O etyce

Artykuł omawia etykę jako kluczowe narzędzie w podejmowaniu decyzji oraz rozwijaniu moralności. Podkreśla znaczenie hierarchii wartości i praktyk etycznych. Przez ćwiczenia, takie jak przegląd siebie czy analizowanie przekonań, można stać się lepszym człowiekiem. Stoicyzm kładzie nacisk na dobro ogółu jako miarę etycznych działań.

Dzisiejszy artykuł jest poświęcony sztuce rozróżniania dobra od zła — etyce. Nie będę zajmował się nawracaniem was na konkretny system etyczny, choć przedstawię etykę stoicką, chcę zastanowić się, jak etyka wpisuje się w proces podejmowania decyzji, oraz jak można etykę ćwiczyć i rozwijać.

Nim zaczniemy, chciałbym zwrócić uwagę na pewien fakt: etyka nie jest dana raz na zawsze. Tylko dlatego, że mamy etykę nie znaczy, że mamy dobrą etykę i że nie moglibyśmy mieć lepszej. Tak jak logika wymaga szkolenia się w sposobach dowodzenia i w unikaniu błędów logicznych, tak jak fizyka wymaga zgłębiania wiedzy o świecie i ćwiczenia w unikaniu błędów poznawczych, tak etyka wymaga budowania wiedzy o skutkach naszych działań i praktykowania rozwiązywania etycznych dylematów. Zdolność rozróżniania dobra od zła nie jest nam przyrodzona, jeśli chcemy ją posiąść, powinniśmy się w niej ćwiczyć!

Część 1: Etyka w procesie podejmowania decyzji, czyli prymat wartości 

         Najważniejszym przejawem etyki jest nasza hierarchia wartości, która jest odzwierciedleniem tego, co uważamy za dobre i złe. Za każdym razem, gdy odwołujemy się do niej, odwołujemy się do zasad etycznych. Etyka jest podstawowym narzędziem do modyfikowania i oceniania wartości. W moim rozumieniu „ważność” jest bardzo zbliżona do etycznego „dobra”, to co jest „dobre”, jest też „ważne”. Spójrzmy na to z perspektywy mojej uaktualnionej (w stosunku do tego artykułu) hierarchii wartości:
wolność,
rozwój,
relacje,
twórczość,
praca. 
Wolność jest dla mnie ważna, ale jest też dobra, życzę innym ludziom, by byli wolni i czyniąc coś, co przydaje wolności mi albo bliźnim, czynię coś dobrego. Świat jest lepszym miejscem, jeśli zamieszkujący go ludzie mają więcej wolności.
Uwaga na marginesie: Kontrując z wyprzedzeniem argumenty typu: „mordercę też chcesz uwolnić z więzienia?”, odpowiem: nie, nie chcę. Wolność jest wartością i jest dobrem, ale nie jest absolutem. Wolność ma bilans: uwolnienie mordercy, daje mu więcej wolności, ale odbiera wolność społeczności, w której się znajdzie – bilans takie aktu jest ujemny.
Zatrzymam się tutaj i nie będę przechodził przez pozostałe punkty. Mam nadzieje, że przykład dwóch pierwszych pozwoli wam uogólnić rozumowanie na pozostałe. Jeśli któryś z nich będzie niejasny, zachęcam do zainicjowania dyskusji!
Uwaga na marginesie: Rozwój, tak jak i wolność nie jest absolutem, a nie każdy zysk i przyrost jest rozwojem.

                Poza hierarchią wartości, czy etyka ma inne role w procesie podejmowania decyzji? Nie wydaje mi się. W artykule o podejmowaniu decyzji zasugerowałem, że etyka wpływa na punkt (5), czyli: ”zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji”.
To punkt, w którym bryluje hierarchia wartości. Pomniejszy wpływ etyki przejawia się w innych aspektach, ale nie jest w nich decydujący. Ma rolę w procesie oceniania decyzji, wynikającą również z zastosowania hierarchii wartości.
Tutaj chciałbym przestrzec przed powszechnym błędem: nie stosujcie etyki do oceny faktów! Nie oceniajcie tego co się przydarza w kategoriach dobra i zła. Decyzje mogą być dobre i złe, przypadki losowe nie mogą. To czy pada deszcz, czy świeci słońce, nie jest ani dobre, ani złe. Decyzja czy wziąć parasol z domu, może być dobra lub zła. Nie oceniajcie rezultatów działań swoich i innych w kategoriach dobra i zła. To, że odpalony fajerwerk trafił kogoś w oko, nie jest dobre ani złe. Decyzja o odpaleniu fajerwerku była dobra lub zła.
Unikajcie oceniania decyzji innych ludzi w kategoriach dobra lub zła. Nigdy nie posiądziecie pełnego stanu wiedzy osoby decydującej, wasza ocena obarczona będzie ryzykiem błędu. Uczcie się na decyzjach innych, ale miejcie na uwadze ryzyko omyłki. Oceniajcie swoje decyzje, ale nie po to, by wystawić sobie ocenę, ale by wyciągać wnioski.
Podsumowując, etyka jest potężnym narzędziem niezbędnym dla naszego funkcjonowania. Jej użyteczne zastosowanie jest jednak bardzo wąskie, a nadużywana jest powszechnie. Warto byśmy zwracali uwagę jak sami używamy etyki.

Część 2: Ćwiczenia etyczne, czyli jak stawać się nieco lepszym człowiekiem

                W tej części przedstawię kilka ćwiczeń. Które przyszły mi do głowy w kwestii moralności. Przyznam, że nie trafiłem nigdy na podręcznik ćwiczeń moralnych, z którego mógłbym czerpać. Ten tekst nie ma ambicji, by się takim podręcznikiem stać, ma jedynie dać kilka punktów do przemyślenia i ewentualnego zastosowania.
Uwaga na marginesie: Tak, etyka to jest coś co definitywnie wymaga trenowania i doskonalenia!
Praca nad hierarchią wartości
Podstawowym elementem ćwiczenia się w etyce jest praca nad hierarchią wartości. Pierwszym elementem jest spisanie naszej hierarchii wartości, to będzie materiał, na którym będziemy ćwiczyć i z którego będziemy korzystać.
Kolejnym krokiem jest powtarzanie tego co zanotowaliśmy jak mantry – zapamiętujemy, utrwalamy nasze wartości. Musimy je mieć na podorędziu w każdej sytuacji, a to wymaga nauki.
Następnie poddajemy jej elementy analizie – staramy się wyrazić w jasny sposób, co czyni je dobrymi oraz jakie płyną z nich korzyści dla nas i dla innych.
Zmieniamy ją, kiedy to jest to konieczne: gdy natrafimy w życiu na większą wartość, kiedy w naszym życiu zajdzie zmiana, jeśli zrozumiemy, że myliliśmy się co do tego co jest dobre.
Po każdej zmianie zostawiamy przestrzeń na utrwalenie nowych wartości, a następnie wracamy do analizy. Ten proces będzie nam towarzyszył całe życie.
Z mojej praktyki, dobrym przedziałem czasu w pracach nad hierarchią wartości jest kwartał. Sam staram się dokonywać przeglądów moich wartości co trzy miesiące. Przy czym przegląd nie musi oznaczać modyfikacji, czasem jest po prostu pogłębieniem zrozumienia.

Przegląd siebie
Przegląd siebie (inaczej rachunek sumienia) to filozoficzne ćwiczenie, polegające na poddawaniu swojego funkcjonowania codziennej refleksji. Zwykle praktykowany jest dwa razy dziennie: rano jako ćwiczenie planowania i przemyślenie co nas dziś czeka, i wieczorem jako czas na podsumowanie naszych działań w mijającym dniu.
To narzędzie spełnia wiele funkcji w pogłębianiu naszego zrozumienia siebie, jedną z nich jest konfrontowanie naszych działań z wartościami, rozstrzyganie czy nasze decyzje było dobre, czy złe.
Nie chodzi tu o tworzenie okazji do karania lub nagradzania samego siebie, nie chodzi o rozpamiętywanie i użalanie się nad sobą. Chodzi o wyciągnięcie wniosków, o zrozumienie, dlaczego postąpiliśmy tak jak postąpiliśmy, zaobserwowaniu naszych decyzji, które chcemy w przyszłości zmienić i zaplanowanie tej zmiany. Przegląd siebie sięga w przyszłość, ten poranny w oczywisty sposób, ten wieczorny, mimo że jego pożywką są przeszłe wydarzenia, bo jego celem jest lepsze funkcjonowanie w przyszłości.
Konsekwentne stosowanie tego ćwiczenia daje dane do modyfikacji i ulepszania naszego rozumienia etyki. Możemy dostrzec pewne powtarzające się wzorce i zapytać: czy w nich jest dobro, czy zło? Jeśli dobro, to jakie jest ich miejsce w mojej hierarchii wartości? Jeśli zło, dlaczego je czynie? Szczególnie to drugie pytanie, może nam uzmysłowić luki w naszej moralności. Może naświetlić nam, iż świadomie lub podświadomie cenię sobie rzeczy, które są moralnie bez wartości (bogactwo, sława) i zaniedbuje dobro, by za nimi gonić.
Przegląd polecam uprawiać codziennie, a właściwie to dwa razy dziennie. Zachęcam do uczynienia go częścią waszej porannej i wieczornej rutyny!

Przegląd wspomnień i przekonań
Podążając przez życie gromadzimy wspomnienia i przekonania. Te pierwsze to zapisy momentów naszego życia, to co zapamiętaliśmy z przeszłości. Te drugie to wewnętrzne opinie, wyrabiane na różne tematy, które w pewnym momencie uznaliśmy za poprawne i które uczyniliśmy naszą regułą.
Mam dwie złe wiadomości: pierwsza, to, że nasze wspomnienia są marnym odwzorowaniem rzeczywistości. Nie ma nic co pamiętamy dokładnie tak jak się wydarzyło. W najlepszym przypadku nasze wspomnienie jest prawdziwe, ale brakuje mu szczegółów, w najgorszym wypadku, wspomnienie, które dla nas jest nieodróżnialne od prawdy, jest fabrykacją i nigdy się nie wydarzyło. Tak, ty też masz takie wspomnienia!
Druga zła wiadomość, to wiele naszych głębokich przekonań nie ma uzasadnienia logiczne i osadzenia w prawdzie. Gromadziliśmy je od dzieciństwa, większości z nich nigdy nie poddawaliśmy krytyce, wiele siedzi cichutko w naszej podświadomości. Takie które miały sens dla bystrego siedmiolatka, ale dla rozsądnego czterdziestolatka są szkodliwe. Jednak wciąż owym czterdziestolatkiem kierują. Cześć z nich jest niemoralna i ich korekta poprawi naszą etykę.
To ćwiczenie jest nastawione na poddawanie naszych wspomnień i przekonań krytycznej analizie. Jeśli chodzi o wspomnienia to pomocne jest konfrontowanie ich z wersją innych świadków, z zapisami na zdjęciach, w pamiętnikach i na wideo – mała praca detektywistyczna. Można też próbować szukać luk logicznych w strukturze wspomnienia, ale nie wiem, czy to działa, sam tego nie praktykuje.
Ciekawiej jest w przypadku przekonań. Tutaj proces wygląda następująco:
1. Musimy zidentyfikować, że posiadamy przekonanie. Uważność na siebie i swoje stany emocjonalne jest w tym bardzo przydatna. Kluczowa jest rola przeglądu siebie, gdy możemy zanalizować sytuację i zadać sobie pytanie: skąd się wzięła dana emocja? Dlaczego poczułem to co poczułem? To zbliża nas do identyfikacji przekonań.
2. Kiedy już wiemy o czym jesteśmy przekonani, przychodzi czas na analizę naszego przekonania. Wychodzimy z pozycji sceptyka, czyli zakładamy, że przekonanie jest błędne i próbujemy udowodnić jego fałszywość – szukamy dziury w całym. Jeśli jest faktycznie całe, to jej nie znajdziemy i możemy przekonanie zachować. Jednak czasem dojdziemy do wniosku, że nie potrafimy uzasadnić tego o czym jesteśmy dogłębnie przekonani.
3. W takim przypadku odrzucamy je. To nie jest jednorazowy akty, to proces. Podobnie jak z utrwalaniem hierarchii wartości, polegamy na powtarzaniu argumentacji (inne metody zapamiętywania mile widziane). Kontrolujemy swoje zachowania, jesteśmy uczuleni na efekty działania przekonania, które chcemy wyeliminować, zatrzymujemy je, jeśli możemy, lub zapamiętujemy i analizujemy podczas przeglądu.
Warto pamiętać, że na zmianę przekonań potrzeba czasu. Nie zniechęcajcie się, jeśli nie uda się od razu. Tego typu ćwiczenie można praktykować z terapeutą, szczególnie z nurtu terapii poznawczo-behawioralnej. Nie bierzcie za dużo na raz, analizujcie jedno przekonanie miesięcznie, może mniej.

Wzorzec do naśladowania
Nad ostatnim punktem nie będę się rozwodził, jest dość jasny. Chodzi o znalezienie dla siebie kogoś, kto będzie wzorcem do naśladowania pod względem moralności. Zadajcie sobie pytania: czy jest ktoś, kogo kręgosłup moralny mi imponuje? Czy chcę wzorować się na czyjeś moralności? Może tylko na pewnych aspektach? Nikt nie jest w końcu doskonały.
Kiedy macie coś zrobić, podjąć decyzję, zastanówcie się co by zrobił wasz wzór i podążajcie za odpowiedzią!
Nie muszę wam mówić, że ćwiczenie to niesie za sobą ryzyko, jakim jest nieodpowiednie dobranie wzorca. Nie bądźcie ślepi w swoim naśladowaniu, kwestionujcie, żeby nie wpaść w jakąś moralną kabałę.
Według mnie najlepszymi wzorcami są ludzie dawno zmarli, bo nie ma większych szans, że czymś nas zaskoczą. Rozumiem natomiast, jeśli ktoś potrzebuje osoby żywej i obecnej, z którą mógłby się bardziej utożsamić.
Co jakiś czas, może raz do roku, zastanówcie się, czy wasz wzorzec nadal jest dla was aktualny, nie musi to być jedna osoba na całe życie.

Część 3: Etyka stoicka, czyli co na to Marek Aureliusz

„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego;
2.) działa tylko dla dobra powszechnego;
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”
Marek Aureliusz, „Rozmyślania”

                Przejdźmy na zakończenie do konkretnego systemu moralnego, mianowicie tego reprezentowanego przez stoicyzm klasyczny i współczesny. Moralność stoicka może być nieco zaskakująca dla kogoś, kto jest zaznajomiony jedynie z potocznym znaczeniem słowa „stoicyzm”, które kojarzy się z kimś obojętnym na innych, bezemocjonalnym, kto nie potrzebuje i nie chce innych ludzi. Jak głęboko fałszywe jest to wyobrażenie, niech świadczy właśnie stoickie rozumienie etyki.
Marek Aureliusz wyraża swoje rozumienie tego, co dobre i złe w drugim punkcie cytatu:

„[…]działa tylko dla dobra powszechnego”.

Nie jest w tym odosobniony, wszyscy starożytni stoicy kładą nacisk na działania dla powszechnego dobra. Coś jest dobre, bo jest dobre dla ogółu. Coś jest złe, bo jest złe dla ogółu. Choć jesteśmy jednostkami, każde z nas ma sferę decyzji, która zależy tylko od niego i którą tylko ono może zmieniać, to jednak ze swoimi decyzjami nie poruszamy się w próżni. Jesteśmy zanurzeni we wszechświecie, o którego kształcie informuje nas fizyka, i jesteśmy zanurzeni w społeczności ludzkiej. Potrzeby społeczności są naszymi potrzebami, to co jest dobre dla społeczności jest i dobre dla nas. Jeśli wydaje ci się, że uczynek, który przyniesie ci zysk, ale zaszkodzi twojemu otoczeniu, jest dobry – mylisz się. Krzywdę wyrządzaną innym wyrządzamy także sobie. Kiedy kogoś zamordujesz, ten ktoś straci życie, ty stracisz czyste sumienie i spokój ducha.
Człowiek jest zwierzęciem stadnym i powodzenie stada jest kluczowe dla naszego jednostkowego przetrwania i rozwoju. Prawdą jest też stwierdzenie odwrotne: kwitnące jednostki są dobre dla stada. Długofalowe, trwałe korzyści dla jednostek i społeczności płyną ze wzajemnego wznoszenia się na wyższy poziom. Czynimy to, co dobre dla innych, by samemu uzyskać dobro od innych.
Wiemy jednak, że wzajemność nie zawsze stanie się faktem, czasem zamiast dobra, od drugiego człowieka otrzymamy zło. Tak bywa, nadal warto czynić innym dobro, bo to, co zabiegamy, to nie pewność odwzajemnienia, ale większe prawdopodobieństwo odwzajemnienia. Kto szuka gwarancji w tym układzie, szybko się do niego zniechęci, może nawet zdecydować się na czynienie zła i uzyskiwanie swojej „pomyślności” kosztem innych. Pamiętajcie, karma nie wraca, karma ma pewne prawdopodobieństwo powrotu. W naszym interesie jest to prawdopodobieństwo zwiększać.
Jawnymi przejawami dobra są: nauczanie innych, pomoc potrzebujący, budowanie infrastruktury korzystnej dla ogółu, nakarmienie głodnych, pocieszenie strapionych i wiele innych.
Manifestacjami zła są: pozbawianie innych środków do życia, szkodzenie życiu i zdrowiu innych (i swojemu), pogarda dla innych, odbieranie innym głosu i miejsca, poniżanie, okłamywanie dla własnego zysku i wiele innych.

