Fantasta

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Niekiedy zapadam się w fantazje jak w bagno. Zmyślona historia zaczyna żyć w mojej głowie, rozwijać się, nabiera intensywności i wyrazistości. Nie chcę jej przerywać, nie chcę jej kończyć. Chcę pozostać w wymyślonym świecie, który jawi mi się jako bezpieczniejszy, lepszy od rzeczywistego. Czasem trwa to krócej – fantazja jest zwarta i konkretna. Czasem trwa dłużej – fantazja jest rozbudowana i wielopoziomowa.

Przykład

Najbardziej wyrazistym przykładem z mojego doświadczenia było tworzenie fantazyjnych światów, służących jako arena dla moich myśli przed zaśnięciem. Piszę w czasie przeszłym, ponieważ od dłuższego czasu nie praktykuję już tej metody na zasypianie.

Koncepcja była prosta: kładąc się spać, gdy nawiedzała mnie gonitwa myśli, często zabarwiona lękiem, porządkowałem je poprzez wejście do wymyślonego świata. Zaczynałem snuć bardzo konkretną, wyrazistą fantazję osadzoną w świecie magii i miecza lub w świecie fantastyczno-naukowym. Obsadzałem siebie w roli głównego bohatera i rozgrywałem jakiś scenariusz.

To pozwalało mi odciąć się od naporu nieuporządkowanych myśli, które mogłyby powstrzymywać mnie przed zaśnięciem przez dłuższy czas. Świat fantazyjny działał uspokajająco i zwykle po kilku minutach takiej „medytacji” odpływałem w sen.

Choć używałem kilku światów w tym celu, miałem swoje ulubione – takie, w których podejmowałem rozpoczęte historie z wieczora na wieczór. Te fantazyjne konstrukcje rozlewały się poza obszar zasypiania; myślałem też o nich na jawie – w podobnej roli, czyli dla uspokojenia lęku.

Więcej przykładów

Jest dla mnie typowe, że poświęcam więcej czasu na fantazjowanie o relacjach niż na faktyczne wchodzenie w nie. Czyli zamiast napisać do osoby, z którą chciałbym porozmawiać, wyobrażam sobie rozmowę, zazwyczaj jej idealny przebieg. Po skończonej fantazji mam poczucie, że nie ma już potrzeby przenosić jej w rzeczywistość.

Niektóre z moich fantazji spełniają rolę głaskania ego, to znaczy, że ich treść przedstawia mnie w pozycji siły, władzy i wiedzy wykraczających dalece poza rzeczywisty stan rzeczy. W natychmiastowej perspektywie sprawiają, że czuję się nieco lepiej, w sensie regulowania emocji związanych z niskim poczuciem własnej wartości. W perspektywie dłuższej zaczynam wierzyć w ich elementy, co prowadzi do praktycznego zadufania w sobie.

Skąd się to bierze

Podobnie jak w przypadku poprzedniego aspektu „kreatora”, także tutaj źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

Odsunięcie się w fantazję było i nadal jest dla mnie sposobem regulowania emocji. Przynosi ulgę, szczególnie od tych związanych z lękiem, gdyż zastępuje zagrażającą rzeczywistość pewną iluzją. Efekt jest zwykle chwilowy – przez czas trwania fantazji napięcie znika. Jednak pewne aspekty trwają dłużej: pojawia się efekt zawierzenia własnej opowieści – pewne jej elementy mój umysł bierze za prawdę.

Fantazjowanie jest realną strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami. Sama w sobie nie jest czymś negatywnym ani niszczycielskim. Trzeba jednak rozróżnić pomiędzy twórczym parafrazowaniem własnego doświadczenia, które pozwala je lepiej zrozumieć, a ucieczką w fikcję przed nazbyt bolesną emocją, którą chce się pod opowieścią pogrzebać, a nie przez nią przepracować.

Stąd rozdzielenie tego mechanizmu na dwa bieguny – twórczy i problemowy.

Ograniczenia i wyjątki

Doświadczenie jest w dużej mierze granicą fantazji. To, co fantastyczne, sklejam z elementów mi znanych, czasem lekko je rozszerzając, ale to, co wymknęło się sferze moich realnych doświadczeń, nie znajduje odzwierciedlenia w fantazjach. To ich ograniczenie.

Jak to się objawia w relacjach?

Najbardziej drastycznym przejawem nadmiernego fantazjowania w sferze relacji jest ich urywanie się, czy raczej urywanie ich przeze mnie. Kiedy mój umysł zaczyna intensywnie rozgrywać dany związek w wyobraźni, traci zainteresowanie i zapał do rozwijania go w rzeczywistości – jakby był już dokonany i nie było sensu go kontynuować. Zjawisko może być tak intensywne, że prowadzi do zaprzestania kontaktu z drugą osobą. Nie chodzi tu o jawne zrywanie czegokolwiek, raczej o stopniowe ograniczanie kontaktu, aż do jego całkowitego ustania. Ten efekt jest dodatkowo wzmacniany przez moją ogólną tendencję do unikania relacji.

Trudniejsze do zaobserwowania, ale potencjalnie równie destrukcyjne, jest zastępowanie przez fantazjowanie wchodzenia w nowe relacje. Tutaj mieszczą się te relacje, które mogłyby być, ale ich nie ma, bo wybrałem bierność napędzaną przez fikcję wyobrażeń. Druga strona potencjalnej relacji nie ma szans zaobserwować procesu, tylko ja niekiedy uświadamiam sobie, że zaszedł.

Fantazjowanie może narażać na szwank istniejące relacje, także poprzez tworzenie niezgodności między fantazją a rzeczywistością. Chodzi mi o sytuacje, w których wymyślę sobie pewien przebieg zdarzeń, przeżyję go w wyobraźni, włącznie z reakcją drugiej strony, a następnie rzeczywistość okaże się mniej satysfakcjonująca. Mogę się na kogoś wręcz obrazić, za to, że nie zrobił tego, co sobie wyfantazjowałem!

Zakończenie

Tworzę światy w swojej wyobraźni i w nie uciekam. Mam do tego niemały talent, to, co tworzę, bywa niezwykle kuszące. Niezależnie jednak od tego, jak piękna jest fantazja, zatracenie się w niej może być ucieczką od rzeczywistości.

Jeśli czynimy tak okazjonalnie, dla wytchnienia, nie ma w tym problemu. Jeśli jednak staje się to naszą kluczową strategią regulacji emocji, możemy wpaść w pułapkę. Od nas zależy, czy znajdziemy odpowiedni balans.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kreator

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy kreatywnością a ucieczką w fantazje. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Twórczość jest jedną z moich najważniejszych wartości. Uważam, że jestem kreatywnym człowiekiem i mam zdolność do tworzenia nowych koncepcji, obrazów, światów. Wykorzystuję te zdolności na co dzień i rozwijam je z zapałem. Stanowią ważny element mojego życia i czynią mnie interesującym człowiekiem.

Przykład

Blog, na którym się obecnie znajdujemy, stanowi koronny przykład realizacji moich twórczych zapałów w praktyce.

Obecnie liczy już ponad 70 wpisów. Każdy z nich jest stworzonym przeze mnie kawałkiem treści. Niektóre są bardziej udane, inne mniej, ale każdy jest oryginalnym tworem mojej fantazji, moich przemyśleń i moich zdolności ubierania tych dwóch w słowa.

Jestem dumny z tego, co napisałem na potrzeby bloga. Wiem, że wytworzenie takiej ilości tekstu jest czymś niezwykłym i nietypowym, szczególnie w dzisiejszych czasach. Mam realne przekonanie, że ta moja twórcza działalność wzbogaciła świat choć odrobinkę.

Chcę kontynuować twórczą pracę w ramach bloga i będę to czynił tak długo, jak pozwolą mi na to okoliczności życiowe. A jeśli pewnego dnia stanie się to niemożliwe, znajdę inne sposoby twórczej ekspresji, jako że i dziś mam ich więcej.

Więcej przykładów

W ciągu ostatnich kilku miesięcy przysiadłem na laurach, jeśli chodzi o pisanie opowiadań, ale nadal jest to zajęcie, które mnie cieszy i które praktykuję z niezłym skutkiem. Jest to też jedna z tych aktywności twórczych, które chcę rozwijać.

Wyplatanie makram, choć czasem dość automatyczne, także jest przejawem twórczej pracy. Jest to przekształcanie nieuporządkowanego zbioru sznurków w obraz, który ma w sobie ład i któremu można nadać pewien sens. Dziś rzadko siadam do makram, ale kto wie, czy nie wrócę do nich w przyszłości?

Podobnie sprawa ma się z innymi aktywnościami manualnymi: układanie kompozycji kwiatowych, dzierganie, rzeźbienie w dyni, malowanie ceramiki – to wszystko zajęcia o twórczym charakterze, które dają mi radość. Nawet jeśli nie praktykuję ich regularnie, to cenię je sobie niezmiernie.

Skąd się to bierze

Źródła moich niezwykłych zdolności w kreowaniu fantazji znajdują się w unikającym stylu przywiązania, szczególnie w jego wczesnych przejawach. Dla dziecka, a później dorosłego, które bało się relacji, a jednocześnie ich potrzebowało, stworzenie w pełni kontrolowanej fantazji było złotym sposobem na zaspokojenie potrzeby w bezpieczny sposób.

System był tak skuteczny, że praktykowałem go konsekwentnie przez wiele lat, modyfikując treść i charakter wyimaginowanych relacji, rozbudowując je do całych światów i skomplikowanych systemów. Praktykowałem fantazjowanie bardzo regularnie i z wielkim zaangażowaniem – przynosiło mi przecież zaspokojenie niezwykle istotnych potrzeb relacyjnych. Praktyka czyni mistrza – stałem się wielce wprawny w tworzeniu fikcyjnych światów i postaci.

Tak ucieczkowe aspekty stylu unikającego wytworzyły okoliczności, w których mogła rozkwitnąć dość niezwykła wyobraźnia. Taka, która w chmurze łatwo dostrzeże smoka, dosiądzie go i poleci na jego grzbiecie, by podbijać starożytne królestwa. Przede wszystkim jednak taka, która stworzy sobie przyjaciela, który nigdy nie odejdzie, chyba że zostanie odprawiony.

To potężne narzędzie, jednak nawet ono ma swoje ograniczenia.

Ograniczenia i wyjątki

Wyobraźnia ma swoje ograniczenia. Wszędzie tam, gdzie moje doświadczenie jest nikłe lub żadne, mam trudności z wyrazistością wizji. Widzę to wyraźnie w swojej twórczości, która napotyka opór tam, gdzie chcę odejść od własnego doświadczenia.

Mogę tworzyć przybliżenia, pewnego rodzaju zgadywanki, ale w wielu przypadkach mam poczucie niedostateczności takich zabiegów. To sprawia, że w mojej ocenie pewne aspekty mej twórczości są niedojrzałe, niepełne.

Choć jest to przejaw raczej niepewności niż sprawdzenia z faktami, wciąż widzę w tym feralne ograniczenie w mojej postawie twórcy.

Szczególnie opisywane tu zjawisko realizuje się w trudności, jaką mam, by wczuć się w położenie innych osób. Może to odnosić się do bohatera opowiadania – póki jest względnie zbliżony do mnie samego, mogę go pisać, ale gdy chciałbym wykroczyć silnie poza własną orbitę, sytuacja realnie się komplikuje. Te postaci wychodzą płasko i niezbyt realistycznie – w mojej ocenie.

Zjawisko to wykracza zresztą poza twórczość literacką i sprawia, że miewam problemy z empatią, a przynajmniej tworzy we mnie tendencję nadmiernego przypisywania moich własnych motywacji i cech innym ludziom. Utrudnia to zrozumienie i może prowadzić do poważnych nieporozumień.

