyk samotnika. W miarę upływu czasu cały proces decyzyjny przechodzi do podświadomości. Rozumiem to jako dalszą optymalizację procesu. Nawyk jest działaniem bardzo skróconym, ale jednak świadomym. W zasadzie wiemy dlaczego robimy to co robimy i, nawet jeśli nie w momencie działania, to po fakcie jesteśmy w stanie odtworzyć nasze uzasadnienie. Przeniesienie tej maszynerii do podświadomości, choć skutkuje utratą łatwego wglądu w jej logikę, pozwala nam zaoszczędzić jeszcze więcej czasu i energii.

Kiedy nawyk staje się podświadomy, przekształca się w cechę charakteru. Tak nasz przykładowy człowiek wybierający samotność nabiera z czasem cechy samotnika. To ma swoje daleko idące konsekwencje. Po pierwsze, tracimy dostęp do powodów naszego działania, nie do końca wiemy, dlaczego robimy to, co robimy. Po drugie, przestajemy myśleć o tych sytuacjach w kontekście wyboru, a zaczynamy myśleć o nich w kontekście preferencji. Przykładowo, nie wybieram dziś samotności, ja ją preferuję. Po trzecie, odbieramy sobie sprawczość w danej sprawie, co powiązane jest z poprzednim punktem – to już nie jest mój wybór, tak po prostu jest, taki po prostu jestem. Po czwarte, zaczynamy myśleć o tych cechach jako o niezmiennych właściwościach – jak w poprzednim punkcie, taki po prostu jestem, przecież tego nie zmienię.

Podobnie jak w przypadku nawyków, posiadanie cech charakteru nie jest niczym złym, wręcz jest to niezbędne przystosowanie ewolucyjne, które pozwala nam kompresować czas potrzebny na decyzję i w efekcie skutecznie działać w skomplikowanym świecie. Nie ma też powodów, żeby uważać, że te czy inne cechy charakteru są obiektywnie lepsze lub gorsze – jest raczej kwestią indywidualnych preferencji i wartości, które z nich chcielibyśmy przyjąć.

Jest jednak potencjał do zła, który tkwi we wspomnianych wyżej konsekwencjach. Obraca się to wokół założenia, że cechy charakteru są niezmienne. To jest złe założenie. W proponowanym przeze mnie spojrzeniu, cechy charakteru są w swojej esencji wyborami, a jako takie mogą być zmieniane i podejmowane na nowo w każdej sytuacji.

To, że chcę być sam, to nie jest wyrok losu czy niezmienna konieczność. To jest wybór i nie chodzi mi o to, że chcę być sam, więc decyduję się być sam. Nie. Wyborem jest już samo „chcę”, ta chęć bycia w samotności jest wyborem, pomimo że sobie tego zazwyczaj nie uświadamiamy.  Nawet jeśli mamy skłonność do introwersji – która jest kategoryzowana jako cecha osobowości, a modyfikowanie tychże może nie być możliwe – co może sprzyjać wytworzeniu się nawyku, a następnie charakteru samotnika, to go nie gwarantuje. Można być towarzyskim introwertykiem i samotniczym ekstrawertykiem.

Powyższe rozważanie nie oznacza, że musimy zaraz rzucić się, by zmieniać swoje cechy charakteru. Jeśli, te które mamy dobrze nam służą i idą w parze z naszymi wartościami i tym czego chcemy od życia, to świetnie. Warto jednak, byśmy zadawali sobie pytania o nasz charakter. To szczególnie istotne, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż gro naszych cech wykształciło się i utrwaliła w dzieciństwie – czyli w czasach gdy nasze możliwości, trudności i aspiracje były fundamentalnie odmienne od tego z czym mamy do czynienia dziś i mogą nam już nie służyć.

Podsumowanie

Synkatathesis jest ostatnim etapem procesu przyswajania i przetwarzania rzeczywistości dokonywanego przez nasz umysł. To jego najbardziej wymagająca energetycznie i czasowo część. Jednocześnie we wszystkich sytuacjach, które wymagają głębszego zastanowienia moralnego lub namysłu nad wartościami, to najważniejszy etap. W nim zawiera się bowiem nasza ludzka zdolność do niepoddawania się instynktom i pierwszym wrażeniom. W nim jest przestrzeń na refleksje.

W praktyce synkatathesis musi być przez mózg kompresowany. Jest zbyt długie, zbyt czasochłonne, by mogło funkcjonować w ten sam, w pełni świadomy sposób wobec każdego wrażenia i każdej związanej z nim decyzji. W efekcie wyrabiamy sobie nawyki, czyli automatyczne przyzwolenia założone z góry dla podobnych do siebie sytuacji. To narzędzie optymalizacji, które cementuje pożyteczne procesy bez konieczności powtarzania za każdym razem argumentacji. Jest to także system, który może utrwalać szkodliwe zachowania i jako taki powinien podlegać okresowej kontroli i modyfikacji.

Sugeruję, że jest jeszcze jeden etap automatyzacji synkatathesis – przekształcenie nawyku w cechę charakteru. Oznacza to przeniesienie procesu decyzyjnego do podświadomości, co pozwala wykonywać go jeszcze szybciej i jeszcze mniejszym kosztem energetycznym. Korzyści z tego rozwiązania są równie oczywiste, co przy nawykach – nie przypuszczam, by mógł istnieć człowiek nie posiadający żadnej cech charakteru. Oczywiste są także idące z nim zagrożenia utrwalania szkodliwych zachować i tendencji. Tak jak przeglądamy i zmieniamy swoje nawyki, tak powinniśmy przeglądać swój charakter i pracować nad ukrytymi w nim synkatathesis. Trud ten, a nie jest to zajęcie łatwe, to fundamentalna ścieżka stoickiego życia.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Przegląd i podsumowanie ćwiczeń stoickich

Dzisiejszy artykuł poświęcony będzie wszystkiemu temu, o czym nie wspomnieliśmy przez ostatnie kilka tygodni, a co składa się na pełny arsenał stoickich ćwiczeń. Nie będziemy zagłębiać się w szczegóły, ale postaramy się naświetlić idee każdego z nich. To pomoże nam zdecydować, na które chcielibyśmy spojrzeć szczegółowo oraz które z nich dobrze pasują do naszej praktyki.

Dużą część dzisiejszego wpisu zajmą źródła dalszej lektury. Będą one odnosić się oczywiście do ćwiczeń, które omówiliśmy dzisiaj, ale znajdą się także materiały o tych ćwiczeniach, które omawialiśmy w poprzednich artykułach. Dzięki temu zestawieniu będziecie mogli poszukać nowych perspektyw i pogłębienia wiedzy o tych ćwiczeniach, które przypadły wam do gustu.

Jak się domyślacie z tego wstępu, ten artykuł jest też zamknięciem cyklu o ćwiczeniach stoickich. To nie oznacza, że temat ten nie zagości na blogu ponownie, wręcz przeciwnie: można się spodziewać, że cała seria będzie w przyszłości bazą do dalszych rozważań i dyskusji. Na razie jednak temat zamykamy i podsumowujemy.

Definicja fizyczna

„(…) należy powziąć wyobrażenie, mając przed sobą mięso czy inne potrawy, że to jest zaledwie trup ryby, tamto zaś trup ptaka czy świni; i znów, że falern jest zwykłym sokiem z kistki winogron, a ta szata barwiona purpurą to owcze włosy zanurzone we krwi małży; a co do spraw związanych z obcowaniem płciowym – pocieranie narządu i wydalenie śluzu w jakimś skurczu; jakie są wyobrażenia dosięgające samych rzeczy i przenikające w nie, dzięki czemu widzimy, jaka to rzecz jest – tak też należy czynić przez całe życie”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

Definicja fizyczna to bardzo proste ćwiczenie w wykonaniu: kiedy napotykasz coś, co budzi Twoje emocje, szczególnie jeśli budzi Twoje pożądanie, przeanalizuj ten obiekt pod kątem jego fizycznej budowy. Człowiek, nawet najpiękniejszy, to przecież zlepek tłuszczu i mięsa, nawinięty na kości i chrząstki i obciągnięty skórą. Kojarzysz szkice anatomiczne z lekcji biologii albo z gabinetu lekarskiego? Takie, które pokazują układ mięśniowy człowieka, jakby obdarty ze skóry? Twój obiekt pożądania z grubsza tak właśnie wygląda. A pod tym jest jeszcze trochę kości i ścięgien.

Po co praktykujemy to ćwiczenie? Aby zdystansować się do nęcących nas rzeczy niezależnych. Celem jest osłabienie porywów pożądliwości, byśmy mogli podejmować bardziej racjonalne wybory w sytuacjach, gdy coś nas kusi. Można też tę technikę stosować do rzeczy niezależnych, które budzą w nas strach. Jeśli obawiamy się jakiegoś człowieka, to uświadomienie sobie, że on też jest zbudowany z tłuszczu, mięsa i kości, i że on też spożywa pokarmy, wydala je i puszcza wiatry, może pomóc nam obniżyć lęk.

Dwa uchwyty

„Każda rzecz ma dwa uchwytu: jeden, za który można ją unieść i drugi, za który unieść jej nie sposób. Jeśli twój brat zachowuje się wobec ciebie krzywdząco, nie sięgaj po uchwyt związany z tym niesprawiedliwym postępowaniem, ponieważ tego uchwytu nie da się unieść; złap zamiast tego drugi uchwyt – to, że jest twoim bratem, że wychował się razem z tobą – a zapanujesz nas sytuacją, robiąc użytek z tego uchwytu, który można unieść”
Epiktet, „Enecheiridion”

Do każdej sprawy, która budzi w nas trudne emocje, możemy podejść co najmniej z dwóch perspektyw: możemy koncentrować się na tym, co jest w tej sytuacji złe i trudne lub na tym, co w niej jest dobrego. Jeżeli wybierzemy pierwszą z dróg, doświadczymy nakręcania się naszych emocji. Jeśli był w nas gniew, to będzie się on wzmagał. Jeśli strach, to będzie gęstniał. Z czasem uczynią one całą sytuację niemożliwą do zniesienia, będzie musiało dojść do wybuchu. Jeżeli skoncentrujemy się na tym, co w tej sytuacji dobre, trudne emocje będą gasły, a my znajdziemy siłę, by ten stan rzeczy udźwignąć.

Ćwiczenie to ma szczególnie istotną rolę w pielęgnowaniu naszych relacji z innymi ludźmi. Dzięki niemu zmniejszamy szansę, by sytuacje potencjalnie konfliktowe rozbijały nasze związki. Zachęca nas do skupienia się na tym, co dobre i budujące. Nawet jeśli istnieje realny konflikt wymagający rozwiązania, dzięki właściwemu wyborowi uchwytu możemy go rozwiązać w produktywny i cywilizowany sposób.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „O dwóch uchwytach”

Dobrowolny dyskomfort

„(…) postanowiłem doradzić i tobie, byś oznaczył dla siebie kilka dni, w których – zadowalając się bardzo niewielką ilością jak najprostszego pożywienia tudzież grubą i szorstką odzieżą – zadawałbyś sobie pytanie: Czyżby to było to, czegośmy się tak obawiali?”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XVIII

Jeśli słyszeliście kiedyś o osobach praktykujących zimne prysznice czy zanurzanie się w lodowatej wodzie, to słyszeliście o ćwiczeniu się w dobrowolnym dyskomforcie. Nazwa mówi tu wszystko. Ćwiczenie polega na zdecydowaniu, by postawić samych siebie w sytuacji, gdy odczuwamy jakąś nieprzyjemność. Czy jest to zimna woda pod prysznicem, czy dzień głodówki, czy noc przespana na twardej podłodze, nie ma znaczenia – ważne jest, by było niewygodnie i by był to nasz wybór.

Cele tego ćwiczenia są wielorakie. Z jednej strony to sposób na zahartowanie się na przeciwności losu, czyli przygotowanie swego ducha na moment, gdy zaznamy dyskomfortu niedobrowolnego. Abyśmy mogli go lepiej znieść, ćwiczymy się zawczasu. Z drugiej strony to sposób na nabranie perspektywy i zrozumienie, że to, czego zwykliśmy unikać, nie jest wcale takie straszne, czyli redukujemy nasz lęk. Wreszcie jest to sposób na upraszczanie naszego życia. Daje nam zrozumienie, że możemy swobodnie i dobrze funkcjonować, bez pewnych elementów, które uznawaliśmy dotychczas za niezbędne. W efekcie pozbywamy się ich z naszego życia.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Prosty stoik wakacyjny: idea wyrzeczeń”

Słuchanie, mówienie i czytanie

To nie pomyłka – wszystkie te trzy aktywności to realne ćwiczenia stoickie. Każde z nich jest osobną praktyką, ale zgrupowałem je razem, bo idea, która im przyświeca, jest podobna. Polegają one na uważnym i skupionym słuchaniu, mówieniu czy pisaniu. Jeśli słuchasz, skoncentruj się na tym, co słyszysz, a nie na ripoście, która przyszła ci na myśl. Staraj się zrozumieć drugiego człowieka. Jeśli mówisz, bądź oszczędny w słowach, staraj się być precyzyjny, dostosowuj komunikat do odbiorcy – pamiętaj, że to nie ty jesteś celem swojej przemowy, tylko drugi człowiek. Kiedy czytasz, wybieraj mądrą lekturę, koncentruj się na treści, notuj najważniejsze myśli, wracaj i czytaj ponownie. Nie idzie o ilość przeczytanych książek, tylko o jakość lektury.