                Spróbuję teraz podsumować moje rozumienie etyki stoickiej:
1. Dobrem jest czynienie tego, co korzystne dla ogółu.
2. Złem jest czynienie tego, co dla ogółu szkodliwe.
3. Rozwój jednostki jest korzystny dla ogółu, o ile nie odbywa się kosztem innych.
4. Dobro, które czynimy, zwiększa naszą szansę na uzyskanie dobra w odpowiedzi.
5. Rzeczy materialne nie są ani dobre, ani złe, dobre i zło tkwi w decyzjach.                
Ostatni punkt listy jest najważniejszy i najtrudniejszy do zaakceptowania we współczesnych czasach.
Nie jest dobrym posiadać dużo pieniędzy. Można podjąć dobre decyzje jak posiadane pieniądze wykorzystać dla dobra ogółu, ale nie ma wartości w samym majątku.
Jest dobro w podejmowaniu decyzji zabezpieczających mój byt, niosą dach nad głową i niezbędne pożywienie. Nie ma nic dobrego ani złego, w posiadaniu wielu domów i ogromnych zapasów jedzenia.
Jest zło w decyzji, by odebrać od ust innemu, dla napełnienia swoich.
Jest dobro w dzieleniu się swoim powodzeniem: rozdawaniu swoich bogactw, oddawaniu swoich dodatkowych domów tym, którzy ich potrzebują.
Nie ma dobra w posiadaniu, ale jest wiele dobrych decyzji, jak wykorzystać to, co posiadamy!

Komentarz do „O dobrych decyzjach” i do „O fizyce”

Artykuł jest rozszerzeniem dotyczących procesu podejmowania decyzji, który jest definiowany jako szersze pojęcie niż tylko impuls do działania. Autor podkreśla, że proces ten nie jest identyczny z mechanizmem decyzyjnym. Wspomniano także o pominiętych błędach poznawczych w artykule „O fizyce”, które będą dalej omawiane.

Ten tekst jest uzupełnieniem i dodatkiem do dwóch artykułów: „O dobrych decyzjach” i „O fizyce”.

W artykule „O dobrych decyzjach” ważne jest doprecyzowanie używanej przeze mnie definicji „decyzji”, jak bardzo słusznie zauważono w komentarzach.
To, co rozumiem przez decyzję, na potrzeby tego artykułu, ale i szerzej, to nie tylko sama myśl, którą potocznie nazwalibyśmy decyzją, czyli impuls do działania. Na decyzję w moim rozumieniu składa się też proces jej podejmowania, czyli jest to pojęcie znacznie szersze. Większość artykułu traktuje o tymże procesie, bardziej niż o samym akcie końcowym. W pewnym sensie artykuł mógłby mieć tytuł „O dobrym procesie podejmowania decyzji”, który byłby bardziej ścisły, acz mniej chwytliwy.
Decyzja i proces jej podejmowania są dla mnie nierozdzielne. Decyzja jest koniecznym wynikiem konkretnego procesu, a proces ma sens jedynie, jeśli tworzy decyzje. Konkretny proces zawsze prowadzi do jednej decyzji. Różne procesy mogą prowadzić do tej samej decyzji.
Jeszcze jedno uściślenie, które przyda się w przyszłości: proces podejmowania decyzji nie jest tożsamy z mechanizmem podejmowania decyzji, jest raczej jednorazowym zadziałaniem tegoż mechanizmu. Proces podejmowania decyzji jest też nienaprawialny, z tej przyczyny, iż jest zdarzeniem przeszłym. Wnioski z oceny procesu mogą natomiast być użyte do modyfikacji mechanizmy, który go wygenerował i który jest nadal w nas obecny.

W artykule „O fizyce” pominąłem albo zaznaczyłem bardzo marginalnie, ważny temat błędów poznawczych. Uświadomiłem sobie, pisząc artykuł o logice, gdzie poświęciłem wiele uwagi błędom logicznym, że czegoś takiego w „O fizyce” zabrakło. Na szczęście oba zagadnienia, czyli błędy poznawcze i logiczne, są na tyle obszerne, że ich dyskusja, nawet wybiórcza nastarczy na oddzielne artykuły. Obiecuję także, iż takowe w pojawią się w dalszym ciągu cyklu o decyzjach.

O fizyce

Artykuł koncentruje się na starożytnej filozofii stoicyzmu, szczególnie na trzech podstawowych filarach: fizyce, logice i etyce. Autor podkreśla ich rolę w podejmowaniu decyzji i konieczność rozróżnienia między tym, co od nas zależy, a tym, co nie. Proponuje też wykorzystanie metody naukowej w analizie rzeczywistości.

                Ten artykuł nie dotyczy kwarków, kwantowej teorii pola, cząstek Higgsa czy czarnych dziur. Nie o takiej fizyce będę dzisiaj pisał, lecz o takiej jak ją definiowali rzymscy stoicy, czyli sztuce odróżniania tego, co rzeczywiste od tego, co nierzeczywiste.
                Trzy filary, działy stoicyzmu to:
1. Fizyka, czyli odróżnianie tego, co rzeczywiste od tego, co nierzeczywiste, oraz tego, co od nas zależne od tego, co niezależne,
2. Logika, czyli odróżnianie tego, co fałszywe od tego, co prawdziwe,
3. Etyka, czyli odróżnianie tego, co dobre od tego, co złe.
Każdej z nich poświęcę artykuł na blogu w cyklu rozważań o podejmowaniu decyzji. To te trzy elementy są narzędziami niezbędnymi do podejmowania racjonalnych i dobrych decyzji. W ramach dyskusji będę zwracał uwagę, na jakie elementy procesu podejmowania decyzji wpływają.

Część 1: Co jest rzeczywiste

                 Pierwszy aspekt fizyki to określenie co jest rzeczywiste, ta dziedzina wiedzy jest rozwijana po dziś dzień. Jej najlepszym obecnie narzędziem jest metoda naukowa. Pokrótce wymienię jedynie podstawowe właściwości teorii naukowej, bez zagłębiania się w szczegóły, które znaleźć można w licznych opracowaniach.
Kluczowym elementem metody naukowej jest tworzenie hipotez i teorii falsyfikowalnych, takich, dla których można określić wynik eksperymentu, które je obali: teoria przewidująca fałszywy wynik eksperymentu, jest fałszywa. Nacisk na falsyfikowalność wymusza tworzenie teorii, które precyzyjnie określają wyniki eksperymentów, dopuszczają swoją własną fałszywość i zachęcają do jej badania. Teoria naukowa jest bardzo dynamicznym tworem, ulegającym zmianą w procesie formułowania i badania. Jest to wielka siła tego modelu, opartego na próbach udowodnienia, że się mylimy, zamiast dowodzenia, że mamy rację. Ma to znamiona sokratejskiego „wiem, że nic nie wiem”: odrzucenia przekonania o własnej wiedzy, na rzecz ciągłego kwestionowania własnych teorii i przekonań.
Zmienność teorii naukowych jest ich siła i słabością. Na tak płynnym fundamencie, nie da się wznieść trwałego gmachu. To doprowadziło do wprowadzenia (odkrycia) pojęcia paradygmatu. Jest to teorią naukową, która uzyskała specjalne względy. Czy to przez liczne eksperymenty falsyfikujące, które jej nie obaliły, czy to przez szerokie i skuteczne zastosowanie praktyczne, paradygmat uzyskał status: „jesteśmy tego prawie pewni”. Paradygmaty są przydatne, by móc naukę stosować w praktyce. Pozwalają wokół teorii stworzyć katalog zastosowań. Pełnią funkcję rdzenia, wokół którego, nadbudowujemy wiedzę, na którym konstruujemy teorię szczegółowe.
Paradygmaty w nauce nie są wieczne, można je podważać i obalać. Obdarzamy je jednak większym zaufaniem niż teorie szczegółowe. Czyli, jeśli wyniki eksperymentu nie zgadzają się z paradygmatem, to najpierw szukamy błędu w eksperymencie, lub wyjaśnienia w obrębię paradygmatu. Dopiero gdy ich nie znajdziemy, podważamy sam paradygmat.
Przykładem obalonego paradygmatu jest mechanika newtonowska. Przez kilkaset lat funkcjonowała jako płodny i niepodważalny fakt, na którego bazie zbudowano setki szczegółowych teorii, na którego bazie wzniesiono wiele budowli i opracowano wiele maszyn. W początkach XX wieku została obalona i zastąpiona mechaniką kwantową, a później kwantową teorią pola. Do dziś pozostaje jednak częścią (przypadkiem granicznym) nowego paradygmatu, zachowując wiele ze swojej użyteczności.
Zmienność teorii naukowej i proces zdobywania wiedzy poprzez metodę naukową bywa frustrująca dla przeciętnego człowieka, który wolałby usłyszeć pewną odpowiedź na swoje pytania. Kiedy mówią mu, że maseczki mogą być nieskuteczne w walce z wirusem, aby miesiąc później powiedzieć, że są kluczowe w walce z pandemią, czuję się skołowany. Kiedy usłyszy, że czerwone wino działa pozytywnie na układ krążenia, by kilka lat później usłyszeć, że jednak nie, że alkohol jest kardiotoksyczny, traci zaufanie do przewidywań lekarzy. Kiedy najpierw mu mówią, że można się poruszać z dowolną prędkości, by później stwierdzić, że jednak nie da się szybciej niż światło w próżni, macha ręką na wiedzę naukową. Jedna zadaniem nauki nie jest dawanie pewności, a wyżej wymienionych zdarzenia, to przykłady siły działania metody naukowej i jej samo korygującej natury.
Problem niepewności jest fundamentalny dla naszego postrzegania świata, dla fizyki, wykraczając poza ramy metody naukowej. Pojawia się tu w naszych rozważaniach logika i jej nieubłagany werdykt, iż w naszym rozumieniu świata, nie możemy stwierdzić, co jest prawdziwe, tylko co prawdziwe nie jest. Poruszymy ten temat, związany ze strukturą implikacji logicznej, w przyszłości. Tu tylko podkreślę: jedyne czego możemy dowieść o rzeczywistości, to, że coś do niej nie należy, że nasza teoria jest fałszywa. Dowiedzeni prawdziwości wymaga dowiedzenia, że każdy wynik eksperymentu jest z nią zgodny, do dowiedzenia fałszywości, wystarczy wykazać, że istnieje eksperyment z nią sprzeczny. To zadania o dramatycznie odmiennej skali.

Część 2: Co jest od nas zależne

Marek Aureliusz

„Nasza racjonalna natura swobodnie zmierza naprzód na podstawie wyobrażeń, gdy:
1.) nie akceptuje niczego fałszywego lub niepewnego;
2.) działa tylko dla dobra powszechnego;
3.) odczuwa pragnienie i odrazę do tego tylko, co od niej zależy;
4.) przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura.”

Marek Aureliusz, „Rozmyślania

                Cytat otwierający tę część artykułu będzie nam towarzyszył przez najbliższe kilka tygodni, jako plan punktów do dyskusji. Odnosi się bezpośrednio do zagadnienia wyborów czy, w mojej nomenklaturze, decyzji. „Swobodne zmierzanie naprzód”, o którym pisze rzymski cesarz, jest życiem złożonym z dobrych wyborów. Dostajemy stoicką receptę, co należy czynić, o co dbać, żeby dobrych wyborów dokonywać. Marek Aureliusz wymienia cztery punkty, my jednak zaklasyfikujemy je, do naszych trzech działów filozofii. Punkt (1) przypiszemy do logiki, punkt (2) do etyki, punkty (3) i (4) do fizyki. Rozdział nie jest ścisły, jako że nasze trzy dziedziny przenikają się i powyższe punkty przy głębszym rozważeniu rozciągają się na wiele dziedzin.

                Zacznijmy od punktu (3) fundamentalnego dla stoicyzmu jako szkoły filozoficznej. Każdy jej adept rozważa i nosi w sercu tę myśl w jakiejś formie. Ja korzystam z wersji Epikteta, którą powtarzam rano i wieczorem i którą wezmę za osnowę dalszych rozmyślań:

„Naszym najważniejszym życiowy zadaniem jest nauczyć się rozróżniać rzeczy należące do dwóch kategorii: wydarzenie zewnętrzne (tych nie możemy kontrolować) i związane z tymi wydarzeniami wewnętrzne wybory, nad którymi mamy kontrolę. Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje.”
Epiktet, „Enchereidion”

Ktoś obeznany z terapią poznawczo-behawioralną, może tu dostrzec podobieństwa w sposobie myślenia o naszej sprawczości. Epiktet twierdzi, iż najważniejsze czego możemy w życiu dokonać, to rozróżnić co należy do jednej z kategorii: rzeczy od nas zależnych i rzeczy od nas niezależnych. Te kategorie są wzajemnie rozłączne, a razem pokrywają wszystko, co istnieje. Intuicyjnie ta propozycja ma sens. Znając takie rozróżnienie, możemy skoncentrować się na tym, co możemy zmienić i zaakceptować to, czego zmienić nie możemy – oczywiste. Dlaczego stoicy uczynili tę myśl rdzeniem swojej filozofii? Dlaczego ja, praktykujący stoik, czuję potrzebę, by codziennie ją powtarzać?
Pierwsza część odpowiedzi wynika z tego, że ta prosta teoria przekłada się na trudną praktykę i komplikuje, gdy zaczynamy zgłębiać szczegóły. Druga część odpowiedzi kryję się w ostatnich zdaniach: „Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje”. Myśli, które jest niezwykle trudna do zaakceptowania przez większość.
Zacznijmy od pierwszej części odpowiedzi i przy okazji uściślijmy, co stoik rozumie jako zależne (nad czym mamy kontrolę), a co jako niezależne (czego nie możemy kontrolować). Odpowiedź jest zawarta w oryginalnym cytacie: „wewnętrzne wybory”. To możemy kontrolować, tylko to jest od nas zależne. Jako dopełnienie zbioru to, co nie jest wewnętrznym wyborem, jest ode mnie niezależne. Przykładowo: moje życie i zdrowie, moja lewa ręka, mój stan konta, moje relacje z przyjaciółmi, awans w pracy, etc. Wszystko to jest ode mnie niezależne. Może mi zostać odebrane przez los, nie znajduje się w domenie moich wyborów/decyzji – jedynego co kontroluję. Tutaj może pojawić się sprzeciw. Jak to? Nie kontroluje własnej ręki? Co za nonsens! A jednak, po stoicku kontrola oznacza pełną kontrolę. Jeśli ręka zostanie mi odcięta, nie mogą wysiłkiem woli sprawić by odrosła. Jeśli porażeniu ulegną mięśnie w mej ręce, nie mogę myślą sprawić, by się zregenerowały. Jeśli przypadek, zewnętrzne okoliczności lub inni ludzie mogą mi coś odebrać, to nie mam nad tym kontroli. Ta idea, choć trudna do zaakceptowania, pozwala skoncentrować wysiłki tam, gdzie mamy realny wpływ – w sferze wewnętrznych decyzji. Uwalniamy się w ten sposób spod władzy zewnętrznych okoliczności i przejmujemy samostanowienie. Nasza nowa dziedzina jest o wiele mniejsza, niż świat, który usiłowaliśmy kontrolować wcześniej, jednak ją możemy kontrolować realnie, podczas gdy nad światem mieliśmy jedynie iluzję kontroli.
Druga myśl: „Gdzie znajdę dobro i zło? W sobie i w wyborach, których dokonuje” także niesie za sobą trudność. Wymaga zaakceptowania, że to we mnie tkwi dobro i zło, ja jestem ich źródłem w swoim życiu. To nie świat zewnętrzny jest zły. To moje wybory i wyobrażenia o świecie są złe. Ta myśl oznacza przejęcie pełnej odpowiedzialności za nasze szczęście i nasze dobro. Koniec zrzucania odpowiedzialności na innych i na okoliczności! Dobro i zło są we mnie. Ten sposób myślenia wydaje się kolidować z podejściem większości ludzi. Jest to jednak element przejęcia sprawczości nad swoim życiem, nieoddawania niczego co istotne (dobre lub złe) zewnętrznym okolicznością. Wiąże się też z akceptacją rzeczywistości, jako tym, czym jest, czyli tłem dla naszej melodii i skoncentrowaniu się na tym, co realnie możemy zmienić.
Jakkolwiek radykalne jest stoickie spojrzenie na sprawy od nas zależne i niezależne, nie oznacza ono porzucenia zewnętrznego świata. Zwróćcie uwagę na sformułowanie „związane z tymi wydarzeniami [zewnętrznymi], wewnętrzne wybory”. Jest w nim zawarty wskazówka na związek naszego wewnętrznego funkcjonowania z bodźcami płynącymi z zewnątrz. Choć tych drugich nie możemy kontrolować, są one bazą dla naszych wyborów. Bez nich świat dostępnych dla decyzji byłby niezwykle ubogi. Może, teoretycznie, tak ubogi świat jest wystarczający dla szczęśliwego istnienia, ale w praktyce nie musimy tego sprawdzać, rzeczywistość dostarcza nam szerokiej gamy zdarzeń, na których możemy doskonali nasze decyzje. Świat zewnętrzny oddziałuje na nas, a my oddziałujemy na świat zewnętrzny w cyklu działania i informacji zwrotnej. To, co nam się przydarza, jest tworzywem, które możemy obrócić w dobro lub zło. Słowami Seneki „Listów moralnych do Lucyliusza”:

„Mylą się bowiem, mój Lucyliusz, ci, którzy sądzą, że los obdarza nas bądź czymś dobrym, bądź też czymś złym. Daje on nam tylko materiał, z którego może powstać dobro lub zło, tylko zarodki rzeczy, które to zarodki mogą rozwinąć się w nas w zło albo dobro.”