Jak to się objawia w relacjach?

Fantazja potrafi być źródłem całkiem niezłych dowcipów. Takich bardzo niestandardowych i czasem dość pokrętnych. Nie wszystkie da się zrozumieć od razu, ale gdy już rozsupła się małą wiązankę słowną, bywa zabawnie. Jeśli się nie uda, trudno – może następnym razem.

Moje poczucie humoru to Monty Python i Leslie Nielsen / Mel Brooks. Dziwaczne, nietypowe, ale momentami turbo zabawne.

Jedna z najprostszych obserwacji, jakie możesz o mnie poczynić, to że jestem kreatywny w rozmowie – zarówno jeśli chodzi o budowanie zdań, jak i tworzenie warstw znaczeniowych w wypowiedziach. Jeśli zdecyduję się mówić – tak naprawdę, a nie półgębkiem – to to, co powiem, jest kreatywne, interesujące, warte wysłuchania.

Nie zawsze jest poprawne, nie zawsze zrozumiałe (nawet dla mnie samego), ale gdy się rozsupła, staje się przynajmniej dobrą pożywką do refleksji.

Często zdarza mi się potakiwać w rozmowach – takie proste „Tak”, „Rozumiem”. Niekiedy to zwykły drobny konformizm, by zasygnalizować bycie w rozmowie. Częściej jednak w moim przypadku jest to sygnał, że właśnie sobie wyobraziłem, zwizualizowałem to, o czym mówisz, i słowo zgody potwierdza zakończenie tego procesu.

Opisujesz, że znajomy sprzedaje dom z ogrodem, a w ogrodzie są panele fotowoltaiczne? W moim umyśle tworzy się obraz tego domu – czy raczej mojej fantazji o nim. Dzięki temu mogę lepiej rozumieć dalszą część historii, i takie zrozumienie często sygnalizuje właśnie potakiwanie.

Zakończenie

Jestem kreatywnym człowiekiem. Potrafię tworzyć całe światy w wyobraźni. Potrafię ubierać myśl w formę słowa, nadawać jej kształt. Moja wyobraźnia jest potężnym narzędziem, szkolonym od dziecka i do dziś regularnie używanym. Nie mam drugiego tak cennego zasobu.

Nawet ona ma jednak swoją cenę, bo wielka fantazja kusi, by się w niej zatracić, by uciec przed trudami rzeczywistości w jej kontrolowane i bezpieczne objęcia. Wyobraźnia może być zarówno twórczym narzędziem działania, jak i substytutem, w który przed działaniem uciekamy…

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Plon stoickich warsztatów

Dzisiejszy artykuł chciałbym poświęcić ponownemu spojrzeniu na niedawne warsztaty stoickie, zorganizowane przez Tomasza Mazura, w których miałem przyjemność wziąć udział. Nie będę wam raportował rozkładu dnia, ćwiczeń czy treści rozmów – jeśli chcecie poznać takie szczegóły, musicie wybrać się sami – zamiast tego spojrzymy wspólnie na kilka kluczowych myśli czy pytań, które miały swój początek na warsztatach i nadal we mnie pracują.

Traktujcie poniższe teksty raczej jako surowe pytania, próby ich ukonkretnienia czy – w najlepszym wypadku – pierwsze zalążki odpowiedzi. Niczego poniżej nie jestem pewien, wiem tyle, że nic nie wiem, ale może już prawie potrafię zadać właściwe pytanie. To nie jest esej z tezą, nie ma tu myśli przewodniej, co najwyżej luźne powiązania. To zapis nowych kierunków w moim myśleniu, które zrodziły się w trakcie warsztatów. Na chwilę obecną panuje w nich pewien chaos, który – mam nadzieję – będzie twórczy.

Lektura jako doświadczenie

Jestem nauczony traktować lekturę jako źródło informacji – to jej główne zastosowanie. Drugim zastosowaniem jest rozrywka poprzez aktywowanie emocji (strachu w horrorze, podniecenia w romansie).

W związku z tą pierwszą funkcją oczekuję, że to, co czytam, będzie miało klarowną strukturę, będzie operowało dobrze zdefiniowanymi pojęciami w spójny, zrozumiały i jednoznaczny sposób. W skrócie: że informacja będzie zrozumiała i podana bez wieloznaczności.

Podobnie przy drugiej funkcji. Tutaj dopuszczam wprawdzie pewne elementy niedopowiedzenia czy tajemnicy – w końcu nie chcę, by autor kryminału zdradzał mi w drugim zdaniu, kto zabił. Ale czy nie oczekuję, że dowiem się na koniec jednoznacznie, kto jest mordercą? Czy jestem w stanie wybaczyć twórcy, który odmówi mi konkluzji?

Tu nasuwa się pytanie o poezję: jaką ona pełni funkcję? Czy jest to funkcja rozrywkowa, czy jeszcze inna? Na pewno brakuje jej klarowności i jednoznaczności!

Tutaj pojawia się myśl z warsztatów: w starożytności czytanie niebranżowe (kupieckie, prawnicze) było raczej źródłem doświadczenia i przeżycia, a nie informacji. Miało wywołać pewien stan, miało coś czytelnikowi zrobić.

Czy to ten rodzaj czytania, którego można szukać w poezji? Czy ja jestem w stanie tak czytać, czy mogę się oddzielić od oczekiwania informacji na rzecz przeżycia?

Siła rytuału

Kontynuując temat z poprzedniego punktu – czytanie jako doświadczenie – nasuwa mi się pytanie: a może czytanie jako rytuał?

To eksperyment, który wykonuję na samym sobie: staram się ubrać wieczorne czytanie w elementy rytualne i obserwować skutki. Łączę to z parzeniem kawy, z przygaszonymi światłami (ale na tyle jasnymi, by wzroku nie stracić), zapaloną świecą etc. Jest w tym przerost formy nad treścią, ale czy nie o to właśnie w rytuale chodzi?

Fascynuje mnie siła rytuału i jego powszechność w kulturach świata: od masowych obrzędów religijnych po proste parzenie herbaty w domu. Ludzkość rytualizuje swoje zachowania. Dlaczego? Czy jest w nich utrwalająca moc? Czy dają poczucie bezpieczeństwa? Czy pomagają w uczynieniu z prostej czynności wspomnianego wyżej przeżycia?

Jednoznaczność a wieloznaczność

Dalej, drążąc temat lektury i treści, jaką niesie, pojawia się kwestia jednoznaczności i wieloznaczności przekazu. W trakcie warsztatów padło zdanie, parafrazuję: im bardziej abstrakcyjne dzieło, tym więcej znaczeń; im bardziej literalne, tym znaczeń mniej. Bardzo logiczna obserwacja, która jednak nigdy wcześniej mnie nie uderzyła. Czy idealnie abstrakcyjne dzieło to takie, które ma tyle znaczeń, ilu ma widzów?

Co jest lepsze: jednoznaczność czy wieloznaczność? Odruchowo chcę powiedzieć, że ta pierwsza. Tak jestem przyuczony – przypuszczam, że to element kodu kulturowego naszej europejskiej myśli. Co, jeśli się mylę? Jeśli to wieloznaczność pozwala na lepsze zrozumienie? To brzmi dla mnie paradoksalnie, ale może ten dysonans, który odczuwam, jest efektem kodu kulturowego właśnie, a nie realnej oceny sytuacji? Co, jeśli zostałem nazbyt skutecznie przekonany, że jednoznaczność jest od wieloznaczności lepsza?

A może to pierwsze pytanie jest już źle postawione? Może nie ma wcale relacji lepsza/gorsza między jednoznacznością i wieloznacznością? Od kontekstu i celu może zależeć, której z nich warto użyć. Może są pewne pytania, na które odpowiada tylko jedna z nich, a druga nie potrafi? Może jest wiele pytań, na które obie potrafią odpowiedzieć?

Czy mówienie o „odpowiedzi na pytanie” ma sens w wieloznaczności? Czy powinniśmy wtedy mówić o „odpowiedziach na pytanie”? A może nawet i to już za dużo?  

Ograniczenia języka – zarys

Jeszcze jeden krok głębiej schodząc, ale pozostając w duchu zagadnienia poprzedniego: gdzie kończy się użyteczność języka jako środka prowadzącego do zrozumienia?

Czy wszystko da się wyrazić w języku? Czy wszystko można zdefiniować, a następnie ująć w spójne zdania? Język naturalny jest w swojej naturze wieloznaczny. Pojedyncza litera może jednocześnie znaczyć wiele, a sprawa komplikuje się, kiedy łączymy litery w słowa, a słowa w zdania. Na każdym z tych poziomów komunikat może mieć wiele jednoczesnych znaczeń. Czy potrafimy dostrzec tę wieloznaczność? Co, jeśli nie doceniamy jej rozległości? Co, jeśli wydaje się nam, że większość komunikatów, które wysyłamy i odbieramy, jest jednoznaczna, podczas gdy tak nie jest?

Czy to językowi pomaga, czy szkodzi? Czy warto poświęcać trud na ścisłe definiowanie pojęć, na eliminację wieloznaczności? Czy ten proces pozwala nam zrozumieć lepiej czy gorzej? A może nie ma na zrozumienie wpływu?

Tworzymy liczne metajęzyki: matematykę, język prawa etc. Stoją one na różnym poziomie precyzji i jednoznaczności, ale – o ile mi wiadomo – żaden z nich nie jest jednoznaczny. Nawet matematyka musi w pewnym momencie zatrzymać się na niedefiniowalnych pojęciach pierwotnych i aksjomatach. Czy da się stworzyć jednoznaczny język? Czy warto?

Co, jeśli z jednoznacznością czy bez niej zawsze pozostaną kluczowe aspekty bytu, których nie da się zrozumieć przy pomocy języka? Czy wciąż warto próbować? Czy próby, nawet skazane na niepowodzenie, mogą nas do zrozumienia przybliżyć?

No i podsumowujące pytanie: dlaczego mamy oczekiwać, że narzędzie, które ewolucyjnie powstało po to, by dwie małpy mogły się dogadać w sprawie bananów, miałoby się nadawać do rozwiązania tajemnic bytu?

Moralność jako wyposażenie indywidualne

Moralność jawi mi się obecnie jako wyposażenie ściśle indywidualne. To znaczy: każdy z nas tworzy swoją własną moralność, decyduje, co moralne jest, a co nie jest. Wiadomo, że dzieje się to pod wpływem kultury, wychowania, lektury etc. Ale ostatecznie to ja odpowiadam za jej kształt.

Prawo jest zewnętrzną strukturą, przy pomocy której prawodawca określa, jak chce, bym się zachowywał w relacjach z innymi. Moralność jest wewnętrzną strukturą, która określa, jak ja chcę się zachowywać w relacji ze światem. W tym sensie prawo jest takie samo dla wszystkich, moralność jest indywidualna. Prawo można łamać (choć wiążą się z tym konsekwencje), moralności się złamać nie da.

To ostatnie stwierdzenie – „moralności się złamać nie da” – może brzmieć nieco dziwnie, jakby sugerowało, że niemożliwe jest postępowanie niemoralne. W pewnym sensie tak to rozumiem. Jest to rozwinięcie sokratejskiej, przejętej przez stoików, myśli, że wszelkie zło jest efektem błędnego sądu. Czyli każdy człowiek postępuje według swej moralności, ale niektórzy ludzie mają błędnie ustawioną moralność albo błędnie odczytują sytuację.

