Melete thanatou

Jak często myślicie o swojej śmierci?

Wielu ludzi obruszy się na sam widok tego pytania. Powiedzą coś o przyciąganiu nieszczęścia, czarnowidztwie czy psuciu humoru. To naturalna reakcja. Strach przed śmiercią jest głęboko zakorzeniony w naszej psychice. Nic dziwnego, że nie chcemy myśleć o źródle tych lęków. To podejście, tak naturalne i zrozumiałe, jest jednak według stoików (i nie tylko według nich) z gruntu błędne.

Unikanie źródła lęku sprawia bowiem, że lęk ów się wzmaga. To paradoks znany i potwierdzany też w terapii poznawczo-behawioralnej. Za każdym razem, gdy pod wpływem strachu decydujemy, by czegoś nie robić lub o czymś nie myśleć, zwiększamy strach, jaki odczujemy w przyszłości w podobnych sytuacjach. Choć jest to zależność zaskakująca, dzieje się tak dlatego, że mózg interpretuje ucieczkę jako sukces w kontekście naszego przetrwania. Najlepiej pokażmy to na przykładzie.

Powiedzmy, że mam lęk wysokości i znalazłem się kilka kroków od krawędzi klifu. Jeśli pod wpływem emocji odwrócę się i oddalę od przepaści, mój mózg odnotuje to tak: byliśmy się w stanie zagrożenia życia, poczuliśmy lęk, uciekliśmy przed niebezpieczeństwem. A zatem nadal żyjemy – dzięki naszej ucieczce i lękowi! W przyszłości będziemy więc bać się jeszcze bardziej, bo to nas najwidoczniej chroni. W tym pozornym szaleństwie jest dobrze uzasadniona ewolucyjnie metoda.

Jednak tak naprawdę to właśnie działanie przeciwne, czyli konfrontowanie się ze źródłem lęku, jest sposobem na jego zredukowanie. Ćwiczenie melete thanatou, czyli rozmyślania nad śmiercią, to narzędzie zalecane przez starożytnych do pracy nad strachem przed kresem naszego istnienia. Esencją ćwiczenia jest zastąpienie ucieczki przed niepokojącymi myślami przez świadome i rozważne zagłębienie się w ich treść. Zamiast odwracania głowy od rzeczywistości, technika ta zaleca skonfrontowanie się z naszą śmiertelną naturą – nieintuicyjnym, ale niechybnym efektem będzie redukcja lęku.

Przebieg ćwiczenia

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Wyobraź sobie siebie w podeszłym wieku leżącego na szpitalnym łóżku w otoczeniu rodziny i przyjaciół, także już postarzałych. Leżysz z zamkniętymi oczami, oddychasz ciężko i bardzo płytko.

Przenieś się w wyobraźni do Twego umierającego ciała. Masz zamknięte oczy, nie widzisz ludzi wokół, ale czujesz ich obecność, ktoś trzyma Cię za rękę. Oddychasz z trudem, ale nie czujesz bólu ani strachu. Wyobraź sobie, że Twój umysł wchodzi w taki stan jak przed zaśnięciem. Świadomość odpływa i wraca, odpływa i wraca, aż wreszcie znika.

Od tego momentu zaproponuję kilka wariantów dalszego etapu ćwiczenia.

Wariant pierwszy (według mnie najtrudniejszy) to próba wyobrażenia sobie stanu nieistnienia. Postaraj się uchwycić, jak by to było, gdybyś całkowicie nie istniał. Możesz się wspomóc podobieństwem snu i śmierci, czyli skoncentrować się na myśli, że zasypiasz i już nigdy się nie budzisz. Określam ten wariant jako najtrudniejszy, bo nie jest łatwo poczuć stan, którego nigdy nie doświadczyliśmy – przecież jedyne, co znamy to stan istnienia; nie mamy pojęcia, co znaczy nie istnieć. Po drugie, we mnie przynajmniej, wizja ta wywołuje ogromny niepokój i chęć ucieczki – co zresztą sprawia, że przewrotnie właśnie ten wariant zwykłem praktykować.

Wariant drugi (klasyczny) to wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. Jeśli chcesz, możesz użyć sceny przy łożu śmierci, z rodziną zgromadzoną wokół. Wyobraź sobie Twoje martwe już teraz ciało, leżące na katafalku, otoczone kręgiem bliskich. Zastanów się, jakie słowa by padły, gdyby wygłaszano mowę pogrzebową. Jeżeli czujesz się na siłach, wyobraź sobie całość Twojego epitafium. Możesz skoncentrować się na dwóch wersjach: pierwsza to stan aktualny – co spodziewałbyś się usłyszeć, gdyby pogrzeb odbył się dziś? W drugiej wersji skup się na wyobrażeniu tego, co chętnie byś w takiej mowie o sobie usłyszał – co miałoby być treścią tej mowy? Jak chciałbyś być wspominany, gdyby zależało to od Ciebie?

Trzeci wariant (bliski perspektywie kosmicznej) to wyobrażenie sobie świata bez Ciebie. Jak toczyłyby się sprawy, gdybyś umarł? Co by się stało z Twoim dobytkiem? Jak potoczyłyby się losy Twoich bliskich? Wyobraź sobie ciąg dalszy istnienia świata po Twojej śmierci. Jeśli ułatwi Ci to wizualizację, możesz umieścić się w roli ducha obserwującego rzeczywistość po wyjściu z ciała. Nie traktuj jednak tej metafory zbyt dosłownie – to tylko narzędzie, które ma pomóc w wizualizacji, a nie sugestia konkretnego życia po śmierci.

Nie ma przeszkód, by wykorzystywać w ćwiczeniu więcej niż jeden z podanych wyżej wariantów. Przykładowo możesz spędzić chwilę wyobrażając sobie niebyt, by następnie przejść do projekcji Twego epitafium. Warto też stosować te warianty zamiennie w kolejnych sesjach melete thanatou.

Kończąc ćwiczenie powróć do tu i teraz. Możesz dać sobie chwilę, by poczuć na nowo swoje ciało, by ponownie poczuć, że żyjesz. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Zauważ, jak unosi się i opada klatka piersiowa. Posłuchaj bicia swojego serca. Uspokój myśli, rozluźnij się i otwórz oczy.

Rady techniczne i koncepcyjne

Ćwiczenie melete thanatou ma na celu redukcję lęku przed śmiercią i, w konsekwencji, lęku w ogóle. Jeżeli w Waszym przypadku prowadzi do przeciwnego skutku, czyli wzmożonego strachu, zatrzymajcie się i nie kontynuujcie tej praktyki bez konsultacji ze specjalistą. Podobnie jak w przypadku premeditatio malorum, warto zachować rozsądek i nie brnąć w coś, co może przynieść więcej szkody niż pożytku. Jednak zaznaczę, że strach odczuwany w czasie ćwiczenia, nie jest powodem, by rezygnować, jest to bowiem część procesu. Jeżeli ów dręczący niepokój rozlewa się na nasze funkcjonowanie po ćwiczeniu, należy mu się przyjrzeć i zastanowić nad zmodyfikowaniem dalszej praktyki z użyciem tej metody.

Przedstawione powyżej warianty nie są jedynymi możliwymi, zachęcam więc do eksperymentowania i szukania ścieżek, które będą dla Was najkorzystniejsze. Ta uwaga dotyczy nie tylko środkowej części ćwiczenia, ale także jego otwarcia. Jeśli macie inną koncepcję rozpoczęcia ćwiczenia, śmiało ją wypróbujcie.

W części środkowej sugeruję sprawdzenie wszystkich wersji. Jednego dnia pierwszą, kolejnego drugą i następnego trzecią. Chodzi o to, by nie zakładać z samego opisu, że któraś z nich będzie najodpowiedniejsza. Kiedy przyjdzie do decyzji, zróbcie coś nieintuicyjnego: wybierzcie do użytku tę wersję, która wywołała najsilniejszy dyskomfort. Brzmi dziwnie, ale to właśnie z dyskomfortem pracujemy – im więcej go sobie wyobrazimy i poczujemy, w bezpiecznych warunkach ćwiczeniowych, tym lepiej.

Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy dyskomfort staje się tak silny, że nie jesteście w stanie doprowadzić ćwiczenia do końca i odczuwacie trudności w zmotywowaniu się do kontynuowania. W takim wypadku sięgnijcie po wersję lżejszą, taką, która umożliwi Wam optymalne przeprowadzenie ćwiczenia.

Kiedy ćwiczyć?

Dobrym momentem na praktykowanie melete thanatou jest wieczorny przegląd siebie. Natura ćwiczenia pasuje zgrabnie do podsumowania i zamknięcia dnia. Jedyny szkopuł to czas: melete thanatou jest czasochłonne i może sprawić, że wieczorna medytacja rozrośnie się nadmiernie, co utrudni jej praktykowanie. Jeśli znajdziecie się w takim położeniu, spróbujcie raczej znaleźć czas na osobną sesję w ciągu dnia .

Melete thantou, w przeciwieństwie do premeditatio malorum, jest ćwiczeniem, które praktykujemy regularnie, a nie doraźnie. Jeśli to możliwe, codzienna praktyka będzie optymalna. Jednak jeśli to nadmierne wymaganie czasowe, praktykowanie co kilka dni czy nawet raz w tygodniu także przyniesie efekt.

Szczegółowo przeprowadzona sesja może zająć 15-20 minut, choć standardowo spodziewałbym się, że zamkniecie się w 10 minutach. Jeżeli zauważycie, że czas ćwiczenia spada do mniej niż 5 minut, może to oznaczać, że „gonicie” przez nie, potencjalnie ze względu na lęk i dyskomfort, które mu towarzyszą. W takiej sytuacji postarajcie się jednak nieco-zwolnić tempo, co na pewno wpłynie korzystnie na efekty.

Mądrym pomysłem jest połączenie melete thanatou z jedną z praktyk afirmacyjnych, na przykład z ćwiczeniem wdzięczności, polegającym na  wymienianiu trzech rzeczy, za które jesteśmy w danym dniu wdzięczni. Zastosowana bezpośrednio po kontemplacji śmierci, praktyka wyrażania wdzięczności może pomóc sprawniej wrócić do tematów związanych z życiem.

Chcąc wejść na wyższy poziom Waszej praktyki, połączcie dzisiejsze ćwiczenie z pracą z przekonaniami. Ostatecznie lęk przed śmiercią jest związany z przekonaniem, że śmierć jest czymś złym. Rozpracowanie i osłabienie tego przekonania, jest mocną bazą, stabilnym wsparciem dla kontemplacji naszej śmiertelności.

Podsumowanie

Efektem regularnego praktykowania melete thanatou jest redukcja lęku przed śmiercią. Nie bez powodu używam słowa „redukcja” zamiast „eliminacja”. Nie należy oczekiwać, że uda nam się z użyciem tej techniki usunąć najbardziej pierwotny i głęboki ludzki lęk. Stawianie poprzeczki tak wysoko jest błędem, który sprowadziłby na nas frustrację i przekonanie o nieskuteczności tej praktyki. Nie oznacza to jednak, że nieosiągalna jest realna i głęboka ulga. Strach nie jest stanem zero-jedynkowym: wiemy to z własnego doświadczenia, chociażby z obserwacji, że przykładowo, pająków boimy się bardziej niż węży. Przesuwając się w dół na spektrum intensywności tej emocji, zaznamy poprawy naszego funkcjonowania.

Strach przed śmiercią zajmuje szczególne miejsce w naszej psychice – jest fundamentem, na którym wznoszą się inne lęki. Czymże bowiem jest lęk wysokości, jeśli nie przerażeniem, że umrzemy w wyniku upadku? Czym jest strach przed pająkiem, jeśli nie wizją śmierci w wyniku działania jadu? Te przykłady są klarowne, lecz jest jeszcze jeden, niezwykle ważny, nieco bardziej skomplikowany. To relacja między strachem przed śmiercią a strachem przed porzuceniem (w tym przez grupę). Te dwa porównywalne w skali widma wiszą nad naszym życiem i kształtują nasze działania w stopniu, z jakiego nie zdajemy sobie sprawy. Czy te byty są niezależne? Być może, ale możliwym też jest, że strach przed ostracyzmem jest pochodną strachu przed śmiercią, gdyż w dawnych czasach bycie wygnanym przez plemię było gwarancją utraty życia.

Jeśli każdy z lęków wywodzi się z lęku przed śmiercią, to praca nad tym właśnie lękiem jest pracą nad wszystkimi pozostałymi. Nie bez powodu ćwiczenie melete thanatou starożytni oddzielali od, blisko z nim związanego, premeditation malorum. To ostatnie miało doraźnie stępiać ostrze pomniejszych lęków, podczas gdy to pierwsze było pracą nad fundamentem naszej konstrukcji psychicznej. Jego szczególna waga i rola uzasadniają traktowanie go jako oddzielnej praktyki.