Celem dyscypliny w słuchaniu i mówieniu jest polepszenie naszych relacji z innymi ludźmi. Te dwie czynności są podstawą budowania więzi przez człowieka. Korzystajmy z nich mądrze i sumiennie, a skorzysta na tym nasz kontakt z innymi ludźmi. Pamiętajmy przy tym o złotej zasadzie: słuchajmy co najmniej dwa razy więcej niż mówimy. Cel uważnego czytania jest bardziej indywidualny – chodzi tu o doznanie możliwie pełnego doświadczenia kontaktu z lekturą. Celem czytania nie jest odhaczenie jak największej liczby tytułów, tylko uzyskanie jak najgłębszej refleksji. To inny rodzaj czytania niż czytanie rozrywkowe. Możemy znaleźć czas na oba, pamiętając, że to dość odmienne aktywności.

Więcej: Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Po prostu pisz”

Dyscyplina przyzwolenia

„Źródłem ludzkich zmartwień nie są zdarzenia, lecz opinie na ich temat; śmierć nie jest na przykład niczym strasznym; gdyby bowiem zasługiwała na takie miano, byłaby tak postrzegana przez Sokratesa. Przerażenie wynika z opinii na temat śmierci – poglądu, zgodnie z którym jest ona czymś strasznym.”
Epiktet, „Encheiridion”

Dyscyplina przyzwolenia jest blisko związana z ćwiczeniem dwóch poziomów sądu. Można nawet powiedzieć, że jest jego wersją wykonywaną „na bieżąco”. Zdarzenia, których doświadczamy, wywołują w nas wrażenia automatyczne. Pojawienie się tych wrażeń jest od nas niezależne. To, czy zadziałamy w zgodzie z nimi, jest od nas zależne. To jest moment przyzwolenia. Kiedy przychodzi do nas wrażenie, decydujmy, czy chcemy na nie przyzwolić, czy też nie.

Celem tej dyscypliny jest poprawienie jakości naszych bieżących działań i decyzji. Poprzez niedopuszczanie błędnych lub nadmiernych wrażeń uzyskujemy przestrzeń na świadomą ocenę sytuacji, która prowadzi do lepszej jakości decyzji. Wbijamy klin między impuls a działanie i robimy to na bieżąco, w miarę jak sytuacja się rozwija.

Dyscyplina miłości

Czy miłość jest ćwiczeniem stoickim? A do tego dyscypliną? Przecież miłość to poryw serca, romantyczna, ulotna idea, najsłodsza emocja. Cóż to za herezje? To nie herezje, to rzeczywistość. Miłość nie jest emocją, czyli chwilowym porywem mobilizującym nas do jednorazowego działania – choć często bywa mylona z pożądaniem, które już można określić mianem emocji. Miłość jest uczuciem, czyli trwałym stanem naszego umysłu, który w szczególny sposób wyróżnia jedną lub wiele relacji, w których jesteśmy. Miłość to efekt wieloletniej pracy i choć nie jest tożsama z przywiązaniem, to jest ono dla niej istotne. Miłość trzeba i warto trenować. Jak? O tym wkrótce w artykule na blogu.

Celem praktykowania miłości jest… sama miłość. To tak jak w przypadku uważności – celem jej praktykowania jest sama uważność, bycie uważnym. Celem praktykowania miłości jest miłowanie, bycie miłośnikiem. Oczywiście to też będzie miało dalsze konsekwencje – chociażby to, że będziemy częściej i więcej miłowani przez innych – ale są one tylko miłym dodatkiem, skutkiem ubocznym, a nie właściwym celem.

Jawność

„I choć daleko wznioślej jest żyć w ten sposób, jak gdyby się znajdowało pod okiem jakiegoś szlachetnego i zawsze obecnego męża, ja jednak poprzestałbym nawet na tym, byś – cokolwiek czynisz – czynił tak, jakby przyglądał się temu ktoś pierwszy lepszy: to samotność skłania nas do wszystkiego złego.”
Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”, List XXV

Co by było, gdyby wszyscy mogli widzieć to, co właśnie robisz? Czy poczułbyś wstyd? Jeśli tak, to dlaczego? Dlaczego miałbyś się wstydzić bardziej wzroku innych niż swojego? Te pytania leżą u podstaw dyscypliny jawności, którą czasem określa się też mianem „życia na widoku”. Nie chodzi w niej jednak o to, by faktycznie na ten widok się wystawiać, ale o to, by nie czynić niczego, co sprawiłoby, że poczulibyśmy wstyd, gdyby na widoku się znalazło. Zwróćcie uwagę, że nie jest to kwestia aprobaty otoczenia! Nie pytamy, czy to się innym ludziom spodoba. Pytamy, czy my poczulibyśmy wstyd, gdyby inni to zobaczyli.

Celem ćwiczenia jawności jest rozpoznanie tych naszych czynów, których sami nie akceptujemy, czyli de facto rozpoznanie naszych słabości i wad charakteru. W tym sensie jest to ćwiczenie, w którym zdobywamy informacje do późniejszego wykorzystania w pracy z przekonaniami. Drugorzędnym celem jest po prostu powstrzymanie się przed uczynieniem czegoś, czego później mielibyśmy się wstydzić.

Redukcja krzywd

„Pamiętaj, że znieważ cię nie ten, kto cię lży lub wymierza ci cios, lecz twoja opinia, zgodnie z którą te działania stanowią zniewagę. Gdy więc ktoś cię rozsierdzi, wiedz, że w istocie rozzłościła cię twój własna opinia”
Epiktet, „Encheiridion”

Redukcja krzywd to właściwie wariacja na temat dwóch poziomów sądu wykonanych po fakcie. W artykule poświęconym temu ćwiczeniu zahaczyliśmy o ten koncept. Nie będę go więc tutaj zgłębiał nadmiernie. Praktyka redukcji krzywd polega na analizie wydarzenia, które wzbudziło w nas silną emocję. Chcemy dotrzeć do podstawowych faktów, naszych przekonań, które zostały aktywowane i przewartościować wstępną reakcję w sposób silniej zgodny z rzeczywistością.

Celem ćwiczenia redukcji krzywd jest uspokojenie silnych emocji, które uzyskały szczególną trwałość i które trzymają się nas czy nas prześladują. Dzięki zrozumieniu ich źródła i przeanalizowaniu sytuacji, która to analiza zwykle prowadzi nas do wniosku, iż nie jest tak źle, jak emocja sugeruje, obniżamy poziom umysłowego wzburzenia, którego doświadczyliśmy. Dzięki temu przerywamy proces zadawania samemu sobie cierpienia i krzywdzenia samych siebie.

Exetazein

„Nie niepokój się o przyszłość. Przyjdziesz do niej, jeśli trzeba będzie, z takim samym umysłem, który teraz prowadzi cię przez sprawy teraźniejsze, po odpowiednim zbadaniu ich (exetazein).”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

„Czemu miałbym obawiać się jakiegoś błędu, skoro mogę powiedzieć: ‚Pamiętaj, abyś tego więcej nie robił, teraz ci wybaczam’?”
Seneka, „O gniewie”

„Poddaj próbie każde wyobrażenie!”
Epiktet, „Diatryby”

Ćwiczenie nad ćwiczeniami, które w pewnym sensie ćwiczeniem wcale nie jest. Exetazein to w moim rozumieniu stan charakteru, którego nieodłączną częścią stały się wszystkie lub niektóre z pozostałych ćwiczeń. Oznacza to, że osiągnięcie exetazein to uczynienie stoickiej dyscypliny automatyzmem naszego postępowania. W tym sensie ukuję wyrażenie „osiągnąć exetazein w ćwiczeniu X”. Przykładowo, jeśli powiem, że osiągnąłem exetazein w ćwiczeniu wizualizacji mistrza, to znaczy, że nie muszę specjalnie tworzyć okoliczności i aktywować wyobraźni, by odwołać się do ideału mędrca, zawsze i w każdym momencie mam go dostępnego. Kiedy tylko jest mi potrzebny, nie muszę nawet o tym myśleć, pojawia mi się w umyśle i dokonywane jest porównanie z nim.

Celem exetazein jest dobre życie. Dość trywialne stwierdzenie, ale w pewnym sensie to jest cel całej praktyki stoickiej. Można powiedzieć, że człowiek, który osiągnął exetazein w każdym z ćwiczeń to nasz nieosiągalny mistrz! Każdy krok w tym kierunku to natomiast wielka zdobycz dla jakości naszego życia i potężna siła, która staje się naszą wbudowaną właściwością, zamiast zewnętrznym narzędziem, po które sięgamy w potrzebie.

Dalsza lektura lub słuchowisko

Do wszystkich: https://zestoickimspokojem.pl/

Hierarchia wartości

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym różnią się cele od wartości”

Przegląd siebie

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Czym jest i jak skutecznie praktykować przegląd siebie?”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Przegląd siebie – analiza pogłębiona”

Dwa poziomy sądu

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Chryzyp i dwa poziomy sądu”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jeszcze o dwóch poziomach sądu”

Perspektywa kosmiczna

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Pamiętaj o perspektywie kosmicznej”

Premeditatio Malorum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 1”

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Premeditatio malorum: analiza pogłębiona. Cz. 2”

Melete Thanatou

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Jak praktykować stoicką technikę melete thanatou?”

Premeditatio Bonum

Tomasz Mazur, Ze stoickim spokojem, „Nowe ćwiczenie: premeditatio bonum”

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w korekcie tekstu.

Premeditatio bonum

Premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) nie jest klasycznym ćwiczeniem stoickim. Próżno szukać wzmianki o nim w dziełach Epikteta, Seneki czy Marka Aureliusza. Pomimo tego, jak zapewne zauważyliście, to właśnie ono użyczyło nazwy blogowi, który właśnie czytacie.

Nietrudno zgadnąć, że premeditatio bonum jest blisko związane z premeditatio malorum, które zapewne jest Wam już dobrze znane. Jeżeli dodamy tutaj, że bonum tłumaczy się z łaciny jako „dobro”, podczas gdy malorum jako „zło”, to można domniemywać, że będziemy mieli do czynienia z przeciwieństwem klasycznego ćwiczenia.

W jednym zdaniu: premeditatio bonum jest ćwiczeniem analogicznym do premeditatio malorum, w którym jednak wyobrażamy sobie pozytywny przebieg czekających nas wyzwań. W jakimś sensie na tym moglibyśmy poprzestać. Uważni czytelnicy bloga zauważą, że całe akapity w tekście poniżej są łudząco podobne do tych z opisu ćwiczenia wzorcowego. Jednak diabeł tkwi w szczegółach i właśnie na te ważne detale chcę zwrócić Waszą uwagę.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza Twoją kontrolę, mogące jednocześnie wpłynąć znacząco na rozwój tej sytuacji. Wyobraź sobie jej scenerię. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce rozpoczęcia „akcji” – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą w niej uczestniczyć. Bądź dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla Twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

Rozpocznij odgrywanie sceny. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie korzystny dla Ciebie sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się udać – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najlepszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Ale nie zatrzymuj ćwiczenia w tym momencie. Wyobraź sobie kilka innych możliwych scenariuszy, takich, które nie są idealne, ale nadal pomyślne. Nie wchodź w szczegóły tych wersji wydarzeń, przejrzyj je tylko powierzchownie.

UWAGA: Ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między premeditatio bonum a „pozytywną wizualizacją”. Nie interesuje nas zaklinanie rzeczywistości, tylko zmuszenie naszego umysłu do oszacowania prawdopodobieństwa pomyślnego przebiegu spraw. Nasza medytacja nie ma magicznie zmienić czegoś w sferze rzeczy niezależnych, lecz ma nam uświadomić, że powodzenie jest równie (albo i niekiedy bardziej) prawdopodobne co porażka.

Zastanów się, co zrobisz po tym zdarzeniu, gdy już zakończy się dla Ciebie powodzeniem. Jak to wpłynie na Twoje życie? Gdzie się udasz? Co poczujesz? Nie musisz być tu tak dokładny jak w przypadku premeditatio malorum, ale warto ten krok wykonać w celu uświadomienia sobie, że życie będzie toczyć się dalej swoim trybem, nawet po najświetniejszym sukcesie; tak samo zresztą, jak toczyłoby się po porażce.