Moja myśl wykracza tu kawałek dalej i mówi, że oceny moralne zawsze są subiektywne i względne. Tej myśli pewny nie jestem, ale wydaje mi się prawdopodobna – nie widzę, skąd miałaby się wziąć uniwersalna moralność. Subiektywność nie oznacza jednak dowolności. Wyobrażam sobie, że nasze moralności są w nieustającym dialogu: poprzez swoje czyny komunikujemy swoją moralność innym i odczytujemy ich moralność. Czasem dyskutujemy o niej słowem, próbujemy zrozumieć się nawzajem i szukać płaszczyzny porozumienia.

Pytań mam nadal wiele: czy musimy mieć wspólną moralność? Potrzebujemy wspólnego prawa, ale czy warto tego samego wymagać od moralności? Czy możemy bez kłopotu tkwić w takiej wiecznej debacie moralnej?

W obrębie jednej kultury zwykle dość łatwo uzgodnić nam podstawowe zasady moralne. Czy kultura stanowi wspólną platformę, na której każdy buduje moralność? Czy wspólne źródło prowadzi do podobnych efektów? Czy zawsze musi tak prowadzić? Może są liczne platformy, na których moralność da się budować (stoicyzm, chrześcijaństwo, buddyzm etc.)? Czy jest sposób, by stwierdzić, czy któraś jest lepsza od innych? W efekcie: czy da się znaleźć uniwersalną podstawę moralności? Czy moralności na niej zbudowane będą zawsze zgodne?

Granice mojej odpowiedzialności

A teraz praktycznie, w nawiązaniu do poprzedniego: jak powinienem skonstruować swoją moralność? W szczególności – jak powinienem ustawiać granice swojej odpowiedzialności? Rozumiem przez to przede wszystkim pytanie o to, jak efektywnie przeprowadzić rozgraniczenie między tym, co korzystne dla mnie, a tym, co korzystne dla ogółu.

Niezależnie od tego, co mówi prawo, ja mogę i powinienem podjąć trud zrozumienia, jak moje zachowania wpływają na świat wokół mnie, na innych ludzi, i tak dostosowywać swoje działania, by nie czynić im krzywdy. Jak jednak przeprowadzić skutecznie takie granice w świecie, który jest niebywale skomplikowany i współzależny?

Krótka lista wybranych dylematów, które się z tym wiążą, a które nie są i – w mojej opinii – nie powinny być regulowane prawnie:

  • Czy powinienem mieć samochód? Pozwala mi realizować pasje, ale pochłania cenne zasoby naturalne. Istnieją alternatywy: transport zbiorowy, zmiana pasji.
  • Czy powinienem jeść mięso? Smak mięsa jest przyjemny, mięso dostarcza kalorii. Zwierzęta cierpią przy jego produkcji, środowisko jest zanieczyszczane.
  • Czy mógłbym sprzedawać lub produkować alkohol i papierosy? Ludzie chcą kupować i używać tych produktów. Te produkty czynią im krzywdę.
  • Etc.

Pomysł na książkę: ćwiczenia stoickie dogłębnie

Na zakończenie dodam jeszcze, że systematycznie klaruje mi się wizja tego, jak powinna wyglądać książka, którą planuję napisać (jedna z książek, które planuję napisać).

Pomysł zrodził się jeszcze przed warsztatami, na warsztatach i teraz w Bieszczadach jednak się klarował i ewoluował. Osią planowanej książki pozostaną ćwiczenia stoickie – te bardziej znane i popularne. Chcę je opracować pod następującymi aspektami: rys historyczny, efekt well-beingowy (terapia CBT), efekt etyczny (jak się mają do stoickiej etyki współczesnej, cztery ciała człowieka), przegląd form praktykowania, wzorcowa praktyka w szczegółach.

Projekt nabiera koncepcyjnych rumieńców, ale ruszyły też już pierwsze prace badawcze!

Podsumowanie

Nie wątpię, że wiele z powyższych myśli będzie jeszcze na bloga wracać. Tyle ciekawych pytań, tak mało odpowiedzi, ale może to dobrze – ciekawiej jest szukać, niż dostać wszystko podane na tacy.

W newsletterze z tego tygodnia poruszam jeszcze dwa dodatkowe tematy:

  • Czy nasza kultura powinna dążyć do zwycięstwa nad innymi?
  • Wiele twarzy głębokiego spokoju

Jeśli jesteś ciekaw tych zagadnień, zasubskrybuj już dziś!

Tolerancja kontra mimikra

Tolerancja i zrozumienie wobec drugiego człowieka są kluczową kompetencją w budowaniu trwałych i pozytywnych relacji. Stanowią zdrową podwalinę głębokiej więzi. Warto kultywować empatyczne podejście do każdego napotkanego człowieka.

Z drugiej strony zatracenie się w drugim człowieku — odrzucenie własnych pragnień i dążeń po to, by się do niego upodobnić — jest autodestrukcyjną strategią przywiązania. Prowadzi do utraty cech własnych oraz do sztuczności w relacjach, które opierają się na iluzji.

Na osi pomiędzy tymi biegunami warto dążyć w kierunku tolerancji i zrozumienia opartych na pełnej akceptacji własnych pasji i upodobań. Dzięki temu możemy zachować zalety otwartości, jednocześnie unikając pułapek mimikry.

Jak to się łączy?

Elementem łączącym tolerancję i mimikrę jest empatia — otwartość na drugiego człowieka, jego potrzeby, pragnienia i trudności. W pierwszym przypadku towarzyszy jej silne poczucie własnej wartości, a efektem jest zachowanie wspierające, przynoszące korzyść zarówno wspierającemu, jak i wspieranemu. W drugim przypadku mamy do czynienia z ucieczką od siebie w drugiego człowieka i zamiast realnego wsparcia pojawia się lustrzane naśladownictwo.

Człowiek tolerancyjny akceptuje odmienność. Co kluczowe — akceptuje również własną odmienność: czuje się komfortowo z tym, że różni się od reszty ludzkości, rozumie, że ma unikalne wady i zalety oraz elementy wspólne z innymi. Akceptacja siebie stanowi podstawę akceptowania innych. Redukuje lęk przed odmiennością i pozwala konsekwentnie wybierać porozumienie zamiast konfliktu.

Człowiek-kameleon, wbrew pozorom, jest zagorzałym wrogiem odmienności. Źródło tej wrogości tkwi w nim samym — w przekonaniu, że jego odmienność i unikalność są czymś niewłaściwym, przejawem słabości i niedoskonałości. Odmienność budzi w nim tak głęboki lęk, że nie może sobie pozwolić na jej istnienie w relacjach. Skoro nie może zmienić drugiej strony, zmienia siebie, zatracając własną istotę na rzecz bezpieczeństwa konformizmu.

I tak empatia łączy tolerancję i mimikrę, a dzieli je lęk.

Nasuwa się pytanie: gdzie ja sam lokuję się na tych dwóch skalach?

Gdzie jestem

Jestem empatycznym człowiekiem — to jedna z moich największych zalet. Słucham, wczuwam się i sympatyzuję z rozmówcą. Chcę w każdym dostrzec dobre strony i zakładam, że ludzie mają dobre intencje, choć czasami opacznie je rozumieją lub popełniają błędy. Jestem dumny ze swojego otwartego nastawienia.

Jestem lękowcem — zarówno w sensie zdiagnozowanych zaburzeń, jak i charakterologicznego funkcjonowania. Lęk jest moim towarzyszem od dawna. Jest jedną z podstawowych sił, które mnie napędzają. Boję się wchodzić w relacje; boję się, że te, które już mam, rozpadną się, bo powiem lub zrobię coś nieodpowiedniego. Nie czuję się pewnie w żadnej z nich — każda wydaje mi się być w stanie ciągłego zagrożenia. Wiem o swoim lęku, akceptuję go i jestem gotów z nim oraz nad nim pracować.

Połączenie tych faktów sprawia, że obecnie jestem wyraźnie wychylony w kierunku mimikry. Widzę, jak upodabniam się do rozmówcy, wiem, że ten proces zachodzi, ale rzadko jestem w stanie go zatrzymać.

Optymalny stan

Ten przypadek jest dość prosty, jeśli chodzi o określenie optimum. Można je ująć następująco: zachować pełnię empatii, eliminując lęk. To łatwiejsze do wysłowienia niż do zrealizowania w praktyce, ale sprowadza się do zachowania elementów, które pozytywnie łączą nas z drugim człowiekiem, przy jednoczesnym odrzuceniu dyktowanej strachem mimikry.

Chcemy zachowywać pełnię własnej tożsamości, pozostając jednocześnie otwartymi na doświadczenie, historię i emocje drugiego człowieka — czyli na szeroko pojętą tolerancję.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Kluczowa jest praca z lękami i doraźnym strachem. Najlepszym ćwiczeniem jest dyskusja z przekonaniami — tymi, które stanowią źródło lęku. Ma ona formę dialogu sokratycznego z samym sobą, w którym stawiamy pytania dotyczące przekonań, jakie w sobie nosimy. Celem jest wykazanie ich fałszywości i zastąpienie ich przekonaniami bardziej realistycznymi i bliższymi rzeczywistości.

Proces ten wymaga wielu powtórzeń — silnie zakorzenione przekonania nie ustąpią po jednokrotnym zakwestionowaniu ich prawdziwości. Efekty dialogu muszą pracować przez dłuższy czas. Istotna jest również uważność na momenty uruchamiania się tych mechanizmów w sytuacjach społecznych. Ma to znaczenie zarówno dla identyfikowania przekonań, które chcemy podważyć, jak i dla utrwalania nowych, zdrowszych schematów.

Przekonania będące źródłem naszych lęków najczęściej obracają się wokół niskiego poczucia własnej wartości, nieufności wobec drugiego człowieka, poczucia niezrozumienia oraz innych schematów sugerujących, że szczere wejście w relację zakończy się odrzuceniem.

Podsumowanie

Balans między akceptacją a mimikrą powinien być wyraźnie wychylony w stronę akceptacji. Zmienianie się na potrzeby każdej relacji, w którą wchodzimy, jest prostą drogą do utraty kontaktu z własnym „ja” i z własnymi potrzebami — do stania się lustrem pozbawionym właściwości.

Praca nad tym balansem wymaga jednak zmierzenia się z lękami, które mogą być w nas silnie ugruntowane — ze strachem, że jeżeli pozostaniemy sobą, zostaniemy odrzuceni.

Zachęcam was do podjęcia stoickiej pracy nad tymi przekonaniami, jeśli odnajdujecie je w sobie. To nie tylko droga do większej tolerancji wobec drugiego człowieka, ale przede wszystkim do większej tolerancji wobec samego siebie.

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Społeczny kameleon

Dzisiejszy tekst jest drugą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancyjnym podejściem do drugiego człowieka a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Bywam człowiekiem bez właściwości. Potrafię odrzucić siebie i upodobnić się do rozmówcy czy grupy, w której się znajduję. Umiem wtopić się w tło. Mogę zacząć mówić, myśleć i czuć jak ludzie w moim otoczeniu. A właściwie — by uściślić — potrafię odtwarzać moje wyobrażenia o innych; przecież nie wiem na pewno, co myślą. W takich momentach przestaję istnieć, stając się jedynie lustrem.

Przykład

Za przykład niech posłuży cała klasa zachowań, które są dla mnie charakterystyczne — chodzi o kompletne zanurzanie się w temat, który fascynuje mojego rozmówcę.

Jeżeli dostrzegam, że druga osoba szczególnie interesuje się jakimś tematem, zawieszam własne zainteresowania, odstawiam je w kąt i w pełni poświęcam się temu, co ona mówi. Nie ma znaczenia, czy temat był dla mnie wcześniej interesujący — mogła to być najnudniejsza treść na świecie; jednak po chwili rozmowy staję się nią zafascynowany i zaangażowany.