Rozważania o umiejscowieniu dobra i zła w sferze naszych wyborów i rozumienia świata zewnętrznego jako źródła bodźców dla naszych decyzji, prowadzą nas do punktu (4) z myśli Marka Aurelego: „[natura racjonalna] przyjmuje wszystko, co wyznacza jej natura”. Myśl ta wyraża stoicką akceptację rzeczywistości taką, jaka jest. Nie jest zadaniem ciekawym dla stoika, by „kłócić się” z rzeczywistością. Zadaniem dla stoika jest zrozumieć, co jest rzeczywiste i działać możliwie najlepiej w ramach zidentyfikowanej rzeczywistości. To idea przekraczającą potocznie rozumianą akceptację, określana jako „amor fati” (ukutym przez Nitzschego), czyli „umiłowanie losu”. Stoik kocha to, co mu się przydarza, bo każda zewnętrzna przeciwność jest okazją do poprawienia siebie, okazją do podjęcia dobrej decyzji. Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza” piszę:

„Nic nie wydaje mi się większym nieszczęściem niż człowiek, którego żadna i nigdy nie spotyka przeciwność, taki człowiek nie miał nigdy możności doświadczyć samego siebie.”

Część 3: Fizyka a mechanizm podejmowania decyzji

                Przebrnęliśmy przez spory kawałek teorii. Nadszedł czas, by rozważyć, jak w praktyce ową teorię możemy zastosować do ulepszenia naszej zdolności podejmowania decyzji.
Na początek przypomnę algorytmy podejmowania decyzji, który zaproponowałem w jednym z artykułów tej serii:
1. Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie,
2. Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna,
3. Zebranie dostępnych informacji (faktów) o sytuacji,
4. Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia),
5. Zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji,
6. Porównanie opcji na podstawie ich za i przeciw,
7. Wybór najkorzystniejszej opcji,
8. Działanie.
Fizyka przychodzi nam z pomocą głównie w odniesieniu do punktów od (1) do (4). Omówmy je teraz jeden po drugim.

(1) Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie.
W tym punkcie naszym zadaniem jest ocenić, co jest rzeczywiste i jak rzeczywistość prezentuje się w szczegółach. Polegamy na swoich zmysłach i zdolności do syntezowania płynących z nich informacji, by stworzyć obraz sytuacji.
Pierwszym zadaniem fizyki na tym etapie jest, by zweryfikować świadectwo naszych zmysłów pod kątem realności, skonfrontować informacje zmysłowe ze sobą i upewnić się o ich spójności. Kolokwialnie, upewnić się, czy „oczy nas nie mylą”.
Drugim zadaniem, jest weryfikacja syntezy, czyli całościowego obrazu naszego doświadczenia. Umysł jest podatny na zniekształcenia i błędy poznawcze, nikt nie jest od nich wolny, choć nie wszyscy zdajemy sobie sprawę z ich istnienia. Naszym zadaniem jest upewnić się, że wyobrażenie o rzeczywistości, które stworzyliśmy, nie zawiera błędów. Oznacza to zaprzęgnięcie wiedzy o rachunku prawdopodobieństwa, naszej o dziedzinach szczegółowych nauki (fizyki współczesnej, biologii, historii etc.), zdolności do kwestionowania własnych założeń — by spróbować podważyć pierwsze rozumienie sytuacji.
Można o tym myśleć następująco: zadanie jest, stworzyć teorię na temat tego, co się wydarzyło. Jako dobry naukowiec zaczynamy od zebrania dostępnego materiału doświadczalnego i sprawdzenia go pod kątem prawdziwości – to wrażenia zmysłowe. Następnie formułujemy wstępną hipotezę – to pierwsze wrażenie. Szukamy luk w naszej hipotezie, eksperymentów falsyfikujących – to poszukiwanie potencjalnych błędów poznawczych. Ponawiamy obserwację i sprawdzamy materiał dowodowy pod kątem eksperymentów falsyfikujących – to ponowne spojrzenie na sytuację, przypomnienie sobie jej przebiegu i weryfikacja czy doszło do błędu poznawczego. Poddajemy teorię ocenie przez innych badaczy – omawiamy sytuację z innymi ludźmi albo ze sobą samy po pewnym czasie.
To dość skomplikowane. Czy da się w ten sposób podejść do każdej decyzji w życiu? Nie. Czy da się w ten sposób podejść do większości decyzji w życiu? Nie. Czy możemy tak podchodzić do większej ilość decyzji niż obecnie? Tak. Czy możemy tak podejść do tych kilkunastu, czy kilkudziesięciu najważniejszych decyzji? Tak.
Aby być gotowym w kluczowych momentach do zastosowania tak głębokiego rozmyślania, musi to podejście trenować na przykładach prostych decyzji. Tak jak żołnierz przygotowujący się na wojnę, ćwiczy strzelanie na bezpiecznym poligonie, tak i my, trenujemy swój umysł w czasach spokoju, by nie zostać zaskoczonym w czasach zamętu.
Te rozważania zawarły też w sobie punkty (3) i (4), czyli zbieranie informacji i przywoływanie doświadczenia, jako elementy iteracyjnego procesu weryfikacji naszej teorii o przeżywanym doświadczeniu. Do punktu (4) wrócę jeszcze osobno, o punkcie (3) powiem tylko, że każdą informację, możemy traktować jak mini teorię, czyli weryfikować ją pod kątem zgodności z doświadczeniem.

(2) Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna.
W tym punkcie kluczowe znaczenie ma rozumienie tego, co jest od nas zależne, a co nie. Aby poprawnie określić dostępny dla nas zbiór opcji działania, musimy dobrze rozumieć, co jest w naszej mocy, a co pozostaje w rękach przypadku czy czynników zewnętrznych. Mam poczucie, że ten punkt jest najczęstszym źródłem błędnych decyzji. Nagminnie mylimy się w ocenie tego, co możemy faktycznie zrobić i co jest od nas zależne. Robimy to poprzez rozszerzanie granic swojej sprawczości, przypisując sobie większy wpływ na rzeczywistość, niż faktycznie posiadamy.
Przykład: Rząd mojego kraju wprowadził prawo, z którym się gorąco nie zgadzam.
Typowa opcja, którą rozważamy: wyjdę na ulicę razem z innymi i zmusimy rząd do zmiany prawa.
Realna opcje: Wyjdę na ulicę. Będę skandował hasła. Jeśli spotkam innych podobnie myślących, to będę starał się ich trzymać.

Nie jest w mojej mocy zmienić decyzję rządu. Nie jest w mojej mocy zmusić czy nakłonić innych by wyszli na ulicę. Może się okazać, że stanę na niej zupełnie sam. Może się okazać, że będą nas tysiące, a rząd decyzji nie zmieni. I tak dalej.
Niejeden człowiek zapędził się w kozi róg, poprzez nazbyt szerokie rozumienie swojej sprawczości. Niejeden uczynił swoje życie nieszczęśliwym, bo nie chciał zrozumieć, co od niego zależy, a co nie.
Kluczowym przy podejmowaniu decyzji, jest stosowanie się do reguły zależne/niezależne, gdy budujemy zestaw opcji, spośród których przyjdzie nam wybierać. Upewniajmy się, że w tym zestawie jest zawsze tylko to, co kontrolujemy, czyli:
„Zaproszę koleżankę na kawę” nie „Pójdę z koleżanką na kawę” (koleżanka ma tu coś do powiedzenia)
„Będę spożywał 2000 kalorii dziennie” nie „Schudnę 10 kilogramów do wiosny” (może być za mało czasu)
„Będę pisał post co tydzień” nie „Zostanę królem blogosfery” (nikt nie kontroluje, co się stanie wiralem w internecie)
Jeszcze lepiej, jest dodać do każdego z tych stwierdzeń stoickie zastrzeżenie: „jeśli nic mi w tym nie przeszkodzi”.
„Zaproszę koleżankę na kawę, jeśli nic mi w tym nie przeszkodzi”, bo co jeśli mój telefon zje pies?
„Będę spożywał 2000 kalorii dziennie, jeśli nic mi tym nie przeszkodzi”, bo co jeśli okaże się, że ma to negatywny wpływ na moje zdrowie i lekarz zaleci mi więcej kalorii?
„Będę pisał posta co tydzień, jeśli nic mi w tym nie przeszkodzi”, bo co jeśli złamie obie ręce i nie będę w stanie używać klawiatury przez miesiąc?
Ta praktyka wydaje mi się zdecydowanie łatwiejsza do wprowadzenia, niż to, co rozważaliśmy w punkcie pierwszym. W sensie możemy ją zastosować do większej ilości naszych decyzji, tych małych i tych większych, jako że jest mniej czasochłonna, mimo że jej wpływ na nasze decyzje jest równie wielki, jak rozpoznanie rzeczywistości.
Co jest ważne, nie zakładajmy, że już potrafimy to robić! Trzeba ćwiczyć i przez ćwiczenia budować automatyzm takiego podejścia, by przy każdej nawet drobnej decyzji, nasz umysł filtrował opcję pod kątem tych od nas zależnych.

(4) Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia).
O tym punkcie krótko, bo większość tego, co odnosi się do punktu (1), ma zastosowanie i tutaj, a przeszłe doświadczenia stanowią też jeden z przyczynków do naszej weryfikacji rzeczywistości, są swoistą bazą wyników eksperymentów, którymi można testować nasze teorie.
Przeszłe doświadczenia można poddawać analizie, a nawet warto je poddawać analizie. Nie mamy żadnej gwarancji, że to, co tkwi w naszych wspomnieniach, jest wolne od błędów poznawczych. Nie wiemy, czy to, co pamiętamy, faktycznie się wydarzyło i czy wydarzyło się tak, jak to pamiętamy. To myśl dość nieprzyjemna, ale warto się z nią oswoić i regularnie poddawać sprawdzeniu nasze przekonania o przeszłości. Poddawajmy je skrupulatnej ocenie podobnej do tej opisanej w punkcie (1), jeśli to możliwe, konfrontując je z innymi świadkami tych wydarzeń. Wspomnienia stanowią ważny punkty odniesienia dla naszych decyzji teraz i w przyszłości: czyśćmy je z błędów poznawczych i dbajmy, by nie były zaburzane substancjami psychoaktywnymi. Jeśli nasze decyzje będą oparte na śmieciowych danych, to same też będą śmieciowe, niezależnie od tego, jak sprawnie działać będą mechanizmy ich podejmowania.

Reasumując, nie należy zaniedbywać fizyki jako nauki o rzeczywistości i naszym miejscu w niej. Jest kluczowa dla naszego procesu podejmowania decyzji, ponieważ:
1. Pozwala nam poprawnie zidentyfikować, co jest rzeczywiste, a co jest tworem lub zniekształceniem naszego umysłu.
2. Pozwala nam koncentrować nasze wybory nad tym, co naprawdę od nas zależy, bez gubienia się w labiryntach przypadku i sprawczości innych ludzi.

Ćwiczcie się więc w rozpoznawaniu rzeczywistości, bo każdemu z nas takie ćwiczenia wyjdą na dobre!

O dobrych decyzjach

Artykuł porusza kwestię oceny decyzji, podkreślając, że istotne jest skoncentrowanie się na dostępnych informacjach w momencie ich podejmowania. Krytyczne pytania dotyczą definicji sukcesu, rozważania opcji oraz oceny prawdopodobieństwa. Refleksja nad decyzjami pomaga usprawnić procesy decyzyjne, ale nie powinna prowadzić do oceny osoby podejmującej decyzję.

Rozważaliśmy w poprzednich częściach, jak podejmujemy decyzję. Dzisiaj pochylimy się nad pytaniem: jak i po co należy oceniać czy decyzja była poprawna, czy niepoprawna?

W mediach i w potocznych konwersacjach słyszymy często: „to była zła decyzja”, „on podjął dobrą decyzję”. Takie stwierdzenia są zwykle nieuzasadnione i często błędne. Ocena decyzji to bardzo skomplikowana sprawa, wymagająca posiadania informacji rzadko dla nas dostępnych. Potrzeba na nią wiele czasu i poważnych rozważań, znajomości matematyki, a konkretnie rachunku prawdopodobieństwa, obeznania z logiką.
Tutaj może macie wątpliwość: przecież ocena po fakcie jest bardzo prosta, wystarczy sprawdzić, czy się udało, czy decyzja przyniosła zamierzony skutek, czy też nie i sprawa załatwiona. Nic bardziej mylnego! Może być wiele sposobów na ocenianie decyzji, ale jak decyzji na pewno oceniać nie można, to po jej skutkach. Z tej prostej przyczyny: w momencie podejmowania decyzji, jej skutki nie są znane, nie mogą więc wpłynąć na decyzję. W wyciąganiu wniosków na przyszłość skutki mają znaczenie, ale w ocenie decyzji przeszłych już nie.
To, co wpływa na ocenę decyzji, to informacje, które były dostępne w momencie jej podejmowania. Obiektywna ocena musimy „zapomnieć” o wszelkich danych, zdobytych później (w tym o skutkach), odtworzyć przeszły stan wiedzy. To bardzo trudna sztuka. Ciężko przeprowadzić proces myślowy, ignorujący część posiadanej wiedzy. Najlepiej byłoby prawdziwie zapomnieć co się wydarzyło albo znaleźć osobę, która tego nie wie i zdać się na jej ocenę. Przydatne mogą tu być także maszyny, które można zaprogramować z ograniczonym zasobem wiedzy.

                Oto kroki, o jakie musimy zadbać, przygotowując się do oceny decyzji. Po pierwsze, musimy wiedzieć, jak definiowaliśmy sukces w momencie, gdy podejmowaliśmy decyzję. To ważne, ponieważ definicja ta może się zmieniać z czasem. Przykładowo, bo apetyt rośnie w miarę jedzenie, nasze oczekiwania rosną z czasem.
Meta poziom: rozważania, dlaczego zdefiniowałem sukces tak, a nie inaczej i czy definicja była właściwa?
Drugim elementem, który musimy odtworzyć, to opcję dostępne w chwili podejmowania decyzji. Trzeba być uważnym, by obecny stan wiedzy, nie zaćmił naszej analizy. Dziś możemy zdawać sobie sprawę z istnienia setek możliwych wyborów. Czy znaliśmy te możliwości w momencie podejmowania decyzji?
Meta poziom: rozważania, czy dołożyłem odpowiednich starań, by poznać wszystkie kluczowe możliwości, czy czegoś nie pominąłem, a jeśli to dlaczego?
Trzeci element to ocena prawdopodobieństwa sukcesu dostępnych możliwości. Zarówno tej wybranej, jak i innych. Ponownie kluczowe jest, by nie wprowadzać wiedzy z przyszłości, w szczególności wiedzy o skutkach decyzji, do kalkulacji i szacować na podstawie ówczesnego stanu wiedzy. Ten punkt jest czasochłonny i skomplikowany, najłatwiej w nim o prześlizgnięcie się danych, które nie powinny brać udziału w ocenie. Warto więc poświęcić mu szczególną uwagę.
Meta poziom: czy zadbałem o zdobycie adekwatnych informacji w momencie podejmowania decyzji? Czy wyposażyłem się w odpowiednią wiedzę?
Po tych zabiegach stwierdzamy, czy wybrana opcja maksymalizowała prawdopodobieństwo sukcesu. Jeśli tak, decyzja była dobra. Jeśli nie, decyzja była błędna. W drugim przypadku warto poświęcić czas, by zrozumieć, dlaczego podjąłem błędną decyzję. Tu pomagają pytania, które opisałem jako „meta poziom”. Jest kilka dodatkowych, które powinniśmy zadać:
Czy użyłem skróconego mechanizmu podejmowania decyzji? Jeśli tak to którego?
Czy i jak użyłem hierarchii wartości przy podejmowaniu decyzji?
Czy moja logika była spójna? Czy popełniłem błędy logiczne?
Czy moje rozumienie rzeczywistości i tego, co ode mnie zależy a co nie, było poprawne?
Czy moja moralność była poprawna? Czy wiedziałem, co jest dobre a co złe?