UWAGA: Pozwól, by emocje opadły. Choć tym razem poczujesz raczej radość niż smutek, wciąż jednak nie chcesz wychodzić z medytacji nabuzowany emocjonalnie.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa powodzenia i emocje się uspokoiły, możesz zakończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy Twoje spojrzenie na czekającą Cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź, jakie emocje lub wyobrażenia są za to odpowiedzialne. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Cel praktyki

Nadrzędny cel praktyki premeditatio bonum zawiera się w kroku, w którym wyobrażamy sobie mnogość różnych scenariuszy przyszłego zdarzenia. Chodzi o to, by spojrzeć na czekające nas wyzwanie realnie, podobnie zresztą jak przy premeditatio malorum, starając się sprawić, by nadmiar lęku lub optymizmu nie przesłonił nam wizji najbardziej prawdopodobnego obrotu sprawy. A jest nim to, że czynniki zewnętrze zapewne ułożą się przeciętnie, ani szczególnie źle, ani szczególnie dobrze. Jest też prawdopodobne, że z sytuacji wyjdziemy obronną ręką, tak jak wychodziliśmy już z wielu podobnych w przeszłości.

Aby ująć to nieco zwięźlej: naszym celem jest osiągnięcie stanu racjonalnego optymizmu w konfrontacji z czekającymi nas wyzwaniami. Cel ten jest wspólny dla obu wersji ćwiczenia, różni się natomiast sposób, za pomocą którego do tego celu zmierzamy. Dodatkowa istotna różnica między nimi tkwi w tym, że premeditatio bonum nie konfrontuje nas z trudnymi emocjami, co z jednej strony nie daje nam szansy, by się na nie uodpornić, z drugiej jednak – czyni ćwiczenie łatwiejszym do wykonania.

Kiedy i jak praktykować premedtiatio bonum

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio bonum (przedmysł pomyślności) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak, by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio bonum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam np. grozić spóźnienie do pracy.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanym „sukcesie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może być zbadanie, która z naszych wartości może na danej sytuacji szczególnie skorzystać.

Powyższe uwagi są explicite wzięte z praktyki premeditatio malorum. Teraz zaproponuję kilka innych, związanych już bezpośrednio z dzisiejszym ćwiczeniem.

Premedtiatio bonum jest szczególnie polecane osobom, które mają kłopoty z nadmiernym lękiem. Jeżeli perspektywa konfrontacji z trudnymi sytuacjami budzi w Was szczególnie silny niepokój, może się okazać, że premeditatio malorum zaszkodzi Wam zamiast pomóc. Dlatego podaję dziś bezpieczną alternatywę, w której nie musicie się aż tak radykalnie konfrontować ze swoimi starchami.

Jeżeli macie tendencje do czarnowidztwa, z natury swej i tak już rozważacie głównie negatywne scenariusze i te rozważania kładą się cieniem na Waszym nastroju, a w efekcie i na waszych działaniach – premeditatio bonum jest ćwiczeniem właśnie dla Was. Jego esencją jest urealnienie wyzwań poprzez przeniesienie ich ze sfery lęku przed niepowodzeniem do sfery oczekiwania umiarkowanego powodzenia. Dobrze wykonane stanowi kontrę dla katastrofizacji.

Podsumowanie

Premeditatio bonum jest odpowiedzią na wyzwanie dzisiejszych czasów, jakim jest wysoki poziom lęku u ludzi w społeczeństwach rozwiniętych. Nie siląc się tu na diagnozę tego stanu, odnotowujemy go jedynie jako fakt – zaburzenia lękowe czy trudności z opanowaniem emocji są zjawiskami powszechnymi w naszym kręgu kulturowym. Sprawia to, że niektóre ze starożytnych ćwiczeń stoickich trafiają współcześnie na niezbyt podatny grunt.

Pomimo tego można, wyłapując ich fundamentalne założenia i posiłkując się dozą kreatywności, zbudować nowe wersje, które lepiej sprawdzą się u współczesnych, zachowując przy tym siłę oddziaływania pierwowzoru. Niech przykład premeditatio bonum będzie dla nas zachętą do własnych eksperymentów ze stoickimi technikami. Stoicyzm jest filozofią żywą, uprawianą czynnie przez tysiące, a może miliony, ludzi na całym świecie. Warto byśmy korzystali z naszego intelektualnego i kreatywnego potencjału do rozwijania i wzbogacania naszej praktyki.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy w dwudziestym pierwszym wieku doczekali się nowych stoickich myślicieli na miarę Seneki czy Epikteta; dlaczego by nie tworzyć dzisiaj nowych treści w obrębie w tej filozoficznej szkoły? Więcej nawet, jeśli ma ona pozostać żywą, skuteczną i adekwatną, musi się zmieniać. Musi przejść ewolucję pod wpływem nowych odkryć naukowych i lepszego zrozumienia kondycji człowieka, jakiego nabraliśmy przez wieki. Na nas spoczywa wykonanie tej pracy.

Na koniec chciałbym skierować Was do źródła, z którego zaczerpnąłem idee premeditatio bonum, czyli do podcastu „Ze stoickim spokojem”. Poniżej link do odcinka, w którym autor podcastu, Tomasz Mazur, opowiada o tym właśnie nowym ćwiczeniu zaproponowanym przez jednego ze słuchaczy:

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Melete thanatou

Jak często myślicie o swojej śmierci?

Wielu ludzi obruszy się na sam widok tego pytania. Powiedzą coś o przyciąganiu nieszczęścia, czarnowidztwie czy psuciu humoru. To naturalna reakcja. Strach przed śmiercią jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Nic dziwnego, że nie chcemy myśleć o źródle tych lęków. To podejście, tak naturalne i zrozumiałe, jest jednak według stoików (i nie tylko według nich) z gruntu błędne.

Unikanie źródła lęku sprawia bowiem, że lęk ów się wzmaga. To paradoks znany i potwierdzany też w terapii poznawczo-behawioralnej. Za każdym razem, gdy pod wpływem strachu decydujemy, by czegoś nie robić lub o czymś nie myśleć, zwiększamy strach, jaki odczujemy w przyszłości w podobnych sytuacjach. Choć jest to zależność zaskakująca, dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje ucieczkę jako sukces w kontekście naszego przetrwania. Najlepiej pokażmy to na przykładzie.

Powiedzmy, że mam lęk wysokości i znalazłem się kilka kroków od krawędzi klifu. Jeśli pod wpływem emocji odwrócę się i oddalę od przepaści, mój mózg odnotuje to tak: byliśmy się w stanie zagrożenia życia, poczuliśmy lęk, uciekliśmy przed niebezpieczeństwem. A zatem nadal żyjemy – dzięki naszej ucieczce i lękowi! W przyszłości będziemy więc bać się jeszcze bardziej, bo to nas najwidoczniej chroni. W tym pozornym szaleństwie jest dobrze uzasadniona ewolucyjnie metoda.

Jednak tak naprawdę to właśnie działanie przeciwne, czyli konfrontowanie się ze źródłem lęku, jest sposobem na jego zredukowanie. Ćwiczenie melete thanatou, czyli rozmyślania nad śmiercią, to narzędzie zalecane przez starożytnych do pracy nad strachem przed kresem naszego istnienia. Esencją ćwiczenia jest zastąpienie ucieczki przed niepokojącymi myślami przez świadome i rozważne zagłębienie się w ich treść. Zamiast odwracania głowy od rzeczywistości, technika ta zaleca skonfrontowanie się z naszą śmiertelną naturą – nieintuicyjnym, ale niechybnym efektem będzie redukcja lęku.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Wyobraź sobie siebie w podeszłym wieku leżącego na szpitalnym łóżku w otoczeniu rodziny i przyjaciół, także już postarzałych. Leżysz z zamkniętymi oczami, oddychasz ciężko i bardzo płytko.

Przenieś się w wyobraźni do Twego umierającego ciała. Masz zamknięte oczy, nie widzisz ludzi wokół, ale czujesz ich obecność, ktoś trzyma Cię za rękę. Oddychasz z trudem, ale nie czujesz bólu ani strachu. Wyobraź sobie, że Twój umysł wchodzi w taki stan jak przed zaśnięciem. Świadomość odpływa i wraca, odpływa i wraca, aż wreszcie znika.

Od tego momentu zaproponuję kilka wariantów dalszego etapu ćwiczenia.

Wariant pierwszy (według mnie najtrudniejszy) to próba wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Postaraj się uchwycić, jak by to było, gdybyś całkowicie nie istniał. Możesz się wspomóc podobieństwem snu i śmierci, czyli skoncentrować się na myśli, że zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Określam ten wariant jako najtrudniejszy, bo nie jest łatwo poczuć stan, którego nigdy nie doświadczyliśmy – przecież jedyne, co znamy to stan istnienia; nie mamy pojęcia, co znaczy nie istnieć. Po drugie, we mnie przynajmniej, wizja ta wywołuje ogromny niepokój i chęć ucieczki – co zresztą sprawia, że przewrotnie właśnie ten wariant zwykłem praktykować.

Wariant drugi (klasyczny) to wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Jeśli chcesz, możesz użyć sceny przy łożu śmierci, z rodziną zgromadzoną wokół. Wyobraź sobie Twoje martwe już teraz ciało, leżące na katafalku, otoczone kręgiem bliskich. Zastanów się, jakie słowa by padły, gdyby wygłaszano mowę pogrzebową. Jeżeli czujesz się na siłach, wyobraź sobie całość Twojego epitafium. Możesz skoncentrować się na dwóch wersjach: pierwsza to stan aktualny – co spodziewałbyś się usłyszeć, gdyby pogrzeb odbył się dziś? W drugiej wersji skup się na wyobrażeniu tego, co chętnie byś w takiej mowie o sobie usłyszał – co miałoby być treścią tej mowy? Jak chciałbyś być wspominany, gdyby zależało to od Ciebie?

Trzeci wariant (bliski perspektywie kosmicznej) to wyobrażenie sobie świata bez Ciebie. Jak toczyłyby się sprawy, gdybyś umarł? Co by się stało z Twoim dobytkiem? Jak potoczyłyby się losy Twoich bliskich? Wyobraź sobie ciąg dalszy istnienia świata po Twojej śmierci. Jeśli ułatwi Ci to wizualizację, możesz umieścić się w roli ducha obserwującego rzeczywistość po wyjściu z ciała. Nie traktuj jednak tej metafory zbyt dosłownie – to tylko narzędzie, które ma pomóc w wizualizacji, a nie sugestia konkretnego życia po śmierci.

Nie ma przeszkód, by wykorzystywać w ćwiczeniu więcej niż jeden z podanych wyżej wariantów. Przykładowo możesz spędzić chwilę wyobrażając sobie niebyt, by następnie przejść do projekcji Twego epitafium. Warto też stosować te warianty zamiennie w kolejnych sesjach melete thanatou.

Kończąc ćwiczenie powróć do tu i teraz. Możesz dać sobie chwilę, by poczuć na nowo swoje ciało, by ponownie poczuć, że żyjesz. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Zauważ, jak unosi się i opada klatka piersiowa. Posłuchaj bicia swojego serca. Uspokój myśli, rozluźnij się i otwórz oczy.

Rady techniczne i koncepcyjne

Ćwiczenie melete thanatou ma na celu redukcję lęku przed śmiercią i, w konsekwencji, lęku w ogóle. Jeżeli w Waszym przypadku prowadzi do przeciwnego skutku, czyli wzmożonego strachu, zatrzymajcie się i nie kontynuujcie tej praktyki bez konsultacji ze specjalistą. Podobnie jak w przypadku premeditatio malorum, warto zachować rozsądek i nie brnąć w coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak zaznaczę, że strach odczuwany w czasie ćwiczenia, nie jest powodem, by rezygnować, jest to bowiem część procesu. Jeżeli ów dręczący niepokój rozlewa się na nasze funkcjonowanie po ćwiczeniu, należy mu się przyjrzeć i zastanowić nad zmodyfikowaniem dalszej praktyki z użyciem tej metody.

Przedstawione powyżej warianty nie są jedynymi możliwymi, zachęcam więc do eksperymentowania i szukania ścieżek, które będą dla Was najkorzystniejsze. Ta uwaga dotyczy nie tylko środkowej części ćwiczenia, ale także jego otwarcia. Jeśli macie inną koncepcję rozpoczęcia ćwiczenia, śmiało ją wypróbujcie.

W części środkowej sugeruję sprawdzenie wszystkich wersji. Jednego dnia pierwszą, kolejnego drugą i następnego trzecią. Chodzi o to, by nie zakładać z samego opisu, że któraś z nich będzie najodpowiedniejsza. Kiedy przyjdzie do decyzji, zróbcie coś nieintuicyjnego: wybierzcie do użytku tę wersję, która wywołała najsilniejszy dyskomfort. Brzmi dziwnie, ale to właśnie z dyskomfortem pracujemy – im więcej go sobie wyobrazimy i poczujemy, w bezpiecznych warunkach ćwiczeniowych, tym lepiej.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy dyskomfort staje się tak silny, że nie jesteście w stanie doprowadzić ćwiczenia do końca i odczuwacie trudności w zmotywowaniu się do kontynuowania. W takim wypadku sięgnijcie po wersję lżejszą, taką, która umożliwi Wam optymalne przeprowadzenie ćwiczenia.