Dla jasności: nie jest to oszustwo ani poza. Moje myślenie faktycznie się zmienia i to, co przed chwilą było nudne, staje się autentycznie ciekawe. Zazwyczaj, gdy rozmowa się kończy, zagadnienie ponownie staje się nudne — aż do momentu kolejnego spotkania. Jeżeli jednak z kimś przebywam regularnie, tematy na tyle we mnie wsiąkają, że nawet pod nieobecność tej drugiej osoby zajmuję się nimi z zainteresowaniem.

Efekt jest na tyle intensywny, że nie jestem w stanie powiedzieć, gdzie kończą się pożyczone zainteresowania, które tylko udaję, że lubię, a gdzie zaczynają się moje własne pasje. Możliwe, że granica ta jest nieostra i że kilka tematów, które początkowo były dla mnie nieistotne i wobec których udawałem zainteresowanie na potrzeby relacji, stało się autentycznymi fascynacjami.

Ten wzorzec zahacza o zagubienie własnej tożsamości i może prowadzić do kryzysu w jej obrębie. Spójrzmy na kilka dodatkowych przykładów, które obrazują ten proces.

Więcej przykładów

W konwersacji mam tendencję do przyjmowania tonu głosu i słownictwa rozmówców. Sposób, w jaki mówię, zmienia się w trakcie dialogu — im lepiej poznaję drugą stronę, tym bardziej się do niej upodabniam: odwzorowuję jej emocje, uczę się jej idiomów. Moja mowa staje się lustrzana.

Gdy jestem zaangażowany w zajęcia grupowe, mam silną tendencję do podążania za tym, co robią inni. Częściowo jest to przejaw ogólnego konformizmu, jednak doprowadzony do sytuacji, w której nigdy nie mam własnego zdania. Czekam, aż inni się na coś zdecydują, i dopiero wtedy podłączam się pod ich plan. Jeżeli planów jest kilka, wybieram jeden i zaczynam go ślepo popierać.

Jeżeli zdarzy mi się poczuć niezgodę z decyzją i działaniem grupy, nie wspominam o tym. Nawet jeśli widzę, że obrana droga zakończy się porażką, nie reaguję i pozwalam, by zdarzenia rozegrały się zgodnie z decyzją większości. Na koniec, razem ze wszystkimi, narzekam na niefortunny przebieg wypadków — którym mogłem zapobiec jednym dobrze dobranym zdaniem.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on zarówno elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem mojego przekształcania się na potrzeby rozmówcy.

Styl lękowy odpowiada za obawę, iż to, co mam do powiedzenia i zaoferowania, nie jest interesujące i zostanie odrzucone. Skutkuje to niechęcią do dzielenia się własnymi przemyśleniami, zainteresowaniami czy poglądami — styl unikający dodatkowo wzmacnia ten efekt.

Z lękowych aspektów wynika również moja skłonność do przytakiwania rozmówcy. Staram się w ten sposób przypodobać drugiej osobie i stworzyć u niej — oraz u siebie — wrażenie, że jesteśmy do siebie podobni. Zwiększa to poczucie bezpieczeństwa, zmniejszając postrzegane ryzyko odrzucenia. Instynktownie czuję, że osoby do siebie podobne trzymają się razem, i daje mi to pewną dozę komfortu.

Styl unikający dokłada do tej sytuacji potrzebę bycia skrytym i niepoznanym. Im mniej o sobie mówię i im bardziej pozwalam, by konwersacja była skoncentrowana na rozmówcy, tym bardziej komfortowo się czuję. Paradoksalnie mogę być w relacji, choć wcale mnie w niej nie ma — o ile uczynię ją całkowicie skupioną na drugiej osobie.

Połączenie tych czynników nadaje mi charakter społecznego kameleona — przystosowującego się do otoczenia i niezainteresowanego posiadaniem własnych właściwości.

Ograniczenia i wyjątki

Dla pełnej siły tego efektu niezbędny jest bezpośredni kontakt z drugą osobą. Muszę widzieć, słyszeć i czuć rozmówcę, by faktycznie włączyć tryb mimikry. Być może jest to kwestia posiadania wystarczającej ilości informacji. Efekt jest taki, że moje wypowiedzi pisemne są nieporównywalnie bardziej niezależne i „moje” niż cokolwiek, co powiem w bezpośredniej rozmowie. Jeżeli chcecie wiedzieć, co naprawdę myślę, czytajcie to, co piszę — ewentualnie to, co wygłaszam w formie niezakłóconej przemowy.

Dominującym komponentem w moim sposobie przywiązywania się jest unikanie. Zdarzają się sytuacje, w których ten styl bierze górę nad aspektem lękowym i zamiast konformizmu pojawia się ucieczka. Im trudniejszy i bardziej kontrowersyjny temat, im bardziej agresywny rozmówca, tym większa szansa, że ucieknę, zamiast się dostosować. To sytuacja rzadka przy kuchennym stole, ale realistyczna w przypadku przypadkowego konfliktu na ulicy.

Jak to się objawia w relacjach

Uważnie słucham tego, co masz mi do powiedzenia, jednak sam niechętnie inicjuję tematy. Drążę to, co powiedziałeś, dopytuję, interesuję się, zgłębiam. Może to tworzyć wrażenie szczerego zainteresowania — i w istocie nim jest. W konsekwencji jednak o sobie nie mówię praktycznie wcale. Masz niewielkie szanse, by dowiedzieć się, co mnie interesuje.

Oddaję decyzję o tym, co robić, w twoje ręce. Sam niechętnie proponuję zajęcia; raczej podchwytuję sugestie i staram się je popierać oraz promować. Czasem mylnie zinterpretuję twoje intencje — co zapewne wywoła twój opór — a ja szybko się z niego wycofam. Chcę zgadzać się na to, co proponujesz, a nie wychodzić z własną inicjatywą. Oczekuję, że to ty z nią wystąpisz — ja czekam na wskazówki.

Nawet jeśli znamy się długo, istnieje spora szansa, że nie wiesz, kim jestem i co mnie interesuje. W pewnym sensie sam tego nie wiem. Na pierwszy rzut oka możemy mieć wiele wspólnego, jednak nie ma pewności, ile z tego jest fabrykacją mojej potrzeby dopasowania się do ciebie.

Zakończenie

Czasem sam siebie zaskakuję zdolnością do wtapiania się w każdą grupę i każde otoczenie. Wystarczy kilka zdań, minuta obserwacji — i już zaczynam się przekształcać oraz zmieniać.

Na pierwszy rzut oka może się to wydawać „supermocą”, lecz rzeczywistość jest odmienna. Automatyzm tego zachowania sprawia, że tracę poczucie siebie, oddalam się od własnych potrzeb, pragnień i pasji.

Może to prowadzić do poszukiwania izolacji, bo właśnie w niej zachowuję autentyczność — to jednak rodzi kolejne trudności. Dla zdrowego funkcjonowania konieczne jest znalezienie równowagi między otwartością i tolerancją a społeczną mimikrą, o czym już za tydzień. A wy, drodzy czytelnicy — czy zdarza się wam przejmować właściwości partnera lub partnerki w relacji? Czy zawsze potraficie zachować siebie?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Tolerancja

Dzisiejszy tekst jest pierwszą częścią trzyodcinkowego cyklu, w którym rozważać będę aspekt funkcjonowania rozpinający się pomiędzy tolerancją a społeczną mimikrą. Ostatni artykuł poświęcony będzie syntezie tych dwóch podejść.

Będę koncentrował się na swoim doświadczeniu, nadając temu tekstowi rys autoterapeutyczny. Zasygnalizuję moje rozumienie szerszego kontekstu psychologicznego, ale nie jest to moim głównym celem. Nie wątpię, iż znajdziecie w tym tekście elementy odnoszące się również do waszego doświadczenia i będziecie mogli wyciągnąć z niego interesującą refleksję.

Przechodząc do meritum: uważam się za ponadprzeciętnie tolerancyjnego człowieka. Nie przywiązuję się do stereotypów. Interesuje mnie charakter moich rozmówców i to, co mają do powiedzenia. Czerpię satysfakcję z tego, że jestem w stanie z każdym znaleźć nić porozumienia — czy raczej, że zawsze jestem gotów tej nici szukać.

Przykład

Nie będę zagłębiał się w szczegóły, tak aby nie wskazywać konkretnych osób, ale mam łatwość w trwaniu w relacjach nawet z osobami, które darzę antypatią.

Pozostaję w takich relacjach nawet wtedy, gdy obcowanie z tymi osobami jest dla mnie nieprzyjemne. Zazwyczaj nie garnę się do nich, ale też ich nie unikam. Jeśli pojawią się w moim otoczeniu, swobodnie — i nie dając nic po sobie poznać — mogę wskoczyć w konwersację z nimi.

Tkwi za tym przekonanie, że nikt nie jest tak nieprzyjemny, żeby nie dało się z nim odbyć rozmowy. Wierzę, że warto dawać szansę i pozostawać otwartym na drugiego człowieka oraz że nasze niechęci często są wynikiem nieporozumienia. Na tej podstawie przed nikim nie zamykam drogi do relacji, nawet jeśli ktoś sprawia, że czuję się niezręcznie i niekomfortowo.

Więcej przykładów

W każdej rodzinie w naszym kraju — a może i na świecie — konfrontują się ze sobą poglądy polityczne. To naturalna sprawa. Wiem z opowieści, że takie konfrontacje mogą prowadzić do głębokich problemów, rozłamów i dramatów. Dla mnie są one kompletnie obojętne. Po części dlatego, że nie interesuję się polityką, a po części dlatego, że nie uważam poglądów politycznych za wyznacznik jakości człowieka. Mogę rozmawiać ze zwolennikiem każdej partii i opcji. Co więcej — mogę wysłuchać zwolennika każdej partii i opcji, zarówno w rodzinie, jak i poza nią.

Nie mamy zbyt wielu okazji do kontaktu z osobami z innych sfer społecznych — chodzi mi tu o status majątkowy i edukacyjny. Nasze społeczeństwo jest bardziej rozwarstwione i podzielone, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Ja nie jestem wyjątkiem — kontakty poza moją sferą są rzadkie, ale kiedy już do nich dochodzi, nie odczuwam trudności ani dyskomfortu. Nie wiem, czy druga strona odnosi podobne wrażenie; mam nadzieję, że tak.

Podobnie jak z poglądami politycznymi, tak też z poglądami religijnymi drugiej strony nie mam kłopotu. Tutaj — jeszcze bardziej niż przy polityce — kluczowe jest to, iż religia mnie nie interesuje i uważam ją za temat marginalny. Nie mam problemu, by wysłuchać tej czy owej mistycznej opowieści ani by zamienić kilka zdań z apologetą dowolnego wyznania. Nie wdaję się w debatę — pozostaję biernym odbiorcą — ale właśnie dlatego, że temat nie jest dla mnie porywający.

Skąd się to bierze

Mój styl przywiązania można by określić mianem mieszanego: zawiera on elementy stylu unikającego — który dominuje — jak i lękowego. Połączenie tych dwóch jest źródłem moich zdolności adaptacji do każdej osoby i środowiska.

Z faktu, że mam mieszane strategie wchodzenia w relacje, wynika potencjał do rozumienia perspektyw innych ludzi. Rezonuję zarówno z lękowcami, jak i z unikającymi, a także dobrze dogaduję się z osobami bezpiecznymi — choć to bardziej ich zasługa. Potrafię znaleźć nić porozumienia w każdym przypadku.

Elementy unikające sprawiają, że stronię od konfliktu. Przejawia się to w preferowaniu wsłuchiwania się w zdanie innych ludzi. Dzięki temu niweluję ryzyko, że ktoś się do mnie zniechęci lub poczuje złość. To strategia unikająca, która przekłada się na łatwiejsze przebywanie z osobami, z którymi się nie zgadzam, poprzez niedzielenie się własnymi poglądami. Jeśli nie znają mojego zdania, nie mają z czym polemizować.