Nie będę Was przekonywał, że jest to ćwiczenie łatwe. Wiąże się ono w sposób nieunikniony z dyskomfortem i narażaniem się na trudne emocje. Kontemplowanie własnej śmierci raczej nie jest przyjemne. Chciałbym Was jednak zachęcić, byście spojrzeli na nie jako na przykład odroczonej gratyfikacji: dziś podejmujecie wysiłek, znosicie niewygodę, może nawet ból i cierpienie, ale czynicie to, by w perspektywie czasu uzyskać równowagę i błogość. To inwestycja w spokój ducha, która spłaci się z nawiązką.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym, co nowego pojawiło się na blogu, a także dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać jeszcze więcej stoickich treści, to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady, jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów w newsletterze, pomagała korektorka Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Premeditatio malorum

Premeditatio malorum można tłumaczyć z łaciny w dosłowny, acz nieszczególnie zręczny sposób, jako uprzednie rozmyślania nad złem lub nieszczęściem.  Zręczniejsze sformułowanie podchwyciłem od osoby lubującej się w zabawach językowych: „przedmysł niepowodzeń”. Słówko „przedmysł” jest tworem nowym, ale oddającym moim zdaniem lepiej ducha łacińskiego praemeditatio. Słówko „niepowodzenie”, choć nie tak nowatorskie, oddaje  jednak dobrze istotę tego, iż malorum odnosi się do zrządzeń losu, czegoś, co nam się przytrafia, a nie do naszych własnych czynów.

To byłby pierwszy poziom rozumienia omawianego ćwiczenia: gdy mianowicie jego treścią jest rozpatrywanie  możliwych niepomyślnych obrotów zdarzeń niezależnych od nas, zanim   nam się one przytrafią. Zwykle są one choć odrobinę spodziewane,  dotyczą bowiem znanych w ogólnym zarysie wyzwań stojących przed nami. Rzadziej, acz też skutecznie, odnosimy przedmysł do ogólnych zagrożeń: śmierci, choroby, utraty bliskiego etc.

Znając ramy, przejdźmy przez etapy praktyki, zwracając uwagę na pewne niuanse, które są na tyle istotne, że stanowią o różnicy między premeditatio malorum a czarnowidztwem.

Praktyka

Zamknij oczy i weź kilka głębokich kontrolowanych oddechów. Uspokój myśli, rozluźnij się. Przygotuj umysł na intensywną pracę w wyobraźni w optymalny dla Ciebie sposób.

Pomyśl o czekającym Cię wyzwaniu, o sytuacji, której się obawiasz. Takiej, w której napotkasz elementy wychodzące poza twoją  kontrolę, a które mogą zadecydować o jej rozwoju. Wyobraź sobie scenerię tej sytuacji. Może to być biuro w pracy, w której skonfrontujesz się z szefem, sala szpitalna, w której przejdziesz zabieg, pokój w twoim domu, w którym będziesz rozmawiał z partnerem lub partnerką. Jeśli sytuacja może się okazać dynamiczna i sceneria będzie się zmieniać, wyobraź sobie miejsce, gdzie się zacznie – niech to będzie lokalizacja pierwszej sceny.

Wyobraź też sobie ludzi, którzy będą niej uczestniczyć. Bądź  dokładny. Nadaj im ich zwykły wygląd: ubrania odpowiednie do okoliczności, typowy wyraz twarzy etc. Pomyśl zwłaszcza o postaciach, które będą istotne dla twego zdarzenia. Nie kłopocz się statystami, osobami, które będą w pobliżu, ale nie odegrają żadnej roli. Skup się na głównych aktorach.

WAŻNE: nie czyń z ludzi ich karykatur. Nawet jeśli spodziewasz się konfrontacji, staraj się nie wyolbrzymiać żadnych ich cech. Przesadnie wykrzywione złością twarze nie pomogą Ci zanurzyć się w sytuację, a mogą wzmocnić w Tobie negatywne  nastawienie. Nie ma potrzeby, by kogokolwiek w wyniku tej praktyki bardziej „znielubić”.Rozpocznij odgrywanie sytuacji. Wyobraź sobie, że przebiega w możliwie niekorzystny sposób. Jeśli coś niezależnego od Ciebie może się nie powieść – niech tak się stanie. Bądź uważny na własne emocje. Myśl o tym, co byś czuł, gdybyś tam rzeczywiście był. Możesz „zwolnić” przebieg akcji, by zastanowić się i w pełni poczuć swój stan, bo na tym etapie chcesz go faktycznie poczuć, na tyle na ile to możliwe.

UWAGA: element emocjonalny jest najtrudniejszy do odtworzenia w całym ćwiczeniu, ale też niezwykle istotny. Instynktownie staramy się unikać nieprzyjemnych emocji, tutaj zaś celowo chcemy się z nimi spotkać i je poczuć. To wymaga przełamania naturalnego oporu. Choć może to generować dyskomfort, pamiętaj, iż długofalowo przyniesie Ci korzyść.

Doprowadź sytuację do jej naturalnej konkluzji. Oto ziścił się najczarniejszy scenariusz. Zwróć uwagę na to, jak się teraz czujesz. Badaj, jakie emocje towarzyszą Ci w tych okolicznościach. Jeśli pozostajesz w otoczeniu ludzi, wyobraź sobie, jak oni będą się zachowywać.

Nie zatrzymuj ćwiczenia  w tym momencie. Zastanów się, co mógłbyś zrobić dalej. Chodzi o to, byś zaplanował swoje kolejne kroki po przewidywanej katastrofie. Rozważ, czy jest coś, co możesz zrobić, by ograniczyć jej skutki. Myśl o tym, jakie działanie podejmiesz zaraz po. Czy pójdziesz do domu, by ochłonąć? Czy zadzwonisz do przyjaciela? Planuj swoją krótkoterminową taktykę i długoterminową strategię, koncentrując się na tym, co kontrolujesz.

UWAGA: ten moment jest kluczowy dla całego ćwiczenia i stanowi o różnicy między  premeditatio malorum a czarnowidztwem. Mamy wyjść o krok dalej niż wyobrażenie sobie, że coś  pójdzie  nie po naszej myśli. Mamy zacząć tworzyć plan awaryjny. To ma podwójny skutek: jesteśmy zawczasu przygotowani na sytuację, w której trzeba będzie działać i przekonujemy się naocznie, że jakkolwiek wielkie byłoby wyobrażone nieszczęście, świat się w jego wyniku nie skończy.

Kiedy stworzysz zarys planu działania, zacznij go sobie wyobrażać. Nie musisz przechodzić przez całość – niejednokrotnie takie plany jawią się jako czasochłonne i złożone. Wystarczy, że wyraźnie zwizualizujesz sobie kilka pierwszych kroków. Kluczowym jest poczuć, że, po pierwsze emocje opadają, gdy zdarzenie się kończy. Po drugie, że masz dozę sprawczości  – nie odebrano Ci wszak kontroli nad tym, co jest od ciebie zależne. Po trzecie wreszcie, że nawet po największym nieszczęściu zwykle życie toczy się dalej.

UWAGA: pamiętaj, by wyobrazić sobie owo wygaszanie emocji, które następuje, gdy sytuacja dobiega końca. Nie wychodź z tej medytacji nabuzowany strachem czy gniewem. Tak jak w życiu, tak i w wizualizacji emocje powinny opaść.

Kiedy uznasz, że wystarczająco zgłębiłeś następstwa niepowodzenia i emocje już opadły, możesz skończyć seans. Nim jednak to zrobisz, poświęć chwilę, by  się zastanowić, jak się w tym momencie czujesz. Zbadaj, czy twoje spojrzenie na czekającą cię trudność uległo zmianie. Jeśli nie, sprawdź jakie emocje lub wyobrażenia to spowodowały. Odnotuj je, by poddać je w przyszłości refleksji.

Weź kilka głębokich oddechów. Skoncentruj się na  pracy ciała podczas wdechu i wydechu. Uspokój myśli i otwórz oczy.

Uwagi techniczne

Jest rzeczą niewątpliwą, że ćwiczenie premeditatio malorum (przedmysł niepowodzeń) wymaga bujnej wyobraźni. Tak jak w przypadku perspektywy kosmicznej, może się okazać, że nasza wyobraźnia nie jest wystarczająco rozwinięta, by udźwignąć ciężar tak skomplikowanego zadania.

Rada jest podobna: należy ćwiczyć korzystając z mniej wymagających technik. Pomocne będą wizualizacja mistrza, przegląd siebie etc. Dobre wyniki można uzyskać fantazjując od czasu do czasu „dla rozrywki”, pamiętając jednak,  by nie przesadzić i nie zatracić się w fantazjach.

Zaleca się stosować to ćwiczenie w przededniu konkretnych trudnych sytuacji. Nie jest praktykowane na co dzień, lecz raczej doraźnie. Dobrym momentem na premeditatio malorum jest poranny przegląd siebie w dniu, w którym spodziewamy się zmierzyć z naszą nemezis. W ten sposób będziemy mieli benefity z tej praktyki na świeżo głowie.

Planując ćwiczenie trzeba wziąć pod uwagę, że jest ono dość czasochłonne. Jeżeli na ślepo uczynimy je częścią porannego przeglądu siebie, to może się okazać, że trudna rozmowa z szefem, do której się szykowaliśmy, będzie rezultatem naszego spóźnienia, bo poświęciliśmy za dużo czasu na poranne medytacje. Weźmy to pod uwagę i jeśli trzeba, odłóżmy premeditatio na jazdę w tramwaju, gdy nie będzie nam grozić spóźnienie.

Kiedy pod koniec ćwiczenia myślimy o tym, co uczynimy po przewidywanej „katastrofie”, warto sięgnąć do swojej hierarchii wartości i sprawdzić, cóż ona by nam podyktowała. Przydatne może też być zbadanie, czy któraś z wartości cierpi w rozważanej sytuacji. Jeśli nie, ułatwi nam to ustawienie całego zdarzenia w spokojniejszej perspektywie.

Konkluzja

Celem, jaki osiągamy praktykując premeditatio malorum, jest zwiększona odporność na wyzwania. Dzięki tej praktyce jesteśmy lepiej przygotowani na to, co może nastąpić. Oswajamy trudne emocje, które powstają w sytuacji kryzysowej, jeszcze zanim się pojawią, dzięki czemu stępiamy ich ostrze i odbieramy im siłę.

Dzięki takiej postawie możemy reagować i działać w sposób możliwie optymalny, gdyż nasze decyzje nie są zakłócane przez uderzenia emocjonalne. Rozumiemy wtedy lepiej, jakie stoją przed nami wyzwania i jakie mamy opcje, by  im stawić czoła.  Poprawiamy zatem jakość naszego działania.

Przygotowani na ewentualną porażkę, możemy ją znieść z minimalną szkodą i stworzyć okazję do tego, by sukces lub wynik neutralny były pozytywną niespodzianką. Świadomość, że po domniemanej porażce jest mimo wszystko jakaś przyszłość, a nasze pole do działania się nie zamyka, motywuje nas, by nie wpadać w rozpacz, tylko skoncentrować się na tym, co od nas zależne.

Choć momentami trudne i niekomfortowe, premeditatio malorum niesie ze sobą szeroki wachlarz zalet. Warto spróbować  skorzystać z tego ćwiczenia, gdy przyjdzie nam zmierzyć się z kolejną trudną chwilą w życiu.

Czy jest jakieś wyzwanie, które na Was czeka, gdzie premeditatio malorum mogłoby okazać się pomocne? Czy macie odwagę, by go spróbować?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

PS. Kilka słów zza kulis

Przy redakcji tego tekstu, a także tekstów na newsletterze, pomagała Katarzyna Hohm (Instagram: @otulamka.tekstow).

Perspektywa kosmiczna

Jestem centrum wszechświata. Ty, drogi czytelniku lub czytelniczko, także jesteś centrum wszechświata. Rozglądamy się wokół i wszystko wskazuje na prawdziwość tych stwierdzeń. Świat nas otacza, jesteśmy w jego centrum. Dziwna perspektywa? Może nawet niebezpieczna? Wiecie, co jest najdziwniejsze? Ona jest prawdziwa. Jeśli wszechświat rozpoczął swoje istnienie od jednego punktu, jak głosi teoria wielkiego wybuchu, to środek wszechświata jest wszędzie, każdy jego punkt jest środkiem. Gdzie byśmy się nie znajdowali, jeśli spojrzymy wokół, zobaczymy kulę o 15 miliardach lat świetlnych średnicy.

Z tej obserwacji wynika też, że bycie środkiem wszechświata nie jest niczym szczególnym, bo każdy nim jest. Warto zdać sobie sprawę, że nie ma w tym nic wyjątkowego, uchwycić nową perspektywę – nazwijmy ją „perspektywą kosmiczną”. Z niej dostrzeżemy, że wyjątkowość jest iluzją – tworem geometrii czasoprzestrzeni i geometrii naszej psychologii – ale jednocześnie uzmysłowi nam, że pozostajemy centrum własnego wszechświata i z tym faktem nie ma sensu się kłócić.