Uwaga na marginesie: Interesującym zagadnieniem jest, czy wybieramy decyzję na podstawie tego, czy maksymalizuje szansę sukcesu, czy minimalizuje szansę porażki. Tu zakładam to pierwsze, ale decyzje w tej samej sytuacji, mogą się diametralnie różnić, jeśli przyjmiemy drugą strategię.

                Dlaczego chcielibyśmy poświęcać czas na ocenianie własnych decyzji? Najważniejszą korzyścią z tego płynącą, jest refleksja nad naszym trybem podejmowania decyzji. To okazja, by przyjrzeć się mechanizmom decydowania i je usprawnić:
Pozwala na określenie sytuacji, w których używamy skróconego trybu decyzyjnego, mimo że zasadne byłoby użycie trybu świadomego. Dzięki temu w przyszłości możemy zwrócić uwagę na takie okoliczności i wymusić zmianę.
Pozwala nam wykryć słabości w zdolnościach rozumowania. Może szwankuje nasza logika i wpadamy w błędy logiczne? Może błędnie odczytujemy, co od nas zależy, a co nie? Odkrywamy w ten sposób obszary, w które warto włożyć dodatkową pracę.
Analiza naszych decyzji pozwala nam poprawić hierarchię wartości, jeśli wkradły się do niej błędy. Rzuca światło na podświadomą hierarchię wartości. Co jest niezwykle cennym wglądem, na podstawie którego, możemy zbliżyć podświadome i świadome pragnienia.
Pozwala też wykryć błędy w danych, jakie mamy o świecie. Zauważyć, że w naszych wspomnieniach jest tendencyjność, którą możemy poprawić, lub którą możemy korygować w przyszłości.
To, czemu refleksja nad decyzją służyć nie powinna, to ocenianie osoby ją podejmującej. To jest nieproduktywne, a często najzwyczajniej szkodliwe. Jeśli chcemy naprawiać nasze mechanizmy decydowania, oczyszczać nasze pojmowanie świata z błędów poznawczych, ulepszać naszą zdolność rozumowania, to oskarżanie i ferowanie wyroków moralnych temu nie sprzyja. Prędzej uwięzi nas w spirali toksycznego wstydu i poczucia wina.
To jest ostrzeżenie dla tych, którzy chcą zerknąć na swoje decyzje: nie wychodźcie z perspektywy oskarżyciela, tylko z perspektywy ciekawego badacza i delikatnego mechanika, bo ta pierwsza może realnie zaszkodzić. Jeśli nie potraficie tego zrobić, wstrzymajcie się z takim eksperymentami, dopóki nie rozwiążecie spraw z waszym wewnętrznych krytykiem.

                To jeśli chodzi o badanie procesu podejmowania decyzji. A co z jej rezultatami? Czy ich obserwacja jest bezużyteczna? Nie, jest przydatna, choć jej wartość jest, moim zdaniem, drugorzędna. To do czego się przydaje, to dodanie kolejnego punktu danych, kolejnego doświadczenia, do bazy, z której w przyszłości będziemy czerpać przy podejmowaniu decyzji. Krótko mówiąc, jest to kolejny punkcik, który poprawi nasze oszacowania prawdopodobieństwa sukcesu i porażki podobnych działań. Jako że jest to jeden punkt spośród wielu i dlatego, że mamy naturalną tendencję, by takie dane zbierać, nie przypuszczam, by było istotnym koncentrowanie się na tym procesie.
Wyjątek stanowią sytuację, gdy mamy powody przypuszczać, że może dojść do zaburzenia poznawczego – czyli, że to, co zapamiętamy, będzie zniekształcone w tendencyjny sposób. Dwie częste sytuacje, w których może dochodzić do zaburzenia wspomnień, to kontakt z zachowaniami i substancjami oddziałującymi na mechanizm nagrody (tendencyjnie mózg zapamiętuje wyraźniej pozytywne aspekty, ignoruje negatywne), oraz pętla lęku i unikania jego źródła (ucieczka przed wyimaginowanym źródłem lęku, tendencyjnie jest zapamiętywana jako ratująca życie, mimo braku dowodów na istnienie realnego zagrożenia).                

Mam nadzieje, że dzisiejszy artykuł zainspiruje was do spojrzenia na swoje decyzje i poddanie ich refleksji. Nie jest też niedorzecznym, aby spojrzeć na decyzje innych i spróbować zanalizować je w podobny sposób. Tu oczywista trudność, tkwi w dobrym odtworzeniu stanu wiedzy osoby decydującej, wciąż jednak ćwiczenie może być przydatne i nauczyć nas czegoś i naszych własnych decyzjach.
Pamiętajcie, jeśli tego typu analizy wrzucają was w pętlę samokrytyki i ich skutkiem nie jest poprawienie waszego funkcjonowanie, ale obniżenie waszego nastroju, zaprzestańcie ich, a jeśli problem nie ustępuje, może warto porozmawiać o tym ze specjalistą!

O byciu kowalem własnego losu

Tekst porusza temat wpływu przypadku na nasze życie. Autor argumentuje, że przypadkowe okoliczności, takie jak miejsce urodzenia czy epoka, mają na nas większy wpływ niż podejmowane decyzje. Z drugiej strony, mimo dominacji losu, to nasze wybory kształtują sposób, w jaki wykorzystujemy dany nam potencjał.

Część 1: Los rządzi naszym życiem

Znacie  porzekadło: „każdy jest kowalem własnego losu”? To bzdura, naszym życiem rządzi przypadek. Mamy minimalny wpływa na nasz los. Gdy patrzymy wstecz na nasze życie, to musimy dostrzec, że elementy losowe i od nas niezależne, ważą więcej, niż nasze decyzje. Jesteśmy liściem na wietrze, któremu wmawia się, że może decydować dokąd poleci.
Rozważmy kilka przykładów, dla zilustrowania dysproporcji między przypadkiem a wolą i decyzją.
1. Przypadek: urodziłem się w Polsce, a nie w Etiopii.
Nie mam żadnego wpływu na to, gdzie się urodziłem. Jednak ten fakt ma olbrzymie konsekwencje dla mojego życia: możliwości materialne, które idą za miejscem urodzenia, dostęp do edukacji, dostęp do opieki zdrowotnej, dostęp do książek, filmów etc. Rozważcie, jak bardzo te aspekty różnią się między Polską a Etiopią. Gdybym rodził się w Etiopii, moje szanse na przeżycie niemowlęctwa byłyby zdecydowanie niższe (śmiertelność niemowląt w Polsce: 4.4, w Etiopii: 48.3 [1]), moje życie mogło zakończyć się już na starcie. Czy miałbym dostęp do takie samej ilości książek, które pobudzałyby rozwój mojej wyobraźni? Czy mógłbym dostać okulary, które pozwoliłyby mi widzieć wyraźnie? Czy miałbym szansę na studia? Może wszystko to byłoby mi danej, jednak jest względnie oczywiste, poprzez porównanie zasobności obu krajów (PKB na osobę w Polsce: 31 939 USD, w Etiopii: 2332 USD [2]), że szansę na otrzymanie tych dobrodziejstw byłyby zdecydowanie mniejsze.
Nie przypuszczam, by jakakolwiek decyzja w moim życiu, miała podobnie głęboki wpływ na jego przebieg. Więcej, przypuszczam, że wszystkie moje decyzje razem wzięte, nie ukształtowały mnie w takim stopniu jak ten jeden traf.

2. Przypadek: urodziłem się w dwudziestym wieku, a nie w dwunastym
Podobna sytuacja jak w przykładzie pierwszym. Zdecydowanie niższą szansę na przeżycie niemowlęctwa, minimalny dostęp do edukacji, krótka oczekiwana długość życia etc. Nie będę tu szukał konkretnych danych liczbowych, ale łatwo sobie wyobrazić, jak drastyczną różnicę ten przypadek sprawia w moim życiu. Różnice kulturowe, językowe, religijne uczyniłyby mnie diametralnie inną osobę.

3. Przypadek: Urodziłem się chłopcem.
Naszemu społeczeństwu daleko jest do równości. Oczekiwania społeczne, sposób wychowania i spektrum możliwości w dorosłym życiu, są odmienne dla obu płci. Czy gdybym był dziewczynką, wyperswadowano by mi zainteresowanie fizyką? Czy presja zegara biologicznego sprawiłaby, że miałbym już rodzinę i dzieci? Nie wiem, ale jestem przekonany, że moje życie podążyłoby innymi kolejami, niż zmierza dzisiaj.

4. Przypadek: Studiowałem fizykę
Tak, to jest przypadek, już wyjaśniam dlaczego. Swój pierwszy rok studiów poświęciłem na studiowanie informatyki. Dość szybko zdecydowałem (czy to była świadoma decyzja to inna kwestia), że to nie to. Chciałem podążać za swoją pasją, którą była, oczywiście… historia. Czekał mnie egzamin wstępny (takie, to były czasy). Na wszelki wypadek, złożyłem też podanie na fizykę – tam nie wymagali egzaminu, miałem przyjęcie gwarantowane. Uczyłem się pilnie, czułem się względnie dobrze przygotowany. Kiedy przyszło do ogłoszenia wyników, okazało się, że zabrakło mi jednego punktu. Gdyby choć jedno pytanie w teście lepiej mi podpasowało (ah, ratyfikacja 3 rozbioru, której, okazuje się, nigdy nie było), trafiłbym na historię zamiast na fizykę.
Drobny przypadek, przemieszany z decyzjami, ustawił moją edukację. Zostałem na fizyce, nawet napisałem z niej doktorat. Jak jednak wyglądałoby moje życie, gdyby nie to jedno pytanie?

Wymieniłem cztery przykłady przypadków w moim życiu. Z pierwszych trzech każdy waży więcej niż wszystkie moje decyzje życiowe. Czwarty reprezentuje całą chmarę drobnych przypadków, lokujących się pomiędzy naszą decyzją a jej skutkami. Pokazuje on, że skutki naszych decyzji nie są nasze, zależą w większym stopniu od losu, niż od nas. Wiele decyzji nie może nawet zaistnieć, ze względu na okoliczności losu (jak zdecydować się, by zostać programistą komputerowym, żyjąc w dwunastym wieku?).
Jak najbardziej jesteśmy liściem na wietrze i tak jak jemu, nie nam decydować gdzie nas poniesie wiatr!

Część 2: Liczą się tylko nasze decyzje

„Pytasz, co to jest wolność? Nie być niewolnikiem żadnej rzeczy, żadnej potrzeby, żadnych wydarzeń, przymusić swój los do równego postępowania z sobą. W dniu w którym zrozumiem, że mogę więcej od niego, nic nie dokaże” [3]

Może przechodzi wam teraz przez myśl: „Tu zaszła jakaś pomyłka. Cytaty mu się pomieszały! Przecież to pasuje do pierwszej części jak pięść do oka”. Nie ma pomyłki. Jak już ustaliliśmy, że naszym życiem rządzi przypadek, pora udowodnić, że to, co przypadkowe nie ma znaczenia i jedyne co się liczy to nasze wybory.
W celu unaocznienia tej prawdy posłużę się metaforą. W metaforze tej każdy z nas będzie malarzem, nasze decyzje będą pociągnięciami pędzla, nasz los (nasz przypadek) będzie kanwą, na której malujemy, a obraz będzie naszym życiem.
Jako malarz nie mamy wpływu na kanwę, na której przyjdzie nam malować. Jeden otrzyma idealnie białe, gładkie tło. Dla drugiego płótno będzie gładkie, ale całe czarne. Pierwszy nawet nie pomyśli, by namalować to, co dla drugiego będzie oczywiste. Los tych malarzy jest wolny od przeciwności, ale ich warunki były skrajnie odmienne.
Jeden malarz otrzyma kanwę wielką na pół ściany, drugi taką, która zmieści się w dłoni. Jak odmienne dzieła muszą stworzyć, ale każde z nich może być piękne. To metafora długości życia. I tak jak na wielkim płótnie można namalować kicz, a na kawałku deszczułki arcydzieło, tak długie życie może być próżne, a krótkie bogate i piękne.
Większość malarzy otrzyma kanwę z różnymi, mniejszymi i większymi wadami. To przeciwności losu, które spotykają nas w życiu. Od malarza zależy, czy niedoskonałości swego podkładu wykorzysta jako element arcydzieła. Czy pęknięcie stanie się zalążkiem obrazu kwietnej doliny, czy mrocznej przepaści? Czy załamie ręce i w podszytym poczuciem krzywdy narzekaniu stwierdzi, że nic nie namaluje? Czy spojrzy na kanwę sąsiada i, z zazdrości, zamiast malować swoje dzieło, ukradkiem ochlapie jego twór? Czy, odstraszony wadami płótna, skupi się tylko na małym skrawku, gdzie materiał jest idealny, a resztę porzuci? Czy podzieli się swoją kanwą z drugim człowiekiem? Czy dostrzeże wady swojej kanwy, poczuje złość i ponarzeka, po to, by po chwili ruszyć z malowaniem, wykorzystując swoją przestrzeń do maksimum? Czy wykorzysta większość kanwy, ale z wadami części nie zdoła się pogodzić i pozostawi ją pustą?
Możliwości są ogromne i chociaż, kanwa nadaje kształt i wymusza wiele w formie dzieła, to jednak jest to nasz obraz. Płótno nie decyduje, co zostanie na nim namalowane, los nie decyduje, jakie ja stworze życie. Parafrazując tu Senekę, w dniu, w którym zrozumiemy, że los to tylko tło, straci on nad nami wszelką władzę.Ten kto akceptuje los odbiera mu moc sprawczą. Ten kto rozumie, że los jest obojętny i od nas niezależny, ten może skupić się nad tym co kontrolować może: na pociągnięciach pędzlem i kształtowaniem swego dzieła.
Na zakończenie jeszcze jeden cytat z Seneki, który przypomina, że mówienie o dobrym lub złym losie, dobrej lub złej kanwie, nie ma sensu. Dzieło, które tworzymy, życie, które żyjemy, może być dobre albo złe, jakie będzie, zależy od naszych wyborów:

„Mylą się bowiem, mój Lucyliuszu, ci, którzy sądzą, że los obdarza nas bądź czymś dobrym, bądź też czymś złym. Daje on nam tylko materiał, z którego może powstać dobro lub zło, tylko zarodki rzeczy, które to zarodki mogą rozwinąć się w nas w zło albo dobro.” [3]

BIBLIOGRAFIA
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_countries_by_infant_and_under-five_mortality_rates
[2] https://pl.wikipedia.org/wiki/Lista_pa%C5%84stw_%C5%9Bwiata_wed%C5%82ug_PKB_(parytet_si%C5%82y_nabywczej)_per_capita
[3] Seneka, „Listy moralne do Lucyliusza”

O podejmowaniu decyzji – dyskusja

Post ten jest rozwinięciem postu „O podejmowaniu decyzji”, zainspirowanym dyskusją w komentarza, do zapoznania się z którą zachęcam!

„(…) czy emocjonalne reagowanie na sytuację zawsze można nazwać decyzją i czy powinniśmy w ogóle starać się tak je nazywać? Czy można w ogóle powiedzieć, że opisany w drugim przykładzie mężczyzna podjął decyzję w momencie, w którym okazał emocje? (…) „Decyzja” sprowadziła się tutaj do okazania lub nieokazania emocji, a nieokazywanie emocji nie jest zdrowym odruchem, do uzyskania którego warto dążyć.”