Elementy lękowe sprawiają natomiast, że jestem ostrożny w konfrontacjach. W skrócie: w każdej relacji obawiam się, że ją zepsuję, że zniechęcę do siebie drugą stronę. Aby zminimalizować ryzyko, ograniczam krytykę, nie wchodzę w polemikę i nie daję pretekstu do zerwania znajomości — a lękowy charakter przywiązania podpowiada mi, że takiego pretekstu każdy z moich znajomych szuka.

Ograniczenia i wyjątki

Szczerze mówiąc, nie wiem, co wpisać w tej sekcji. Mam wrażenie, że od tego podejścia nie ma w moim życiu wyjątków i że nie podlega ono istotnym ograniczeniom.

Nasuwa się pytanie: czy to dobrze? Odpowiedź pozostawię na kolejny artykuł, w którym będę rozważał społeczną mimikrę.

Jak to się objawia w relacjach

W tej sekcji przechodzę do ogólnych tendencji, których ślady mogliśmy już dostrzec w przykładach.

Zawsze jestem gotowy wysłuchać drugą osobę — niezależnie od tego, co się stało, jaki jest temat i jak postrzegam relację między nami. Żaden z tych czynników nie stanowi przeszkody, by spotkać się z drugim człowiekiem. Tego się trzymam. Nie zawsze jestem dostępny, ale gdy jestem — nikogo nie odpędzam.

Słuchając, nie jestem bierny: pokazuję swoje zaangażowanie. Parafrazuję, by zasygnalizować zrozumienie. O ile nie dzieje się wokół mnie coś niezwykle absorbującego, poświęcam mówcy swoją uwagę. Sprawdza się to dobrze w rozmowach twarzą w twarz; nieco gorzej, gdy rozmawiam przez telefon, ale i wtedy staram się pozostać obecny.

Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żebym kogoś skrytykował — a przez krytykę rozumiem tu trudną, negatywną informację zwrotną. Nawet jeśli jest ona uzasadniona w moich odczuciach, nie jestem skłonny jej wypowiedzieć. Jeśli już, ograniczam się do opisu faktów i wskazania, że pewne elementy można by poprawić. Najchętniej jednak omijam punkty trudne i przechodzę do pozytywnej, przyjemnej informacji zwrotnej.

Mogę rozmawiać z każdym. Nawet jeśli się z kimś pokłóciłem, nawet jeśli jestem w gniewie — mogę rozmawiać i nie przestaję się odzywać. Nikomu nie powiedziałem: „nie chcę więcej z tobą rozmawiać” i nikomu tego powiedzieć nie planuję. Jeśli było gorąco, mogę potrzebować godziny czy dwóch, by ochłonąć, ale nie więcej — i już mogę zasiąść do dialogu, jeśli druga strona jest na to gotowa.

Zakończenie

Moja tolerancja jest ogromna. Z jednej strony to świetnie, bo z każdym się dogadam i każdego zaakceptuję. Z drugiej strony — to niekoniecznie dobre, bo dogadywanie się ze złem nie jest najlepszym pomysłem, a lęk o trwałość relacji nie musi być dobrym doradcą.

Chcę lubić wszystkich i chcę, żeby wszyscy mnie lubili — i takie zachowanie próbuję realizować w praktyce. To, czy w tej potrzebie przypodobania się nie gubię tego, kim jestem, rozważę w kolejnym tekście.

A was, drodzy czytelnicy, zapytam na koniec: czy tolerancja ma granice? Czy wyznaczacie jej jasne ramy?

Newsletter

Właśnie wystartowały zapisy do blogowego i podcastowego Newslettera!

Czym jest Newsletter?

To wysyłany cyklicznie email zawierający informację o tym co nowego pojawiło się na blogu oraz dodatkowe treści rozwijające, komentujące i pogłębiające tematykę bloga.

Jeżeli chcecie być na bieżąco z najnowszymi materiałami i chcielibyście otrzymywać nawet więcej stoickich treści to zapraszam do subskrypcji!

Jako prezent na start otrzymacie krótki dokument przedstawiający praktyczne porady jak wykonywać poranny i wieczorny przegląd siebie!

Zapisanie wiążę się z podaniem adresu email do korespondencji. Oczywiście w dowolnym momencie można z subskrypcji zrezygnować.

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Empatia czy kontrola

Empatia jest wielką zaletą. Wczucie się w położenie drugiego człowieka pomaga nam być lepszymi przyjaciółmi czy partnerami. Buduje relacje i stwarza przestrzeń bezpieczną dla wszystkich.
Każdy z nas potrzebuje być wysłuchanym i zrozumianym. Nie po to, by otrzymać pomoc, ale by poczuć wspólnotę z drugim człowiekiem — by ująć sobie ciężaru z pleców.

Empatia może wynikać z dwóch źródeł: zainteresowania losem drugiego albo z potrzeby kontroli. Obie mogą dawać podobny efekt, ale druga z nich niesie niebezpieczeństwo stania się obsesją. Wtedy, zamiast tworzyć relację, zaczyna ją rozkładać.

Jest we mnie empatia dla drugiego człowieka. Potrafię słuchać. Można się przede mną wygadać i mieć poczucie, że zostało się zrozumianym.
Potrafię też przekroczyć granicę i z uważnego słuchacza stać się stalkerem. Zamiast słuchać by zrozumieć, słucham by kontrolować — albo by tworzyć w sobie iluzję kontroli.

Jak sprawić, by czujność łączyła mnie z ludźmi, miast dzielić?
Nim odpowiemy na to pytanie, zastanówmy się, jak te dwie cechy się łączą.

Jak to się łączy?

Potrzeba czujnego obserwowania świata wokół może być rozumiana jako element lękowego stylu przywiązania. Wszyscy zwracamy uwagę na otoczenie, ale kiedy odczuwamy strach, nasze zmysły się wyczulają. Dlatego osoba przywiązująca się lękowo będzie doskonałym obserwatorem.

Aby funkcjonować w świecie, musimy zdobywać informacje. Używamy naszych zmysłów do obserwowania i katalogowania danych o świecie. Słuchamy tego, co się do nas mówi, obserwujemy mowę ciała i mimikę osób, z którymi rozmawiamy. Te dane pozwalają wnioskować o stanie innych osób i ich przekonaniach, a w efekcie — reagować i działać w odpowiedni sposób.

To element naszego oddziaływania ze światem. Dobre wyczulenie i uważność na drugą osobę usprawniają nasze relacje z nią.

Sytuacja się komplikuje, kiedy zdolność obserwacji nas pochłania. Próbujemy zaobserwować najdrobniejsze niuanse, by wyciągać z nich szczegółowe wnioski. Kiedy wpatrujemy się w drugą osobę z namolną intensywnością.

Jednym z problemów, które to rodzi, jest atak na prywatność. Jeśli staramy się dostać do treści, którymi druga strona nie chce się z nami dzielić, przestajemy być konstruktywni i pomocni — stajemy się zaborczy. Empatyczna intencja, by pomagać, przeradza się w zaborczą intencję kontroli.

Drugi problem to nadmierne zaufanie do odczytanych niuansów. Jesteśmy omylni, a im drobniejszymi szczegółami się zajmujemy, tym więcej jest przestrzeni na pomyłkę. Nasza zaleta — lepsze rozumienie ludzi — przeradza się w wadę opacznego ich rozumienia, kiedy popychamy ją do ekstremum.

Gdzie jestem?

Moje położenie na osi empatia–kontrola jest satysfakcjonujące. Od dłuższego czasu nie zaobserwowałem drastycznej inwazji w czyjąś prywatność. Zdarza mi się intensywnie interesować sprawami osób, które mnie fascynują — momentami do przesady — ale to wyjątek nie reguła.
Ostatnia sytuacja przekroczenia granic miała miejsce rok temu. Od tego czasu cisza, co sugeruje zmianę we mnie.

Interesujące jest, czy wiąże się z tym osłabienie mojej empatii.
Moja obserwacja jest, iż udaje mi się zachować równowagę, w sensie uważnego obserwowania i dostrzegania stanów emocjonalnych innych. Rzadziej działam na podstawie tych obserwacji, co jest związane z chęcią uniknięcia przekraczania granic. Empatia nie musi prowadzić do interwencji —może być niemym zrozumieniem drugiego człowieka i objawić się przez postawę bardziej niż przez działanie.

Dostrzegam potencjał do lepszego wyważenia tych skrajności, ale nie uważam tego obszaru za priorytetowy w pracy nad sobą.
Pomimo tego, zastanówmy się, jak może wyglądać optimum dla osi empatia–kontrola.

Optymalny stan

Spójrzmy na kilka aspektów tematu. Jak może wyglądać ich idealny stan?

Uważność buduje bliskość. Dzięki niej dostrzegamy drugiego człowieka w pełni i możemy być pomocą. Nie widzę problemów w rozwijaniu uważności jak najszerzej się da, tak długo, jak nie zatracimy siebie w życiu innych — czyli póki nie przestaniemy żyć własnym życiem po to, by być widzem w życiu drugiego.

Granice w relacjach chronią sfery, które uznajemy za intymne, przed inwazją niepożądanych gości. Granice zmieniają się w zależności od relacji — bliższe mają ich mniej, luźniejsze więcej. Optymalne jest bycie uważnym nie tylko na potrzeby, ale i na granice. Nigdy nie przekroczyć czyichś granic to ideał, który trudno zrealizować w praktyce, lecz kiedy granice przekroczymy, musimy być gotowi, by przeprosić i wycofać się.

Prywatność jest efektem działania granic. Naszym obowiązkiem jako istot społecznych jest jej szanowanie. Empatia nie powinna stawać się wytrychem do czyjegoś domu. Optymalne jest zrozumienie, że niezależnie od tego, co zauważyliśmy czy wyczuliśmy, nie mamy prawa wkraczać w czyjąś prywatność nieproszeni. Powinniśmy się przed tym zatrzymać.

Intymność — czyli druga, miękka strona prywatności — jest niezbędna do zbudowania bliskich relacji. Empatia pomaga nam ją budować, dostrzegać w bliskiej nam osobie drobne, nikomu innemu nieznane cechy. Intymności jednak nie można wykraść poprzez „podglądanie”. Prawdziwa intymność wymaga zaproszenia i zgody obu stron, bo nie może być jednostronna.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Stoicyzm ma do zaoferowania wiele technik przydatnych w pracy nad empatią, które są zorientowane na wytworzenie w nas czujności bez komponentu lękowego.

Uważność możemy ćwiczyć przy pomocy jednej z wielu metod. Nie będę rozwijał tematu — istnieje szeroka literatura traktująca o tym zagadnieniu. Wybierzcie ćwiczenie, które odpowiada waszym preferencjom, i trenujcie!

Do trenowania dostrzegania granic polecam dwa stoickie ćwiczenia. Pierwsze to premeditatio malorum, czyli uprzednie rozmyślania nad złem (albo medytacje nad złem). Nazwa brzmi groźnie, ale ćwiczenie sprowadza się do wyobrażenia sytuacji, która może nas spotkać, a której się obawiamy — na przykład dlatego, że ryzykujemy przekroczenie w niej granic. Wyobrażamy sobie najgorszy przebieg tej sytuacji: jak do niego doszło, jakie są konsekwencje, co zrobimy po. Cel jest dwojaki: po pierwsze, pozwala zrozumieć, jak możemy dostosować postępowanie, by zminimalizować prawdopodobieństwo złego przebiegu sytuacji. Po drugie, pozwala dostrzec, że nawet za najgorszym jej przebiegiem jest ciąg dalszy — świat się nie skończy.