Cel

Perspektywa kosmiczna to tradycyjne stoickie ćwiczenie, opierające się na wyobrażeniu sobie siebie w szerszej perspektywie, jako części większej całości. Na pierwszy rzut oka wydawać się może, że chodzi o oddalenie się od siebie i formalnie tak to ćwiczenie przebiega. Jednak oddalenie nie jest celem ćwiczenia – przecież po każdym jego zastosowaniu wracamy i jesteśmy równie blisko, a może bliżej, niż zaczynaliśmy.

Celem perspektywy kosmicznej jest właśnie zbliżenie do samego siebie. Ma prowadzić nas do zrozumienia, że jesteśmy centrum swego wszechświata i to jedynym, jakie będziemy mieli. Cały ogrom, który właśnie dostrzegliśmy: ludzie, kraje, planety, gwiazdy, tysiąclecia i miliony lat – one istnieją i w porównaniu z nimi nasza fizyczność i czas są tylko pyłem i mgnieniem, ale jedynymi, które od nas zależą. Wielka reszta jest pełna rzeczy niezależnych, których istnienie i koleje możemy tylko zaakceptować.

Perspektywa w przestrzeni

Najpopularniejszym sposobem na praktykowanie perspektywy kosmicznej jest wyobrażanie oddalania się od siebie w przestrzeni. Celem jest świadomość, jak niewielkim wycinkiem fizycznej rzeczywistości jesteśmy, czyli jak się prezentujemy w perspektywie kosmosu – stąd nazwa ćwiczenia.

Przykładowa praktyka wygląda następująco: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie widzianego od góry, jakbyś zawisł nad swoim ciałem i je obserwował. Wyobraź sobie wyraźnie, jak wyglądasz z tej perspektywy. Niech ten obraz się wyklaruje.

Zacznij oddalać się od ciała, jakbyś unosił się ku górze. Masz patrzyć na siebie z coraz większego oddalenia. O ile nie ćwiczysz pod otwartym niebem, gdzieś po drodze winny się pojawić sufity i dachy – traktuj je tak, jakby były przezroczyste. Utrzymuj wizję swego ciała, nawet gdy wzniesiesz się ponad dachy.

Niech wznoszenie będzie powolne, na tyle, byś utrzymał klarowność wizji, by obraz się nie rozmył. Możesz się zatrzymywać, by wyostrzyć wyobrażenie i poświęcić chwilę na kontemplację siebie na coraz większym tle.

Wznoś się, aż zobaczysz całą planetę. Teraz jesteś już maciupki i ledwo cię widać. Jesteś małą kropeczką, światełkiem na wielkim globie. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Zacznij oddalać się jeszcze bardziej. Możesz przyspieszyć – już straciłeś siebie z oczu, jesteś za mały, by pozostać widocznym. Oddalaj się, dopóki Ziemia nie stanie się kropką w Układzie Słonecznym. Dostrzeż kulę Słońca w środku, gazowe giganty na obrzeżach i okruch Ziemi, ledwo widoczny w okolicy naszej gwiazdy. Zatrzymaj się na chwilę w tej perspektywie.

Możesz oddalać się jeszcze dalej, aż do momentu, kiedy ujrzysz całą Drogę Mleczną – naszą galaktykę, gdy Słońce stanie się tylko malutkim ziarenkiem na jej tle.

Przejdź drogę powrotną. Możesz to uczynić w miarę szybko, jakbyś był przyciągany ponownie do swego ciała. Zobacz siebie z góry z wysokości jednego metra. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Perspektywa w czasie

Drugi najczęściej spotykany sposób na praktykę ćwiczenia to oddalanie się w czasie. Wyobrażamy sobie ogrom czasu, który upłynął przed nami i który upłynie po naszym odejściu.

Początek jest taki sam: usiądź wygodnie i zamknij oczy. Weź kilka głębokich, kontrolowanych oddechów. Uspokój swój umysł, skoncentruj się na oddychaniu.

Wyobraź sobie siebie w takim wieku, jaki masz obecnie, ubranego w codzienne ciuchy. Wyobraź sobie, że idziesz bez celu ulicą swego miasta.

Rozpocznij od kierunku wstecz w czasie. Wyobraź sobie, że młodniejesz. Nadal idziesz, ale twoja twarz pozbywa się zmarszczek, zmieniają się ciuchy, przekształca się także miasto wokół ciebie – znikają nowe budynki, zmieniają się marki samochodów na ulicach.

Cofaj się, aż zobaczysz siebie jako dziecko, kroczące przez świat, jaki pamiętasz ze swoich najwcześniejszych wspomnień. Jeśli jest to dla ciebie komfortowe, możesz wyobrazić sobie siebie w łonie matki. Jeśli budzi to dyskomfort, odpuść – to nic kluczowego.

Dotarłeś do świata przed twoim narodzeniem. Wyobraź sobie twoją miejscowość taką, jaka była w twoich najstarszych wspomnieniach. Możesz spojrzeć z poziomu ulicy lub z lotu ptaka. Zacznij cofać się w czasie, skupiony na mieście. W pewnym momencie samochody ustąpią dorożkom, zabudowa się skurczy, stroje ludzi będą się zmieniać. Nie musisz przechodzić przez każdą epokę, ale uchwyć kilka z nich – może takie, które przyciągały uwagę na lekcjach historii.

Wreszcie miasto zniknie i ustąpi miejsca puszczy. Pomyśl o starożytnym Rzymie lub Grecji. Wyobraź sobie budowle, które dziś są ruiną, w czasach świetności – Koloseum, Partenon, hipodromy, akwedukty. Cofaj się dalej i te budowle znikną, ustąpią miejsca drewnianym chatom.

Dotrzesz do czasu, gdy nie było jeszcze na Ziemi człowieka. Może wyobrażasz sobie czas dinozaurów. Wyobraź sobie planetę i kontynenty wędrujące po jej oceanach w ogromnych skalach czasowych. Wyobraź sobie rozpad Pangei, wielkiego prakontynentu. Ameryki odrywają się od Europy i Afryki.

Możesz cofać się jeszcze dalej, do czasów powstawania Ziemi czy nawet wielkiego wybuchu.

Wróć do teraźniejszości. Weź kilka głębokich wdechów i rusz w przyszłość w podobny sposób. Wyobraź sobie siebie starzejącego się, idącego ulicami miasta. Spróbuj zgadnąć, jak zmieni się świat wokół ciebie.

Przyjdzie czas, gdy już cię nie będzie. Wyobraź sobie miasto – jak się rozwija i przekształca. Może pojawiają się w nim latające samochody. Powstają strzeliste drapacze chmur. Trwa rozwój.

Wyobraź sobie miasto, które się rozpada i starzeje. Może jest opuszczone, może nie ma już w nim ludzi. Ruiny budynków walą się w proch. Może nadal są tu ludzie, przychodzą i odchodzą, pokolenie za pokoleniem. Wyobraź sobie planetę jako całość – kontynenty nadal dryfują, może jakieś się zderzą, uformują nowy?

Możesz iść dalej w tym wyobrażeniu, aż do czasu, gdy Słońce zacznie umierać i pochłonie Ziemię, a nawet dalej – do śmierci cieplnej wszechświata.

Wróć do teraźniejszości. Wykonaj kilka głębokich oddechów i otwórz oczy.

Szczegóły techniczne

Dobrze wykonane ćwiczenie perspektywy kosmicznej wymaga sporej dozy skupienia, dlatego najlepiej zabezpieczyć na jego wykonanie spokojny czas i miejsce.

Dobrym momentem jest wieczorny przegląd siebie, jeśli masz w nim dość czasu. Jeśli nie, zarezerwuj czas osobno.

Warto zadbać, by w pomieszczeniu, w którym praktykujesz, było ciemno, cicho i wygodnie. Chodzi o to, by jak najmniej było elementów, które cię rozpraszają.

Perspektywa kosmiczna wymaga silnej wyobraźni. Dla wielu osób będzie niemożliwe, by ją wykonać, przynajmniej nie od razu. To nic niezwykłego – nie zrażaj się tym. Jest to kwestia praktyki, tak jak przy wielu innych ćwiczeniach – z czasem będzie łatwiej.

Może się okazać, że bariera wejścia jest tak duża, że nie jesteś w stanie zacząć. Wtedy z pomocą przyjdą inne ćwiczenia wzmacniające wyobraźnię: przegląd siebie, wizualizacja mistrza etc., czy coś tak prostego jak tworzenie i odgrywanie w myślach prostych historyjek. Z czasem wyobraźnia nabierze giętkości wystarczającej, by ponownie spróbować z perspektywą kosmiczną.

Podsumowanie

Perspektywa kosmiczna objawiła nam się jako paradoks: jest sposobem na oddalenie się od siebie, który nas do siebie zbliża. W tej pozornej sprzeczności zawiera się jej istota. W tym procesie jest element uwalniający – zrozumienie, że jesteśmy częścią czegoś większego, pewnej całości, która z nami czy bez nas będzie się toczyć, zdejmuje ciężar losów świata z naszych barków. Kiedy wypchniemy siebie z centrum wszechświata dzięki właściwej perspektywie, zrozumiemy, że nasza moc i nasza odpowiedzialność są cały czas z nami, w sferze naszych myśli, pragnień, decyzji. To paradoksalnie przywróci nas ponownie do centrum, ale z nowym spojrzeniem.

Za każdym razem, gdy oddalamy się ku nieskończoności, powracamy nie do pozycji wyjściowej, ale do miejsca odrobinkę bliżej nas samych. Właściwie zawsze tam byliśmy, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, zaprzątnięci problemami świata. Dzięki tej podróży możemy spojrzeć na siebie w nowy sposób, z bliższej perspektywy.

Pytanie, które wtedy się rodzi: co nowego mogę w sobie dostrzec po powrocie z wielkiego kosmosu?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Wizualizacja mistrza

Stoicki mistrz to ideał, do którego aspirujący filozof powinien dążyć. Jeśli oddajecie się lekturze tekstów starożytnych stoików, możecie odnieść wrażenie, że wszystko, co piszą, jest różnymi ujęciami i perspektywami na postać stoickiego mędrca. Trop ten widoczny jest wyraźnie u Epikteta – nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że jego teksty to „notatki z wykładów”. Wciąż wyraźny jest w listach Seneki – to też nic dziwnego, miały one charakter dydaktyczny. Najmniej widoczny jest u Marka Aureliusza – przewija się z rzadka; jego pisma to notatki na własny użytek, gdzie postać mędrca nie była tak istotna.

Im bardziej dydaktyczny stoicki tekst, tym więcej odwołań do ideału filozofa. W tym ujawnia się dydaktyczna natura tej koncepcji. Mistrz jest naszym probierzem, wzorcem, do którego porównujemy swoje czyny i myśli, by określić, gdzie znajdujemy się na drodze sztuki życia. Jest źródłem wskazówek, jak powinniśmy postępować w konkretnych sytuacjach; może być praktyczną inspiracją do podejmowania decyzji w zgodzie z kanonem filozofii.

Mistrz łączy wiele funkcji: od aspiracyjnego ideału, przez punkt odniesienia, aż po narzędzie podejmowania decyzji. Jego siła wiąże się z naszą podatnością na podążanie za przykładem i przywództwem, która objawia się nawet wtedy, gdy wódz jest tworem wyobraźni. Z tego samego źródła płyną jego słabości i zagrożenia, niewiele różniące się od ryzyk związanych z podążaniem za realnym przywódcą politycznym czy religijnym. Są to: ryzyko jednowymiarowego spojrzenia na świat; ryzyko przelewania własnych wad na jego postać; ślepe podążanie; dogmatyzm itd. Warto zdawać sobie z nich sprawę, pracując w praktyce nad naszym mistrzem.

Przejdźmy teraz do określenia, na czym polega wizualizacja mistrza, jak ją przeprowadzać i do czego ją wykorzystywać.

Jak stworzyć wyobrażenie mistrza?

Pierwszym krokiem w naszym ćwiczeniu jest stworzenie postaci, która będzie służyć za wzorzec. Nasuwają się dwa podejścia: zacząć od istniejącej osoby i wyposażyć ją w pożądane cechy lub zacząć od zera – od hipotetycznego człowieka. Zaletą pierwszego jest oszczędność czasu, bo pewne cechy są już dane, oraz łatwość utożsamienia się – mamy imię, a czasem także wizerunek, do którego możemy się odwołać. Zaletą drugiego jest brak obciążenia niepożądanymi cechami i czynami oraz pełna swoboda w kształtowaniu

Jeżeli wybierzecie pierwszą opcję, sugeruję, byście wybrali osobę nieżyjącą – najlepiej od dawna. Chodzi o to, by była mała szansa, że ktoś wyciągnie jej przysłowiowego „trupa z szafy” i będziecie musieli od nowa tworzyć swoją wizualizację. Dawno zmarli antyczni filozofowie świetnie nadają się na bazę dla mistrza, ale inne historyczne postacie również spełnią tę rolę.