Kiedy ćwiczyć?

Dobrym momentem na praktykowanie melete thanatou jest wieczorny przegląd siebie. Natura ćwiczenia pasuje zgrabnie do podsumowania i zamknięcia dnia. Jedyny szkopuł to czas: melete thanatou jest czasochłonne i może sprawić, że wieczorna medytacja rozrośnie się nadmiernie, co utrudni jej praktykowanie. Jeśli znajdziecie się w takim położeniu, spróbujcie raczej znaleźć czas na osobną sesję w ciągu dnia .

Melete thantou, w przeciwieństwie do premeditatio malorum, jest ćwiczeniem, które praktykujemy regularnie, a nie doraźnie. Jeśli to możliwe, codzienna praktyka będzie optymalna. Jednak jeśli to nadmierne wymaganie czasowe, praktykowanie co kilka dni czy nawet raz w tygodniu także przyniesie efekt.

Szczegółowo przeprowadzona sesja może zająć 15-20 minut, choć standardowo spodziewałbym się, że zamkniecie się w 10 minutach. Jeżeli zauważycie, że czas ćwiczenia spada do mniej niż 5 minut, może to oznaczać, że „gonicie” przez nie, potencjalnie ze względu na lęk i dyskomfort, które mu towarzyszą. W takiej sytuacji postarajcie się jednak nieco-zwolnić tempo, co na pewno wpłynie korzystnie na efekty.

Mądrym pomysłem jest połączenie melete thanatou z jedną z praktyk afirmacyjnych, na przykład z ćwiczeniem wdzięczności, polegającym na  wymienianiu trzech rzeczy, za które jesteśmy w danym dniu wdzięczni. Zastosowana bezpośrednio po kontemplacji śmierci, praktyka wyrażania wdzięczności może pomóc sprawniej wrócić do tematów związanych z życiem.

Chcąc wejść na wyższy poziom Waszej praktyki, połączcie dzisiejsze ćwiczenie z pracą z przekonaniami. Ostatecznie lęk przed śmiercią jest związany z przekonaniem, że śmierć jest czymś złym. Rozpracowanie i osłabienie tego przekonania, jest mocną bazą, stabilnym wsparciem dla kontemplacji naszej śmiertelności.

Podsumowanie

Efektem regularnego praktykowania melete thanatou jest redukcja lęku przed śmiercią. Nie bez powodu używam słowa „redukcja” zamiast „eliminacja”. Nie należy oczekiwać, że uda nam się z użyciem tej techniki usunąć najbardziej pierwotny i głęboki ludzki lęk. Stawianie poprzeczki tak wysoko jest błędem, który sprowadziłby na nas frustrację i przekonanie o nieskuteczności tej praktyki. Nie oznacza to jednak, że nieosiągalna jest realna i głęboka ulga. Strach nie jest stanem zero-jedynkowym: wiemy to z własnego doświadczenia, chociażby z obserwacji, że przykładowo, pająków boimy się bardziej niż węży. Przesuwając się w dół na spektrum intensywności tej emocji, zaznamy poprawy naszego funkcjonowania.

Strach przed śmiercią zajmuje szczególne miejsce w naszej psychice – jest fundamentem, na którym wznoszą się inne lęki. Czymże bowiem jest lęk wysokości, jeśli nie przerażeniem, że umrzemy w wyniku upadku? Czym jest strach przed pająkiem, jeśli nie wizją śmierci w wyniku działania jadu? Te przykłady są klarowne, lecz jest jeszcze jeden, niezwykle ważny, nieco bardziej skomplikowany. To relacja między strachem przed śmiercią a strachem przed porzuceniem (w tym przez grupę). Te dwa porównywalne w skali widma wiszą nad naszym życiem i kształtują nasze działania w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Czy te byty są niezależne? Być może, ale możliwym też jest, że strach przed ostracyzmem jest pochodną strachu przed śmiercią, gdyż w dawnych czasach bycie wygnanym przez plemię było gwarancją utraty życia.

Jeśli każdy z lęków wywodzi się z lęku przed śmiercią, to praca nad tym właśnie lękiem jest pracą nad wszystkimi pozostałymi. Nie bez powodu ćwiczenie melete thanatou starożytni oddzielali od, blisko z nim związanego, premeditation malorum. To ostatnie miało doraźnie stępiać ostrze pomniejszych lęków, podczas gdy to pierwsze było pracą nad fundamentem naszej konstrukcji psychicznej. Jego szczególna waga i rola uzasadniają traktowanie go jako oddzielnej praktyki.

Nie będę Was przekonywał, że jest to ćwiczenie łatwe. Wiąże się ono w sposób nieunikniony z dyskomfortem i narażaniem się na trudne emocje. Kontemplowanie własnej śmierci raczej nie jest przyjemne. Chciałbym Was jednak zachęcić, byście spojrzeli na nie jako na przykład odroczonej gratyfikacji: dziś podejmujecie wysiłek, znosicie niewygodę, może nawet ból i cierpienie, ale czynicie to, by w perspektywie czasu uzyskać równowagę i błogość. To inwestycja w spokój ducha, która spłaci się z nawiązką.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Premeditatio malorum

Premeditatio malorum można tłumaczyć z łaciny w dosłowny, acz nieszczególnie zręczny sposób, jako uprzednie rozmyślania nad złem lub nieszczęściem.  Zręczniejsze sformułowanie podchwyciłem od osoby lubującej się w zabawach językowych: „przedmysł niepowodzeń”. Słówko „przedmysł” jest tworem nowym, ale oddającym moim zdaniem lepiej ducha łacińskiego praemeditatio. Słówko „niepowodzenie”, choć nie tak nowatorskie, oddaje  jednak dobrze istotę tego, iż malorum odnosi się do zrządzeń losu, czegoś, co nam się przytrafia, a nie do naszych własnych czynów.

To byłby pierwszy poziom rozumienia omawianego ćwiczenia: gdy mianowicie jego treścią jest rozpatrywanie  możliwych niepomyślnych obrotów zdarzeń niezależnych od nas, zanim   nam się one przytrafią. Zwykle są one choć odrobinę spodziewane,  dotyczą bowiem znanych w ogólnym zarysie wyzwań stojących przed nami. Rzadziej, acz też skutecznie, odnosimy przedmysł do ogólnych zagrożeń: śmierci, choroby, utraty bliskiego etc.

Znając ramy, przejdźmy przez etapy praktyki, zwracając uwagę na pewne niuanse, które są na tyle istotne, że stanowią o różnicy między premeditatio malorum a czarnowidztwem.

Praktyka

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza twoją  kontrolę, a które mogą zadecydować o jej rozwoju. Wyobraź sobie scenerię tej sytuacji. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce, gdzie się zacznie – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą niej uczestniczyć. Bądź  dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

WAŻNE: nie czyń z ludzi ich karykatur. Nawet jeśli spodziewasz się konfrontacji, staraj się nie wyolbrzymiać żadnych ich cech. Przesadnie wykrzywione złością twarze nie pomogą Ci zanurzyć się w sytuację, a mogą wzmocnić w Tobie negatywne  nastawienie. Nie ma potrzeby, by kogokolwiek w wyniku tej praktyki bardziej „znielubić”.Rozpocznij odgrywanie sytuacji. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie niekorzystny sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się nie powieść – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

UWAGA: element emocjonalny jest najtrudniejszy do odtworzenia w całym ćwiczeniu, ale też niezwykle istotny. Instynktownie staramy się unikać nieprzyjemnych emocji, tutaj zaś celowo chcemy się z nimi spotkać i je poczuć. To wymaga przełamania naturalnego oporu. Choć może to generować dyskomfort, pamiętaj, iż długofalowo przyniesie Ci korzyść.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Nie zatrzymuj ćwiczenia  w tym momencie. Zastanów się, co mógłbyś zrobić dalej. Chodzi o to, byś zaplanował swoje kolejne kroki po przewidywanej katastrofie. Rozważ, czy jest coś, co możesz zrobić, by ograniczyć jej skutki. Myśl o tym, jakie działanie podejmiesz zaraz po. Czy pójdziesz do domu, by ochłonąć? Czy zadzwonisz do przyjaciela? Planuj swoją krótkoterminową taktykę i długoterminową strategię, koncentrując się na tym, co kontrolujesz.

UWAGA: ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między  premeditatio malorum a czarnowidztwem. Mamy wyjść o krok dalej niż wyobrażenie sobie, że coś  pójdzie  nie po naszej myśli. Mamy zacząć tworzyć plan awaryjny. To ma podwójny skutek: jesteśmy zawczasu przygotowani na sytuację, w której trzeba będzie działać i przekonujemy się naocznie, że jakkolwiek wielkie byłoby wyobrażone nieszczęście, świat się w jego wyniku nie skończy.

Kiedy stworzysz zarys planu działania, zacznij go sobie wyobrażać. Nie musisz przechodzić przez całość – niejednokrotnie takie plany jawią się jako czasochłonne i złożone. Wystarczy, że wyraźnie zwizualizujesz sobie kilka pierwszych kroków. Kluczowym jest poczuć, że, po pierwsze emocje opadają, gdy zdarzenie się kończy. Po drugie, że masz dozę sprawczości  – nie odebrano Ci wszak kontroli nad tym, co jest od ciebie zależne. Po trzecie wreszcie, że nawet po największym nieszczęściu zwykle życie toczy się dalej.

UWAGA: pamiętaj, by wyobrazić sobie owo wygaszanie emocji, które następuje, gdy sytuacja dobiega końca. Nie wychodź z tej medytacji nabuzowany strachem czy gniewem. Tak jak w życiu, tak i w wizualizacji emocje powinny opaść.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa niepowodzenia i emocje już opadły, możesz skończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by  się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy twoje spojrzenie na czekającą cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź jakie emocje lub wyobrażenia to spowodowały. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na  pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Uwagi techniczne

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio malorum (przedmysł niepowodzeń) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak,  by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio malorum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że trudna rozmowa z szefem, do której się szykowaliśmy, będzie rezultatem naszego spóźnienia, bo poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam grozić spóźnienie.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanej „katastrofie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może też być zbadanie, czy któraś z wartości cierpi w rozważanej sytuacji. Jeśli nie, ułatwi nam to ustawienie całego zdarzenia w spokojniejszej perspektywie.

Konkluzja

Celem, jaki osiągamy praktykując premeditatio malorum, jest zwiększona odporność na wyzwania. Dzięki tej praktyce jesteśmy lepiej przygotowani na to, co może nastąpić. Oswajamy trudne emocje, które powstają w sytuacji kryzysowej, jeszcze zanim się pojawią, dzięki czemu stępiamy ich ostrze i odbieramy im siłę.

Dzięki takiej postawie możemy reagować i działać w sposób możliwie optymalny, gdyż nasze decyzje nie są zakłócane przez uderzenia emocjonalne. Rozumiemy wtedy lepiej, jakie stoją przed nami wyzwania i jakie mamy opcje, by  im stawić czoła.  Poprawiamy zatem jakość naszego działania.

Przygotowani na ewentualną porażkę, możemy ją znieść z minimalną szkodą i stworzyć okazję do tego, by sukces lub wynik neutralny były pozytywną niespodzianką. Świadomość, że po domniemanej porażce jest mimo wszystko jakaś przyszłość, a nasze pole do działania się nie zamyka, motywuje nas, by nie wpadać w rozpacz, tylko skoncentrować się na tym, co od nas zależne.

Choć momentami trudne i niekomfortowe, premeditatio malorum niesie ze sobą szeroki wachlarz zalet. Warto spróbować  skorzystać z tego ćwiczenia, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną trudną chwilą w życiu.

Czy jest jakieś wyzwanie, które na Was czeka, gdzie premeditatio malorum mogłoby okazać się pomocne? Czy macie odwagę, by go spróbować?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów na newsletterze, pomagała Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Perspektywa kosmiczna

Jestem centrum wszechświata. Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, także jesteś centrum wszechświata. Rozglądamy się wokół i wszystko wskazuje na prawdziwość tych stwierdzeń. Świat nas otacza, jesteśmy w jego centrum. Dziwna perspektywa? Może nawet niebezpieczna? Wiecie, co jest najdziwniejsze? Ona jest prawdziwa. Jeśli wszechświat rozpoczął swoje istnienie od jednego punktu, jak głosi teoria wielkiego wybuchu, to środek wszechświata jest wszędzie, każdy jego punkt jest środkiem. Gdzie byśmy się nie znajdowali, jeśli spojrzymy wokół, zobaczymy kulę o 15 miliardach lat świetlnych średnicy.

Z tej obserwacji wynika też, że bycie środkiem wszechświata nie jest niczym szczególnym, bo każdy nim jest. Warto zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, uchwycić nową perspektywę – nazwijmy ją „perspektywą kosmiczną”. Z niej dostrzeżemy, że wyjątkowość jest iluzją – tworem geometrii czasoprzestrzeni i geometrii naszej psychologii – ale jednocześnie uzmysłowi nam, że pozostajemy centrum własnego wszechświata i z tym faktem nie ma sensu się kłócić.