„(…) Możemy oczywiście mówić jeszcze o czymś takim jak działanie pod wpływem emocji – ale w takim przypadku nie obejmie ono przykładu nr 1, który sprowadza się do wulgarnej manifestacji uczuć, a nie decyzji podjętej z ich udziałem.”

Super komentarz, pokazujący ewidentną lukę w moich rozważaniach nad emocjonalnym okazywaniem emocji z poprzedniego artykułu. Poświęciłem nieco czasu na ponowne przemyślenia nad temat i doszedłem do poniższych poprawek.
Pierwsza rzecz, którą zauważam, to, że było przesadą pomijanie punktów (5) i (6) z ogólnego schematu podejmowania decyzji. Te punkty w nim występują. To, co jest kluczowe dla mnie przy emocjonalnym podejmowaniu decyzji, to zawężenie opcji, jakie mamy do wyboru (czy raczej, jakie wydaje się nam, że mamy do wyboru). To oczywiście wpływa na punkty (5) i (6), ale ich całkowicie nie unieważnia. Proponuje taki oto przykład:
Idę wieczorem przez ciemną uliczkę w centrum miasta. (1) Z cienia wyłania się sylwetka postawnego mężczyzny. Czuję strach. (2) Mam do wyboru: walczyć, uciekać lub zamrzeć bezruchu. (5) Walka: osoba przede mną jest większa niż ja. Nie potrafię się bić. Ucieczka: Osoba jest oddalona o 2 metry. Nie potrafię szybko biegać. Zamrzeć: Jest szansa, że jeśli nie będę rzucał się w oczy, to zagrożenie mnie po prostu ominie. (6) Opcje walki i ucieczki są skazane na porażkę. Zamrzeć daje szansę na uniknięcie starcia. (7) Wybieram zamarcie. (8) Zwalniam kroku i zamieram, czekając, aż tajemnicza postać mnie minie.
Analizując tę sytuację „na zimno”, można bez trudu wskazać o wiele więcej dostępnych opcji. Mogę iść przed siebie i jedynie kątem oka zerkać na tajemniczą postać. Mogę zacząć wołać o pomoc. Mogę powiedzieć: „Dobry wieczór, szanownemu panu”. Mogę zmrużyć oczy i spróbować lepiej przyjrzeć się mrocznej postaci (zdobyć więcej informacji). Jednak w trybie emocjonalnego podejmowania decyzji, na te dodatkowe niuanse nie ma miejsca. Nie sugeruje przy tym, że reakcja i decyzja emocjonalna jest zła, wręcz przeciwnie, w mroczny zaułku, w opisanej sytuacji, takie zawężenie spektrum decyzji i związane z nim przyspieszenie reakcji, może stanowić różnicę między życiem a śmiercią!
Drugi przykład, który chciałem tu podrzucić, to historia gwałtownego wybuchu miłości:
Podoba mi się pewna kobieta. (1) Spędziliśmy wiele godzin na interesującej rozmowie. Czuję podekscytowanie i pożądanie. (2) Mam do wyboru: kupić jej kwiaty, zaprosić ją na wspólne wakacje. (5) Kwiaty mogę kupić za rogiem. Zorganizowanie wakacji długo trwa. Wakacje zrobią większe wrażenie niż kwiaty. Kwiaty są tradycyjnym symbolem uczucia. (6) Wakacje są zbyt skomplikowane. (7) Wybieram kwiaty. (8) Lecę do kwiaciarni i kupuje największy bukiet róż.
Może to jest najlepsza możliwa decyzja w tej sytuacji. Problem polega na tym, że mam o wiele więcej opcji niż te dwie. Mogę do niej jutro zadzwonić i spytać jak się ma. Mogę jej powiedzieć, że mam wolny bilety do kina (cóż za przypadek 😉 ), czy nie chciałby się wybrać ze mną. I tak dalej i tak dalej. Ta decyzja może przynieść pożądane skutki (czyli, padniemy sobie w ramiona) i pomimo tego być złą decyzją! Może też przynieść opłakane skutku (czyli, dziewczyna powie, bym spadał z tymi kwiatami na drzewo) i pomimo tego być dobrą decyzją! Odpuściliśmy zbyt wiele opcji, by móc realnie rozstrzygać o poprawności naszej decyzji.
W moim schemacie emocjonalne podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3) i (4), zawężenia punktu (2) i związanego z tym zawężenia punktów (5) i (6). Opieram się na ograniczonym zasobie opcji:
Zdarzenie X wywołuje emocję Y, emocja Y podpowiada rozwiązania Z i W (pomija wiele innych), rozstrzygam wybór na korzyść Z, robię Z.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy emocja jest bardzo silna, nieadekwatnie do sytuacji. Silne emocje mocniej zawężają wybór opcji, w ekstremalnych przypadkach pozostawiając jedną. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

„Przychodzi mi też do głowy myśl, że ten „tryb” podejmowania decyzji ma bardzo zindywidualizowany charakter – jak wskazałeś, z uwagi na stan emocjonalny decydującego ma on de facto ograniczony wybór, ale w identycznej sytuacji katalog opcji do wyboru dla każdego będzie się przedstawiał nieco inaczej.(…)”

I tu także się zgadzam. Emocjonalne podejmowanie decyzji jest mocno zindywidualizowane i to nie tylko między różnymi osobami. Ta sama osoba może podjąć inne decyzje w bardzo podobnych sytuacjach, często zależnie od swojego stanu wewnętrznego. Przykładowo, inaczej będziemy reagować, inne decyzje podejmować, gdy jesteśmy najedzeni kontra, gdy jesteśmy głodni. To może być prawdą, właściwie dla każdego trybu podejmowania decyzji, ale w przypadku emocjonalnego wydaje się najbardziej uwypuklone.

O podejmowaniu decyzji

Codziennie podejmujemy wiele decyzji, często automatycznie, na podstawie nawyków, emocji lub preferencji. Proces decyzyjny jest złożony, obejmujący identyfikację opcji, zbieranie informacji i porównanie ich. Kluczowe są hierarchia wartości oraz świadomość, które wpływają na jakość podejmowanych decyzji. Ważne jest ich świadome ujednolicenie dla lepszych wyników.

Każdego dnia podejmujemy setki decyzji, są to głównie drobnostki: czy najpierw założyć lewy, czy prawy but? Czy zjeść na śniadanie płatki, czy kanapkę? Czy posłodzić herbatę, czy nie? Niewielki ułamek wymaga zaangażowani świadomości. Większość jest rozstrzygana przez nawyk, podświadome pragnienia, chwilowe emocje. Dysproporcja jest na tyle duża, że można zapytać przewrotnie: czy to ja podejmuje decyzję, czy decyzję podejmują mnie?
Tu może zaprotestujecie i powiecie, że ilość to jedno, ale ważniejsza jest jakość. Czyli decyzje, które są naprawdę istotne, podejmujemy świadomie. W teorii się zgadzam. W praktyce postrzegam to jako bardziej skomplikowane. Wiele decyzji ważnych podejmujemy poza zasięgiem świadomości. Nawet jeśli o niektórych z nich myślimy, to nie oznacza, że podejmujemy je świadomie.

Czym w ogóle jest decyzja? Jest wyborem jednej z wielu dostępnych opcji działania (brak działania jest działaniem). Opierając się na tej definicji, rozpiszę etapy procesu podejmowania decyzji:
1. Zidentyfikowanie sytuacji, w której potrzebne jest działanie,
2. Określenie dostępnych opcji działania, w szczególności czy jest więcej niż jedna,
3. Zebranie dostępnych informacji (faktów) o sytuacji,
4. Przywołanie podobnych sytuacji z przeszłości (odwołanie do doświadczenia),
5. Zebranie za i przeciw każdej z dostępnych opcji,
6. Porównanie opcji na podstawie ich za i przeciw,
7. Wybór najkorzystniejszej opcji,
8. Działanie.
To długa lista, skomplikowany proces. Jeśli mielibyśmy realizować go w pełni, za każdym razem, gdy decydujemy czy założyć najpierw lewy, czy prawy but, dotknąłby nas paraliż decyzyjny, nie moglibyśmy funkcjonować. Jednak decyzja o założeniu tego czy owego buta musi jakoś zapaść! To sugeruje, że istnieją mechanizmy kompresujące proces podejmowania decyzji. Spróbuje zaproponować kilka.

Rutynowe podejmowanie decyzji
Rano wychodzę z domu na tramwaj. Mam dwie drogi na przystanek, o bardzo zbliżonej długości. (1) Muszę podjąć decyzję, którą drogą iść. (4) Przez ostatni rok chodziłem jedną z tych dróg. (7) Wybieram tę samą drogę. (8) Idę wybraną drogą na tramwaj.
Rutynowe podejmowanie decyzji jest powszechne w naszym funkcjonowaniu i przypuszczam, że każdy, po chwili zastanowienia, wskazałby przykłady rutyn w swoim życiu. Którą ręką szczotkuje zęby? Chodzę lewą czy prawą stroną chodnika? W jaki dzień podlewam kwiatki? Który but zakładam najpierw?
Niektórych rutyn w naszym życiu jesteśmy świadomi, innych nie. Niektóre są dla nas korzystne, inne obojętne, a jeszcze inne szkodliwe.
Co do zasady, jeżeli jesteśmy świadomi rutyny, możemy ją zmienić, inwestując czas i wysiłek na wypraktykowanie nowej.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktur (2), (3), (5) i (6). Opieramy się tylko na przeszłym doświadczeniu, schemat rozumowania:
W podobnych sytuacjach podejmowałem dotąd decyzję X, więc i tym razem decyduję X.
Kiedy rutynowe decyzje zawodzą? Kiedy coś znacząco zmieniło się w stanie rzeczywistości. Przykładowo, wyobraźmy sobie, że zawsze wyjmujemy kubek z szafki prawą ręką. Co się stanie, jeśli doznamy kontuzji prawej ręki, tak, że każde jej uniesienie, wywoła przykre odczucie bólu? Gdy rutynowo spróbujemy sięgnąć po kubek, sykniemy z bólu i zmienimy decyzję, sięgając po kubek lewą ręką.
Kto przechodził przez podobną sytuację, wie, jak długo rutyna potrafi się utrzymywać, nawet gdy mamy tak silne warunkowanie negatywne.

Emocjonalne podejmowanie decyzji
Szef miał do mnie pretensje o niedostarczenie raportu na czas. (1) Jestem zestresowany z tego powodu. (2) Mogę zjeść coś słodkiego albo wypić piwo. (7) Mam piwo w lodówce. (8) Wypijam piwo.
(1) Kolega nazwał mnie głupkiem. Czuję złość. (2) Mogę to zignorować lub nazwać go ch**em. (7) Czuję złość. (8) Nazywam kolegę ch**em.
Emocjonalne podejmowanie decyzji jest, przypuszczam, najczęstszym ze skrótów. Przykłady powyżej mają negatywne konotacje, ale sam mechanizm negatywny nie jest. W wielu przypadkach jest wyśmienitym sposobem na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu.
Często źródło decyzji jest nieuświadomione w momencie jej podejmowania. Po czasie możemy być w stanie dostrzec emocjonalny charakter naszej decyzji.
Ten proces można zmienić na dwa sposoby: po pierwsze, zmieniając swoje reakcje emocjonalne, po drugie, przez trenowanie tworzenia przestrzeni na refleksję między emocją a decyzją, odraczanie działania.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (3), (4), (5) i (6). Przy czym punkt (2) jest zwykle zawężony – emocja powoduje tunelowe widzenie. Opieramy się na odczuwanej emocji i znanych sposobach jej rozwiązania:
Odczuwam emocję X, emocję X mogę rozładować w sposób Y albo Z, Y jest łatwo dostępny, robię Y.
Kiedy emocjonalne decyzje zawodzą? Kiedy natężenie emocji jest nieadekwatne do sytuacji, jest zbyt silna, lub zbyt słaba ze względu na okoliczności. Przykładowo, kiedy jestem zmęczony po długim dniu pracy, reaguje większym gniewem na drobną zaczepkę. Podobny rozdźwięk zachodzi też, gdy emocja pochodzi z innego etapu rozwoju, zwykle dzieciństwa. Zasadniczo wszelkie konflikty i zaburzenia w sferze emocji powodują zgrzyty w tym sposobie podejmowania decyzji.

Mechaniczne podejmowanie decyzji
(1) Jestem zestresowany po tygodniu pracy. (8) Wypijam czteropak piwa.
(1) Ktoś zwrócił na mnie uwagę podczas obiadu, złamał niewidzialność. (8) Chowam się za ekranem telefonu.
(1) Słyszę głośny huk podobny do huku wystrzału. (8) Rzucam się na ziemię.
Przez mechaniczne podejmowanie decyzji, rozumiem decyzje płynące z psychicznych mechanizmów. Mogą to być mechanizmy obronne, mechanizmy uzależnienia i inne. O ile mechanizm chroni przed prawdziwym niebezpieczeństwem, może być wartościowy. Zazwyczaj tak podejmowane decyzją są jednak niekorzystne.
Mechanizmy działają z podświadomości, można jednak uświadomić sobie ich istnienie, co stanowi podstawę do ich zmiany, jeśli jest konieczna.
Są dwa sposoby, by radzić sobie z mechanizmami: pierwszy, to unikanie wyzwalaczy mechanizmu. Drugi, praca nad dezaktywacją, albo likwidacją, mechanizmu.
W moim ogólnym schemacie rutynowe podejmowanie decyzji sprowadza się do pominięcia punktów (2), (3), (4), (5), (6) i (7). Opieramy się na odebraniu informacji o wyzwalaczu i natychmiastowym przejściu do reakcji Y:
Obserwuje wyzwalacz X, robię Y.
Kiedy mechaniczne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy prawdziwe źródło zagrożenia już nie istnieje, na przykład, gdy żołnierz wrócił z wojny, jednak nadal reaguje gwałtownie na głośny huk. Także, jeśli zagrożenie nigdy nie istniało lub kiedy reakcja była od początku błędna, tutaj przykładem są mechanizmy uzależnienia prowadzące do zażywania substancji.

Preferencyjne podejmowanie decyzji
(1) Zatrudniam pracownika. (2) Mam do wyboru dwóch kandydatów. (3) Poznaje ich CV. Przeprowadzam rozmowy. (4) Porównuje wyniki z kandydatami i pracownikami z przeszłości. (5) Kandydaci mają bardzo zbliżone kwalifikacje. Rozmowy przebiegły podobnie. Jeden z kandydatów to mężczyzna, druga to kobieta. (6) Większość wyników jest zbliżona. Mężczyzn cenie wyżej niż kobiety. (7) Wybieram mężczyznę. (8) Zatrudniam mężczyznę.
Preferencyjne podejmowanie decyzji, może rywalizować z emocjonalnym pod względem częstości występowania. Polega ono na podejmowaniu decyzji na podstawie czy pod wpływem nieuświadomionych preferencji, korzystając z wcześniej zakorzenionych przekonań. Jest to skuteczny sposób na zaoszczędzenie mocy przerobowych mózgu, jest konieczny do naszego funkcjonowania, ale ma ogromny potencjał, by skłaniać nas do podejmowania błędnych i krzywdzących decyzji.
Preferencje są zazwyczaj nieuświadomione, choć bywa inaczej. Nawet w przypadku nieuświadomionych preferencji, można wykonać pracę, by je odkryć i zmienić.
Dwa sposoby, by radzić sobie z tym trybem podejmowania decyzji: jeden, to gdy podejrzewamy, że możemy mieć ukryte preferencje, zasięgnięcie drugiej opinii może być pomocne. Drugi to, odkrywanie swoich ukrytych uprzedzeń i preferencji i zmienianie ich, lub branie na nie poprawki przy podejmowaniu decyzji.
W ogólnym schemacie preferencyjne podejmowanie decyzji nie pomija żadnych punktów, ale trywializuje i zaburza punkty (5) i (6), ograniczając opcje do tych preferowanych. Zbieramy informacje o decyzji i dostępnych opcjach, przy ich analizie odwołujemy się do naszych preferencji, zamiast do obiektywnych kryteriów i podejmujemy decyzję na ich podstawie:
Mam do wyboru ścieżkę X lub Y, poznaje argumenty za X, poznaje argumenty za Y, przywołuje moją preferencję dla X, nie ważę argumentów, wybieram X.
Kiedy preferencyjne podejmowanie decyzji zawodzi? Kiedy nasze preferencje są oparte na błędnych przesłankach, wierzymy w coś, co nie jest prawdą, przykładowo, gdy ktoś wierzy, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn. Kiedy opieramy się na preferencjach w sytuacjach, gdy mamy do dyspozycji obiektywne argumenty i czas by je przeanalizować. Przykładowo, kiedy mamy do czynienia z byłym przestępcą, o którym wiemy, że zmienił swoje życie, jednak unikamy go, bo mamy przekonanie, że przestępcy są niebezpieczni.