Mając bazę, możemy zacząć tworzyć. Świetnym punktem wyjścia jest nasze rozumienie dobra i zła (etyka lub moralność) oraz nasza hierarchia wartości, którą warto opracować przed podjęciem się dzisiejszego ćwiczenia.

Sama procedura jest prosta: staramy się wyobrazić sobie człowieka, który posiada wszystkie cechy, jakie zaliczylibyśmy do dobrych, oraz który nie tylko wyznaje, ale konsekwentnie realizuje istotne dla nas wartości. Jeżeli mamy jasność co do naszych poglądów w tych dwóch sferach, proces ten będzie prosty. Kłopoty mogą pojawić się wtedy, gdy trafimy na luki lub nieostre koncepcje w naszej moralności i wartościach. Zamiast jednak traktować to jako przeszkodę, niech będzie okazją do lepszego zrozumienia tych sfer.

Drugą przeszkodą, bardziej techniczną, jest kwestia posiadania dość „giętkiej” wyobraźni, by być w stanie stworzyć wizualizację, do której będziemy mogli się odnieść. Tutaj pomocne będzie użycie konkretnej osoby jako bazy, tak byśmy mieli fizyczny obraz (nawet jeśli wzięty z antycznego posągu), na którym możemy się oprzeć. Kolejną przydatną taktyką jest wyobrażanie sobie mistrza w konkretnych życiowych sytuacjach, które kojarzymy z dobrem lub jedną z wartości. Chodzi o odgrywanie w głowie scenek obrazujących, jak mistrz reaguje, myśli i działa w danych okolicznościach. Im więcej ich zwizualizujemy, tym bardziej namacalna stanie się ta postać.

Gdy zbudujemy mistrza, przyjdzie czas na wykorzystanie go w praktycznych sytuacjach dnia codziennego. Niesie to dodatkowy poziom komplikacji: nawet jeśli mistrz jako ideał jest doskonały, nasz dostęp do niego taki nie jest. Możemy mylić się co do tego, jak postąpiłby w danej sytuacji. A nawet gdy trafnie to rozpoznamy, nie oznacza to jeszcze, że będziemy w stanie tak postąpić. Możemy myśleć o tym jako o trzech etapach: budowanie ideału (o tym pisaliśmy), interpretacja w konkretnym przypadku oraz wdrażanie wniosków w działaniu. Dwa ostatnie etapy wymagają praktyki i treningu, by mogły zadziałać. Spójrzmy teraz na kilka sposobów ich realizacji.

Mistrz jako gwiazda polarna

Podstawowym zastosowaniem koncepcji mistrza jest traktowanie go jako celu, do którego dążymy. Możemy w ramach przeglądów siebie wizualizować go, by utrwalać obraz ideału. Mistrz jest w tym podejściu rodzajem gwiazdy polarnej – znacznika na horyzoncie, do którego dążymy, ale który pozostaje nieosiągalny.

Uświadomienie sobie tej prawdy jest ważne w praktykowaniu wizualizacji mistrza: osiągnięcie ideału to fantazja, dążenie do ideału to rzeczywistość. Nie możemy z całą pewnością powiedzieć, że nikt nigdy nie osiągnął ani nie osiągnie takiego stanu charakteru i ducha, ale możemy powiedzieć, że jego osiągnięcie jest bardzo mało prawdopodobne. Nie znam nikogo, kto spełniłby wzorzec stoickiego mistrza. Antyczni przywoływali w tym kontekście Sokratesa, ale i on – w mojej opinii, taki, jak wyłania się z platońskich dialogów – nie osiągnął ideału.

Sensem istnienia gwiazdy polarnej nie jest dotarcie do niej, lecz wyznaczanie stałego kierunku. Tak też możemy myśleć o naszym mistrzu – jako o latarni morskiej, na którą kierujemy nasz statek. Nie musimy do niej dotrzeć, by skorzystać z jej światła.

Mistrz jako probierz naszych działań

Drugie zastosowanie idei mistrza to wykorzystanie jej jako miary naszych działań. Chodzi mi tu konkretnie o działania przeszłe, czyli spojrzenie na to, co uczyniliśmy, i refleksję, co inaczej zrobiłby w tej sytuacji mistrz.

Ważne, by w toku owych porównań nie przejść w tryb oceniania siebie, czyli żeby nasz mistrz nie stał się wcieleniem wewnętrznego krytyka. Jeśli tak się stanie, praktykowanie tego ćwiczenia zamiast pomagać – będzie szkodzić. Bądźmy więc uważni na ton i charakter porównania. Celem jest zrozumienie, co możemy poprawić, a nie karcenie się za błędy.

Naturalnym momentem dla tego zastosowania jest wieczorny przegląd siebie. Warto uczynić mistrza stałym narzędziem w procesie medytacji kończącej dzień. Nie sugeruję, by każdą drobną decyzję konfrontować z ideałem, ale te najpoważniejsze oraz najtrudniejsze warto z nim zestawić. W tym przypadku wizualizacja mistrza jest narzędziem dodatkowym, ale przydatnym

Mistrz jako element wspierający decyzję

Kolejne zastosowanie ma charakter doraźny, w tym sensie, że mistrza używamy w momencie podejmowania decyzji. W kontekście dwóch poziomów sądu mówiliśmy o tym, że krótki czas między pierwszą reakcją (emocją) a działaniem jest przestrzenią na namysł i decyzję. Czy raczej: powinniśmy tworzyć tę przestrzeń, by nie reagować automatycznie. W tych kilku sekundach jest miejsce dla dobrze przepracowanej postaci mistrza.

Dlaczego piszę o „dobrze przepracowanej” postaci mistrza, a nie po prostu o postaci mistrza? Ze względu na bardzo krótki czas, jaki mamy zazwyczaj na reakcję. Żeby mistrz był skuteczny, musi być dostępny i klarownie zdefiniowany. Jeżeli potrzebujemy czasu, by tę postać przywołać, a do tego musimy się długo zastanawiać, jak by się zachowała, to w kilka sekund niczego nie uzyskamy. Jeśli natomiast wykonaliśmy pracę i możemy mistrza przywołać w ułamku sekundy oraz doskonale wiemy, jak postąpiłby w danej sytuacji, to będzie on dla nas wsparciem w momencie decyzji.

Nie każda decyzja w naszym życiu ma tak natychmiastowy charakter – w wielu przypadkach czasu do namysłu jest więcej. W takich sytuacjach mistrz, nawet nie w pełni wypracowany, jest przydatną koncepcją. Jak w przypadku szybkich decyzji, zadajemy sobie pytanie: co mistrz zrobiłby w tej sytuacji i staramy się odpowiedzieć. Piszę: „staramy się”, bo sukces nie jest to oczywisty. Nawet gdy wiemy, co powinniśmy zrobić, nie znaczy to, że będziemy w stanie tak postąpić. I choć warto się starać dorównać ideałowi, to nie warto się dołować tym, że go nie osiągnęliśmy. Perfekcjonizm nie jest dobrym partnerem, a szczególnie w pracy z ideałem mistrza, co może być nieco zaskakujące.

Podsumowanie

Wzorowanie się na innych jest znaną i historycznie sprawdzoną techniką rozwijania się i uczenia. Już w najmłodszym wieku, duża część naszej edukacji opiera się na obserwacji „mistrzów” – naszych rodziców, nauczycieli, krewnych. W okresie dojrzewania naszymi wzorcami stają się gwiazdy show-biznesu, osoby publiczne i – przede wszystkim – nasi rówieśnicy. W wieku dorosłym nie ma już oczywistych ideałów, za którymi moglibyśmy podążać.

Jeżeli chcemy nadal korzystać z dobrodziejstw wzorowania się na mistrzach, musimy stworzyć ich sami. Nie bez powodu używam tu słowa „stworzyć” zamiast „wybrać”. Istnieje istotna różnica między podążaniem za konkretnym człowiekiem – przywódcą politycznym, religijnym czy społecznym – a wytworzeniem idealnego wzorca człowieka, do którego dążymy. Dziś pisałem o tym drugim podejściu: o „mistrzu” jako abstrakcyjnej konstrukcji, która personifikuje ideały. Konstrukcji, którą możemy świadomie modyfikować i która pozostaje od nas zależna. I to ostatnie jest kluczowe: podążając za przywódcą, oddajemy się w ręce czegoś od nas niezależnego; podążając ku wymyślonemu ideałowi, pozostajemy zależni od tego, nad czym mamy kontrolę.

Obie ścieżki niosą ryzyko zejścia na manowce, jednak jest ono większe w przypadku wpływu zewnętrznego. Choć wybranie lidera, którego będziemy naśladować, jest prostsze niż świadome „stworzenie” go, to zyski płynące z tego drugiego podejścia są warte włożonego wysiłku. Zapoznaliście się dzisiaj z technicznymi aspektami realizacji tej ścieżki. Zachęcam do eksperymentowania z nią –jako alternatywą dla politycznych, społecznych czy religijnych wzorców. Warto bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie: za jakim mistrzem chcę podążać?

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Praca z przekonaniami

Człowiek jest plątaniną przenikających się przekonań. Formują się one w toku ludzkiego życia. Część z nich można wywieść z dziedzictwa ewolucyjnego, z genów. Wiele formuje się w procesie wychowania i socjalizacji – są plonem dzieciństwa. W dorosłości nabywamy nowe, zmieniamy istniejące i pozbywamy się starych.

Przekonania nie muszą być świadome i to dwojako. Po pierwsze, możemy być nieświadomi, że przekonanie w nas powstaje – tyczy się to szczególnie tych z dzieciństwa, ale nie ogranicza się do nich. Po drugie, choć przekonanie powstało świadomie, z czasem zostaje zepchnięte do nieświadomego, czy to poprzez zapomnienie, czy tłumienie.

Dziś spojrzymy na technikę pracy z przekonaniami, nim jednak do niej przejdziemy, dookreślimy, nie siląc się na rygor definicyjny, co rozumieć będziemy pod tym pojęciem.

W najprostszym ujęciu przekonanie to zdanie logiczne, co do którego prawdziwości wierzymy. Tutaj moglibyśmy się zatrzymać: zbiór przekonań to zbiór naszych osobistych prawd. Warto jednak dodać, że zbiór ten jest wielce różnorodny: od prostych obserwacji rzeczywistości (np. Słońce wschodzi na wschodzie, mam dwie ręce etc.) po złożone przekonania etyczne (np. zabicie człowieka jest złe, mówienie prawdy jest dobre etc.).

Dla naszych celów istotny będzie ten drugi biegun, choć zaznaczam, że regularne sprawdzanie przekonań o „faktach” też jest wskazane (pozdrawiam z tego miejsca antyszczepionkowców i płaskoziemców). Szczególnie interesujące będą dla nas przekonania zawierające następujące słowa: „muszę”, „powinienem/powinnam”, „koniecznie”, „na pewno”, „zawsze”, „nigdy”, „wszyscy”, „każdy”, „oczywiście”, „niemożliwe”, „pewne”, „dobre”, „złe”, „straszne”, „nie do zniesienia” – wraz z innymi formami gramatycznymi oraz synonimami. Wyłaniają się tu trzy kategorie:
1. przekonania o konieczności („muszę”, „zawsze”, „wszyscy”, „nigdy” etc.);
2. przekonania etyczne („dobre”, „złe”);
3. przekonania o cierpieniu / o zranionym ego („straszne”, „krzywda”, „cierpienie” etc.).
Przede wszystkim dla nich praktykujemy dialog z przekonaniami, przy czym kategorię 1 i 3 chcemy zminimalizować, a kategorię 2 uporządkować.

Przejdźmy do metod pracy z przekonaniami. Podzielę się z wami tymi sposobami, które sam stosuję, jednak chciałbym zwrócić uwagę na zestaw metod terapii poznawczo-behawioralnej. Wiele z nich to techniki pracy z przekonaniami, które są stosowane w praktyce terapeutycznej, ale mogą być zaadaptowane do stosowania na własną rękę, w sytuacjach niewymagających interwencji specjalisty. Szczegóły technik terapii poznawczej znaleźć można między innymi w „Techniki terapii poznawczej. Podręcznik praktyka” Roberta Leahy’ego. Pamiętajcie jednak, że praktyka na własną rękę nie zastępuje pomocy specjalisty.

Pierwszym krokiem w pracy z przekonaniem jest zdanie sobie sprawy, że je posiadamy. Wraca tu wspomniana już wcześniej na blogu, w kontekście dwóch poziomów sądu, uważność. Podobnie moją rekomendacją jest stosowanie znanych technik, których szczegóły dostępne są w internecie i literaturze, plus stosowanie „wstecznej uważności”, czyli analizowania przeszłych zdarzeń. W kontekście dzisiejszego ćwiczenia skupiamy się na zrozumieniu, jakie przekonania zostały aktywowane w intensywnych (emocjonalnie, intelektualnie) momentach minionego dnia.