Cel

Perspektywa kosmiczna to tradycyjne stoickie ćwiczenie, opierające się na wyobrażeniu sobie siebie w szerszej perspektywie, jako części większej całości. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że chodzi o oddalenie się od siebie i formalnie tak to ćwiczenie przebiega. Jednak oddalenie nie jest celem ćwiczenia – przecież po każdym jego zastosowaniu wracamy i jesteśmy równie blisko, a może bliżej, niż zaczynaliśmy.

Celem perspektywy kosmicznej jest właśnie zbliżenie do samego siebie. Ma prowadzić nas do zrozumienia, że jesteśmy centrum swego wszechświata i to jedynym, jakie będziemy mieli. Cały ogrom, który właśnie dostrzegliśmy: ludzie, kraje, planety, gwiazdy, tysiąclecia i miliony lat – one istnieją i w porównaniu z nimi nasza fizyczność i czas są tylko pyłem i mgnieniem, ale jedynymi, które od nas zależą. Wielka reszta jest pełna rzeczy niezależnych, których istnienie i koleje możemy tylko zaakceptować.

Perspektywa w przestrzeni

Najpopularniejszym sposobem na praktykowanie perspektywy kosmicznej jest wyobrażanie oddalania się od siebie w przestrzeni. Celem jest świadomość, jak niewielkim wycinkiem fizycznej rzeczywistości jesteśmy, czyli jak się prezentujemy w perspektywie kosmosu – stąd nazwa ćwiczenia.

Przykładowa praktyka wygląda następująco: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie widzianego od góry, jakbyś zawisł nad swoim ciałem i je obserwował. Wyobraź sobie wyraźnie, jak wyglądasz z tej perspektywy. Niech ten obraz się wyklaruje.

Zacznij oddalać się od ciała, jakbyś unosił się ku górze. Masz patrzyć na siebie z coraz większego oddalenia. O ile nie ćwiczysz pod otwartym niebem, gdzieś po drodze winny się pojawić sufity i dachy – traktuj je tak, jakby były przezroczyste. Utrzymuj wizję swego ciała, nawet gdy wzniesiesz się ponad dachy.

Niech wznoszenie będzie powolne, na tyle, byś utrzymał klarowność wizji, by obraz się nie rozmył. Możesz się zatrzymywać, by wyostrzyć wyobrażenie i poświęcić chwilę na kontemplację siebie na coraz większym tle.

Wznoś się, aż zobaczysz całą planetę. Teraz jesteś już maciupki i ledwo cię widać. Jesteś małą kropeczką, światełkiem na wielkim globie. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Zacznij oddalać się jeszcze bardziej. Możesz przyspieszyć – już straciłeś siebie z oczu, jesteś za mały, by pozostać widocznym. Oddalaj się, dopóki Ziemia nie stanie się kropką w Układzie Słonecznym. Dostrzeż kulę Słońca w środku, gazowe giganty na obrzeżach i okruch Ziemi, ledwo widoczny w okolicy naszej gwiazdy. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Możesz oddalać się jeszcze dalej, aż do momentu, kiedy ujrzysz całą Drogę Mleczną – naszą galaktykę, gdy Słońce stanie się tylko malutkim ziarenkiem na jej tle.

Przejdź drogę powrotną. Możesz to uczynić w miarę szybko, jakbyś był przyciągany ponownie do swego ciała. Zobacz siebie z góry z wysokości jednego metra. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Perspektywa w czasie

Drugi najczęściej spotykany sposób na praktykę ćwiczenia to oddalanie się w czasie. Wyobrażamy sobie ogrom czasu, który upłynął przed nami i który upłynie po naszym odejściu.

Początek jest taki sam: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój swój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie w takim wieku, jaki masz obecnie, ubranego w codzienne ciuchy. Wyobraź sobie, że idziesz bez celu ulicą swego miasta.

Rozpocznij od kierunku wstecz w czasie. Wyobraź sobie, że młodniejesz. Nadal idziesz, ale twoja twarz pozbywa się zmarszczek, zmieniają się ciuchy, przekształca się także miasto wokół ciebie – znikają nowe budynki, zmieniają się marki samochodów na ulicach.

Cofaj się, aż zobaczysz siebie jako dziecko, kroczące przez świat, jaki pamiętasz ze swoich najwcześniejszych wspomnień. Jeśli jest to dla ciebie komfortowe, możesz wyobrazić sobie siebie w łonie matki. Jeśli budzi to dyskomfort, odpuść – to nic kluczowego.

Dotarłeś do świata przed twoim narodzeniem. Wyobraź sobie twoją miejscowość taką, jaka była w twoich najstarszych wspomnieniach. Możesz spojrzeć z poziomu ulicy lub z lotu ptaka. Zacznij cofać się w czasie, skupiony na mieście. W pewnym momencie samochody ustąpią dorożkom, zabudowa się skurczy, stroje ludzi będą się zmieniać. Nie musisz przechodzić przez każdą epokę, ale uchwyć kilka z nich – może takie, które przyciągały uwagę na lekcjach historii.

Wreszcie miasto zniknie i ustąpi miejsca puszczy. Pomyśl o starożytnym Rzymie lub Grecji. Wyobraź sobie budowle, które dziś są ruiną, w czasach świetności – Koloseum, Partenon, hipodromy, akwedukty. Cofaj się dalej i te budowle znikną, ustąpią miejsca drewnianym chatom.

Dotrzesz do czasu, gdy nie było jeszcze na Ziemi człowieka. Może wyobrażasz sobie czas dinozaurów. Wyobraź sobie planetę i kontynenty wędrujące po jej oceanach w ogromnych skalach czasowych. Wyobraź sobie rozpad Pangei, wielkiego prakontynentu. Ameryki odrywają się od Europy i Afryki.

Możesz cofać się jeszcze dalej, do czasów powstawania Ziemi czy nawet wielkiego wybuchu.

Wróć do teraźniejszości. Weź kilka głębokich wdechów i rusz w przyszłość w podobny sposób. Wyobraź sobie siebie starzejącego się, idącego ulicami miasta. Spróbuj zgadnąć, jak zmieni się świat wokół ciebie.

Przyjdzie czas, gdy już cię nie będzie. Wyobraź sobie miasto – jak się rozwija i przekształca. Może pojawiają się w nim latające samochody. Powstają strzeliste drapacze chmur. Trwa rozwój.

Wyobraź sobie miasto, które się rozpada i starzeje. Może jest opuszczone, może nie ma już w nim ludzi. Ruiny budynków walą się w proch. Może nadal są tu ludzie, przychodzą i odchodzą, pokolenie za pokoleniem. Wyobraź sobie planetę jako całość – kontynenty nadal dryfują, może jakieś się zderzą, uformują nowy?

Możesz iść dalej w tym wyobrażeniu, aż do czasu, gdy Słońce zacznie umierać i pochłonie Ziemię, a nawet dalej – do śmierci cieplnej wszechświata.

Wróć do teraźniejszości. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Szczegóły techniczne

Dobrze wykonane ćwiczenie perspektywy kosmicznej wymaga sporej dozy skupienia, dlatego najlepiej zabezpieczyć na jego wykonanie spokojny czas i miejsce.

Dobrym momentem jest wieczorny przegląd siebie, jeśli masz w nim dość czasu. Jeśli nie, zarezerwuj czas osobno.

Warto zadbać, by w pomieszczeniu, w którym praktykujesz, było ciemno, cicho i wygodnie. Chodzi o to, by jak najmniej było elementów, które cię rozpraszają.

Perspektywa kosmiczna wymaga silnej wyobraźni. Dla wielu osób będzie niemożliwe, by ją wykonać, przynajmniej nie od razu. To nic niezwykłego – nie zrażaj się tym. Jest to kwestia praktyki, tak jak przy wielu innych ćwiczeniach – z czasem będzie łatwiej.

Może się okazać, że bariera wejścia jest tak duża, że nie jesteś w stanie zacząć. Wtedy z pomocą przyjdą inne ćwiczenia wzmacniające wyobraźnię: przegląd siebie, wizualizacja mistrza etc., czy coś tak prostego jak tworzenie i odgrywanie w myślach prostych historyjek. Z czasem wyobraźnia nabierze giętkości wystarczającej, by ponownie spróbować z perspektywą kosmiczną.

Podsumowanie

Perspektywa kosmiczna objawiła nam się jako paradoks: jest sposobem na oddalenie się od siebie, który nas do siebie zbliża. W tej pozornej sprzeczności zawiera się jej istota. W tym procesie jest element uwalniający – zrozumienie, że jesteśmy częścią czegoś większego, pewnej całości, która z nami czy bez nas będzie się toczyć, zdejmuje ciężar losów świata z naszych barków. Kiedy wypchniemy siebie z centrum wszechświata dzięki właściwej perspektywie, zrozumiemy, że nasza moc i nasza odpowiedzialność są cały czas z nami, w sferze naszych myśli, pragnień, decyzji. To paradoksalnie przywróci nas ponownie do centrum, ale z nowym spojrzeniem.

Za każdym razem, gdy oddalamy się ku nieskończoności, powracamy nie do pozycji wyjściowej, ale do miejsca odrobinkę bliżej nas samych. Właściwie zawsze tam byliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, zaprzątnięci problemami świata. Dzięki tej podróży możemy spojrzeć na siebie w nowy sposób, z bliższej perspektywy.

Pytanie, które wtedy się rodzi: co nowego mogę w sobie dostrzec po powrocie z wielkiego kosmosu?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Wizualizacja mistrza

Stoicki mistrz to ideał, do którego aspirujący filozof powinien dążyć. Jeśli oddajecie się lekturze tekstów starożytnych stoików, możecie odnieść wrażenie, że wszystko, co piszą, jest różnymi ujęciami i perspektywami na postać stoickiego mędrca. Trop ten widoczny jest wyraźnie u Epikteta – nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego teksty to „notatki z wykładów”. Wciąż wyraźny jest w listach Seneki – to też nic dziwnego, miały one charakter dydaktyczny. Najmniej widoczny jest u Marka Aureliusza – przewija się z rzadka; jego pisma to notatki na własny użytek, gdzie postać mędrca nie była tak istotna.

Im bardziej dydaktyczny stoicki tekst, tym więcej odwołań do ideału filozofa. W tym ujawnia się dydaktyczna natura tej koncepcji. Mistrz jest naszym probierzem, wzorcem, do którego porównujemy swoje czyny i myśli, by określić, gdzie znajdujemy się na drodze sztuki życia. Jest źródłem wskazówek, jak powinniśmy postępować w konkretnych sytuacjach; może być praktyczną inspiracją do podejmowania decyzji w zgodzie z kanonem filozofii.

Mistrz łączy wiele funkcji: od aspiracyjnego ideału, przez punkt odniesienia, aż po narzędzie podejmowania decyzji. Jego siła wiąże się z naszą podatnością na podążanie za przykładem i przywództwem, która objawia się nawet wtedy, gdy wódz jest tworem wyobraźni. Z tego samego źródła płyną jego słabości i zagrożenia, niewiele różniące się od ryzyk związanych z podążaniem za realnym przywódcą politycznym czy religijnym. Są to: ryzyko jednowymiarowego spojrzenia na świat; ryzyko przelewania własnych wad na jego postać; ślepe podążanie; dogmatyzm itd. Warto zdawać sobie z nich sprawę, pracując w praktyce nad naszym mistrzem.

Przejdźmy teraz do określenia, na czym polega wizualizacja mistrza, jak ją przeprowadzać i do czego ją wykorzystywać.

Jak stworzyć wyobrażenie mistrza?

Pierwszym krokiem w naszym ćwiczeniu jest stworzenie postaci, która będzie służyć za wzorzec. Nasuwają się dwa podejścia: zacząć od istniejącej osoby i wyposażyć ją w pożądane cechy lub zacząć od zera – od hipotetycznego człowieka. Zaletą pierwszego jest oszczędność czasu, bo pewne cechy są już dane, oraz łatwość utożsamienia się – mamy imię, a czasem także wizerunek, do którego możemy się odwołać. Zaletą drugiego jest brak obciążenia niepożądanymi cechami i czynami oraz pełna swoboda w kształtowaniu

Jeżeli wybierzecie pierwszą opcję, sugeruję, byście wybrali osobę nieżyjącą – najlepiej od dawna. Chodzi o to, by była mała szansa, że ktoś wyciągnie jej przysłowiowego „trupa z szafy” i będziecie musieli od nowa tworzyć swoją wizualizację. Dawno zmarli antyczni filozofowie świetnie nadają się na bazę dla mistrza, ale inne historyczne postacie również spełnią tę rolę.

Mając bazę, możemy zacząć tworzyć. Świetnym punktem wyjścia jest nasze rozumienie dobra i zła (etyka lub moralność) oraz nasza hierarchia wartości, którą warto opracować przed podjęciem się dzisiejszego ćwiczenia.