Decyzje inspirowane hierarchią wartości
We wszystkich czterech opisanych wyżej sposobach podejmowania decyzji, jakiemuś zaburzeniu lub eliminacji ulegają punkty (5) i (6). Co więc z decyzjami, w których punkty (5) i (6) działają poprawnie? Takie decyzje określam mianem „decyzji inspirowanych hierarchią wartości”.
Proces podejmowania decyzji nie musi być świadomy. Sama hierarchia wartości nie musi być uświadomiona. Jeśli jednak dokonujemy rzetelnego zebrania za i przeciw wszystkich opcji i porównujemy je, zgodnie z tym, co uważamy za dobre lub złe, to nasz wybór wypływa z naszego rozumienia wartości i ich hierarchii.
Dla jakości podejmowanych w tym trybie decyzji kluczowe jest, by nasza hierarchia wartości była zdrowa. Mówiliśmy o niej nieco w poprzednim artykule. Błędy w hierarchii wartości przekładają się na błędy w decyzjach.
Jak hierarchia wartości wpływa na (5) punkt mojego schematu? Instruuje nas, co to znaczy „za”, a co to znaczy „przeciw”. Czyli jaki rezultat naszych działań jest pożądany, a jaki nie.
Przykład
Hierarchia wartości: przyjaźń, ekologia, pieniądze
Decyzja: wybór środka transportu na spotkanie
Opcje: tramwaj, samochód
Fakty: określony czas spotkania, rozkład jazdy tramwajów, pogoda, miejsce spotkania
Sytuacje z przeszłości: korki, spóźnione tramwaje, etc.
Argumenty: Tramwaj emituje mało CO2 (za: ekologia). Tramwaj jest tani (za: pieniądze). Samochód emituje spaliny (przecie: ekologia). Benzyna jest droga (przeciw: ekologia). Samochód jest najszybszy (za: przyjaźń – chcę być na czas).

Jak wpływa na punkt (6)? Pozwala nam przypisać wagę do poszczególnych za i przeciw co w efekcie umożliwia nam porównanie dwóch opcji. Im coś jest wyżej w hierarchii wartości, tym wyższą ma wagę.
Przykład
Porównanie:
Za samochodem przemawia najwyżej lokująca się w hierarchii wartości przyjaźń, to daje tej opcji wysoką wagę. Jednak dwa pozostałe aspekty przemawiają, za tramwajem. Powiedzmy, że przyjaźń ma wagę 4, ekologia 3, a pieniądze 2. Za tramwajem przemawia sumaryczna waga 5, za samochodem 4.
Wybór: tramwaj.

Mam nadzieje, że to uzmysławia, jak ważna jest hierarchia wartości dla procesu podejmowania decyzji.
Jedna dodatkowa sprawa, którą chciałbym tu poruszyć, to pytanie:
czy świadom i podświadoma hierarchia wartości muszą być takie same?
Intuicyjnie wydaje mi się, że odpowiedź, brzmi: nie. To jest niepokojąca myśl, bo sugeruje, że nawet jeśli rozumiemy nasze wartości, wiemy, co się dla nas liczy, nasza podświadomość może mieć inną opinię, a większość decyzji podejmowana jest w różnych podświadomych trybach! Nie ma jednak powodu, by załamywać ręce. To tylko powinno zachęcić nas do pracy nad ujednoliceniem świadomych i podświadomych wartości. Czy to poprzez umacnianie świadomej hierarchii wartości, czy poprzez zgłębianie i podważanie założeń podświadomej. Spójność tych dwóch bytów jest gwarancją dobrych decyzji.

Trzy filary podejmowania decyzji
Na koniec chciałem zasygnalizować trzy koncepcje, które stanowią o naszej zdolności do podejmowania decyzji. W kolejnych artykułach poświęcę każdej z nich z osobna więcej miejsca:
Logikę, czyli sztukę odróżniania prawdy od fałszu. Pracuje we wszystkich punktach.
Etykę, czyli sztukę odróżniania dobra od zła. Pracującą głównie w punkcie (5).
Fizykę, czyli sztukę odróżniania rzeczywistego od nierzeczywistego i zależnego od niezależnego. Pracującą głównie w punktach (1) do (4).
W praktyce wszystkie trzy dziedziny przeplatają się w nietrywialny sposób. Tym tematem zajmiemy się jednak później.


Przykład: wyjazd na firmową wigilię
Zakończymy dzisiejsze rozważania przykładem praktycznym z mojej niedalekiej przeszłości:
(1) Zakład pracy organizuje spotkanie wigilijne.

(2) Dwie opcje: idę lub nie idę na spotkanie.

(3) Fakty o sytuacji:
Spotkanie jest wyjazdowe (poza miastem) z opcjonalnym noclegiem.
Na spotkaniu będzie dostępny darmowy alkohol.
W spotkaniu weźmie udział większość moich przyjaciół z pracy.
Na spotkaniu będzie muzyka i tańce.
Na spotkaniu będzie darmowe, zapewne smaczne, jedzenie.
Jestem uzależniony od alkoholu.
Przebywanie w towarzystwie pijących jest wyzwalaczem głodu.

(4) W ciągu ostatnich dwóch lat, nie brałem udziału w żadnym tego typu spotkaniu. Zwykle odczuwałem niepokój i żal, że coś tracę na kilka dni przed wydarzeniem i w dniu wydarzenia. Uczucia te znikały zazwyczaj już dzień po. W ostatnich miesiącach poczucie straty zmniejszyło się, lżej znoszę świadomość, że coś mnie omija.
Sięgając wstecz dalej, na tego typu imprezach z darmowym alkoholem, piłbym do całkowitego upojenia w niekontrolowany sposób. Następnego dnia leczyłbym kaca klinem. Miałbym poczucie, że bawiłem się dobrze, ale nie pamiętałbym 80% imprezy. Wchodziłbym w relacje z ludźmi przez godzinę lub dwie, później wszystko się rozmywało, nie było już przestrzeni na kontakt.

(5) Przed tym punktem warto byście rzucili okiem na moją hierarchię wartości. (LINK)
Dla uproszczenia spojrzę tylko na opcję 2 „nie jechać”, to są wzajemnie wykluczające się alternatywy, także jest w zagadnieniu symetria pozwalająca mi na takie uproszczenie.
Opcja 2: Nie jechać
Za:
Unikam wyzwalacza (trzeźwość),
Utrzymuje swój stały cykl snu, jestem wypoczęty (trzeźwość),
Nie muszę oglądać pijanych przyjaciół (relacje partnerskie),
Mam czas na lekturę lub pracę nad sobą (rozwój osobisty),
Unikam podejrzeń, że akceptuje fundowanie alkoholu przez firmę (rozwój osobisty).
Przeciw:
Tracę okazję do pogłębienia przyjaźni (relacje partnerskie),
Tracę okazję do zabawy i tańca (rozwój osobisty),
Mogę zostać odebrany jako nietowarzyski przez współpracowników (praca),
Tracę okazję na zobaczenie nowego miejsca,
Omija mnie darmowe jedzenie.

(6) Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy, to kilka punktów związanych z trzeźwością przemawiających za tym, by nie jechać. Trzeźwość to numer jeden w mojej hierarchii wartości.
Druga rzecz to uniknięcie kontaktu z pijanymi przyjaciółmi. Zazwyczaj jest nieprzyjemny oglądać osobę, którą się zna i lubi, gdy jest oszołomiona alkoholem. To pozwala mi zachować o niej lepsze zdanie i wiążę się z dobrymi relacjami.
Dalej mamy argumenty z rozwoju osobistego: nie jadąc, zostawiam sobie czas na rozwój i unikam angażowania się w sytuację, której moralnie nie akceptuje, czyli fundowania alkoholu pracownikom przez pracodawcę.
Za tym, by jechać, także znalazło się kilka argumentów. Pierwszy dotyczy relacji: miałbym sposobność, by pogłębić relacje z moimi przyjaciółmi, czy to z tymi, którzy nie piją, czy też z pijącymi, nim oszołomiliby się alkoholem.
Taki wyjazd jest okazją do zabawy. Uwielbiam taniec (dla jasności: tańczyć nie potrafię, ale bardzo lubię), zabawę i żarty – one mnie rozwijają, są sposobem wychodzenia ze strefy komfortu.
Tego typu wyjazdy służą budowaniu zażyłości biznesowej. Może być, że część osób zinterpretuje moją nieobecność jako afront i trudniej będzie mi z nimi współpracować. Części osób nie poznam, w związku z czym nie będę miał okazji podjąć z nimi współpracy. Kategoria pracy jest ostatnią w mojej hierarchii.
Na koniec mamy nieprzyporządkowane do żadnej kategorii: zobaczenie nowego miejsca i darmowe jedzenie. To są sprawy nieistotne, mogłyby rozstrzygnąć remis, ale w pierwszej ocenie nie ważą.
W obu opcjach są korzyści dla relacji i rozwoju osobistego. Dla uproszczenia przyjmę, że te się wzajemnie znoszą. Pozostaniemy z argumentami dotyczącymi trzeźwości w opcji, by nie jechać i argumentem dotyczącym pracy w opcji, by jechać. Trzeźwość stoi wyżej niż praca w mojej hierarchii wartości.

(7) Wybieraj opcję, by nie jechać. (8) Odrzucam zaproszenie i organizuje sobie ten czas w normalny sposób.

O wartościach

Czym jest hierarchia wartości?

Czy ważniejsza jest przyjaźń, czy praca? Czy większe znaczenie mają pieniądze, czy tężyzna fizyczna? Czy cenię wyżej duchowość, czy podróże do egzotycznych krajów?
Powyższe pytania, są przykładami pytań, o wzajemną relację między wartościami. Odpowiedzi na nie ustawiają wartości w hierarchiczną strukturę, uporządkowaną od tego, co najcenniejsze, do tego, co najmniej istotne. Ta struktura to hierarchia wartości.
Każdy z nas jakąś hierarchię wartości ma, nawet jeśli nie spisał jej nigdy na kartce, nie wypowiedział jej nigdy słowami, czy nawet, nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia.
Jeśli jesteś w stanie odpowiedzieć na pytania powyżej, to znaczy, że masz swoją hierarchię wartości.

Zachęcam was, by zatrzymać się na chwilę i rozważyć następujące kwestie:
Czy mam fizyczny zapis swojej hierarchii wartości?
Czy potrafię wyrecytować, jaka jest moja hierarchia wartości?
Czy kiedykolwiek świadomie analizowałem i zmieniałem swoją hierarchię wartości?
Cześć z was na wszystkie powyższe pytania odpowie negatywnie. To znaczy, że wasza hierarchia wartości jest nieuświadomiona, że jest intuicyjna. W takim układzie można swobodnie funkcjonować i podejmować decyzje. Uważam jednak, że to za mało. Hierarchia wartości jest tak istotna, że kluczowe jest, by była dostępna dla świadomego, logicznego umysłu. To warunek konieczny, by została poddana krytyce. Każdy skorzysta na logicznym przeanalizowaniu fundamentalnych wartości i zmian ich układu w zależności od wyników takiej operacji — czasem będzie to oznaczać proste przeszeregowanie, czasem porzucenie pewnych wartości lub adaptację nowych.
Jak już wspomniałem, hierarchia porządkuje to, co ważne od najbardziej do najmniej istotnego. Uporządkowanie ma sens jedynie, jeśli nie dopuszcza remisów, czyli realnie oddziela od siebie wszystkie wartości. Bo jeśli wszystko ma wysoki priorytet, to nic nie ma wysokiego priorytetu. Może się tak zdarzyć, że dwie wartości będą blisko siebie, tak że trudno będzie między nimi wybrać, wtedy naszym zadaniem jest znalezienie różnicujących je argumentów i wzajemne uporządkowanie.
Co dokładnie znajdzie się na liście wartości, jest kwestią indywidualną. Przestawię swoją wersję, ale wasze mogą być odmienne. Możecie myśleć o wartościach kategoriami szerszymi, niż ja to czynię, lub węższymi. Wasze wartości mogą się w pokrywać z moimi lub od nich odbiegać. Nie ma jednej słusznej odpowiedzi. Zależnie od sytuacji i indywidualnych okoliczności, można przytaczać argumenty na diametralnie różne uporządkowania. Co więcej, lista może się zmieniać z czasem. Nie dlatego, że kiedyś była błędna, tylko dlatego, że zmieniają się zewnętrzne i wewnętrzne okoliczności. Hierarchia wartości nie jest wyrytą w kamieniu ostateczne prawda, jest żywym tworem, podatny na logiczną krytykę i zmienne koleje losu.
Postaram się teraz przedstawić moją hierarchię wartości, sposób, w jaki o niej myślę, jak ją uzasadniam i nad jakim jej aspektami pracuję.

Jak wygląda moja hierarchia wartości?

Kiedy myślę o hierarchii wartości, to koncentruję się na pięciu czołowych elementach. To pozwala ograniczyć zakres dociekań do tego, co ważne. Mam ograniczoną ilość czasu do dyspozycji, nie ma potrzeby, by spędzać go na rozstrzyganiu różnicy między miejsce 50 a 51.
Kiedy myślę o elementach tej listy, myślę o tym, co jest ważne i co jest niezbędne, zostawiam na boku to, co przyjemne – przyjemności znajdują drogę do mego grafiku samoistnie. Nie wszystko, co robię w życiu, odnosi się do pierwszej piątki wartości, ale upewniam się, że większość tego, co robię, wynika bezpośrednio z tych punktów. Jeśli tak nie jest, jest to dla mnie znak kłopotu, że muszę przewartościować hierarchię lub popracować nad jej realizacją w praktyce.
Moja piątka przedstawia się następująco (w kolejności od najważniejszego):
trzeźwość
rozwój osobisty
relacje partnerskie
twórczość
praca.

Pokrótce wyjaśnię dlaczego, jakie są argumenty za takim wyborem i kolejnością.
Na szczycie znajduje się trzeźwość, tu argument jest prosty: bez trzeźwości moje życie runie w gruzy, jest ona fundamentem niezbędnym dla budowania reszty. Musi być priorytetem, bo bez niej kolejne punkty nie zostaną zrealizowane.
Na drugim miejscu mamy rozwój osobisty. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest on niezbędnym wsparciem dla trzeźwości, drugą stroną tej samej monety. W pewnym sensie proces trzeźwienia polega na nieustannej ucieczce naprzód, która jest właśnie rozwojem osobistym. Bez rozwoju trzeźwość jest zagrożona, musi więc być on na drugim miejscu.
Na trzecim plasuje relacje partnerskie, termin szeroki i dość mglisty. Rozumiem przez to tworzenie i utrzymywanie zdrowych relacji z innymi ludźmi. Obejmują one relacje przyjacielskie, rodzinne, romantyczne. Obejmują moje pragnienie założenia rodziny i posiadania dzieci. Są dwa powody dla tak wysokiego miejsca relacji: pierwszy, to moje stoickie przekonanie, że relacje są niezbędne do właściwego rozwoju osobistego, są niezastąpionym materiałem i pożywką dla tegoż. Drugie, to stoickie zorientowanie na działanie dla dobra powszechnego, które w mojej opinii najpełniej przejawia się w relacjach z innymi.
Na czwartym miejscu mamy twórczość. Plasuje się ona w pierwszej piątce, gdyż jest ogromnym wsparcie dla zarówno trzeźwości, samorozwoju, jak i relacji. Stanowi formę autoterapii, pozwalającej mi przepracować wiele złożonych aspektów mojego funkcjonowania. Jest też źródłem wielkiej radości i poczucia spełnienia – stymulacja układu nagrody w mózgu. Sposobem na zdrowe wykorzystanie czasu. I wreszcie pretekstem do wchodzenia w relację z ludźmi.
Cztery pierwsze punkty były ze sobą powiązane, przenikały się i wspierały wzajemnie, piąty – praca – wyłamuje się z tego schematu. Znajduje się tutaj z konieczności. Zarobkowanie jest potrzebne do tego, bym mógł podtrzymać swoją egzystencję. Płacić rachunki, kupować jedzenie, realizować niektóre aspekty pozostałych życiowych priorytetów. W idealnej sytuacji chciałbym ją relegować poza pierwszą piątkę, by zrobić miejsce innym celom.
Wypracowanie obecnego kształtu mojej hierarchii wartości zajęło mi około roku, co około trzy miesiące tworząc kolejną wersję. Teraz nadchodzi kolejna runda prac skoncentrowana nie na samej drabince, z której jestem zadowolony, ale na doprecyzowaniu jej elementów. Przykładowo, trzeci punkt, relacje partnerskie, jest szeroki i niejasny, wyraźnie rozleglejszy od pozostałych. Chcę z niego wyłuskać najbardziej kluczowe rodzaje relacji i na nich się skupić, ustalić hierarchię wewnątrz hierarchii. Czy najważniejsze będzie założenie rodziny i posiadanie dzieci, czy pogłębienie istniejących przyjaźni, czy zbudowanie nowych? Na tego typu pytania będę szukał odpowiedzi.
Hierarchia wartości jest projektem na całe życie. Powinna ulegać zmianie, w miarę jak my się zmieniamy, jednocześnie wskazując kierunek tych zmian. Warto by była poddawana okresowym przeglądom, logicznej ocenie poszczególnych elementów, tak by nie prowadziła nas na manowce. Z każdym z jej punktów związać trzeba konkretne działania, które go realizują. Stworzyć przykłady, które ułatwią nam stosowanie ich w przyszłości. Ta część pracy także jest przede mną. Chcę nadawać głębię każdemu z moich priorytetów, aż staną się dla mnie krystalicznie jasne.