Pytaniami przewodnimi przy tej technice są: dlaczego zrobiłem to, co zrobiłem? Jaki miałem powód/argument, by tak zareagować? Formę pytania można dostosować do sytuacji, ale kluczowe jest, by wyjść poza „co zrobiłem” do „dlaczego?”, bo to ma szansę odsłonić przekonanie. Warto odnotować, że przekonania mogą się nawarstwiać i to, co zauważymy jako pierwsze, to przekonanie wtórne, wynikające z czegoś głębszego. Proces odkrywania może potrwać długo i doznawać opóźnień oraz wymagać wracania do niektórych przekonań.

Gdy mamy zidentyfikowane przekonanie, nad którym chcemy pracować, możemy przejść do drugiego etapu. W nim celem jest zbadanie przekonania pod kątem prawdziwości i logicznej spójności. Nie chodzi o obalenie go! Rozpoczynając proces, nie zakładamy, iż jest ono niesłuszne, ale że poddajemy je badaniu w celu sprawdzenia. Jeżeli przekonanie wytrzyma skrupulatne testy, to pozostaje jako element naszego rozumienia świata, a my nabieramy wiary w jego solidność.

Proponuję dwa podejścia do pracy z przekonaniami. Pierwsze to postawienie siebie w roli oskarżyciela przekonania, adwokata diabła, który chce rzucić cień na świętość, w którą wierzyliśmy od zawsze. Naszym zadaniem jest tworzenie scenariuszy, które jawnie zaprzeczają przekonaniom – pamiętając, że jeśli coś ma być zawsze prawdziwe, to wystarczy jeden kontrprzykład, by to obalić. Mamy wyszukiwać wyjątki w rzekomych regułach. Mamy próbować udowodnić, że prawdziwe jest coś przeciwnego.

Jeżeli znamy logiczne uzasadnienie dla badanego zdania, to szukamy luki w prowadzącej do niego argumentacji, błędów i niespójności. Szukamy danych i badań naukowych, które przeczą naszym przekonaniom. Jesteśmy po to, by wyciągnąć na światło dzienne wszelkie kontrargumenty i nieścisłości.

Możemy wejść w ten proces z pełnym zapałem i gorliwością, nic nie ryzykując. Bo jeśli nasze przekonanie jest słuszne, to nieważne, ile czasu poświęcimy na próby obalenia go – nigdy nam się to nie uda. Możemy śmiało atakować i tylko upewnimy się i umocnimy naszą wiarę. W końcu nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest. Prawda?

Na końcu tego procesu powinniśmy albo uprawdopodobnić nasze przekonania, albo obalić je lub skonkludować, że najprawdopodobniej jest błędne. Zazwyczaj, jeśli podejdziemy do sprawy rygorystycznie, będziemy operować prawdopodobieństwem i nie dostąpimy pewności. Pamiętajmy jednak, że twierdzenie, które jest najprawdopodobniej fałszywe, powinno być w praktyce odrzucone.

Druga metoda to rozmowa z samym sobą, ale nie byle jaka, bo w formie sokratejskiego dialogu. Naszym zadaniem jest stawianie serii pytań, wychodząc od bazowego przekonania. Mają nam one pozwolić lepiej zrozumieć, dlaczego wierzymy w daną myśl. Zacznijmy od prostego: „Dlaczego uważasz, że…” i tutaj wstawmy treść przekonania. W tej rozmowie nie ma drugiej osoby, musimy odpowiedzieć sobie sami. Starajmy się być w tych odpowiedziach wyczerpujący, lecz konkretni, nie rozwlekajmy ich w długie elaboraty – mają przedstawić esencję, a nie służyć przekonaniu kogoś do naszych racji.

Mając pierwszą odpowiedź, mamy materiał potrzebny do sformułowania kolejnych pytań. Jakie one będą, zależy od badanych treści. Ich celem powinno być dążenie do zrozumienia naszego stanowiska i rozjaśnienia wątpliwości, jakie się nam nasuwają. Może jedno ze słów jest niejasne i warto zapytać o jego sens? Może wewnątrz odpowiedzi kryje się kolejne przekonanie, które warto sprawdzić? Starajmy się nie przyjmować niczego za pewnik. Pytajmy o uzasadnienie nawet oczywistych zdań. Jeśli takie faktycznie są, znajdziemy je szybko. Jeśli nam się nie uda, to ujawnimy trop do zbadania, kolejne przekonanie do pracy.

Dialog powinien trwać aż do momentu, kiedy poczujemy, że wyklarowaliśmy, czy przekonanie jest słuszne, czy też nie. Może je obaliliśmy, może zachowaliśmy w całości, a może zmodyfikowaliśmy. Na końcu procesu mamy więcej zaufania do tego, w co wierzymy, co nie jest tym samym co pewność. Z pewnością można twierdzenia odrzucać, ale niezwykle trudno z pewnością ich dowodzić. Jeśli na końcu nabraliśmy pewności, że przekonanie jest fałszywe, to jest to akceptowalny wynik. Jeśli natomiast nabraliśmy pewności, że zdanie jest prawdziwe, to najpewniej zbłądziliśmy i powinniśmy tylko stwierdzić, że jest bardziej prawdopodobne.

Konkludując dzisiejszy artykuł, chciałbym zwrócić waszą uwagę na jeden fakt. Po udowodnieniu, że jakieś przekonanie jest fałszywe lub powinno być zmienione, jest jeszcze proces praktycznej zmiany zachowania i sposobu bycia, czyli zrealizowanie naszych logicznych wniosków w rzeczywistości. Nie należy go ignorować i zakładać, że samo rozumowanie wystarczy. Nowe przekonania trzeba praktykować, bo do starych jesteśmy przyzwyczajeni i będą one wracać jak bumerang.

Tak jak przy wszystkich ćwiczeniach stoickich, tak i tu, powtarzanie i praktyka są ścieżką do sukcesu. To, co opisałem powyżej, nie jest magiczną różdżką na nasze błędy myślenia. To początek pracy nad sobą i drogi trwałej zmiany. W nieunikniony sposób będziemy na tej drodze zwalniać i się cofać. Będzie się zdarzać, że do jednego przekonania konieczne będzie kilka podejść, bo wróci ono z nowymi argumentami. Albo że poczujemy się jak człowiek obierający cebulę, gdzie praca nad jednym przekonaniem odsłoni kolejne, które było jego źródłem, a po nim kolejne i kolejne.

To żmudny proces, ale wart wykonywania, bo każdy jego krok, każde powtórzenie poprawia spójność i jakość myślenia. Zbliża nas do lepszego zrozumienia rzeczywistości i naszego w niej miejsca. Przyciąga nas do prawdy na tyle, na ile jesteśmy się do niej w stanie zbliżyć.

Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Hierarchia wartości jako ćwiczenie stoickie

Wszyscy dokonujemy codziennie dziesiątków wyborów – od tych najdrobniejszych po wielkie życiowe decyzje. Zbieramy informacje o faktach towarzyszących naszym decyzjom. Zasięgamy rad i opinii bliskich. Przypominamy sobie podobne sytuacje z przeszłości i ekstrapolujemy z nich wskazówki na dziś. Staramy się przewidzieć konsekwencje naszej decyzji i to, jak ukształtuje ona przyszłość. Wreszcie przywołujemy to, co dla nas ważne, i sprawdzamy, czy decyzja temu właśnie służy.

W pośpiechu codzienności rzadko przeprowadzamy swoje decyzje świadomie, z takim rygorem i zaangażowaniem jak opisany wyżej. Polegamy na schematach, przyzwyczajeniach, szybkich i skróconych rozważaniach, pozwalamy, by większość pracy wykonała za nas podświadomość i wydajne procesy półświadome. Nie zasięgamy rad, nie przewidujemy świadomie konsekwencji ani nie badamy tego, co dla nas ważne. Póki decyzje, o których mowa, dotyczą drobnych codziennych spraw, ta metoda jest słuszna i skuteczna. Kłopot pojawia się wtedy, gdy do spraw kluczowych, wielkich decyzji stosujemy tę samą procedurę co do rozstrzygnięcia, co zjeść na śniadanie.

Nie będę zajmował się dziś całym procesem decyzyjnym. Chcę skupić się na jednym z jego aspektów, który jest kluczowy z punktu widzenia filozofii praktycznej (sztuki życia), w szczególności w jej stoickim wydaniu. Chodzi tu o określenie, co jest dla nas ważne, czyli o hierarchię przyświecających nam wartości.

Czy zastanawialiście się kiedyś, co jest dla was najważniejsze w życiu? Co jest numerem jeden, za co gotowi bylibyście poświęcić wszystko inne? Może pomyśleliście teraz o rodzinie. Rodzina jest najważniejsza. Ale co rozumieć przez rodzinę? Czy wujek z Ameryki, którego widzieliście raz w życiu, też się do niej zalicza? Czy może chodzi o bliską rodzinę: partnera, dzieci, rodziców? Mogło przyjść wam też do głowy zdrowie – często mówi się, że zdrowie jest najważniejsze. No właśnie: jeśli najważniejsze, to czy ważniejsze od rodziny? Czy wasze zdrowie jest dla was ważniejsze niż wasze dzieci? Wasz partner / wasza partnerka? Wasi rodzice? Wujek z Ameryki? A gdzie w tym wszystkim miejsce na pieniądze? Jasne, może to nie jest najważniejsza rzecz w życiu, ale pewna ich ilość jest potrzebna, byśmy my i nasze dzieci mieli co jeść. Gdzie je umieścimy? Czy wujek z Ameryki jest ważniejszy choćby od nich?

Na podstawie powyższego możemy stwierdzić, że wartości – a w szczególności relacje między nimi, ich hierarchia – to skomplikowany temat. Pewnie każdy z nas ma jakąś intuicję w tej kwestii. Potrafimy „wyczuć”, jaka jest właściwa odpowiedź na postawione powyżej pytania, i wiemy doskonale, że biedny wujek z Ameryki szczytu naszej listy nie osiągnie. Intuicje te nie są łatwo przekładalne na słowa. Nie jest tak prosto wypowiedzieć je w formie klarownych, logicznych argumentów, nie odwołując się do instancji: „tak jest, bo tak czuję”. W praktyce do podejmowania decyzji „tak czuję” nam wystarcza. Pojawia się jednak ważne i niepokojące pytanie: czy nasze intuicje w sferze wartości są poprawne? Co jeśli nasze „czucie” zwodzi nas na manowce? Co jeśli konsekwentnie wybieramy źle?

Aby spróbować odpowiedzieć na te pytania i efektywnie umocnić nasze intuicje, możemy sięgnąć do stoickiej techniki namysłu nad wartościami i pracy z ich hierarchią. Celem ćwiczenia jest jawne zbudowanie tejże, regularne weryfikowanie jej poprawności, dostosowywanie jej w toku przemian naszego życia i jego priorytetów, planowanie dni pod kątem wartości, praktykowanie ich oraz regularne sprawdzanie, jak się z tej praktyki wywiązujemy. Poniżej skoncentruję się na pierwszym kroku, zaproponuję wam krótką procedurę oraz kilka kluczowych pytań, nad którymi warto się w jej trakcie pochylić.

Budowanie świadomej hierarchii wartości zacznij od swoich intuicji. Usiądź wygodnie z długopisem i kartką papieru i zanotuj hasłowo to, co dla ciebie jest ważne w życiu. Staraj się wypisać wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Śledź kolejność, w jakiej poszczególne myśli się pojawiają – możesz je po prostu ponumerować lub pisać w formie listy. Odłóż kartkę na bok, zajmij się swoimi codziennymi sprawami.

Jeśli masz trudności ze zwerbalizowaniem konkretnych wartości, istnieją pomoce do tego typu ćwiczeń: fiszki z nadrukowanymi nazwami wartości (rodzina, zdrowie, pieniądze itd.). Zamiast wypisywać listę z głowy, możesz zaopatrzyć się w nie i wybrać kilkanaście takich, które z tobą rezonują.

Wróć do swojej listy następnego dnia. Przeczytaj ją uważnie. Weź długopis i zacznij skreślać. Twoim celem jest skrócenie listy do pięciu najważniejszych wartości. Niech zostanie na niej to, co jest dla ciebie najcenniejsze. Jeśli coś skreślisz, to nie znaczy, że uznajesz to za nieważne, niewarte zachodu czy niedobre – odnotowujesz tylko, że dla ciebie są rzeczy ważniejsze. Skreślenie nie oznacza też, że od dziś całkowicie zaniedbasz ten aspekt życia. Gdy pozostaniesz z pięcioma, przepisz je „na czysto”, kartkę z długą listą wyrzuć albo schowaj głęboko do szuflady, odłóż długopis, zajmij się swoim dniem.