Sama procedura jest prosta: staramy się wyobrazić sobie człowieka, który posiada wszystkie cechy, jakie zaliczylibyśmy do dobrych, oraz który nie tylko wyznaje, ale konsekwentnie realizuje istotne dla nas wartości. Jeżeli mamy jasność co do naszych poglądów w tych dwóch sferach, proces ten będzie prosty. Kłopoty mogą pojawić się wtedy, gdy trafimy na luki lub nieostre koncepcje w naszej moralności i wartościach. Zamiast jednak traktować to jako przeszkodę, niech będzie okazją do lepszego zrozumienia tych sfer.

Drugą przeszkodą, bardziej techniczną, jest kwestia posiadania dość „giętkiej” wyobraźni, by być w stanie stworzyć wizualizację, do której będziemy mogli się odnieść. Tutaj pomocne będzie użycie konkretnej osoby jako bazy, tak byśmy mieli fizyczny obraz (nawet jeśli wzięty z antycznego posągu), na którym możemy się oprzeć. Kolejną przydatną taktyką jest wyobrażanie sobie mistrza w konkretnych życiowych sytuacjach, które kojarzymy z dobrem lub jedną z wartości. Chodzi o odgrywanie w głowie scenek obrazujących, jak mistrz reaguje, myśli i działa w danych okolicznościach. Im więcej ich zwizualizujemy, tym bardziej namacalna stanie się ta postać.

Gdy zbudujemy mistrza, przyjdzie czas na wykorzystanie go w praktycznych sytuacjach dnia codziennego. Niesie to dodatkowy poziom komplikacji: nawet jeśli mistrz jako ideał jest doskonały, nasz dostęp do niego taki nie jest. Możemy mylić się co do tego, jak postąpiłby w danej sytuacji. A nawet gdy trafnie to rozpoznamy, nie oznacza to jeszcze, że będziemy w stanie tak postąpić. Możemy myśleć o tym jako o trzech etapach: budowanie ideału (o tym pisaliśmy), interpretacja w konkretnym przypadku oraz wdrażanie wniosków w działaniu. Dwa ostatnie etapy wymagają praktyki i treningu, by mogły zadziałać. Spójrzmy teraz na kilka sposobów ich realizacji.

Mistrz jako gwiazda polarna

Podstawowym zastosowaniem koncepcji mistrza jest traktowanie go jako celu, do którego dążymy. Możemy w ramach przeglądów siebie wizualizować go, by utrwalać obraz ideału. Mistrz jest w tym podejściu rodzajem gwiazdy polarnej – znacznika na horyzoncie, do którego dążymy, ale który pozostaje nieosiągalny.

Uświadomienie sobie tej prawdy jest ważne w praktykowaniu wizualizacji mistrza: osiągnięcie ideału to fantazja, dążenie do ideału to rzeczywistość. Nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że nikt nigdy nie osiągnął ani nie osiągnie takiego stanu charakteru i ducha, ale możemy powiedzieć, że jego osiągnięcie jest bardzo mało prawdopodobne. Nie znam nikogo, kto spełniłby wzorzec stoickiego mistrza. Antyczni przywoływali w tym kontekście Sokratesa, ale i on – w mojej opinii, taki, jak wyłania się z platońskich dialogów – nie osiągnął ideału.

Sensem istnienia gwiazdy polarnej nie jest dotarcie do niej, lecz wyznaczanie stałego kierunku. Tak też możemy myśleć o naszym mistrzu – jako o latarni morskiej, na którą kierujemy nasz statek. Nie musimy do niej dotrzeć, by skorzystać z jej światła.

Mistrz jako probierz naszych działań

Drugie zastosowanie idei mistrza to wykorzystanie jej jako miary naszych działań. Chodzi mi tu konkretnie o działania przeszłe, czyli spojrzenie na to, co uczyniliśmy, i refleksję, co inaczej zrobiłby w tej sytuacji mistrz.

Ważne, by w toku owych porównań nie przejść w tryb oceniania siebie, czyli żeby nasz mistrz nie stał się wcieleniem wewnętrznego krytyka. Jeśli tak się stanie, praktykowanie tego ćwiczenia zamiast pomagać – będzie szkodzić. Bądźmy więc uważni na ton i charakter porównania. Celem jest zrozumienie, co możemy poprawić, a nie karcenie się za błędy.

Naturalnym momentem dla tego zastosowania jest wieczorny przegląd siebie. Warto uczynić mistrza stałym narzędziem w procesie medytacji kończącej dzień. Nie sugeruję, by każdą drobną decyzję konfrontować z ideałem, ale te najpoważniejsze oraz najtrudniejsze warto z nim zestawić. W tym przypadku wizualizacja mistrza jest narzędziem dodatkowym, ale przydatnym

Mistrz jako element wspierający decyzję

Kolejne zastosowanie ma charakter doraźny, w tym sensie, że mistrza używamy w momencie podejmowania decyzji. W kontekście dwóch poziomów sądu mówiliśmy o tym, że krótki czas między pierwszą reakcją (emocją) a działaniem jest przestrzenią na namysł i decyzję. Czy raczej: powinniśmy tworzyć tę przestrzeń, by nie reagować automatycznie. W tych kilku sekundach jest miejsce dla dobrze przepracowanej postaci mistrza.

Dlaczego piszę o „dobrze przepracowanej” postaci mistrza, a nie po prostu o postaci mistrza? Ze względu na bardzo krótki czas, jaki mamy zazwyczaj na reakcję. Żeby mistrz był skuteczny, musi być dostępny i klarownie zdefiniowany. Jeżeli potrzebujemy czasu, by tę postać przywołać, a do tego musimy się długo zastanawiać, jak by się zachowała, to w kilka sekund niczego nie uzyskamy. Jeśli natomiast wykonaliśmy pracę i możemy mistrza przywołać w ułamku sekundy oraz doskonale wiemy, jak postąpiłby w danej sytuacji, to będzie on dla nas wsparciem w momencie decyzji.

Nie każda decyzja w naszym życiu ma tak natychmiastowy charakter – w wielu przypadkach czasu do namysłu jest więcej. W takich sytuacjach mistrz, nawet nie w pełni wypracowany, jest przydatną koncepcją. Jak w przypadku szybkich decyzji, zadajemy sobie pytanie: co mistrz zrobiłby w tej sytuacji i staramy się odpowiedzieć. Piszę: „staramy się”, bo sukces nie jest to oczywisty. Nawet gdy wiemy, co powinniśmy zrobić, nie znaczy to, że będziemy w stanie tak postąpić. I choć warto się starać dorównać ideałowi, to nie warto się dołować tym, że go nie osiągnęliśmy. Perfekcjonizm nie jest dobrym partnerem, a szczególnie w pracy z ideałem mistrza, co może być nieco zaskakujące.

Podsumowanie

Wzorowanie się na innych jest znaną i historycznie sprawdzoną techniką rozwijania się i uczenia. Już w najmłodszym wieku, duża część naszej edukacji opiera się na obserwacji „mistrzów” – naszych rodziców, nauczycieli, krewnych. W okresie dojrzewania naszymi wzorcami stają się gwiazdy show-biznesu, osoby publiczne i – przede wszystkim – nasi rówieśnicy. W wieku dorosłym nie ma już oczywistych ideałów, za którymi moglibyśmy podążać.

Jeżeli chcemy nadal korzystać z dobrodziejstw wzorowania się na mistrzach, musimy stworzyć ich sami. Nie bez powodu używam tu słowa „stworzyć” zamiast „wybrać”. Istnieje istotna różnica między podążaniem za konkretnym człowiekiem – przywódcą politycznym, religijnym czy społecznym – a wytworzeniem idealnego wzorca człowieka, do którego dążymy. Dziś pisałem o tym drugim podejściu: o „mistrzu” jako abstrakcyjnej konstrukcji, która personifikuje ideały. Konstrukcji, którą możemy świadomie modyfikować i która pozostaje od nas zależna. I to ostatnie jest kluczowe: podążając za przywódcą, oddajemy się w ręce czegoś od nas niezależnego; podążając ku wymyślonemu ideałowi, pozostajemy zależni od tego, nad czym mamy kontrolę.

Obie ścieżki niosą ryzyko zejścia na manowce, jednak jest ono większe w przypadku wpływu zewnętrznego. Choć wybranie lidera, którego będziemy naśladować, jest prostsze niż świadome „stworzenie” go, to zyski płynące z tego drugiego podejścia są warte włożonego wysiłku. Zapoznaliście się dzisiaj z technicznymi aspektami realizacji tej ścieżki. Zachęcam do eksperymentowania z nią –jako alternatywą dla politycznych, społecznych czy religijnych wzorców. Warto bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie: za jakim mistrzem chcę podążać?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Praca z przekonaniami

Człowiek jest plątaniną przenikających się przekonań. Formują się one w toku ludzkiego życia. Część z nich można wywieść z dziedzictwa ewolucyjnego, z genów. Wiele formuje się w procesie wychowania i socjalizacji – są plonem dzieciństwa. W dorosłości nabywamy nowe, zmieniamy istniejące i pozbywamy się starych.

Przekonania nie muszą być świadome i to dwojako. Po pierwsze, możemy być nieświadomi, że przekonanie w nas powstaje – tyczy się to szczególnie tych z dzieciństwa, ale nie ogranicza się do nich. Po drugie, choć przekonanie powstało świadomie, z czasem zostaje zepchnięte do nieświadomego, czy to poprzez zapomnienie, czy tłumienie.

Dziś spojrzymy na technikę pracy z przekonaniami, nim jednak do niej przejdziemy, dookreślimy, nie siląc się na rygor definicyjny, co rozumieć będziemy pod tym pojęciem.

W najprostszym ujęciu przekonanie to zdanie logiczne, co do którego prawdziwości wierzymy. Tutaj moglibyśmy się zatrzymać: zbiór przekonań to zbiór naszych osobistych prawd. Warto jednak dodać, że zbiór ten jest wielce różnorodny: od prostych obserwacji rzeczywistości (np. Słońce wschodzi na wschodzie, mam dwie ręce etc.) po złożone przekonania etyczne (np. zabicie człowieka jest złe, mówienie prawdy jest dobre etc.).

Dla naszych celów istotny będzie ten drugi biegun, choć zaznaczam, że regularne sprawdzanie przekonań o „faktach” też jest wskazane (pozdrawiam z tego miejsca antyszczepionkowców i płaskoziemców). Szczególnie interesujące będą dla nas przekonania zawierające następujące słowa: „muszę”, „powinienem/powinnam”, „koniecznie”, „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „każdy”, „oczywiście”, „niemożliwe”, „pewne”, „dobre”, „złe”, „straszne”, „nie do zniesienia” – wraz z innymi formami gramatycznymi oraz synonimami. Wyłaniają się tu trzy kategorie:
1. przekonania o konieczności („muszę”, „zawsze”, „wszyscy”, „nigdy” etc.);
2. przekonania etyczne („dobre”, „złe”);
3. przekonania o cierpieniu / o zranionym ego („straszne”, „krzywda”, „cierpienie” etc.).
Przede wszystkim dla nich praktykujemy dialog z przekonaniami, przy czym kategorię 1 i 3 chcemy zminimalizować, a kategorię 2 uporządkować.

Przejdźmy do metod pracy z przekonaniami. Podzielę się z wami tymi sposobami, które sam stosuję, jednak chciałbym zwrócić uwagę na zestaw metod terapii poznawczo-behawioralnej. Wiele z nich to techniki pracy z przekonaniami, które są stosowane w praktyce terapeutycznej, ale mogą być zaadaptowane do stosowania na własną rękę, w sytuacjach niewymagających interwencji specjalisty. Szczegóły technik terapii poznawczej znaleźć można między innymi w „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka” Roberta Leahy’ego. Pamiętajcie jednak, że praktyka na własną rękę nie zastępuje pomocy specjalisty.

Pierwszym krokiem w pracy z przekonaniem jest zdanie sobie sprawy, że je posiadamy. Wraca tu wspomniana już wcześniej na blogu, w kontekście dwóch poziomów sądu, uważność. Podobnie moją rekomendacją jest stosowanie znanych technik, których szczegóły dostępne są w internecie i literaturze, plus stosowanie „wstecznej uważności”, czyli analizowania przeszłych zdarzeń. W kontekście dzisiejszego ćwiczenia skupiamy się na zrozumieniu, jakie przekonania zostały aktywowane w intensywnych (emocjonalnie, intelektualnie) momentach minionego dnia.

Pytaniami przewodnimi przy tej technice są: dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Jaki miałem powód/argument, by tak zareagować? Formę pytania można dostosować do sytuacji, ale kluczowe jest, by wyjść poza „co zrobiłem” do „dlaczego?”, bo to ma szansę odsłonić przekonanie. Warto odnotować, że przekonania mogą się nawarstwiać i to, co zauważymy jako pierwsze, to przekonanie wtórne, wynikające z czegoś głębszego. Proces odkrywania może potrwać długo i doznawać opóźnień oraz wymagać wracania do niektórych przekonań.