Premeditatio bonum — które możecie kojarzyć jako tytuł tego bloga — czyli medytacje nad dobrem, jest odwróceniem poprzedniego ćwiczenia. Zamiast wyobrażać sobie najgorszy przebieg, wyobrażamy sobie najlepszy i kontemplujemy, jak możemy do niego doprowadzić. Ta wersja ćwiczenia jest szczególnie przydatna dla osób, które nie najlepiej znoszą nastrój premeditatio malorum.

Do treningu poszanowania prywatności polecam technikę dwóch poziomów sądu. Polega ona na oddzieleniu impulsu emocjonalnego od działania poprzez wprowadzenie pomiędzy nie dodatkowego namysłu. Pierwszy poziom sądu w tej metodzie dzieje się automatycznie — to nasza emocjonalna reakcja na bodziec. Może to być na przykład współczucie, gdy empatycznie odczytujemy w kimś smutek. Drugi poziom sądu to ponowny namysł nad sytuacją, już nie automatyczny, ale świadomy. Analizujemy sytuację i sprawdzamy, czy emocjonalne wezwanie ma rację bytu. Jeśli tak — podążamy za nim, jeśli nie — zmieniamy reakcję. W ten sposób możemy powstrzymać wkroczenie w czyjąś prywatność dyktowane impulsem emocjonalnym.

Ta praktyka jest trudna i wymaga świadomego trenowania, ale może przynieść rezultaty nie tylko w obszarze relacji i prywatności, lecz szerzej — we wszelkich sytuacjach, które wyzwalają w nas reakcję emocjonalną.

Praca nad intymnością jest najbardziej organiczna ze wszystkich. Dwa kierunki, które sugeruję praktykować, to słuchanie i zaufanie. Praktyka słuchania to dbanie o to, by słuchać więcej, niż mówić. Istotne jest, by zachować uważność, czyli chłonąć to, o czym informuje nas druga strona, a nie potakiwać, bujając w obłokach. Praktykowanie zaufania to dzielenie się swoimi wrażliwymi stronami z drugim człowiekiem. Tu mogę tylko polecić próbowanie — zmaganie się ze strachem przed oceną i odrzuceniem. Wraz z kolejnymi próbami będzie łatwiej.

Podsumowanie

Balans między empatią a kontrolą jest jednym z najtrudniejszych do osiągnięcia w naszym funkcjonowaniu. Jest też jednym z najbardziej wartościowych — dobrze określony pozwala nam być niezwykłym wsparciem dla bliźniego.
Balans ten wydaje się być osiągalny, jeśli jesteśmy gotowi włożyć odpowiednią ilość pracy i podejść do sprawy w sposób świadomy.

A jak Wy znajdujecie balans między empatią a kontrolą? Czy idziecie z pomocą za podszeptem drobnych sygnałów, czy raczej wstrzymujecie się, by nie naruszyć czyjejś prywatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Kontrola

Kiedy wiemy wszystko o wszystkich, wydaje nam się, że jesteśmy najbezpieczniejsi. Możemy przewidywać ich ruchy i zachowania, być zawsze gotowi, by uniknąć zagrożenia lub wykorzystać okazję. Jeśliby się dało być czujnym, moglibyśmy uwolnić się od strachu.

Komu jednak starczyłoby energii?

Zawsze rozglądam się czujnie, przyglądam intensywnie i wsłuchuję w ton głosu. Wszyscy ludzie, którzy są mi choć odrobinę bliscy, są pod stałą obserwacją. Rzadko daję po sobie znać, że coś zauważyłem, ale widzę wszystko. Mój umysł działa jak monitoring osiedlowy – wiele widzi, słyszy, analizuje, ale rzadko naprawdę chroni.

Kto jest w stanie nie przeoczyć niczego?

Przykład

Ta cecha szczególnie wyraźnie manifestuje się w przypadkach relacji damsko-męskich. Moje podejście można by nazwać fiksacją na nastroju drugiej osoby – dziewczyny, która mi się podoba.

Obserwuję ją uważnie. Zwracam uwagę na mimikę, gesty, ton głosu. Na to, czy odpowiedziała na moje „cześć” i czy jej głos brzmiał entuzjastycznie, czy obojętnie.
Czy się uśmiecha? Jeśli tak – i ja mam ochotę się uśmiechać, a mój nastrój leci w górę jak rakieta. Spojrzała na mnie bez uśmiechu i odeszła? Ogarnia mnie czarna rozpacz. Wiem, że świat się kończy, bo ona jest na mnie zła.

Każdy jej gest odczytuję jako sygnał alarmowy w moim systemie monitoringu. Przekazuję sterowanie swoimi emocjami w ręce drugiej osoby, która nie ma nawet pojęcia, że czymś steruje.

To przepis na katastrofę – oddaję kontrolę nad sobą w obce ręce.

Więcej przykładów

Podobne mechanizmy występują w innych przypadkach.

Kiedy ktoś mnie zainteresuje, potrafię spędzić długie godziny na przekopywaniu się przez posty na Facebooku. Sięgam głęboko, jak tylko się da, i staram się wyczytać możliwie dużo informacji – chociażby, czy dziewczę ma chłopaka.

Kiedy wydaje mi się, że coś dostrzegłem u drugiej osoby, zdarza mi się przekroczyć granicę i wtrącić w nie swoje sprawy, poruszając temat, który nie był dla mnie przeznaczony. Pół biedy, jeśli mam rację, ale pomyłki mogą prowadzić do niezręcznych, a nawet konfliktowych sytuacji.

Drastycznie reaguję na zmiany w humorze czy samopoczuciu osób mi bliskich. Jeśli słyszę w głosie mamy zmęczenie czy słabości, reaguję na to, zmieniając swój własny nastrój. Pojawia się wtedy we mnie mieszanina słabości i rozdrażnienia. To kolejny przykład zewnątrzsterowności w praktyce.

Wszystkie te przypadki łączy lęk i potrzeba kontroli.

Dlaczego tak się dzieje?

Skąd się to bierze?

To efekt uboczny lękowego stylu przywiązania.
Żyjąc w lęku przed emocjami innych i ich nieprzewidywalnymi następstwami, musimy nauczyć się je skutecznie wykrywać. Taka umiejętność zwiększa nasze bezpieczeństwo.
W ten sposób możemy uniknąć starcia z osobą zagniewaną, dać spokój osobie zmęczonej. Gdybyśmy nie potrafili tego rozpoznać, pakowalibyśmy się w konflikty.

Utrzymując czujność i skanując otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń, tworzymy poczucie, że przeciwdziałamy niebezpieczeństwu. Kłopot w tym, że jesteśmy tak wyczuleni, iż zaczynamy dostrzegać zagrożenie wszędzie – nasz system monitoringu staje się przeczulony.
Związujemy poczucie bezpieczeństwa z naszą oceną stanu świata.

Ten mechanizm z dzieciństwa przeradza się w obsesję kontrolowania i unikania rzeczywistych i urojonych zagrożeń, jakie niosą ze sobą ludzie wokół. W jego trybach wszystko może być zinterpretowane jako oznaka niebezpieczeństwa. Każdy może stać się napastnikiem.

Zamiast spodziewanego ukojenia lęku otrzymujemy jego zwiększoną dawkę, która systematycznie skłania nas do odsuwania się od ludzi.

Ograniczenia i wyjątki

Moja czujność jest zarezerwowana dla ludzi mi bliskich – i im ktoś jest bliżej, tym czujniejszą zwracam na niego uwagę. Drugą stroną tej sytuacji jest fakt, że obce mi osoby w dużej mierze ignoruję i nie przywiązuję do nich wagi.

To dość nieintuicyjne podejście, bo przecież ze strony kogoś obcego i niesprawdzonego można by się spodziewać większego zagrożenia niż od bliskiego. Jednak mój umysł spogląda na to inaczej: prawdziwego zagrożenia upatruję w bliskich. Obcy są mi obojętni – a to dlatego, że bliska osoba ma większą moc, by mnie zranić.

Jak to się objawia w relacjach

Są tu dwa ważne aspekty, już opisałem.

Pierwszy to przekraczanie granic i inwazyjne zachowanie.
Choć zazwyczaj jestem skryty i wycofany, bywają sytuacje, w których wyskakuję z śmiałymi tezami, starając się przyciągnąć czyjąś uwagę. Wyciągam wtedy na wierzch potencjalnie negatywne stany, które – jak mi się wydaje – zauważyłem.

Zwykle koncentruję się na negatywnych aspektach, bo tak to u mnie funkcjonuje: postrzegam cierpienie jako pretekst do bliskości – może nawet jako jedyny. Dlatego obsesyjnie potrafię przyczepić się jakiegoś negatywnego stanu, który wykryłem u drugiej osoby.
Nawet jeśli ona nie chce o tym rozmawiać, potrafię trzymać się uparcie, wspominać mimochodem. Staję się namolny i denerwujący.

Każdy człowiek ma potrzebę posiadania strefy prywatności i chronienia jej. Ja, kiedy złapię trop, nie zwracam uwagi na tę granicę, depczę ją – i w efekcie zrażam do siebie ludzi.

Drugi to zewnątrzsterowność.
W relacjach poddaję się zazwyczaj nastrojom i emocjom drugiej strony, dostosowuję się jak kameleon i pozwalam, by mnie prowadzono. To z jednej strony coś, co można nazwać empatią, czasem pomocna, jednak kiedy staje się normą, czyni ze mnie osobę pozbawioną właściwości.

Metaforycznie: jestem lustrem dla drugiego. W lustrze warto się czasem przejrzeć, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie chce w nie bezustannie wpatrywać.

Skoro jestem smutny, kiedy ktoś jest smutny, a radosny, kiedy ktoś jest radosny – to sam nie wnoszę tych stanów. Nie zarażam ludzi swoim nastrojem, nie zachęcam do refleksji, gdy jestem zamyślony.
Z perspektywy relacji to ogranicza moją wartość dla drugiej strony.

Oba te mechanizmy mają mnie chronić przed zagrożeniem, ale zamiast tego stają się źródłem napięcia.

Zakończenie

Nie lubimy być obserwowani, mieć poczucia, że każde nasze potknięcie zostanie zauważone i odnotowane. Życie pod okiem wścibskiego sąsiada to niewielka przyjemność.

Nieustępliwa czujność czasami nas ochroni ale w większości przypadków będzie tylko balastem dla nas i dla naszego otoczenia.

Czy potraficie przymknąć oko i pozwolić sobie nie zauważać?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w krytyce logiki i struktury oraz w korekcie tekstu.

Opoka / Król Lodu

Stabilność emocjonalna jest piękną cechą charakteru. Pozwala nam być wsparciem dla naszych bliskich w chwilach próby. Czyni nas godnymi zaufania, bezpiecznymi przystaniami dla tych, których kochamy.

Wszyscy odczuwamy emocje, wszyscy mamy uczucia. Komunikowanie tych stanów jest ważne dla zrozumienia między ludźmi. Choć nie chcemy wylewać emocji, chcemy, by bliscy rozumieli, co przeżywamy.

Stabilność emocjonalna może wynikać z dwóch przyczyn: wytężonej pracy nad naszymi przekonaniami, która pozwoliła nabrać dystansu do źródeł emocji, lub z zimnego odcięcia się od ich przeżywania. Pierwsza droga pozwala nam utrzymywać spokój i szczerze komunikować emocje oraz uczucia. Druga tworzy fasadę spokoju, która staje się blokadą dla bliskości.

Dostrzegam u siebie siłę w sytuacjach emocjonalnie trudnych. Mogę stanowić opokę dla moich bliskich w chwilach próby. Nie załamuję się pod wpływem zaskakujących wydarzeń, panika nie ma do mnie przystępu. Jestem wsparciem i siłą.