Dlaczego hierarchia wartości jest ważna?

Hierarchia wartości nie jest abstrakcyjną, teoretyczną koncepcją, przeciwnie, jest dalece praktycznym narzędziem. Za każdym razem, gdy podejmujemy decyzję, czy jesteśmy tego świadomi, czy nie, przywołujemy swoją hierarchię wartości. Pytanie, czy chcemy aktywnie kształtować nasz aparat decyzyjny. Jeśli nie, dzisiejszy wpis był małą intelektualną przygodą bez konsekwencji. Jeśli jednak chcemy, by nasze rozumienie tego, co jest ważne, miało solidne podstawy i logiczne uzasadnienie, musimy poświęcać czas i wysiłek na pracę z wartościami, w czym mam nadzieje ten tekst nieco pomoże.

Przejrzysta hierarchia wartości to jeden ze sposobów zaprowadzania porządku w naszym wewnętrznym świecie, budowania zaufania do samego siebie i decyzji, które musimy podejmować, a które bywają bardzo trudne.

W kolejnym wpisie spojrzę szczegółowo na proces podejmowania decyzji i jak wiąże się on z hierarchią wartości, skorzystam przy tym z osobistego przykładu. Jeśli dzisiejszy artykuł was zaciekawił, zapraszam na kontynuację w przyszłą środę.

O alkoholu – psychoaktywność i społeczeństwo

Ostatni wpis serii o alkoholu omawia jego psychoaktywne działanie oraz negatywny wpływ na społeczeństwo. Alkohol wywołuje efekty takie jak pobudzenie, stłumienie lęku i ułatwienie komunikacji, ale również prowadzi do uzależnienia i przestępczości. Dodatkowo analizowane są koszty społeczne związane z jego spożyciem.


Dzisiejszy wpis jest ostatnim z serii poświęconej alkoholowi. Do tej pory omówiliśmy:
1. Wpływ alkoholu na zdrowie
2. Uzależnienie od alkoholu
3. Dlaczego pijemy
Ostatni część poświęcona będzie dwóm zagadnieniom. Po pierwsze spojrzymy na to, jakie jest psychoaktywne działanie alkoholu. Co alkohol robi w naszym mózgu, jakie stany wywołuje. Po drugie, zgłębimy szkody, jakie alkohol przynosi społeczeństwu i dlaczego jego funkcjonowanie w kulturze, jest problemem nas wszystkich, nawet tych, którzy nie piją.

Jak alkohol działa na psychikę? ([1], [2], [3])

Z grubsza rzecz ujmując, alkohol wywołuje trzy pożądane efekty psychiczne:
pobudzenie psychomotoryczne (haj) – efekt zbliżony do działania stymulantów (np. amfetaminy), przypływ energii i chęci do działania, większa chęć do rozmowy, tańca, śpiewu, zanik senności.
Stłumieni lęku – efekt wspólny z innymi depresantami (np. heroiną), obniżenie odczuwane lęku, uczucie ulgi i spokoju, odprężenie. Może, być połączone ze wzrostem senności.
Ułatwienie komunikacji interpersonalnej – nie jest to osobny efekt, raczej pochodna dwóch pierwszych. Pobudzenie ułatwia inicjowanie konwersacji, wchodzenie w kontakt fizyczny (czasem niepożądany). Ograniczenie lęku ułatwia wyrażanie swojego zdania, wdawanie się w rozmowy, mówienie i robienie rzeczy „odważnych” (w tym niebezpiecznych).
Nie wszyscy doświadczają wszystkich tych efektów jednakowo. Część osób doświadcza tylko tłumienia lęku, co ich odpręża, ale nie doznają pobudzenia lub tylko niewielkie. Część osób doświadczy pobudzenia, ale nie tłumienia lęków.
Jest grupa osób, która nie doświadczy żadnego z tych efektów – to szczęśliwcy, którzy nie rozumieją, dlaczego ktoś pije alkohol, zazwyczaj niepijący albo pijący symbolicznie.
Niektóre osoby, doświadczają wszystkich trzech stanów. Do nich zaliczam się i ja. To grupa ryzyka, jeśli idzie o uzależnienie. Temat uzależnienia już przerobiliśmy [LINK]. Tutaj chce tylko uczulić te osoby, które odczuwają pobudzenie po zażyciu alkoholu, by bardzo ostrożnie podchodziły do swojej relacji z alkoholem.
Z trzech efektów silne pobudzenie jest najrzadziej spotykane, jest raczej wyjątkiem, niż regułą. Alkohol jest depresantem, środkiem uspokajającym, działanie stymulujące jest tu nietypowe. Jak wspomniałem wyżej, warto zwracać na nie uwagę, bo może być znakiem ostrzegawczym przed uzależnieniem, a nawet jeśli nie, to może prowadzić do przeciągającego się imprezowania i większego spożycia, które jest szkodliwe dla zdrowia.
Występowanie wszystkich powyższych efektów zależy od osoby, od dawki alkoholu, od chwilowego samopoczucia, od stanu zdrowie i wielu innych czynników. Z tego względu mówi się, że alkohol ma działanie nieswoiste, czyli zmienne i trudne do przewidzenia.
Wszystkie trzy efekty są efektami krótkotrwałymi, tłumienie lęku może trwać najdłużej, ale towarzysząca mu ulga zanika szybko. Wszystkie trzy zaczynają zanikać kilkanaście minut po spożyciu, ustępując miejsca objawom odstawiennym: spadkowi poziomu energii, napięciu i niepewności, dezorientacji, senności. Te objawy są długotrwałe i wiążą się z zasadniczym działaniem alkoholu: centralny układ nerwowy zaczyna spowalniać. Są one na tyle nieprzyjemne, że stanowią zachętę do zażycia kolejnej dawki, która je natychmiastowo uśmierzy, odtwarzając efekt krótkotrwały. Celem większości pijących, jest tak pokierować spożyciem, by objawy odstawienne przespać – zostawiając radzenie sobie z nimi podświadomości.
Jest wiele innych niepożądanych objawów zatrucia alkoholem, które albo pojawiają się po odstawieniu, albo idą w parze z objawami pożądanymi, aby wymienić kilka: zaburzenia równowagi i koordynacji, zaburzenia pamięci, zaburzenia zdolności podejmowania decyzji, zaburzenia mowy, zaburzenia logicznego i abstrakcyjnego myślenia, zaburzenia kontroli impulsów, lęki, obniżone samopoczucie, odczucie bezsilności, zaburzenia popędu seksualnego itd..
Ważnym i niebezpiecznym objawem zażycia alkoholu jest zwiększenie agresji. Nie występuje u wszystkich i zawsze, ale może się pojawić i wywołać bardzo niebezpieczne sytuacje. Wyższy poziom agresji w połączeniu z zaburzeniami kontroli i logicznego myślenia tworzy wybuchową mieszankę, która sprowadza nas do trzeciego dzisiejszego pytania.

Jak alkohol wpływa na dobrostan społeczeństwa? ([4], [5], [6])

Kryminogenność
Pośród powszechnie używanych narkotyków, alkohol jest najczęściej wiązany z przestępczością, jest kryminogenny.
Kilka statystyk dla USA:
w 37% przypadków gwałtu, sprawca jest pod wpływem alkoholu
w 27% napaści z użyciem przemocy, sprawca jest pod wpływem alkoholu
w 66% przemocy domowej, sprawca jest pod wpływem alkoholu
w 40% przypadków przemocy przeciw dzieciom, sprawca jest pod wpływem alkoholu.
Statystki w Polsce (dane z 2019 roku) kształtują się, jak następuje:
gwałt – 60% sprawców pod wpływem alkoholu
pobicia – 73% sprawców pod wpływem alkoholu
zabójstwo – 80% sprawców pod wpływem alkoholu.
Nie będę się rozpisywał i zostawię te statystyki bez dalszego komentarza.

Koszty finansowe ([7])
Wielu ludzi uważa, że państwo zarabia na sprzedaży alkoholu. Przecież pobiera akcyzę, podatek VAT, opłaty za koncesję itp.. Rzeczywistość jednak nie jest tak różowa dla krajowego budżetu. Podatek akcyzowy pokrywa, w przybliżeniu, koszty, jakie ponosi system opieki zdrowotnej, wynikające z leczenia chorób i urazów związanych ze spożywaniem alkoholu. To jednak niejedyny koszt, jaki ponosimy. Alkohol powoduje też spadek produktywności. Powoduje utratę czasu pracy na leczenie skutków picia. Skraca produktywne lata życia, niszcząc zdrowie i powodując przedwczesną śmierć. To koszty, których nie pokrywa żaden podatek lub danina. Akcyza na alkohol musiałaby wzrosnąć trzykrotnie, by zbliżyć się do poziomu pozwalającego je skompensować.

BIBLIOGRAFIA

Działanie psychoaktywne:
[1] https://books.google.pl/books?id=J3-78PdF83kC&pg=PA699&redir_esc=y#v=onepage&q&f=false
[2] https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC9399303/
[3] https://www.who.int/europe/event/redefining-alcohol-for-a-healthier–safer–and-happier-europe

Przestępczość:
[4] https://bjs.ojp.gov/content/pub/pdf/ac.pdf
[5] https://www.alcoholhelp.com/alcohol/crimes/
[6] https://czasopisma.uwm.edu.pl/index.php/sp/article/download/7717/6051/20775 Finanse:
[7] https://businessinsider.com.pl/twoje-pieniadze/polacy-daja-w-szyje-panstwo-traci-miliardy-akcyza-na-alkohol-to-kropla-w-morzu/2rv1ndy

O tym dlaczego pijemy

Autor postu dzieli swoje przemyślenia na temat alkoholu w sześciu hipotezach, które odzwierciedlają różne motywy jego spożywania. Przedstawia wpływ alkoholu na psychikę, przyzwyczajenia kulturowe oraz mechanizmy uzależnienia. Zachęca do refleksji nad własnymi powódami picia oraz ich konsekwencjami, podkreślając, że żaden powód nie jest naprawdę dobry.

Cykl ten miał być trylogią, ale po spisaniu ostatniej części, zdecydowałem, że podzielę ją na dwie. Pierwsza, podejmie próbę odpowiedzi na pytanie: dlaczego pijemy alkohol? Druga, opiszę wpływ alkoholu na psychikę i skutki, jakie niesie spożywanie alkoholu, dla społeczeństwa.
Przypominam tutaj, że do tej pory omówiliśmy:
1. Wpływ alkoholu na zdrowie
2. Uzależnienie od alkoholu

Ten wpis ma być zachętą do dyskusji nad powodami dla których pijemy alkohol. W poniższym tekście przytoczę tę, które przyszły mi do głowy. Wiem jednak, że jestem stronniczy, dlatego chciałbym usłyszeć od was: dlaczego pijecie?

Przedstawię sześć nie wykluczających się wzajemnie hipotez, każda z nich może być prawdziwa dla innej grupy ludzi. Co więcej, kilka może być jednocześnie prawdziwych dla jednego człowieka. Przy tych, z którymi sam miałem z nią doświadczenia, postaram się przedstawić przykład wzięty z mojego życia.

Kursywą wyróżniam autobiograficzne fragmenty.

Hipoteza 1: Co ukoi mój strach czyli psychotropy bez recepty
Kiedy wychodzę na spotkanie ze znajomymi czuję strach. Jeszcze nim wyruszę z domu, kręcę się, spoglądam nerwowo na zegarek. Wychodzę za wcześnie, znowu będę przed czasem. Mam nadzieje, że to nie problem, ale może jednak tak. Jaki dzisiaj będę? Radosny czy zgaszony? Jeśli zgaszony to czy będą mnie dalej lubić? Co będzie jak przestaną mnie lubić? Zostanę całkiem sam! Tak się nie da, tak się nie da… dzwonię do drzwi i zakładam, na twarz najbardziej wyjściowy uśmiech. Strach mnie jednak nie opuszcza, nie będę się dobrze bawił jeśli czegoś z nim nie zrobię.
To typowa sytuacja z jaką mierzyłem się przez większość mojego życia. Strach nawiedzał mnie zawsze kiedy musiałem znaleźć się w grupie osób. Nie miało znaczenia czy te osoby były mi obce, czy znałem je dobrze.
Budzę się rano i boję się wyjść spod kołdry. Nie chcę. Mam wrażenie, że jeśli odrzucę pościel to stanie się coś strasznego, coś czemu nie podołam. Kręcę się z boku na bok, zaciskam oczy udając, że nie widzę światła świtu. Mijają minut, a ja nadal się boję. Jak mam funkcjonować w takim stanie?
Lęk towarzyszył mi przez całe dnie. Najmocniej uderzał rano, zaraz po przebudzeniu, ale i w ciągu dnia przychodził falami.

Czy wiecie, że alkohol ma silne działanie przeciwlękowe? Działa bardzo szybko, już kilka minut po zażyciu, pojawia się uczucie ulgi, towarzyszy mu lekkie pobudzenie i wzrost chęci do działania. Pobudzeni mija szybko, ale działanie przeciwlękowe utrzymuje się od 45 minut do godziny. Kiedy ustaje, lęk wraca wzmocniony, o ile źródło lęku nie zniknęło w międzyczasie. To prowokuje do zażycia kolejnej dawki, a po niej kolejnej i kolejnej, i tak aż do utraty przytomności („zaśnięcia”). Przerabiałem ten schemat setki razy.
Strach jest naturalną i zdrową emocją. Nie jest zły, choć bywa trudny. Niesie dla nas informację, znika kiedy zostanie zrozumiany, kiedy informacja dotrze do celu czyli naszego świadomego umysłu. Jeśli zostanie chemicznie stłumiony nie może wykonać swojego zadania. Nawet jeśli jego przyczyna zniknie, pozostanie w naszym bagażu nieprzeżytych emocji.
Alkohol pozwalał mi mówić do ludzi. Strach i niepewność znikały w oka mgnieniu. Mogłem zacząć żartować, opowiadać historię, śpiewać piosenki. Przestawałem się bać. Bez alkoholu, nie chciałem być między ludźmi, bo czułem dyskomfort. Nawet z bliskimi znajomymi, nawet z rodziną, nie chciałem się zadawać na trzeźwo, bo się bałem.
Kiedy wchodzimy w grupę ludzi odczuwamy niepokój. Niektórzy z nas odczują strach czy lęk. To naturalne odczucia, których źródło dało by się wywieść od naszego ewolucyjnego dziedzictwa i tego jak ważne było w nim stado. Kiedy spojrzycie na grupę dzieci, które właśnie spotkały się po raz pierwszy, dostrzeżecie tą samą ostrożność, niepewność, strach. Kiedy spojrzycie na nie kilka minut później, będą już razem biegać i skakać. Dokonały czegoś, czego wielu dorosłych nie potrafi: poznały się nawzajem, rozproszyły swoje obawy i, swoją odwagą, przezwyciężyły lęk. Wielu dorosłych, w tym i ja, delegowało ten proces w całości na alkohol, tak, że zatracili umiejętność przełamywania barier z innymi bez pośrednictwa substancji.
Nie każdy lęk można przezwyciężyć, nie na każdy lęk jest odwaga. Jeśli jego źródłem są głębsze zaburzenia, może być potrzebna interwencja psychologa (psychoterapia) i/lub psychiatry (leki). Skorzystanie z takiej pomocy nie jest oznaką słabości, przeciwnie jest oznaką siły, dojrzałości i rozsądku.
Mam zaburzenia lękowe. Kiedyś leczyłem je alkoholem. Obecnie zażywam antydepresanty z grupy leków zwrotnego wychwytu serotoniny (z przepisu lekarza psychiatry) i bardzo sobie je chwale. Mają one następujące przewagi nad alkoholem:
+ nie uzależniają
+ nie powodują raka
+ nie powodują uszkodzeń mózgu
+ nie powodują kaca
+ działają 24 godziny na dobę, a nie tylko do godziny po zażyciu
+ pełna lista czego SRI nie robią w artykule o wpływie alkoholu na zdrowie
Jeśli potrzebujecie leku, udajcie się do lekarza. Nie polegajcie na byle czym, tylko dlatego, że możecie to kupić bez recepty w najbliższej żabce!