Gdy mamy zidentyfikowane przekonanie, nad którym chcemy pracować, możemy przejść do drugiego etapu. W nim celem jest zbadanie przekonania pod kątem prawdziwości i logicznej spójności. Nie chodzi o obalenie go! Rozpoczynając proces, nie zakładamy, iż jest ono niesłuszne, ale że poddajemy je badaniu w celu sprawdzenia. Jeżeli przekonanie wytrzyma skrupulatne testy, to pozostaje jako element naszego rozumienia świata, a my nabieramy wiary w jego solidność.

Proponuję dwa podejścia do pracy z przekonaniami. Pierwsze to postawienie siebie w roli oskarżyciela przekonania, adwokata diabła, który chce rzucić cień na świętość, w którą wierzyliśmy od zawsze. Naszym zadaniem jest tworzenie scenariuszy, które jawnie zaprzeczają przekonaniom – pamiętając, że jeśli coś ma być zawsze prawdziwe, to wystarczy jeden kontrprzykład, by to obalić. Mamy wyszukiwać wyjątki w rzekomych regułach. Mamy próbować udowodnić, że prawdziwe jest coś przeciwnego.

Jeżeli znamy logiczne uzasadnienie dla badanego zdania, to szukamy luki w prowadzącej do niego argumentacji, błędów i niespójności. Szukamy danych i badań naukowych, które przeczą naszym przekonaniom. Jesteśmy po to, by wyciągnąć na światło dzienne wszelkie kontrargumenty i nieścisłości.

Możemy wejść w ten proces z pełnym zapałem i gorliwością, nic nie ryzykując. Bo jeśli nasze przekonanie jest słuszne, to nieważne, ile czasu poświęcimy na próby obalenia go – nigdy nam się to nie uda. Możemy śmiało atakować i tylko upewnimy się i umocnimy naszą wiarę. W końcu nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest. Prawda?

Na końcu tego procesu powinniśmy albo uprawdopodobnić nasze przekonania, albo obalić je lub skonkludować, że najprawdopodobniej jest błędne. Zazwyczaj, jeśli podejdziemy do sprawy rygorystycznie, będziemy operować prawdopodobieństwem i nie dostąpimy pewności. Pamiętajmy jednak, że twierdzenie, które jest najprawdopodobniej fałszywe, powinno być w praktyce odrzucone.

Druga metoda to rozmowa z samym sobą, ale nie byle jaka, bo w formie sokratejskiego dialogu. Naszym zadaniem jest stawianie serii pytań, wychodząc od bazowego przekonania. Mają nam one pozwolić lepiej zrozumieć, dlaczego wierzymy w daną myśl. Zacznijmy od prostego: „Dlaczego uważasz, że…” i tutaj wstawmy treść przekonania. W tej rozmowie nie ma drugiej osoby, musimy odpowiedzieć sobie sami. Starajmy się być w tych odpowiedziach wyczerpujący, lecz konkretni, nie rozwlekajmy ich w długie elaboraty – mają przedstawić esencję, a nie służyć przekonaniu kogoś do naszych racji.

Mając pierwszą odpowiedź, mamy materiał potrzebny do sformułowania kolejnych pytań. Jakie one będą, zależy od badanych treści. Ich celem powinno być dążenie do zrozumienia naszego stanowiska i rozjaśnienia wątpliwości, jakie się nam nasuwają. Może jedno ze słów jest niejasne i warto zapytać o jego sens? Może wewnątrz odpowiedzi kryje się kolejne przekonanie, które warto sprawdzić? Starajmy się nie przyjmować niczego za pewnik. Pytajmy o uzasadnienie nawet oczywistych zdań. Jeśli takie faktycznie są, znajdziemy je szybko. Jeśli nam się nie uda, to ujawnimy trop do zbadania, kolejne przekonanie do pracy.

Dialog powinien trwać aż do momentu, kiedy poczujemy, że wyklarowaliśmy, czy przekonanie jest słuszne, czy też nie. Może je obaliliśmy, może zachowaliśmy w całości, a może zmodyfikowaliśmy. Na końcu procesu mamy więcej zaufania do tego, w co wierzymy, co nie jest tym samym co pewność. Z pewnością można twierdzenia odrzucać, ale niezwykle trudno z pewnością ich dowodzić. Jeśli na końcu nabraliśmy pewności, że przekonanie jest fałszywe, to jest to akceptowalny wynik. Jeśli natomiast nabraliśmy pewności, że zdanie jest prawdziwe, to najpewniej zbłądziliśmy i powinniśmy tylko stwierdzić, że jest bardziej prawdopodobne.

Konkludując dzisiejszy artykuł, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeden fakt. Po udowodnieniu, że jakieś przekonanie jest fałszywe lub powinno być zmienione, jest jeszcze proces praktycznej zmiany zachowania i sposobu bycia, czyli zrealizowanie naszych logicznych wniosków w rzeczywistości. Nie należy go ignorować i zakładać, że samo rozumowanie wystarczy. Nowe przekonania trzeba praktykować, bo do starych jesteśmy przyzwyczajeni i będą one wracać jak bumerang.

Tak jak przy wszystkich ćwiczeniach stoickich, tak i tu, powtarzanie i praktyka są ścieżką do sukcesu. To, co opisałem powyżej, nie jest magiczną różdżką na nasze błędy myślenia. To początek pracy nad sobą i drogi trwałej zmiany. W nieunikniony sposób będziemy na tej drodze zwalniać i się cofać. Będzie się zdarzać, że do jednego przekonania konieczne będzie kilka podejść, bo wróci ono z nowymi argumentami. Albo że poczujemy się jak człowiek obierający cebulę, gdzie praca nad jednym przekonaniem odsłoni kolejne, które było jego źródłem, a po nim kolejne i kolejne.

To żmudny proces, ale wart wykonywania, bo każdy jego krok, każde powtórzenie poprawia spójność i jakość myślenia. Zbliża nas do lepszego zrozumienia rzeczywistości i naszego w niej miejsca. Przyciąga nas do prawdy na tyle, na ile jesteśmy się do niej w stanie zbliżyć.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie

Wszyscy dokonujemy codziennie dziesiątków wyborów – od tych najdrobniejszych po wielkie życiowe decyzje. Zbieramy informacje o faktach towarzyszących naszym decyzjom. Zasięgamy rad i opinii bliskich. Przypominamy sobie podobne sytuacje z przeszłości i ekstrapolujemy z nich wskazówki na dziś. Staramy się przewidzieć konsekwencje naszej decyzji i to, jak ukształtuje ona przyszłość. Wreszcie przywołujemy to, co dla nas ważne, i sprawdzamy, czy decyzja temu właśnie służy.

W pośpiechu codzienności rzadko przeprowadzamy swoje decyzje świadomie, z takim rygorem i zaangażowaniem jak opisany wyżej. Polegamy na schematach, przyzwyczajeniach, szybkich i skróconych rozważaniach, pozwalamy, by większość pracy wykonała za nas podświadomość i wydajne procesy półświadome. Nie zasięgamy rad, nie przewidujemy świadomie konsekwencji ani nie badamy tego, co dla nas ważne. Póki decyzje, o których mowa, dotyczą drobnych codziennych spraw, ta metoda jest słuszna i skuteczna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do spraw kluczowych, wielkich decyzji stosujemy tę samą procedurę co do rozstrzygnięcia, co zjeść na śniadanie.

Nie będę zajmował się dziś całym procesem decyzyjnym. Chcę skupić się na jednym z jego aspektów, który jest kluczowy z punktu widzenia filozofii praktycznej (sztuki życia), w szczególności w jej stoickim wydaniu. Chodzi tu o określenie, co jest dla nas ważne, czyli o hierarchię przyświecających nam wartości.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was najważniejsze w życiu? Co jest numerem jeden, za co gotowi bylibyście poświęcić wszystko inne? Może pomyśleliście teraz o rodzinie. Rodzina jest najważniejsza. Ale co rozumieć przez rodzinę? Czy wujek z Ameryki, którego widzieliście raz w życiu, też się do niej zalicza? Czy może chodzi o bliską rodzinę: partnera, dzieci, rodziców? Mogło przyjść wam też do głowy zdrowie – często mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. No właśnie: jeśli najważniejsze, to czy ważniejsze od rodziny? Czy wasze zdrowie jest dla was ważniejsze niż wasze dzieci? Wasz partner / wasza partnerka? Wasi rodzice? Wujek z Ameryki? A gdzie w tym wszystkim miejsce na pieniądze? Jasne, może to nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale pewna ich ilość jest potrzebna, byśmy my i nasze dzieci mieli co jeść. Gdzie je umieścimy? Czy wujek z Ameryki jest ważniejszy choćby od nich?

Na podstawie powyższego możemy stwierdzić, że wartości – a w szczególności relacje między nimi, ich hierarchia – to skomplikowany temat. Pewnie każdy z nas ma jakąś intuicję w tej kwestii. Potrafimy „wyczuć”, jaka jest właściwa odpowiedź na postawione powyżej pytania, i wiemy doskonale, że biedny wujek z Ameryki szczytu naszej listy nie osiągnie. Intuicje te nie są łatwo przekładalne na słowa. Nie jest tak prosto wypowiedzieć je w formie klarownych, logicznych argumentów, nie odwołując się do instancji: „tak jest, bo tak czuję”. W praktyce do podejmowania decyzji „tak czuję” nam wystarcza. Pojawia się jednak ważne i niepokojące pytanie: czy nasze intuicje w sferze wartości są poprawne? Co jeśli nasze „czucie” zwodzi nas na manowce? Co jeśli konsekwentnie wybieramy źle?

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania i efektywnie umocnić nasze intuicje, możemy sięgnąć do stoickiej techniki namysłu nad wartościami i pracy z ich hierarchią. Celem ćwiczenia jest jawne zbudowanie tejże, regularne weryfikowanie jej poprawności, dostosowywanie jej w toku przemian naszego życia i jego priorytetów, planowanie dni pod kątem wartości, praktykowanie ich oraz regularne sprawdzanie, jak się z tej praktyki wywiązujemy. Poniżej skoncentruję się na pierwszym kroku, zaproponuję wam krótką procedurę oraz kilka kluczowych pytań, nad którymi warto się w jej trakcie pochylić.

Budowanie świadomej hierarchii wartości zacznij od swoich intuicji. Usiądź wygodnie z długopisem i kartką papieru i zanotuj hasłowo to, co dla ciebie jest ważne w życiu. Staraj się wypisać wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Śledź kolejność, w jakiej poszczególne myśli się pojawiają – możesz je po prostu ponumerować lub pisać w formie listy. Odłóż kartkę na bok, zajmij się swoimi codziennymi sprawami.

Jeśli masz trudności ze zwerbalizowaniem konkretnych wartości, istnieją pomoce do tego typu ćwiczeń: fiszki z nadrukowanymi nazwami wartości (rodzina, zdrowie, pieniądze itd.). Zamiast wypisywać listę z głowy, możesz zaopatrzyć się w nie i wybrać kilkanaście takich, które z tobą rezonują.

Wróć do swojej listy następnego dnia. Przeczytaj ją uważnie. Weź długopis i zacznij skreślać. Twoim celem jest skrócenie listy do pięciu najważniejszych wartości. Niech zostanie na niej to, co jest dla ciebie najcenniejsze. Jeśli coś skreślisz, to nie znaczy, że uznajesz to za nieważne, niewarte zachodu czy niedobre – odnotowujesz tylko, że dla ciebie są rzeczy ważniejsze. Skreślenie nie oznacza też, że od dziś całkowicie zaniedbasz ten aspekt życia. Gdy pozostaniesz z pięcioma, przepisz je „na czysto”, kartkę z długą listą wyrzuć albo schowaj głęboko do szuflady, odłóż długopis, zajmij się swoim dniem.

Kolejnego dnia wróć do swojej listy. Przed tobą ostatni krok, czyli uporządkowanie tych pięciu wartości od najważniejszej do najmniej ważnej. Przy czym „najmniej ważna” nie oznacza „nieważna”! Zastanów się, która z nich jest dla ciebie absolutnie kluczowa. Dla której poświęcisz pozostałe? To twoja wartość numer jeden. Porządkuj je dalej. Myśl przy tym o swoich celach i aspiracjach. Nie koncentruj się na tym, ile dziś każdej z nich poświęcasz czasu. Pytaj raczej: której z nich chciałbym / chciałabym poświęcać go więcej?

Tutaj może pojawić się wątpliwość: czasem najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale czasem najważniejsza jest praca, która daje nam środki do życia. Tak, wszystkie te wartości mają swój czas i miejsce – nie kwestionujemy tego. Pytamy: która ma mieć najwięcej miejsca? Oraz: jeśli musiałbyś / musiałabyś wybrać pomiędzy dwiema z nich, którą wybierzesz? W praktyce wszystkie z nich będziesz realizować; co więcej, będziesz też realizować wartości, które wczoraj skreśliłeś / skreśliłaś. Hierarchia ma nam służyć do określenia skali i rozstrzygania konfliktów, nie do zamykania się na wąski przedział doświadczeń.