Kolejnego dnia wróć do swojej listy. Przed tobą ostatni krok, czyli uporządkowanie tych pięciu wartości od najważniejszej do najmniej ważnej. Przy czym „najmniej ważna” nie oznacza „nieważna”! Zastanów się, która z nich jest dla ciebie absolutnie kluczowa. Dla której poświęcisz pozostałe? To twoja wartość numer jeden. Porządkuj je dalej. Myśl przy tym o swoich celach i aspiracjach. Nie koncentruj się na tym, ile dziś każdej z nich poświęcasz czasu. Pytaj raczej: której z nich chciałbym / chciałabym poświęcać go więcej?

Tutaj może pojawić się wątpliwość: czasem najważniejsza jest dla mnie rodzina, ale czasem najważniejsza jest praca, która daje nam środki do życia. Tak, wszystkie te wartości mają swój czas i miejsce – nie kwestionujemy tego. Pytamy: która ma mieć najwięcej miejsca? Oraz: jeśli musiałbyś / musiałabyś wybrać pomiędzy dwiema z nich, którą wybierzesz? W praktyce wszystkie z nich będziesz realizować; co więcej, będziesz też realizować wartości, które wczoraj skreśliłeś / skreśliłaś. Hierarchia ma nam służyć do określenia skali i rozstrzygania konfliktów, nie do zamykania się na wąski przedział doświadczeń.

Pracuj, aż uporządkujesz swoją listę. Może się zdarzyć, że była ona już od pierwszego dnia uporządkowana i twoje intuicyjne („co pierwsze przyszło mi do głowy”) ułożenie było ostateczne. Nie zakładaj jednak, że tak się stało. Sprawdź to w spokojnym namyśle. Przepisz swoją listę na czysto i zachowaj ją do przyszłej praktyki.

Nim podsumujemy nasze rozważania, chciałbym zwrócić waszą uwagę na trzy kluczowe pytania / koncepcje, które warto mieć na uwadze, pracując z hierarchią wartości.

Pierwsze z nich to pytanie: co jest dla mnie konieczne? Bez czego nie mogę żyć? Przykładowo: bez jedzenia nie będę mógł egzystować. W dzisiejszych czasach do zdobywania jedzenia służą pieniądze. Potrzebuję więc pewnej ilości pieniędzy, by egzystować – te zasoby są dla mnie konieczne. O konieczności sugerowałbym myśleć wąsko, to znaczy ograniczyć się faktycznie do tego, co jest niezbędne do biologicznego przetrwania naszego i tych, którzy od nas zależą. Nie mówmy więc: „koniecznie muszę pojechać na wakacje na Bahamy”, bo jakkolwiek byłyby one przyjemne i relaksujące, nie stanowią biologicznej konieczności.

Czy umieszczać to, co konieczne, na liście wartości? Tak, sugerowałbym to zawrzeć. Jeśli nie chcesz tego robić, staraj się przynajmniej mieć na uwadze, pracując z wartościami, że życie ma swoje konieczności, którym naturalnie będziesz poświęcać czas. Ja osobiście wprowadziłem do swojej hierarchii wartości pojęcie „zabezpieczenia zasobów”, w którym mieszczę kwestię koniecznych zarobków i utrzymania dobrego zdrowia.

Druga koncepcja dotyczy nadawania odpowiedniego priorytetu dbałości o siebie. Kto z was leciał samolotem, kojarzy zapewne wskazówkę, by w razie awarii najpierw założyć maskę sobie, a dopiero potem dziecku, które jest pod naszą opieką. Odruchowo możecie wypełnić swoją hierarchię wartości pięknymi, altruistycznymi ideami – uczono nas, że pomaganie innym i bezinteresowność są dobre, a dbanie o swoje interesy, jeśli nie złe, to przynajmniej podejrzane. Przełamcie ten schemat, przypominając sobie, że jeśli my sami nie będziemy w dobrym stanie, nie będziemy mogli służyć pomocą naszym bliskim.

To może powodować poważny dyskomfort, ale, myśląc o swoich wartościach, starajcie się ustawić priorytet na swoim dobrostanie. Jeżeli wasza psychika, wasze zdrowie, wasze życie nie będą w należytym porządku, to dla bliskich będziecie bardziej zawadą niż pomocą.

Trzeci aspekt to kwestia zobowiązań. W toku swojego życia podejmujemy przeróżne zobowiązania. Czasem robimy to jawnie, na przykład zatrudniając się do pracy i akceptując listę obowiązków. Czasem poprzez domniemanie – na przykład sprowadzając na świat dziecko. Warto pamiętać, myśląc o hierarchii wartości, o zobowiązaniach, które już podjęliśmy i które chcemy podjąć w przyszłości. Warto, by znalazły one swoje odzwierciedlenie na naszej liście.

Pamiętajmy przy tym, że zobowiązanie zobowiązaniu nierówne. Niektóre z naszych zobowiązań są nimi w słabym sensie. To znaczy, że jeśli uchylimy się od ich wykonania, istnieje wiele osób, które mogą je za nas podjąć. Świat się od tego nie zawali, nikt nie ucierpi. Przykładowo: jeśli jestem pracownikiem biurowym w wielkiej korporacji i wyjdę pewnego dnia z biura, trzaskając drzwiami, by już nigdy nie wrócić – świat się nie zawali. Inni podejmą moje zadania, z czasem zatrudnią kogoś na moje miejsce. To zobowiązanie w słabym sensie.

Niektóre zobowiązania możemy wykonać tylko my albo jest bardzo niewiele osób, które mogłyby się ich podjąć, a ich niewykonanie sprowadzi na kogoś innego cierpienie. Przykładem jest bycie rodzicem. Jeśli pewnego dnia wyjdę z domu, trzaskając drzwiami, zostawiając za sobą partnera czy partnerkę i dzieci, może nie znaleźć się nikt, kto podejmie moje obowiązki, a moje odejście najpewniej wyrządzi realną szkodę opuszczonym dzieciom. Jako rodzic jestem – do pewnego stopnia – niezastąpiony w życiu mojego dziecka. To zobowiązanie w silnym sensie.

Naturalnie tej drugiej kategorii zobowiązań przypiszcie wyższą wagę niż pierwszej. Upewnijcie się, że wasza hierarchia wartości pozwala wam je spełnić, bo nikt inny tego za was nie zrobi.

Przeniesienie naszej hierarchii wartości ze sfery intuicji do sfery rozumnego namysłu to proces, który wymaga czasu i wysiłku. Samo jej wstępne zbudowanie zajmuje kilka dni – a to dopiero początek przygody. Kiedy mamy ją dostępną, możemy zacząć w praktyce testować, czy nasze życie i nasze intuicje zgadzają się z wnioskami, do których doszliśmy. Nasze rozważania miały w sobie aspekt tworzenia pewnej teorii; następnie przychodzi moment sprawdzenia jej w codziennym doświadczeniu.

Przy pierwszym spojrzeniu może to wydawać się skomplikowane i przytłaczające. Nie wątpię jednak, że gdy zabierzecie się do tego procesu, szybko zorientujecie się, że jest on nie tylko łatwiejszy, niż się wydaje, lecz także że niesie w sobie wiele satysfakcji. Ostatecznie wszystkie te kroki prowadzą nas do próby odpowiedzi na jedno proste pytanie, z którym was dzisiaj zostawię:
Jaka jest twoja hierarchia wartości?

Co jest ważniejsze: pytanie czy odpowiedź?

To się wydaje proste – bez pytania nie będzie odpowiedzi, w związku z tym to pytanie jest ważniejsze! Czy aby na pewno?

Bywa tak, że coś, co jest warunkiem koniecznym zaistnienia jakiegoś stanu, wcale nie jest dla tego stanu szczególnie istotne. Jeszcze jeden przykład: żeby myśleć, muszę wdychać tlen; tlen jest konieczny dla mojego myślenia. Ale czy uważam, że tlen jest dla mojego myślenia realnie ważny?

Konieczne są lepsze argumenty, by rozstrzygnąć tę kwestię.

Na dobry początek zastanówmy się, czy jest coś jeszcze w tym cyklu. Nasuwa się kwestia tego, co pomiędzy pytaniem a odpowiedzią, mianowicie dążenia do odpowiedzi czy poszukiwania odpowiedzi na pytanie. Tego nam brakowało! Interesująca jest już dwoistość tego, co pomiędzy: czy to dążenie do odpowiedzi, czy odpowiadanie na pytanie. Dostrzegacie, jak dobór jednego lub drugiego wyrażenia kieruje naszą uwagę albo na pytanie, albo na odpowiedź?

Spróbujmy wypracować nieco ostrzejszą intuicję, bez aspirowania do definicyjnej, formalnej precyzji. Rozważmy schemat: pytanie → proces → odpowiedź. Spróbujmy usuwać elementy z tego procesu i zobaczyć, czy to, co zostanie, jest dalej sensowne. Jeżeli usuniemy pytanie, to – jak już zauważyliśmy – reszta nie ma sensu, bo nie zaistnieje żaden proces.

Co, jeśli usuniemy namysł? Wszystko zdaje się dalej działać – można przecież udzielić odpowiedzi bez namysłu. To, co można zakwestionować, to jakość odpowiedzi, której udzielamy w tym trybie. Zazwyczaj wolelibyśmy, by namysł był obecny – choć za jakość płacimy szybkością.

Co, jeśli usuniemy odpowiedź? Dalej proces zdaje się mieć sens. Mamy pytanie i namysł nad nim; nie na każde pytanie jesteśmy w stanie odpowiedzieć. Może być i tak, że nie na każde pytanie istnieje odpowiedź. Jest jednak wartość w samym dążeniu, jeśli pomyślimy o nim jako o treningu naszego intelektu albo jeśli z namysłu zaczynają wynikać kolejne pytania, na które możemy szukać odpowiedzi – możliwe, że bardziej skutecznie.

Ta ostatnia obserwacja – że namysł, nawet jeśli ponosi porażkę w odpowiedzi na konkretne pytanie, które przed nim stoi, ma potencjał do stworzenia nowych ścieżek dla naszego umysłu – naprowadza nas na myśl, że to w namyśle właśnie jest kluczowa wartość stawiania pytań i poszukiwania odpowiedzi. Jest w tym podejściu coś nęcącego, jakaś obietnica nieskończonej, nieustannie rozwidlającej się ścieżki. Jest w nim też coś niepokojącego – perspektywa zagubienia w bezcelowości. Czy możemy uczynić z dążenia cel? Czy to wyeliminuje wspomniany lęk?

Choć nadal nie mam odpowiedzi, mam nieco klarowniejszą intuicję, która zdaje się wytrzymywać pobieżne sprawdzenie: sednem pytania nie jest ono samo ani odpowiedź na nie, ale proces podążania od jednego do drugiego. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dalece niesatysfakcjonujące dla inżynier, która pyta: czy most, który zbudowałam, runie czy będzie stał? Jej potrzeby i oczekiwania zdają się być zasadniczo odmienne od tych związanych z moim filozofowaniem.

To prowadzi mnie do dwóch pytań na koniec. Pierwsze to powtórzenie pytania tytułowego w pełniejszej (lepszej?) wersji:
Jaka jest hierarchia ważności między pytaniem, poszukiwaniem odpowiedzi i odpowiedzią?

Drugie to pytanie pani inżynier i pana filozofa:
Czy ta hierarchia musi być zawsze taka sama?

No i wreszcie:
Czy pytanie o wartość pytania wymaga odpowiedzi?


Newsletter

Newsletter to wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!


PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreatywność czy ucieczka w fantazje?

Kreatywność jest cennym zasobem. Zdolność do tworzenia abstrakcyjnych koncepcji i ubierania ich w konkretne ramy ma zastosowanie w wielu dziedzinach życia. Pozwala nam lepiej pracować z własnymi przekonaniami, a także wyobrazić sobie położenie innych ludzi, co czyni ją niezwykle użyteczną w relacjach.

Uciekanie w fantazję przed rzeczywistymi emocjami przynosi ulgę. Jest ona jednak krótkotrwała i ulotna. Problemy, których próbowaliśmy uniknąć, nie znikają – przeciwnie, mają tendencję do wzrastania, gdy je ignorujemy. Zatracając się w świecie wyobraźni, tracimy kontakt z rzeczywistością.

Nawigując między tymi dwoma aspektami, warto pracować nad zbliżeniem się do kreatywności, by wykorzystywać wyobraźnię do rozwiązywania problemów rzeczywistego świata, a nie do uciekania przed nimi.

Jak to się łączy?

Jest w miarę jasne, że dwie omawiane skrajności są w gruncie rzeczy tym samym zjawiskiem. Różnica między nimi nie tkwi w jakości, lecz raczej w natężeniu – które jest niższe w przypadku kreatywności – oraz w zastosowaniu.