Hipoteza 2: Kalka społeczna czyli „zawsze tak było”
Kiedy dorastałem, alkohol był częścią większości spotkań: wesela, komunie, imieniny, urodziny, święta. Kiedy trafiłem do liceum i sam zacząłem pić, alkohol był częścią każdego spotkania z kolegami: domówki, ucieczki ze szkoły, urodziny, granie w gry. Kiedy poszedłem na studia, ze znajomymi wychodziło się na piwo, na drinka, na wódkę. Nikt nie zadawał pytania: hej, a właściwie to po co nam tu ten alkohol? Jego obecność była jako powietrze, po prostu jest. I jak powietrze, był przezroczysty, niewidzialny, niezauważalny, niekwestionowany. Przyzwyczajenie jest potężną siłą w naszym życiu. Ja przyzwyczaiłem się, że zawsze kiedy spotykam się ze znajomymi, musi temu spotkaniu towarzyszyć alkohol. Tak było zawsze, tak jest, i tak będzie. Dlaczego?
Przyzwyczajenie jest potężnym czynnikiem w naszym życiu. Setki drobnych i wielkich decyzji, które podejmujemy, pozbawione są refleksji, bo wypływają wprost z przyzwyczajenia. Z okresu swojego wychowania i dojrzewania wynosimy bagaż wzorców, czasem świetnych i użytecznych, czasem toksycznych, czasem obojętnych. Bagaż powiększa się w miarę jak idziemy przez życie. Dochodzą nowe wzorce, istniejące wzorce są utrwalane albo eliminowane. Proces ten zazwyczaj zachodzi poza naszą świadomością. Rzadko jest logiczną analizą istniejących schematów, refleksyjnym przewartościowaniem naszego zachowania i naszych automatycznych założeń.
Alkohol pełni obecnie w kulturze europejskiej rolę społecznego kleju. Jest nieodłącznym towarzyszem spotkań towarzyskich, czy to na wysokich szczeblach ludzi znanych i wpływowych, czy na nizinach społecznych pośród prostych robotników. Wszyscy w toku naszego życia zetknęliśmy się ze schematem spotkania towarzyskiego pod zbiorczym tytułem „chodźmy na piwo, pogadamy”. Dla wielu z nas, ten wzorzec jest typowy dla interakcji społecznych. Dla niektórych, jest jedyny.
Kiedy ostatnio zadaliście sobie pytanie, dlaczego spotykam się z kolegą/koleżanką przy alkoholu? Kiedy ostatnio poddaliście refleksji, jaką rolę spełnia alkohol w waszych życiu towarzyskim? Kiedy ostatni sprawdziliście, czy jest wam potrzebny do czegokolwiek?
Nieczęsto wychodzę na spotkania towarzyskie na których może się pojawić alkohol, ale zdarza mi się to od czasu do czasu. Ostatnio miałem przyjemność w takiej okazji uczestniczyć. Wydarzenie nie było mocno alkoholowe, większość uczestników nie piła, jednak substancja przewijała się, w bardzo klasyczny sposób, znany z miliona domówek w tym kraju. Przez cały wieczór, od czasu do czasu, pojawiało się we mnie pytanie: po co? Co by się zmieniło, gdyby alkoholu na tej imprezie nie było wcale? Byliśmy zgraną grupą, znającą i lubiącą się nawzajem. Rozmowa kleiła się bez problemu, także dla tych, którzy nie pili. Jestem stronniczy, więc możliwe, że czegoś nie dostrzegam, ale mój wniosek był taki, że alkohol na tym spotkaniu to był tylko kwiatek do kożucha, byłoby równie udane i bez niego.
Świętujemy przy użyciu alkoholu, wznosimy toasty: na Nowy Rok, na urodziny, na zdrowie (ta ponura groteska) i tak dalej. Stworzyliśmy społeczną kalkę wpisującą alkohol w rytuał świętowania – ciekawym byłoby prześledzić jak to się stał [1]. Odgrywamy scenki przy jedzeniu, zwykle z winem, odnoszące się do ponoć niezwykłego związku tego trunku ze smakiem potraw. Nie pytamy: jak substancja, która paraliżuje nasze kubki smakowe, ma pomóc w smakowaniu czegokolwiek? Nie poddajemy naszych przekonań logicznej refleksji.
Zachęcam was byście zerknęli na własną relację z alkoholem, na sytuacje w których oczekujecie, że będzie alkohol, w których wydaje się wam obecność alkoholu naturalna. Na przyzwyczajenia, które wiążecie z tym narkotykiem. Jestem ciekaw co odkryjecie, dajcie mi znać!

Hipoteza 3: Pobudź mnie czule czyli zaskakujący stymulant
Padam na twarz, za chwilę zasnę na stole. Szybko, no gdzie to piwo. O, jest. Duży łyk, jeszcze jeden i jeszcze jeden. Już czuję, że mogę podnieść głowę, nie zasnę. Kolejny. Kufel jest pusty. Mniej niż 10 minut. Dobra. Następne. Już trochę wolniej, ale i tak poniżej 20 minut. Kolejne. Pół godziny i z głowy. No teraz to mogę  zaczynać wieczór. Po senności nie ma śladu, strach zniknął, mam moc i energię. Jest dziewiąta wieczorem. Skończę zasypiając (tracąc przytomność?) o piątej nad ranem.
U około 10-15% populacji alkohol wywołuje niezwykły efekt – zamiast swojego zwyczajowego spowolnienia i otępienia powoduje pobudzenie i uczucie wzrostu energii, działa jak klasyczny stymulant! Jednocześnie uśmierza strach i powoduje rozluźnienie, działa jak klasyczny depresant! Jest to niezwykłe połączenie. Nie znam drugiej substancji psychoaktywnej, która miała by podobny efekt. To zjawisko jest czynnikiem ryzyka w zachorowaniach na uzależnienie od alkoholu. Osoby w ten sposób reagujące na alkohol, nie mają naturalnego hamulca, jakim jest dla większości: wypiłem za dużo, zasypiam. Dzieje się odwrotnie, im więcej wypiją tym są bardziej pobudzone. Piją w efekcie więcej, a także częściej, bo postrzegają dodatkowe korzyści z kontaktu z alkoholem. Jest więcej sytuacji, w których są gotowe sięgnąć po substancje. Większość ludzi gdy jest zmęczona, nie pija wcale albo pije mniej. Ja robiłem wręcz przeciwnie, im bardziej czułem się zmęczony, tym chętniej sięgałem po alkohol, by się pobudzić.
Kiedy wychodziłem z domu oczy mi się same zamykały. Byłem  niewyspany, skacowany. Umówiłem się jednak ze znajomym na mieście. Zbierając resztki energii dostałem się do tramwaju. Ledwo mogłem usiedzieć nie zasypiając. Przed oczami miałem mroczki. Dotarłem na miejsce, do jednego z lokali w centrum. Kolega stwierdził, że też jest zmęczony, trzeba się więc obudzić. Zamówiliśmy butelkę wódki i piwo na głowę. Podziałało. Nie pamiętam, co się działo w kolejnych godzinach (palimpsest alkoholowy), następna klatka to inny lokal w centrum. Kolegi już nie ma, a ja tańczę szaleńczo na parkiecie. Lokal pustoszeje. Jest piąta nad ranem. W końcu i ja wychodzę, chociaż mógłbym cisnąć jeszcze dłużej. Budzę się pod wieczór. Okazuje się, że zgubiłem okulary. Chyba przeszkadzały mi w tańczeniu. Idę do monopolowego po piwo, żeby się nieco obudzić.
Jeśli obserwujecie u siebie silnie pobudzające działanie alkoholu, nie chodzi tu o chwilowe pobudzenie zaraz po zażyciu, tylko efekt trwający około 45-60 minut, powinniście szczególnie uważać na swoją relację z alkoholem. Jeśli nie wiecie do końca jak to sprawdzić, to następujący test może pomóc, choć go nie polecam bo wymaga picia alkoholu (lepiej nie testować i po prostu przestać pić): wypijcie szybko szklankę wódki (200 ml). Odczekajcie kilka(naście) minut. Czujecie senność czy pobudzenie? Jeśli czujecie pobudzenie, jesteście we wspomnianych wyżej 15 procentach. Najlepsza rada jaką dla was mam: rozstańcie się z alkoholem. Nie eksperymentujcie, nie testujcie granic, nie zakładajcie, że znacie jakiś umiar. Każda z tych rzeczy was zwiedzie, a alkohol ma dla was tyle teoretycznej użyteczności, że ryzykujecie, że staniecie się od niego zależni.

Hipoteza 4: No przecież jak wypiję to jestem fajniejszy! Prawda? Prawda?!
Wychodzę na parkiet. Za chwilę moje kocie ruchy oszołomią wszystkich zgromadzonych. Zaczynam taniec, jestem jak natchniony, wyginam się wbrew prawom fizyki, moje ruchy są idealnie zgrane z rytmem piosenki. Ale to jeszcze nie jest moje ostatnie słowo. Wracam po kolejnymi piwie. Nie wiem jak to możliwe, ale tańczę jeszcze lepiej. Za chwilę wszystkie kobiety w lokalu padną mi do stóp. Jestem królem tańca! Tylko dzięki alkoholowi, na trzeźwo jestem w tym beznadziejny, tylko komuś nogi podepczę. O kurwa, na coś nadepnąłem… a jakaś zołza podlazła mi pod buty, uważaj gdzie łazisz, ja tu tańczę!
Wielu pijących tego doświadcza: poczucie, że mogą więcej, że są stają się lepsi i fajniejsi, lepiej tańczą, gadka im się klei, żarty są śmieszne jak nigdy, a jak wsiądą za kółko, to mogą startować w rajdach! Mamy poczucie, że startujemy z niskiego pułapu, że jesteśmy kiepscy, mało interesujący, a ten magiczny napój dodaje nam sił, czaru i umiejętności. Wiemy jednak, że nie można przesadzić. Jak wypijemy za dużo, to staniemy się bełkotliwie, zaczniemy się zataczać etc.. Musimy znaleźć magiczną granicę, po której alkohol zaczyna nam szkodzić: „umiar”.
Nagraliśmy się kiedyś z kolegami po pijaku. Pamiętam tą imprezę, w trakcie czułem, że mamy fazę, że walimy dobre teksty, śpiewamy szlagieru Kultu lepiej niż Kazik, recytujemy „Pana Tadeusz” tak że Mickiewicz łezkę z zachwytu w niebie roni. Obejrzałem później nagranie, zobaczyłem obraz nędzy i rozpaczy: bełkot, pseudo mądrości, wulgaryzmy bez ładu i składu i wycie, którego nie sposób nazwać śpiewem. Szkoda, że nie dało mi to do myślenia.
Alkohol nas zmienia. Zmienia nas i to zawsze na gorsze. Nie może być inaczej jeśli się nad tym chwilę zastanowić. Narkotyk, który spowalnia nasze ruchy, opóźnia reakcję, odbiera kontrolę nad siłą i modulacją głosu, zaburza logiczne myślenie, wzmaga agresję, upośledza postrzeganie rzeczywistości, nie może korzystnie wpływać na nasze zachowanie! Gdy jesteśmy pod jego wpływem jak odmienne jest jednak nasze rozumienie. Poniżej wykres, ilustrujący te zależności.

Rzeczywistość alkoholowa jest niezmiernie prosta: od pierwszego kieliszka, piwa, drinka, stajemy się gorszymi ludźmi. Nie ma żadnego mitycznego „umiaru”, po którym sprawy przybierają zły obrót, jest monotoniczny zjazd w dół. Większość z nas jest fajna na trzeźwo, także nim zrobimy się kijowi musimy sporo wypić, ale każdy łyk sprawia, że postępujemy krok na drodze w dół.
Osoby pijące starają się chronić tą iluzję. Nie chcą konfrontować się ze swoim zachowanie po pijaku, nie chcą informacji zwrotnej z tego stanu. Często unikają towarzystwa osób trzeźwych, trzymają się innych pijących. Kiedy sami nie piją, dostrzegają te prawidłowości u innych osób, ale nie aplikują ich do siebie, czyli myślą: innych alkohol zmienia na gorszę, ale nie mnie, ja jestem wyjątkiem!
Dla osób, które uważają, że stają się po alkoholu lepsze, ciekawsze, zabawniejsze etc., proponuje eksperyment: nagrajcie się podczas jednej z imprez na kamerce i gdy już wytrzeźwiejecie i przejdzie wam kac, obejrzyjcie spokojnie i dokładnie ten zapis wideo. Bądźcie odważni i oglądajcie dalej, niezależnie jak niezręcznie zaczniecie się czuć.

Hipoteza 5: Przecież nie będzie pił sam! Czyli empatia
Z tą hipotezą nie miałem osobistego doświadczenia, znam ją z obserwacji. Chodzi o to, że gdy jesteśmy w towarzystwie i widzimy, że jedna osoba pije, dołączamy się do niej i też zaczynamy pić, by nie czuła się samotna i napiętnowana. Rozpoznajemy, że ktoś pić musi i dołączamy się do nich, by stworzyć komfortową sytuację.
Typowe dla gospodarzy na imprezie, którzy nie chcą zostawiać gości samych z alkoholem, nalewają go więc i gościowi i sobie – dla towarzystwa. Chcą by gość poczuł się swobodnie w ich domu.
To wydaje się być dobrym, sympatycznym, ludzkim powodem do picia. Nie zostawiamy potrzebującego człowieka samego sobie, pomagamy mu czuć się komfortowo w naszym towarzystwie. Jednak jest w tym złuda, bo to nie z nami osoba pijąca czuję się komfortowo, tylko z alkoholem. Podtrzymujemy komfort picia osoby, która, z dużą dozą pewności, pić nie powinna. Nieświadomie wyświadczamy im niedźwiedzią przysługę, bo nie ma nic lepszego dla osoby pijącej niż utrata komfortu picia!
Rada dla osób z tej grupy: przestańcie to robić! Poszanujcie swoje zdrowie i pozwólcie innym poczuć dyskomfort i wstyd płynący z ich decyzji. Pozwólcie im stracić komfort picia, on przynosi więcej szkód niż pożytku.

Hipoteza 6: No przecież piję! Patrz trzymam butelkę! Czyli „dajcie mi spokój”
Jest jeszcze jedna grupa, ludzie którzy piją „na odczepnego”, to znaczy po to by inni pijący dali im spokój. To osoby, które na kilkugodzinnej imprezie otworzą jedno piwo i nawet go nie skończą. Ciężko powiedzieć by w ogóle pili, dlatego nie poświęcę im wiele miejsca.
Mam dla nich tylko jedną radę: rozważcie czy nie przestać bawić się w te podchody. Chcąc nie chcąc, utrwalacie kulturę alkoholową, która przynosi bezpośrednie szkody społeczeństwu, w którym żyjecie. Ale jak ktoś nie ma ochoty kopać się z koniem, to rozumiem.

Podsumowując, przedstawiłem wam sześć hipotez co do tego dlaczego pijemy/pijecie alkohol. Więcej niż jedna z nich może stosować się do was. Możecie mieć swoje własne, których nie ująłem na swojej liście.
Chciałbym was zachęcić do dwóch rzeczy:
Po pierwsze, poddajcie refleksji swoje powody by pić. Macie teraz do dyspozycji część pierwszą tego cyklu, gdzie omawiamy negatywne skutki picia, macie dzisiejszy artykuł, macie czas na przemyślenia. Spróbujcie zważyć na jednej szali, korzyści jakie czerpiecie z picia alkoholu, na drugiej, negatywne konsekwencje picia. Czy rachunek się zgadza?
Po drugie, jeśli macie ochotę, podzielcie się swoimi przemyśleniami i powodami ze mną – w prywatnej rozmowie, w komentarzach, cokolwiek jest dla was komfortowe. Chętnie poznałbym więcej hipotez dlaczego pijemy i poddał je krytyce. Żadna z tych, które przedstawiłem dziś, nie jest dobrym powodem do picia. Może Ty masz powód, który jest dobry?

BIBILOGRAFIA

[1] „Ile możesz wypić? O nałogach i ich leczeniu”, Johannes Lindenmeyer
[2] „Obnażony umysł. Twoja droga do wolności i szczęścia bez alkoholu”, Annie Grace