Pracuj, aż uporządkujesz swoją listę. Może się zdarzyć, że była ona już od pierwszego dnia uporządkowana i twoje intuicyjne („co pierwsze przyszło mi do głowy”) ułożenie było ostateczne. Nie zakładaj jednak, że tak się stało. Sprawdź to w spokojnym namyśle. Przepisz swoją listę na czysto i zachowaj ją do przyszłej praktyki.

Nim podsumujemy nasze rozważania, chciałbym zwrócić waszą uwagę na trzy kluczowe pytania / koncepcje, które warto mieć na uwadze, pracując z hierarchią wartości.

Pierwsze z nich to pytanie: co jest dla mnie konieczne? Bez czego nie mogę żyć? Przykładowo: bez jedzenia nie będę mógł egzystować. W dzisiejszych czasach do zdobywania jedzenia służą pieniądze. Potrzebuję więc pewnej ilości pieniędzy, by egzystować – te zasoby są dla mnie konieczne. O konieczności sugerowałbym myśleć wąsko, to znaczy ograniczyć się faktycznie do tego, co jest niezbędne do biologicznego przetrwania naszego i tych, którzy od nas zależą. Nie mówmy więc: „koniecznie muszę pojechać na wakacje na Bahamy”, bo jakkolwiek byłyby one przyjemne i relaksujące, nie stanowią biologicznej konieczności.

Czy umieszczać to, co konieczne, na liście wartości? Tak, sugerowałbym to zawrzeć. Jeśli nie chcesz tego robić, staraj się przynajmniej mieć na uwadze, pracując z wartościami, że życie ma swoje konieczności, którym naturalnie będziesz poświęcać czas. Ja osobiście wprowadziłem do swojej hierarchii wartości pojęcie „zabezpieczenia zasobów”, w którym mieszczę kwestię koniecznych zarobków i utrzymania dobrego zdrowia.

Druga koncepcja dotyczy nadawania odpowiedniego priorytetu dbałości o siebie. Kto z was leciał samolotem, kojarzy zapewne wskazówkę, by w razie awarii najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku, które jest pod naszą opieką. Odruchowo możecie wypełnić swoją hierarchię wartości pięknymi, altruistycznymi ideami – uczono nas, że pomaganie innym i bezinteresowność są dobre, a dbanie o swoje interesy, jeśli nie złe, to przynajmniej podejrzane. Przełamcie ten schemat, przypominając sobie, że jeśli my sami nie będziemy w dobrym stanie, nie będziemy mogli służyć pomocą naszym bliskim.

To może powodować poważny dyskomfort, ale, myśląc o swoich wartościach, starajcie się ustawić priorytet na swoim dobrostanie. Jeżeli wasza psychika, wasze zdrowie, wasze życie nie będą w należytym porządku, to dla bliskich będziecie bardziej zawadą niż pomocą.

Trzeci aspekt to kwestia zobowiązań. W toku swojego życia podejmujemy przeróżne zobowiązania. Czasem robimy to jawnie, na przykład zatrudniając się do pracy i akceptując listę obowiązków. Czasem poprzez domniemanie – na przykład sprowadzając na świat dziecko. Warto pamiętać, myśląc o hierarchii wartości, o zobowiązaniach, które już podjęliśmy i które chcemy podjąć w przyszłości. Warto, by znalazły one swoje odzwierciedlenie na naszej liście.

Pamiętajmy przy tym, że zobowiązanie zobowiązaniu nierówne. Niektóre z naszych zobowiązań są nimi w słabym sensie. To znaczy, że jeśli uchylimy się od ich wykonania, istnieje wiele osób, które mogą je za nas podjąć. Świat się od tego nie zawali, nikt nie ucierpi. Przykładowo: jeśli jestem pracownikiem biurowym w wielkiej korporacji i wyjdę pewnego dnia z biura, trzaskając drzwiami, by już nigdy nie wrócić – świat się nie zawali. Inni podejmą moje zadania, z czasem zatrudnią kogoś na moje miejsce. To zobowiązanie w słabym sensie.

Niektóre zobowiązania możemy wykonać tylko my albo jest bardzo niewiele osób, które mogłyby się ich podjąć, a ich niewykonanie sprowadzi na kogoś innego cierpienie. Przykładem jest bycie rodzicem. Jeśli pewnego dnia wyjdę z domu, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą partnera czy partnerkę i dzieci, może nie znaleźć się nikt, kto podejmie moje obowiązki, a moje odejście najpewniej wyrządzi realną szkodę opuszczonym dzieciom. Jako rodzic jestem – do pewnego stopnia – niezastąpiony w życiu mojego dziecka. To zobowiązanie w silnym sensie.

Naturalnie tej drugiej kategorii zobowiązań przypiszcie wyższą wagę niż pierwszej. Upewnijcie się, że wasza hierarchia wartości pozwala wam je spełnić, bo nikt inny tego za was nie zrobi.

Przeniesienie naszej hierarchii wartości ze sfery intuicji do sfery rozumnego namysłu to proces, który wymaga czasu i wysiłku. Samo jej wstępne zbudowanie zajmuje kilka dni – a to dopiero początek przygody. Kiedy mamy ją dostępną, możemy zacząć w praktyce testować, czy nasze życie i nasze intuicje zgadzają się z wnioskami, do których doszliśmy. Nasze rozważania miały w sobie aspekt tworzenia pewnej teorii; następnie przychodzi moment sprawdzenia jej w codziennym doświadczeniu.

Przy pierwszym spojrzeniu może to wydawać się skomplikowane i przytłaczające. Nie wątpię jednak, że gdy zabierzecie się do tego procesu, szybko zorientujecie się, że jest on nie tylko łatwiejszy, niż się wydaje, lecz także że niesie w sobie wiele satysfakcji. Ostatecznie wszystkie te kroki prowadzą nas do próby odpowiedzi na jedno proste pytanie, z którym was dzisiaj zostawię:
Jaka jest twoja hierarchia wartości?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreatywność czy ucieczka w fantazje?

Kreatywność jest cennym zasobem. Zdolność do tworzenia abstrakcyjnych koncepcji i ubierania ich w konkretne ramy ma zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Pozwala nam lepiej pracować z własnymi przekonaniami, a także wyobrazić sobie położenie innych ludzi, co czyni ją niezwykle użyteczną w relacjach.

Uciekanie w fantazję przed rzeczywistymi emocjami przynosi ulgę. Jest ona jednak krótkotrwała i ulotna. Problemy, których próbowaliśmy uniknąć, nie znikają – przeciwnie, mają tendencję do wzrastania, gdy je ignorujemy. Zatracając się w świecie wyobraźni, tracimy kontakt z rzeczywistością.

Nawigując między tymi dwoma aspektami, warto pracować nad zbliżeniem się do kreatywności, by wykorzystywać wyobraźnię do rozwiązywania problemów rzeczywistego świata, a nie do uciekania przed nimi.

Jak to się łączy?

Jest w miarę jasne, że dwie omawiane skrajności są w gruncie rzeczy tym samym zjawiskiem. Różnica między nimi nie tkwi w jakości, lecz raczej w natężeniu – które jest niższe w przypadku kreatywności – oraz w zastosowaniu.

W przypadku bycia kreatywnym wyobraźnia jest narzędziem, które ma za zadanie informować nasze decyzje w realnym świecie. Służy procesowi decydowania i zmiany, której jesteśmy agentem. Pomaga nam lepiej zrozumieć możliwe konsekwencje, odgadnąć motywacje własne i innych. Jest nośnikiem idei i pomysłów, które skutecznie je komunikują i rozjaśniają.

W aspekcie ucieczkowym wyobraźnia staje się narzędziem unikania problemów, zapominania o nich. W ten sposób przypomina nieco używanie środków psychoaktywnych – na krótki czas pozwala odsunąć od siebie problem, czy to wewnętrzny (emocjonalny), czy zewnętrzny (zadanie do wykonania). Tak jak w przypadku środków psychoaktywnych, to odsunięcie jest niekonstruktywne – nie rozwiązuje problemu, pozostawia go na boku. W rezultacie fantazjowanie staje się rodzajem „nałogowego” regulowania emocji, które może stworzyć większe problemy niż te, których próbuje uniknąć.

Gdzie jestem

Mój stan obecny określiłbym jako bliski stanowi kreatora, czyli zdrowego i konstruktywnego wykorzystywania wyobraźni. Z kilkoma dużymi kłopotami, jakie w przeszłości z nią miałem, zdołałem się już uporać – żeby przywołać przykład z fantazjami przed zaśnięciem przywołany w tekście o ucieczce w fantazje [LINK].

Systematycznie ograniczam sytuacje, w których w niekontrolowany sposób osuwam się w zafantazjowywanie przeróżnych trudnych wyzwań i sytuacji z życia. Dostrzegam, kiedy ten mechanizm się uruchamia, i potrafię go zazwyczaj powstrzymać.

Choć jest dobrze, to jednak mogłoby być lepiej. Nadal widzę spore pole do poprawy, szczególnie w dziedzinie relacji. Tutaj zdarza mi się nadal, iż uciekam przed decyzją czy działaniem, które wystawiłoby mnie na perspektywę odrzucenia, w fantazję o tym działaniu. Rozgrywam sytuację w głowie, daję jej pozytywne zakończenie i, na pewnym poziomie, uznaję, że tak się faktycznie stało.

Optymalny stan

Moje wyobrażenie optimum na tej osi jest dość proste i intuicyjne: chcemy zachować kreatywność bogatej wyobraźni, jednocześnie eliminując – na tyle, na ile to możliwe – aspekt ucieczkowy.

Chcę, by wyobraźnia była narzędziem tworzenia i radzenia sobie z wyzwaniami życia. By pozwalała ujmować idee w sposób zrozumiały i przystępny, by była źródłem metafor poszerzających zrozumienie skomplikowanych problemów u mnie i u innych, z którymi wchodzę w interakcje. Idea twórczości, nawet tej technicznej i naukowej, polega w dużej mierze na sile wyobraźni i warto tę siłę pielęgnować i zachowywać.

W odniesieniu do emocji wyobraźnia powinna być narzędziem pracy z nimi, ich lepszego zrozumienia i zinternalizowania. Ma ułatwiać odczytywanie przesłania, jakie się za nimi kryje, ma być tłumaczem między nimi a świadomą analizą. Nie powinna przy tym stać się narzędziem emocjonalnego tłumienia, metodą na ignorowanie czy zagłuszanie emocji – takie jej wykorzystanie, choć kuszące, będzie prowadzić do większych kłopotów niż zysków.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowe dla rozwijania i balansowania tej kompetencji są stoickie ćwiczenia oparte na wyobraźni. W pewnym sensie każde stoickie ćwiczenie ma element wyobrażonego, ale jest kilka, które szczególnie mocno się na nim opierają. Regularne praktykowanie tych ćwiczeń prowadzi do pewnej dyscypliny w fantazjowaniu, w sensie przyzwyczajenia nas do używania wyobraźni do analizowania konkretnych, realnych problemów. Nadaje ramy problemowe zajęciu wyobrażania sobie.

Ćwiczenia, które absorbują wyobraźnię w największym stopniu, to:

  1. Perspektywa kosmiczna – wyobrażanie sobie siebie jako części większej całości, czy to w przestrzeni (kosmos), czy w czasie.
  2. Premeditatio maloru (i bonum) – rozmyślanie nad złem (dobrem), czyli wyobrażanie przebiegu nadchodzących wyzwań w celu zrozumienia, czego możemy się spodziewać w najgorszym (najlepszym) obrocie rzeczy. To wyobrażanie ukierunkowane na rozpoznanie ścieżki wyjścia z każdego, nawet najtrudniejszego przebiegu zdarzeń.
  3. Wizualizacja mistrza – co zrobiłby w tej sytuacji stoicki mistrz; ćwiczenie ma nam pomóc dokonać właściwego, stoickiego wyboru, kiedy stajemy przed skomplikowanym pytaniem.

Pozostaje jeszcze sprawdzenie naszej dyspozycji w relacjach. Choć nie jest to konkretne ćwiczenie stoickie, należy pamiętać, że stoicyzm jest filozofią ukierunkowaną na społeczność. W tym duchu niezwykle istotne jest wchodzenie w relacje i trenowanie w nich konstruktywnego użytkowania wyobraźni oraz powstrzymywania się przed ucieczką.

Podsumowanie

Balans między kreowaniem a ucieczką w fantazję powinien być przechylony w stronę tego pierwszego. Jest jednak niezwykle istotne, by w dążeniu do tego optimum nie utracić zdolności radosnego wykorzystania naszej wyobraźni.

Powiem wręcz, że choć warto pracować nad tym aspektem, nie warto poświęcać swej wyobraźni dla pozbycia się drobnych elementów ucieczkowych. Okazjonalna ucieczka w wyobrażenia przyniesie mniej szkód niż utrata wyobraźni.

A jaką wy macie relację ze swoją fantazją? Czy służy wam pomocą na co dzień? Czy czasem uciekacie w nią, gdy dzień dopiecze wam nad miarę?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.