Jednak siła ta płynie z zimnego miejsca, ze zbroi Króla Lodu, która odcina emocje, nie pozwalając im się ujawnić. To czyni mnie zimnym w emocjonalnym dotyku. To sprawia, że ludzie chcą trzymać ode mnie dystans. Choć czasem nie pragnę niczego bardziej niż bycia przytulonym, mój pancerz utrzymuje innych na odległość.

Jak to się łączy

Muszę odnotować, że pojęcia emocji będę używał w wąskim sensie. W tym sensie emocją jest strach, złość, euforia. Emocjami nie są miłość, stres, nienawiść itd.

Silna potrzeba niedoświadczania emocji i odporności emocjonalnej może być rozumiana jako element unikającego stylu przywiązania. To sposób na nieprzyciąganie uwagi otoczenia, kamuflaż. Kiedy wyrażamy swoje emocje, pokazujemy je światu. Ludzie wokół nas kierują się ku nam, by zbadać charakter i źródło naszych emocji.

Wszyscy miewamy obawy przed ekspresją naszych emocjonalnych przeżyć i pewne sposoby wyrażania emocji są nieakceptowalne. Emocje wylewające się z nas nieustannie sprawiają, że otoczenie obojętnieje na nie. Uczymy się więc je ograniczać, wybierać, kiedy chcemy je głośno wyrazić, tak by uzyskać maksymalny efekt – trenujemy wyzwalanie emocji proporcjonalnie do poziomu zagrożenia lub szansy.

To zdrowy mechanizm regulacji emocjonalnej, skutecznej selekcji tych emocji, których przyczynę możemy ogarnąć sami, oraz trud poszerzania spektrum emocji, które są dla nas do ogarnięcia.

Kiedy wyrażamy emocję, jest to sygnał dla naszego otoczenia, że potrzebujemy wsparcia – bo nie ze wszystkim, co emocję wyzwala, możemy uporać się w pojedynkę. Ekspresja emocjonalna w kluczowych momentach pozwala nam szybko zakomunikować potrzebę wspierającemu otoczeniu.

Problem pojawia się, gdy lęk przed przyciągnięciem uwagi i odrzuceniem sprawia, że uczymy się skrajnego blokowania swej ekspresji emocjonalnej. Przestajemy komunikować emocje, chyba że wyleją się z nas niekontrolowanie. W tym procesie odcinamy do nich dostęp nie tylko otoczeniu, ale także sobie. Przed sobą też musimy je ukryć, stłumić, zatrzymać w podświadomości. Przez to tracimy z nimi kontakt i możliwość głębszej pracy.

Emocje są naturalnym działaniem ludzkiego umysłu – nie można ich całkowicie wyeliminować. Można z nimi pracować, lepiej je zrozumieć i poznać mechanizmy konstruktywnego ich wyrażania i przetwarzania. Jednak to możliwe tylko wtedy, gdy nie staramy się ich tłumić.

Gdzie jestem

Obie strony tej cechy występują w moim życiu. Pytanie brzmi: gdzie się znajduję na spektrum między nimi?

Oceniam, że obecnie jestem przechylony w stronę Króla Lodu, przy czym moja zbroja systematycznie się topi. Od czasu, gdy przestałem pić i zacząłem odzyskiwać kontakt ze swoimi emocjami, powoli przesuwam się w stronę stabilności emocjonalnej, od emocjonalnego zblokowania. Zblokowanie jest silne w sferze emocji romantycznych oraz złości.

Spójrzmy na kilka przykładów, by lepiej unaocznić sytuację.

Pierwszy przykład z relacji damsko-męskich. Jest mi trudno okazać kobiecie, że czuję do niej pociąg. Zachowuję nadmierny dystans, jestem powściągliwy i opanowany, tak że sprawiam wrażenie kogoś, kto chce się kumplować. Mówienie chłodnym, opanowanym głosem, bez mimiki: „Hej, pięknie wyglądasz!” jakoś nie przynosi sukcesów.

Drugi przykład to gniew, który ma ciekawą dynamikę u mnie. Zazwyczaj kompletnie go nie okazuję, choć przewija się w moim wewnętrznym dialogu – chociażby, gdy przeklinam kierowcę, który zajechał drogę. Czasem jednak jakby się ulewa. Objawia się to lekką zmianą w głosie, pojawieniem się szorstkości. Czuję się wtedy jak pokrywka, pod którą buzuje gotująca się woda – jeszcze wrzątek się nie wylał, ale już tryskają kropelki, które mogą zaboleć.

Trzeci przykład to budząca nadzieję łatwość, z jaką przychodzi mi radowanie się. To nowość, coś, co rozwija się od kilku lat. Coraz częściej i chętniej jestem skłonny się śmiać i cieszyć towarzystwem. Jest mi łatwiej być w grupie, rozmawiać i żartować. To osiągnięcie ostatnich czasów i zapowiedź pięknych zmian w przyszłości!

Aby lepiej zrozumieć jak możemy pracować z tymi zagadnieniami, przedstawię moje rozumienie stanu do którego dążymy.

Optymalny stan

Zdefiniuję kilka etapów, które zbliżają nas do optymalnego stanu. W skrócie można powiedzieć, że to ścieżka zapoznawania się ze swoimi emocjami i ich przebudowy. Zaczną się tu pojawiać pierwsze stoickie nuty.

Etap pierwszy

Do pracy z emocjami niezbędne jest, by być ich świadomym. Dlatego pierwszym krokiem jest usłyszeć emocje. To brzmi prosto, jednak dla niektórych z nas jest skomplikowane.

Jesteśmy tak przyzwyczajeni do ich tłumienia i odpędzania, że nie nauczyliśmy się ich słyszeć i rozróżniać. Na tym etapie czeka nas nauka emocjonalnego słownictwa oraz cielesnych i myślowych sposobów objawiania się poszczególnych emocji.

Jeśli nauczymy się rozróżniać niepokój od strachu, to już jesteśmy na dobrej drodze.

Etap drugi

Nawet gdy już wiemy, co czujemy, niełatwe jest mówienie o tym. Instynktownie chcemy chronić swój wewnętrzny świat, nie zdradzać go innym, czy to ze strachu, czy ze wstydu.

Umiejętność wypowiedzenia emocji, nazwania ich głośno wobec innych, jest kluczowym elementem rozpuszczania bariery emocjonalnej. Pozwala być lepiej zrozumianym przez drugiego.

Wypowiadanie nie musi zawsze mieć formy słów – cielesna reakcja na emocję także może być jasnym komunikatem.

Etap trzeci

Ten etap wchodzi już w myślenie stoickie. Jego osią jest zrozumienie, które z emocji odnoszą się do rzeczy od nas niezależnych i w jaki sposób. Które z nich odnoszą się do stanów preferowanych (przyjemnych), a które do tych, których chcemy unikać (nieprzyjemnych).

Jest to rozbudowanie wiedzy o emocjach zdobytej w pierwszym etapie. Pogłębiamy niuanse ich zrozumienia i identyfikujemy, z jakich przekonań wynikają i co je wyzwala.

Etap czwarty

Na tym etapie kontynuujemy w ramach myśli stoickiej. Rezygnując ze strategii tłumienia emocji, pozostawiamy pustkę w obszarze zarządzania nimi. W większości sytuacji nie jest to krytyczny problem. Jednak okazjonalnie, gdy emocje są silne, może to prowadzić do wybuchów i reakcji, które przyniosą więcej szkody niż pożytku.

Ćwiczenie dwóch poziomów sądu

Musimy wypracować konstruktywną strategię przetwarzania emocji. W ogólnym zarysie chodzi o to, by dołożyć dodatkowy poziom. Poza instynktowną reakcją, która jest pierwotna i niekontrolowana, dokładamy drugi poziom sądu: racjonalną i rzeczową analizę rzeczy. Dopiero po przeprowadzeniu tejże decydujemy, jak zareagować.

Jest to ćwiczenie dwóch poziomów sądu i powiem o nim więcej w ramach praktycznych metod pracy.

Etap piąty

Ten etap jest pracą na całe życie. Nie powinniśmy się spodziewać, że go wypełnimy przed śmiercią. Naszym zadaniem jest przybliżać się do ideału.

Każda emocja ma swoje źródło w wewnętrznym, nieuświadomionym przekonaniu. Jeżeli przekonanie mówi, że coś od nas niezależnego ma właściwość dobra lub zła, to jest to przekonanie błędne. Według stoików takie przekonania są źródłem emocji (wąsko rozumianych).

Praca stoika polega na wydobywaniu tych przekonań na powierzchnię, poddawaniu ich refleksji i krytyce oraz obalaniu lub podtrzymywaniu – zależnie od tego, czy są logicznie spójne. To praca żmudna i wymagająca, by powtarzać ją regularnie latami.

Naszym ostatecznym celem jest, by wszystkie podświadome przekonania wartościujące odnosiły się tylko do rzeczy zależnych. Kiedy tak się stanie, emocje ustąpią pola konstruktywnym uczuciom, a my staniemy się stoickim mędrcem i zaczniemy lewitować nad resztą ludzkości z uśmiechem na ustach.

Jak pracować po stoicku nad poprawą

Chcę wam zaproponować kilka ćwiczeń, które praktykuję, a które mają pomóc w lepszym zbalansowaniu podejścia do emocji. Niektóre z nich są stoickie, inne ogólne. Żadne z nich nie jest medycznym zaleceniem – nie mam ku temu kwalifikacji. Stosujcie je z rozsądkiem. Jeśli wywołują w was niepokojące objawy, nie brnijcie w nie na ślepo.

Ćwiczenie pierwsze

To ćwiczenie stosuję doraźnie. Kiedy jestem w sytuacji, która – przypuszczam – powinna wywołać emocje, a ich nie odczuwam, próbuję sobie wyobrazić, co powinienem poczuć, i staram się to poczuć.

Może brzmieć zabawnie, ale w momencie, kiedy nasze emocje są silnie odcięte, to sposób, by uzyskać wgląd, a także sposób, by stworzyć pozwolenie na daną emocję na przyszłość.

Sam stosuję to ćwiczenie także po fakcie. Medytuję wieczorem i przypominam sobie sytuację z dnia, w której zgaduję, że umknęła mi jakaś emocja. Wracam tam w wyobraźni i staram się ją przywołać.

Celem ćwiczenia jest zdolność pochwytywania i nazywania emocji, kiedy się pojawiają.

Ćwiczenie drugie

To także doraźne ćwiczenie, które stosuję, kiedy mam ku temu warunki.

Polega ono na tym, że kiedy pojawi się emocja – jeśli ją zauważę i nazwę – staram się ją wyrazić werbalnie i fizycznie. Po pierwsze, głośno wypowiadam jej nazwę. Po drugie, wysławiam tę emocję: okrzyk radości, przekleństwo złości. Po trzecie, fizycznie ją manifestuję: uśmiecham się, podnoszę ręce w geście triumfu, zaciskam pięści w złości. Wszystko to bez czynienia szkody sobie i innym!

Celem ćwiczenia jest utrwalenie pochwytywania emocji, nazywania ich i podstawowego wyrażania.

Ćwiczenie trzecie (dwa poziomy sądu)

To stoickie ćwiczenie, które opiera się na obserwacji dotyczącej natury przetwarzania emocji. Można w owym procesie wyróżnić dwa następujące po sobie etapy.

Pierwszy etap składa się z bodźca, który trafia na podświadome przekonanie. To generuje sąd wartościujący dany bodziec, a owo wartościowanie generuje emocję. Ta część procesu jest nieuświadomiona – dopiero końcowa emocja dociera do świadomości. Tutaj proces może się też zakończyć i po pojawieniu się emocji możemy podjąć standardowe, przypisane jej działanie.