W przypadku bycia kreatywnym wyobraźnia jest narzędziem, które ma za zadanie informować nasze decyzje w realnym świecie. Służy procesowi decydowania i zmiany, której jesteśmy agentem. Pomaga nam lepiej zrozumieć możliwe konsekwencje, odgadnąć motywacje własne i innych. Jest nośnikiem idei i pomysłów, które skutecznie je komunikują i rozjaśniają.

W aspekcie ucieczkowym wyobraźnia staje się narzędziem unikania problemów, zapominania o nich. W ten sposób przypomina nieco używanie środków psychoaktywnych – na krótki czas pozwala odsunąć od siebie problem, czy to wewnętrzny (emocjonalny), czy zewnętrzny (zadanie do wykonania). Tak jak w przypadku środków psychoaktywnych, to odsunięcie jest niekonstruktywne – nie rozwiązuje problemu, pozostawia go na boku. W rezultacie fantazjowanie staje się rodzajem „nałogowego” regulowania emocji, które może stworzyć większe problemy niż te, których próbuje uniknąć.

Gdzie jestem

Mój stan obecny określiłbym jako bliski stanowi kreatora, czyli zdrowego i konstruktywnego wykorzystywania wyobraźni. Z kilkoma dużymi kłopotami, jakie w przeszłości z nią miałem, zdołałem się już uporać – żeby przywołać przykład z fantazjami przed zaśnięciem przywołany w tekście o ucieczce w fantazje [LINK].

Systematycznie ograniczam sytuacje, w których w niekontrolowany sposób osuwam się w zafantazjowywanie przeróżnych trudnych wyzwań i sytuacji z życia. Dostrzegam, kiedy ten mechanizm się uruchamia, i potrafię go zazwyczaj powstrzymać.

Choć jest dobrze, to jednak mogłoby być lepiej. Nadal widzę spore pole do poprawy, szczególnie w dziedzinie relacji. Tutaj zdarza mi się nadal, iż uciekam przed decyzją czy działaniem, które wystawiłoby mnie na perspektywę odrzucenia, w fantazję o tym działaniu. Rozgrywam sytuację w głowie, daję jej pozytywne zakończenie i, na pewnym poziomie, uznaję, że tak się faktycznie stało.

Optymalny stan

Moje wyobrażenie optimum na tej osi jest dość proste i intuicyjne: chcemy zachować kreatywność bogatej wyobraźni, jednocześnie eliminując – na tyle, na ile to możliwe – aspekt ucieczkowy.

Chcę, by wyobraźnia była narzędziem tworzenia i radzenia sobie z wyzwaniami życia. By pozwalała ujmować idee w sposób zrozumiały i przystępny, by była źródłem metafor poszerzających zrozumienie skomplikowanych problemów u mnie i u innych, z którymi wchodzę w interakcje. Idea twórczości, nawet tej technicznej i naukowej, polega w dużej mierze na sile wyobraźni i warto tę siłę pielęgnować i zachowywać.

W odniesieniu do emocji wyobraźnia powinna być narzędziem pracy z nimi, ich lepszego zrozumienia i zinternalizowania. Ma ułatwiać odczytywanie przesłania, jakie się za nimi kryje, ma być tłumaczem między nimi a świadomą analizą. Nie powinna przy tym stać się narzędziem emocjonalnego tłumienia, metodą na ignorowanie czy zagłuszanie emocji – takie jej wykorzystanie, choć kuszące, będzie prowadzić do większych kłopotów niż zysków.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowe dla rozwijania i balansowania tej kompetencji są stoickie ćwiczenia oparte na wyobraźni. W pewnym sensie każde stoickie ćwiczenie ma element wyobrażonego, ale jest kilka, które szczególnie mocno się na nim opierają. Regularne praktykowanie tych ćwiczeń prowadzi do pewnej dyscypliny w fantazjowaniu, w sensie przyzwyczajenia nas do używania wyobraźni do analizowania konkretnych, realnych problemów. Nadaje ramy problemowe zajęciu wyobrażania sobie.

Ćwiczenia, które absorbują wyobraźnię w największym stopniu, to:

  1. Perspektywa kosmiczna – wyobrażanie sobie siebie jako części większej całości, czy to w przestrzeni (kosmos), czy w czasie.
  2. Premeditatio maloru (i bonum) – rozmyślanie nad złem (dobrem), czyli wyobrażanie przebiegu nadchodzących wyzwań w celu zrozumienia, czego możemy się spodziewać w najgorszym (najlepszym) obrocie rzeczy. To wyobrażanie ukierunkowane na rozpoznanie ścieżki wyjścia z każdego, nawet najtrudniejszego przebiegu zdarzeń.
  3. Wizualizacja mistrza – co zrobiłby w tej sytuacji stoicki mistrz; ćwiczenie ma nam pomóc dokonać właściwego, stoickiego wyboru, kiedy stajemy przed skomplikowanym pytaniem.

Pozostaje jeszcze sprawdzenie naszej dyspozycji w relacjach. Choć nie jest to konkretne ćwiczenie stoickie, należy pamiętać, że stoicyzm jest filozofią ukierunkowaną na społeczność. W tym duchu niezwykle istotne jest wchodzenie w relacje i trenowanie w nich konstruktywnego użytkowania wyobraźni oraz powstrzymywania się przed ucieczką.

Podsumowanie

Balans między kreowaniem a ucieczką w fantazję powinien być przechylony w stronę tego pierwszego. Jest jednak niezwykle istotne, by w dążeniu do tego optimum nie utracić zdolności radosnego wykorzystania naszej wyobraźni.

Powiem wręcz, że choć warto pracować nad tym aspektem, nie warto poświęcać swej wyobraźni dla pozbycia się drobnych elementów ucieczkowych. Okazjonalna ucieczka w wyobrażenia przyniesie mniej szkód niż utrata wyobraźni.

A jaką wy macie relację ze swoją fantazją? Czy służy wam pomocą na co dzień? Czy czasem uciekacie w nią, gdy dzień dopiecze wam nad miarę?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Fantasta

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Niekiedy zapadam się w fantazje jak w bagno. Zmyślona historia zaczyna żyć w mojej głowie, rozwijać się, nabiera intensywności i wyrazistości. Nie chcę jej przerywać, nie chcę jej kończyć. Chcę pozostać w wymyślonym świecie, który jawi mi się jako bezpieczniejszy, lepszy od rzeczywistego. Czasem trwa to krócej – fantazja jest zwarta i konkretna. Czasem trwa dłużej – fantazja jest rozbudowana i wielopoziomowa.

Przykład

Najbardziej wyrazistym przykładem z mojego doświadczenia było tworzenie fantazyjnych światów, służących jako arena dla moich myśli przed zaśnięciem. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ od dłuższego czasu nie praktykuję już tej metody na zasypianie.

Koncepcja była prosta: kładąc się spać, gdy nawiedzała mnie gonitwa myśli, często zabarwiona lękiem, porządkowałem je poprzez wejście do wymyślonego świata. Zaczynałem snuć bardzo konkretną, wyrazistą fantazję osadzoną w świecie magii i miecza lub w świecie fantastyczno-naukowym. Obsadzałem siebie w roli głównego bohatera i rozgrywałem jakiś scenariusz.

To pozwalało mi odciąć się od naporu nieuporządkowanych myśli, które mogłyby powstrzymywać mnie przed zaśnięciem przez dłuższy czas. Świat fantazyjny działał uspokajająco i zwykle po kilku minutach takiej „medytacji” odpływałem w sen.

Choć używałem kilku światów w tym celu, miałem swoje ulubione – takie, w których podejmowałem rozpoczęte historie z wieczora na wieczór. Te fantazyjne konstrukcje rozlewały się poza obszar zasypiania; myślałem też o nich na jawie – w podobnej roli, czyli dla uspokojenia lęku.

Więcej przykładów

Jest dla mnie typowe, że poświęcam więcej czasu na fantazjowanie o relacjach niż na faktyczne wchodzenie w nie. Czyli zamiast napisać do osoby, z którą chciałbym porozmawiać, wyobrażam sobie rozmowę, zazwyczaj jej idealny przebieg. Po skończonej fantazji mam poczucie, że nie ma już potrzeby przenosić jej w rzeczywistość.

Niektóre z moich fantazji spełniają rolę głaskania ego, to znaczy, że ich treść przedstawia mnie w pozycji siły, władzy i wiedzy wykraczających dalece poza rzeczywisty stan rzeczy. W natychmiastowej perspektywie sprawiają, że czuję się nieco lepiej, w sensie regulowania emocji związanych z niskim poczuciem własnej wartości. W perspektywie dłuższej zaczynam wierzyć w ich elementy, co prowadzi do praktycznego zadufania w sobie.

Skąd się to bierze

Podobnie jak w przypadku poprzedniego aspektu „kreatora”, także tutaj źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

Odsunięcie się w fantazję było i nadal jest dla mnie sposobem regulowania emocji. Przynosi ulgę, szczególnie od tych związanych z lękiem, gdyż zastępuje zagrażającą rzeczywistość pewną iluzją. Efekt jest zwykle chwilowy – przez czas trwania fantazji napięcie znika. Jednak pewne aspekty trwają dłużej: pojawia się efekt zawierzenia własnej opowieści – pewne jej elementy mój umysł bierze za prawdę.

Fantazjowanie jest realną strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami. Sama w sobie nie jest czymś negatywnym ani niszczycielskim. Trzeba jednak rozróżnić pomiędzy twórczym parafrazowaniem własnego doświadczenia, które pozwala je lepiej zrozumieć, a ucieczką w fikcję przed nazbyt bolesną emocją, którą chce się pod opowieścią pogrzebać, a nie przez nią przepracować.

Stąd rozdzielenie tego mechanizmu na dwa bieguny – twórczy i problemowy.

Ograniczenia i wyjątki

Doświadczenie jest w dużej mierze granicą fantazji. To, co fantastyczne, sklejam z elementów mi znanych, czasem lekko je rozszerzając, ale to, co wymknęło się sferze moich realnych doświadczeń, nie znajduje odzwierciedlenia w fantazjach. To ich ograniczenie.

Jak to się objawia w relacjach?

Najbardziej drastycznym przejawem nadmiernego fantazjowania w sferze relacji jest ich urywanie się, czy raczej urywanie ich przeze mnie. Kiedy mój umysł zaczyna intensywnie rozgrywać dany związek w wyobraźni, traci zainteresowanie i zapał do rozwijania go w rzeczywistości – jakby był już dokonany i nie było sensu go kontynuować. Zjawisko może być tak intensywne, że prowadzi do zaprzestania kontaktu z drugą osobą. Nie chodzi tu o jawne zrywanie czegokolwiek, raczej o stopniowe ograniczanie kontaktu, aż do jego całkowitego ustania. Ten efekt jest dodatkowo wzmacniany przez moją ogólną tendencję do unikania relacji.

Trudniejsze do zaobserwowania, ale potencjalnie równie destrukcyjne, jest zastępowanie przez fantazjowanie wchodzenia w nowe relacje. Tutaj mieszczą się te relacje, które mogłyby być, ale ich nie ma, bo wybrałem bierność napędzaną przez fikcję wyobrażeń. Druga strona potencjalnej relacji nie ma szans zaobserwować procesu, tylko ja niekiedy uświadamiam sobie, że zaszedł.

Fantazjowanie może narażać na szwank istniejące relacje, także poprzez tworzenie niezgodności między fantazją a rzeczywistością. Chodzi mi o sytuacje, w których wymyślę sobie pewien przebieg zdarzeń, przeżyję go w wyobraźni, włącznie z reakcją drugiej strony, a następnie rzeczywistość okaże się mniej satysfakcjonująca. Mogę się na kogoś wręcz obrazić, za to, że nie zrobił tego, co sobie wyfantazjowałem!

Zakończenie

Tworzę światy w swojej wyobraźni i w nie uciekam. Mam do tego niemały talent, to, co tworzę, bywa niezwykle kuszące. Niezależnie jednak od tego, jak piękna jest fantazja, zatracenie się w niej może być ucieczką od rzeczywistości.

Jeśli czynimy tak okazjonalnie, dla wytchnienia, nie ma w tym problemu. Jeśli jednak staje się to naszą kluczową strategią regulacji emocji, możemy wpaść w pułapkę. Od nas zależy, czy znajdziemy odpowiedni balans.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreator

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Twórczość jest jedną z moich najważniejszych wartości. Uważam, że jestem kreatywnym człowiekiem i mam zdolność do tworzenia nowych koncepcji, obrazów, światów. Wykorzystuję te zdolności na co dzień i rozwijam je z zapałem. Stanowią ważny element mojego życia i czynią mnie interesującym człowiekiem.

Przykład

Blog, na którym się obecnie znajdujemy, stanowi koronny przykład realizacji moich twórczych zapałów w praktyce.

Obecnie liczy już ponad 70 wpisów. Każdy z nich jest stworzonym przeze mnie kawałkiem treści. Niektóre są bardziej udane, inne mniej, ale każdy jest oryginalnym tworem mojej fantazji, moich przemyśleń i moich zdolności ubierania tych dwóch w słowa.

Jestem dumny z tego, co napisałem na potrzeby bloga. Wiem, że wytworzenie takiej ilości tekstu jest czymś niezwykłym i nietypowym, szczególnie w dzisiejszych czasach. Mam realne przekonanie, że ta moja twórcza działalność wzbogaciła świat choć odrobinkę.

Chcę kontynuować twórczą pracę w ramach bloga i będę to czynił tak długo, jak pozwolą mi na to okoliczności życiowe. A jeśli pewnego dnia stanie się to niemożliwe, znajdę inne sposoby twórczej ekspresji, jako że i dziś mam ich więcej.

Więcej przykładów

W ciągu ostatnich kilku miesięcy przysiadłem na laurach, jeśli chodzi o pisanie opowiadań, ale nadal jest to zajęcie, które mnie cieszy i które praktykuję z niezłym skutkiem. Jest to też jedna z tych aktywności twórczych, które chcę rozwijać.

Wyplatanie makram, choć czasem dość automatyczne, także jest przejawem twórczej pracy. Jest to przekształcanie nieuporządkowanego zbioru sznurków w obraz, który ma w sobie ład i któremu można nadać pewien sens. Dziś rzadko siadam do makram, ale kto wie, czy nie wrócę do nich w przyszłości?

Podobnie sprawa ma się z innymi aktywnościami manualnymi: układanie kompozycji kwiatowych, dzierganie, rzeźbienie w dyni, malowanie ceramiki – to wszystko zajęcia o twórczym charakterze, które dają mi radość. Nawet jeśli nie praktykuję ich regularnie, to cenię je sobie niezmiernie.

Skąd się to bierze

Źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

System był tak skuteczny, że praktykowałem go konsekwentnie przez wiele lat, modyfikując treść i charakter wyimaginowanych relacji, rozbudowując je do całych światów i skomplikowanych systemów. Praktykowałem fantazjowanie bardzo regularnie i z wielkim zaangażowaniem – przynosiło mi przecież zaspokojenie niezwykle istotnych potrzeb relacyjnych. Praktyka czyni mistrza – stałem się wielce wprawny w tworzeniu fikcyjnych światów i postaci.

Tak ucieczkowe aspekty stylu unikającego wytworzyły okoliczności, w których mogła rozkwitnąć dość niezwykła wyobraźnia. Taka, która w chmurze łatwo dostrzeże smoka, dosiądzie go i poleci na jego grzbiecie, by podbijać starożytne królestwa. Przede wszystkim jednak taka, która stworzy sobie przyjaciela, który nigdy nie odejdzie, chyba że zostanie odprawiony.

To potężne narzędzie, jednak nawet ono ma swoje ograniczenia.

Ograniczenia i wyjątki

Wyobraźnia ma swoje ograniczenia. Wszędzie tam, gdzie moje doświadczenie jest nikłe lub żadne, mam trudności z wyrazistością wizji. Widzę to wyraźnie w swojej twórczości, która napotyka opór tam, gdzie chcę odejść od własnego doświadczenia.

Mogę tworzyć przybliżenia, pewnego rodzaju zgadywanki, ale w wielu przypadkach mam poczucie niedostateczności takich zabiegów. To sprawia, że w mojej ocenie pewne aspekty mej twórczości są niedojrzałe, niepełne.

Choć jest to przejaw raczej niepewności niż sprawdzenia z faktami, wciąż widzę w tym feralne ograniczenie w mojej postawie twórcy.

Szczególnie opisywane tu zjawisko realizuje się w trudności, jaką mam, by wczuć się w położenie innych osób. Może to odnosić się do bohatera opowiadania – póki jest względnie zbliżony do mnie samego, mogę go pisać, ale gdy chciałbym wykroczyć silnie poza własną orbitę, sytuacja realnie się komplikuje. Te postaci wychodzą płasko i niezbyt realistycznie – w mojej ocenie.

Zjawisko to wykracza zresztą poza twórczość literacką i sprawia, że miewam problemy z empatią, a przynajmniej tworzy we mnie tendencję nadmiernego przypisywania moich własnych motywacji i cech innym ludziom. Utrudnia to zrozumienie i może prowadzić do poważnych nieporozumień.

Jak to się objawia w relacjach?

Fantazja potrafi być źródłem całkiem niezłych dowcipów. Takich bardzo niestandardowych i czasem dość pokrętnych. Nie wszystkie da się zrozumieć od razu, ale gdy już rozsupła się małą wiązankę słowną, bywa zabawnie. Jeśli się nie uda, trudno – może następnym razem.

Moje poczucie humoru to Monty Python i Leslie Nielsen / Mel Brooks. Dziwaczne, nietypowe, ale momentami turbo zabawne.

Jedna z najprostszych obserwacji, jakie możesz o mnie poczynić, to że jestem kreatywny w rozmowie – zarówno jeśli chodzi o budowanie zdań, jak i tworzenie warstw znaczeniowych w wypowiedziach. Jeśli zdecyduję się mówić – tak naprawdę, a nie półgębkiem – to to, co powiem, jest kreatywne, interesujące, warte wysłuchania.

Nie zawsze jest poprawne, nie zawsze zrozumiałe (nawet dla mnie samego), ale gdy się rozsupła, staje się przynajmniej dobrą pożywką do refleksji.

Często zdarza mi się potakiwać w rozmowach – takie proste „Tak”, „Rozumiem”. Niekiedy to zwykły drobny konformizm, by zasygnalizować bycie w rozmowie. Częściej jednak w moim przypadku jest to sygnał, że właśnie sobie wyobraziłem, zwizualizowałem to, o czym mówisz, i słowo zgody potwierdza zakończenie tego procesu.

Opisujesz, że znajomy sprzedaje dom z ogrodem, a w ogrodzie są panele fotowoltaiczne? W moim umyśle tworzy się obraz tego domu – czy raczej mojej fantazji o nim. Dzięki temu mogę lepiej rozumieć dalszą część historii, i takie zrozumienie często sygnalizuje właśnie potakiwanie.

Zakończenie

Jestem kreatywnym człowiekiem. Potrafię tworzyć całe światy w wyobraźni. Potrafię ubierać myśl w formę słowa, nadawać jej kształt. Moja wyobraźnia jest potężnym narzędziem, szkolonym od dziecka i do dziś regularnie używanym. Nie mam drugiego tak cennego zasobu.

Nawet ona ma jednak swoją cenę, bo wielka fantazja kusi, by się w niej zatracić, by uciec przed trudami rzeczywistości w jej kontrolowane i bezpieczne objęcia. Wyobraźnia może być zarówno twórczym narzędziem działania, jak i substytutem, w który przed działaniem uciekamy…

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja kontra mimikra

Tolerancja i zrozumienie wobec drugiego człowieka są kluczową kompetencją w budowaniu trwałych i pozytywnych relacji. Stanowią zdrową podwalinę głębokiej więzi. Warto kultywować empatyczne podejście do każdego napotkanego człowieka.

Z drugiej strony zatracenie się w drugim człowieku — odrzucenie własnych pragnień i dążeń po to, by się do niego upodobnić — jest autodestrukcyjną strategią przywiązania. Prowadzi do utraty cech własnych oraz do sztuczności w relacjach, które opierają się na iluzji.

Na osi pomiędzy tymi biegunami warto dążyć w kierunku tolerancji i zrozumienia opartych na pełnej akceptacji własnych pasji i upodobań. Dzięki temu możemy zachować zalety otwartości, jednocześnie unikając pułapek mimikry.

Jak to się łączy?

Elementem łączącym tolerancję i mimikrę jest empatia — otwartość na drugiego człowieka, jego potrzeby, pragnienia i trudności. W pierwszym przypadku towarzyszy jej silne poczucie własnej wartości, a efektem jest zachowanie wspierające, przynoszące korzyść zarówno wspierającemu, jak i wspieranemu. W drugim przypadku mamy do czynienia z ucieczką od siebie w drugiego człowieka i zamiast realnego wsparcia pojawia się lustrzane naśladownictwo.

Człowiek tolerancyjny akceptuje odmienność. Co kluczowe — akceptuje również własną odmienność: czuje się komfortowo z tym, że różni się od reszty ludzkości, rozumie, że ma unikalne wady i zalety oraz elementy wspólne z innymi. Akceptacja siebie stanowi podstawę akceptowania innych. Redukuje lęk przed odmiennością i pozwala konsekwentnie wybierać porozumienie zamiast konfliktu.

Człowiek-kameleon, wbrew pozorom, jest zagorzałym wrogiem odmienności. Źródło tej wrogości tkwi w nim samym — w przekonaniu, że jego odmienność i unikalność są czymś niewłaściwym, przejawem słabości i niedoskonałości. Odmienność budzi w nim tak głęboki lęk, że nie może sobie pozwolić na jej istnienie w relacjach. Skoro nie może zmienić drugiej strony, zmienia siebie, zatracając własną istotę na rzecz bezpieczeństwa konformizmu.

I tak empatia łączy tolerancję i mimikrę, a dzieli je lęk.

Nasuwa się pytanie: gdzie ja sam lokuję się na tych dwóch skalach?

Gdzie jestem

Jestem empatycznym człowiekiem — to jedna z moich największych zalet. Słucham, wczuwam się i sympatyzuję z rozmówcą. Chcę w każdym dostrzec dobre strony i zakładam, że ludzie mają dobre intencje, choć czasami opacznie je rozumieją lub popełniają błędy. Jestem dumny ze swojego otwartego nastawienia.

Jestem lękowcem — zarówno w sensie zdiagnozowanych zaburzeń, jak i charakterologicznego funkcjonowania. Lęk jest moim towarzyszem od dawna. Jest jedną z podstawowych sił, które mnie napędzają. Boję się wchodzić w relacje; boję się, że te, które już mam, rozpadną się, bo powiem lub zrobię coś nieodpowiedniego. Nie czuję się pewnie w żadnej z nich — każda wydaje mi się być w stanie ciągłego zagrożenia. Wiem o swoim lęku, akceptuję go i jestem gotów z nim oraz nad nim pracować.

Połączenie tych faktów sprawia, że obecnie jestem wyraźnie wychylony w kierunku mimikry. Widzę, jak upodabniam się do rozmówcy, wiem, że ten proces zachodzi, ale rzadko jestem w stanie go zatrzymać.

Optymalny stan

Ten przypadek jest dość prosty, jeśli chodzi o określenie optimum. Można je ująć następująco: zachować pełnię empatii, eliminując lęk. To łatwiejsze do wysłowienia niż do zrealizowania w praktyce, ale sprowadza się do zachowania elementów, które pozytywnie łączą nas z drugim człowiekiem, przy jednoczesnym odrzuceniu dyktowanej strachem mimikry.

Chcemy zachowywać pełnię własnej tożsamości, pozostając jednocześnie otwartymi na doświadczenie, historię i emocje drugiego człowieka — czyli na szeroko pojętą tolerancję.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowa jest praca z lękami i doraźnym strachem. Najlepszym ćwiczeniem jest dyskusja z przekonaniami — tymi, które stanowią źródło lęku. Ma ona formę dialogu sokratycznego z samym sobą, w którym stawiamy pytania dotyczące przekonań, jakie w sobie nosimy. Celem jest wykazanie ich fałszywości i zastąpienie ich przekonaniami bardziej realistycznymi i bliższymi rzeczywistości.

Proces ten wymaga wielu powtórzeń — silnie zakorzenione przekonania nie ustąpią po jednokrotnym zakwestionowaniu ich prawdziwości. Efekty dialogu muszą pracować przez dłuższy czas. Istotna jest również uważność na momenty uruchamiania się tych mechanizmów w sytuacjach społecznych. Ma to znaczenie zarówno dla identyfikowania przekonań, które chcemy podważyć, jak i dla utrwalania nowych, zdrowszych schematów.

Przekonania będące źródłem naszych lęków najczęściej obracają się wokół niskiego poczucia własnej wartości, nieufności wobec drugiego człowieka, poczucia niezrozumienia oraz innych schematów sugerujących, że szczere wejście w relację zakończy się odrzuceniem.

Podsumowanie

Balans między akceptacją a mimikrą powinien być wyraźnie wychylony w stronę akceptacji. Zmienianie się na potrzeby każdej relacji, w którą wchodzimy, jest prostą drogą do utraty kontaktu z własnym „ja” i z własnymi potrzebami — do stania się lustrem pozbawionym właściwości.

Praca nad tym balansem wymaga jednak zmierzenia się z lękami, które mogą być w nas silnie ugruntowane — ze strachem, że jeżeli pozostaniemy sobą, zostaniemy odrzuceni.

Zachęcam was do podjęcia stoickiej pracy nad tymi przekonaniami, jeśli odnajdujecie je w sobie. To nie tylko droga do większej tolerancji wobec drugiego człowieka, ale przede wszystkim do większej tolerancji wobec samego siebie.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.