W niektórych przypadkach może zostać uruchomiony drugi etap. Jest on świadomy i polega na zatrzymaniu automatycznej reakcji oraz ponownym rozważeniu sytuacji (bodźca). Zadajemy sobie pytania: co się konkretnie wydarzyło? Jaki wydałem sąd i czy jest on słuszny? Czy działanie, które sugeruje emocja, jest adekwatne? Przewartościowujemy pierwszy impuls i świadomie decydujemy, jak postąpić.

Każdemu z nas takie sytuacje przydarzają się przypadkiem. Esencją ćwiczenia dwóch poziomów sądu jest inicjowanie go z rozmysłem i świadomie – co pozwala podejmować lepsze decyzje, ale też sprawia, że łatwiej będzie nam uruchamiać go w przyszłości. Chodzi o świadome włączenie refleksji przed reakcją emocjonalną.

Ćwiczenie czwarte: praca z przekonaniami

To ćwiczenie jest przewidziane na lata. Chodzi o dotarcie do podświadomych przekonań, które stoją za naszymi emocjami, i przetworzenie ich na takie, które są bliższe rzeczywistości i inicjują uczucia.

Ma kilka etapów. Pierwszy to zidentyfikowanie bazowych przekonań. Wymaga uważności na myśli i emocje, które towarzyszą emocjom. Jak je wewnętrznie uzasadniam?
Drugi etap to „zanurzenie” się w te stany, pozwolenie sobie pobyć w nich dłużej. Zazwyczaj odsłaniają się wtedy dodatkowe informacje. Szczególnie ważne jest „rozpakowanie” emocji, których doświadczamy. Skąd się biorą? Czy są racjonalne?
Trzeci etap to logiczna analiza ujawnionych przekonań. Krok po kroku argumentacja, która podważa ich zasadność. Niektóre przekonania wymagają rozwinięcia umiejętności wnioskowania, żebyśmy byli w stanie zauważyć w nich luki. Na tym etapie warto wprowadzać nowe przekonanie, które jest dobrze uzasadnione.
Czwarty etap to utrwalanie zmian – najdłuższy i najtrudniejszy. Stare przekonania będą do nas wracać. Utartych ścieżek w naszym mózgu nie zmienia się jednym rozumowaniem. Będziemy powtarzać etapy ćwiczenia wielokrotnie, bo czasem pod jednym przekonaniem kryje się kolejne.

To ćwiczenie jest obliczone na całe życie. Nie warto się nastawiać, że kiedykolwiek się skończy. Skupiamy się na procesie i drobnych postępach.

Podsumowanie

Choć do wykonania jest wiele pracy, wycofanie i zblokowanie emocjonalne nie jest wyrokiem. Celowa i wytężona praca może przynieść zmianę na lepsze.
Jak zawsze w przypadku tak fundamentalnych zmian trzeba być przygotowanym na to, że proces zajmie lata, a doskonałość może być nieosiągalna.

Uważam, że można roztopić zbroję Króla Lodu, nie przestając przy tym być opoką dla innych, ale jest to zadanie wymagające czasu i wysiłku.

A jak wy traktujecie swoje emocje? Potraficie z nimi żyć, czy raczej odpychacie je w głąb, byle ich nie poczuć?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.

O Królu Lodu

Najwygodniej jest nie odczuwać emocji. Wtedy nic nie zakłóca analitycznego rozkładania świata na czynniki pierwsze. Życie staje się poukładane i przewidywalne. Gdyby dało się tak cały czas, byłbym szczęśliwy. Ale czy szczęście to nie emocja?

Znam ten stan: kiedy coś mnie wzburzy, podnosi się wewnątrz lodowaty pancerz. Tylko przez chwilę pozostaję poruszony, by za moment nie czuć już nic. Wiem, że to nie pomaga w relacjach z ludźmi: ja gubię się w ich emocjach, tak słabo je znam, oni nie mogą odczytać moich, bo ich nie okazuję. Jawie się zimny i niedostępny niczym Król Lodu.

A kto by się chciał przytulić do zimnego posągu?

Przykład

Najbardziej dramatycznie widać to pod koniec mojego picia. Przez trzy miesiące byłem w depresji alkoholowej. Moje życie było wyssane z radości. Mimo to chodziłem codziennie do pracy. Wykonywałem bez entuzjazmu i zaangażowania swoje obowiązki. Jadłem posiłki i piłem kawę. Czasem nawet rozmawiałem z ludźmi.

Spotykałem się z rodziną. Rozmawiałem z przyjaciółmi.

Przez cały ten czas nie dałem po sobie poznać, że towarzyszy mi cierpienie. Zachowywałem tę samą fasadę, którą trzymałem wcześniej: całkowity spokój, neutralna mina, wycofanie.

O ile mi wiadomo, nikt nie miał cienia podejrzenia, że przechodzę przez trudny okres. A przecież dzień czy dwa po planowaniu skoku pod pociąg byłem w pracy, wśród ludzi. Moje maskowanie było perfekcyjne.

Było tak dobre, że nikt, nie miał szansy ani okazji, by wyciągnąć do mnie pomocną dłoń. Odciąłem się od szansy na poprawę swojej sytuacji, czyli od pomocy drugiego człowieka. Tylko łut szczęścia zdecydował, że przeżyłem pomimo swej lodowej zbroi.

Więcej przykładów

Kobieta, na którą lecę, nie ma pojęcia, że tak właśnie jest – nawet jeśli mi się wydaje, że wysyłam sygnały, to domyślam się, że są trudne lub niemożliwe do rozpoznania.

Nigdy nikomu nie mówię: „kocham cię” – nie pamiętam sytuacji, w której powiedziałbym to komukolwiek. W dzieciństwie się zdarzało, ale nie mam konkretnych wspomnień.

Nigdy nie płaczę – nie płakałem na trzeźwo od około 25 lat. Nie liczę reakcji alergicznych, wiatru w oczy. Emocje nie są w stanie wywołać u mnie łez, czego niezmiernie żałuję.

W pracy nikt nie miał szans się zorientować, że jestem z niej głęboko niezadowolony – obecnie odchodzę, ale nikt nie miał nawet szansy, by w międzyczasie rozpoznać sytuację.

W pracy kierowano mnie do zadań, do których się nie nadawałem, bo sprawiałem wrażenie, że sobie dobrze w nich radzę. Momentami tak pewnie nawet było, ale moja frustracja rosła.

Skąd to się bierze?

Odpowiedź jest podobna jak w przypadku omawianej odporności – wynika z unikającego stylu przywiązania, wzorca emocjonalnego, w którym bliskość kojarzy się z zagrożeniem.

Schemat może wyglądać następująco: wydarza się coś, co sprawia, że odczuwam silną emocję. Powiedzmy, że zobaczyłem kobietę, która mi się podoba, w niezwykle twarzowej sukience. Poczułem zachwyt nad jej pięknem. Są dwie opcje: mogę do niej podejść, uśmiechnąć się i powiedzieć: „ależ pięknie wyglądasz!”, albo mogę zachować kamienną twarz, powiedzieć „cześć” i zacząć rozmowę o pogodzie.

Pierwsza opcja wymaga silniejszego poczucia mojej emocji, a następnie ujawnienia jej przed drugą osobą. Ryzykuję odrzucenie i związany z nim ból. Mogę zyskać wzajemność.

Druga opcja wymaga i pozwala mi stłumić emocję zachwytu, nie ujawniając jej nikomu. Nie ryzykuję emocjonalnego bólu, ale tracę szansę na wzajemność.

Wybieram uniknięcie cierpienia ponad nadzieję spełnienia i idę za opcją drugą.

Unikający styl przywiązania staje się rodzajem ochraniacza przed emocjonalnym cierpieniem, ale jest to ochraniacz, który krępuje moje ruchy. To metaforyczna lodowa zbroja, która chroni, ale kiedy staje się za gruba i pełna, sprawia, że nie jestem w stanie wykonać kroku i tracę kontakt ze światem.

Pragnienie uniknięcia cierpienia prowadzi mnie do odcięcia się od ważnego elementu mojego człowieczeństwa, a pośrednio także do odcięcia mnie od drugiego człowieka. Bez otworzenia się na ryzyko cierpienia oddaję szansę na bliskość.

Ograniczenia i wyjątki

Złość jest emocją, która ma największą szansę na przebicie się przez pancerz lodu. Wyobrażam sobie, że dla kogoś z zewnątrz może to być niepokojący i zaskakujący obraz, kiedy zazwyczaj lodowato spokojny człowiek wybucha ni stąd, ni zowąd złością. A są to gwałtowne wybuchy. Jak już przeniknie ona przez bariery, to jest w niej olbrzymia niszczycielska siła.

Sam siebie się boję, kiedy ogarnia mnie złość.

Bardziej pozytywnym, choć równie zaskakującym wyjątkiem od reguły jest radość. Tutaj także mamy do czynienia z wybuchami, ale zazwyczaj nie mają one charakteru niszczycielskiego.

Z wybuchami radości mogę pracować, by uczynić je częstszymi, osłabiając tym samym moją zbroję i pokazując więcej swojego charakteru.

Ogólna obserwacja jest taka, iż emocje kumulują się we mnie i objawiają wybuchowo. Muszą przekroczyć pewien próg intensywności – wtedy się wylewają, ale póki tego nie uczynią, są całkowicie niewidoczne.

Jak to się objawia w relacjach

Mam spore trudności ze zrozumieniem emocji innych. Sam odczuwam je płytko i nie rozumiem ich wpływu na drugiego człowieka, przez co je zbywam. Nie pochylam się nad nimi, nie współodczuwam, tylko przechodzę do logicznego atakowania problemu.

To tworzy ryzyko, że kogoś skrzywdzę, nie zdając sobie sprawy, że moje zachowanie raczej przyczyni się do zaognienia emocji drugiej strony niż do ich załagodzenia.

Mimika mojej twarzy sprowadza się do jednej miny – co by się nie działo, jej wyraz pozostaje niezmienny. Mnie się wydaje, że go zmieniam w zależności od nastroju, ale tak nie jest.

To sprawia, że jestem postrzegany jako człowiek spokojny, ale też chłodny. Zniechęca to innych, by się do mnie zbliżali. Obserwuję, iż ludzie mają tendencję do utrzymywania dystansu, unikania kontaktu fizycznego.

Niewerbalne sygnały, które wysyłam innym, są tak delikatne, że nie do odebrania. Szczególnie frustrujące jest, kiedy próbuję zasygnalizować kobiecie, że ją lubię. Albo się wycofuję, by nie pokazać nic, albo zostawiam w sygnale furtki, jak go nie zinterpretować jako sygnału.

Pomimo tego oczekuję, że inni sygnały odczytają – frustruję się, gdy pozostaję niezrozumiany czy gdy nie ma reakcji na sygnał. Oczywiście tej frustracji też nie daję po sobie znać!

Zakończenie

Nie da się nikogo przytulić do serca, jeśli jest się odzianym w zbroję. Prawdziwa bliskość nie jest możliwa, jeśli nie ma w nas gotowości, by wystawić się na ciosy.

Choć w trudnych momentach życia zbroja pozwala nam utrzymać się na nogach i przetrwać, będąc wsparciem dla naszych bliskich, na co dzień może być przeszkodą, która sprawi, że nikogo bliskiego mieć nie będziemy.

A jak jest u was? Potraficie wyważyć odporność z wrażliwością? Potraficie być ostoją, nie tracąc delikatności?

PS. Kilka słów zza kulis

Przy pisaniu tego tekstu korzystałem z pomocy sztucznej inteligencji – konkretnie ChatGPT od OpenAI. To narzędzie pomagało mi w porządkowaniu myśli, dopracowywaniu brzmienia niektórych fragmentów i spojrzeniu z dystansu na logikę całego tekstu. Ostateczna treść i przekaz to jednak w pełni moja decyzja i odpowiedzialność.